Wstęp
Zawdzięczam życie psu. Pewnego dnia, kiedy miałem dwa lata, byłem pod
opieką babci, która zarządziła, że pójdziemy na spacer: ja, ona i jej
sześcioletni czarny labrador Oreo. Po wyjściu na zewnątrz babcia
zorientowała się, że zapomniała kurtki, i wróciła po nią do domu. Kiedy
znów wyszła za próg, mnie już nie było. Ani Oreo. Babcia wołała po
imieniu najpierw mnie, a potem czworonoga, i zaczęła nas szukać.
Zniknęliśmy bez śladu.
Pobiegła z powrotem do domu, żeby zadzwonić do moich rodziców, a ci od
razu powiadomili policję. Wszyscy tracili głowy, które nagle wypełniły
się przerażającymi wizjami: wpadłem do studni, porwano mnie albo stało
się coś jeszcze gorszego. Policja wszczęła poszukiwania, lecz one też
spełzły na niczym.
Jakieś dwadzieścia minut później ogrodnik z sąsiedztwa zobaczył idącego
ulicą czarnego labradora. Obok psa, od strony krawężnika, kroczyło małe
dziecko: ja we własnej osobie. Ilekroć próbowałem zejść z chodnika na
ulicę, Oreo zaganiał mnie z powrotem; był niczym czworonożna kudłata
barierka.
Incydent ten nie został nagrany, a moja babcia -?co zrozumiałe -
milknie, gdy tylko się o nim wspomina, jedynym dowodem na to, co się
stało, są więc słowa moich rodziców, którzy często tę historię
opowiadają. Słowa i sztucznie wykreowane wspomnienie, które utrwala się
w mojej głowie za każdym razem, gdy ktoś relacjonuje to zdarzenie. Mam
też jednak mnóstwo dowodów na to, że takie rzeczy zdarzają się bez
przerwy. Poszukajcie w internecie historii o psach ratujących dzieci.
Jest wśród nich opowieść o owczarku niemieckim, który uratował dziecko
przed atakiem innego psa; o boston terierze z Connecticut, który
zaalarmował opiekunów, gdy ich małe dziecko zaczęło sinieć, i o border
collie z Teksasu, który swoim psim sposobem wyczuł, że nastolatek ma
udar. Jedna z moich ulubionych sytuacji tego rodzaju jest zarazem jedną
z najprostszych: berneński pies pasterski siedzi na podłodze obok
raczkującego niemowlęcia, a po drugiej stronie psa znajdują się schody.
Berneńczyk wie, że schody są niebezpieczne, a dziecko jest za małe, by
zdawać sobie z tego sprawę. Gdy malec zbliża się do schodów, pies
przesuwa się tak, by go do nich nie przepuścić. Cały filmik trwa
najwyżej minutę, lecz trudno obejrzeć go bez wzruszenia.
Tego rodzaju sytuacje powinny budzić zachwyt. Powinny przypominać, że
technologia może łączyć, a nie tylko dzielić. Powinny też jednak robić
coś więcej: zachęcać do głębszego zastanowienia nad psami oraz rolą,
jaką odgrywają one w naszym życiu. Powinny dawać odpowiedzi na pytania o inteligencję zwierząt i o więzi między czworonogami a ludźmi. Powinny
pomagać zrozumieć, dlaczego skądinąd zupełnie zdrowa na umyśle osoba
porzuca świat typowej pracy zawodowej i poświęca się fotografowaniu psów
spacerujących po ulicach. Ba, nie tylko fotografowaniu, ale też pytaniu
właścicieli o to, jak psiaki wpływają na ich życie, by potem napisać
książkę o tym niezwykłym wpływie. Ta sama osoba -?podkreślam, że zdrowa
na umyśle -?wyrusza następnie w świat i nie ogranicza się do ulic
własnego miasta, tylko udaje się do Portoryko, do Chin, do więzienia na
północy stanu Nowy Jork oraz w podróż przez kraj z bratem, który
niedawno stracił pracę. Wszystko po to, by zrozumieć, w jaki sposób psy
wzbogacają życie swoich właścicieli.
Tą skądinąd zdrową na umyśle osobą jestem ja.
* * *
The Dogist -?mój blog na Instagramie i innych platformach
społecznościowych, na którym publikuję zdjęcia psów spotykanych na
ulicach -?powstał w 2013 roku, gdy zamieściłem w internecie zdjęcie
boksera napotkanego w Wiedniu, w Austrii. W pewnym sensie zawsze byłem
Dogistą, czyli Psiarzem.
W dzieciństwie kochałem wszystkie zwierzęta. Jako bardzo małe dziecko
opiekowałem się głównie gryzoniami: miałem świnki morskie, myszy,
szczury i chomiki. Ale zwierzyniec całej naszej rodziny był bardziej
urozmaicony. Mieliśmy papugi. Moja ciotka trzymała świnkę wietnamską.
Mama zawsze żartowała, że chciałaby mieć szympansa, a mnie chyba nawet
nieszczególnie to dziwiło... Dorastałem w domu, gdzie królowała nauka -
oboje moi rodzice są lekarzami, podobnie jak dziadkowie ze strony ojca.
Ciotka -?ta od świnki -?była weterynarzem, a dziadek ze strony matki,
Leon Weiss -?pionierem badań nad zwierzętami i założycielem Center for
the Interaction of Animals and Society na University of Pennsylvania.
W naszym zwierzyńcu nie wszystkie gatunki były sobie równe. A może
inaczej: żaden gatunek nie dorównywał psom. Nie było pupila nad psa;
czworonogi były równie ważnymi domownikami jak ludzie. Wychowywałem się
głównie wśród labradorów, takich jak Oreo, choć mieliśmy też pudle,
doodle, golden retrievery, mopsa, a nawet gryfonika brukselskiego (to
dość rzadka rasa miniaturowa, należąca do większej rodziny belgijskich
psów towarzyszących rasy smousje, której nazwa wygląda jak imię postaci
z Gwiezdnych wojen albo stek literówek). W tym konglomeracie ras
największym poważaniem cieszyły się labradory. Ich imiona to Ruby i Snowy, Matilda i T-Paw, Rigby i Mr. Bigglesworth (miano nadane na cześć
bezwłosego kota z filmów o Austinie Powersie -?na co dzień nazywaliśmy
go Biggie), Babka, Bialy, Willy, Tuggy, Layla, Bailey i Maggie. Ruby,
czarna labradorka, była "moim" psem -?suczka należała oczywiście do
całej rodziny, lecz miałem z nią szczególną więź.
Psy były obecne w domu stale, lecz latem było ich jeszcze więcej.
Wakacje spędzaliśmy na Cape Cod, w miasteczku Woods Hole, gdzie mieliśmy
rodzinny letni dom, w którym było miejsce nie tylko dla moich rodziców i rodzeństwa, lecz także dla ciotek, wujków i kuzynów oraz ich zwierząt.
Przez cały czas mieszkało z nami średnio pięć psów. W kuchni stała
niedorzecznie wielka wspólna miska z wodą, a na podwórku trzeba było
patrzeć pod nogi -?oczywiście jeśli człowiek odważył się tam zapuścić.
Kiedy psy uciekały, zawsze wiedzieliśmy, gdzie je znaleźć: na
najbliższej plaży. Był to czyjś prywatny teren, lecz nasza rodzina
nazywała go "psią plażą".
Byłem też miłośnikiem fotografowania, po części dlatego, że zaraziłem
się tą pasją od ojca. Większość moich przyjaciół jeździła w wakacje na
obozy. Ja chodziłem do czegoś, co ochrzciliśmy mianem szkoły naukowej
(formalnie Children's School of Science). Był to trwający cztery
tygodnie program nauczania, w ramach którego zbieraliśmy okazy
oceaniczne i entomologiczne. Zdarzenie, które zapewne było pierwszym
zwiastunem bycia Dogistą, miało miejsce podczas zajęć z fotografii dla
zaawansowanych w szkole naukowej. Jedno z zadań polegało na wysłaniu
naszych najlepszych zdjęć na konkurs fotograficzny organizowany w ramach
lokalnego festynu. Moja pierwsza rolka ze zdjęciami zawierała głównie
nudne fotki kwiatów, budynków i samochodów. Ale kilka ostatnich kadrów
przedstawiało psa, którego poznałem. Postanowiłem wtedy założyć z moim
kuzynem Aaronem firmę S&R Studios, nazwaną tak od imion Snowy i Ruby. Mieliśmy wtedy ledwie dziesięć czy jedenaście lat, ale zrobiliśmy
sobie wizytówki i kręciliśmy filmy. To ostatnie jest zapewne sporo na
wyrost, były to bowiem krótkie rozdygotane wideoklipy z udziałem naszych
psów. W opus magnum pokazaliśmy nasze otyłe labradory, Ruby i Matildę,
maszerujące po podwórku w akompaniamencie piosenki przewodniej z serialu
Cops, zatytułowanej Bad Boys i wykonywanej przez zespół Inner
Circle. Wydawało nam się to zabawne.
Pierwsze eksperymenty filmowe nie uczyniły ze mnie legendarnego psiego
reżysera, kogoś w rodzaju Quentina Szczekantino albo Stanleya Kundlicka
(daruję sobie dalsze suchary). Pozostałem jednak dość wierny fotografii.
Skoro nie mogłem zostać muzykiem rockowym (próbowałem) ani zawodowym
tenisistą (też próbowałem), to postanowiłem spróbować chociaż tego.
Podziwiałem dyscyplinę i etos pracy Ansela Adamsa oraz oko Henriego
Cartiera-Bressona. Przede wszystkim fascynowała mnie koncepcja
decydującego momentu; idea, zgodnie z którą można uchwycić wycinek
przestrzeni w takiej chwili, w której uwieczniona na zdjęciu scena ma
szczególną wymowę.
Pozostałem entuzjastą fotografii, lecz po studiach znalazłem bardziej
prozaiczną pracę. I ją straciłem. Kiedy to się stało, zacząłem się
głęboko zastanawiać. Początek drugiej dekady naszego tysiąclecia był
złotym wiekiem dla blogów z nowojorską fotografią uliczną. Humans of
New York (stworzony przez Brandona Stantona) oraz The Sartorialist
(dzieło Scotta Schumana) stały się sensacjami, które zyskały światową
popularność dzięki serwisom społecznościowym takim jak Instagram,
Facebook czy Tumblr. Pomyślałem, że zabawnie byłoby stworzyć parodię -
czy też spin-off -?bloga The Sartorialist, tylko z udziałem psów
pozujących jak modni Nowojorczycy. Chciałem zachować ten sam czysty,
lapidarny styl: miejsce, imię, krótki opis. Jeśli ludzie zasługiwali na
zdjęcia w popularnym blogu, to ich psy zasługiwały na to tak samo.
Wiedziałem też, że nie jestem jedynym miłośnikiem psów, bo kiedy
publikowałem zdjęcia czworonogów na Instagramie, fotki dostawały więcej
polubień i komentarzy niż właściwie dowolne inne wpisy. Zamówiłem
wizytówkę na potrzeby mojego nowego przedsięwzięcia, tak samo jak
dawniej dla S&R Studios. Pamiętam, jak jesienią 2013 roku
spacerowałem po Williamsburgu i natknąłem się na pręgowanego buldoga
francuskiego. Zapytałem właściciela, czy mogę zrobić psu zdjęcie.
-?A gdzie chcesz je wykorzystać? -?odparł pytaniem.
-?Na blogu The Dogist -?powiedziałem. Nazwa wybrzmiała idealnie.
Nazajutrz opublikowałem pierwszy wpis. Otworzył się przede mną bezmiar
możliwości. A ja w niego wkroczyłem. Za sprawą tego przedsięwzięcia nie
tylko latami spacerowałem po ulicach, poznając ludzi oraz ich
czworonogi, ale też trafiłem na kampusy uniwersyteckie i sale
konferencyjne w korporacjach i zacząłem jeździć po całym świecie.
Znalazłem się na stadionach sportowych profesjonalnych drużyn.
Odwiedziłem nawet Biały Dom. Paliwem, które gnało mnie z miejsca na
miejsce, była fundamentalna prawda o psach: ludzie je uwielbiają. Ta
fundamentalna prawda tak naprawdę składa się z kilku innych, połączonych
w spójną całość. Ludzie je kochają, bo ich potrzebują, a potrzebują ich,
gdyż psy są ściśle związane z ludzkimi wyobrażeniami na własny temat.
Dzięki psom ludzie stają się lepsi i silniejsi, odpowiedzialniejsi i jednocześnie bardziej rozbrykani -?nawiązują kontakt z lepszą stroną
swojej natury. Kochamy spędzać czas z psami i czujemy, że może on mieć
terapeutyczne działanie, choć nie zawsze dokładnie wiemy, dlaczego tak
się dzieje.
W tej książce zgłębiam i wyjaśniam wiele odpowiedzi na powyższe
"dlaczego?". Po pierwsze przyglądam się w niej temu, jak psy pomagają
nam zrozumieć naszą własną tożsamość: stanowią fascynujące
odzwierciedlenie właściciela, a sam proces wyboru psa zmusza do
uświadomienia sobie pewnych aspektów nas samych. Po drugie badam w niej
sposób, w jaki psy uczą nas funkcjonowania w relacjach, przy czym nie
chodzi tylko o relacje z nimi, lecz także o te z innymi ludźmi. Po
trzecie wreszcie, pokazuję, że psy są istotami mającymi określony cel, a to, jak ów cel ucieleśniają, może pomóc nam odnaleźć własne powołanie.
Wyszłoby nam na dobre, gdybyśmy w każdym aspekcie życia mieli na uwadze
psy. W tej książce proponuję gruntowne przemyślenie naszych interakcji
ze światem, wzbogacenie ich i udoskonalenie, wspomagane i pielęgnowane
właśnie przez psy. Możemy być tylko takimi ludźmi, jakimi jesteśmy, lecz
możemy też być lepszymi wersjami tych ludzi, jeśli pozwolimy psom
zagościć w naszym życiu.
Psy z jednej strony mogą wpływać na to, jak funkcjonujemy w świecie, z drugiej zaś mogą wpływać na świat, w którym funkcjonujemy. Uważnie
przyglądając się naszym czworonogom, możemy uczyć się wprowadzać
korzystne zmiany w ludzkim punkcie widzenia. Jako gatunek nie zawsze
postępowaliśmy właściwie, a w ostatnich latach popełniliśmy wręcz
spektakularne błędy. Żyjemy w czasach, gdy główną walutą stały się
opinie, fakty podaje się w wątpliwość, a choć każdy człowiek
teoretycznie ma platformę pozwalającą mu głosić swoje poglądy, musi
przekrzyczeć szum i walczyć z naporem trolli. Wszystkie te czynniki
nadwątlają nasz optymizm i chęć wychodzenia na świat. Jesteśmy bardziej
świadomi siebie niż kiedykolwiek wcześniej, a zarazem mocniej
odizolowani. Stykam się z tymi zjawiskami bez przerwy, ponieważ moja
praca polega na przemierzaniu ulic i nawiązywaniu kontaktów z ludźmi -
choćby na kilka minut. Kiedy podchodzę do nieznajomego przechodnia,
wyczuwam początkowy opór. Gdybyśmy byli tylko dwiema osobami na
imprezie, na zajęciach w szkole czy na lotnisku, ten opór prawdopodobnie
by zwyciężył. Ponieważ jednak moja próba nawiązania kontaktu z tym
człowiekiem wiedzie przez jego psa, zwykle przystaje i skupia się na
chwili obecnej. Wtedy zaś wyczuwam coś innego niż opór: ulgę. Ludzie
pragną się spotykać. Mają taką potrzebę, nawet jeśli nie zdają sobie
sprawy z jej istnienia. Jest to pierwsza iskra z całej serii większych
olśnień. Uświadomiwszy sobie, że psy rozbudzają w nas miłość i empatię,
instynkty społeczne i mimowolną radość istnienia, chętniej podążamy tą
drogą.
Wspomniałem, jak Oreo ocalił mi życie, kiedy byłem małym dzieckiem. Od
tamtej pory przez lata poznałem wiele psów, które pomagały ratować ludzi
przed utonięciem, odnajdywały zagubionych w lasach lub przysypanych
przez lawinę; psy, które broniły ludzi przed niedźwiedziami albo pumami.
Ale czworonogi ratują nas także w mniej dramatyczny, a zarazem
donioślejszy sposób. Po prostu będąc sobą, mogą uczyć nas, abyśmy nie
byli egocentryczni i próżni, mogą wskazywać możliwości zmiany
indywidualnych priorytetów i chronić przed pewnymi rodzajami błędów i zagubienia.
Przez dziesięć lat bycia Dogistą przekonałem się, że nie ma dwóch
identycznych psów. Jeden lubi gonić wiewiórki. Inny zniszczył trzy
kołdry. Jeszcze inny potrafi gnać z prędkością sześćdziesięciu
kilometrów na godzinę, ale woli wlec się łapa za łapą. A jednocześnie
wszystkie psy są w pewnym sensie takie same: zwiększają i wzbogacają
nasz potencjał do bycia ludźmi kochającymi, szczęśliwymi i autentycznymi. Chciałem, aby ta książka odzwierciedlała ton, jaki
nadałem blogowi The Dogist; ton, w którym przeważa ciekawość świata,
przyjacielskość, skłonność do robienia głupot; ton pouczający, ale nie
napuszony. Chodziło mi o to, by trafić do każdego, ponieważ przesłanie
tej książki również jest adresowane do każdego. Możemy żyć lepiej i aby
tak się stało, wcale nie potrzebujemy tajemnego systemu duchowego,
nauczanego gdzieś na odludziu, na zboczu góry w zapomnianym regionie
Oregonu albo w namiocie na festiwalu muzycznym. Potrzebujemy jedynie
tych uroczych kudłatych stworzeń. Z tą myślą zakończyłem każdy rozdział
słowami jednego z właścicieli psów, jakich poznałem podczas moich
ulicznych spotkań jako Dogista. Nietrudno je znaleźć: oznaczyłem je
ramką. Cytaty te stwarzają okazję do chwili oddechu i pozwalają oddać
głos... czterem łapom.
* * *
Możliwość lepszego życia dzięki psu to nie tylko teoretyczna koncepcja.
Dowodzą jej wydarzenia wzięte z życia, a tak naprawdę miliony zdarzeń
dziennie na całym świecie. Mam przyjaciela o imieniu Angus. Jest
inteligentnym i przystojnym facetem, który ma ciekawą pracę: sprzedaje
majętnym kolekcjonerom rzadkie, zabytkowe samochody sportowe. Cierpi on
jednak na wyniszczające stany lękowe i depresyjne -?niewidoczne z zewnątrz, a dla niego oczywiste jak słońce. Na przestrzeni lat
eksperymentował z różnymi terapiami i lekami. Karmił się -?pojedynczo
lub w różnych kombinacjach -?rozmaitymi środkami, takimi jak Klonopin,
Lexapro, Zoloft, Celexa, Paxil i inne. Każdy z nich coś dawał, ale też
coś odbierał, i każdy przynosił mu przejściową ulgę, lecz po kilku
miesiącach Angus ponownie czuł, że znalazł się na równi pochyłej.
Niedawno miał jeden z owych trudnych okresów: rozpad dotychczasowego
związku go zdestabilizował, a poczucie izolacji pogłębiło dół. Starałem
się utrzymywać z nim kontakt, tak by nie odniósł wrażenia, że jest
bacznie obserwowany, aż któregoś dnia napisał mi esemesa z propozycją
spotkania, przekąszenia czegoś i może wychylenia kufelka piwa. Któryś z nas użył słowa "brachu" -?nawet nieszczególnie żartobliwie -?a drugi nie
zaoponował. Spotkaliśmy się w jednym z moich ulubionych tutejszych
barów, Tom & Jerry przy Elizabeth Street. Nazwa baru pochodzi od
świątecznego koktajlu -?ajerkoniaku z brandy lub z rumem -?a nie od
duetu kota i myszy, lecz lokal ten ma zwierzęcy pierwiastek, a mianowicie jest on nieoficjalnie przyjazny psom i głównie z tego powodu
należy do moich faworytów. Idąc na spotkanie z Angusem, zabrałem ze sobą
moją suczkę Elsę, zwłaszcza że i tak musiała wyjść z domu na siusiu.
Spotkaliśmy się zatem we trójkę i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym. Ponarzekałem na jakąś drobnostkę związaną z moją pracą, żeby
odwrócić jego uwagę od tego, co akurat go dręczyło. To on przeżywał
załamanie emocjonalne, ale im dłużej rozmawialiśmy, tym różnica między
nami bardziej się zacierała. Nie chodziło o to, że dostrzegłem u siebie
problemy takie same czy choćby podobne do tych, z jakimi się zmagał, ani
o to, że jego życiowe perypetie nagle zniknęły. Po prostu obaj
odkryliśmy, że tkwimy w epicentrum zagmatwanej, a czasami wyczerpującej
egzystencji trzydziestolatków. Tego rodzaju spotkania i rozmowy były w moim życiu częstsze, gdy miałem dwadzieścia kilka lat, choć wtedy nie
mieliśmy jeszcze tak poważnych problemów. Z wiekiem, gdy takie kłopoty
zaczęły się pojawiać, znalezienie czasu na spotkanie z brachem stawało
się coraz trudniejsze. Życie zaczyna dawać w kość. Masz coraz więcej
obowiązków. Przybywa ci lat. Wchodzisz w poważną relację z dziewczyną,
masz narzeczoną albo żonę. Dochowujesz się dzieci. Równowaga się
zaburza. To spotkanie miało dla nas terapeutyczny wymiar: idąc z Elsą do
domu, czułem się lżejszy i widziałem, że Angus jest w lepszym humorze.
Nazajutrz rano przyjaciel napisał do mnie esemesa z potwierdzeniem, że
faktycznie ma lepszy nastrój.
Pierwsze spotkanie było tak udane, że umówiliśmy się na drugie i trzecie. Rozmowy nadal działały na nas obu jak kojący balsam, ale
zacząłem też dostrzegać, że Angus może nie mieć takich okazji do
swobodnego, ale intymnego kontaktu z kimś, komu ufa i kto bezwarunkowo
go wspiera, przez resztę swojego życia. Pewnego dnia umówiliśmy się nie
w barze, tylko na spacerze z Elsą po okolicy. Zanim ruszyliśmy, musiałem
przestawić auto na drugą stronę ulicy.
-?Trzymaj -?powiedziałem do Angusa i podałem mu smycz Elsy. Gdy
wysiadłem z samochodu i zobaczyłem go z psem, zrozumiałem, że on także
"widzi siebie z psem". Patrzył na Elsę z uśmiechem, zupełnie jakby więź
między nimi powstała tylko dzięki trzymaniu smyczy.
Nie zamierzałem jednak oddawać Elsy Angusowi. Wpadłem na inny pomysł.
Podczas następnego spotkania podzieliłem się z nim swoimi
przemyśleniami.
-?Stary, powinieneś sprawić sobie psa -?oznajmiłem. Rozpromienił się,
dopóki nie uszczegółowiłem: -?Konkretnie psa asystującego.
Słysząc to, Angus przekrzywił głowę, tak jakbym wypowiedział zdanie w obcym języku.
-?Psa asystującego? -?powtórzył. Domyślałem się powodów zdziwienia.
Świat psów asystujących jest bardzo niejasny, dopóki nie przyjrzysz mu
się z bliska. Takich czworonogów jest mnóstwo -?znajdziesz je na ulicach
miast i w podmiejskich centrach handlowych. Wiele ma na sobie puszorki z napisami "pies opiekun"; "pies wsparcia emocjonalnego" albo akronim
"ESA"1. Zdecydowana większość takich puszorków nie jest jednak
wydawana przez akredytowane organizacje. Ludzie najczęściej po prostu
kupują je w internecie -?znajdziesz je choćby na Amazonie za mniej
więcej dwadzieścia dolców. Nie sugeruję ich kupowania ani nie chcę cię
zawstydzić, jeśli już to zrobiłeś. Tłumaczę jedynie, że popularność tych
kupowanych w sklepach akcesoriów mąci wodę. Psy, które je noszą,
niewątpliwie poprawiają samopoczucie swoich właścicieli, lecz
niekoniecznie robią to tak, jak specjalnie przeszkolone w tym celu
czworonogi. Nie zachowują absolutnej ciszy i spokoju w samolocie czy w restauracji. Nie nauczyły się siusiać i wypróżniać na komendę. Nie
zawahają się szarpnąć za smycz na widok kawałka leżącego na ziemi
pepperoni albo wiewiórki w parku. Psy w sklepowych puszorkach z pewnością służą pomocą, lecz nie są psami asystującymi z prawdziwego
zdarzenia.
Wyjaśniłem mu niektóre z tych kwestii. Przyswoił je. Miał jednak coś
jeszcze do powiedzenia.
-?Ale ja? -?zapytał lakonicznie. Rozumiałem także i te wątpliwości.
Akredytowane organizacje, które szkolą psy asystujące i przydzielają je
opiekunom, zwykle koncentrują się na kilku rodzajach klientów: osobach
niewidomych lub niedowidzących, osobach niepełnosprawnych fizycznie,
obciążonych ryzykiem natychmiastowej interwencji medycznej oraz na
weteranach i emerytowanych pracownikach służb mundurowych, którzy często
cierpią na wyniszczający zespół stresu pourazowego (PTSD). Angus zaś był
po prostu zwykłym facetem, prześladowanym przez poważną, lecz
niewidoczną z zewnątrz chorobę.
Kiedy skończyłem swój wykład, Angus nie patrzył już na mnie z przekrzywioną na bok głową. Skinął, choć nieśmiało.
-?Może przygarnę i uratuję jakiegoś psa, który zostanie moim psem
asystującym.
Zetknąłem się już wcześniej z tym pomysłem. Choć szlachetny i z pewnością możliwy do zrealizowania dzięki zatrudnieniu doświadczonych
trenerów, wprowadza on spory czynnik niepewności do i tak
skomplikowanego już równania.
-?Albo wezmę szczeniaka i go wyszkolę.
-?To możliwe -?potwierdziłem -?ale czy czujesz, że podołasz trudom
takiego szkolenia? Masz niezbędną wiedzę, czas, siłę i cierpliwość? Moim
zdaniem nie dasz rady. I wiesz, ja też nie dałbym rady. Tak samo jak
większość ludzi. Już w przypadku zwykłego psa niuanse wychowywania są
trudne, a z psem asystującym jest tysiąc razy gorzej.
Zasugerowałem, żeby zaczął szukać hodowców, którzy mogą pochwalić się
sukcesami pod względem wychowywania psów asystujących. Jeśli cieszą się
uznaniem w swojej branży, może zainteresować się nimi bliżej.
W ciągu kolejnych tygodni po spotkaniu, na którym zaproponowałem
Angusowi, by znalazł psa asystującego, mój przyjaciel sporo podróżował
służbowo i nie kontaktowaliśmy się tak często jak wcześniej. Kiedy już
udawało się nam pogadać, krążyłem wokół psiego pomysłu. Nie wiedziałem,
co z tego wyjdzie. Tak jak wielu znajomych, którzy na przestrzeni lat
konsultowali się ze mną w tej sprawie, spodziewałem się, że waga decyzji
przytłoczy go na tyle, że będzie ją odkładał w nieskończoność. Trudno
jest wziąć na siebie obowiązek w postaci psa; trudno zrobić ten krok.
Zazwyczaj potrzeba jakiegoś katalizatora, który popchnie cię do
działania.
Aż któregoś dnia odebrałem telefon.
-?Jestem na lotnisku. Lecę do Iowa. -?Znalazł hodowcę mającego dobrą
renomę w obszarze szkolenia psów asystujących. Obecnie w hodowli było
kilka psów w wieku od sześciu miesięcy do półtora roku, które przeszły
już stosowne szkolenie. -?Doradzisz coś?
Miałem tylko jedną radę. Choć ludzie często rozpromieniają się na widok
szczeniaka, który sam do nich podchodzi, warto mieć oko na tego z tyłu,
tego nieco bardziej powściągliwego. Często jest to najspokojniejszy z oglądanych psów. (O ile pamiętam, dowiedziałem się tego od mojej ciotki,
weterynarki). Wprawdzie Angus nie miał wybierać spośród szczeniąt
dopiero co odstawionych od matki, lecz ta sama zasada dotyczyła psów
półrocznych i nieco starszych, które na niego czekały.
-?Dobra -?odparł. Powiedział mi, że widział siebie z labradorem,
konkretnie czarnym. Fakt istnienia preferencji kolorystycznych zupełnie
mnie nie zaskoczył. Praca Angusa wymagała szczególnie uważnego podejścia
do kwestii estetycznych. Ferrari musiało być nie tylko czerwone; o nie -
ono miało mieć właściwy odcień czerwieni -?rosso corsa.
Powtórzyłem swoją wcześniejszą radę: "Nie zwracaj uwagi na umaszczenie.
Skup się na energii".
W Iowa panował okrutny ziąb, Angus zaś nie wypożyczył ferrari, tylko
przeciętną osobówkę, która nie radziła sobie na zlodowaciałej
nawierzchni. Najpierw dostałem więc esemesy o poślizgach, a dopiero
potem filmik z czekoladowym labradorem.
-?Co o nim myślisz? -?zapytał. Chciałem poprzeć jego pomysł, lecz z mojej perspektywy pies nie pasował do niego charakterem.
-?To chyba jednak nie ten -?zasugerowałem.
"Tak" -?odpisał. Zgodził się ze mną, ale zarazem trochę zniechęcił. Nie
spodobał mu się widok psów trzymanych w klatkach, mimo że prawie
wszystkie psy asystujące są szkolone pod tym kątem -?muszą umieć
zostawać same na pewien czas i nie sprawiać problemów podczas
podróżowania. Pierwszy dzień okazał się niewypałem, pomyślałem jednak,
że przynajmniej zyska jakieś doświadczenie i znajdzie się o krok bliżej
znalezienia "swojego" psa.
Mijał kolejny poranek, a ja -?choć byłem ciekaw rozwoju sytuacji -?nie
żywiłem wielkich nadziei. Ale potem, mniej więcej o czternastej, Angus
napisał do mnie: "Chyba znalazłem". Potem na ekranie pojawiło się
zdjęcie i filmik z uroczym miodowym labradorem, suczką o imieniu Opal.
Obejrzałem nagranie i dostrzegłem w psiaku to samo swobodne
usposobienie, które widywałem przez lata u wielu psów asystujących.
"TAK!" -?odpowiedziałem. A potem wyłączyłem caps lock. "O taki
temperament chodzi. Świetnie się prezentuje. Merdający ogon, z pozoru
trochę głuptas, ciekawski, uroczy. Trafiony, zatopiony". Zadzwonił do
mnie i po tonie głosu poznałem, że pies już zdziałał cuda. Cieszyłem
się, że nastrój mojego przyjaciela poprawił się właściwie w mgnieniu oka
(a osobiście także z obecności kolejnego wspaniałego psa w gronie
znajomych). Rozmawialiśmy przez telefon jeszcze chwilę, gdy spacerowałem
z Elsą w Washington Square Park i moja suczka ciągnęła mnie w stronę
drzewa z wiewiórkami.
Angus opuścił Iowa. Hodowca poinformował go, że pies wymaga doszkolenia,
co oznaczało, że Opal przejdzie dodatkowy trening przygotowujący ją do
życia w mieście i dopiero wtedy jeden z ich trenerów przetransportuje
czworonoga do Nowego Jorku. Przyjaciel zadzwonił do mnie od razu po
powrocie do domu. W jego głosie wyczułem lekkie podenerwowanie.
-?Wielki krok -?rzekł.
-?Angus -?odparłem -?ten pies odmieni ci życie.
Nie jestem pewien, dlaczego to powiedziałem. To nie jest jedna z moich
utartych fraz. Wiedziałem jednak, że mówię poważnie, zarówno w odniesieniu do kwestii, o których już rozmawialiśmy -?pies zapewni mu
towarzystwo na co dzień i złagodzi epizody depresji -?jak i na milion
innych sposobów. Pies wyciągnie go z mieszkania na spacery. Będzie
stanowił doskonały temat niezobowiązujących rozmów z nowo poznawanymi
ludźmi. Pomoże mu uniknąć niebezpieczeństw współczesnego świata, takich
jak uzależnienie od smartfona czy paraliżujące podziały w mediach
społecznościowych (choć jak dotąd Angus jest moim jedynym przyjacielem,
który rzeczywiście usunął konto na Instagramie). Zachęci go do
stworzenia ram i rytuałów związanych z posiłkami, relaksem i porą snu.
Pomoże otrząsnąć się z dręczących myśli. Z biegiem czasu pies mógłby
nawet pozwolić mu odstawić leki, znaleźć partnerkę czy pomóc zrozumieć,
jak to jest mieć dziecko. Było to jedyne zdanie, które w owej chwili
zawierało w sobie cały ten sens. Kiedy usłyszałem sam siebie, jak
wypowiadam te słowa, uświadomiłem sobie, że stanowią one nie tylko
idealny komunikat dla Angusa, ale też doskonały tytuł dla tej książki.
Nastąpiła długa cisza. Musiał to wszystko przetrawić.
-?Myślę, że możesz mieć rację -?odparł w końcu.
Angus cierpliwie czekał, aż Opal skończy szkolenie i wyruszy w podróż z Iowa. Aż pewnego dnia przyjechała i całe jego życie szybko zaczęło się
zmieniać. Opowiedział mi o zupełnie nietrafionej randce. Zamiast
zareagować jak zwykle -?roztrząsać w myślach wpadkę i zastanawiać się,
czy wziął odpowiednio dużą dawkę leków -?na koniec wieczoru pożegnał się
bez urazy i wrócił do domu zobaczyć się z Opal. A ona nie zapytała go,
co się stało albo dlaczego nie znalazł z dziewczyną wspólnego języka.
Podbiegła do drzwi, radośnie merdając ogonem, i odsłoniła brzuszek do
głaskania, gdy tylko przekroczył próg. Jego wewnętrzne napięcia i poczucie własnej nieudolności stopniowo ustępowały.
Angus zmaga się ze specyficznym zbiorem problemów emocjonalnych i psychologicznych. To, czego doświadczył w pierwszych dniach przebywania
z Opal, jest jednak bardzo uniwersalne; stanowi przykład typowej
przemiany, jaką widziałem u bardzo różnych ludzi -?nowojorskich singli,
weteranek zmagających się z PTSD, więźniów odsiadujących długie wyroki
za brutalne przestępstwa i dzieci cierpiących na poważne choroby. W trakcie całej mojej pracy jako Dogisty -?czemu daję wyraz w tej książce
-?spotkałem wielu ludzi o bardzo różnej przeszłości, którzy idą przed
siebie w asyście psów, a także niezliczone rodzaje psów, które są w ich
życiach z wielu ważnych powodów. Mam grupę przyjaciół, z którymi
utrzymuję bliskie kontakty, a ich historie o psach są dla mnie
szczególnie ważne. Ale wszystko to stanowi jedynie wierzchołek góry
lodowej. Psy są niezrównanym łącznikiem między ludźmi; to one pomagają
nam odnajdywać i pielęgnować szczęście, budować poczucie sensu i wspólnoty.
Znasz słynnego francuskiego antropologa, Claude'a Lévi-Straussa? Ja
znam, przynajmniej w pewnym stopniu -?pamiętam, że po raz pierwszy
usłyszałem o nim na studiach i uświadomiłem sobie, że to nie ten facet,
któremu zawdzięczam dżinsy. Wiele lat później natknąłem się na fragment
jego rozprawy, w którym omawia on zwierzęta, a konkretnie sposoby, w jakie niektóre zwierzęta zyskują w różnych kulturach symboliczny status.
Wcześniejsi antropologowie twierdzili, że zwierzęta osiągnęły status
symbolu w czasach, gdy stały się jednym z warunków przetrwania
ludzkości, co sprowadzało się głównie do uświadomienia sobie przez
ludzi, że można je zjeść. Lévi-Strauss nie zgodził się z tą teorią.
Argumentował za drugą przyczyną rzeczonej symboliki, czyli innym
momentem, w którym zwierzęta stały się dla nas ważne. Ujął to bardziej
stylowo: że niektóre zwierzęta stały się symbolami "nie dlatego, że są
"dobre do jedzenia", tylko dlatego, że są "dobre do myślenia"". Psy są
świetne do myślenia. A im więcej o nich myślisz, tym bardziej chcesz o nich myśleć.
* * *
I jeszcze jedna uwaga na koniec: wyjątkowość psów oraz światło, jakie
wnoszą one do naszego życia, miały na przestrzeni lat wielu kronikarzy.
Ludzie pisali o nich, malowali je i wygłaszali wykłady na ich temat.
Niektóre z najbardziej poruszających prac w tym obszarze to zdjęcia. Są
fotografowie, którzy poświęcili się zgłębianiu istoty psów, co oznacza
zarazem, że zgłębiają oni ważną relację między psami a ich ludźmi. Sam
zaliczam się do tej grupy, lecz jednym z najwcześniejszych i najlepszych
był Elliott Erwitt, żydowski fotograf pochodzenia francuskiego, który
wychował się w Ameryce. Podczas pobytu w Europie w latach
pięćdziesiątych ubiegłego wieku Erwitt poznał gigantów takich jak Robert
Capa i Edward Steichen, a potem zaczął rozwijać własną, wyjątkową
karierę. Erwitt fotografował ważne wydarzenia na arenie międzynarodowej,
takie jak wizyta Richarda Nixona w Związku Radzieckim w 1959 roku, jego
konfrontacja z Chruszczowem podczas tak zwanej debaty kuchennej czy
pogrzeb Johna F. Kennedy'ego w 1963 roku. Był też jednak niezwykle
uzdolnionym dokumentatorem życia codziennego. Jednym z ulubionych
tematów Erwitta były psy, do których wracał wielokrotnie w obszernych
zbiorach tematycznych, takich jak Son of Bitch, Dog Dogs i Woof.
Wśród jego prac mam tak wiele ulubionych fotografii, będących
bezpośrednimi inspiracjami do moich zdjęć, że wybranie tej jednej,
najlepszej, jest prawie niemożliwe. Ale gdybym musiał wybierać,
wskazałbym pracę New York City (1946), która przedstawia ubranego w sweterek psa rasy chihuahua, uwiecznionego z żabiej perspektywy obok
obutych stóp jakiejś kobiety. Bardziej niż jakikolwiek inny znany mi
fotograf rozumiał relację między psami a ludźmi i wiedział, jak uchwycić
i zobrazować tę relację za pomocą pięknych, prostych kompozycji. Staram
się robić zdjęcia tak, by miały w sobie choć odrobinę tej samej energii,
mądrości i duszy, i czasami jestem całkiem blisko -?jak w kampanii z 2017 roku, którą robiłem dla sieci Neiman Marcus (była to seria zdjęć
przedstawiających małe pieski stojące obok modelek w markowych butach).
Erwitt, oryginalny Dogista, zmarł w wieku 95 lat, gdy pracowałem nad tą
książką. Dedykuję ją -?przynajmniej w części -?właśnie jemu.
Rozdział 1
Czym jest pies?
Czuję się trochę skrępowany z powodu przytoczenia pod koniec wstępu słów
Lévi-Straussa. No dobrze; może nie jest to wielkie skrępowanie, ale wolę
dmuchać na zimne. Nie jestem naukowcem -?ba, daleko mi do tego! -?i nie
chcę, aby ta książka zyskała akademicki charakter. Ma ona być pochwałą
dla radości, jaką psy wnoszą do naszego życia, a ściślej rzecz biorąc,
dla sposobu, w jaki mogą one sprzyjać lepszemu spojrzeniu na naszą
tożsamość, relacje i życiowe powołanie. Zamierzałem od samego początku
nadać jej swego rodzaju emocjonalną lekkość i ją utrzymać, nie chciałem
więc, aby była zbyt poważna. W tym duchu chciałbym niniejszym złożyć
obietnicę Dogisty. Otóż za każdym razem, gdy zacytuję wybitnego
myśliciela lub pisarza, postaram się po najwyżej kilku akapitach
przytoczyć słowa jakiegoś komika. W tym przypadku będzie to Groucho
Marx, któremu przypisuje się następującą myśl: "Obok psa książka jest
najlepszym przyjacielem człowieka. W psie jest za ciemno, żeby czytać".
Kiedy usłyszałem ten żart po raz pierwszy, uznałem go za bardzo zabawny.
Nadal mnie bawi, ale jednocześnie uważam, że jest nad wyraz
nieprecyzyjny. Tak, książki naprawdę są świetne. Bez dwóch zdań. Właśnie
jedną czytasz i mam nadzieję, że wciąż ci się podoba. Ale jak się
okazuje, w psie można czytać. Robię to od lat, próbując patrzeć na psy
przez pryzmat ich mimiki i ruchów, chcąc dotrzeć do ich istoty i zrozumieć, jak zmienia ona naszą istotę. Przekonałem się, że wcale nie
jest tam zbyt ciemno. Pies to prawie wyłącznie światło; szczególny
blask, który rozjaśnia świat.
* * *
Czym jest pies? Moim zdaniem warto pochylić się nad tym pytaniem, zanim
zacznę rozważania na temat tego, jak i dlaczego psy wzbogacają życie ich
ludzi. Zapytaj zoologa -?albo, jeśli uda ci się kogoś takiego znaleźć,
kynologa, czyli specjalistę w dziedzinie opieki nad psami oraz ich
szkolenia -?a otrzymasz odpowiedź, która zaczyna się mniej więcej tak:
"O, to znakomite pytanie". (Kynologowie są bardzo uprzejmi). "Jest to
pospolite zwierzę domowe z gatunku Canis familiaris, nazywanego
niekiedy Canis lupus familiaris". Następnie prawdopodobnie grzecznie
odkaszlnie, dając w ten sposób do zrozumienia, że jeśli chcesz się
dowiedzieć więcej o psach, zapewne powinieneś zapoznać się z recenzowaną
publikacją naukową jego autorstwa, zatytułowaną Czym jest pies? lub
podobnie.
Ale nawet ta krótka odpowiedź daje sporo do myślenia. Dlaczego czasami
Canis familiaris, a czasami Canis lupus familiaris? Aby odpowiedzieć
na to z kolei pytanie, musimy odbyć podróż w przeszłość. Gotowy? Zatem w porządku; nie jesteśmy już w teraźniejszości. Działo się to bardzo
dawno, może nawet dwadzieścia tysięcy lat temu, tuż przed szczytem
ostatniego okresu zlodowacenia, a może na jego początku; chodzi o epokę
lodowcową, w trakcie której lód pokrywał większość Ameryki Północnej
oraz północ Europy i Azji. Te lodowe pokrywy zawierały znaczną część
dostępnej na naszej planecie wody, zatrzymując ją w sobie i ograniczając
jej ilość w innych miejscach, co poskutkowało obniżeniem poziomu mórz,
zwiększeniem zasięgu pustyń oraz powstaniem surowych, nieprzystępnych
krain. W takim świecie musieli żyć pierwsi ludzie, dzieląc go z innymi
zwierzętami, wśród których był wilk. Ówczesne wilki nieco różniły się od
współczesnych, lecz były bliskimi kuzynami wilka szarego, którego
nazwaliśmy Canis lupus. Nie wiem, jak określano je wtedy, jako że
łacina rzecz jasna nie istniała. Przypuszczam, że nasi przodkowie mieli
specyficzne chrząknięcie, którego używali, aby ostrzec innych o obecności tego czworonożnego, kudłatego, obdarzonego ostrymi zębami
stworzenia, ważącego pięćdziesiąt kilogramów z okładem.
Pamiętaj, że nie żyło się wtedy łatwo i przyjemnie. Różne gatunki
rywalizowały o te same zasoby. W pewnym momencie wilki zaczęły wchodzić
w interakcje z praludźmi. Nie wszystkie, tylko określone osobniki -?te,
które ośmieliły się podchodzić do naszych praprzodków i ich obozowisk
coraz bliżej. Nie chodziło tylko o śmiałość, lecz także o motywację.
Ludzie mieli pożywienie, a wilki -?jak wszystkie zwierzęta -?lubią jeść.
Oprócz motywacji w grę wchodziło coś jeszcze: te osobniki były uległe.
Wiele wilków próbowało zakradać się do obozowisk i podkradać resztki
jedzenia, lecz te, które zachowywały się w typowo wilczy sposób, były
najczęściej przepędzane albo zabijane. Budziły w praludziach strach.
Uważano je za zagrożenie. Te zaś, które zbliżały się do ludzkich siedzib
albo nawet do nich wchodziły i dostawały jedzenie, zachowywały się
przyjaźniej; można powiedzieć, że nawet dobrotliwie. Zaprzyjaźnienie się
z ludźmi oznaczało nie tylko dostęp do jedzenia, ale też mniej surowe i niebezpieczne warunki życia. Relacja ta przynosiła korzyści także
ludziom, stanowiła więc swego rodzaju symbiozę. Ludzie zyskali w wilkach
formę ochrony, w dodatku stosunkowo wyrafinowaną. Zwierzęta te były
niczym czworonożne systemy alarmowe, które umiały wyczuć zagrożenie z odległości sięgającej dwóch kilometrów, miały lepszy słuch i skuteczniej
wykrywały ruch w ciemności. (Psy oraz ich protoplaści, czyli wilki, są
wyposażone w tak zwaną tapetum lucidum, czyli rodzaj błony odblaskowej
w oczach, która usprawnia ich wzrok w nocy. Dlatego u większości psów na
zdjęciach nie występuje efekt czerwonych źrenic. Ich oczy są jasne i błyszczące, gdyż tapetum lucidum odbija światło z powrotem na
siatkówkę, podobnie jak dzieje się to u saren w świetle reflektorów).
Zróbmy przeskok w czasie w przód. Opisywane protopsy, które zaczęły
zadawać się z ludźmi, nie pozostały takie same jak wcześniej. Zaczęły
odróżniać się od wilków nie tylko pod względem behawioralnym, ale też
anatomicznym. Kiedy ludzie napotykali osobniki o określonych cechach,
które wydawały się im atrakcyjne, przygarniali je, lepiej karmili i zapewniali bezpieczne i stabilne otoczenie, sprzyjające rozmnażaniu się.
Zęby tych czworonogów stały się krótsze, uszy bardziej obwisłe, a pyski
okrąglejsze -?wszystko to są zewnętrzne oznaki ich przyjacielskości, a przynajmniej inności, które ludzie zaczęli postrzegać jako przyjazne.
Oprócz potulności, główną cechą odróżniającą je od wilków było wyjątkowe
wyczulenie na ludzkie nastroje i umiejętność reagowania na nie. Te nowe
zwierzęta były (ta-dam!) psami.
A raczej pewnym rodzajem psów. Dziś mamy tych rodzajów bardzo wiele.
Dlaczego nie wszystkie okazy Canis familiaris przypominają dawne
wilki, które przemieniły się w psy? Z tych samych powodów, dla których
każdy gatunek cechuje się pewnym zróżnicowaniem: chodzi o indywidualne
mutacje i krzyżowanie. Pradawne psy z biegiem czasu różnicowały się
coraz bardziej. Badania w tej dziedzinie nie dają jednoznacznych
odpowiedzi, nie wiemy więc z całą pewnością, czy ras prapsów było
siedem, dziewięć, dziesięć, dwanaście czy szesnaście. Wszyscy zgadzają
się jednak co do tego, że już po tym, jak wilki przedzierzgnęły się w psy, na ziemi zaczęły pojawiać się różne odmiany.
Proces ich powstawania był złożony i nieoczywisty, napędzany przez
naturalne przypadki krzyżowania się oraz ingerencję człowieka. Powtórzę,
że nie jestem uczonym specjalizującym się w psach. Nie mam stopnia
naukowego w tej dziedzinie. Podkreślam to po części dlatego, że w mojej
rodzinie są osoby z dyplomami szkół wyższych -?biolodzy, lekarze i weterynarze -?a po części po to, że chcę stworzyć własną niszę jako
miłośnik psów, psi orędownik i dokumentalista (dogumentalista?). Oznacza
to, że czytam o psach wszystko, co wpadnie mi w ręce, i opieram się na
tych informacjach, które najlepiej sobie utrwaliłem. Zapadła mi w pamięć
między innymi koncepcja, zgodnie z którą pień psiego drzewa genetycznego
składa się z szesnastu ras. Można powiedzieć, że są to pradawne nurty
psiości, których fale odbijają się echem we wszystkich współczesnych
psach.
Co to za rasy? Według jednego z badań tych szesnaście podstawowych ras
to: akita, alaskan malamute, amerykański pies eskimoski, basenji, chart
afgański, chow chow, dingo, eurasier, husky syberyski, pies kananejski,
saluki (chart perski), samojed, shar pei, shiba inu, szpic fiński i śpiewający pies z Nowej Gwinei. Zdumiewające, lecz rasy te wciąż
istnieją, a ja jako Dogista spotykałem ich przedstawicieli. (Gwoli
ścisłości, nie poznałem osobiście żadnego śpiewającego psa z Nowej
Gwinei, wiem jednak, że ich nazwa -?nomen omen -?nie zawodzi). Pamiętam
szpica fińskiego, który wabił się Fritz, a o którym właściciel
wypowiedział się tak: "To istny wrzód na tyłku". Fritz miał wtedy tylko
dwa lata, mógł więc złagodnieć z biegiem czasu.
Snując rozważania o rasach pierwotnych, warto pamiętać, że psy, od
momentu ich pojawienia się, były w pewnym stopniu ludzkim wynalazkiem.
Ewoluowały wspólnie z nami i dzięki nam, więc nie będzie większej
przesady w stwierdzeniu, że są częścią nas. Możemy z całą pewnością
powiedzieć, że bez ludzi nie byłoby psów. Ale bez psów mogłoby też nie
być ludzkości. Proces polegający na przejściu od pierwszych,
postwilczych ras do zróżnicowanego, fascynującego i wspaniałego świata
psów pracowników, pomocników i towarzyszy życia był też szalenie ważny
dla naszego rozwoju.
Stella, terier szkocki (9 lat), róg Bleecker St. i 8th Avenue, Nowy
Jork. "Chce spacerować tylko tam, gdzie chce spacerować. Tylko w tę
konkretną stronę i w tym kierunku".
Rozdział 2
Hodowla to podstawa
Pamiętasz wszystkie szesnaście ras pierwotnych? Nie? Wróć o kilka stron
i zapoznaj się z nimi jeszcze raz, od A do Z (a właściwie od A do Ś, co
powinno nieco ułatwić sprawę).
I jak? Nadal nie możesz ich spamiętać? Weź pod uwagę fakt, że różne
rozwidlające się ścieżki hodowlane doprowadziły do zróżnicowania tych
szesnastu ras w dwieście ras współczesnych -?a to jedynie te, które
zostały oficjalnie uznane przez American Kennel Club2. Możesz mi
nie wierzyć, ale w świecie miłośników psów są ludzie, którzy potrafią
wyrecytować nazwy wszystkich ras z pamięci. Kiedyś, na pewnym
wydarzeniu, rozmawiałem z mężczyzną, który twierdził, że poznał kobietę
umiejącą wymienić je wszystkie w formie piosenki, tak jak amerykańskie
dzieci wyśpiewują nazwy pięćdziesięciu stanów. "Możesz mi pokazać, która
to osoba?" -?poprosiłem. Mój rozmówca nieprecyzyjnym gestem wskazał
tłumek ludzi, co wcale nie ułatwiło mi sprawy. Potem zacząłem się
zastanawiać, czy po prostu sobie tej sawantki nie wymyślił. (Jeśli to ty
jesteś tą kobietą, wybacz! I napisz do mnie).
Wiele zagadnień dotyczących ras trudno zrozumieć. Niektóre mają
dziwaczne nazwy (dasz radę wymówić "xoloitzcuintli", bo tak też nazywa
się nagi pies meksykański?). Istnienie innych było podyktowane
nietypowymi względami (na przykład lagotto romagnolo specjalizuje się w poszukiwaniu trufli). Najprościej jest zrozumieć fakt, że żadna z ras
nie powstałaby i nie przetrwała bez ingerencji człowieka. Nie ma czegoś
takiego jak dziki mops. Ludzie udomowili pierwsze, pochodzące od wilków
psy, a z biegiem czasu tworzyli coraz więcej ras. Obecnie dzieli się psy
na siedem głównych grup, a podział ten opiera się bardziej na funkcji
niż na biologii. Wyróżnia się psy myśliwskie, pracujące, pasterskie,
teriery, psy gończe oraz ozdobne i do towarzystwa, a także grupę
"non-sporting", obejmującą rasy trudne do jednoznacznego
zaklasyfikowania. System ten pokazuje, że wszystkie psy rasowe zostały
pierwotnie wyhodowane w określonym celu -?na przykład do udziału w polowaniu, ciągnięcia zaprzęgu czy siedzenia na uperfumowanych kolanach
szlachcianki. Ludzka pomysłowość nie znała w tym przypadku granic,
czasami ze szkodą dla nieludzi, do czego jeszcze wrócę. Niemniej jednak
jest to niezwykła historia o tym, jak z jednego można stworzyć wiele.
Przede wszystkim należy zapamiętać, że psy od samego początku ewoluowały
wraz z ludźmi. Znajdowały w nich odzwierciedlenie zmiany w specyfice
ludzkich siedlisk, ludzkiej pracy i ludzkiego życia. Gdy ludzie zaczęli
polować konno, uznali, że przydałby się im pies odpowiedni do tej
aktywności -?wystarczająco szybki i skoncentrowany, by dotrzymać kroku
jeźdźcom. Tak narodził się foxhound. A co z ludźmi, którzy osiedlali się
w gęstych lasach, gdzie konie były niepraktyczne, a polowało się pieszo?
Szybki pies myśliwski, który potrafił rozwijać właściwe koniom
prędkości, bez trudu prześcignąłby łowczego bez konia. Rozwiązanie?
Skrócenie łap, by pies gończy stał się wolniejszy -?i mamy beagle'a.
Gdybyś był jednym z tych ludzi, którzy osiedlili się w zimnym klimacie
nadmorskim, mógłbyś potrzebować psa stworzonego do biegania po plaży i brodzenia w płytkiej wodzie. A jeśli tak, może zainteresowałby cię pies
z naturalnie tłustą sierścią, chroniącą przed wilgocią i niską
temperaturą, płetwiastymi łapami ułatwiającymi pływanie i grubym ogonem,
który może pełnić funkcję steru w wodzie? Voila! Mamy labradora
retrievera. (Kiedy byłem dzieckiem, labradory były najczęstszymi
towarzyszami w naszej rodzinie; zwłaszcza labrador angielski, który ma
kanciastą głowę oraz stosunkowo krótki i gruby "wydrzy" ogon). Woda jest
za zimna nawet dla labradora? Twoim niezrównanym mrozoodpornym pupilem
będzie chesapeake bay retriever.
W rezultacie rozwój ras poszedł we wszystkich kierunkach naraz: psy duże
i małe; pyski zaokrąglone i spiczaste; futro grubsze i cieńsze; oczy,
uszy i ogony o najróżniejszych kształtach. Możesz to porównać do
czynników wpływających na decyzję o zakupie samochodu, takich jak
prędkość, wielkość, wygoda obsługi czy wygląd. Dywersyfikacja psów
postępowała na podobnych zasadach -?każdy nowy aspekt wyglądu rasy był
zarazem aspektem funkcjonalnym, a na przestrzeni wieków wczesne gatunki,
które były pokłosiem epoki podchodzących do obozowisk wilków, zyskały
najróżniejsze formy -?od malutkich chihuahua po wielkie dogi niemieckie.
Nawet te dwie rasy można krzyżować, choć taki mieszaniec (doghuahua,
chidogdog?) musi być potomkiem psa chihuahua i suki doga niemieckiego,
gdyż suka chihuahua nie jest w stanie donosić "półdoga". (I taka
krzyżówka jest możliwa tylko za pomocą drabiny...)
Kto tę drabinę ustawia? Ponownie -?ludzie. To ludzie stanowią odpowiedź
na każde pytanie dotyczące hodowli psów. Zacznijmy od tego, że to ludzie
stworzyli psa, zróżnicowali ten gatunek, a potem opracowali i narzucili
standardy ras. Z ludzkiej potrzeby porządku i kategoryzowania zaczęli
definiować i określać, co czyni tę rasę psa właśnie tą rasą, a co tamtą
rasę -?tamtą. Koncepcje te zostały sformalizowane i ucieleśnione na
wystawach psów. Pierwsza oficjalna wystawa psów rasowych odbyła się
latem 1859 roku w Newcastle upon Tyne, a imprezy tego rodzaju w niedługim czasie zyskały rangę ważnych wydarzeń o zasięgu globalnym.
Największą na arenie międzynarodowej jest wystawa Crufts w Wielkiej
Brytanii, a trzy najważniejsze w USA to National Dog Show, AKC National
Championship i Westminster Kennel Club (WKC) Dog Show. W minionych
latach na znaczeniu zyskała zwłaszcza ta ostatnia. National Dog Show ma
siedzibę w Filadelfii, AKC jest organizowana w Orlando i Long Beach, a WKC przez długi czas odbywała się w Madison Square Garden w Nowym Jorku
(w czasie pandemii COVID-19 została przeniesiona do nowojorskiego
Tarrytown i National Tennis Center w Queens, ale w 2025 roku wróciła do
Madison Square Garden). To szczególne miejsce zapewnia WKC regularną
obecność w telewizji i stanowiło scenerię dla prawdopodobnie
najważniejszego filmu o wystawach psów, jaki kiedykolwiek nakręcono
(Medal dla miss w reżyserii Christophera Guesta).
Przez ostatnie dziesięć lat fotografowałem na wystawie Westminster jako
Dogista i za każdym razem było to dla mnie w dużej mierze pozytywne
przeżycie -?móc zobaczyć psy w ich najlepszym wydaniu, przynajmniej
jeśli chodzi o czystość rasy. Uwielbiałem fotografować Donalda, psa rasy
bichon frise, którego właścicielka tyleż ze śmiechem, co ze śmiertelną
powagą oznajmiła mi, że "jego rodowodowe imię to "Grand Champion
Egoista"". Uwielbiałem patrzeć, jak właściciele dbają o swoich pupili z wielką miłością i równie wielką zawodową starannością. Wystawa jest
niemal doskonałą ilustracją tego, jak nasze podejście do hodowli
poszerzyło pojęcie "psa", a jednocześnie zawęziło pojęcie poszczególnych
ras. Każdy czworonóg wystawiany w Westminster musi spełniać zbiór bardzo
szczegółowych kryteriów określonych przez American Kennel Club, a każdy
psi zwycięzca -?spełniać je na najwyższym poziomie. Tak było w przypadku
Buddy'ego Holly'ego, psa rasy petit basset griffon vendéen, który zdobył
tytuł Best in Show w 2023 roku. Było tak też w przypadku Trumpeta,
bloodhounda, który wygrał rok wcześniej. I w przypadku pekińczyka
Wasabiego, zwycięzcy z 2021 roku.
Mentalność wystawiennicza wykracza poza pokazy. Zeszłego lata
przypadkiem wpadła mi w ucho rozmowa rodziców z dwiema małymi
dziewczynkami, którzy zatrzymali się, by podziwiać psa pewnej kobiety.
-?Jaki słodki -?powiedziała jedna z dziewczynek. -?Cześć, maluszku!
Kobieta odezwała się dopiero po dłuższej chwili.
-?To czempion -?odparła.
-?Tak ma na imię? -?zapytała dziewczynka. -?Czempion?
-?To nie imię, tylko tytuł, na który zapracował. Jest psem wystawowym.
Nie przytaczam tej anegdotki, by zakpić ze wspomnianej kobiety. Aby
wziąć udział w wystawie, a co dopiero ją wygrać, jej beagle musiał
spełniać standardy wyznaczone przez AKC, co oznaczało między innymi, że
musiał mieć głowę "stosunkowo długą i lekko wysklepioną w okolicach
potylicy, z czaszką pełną i szeroką", nie wspominając o "kufie średniej
długości". Jest też sekcja o uszach:
Uszy osadzone umiarkowanie nisko, długie, w pełnym rozciągnięciu
sięgające prawie -?jeśli nie całkiem -?do czubka nosa; o delikatnej
fakturze, dość szerokie, z niemal całkowitym brakiem zdolności
erekcyjnej, zwisające blisko głowy, z przednią krawędzią lekko zwróconą
w stronę policzka i zaokrąglone na końcach.
Nawet jeśli "zdolność erekcyjna" nie oznacza tutaj tego, z czym się w pierwszej kolejności kojarzy, ten krótki akapit budzi u właściciela psa
najróżniejsze obawy i tremę przed występem (psy, na szczęście, nie
umieją czytać). Psa, który ściśle spełnia te standardy, można stworzyć
tylko dzięki precyzyjnej hodowli. Z jednej strony stanowi to ilustrację
ludzkich możliwości, gdyż hodowla tego rodzaju wymaga dbałości i uwagi,
podobnie jak sztuka ogrodnicza, szkutnicza czy zaawansowane badania
naukowe. Z drugiej jednak może rodzić problemy dla psów, z powodów,
które omówię nieco później.
Kiedy spaceruję ulicami i pracuję jako Dogista, uwielbiam spotykać psy
rasowe. To piękne zwierzęta. Zawsze miałem względem nich takie odczucia.
Jedną z moich ulubionych książek z dzieciństwa była encyklopedia psów, w której wymienione zostały wszystkie ówczesne rasy oraz ich cechy
charakterystyczne. O ile pamiętam, istniało wtedy prawie dwieście ras.
Obecnie jest ich dokładnie tyle. (A właściwie było tak do wczoraj, dziś
bowiem amerykańskie autorytety kynologiczne oficjalnie zatwierdziły
kolejną, czyli dwieście pierwszą. Chodzi o lancashire heelera, krewnego
corgiego, który przez brytyjskich hodowców był uznawany od mniej więcej
2006 roku i trafił do kategorii ras zagrożonych. O ile wiem, nie
spotkałem jeszcze żadnego lancashire heelera. Opisuje się je jako
odważne, czułe i obdarzone umiejętnością specyficznego uśmiechania się,
kiedy są zadowolone).
Lektura psiej encyklopedii pochłaniała mnie bez reszty. Widziałem w tej
książce połączenie Biblii (miałem szacunek do tego tematu) oraz katalogu
sklepowego ("Jakiego psa chcę? A może raczej jakie psy? Jednego takiego,
dwa takie, no i rzecz jasna mopsa na dokładkę!"). Podobało mi się piękno
każdej rasy i dzielące je różnice, które dotyczyły nie tylko wyglądu,
lecz także charakteru. Teriery bywają nerwowe. Labradory i golden
retrievery -?wyluzowane i spokojne. Owczarki niemieckie zaliczają się do
kategorii "jesteśmy piękne, ale ugryźć też umiemy".
Z wiekiem nabrałem zdrowego sceptycyzmu. Skąd autorzy książki mogli
wiedzieć, jak zachowa się konkretny doberman? Ale z nieubłaganym biegiem
lat w pewnym stopniu wróciłem do pierwotnych przekonań: często
powtarzane stereotypy rzeczywiście znajdują odzwierciedlenie w usposobieniach poszczególnych ras. Weźmy na przykład chow chow. Były to
jedne z najważniejszych psów w starożytnych Chinach. Średniej wielkości
(18-35 kg), silne, z grubą dwuwarstwową sierścią i charakterystycznym
fioletowym jęzorem, zostały wyhodowane albo właśnie tam dwa tysiące lat
temu, albo na Syberii we wcześniejszych wiekach i potem przywędrowały do
Chin przez Mongolię. W Chinach chow chow był wykorzystywany jako pies
roboczy, ciągnący sanie przez mokradła, a także jako czworonóg do
towarzystwa na dworze cesarskim (rzekomo stanowił wzór dla posągów lwów
przed buddyjskimi świątyniami, choć mnie zawsze bardziej kojarzył się z małym niedźwiedziem o niebieskawym języku). Do ich temperamentu
szczególnie dobrze pasowało drugie z wymienionych zadań. Słyszałem już
najróżniejsze eufemistyczne opisy charakteru chow chow. Ludzie mówią, że
psy tej rasy "mają wyczucie, jeśli chodzi o obcych" albo że "są
terytorialne", lecz prawda jest taka, że mocno przywiązują się do
właścicieli i na ogół są bardzo nieprzyjazne wobec kogokolwiek innego.
Obecnie nie jest to rasa zbyt popularna, gdyż mimo uroczego puchatego
wyglądu chow chow potrafią być kąśliwe.
Niektórzy ludzie nie chcą brać na siebie ciężaru posiadania chow chow
albo owczarka niemieckiego i wolą powiększyć rodzinę o klasycznego,
przyjaznego retrievera o obwisłych uszach. Chow chow rzecz jasna też
mogą być znakomitym wyborem, ponieważ są bardzo opiekuńcze wobec
najbliższej rodziny, w tym dzieci. Trudności rodzi jednak umieszczanie
ich w środowisku, w którym regularnie stykają się z obcymi. Dlatego
jestem trochę zaskoczony za każdym razem, gdy widzę takiego psa w Nowym
Jorku. A widywałem je już w parkach latem, co samo w sobie jest
problematyczne -?podwójna okrywa włosowa izoluje tak skutecznie, że upał
w najlepszym razie źle wpływa na nastrój zwierzęcia, a w najgorszym na
zdrowie. Pamiętam, jak spotkałem chow chow w Tribeca. Nie napiszę tu,
jak się wabił, aby chronić jego prywatność, nosił on jednak ludzkie
imię. Nazwę go Andy. Przedstawiając mi Andy'ego, właściciel zastrzegł z góry: "To jest chow chow. One nie lubią nieznajomych". Podszedłem do
tego psa z nadmierną pewnością siebie, jak gracz NBA, który ma właśnie
koncertową passę rzutów. W duchu powtarzałem sobie, że takie ostrzeżenia
są dobre dla zwykłych śmiertelników, a ja powinienem być wyjątkiem. W końcu jestem Dogistą... umiem mówić po psiemu... Zobaczy, że jestem
wyjątkowy i godny zaufania... Okej, może nie jestem zaklinaczem psów, ale
robiłem to już dziesiątki tysięcy razy... jestem ekspertem i NIGDY nie
zostałem ugryziony. Ani razu!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki