Ten który przeżył - David Baldacci

-
Proszę czekać

1

Web London trzymał w ręku półautomatyczny karabin SR75 wykonany dla niego na zamówienie przez legendarnego rusznikarza. SR nie tylko zwyczajnie ranił ciało i kości, ale je proszkował. Web nigdy nie wychodził z domu bez tej potężnej broni, był bowiem człowiekiem żyjącym pośród przemocy. Zawsze był gotów zabijać, robić to sprawnie i bezbłędnie. Boże, gdyby choć raz odebrał komuś życie przez pomyłkę, mógłby równie dobrze sam połknąć tę kulkę, tak wielkie musiałby znosić cierpienia. Web miał po prostu taki skomplikowany sposób zarabiania na chleb powszedni. Nie mógł powiedzieć, że kocha swoją pracę, ale naprawdę się w niej wyróżniał.

Nie traktował swojej broni czule, choć kiedy nie spał, czyli właściwie w każdej chwili życia, trzymał w ręku różnego rodzaju sprzęt. Nigdy nie nazywał pistoletu swoim przyjacielem ani nie nadawał mu efektownego imienia, ale broń i tak była ważną częścią jego życia, chociaż, podobnie jak dzikie zwierzęta, narzędzia walki nie pozwalały się łatwo oswoić. Nawet wyszkoleni policjanci nie trafiali w cel osiem razy na dziesięć. Dla Weba nie tylko było to nie do przyjęcia, ale równało się też samobójstwu. Miał wiele osobliwych cech, lecz nie było wśród nich pragnienia śmierci. I tak istniało mnóstwo ludzi, którzy zamierzali go zabić, i raz prawie go dostali.

Mniej więcej pięć lat wcześniej tylko litr czy dwa straconej krwi dzieliły Weba od wykitowania na parkiecie szkolnej sali gimnastycznej, usianym ciałami innych mężczyzn, już nieżywych albo umierających. Kiedy wylizał się z ran, zdumiewając lekarzy, którzy się nim opiekowali, zaczął nosić SR zamiast półautomatu używanego przez jego towarzyszy broni. Tamten przypominał M16, mieścił w komorze dużą kulę kalibru.308 i stanowił doskonały wybór, jeśli twoim celem było zastraszanie. SR zaś sprawiał, że wszyscy chcieli być twoimi przyjaciółmi.

Web przypatrywał się przez przyciemnione szyby suburbana wszystkim osobom stojącym na rogach i garstkom podejrzanych ludzi czających się w mrocznych uliczkach. Gdy przesuwali się w głąb wrogiego terytorium, spojrzenie Weba powróciło na ulicę, gdzie, jak wiedział, każdy pojazd mógł być zamaskowanym wozem bojowym.

Szukał każdej pary oczu błądzących wzrokiem, skinienia głową albo palców sprytnie stukających w telefony komórkowe i próbujących poważnie zaszkodzić drogiemu staremu Webowi.

Suburban skręcił za róg ulicy i zatrzymał się. Web spojrzał na pozostałych sześciu mężczyzn, stłoczonych z nim w ciasnym wnętrzu wozu. Wiedział, że myślą o tym samym co on: wyjść stąd szybko i bez problemów, przenieść się na osłonięte stanowiska, utrzymać pola ostrzału. Strach tak naprawdę nie wchodził w grę, nerwy to jednak co innego. Adrenalina nie była jego przyjaciółką, w rzeczywistości bardzo łatwo mógł zostać przez nią zabity.

Web zaczerpnął głęboko powietrza dla uspokojenia. Musiał mieć tętno między sześćdziesiąt a siedemdziesiąt. Przy osiemdziesięciu pięciu uderzeniach karabin drżał przy tułowiu, przy dziewięćdziesięciu nie wolno było naciskać spustu, ponieważ ciśnienie krwi oraz napięte nerwy w barkach i ramionach gwarantowały, że nie uda się wystarczająco dobrze strzelić. Kiedy uderzeń było więcej niż sto na minutę, całkowicie traciło się swoje subtelne umiejętności motoryczne i nikt nie zdołałby wtedy trafić z pieprzonej armaty w odległego o metr słonia; równie dobrze można było przylepić sobie na czole kartkę z napisem: "ZABIJ MNIE SZYBKO", bo taki bez wątpienia czekałby wtedy człowieka los.

