- Zagwizdać? - spytał Julek. Marian,
wielkoduszny jak zwykle, mruknął, że tak; wiedział, że wygwizdywanie
hasła załogi sprawia "małemu" szczególną przyjemność.
W nawilgłe powietrze wpłynęły trzy przenikliwe nutki podobne do głosu
trznadla. Przez chwilę trwała cisza, słychać było tylko deszcz,
szumiący drobno wśród gałęzi kasztana, pod który się skryli.
U brzegu liści zbierały się wielkie krople
i po długim namyśle spadały ciężko na ziemię.
- Jeszcze raz - nakazał Marian. -
Pewno jest w kuchni.
Julek zagwizdał znowu. Marian,
podnosząc swoim zwyczajem brwi do góry, co nadawało jego twarzy wyraz
zafrasowania, patrzył w parterowe, lekko uchylone okno.
W głębi domku rozległy się szybkie kroki, połówki okna, pchnięte
gwałtownie, trzasnęły o ścianę.
- Serwus! - zawołała Pestka,
siadając na parapecie
i przerzucając nogi na zewnątrz. - Co słychać? -
I rozejrzawszy się po szarym niebie, dodała: - Ciemna mogiła!
Te ponure słowa zostały wypowiedziane
ze śmiechem. Pestka czuła, że tak czy inaczej świat należy do
niej. Nawet najgorsza pogoda nie mogła przyćmić jego uroków.
Nim chłopcy zdążyli się odezwać,
obok Pestki stanęła w oknie jej matka
i uśmiechnęła się do nich równie przyjaźnie jak córka.
- Czemu stoicie na dworze? Wejdźcie!
- Właźcie - rzekła gościnnie Pestka.
- My tylko na chwilę - odpowiedział Marian.
- Wy zawsze tylko na chwilę -
roześmiała się pani Ubyszowa. - Myślałby kto, że boicie się
znaleźć pod dachem choćby na pięć minut. Nie mam nigdy okazji,
żeby z wami porozmawiać.
Chłopcy stropili się
nieco. Rzeczywiście, obaj uważali, że nie ma po co wchodzić do
mieszkania, jeżeli można być na dworze, gdzie zawsze jest przyjemniej;
nie bardzo też wiedzieli, o czym mogliby mówić
z mamą Pestki. Dorosłych obchodzą przecież zupełnie inne rzeczy.
- Kiedy my właściwie po chleb do
spółdzielni... - tłumaczył się niezręcznie Marian. Julek dodał
przekonywająco, że babka kazała się im bardzo spieszyć. Nie było
to wcale prawdą, tylko wynikiem nagłego natchnienia, które miało
zwyczaj spływać na chłopca
w trudnych chwilach. Pani Ubyszowa nie nalegała dłużej. Kiedy wycofała
się w głąb mieszkania, Julek zbliżył się do okna.
- Pestka, mamy ci coś powiedzieć.
- No?
Milczeli, brwi Mariana uniosły się
jeszcze wyżej. Spiczaste uszy Julka wydawały się jeszcze bardziej
spiczaste niż zazwyczaj, czarne oczy błyszczały bystro, jak
u czujnego zwierzątka. Pestka wsparła nogę
o brzeg wysokiej podmurówki i zeskoczyła na ziemię.
- No? - spytała po raz drugi,
podchodząc szybko do chłopców. - Stało się coś?
- Tak - odezwał się Marian. - Na
wyspie ktoś był.
Pestka uznała wiadomość za ważną.
- Kiedy był?
- Wczoraj.
- Przecież siedzieliśmy tam prawie
do wieczoru i nie widzieliśmy nikogo.
- Ale my
z Marianem polecieliśmy tam jeszcze drugi raz przed samym spaniem, bo
zgubiłem scyzoryk
i bałem się, że zardzewieje. Na polance było ognisko. Już się nie
paliło, ale jak rozgarnęliśmy popiół, to pod spodem się żarzyło.
- Nie zauważyliście nikogo?
- Nie.
- Szukaliście?
- Pytanie! - oburzył się Julek. -
Wszędzie szukaliśmy.
- Jak myślisz, kto to mógł być? -
Pestka zwróciła się
z tym pytaniem do Mariana, on najlepiej znał okolicę
i jej mieszkańców.
- Jakiś chłopak
z Olszyn, wiadomo.
- Psiakość! - zaklęła
dziewczyna. - Do tej pory się udawało, nikt się nie przypętał. Ale
to nic, wyrzucimy go. Wyspa jest nasza!
- Najlepiej chodźmy tam zaraz -
zaproponował Julek.
- Zaraz to nie - odpowiedział Marian
spokojnie. - Idziemy po chleb.
A potem trzeba pomóc babce.
I musisz odrobić swoje lekcje, już dwa dni nic nie robiłeś.
-
A tymczasem tamten będzie siedział na naszej polanie jak
u siebie w domu! - rzekł z oburzeniem Julek. Był z załogi najmłodszy
i odczuwał każde ograniczenie swobody jeszcze boleśniej niż inni.
-
W taki deszcz na pewno nikt tam nie siedzi, więc na razie możemy się
nie denerwować - przecięła sprawę Pestka. - Pójdziemy, jak
przestanie lać,
i jeśli się zjawi, przemówimy mu do rozumu.
- Dobrze - zgodził się Marian. -
Ale my będziemy mogli dopiero po południu.
Pestka uznała, że nic nie szkodzi,
zaraz po deszczu wybierze się na wyspę
z Ulą i tam na chłopców poczekają. Tak więc wszystko zostało omówione
i dziewczynka wdrapała się z powrotem na okno.
- Powiedzcie Uli, że zaraz do niej
przyjdę.
Kiwnęli głowami na znak, że powiedzą,
i wyszli spod kasztana na deszcz. Szli teraz wiejską drogą, nie śpiesząc
się. Julek, który był boso, wkraczał
w środek każdej kałuży, Marian obchodził je naokoło.
- Marian? - odezwał się po chwili
Julek.
- No?
- Spierzemy go, prawda?
- Może nie będzie trzeba.
- Będzie trzeba - wyraził nadzieję
Julek. - Z takiej wyspy nikt łatwo nie ustąpi.
Marian milczał, najwidoczniej mało
zainteresowany tematem.
- Ty nie lubisz się bić, ja wiem -
stwierdził Julek z goryczą.
- Jak mam powód, to się biję. Ale
bez powodu to po co?
- Bez powodu też jest przyjemnie.
- Jak komu.
Mały skrzywił się lekko. Jego
położenie było trudne. Marian był o dwa lata starszy od niego
i z tym przykrym faktem trzeba było się liczyć.
Po chwili pocieszył się myślą, że
bądź co bądź można liczyć na Pestkę.
- Pestka jest fajna, nie? Ona jest
zupełnie jak chłopak.
- Niezupełnie - poprawił Marian.
- Pewno że niezupełnie - zgodził
się Julek i westchnął, co miało znaczyć, że dziewczyna, nawet najfajniejsza,
nigdy nie dorówna chłopakowi. - Ale w każdym razie... Jest odważna.
- Ma bardzo ładne oczy - rzekł
Marian.
Julek tak się zdumiał, że aż
przystanął.
- Ładne oczy? Nie zauważyłem.
- Zauważysz, jak będziesz starszy.
- Dlaczego, jak będę starszy?
- Bo tak. W twoim wieku jeszcze się różnych rzeczy nie widzi.
- Jak nas w szkole badali, to doktor mówił, że mam najlepszy wzrok z całej klasy.
Marian uśmiechnął się
pobłażliwie. Julek zdał sobie sprawę, że powiedział coś głupiego i że "różne rzeczy", o których powiedział Marian, dotyczą dziewczyn. Postanowił naprawić
swój błąd od razu.
- Widzę wszystko tak samo jak ty! -
rzekł kłótliwie. - Na przykład, że Pestka ma ładny nos. Ale
oczy?... - roześmiał się z pogardą. - Takie same jak u każdego!
