Ten, który wiedział - John Willander Lambrell

-
Proszę czekać

- 1 -

Przejdę od razu do sedna - oznajmił prokurator Casper Carlheim, gdy Monica Eurell zajęła miejsce w swoim gabinecie, a on zamknął za nimi drzwi. - Chcę przenieść śledztwo w sprawie Wildy z Kalmaru do Vimmerby. W końcu to tu popełniono zbrodnię. No i chciałbym, żebyś przejęła tę sprawę. Blomberg się nie popisał... Minęły dwa tygodnie i nie ma żadnych efektów. Poza tym to właśnie ty znasz najlepiej to miejsce i tutejszą społeczność.

- A nie mówiłam tak od samego początku? - odparła Monica, po czym odgryzła kęs czekoladowego gofra.

Casper podniósł się z krzesła i obszedł biurko. Górny guzik marynarki zapięty był nad wydatnym brzuchem i Monica pomyślała, że lada chwila wystrzeli.

- Masz do dyspozycji cały zespół, przeniesiemy tu centralę operacyjną - powiedział. - Jeśli będziesz potrzebować więcej ludzi, mogę kogoś przysłać. Uważam, że przyda się również wsparcie Krajowego Biura Śledczego. Musimy wreszcie ruszyć z miejsca.

- Jakie wsparcie masz na myśli?

- Profilerów. Odegrali kluczową rolę w poszukiwaniach litewskiego pracownika sezonowego w Kinnekulle, który zabił tę nieszczęsną dziewczynę, więc może nam też zdołają pomóc.

Na Monicę Eurell, komisarz kryminalną w nowo utworzonym okręgu policyjnym Polisregion Syd, spadała coraz większa odpowiedzialność. Odpowiedzialność, której się nie domagała i której wcale nie pragnęła. Zawód policjantki ciążył jej coraz bardziej z każdym rokiem. Trzeba było rzucić tę robotę już po sprawie Lisette, pomyślała. Lisette była jej młodszą siostrą, która nie doczekała się sprawiedliwości - zaginęła i nigdy jej nie odnaleziono. Czy to właśnie dlatego jej kariera potoczyła się tak gładko po tym, co się stało? Nie umiała znaleźć sprawcy zaginięcia Lisette, więc nie szczędziła wysiłków, by dopaść wszystkich innych. Pomimo ciężaru spoczywającego na jej barkach.

Zerknęła na leżący na biurku raport zawierający statystyki z lat jej pracy jako komisarz kryminalnej. Odsetek rozwiązanych spraw, które nadzorowała, niemal się podwoił od dwa tysiące czternastego roku - tego, w którym zaginęła jej młodsza siostra. Zawsze trzymała ten raport pod ręką, by móc przypominać sobie samej, że nie marnuje życia.

- Zależy mi jednak na tym, żebyś skupiła się na głównym tropie - ciągnął prokurator, krążąc po pokoju.

Monica zastanawiała się, jak to możliwe, że po tym wszystkim, co przyniosła jesień #MeToo, każdą decyzję nadal podejmują ci sami beznadziejni faceci.

- Nie zapominaj, że byłam na urlopie i miałam tylko sporadyczny wgląd w tę sprawę. Dopiero teraz klaruje mi się obraz całości - zauważyła Monica, nabierając garść cukierków z miseczki na stole.

- Proponuję, żebyś na początek porozmawiała z rodzicami dziewczynki. Jak dotąd odbyły się cztery przesłuchania, a wszyscy prowadzący je funkcjonariusze odnieśli takie samo wrażenie.

- Jakie?

- Że coś ukrywają. Właśnie dlatego przejąłem tę sprawę. Niebawem trzeba będzie ich zatrzymać.

- 2 -

Pierwszy dzień w pracy. Pracy, do której przygotowywał się przez całe życie.

Benjamin Krantz wyprostował się i wszedł przez szklane drzwi do budynku policji przy Polhemsgatan. Kim był tutaj? Bez niego? Przez dwa lata był małomównym Szwedem, który najchętniej zaszywał się w podziemnym bunkrze FBI, by ślęczeć nad dokumentami. Benjaminowi to odpowiadało. W Stanach cieszył się autorytetem, bo tam było się wyłącznie sumą własnych kompetencji. W Szwecji działało to inaczej - tu obowiązywały sztywna hierarchia, system kolejkowy, awans zależny od stażu pracy, układy i znajomości.

W recepcji wyszła mu na spotkanie Susanne Edvardsdotter.

- Witaj w domu! Przepraszam, że jeszcze nie załatwiłam twojej karty dostępu - powiedziała. - Będzie gotowa w tym tygodniu.

Wjechali windą na górę. Mimo że Benjamin był dobrze przygotowany do swojej roli, nie czuł się tu mile widziany. Znalazł się w tym miejscu, mając za sobą trzy lata nauk behawioralnych, trzy lata kryminologii, dwa lata zatrudnienia projektowego w policji i dwa lata szytego na miarę programu stażowego w FBI.

- Tu jest twoje stanowisko. Jak wiesz, na tym piętrze jest trochę ciasno - oznajmiła Susanne.

- Dlaczego nie mogę dostać tego samego miejsca co on?

- Tamto pomieszczenie jest teraz zajęte. A poza tym żądanie od razu największego gabinetu raczej nie zrobiłoby dobrego wrażenia. Ale obiecałam... - Susanne nie dokończyła myśli. - Nieważne. Pamiętaj, żeby zbytnio się nie wychylać, przynajmniej teraz, na starcie. Może na początek zjesz lunch ze mną i z H?kanem?

- Przynoszę własne jedzenie - odparł Benjamin. - I najchętniej pracuję sam.

Benjaminie, jesteśmy obserwatorami. Przypatrujemy się, lustrujemy.

W tej samej chwili do pomieszczenia wszedł H?kan w charakterystycznych okrągłych okularach.

- H?kan, na pewno pamiętasz Benjamina - powiedziała Susanne.

- No jasne, pupilek tatusia - odrzekł H?kan, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. - Z FBI do szarej codzienności. Szału raczej nie ma, co?

Susanne ciągnęła dalej:

- W zeszłym roku pomogliśmy przy dwudziestu dwóch różnych sprawach i w tym roku możemy spodziewać się podobnego wyniku, choć być może nie osiągniemy aż tak wysokiego wskaźnika wykrywalności jak wcześniej.

Benjamin poczuł, że zaczynają szczypać go oczy, jak zawsze, gdy przebywał wśród ludzi.

- Otrzymaliśmy nowe zgłoszenie - oznajmiła Susanne. - Dotyczy sprawy Wildy w Vimmerby. Potrzebują wsparcia, więc zarezerwowałam dla nas bilety na pociąg na jutro.

- Zakładam, że po naszej akcji w Kinnekulle mamy u prokuratora niezłe notowania - rzucił H?kan.

- Może i tak. Ale ta sprawa - Susanne wręczyła Benjaminowi i H?kanowi po pliku papierów - wydaje się wyjątkowa. Szczerze mówiąc, nie przypomina niczego, z czym miałam do tej pory do czynienia.

Na chwilę zapadła cisza, wszyscy pogrążyli się w lekturze. Benjamin poczuł, jak znów ogarnia go znajome uczucie. Tajemnica, coś nieuchwytnego, pytania domagające się odpowiedzi.

- Weźmy choćby ten długi list z żądaniem okupu w domu, w którym znaleziono zamordowaną dziewczynkę. Jako przyczynę śmierci wskazano...

- Należałoby zacząć od motywu - przerwał jej Benjamin. Wydawało mu się, że tylko o tym pomyślał, ale słowa same wymknęły mu się z ust.

- Słucham? - zdziwił się H?kan.

- Należałoby zacząć od motywu - powtórzył i nieco się wyprostował.

Jeśli chcesz, żeby coś było zrobione, najlepiej zrób to sam.

H?kan i Susanne kontynuowali rozmowę, a Benjamin sięgnął po komórkę i kliknął stronę jednego z tabloidów. Na samej górze widniało zdjęcie sześcioletniej Wildy Axelsjö i nagłówek: "POLICJA PODEJRZEWA, ŻE ZOSTAŁA ZAMORDOWANA WE WŁASNYM ŁÓŻKU".

- 3 -

Monica przeglądała materiały śledcze dotyczące zamordowanej sześciolatki. Pomyślała, że w tej sprawie coś nie gra. Dziewczynkę znaleziono martwą rankiem w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia w piwniczce na wino w jej własnym domu, a w kuchni znajdował się trzystronicowy list z żądaniem okupu, który jej rodzice przeczytali po przebudzeniu. Tak przynajmniej utrzymywali.

Tego dnia, wczesnym rankiem, rodzice dziewczynki zadzwonili na policję, by zgłosić jej zaginięcie, a odnaleziono ją w domu kilka godzin później. Została uduszona za pomocą prowizorycznej garoty składającej się ze złamanego pędzla i plastikowego sznurka, a także uderzona tępym narzędziem w głowę. Autor listu zażądał konkretnej kwoty - miliona trzystu tysięcy koron - dokładnie takiej jak świąteczna premia jej ojca. Czy ktoś usiłował porwać dziewczynkę, lecz nie udało mu się wyprowadzić jej z domu? Jeśli sprawcą był ktoś z zewnątrz, dlaczego nie znaleziono wyraźnych śladów włamania? I dlaczego rodzice się nie obudzili?

Było sporo niejasności. Poprzednia ekipa śledcza nie rozwiała żadnej wątpliwości, jakie narosły wokół tej sprawy, zmarnowano więc dużo cennego czasu. Poza tym Wilda nie była zwyczajną anonimową dziewczynką - setki tysięcy ludzi śledziły jej codzienne życie na blogu prowadzonym przez jej matkę, Camillę, oraz w mediach społecznościowych.

Monica dopiła resztę kawy, wsiadła do samochodu i ruszyła do domu na obrzeżach Vimmerby, gdzie obecnie przebywali rodzice Wildy. Podobno użyczyli im go przyjaciele mieszkający za granicą.

Podejrzewacie o to Lassego i Camillę? O zamordowanie własnej córki?

Adwokat małżonków Axelsjö wyszedł Monice na spotkanie.

- Podejrzewamy wszystkich - odparła.

Mężczyzna pokręcił głową.

- Mylicie się - oznajmił. - Nie mam co do tego wątpliwości. Znam Lassego od czasu studiów. Cała ta sytuacja to jeden wielki koszmar. Daliśmy wam wszystko, czego chcieliście. Odciski palców, próbki pisma, próbki DNA. Przesłuchiwaliście ich w nieskończoność. Dlaczego nie skupicie się na szukaniu sprawcy zamiast ciągłego nękania tej rodziny?

- Dobrze pan wie, że robimy to, co do nas należy - odparła Monica

Po chwili z zewnątrz dobiegły czyjeś głosy, a zaraz potem do pomieszczenia wkroczyli Lars i Camilla Axelsjö. Lars miał na sobie rozpinany sweter narzucony na pogniecioną koszulę. Powieki mu ciążyły i sprawiał wrażenie wyczerpanego. Nietrudno było dostrzec, że jest niemal piętnaście lat starszy od żony. Camilla Axelsjö nie miała makijażu, a puchowy płaszcz zasłaniał resztę jej stroju, z wyjątkiem dżinsów wystających przy kostkach.

- Nazywam się Monica Eurell i właśnie przejęłam dochodzenie - podjęła komisarz. - Zapoznałam się z materiałami ze wszystkich przesłuchań, lecz mimo to chciałabym zadać jeszcze kilka pytań. Mam nadzieję, że nie mają państwo nic przeciwko temu.

Lars wydawał się spokojny i opanowany, natomiast po policzkach Camilli spływały łzy. Gdy usiadła, ukryła twarz w dłoniach.

- Jak państwo się poznali? - zapytała Monica, gdy Lars skinął przyzwalająco głową.

- Przez wspólnego znajomego, niemal dziesięć lat temu. Pobraliśmy się rok później.

- A kiedy postanowili się państwo przeprowadzić tutaj, do Vimmerby?

- Gdy urodził się Hugo, starszy brat Wildy. Dziewięć lat temu. Moja firma akurat zadebiutowała na giełdzie. Pracowałem bardzo ciężko, niemal dzień i noc. Camilla chciała, bym przekazał więcej obowiązków wspólnikom i poświęcał więcej czasu rodzinie. Kiedy trzy lata później urodziła się Wilda, postanowiłem zwolnić tempo.

- Późno zdecydowali się państwo na dzieci.

- Tak, gdy urodził się Hugo, miałem prawie pięćdziesiąt pięć lat, a Camilla czterdzieści jeden. Potem pojawiła się Wilda. Oboje byli dla nas prawdziwym błogosławieństwem.

Lars Axelsjö zapatrzył się w sufit, jakby intensywnie nad czymś się zastanawiał. Wyglądał na zmęczonego, lecz nadal trzymał się w ryzach. Jego żona cały czas siedziała skulona i zapłakana.

- To wtedy wybudowali państwo dom? - zapytała Monica.

- Tak, dokładnie. Pochodzę z tych stron i zawsze chciałem tu wrócić na stałe po założeniu rodziny.

- Ale wciąż pan pracował?

- Tak, nadal byłem odpowiedzialny za jeden z obszarów naszej działalności. Jednak wyraźnie dałem do zrozumienia wspólnikom, że nie będę pojawiał się w biurze przez cały tydzień. Część pracy wykonywałem zdalnie, z domu.

- Jak rozumiem, firma dobrze prosperuje?

Monica zapoznała się z ostatnim sprawozdaniem rocznym przedsiębiorstwa Larsa Axelsjö. Miało niemal pół miliarda obrotu i wszystko wskazywało na to, że kolejny rok będzie rekordowy.

- Tak, ale to siłą rzeczy oznacza więcej pracy, niż zakła­dałem.

- Czy taką premię jak teraz przed świętami otrzymuje pan co roku?

- Wszyscy szefowie operacyjni mają w swoich umowach system premiowy - wyjaśnił Lars.

- Czy tego rodzaju premia oznacza, że osoby na stanowiskach kierowniczych uczestniczą w podziale zysku, gdy firma ma duże dochody?

- Tak, można tak to ująć. Jestem zarówno wspólnikiem, jak i szefem, więc i mnie przysługuje premia. Wspólnicy niezaangażowani w bieżącą działalność dostają jedynie dywidendę.

- Więc w tym roku otrzymał pan pensję, premię i dywidendę? - podsumowała Monica. - Udany rok?

- O tak, pod względem finansowym był to najbardziej pomyślny rok w mojej karierze.

- A czym konkretnie zajmuje się pańskie przedsiębiorstwo?

- To zwyczajna, dość nudna firma informatyczna. Oferujemy outsourcing - odparł Lars. - Mamy ponad dwustu pracowników.

- A czy pani sądzi, że firma męża ma związek z tym, co spotkało Wildę?

Camilla po raz pierwszy podniosła wzrok. Jej oczy były zaczerwienione od płaczu.

- Nie wiem, nie mam pojęcia - odrzekła.

- Czy mogą mi państwo szczegółowo opowiedzieć o tym, co wydarzyło się w Wigilię i następnego ranka, kiedy natknęła się pani na list, a pan znalazł córkę.

Relacjonując najistotniejsze wydarzenia, Lars nadal sprawiał wrażenie opanowanego. Camilla potakiwała głową.

- Spędziliśmy Wigilię u naszych przyjaciół, Cronstedtów. Robiliśmy tak od kilku lat. Stało się to już właściwie tradycją, w każdym razie mieliśmy nadzieję, że tak pozostanie. Powiedziałbym, że był to zwyczajny wieczór wigilijny. Oglądanie Kaczora Donalda w telewizji, śledź, tańce wokół choinki, prezenty gwiazdkowe. Koło dziewiątej wróciliśmy samochodem do domu. Po drodze wstąpiliśmy do kilku przyjaciół, by wręczyć im prezenty. Dzieci były zmęczone, Wilda zasnęła na tylnym siedzeniu. Następnego ranka mieliśmy polecieć do Skagen. Moja siostra z mężem mają tam dom i umówiliśmy się, że spędzimy razem kilka dni pomiędzy świętami a Nowym Rokiem. Gdy dotarliśmy do domu, zaniosłem Wildę do jej pokoju, do łóżka. Cały czas spała. Camilla zajęła się synem, a ja zażyłem środek nasenny i też się położyłem.

- Od jak dawna ma pan trudności z zasypianiem?

- Od dłuższego czasu, ale to przychodzi falami. Bywa, że przez rok wszystko jest w porządku, a potem nagle problem się nasila. - Lars wziął głęboki oddech. - Następnego ranka, kiedy się obudziłem i zacząłem ubierać w sypialni, usłyszałem wołanie Camilli. Zbiegłem do kuchni, a ona trzymała ten list. Nie mogliśmy nigdzie znaleźć Wildy, więc zadzwoniliśmy na policję.

- To znaczy, że zorientowali się państwo, że coś jest nie tak, dopiero po zejściu do kuchni?

- Tak - odparł Lars.

- Chwilę wcześniej wstałam - powiedziała Camilla przez łzy. - Wildy nie było w pokoju, gdy poszłam ją obudzić. Potem znalazłam tamten... tamten...

Jej słowa przerwał szloch.

- List - dopowiedział Lars. - Wtedy mnie zawołała.

- A co robił w tym czasie Hugo?

- Spał. Obudził się dużo później - powiedziała Camilla. - Ale my przecież już to wszystko mówiliśmy. I to wiele razy.

- Spokojnie, kochanie - zwrócił się Lars do żony. - Tak wyglądają te procedury.

Zerknął na Monicę, która przytaknęła.

- Proszę mówić dalej - zachęciła.

Lars kontynuował:

- No więc... potem czekaliśmy całe przedpołudnie, aż ktoś się odezwie. Mam na myśli porywacza lub porywaczy. W domu roiło się od ludzi, wchodzili i wychodzili. Policjanci, znajomi, sąsiedzi, pastor. Trudno było się połapać, kto jest kim. A potem, gdzieś koło południa, jakiś policjant poprosił mnie i Magnusa Cronstedta, tego, u którego byliśmy poprzedniego wieczoru, żebyśmy ponownie przeszukali dom.

Ten szczegół wydał się Monice osobliwy. Patrol, który przybył na miejsce, nie przeszukał samodzielnie domu, tylko stał i czekał. Co za patałachy, pomyślała.

- Zaczęliśmy więc szukać córki jeszcze raz. Zszedłem do piwniczki i... no tak... - Lars zawiesił głos.

- Rozumiem, że to dla pana bolesne, ale to naprawdę bardzo ważne. Proszę mi wszystko opowiedzieć.

- Leżała w głębi, na samym końcu piwnicy. Akurat tam nie zajrzeliśmy, gdy szukaliśmy po raz pierwszy. Nie pamiętam, co wtedy myślałem. Zerwałem taśmę i sznurek, po czym zaniosłem ją na górę, do salonu. A tam zrozumieliśmy, że... że ona nie żyje.

- Zerwał pan taśmę z jej ust i sznurek z nadgarstków?

- Tak, zrobiłem to odruchowo. Sądziłem, że żyje. - Lars z rozpaczą spojrzał na Monicę. - Było jednak inaczej.

- 4 -

Monica mocowała się z drewnianą bramą do komisariatu. W szczelinie utkwił lód i musiała z całej siły pchać obiema rękami, by ją otworzyć. Zastanawiała się nad przesłuchaniem, które właśnie przeprowadziła. Rozmawiała z ofiarami czy ze sprawcami?

Szefowie z Kalmaru najwyraźniej nie byli zgodni co do tego, czy należy podjąć działania operacyjne i szukać sprawcy zabójstwa poza gronem domowników, czy ten dramat rozegrał się w rodzinnym kręgu. Nie sformułowano precyzyjnych wytycznych i wyglądało na to, że pierwszemu szefowi zespołu śledczego, Blombergowi, dano wolną rękę. Spadła na niego odpowiedzialność, której jednak najwyraźniej nie był w stanie udźwignąć.

Monica trzymała się wówczas na dystans. Skoro oni jej nie potrzebowali, ona też nie potrzebowała ich. Poza tym w święta miała wolne. Gdyby była młodsza, rzuciłaby się na taką sprawę bez wahania, lecz teraz kierowały nią inne pobudki. Chodziło o to, by wykonywać pracę jak najlepiej, a potem poświęcać czas czemuś, co naprawdę się liczy.

A teraz znalazła się tutaj, na komendzie, gdzie mieli się stawić wszyscy członkowie grupy śledczej. Stanęła przy ekspresie do kawy i przeglądała gazetę. Nie było dnia, by w ten czy inny sposób nie poświęcano uwagi sprawie Wildy. Medialna karuzela nie zdążyła się jeszcze rozkręcić na tyle, by porzucono tragiczną historię sześcioletniej dziewczynki. Akurat tego dnia ukazał się felieton podpisany przez publicystę porównującego Wildę do konika cyrkowego, zmuszanego wbrew woli do pozowania do zdjęć i udziału w filmikach w mediach społecznościowych jej matki. Chociaż nie zostało to powiedziane wprost, dało się wyczuć podtekst, że zabójstwo miało związek z obecnością rodziny w internecie i że ciągłe pokazywanie Wildy zwróciło uwagę jakiegoś psychopaty, który potem ją zamordował.

Obok Moniki wyrósł prokurator Casper Carlheim.

- Jutro przyjadą profilerzy - oznajmił, napełniając kubek kawą. - Nie ma sensu dłużej zwlekać z prośbą o wsparcie. - Zerknął na zegarek. - To może ja zagaję, a ty potem się włączysz? Co ty na to?

Monica machnęła tylko ręką i weszła do dużego pomieszczenia konferencyjnego, gdzie grupa śledcza siedziała już w komplecie. Komisariat w Vimmerby był zwykle otwarty tylko w poniedziałki, a jego obsadę stanowiła Monica i niekiedy jeszcze jedna osoba. Poszczególne komisariaty w regionie były wyposażone w taki sposób, by w razie poważnego przestępstwa mogły pełnić funkcję centrum łączności. Monica i tak przez większość dni starała się pracować stamtąd, chyba że musiała być wraz z resztą zespołu na komendzie w Kalmarze. Składał się on obecnie z pięciu osób, z którymi Monica zetknęła się już wcześniej przy różnych okazjach. Byli to: Cassandra Wedin, Ali Nouri, Jan-Ivar Johansson oraz Bill i Bull1. Prokurator Casper Carlheim obiecał, że w razie potrzeby może podesłać więcej śledczych.

- Proszę o uwagę - zainicjował Casper. - Jak wiecie, śledztwo jak dotąd nie posunęło się zbytnio naprzód. Kiedy doszło do tego zdarzenia, objąłem funkcję kierującego postępowaniem przygotowawczym, gdyż wszystko wskazywało na to, że mamy dwoje podejrzanych, których należało zatrzymać. Jednak później nie udało nam się zdobyć wystarczających dowodów. Dlatego od dziś szefową grupy dochodzeniowej będzie Monica.

Monica nie przywiązywała większej wagi do tytułów. Jeśli dawano jej pracować w spokoju i bez zwłoki zgadzano się na to, czego się domagała, reszta nie miała dla niej znaczenia.

Casper kontynuował:

- Proponuję po raz kolejny zreferować sprawę, by Monica mogła zapoznać się z dotychczasowym przebiegiem śledztwa. Zacznijmy od listu.

Choć znajdowali się w większej z dwóch sal konferencyjnych, i tak panował tam ścisk. Na co dzień pomieszczenie służyło jako stołówka dla policjantów przynoszących lunch w pudełkach. Woń jedzenia zdążyła wniknąć w ściany, meble były wysłużone, a do tego słychać było jednostajne buczenie starych świetlówek.

- Zarówno matka, jak i ojciec dostarczyli po kilka próbek pisma - powiedziała Cassandra Wedin, kołysząc się na krześle.

Była najnowszym narybkiem i Monice jeszcze nie udało się jej rozgryźć. Cassandra robiła wrażenie ambitnej, lecz pozostawało pytanie, czy naprawdę coś potrafi. Należała do zespołu od samego początku śledztwa, jeszcze w Kalmarze.

- Daliśmy je do porównania dwóm różnym ekspertom ze Sztokholmu. Obaj wykluczyli ojca, lecz nie byli już tak pewni co do matki. Żaden z nich nie umiał rozstrzygnąć, czy napisała ten list, czy nie.

- Aha, matka... - rzucił Casper. - Czy dobrze zrozumiałem, że list został napisany na kartce z notatnika, który należał do rodziny?

- Zgadza się - odrzekła Cassandra. - Notatnik był w domu, podobnie jak długopis, którym napisano list. Rodzice to potwierdzili.

- List napisano więc na miejscu. Jaki porywacz nie przynosi ze sobą gotowego listu? - zdziwił się Casper. - A co możemy powiedzieć o jego treści?

- Właśnie... jest wyjątkowo dziwna. Ci ze Sztokholmu mówili, że nigdy nie zetknęli się z czymś podobnym - odparła Cassandra.

Casper zaczął grzebać w opasłej teczce z dokumentami i wyciągnął kopię listu. Trzymał go przed sobą i zaczął czytać na głos.

DO LARSA. SŁUCHAJ UWAŻNIE! JESTEŚMY GRUPĄ OSÓB REPREZENTUJĄCYCH MIĘDZYNARODOWĄ ORGANIZACJĘ REBELIANCKĄ. SZANUJEMY TWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ, LECZ NIE KRAJ, KTÓREMU SŁUŻY. MAMY TWOJĄ CÓRKĘ. JEST BEZPIECZNA, CAŁA I ZDROWA. JEŚLI CHCESZ, BY DOŻYŁA 2019 ROKU, POSTĘPUJ ZGODNIE Z NASZYMI INSTRUKCJAMI. WYPŁAĆ ZE SWOJEGO KONTA MILION TRZYSTA TYSIĘCY KORON W RÓŻNYCH NOMINAŁACH, PÓŁ MILIONA W BANKNOTACH TYSIĄCKORONOWYCH, RESZTĘ W PIĘĆSETKORONOWYCH. PO POWROCIE DO DOMU UMIEŚĆ PIENIĄDZE W PLASTIKOWEJ TORBIE. ZADZWONIMY DO CIEBIE JUTRO RANO MIĘDZY 8.00 A 10.00 Z INSTRUKCJAMI. PRZEKAZANIE OKUPU BĘDZIE TRUDNE, WIĘC ZADBAJ O TO, ŻEBYŚ BYŁ WYPOCZĘTY.

- Najdziwniejsza w tym wszystkim jest chyba kwota - skomentowała Cassandra. - Firma Larsa Axelsjö obracała w zeszłym roku setkami milionów koron. Dlaczego porywacze mieliby zażądać jedynie miliona, a dokładnie: miliona trzystu tysięcy?

- Dlatego że właśnie tyle wyniosła w zeszłym roku premia Larsa - odparł Casper. - Czytam ostatnią stronę:

JEŚLI SPRÓBUJESZ NAS PRZECHYTRZYĆ, SKONTAKTUJESZ SIĘ Z POLICJĄ LUB PIENIĄDZE BĘDĄ ZNACZONE, TWOJA CÓRKA UMRZE. NIE LEKCEWAŻ NAS! NIE MYŚL, ŻE BĘDZIE NAM TRUDNO JĄ ZABIĆ. TERAZ WSZYSTKO ZALEŻY OD CIEBIE! G.R.O.

Odłożył list na ławkę przed tablicą.

- List jest wyraźnie skierowany do ojca. Nie pada w nim imię Camilli ani Wildy - zauważyła Cassandra.

- Może to Camilla próbuje przekazać mężowi jakąś wiadomość - dodał Casper.

- Być może - odparła Cassandra. - No i mamy jeszcze ten skrót, G.R.O. Próbowaliśmy ustalić, co może oznaczać, lecz nic nie znaleźliśmy. Nie ma żadnej organizacji ani stowarzyszenia o takiej nazwie. Tylko restauracja w Sztokholmie, to wszystko.

- W porządku - skomentował Casper. - Zakładamy, że restauracje nie stoją za morderstwami małych dzieci. Zostawmy na razie ten list. Chciałbym też, żebyśmy przyjrzeli się rzekomej siatce pedofilskiej, o której rozpisują się tabloidy. W aktach śledztwa nie ma nic na ten temat.

- To czyste spekulacje, nic nie wskazuje na takie powiązania - zauważyła Monica, która miała pełną wiedzę o skazanych w rejonie pedofilach i uważała istnienie tajnej siatki za niezbyt prawdopodobne.

- Mimo wszystko chciałbym, żebyś to sprawdziła.

- Dobrze - zgodziła się Monica, która teraz myślała już tylko o tym, żeby wrócić do biura i zamknąć za sobą drzwi. Uznała, że ogarnięcie tego bajzlu poszłoby ze sto razy szybciej, gdyby tylko mogła działać sama.

- Świetnie. A co wiemy na temat wyników sekcji zwłok? - zapytał Casper.

- Niestety, nie mamy jeszcze dokładnie ustalonej przyczyny śmierci - odparł Jan-Ivar Johansson, który najwyraźniej uznał, że czas się ocknąć.

Monica zastanawiała się, czy nie powinien już przejść na emeryturę, zwłaszcza że miała serdecznie dosyć jego nieustannego chrząkania. Przez lata próbowała się go pozbyć, wypychając do innych okręgów, lecz bez skutku. On i jego żona najwyraźniej zapuścili solidne korzenie w odziedziczonej po kimś z rodziny ruderze koło stacji.

- Nie? Ale jak to możliwe?

- Ekhem... patolożka wolała zostawić sprawę otwartą, gdyż nie dało się rozstrzygnąć, czy przyczyną śmierci było uderzenie tępym narzędziem w głowę, czy uduszenie. - Jan-Ivar zamilkł na chwilę. - Mnie się wydaje, że ona jest jakaś nierozgarnięta.

- Nierozgarnięta? - zdziwił się Casper.

- Miałem z nią do czynienia już wcześniej - odparł Jan-Ivar. - Ten cholerny babsztyl nigdy nie daje jasnych odpowiedzi. "Może tak, a może siak". Ekhem... Zawsze się asekuruje na wszystkie strony.

- Albo po prostu nie da się ustalić przyczyny - odparowała Monica. - Amina jest kompetentną patolożką, nie możemy od niej żądać wydania stuprocentowo jednoznacznej opinii.

- Ee, ja tam myślę, że ona ma nie do końca równo pod sufitem - oznajmił Jan-Ivar.

Nadeszła pora, by Monica przejęła pałeczkę. Wstała i spojrzała na prokuratora, który z kolei usiadł.

- Ponieważ to mój pierwszy dzień w roli kierującej śledztwem, chciałabym, żebyśmy przeanalizowali wszystko jeszcze raz od początku. Najpierw kilka zasadniczych spraw. Cassandro, nadal będziesz rzeczniczką prasową. Poprzestań na jednej aktualizacji dziennie. Jest ich teraz znacznie mniej niż tydzień temu - powiedziała, wskazując skinieniem głowy trawnik, na którym gromadzili się reporterzy. - I zasuńmy rolety, żeby można było w spokoju wypić kawę bez ich wścibskich spojrzeń. Jak wiecie, na ciele Wildy zabezpieczono ślady DNA wielu osób. Na jej ubraniach, ale też we włosach i na skórze. Mamy włosy, ślinę i fragmenty naskórka. Zidentyfikowaliśmy dziesięć profili DNA, z których dziewięć przypisano osobom obecnym rano przy znalezieniu dziewczynki, dotykających jej ciała. Dziesiąty profil należy do nieznanego mężczyzny pochodzenia północnoeuropejskiego. Nie jest to jednak DNA rozstrzygające, więc nie wiemy, czy w ogóle ma jakikolwiek związek z przestępstwem. Skoncentrujmy nasze wysiłki na poszukiwaniu tego mężczyzny, a także na dalszych przesłuchaniach rodziców. Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz: jeśli zabójstwo popełnił ktoś spoza rodziny, to dostał się do domu w zasadzie bez przeszkód. Jak to możliwe?

- Nie ma żadnych śladów włamania - potwierdziła Cassandra. - Jednak członkowie rodziny sami mówili, że zdarza im się nie zamykać drzwi. Trochę to dziwne, mając na uwadze, że są najbogatsi w Vimmerby, a Wilda jest postacią znaną w całym kraju. Blog jej matki ma prawie ćwierć miliona odwiedzających w miesiącu, no i jest jeszcze pięćdziesiąt tysięcy obserwatorów na Instagramie.

- A o czym pisze na tym blogu? Jest tam coś podejrzanego? - zapytała Monica.

- Przejrzałam go tak daleko wstecz, jak to możliwe, ale właściwie nie znalazłam tam nic niezwykłego. To typowy blog lifestylowy, na którym Camilla dzieli się przepisami na wypieki, opisuje remonty domu, urlopy i wrzuca urocze filmiki z dziećmi. Prawdziwa rodzinna sielanka. A Wilda pojawia się niemal w każdym poście.

- W porządku - powiedziała Monica. - Zamierzam jeszcze raz przesłuchać wszystkich, którzy tamtego ranka byli w domu rodziny Axelsjö. Musieliśmy coś przeoczyć.

1 Bill i Bull - nierozłączni i niezbyt rozgarnięci koci bracia z serii książek "Filonek Bezogonek" Gösty Knutssona. Mówią często jednocześnie i powtarzają swoje wypowiedzi.

- 5 -

Następna stacja: Vimmerby. Następna stacja: Vimmerby. Drzwi otwierają się po lewej stronie.

Nagrany komunikat rozbrzmiał w wagonie, zagłuszając nawet muzykę deep house dudniącą w słuchawkach Benjamina. By dotrzeć do niewielkiej miejscowości położonej w głębi regionu Smalandia, trzeba było spędzić w pociągu łącznie cztery godziny. Po przesiadce w Linköpingu Benjamin w zasadzie nie widział już żadnych oznak zaawansowanej cywilizacji. Wyłączył apkę sudoku i podniósł się z miejsca.

Kiedy wyszedł na peron, zapadał zmierzch, a gdy umilkły zgrzytliwe odgłosy odjeżdżającego pociągu, niewielką stację otuliła cisza. Jakiś starszy człowiek w rękawiczkach siedział pod budynkiem dworca, pociągając piwo z puszki. Benjamin już dawno nie był w żadnym małym miasteczku, więc uderzył go panujący tu spokój. Trudno było uwierzyć, że w tym miejscu w ogóle cokolwiek się dzieje.

Nie zdążył jeszcze zadomowić się porządnie w Sztokholmie, a już miał zameldować się w zupełnie nowym miejscu na bliżej nieokreślony czas. Może to i lepiej, przemknęło mu przez myśl. Uniknie przynajmniej ryzyka ponownego spotkania z Jessicą. Wiedział, że nadal mieszka pod tym samym adresem. Była dla niego wciąż najmocniejszym dowodem na to, że ludziom nie można ufać.

Przystanął przed lustrem w poczekalni. Włosy miał z jednej strony potargane, a z drugiej zupełnie proste. Płaszcz wyglądał na zbyt obszerny, zwisał luźno z ramion, mimo że wybrał najmniejszy rozmiar. Zapuścił sobie krople do nosa i ruszył w stronę hotelu, pilnując, by trzymać się z tyłu za pozostałą dwójką.

Obserwował z dystansu Susanne i H?kana. Oboje mieli partnerów, dzieci, szerokie grono znajomych, może nawet byli szczęśliwi. Takie rzeczy rzucały się w oczy. Czy naprawdę da się pogodzić intensywne życie towarzyskie i rodzinne z taką pracą? Był przekonany, że małżeństwo i banalne problemy życia codziennego zakłócają racjonalną ocenę rzeczywistości.

Po chwili ich dogonił.

- Kiedy będziemy mogli obejrzeć miejsce zbrodni? - zapytał.

H?kan nawet nie odwzajemnił jego spojrzenia, patrzył wyłącznie na Susanne.

- Czy on nie miał trzymać się na dystans?

- H?kan - upomniała go kobieta, po czym zwróciła się do Benjamina. - Jutro wszyscy obejrzymy dom i spotkamy się z patolożką w Linköpingu. I jak zawsze ważne jest, żebyśmy od razu, na samym początku, dokładnie wszystkim wyjaśnili, czym właściwie się zajmujemy. Prokurator pracował nad sprawą w Kinnekulle, więc oczywiście się orientuje. Ale sami wiecie, jak jest, nie wszyscy to rozumieją - dodała.

Profilowanie sprawców budziło nieustannie wątpliwości. Lokalne jednostki policji niekoniecznie przepadały za samozwańczymi ekspertami, którzy zjawiali się po to, by ich pouczać, jak mają wykonywać swoją robotę.

Spacer do hotelu trwał zaledwie kilka minut, a gdy dotarli na miejsce, powitał ich głośny dźwięk telewizora stojącego w rogu recepcji. Przystanęli, żeby posłuchać.

- ...rodzice powinni zrozumieć, że ich dzieci nie są rekwizytami, którymi można się chwalić, wykorzystując je do realizacji własnych ambicji.

Obok prowadzącego program publicystyczny stała starsza kobieta, wyraźnie wzburzona.

- Dzieci nie mają tu nic do powiedzenia, a przecież wcale nie prosiły o to, by wystawiać je w ten sposób na widok publiczny.

Na stoliku przed nimi leżał jeden z tabloidów. Benjamin przewertował go, szukając stron z programem telewizyjnym.

"Jak ekspozycja w mediach społecznościowych wpływa na nasze dzieci?" - głosiła zapowiedź programu. Przerzucił jeszcze kilka stron. Na środkowej rozkładówce widniał nagłówek: "BYŁA GWIAZDĄ". Blog Camilli Axelsjö śledziły setki tysięcy osób. Jedna z nich właśnie skrytykowała publicznie pokazywanie córki w mediach społecznościowych i najwyraźniej nietrudno było znaleźć ekspertów, którzy podzielali jej poglądy. Psycholog, terapeuta dziecięcy, a nawet były policjant pracujący niegdyś w wydziale do spraw przestępstw seksualnych wypowiadali się na temat zagrożeń związanych z publikacją wizerunku dzieci.

- Pamiętajcie, że takie rzeczy trzeba odsiewać - zauważyła Susanne.

Benjamin wziął klucz do pokoju, wszedł i zamknął za sobą drzwi.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI