Ten drugi ty tom 2 - Martyna Stawiszyńska

Kup ebooka

34.99 zł
29.48 zł (29,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ten drugi ty. Tom 2

W sekundę mnie zamu­ro­wało. Mru­gnę­łam kilka razy, patrząc to na jed­nego, to na dru­giego. Jakim cudem? Jak?! Sam fakt, że w ogóle się znali, był dla mnie nie do ogar­nię­cia, ale to?!

- To wy... wy jeste­ście braćmi?! - z tru­dem wydu­ka­łam, będąc na gra­nicy apo­plek­sji.

Szok to było mało powie­dziane. Przy­po­mniało mi się zdję­cie spo­czy­wa­jące w kie­szeni mojej kurtki. Ten drugi chło­piec, ten chudy i cho­ro­wity, to był... Bastian? Czy to moż­liwe, żeby ktoś tak bar­dzo się zmie­nił?

- Nie­stety - odparł star­szy z prze­ką­sem, nie spusz­cza­jąc wzroku z młod­szego. - Sprawy zabrnęły za daleko, bra­cie. Nie sądzisz, że należą się jej wyja­śnie­nia?

Zro­bi­łam krok w tył, by móc spoj­rzeć na Natha­niela z innej per­spek­tywy. Chło­pak był nie­spo­kojny i zde­ner­wo­wany. Gdyby spoj­rze­nie mogło zabi­jać, Bastian już dawno byłby tru­pem. Ale on - zupeł­nie to ole­wa­jąc - zaczął z wolna zata­czać krąg wokół naszej dwójki.

- Przy­znaj wresz­cie przed nią, przede mną, a przede wszyst­kim... przed samym sobą. Przy­znaj się, czym jesteś.

- Nie - wyce­dził Natha­niel.

- Przy­znaj, co zro­bi­łeś - kon­ty­nu­ował, a po moich ple­cach raz po raz prze­cho­dziły dresz­cze. - Dla­czego wciąż żyjesz, cho­ciaż już dwu­krot­nie powi­nie­neś był zgi­nąć?

- Prze­stań!

- Powiedz jej, dla­czego wszystko ukry­wasz. Powiedz, dla­czego jej przy­ja­ciel tak upar­cie pró­buje ją przed tobą uchro­nić.

- Dość już! - wark­nął Nate.

- Powiedz jej, co zro­bi­łeś! Powiedz, dla­czego pra­gnę two­jej śmierci!

Nagle Bastian dosko­czył do swo­jego brata i zła­pał go za koszulkę, tuż pod szyją. Przy­cią­gnął go do sie­bie, z wście­kło­ścią patrząc mu w oczy. Ni­gdy jesz­cze nie widzia­łam go w takim sta­nie.

- Gadaj!

- Jestem taki jak ty - odpo­wie­dział na pozór spo­koj­nie i ode­pchnął roze­źlo­nego męż­czy­znę.

Obaj nie­bez­piecz­nie zbli­żali się do gra­nicy pano­wa­nia nad sobą, a ja... A mnie po pro­stu spa­ra­li­żo­wało. Słu­cha­łam ich roz­mowy z otwartą buzią, pró­bu­jąc z niej cokol­wiek zro­zu­mieć.

- W niczym mnie nie przy­po­mi­nasz - odparł star­szy, patrząc z pogardą na swo­jego brata. - Ja jestem istotą nad­przy­ro­dzoną, a ty... zwy­kłym potwo­rem.

Tego już było za wiele. Czu­łam, że przez nara­sta­jące napię­cie mogę wkrótce wybuch­nąć i roz­le­cieć się na kawałki. Nic tu nie miało sensu.

- Do jasnej cho­lery, o co tu cho­dzi?! - prze­rwa­łam im, sta­jąc dokład­nie pomię­dzy nimi. - Natha­niel... - spoj­rza­łam pro­sto w jego jasne tęczówki. - O czym on mówi? - sta­ra­łam się, aby mój głos brzmiał łagod­nie, jed­nak nie potra­fi­łam zapa­no­wać nad jego drże­niem.

Bra­cia wymie­nili spoj­rze­nia: Bastian - mocno suge­stywne, za to Nate - coraz bar­dziej wyprane z emo­cji. W końcu chło­pak przy­mknął powieki i wypu­ścił z tru­dem powie­trze.

- Chyba już nie ma odwrotu... - szep­nął bar­dziej do sie­bie niż do nas, a potem otwo­rzył oczy. Nie potra­fi­łam niczego z nich wyczy­tać. - Te wszyst­kie zabite zwie­rzęta... To... to moja wina. To ja zaata­ko­wa­łem ojca two­jej przy­ja­ciółki. I... - zawa­hał się - cie­bie... też.

Z tru­dem prze­łknę­łam ślinę. Chyba nie mówił poważ­nie? To naprawdę nie był dobry moment na robie­nie sobie żar­tów!

- Widzia­łam, co mnie zaata­ko­wało - wyce­dzi­łam. - I to nie wyglą­dało jak ty ani jak nic, co znam.

Patrzył na mnie z tym lodo­wa­tym spo­ko­jem, zupeł­nie nie przy­po­mi­na­jąc już sie­bie sprzed kilku minut.

- To był wil­ko­łak, Lili. To byłem ja.

Zakrę­ciło mi się w gło­wie. Opar­łam się o pobli­skie drzewo, czu­jąc, jak miękną mi kolana. On nie kła­mał. Po co miałby to robić? Boże... czy to w ogóle moż­liwe? To było tą tajem­nicą, którą tak skrzęt­nie przede mną ukry­wał? Czy to wła­śnie przed tym ostrze­gał mnie Alex?

- Ni­gdy nie zasta­na­wia­łaś się, dla­czego jestem taki silny? - zaczął znów mówić wypra­nym z emo­cji gło­sem. - Dla­czego miesz­kam w lesie, mimo że jest tu nie­bez­piecz­nie? Dla­czego męczą mnie gorączki, ile­kroć zbliża się peł­nia? Żyję tylko dzięki tej klą­twie - skrzy­wił się na dźwięk ostat­niego słowa. - To prawda, że zosta­łem postrze­lony. Zaraz przed prze­mianą.

Te wszyst­kie infor­ma­cje... Mój nie­dzia­ła­jący naj­le­piej po ostat­nim wypadku mózg nie dawał rady z takim natło­kiem nowych infor­ma­cji. Cho­ciaż wyja­śnie­nie Natha­niela wyda­wało się sen­sowne, ja wciąż nie potra­fi­łam w nie uwie­rzyć. Zaczę­łam szyb­ciej oddy­chać, bowiem mia­łam wra­że­nie, że ktoś ści­ska moje płuca jak gąbkę.

- Prze­cież... Prze­cież wil­ko­łaki wystę­pują tylko w fil­mach i książ­kach. Gdyby było ina­czej, świat już dawno by o nich wie­dział - nie umia­łam opa­no­wać paniki, którą dało się wyczuć w moim gło­sie. Spoj­rza­łam na przy­słu­chu­ją­cego się nam Bastiana. - Czy ty... też?

- Jest taki jak ja - odpo­wie­dział młod­szy z braci.

Praw­nik wypro­sto­wał się z dumą. Patrzył na Nate'a spod byka i nawet nie sta­rał się ukry­wać widocz­nej w oczach dzi­ko­ści.

- Mówię to ostatni raz. W niczym mnie nie przy­po­mi­nasz - wark­nął, a ja dała­bym słowo, że jego czarne tęczówki znów bły­snęły sre­brem. - Pomi­ną­łeś naj­waż­niej­szą kwe­stię. Powiedz jej, dla­czego po cie­bie przy­sze­dłem, dla­czego kaza­łem cię zastrze­lić!

Kolejna nowina. Poczu­łam się jak ude­rzona obu­chem w łeb! Wyba­łu­szy­łam oczy na Bastiana. Że też w ogóle posta­no­wi­łam mu zaufać! Przez cały ten czas uda­wał, a tym­cza­sem to jego ludzie pró­bo­wali mnie zabić. Pod­stępny drań!

- To byłeś ty! - zmarsz­czy­łam brwi ze zło­ścią. - Od samego początku o wszyst­kim wie­dzia­łeś?! Okła­my­wa­łeś mnie!

- Oczy­wi­ście, że wie­dzia­łem - odparł z pogardą. - Ale nie wszystko było kłam­stwem. Pamię­tasz o mor­dercy z Agas­siz? Stoi przed tobą. To jego ści­gam od pra­wie trzech lat!

Głos uwiązł mi w gar­dle. Onie­miała prze­nio­słam wzrok na Natha­niela, który od razu odwró­cił się ode mnie. Wresz­cie wszystko rozu­mia­łam. Puz­zle zło­żyły się w dość sen­sowną, choć tra­giczną całość.

- Twoi rodzice... - zaczę­łam cicho, nie mogąc wię­cej z sie­bie wykrztu­sić.

- Nasi rodzice - wtrą­cił się Bastian. - Tak. Zabił ich. A potem kilku innych ludzi - jego słowa wbi­jały się w moje serce niczym stę­pione szty­lety. - Na­dal chcesz mieć z nim cokol­wiek do czy­nie­nia?

Za dużo. Za dużo! Czu­łam, że nie dam rady dłu­żej tego słu­chać. Po pro­stu nie podo­łam! To prze­kra­czało moje zdol­no­ści poznaw­cze. Wszystko było tak strasz­nie zagma­twane. W jed­nej chwili moja wizja świata legła w gru­zach. Zarówno tego wiel­kiego, glo­bal­nego, jak i tego oso­bi­stego, któ­rym od nie­dawna stał się ten jasno­oki chło­pak. Teraz stał przede mną... czło­wiek, któ­rego w ogóle nie zna­łam. Nie byłam w sta­nie udźwi­gnąć cię­żaru prawdy. Prawdy, która oka­zała się okrutna.

- To nie­moż­liwe - powta­rza­łam słowa jak man­trę, robiąc powo­lutku kroki w tył. - To wszystko nie­prawda. Nie ma wil­ko­ła­ków, mor­der­ców... To kolejny popie­przony sen!

Odwró­ci­łam się i zaczę­łam biec. Pra­gnę­łam jak naj­prę­dzej opu­ścić to miej­sce. W zaci­na­ją­cym śniegu nie zdą­ży­łam poko­nać nawet kil­ku­na­stu metrów, kiedy wpa­dłam w czy­jeś ramiona. Spoj­rza­łam w górę. Jak zwy­kle poja­wił się tam, gdzie się go kom­plet­nie nie spo­dzie­wa­łam.

- Dość już - ode­zwał się Alex w kie­runku męż­czyzn za moimi ple­cami. - Za dużo nowi­nek jak na pierw­szy dzień poza szpi­ta­lem - pogła­dził mnie po zdro­wym barku. - Chodź, Lili. Zabiorę cię do domu.

Prze­stało do mnie cokol­wiek docie­rać. Bez­wolna jak szma­ciana lalka pozwo­li­łam się pro­wa­dzić pro­sto do samo­chodu zapar­ko­wa­nego kawa­łek za czar­nym mer­ce­de­sem. Nie oglą­da­łam się za sie­bie. Gdy­bym tylko znała spo­sób na zre­se­to­wa­nie pamięci, już dawno bym z niego sko­rzy­stała.

Rozdział 14

Zgu­bi­łam się. Mimo nie naj­gor­szej orien­ta­cji w tere­nie prze­pa­dłam. Chyba każdy na moim miej­scu miałby pro­blem z prze­tra­wie­niem tak wielu, mogłoby się wyda­wać absur­dal­nych, infor­ma­cji, prawda? Zro­zu­mieć to jedno, ale w ogóle uwie­rzyć...

Będąc w total­nej roz­sypce, zde­cy­do­wa­łam się odciąć na jakiś czas od świata i poukła­dać sobie w gło­wie, kawa­łek po kawałku, zda­rze­nia ostat­nich dni. I cho­ciaż na samo wspo­mnie­nie tam­tej roz­mowy żołą­dek wywra­cał mi się na drugą stronę, posta­no­wi­łam podejść na trzeźwo do całej sprawy i dokład­nie wszystko prze­ana­li­zo­wać. W tym celu sku­pia­łam się tylko na jed­nym aspek­cie naraz, ponie­waż w tej chwili mój mózg nie potra­fił dzia­łać na wyż­szych obro­tach.

Do jakich doszłam wnio­sków? Pierw­sza i naj­waż­niej­sza kwe­stia - potwór z lasu był tak naprawdę wil­ko­ła­kiem, w któ­rego co mie­siąc prze­mie­niał się nie kto inny jak sam Natha­niel. Sprawa tak absur­dalna, że nie­mal nie­moż­liwa do zro­zu­mie­nia. Jed­nak fakty pozo­sta­wały fak­tami. Na wła­sne oczy widzia­łam to trzy­me­trowe mon­strum. Teraz, gdy patrzy­łam na to z więk­szym dystan­sem, uświa­do­mi­łam sobie, jak wiele sygna­łów prze­oczy­łam lub zlek­ce­wa­ży­łam.

Przede wszyst­kim - wyjąt­kowa siła. Natha­niel wiele razy zapo­mi­nał się lub zwy­czaj­nie sytu­acja zmu­szała go do tego, by z niej korzy­stał. Bójka przed salo­nem tatu­ażu, wnie­sie­nie cho­inki dwa razy więk­szej od niego, pchnię­cie wiel­kiego auta zablo­ko­wa­nego śnie­giem, kolejna bójka w klu­bie, a potem w ciem­nym zaułku... To dla­tego klienci salonu oka­zy­wali mu respekt, a z każ­dej bija­tyki wycho­dził bez szwanku. Gorączki, które tra­wiły jego ciało każ­dego mie­siąca pod­czas pełni, musiały być zapo­wie­dzią prze­miany. Dla­tego twier­dził, że żaden lekarz nie jest w sta­nie mu pomóc.

Rodzice, o któ­rych ni­gdy nie wspo­mi­nał... Ponoć ich zabił, co kom­plet­nie do mnie nie docie­rało. Pyta­nie - jak to zro­bił? Na pewno miał świa­do­mość popeł­nio­nej zbrodni, ale czy żało­wał? Czy powin­nam się go bać? Jedno pyta­nie przez cały czas mnie nur­to­wało i nie mogłam zna­leźć na nie odpo­wie­dzi: czy będąc bestią, zacho­wy­wał świa­do­mość? Ta kwe­stia mogła zmie­nić dosłow­nie wszystko.

Na domiar złego zro­zu­mia­łam, że Bastian - czło­wiek, któ­rego uwa­ża­łam za god­nego zaufa­nia przed­sta­wi­ciela prawa - nie tylko był bra­tem tego pierw­szego i okła­my­wał mnie jedy­nie po to, by się zbli­żyć do niego, ale też dzie­lił podobny los. Cho­ciaż i w tej kwe­stii nie wszystko było jasne. Natha­niel twier­dził, że obaj byli wil­ko­ła­kami, za to star­szy z braci z upo­rem pod­kre­ślał, że nie są do sie­bie podobni. Jak więc było naprawdę?

Z peł­nym prze­ko­na­niem mogłam stwier­dzić tylko jedno - obaj mnie okła­my­wali. Obaj skry­wali sekrety, które nie doty­czyły oso­bi­ście tylko ich, ale rów­nież wpla­tały w sieć intryg i nie­bez­pie­czeństw całe mia­sto. I nie była­bym sobą, gdy­bym tak po pro­stu dała sobie przy­zwo­le­nie na to, by o tym zapo­mnieć.

Na początku lutego przy­pa­dała moja pierw­sza wizyta kon­tro­lna w szpi­talu. Wraz z mamą uda­ły­śmy się tam z samego rana. Będąc już w gabi­ne­cie, z ulgą przy­ję­łam słowa leka­rza. Stwier­dził, że moja rana postrza­łowa zago­iła się już na tyle, że nie potrze­buję usztyw­niać dłu­żej ręki tem­bla­kiem. Mogłam się rów­nież poże­gnać z więk­szo­ścią ban­daży.

Gdy wyszły­śmy z budynku, pod wpły­wem mroź­nego powie­trza poczu­łam przy­pływ nowych sił. Mia­łam ser­decz­nie dość sie­dze­nia w domu. Kiedy wyje­cha­ły­śmy z par­kingu, popro­si­łam mamę, aby poje­chała ze mną do biblio­teki; wie­dzia­łam, że samej mnie do niej nie puści. Zgo­dziła się i już po chwili zatrzy­ma­ły­śmy się pod samym wej­ściem.

- To ja w tym cza­sie zro­bię małe zakupy - oznaj­miła moja matka, nie gasząc sil­nika. - Przy­jadę po cie­bie za jakieś pół godziny, dobrze?

Ski­nę­łam głową i wysia­dłam z samo­chodu. Śnieg sypał leni­wie z nieba, a ja patrzy­łam na wiel­kie dwu­skrzy­dłowe drzwi biblio­teki. Od razu przy­po­mniał mi się sen, w któ­rym sta­łam dokład­nie w tym samym miej­scu. Jeden tytuł, który zaj­mo­wał wszyst­kie półki w tym przy­bytku, był moim celem. Raz jesz­cze chcia­łam prze­czy­tać infor­ma­cje, które ostat­nim razem nie­mą­drze zlek­ce­wa­ży­łam.

Weszłam do środka i natych­miast poczu­łam spe­cy­ficzną woń ksią­żek, która chyba od zawsze dzia­łała na mnie uspo­ka­ja­jąco. W biblio­tece poza mną było jesz­cze kilka osób, więk­szość mniej wię­cej w moim wieku. Skrzy­wi­łam się. Dosłow­nie każdy, kto mnie zauwa­żył, albo wle­piał we mnie cie­kaw­skie spoj­rze­nie, albo szep­tał coś do swo­jego towa­rzy­sza. Nie­stety, Sarah miała rację. Z powodu ostat­nich wyda­rzeń sta­łam się roz­po­zna­walna.

Tym razem nie mia­łam pro­blemu ze zlo­ka­li­zo­wa­niem dzieła, które leżało dokład­nie tam, gdzie je ostat­nim razem wraz z Rudą zosta­wi­ły­śmy. Z tomisz­czem w dłoni przy­sia­dłam przy jed­nym ze sto­li­ków i obrzu­ci­łam okładkę spoj­rze­niem. Ni­gdy bym nie przy­pusz­czała, że Stwory z pie­kła rodem okażą się lek­turą stricte infor­ma­cyjną. Prze­rzu­ci­łam kilka kar­tek i nagle... książka dziw­nym tra­fem otwo­rzyła się mniej wię­cej w poło­wie. Dopiero po chwili dostrze­głam świ­stek wci­śnięty mię­dzy papier.

Zain­try­go­wana wycią­gnę­łam kar­teczkę, która oka­zała się wizy­tówką. Ktoś umie­ścił na niej tekst. Zszo­ko­wana stwier­dzi­łam, że była to wia­do­mość do mnie. Nie wszyst­kie infor­ma­cje, które tutaj znaj­dziesz, są praw­dziwe. Jeśli chcesz dowie­dzieć się wię­cej na ten temat, zadzwoń. Bastian - prze­czy­ta­łam w myślach. Skąd wie­dział, że zain­te­re­suję się aku­rat tą książką? Że w ogóle poja­wię się w biblio­tece? Prze­szedł mnie dreszcz.

Obró­ci­łam wizy­tówkę w dło­niach, a na jej odwro­cie zna­la­złam infor­ma­cje, tym razem nadru­ko­wane:

Mgr Bastian Selva

Kan­ce­la­ria adwo­kacka

"Lupus"

Van­co­uver

Pod spodem znaj­do­wał się rów­nież numer tele­fonu. W duchu skar­ci­łam się za swoją głu­potę. Tyle razy byłam taka nie­uważna! Prze­cież przy pierw­szym spo­tka­niu mama musiała otrzy­mać tę samą wizy­tówkę. A potem w sądzie; kiedy ja buja­łam w obło­kach, on prze­cież musiał przed­sta­wić się z imie­nia i nazwi­ska! Gdy­bym tylko wtedy uwa­żała, wie­dzia­ła­bym, że coś łączy go z Natha­nie­lem. Taki ze mnie detek­tyw, psia mać.

Zła na sie­bie, wci­snę­łam kar­teczkę do kie­szeni i od razu syk­nę­łam z bólu. Gojąca się rana dała o sobie znać. Wzię­łam głę­boki oddech, a potem powoli wypu­ści­łam powie­trze. Musia­łam się uspo­koić.

Wró­ci­łam spoj­rze­niem na karty książki. Pod nagłów­kiem znaj­do­wał się czarno-biały rysu­nek wil­ko­łaka. Nagle zaschło mi w ustach. Wła­śnie to widzia­łam wtedy w lesie. Pomi­ja­jąc kilka małych detali, wize­ru­nek był nie­mal iden­tyczny.

Na rysunku stwór kucał na koń­czy­nach zgi­na­ją­cych się jak u czwo­ro­noga i pod­pie­rał się na potęż­nych ramio­nach. Pokry­wała go gęsta sierść, a jego masywne łapy były zakoń­czone ostrymi pazu­rami. Wydłu­żony pysk przy­po­mi­nał bar­dziej wil­czy niż ludzki. Łysa, pomarsz­czona nasada nosa, wielka szczęka wypeł­niona zaostrzo­nymi zębi­skami, posta­wione uszy ledwo wysta­jące z buj­nej grzywy i oczy... Te oczy opa­no­wane dzi­ko­ścią i żądzą mordu były naj­gor­sze. Naj­strasz­niej­sze z całego obrazka. I cho­ciaż nie dało się tego oddać na rysunku, ja pamię­ta­łam ich widok w każ­dym szcze­góle. Odbi­jały srebrne świa­tło księ­życa i, choć­bym nawet bar­dzo się sta­rała, nie potra­fi­łam dostrzec w nich nawet krzty czło­wie­czeń­stwa.

I, co naj­bar­dziej zaska­ku­jące, ten stwór na co dzień bywał czło­wie­kiem. Nie docho­dziło do mojej świa­do­mo­ści, że ta dwójka mogła być jed­no­ścią.

Prze­nio­słam wzrok na stronę obok, gdzie wid­niał obszerny opis wil­ko­łaka. Prze­czy­ta­łam mię­dzy innymi o tym, że czło­wiek dotknięty klą­twą co mie­siąc pod­czas pełni księ­życa prze­mie­nia się w prze­ra­ża­ją­cego stwora. W tym cza­sie opa­no­wuje go nie­po­wstrzy­mane pra­gnie­nie krwi, przez co zabija wszystko na swej dro­dze. Pod tą posta­cią jest wła­ści­wie nie­znisz­czalny, a jedyną rze­czą, która może zro­bić mu krzywdę, jest sre­bro - w każ­dej for­mie.

Prze­czy­ta­łam rów­nież o tym, że ludzie dotknięci likan­tro­pią są na co dzień sil­niejsi niż inni, a wszyst­kie ich zmy­sły wyostrzone. Prze­waż­nie są też wyjąt­kowo atrak­cyjni. Temu zde­cy­do­wa­nie nie mogłam zaprze­czyć.

Na koniec przej­rza­łam ostatni aka­pit, w któ­rym były wyja­śnione początki owej przy­pa­dło­ści. Ponoć wil­ko­łac­two było karą za kazi­rodz­two, któ­rego dopusz­czały się rdzenne ple­miona zamiesz­ku­jące obie Ame­ryki. Klą­twa do dziś roz­prze­strze­nia się po świe­cie, a jedy­nym spo­so­bem, by się nią "zara­zić", jest ugry­zie­nie przez wil­ko­łaka, wła­śnie pod­czas pełni.

Ciężko wzdy­cha­jąc, raz jesz­cze rzu­ci­łam okiem na rysu­nek potwora, a potem zamknę­łam książkę. Czy to, co wła­śnie prze­czy­ta­łam, było prawdą? Na­dal było mi trudno w to wszystko uwie­rzyć.

Wsta­łam z ocią­ga­niem, odło­ży­łam tom na półkę i skie­ro­wa­łam się do wyj­ścia. Sta­nę­łam na scho­dach biblio­teki i unio­słam twarz ku niebu, z któ­rego spa­dały wiel­kie płatki śniegu. Przy­mknę­łam oczy i znów wes­tchnę­łam. Od samego wyj­ścia z domu coś mnie męczyło, jakieś dziwne uczu­cie, uciąż­liwe i uparte...

To jest to. Tego wła­śnie chcia­łam, czyż nie? Poznać te tajem­nice, każdą jedną. Do tego dąży­łam, od kiedy tylko dowie­dzia­łam się o nowym uczniu. Naresz­cie, po pół roku błą­dze­nia po omacku, wie­dzia­łam wszystko. I co zro­bi­łam z tą wie­dzą? Prze­stra­szy­łam się i ucie­kłam, marząc o magicz­nym guziku usu­wa­ją­cym nie­wy­godne wspo­mnie­nia. Nie dałam rady udźwi­gnąć cię­żaru prawdy.

Dotych­czas postrze­ga­łam Natha­niela jako zwy­kłego czło­wieka. I cho­ciaż zbrod­nia, któ­rej doko­nał, była nie do zaak­cep­to­wa­nia czy zigno­ro­wa­nia, ja musia­łam wie­dzieć. Musia­łam wie­dzieć, jak to się stało i czy... czy po prze­mia­nie zacho­wy­wał świa­do­mość. A jedyną drogą, by zdo­być te infor­ma­cje, była roz­mowa.

Nie mia­łam pew­no­ści, czy mogę mu na­dal ufać. Nie wie­dzia­łam, czy to, jak zacho­wy­wał się wcze­śniej, nie było tylko przy­krywką. Alex twier­dził, że Selva uda­wał, więc czy teraz, kiedy jego tajem­nica wresz­cie wyszła na jaw, pokaże praw­dziwe obli­cze? Czy dalej będzie chło­pa­kiem, któ­rego zna­łam?

Auto mamy pod­je­chało pod kamienne schody i zanim ruszy­łam się z miej­sca, pod­ję­łam decy­zję. Posta­no­wi­łam ostatni raz spo­tkać się z Natha­nie­lem i dać mu szansę wyja­śnić całe to zamie­sza­nie. Chcia­łam się prze­ko­nać, kim tak naprawdę był. I... już wie­dzia­łam, czym było to dener­wu­jące uczu­cie, które męczyło mnie przez ostat­nie tygo­dnie.

Tęsk­ni­łam za nim. Tak po pro­stu. Mimo wszystko.

- To jak, mogę?

- To nie jest dobry pomysł, Lili. Jesz­cze do sie­bie nie doszłaś, wola­ła­bym...

- Zała­twię jedną rzecz i wrócę. To nie potrwa długo, obie­cuję.

Mama wpa­try­wała się w drogę przed sobą, a jej mina wyra­żała jedy­nie dez­apro­batę. Nic dziw­nego, że się mar­twiła. Ostat­nim razem bez słowa wybie­głam z domu, a potem zoba­czyła mnie dopiero w szpi­talu, nie­przy­tomną i zakrwa­wioną. Jed­nak tam, gdzie chcia­łam jechać, musia­łam się udać sama.

- Co to za sprawa nie­cier­piąca zwłoki?

Mogłam się spo­dzie­wać tego pyta­nia. Wie­dzia­łam, że pro­szę o wiele. Na jej miej­scu mia­ła­bym ten sam pro­blem.

- Muszę zro­bić to, co trzeba. Wyja­śnić, napro­sto­wać i... poże­gnać - wes­tchnę­łam, gapiąc się na swoje ręka­wiczki.

Mama zatrzy­mała samo­chód na pod­jeź­dzie i spoj­rzała na mnie. Widzia­łam w jej oczach zro­zu­mie­nie, ale na twa­rzy smu­tek.

- Tylko jedź ostroż­nie. I nie zapo­mnij o tele­fo­nie - powie­działa cicho.

Odwza­jem­ni­łam nie­chęt­nie jej uśmiech. Na samą myśl o nad­cho­dzą­cym spo­tka­niu zaczy­nał mnie zże­rać stres. Moja komórka od wyj­ścia ze szpi­tala mil­czała jak zaklęta. Nie mia­łam pew­no­ści, czy zro­bię dobrze, jadąc tam bez zapo­wie­dzi. A co jeśli... jeśli jego już tam nie było? Albo w ogóle nie będzie chciał ze mną roz­ma­wiać? Prze­cież tak naprawdę pra­wie go nie zna­łam.

Z cięż­kim ser­cem weszłam za mamą do domu, chcąc szybko się odświe­żyć i zabrać kilka rze­czy. Znów roz­bo­lała mnie głowa. Nim się obej­rza­łam, sie­dzia­łam już za kie­row­nicą i prze­mie­rza­łam zaśnie­żone ulice Hope. Byłam spięta i cała zesztyw­niała. Do bólu głowy dołą­czył rów­nież ból ramie­nia. Wychy­li­łam się i spoj­rza­łam na sie­bie w lusterku.

Moje przy­pusz­cze­nia oka­zały się słuszne - wyglą­da­łam dokład­nie tak, jak się czu­łam. Byłam cie­niem samej sie­bie. Nic dziw­nego, że mama tak długo nie chciała się ugiąć pod moją prośbą. Moja skóra stra­ciła swój rumiany kolor, włosy zma­to­wiały, nawet spoj­rze­nie zgu­biło swój dawny wigor. Co było przy­czyną mojego stanu? Wypa­dek czy zmar­twie­nie?

Wkrótce minę­łam salon tatu­ażu, który w ośnie­żo­nej sce­ne­rii i z nie­od­łącz­nymi nie­bie­sko-czer­wo­nymi lamp­kami przy­po­mi­nał domek Baby Jagi. Po chwili skrę­ci­łam w ścieżkę pro­wa­dzącą w głąb lasu. Wresz­cie zatrzy­ma­łam auto na skraju małej polany, na któ­rej końcu wyra­stała zna­joma chata. Z uciąż­liwą gulą w gar­dle wyszłam na zewnątrz i z duszą na ramie­niu uda­łam się w kie­runku zabu­do­wań. Z roz­cza­ro­wa­niem stwier­dzi­łam, że z komina nie ulat­niał się dym. Kiedy jed­nak prze­szłam kilka metrów, dostrze­głam za rogiem postać.

Natha­niel stał ple­cami do mnie obok małego ogni­ska. Trzask palą­cego się drewna zda­wał się bar­dzo gło­śny w zale­ga­ją­cej wokół ciszy. Nie zatrzy­my­wa­łam się. Śnieg skrzy­piał przy każ­dym moim kroku, a im bli­żej byłam, tym moc­niej ogar­niało mnie oso­bliwe uczu­cie stra­chu wymie­sza­nego z eks­cy­ta­cją. Pierw­szy raz w życiu czu­łam się tak dziw­nie.

Byłam już na wycią­gnię­cie ręki, kiedy dostrze­głam, że chło­pak wrzuca coś do ognia. Co chwilę w poma­rań­czo­wych pło­mie­niach pło­nęły pomięte kartki. Zawa­ha­łam się. Dla­czego pode­szłam tak bli­sko? Z przy­zwy­cza­je­nia? Sta­nę­łam z boku ogni­ska, skąd mia­łam dobry widok na pro­fil Selvy.

Spoj­rzał na mnie, a po moich ple­cach z miej­sca prze­szedł dreszcz. Uśpione uczu­cia wybu­dziły się i zaata­ko­wały mnie bez uprze­dze­nia. Zaci­snę­łam zęby. Nie bądź głu­pia, Lili.

Jego obli­cze nie wyra­żało żad­nych emo­cji, a spoj­rze­nie jak zwy­kle było cał­ko­wi­cie nie­prze­nik­nione. Czego ocze­ki­wa­łam? Że przy­wita mnie z otwar­tymi ramio­nami i uśmie­chem na ustach?

- Po co przy­je­cha­łaś? Jesz­cze nie masz dość? - mruk­nął bez­na­mięt­nym tonem, rzu­ciw­szy do ognia ostat­nią pognie­cioną kartkę.

- Chcę wyja­śnień - odpar­łam z pew­no­ścią, o którą bym sie­bie nie podej­rze­wała. - Tym razem na zimno.

- Prze­cież już wszystko wiesz - prych­nął i kuc­nął przy ogni­sku. Się­gnął po leżący obok kij i zaczął nim dźgać palące się dre­wienka. - Ale skoro musisz... śmiało. Pytaj.

- I wyśpie­wasz wszystko jak na spo­wie­dzi?

- I tak nie ma sensu dalej się ukry­wać...

Nie miał humoru. Albo po pro­stu... taki był naprawdę? Opry­skliwy i lek­ce­wa­żący? Trudno było mi się z tym oswoić. Skoro jed­nak dał przy­zwo­le­nie, posta­no­wi­łam z niego sko­rzy­stać.

- Czyli jesteś... wil­ko­ła­kiem, tak? - te słowa z tru­dem wydo­były się z moich ust.

- Tak.

- Takim jak w książ­kach i fil­mach?

- Bli­żej mi do tych ze sta­rych opo­wia­dań. Współ­cze­sny obraz wil­ko­łaka mocno odbiega od prawdy - poin­for­mo­wał chłod­nym tonem.

Cho­ciaż uzu­peł­ni­łam wie­dzę w biblio­tece, wciąż nie wie­dzia­łam, na ile mogłam ufać tam­tym zapi­skom. Wola­łam zaczerp­nąć wie­dzę u źró­dła. W gło­wie mia­łam już kolejne pyta­nia.

- Prze­mie­niasz się, kiedy chcesz, czy tylko pod­czas pełni?

- Noc przed peł­nią, w jej trak­cie i noc po pełni. Wtedy i tylko wtedy - odparł rze­czowo.

Odpo­wia­dał na wszyst­kie pyta­nia bez zająk­nię­cia. Czy to ozna­czało, że mi ufał?

- Czy... zacho­wu­jesz świa­do­mość? - mój głos zadrżał nie­bez­piecz­nie. Tak bar­dzo bałam się odpo­wie­dzi...

Natha­niel mil­czał przez chwilę. Odrzu­cił kij na bok, po czym wstał.

- Nie... - odpo­wie­dział ciężko, na­dal wpa­tru­jąc się w pło­mie­nie. - Nic póź­niej nie pamię­tam. Budzę się gdzieś w lesie zaraz po wscho­dzie słońca. I cho­ciaż fizycz­nie czuję się jak nowo naro­dzony, to psy­chicz­nie... - urwał.

Jeden z supłów, które wią­zały moje wnętrz­no­ści, roz­plą­tał się i wresz­cie puścił. To ozna­czało, że te wszyst­kie przy­kro­ści stały się przy­pad­kowo. Pan Brown, ja, rodzice Natha­niela... To nie on wyrzą­dzał krzywdę, ale ten drugi, ten zły. Wil­ko­łak, któ­rym jed­no­cze­śnie był i nie był. Nie potra­fi­łam powstrzy­mać cichego wes­tchnie­nia ulgi.

- Czy Bastian też... skrzyw­dził kogoś po prze­mia­nie? - pod­ję­łam z waha­niem.

- Nie wiem. Nie mam poję­cia - odparł szcze­rze. - Sam dopiero od nie­dawna wiem o jego klą­twie.

To by ozna­czało tylko jedno - nie utrzy­my­wali ze sobą kon­taktu. Obser­wo­wa­łam emo­cje malu­jące się na twa­rzy chło­paka. W sku­pie­niu marsz­czył brwi, a bły­ski ognia tań­czyły w jego oczach. Znów prze­szedł mnie dreszcz.

- Wiem nato­miast, że od momentu, kiedy dowie­dział się, co zro­bi­łem, usi­łuje mnie dorwać i zabić. Zaan­ga­żo­wał w to nawet sporą część rodziny - mówił, a mnie cie­szyła jego wylew­ność. - Z początku pró­bo­wał pod­stę­pem i pra­wie mu się udało. Wła­śnie wtedy posta­no­wi­łem się ukryć.

Chło­pak uniósł w końcu głowę i spoj­rzał na mnie. Naj­wi­docz­niej nie potrze­bo­wał wię­cej pytań.

- Już wiesz, dla­czego wynio­słem się do lasu? Dla­czego się izo­luję i nikogo do sie­bie nie dopusz­czam? - w jego gło­sie czuć było nutę smutku. - Las jest dla mnie schro­nie­niem i jed­no­cze­śnie ochroną dla miesz­kań­ców mia­sta.

Patrzył na mnie w ocze­ki­wa­niu na jakieś słowa, jed­nak - gdy te nie nade­szły - kon­ty­nu­ował:

- Wyszko­li­łem moje psy tak, aby pod­czas prze­mian robiły wszystko, żebym tylko nie wydo­stał się do mia­sta. Nauczy­łem je rów­nież prze­pę­dzać każ­dego, kto zapu­ści się za daleko w las. Z wyjąt­kiem myśli­wych. I już wiesz, jak to się skoń­czyło - dokoń­czył z prze­ką­sem i zamilkł.

Znów odwró­cił wzrok w kie­runku ognia. Oboje w mil­cze­niu przy­pa­try­wa­li­śmy się coraz mniej­szym pło­mie­niom. Ukła­da­łam sta­ran­nie w gło­wie każdą zasły­szaną infor­ma­cję. Mia­łam jesz­cze tyle pytań! Ale on znów prze­mó­wił:

- Nie wiem wła­ści­wie, dokąd to wszystko zmie­rza... Od pra­wie dwóch lat ukry­wam się i sta­ram się, by słuch o mnie zagi­nął. Chyba liczy­łem na to, że uda mi się w ten spo­sób dotrwać do śmierci. Natu­ral­nej albo z ręki brata, wszystko jedno...

Smu­tek roz­dzie­rał mi serce. Chciał już do końca życia ska­zać się na samot­ność? Nikt nie zasłu­guje na tak bez­na­dziejny los.

- Wtedy poja­wi­łaś się ty... - usły­sza­łam te słowa, przez co na chwilę wstrzy­ma­łam oddech. - Przy­pa­dek tyle razy sta­wiał cię na mojej dro­dze, że wresz­cie... zapra­gną­łem nor­mal­nego życia. Chcia­łem zapo­mnieć o tym, kim jestem i co mi grozi. To nie spra­wiło jed­nak, że mój pro­blem znik­nął...

Nie patrzył na mnie, za to ja świ­dro­wa­łam go wzro­kiem. Ni­gdy bym nie podej­rze­wała, że mogłam mieć na niego taki wpływ. Zawsze sądzi­łam, że co naj­wy­żej sta­rał się mnie tole­ro­wać. Cho­ciaż po ostat­nim wypa­dzie do klubu... Mia­łam mętlik w gło­wie.

- Wiele razy pla­no­wa­łem wyznać ci prawdę, słowo, chcia­łem być szczery. Ale... uzna­łem, że to za dużo - kon­ty­nu­ował, nie potra­fiąc dłu­żej ukry­wać emo­cji, przez które jego głos drżał. - W świe­cie, w któ­rym fan­ta­styczne stwory to tylko wymy­sły z bajek, ja, wyrzu­tek spo­łe­czeń­stwa, sta­no­wiący realne zagro­że­nie. Czy ktoś w ogóle wziąłby moje słowa na poważ­nie?

Znów naszła mnie nagła ochota, by się zbli­żyć do niego, ująć dłoń, przy­tu­lić, pokrze­pić. Moja naiw­ność nie znała gra­nic. Zamiast czuj­nie kwe­stio­no­wać każde jego słowo, wie­rzy­łam we wszystko. Głu­pia, głu­pia dzie­wu­cha.

- Mówi­łem te wszyst­kie przy­kre słowa tylko w jed­nym celu. Chcia­łem cię chro­nić - nasze spoj­rze­nia na chwilę się spo­tkały, a moje zmar­z­nięte nogi zro­biły się mięk­kie. - Czu­łem, że nasza zna­jo­mość prę­dzej czy póź­niej skoń­czy się tra­gicz­nie. Wie­dzia­łem, że albo ja zro­bię ci krzywdę, albo moja rodzina, która pra­gnie zemsty. Osta­tecz­nie ucier­pia­łaś przez obie strony - skrzy­wił się z bólem i uciekł wzro­kiem w ledwo tlący się ogień.

Nie obwi­nia­łam go za swój stan. Ni­gdy, nawet gdy nie wie­dzia­łam jesz­cze, czy zro­bił to świa­do­mie. Co innego Bastian, który z pełną jasno­ścią umy­słu roz­ka­zał mnie zastrze­lić.

- Jestem ska­zany na samot­ność. Dla dobra wszyst­kich - dokoń­czył cicho.

Patrzy­łam na niego i wie­dzia­łam, że na nic by się zdały zapew­nie­nia, że każdy zasłu­guje na szczę­ście. Widzia­łam w jego oczach pełne prze­ko­na­nie i surową sta­now­czość.

- Co pla­nu­jesz? - zapy­ta­łam pra­wie szep­tem, drżąc z zimna, które coraz śmie­lej wdzie­rało się pod moje ubra­nia.

- Chcę odejść - odpo­wie­dział twardo. - Wyru­szę gdzieś przed sie­bie. Może na pół­noc? W końcu zimno mi nie­straszne - wypu­ścił ciężko powie­trze. - Nie chcę dłu­żej sta­no­wić zagro­że­nia dla mia­sta... dla... cie­bie.

Prze­łknę­łam ślinę. Mia­łam wra­że­nie, że coś cięż­kiego spo­częło na moich bar­kach. Spo­sób, w jaki to powie­dział... On już posta­no­wił. Decy­zja zapa­dła. A ja... nie mia­łam prawa się wtrą­cać. Ni­gdy nic sobie nie obie­cy­wa­li­śmy, ni­gdy nie łączyło nas nic wię­cej niż ser­deczne kole­żeń­stwo. Kim byłam, by mówić mu, co ma robić? Z jakiej racji mia­łam mu zaprzą­tać głowę swo­imi uczu­ciami? Lepiej, żeby odszedł z lek­kim ser­cem, nie wie­dząc, że każ­dego dnia ktoś z tęsk­noty za nim nie będzie potra­fił poskła­dać swo­jego życia do kupy. Dla dobra wszyst­kich.

Wie­dzia­łam, że od mojej odpo­wie­dzi będzie zale­żało, jak długo jesz­cze dane mi będzie patrzeć w te piękne oczy i słu­chać tego głosu. Mia­łam świa­do­mość, że mogę odwlec poże­gna­nie tylko o kilka głu­pich, jed­nak nie­zwy­kle dla mnie cen­nych minut. I kiedy poczu­łam w wewnętrz­nej kie­szeni kurtki sztywną zawar­tość, przy­po­mnia­łam sobie o jed­nej nie­do­koń­czo­nej spra­wie.

Czas mijał. Nie­ubła­ga­nie zbli­ża­li­śmy się do chwili naszego poże­gna­nia. Mie­li­śmy się już ni­gdy wię­cej nie zoba­czyć. Prze­kli­na­łam w myślach swój cha­rak­ter. Dla­czego ten jeden jedyny raz nie potra­fi­łam być jak mama? Otwarta i wylewna? Powie­dzia­ła­bym mu wszystko, wyzna­ła­bym, jak wiele dla mnie zna­czył, że jedyne, czego pra­gnę­łam, to jego szczę­ście, że jego inność wcale mnie nie znie­chę­cała. Ukła­da­łam te wszyst­kie słowa w gło­wie, mając nadzieję, że do pakietu wyjąt­ko­wych umie­jęt­no­ści wil­ko­łaka nale­żała rów­nież zdol­ność czy­ta­nia w myślach.

Nie­stety, towa­rzy­szyła nam jedy­nie głu­cha cisza, co jakiś czas prze­ry­wana deli­kat­nymi podmu­chami wia­tru. Małe ogni­sko zmie­niło się w stertę dymią­cych popio­łów, a mną zaczęły wstrzą­sać dresz­cze. Czu­łam się jak sopel lodu - fizycz­nie i psy­chicz­nie. Pomimo gru­bej kurtki i cie­płych butów mia­łam wra­że­nie, że zama­rzam. Zer­k­nę­łam na chło­paka. Nie zdzi­wi­łam się, widząc, że miał na sobie jedy­nie dłu­gie spodnie i zwy­kłą bluzę z kap­tu­rem.

Wresz­cie wpa­dłam na pomysł. Mia­łam tylko nadzieję, że zabrzmię odpo­wied­nio zachę­ca­jąco.

- Zanim gdzie­kol­wiek wyru­szysz... - zaczę­łam z waha­niem. - Napi­jesz się ze mną her­baty? Ten ostatni raz - nie potra­fi­łam ukryć smutku w swoim gło­sie.

Chyba nie spo­dzie­wał się takiej prośby. Przez chwilę lustro­wał mnie wzro­kiem i kiedy dostrzegł, jak z zimna prze­stę­puję z nogi na nogę, a dło­nie wci­skam głę­boko w kie­sze­nie, zgo­dził się ski­nie­niem.

Bez słowa odwró­cił się i ruszył w kie­runku chaty. Podą­ży­łam za nim, wpa­tru­jąc się w jego sze­ro­kie plecy. Cho­ciaż została ujaw­niona tajem­nica i teo­re­tycz­nie powin­nam się go bać... mój sfik­so­wany mózg wszystko prze­ina­czał. Natha­niel stał się dla mnie jesz­cze bar­dziej intry­gu­jący i, o iro­nio, tajem­ni­czy. Jak w takim sta­nie mia­łam się z nim poże­gnać i nie rzu­cić się z naj­bliż­szego mostu?

Chło­pak otwo­rzył drzwi i wpu­ścił mnie pierw­szą. Weszłam do środka i od razu wes­tchnę­łam. Wszystko tutaj pach­niało wła­śnie nim. Usły­sza­łam za ple­cami trza­śnię­cie, które zato­piło przed­po­kój w pół­mroku. Słabe świa­tło docie­rało jedy­nie przez kuchenne okno. W domu było cie­plej niż na zewnątrz, jed­nak z moich ust na­dal uwal­niała się para.

Kiedy wal­czy­łam z zapię­ciem kurtki, znów poczu­łam w kie­szeni kan­cia­sty paku­nek. Posta­no­wi­łam dłu­żej z tym nie zwle­kać. Nie wie­dzia­łam w końcu, jak wiele czasu nam jesz­cze pozo­stało.

- Mam coś dla cie­bie - oznaj­mi­łam z nie­śmia­łym uśmie­chem i pod­nio­słam na niego wzrok.

Natha­niel stał oparty o drzwi i przy­glą­dał mi się badaw­czo ze skrzy­żo­wa­nymi na piersi rękoma. Mru­żył oczy, coś go drę­czyło. Wyda­wało się, że w ogóle nie usły­szał moich słów.

- Jed­nego nie rozu­miem, Lili - mruk­nął, co wywo­łało dreszcz na moim skost­nia­łym ciele. - Po tym wszyst­kim, czego doświad­czy­łaś, po wszyst­kich przy­krych sło­wach, które ode mnie usły­sza­łaś, po tym, co ci zro­bi­łem... Jak to moż­liwe, że na­dal chcesz ze mną roz­ma­wiać? Dla­czego się mnie nie boisz? Prze­cież jestem nie­okieł­zna­nym potwo­rem. Zro­bi­łem ci krzywdę i to przeze mnie wylą­do­wa­łaś w szpi­talu. Nie widzisz tego?

W panu­ją­cym wokół pół­mroku naj­wy­raź­niej było widać jego jasne tęczówki, które z inten­syw­no­ścią świ­dro­wały moje. Te oczy nie nale­żały do potwora. W niczym nie przy­po­mi­nały tych, które widzia­łam tam­tej pamięt­nej nocy.

Poczu­łam, jak coś we mnie pęka. Być może był to wpływ kame­ral­nej atmos­fery albo to ciem­ność wyzwa­lała we mnie więk­szą pew­ność sie­bie.

- Dla mnie zawsze byłeś i będziesz dobrym czło­wie­kiem, który wiele razy ura­to­wał mi życie - powie­dzia­łam, a czu­łość, jaka pobrzmie­wała w moim gło­sie, zasko­czyła nawet mnie samą.

Nie mogłam wyznać nic bar­dziej szcze­rego i praw­dzi­wego.

- Przy­znam, że potrze­bo­wa­łam czasu, żeby oswoić się z tą, bądź co bądź, zdu­mie­wa­jącą prawdą - kon­ty­nu­owa­łam. - Zro­zu­mia­łam jed­nak, że w osta­tecz­no­ści nic nie możesz na to pora­dzić. Nie jesteś świa­dom krzywd, które wyrzą­dzasz pod tą drugą posta­cią.

Wło­ży­łam dłoń do wewnętrz­nej kie­szeni kurtki i zaci­snę­łam palce na twar­dym pakunku.

- To nie ty zaata­ko­wa­łeś swo­ich rodzi­ców. To wil­ko­łak, który dla mnie jest odręb­nym ist­nie­niem - powie­dzia­łam i doda­łam ciszej: - Jestem tego pewna.

Patrzył na mnie w mil­cze­niu. Miał cał­ko­wi­cie nie­prze­nik­nione spoj­rze­nie. Mógł mnie wyśmiać, w końcu nie wie­dzia­łam nawet, jak doszło do tej tra­ge­dii. Po pro­stu wie­rzy­łam w jego dobroć. Wie­dzia­łam, że ni­gdy nie zro­biłby cze­goś takiego naumyśl­nie.

Ostroż­nie wycią­gnę­łam z kie­szeni zawi­niętą w czer­wony papier paczkę i nie­pew­nie poda­łam ją Natha­nie­lowi.

- Przy­go­to­wa­łam to jesz­cze zanim... no wiesz - spe­szy­łam się i wle­pi­łam wzrok w pre­zent. - Weso­łych Świąt - uśmiech­nę­łam się blado. - Otwórz, pro­szę.

Chło­pak zro­bił krok w moją stronę i z waha­niem ode­brał ode mnie paku­nek. Obser­wo­wa­łam, jak drżą­cymi dłońmi roz­rywa papier, aż wresz­cie w jego rękach spo­częły dwie ręcz­nie rzeź­bione, drew­niane ramki. Za jedną z szy­bek wid­niała foto­gra­fia naszej czwórki, którą zro­bi­li­śmy sobie na kon­cer­cie, za drugą zaś...

- Wybacz, że zabra­łam to zdję­cie bez two­jej zgody, ale... - cał­kiem już spe­szona, zaczę­łam się tłu­ma­czyć. - Pomy­śla­łam sobie, że miło by było pie­lę­gno­wać pamięć o bli­skich i... - urwa­łam, kiedy poczu­łam na pod­bródku cie­płe palce.

Zasko­czona unio­słam głowę i napo­tka­łam prze­peł­nione cier­pie­niem spoj­rze­nie Natha­niela. Stał bli­sko, bli­żej niż to konieczne, by pro­wa­dzić roz­mowę. Marsz­czył brwi i poże­rał mnie wzro­kiem. Zesztyw­nia­łam.

- Nie potra­fię dłu­żej się przed tobą bro­nić - szep­nął. - Nie potra­fię dłu­żej uda­wać, że nic nie czuję.

Dziwne cie­pło roz­lało się po moim wnę­trzu, a te jasne orze­chowe oczy coraz bar­dziej mnie hip­no­ty­zo­wały. Chcia­łam być bli­żej, chcia­łam poczuć wię­cej. Co to za doj­mu­jące uczu­cie?

- Decy­zję pozo­sta­wiam tobie - kon­ty­nu­ował z powagą i ze spo­ko­jem. - Jedno twoje słowo, Lili. Albo na zawsze zniknę z two­jego życia, albo już na zawsze...

- Zostań - dokoń­czy­łam drżą­cym gło­sem. - Na zawsze.

W bez­ru­chu patrzył na mnie, zupeł­nie jakby chciał oce­nić szcze­rość moich słów. Po chwili jego palce, które dotych­czas spo­czy­wały na moim pod­bródku, powoli prze­su­nęły się po szyi, by zaraz za uchem zato­pić się we wło­sach. Każdy jego ruch był powolny i inten­sywny, przez co wywo­ły­wał falę dresz­czy, które raz po raz wstrzą­sały moim cia­łem.

Nachy­lił się, a ja zamknę­łam oczy, do któ­rych z emo­cji napły­nęły łzy. I wtedy je poczu­łam. Gorące usta, mięk­kie i spra­gnione, zamknęły się na moich, rów­nie wycze­ku­ją­cych. Serce waliło mi jak mło­tem.

Przez całe swoje nasto­let­nie życie oba­wia­łam się tej chwili. Bałam się, że nie będę wie­działa, co robić i jak się zacho­wać. Teraz jed­nak... Ni­gdy nie czu­łam się lepiej. Bło­gość zaczęła ogar­niać moje wnę­trze, gdy poca­łunki Natha­niela sta­wały się coraz bar­dziej zachłanne. Czu­łam smak jego ust, a moje dło­nie same odna­la­zły drogę na roz­grzany kark chło­paka. Poczu­łam silne ramię wsu­wa­jące się za połę kurtki, które wkrótce objęło mnie w pasie. Pod naci­skiem przy­lgnę­łam do jego ema­nu­ją­cego cie­płem ciała.

Zapo­mnia­łam o zim­nie. O wil­ko­ła­kach, zemstach, mor­der­stwach... Zapo­mnia­łam o wszyst­kim. W jego sil­nych ramio­nach czu­łam się mała i bez­pieczna. Tylko to się liczyło.

Nagle ple­cami dotknę­łam drew­nia­nej ściany. Poczu­łam, jak jedną z rąk chło­pak usi­łuje zsu­nąć ze mnie kurtkę.

- Ścią­gaj to... - wydy­szał chra­pli­wie i ponow­nie zato­pił swoje usta w moich.

Mia­łam wra­że­nie, że wszyst­kie moje mię­śnie zamie­niły się w watę. Zamro­czony mózg cał­ko­wi­cie się wyłą­czył, przez co nawet przez myśl mi nie prze­szło, do czego mogła pro­wa­dzić ta sytu­acja. Posłusz­nie zrzu­ci­łam z sie­bie okry­cie, a moje dło­nie zato­piły się w ciem­nych wło­sach.

Palce Natha­niela zaci­snęły się na mojej talii, zupeł­nie tak, jak wtedy przy wej­ściu na strych. Z roz­ko­szą stwier­dzi­łam, że zaczęły się prze­su­wać coraz niżej i niżej, aż wresz­cie uło­żyły się tuż pod poślad­kami. Nagle poczu­łam, że się uno­szę.

Oto­cze­nie zmie­niło się naj­pierw na mały salon, a potem zna­leź­li­śmy się w sypialni. Szu­miało mi w uszach z pod­nie­ce­nia, a buzu­jąca krew nie­mal roz­sa­dzała mi serce.

I kiedy Natha­niel nachy­lił się, by uło­żyć mnie na zim­nej pościeli, moje ramię prze­szedł nagły, ostry ból. Jęk­nę­łam w nie­kon­tro­lo­wany spo­sób i sku­li­łam się. Chło­pak posa­dził mnie na łóżku, a ja od razu zła­pa­łam się za obo­lałą rękę. Mia­łam wra­że­nie, że coś tam w środku mocno się nad­wy­rę­żyło.

- Co się dzieje? - usły­sza­łam zatro­skany głos.

Zoba­czy­łam jego zmar­twioną twarz i moje policzki pokryły się rumień­cem. Dopiero teraz uświa­do­mi­łam sobie, co się przed chwilą wyda­rzyło. Zapo­mnia­łam już o bólu.

- Rana się ode­zwała. Nic mi nie jest - odpo­wie­dzia­łam, ucie­ka­jąc wzro­kiem w bok.

- Ponio­sło mnie, wybacz - powie­dział, sia­da­jąc obok mnie na tyle bli­sko, że sty­ka­li­śmy się ramio­nami. - Nic dziw­nego, w końcu tyle mie­sięcy musia­łem się powstrzy­my­wać...

Sens jego słów dopiero po chwili został odpo­wied­nio zin­ter­pre­to­wany przez mój spo­wol­niony umysł. Spoj­rza­łam na niego zszo­ko­wana. Pozo­sta­wało mi tylko pogra­tu­lo­wać mu samo­kon­troli, cho­ciaż... były momenty. Dosko­nale je pamię­ta­łam. Ukrad­kowe spoj­rze­nia, cie­plej­szy ton głosu, przy­pad­kowy dotyk... Wszyst­kie te gesty baga­te­li­zo­wa­łam, bo ni­gdy nie wie­rzy­łam, że Natha­niel mógłby patrzeć na mnie w "ten" spo­sób. Cóż, przed chwilą udo­wod­nił mi, że jed­nak się myli­łam.

Patrzy­łam z bli­ska na jego spo­kojną twarz, na któ­rej błą­kał się nie­śmiały uśmiech. Znów mia­łam ochotę go dotknąć, zato­pić palce we wło­sach, pogła­dzić poli­czek, poca­ło­wać... Burza emo­cji roz­sa­dzała mi żołą­dek, gorąco zaty­kało gar­dło, a oczy mia­łam wil­gotne od łez. Zde­cy­do­wa­nie naj­przy­jem­niej­sze uczu­cie, jakiego w życiu doświad­czy­łam.

Jed­nak błogi stan zakłó­ciła natrętna myśl. Wciąż nie wie­dzia­łam, na czym stoję. Czy on na­dal zamie­rzał odejść? Teraz tym bar­dziej nie pora­dzi­ła­bym sobie z takim cio­sem. Spu­ści­łam głowę, się­gnę­łam po jego dłoń i splo­tłam nasze palce. Jego skóra była przy­jem­nie roz­grzana i odro­binę szorstka. Poczu­łam odwza­jem­niony uścisk.

- Co zro­bisz? - zapy­ta­łam cicho, nie potra­fiąc spoj­rzeć mu w oczy.

- Zacho­wam się jak ostatni ego­ista - odparł z prze­ką­sem. - Wiem, że źle zro­bię, jeśli zostanę, ale...

- Nie dbam o to - wyrwało mi się drżą­cym gło­sem. - Powin­nam cier­pieć teraz, by póź­niej tego unik­nąć? Bez sensu - wyrzu­ca­łam z sie­bie. - Potrze­buję cię. I tylko cie­bie. Dla­tego...

Nie dokoń­czy­łam zda­nia, gdyż Natha­niel ujął moją twarz w dło­nie i zamknął mi usta poca­łun­kiem. Jego gorące usta wyraź­nie kon­tra­sto­wały z moją chłodną skórą. Sma­kiem przy­po­mi­nały bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wane korzenne przy­prawy. Zakrę­ciło mi się w gło­wie i zapo­mnia­łam o bożym świ­cie.

- Chcia­łem to od cie­bie usły­szeć - szep­nął. - Ni­gdzie się nie wybie­ram, Lili. Teraz nawet nie dał­bym rady - musnął znów moje usta poca­łun­kiem, a potem odsu­nął się, by spoj­rzeć mi w oczy. - Wiesz, że już się ode mnie nie opę­dzisz?

Cho­ciaż tak wiele spraw wciąż cze­kało na wyja­śnie­nie, dla nas ta jedna krótka chwila sta­no­wiła praw­dziwe szczę­ście. Cał­ko­wite i niczym nie­zmą­cone.

Ku ogrom­nemu nie­za­do­wo­le­niu Natha­niela nie mogłam spę­dzić z nim tego dnia wię­cej czasu. Mama zaczy­nała się nie­po­koić i wkrótce jej numer wyświe­tlił się na ekra­nie mojego tele­fonu. Nie chcia­łam bar­dziej nad­uży­wać jej cier­pli­wo­ści, więc w towa­rzy­stwie chło­paka uda­łam się z powro­tem do samo­chodu.

- Kiedy znów się zoba­czymy? - usły­sza­łam, szu­ka­jąc klu­czy do auta.

Odwró­ci­łam się i mimo­wol­nie uśmiech­nę­łam na widok jego znie­cier­pli­wie­nia.

- Dopiero w następny ponie­dzia­łek wra­cam do szkoły - odpar­łam. - Do tego czasu muszę nad­ro­bić zale­gło­ści - skrzy­wi­łam się na samą myśl o powro­cie do sza­rej rze­czy­wi­sto­ści.

- W ponie­dzia­łek? Więc masz jesz­cze ponad tydzień wol­nego - wyli­czył, nie kry­jąc zado­wo­le­nia.

Już mie­li­śmy się poże­gnać, jed­nak wciąż nie opusz­czał mnie strach. Zaci­snę­łam palce na jego ręka­wie.

- Obie­caj mi... - zaczę­łam nie­mal szep­tem, nie patrząc mu w oczy. - Obie­caj, że nie zmie­nisz zda­nia i... nie znik­niesz.

Wciąż nacho­dziły mnie te same ponure myśli. Bałam się, że to wszystko okaże się kolej­nym snem. Bałam się, że pchnięty dobrem ogółu Natha­niel znów posta­nowi zerwać ze mną kon­takt. Dopiero tego dnia uświa­do­mi­łam sobie, jak wielki wpływ na moje zdro­wie psy­chiczne miała jego obec­ność.

Poczu­łam, jak oplata mnie ramio­nami, a moja twarz ląduje tuż pod jego szyją. W takim uści­sku, wdy­cha­jąc leśny zapach jego skóry, czu­łam się naj­le­piej. Znów szybko zapo­mnia­łam o swo­ich oba­wach.

Nate poca­ło­wał mnie w czu­bek głowy, dło­nią z wolna gła­dził mnie po ple­cach. Nie­sa­mo­wite, z jaką łatwo­ścią przy­cho­dziły mu te czułe gesty. Ja wciąż drża­łam z nie­śmia­ło­ści, ile­kroć pierw­sza mia­łam zaini­cjo­wać jakiś bliż­szy kon­takt.

- Obie­cuję - mruk­nął w moje włosy. - A teraz jedź. Mama na cie­bie czeka.

Odsu­nę­łam się nie­chęt­nie i bez słowa wsia­dłam do samo­chodu. Utrzy­my­wa­li­śmy kon­takt wzro­kowy tak długo, jak to było moż­liwe. Kiedy jed­nak zawró­ci­łam i wje­cha­łam w leśną ścieżkę pro­wa­dzącą do mia­sta, wkrótce uśmiech­nięta postać chło­paka znik­nęła nawet z odbi­cia w lusterku wstecz­nym.

Całą drogę powrotną co jakiś czas szczy­pa­łam się po rękach. Nie mogłam uwie­rzyć w to, co się wyda­rzyło. Nie wie­dzia­łam, w jakich kate­go­riach powin­nam roz­pa­try­wać tę sytu­ację. Myśleć jak o chwi­lo­wym zauro­cze­niu? Czy początku cze­goś poważ­nego?

Zaczy­nało się ściem­niać, kiedy zaje­cha­łam pod dom. Przy zapa­lo­nym świe­tle w salo­nie nie­trudno było zauwa­żyć mamę wycze­ku­jącą w oknie mojego powrotu.

Po krót­kiej chwili zna­la­złam się znów w cie­płym domu. Zdej­mo­wa­łam kurtkę i buty pod czuj­nym okiem mamy.

- Zapewne mi nie powiesz, gdzie byłaś, co?

Odsta­wi­łam tra­pery na miej­sce, po czym pod­nio­słam się i spoj­rza­łam na mamę. Mia­łam tylko nadzieję, że zeszły mi rumieńce.

- Innym razem, dobrze? - uśmiech­nę­łam się prze­pra­sza­jąco.

Mama zmru­żyła podejrz­li­wie oczy i przez dłuż­szą chwilę mil­czała. W końcu wzru­szyła ramio­nami i cicho wes­tchnęła.

- Jak chcesz - skwi­to­wała. - Tak czy ina­czej przy­szedł list z poli­cji - poin­for­mo­wała, wyco­fu­jąc się do salonu.

Zacie­ka­wiona od razu ruszy­łam za nią. Się­gnęła po kopertę leżącą na stole w jadalni. Zauwa­ży­łam, że była nie­tknięta.

- Cze­ka­łam z otwar­ciem na twój powrót - powie­działa i kiedy już zamie­rzała roze­rwać papier, usły­sza­ły­śmy dźwięk dzwonka.

Odru­chowo odwró­ci­łam się i ruszy­łam w stronę drzwi wej­ścio­wych, jed­nak dłoń mamy szybko wylą­do­wała na moim ramie­niu.

- Ja otwo­rzę - oznaj­miła i wymi­nęła mnie, zosta­wia­jąc list w moich rękach.

Od czasu mojego powrotu ze szpi­tala mama stała się nado­pie­kuń­cza i zaczęła dostrze­gać poten­cjalne zagro­że­nie w zgoła zwy­kłych, codzien­nych czyn­no­ściach. Otwie­ra­nie gościom drzwi było jedną z tych rze­czy. Naj­wi­docz­niej bała się, że znów przyjdą po mnie jakieś psy i zwa­bią mnie w pułapkę. Z jed­nej strony bar­dzo mnie to iry­to­wało, z dru­giej jed­nak... Mama miała tylko mnie. Po tym wszyst­kim, co nas spo­tkało, nic dziw­nego, że bała się mnie stra­cić. Rozu­mia­łam ją.

- O, witaj, kocha­nie. Wejdź, pro­szę.

Drzwi zamknęły się z cichym trza­skiem i po krót­kiej chwili ujrza­łam pło­mien­nie rudą głowę.

- Sarah - uśmiech­nę­łam się i zła­pa­łam za czoło. - Na śmierć zapo­mnia­łam, że się umó­wi­ły­śmy.

- Wypluj te słowa - zagro­ziła mi z poważną miną i weszła do salonu.

W ręku trzy­mała opa­słą zie­loną teczkę, która od razu wylą­do­wała na stole.

- Tutaj masz odbitki mate­riału z ostat­niego mie­siąca. Wiem, że nie lubisz czy­tać z kom­pu­tera - powie­działa jed­nym tchem. - Aha, kse­rówki z angiel­skiego doniosę ci w tygo­dniu, baba wzięła mój zeszyt - wywró­ciła oczami, a gdy mama poja­wiła się obok, spoj­rzała na nią i zro­biła prze­pra­sza­jącą minę. - Bez urazy.

Ta mach­nęła tylko ręką z uśmie­chem; zawsze miała dystans do swo­jego zawodu. Ruda pode­szła do mnie i przy­tu­liła mnie na przy­wi­ta­nie. Odsu­nęła się i zmar­twiona zlu­stro­wała mnie wzro­kiem.

- Jak się czu­jesz? W końcu ścią­gnęli ci tem­blak - zauwa­żyła. - Jak ręka?

Jeśli mia­ła­bym być cał­kiem szczera, powin­nam była zacząć pisz­czeć ze szczę­ścia. Jed­nak na razie nie chcia­łam zape­szać. Uzna­łam, że lepiej pocze­kać na roz­wi­nię­cie naszej nowej rela­cji.

- Coraz lepiej, dzięki - odpo­wie­dzia­łam zgod­nie z prawdą i uśmiech­nę­łam się.

Wzrok Sarah spo­czął wresz­cie na tym, co trzy­ma­łam w dłoni.

- Co to? - spy­tała, jak zwy­kle z zacie­ka­wie­niem.

- List z poli­cji - odpo­wie­działa mama. - Wła­śnie, otwórz go w końcu, cie­kawe, czego chcą - naka­zała, rów­nie zain­try­go­wana.

Roz­dar­łam kopertę i roz­ło­ży­łam zagiętą na trzy razy kartkę. Od razu rzu­ciła mi się w oczy umiej­sco­wiona w pra­wym gór­nym rogu pie­czątka Kró­lew­skiej Poli­cji, pod którą wid­niał kolejny sym­bol - Wydziału Kry­mi­nal­nego.

Prze­bie­głam tekst wzro­kiem i chwilę zajęło mi odpo­wied­nie zin­ter­pre­to­wa­nie infor­ma­cji. Urzę­dowy żar­gon ni­gdy w tym nie poma­gał.

- I co? - zapy­tały naraz.

Zmarsz­czy­łam brwi w głę­bo­kiej kon­ster­na­cji. Mój dobry humor, nie­stety, się skoń­czył.

- Jeśli dobrze rozu­miem... umo­rzyli sprawę - mruk­nę­łam. - Ze względu na nie­wy­star­cza­jące dowody niniej­szym odda­lamy sprawę umyśl­nego postrze­le­nia świadka zda­rze­nia oraz domnie­ma­nego zabój­stwa osoby trze­ciej - prze­czy­ta­łam frag­ment.

- Musi być jakieś uza­sad­nie­nie - mama wyrwała mi list z dłoni i szybko omio­tła go wzro­kiem.

Nic dziw­nego, że się zde­ner­wo­wała. Ktoś postrze­lił jej córkę i to nor­malne, że chciała pocią­gnąć tego czło­wieka do odpo­wie­dzial­no­ści. Ze stwo­rem z lasu nie miała jak wal­czyć, jed­nak z tym...

Po chwili prych­nęła i ener­gicz­nie poło­żyła wolną dłoń na bio­drze.

- Nie do wiary - żach­nęła się. - Stwier­dzili, że jeden z myśli­wych, który tej nocy polo­wał na bestię, postrze­lił cię "przez przy­pa­dek".

- A jak tłu­ma­czą sprawę zabój­stwa? - zapy­ta­łam szcze­rze zacie­ka­wiona.

Mama wes­tchnęła cicho i unio­sła wzrok znad kartki. Roz­go­ry­cze­nie i iry­ta­cja poja­wiły się na jej twa­rzy.

- Uznali, że stan two­jego zdro­wia nie pozwo­lił ci na racjo­nalne podej­ście do sprawy - odpo­wie­działa, cytu­jąc kawa­łek tek­stu.

- Czyli że co? Potrak­to­wali mnie jak wariatkę, tak? - mruk­nę­łam.

Mogłam się tego spo­dzie­wać. Bastian zro­bił co w jego mocy, by zatu­szo­wać całą akcję. Z jed­nej strony, aby chro­nić swój tyłek, a z dru­giej... Jeśli poli­cja zaczę­łaby drą­żyć temat cudow­nego zmar­twych­wsta­nia Natha­niela, od razu wyszłoby na jaw, z kim, a raczej, z czym mają do czy­nie­nia. Widać, druga natura obojga braci miała pozo­stać tajem­nicą.

Nie było już dłu­żej sensu docho­dzić prawdy. Teraz, kiedy pozna­łam sekret rodzeń­stwa Selvów, chcąc nie chcąc, musia­łam trzy­mać język za zębami. Nie pozo­stało mi nic innego, jak po pro­stu zgo­dzić się z tre­ścią listu.

Pod­czas gdy mama z Rudą dys­ku­to­wały o dal­szych posu­nię­ciach i odwo­ła­niu, które nie­zwłocz­nie powin­ny­śmy ode­słać, ja patrzy­łam z boku, myśląc nad sło­wami. Ciężko było mi się przy­znać, że doświad­czy­łam halu­cy­na­cji.

- Tak wła­ści­wie... - zaczę­łam z waha­niem - mają rację.

Obie zamil­kły i spoj­rzały na mnie z nie­do­wie­rza­niem.

- O czym ty mówisz? - ode­zwała się mama.

- Wpraw­dzie nie widzia­łam, kto mnie tra­fił, ale... Natha­niel nie został zastrze­lony - powie­dzia­łam, krzy­żu­jąc ręce na piersi.

Wie­dzia­łam, że jeśli miały mi uwie­rzyć, musia­łam poprzeć swoje słowa jakimś sen­sow­nym argu­men­tem. Nie chcia­łam się z tym zdra­dzać, jed­nak jak mus, to mus.

- Co to zna­czy? Przez cały ten czas kła­ma­łaś? - obu­rzyła się Sarah, świ­dru­jąc mnie wzro­kiem.

- Nie! - zaprze­czy­łam od razu. - Ja naprawdę to widzia­łam! Z tym że... wycho­dzi na to, że musiał to być wyjąt­kowo reali­styczny sen - posła­łam Rudej poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie.

Na te słowa dziew­czyna od razu spu­ściła z tonu. Wciąż jed­nak marsz­czyła brwi i nie prze­sta­wała patrzeć na mnie podejrz­li­wie.

- No dobrze, ale skąd masz taką pew­ność? Prze­cież sama widzia­łam, że znik­nął. Dann świad­kiem.

Czu­łam, jak zdra­dliwy rumie­niec znów ata­kuje moje policzki. Zwłasz­cza że inten­sywne spoj­rze­nia matki i przy­ja­ciółki spra­wiały, że czu­łam się jak na roz­pra­wie sądo­wej. I wła­śnie mia­łam się przy­znać do jakiejś strasz­nej zbrodni.

- Bo... ech... - wes­tchnę­łam, nie mogąc wytrzy­mać napię­cia. - Bo ja się z nim widzia­łam. Żyje i ma się dobrze - wyrzu­ci­łam z sie­bie pospiesz­nie.

- Co? - na twa­rzy mamy w końcu poja­wił się cień uśmie­chu. - To wspa­niała wia­do­mość! Dla­czego do razu nie powie­dzia­łaś?

- Było mi głu­pio... Wsty­dzi­łam się tego, że rycza­łam do każ­dego i opo­wia­da­łam tę tra­giczną histo­rię - wymy­śli­łam prędko jakieś sen­sowne wytłu­ma­cze­nie.

Mama pode­szła bli­żej i przy­tu­liła mnie, by dać upust swo­jej rado­ści.

- To u niego dzi­siaj byłaś, tak? - spy­tała z nadzieją w gło­sie.

Atmos­fera nie udzie­liła się jed­nak Rudej, która z dziwną miną wciąż świ­dro­wała mnie wzro­kiem. Znała mnie za dobrze, żeby uwie­rzyć w te bajeczki.

Rozdział 15

Następ­nego dnia posta­no­wi­łam wresz­cie się zabrać do nauki. Cho­ciaż była sobota, chcia­łam jak naj­szyb­ciej się upo­rać z zale­gło­ściami i mieć póź­niej spo­kój. Wsta­łam wcze­śnie i poin­for­mo­wa­łam mamę o swo­ich pla­nach, pro­sząc, by mi nie prze­szka­dzała. Mama, która kie­dyś popie­rała moją obo­wiąz­ko­wość, teraz wolała, żebym nie brała sobie za dużo na głowę.

Godziny spę­dzone przy nud­nych rów­na­niach z matmy i rów­nie mało pasjo­nu­ją­cych reak­cjach che­micz­nych nie nale­żały do naj­przy­jem­niej­szych. Zwłasz­cza jeśli moje myśli co rusz wędro­wały w zupeł­nie nie­zwią­zane ze szkołą rejony.

Masa pytań wciąż kłę­biła się w mojej gło­wie. Posta­no­wi­łam, że przy naj­bliż­szym spo­tka­niu z Natha­nie­lem wycią­gnę od niego odpo­wiedź na każde pyta­nie, które nie pozwa­lało mi się sku­pić. Gdzie znik­nął na cały mie­siąc? Co kon­kret­nie wyda­rzyło się mię­dzy nim a Bastia­nem? W jaki spo­sób stał się wil­ko­ła­kiem?

Wkrótce zła­pa­łam się na tym, że co pięć minut zer­ka­łam na ekran tele­fonu, żeby przy­pad­kiem nie prze­oczyć wia­do­mo­ści lub połą­cze­nia. I chyba samą sie­bie pró­bo­wa­łam oszu­kać, sądząc, że wszyst­kiemu była winna moja cie­ka­wość. Tak naprawdę nie mogłam się już docze­kać chwili, w któ­rej znów zacznie poże­rać mnie wzro­kiem, znów z dużą dozą pew­no­ści pozwoli sobie na wię­cej i...

- Lili! - woła­nie mamy z par­teru prze­rwało emo­cjo­nalną karu­zelę. - Chodź na chwilę!

Dopiero do mnie dotarło, że od dobrych kilku minut wpa­try­wa­łam się w jedno słowo w książce od bio­lo­gii. Kar­cąc się w myślach za ten chwi­lowy odlot, wsta­łam z ocią­ga­niem, wyszłam z pokoju i poszłam na dół. Zasta­łam tam mamę wkła­da­jącą swoje zimowe kozaki.

- Wybie­rasz się dokądś?

- Nic dziw­nego, że zapo­mnia­łaś - wymam­ro­tała i wypro­sto­wała się. - Przed świę­tami zaczę­łam dawać kore­pe­ty­cje - przy­po­mniała. - Na czas two­jego pobytu w szpi­talu musia­łam zre­zy­gno­wać, ale teraz, skoro jesteś już w domu...

- No tak, fak­tycz­nie - puk­nę­łam się w czoło i uśmiech­nę­łam prze­pra­sza­jąco. - Tyle się ostat­nio działo, że wyle­ciało mi z głowy.

- Nie przej­muj się - odparła cie­pło, zapi­na­jąc ostat­nie guziki płasz­cza. - Wrócę za jakąś godzinę. Tylko dokład­nie zamknij drzwi na wszyst­kie zamki!

Kilka sekund póź­niej znik­nęła za drzwiami. Zgod­nie z pole­ce­niem mamy prze­krę­ci­łam klu­cze we wszyst­kich zam­kach, po czym, szu­ra­jąc kap­ciami, uda­łam się do kuchni. Sta­nę­łam przed otwartą lodówką i zaczę­łam się prze­cią­gać.

Nagle usły­sza­łam ciche puka­nie. Czyżby mama o czymś zapo­mniała? Powstrzy­mu­jąc ziew­nię­cie, odblo­ko­wa­łam drzwi i otwo­rzy­łam je.

Nie była­bym sobą, gdy­bym nie naro­biła sobie wstydu w chwili, w któ­rej chcia­łam wypaść jak naj­ko­rzyst­niej. Natha­niel patrzył na moją sze­roko otwartą buzię, a na jego ustach z miej­sca poja­wił się uśmiech.

- Zmę­czona? - uniósł brew.

Ze wszyst­kich sił zdu­si­łam ziew­nię­cie i jak zwy­kle obla­łam się rumień­cem. Nie spo­dzie­wa­łam się jego odwie­dzin. Na pewno nie tak szybko. Oczy­wi­ście musiał mnie zastać w obcia­cho­wym domo­wym wyda­niu, czyli w getrach i luź­nej koszulce oraz z wło­sami spię­tymi w nie­dbały kok na czubku głowy. To jed­nak nie powstrzy­mało nagłego wybu­chu rado­ści, który roz­grzał mnie, kiedy tylko nasze spoj­rze­nia się spo­tkały.

- Już nie - odpo­wie­dzia­łam i wpu­ści­łam gościa do środka.

Obser­wo­wa­łam, jak ściąga buty, i pró­bo­wa­łam powstrzy­mać się przed wypo­wie­dze­niem jed­nej z moich myśli na głos. Czemu zro­bi­łam się ostat­nio taka podejrz­liwa?

- Coś się stało? - zapy­ta­łam nie­pew­nie.

- Nie - odparł. - A coś się miało stać? - wypro­sto­wał się i wle­pił we mnie wzrok.

Z miej­sca się spe­szy­łam. Obję­łam się ramio­nami i przy­gry­złam wargę.

- Nie, nie - zaprze­czy­łam od razu. - Po pro­stu... myśla­łam, że nie lubisz za czę­sto się spo­ty­kać.

Mia­łam tylko ogromną nadzieję, że nie zro­zu­mie moich słów na opak. Ja naprawdę cie­szy­łam się na jego widok. Co mogłam na to pora­dzić, że przy­zwy­czaił mnie do cze­goś innego?

Na szczę­ście odna­la­złam w oczach Natha­niela zro­zu­mie­nie.

- To prawda - rzekł i uśmiech­nął się. - Ale tylko jeśli cho­dzi o innych. Co do cie­bie... mój dystans był wymu­szany.

Omiótł spoj­rze­niem mój strój, a potem znów spoj­rzał w moje oczy. Spo­sób, w jaki to zro­bił... Zro­biło mi się gorąco, a po ple­cach prze­szedł dreszcz. Nawet mnie nie dotknął, a już potra­fił ste­ro­wać moim cia­łem. Co to za magia?

Nie chcia­łam w tak jawny spo­sób dawać mu do zro­zu­mie­nia, że dzia­łał na mnie jak zapal­nik, więc posta­no­wi­łam zmie­nić kie­ru­nek roz­mowy. Wymi­nę­łam chło­paka, któ­rego cie­pło zbyt inten­syw­nie mnie przy­cią­gało, i sta­nę­łam w wej­ściu do kuchni.

- Dobrze, że wpa­dłeś - oznaj­mi­łam, zni­ka­jąc mu z oczu za ścianą. - Zamie­rzam zabrać cię na prze­słu­cha­nie. Od rana to pla­nuję - mówi­łam, wsta­wia­jąc czaj­nik z wodą.

- Wpa­dłem jak śliwka w kom­pot - usły­sza­łam za ple­cami.

Obej­rza­łam się przez ramię. Natha­niel opie­rał się o fra­mugę drzwi i zer­kał na mnie ze skrzy­żo­wa­nymi na piersi rękoma. Zwró­ci­łam się z powro­tem w stronę szafki, z któ­rej wycią­gnę­łam dwie szklanki.

- Oj, tak - kiw­nę­łam głową, nada­jąc powagi moim sło­wom. - Tym razem będę bar­dziej docie­kliwa. Kawę czy her­batę?

Już chcia­łam się odwró­cić, kiedy poczu­łam na szyi cie­pły oddech. Zamar­łam.

- Nie obie­cuj - cichy pomruk roz­brzmiał tuż przy moim uchu. - Bo może się oka­zać... - gorące dło­nie spo­częły na moich bio­drach i powoli zaczęły sunąć w górę. - Że ja będę bar­dziej... - palce zaci­snęły się na mojej talii, a mnie zakrę­ciło się w gło­wie z nad­miaru wra­żeń - ...docie­kliwy.

- Skoro tak... - pod­ję­łam jego grę i opar­łam tył głowy na jego ramie­niu. - Na pewno nie umknęło ci, że się ze mną nie przy­wi­ta­łeś... - sama nie wie­rzy­łam w swoją śmia­łość.

Poczu­łam na szyi deli­katne muśnię­cie, a moje zmy­sły zapło­nęły. Czy każdy chło­pak to potra­fił, czy tylko ten jeden wie­dział, jak wyczy­niać takie cuda?

- Wła­śnie to robię - szep­nął, a potem sta­now­czym ruchem odwró­cił mnie przo­dem do sie­bie i z nie­sa­mo­witą łatwo­ścią posa­dził na bla­cie, w efek­cie prze­wra­ca­jąc jesz­cze puste kubki.

Zdą­ży­łam zauwa­żyć, jak uśmie­cha się pod nosem, zanim zbli­żył się i złą­czył swoje usta z moimi. Mimo­wol­nie zamknę­łam oczy i uło­ży­łam dło­nie na jego karku. Cho­ciaż cał­ko­wi­cie nie zna­łam go od tej strony, nie zamie­rza­łam narze­kać.

Ktoś inny mógłby uznać, że Natha­niel pozwa­lał sobie na zbyt wiele, jed­nak ja... Chcia­łam tego. Ni­gdy nie byłam z nikim na tyle bli­sko, ni­gdy nie pozwo­li­łam na wię­cej niż ser­deczne przy­tu­le­nie, tym­cza­sem... Potrze­bo­wa­łam tej bli­skości. I psy­chicz­nej, i fizycz­nej. Moje ciało wybu­dzone odpo­wied­nią iskrą wprost pro­siło się o dotyk. Nie­ważne czy ten czuły, czy też bar­dziej intymny. Zro­zu­mia­łam to w momen­cie, kiedy omal nie spa­dłam z dra­biny. Od tam­tej pory mój zanie­dbany w tej sfe­rze orga­nizm wręcz doma­gał się bycia z kimś na tyle bli­sko, by poczuć bicie dru­giego serca. Nie byle jakiego. Chcia­łam sma­ko­wać tylko tych jed­nych warg, czuć cie­pło tylko tych gorą­cych dłoni, zatra­cać się w tych wyjąt­ko­wych oczach...

Nawet nie wie­dzia­łam, kiedy obję­łam nogami tułów chło­paka, przy­ci­ska­jąc go bar­dziej do sie­bie. Jego ręce wsu­nęły się pod moją koszulkę i dotknęły nagiej skóry ple­ców. Wes­tchnę­łam cicho, a w uszach aż szu­miało mi z pod­nie­ce­nia.

Nagle Natha­niel z wiel­kim ocią­ga­niem odsu­nął się ode mnie. Jego spoj­rze­nie było zamglone, patrzył na mnie... nie, to złe słowo, poże­rał mnie wzro­kiem. Nie był już taki pewny sie­bie i zadziorny jak przed kil­koma minu­tami.

- Nie rób tak... - wydy­szał, prze­cie­ra­jąc twarz ręka­wem.

Pisk w moich uszach robił się coraz bar­dziej natar­czywy i gło­śny. Dopiero po kilku sekun­dach zorien­to­wa­łam się, że od dłuż­szej chwili czaj­nik znaj­do­wał się na gra­nicy eks­plo­zji. Czyli bar­dzo podob­nie do mnie.

Zesko­czy­łam z blatu i, nie odwra­ca­jąc wzroku od oczu chło­paka, jed­nym klik­nię­ciem wyłą­czy­łam płytę induk­cyjną. Zapa­dła cisza.

- Jak? - zapy­ta­łam cicho.

Zro­bi­łam coś nie tak? Odstra­szy­łam go? Moja wcze­śniej­sza eufo­ria powoli mie­szała się z lękiem.

Natha­niel sta­rał się uspo­koić przy­spie­szony oddech. Widzia­łam, jak prze­łknął z tru­dem ślinę, zanim zdo­był się na odpo­wiedź.

- Wzdy­chasz... - mruk­nął. - Zrób to jesz­cze raz i, słowo daję, nie powstrzy­mam się...

Poczu­łam się dziw­nie. Jed­no­cze­śnie zado­wo­lona z faktu, że nie tylko ja reago­wa­łam w ten spo­sób na jego bli­skość, ale rów­nież... roz­ba­wiona. Moje usta posze­rzyły się w uśmie­chu, aż wresz­cie zaczę­łam cicho chi­cho­tać.

- Z czego się śmie­jesz? - zapy­tał obu­rzony.

- Twier­dzisz, że czaj­nik ura­to­wał moją god­ność? - unio­słam brwi, śmie­jąc się coraz bar­dziej.

Wyraz jego twa­rzy zła­god­niał w powięk­sza­ją­cym się uśmie­chu. Wkrótce nasz śmiech wygo­nił z kuchni tę napiętą i wyjąt­kowo gorącą atmos­ferę.

- Wiesz co? Lepiej pocze­kam na scho­dach, nie chcę kusić losu - stwier­dził, kiedy zdo­łał się opa­no­wać.

Odwró­cił się i skie­ro­wał w stronę wyj­ścia.

- To co do picia? - zapy­ta­łam za nim, a w moim gło­sie wciąż sły­chać było roz­ba­wie­nie.

- Kawę - rzu­cił przez ramię i znik­nął za fra­mugą drzwi.

- Mocną i bez mleka? - spy­ta­łam bez­wied­nie i się­gnę­łam po prze­wró­cone kubki.

- Naj­le­piej - padła odpo­wiedź.

Dopiero gdy wsy­py­wa­łam zmie­lone ziarna do szklanki, moja ręka zamarła w powie­trzu. Skąd wie­dzia­łam, co zapro­po­no­wać? Skąd wie­dzia­łam, że w takim wyda­niu lubił ten napój naj­bar­dziej? Obli­cze Bastiana zni­kąd poja­wiło się w moich myślach. Co jesz­cze, prócz klą­twy, genów i ulu­bio­nej kawy, mieli wspól­nego?

- Witaj w moich skrom­nych pro­gach.

Otwo­rzy­łam drzwi i weszłam wraz z Natha­nie­lem do mojego pokoju. Chyba nie mia­łam się czego wsty­dzić. W śred­niej wiel­ko­ści pomiesz­cze­niu o kre­mo­wych ścia­nach domi­no­wał mało dziew­częcy kolor - ciemny nie­bie­ski. Mia­łam do niego sła­bość, toteż zarówno pościel, obi­cie krze­sła, mały dywan na drew­nia­nej pod­ło­dze, jak i różne deko­ra­cje miały wła­śnie tę barwę.

Z kub­kiem cie­płej her­baty w dło­niach przy­sia­dłam na dosu­nię­tym do ściany łóżku, pozo­sta­wia­jąc jedyne w pokoju krze­sło dla Natha­niela. On jed­nak zain­te­re­so­wał się wyso­kim po sufit rega­łem umiej­sco­wio­nym obok wej­ścia do łazienki. Omiótł spoj­rze­niem grzbiety ksią­żek i poki­wał głową z uzna­niem.

- Kry­mi­nały?

- Jako dziecko chcia­łam zostać poli­cjantką - wyzna­łam, uśmie­cha­jąc się ze wsty­dem. - Naj­wi­docz­niej coś mi zostało z tam­tych lat.

- Wytrwa­ło­ści i śle­pego uporu nie można ci odmó­wić - sko­men­to­wał i posłał mi roz­ba­wione spoj­rze­nie. - A teraz? Czym chcesz się zająć po szkole?

Pod­szedł bli­żej biurka chwi­lowo zawa­lo­nego masą pod­ręcz­ni­ków, nota­tek i kse­ró­wek. Jego uwagę przy­kuła półka zawie­szona nad bla­tem. Widzia­łam, że szcze­gól­nie zain­te­re­so­wał się posta­wio­nymi tam ram­kami.

- Teraz... sama nie wiem - wzru­szy­łam ramio­nami. - Mama bar­dzo by chciała, żebym poszła na prawo, ale chyba śred­nio się tam nadaję... - wes­tchnę­łam. - Mam jesz­cze ponad rok na pod­ję­cie decy­zji, to masa czasu.

Natha­niel nie potra­fił ode­rwać wzroku od foto­gra­fii. Wziął w dło­nie jedną z nich i uśmiech­nął się cie­pło.

- Opo­wiedz mi o tych zdję­ciach - popro­sił i spoj­rzał na mnie.

Wsta­łam i pode­szłam bli­żej. Kiedy ujrza­łam, którą fotkę trzy­mał w ręku, sama rów­nież mimo­wol­nie się uśmiech­nę­łam. Kadr, a w nim mała Sarah (któ­rej włosy były wów­czas koloru słomy) i ja, w jaskra­wych stro­jach kąpie­lo­wych, obej­mo­wa­ły­śmy się, a nasze roze­śmiane buzie były uma­zane lodami, które każda z nas trzy­mała w wol­nej dłoni.

- To tutaj ma chyba dzie­sięć lat - zaśmia­łam się. - Rodzice Rudej jak co roku zabrali mnie nad ocean. Jej bra­cia zawsze zasta­wiali na nas te same pułapki, a my za każ­dym razem dawa­ły­śmy się nabrać. Wyko­py­wali wiel­kie dziury i przy­kry­wali je naszymi ręcz­ni­kami.

Natha­niel roze­śmiał się cicho, odło­żył ramkę i się­gnął po następną. Tym razem patrzy­li­śmy na jesz­cze mniej­szą mnie, ucze­saną w zgrabny war­kocz i trzy­ma­jącą za rękę nie­śmia­łego chłopca o dużych zie­lo­nych oczach. Uśmie­cha­łam się sze­roko, w prze­ci­wień­stwie do mojego towa­rzy­sza.

- A to zdję­cie z przed­szkola. Alex i ja byli­śmy wtedy nie­roz­łączni - powie­dzia­łam z nostal­gią w gło­sie. - Wła­ści­wie... byłam dla niego czymś w rodzaju opie­kunki. Dzieci gnę­biły go, bo znał tylko kilka słów.

Mina Natha­niela spo­waż­niała, ścią­gnął też gniew­nie brwi. Chyba nie odpo­wia­dał mu temat.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki