2
Przez trzy pozostałe do weekendu dni udało mi się wpasować w rytm szkoły. Dzięki temu, że nie zaliczyłam epickiego załamania, bezczelne spojrzenia zmieniły się w ciekawskie zerknięcia, a ludzie już nie przerywali rozmów, ilekroć wchodziłam do pomieszczenia.
W piątek, kiedy większość osób w klasie przygotowuje się do popijawy w świeżo wyremontowanym domu Nolana, wiozę Gemmę w miejsce, którego nie zamierzałam odwiedzać w tym roku: do Kotła Nocnych Lotów.
Po tym, co przeżyłam tego lata, nie mogłam zmusić się do powrotu do pracy. Chociaż uwielbiam swoją szefową, Lauren, oraz wolność, jaką dają mi własne pieniądze, nie dałabym rady pogodzić zmian w Kotle z szukaniem sposobów na walkę z Łowcami Czarownic.
Z czegoś musiałam zrezygnować.
Kiedy jednak Gem powiedziała mi podczas lunchu, że mama nie może jej podwieźć do Kotła, gdzie uczy się Wicca u Lauren, wyczułam okazję, której nie mogłam przegapić.
Cal, mój były współpracownik z Kotła oraz początkujący agent Rady, ma zmianę w prawie każdy piątek po zajęciach w Salem State. Jeśli zdołam go przekonać, że powinni mi pozwolić dołączyć do walki, może zjedna mi resztę Rady. Mama nie będzie w stanie tego powstrzymać, jeśli cała Rada zechce mieć mnie na pokładzie. Nie będzie mogła zabronić mi polować na ludzi, którzy nas skrzywdzili - począwszy od rodziców Bentona.
Jak na razie państwo Hall uniknęli zatrzymania zarówno przez policję, jak i Radę, ale zamierzam być obecna przy ich aresztowaniu. Ściskam wisiorek, który podarowała mi Lauren po śmierci taty, i próbuję chłonąć jego siłę.
Nie umarł tak po prostu, poprawia mnie głosik w głowie, został zamordowany. Coś zimnego wije się w moich żyłach. Chyba nienawiść. Żałoba.
Wjeżdżamy na parking, a Gemma zaczyna się wiercić.
- Na pewno nie jesteś wkurzona, że to robię? - pyta o to po raz piąty, odkąd latem zaczęła lekcje z Lauren. W jej głosie pojawia się jednak pewna niecierpliwość, być może spowodowana tym, że po raz pierwszy przyjechałyśmy razem do sklepu.
Nie odpowiadam od razu, skupiam się na parkowaniu tyłem. Nie wiem, jak się czuję z tym, że Gemma uczy się Wicca. To na pewno nie moja sprawa, ale cieszę się, że znalazła religię, która do niej przemawia, chociaż i tak... jest to trochę dziwne.
- Nie jestem - mówię w końcu, kiedy udaje mi się zaparkować i nie mam już wymówki do dalszego milczenia.
- Cóż, nie było to zbyt przekonujące. - Zabiera torbę i wysiada za mną z samochodu. - Jeśli cię to niepokoi, mogę następnym razem poprosić o podwózkę kogoś innego.
- Nie martw się. Naprawdę mnie to nie rusza. - Idziemy wąskimi chodnikami, wymijamy grupy turystów, którzy już założyli czarne szaty i szpiczaste wiedźmie kapelusze, chociaż do Halloween zostały jeszcze dwa miesiące. Słońce nadal mocno praży, jest tak ciepło, że po plecach spływają mi strużki potu.
Zatrzymujemy się naprzeciw sklepu i czekamy na zielone światło. Ponownie staram się przekonać najlepszą przyjaciółkę, że sprawy mają się dobrze:
- Przysięgam, że nie jestem zła, Gem. Chodzi o to, że próbowałam cię trzymać od tego z daleka. Dziwnie się czuję z tym, że przywiozłam cię do Kotła zamiast na lekcję tańca.
Gemma potakuje i odwraca się bez słowa, a ja daję sobie mentalnego kopa. Zawsze tak się zachowuje, gdy Morgan lub ja wspominamy o tańcu. Przed wypadkiem Gemma żyła i oddychała baletem, tańcem nowoczesnym i stepowaniem. Posiadała rzadkie połączenie wrodzonego talentu oraz motywacji do pracy cięższej niż ktokolwiek inny. Mogła się dostać do dowolnego konserwatorium tanecznego, a jej marzenie o zatańczeniu na Broadwayu było tylko kwestią czasu. To wszystko zmieniło się, kiedy balustrada wgniotła drzwi auta i zmiażdżyła jej nogę. Mimo młodego wieku i tego, że nie oszczędza się podczas fizjoterapii, lekarze nie są zbyt optymistycznie nastawieni względem jej powrotu do zdrowia przed przesłuchaniami w tym roku. Lub kiedykolwiek.
Światła się zmieniają i ruszamy na drugą stronę ulicy, zanim zdążę ją przeprosić. Otwieram drzwi i nade mną rozlega się dzwonek. Uśmiecham się, słysząc znajomy dźwięk, pozwalam, by uspokajający zapach lawendy wciągnął mnie do sklepu.
Zauważam, że za kasą uwija się Lauren, na ladzie z tyłu zaaranżowała coś na kształt ołtarza. Pośrodku stoją pięknie rzeźbione drewniane posągi Rogatego Boga i Potrójnej Bogini, wokół nich płoną wysokie złote i srebrne świece.
Chociaż stoję po drugiej stronie sklepu, migotanie płomieni świec drażni moją skórę. Staram się to zignorować, ale płomienie nacierają, nacierają, nacierają, aż już nie jestem w stanie się bronić. Nagle znowu jestem w lesie. Nogi mam przywiązane do pala. Nie mogę się ruszać. Nie mogę oddychać. Ogień liże moją skórę, chce obejść moją moc. Dym wypełnia moje płuca. Ciemność się zbliża, przez łzy wszystko jest rozmyte...
- Hannah - zniecierpliwiony szept Gemmy sprawia, że wracam do teraźniejszości i czuję jej palce zaciskające się wokół mojego nadgarstka. - W porządku?
- Tak - ledwie jestem w stanie wykrztusić to słowo. Szoruje po moim języku niczym kamień i popiół, zasłaniam oczy dłońmi. Przyjście tutaj było błędem. Potrzebuję Morgan. Bez niej moje nerwy są zbyt napięte.
Nie. Odsuwam wspomnienia, wkładam je do mentalnego pudełka i stanowczo w nim zatrzaskuję. Dasz radę. Musisz się pozbierać, żeby walczyć. Po prostu znajdź Cala. Powoli napięcie opuszcza moje ciało. Ale na wszelki wypadek zamierzam trzymać się z daleka od świec.
Lauren odwraca się i rozpromienia, kiedy zauważa nas przy drzwiach.
- Hannah, nie spodziewałam się ciebie. - Cała jest ciepłem i troską. Lauren nie należy do Klanów Wiedźm, ale jest wysoką kapłanką Wicca i również posiada pewną moc. Inną niż nasza, nie tak spektakularną, ale prawdziwą. Gem chciałaby również ją posiąść. - Jak się masz? - pyta, podchodząc.
Wzruszam ramionami, a moje palce ponownie zaciskają się na wisiorku.
- Dobrze.
Jej spojrzenie pada na turmalin, który mi podarowała, a kąciki jej ust rozciągają się w smutnym uśmiechu.
- Tęskniliśmy, Hannah. Pamiętaj, że możesz wrócić, jeśli tylko chcesz.
Czuję ciepło rozchodzące się po ciele, ale nie podejrzewam, że wrócę tu do pracy. Na pewno nie teraz, gdy trzeba walczyć z Łowcami.
- Dziękuję - mówię niezobowiązująco.
- Gemma. - Lauren skupia się na mojej przyjaciółce. - Jesteś gotowa na rozmowę o kole roku?
Gem zerka na mnie, potakuje i idzie razem z Lauren na zaplecze, gdzie znajduje się prywatny pokój szefowej. Zazwyczaj przyjmuje tam klientów, którym stawia tarota, ale korzysta z niego także, gdy udziela lekcji.
Gdy znikają, rozglądam się za Calem. Znajduję go przy przeciwległej ścianie, ma na sobie firmową koszulkę Kotła, ciemne dżinsy i czarno-białe conversy. Od czasu, gdy ostatnio się widzieliśmy, podciął włosy po bokach głowy, ale na czubku ma dłuższe jasne. Jest zajęty wystawianiem na półki ręcznie pakowanych składników do eliksirów, którymi szczyci się Lauren, ale robi sobie przerwę, żeby mnie mocno uściskać. Kiedy się odsuwa, zauważam, że ma cienie pod oczami, które odznaczają się przy jego bladej karnacji.
- Wszystko dobrze u ciebie? - wzdrygam się, wypowiadając te słowa. Doskonale wiem, jak irytująco brzmią.
Cal sięga po kolejną paczkę suszonych ziół, tym razem z napisem "Na dobrobyt".
- W porządku. Dlaczego pytasz?
- Wyglądasz, jakbyś nie spał od tygodni. - Staję obok niego i podnoszę błyszczącą, czarną torebeczkę, która obiecuje maksymalną ochronę. Przesuwam palcem po złotym pentagramie wydrukowanym pod napisem. - Czy wszystko w porządku z Wiesz Czym?
Nie słyszałam za wiele na temat planów Rady, ale jestem przekonana, że zamierzają zniszczyć substancję, która na pewien czas skradła moją magię, włącznie z wszelkimi wynikami badań, które doprowadziły do jej powstania.
Czy jakoś tak.
Cal zerka w tył, żeby upewnić się, że nikt nie podsłuchuje. Ustawia kilka eliksirów "Otwierających twoje wewnętrze oko", ponownie się odwraca, po czym mówi mi do ucha:
- Dzisiaj wieczorem ma się odbyć najazd.
- Naprawdę? Gdzie?
- Dowiedzieliśmy się, gdzie Łowcy wytwarzają substancję. W Bostonie działa zespół odpowiedzialny za infiltrację i zniszczenie. - Cal rozpromienia się nadzieją, a ja czuję dezorientację, zalewa mnie fala ekscytacji i rozczarowania. Chociaż wiem, że to irracjonalne, chciałabym być częścią tego, co ma się wydarzyć. Chciałabym być tą osobą, która zniszczy miksturę odpowiedzialną za wywrócenie mojego życia do góry nogami.
- Świetnie. - Mój entuzjazm brzmi fałszywie nawet w moich uszach.
Cal potakuje, ale jego uśmiech szybko znika.
- Archer i ja chcieliśmy jechać z nimi, ale kazano nam nadal stać na straży waszego sabatu na wypadek zemsty.
Wstrząsa mną dreszcz i zaczynają trząść się palce. Biorę kolejną czarną torebkę, ta obiecuje dodać pikanterii w sypialni, i mocno ją ściskam, żeby ukryć drżenie.
- Co się stanie, kiedy substancja zostanie zniszczona? Czy mogę coś zrobić? - W duchu trzymam kciuki i liczę, że nie brzmię na tak zdesperowaną, jak się czuję.
Cal jednak kręci głową, maleją moje szanse na przekonanie go, by porozmawiał z Radą.
- Starszyzna nadal się zastanawia, jakie działania podjąć w Fazie Drugiej. - Musiał wziąć moją panikę, która pojawiła się na wspomnienie Starszyzny, za dezorientację, bo wyjaśnia: - Zniszczenie substancji to Faza Pierwsza. Faza Druga ma na celu całkowitą neutralizację Łowców.
Potakuję, ale wciąż jestem wstrząśnięta, że Starszyzna bierze w tym udział. Jest ich troje w Radzie - po jednej osobie z każdego Klanu - i podejmują ostateczną decyzję w każdej sprawie dotyczącej wiedźm. Nikt poza członkami Rady ich nie widuje, chyba że złamie najświętsze prawo i ujawni magię przed Regami.
Jak ja przed Gemmą.
Przenika mnie strach. Większość wiedźm, które stają przed Starszyzną, nie wychodzi bez uszczerbku na swojej magii. Zawieszam torebeczkę ziół i odchrząkuję.
- A więc jaki jest plan na później? Wiesz, jakie opcje rozważają?
- Nic konkretnego. Była mowa o ich uwięzieniu. Pozbawieniu środków finansowych. Kilku zamachach na kluczowe postacie. - Cal milknie, kiedy niechcący wyrywa mi się stłumione westchnienie. - Chcą nas zlikwidować, Hannah. Nie możemy ich zaprosić na herbatę i ładnie poprosić.
Napinają się drobne mięśnie wokół moich oczu, czuję, że tężeje mi twarz. Przygryzam język, żeby powstrzymać potok słów. Na tyle, na ile potrafię, przełykam gorycz.
- Zrozum, Cal. Doskonale pamiętam, co zrobił mi Benton. Wiem, że nas nie posłuchają. - Nadal słyszę głos Bentona, jakby to było wczoraj. Nazwał mnie potworem. Powiedział, że chce zrobić ze mnie prawdziwego człowieka, zabierając wszystko to, co czyniło ze mnie Wiedźmę Żywiołów. A potem oskarżył mnie o zrujnowanie swoich planów i próbował spalić żywcem. Opieram się o półki i wzdycham. - Szkoda, że nie ma przycisku sprawiającego, że znikną. I że nie możemy cofnąć się w czasie i nie pozwolić im w ogóle poznać magii.
Cal obejmuje mnie ramieniem.
- Coś wymyślimy. Przyrzekam.
Jego dotyk sprawia mi przyjemność, więc próbuję mu wierzyć.
Czekam aż Gemma skończy lekcję, ale w sklepie jest zbyt wielu kupujących, bym mogła porozmawiać z Calem. Chodzę pomiędzy półkami, podczas gdy on pracuje, poprawiam nierówne rzędy świec i czekam na kolejną szansę. Muszę być dyskretniejsza, skoro pytaniem wprost niczego nie osiągnęłam.
Do końca lekcji Gem nie udaje mi się powrócić do tej rozmowy. Wychodzi z prywatnego pokoju, emanując pozytywną energią. Jej uśmiech znika, gdy mnie zauważa.
- Dlaczego masz minę Veroniki?
- Nie mam. - Posyłam jej takie spojrzenie, że przechodzący obok turysta dziwnie na nas patrzy. - Nie ma czegoś takiego jak mina Veroniki.
Gemma unosi rękę i odlicza na palcach każdy argument.
- Uniosłaś brew. Patrzysz spode łba. Wyglądasz, jakby ktoś kopnął szczeniaczka. To twoja klasyczna mina po zerwaniu. - Moja najlepsza przyjaciółka wzdycha cicho i podchodzi, podpierając się na kulach. - Nie zerwałaś z Morgan, prawda?
- Z Morgan i ze mną wszystko okej - zapewniam. Co zaskakujące, również z Veronicą nieźle mi się układa. Po tym, co wydarzyło się za sprawą Bentona tego lata: jej porwanie, moja nieudana próba jej uwolnienia i nasze bliskie spotkanie ze śmiercią, dałyśmy naszej przyjaźni nową szansę. Przyjaźni doświadczonej błędami z czasów, kiedy ze sobą chodziłyśmy, ale nie naznaczonej przez nie. Przynajmniej taki jest plan.
- To już coś - kpi Gemma. - Wiesz, że możesz mi zaufać.
- Wiem, ale nie mogę o tym teraz mówić. - Znowu pojawiają się przeciwstawne emocje: ekscytacja i rozczarowanie. Powinnam się cieszyć z nalotu. Żadna inna czarownica nie powinna przechodzić przez to, co ja, ale nie mogę przestać żałować, że nie będę brała w tym udziału. Że nie będę mogła osobiście zniszczyć substancji, która skradła moją magię i oddała mi ją zepsutą, obcą.
Wstyd ponownie zaciska szpony na mojej piersi, robi sobie drabinkę gimnastyczną z moich żeber. Ta mikstura podziałała tak tylko na mnie. Magia Veroniki wróciła do niej po kilku tygodniach. Nie rozumiem, dlaczego po swoją niemal nie mogę sięgnąć, a kiedy udaje mi się z trudem dotknąć żywiołów, ból staje się nie do wytrzymania. Nie pojmuję, dlaczego trzy żywioły znajdują się poza moim zasięgiem, podczas gdy nawet najmniejszy płomień pochłania całą moją uwagę i działa na moją świadomość jak drut kolczasty na gołą skórę.
- Hannah...
- Gemma... - Naśladuję ton jej głosu, co sprawia, że patrzy na mnie spode łba. - Porozmawiamy później, przyrzekam. Możemy już iść?
Kręci głową.
- Chcę kupić ametyst, zanim wyjdziemy. Lauren powiedziała, że pomoże mi w czytaniu tarota.
Spoglądam w kierunku kasy, gdzie Lauren trzyma swoją ręcznie robioną biżuterię. Świece płoną równym płomieniem, więc tracę odwagę.
- Poczekam tu, jeśli nie masz nic przeciwko. - Mam nadzieję, że nie słyszy strachu łamiącego mi głos.
Przyjaciółka patrzy na mnie i już wiem, że zauważyła.
- Zaraz wracam - obiecuje.
Za moimi plecami rozlega się dzwonienie, gdy otwierają się drzwi sklepu. Odruchowo się odwracam, żeby zobaczyć, kto przyszedł. To biały chłopak mniej więcej w moim wieku z oklapłymi brązowymi włosami i oczami w tym samym kolorze za okularami w grubych oprawkach. Ma odprasowane spodnie i kasztanową koszulkę polo: nie jest osobą, którą spodziewałabym się spotkać w takim miejscu.
Rozgląda się, a gdy mnie zauważa, zmienia się wyraz jego twarzy. Wyjmuje telefon, przesuwa palcem po ekranie, po czym ponownie na mnie spogląda.
Aż się skręcam z nerwów.
Spomiędzy regałów wychodzi Cal.
- Mogę ci w czymś pomóc?
- Właściwie... - Nastolatek nawet nie patrzy na Cala, zbyt zajęty zerkaniem na telefon i na mnie. - Wydaje mi się, że znalazłem to, czego szukałem.
Inny klient wzywa Cala, a gdy sprzedawca odchodzi, chłopak zbliża się do mnie.
- Ty jesteś Hannah Walsh, prawda?
Spinam się, gdy wymawia moje nazwisko.
- Przykro mi. Pomyliłeś mnie z kimś. - Mijam go i idę w stronę działu z książkami.
Pieprzone wiadomości. Zapewne patrzył na zdjęcie dołączone do jednego z artykułów. Zastanawiam się, jaki kanał czy samozwańczy bloger śledczy odkrył, że tu pracuję.
Że kiedyś tu pracowałam.
Chłopak staje po drugiej stronie alejki, jego usta rozciągają się w uśmiechu. Jest serdeczny i wyluzowany, jakby przywykł do tego, że dostaje to, czego chce.
- A więc, nie-Hannah, pewnie nie zainteresuje cię to, że prawnicy Bentona Halla zamierzają wnioskować o samoobronę. - Milknie, a jego słowa mrożą mi krew w żyłach. - Jeśli nie jesteś nią, przypuszczam, że nie obchodzi cię również, że zamierzają upublicznić każdy szczegół życia Hannah. Być może nawet poproszą o zeznania jej nową dziewczynę.
Odwracam się do niego.
- Czego ode mnie chcesz? Skąd w ogóle o niej wiesz?
Wzrusza ramionami.
- Jestem reporterem. Moja praca polega na dowiadywaniu się różnych rzeczy. - Znowu bawi się telefonem. - W sumie jestem zaskoczony, że cię tu zastałem. Myślałem, że się zwolniłaś.
- Skoro tak sądziłeś, to co tu robisz? Nie jesteś za młody na bycie reporterem?
- Talentu nie da się ograniczyć wiekiem. Poza tym każdy dobry reporter wie, jak ważne jest zbieranie informacji. Miałem nadzieję porozmawiać z twoimi byłymi współpracownikami, ale skoro tu jesteś... - Włącza dyktafon w komórce i podsuwa w moją stronę. - Czy chciałabyś wydać oświadczenie? Możesz wyprzedzić bieg wypadków. Pokazać się w ludzkim świetle, zanim media odmalują cię jako czarny charakter.
Brak mi słów. Nie jestem w stanie odczytać jego intencji. Nie wiem, czy chce mi pomóc, czy też zrobić ze mnie złoczyńcę. Jest w nim coś, co wytrąca mnie z równowagi. Coś w jego oceniającym spojrzeniu, jakby układał skomplikowane puzzle, a nie rozmawiał z prawdziwym człowiekiem.
Wstrząsa mną dreszcz.
- No dalej, Hannah. - Młody reporter uśmiecha się ironicznie i opiera o regał. - Opowiesz tę historię ze swojej perspektywy? Cały świat chce poznać prawdę o tym, czym jesteś.
Patrzę mu w oczy.
- Co powiedziałeś?
- No dobrze, może nie cały świat. Ale moi czytelnicy z pewnością chcą wiedzieć, co ci się przydarzyło. - Nadal wyciąga telefon w moim kierunku. - Wydasz oświadczenie? Może byśmy się umówili z twoją nową dziewczyną. Morgan, prawda?
Kręcę głową. Nie to powiedział.
- Chcesz wiedzieć, czym jestem? - Wiedźmą, myślę. Załamaną, pogrążoną w żałobie Wiedźmą Żywiołów, która nawet nie potrafi zamrozić wody. - Jestem wkurzona. Mam dość sępów takich jak ty, którzy próbują zmienić moje życie w podcast na swojego głupiego bloga.
- To nie blog...
- Wynoś się.
- Już tu nie pracujesz. - Mówi cicho, a jednak czuję na kręgosłupie macki złych intencji. Prostuje się i góruje nade mną. - Nie możesz mnie wyrzucić.
- Więc zejdź mi z drogi. - Wymijam go, ale łapie mnie za nadgarstek. Próbuję się wyrwać, wściekłość i panika chwytają mnie za gardło. - Puść. Mnie.
Ściska mocniej, wykręca dłoń, aż z ust wyrywa mi się jęk.
- Albo co?
- Co tu się dzieje, do cholery?! - dobiega nas głos Gemmy, więc oboje odwracamy się i widzimy ją na końcu alejki. Na pewno zauważyła strach na mojej twarzy, ponieważ woła Lauren.
Chłopak rzuca wiązanką przekleństw i odpycha mnie.
- To jeszcze nie koniec - mówi, wkładając komórkę do kieszeni spodni. - Daleko do końca. - Na jego twarzy maluje się taka furia, że brak mi tchu. Patrzy na mnie jak...
Jak Benton. Jakbym była potworem.
Patrzę, jak wychodzi, jestem zdezorientowana i ogłupiona całym zajściem. Założę się, że jest jednym z fanów Bentona, Gemma zawsze ostrzega mnie, bym nie wchodziła z nimi w przepychanki w sieci. Chłopak znika, zanim pojawia się Lauren.
Przygląda się mnie i Gemmie.
- Wszystko w porządku?
- Tak - mówię, rozmasowując nadgarstek. - W porządku. To tylko jakiś napalony reporter - kłamię. Nie chcę denerwować Gemmy, skoro już sobie poszedł.
- Nie mają żadnych zahamowań, skoro napastują nieletnich. Przynajmniej raz w tygodniu wyrzucam stąd jednego z nich. Przykro mi.
Wątpię, by był z jakiegoś poważnego programu informacyjnego, ale i tak próbuję się uśmiechnąć.
- Nic się nie stało. Muszę zaraz lecieć.
- Oczywiście. - Lauren przytula mnie, poddaję się temu i chłonę jej ciepło. Jestem zdziwiona tym, jak bardzo tęskniłam za jej obecnością.
Gemma uważnie mi się przygląda, ale nic nie mówi, dopóki jesteśmy w sklepie. Macham Calowi na pożegnanie, bo jest zajęty przy kasie.
- Daj mi znać, jak poszło wieczorem!
W odpowiedzi unosi kciuk i wraca do pracy. Może jutro po akcji napiszę do niego wiadomość. Jeśli pójdzie dobrze i substancja zostanie zniszczona, poproszę go, by wstawił się za mną w Radzie. Musi być coś, co mogę zrobić, żeby się odegrać.
Gemma odzywa się dopiero w samochodzie taty, gdzie nie może nas podsłuchać żaden z turystów:
- Co to było, do cholery?
- Jeszcze jeden reporter mający obsesję na punkcie najgorszej chwili mojego życia - mówię, chociaż w tym chłopaku było coś jeszcze. Jeśli nie jest członkiem Fan Clubu Bentona, to ma jakiś plan.
Przekręcam kluczyk i zapadam się w miękką, ciepłą skórę. Z klimatyzacji dmucha mi w twarz ulubiony odświeżacz powietrza taty - sosna w deszczu - ten aromat przenosi mnie w czasie. Tata wiozący Veronicę i mnie do galerii handlowej, zanim dorabiamy się własnych samochodów. Przeprowadzający ze mną pierwszą pogadankę o seksie oraz dla przykładu pokazujący wyniki wyszukiwania w Google dla wyrażenia "bezpieczne praktyki seksualne dla lesbijek".
Uśmiecham się na to wspomnienie, chociaż wtedy było to dla mnie potwornie upokarzające doświadczenie.
- Na pewno wszystko w porządku?
- Zamierzam kasować od ciebie dolara za każdym razem, gdy o to zapytasz. W porządku, Gem. Jakiś idiota z dyktafonem jest najmniejszym z moich zmartwień. - Wyjeżdżam z miejsca parkingowego i jadę w stronę domu Gemmy. Kiedy mijamy cmentarz, ściska mi się serce i zalewa mnie fala smutku, boję się, że świat rozpłynie mi się przed oczami. W głowie słyszę refren: to nie fair, to nie fair, to nie fair, ale nie mogę pozwolić, by zawładnęły mną te myśli. Nie mogę za nim tęsknić, bo rozpadnę się na kawałki.
Gemma ujmuje moją dłoń i mocno ściska. Nic nie mówi. Nie musi. Odwzajemniam jej uścisk, przełykam łzy. Ale kiedy ją wysadzam, nie mogę już dłużej ich powstrzymywać. Świat się rozmazuje, a gdy staję na moim podjeździe, czuję się zagubiona.
To miejsce nie jest domem. Mój dom stał się kolejną ofiarą terroru Bentona wymierzonego w mój sabat, spłonął za sprawą jego rodziców, Łowców. Straciłam mojego tatę i wszystko, czego dotykał. Fotel, na którym siadywał, gdy mi czytał. Moje dziecięce obrazki, które przyklejał w swoim domowym gabinecie. Należącą do rodziny księgę zaklęć zapełnioną jego drobnym pismem.
Wszystko to poszło z dymem.
I nigdy nie wróci.