Web wyrzucił z siebie napięcie, wraz z powietrzem wciągnął spokój i potrafił teraz wydestylować opanowanie z rodzącego się chaosu.

Suburban ruszył, minął jeszcze jeden róg i zatrzymał się. Web wiedział, że po raz ostatni. Krótkofalówka przestała syczeć, kiedy Teddy Riner powiedział do swojego mikrofonu: "Charlie do COT, proszę o upoważnienie do kompromisowych rozwiązań i zezwolenie na przejście do żółtego".

Web usłyszał w swoim mikrofonie zwięzłą odpowiedź COT, czyli Centrum Operacji Taktycznych: "Zrozumiałem, Charlie Jeden, czuwam". W świecie barw Weba "żółty" oznaczał ostatnie ukryte i zabezpieczone stanowisko. "Zielony" to było miejsce krytyczne, chwila prawdy: wyłom. Podczas przebywania kawałka ziemi, który rozciągał się pomiędzy względnym bezpieczeństwem i wygodą żółtego a chwilą prawdy na zielonym, czasami sporo się działo. "Upoważnienie do kompromisowych rozwiązań". Web wypowiedział te słowa sam do siebie. W ten sposób prosiło się po prostu o pozwolenie na likwidowanie ludzi w razie konieczności, choć celowo brzmiało to tak, jakby uzyskiwało się jedynie od szefa zgodę na obniżenie ceny używanego samochodu o parę dolców. Jednostajny szum krótkofalówki znów został przerwany, kiedy z COT odpowiedziano: "COT do wszystkich jednostek: Macie upoważnienie do kompromisowych rozwiązań i zezwolenie na przejście do żółtego".

Wielkie dzięki, COT. Web przysunął się powoli do drzwi ładunkowych suburbana. On miał iść na czele, a Roger McCallan z tyłu. Tim Davies miał zrobić wyłom, a Riner był dowódcą grupy. Wielki Cal Plummer i dwaj pozostali szturmowcy, Lou Patterson i Danny Garcia, spokojnie stali w pogotowiu z karabinami maszynowymi MP5, granatami błyskowo-hukowymi i pistoletami kalibru.45. Zaraz po otwarciu drzwi mieli się rozbiec i, obracając się w biegu dokoła, szukać zagrożeń mogących pojawić się ze wszystkich stron. Stawali wtedy najpierw na palcach, a dopiero potem opuszczali się na całe stopy, kolana mieli zgięte, żeby zamortyzować odrzut, gdyby musieli strzelać. Maska na twarzy Weba ograniczała mu pole widzenia do skromnego obszaru. W tym swego rodzaju miniaturowym broadwayowskim teatrze miał obejrzeć zbliżający się rzeczywisty zamęt, ale nie wymagano tu drogiego biletu ani eleganckiego garnituru. Od tej chwili miały im też wystarczyć sygnały dawane rękami. Kiedy leciały w twoją stronę kule, usta i tak najczęściej nie były w pełni sprawne. Web nigdy nie mówił dużo w pracy.

Jak za każdym razem, patrzył, jak Danny Garcia się żegna. I Web powiedział to, co zawsze mówił, kiedy Garcia kreślił znak krzyża, zanim nagle otwierały się drzwi chevroleta.

- Bóg jest zbyt mądry, żeby się tu zjawić, Danny, mój chłopcze. Możemy liczyć tylko na siebie. - Web zawsze mówił to kpiarskim tonem, ale nie żartował.

Pięć sekund później drzwi ładunkowe otworzyły się gwałtownie i grupa wysypała się na zewnątrz, zbyt daleko od miejsca akcji. Zwykle podjeżdżali aż pod swój ostateczny cel i wpadali tam z hukiem przy użyciu niewielkiej ilości materiału wybuchowego, jednak tutaj sytuacja logistyczna była trochę zagmatwana. Porzucone samochody, pozostawione na ulicy lodówki i inne spore przedmioty być może nie przypadkiem zagradzały drogę do obiektu.

Szmer krótkofalówki znów ucichł, kiedy zadzwonili snajperzy z Grupy Rentgen. Poinformowali, że dalej z przodu w uliczce są jacyś mężczyźni, ale że nie należą oni do ekipy, na którą poluje Web. Przynajmniej snajperzy tak uważali. Jak jeden mąż Web i jego Grupa Charlie wyprostowali się i pognali w głąb uliczki. Siedmiu ich kolegów po fachu z Grupy Hotel wysiadło z innego suburbana na drugim końcu kwartału, by zaatakować cel od tyłu, od lewej strony. Plan główny przewidywał, że Charlie i Hotel spotkają się gdzieś w połowie tej strefy walki pozornie będącej zwykłą dzielnicą miasta.

Web i jego towarzysze kierowali się teraz na wschód, a zaraz za ich tyłkami nadciągała burza. Błyskawice, grzmoty, wiatr i zacinający deszcz na ogół rozpieprzały łączność naziemną, rozmieszczenie taktyczne i nerwy mężczyzn, zwykle akurat w tych rozstrzygających minutach, kiedy wszyscy musieli postępować perfekcyjnie. Choć dysponowali tyloma cudami techniki, jedyną możliwą reakcją na gniew Matki Przyrody i kiepskie warunki logistyczne był po prostu szybszy bieg. Sapiąc, pędzili uliczką, wąskim pasem dziurawego, zaśmieconego asfaltu. Po obu stronach stały budynki, których ceglane mury nosiły wyraźne ślady dziesięcioleci strzelanin. Niektóre bitwy toczyły się między dobrymi i złymi, ale w większości wypadków biorący w nich udział młodzi ludzie rozwalali swoich braci z powodu sporów o narkotykowe terytoria, kłótni o kobiety albo dlatego, że tak im się podobało. Tutaj pistolet czynił cię mężczyzną, chociaż tak naprawdę mogłeś być tylko dzieckiem, które wybiegło na dwór po obejrzeniu w sobotę porannych kreskówek z przekonaniem, że jeśli zrobi w kimś wielką dziurę, to i tak wstanie on z powrotem i będzie dalej się z nim bawił.

Natrafili na grupę mężczyzn, którą zauważyli wcześniej snajperzy: gromadki Murzynów, Latynosów i Azjatów w najlepsze handlujących narkotykami. Najwyraźniej potężne odloty i wielkie nadzieje związane z nieskomplikowanym gotówkowym interesem usuwały na dalszy plan wszystkie kłopotliwe kwestie dotyczące rasy, wyznania, koloru skóry czy poglądów politycznych. Webowi wydawało się, że większość tych facetów dzieli od grobu tylko jeden niuch, jedno wbicie igły w żyłę czy jedna połknięta tabletka. Był zdumiony, że to nędzne zgromadzenie weteranów grafficiarstwa w ogóle ma dość energii i jasności umysłu, by dokonać prostej transakcji, wymiany gotówki na małe torebki z piekłem dla mózgu, ledwo zamaskowanym i rekomendowanym jako środek na polepszenie samopoczucia, a i to tylko za pierwszym razem, kiedy wprowadzałeś truciznę do swojego organizmu.

W obliczu budzących strach karabinów Grupy Charlie wszystkie ćpuny, oprócz jednego, padły na kolana i błagały, żeby ich nie zabijać ani nie stawiać w stan oskarżenia. Web skupił uwagę na młodym człowieku, który nadal stał. Głowę miał owiniętą czerwoną przepaską - symbol przynależności do jakiegoś gangu. Dzieciak był wąski w pasie i miał napakowane ramiona; wytarte spodenki gimnastyczne zwisały mu z tyłka, ukazując rowek między pośladkami, a przekrzywiony ciasny podkoszulek opinał jego umięśniony tułów. Jego mina zaś wyrażała refleksję głęboką jak studnia, znamionującą postawę, która mówiła: "Jestem bystrzejszy, twardszy i będę żył dłużej od ciebie". Web musiał przyznać, że ten facet wygląda nieźle jak na obszarpańca.

Aż trzydzieści sekund zajęło ustalenie, że wszyscy oprócz "Bandany" są zupełnie nieprzytomni i że żaden z narkomanów nie ma przy sobie broni ani telefonu komórkowego, z którego mógłby zadzwonić do celu z ostrzeżeniem. "Bandana" miał wprawdzie nóż, ale noże na nic by się nie zdały wobec kevlarowych osłon i półautomatów. Pozwolili mu go zatrzymać. Jednak gdy Grupa Charlie ruszyła dalej, Cal Plummer biegł tyłem, na wszelki wypadek celując z MP5 do młodego "przedsiębiorcy" z bocznej uliczki.

"Bandana" krzyknął wtedy do Weba, że podziwia jego karabin i chce go kupić. Wrzeszczał za plecami Weba, że dałby mu kupę forsy, a potem powiedział, że zastrzeliłby z tej broni Weba i wszystkich innych. Cha, cha! Web spoglądał na dachy, gdzie, jak wiedział, członkowie Grup Whisky i Rentgen czuwali w przedniej pozycji strzeleckiej z nabojami wprowadzonymi do komór, mierząc ze śmiercionośną precyzją w pnie mózgów tych zbitych w stadko nieudaczników. Snajperzy byli najlepszymi przyjaciółmi Weba. Doskonale rozumiał, jak podchodzą do swojej pracy, bo przez lata był jednym z nich.

Niegdyś całymi miesiącami Web leżał w parujących bagnach, gdzie pełzały po nim wkurzone, jadowite wodne węże. Albo tkwił w smaganych mroźnym wiatrem rozpadlinach gór, trzymając łoże SR75 z ochronną skórzaną poduszeczką przy swoim policzku, i obserwował teren przez lunetę, aby zapewnić zabezpieczenie oraz informacje grupom szturmowym. Gdy był snajperem, nabył wielu ważnych umiejętności, na przykład nauczył się bardzo cicho sikać do kubka. Pośród innych lekcji było dokładne rozdzielanie różnych rodzajów jedzenia w czasie pakowania, aby móc się nasycić węglowodanami po omacku w całkowitych ciemnościach, i wyrównywanie nabojów z myślą o jak najsprawniejszym przeładunku, co ogólnie pozwoliło mu wypracować surowy wojskowy model zachowań, który wielokrotnie się sprawdził. Co nie znaczy, że łatwo by mu było przenieść którykolwiek z tych rzadkich talentów do sektora prywatnego, ale Web i tak nie przewidywał takiego kroku.

Życie snajpera polegało na przenosinach z jednych skrajnych warunków w drugie. Miał on za zadanie osiągnąć najlepszą możliwą pozycję strzelecką przy jak najmniejszym zagrożeniu dla własnej osoby, a często te cele zwyczajnie nie dawały się pogodzić. Po prostu robił to najlepiej, jak mógł. Godziny, dni, tygodnie, nawet miesiące wypełnione wyłącznie nudą, przeważnie osłabiającą morale i podstawowe umiejętności, rozrywały nagle chwile wykręcającej trzewia wściekłości, która z reguły opanowywała snajpera w gorączce strzelaniny i powszechnego zamętu. A decyzja o użyciu broni oznaczała, że ktoś umrze, i nigdy nie było wiadomo, czy jego śmierć też się nie wyświetli na tablicy wyników.

Web potrafił w każdej chwili błyskawicznie przywołać te obrazy, tak żywe były one w jego pamięci. Piątka niezawodnych nabojów z wklęsłymi czubkami, ułożonych rządkiem w sprężynowym magazynku, czekała, aż będzie mogła rozpruć przeciwników z szybkością dwukrotnie przewyższającą prędkość dźwięku, kiedy palec Weba pociągnie za ozdobiony klejnotem spust, który zawsze trzaskał tak słodko przy dokładnie stu pięciu dekagramach nacisku. Gdy tylko ktoś wszedł w jego strefę zabijania, Web strzelał i człowiek nagle był trupem padającym bezwładnie na ziemię. A jednak najważniejszymi strzałami Weba jako snajpera były te, z których zrezygnował. To była właśnie taka robota. Nie nadawali się do niej tchórze, głupcy, a nawet jednostki o przeciętnej inteligencji.

Web podziękował w myślach snajperom z dachów i dalej biegł uliczką.

Natknęli się na dziecko, może dziewięcioletnie, które siedziało bez koszulki na kawale betonu. W pobliżu nie było widać nikogo dorosłego.

Zbliżająca się burza strząsnęła przynajmniej dziesięć stopni z termometru i rtęć nadal opadała. A jednak chłopak nie miał na sobie koszuli. "Czy w ogóle kiedykolwiek było mu dane włożyć koszulkę?" - zastanawiał się Web. Widział już wiele ubogich dzieci. Nie uważał się za cynika, był raczej realistą. Żałował ich, ale niewiele mógł zrobić, żeby im pomóc. A jednak w tych czasach zagrożenie mogło nadejść z każdej strony, więc automatycznie obrzucił chłopca wzrokiem od stóp do głów w poszukiwaniu broni. Na szczęście niczego takiego nie zobaczył, nie miał ochoty strzelać do dziecka.

Chłopak patrzył na niego. W jasnym kręgu światła rzucanym przez migoczącą latarnię uliczną, jedyną, która jakimś cudem nie została trafiona kulą, rysy dziecka były wyraźnie widoczne. Web zauważył zbyt szczupłe ciało oraz mięśnie barków, ramion i brzucha, już stwardniałe i zebrane wokół wystających żeber, podobnie jak drzewo tworzy włókna, kory w uszkodzonym miejscu. Przez czoło chłopca biegła blizna po cięciu nożem. Ściągnięta dziura o nabrzmiałych brzegach w jego lewym policzku była łatwą do rozpoznania dla Weba pamiątką po kuli.

- Niech ich diabli - powiedziało dziecko znużonym głosem, a potem się zaśmiało, czy też, dokładniej mówiąc, zarechotało.

Słowa chłopca i jego śmiech zadźwięczały w głowie Weba jak brzęk talerzy, nie miał pojęcia dlaczego; poczuł nawet, że ciarki chodzą mu po skórze. Już wcześniej widywał dzieci w tak beznadziejnej sytuacji, były tu wszędzie, a jednak teraz w jego głowie działo się coś, czego nie mógł do końca zrozumieć. Może robił to za długo, i czy po tak cholernie długim czasie nie można było zacząć tak myśleć?

Web przesunął palec w kierunku spustu karabinu i ruszył naprzód zwinnymi susami, próbując jednocześnie uwolnić się od obrazu chłopca. Chociaż był bardzo szczupłym mężczyzną i nie mógł się popisywać muskulaturą, mógł udźwignąć spory ciężar, miał też mocne palce i szerokie z natury barki. Był przy tym o wiele szybszy od pozostałych członków grupy i cechowała go wielka wytrzymałość. Web mógł biegać dziesięć kilometrów w sztafecie przez cały dzień. Zawsze przedkładał szybkość, refleks i odporność nad napakowane mięśnie. Kule przedzierały się przez nie z taką łatwością jak przez tłuszcz, a nie mogły zrobić ci krzywdy, jeśli cię nie trafiły.

Większość ludzi opisałaby Weba Londona - patrząc na jego potężne bary i sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu - jako wielkiego faceta. Zwykle jednak koncentrowano się na lewej stronie jego twarzy, czy też na tym, co z niej zostało. Web niechętnie przyznawał, że osiągnięcia współczesnej medycyny w dziedzinie rekonstrukcji zniszczonego ciała i kości są zadziwiające. Przy idealnym oświetleniu, to znaczy w prawie zupełnej ciemności, ledwo zauważało się stary krater, nową wypukłość policzka oraz znakomicie przeszczepioną tkankę kostną i skórę. "Naprawdę niezwykłe" - mówili wszyscy. Wszyscy oprócz Weba.

Na końcu uliczki mężczyźni zatrzymali się jeszcze raz i kucnęli. Tuż przy zgiętym łokciu Weba znajdował się Teddy Riner. Przez swój bezprzewodowy mikrofon kostny Motoroli Riner skontaktował się z COT i powiedział, że Charlie jest na żółtym i prosi o zezwolenie na przejście do zielonego - "krytycznego miejsca". To wymyślne określenie w tym wypadku oznaczało po prostu drzwi wejściowe. Web jedną ręką trzymał SR75, a na prawej nodze, w nisko opuszczonej taktycznej kaburze, wymacał również wykonany na zamówienie pistolet kalibru.45. Identyczny pistolet wisiał na ceramicznej płycie antyurazowej, która zakrywała mu klatkę piersiową, i tego też dotknął w ramach swoistego rytuału poprzedzającego atak.

Web zamknął oczy i wyobraził sobie, jak potoczą się wypadki w następnej minucie. Popędzą do drzwi. Davies będzie biegł w środku, nieco wysunięty do przodu, i podłoży ładunek. Szturmowcy w swoich słabszych dłoniach będą luźno trzymać granaty błyskowo-hukowe. Półautomaty będą odbezpieczone, a spokojne palce nie oprą się na spustach, dopóki nie nadejdzie czas zabijania. Davies zdejmie mechaniczne zabezpieczenia ze skrzynki kontrolnej i sprawdzi stan lontu przymocowanego do ładunku przełamującego, szukając jakichś usterek, z nadzieją że żadnych nie znajdzie. Riner przekaże COT nieśmiertelne słowa: "Charlie na zielonym". COT odpowie tak jak zawsze: "Czuwam, kontroluję sytuację". Ta kwestia zawsze drażniła Weba, bo kto, do cholery, tak naprawdę kontrolował sytuację w czasie ich akcji?

W całej swojej karierze zawodowej Web nigdy nie słyszał, żeby COT doszło do końca odliczania. Po "dwa" snajperzy namierzali cele i rozpoczynali ogień, a sfora ujadających jednocześnie trzysta ósemek była odrobinę hałaśliwa. Potem, zanim COT powiedziało "jeden", wybuchał ładunek przełamujący i ten huragan zagłuszał nawet twoje własne myśli. W rzeczywistości gdyby ktoś kiedyś usłyszał, jak COT kończy odliczanie, miałby poważne kłopoty, bo to by oznaczało, że ładunek nie zadziałał. A to byłby naprawdę kiepski początek dnia roboczego.

Po wysadzeniu drzwi Web i reszta jego grupy mieli wpaść do celu i rzucić granaty błyskowo-hukowe. Była to trafna nazwa, ponieważ "błysk" oślepiał wszystkich, a "huk" rozrywał pozbawioną ochrony błonę bębenkową. Gdyby natrafili na kolejne zamknięte na klucz drzwi, ustąpiłyby one szybko pod wpływem niegrzecznego pukania strzelby Daviesa albo przyklejanego ładunku wyglądającego jak kawałek dętki, ale zawierającego materiał wybuchowy C4, za pomocą którego można było wyważyć właściwie każde drzwi. Mieli postępować według wyuczonych schematów, skupiać uwagę na dłoniach i broni, strzelać precyzyjnie, myśleć kategoriami posunięć szachowych. Komunikacja miała sprowadzać się do rozkazów dotykowych. Mieli uderzyć w gorące punkty, zlokalizować wszelkich zakładników i wyprowadzić ich szybko, żywych. Natomiast nigdy tak naprawdę nie myślało się o umieraniu. Zabierało to za dużo czasu i energii, a liczyły się tylko szczegóły misji oraz podstawowe instynkty i umiejętności udoskonalone podczas wielu akcji, aż stawały się one częścią tego, co tworzyło ciebie.

Według godnych zaufania źródeł budynek, na który mieli uderzyć, mieścił cały finansowy aparat wielkiego interesu narkotykowego, którego główna siedziba znajdowała się w stolicy. Potencjalną zdobycz tej nocy stanowili między innymi księgowi, cenni świadkowie dla rządu, gdyby Webowi i pozostałym udało się wyciągnąć ich żywych. W ten sposób federalni mogliby dobrać się do szefów z kilku stron na podstawie prawa karnego i cywilnego. Nawet wielcy handlarze obawiali się pełnego frontalnego natarcia urzędu skarbowego, bo te szychy rzadko płaciły podatki Wujowi Samowi. To dlatego wezwano grupę Weba. Specjalizowali się w zabijaniu facetów, których trzeba było zabić, ale byli też cholernie dobrzy w utrzymywaniu ludzi przy życiu. Przynajmniej dopóki schwytani goście kładli dłonie na Biblii, składali zeznania i pakowali jakieś większe zło na bardzo długo do więzienia.

COT miało się zgłosić ponownie i zacząć odliczanie: "Pięć, cztery, trzy, dwa...".

Web otworzył oczy, skoncentrował się. Był gotowy. Tętno sześćdziesiąt cztery; Web po prostu to wiedział. W porządku, chłopcy, żyła złota jest prosto przed nami. Chodźmy i je zgarnijmy. Centrum zgłosiło się jeszcze raz w jego słuchawce i dało pozwolenie na przejście do drzwi.

I właśnie wtedy Web London zamarł. Jego grupa wyskoczyła z ukrycia i ruszyła do "zielonego", miejsca krytycznego, a Web tego nie zrobił. Miał wrażenie, że jego ramiona i nogi nie są już częścią jego ciała, podobnie jak człowiek, który zasnął z ręką pod brzuchem, po przebudzeniu stwierdza, że krążenie całkiem w niej ustało. Nie wydawało się, żeby przyczyną tego był strach albo nerwy; Web robił to zbyt długo. A jednak mógł tylko patrzeć, jak Grupa Charlie pędzi naprzód. Podwórko zostało uznane za ostatnią większą strefę zagrożenia przed miejscem krytycznym i grupa jeszcze przyspieszyła, szukając wszędzie najmniejszych oznak oporu. Najwyraźniej żaden z mężczyzn nie zauważył, że Weba z nimi nie ma. London oblał się potem, napiął każdy mięsień, starając się przezwyciężyć to, co przygniatało go do ziemi, aż zdołał wolno wstać i zrobić parę chwiejnych kroków do przodu. Jego stopy i ramiona pokrywał niewidzialny ołów, całe ciało płonęło i pękała mu głowa, ale, zataczając się, przez chwilę brnął dalej, dotarł do podwórka, a potem padł na ziemię, podczas gdy reszta grupy oddalała się od niego.

Podniósł wzrok wystarczająco szybko, by zobaczyć jak Grupa Charlie biegnie co tchu z bronią wymierzoną w cel, który zdawał się po prostu błagać ich, żeby przyszli i uszczknęli z niego co nieco. Już za pięć sekund będą mogli przystąpić do ataku. Te kilka sekund miało zmienić życie Weba Londona na zawsze.