Valentino Prince
22.22
Nikt z Prognozy Śmierci do mnie nie zadzwoni, bo nie zarejestrowałem się w ich usłudze. Nie żebym się spodziewał takiego telefonu, bo moje życie dopiero się zaczyna.
Wręcz przeciwnie, czuję się dzisiaj jak nowo narodzony.
Ponowne narodziny wydają się pasować do rodowitego mieszkańca Phoenix w stanie Arizona, miasta biorącego swoją nazwę od feniksa. Teraz nadszedł czas, żebym zrestartował swoje życie w Nowym Jorku. Z Doliny Słońca do Wielkiego Jabłka. Marzyłem o tym mieście tak długo, że po wydrukowaniu karty pokładowej na samolot aż się rozpłakałem. Ten bilet w jedną stronę oznaczał, że nigdy więcej nie będę musiał oglądać swoich rodziców. Że będę mógł stworzyć nowy dom z siostrą bliźniaczką.
Pewnie nie powinienem był bukować miejsca przy oknie. Starałem się jakoś panować nad sobą, kiedy samolot rozpędził się i wzbił w powietrze. Nie wyszło to najlepiej, właściwie całkiem źle. Kiedy wszystkie budynki, drogi i góry zmniejszały się i znikały z pola widzenia, ja wypłakiwałem się w chmurach. Mój sąsiad wydawał się mnie oceniać. Przez to jeszcze bardziej żałowałem, że siostra nie mogła do mnie dołączyć, bo w ostatniej chwili dostała ofertę pracy. Całe szczęście Scarlett dotrze na Wschodnie Wybrzeże pierwszym nocnym lotem, żeby powitać mnie w naszym nowym mieszkaniu.
Pięć godzin później, kiedy w zasięgu wzroku pojawił się Nowy Jork, wszystko wydawało się takie, jakie być powinno, nawet jeśli nigdy wcześniej moja stopa nie stanęła pośród tych drapaczy chmur i parków. Potem wylądowaliśmy i zaprowadziłem swoje walizki prosto na miejsce postoju taksówek, gdzie wszyscy inni czekali nieszczęśliwi, ale ja byłem podekscytowany perspektywą jazdy jednym z tych słynnych żółtych aut, które widziałem w telewizji i reklamach. Kierowca poznał, że to mój pierwszy raz, bo całą drogę gapiłem się na toczące się na ulicach życie. Pierwszy krok na krawężnik wydawał się żywcem wyjęty z filmu, jakby zaraz miały się posypać flesze aparatów fotograficznych. Na to przyjdzie czas później.
Od dzisiaj, od teraz mogę się nazywać nowojorczykiem.
A może muszę poczekać, aż właściciel mieszkania w końcu wręczy mi klucze, żebym miał pewność, że zamiast nowojorczykiem nie zostałem ofiarą oszustwa na Craigslist[1]. Czekając, rozglądam się po swoim zakątku Upper East Side. Zaraz obok jest maleńka pizzeria, która próbuje skusić mnie do wejścia zapachem czosnkowego pieczywa. Klaksony ściągają moją uwagę z powrotem na ulicę, gdzie ktoś dość stary, by być moim dziadkiem, wrzeszczy do telefonu, żeby nie zagłuszyła go muzyka dobiegająca z baru na rogu.
To miasto jest głośne i uwielbiam to.
Ciekawe, czy jeszcze zatęsknię za ciszą mojej dawnej okolicy.
Za moimi plecami otwierają się drzwi i pojawia się w nich mężczyzna ubrany w biały podkoszulek, spodenki oraz kapcie. Ma grube wąsy i rzednące włosy na głowie. Patrzy na mnie spode łba.
- Wchodzi czy nie? - pyta.
- Dzień dobry, jestem Valentino, nowy lokator.
Mężczyzna wskazuje na walizki.
- Widzę przecież.
- Czekam na właściciela.
Kiwa głową, lecz nie odchodzi. Jakby czekał, aż wejdę.
- Pan jest Frankie?
Znowu potakuje.
- Miło pana poznać - mówię.
Frankie niechętnie ściska moją dłoń.
- To wchodzi czy nie?
Ostrzegano mnie, że nie każdy nowojorczyk będzie dla mnie miły, ale może Frankie jest po prostu zmęczony, bo już dość późno. Zabieram walizki i ruszam do środka. Jest ciepła noc, jednak po przekroczeniu progu budynku rozumiem już, dlaczego Frankie ubrał się tak, jakby wyszedł po poranną gazetę w Arizonie. Czuję żar, jakbym wszedł prosto do pieca w pizzerii obok. Korytarz jest wąski, pomalowany na musztardową żółć, która wcale nie jest miła dla oczu, ale szanuję taki wybór. W ścianę wbudowane są metalowe skrzynki pocztowe, z paczkami na podłodze czekającymi na odbiór, a obok stoi kosz na śmieci przepełniony ulotkami, w tym tymi reklamującymi Prognozę Śmierci. Zakładam, że wiele osób w tym budynku nie zarejestrowało się w ich bazie. Ja osobiście też nie, ponieważ moi rodzice to totalni sceptycy, niemniej ta ich paranoja to kolejna ich spuścizna, którą powinienem zostawić za sobą.
Frankie zatrzymuje się na schodach.
- A gdzie druga?
- Druga?
- Bliźniaczka.
- Och, przyleci jutro rano.
Frankie rusza dalej.
- Tylko jeśli jeszcze przyjdą jakieś duże pudła, to ja ich nie tykam. Od tego noszenia bolą mnie plecy.
- Przepraszam.
Musiałem wysłać pewne rzeczy wcześniej, na przykład dmuchany materac, pościel, ręczniki, garnki i naczynia. Chociaż podejrzewam, że największym winowajcą bólu było pięć kartonów wypełnionych ubraniami, butami i akcesoriami, które są tak samo istotne jak pewność, że mam gdzie spać do czasu, aż we wtorek dotrze materac z prawdziwego zdarzenia.
- Winda się zepsuła?
- Zepsuła się jeszcze w czasach, gdy tym budynkiem zarządzał mój ojciec - odpowiada Frankie.
Rozumiem. Nie jestem pewien, czy to legalne reklamować budynek jako wyposażony w windę, jeśli służy ona wyłącznie do dekoracji, jednak odsuwam od siebie te negatywne myśli. Po tylu latach spędzonych w małej siłowni w domu rodziców jestem przygotowany na takie życie. Taszczę walizki ze świadomością, że każda ma jakieś dwadzieścia dwa kilogramy, bo musiałem je zważyć na lotnisku. Frankie nie oferuje pomocy, lecz to nic. Na drugim piętrze przypominam sobie, że moje nowe mieszkanie jest na piątym. Po plecach zaczyna mi spływać pot i jestem pewien, że podczas wszystkich kolejnych treningów mogę omijać ćwiczenia nóg. Na sam koniec już mi brakuje tchu, ale... nie, właściwie to nie ma żadnego ale. Tak właśnie wygląda mój rytuał przejścia w tym mieście. Móc powiedzieć, że mieszkam na piątym piętrze bloku bez działającej windy na Upper East Side, to kwintesencja bycia nowojorczykiem.
Zostaję bezceremonialnie wpuszczony do mieszkania 6G. Nikt mnie nie wita jako nowego mieszkańca w bloku, nikt mi nie gratuluje pierwszego domu z dala od domu. Frankie zwyczajnie otwiera drzwi, a ja wchodzę za nim do środka, zostawiając walizki w wąskim holu. Łazienka znajduje się bezpośrednio po lewej i chociaż wiem, że w ciągu tygodnia będę tam spędzał wiele godzin na wieloetapowej pielęgnacji twarzy, bardziej interesuje mnie zbadanie przestrzeni, w której będzie się rozgrywała większa część mojego życia. Drewniany parkiet skrzypi pod nogami, kiedy wchodzę do głównego pomieszczenia kawalerki. Moje kartony stoją przy ścianie po lewej, gdzie zamierzam umieścić łóżko. Dwa okna wychodzą na ulicę i jedno nad zlewem na mieszkanie sąsiada. To żaden problem, kupię w tym tygodniu zasłony.
To pikuś przy tym, jak małe jest mieszkanie. Chcemy ze Scarlett wykorzystać pieniądze odłożone przez rodziców na college, żeby spełnić swoje marzenia - modeling oraz fotografia - i mamy nadzieję, że wystarczy ich jak najdłużej, stąd kawalerka.
- Na zdjęciach wydawało się większe - mówię.
- Ja robiłem zdjęcia - rzuca Frankie.
- Były bardzo ładne. Na pewno dołączył pan do ogłoszenia właściwe? Spodziewaliśmy się większej przestrzeni.
Frankie patrzy na mnie dziwnie.
- To trzeba było obejrzeć przed wynajmem.
- Jeszcze mnie wtedy nie było w mieście. Dopiero co przyleciałem.
- To nie mój problem. Byliście z siostrą w jednym brzuchu, teraz też jakoś ogarniecie.
Miejmy nadzieję, że to mieszkanie, podobnie jak macica naszej matki, zwiększy swoje rozmiary, żeby nas pomieścić.
Frankie ma szczęście, że nie jestem asertywny. Nie mogę tego samego powiedzieć o Scarlett, ale o tym mężczyzna przekona się dopiero po jej przylocie. Za to mogę się tylko cieszyć, że już w pierwszy wieczór w Nowym Jorku mam okazję przeżyć legendarną kłótnię z właścicielem mieszkania. Podpisaliśmy umowę na rok i pewnie na koniec będziemy mieli mnóstwo anegdotek do opowiadania nowym znajomym.
Ktoś puka do drzwi i wchodzi jakiś młody chłopak. Nie umiem oceniać wieku. Ma pięć lat, ale jest naprawdę wysoki jak na swój wiek? Czy może ma dziesięć, ale jest niski? Wydaje mi się dziwnie znajomy, jednak nie wiem dlaczego.
Właśnie do mnie macha, ubrany w piżamę.
- Jesteś naszym nowym sąsiadem? - pyta z uśmiechem.
- Owszem. Jestem Valentino.
- A ja Paz.
- Fajne imię, Paz.
- To skrót od Pazito, ale tylko mama tak do mnie mówi. Twoje imię też mi się podoba.
Nikt mnie jeszcze dzisiaj tak ciepło nie powitał.
Zanim zdążę podziękować, zauważam, że Frankie posyła mu groźne spojrzenie.
- A ty czemu wstałeś z łóżka? - pyta go.
- Boję się Prognozy Śmierci.
Frankie przeciera oczy.
- Prognoza Śmierci nie jest prawdziwa. Idź spać.
Paz zaczyna płakać.
- Dobrze, tatusiu.
Idzie do drzwi, powłócząc nogami, i ogląda się jeszcze przez ramię, jakby czekał, aż ojciec zmieni zdanie. Nic z tego. Chłopiec wychodzi na korytarz bez słowa.
Naprawdę chciałbym go zatrzymać i pocieszyć, ale podejrzewam, że nie powinienem podważać rodzicielskiego autorytetu Frankiego. Poczekam na inną okazję.
- Fajny dzieciak - stwierdzam.
Frankie więcej nie wspomina o Pazie. Kładzie tylko dwa zestawy kluczy na blacie w kuchni.
- Duży jest do mieszkania, średni do drzwi na dole, a mały do skrzynki. Mieszkam zaraz obok, ale nie pukaj przed dziesiątą i po siedemnastej.
- Zrozumiałem. Dziękuję bar...
Frankie wychodzi, zamykając za sobą.
- ...dzo, Frankie - mówię do pustki.
Kawalerka bez właściciela wcale nie wydaje się większa, za to nie panuje już w niej taki chłód.
Spoglądam na zegarek - 22.31 - i mam ochotę zadzwonić do Scarlett. Nowy Jork jest trzy godziny do przodu względem Arizony, więc mogę to zrobić teraz, licząc, że złapię ją, zanim wyjdzie, żeby robić zdjęcia na wielkiej imprezie Prognozy Śmierci w Phoenix. Dzięki temu zleceniu będzie miała miesięczny czynsz, a nawet zostanie trochę na bilet na komunikację miejską i skromne obiady. Siadam na blacie i czekam, aż Scarlett odbierze, a wtedy widzę przez okno Frankiego. Oczywiście to na jego mieszkanie mam widok. Mężczyzna wyjmuje piwo z lodówki, a ja liczę, że zaśnie z upojenia alkoholowego, bo i tak już jest nieznośny.
Siostra odbiera i widok jej twarzy na ekranie poprawia mi humor.
- Val! - Scarlett ustawia telefon na umywalce i robi sobie makijaż. - Jesteś w naszym nowym domu?
- Owszem.
- Poka, poka!
Zmieniam kamerę, żeby pokazać jej wnętrze. To nie trwa długo.
- Tylko mi się wydaje, czy...
- Nie wydaje ci się. Jest mniejsze, niż sugerowało ogłoszenie.
- A czy nasz czynsz też się skurczył?
- Właściciel stwierdził, że skoro wyszliśmy z jednego brzucha, to i teraz damy radę.
- Gdybym miała czas, żeby przestać nakładać maskarę i przewrócić oczami, zrobiłabym to. Niestety muszę spadać za minutę. Proszę, powiedz, że wybierasz się na Times Square.
Scarlett dostała to zlecenie, a ja biorę udział w dużej kampanii jako model, więc spełnianie marzeń nie pozwoliło nam świętować razem wigilii Prognozy Śmierci. Jednak to nie powstrzymało Scarlett przed wysyłaniem mnie na imprezę na Times Square.
- Nie wiem, Scar. Mam jet lag...
Scarlett naśladuje brzęczyk z teleturnieju.
- Zła odpowiedź. Straciłeś trzy godziny, ale nie jesteś zmęczony. Spróbuj jeszcze raz.
- Powinienem odpocząć przed jutrzejszą sesją.
- I tak będziesz zbyt nakręcony, żeby zasnąć, Val. Dlatego zamiast się wiercić na tanim dmuchanym materacu, idź i doświadcz czegoś, co zapisze się w historii jako wydarzenie zmieniające jej bieg albo największy żart w tym kraju.
- Chciałbym zobaczyć twarze rodziców, jeśli okaże się, że to nie jest ściema.
- Ja też, ale nie zamierzam zostać, by ich sfotografować.
- Prosto z imprezy ruszasz na lotnisko?
- Zdecydowanie. Zważywszy na to, jak cię potraktowali.
Wciąż jestem trochę w szoku. Przypomina to szczypanie po tym, jak zdarłem sobie łokcie i kolana, zaliczając upadek w czasie biegu.
- Doceniam wsparcie.
- Fatalna byłaby ze mnie bliźniaczka, czy w ogóle kiepski człowiek, gdybym nie stanęła po twojej stronie. Ale nie możemy im dawać władzy nad nami, myśląc o nich dzisiaj czy kiedykolwiek. Już niedługo mama i tata nie będą mogli cię ignorować, gdy twoja twarz będzie się pojawiać w całym kraju, w tym w ich czasopismach.
- Założę się, że zrezygnują z subskrypcji.
- Co będzie oznaczało twoje zwycięstwo. A teraz biegnij na Times Square, póki go jeszcze nie opanowałeś.
Biorę głęboki wdech, wiedząc, że ma rację.
- Szkoda, że cię tu nie ma ze mną.
- I nawzajem, ale pieniądze, które dzisiaj zarobię, wystarczą na miejsca w pierwszym rzędzie na naszym pierwszym spektaklu na Broadwayu.
- A co z czynszem?
- Musimy się trochę rozerwać.
- Nie trochę, od razu na strzępy.
- Rozrywka to nic złego, Val.
- Masz rację.
Przeprowadziłem się, ponieważ życie z rodzicami stało się duszące po tym, jak się przed nimi wyautowałem. Sprawili, że czułem się obco we własnym domu. Myślałem, że inaczej zareagują, widząc mnie, jak prowadzę walizki przez salon. Jednak oni milczeli, nawet kiedy Scarlett powiedziała, że to ich ostatnia szansa przed naszym wylotem. Zachowywali się, jakby mieli tylko jedno dziecko. Popatrzyłem na krzyż nad naszymi drzwiami frontowymi i modliłem się, żeby spadł, kiedy zatrzasnę za sobą drzwi i zostawię tamto życie za plecami.
Wolność może i daje odetchnąć pełnymi płucami, ale to jeszcze nie oznacza, że nie ma się złamanego serca.
Teraz znajdę własną drogę.
- Informuj mnie na bieżąco, co się dzieje na twojej imprezie - proszę Scarlett.
Siostra sięga po kurtkę i gasi światło.
- Właśnie, impreza. Powinnam była wyjść pięć minut temu. Kocham cię.
- Ja ciebie tak samo - odpowiadam, dokańczając nasze ulubione powiedzonko, które wzięło się z tego, że jesteśmy bliźniętami. - Uważaj na siebie.
- Zawsze!
Rzeczywiście uważa na siebie i jeździ bezpiecznie. Tylko że nie można tego samego powiedzieć o innych uczestnikach ruchu.
W maju Scarlett omal nie zginęła w wypadku spowodowanym przez nieodpowiedzialnego kierowcę. Musiałem sobie wyobrazić koszmarny świat bez jej blasku; coś, czego doświadczyłem tylko przez dwie minuty, jako że urodziłem się przed nią. Nigdy więcej nie będę istniał bez niej. Nawet dzisiejsza noc wydaje się dziwna, bo ona nie dotarła jeszcze do Nowego Jorku, ale toleruję to, bo wiem, że żyje i ma się dobrze w Phoenix. Wolałbym być na innej planecie, byle tylko ona spokojnie oddychała po drugiej stronie galaktyki.
Operacja uratowała mojej siostrze życie, chociaż rodzice twierdzą, że to zasługa Boga. W tamtym momencie dziękowałem chirurgom i Bogu, jednak dzisiaj mam problem z tajemnymi siłami. Wliczając w to Prognozę Śmierci - organizację, która oczekuje, że uwierzymy im bez żadnego konkretnego dowodu. Część mnie chciałaby wierzyć, a część doświadczyła z pierwszej ręki, jak wiara może szkodzić. W przeciwieństwie do rodziców mam otwarty umysł, bo chciałbym móc już nigdy nie martwić się o to, że nagle stracę siostrę. Może za kilka dni już wszystko będzie jasne.
Niech Bóg błogosławi tym...
Gryzę się w mentalny język, wciąż rekalibrując głowę i serce.
Powodzenia tym, którzy staną się króliczkami doświadczalnymi Prognozy Śmierci.
A jeśli chodzi o mnie, narodziłem się na nowo i mam jeszcze mnóstwo do przeżycia.
[1] Amerykański internetowy serwis ogłoszeń drobnych.