Rozmowa o urodzie Pestki trwałaby może jeszcze dłużej, gdyby nie to, że
dotarli właśnie do domku, w którym mieszkała Ula. Przed
domem stała rozklekotana dekawka doktora Zalewskiego.
Chłopcy, jak zawsze, obejrzeli ją ze wszystkich stron,
dzieląc się fachowymi uwagami o stanie jej motoru i karo serii. Kiedy już nic więcej nie było na ten temat do powiedzenia,
Julek zbliżył się do drzwi i gwizdnął cicho - dużo ciszej niż pod domem Pestki; doktor Zalewski
nie był człowiekiem, z którym można sobie pozwalać.
- Zaraz przyjdzie do ciebie Pestka -
powiedział, kiedy we drzwiach ukazała się wysmukła postać
w granatowej sukience. - A jak przestanie lać, pójdziemy na wyspę.
- Dobrze - rzekła Ula i znikła znów w drzwiach.
- Ula też jest w swoim rodzaju - rzekł z namysłem Marian. Skręcili teraz w stronę spółdzielni.
- Co to znaczy?
- Że się może podobać.
- Nie wiem komu! - zakrzyknął Julek,
wzburzony taką możliwością. - Chyba jakiemu głupiemu. Wszystkiego
się boi i nigdy nie wiadomo, o co jej chodzi.
-
Jest zgrabna - rozważał spokojnie Marian - i ma ładne włosy.
- Co z tego?
Marian musiał przyznać, że niewiele.
- Ula w ogóle nie powinna należeć do załogi - odezwał się po chwili Julek.
- Może się jeszcze podciągnie.
- Nie wierzę w to!
Marian, skłonny do liczenia się z rzeczywistością, uważał, że czy tak, czy tak, Pestka bez Uli nigdzie
się nie ruszy.
- No właśnie! - rozgoryczył się
Julek. - Te dziewczyny! Jak nawet jakaś się uda, to musi ciągnąć
za sobą jakąś drugą, która jest do luftu. Myślisz, że jak spotkamy
tego obcego, to ona nam pomoże?... Akurat!
- Zobaczymy - odezwał się Marian z filozoficznym spokojem.
- W ogóle w załodze powinny być same chłopaki, i koniec!
- A skąd ich weźmiesz?
Julek westchnął. W tej części wsi, w której mieszkali, nie brakowało ani dzieci, ani dorosłej młodzieży,
ale chłopców w ich wieku nie było. Zadowalanie się towarzystwem dziewcząt było
smutną koniecznością.
Ula nie
chciała rozmawiać z chłopcami dłużej, bo ojciec, przejeżdżając ze szpitala w Łętowie do ambulatorium w fabryce, wstąpił do domu na kilka minut i zmęczony nocnym dyżurem poprosił o czarną kawę. Pani Cydzikowej, która pro wadziła małe gospodarstwo
doktora, nie było. Ula rozdmuchała ogień, który tlił się pod
blachą,
i szybko zaparzyła kawę. Ojciec, umywszy ręce, przyszedł do kuchni i usiadł za stołem. Czekał, nic nie mówiąc, i Ula czuła, jak to milczenie z każdą chwilą coraz silniej ciąży im obojgu. Z ulgą postawiła przed ojcem dymiącą filiżankę i wycofała się pod okno.
- Nie siądziesz przy mnie? - spytał.
Usiadła więc po drugiej stronie
stołu. Postanowiła już dawno, to znaczy zaraz po przyjeździe
na wakacje, że będzie się stosowała do wszelkich życzeń ojca,
ale nie zrobi nigdy żadnego kroku, żeby przekroczyć mur, który ich
dzielił. Nie pragnęła go zresztą przekroczyć, przeciwnie, chciała,
żeby ojciec odczuł jej niechęć i jej bierny opór. To zadanie się powiodło. Doktor, który na
początku zdawał się szukać porozumienia, wkrótce za niechał tych
prób. Mijały dni, w czasie których nie zamieniali więcej niż kilkanaście zdań, doktor
był zresztą zajęty od rana do nocy. Krótki czas, który spędzali
razem, wypełniały uwagi o pogodzie, drobne domowe polecenia i pytania, czy Ula się nie nudzi - to wszystko przedzielane nieznośnymi
pustymi minutami, które trudno było zapełnić.
Kiedy ze dworu rozległo się gwizdnięcie
Julka, doktor spytał:
- Koledzy?
- Tak - rzekła sucho Ula i podeszła do drzwi. Wróciwszy, powiedziała tonem informacyjnym:
"Marian i Julek", i znowu zajęła miejsce za stołem. Doktor rzucił na nią przelotne spojrzenie,
sądząc zapewne, że dowie się czegoś więcej. Ula milczała.
- Dziękuję - rzekł, odsuwając
filiżankę.
- Może dolać? Jest jeszcze trochę.
- Nie, wystarczy.
Przeszedł do gabinetu. W chwilę potem na progu kuchni stanęła Pestka. Mokre, czarne kosmyki
lepiły się do czoła, po różowych policzkach spływały krople
deszczu. Oczy, srebrne jak rtęć i ukryte
w ciemnych rzęsach, błyszczały śmiechem.
- Leje! - oświadczyła raźno,
jakby przynosiła najlepszą no winę, zrzuciła wiatrówkę i przemoczone trepki. - Wiesz już o wyspie?
- Co takiego?
- Na wyspie ktoś był. Wczoraj, i palił ognisko. Ale to nic, rozprawimy się z nim. - Nadzieja na tę rozprawę wznieciła w oczach Pestki nowe błyski.
- Jak tylko wypogodzi się choć trochę,
pójdziemy na wyspę. Ale zaniosło się jak cholera, chyba na długo.
Ula mało przejęła się
niebezpieczeństwem, które zawisło nad ich kryjówką. Cieszyła się,
że pada deszcz. Niech pada długo, choćby do samego wieczoru! Deszcz
oznaczał, że Pestka będzie tylko z nią i dla niej, że można będzie porozmawiać. Prawdziwa rozmowa jest
przecież możliwa tylko sam na sam. Na wyspie uwaga Pestki rozprasza
się między tyle spraw, tyle zajęć... No i na wyspie zawsze są z nimi chłopcy.
- Przyjemnie z tym ogniem - pochwaliła Pestka. Pchnęła stół w stronę komina, usiadła na nim i oparła stopy o brzeg ciepłej blachy. - Pysznie!
- Dzień dobry! - odezwał się
nagle doktor.
- Ach! - zawołała Pestka, zsuwając
się błyskawicznie na ziemię. - Nie wiedziałam, że pan jest w domu.
Stała przy stole, śmiejąc się. Ula
zauważyła ze zdziwieniem, że ojciec uśmiecha się także.
"Do niej wszyscy się uśmiechają"
- pomyślała i, jak to jej się często w stosunku do przyjaciółki zdarzało, poczuła równocześnie zazdrość i podziw.
- Ciągle włażę, gdzie nie trzeba
- wyjaśniła doktorowi Pestka, najzupełniej pewna, że jej to będzie
wybaczone. - Przepraszam!
- Nic nie szkodzi. Do widzenia!
- Do widzenia! - odezwała się
wesoło. I ledwo zniknął za progiem, rzekła z przekonaniem: - Twój ojciec wcale nie jest taki surowy, jak mówiłaś,
jest bardzo miły!
"Jest miły... dla niej - pomyślała
szybko Ula. - Zanim tu przyszła, nie miał pojęcia, o czym ze mną mówić". Spytała:
- Będziemy siedziały tu czy na
werandzie?
- Tutaj - zdecydowała Pestka. - W taką pogodę w twojej kuchni jest świetnie.
Rzeczywiście, kuchenka była
sympatyczna. Krzywe okienko, zacienione starymi drzewami, przepuszczało
niewiele światła. Za to od stołków i starej podłogi szło miłe lśnienie starego, czysto wyszorowanego
drewna. Spomiędzy fajerek błyskał płomień. Usiadły teraz na dwóch
stołkach koło komina. Ula podciągnęła kolana i oplotła je rękami.
- Co dziś robiłaś? - spytała Ula.
- Nic.
I wbrew temu słówku Pestka zaraz zaczęła opowiadać - właśnie tak,
jak Ula się tego spodziewała. O tym, że rano nie chciało jej się wstać, bo padało, i nawet próbowała wyłudzić od matki śniadanie do łóżka pod
pretekstem bólu gardła (ten ból zniknąłby mi zaraz po jedzeniu,
rozumiesz?), ale mama, niestety, jest bystra i oceniła podstęp bez pudła... O tym, w jaki sposób mama przerobi Pestce rozdartą spódnicę... O liście, który obie miały pisać do ojca, ale który oczywiście
napisała mama, bo Pestka pisać nienawidzi. - Ograniczyłam się do
zakończenia: "Sto tysięcy pocałunków" i podpis. Wystarczy, nie?
Były to najzwyklejsze codzienne sprawy,
ale dla Uli ciekawe jak bajka. To, co mówiła Pestka, składało się
na obraz życia spędzanego z matką. I z
ojcem, który jest ojcem naprawdę. Choć przyjaźń między dziewczętami
trwała już dłuższy czas, Ula wciąż jeszcze wyczuwała w tym obrazie puste miejsca. Myślała, że jeśli się zapełnią,
będzie mogła ogarnąć i zrozumieć całkowicie to, czego ją los pozbawił. Chciała to
zrozumieć. Prowokowała Pestkę cichymi pytaniami, pragnąc, żeby
opowiadanie trwało długo i zawierało jak najwięcej szczegółów. Była rada, że woda wylewa
się z rynien z głośnym bulgotem, a po szybach przelatują nowe i nowe fale deszczu, odgradzając małą kuchenkę od świata.
- Powiedz mi - spytała z wahaniem, kiedy Pestka przerwała na chwilę - czy ty mówisz swojej
mamie wszystko?
- Wszystko?... Ach, nie!
- Dlaczego?
- Mama wielu rzeczy wcale nie rozumie.
- Na przykład?
- Przede wszystkim, że życie jest
dziś inne niż kiedyś. Mama uważa, że powinnam się tak zachowywać
jak ona, kiedy miała tyle lat, co ja. I jak coś jest inaczej, to się strasznie przejmuje. Więc po co mam ją
denerwować opowiadaniem jakichś głupstw? To nie miałoby sensu -
wywodziła logicznie Pestka. - Trzeba sobie radzić samemu.
Ula także radziła sobie sama, i to w stopniu dużo większym niż Pestka, ale nie dlatego, że miała na
to ochotę. Pomyślała, że co do niej, to mówiłaby swojej mamie
wszystko a wszystko. Widocznie matka Pestki, choć dobra
i miła, nie jest aż taka, jaka
byłaby mama Uli.
Przez chwilę panowała cisza. Pestka
zauważyła zamyślenie przyjaciółki.
- Ty właściwie jesteś pierwszy raz
ze swoim ojcem na dłużej, prawda?
- Tak.
- Dlaczego?
Ula zaczerwieniła się gwałtownie. Pestka
nigdy dotąd nie pytała o takie rzeczy.
- Dlaczego? - powtórzyła Pestka i pochyliła się naprzód z serdecznym uśmiechem. - Wytłumacz mi to!
Ula poczuła popłoch, równocześnie
ogarnęło ją gwałtowne wzruszenie. Wiedziała od dawna, że jeżeli
nadejdzie chwila, kiedy Pestka o te sprawy zapyta, to ona, Ula, będzie musiała odpowiedzieć - i że w gruncie rzeczy tego pragnie. Ale jak znaleźć słowa dla faktów i uczuć,
o których do tej pory nie mówiła właściwie z nikim? Żeby zyskać na czasie, bąknęła niezdarnie:
- Tak jakoś... Ciotki wolały, żebym
była z nimi...
- Właściwie to musi być bardzo
ciekawe poznawać swojego ojca, kiedy jest się już dużą - rzekła z zastanowieniem Pestka. - Mieć go takiego nowego, nic o nim nie wiedzieć i co dzień coś innego odkrywać.
"Ojca powinno się mieć od samego
początku, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, zawsze. Inaczej jest
źle i ciężko i nie wiadomo wcale, jak z tego wybrnąć..." - pomyślała Ula. Jej decyzja zapadła: powie
Pestce wszystko, wytłumaczy jej, jak to jest naprawdę. Dlaczego nie
miałaby powiedzieć? Inni mówią o takich sprawach swobodnie
i po prostu, i na pewno jest im o wiele lżej. Taka okazja, jak dziś, trafi się nieprędko.
Patrzyła w ziemię, zastanawiając się, od czego zacząć, żeby Pestka mogła
zrozumieć. Najpierw trzeba będzie powiedzieć o mamie i o
tamtych pierwszych latach, bardzo dawnych, niezapomnianych, dobrych!... O tym, jak postąpił ojciec, co się stało z mamą - i o
ciotkach - dopiero potem... Poczuwszy, że jest wewnętrznie gotowa,
nabrała tchu -
i z
góry uszczęśliwiona tym, że nareszcie zwierzy przyjaciółce swoją
tajemnicę - podniosła oczy.
Pestka nie siedziała już przy
kominie. Stała przy oknie.
- Wiesz? - zawołała z zachwytem. - Przestało padać! Naprawdę!
I otworzywszy okienko, wychyliła się na zewnątrz.
Ula nie drgnęła. Tkwiła na swoim dawnym
miejscu, czując urazę gwałtowną i bolesną jak skaleczenie.
-
Widzę kawałek niebieskiego! - oznajmiła triumfalnie Pestka,
zupełnie nieświadoma uczuć przyjaciółki. Nie pamiętała już wcale, o czym przed chwilą mówiły.
Ula odwróciła się szybko; oczy zaszły
jej łzami i trzeba było to ukryć. Opanowawszy się, wstała i podeszła do okna. Na jej twarzy błąkał się charakterystyczny dla
niej, obojętny uśmieszek. Niech Pestka nie sądzi, że Ula czuje się
skrzywdzona. Niech nikt tak nie sądzi.
- Możemy iść - osądziła
Pestka. - Lepiej być na wyspie, zanim się tam zjawi tamten obcy.
- Jest bardzo mokro - odpowiedziała
Ula ze sztuczną obojętnością, za którą krył się opór. Był
jałowy, nie mógł się przydać na nic. Ula czuła, że dla Pestki
tylko sprawy wyspy mają w tej chwili znaczenie.
- Co to szkodzi? Chodźmy!
Kiedy znalazły się przed domem,
zabłysło słońce. Pestka odetchnęła radośnie, pełną piersią,
jakby ją wypuszczono z długotrwałego zamknięcia. - Coś wspaniałego! - powiedziała z zachwytem. Tego samego zdania były wróble. Oniemiałe przez
długie godziny, krzyczały teraz głośno, obwieszczając powrót
pogody. Niebieski obszar między chmurami powiększał się szybko i nasycał barwą szerokie kałuże. Powietrze pachniało świeżością,
zieleń drzew o poczerniałych od wilgoci pniach miała ostry, wesoły kolor.
Pestka ruszyła przodem, nucąc. Ula szła
za nią bez słowa, niechętna słonecznym urokom. Myśli jej nawracały
wciąż do ciemnej kuchenki, gdzie - jak się jej to nagle zamarzyło
- miała nareszcie wydobyć na jaw swoje najtrudniejsze przeżycia,
tak głęboko i przed wszystkimi dotąd ukrywane. Nowa okazja do zwierzeń szybko nie
nadejdzie, to oczywiste, a któż może ręczyć, że nadejdzie kiedykolwiek?
- Słyszysz? Wilga! - Pestka w przypływie radości uchwyciła Ulę za rękę. - Wilga!
Głos ptaka był pełen wesela, uścisk
Pestki serdeczny. Ula westchnęła cicho - i zrównała krok z przyjaciółką.
- Patrz, Ula, twój pies.
Były już za wsią i mijały niewielki zagajnik. Spomiędzy sosenek wysunął się włochaty
kundel o ładnym, długim pysku. Zbliżywszy się na odległość paru kroków,
stanął i wyciągnąwszy szyję, patrzył na Ulę. Stał spokojnie, czuło się
jednak, że w każdej chwili gotów jest uskoczyć w bok - jak zwierzę przyzwyczajone ratować się ucieczką.
- Pierwszy raz przyszedł tu za nami
- zdziwiła się Ula.
- Za tobą - poprawiła Pestka. -
Tylko ty dajesz mu jeść.
- On jest bardzo biedny.
- Pewno, że biedny. - Nagle Pestka
roześmiała się. - Ma strasznie śmieszny ogon, zupełnie jakby
tkwił w nim jakiś kołtun.
- W futro wbiło mu się mnóstwo ostów i łopuchów, wiesz, tego, co się tak czepia, i on nie może sobie z tym poradzić. Obcięła bym mu to, ale nie pozwala się do siebie
zbliżyć.
Pestka spojrzała na przyjaciółkę ze
zdziwieniem i zabawnie zmarszczyła nos.
- Nie brzydziłabyś się? Przecież
to wstrętne!
- Ja się nie brzydzę. Dunaj! -
zawołała Ula serdecznie. Było to imię, które nadała psu parę dni
wcześniej. Pies spróbował zamachać ogonem.
- Rozumie, widzisz? - ucieszyła się
Ula. Pestka przestała się już jednak psem interesować. Wybiegła
na drogę, mając trochę nadziei, że chłopcy nadejdą wcześniej,
niż obiecywali, ale wróciła z niczym i oświadczyła, że trzeba iść.
- I tak nie zrobimy nic, jeśli tamten przyjdzie, a my będziemy same. Trudno, żebyśmy się z nim biły - rzekła Ula.
- Dlaczego nie? Ja jestem gotowa!
Ula uśmiechnęła się lekko, pomyślawszy
pobłażliwie, że Pestka pod niektórymi względami jest jeszcze dosyć
dziecinna, nie powiedziała jednak nic. Kiedy ruszyły w drogę, obejrzała się na Dunaja, ciekawa, jak pies się zachowa. Zdawał
się wahać, wreszcie jednak ruszył za dziewczętami spokojnym
truchcikiem. Po jakimś czasie zaczął wybiegać naprzód, nigdy jednak
nie zbliżał się więcej niż o parę kroków.
Szły najpierw wąską, polną drogą
między dwoma łanami żyta, potem przecięły szary ugór i, minąwszy
wspaniały dąb, powędrowały wzdłuż pasa zarośli, otaczających
płynącą w dole rzekę. Rosły gęsto, zjeżone tarniną, poprzeplatane łodygami
jeżyn, tak że nie było sposobu przedrzeć się przez ten zielony
mur. Za pryzmą kamieni prowadziła jednak w gąszcz wiadoma załodze ścieżynka, gwałtownie opadająca w dół. Wystarczyło parę kroków - i było się nad wodą.
Zatrzymały się pod okapem zwisających
ze zbocza krzewów, z których kapały im na głowy krople wody. Nie czuły tego, zapatrzone w widok, który odsłonił się ich oczom. Zielone drzewa wyspy, oświetlone
jaskrawym słońcem zza chmur, stały nieruchomo na tle granatowego nieba,
kładąc jasne cienie na płaszczyźnie wody.
- Piękne, co? - szepnęła Pestka z rzadkim u niej przejęciem.
- Tak - również szeptem powiedziała
Ula.
Rozmarzenie Pestki trwało
krótko. Wracając do poczucia rzeczywistości, oświadczyła stanowczo,
że wyspy nie odstąpi się nikomu, i doznawszy nowego napływu energii, by o nią walczyć - ruszyła szybko naprzód.
Zarośla, o wiele już rzadsze, wyginały się teraz w łuk, rzeka robiła tu gwałtowny zakręt. Minęły go szybko i dotarły do wywróconej topoli. Pestka wciągnęła się na pień jednym
podrzutem ramion, Ula wdrapała się nań po sterczących korzeniach. Z początku szło się łatwo, bo pień był gruby, potem coraz uważniej
trzeba było stawiać stopy na pęknięciach kory. Pestka robiła to
bez zastanowienia, jej nogi same wiedziały, jak się ustawiać; Ula
wędrowała z uwagą. Po kilkunastu krokach znalazły się wśród korony, która
przesłoniła cały widok. Pień rozwidlał się w konary, konary w coraz cieńsze gałęzie. Kiedy wyglądało na to, że nie będzie
sposobu iść dalej, Pestka rozgarnęła gęste listowie i wymacawszy nogą gładziznę żerdzi, opuściła się na kładkę. Parę
szybkich kroków i już była na wyspie. Dla Uli przejście przez kładkę stanowiło za
każdym razem przykrą próbę, bała się, żeby żerdzie się nie
rozbujały, toteż stąpała bardzo ostrożnie. Znalazłszy się na
piasku wyspy, obejrzała się, gdzie Dunaj. Stał w błocie po drugiej stronie rzeki.
- Dunaj! - zawołała. - Dunaj!
Machnął ogonem bez przekonania i nie ruszał się. Zawołała jeszcze raz i wtedy pies, wszedłszy z wolna do wody, zaczął płynąć.
- Dobrze sobie radzi - pochwaliła
Pestka.
Ula była wzruszona, zauważyła, że
wierne psie oczy patrzyły bez przerwy w jej stronę. Wyszedłszy na trawę, Dunaj otrzepał się od czubka nosa
do końca ogona
i ruszył przed siebie. Po chwili zatrzymał się raptownie i schyliwszy łeb, zaczął węszyć, a potem biegać w kółko. Wilgotne, czarne nozdrza zdawały się łapać i gubić zjawiającą się i niknącą woń.
- Dziwnie się zachowuje - rzekła Ula.
- Jest na tropie dzikiego zwierza -
roześmiała się Pestka.
- Tutaj nie ma przecież nawet zajęcy. A koty też chyba nie przychodzą, za daleko od wsi.
Dunaj, ciągle z nosem przy ziemi, zataczał coraz szersze kręgi, po czym zbliżywszy
się do kępy krzaków, znikł dziewczętom z oczu. Pestka, zaciekawiona, dała Uli znak, żeby iść za nim. Skręciły
wąską, wydeptaną przez załogę ścieżynką, która od przybrzeżnej
łączki wiodła przez zarośla w głąb wyspy. Po chwili usłyszały ciche, głuche warczenie.
- Co to? - spytała Pestka.
- Chyba Dunaj.
Rozgarniając gałęzie, dobrnęły do
polany, stałego miejsca spotkań. Zatrzymały się u jej skraju i natychmiast odruchowo cofnęły się o krok między tarniny. Dunaj stał nieruchomo przed krzakiem leszczyny,
którego rozłożyste, zwisające do ziemi gałęzie tworzyły zieloną
kopułę i który załoga uważała za swój namiot. Kiedy pies wyczuł dziewczęta
za sobą, obejrzał się, po czym wrócił do poprzedniej pozycji i zawarczał znowu.
- Ktoś tam jest! - rzekła Pestka i oczy się jej roziskrzyły, jak zawsze w obliczu niezwykłych zdarzeń. Ula pobladła lekko i powiedziała niepewnie, schrypniętym szeptem:
- To pewnie ten obcy.