Rozdział 14
Zgubiłam się. Mimo nie najgorszej orientacji w terenie przepadłam. Chyba
każdy na moim miejscu miałby problem z przetrawieniem tak wielu, mogłoby
się wydawać absurdalnych, informacji, prawda? Zrozumieć to jedno, ale w ogóle uwierzyć...
Będąc w totalnej rozsypce, zdecydowałam się odciąć na jakiś czas od
świata i poukładać sobie w głowie, kawałek po kawałku, zdarzenia
ostatnich dni. I chociaż na samo wspomnienie tamtej rozmowy żołądek
wywracał mi się na drugą stronę, postanowiłam podejść na trzeźwo do
całej sprawy i dokładnie wszystko przeanalizować. W tym celu skupiałam
się tylko na jednym aspekcie naraz, ponieważ w tej chwili mój mózg nie
potrafił działać na wyższych obrotach.
Do jakich doszłam wniosków? Pierwsza i najważniejsza kwestia - potwór z lasu był tak naprawdę wilkołakiem, w którego co miesiąc przemieniał się
nie kto inny jak sam Nathaniel. Sprawa tak absurdalna, że niemal
niemożliwa do zrozumienia. Jednak fakty pozostawały faktami. Na własne
oczy widziałam to trzymetrowe monstrum. Teraz, gdy patrzyłam na to z większym dystansem, uświadomiłam sobie, jak wiele sygnałów przeoczyłam
lub zlekceważyłam.
Przede wszystkim - wyjątkowa siła. Nathaniel wiele razy zapominał się
lub zwyczajnie sytuacja zmuszała go do tego, by z niej korzystał. Bójka
przed salonem tatuażu, wniesienie choinki dwa razy większej od niego,
pchnięcie wielkiego auta zablokowanego śniegiem, kolejna bójka w klubie,
a potem w ciemnym zaułku... To dlatego klienci salonu okazywali mu
respekt, a z każdej bijatyki wychodził bez szwanku. Gorączki, które
trawiły jego ciało każdego miesiąca podczas pełni, musiały być
zapowiedzią przemiany. Dlatego twierdził, że żaden lekarz nie jest w stanie mu pomóc.
Rodzice, o których nigdy nie wspominał... Ponoć ich zabił, co kompletnie
do mnie nie docierało. Pytanie - jak to zrobił? Na pewno miał świadomość
popełnionej zbrodni, ale czy żałował? Czy powinnam się go bać? Jedno
pytanie przez cały czas mnie nurtowało i nie mogłam znaleźć na nie
odpowiedzi: czy będąc bestią, zachowywał świadomość? Ta kwestia mogła
zmienić dosłownie wszystko.
Na domiar złego zrozumiałam, że Bastian - człowiek, którego uważałam za
godnego zaufania przedstawiciela prawa - nie tylko był bratem tego
pierwszego i okłamywał mnie jedynie po to, by się zbliżyć do niego, ale
też dzielił podobny los. Chociaż i w tej kwestii nie wszystko było
jasne. Nathaniel twierdził, że obaj byli wilkołakami, za to starszy z braci z uporem podkreślał, że nie są do siebie podobni. Jak więc było
naprawdę?
Z pełnym przekonaniem mogłam stwierdzić tylko jedno - obaj mnie
okłamywali. Obaj skrywali sekrety, które nie dotyczyły osobiście tylko
ich, ale również wplatały w sieć intryg i niebezpieczeństw całe miasto.
I nie byłabym sobą, gdybym tak po prostu dała sobie przyzwolenie na to,
by o tym zapomnieć.
Na początku lutego przypadała moja pierwsza wizyta kontrolna w szpitalu.
Wraz z mamą udałyśmy się tam z samego rana. Będąc już w gabinecie, z ulgą przyjęłam słowa lekarza. Stwierdził, że moja rana postrzałowa
zagoiła się już na tyle, że nie potrzebuję usztywniać dłużej ręki
temblakiem. Mogłam się również pożegnać z większością bandaży.
Gdy wyszłyśmy z budynku, pod wpływem mroźnego powietrza poczułam
przypływ nowych sił. Miałam serdecznie dość siedzenia w domu. Kiedy
wyjechałyśmy z parkingu, poprosiłam mamę, aby pojechała ze mną do
biblioteki; wiedziałam, że samej mnie do niej nie puści. Zgodziła się i już po chwili zatrzymałyśmy się pod samym wejściem.
- To ja w tym czasie zrobię małe zakupy - oznajmiła moja matka, nie
gasząc silnika. - Przyjadę po ciebie za jakieś pół godziny, dobrze?
Skinęłam głową i wysiadłam z samochodu. Śnieg sypał leniwie z nieba, a ja patrzyłam na wielkie dwuskrzydłowe drzwi biblioteki. Od razu
przypomniał mi się sen, w którym stałam dokładnie w tym samym miejscu.
Jeden tytuł, który zajmował wszystkie półki w tym przybytku, był moim
celem. Raz jeszcze chciałam przeczytać informacje, które ostatnim razem
niemądrze zlekceważyłam.
Weszłam do środka i natychmiast poczułam specyficzną woń książek, która
chyba od zawsze działała na mnie uspokajająco. W bibliotece poza mną
było jeszcze kilka osób, większość mniej więcej w moim wieku. Skrzywiłam
się. Dosłownie każdy, kto mnie zauważył, albo wlepiał we mnie ciekawskie
spojrzenie, albo szeptał coś do swojego towarzysza. Niestety, Sarah
miała rację. Z powodu ostatnich wydarzeń stałam się rozpoznawalna.
Tym razem nie miałam problemu ze zlokalizowaniem dzieła, które leżało
dokładnie tam, gdzie je ostatnim razem wraz z Rudą zostawiłyśmy. Z tomiszczem w dłoni przysiadłam przy jednym ze stolików i obrzuciłam
okładkę spojrzeniem. Nigdy bym nie przypuszczała, że Stwory z piekła
rodem okażą się lekturą stricte informacyjną. Przerzuciłam kilka kartek
i nagle... książka dziwnym trafem otworzyła się mniej więcej w połowie.
Dopiero po chwili dostrzegłam świstek wciśnięty między papier.
Zaintrygowana wyciągnęłam karteczkę, która okazała się wizytówką. Ktoś
umieścił na niej tekst. Zszokowana stwierdziłam, że była to wiadomość do
mnie. Nie wszystkie informacje, które tutaj znajdziesz, są prawdziwe.
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat, zadzwoń. Bastian -
przeczytałam w myślach. Skąd wiedział, że zainteresuję się akurat tą
książką? Że w ogóle pojawię się w bibliotece? Przeszedł mnie dreszcz.
Obróciłam wizytówkę w dłoniach, a na jej odwrocie znalazłam informacje,
tym razem nadrukowane:
Mgr Bastian Selva
Kancelaria adwokacka
"Lupus"
Vancouver
Pod spodem znajdował się również numer telefonu. W duchu skarciłam się
za swoją głupotę. Tyle razy byłam taka nieuważna! Przecież przy
pierwszym spotkaniu mama musiała otrzymać tę samą wizytówkę. A potem w sądzie; kiedy ja bujałam w obłokach, on przecież musiał przedstawić się
z imienia i nazwiska! Gdybym tylko wtedy uważała, wiedziałabym, że coś
łączy go z Nathanielem. Taki ze mnie detektyw, psia mać.
Zła na siebie, wcisnęłam karteczkę do kieszeni i od razu syknęłam z bólu. Gojąca się rana dała o sobie znać. Wzięłam głęboki oddech, a potem
powoli wypuściłam powietrze. Musiałam się uspokoić.
Wróciłam spojrzeniem na karty książki. Pod nagłówkiem znajdował się
czarno-biały rysunek wilkołaka. Nagle zaschło mi w ustach. Właśnie to
widziałam wtedy w lesie. Pomijając kilka małych detali, wizerunek był
niemal identyczny.
Na rysunku stwór kucał na kończynach zginających się jak u czworonoga i podpierał się na potężnych ramionach. Pokrywała go gęsta sierść, a jego
masywne łapy były zakończone ostrymi pazurami. Wydłużony pysk
przypominał bardziej wilczy niż ludzki. Łysa, pomarszczona nasada nosa,
wielka szczęka wypełniona zaostrzonymi zębiskami, postawione uszy ledwo
wystające z bujnej grzywy i oczy... Te oczy opanowane dzikością i żądzą
mordu były najgorsze. Najstraszniejsze z całego obrazka. I chociaż nie
dało się tego oddać na rysunku, ja pamiętałam ich widok w każdym
szczególe. Odbijały srebrne światło księżyca i, choćbym nawet bardzo się
starała, nie potrafiłam dostrzec w nich nawet krzty człowieczeństwa.
I, co najbardziej zaskakujące, ten stwór na co dzień bywał człowiekiem.
Nie dochodziło do mojej świadomości, że ta dwójka mogła być jednością.
Przeniosłam wzrok na stronę obok, gdzie widniał obszerny opis wilkołaka.
Przeczytałam między innymi o tym, że człowiek dotknięty klątwą co
miesiąc podczas pełni księżyca przemienia się w przerażającego stwora. W tym czasie opanowuje go niepowstrzymane pragnienie krwi, przez co zabija
wszystko na swej drodze. Pod tą postacią jest właściwie niezniszczalny,
a jedyną rzeczą, która może zrobić mu krzywdę, jest srebro - w każdej
formie.
Przeczytałam również o tym, że ludzie dotknięci likantropią są na co
dzień silniejsi niż inni, a wszystkie ich zmysły wyostrzone. Przeważnie
są też wyjątkowo atrakcyjni. Temu zdecydowanie nie mogłam zaprzeczyć.
Na koniec przejrzałam ostatni akapit, w którym były wyjaśnione początki
owej przypadłości. Ponoć wilkołactwo było karą za kazirodztwo, którego
dopuszczały się rdzenne plemiona zamieszkujące obie Ameryki. Klątwa do
dziś rozprzestrzenia się po świecie, a jedynym sposobem, by się nią
"zarazić", jest ugryzienie przez wilkołaka, właśnie podczas pełni.
Ciężko wzdychając, raz jeszcze rzuciłam okiem na rysunek potwora, a potem zamknęłam książkę. Czy to, co właśnie przeczytałam, było prawdą?
Nadal było mi trudno w to wszystko uwierzyć.
Wstałam z ociąganiem, odłożyłam tom na półkę i skierowałam się do
wyjścia. Stanęłam na schodach biblioteki i uniosłam twarz ku niebu, z którego spadały wielkie płatki śniegu. Przymknęłam oczy i znów
westchnęłam. Od samego wyjścia z domu coś mnie męczyło, jakieś dziwne
uczucie, uciążliwe i uparte...
To jest to. Tego właśnie chciałam, czyż nie? Poznać te tajemnice, każdą
jedną. Do tego dążyłam, od kiedy tylko dowiedziałam się o nowym uczniu.
Nareszcie, po pół roku błądzenia po omacku, wiedziałam wszystko. I co
zrobiłam z tą wiedzą? Przestraszyłam się i uciekłam, marząc o magicznym
guziku usuwającym niewygodne wspomnienia. Nie dałam rady udźwignąć
ciężaru prawdy.
Dotychczas postrzegałam Nathaniela jako zwykłego człowieka. I chociaż
zbrodnia, której dokonał, była nie do zaakceptowania czy zignorowania,
ja musiałam wiedzieć. Musiałam wiedzieć, jak to się stało i czy... czy po
przemianie zachowywał świadomość. A jedyną drogą, by zdobyć te
informacje, była rozmowa.
Nie miałam pewności, czy mogę mu nadal ufać. Nie wiedziałam, czy to, jak
zachowywał się wcześniej, nie było tylko przykrywką. Alex twierdził, że
Selva udawał, więc czy teraz, kiedy jego tajemnica wreszcie wyszła na
jaw, pokaże prawdziwe oblicze? Czy dalej będzie chłopakiem, którego
znałam?
Auto mamy podjechało pod kamienne schody i zanim ruszyłam się z miejsca,
podjęłam decyzję. Postanowiłam ostatni raz spotkać się z Nathanielem i dać mu szansę wyjaśnić całe to zamieszanie. Chciałam się przekonać, kim
tak naprawdę był. I... już wiedziałam, czym było to denerwujące uczucie,
które męczyło mnie przez ostatnie tygodnie.
Tęskniłam za nim. Tak po prostu. Mimo wszystko.
- To jak, mogę?
- To nie jest dobry pomysł, Lili. Jeszcze do siebie nie doszłaś,
wolałabym...
- Załatwię jedną rzecz i wrócę. To nie potrwa długo, obiecuję.
Mama wpatrywała się w drogę przed sobą, a jej mina wyrażała jedynie
dezaprobatę. Nic dziwnego, że się martwiła. Ostatnim razem bez słowa
wybiegłam z domu, a potem zobaczyła mnie dopiero w szpitalu,
nieprzytomną i zakrwawioną. Jednak tam, gdzie chciałam jechać, musiałam
się udać sama.
- Co to za sprawa niecierpiąca zwłoki?
Mogłam się spodziewać tego pytania. Wiedziałam, że proszę o wiele. Na
jej miejscu miałabym ten sam problem.
- Muszę zrobić to, co trzeba. Wyjaśnić, naprostować i... pożegnać -
westchnęłam, gapiąc się na swoje rękawiczki.
Mama zatrzymała samochód na podjeździe i spojrzała na mnie. Widziałam w jej oczach zrozumienie, ale na twarzy smutek.
- Tylko jedź ostrożnie. I nie zapomnij o telefonie - powiedziała cicho.
Odwzajemniłam niechętnie jej uśmiech. Na samą myśl o nadchodzącym
spotkaniu zaczynał mnie zżerać stres. Moja komórka od wyjścia ze
szpitala milczała jak zaklęta. Nie miałam pewności, czy zrobię dobrze,
jadąc tam bez zapowiedzi. A co jeśli... jeśli jego już tam nie było? Albo
w ogóle nie będzie chciał ze mną rozmawiać? Przecież tak naprawdę prawie
go nie znałam.
Z ciężkim sercem weszłam za mamą do domu, chcąc szybko się odświeżyć i zabrać kilka rzeczy. Znów rozbolała mnie głowa. Nim się obejrzałam,
siedziałam już za kierownicą i przemierzałam zaśnieżone ulice Hope.
Byłam spięta i cała zesztywniała. Do bólu głowy dołączył również ból
ramienia. Wychyliłam się i spojrzałam na siebie w lusterku.
Moje przypuszczenia okazały się słuszne - wyglądałam dokładnie tak, jak
się czułam. Byłam cieniem samej siebie. Nic dziwnego, że mama tak długo
nie chciała się ugiąć pod moją prośbą. Moja skóra straciła swój rumiany
kolor, włosy zmatowiały, nawet spojrzenie zgubiło swój dawny wigor. Co
było przyczyną mojego stanu? Wypadek czy zmartwienie?
Wkrótce minęłam salon tatuażu, który w ośnieżonej scenerii i z nieodłącznymi niebiesko-czerwonymi lampkami przypominał domek Baby Jagi.
Po chwili skręciłam w ścieżkę prowadzącą w głąb lasu. Wreszcie
zatrzymałam auto na skraju małej polany, na której końcu wyrastała
znajoma chata. Z uciążliwą gulą w gardle wyszłam na zewnątrz i z duszą
na ramieniu udałam się w kierunku zabudowań. Z rozczarowaniem
stwierdziłam, że z komina nie ulatniał się dym. Kiedy jednak przeszłam
kilka metrów, dostrzegłam za rogiem postać.
Nathaniel stał plecami do mnie obok małego ogniska. Trzask palącego się
drewna zdawał się bardzo głośny w zalegającej wokół ciszy. Nie
zatrzymywałam się. Śnieg skrzypiał przy każdym moim kroku, a im bliżej
byłam, tym mocniej ogarniało mnie osobliwe uczucie strachu wymieszanego
z ekscytacją. Pierwszy raz w życiu czułam się tak dziwnie.
Byłam już na wyciągnięcie ręki, kiedy dostrzegłam, że chłopak wrzuca coś
do ognia. Co chwilę w pomarańczowych płomieniach płonęły pomięte kartki.
Zawahałam się. Dlaczego podeszłam tak blisko? Z przyzwyczajenia?
Stanęłam z boku ogniska, skąd miałam dobry widok na profil Selvy.
Spojrzał na mnie, a po moich plecach z miejsca przeszedł dreszcz.
Uśpione uczucia wybudziły się i zaatakowały mnie bez uprzedzenia.
Zacisnęłam zęby. Nie bądź głupia, Lili.
Jego oblicze nie wyrażało żadnych emocji, a spojrzenie jak zwykle było
całkowicie nieprzeniknione. Czego oczekiwałam? Że przywita mnie z otwartymi ramionami i uśmiechem na ustach?
- Po co przyjechałaś? Jeszcze nie masz dość? - mruknął beznamiętnym
tonem, rzuciwszy do ognia ostatnią pogniecioną kartkę.
- Chcę wyjaśnień - odparłam z pewnością, o którą bym siebie nie
podejrzewała. - Tym razem na zimno.
- Przecież już wszystko wiesz - prychnął i kucnął przy ognisku. Sięgnął
po leżący obok kij i zaczął nim dźgać palące się drewienka. - Ale skoro
musisz... śmiało. Pytaj.
- I wyśpiewasz wszystko jak na spowiedzi?
- I tak nie ma sensu dalej się ukrywać...
Nie miał humoru. Albo po prostu... taki był naprawdę? Opryskliwy i lekceważący? Trudno było mi się z tym oswoić. Skoro jednak dał
przyzwolenie, postanowiłam z niego skorzystać.
- Czyli jesteś... wilkołakiem, tak? - te słowa z trudem wydobyły się z moich ust.
- Tak.
- Takim jak w książkach i filmach?
- Bliżej mi do tych ze starych opowiadań. Współczesny obraz wilkołaka
mocno odbiega od prawdy - poinformował chłodnym tonem.
Chociaż uzupełniłam wiedzę w bibliotece, wciąż nie wiedziałam, na ile
mogłam ufać tamtym zapiskom. Wolałam zaczerpnąć wiedzę u źródła. W głowie miałam już kolejne pytania.
- Przemieniasz się, kiedy chcesz, czy tylko podczas pełni?
- Noc przed pełnią, w jej trakcie i noc po pełni. Wtedy i tylko wtedy -
odparł rzeczowo.
Odpowiadał na wszystkie pytania bez zająknięcia. Czy to oznaczało, że mi
ufał?
- Czy... zachowujesz świadomość? - mój głos zadrżał niebezpiecznie. Tak
bardzo bałam się odpowiedzi...
Nathaniel milczał przez chwilę. Odrzucił kij na bok, po czym wstał.
- Nie... - odpowiedział ciężko, nadal wpatrując się w płomienie. - Nic
później nie pamiętam. Budzę się gdzieś w lesie zaraz po wschodzie
słońca. I chociaż fizycznie czuję się jak nowo narodzony, to
psychicznie... - urwał.
Jeden z supłów, które wiązały moje wnętrzności, rozplątał się i wreszcie
puścił. To oznaczało, że te wszystkie przykrości stały się przypadkowo.
Pan Brown, ja, rodzice Nathaniela... To nie on wyrządzał krzywdę, ale ten
drugi, ten zły. Wilkołak, którym jednocześnie był i nie był. Nie
potrafiłam powstrzymać cichego westchnienia ulgi.
- Czy Bastian też... skrzywdził kogoś po przemianie? - podjęłam z wahaniem.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia - odparł szczerze. - Sam dopiero od niedawna
wiem o jego klątwie.
To by oznaczało tylko jedno - nie utrzymywali ze sobą kontaktu.
Obserwowałam emocje malujące się na twarzy chłopaka. W skupieniu
marszczył brwi, a błyski ognia tańczyły w jego oczach. Znów przeszedł
mnie dreszcz.
- Wiem natomiast, że od momentu, kiedy dowiedział się, co zrobiłem,
usiłuje mnie dorwać i zabić. Zaangażował w to nawet sporą część rodziny
- mówił, a mnie cieszyła jego wylewność. - Z początku próbował podstępem
i prawie mu się udało. Właśnie wtedy postanowiłem się ukryć.
Chłopak uniósł w końcu głowę i spojrzał na mnie. Najwidoczniej nie
potrzebował więcej pytań.
- Już wiesz, dlaczego wyniosłem się do lasu? Dlaczego się izoluję i nikogo do siebie nie dopuszczam? - w jego głosie czuć było nutę smutku.
- Las jest dla mnie schronieniem i jednocześnie ochroną dla mieszkańców
miasta.
Patrzył na mnie w oczekiwaniu na jakieś słowa, jednak - gdy te nie
nadeszły - kontynuował:
- Wyszkoliłem moje psy tak, aby podczas przemian robiły wszystko, żebym
tylko nie wydostał się do miasta. Nauczyłem je również przepędzać
każdego, kto zapuści się za daleko w las. Z wyjątkiem myśliwych. I już
wiesz, jak to się skończyło - dokończył z przekąsem i zamilkł.
Znów odwrócił wzrok w kierunku ognia. Oboje w milczeniu przypatrywaliśmy
się coraz mniejszym płomieniom. Układałam starannie w głowie każdą
zasłyszaną informację. Miałam jeszcze tyle pytań! Ale on znów przemówił:
- Nie wiem właściwie, dokąd to wszystko zmierza... Od prawie dwóch lat
ukrywam się i staram się, by słuch o mnie zaginął. Chyba liczyłem na to,
że uda mi się w ten sposób dotrwać do śmierci. Naturalnej albo z ręki
brata, wszystko jedno...
Smutek rozdzierał mi serce. Chciał już do końca życia skazać się na
samotność? Nikt nie zasługuje na tak beznadziejny los.
- Wtedy pojawiłaś się ty... - usłyszałam te słowa, przez co na chwilę
wstrzymałam oddech. - Przypadek tyle razy stawiał cię na mojej drodze,
że wreszcie... zapragnąłem normalnego życia. Chciałem zapomnieć o tym, kim
jestem i co mi grozi. To nie sprawiło jednak, że mój problem zniknął...
Nie patrzył na mnie, za to ja świdrowałam go wzrokiem. Nigdy bym nie
podejrzewała, że mogłam mieć na niego taki wpływ. Zawsze sądziłam, że co
najwyżej starał się mnie tolerować. Chociaż po ostatnim wypadzie do
klubu... Miałam mętlik w głowie.
- Wiele razy planowałem wyznać ci prawdę, słowo, chciałem być szczery.
Ale... uznałem, że to za dużo - kontynuował, nie potrafiąc dłużej ukrywać
emocji, przez które jego głos drżał. - W świecie, w którym fantastyczne
stwory to tylko wymysły z bajek, ja, wyrzutek społeczeństwa, stanowiący
realne zagrożenie. Czy ktoś w ogóle wziąłby moje słowa na poważnie?
Znów naszła mnie nagła ochota, by się zbliżyć do niego, ująć dłoń,
przytulić, pokrzepić. Moja naiwność nie znała granic. Zamiast czujnie
kwestionować każde jego słowo, wierzyłam we wszystko. Głupia, głupia
dziewucha.
- Mówiłem te wszystkie przykre słowa tylko w jednym celu. Chciałem cię
chronić - nasze spojrzenia na chwilę się spotkały, a moje zmarznięte
nogi zrobiły się miękkie. - Czułem, że nasza znajomość prędzej czy
później skończy się tragicznie. Wiedziałem, że albo ja zrobię ci
krzywdę, albo moja rodzina, która pragnie zemsty. Ostatecznie
ucierpiałaś przez obie strony - skrzywił się z bólem i uciekł wzrokiem w ledwo tlący się ogień.
Nie obwiniałam go za swój stan. Nigdy, nawet gdy nie wiedziałam jeszcze,
czy zrobił to świadomie. Co innego Bastian, który z pełną jasnością
umysłu rozkazał mnie zastrzelić.
- Jestem skazany na samotność. Dla dobra wszystkich - dokończył cicho.
Patrzyłam na niego i wiedziałam, że na nic by się zdały zapewnienia, że
każdy zasługuje na szczęście. Widziałam w jego oczach pełne przekonanie
i surową stanowczość.
- Co planujesz? - zapytałam prawie szeptem, drżąc z zimna, które coraz
śmielej wdzierało się pod moje ubrania.
- Chcę odejść - odpowiedział twardo. - Wyruszę gdzieś przed siebie. Może
na północ? W końcu zimno mi niestraszne - wypuścił ciężko powietrze. -
Nie chcę dłużej stanowić zagrożenia dla miasta... dla... ciebie.
Przełknęłam ślinę. Miałam wrażenie, że coś ciężkiego spoczęło na moich
barkach. Sposób, w jaki to powiedział... On już postanowił. Decyzja
zapadła. A ja... nie miałam prawa się wtrącać. Nigdy nic sobie nie
obiecywaliśmy, nigdy nie łączyło nas nic więcej niż serdeczne
koleżeństwo. Kim byłam, by mówić mu, co ma robić? Z jakiej racji miałam
mu zaprzątać głowę swoimi uczuciami? Lepiej, żeby odszedł z lekkim
sercem, nie wiedząc, że każdego dnia ktoś z tęsknoty za nim nie będzie
potrafił poskładać swojego życia do kupy. Dla dobra wszystkich.
Wiedziałam, że od mojej odpowiedzi będzie zależało, jak długo jeszcze
dane mi będzie patrzeć w te piękne oczy i słuchać tego głosu. Miałam
świadomość, że mogę odwlec pożegnanie tylko o kilka głupich, jednak
niezwykle dla mnie cennych minut. I kiedy poczułam w wewnętrznej
kieszeni kurtki sztywną zawartość, przypomniałam sobie o jednej
niedokończonej sprawie.
Czas mijał. Nieubłaganie zbliżaliśmy się do chwili naszego pożegnania.
Mieliśmy się już nigdy więcej nie zobaczyć. Przeklinałam w myślach swój
charakter. Dlaczego ten jeden jedyny raz nie potrafiłam być jak mama?
Otwarta i wylewna? Powiedziałabym mu wszystko, wyznałabym, jak wiele dla
mnie znaczył, że jedyne, czego pragnęłam, to jego szczęście, że jego
inność wcale mnie nie zniechęcała. Układałam te wszystkie słowa w głowie, mając nadzieję, że do pakietu wyjątkowych umiejętności wilkołaka
należała również zdolność czytania w myślach.
Niestety, towarzyszyła nam jedynie głucha cisza, co jakiś czas
przerywana delikatnymi podmuchami wiatru. Małe ognisko zmieniło się w stertę dymiących popiołów, a mną zaczęły wstrząsać dreszcze. Czułam się
jak sopel lodu - fizycznie i psychicznie. Pomimo grubej kurtki i ciepłych butów miałam wrażenie, że zamarzam. Zerknęłam na chłopaka. Nie
zdziwiłam się, widząc, że miał na sobie jedynie długie spodnie i zwykłą
bluzę z kapturem.
Wreszcie wpadłam na pomysł. Miałam tylko nadzieję, że zabrzmię
odpowiednio zachęcająco.
- Zanim gdziekolwiek wyruszysz... - zaczęłam z wahaniem. - Napijesz się ze
mną herbaty? Ten ostatni raz - nie potrafiłam ukryć smutku w swoim
głosie.
Chyba nie spodziewał się takiej prośby. Przez chwilę lustrował mnie
wzrokiem i kiedy dostrzegł, jak z zimna przestępuję z nogi na nogę, a dłonie wciskam głęboko w kieszenie, zgodził się skinieniem.
Bez słowa odwrócił się i ruszył w kierunku chaty. Podążyłam za nim,
wpatrując się w jego szerokie plecy. Chociaż została ujawniona tajemnica
i teoretycznie powinnam się go bać... mój sfiksowany mózg wszystko
przeinaczał. Nathaniel stał się dla mnie jeszcze bardziej intrygujący i,
o ironio, tajemniczy. Jak w takim stanie miałam się z nim pożegnać i nie
rzucić się z najbliższego mostu?
Chłopak otworzył drzwi i wpuścił mnie pierwszą. Weszłam do środka i od
razu westchnęłam. Wszystko tutaj pachniało właśnie nim. Usłyszałam za
plecami trzaśnięcie, które zatopiło przedpokój w półmroku. Słabe światło
docierało jedynie przez kuchenne okno. W domu było cieplej niż na
zewnątrz, jednak z moich ust nadal uwalniała się para.
Kiedy walczyłam z zapięciem kurtki, znów poczułam w kieszeni kanciasty
pakunek. Postanowiłam dłużej z tym nie zwlekać. Nie wiedziałam w końcu,
jak wiele czasu nam jeszcze pozostało.
- Mam coś dla ciebie - oznajmiłam z nieśmiałym uśmiechem i podniosłam na
niego wzrok.
Nathaniel stał oparty o drzwi i przyglądał mi się badawczo ze
skrzyżowanymi na piersi rękoma. Mrużył oczy, coś go dręczyło. Wydawało
się, że w ogóle nie usłyszał moich słów.
- Jednego nie rozumiem, Lili - mruknął, co wywołało dreszcz na moim
skostniałym ciele. - Po tym wszystkim, czego doświadczyłaś, po
wszystkich przykrych słowach, które ode mnie usłyszałaś, po tym, co ci
zrobiłem... Jak to możliwe, że nadal chcesz ze mną rozmawiać? Dlaczego się
mnie nie boisz? Przecież jestem nieokiełznanym potworem. Zrobiłem ci
krzywdę i to przeze mnie wylądowałaś w szpitalu. Nie widzisz tego?
W panującym wokół półmroku najwyraźniej było widać jego jasne tęczówki,
które z intensywnością świdrowały moje. Te oczy nie należały do potwora.
W niczym nie przypominały tych, które widziałam tamtej pamiętnej nocy.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Być może był to wpływ kameralnej
atmosfery albo to ciemność wyzwalała we mnie większą pewność siebie.
- Dla mnie zawsze byłeś i będziesz dobrym człowiekiem, który wiele razy
uratował mi życie - powiedziałam, a czułość, jaka pobrzmiewała w moim
głosie, zaskoczyła nawet mnie samą.
Nie mogłam wyznać nic bardziej szczerego i prawdziwego.
- Przyznam, że potrzebowałam czasu, żeby oswoić się z tą, bądź co bądź,
zdumiewającą prawdą - kontynuowałam. - Zrozumiałam jednak, że w ostateczności nic nie możesz na to poradzić. Nie jesteś świadom krzywd,
które wyrządzasz pod tą drugą postacią.
Włożyłam dłoń do wewnętrznej kieszeni kurtki i zacisnęłam palce na
twardym pakunku.
- To nie ty zaatakowałeś swoich rodziców. To wilkołak, który dla mnie
jest odrębnym istnieniem - powiedziałam i dodałam ciszej: - Jestem tego
pewna.
Patrzył na mnie w milczeniu. Miał całkowicie nieprzeniknione spojrzenie.
Mógł mnie wyśmiać, w końcu nie wiedziałam nawet, jak doszło do tej
tragedii. Po prostu wierzyłam w jego dobroć. Wiedziałam, że nigdy nie
zrobiłby czegoś takiego naumyślnie.
Ostrożnie wyciągnęłam z kieszeni zawiniętą w czerwony papier paczkę i niepewnie podałam ją Nathanielowi.
- Przygotowałam to jeszcze zanim... no wiesz - speszyłam się i wlepiłam
wzrok w prezent. - Wesołych Świąt - uśmiechnęłam się blado. - Otwórz,
proszę.
Chłopak zrobił krok w moją stronę i z wahaniem odebrał ode mnie pakunek.
Obserwowałam, jak drżącymi dłońmi rozrywa papier, aż wreszcie w jego
rękach spoczęły dwie ręcznie rzeźbione, drewniane ramki. Za jedną z szybek widniała fotografia naszej czwórki, którą zrobiliśmy sobie na
koncercie, za drugą zaś...
- Wybacz, że zabrałam to zdjęcie bez twojej zgody, ale... - całkiem już
speszona, zaczęłam się tłumaczyć. - Pomyślałam sobie, że miło by było
pielęgnować pamięć o bliskich i... - urwałam, kiedy poczułam na podbródku
ciepłe palce.
Zaskoczona uniosłam głowę i napotkałam przepełnione cierpieniem
spojrzenie Nathaniela. Stał blisko, bliżej niż to konieczne, by
prowadzić rozmowę. Marszczył brwi i pożerał mnie wzrokiem.
Zesztywniałam.
- Nie potrafię dłużej się przed tobą bronić - szepnął. - Nie potrafię
dłużej udawać, że nic nie czuję.
Dziwne ciepło rozlało się po moim wnętrzu, a te jasne orzechowe oczy
coraz bardziej mnie hipnotyzowały. Chciałam być bliżej, chciałam poczuć
więcej. Co to za dojmujące uczucie?
- Decyzję pozostawiam tobie - kontynuował z powagą i ze spokojem. -
Jedno twoje słowo, Lili. Albo na zawsze zniknę z twojego życia, albo już
na zawsze...
- Zostań - dokończyłam drżącym głosem. - Na zawsze.
W bezruchu patrzył na mnie, zupełnie jakby chciał ocenić szczerość moich
słów. Po chwili jego palce, które dotychczas spoczywały na moim
podbródku, powoli przesunęły się po szyi, by zaraz za uchem zatopić się
we włosach. Każdy jego ruch był powolny i intensywny, przez co wywoływał
falę dreszczy, które raz po raz wstrząsały moim ciałem.
Nachylił się, a ja zamknęłam oczy, do których z emocji napłynęły łzy. I wtedy je poczułam. Gorące usta, miękkie i spragnione, zamknęły się na
moich, równie wyczekujących. Serce waliło mi jak młotem.
Przez całe swoje nastoletnie życie obawiałam się tej chwili. Bałam się,
że nie będę wiedziała, co robić i jak się zachować. Teraz jednak... Nigdy
nie czułam się lepiej. Błogość zaczęła ogarniać moje wnętrze, gdy
pocałunki Nathaniela stawały się coraz bardziej zachłanne. Czułam smak
jego ust, a moje dłonie same odnalazły drogę na rozgrzany kark chłopaka.
Poczułam silne ramię wsuwające się za połę kurtki, które wkrótce objęło
mnie w pasie. Pod naciskiem przylgnęłam do jego emanującego ciepłem
ciała.
Zapomniałam o zimnie. O wilkołakach, zemstach, morderstwach... Zapomniałam
o wszystkim. W jego silnych ramionach czułam się mała i bezpieczna.
Tylko to się liczyło.
Nagle plecami dotknęłam drewnianej ściany. Poczułam, jak jedną z rąk
chłopak usiłuje zsunąć ze mnie kurtkę.
- Ściągaj to... - wydyszał chrapliwie i ponownie zatopił swoje usta w moich.
Miałam wrażenie, że wszystkie moje mięśnie zamieniły się w watę.
Zamroczony mózg całkowicie się wyłączył, przez co nawet przez myśl mi
nie przeszło, do czego mogła prowadzić ta sytuacja. Posłusznie zrzuciłam
z siebie okrycie, a moje dłonie zatopiły się w ciemnych włosach.
Palce Nathaniela zacisnęły się na mojej talii, zupełnie tak, jak wtedy
przy wejściu na strych. Z rozkoszą stwierdziłam, że zaczęły się
przesuwać coraz niżej i niżej, aż wreszcie ułożyły się tuż pod
pośladkami. Nagle poczułam, że się unoszę.
Otoczenie zmieniło się najpierw na mały salon, a potem znaleźliśmy się w sypialni. Szumiało mi w uszach z podniecenia, a buzująca krew niemal
rozsadzała mi serce.
I kiedy Nathaniel nachylił się, by ułożyć mnie na zimnej pościeli, moje
ramię przeszedł nagły, ostry ból. Jęknęłam w niekontrolowany sposób i skuliłam się. Chłopak posadził mnie na łóżku, a ja od razu złapałam się
za obolałą rękę. Miałam wrażenie, że coś tam w środku mocno się
nadwyrężyło.
- Co się dzieje? - usłyszałam zatroskany głos.
Zobaczyłam jego zmartwioną twarz i moje policzki pokryły się rumieńcem.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, co się przed chwilą wydarzyło.
Zapomniałam już o bólu.
- Rana się odezwała. Nic mi nie jest - odpowiedziałam, uciekając
wzrokiem w bok.
- Poniosło mnie, wybacz - powiedział, siadając obok mnie na tyle blisko,
że stykaliśmy się ramionami. - Nic dziwnego, w końcu tyle miesięcy
musiałem się powstrzymywać...
Sens jego słów dopiero po chwili został odpowiednio zinterpretowany
przez mój spowolniony umysł. Spojrzałam na niego zszokowana. Pozostawało
mi tylko pogratulować mu samokontroli, chociaż... były momenty. Doskonale
je pamiętałam. Ukradkowe spojrzenia, cieplejszy ton głosu, przypadkowy
dotyk... Wszystkie te gesty bagatelizowałam, bo nigdy nie wierzyłam, że
Nathaniel mógłby patrzeć na mnie w "ten" sposób. Cóż, przed chwilą
udowodnił mi, że jednak się myliłam.
Patrzyłam z bliska na jego spokojną twarz, na której błąkał się
nieśmiały uśmiech. Znów miałam ochotę go dotknąć, zatopić palce we
włosach, pogładzić policzek, pocałować... Burza emocji rozsadzała mi
żołądek, gorąco zatykało gardło, a oczy miałam wilgotne od łez.
Zdecydowanie najprzyjemniejsze uczucie, jakiego w życiu doświadczyłam.
Jednak błogi stan zakłóciła natrętna myśl. Wciąż nie wiedziałam, na czym
stoję. Czy on nadal zamierzał odejść? Teraz tym bardziej nie
poradziłabym sobie z takim ciosem. Spuściłam głowę, sięgnęłam po jego
dłoń i splotłam nasze palce. Jego skóra była przyjemnie rozgrzana i odrobinę szorstka. Poczułam odwzajemniony uścisk.
- Co zrobisz? - zapytałam cicho, nie potrafiąc spojrzeć mu w oczy.
- Zachowam się jak ostatni egoista - odparł z przekąsem. - Wiem, że źle
zrobię, jeśli zostanę, ale...
- Nie dbam o to - wyrwało mi się drżącym głosem. - Powinnam cierpieć
teraz, by później tego uniknąć? Bez sensu - wyrzucałam z siebie. -
Potrzebuję cię. I tylko ciebie. Dlatego...
Nie dokończyłam zdania, gdyż Nathaniel ujął moją twarz w dłonie i zamknął mi usta pocałunkiem. Jego gorące usta wyraźnie kontrastowały z moją chłodną skórą. Smakiem przypominały bliżej niezidentyfikowane
korzenne przyprawy. Zakręciło mi się w głowie i zapomniałam o bożym
świcie.
- Chciałem to od ciebie usłyszeć - szepnął. - Nigdzie się nie wybieram,
Lili. Teraz nawet nie dałbym rady - musnął znów moje usta pocałunkiem, a potem odsunął się, by spojrzeć mi w oczy. - Wiesz, że już się ode mnie
nie opędzisz?
Chociaż tak wiele spraw wciąż czekało na wyjaśnienie, dla nas ta jedna
krótka chwila stanowiła prawdziwe szczęście. Całkowite i niczym
niezmącone.
Ku ogromnemu niezadowoleniu Nathaniela nie mogłam spędzić z nim tego
dnia więcej czasu. Mama zaczynała się niepokoić i wkrótce jej numer
wyświetlił się na ekranie mojego telefonu. Nie chciałam bardziej
nadużywać jej cierpliwości, więc w towarzystwie chłopaka udałam się z powrotem do samochodu.
- Kiedy znów się zobaczymy? - usłyszałam, szukając kluczy do auta.
Odwróciłam się i mimowolnie uśmiechnęłam na widok jego
zniecierpliwienia.
- Dopiero w następny poniedziałek wracam do szkoły - odparłam. - Do tego
czasu muszę nadrobić zaległości - skrzywiłam się na samą myśl o powrocie
do szarej rzeczywistości.
- W poniedziałek? Więc masz jeszcze ponad tydzień wolnego - wyliczył,
nie kryjąc zadowolenia.
Już mieliśmy się pożegnać, jednak wciąż nie opuszczał mnie strach.
Zacisnęłam palce na jego rękawie.
- Obiecaj mi... - zaczęłam niemal szeptem, nie patrząc mu w oczy. -
Obiecaj, że nie zmienisz zdania i... nie znikniesz.
Wciąż nachodziły mnie te same ponure myśli. Bałam się, że to wszystko
okaże się kolejnym snem. Bałam się, że pchnięty dobrem ogółu Nathaniel
znów postanowi zerwać ze mną kontakt. Dopiero tego dnia uświadomiłam
sobie, jak wielki wpływ na moje zdrowie psychiczne miała jego obecność.
Poczułam, jak oplata mnie ramionami, a moja twarz ląduje tuż pod jego
szyją. W takim uścisku, wdychając leśny zapach jego skóry, czułam się
najlepiej. Znów szybko zapomniałam o swoich obawach.
Nate pocałował mnie w czubek głowy, dłonią z wolna gładził mnie po
plecach. Niesamowite, z jaką łatwością przychodziły mu te czułe gesty.
Ja wciąż drżałam z nieśmiałości, ilekroć pierwsza miałam zainicjować
jakiś bliższy kontakt.
- Obiecuję - mruknął w moje włosy. - A teraz jedź. Mama na ciebie czeka.
Odsunęłam się niechętnie i bez słowa wsiadłam do samochodu.
Utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy tak długo, jak to było możliwe. Kiedy
jednak zawróciłam i wjechałam w leśną ścieżkę prowadzącą do miasta,
wkrótce uśmiechnięta postać chłopaka zniknęła nawet z odbicia w lusterku
wstecznym.
Całą drogę powrotną co jakiś czas szczypałam się po rękach. Nie mogłam
uwierzyć w to, co się wydarzyło. Nie wiedziałam, w jakich kategoriach
powinnam rozpatrywać tę sytuację. Myśleć jak o chwilowym zauroczeniu?
Czy początku czegoś poważnego?
Zaczynało się ściemniać, kiedy zajechałam pod dom. Przy zapalonym
świetle w salonie nietrudno było zauważyć mamę wyczekującą w oknie
mojego powrotu.
Po krótkiej chwili znalazłam się znów w ciepłym domu. Zdejmowałam kurtkę
i buty pod czujnym okiem mamy.
- Zapewne mi nie powiesz, gdzie byłaś, co?
Odstawiłam trapery na miejsce, po czym podniosłam się i spojrzałam na
mamę. Miałam tylko nadzieję, że zeszły mi rumieńce.
- Innym razem, dobrze? - uśmiechnęłam się przepraszająco.
Mama zmrużyła podejrzliwie oczy i przez dłuższą chwilę milczała. W końcu
wzruszyła ramionami i cicho westchnęła.
- Jak chcesz - skwitowała. - Tak czy inaczej przyszedł list z policji -
poinformowała, wycofując się do salonu.
Zaciekawiona od razu ruszyłam za nią. Sięgnęła po kopertę leżącą na
stole w jadalni. Zauważyłam, że była nietknięta.
- Czekałam z otwarciem na twój powrót - powiedziała i kiedy już
zamierzała rozerwać papier, usłyszałyśmy dźwięk dzwonka.
Odruchowo odwróciłam się i ruszyłam w stronę drzwi wejściowych, jednak
dłoń mamy szybko wylądowała na moim ramieniu.
- Ja otworzę - oznajmiła i wyminęła mnie, zostawiając list w moich
rękach.
Od czasu mojego powrotu ze szpitala mama stała się nadopiekuńcza i zaczęła dostrzegać potencjalne zagrożenie w zgoła zwykłych, codziennych
czynnościach. Otwieranie gościom drzwi było jedną z tych rzeczy.
Najwidoczniej bała się, że znów przyjdą po mnie jakieś psy i zwabią mnie
w pułapkę. Z jednej strony bardzo mnie to irytowało, z drugiej jednak...
Mama miała tylko mnie. Po tym wszystkim, co nas spotkało, nic dziwnego,
że bała się mnie stracić. Rozumiałam ją.
- O, witaj, kochanie. Wejdź, proszę.
Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem i po krótkiej chwili ujrzałam
płomiennie rudą głowę.
- Sarah - uśmiechnęłam się i złapałam za czoło. - Na śmierć zapomniałam,
że się umówiłyśmy.
- Wypluj te słowa - zagroziła mi z poważną miną i weszła do salonu.
W ręku trzymała opasłą zieloną teczkę, która od razu wylądowała na
stole.
- Tutaj masz odbitki materiału z ostatniego miesiąca. Wiem, że nie
lubisz czytać z komputera - powiedziała jednym tchem. - Aha, kserówki z angielskiego doniosę ci w tygodniu, baba wzięła mój zeszyt - wywróciła
oczami, a gdy mama pojawiła się obok, spojrzała na nią i zrobiła
przepraszającą minę. - Bez urazy.
Ta machnęła tylko ręką z uśmiechem; zawsze miała dystans do swojego
zawodu. Ruda podeszła do mnie i przytuliła mnie na przywitanie. Odsunęła
się i zmartwiona zlustrowała mnie wzrokiem.
- Jak się czujesz? W końcu ściągnęli ci temblak - zauważyła. - Jak ręka?
Jeśli miałabym być całkiem szczera, powinnam była zacząć piszczeć ze
szczęścia. Jednak na razie nie chciałam zapeszać. Uznałam, że lepiej
poczekać na rozwinięcie naszej nowej relacji.
- Coraz lepiej, dzięki - odpowiedziałam zgodnie z prawdą i uśmiechnęłam
się.
Wzrok Sarah spoczął wreszcie na tym, co trzymałam w dłoni.
- Co to? - spytała, jak zwykle z zaciekawieniem.
- List z policji - odpowiedziała mama. - Właśnie, otwórz go w końcu,
ciekawe, czego chcą - nakazała, równie zaintrygowana.
Rozdarłam kopertę i rozłożyłam zagiętą na trzy razy kartkę. Od razu
rzuciła mi się w oczy umiejscowiona w prawym górnym rogu pieczątka
Królewskiej Policji, pod którą widniał kolejny symbol - Wydziału
Kryminalnego.
Przebiegłam tekst wzrokiem i chwilę zajęło mi odpowiednie
zinterpretowanie informacji. Urzędowy żargon nigdy w tym nie pomagał.
- I co? - zapytały naraz.
Zmarszczyłam brwi w głębokiej konsternacji. Mój dobry humor, niestety,
się skończył.
- Jeśli dobrze rozumiem... umorzyli sprawę - mruknęłam. - Ze względu na
niewystarczające dowody niniejszym oddalamy sprawę umyślnego
postrzelenia świadka zdarzenia oraz domniemanego zabójstwa osoby
trzeciej - przeczytałam fragment.
- Musi być jakieś uzasadnienie - mama wyrwała mi list z dłoni i szybko
omiotła go wzrokiem.
Nic dziwnego, że się zdenerwowała. Ktoś postrzelił jej córkę i to
normalne, że chciała pociągnąć tego człowieka do odpowiedzialności. Ze
stworem z lasu nie miała jak walczyć, jednak z tym...
Po chwili prychnęła i energicznie położyła wolną dłoń na biodrze.
- Nie do wiary - żachnęła się. - Stwierdzili, że jeden z myśliwych,
który tej nocy polował na bestię, postrzelił cię "przez przypadek".
- A jak tłumaczą sprawę zabójstwa? - zapytałam szczerze zaciekawiona.
Mama westchnęła cicho i uniosła wzrok znad kartki. Rozgoryczenie i irytacja pojawiły się na jej twarzy.
- Uznali, że stan twojego zdrowia nie pozwolił ci na racjonalne
podejście do sprawy - odpowiedziała, cytując kawałek tekstu.
- Czyli że co? Potraktowali mnie jak wariatkę, tak? - mruknęłam.
Mogłam się tego spodziewać. Bastian zrobił co w jego mocy, by zatuszować
całą akcję. Z jednej strony, aby chronić swój tyłek, a z drugiej... Jeśli
policja zaczęłaby drążyć temat cudownego zmartwychwstania Nathaniela, od
razu wyszłoby na jaw, z kim, a raczej, z czym mają do czynienia. Widać,
druga natura obojga braci miała pozostać tajemnicą.
Nie było już dłużej sensu dochodzić prawdy. Teraz, kiedy poznałam sekret
rodzeństwa Selvów, chcąc nie chcąc, musiałam trzymać język za zębami.
Nie pozostało mi nic innego, jak po prostu zgodzić się z treścią listu.
Podczas gdy mama z Rudą dyskutowały o dalszych posunięciach i odwołaniu,
które niezwłocznie powinnyśmy odesłać, ja patrzyłam z boku, myśląc nad
słowami. Ciężko było mi się przyznać, że doświadczyłam halucynacji.
- Tak właściwie... - zaczęłam z wahaniem - mają rację.
Obie zamilkły i spojrzały na mnie z niedowierzaniem.
- O czym ty mówisz? - odezwała się mama.
- Wprawdzie nie widziałam, kto mnie trafił, ale... Nathaniel nie został
zastrzelony - powiedziałam, krzyżując ręce na piersi.
Wiedziałam, że jeśli miały mi uwierzyć, musiałam poprzeć swoje słowa
jakimś sensownym argumentem. Nie chciałam się z tym zdradzać, jednak jak
mus, to mus.
- Co to znaczy? Przez cały ten czas kłamałaś? - oburzyła się Sarah,
świdrując mnie wzrokiem.
- Nie! - zaprzeczyłam od razu. - Ja naprawdę to widziałam! Z tym że...
wychodzi na to, że musiał to być wyjątkowo realistyczny sen - posłałam
Rudej porozumiewawcze spojrzenie.
Na te słowa dziewczyna od razu spuściła z tonu. Wciąż jednak marszczyła
brwi i nie przestawała patrzeć na mnie podejrzliwie.
- No dobrze, ale skąd masz taką pewność? Przecież sama widziałam, że
zniknął. Dann świadkiem.
Czułam, jak zdradliwy rumieniec znów atakuje moje policzki. Zwłaszcza że
intensywne spojrzenia matki i przyjaciółki sprawiały, że czułam się jak
na rozprawie sądowej. I właśnie miałam się przyznać do jakiejś strasznej
zbrodni.
- Bo... ech... - westchnęłam, nie mogąc wytrzymać napięcia. - Bo ja się z nim widziałam. Żyje i ma się dobrze - wyrzuciłam z siebie pospiesznie.
- Co? - na twarzy mamy w końcu pojawił się cień uśmiechu. - To wspaniała
wiadomość! Dlaczego do razu nie powiedziałaś?
- Było mi głupio... Wstydziłam się tego, że ryczałam do każdego i opowiadałam tę tragiczną historię - wymyśliłam prędko jakieś sensowne
wytłumaczenie.
Mama podeszła bliżej i przytuliła mnie, by dać upust swojej radości.
- To u niego dzisiaj byłaś, tak? - spytała z nadzieją w głosie.
Atmosfera nie udzieliła się jednak Rudej, która z dziwną miną wciąż
świdrowała mnie wzrokiem. Znała mnie za dobrze, żeby uwierzyć w te
bajeczki.
Rozdział 15
Następnego dnia postanowiłam wreszcie się zabrać do nauki. Chociaż była
sobota, chciałam jak najszybciej się uporać z zaległościami i mieć
później spokój. Wstałam wcześnie i poinformowałam mamę o swoich planach,
prosząc, by mi nie przeszkadzała. Mama, która kiedyś popierała moją
obowiązkowość, teraz wolała, żebym nie brała sobie za dużo na głowę.
Godziny spędzone przy nudnych równaniach z matmy i równie mało
pasjonujących reakcjach chemicznych nie należały do najprzyjemniejszych.
Zwłaszcza jeśli moje myśli co rusz wędrowały w zupełnie niezwiązane ze
szkołą rejony.
Masa pytań wciąż kłębiła się w mojej głowie. Postanowiłam, że przy
najbliższym spotkaniu z Nathanielem wyciągnę od niego odpowiedź na każde
pytanie, które nie pozwalało mi się skupić. Gdzie zniknął na cały
miesiąc? Co konkretnie wydarzyło się między nim a Bastianem? W jaki
sposób stał się wilkołakiem?
Wkrótce złapałam się na tym, że co pięć minut zerkałam na ekran
telefonu, żeby przypadkiem nie przeoczyć wiadomości lub połączenia. I chyba samą siebie próbowałam oszukać, sądząc, że wszystkiemu była winna
moja ciekawość. Tak naprawdę nie mogłam się już doczekać chwili, w której znów zacznie pożerać mnie wzrokiem, znów z dużą dozą pewności
pozwoli sobie na więcej i...
- Lili! - wołanie mamy z parteru przerwało emocjonalną karuzelę. - Chodź
na chwilę!
Dopiero do mnie dotarło, że od dobrych kilku minut wpatrywałam się w jedno słowo w książce od biologii. Karcąc się w myślach za ten chwilowy
odlot, wstałam z ociąganiem, wyszłam z pokoju i poszłam na dół. Zastałam
tam mamę wkładającą swoje zimowe kozaki.
- Wybierasz się dokądś?
- Nic dziwnego, że zapomniałaś - wymamrotała i wyprostowała się. - Przed
świętami zaczęłam dawać korepetycje - przypomniała. - Na czas twojego
pobytu w szpitalu musiałam zrezygnować, ale teraz, skoro jesteś już w domu...
- No tak, faktycznie - puknęłam się w czoło i uśmiechnęłam
przepraszająco. - Tyle się ostatnio działo, że wyleciało mi z głowy.
- Nie przejmuj się - odparła ciepło, zapinając ostatnie guziki płaszcza.
- Wrócę za jakąś godzinę. Tylko dokładnie zamknij drzwi na wszystkie
zamki!
Kilka sekund później zniknęła za drzwiami. Zgodnie z poleceniem mamy
przekręciłam klucze we wszystkich zamkach, po czym, szurając kapciami,
udałam się do kuchni. Stanęłam przed otwartą lodówką i zaczęłam się
przeciągać.
Nagle usłyszałam ciche pukanie. Czyżby mama o czymś zapomniała?
Powstrzymując ziewnięcie, odblokowałam drzwi i otworzyłam je.
Nie byłabym sobą, gdybym nie narobiła sobie wstydu w chwili, w której
chciałam wypaść jak najkorzystniej. Nathaniel patrzył na moją szeroko
otwartą buzię, a na jego ustach z miejsca pojawił się uśmiech.
- Zmęczona? - uniósł brew.
Ze wszystkich sił zdusiłam ziewnięcie i jak zwykle oblałam się
rumieńcem. Nie spodziewałam się jego odwiedzin. Na pewno nie tak szybko.
Oczywiście musiał mnie zastać w obciachowym domowym wydaniu, czyli w getrach i luźnej koszulce oraz z włosami spiętymi w niedbały kok na
czubku głowy. To jednak nie powstrzymało nagłego wybuchu radości, który
rozgrzał mnie, kiedy tylko nasze spojrzenia się spotkały.
- Już nie - odpowiedziałam i wpuściłam gościa do środka.
Obserwowałam, jak ściąga buty, i próbowałam powstrzymać się przed
wypowiedzeniem jednej z moich myśli na głos. Czemu zrobiłam się ostatnio
taka podejrzliwa?
- Coś się stało? - zapytałam niepewnie.
- Nie - odparł. - A coś się miało stać? - wyprostował się i wlepił we
mnie wzrok.
Z miejsca się speszyłam. Objęłam się ramionami i przygryzłam wargę.
- Nie, nie - zaprzeczyłam od razu. - Po prostu... myślałam, że nie lubisz
za często się spotykać.
Miałam tylko ogromną nadzieję, że nie zrozumie moich słów na opak. Ja
naprawdę cieszyłam się na jego widok. Co mogłam na to poradzić, że
przyzwyczaił mnie do czegoś innego?
Na szczęście odnalazłam w oczach Nathaniela zrozumienie.
- To prawda - rzekł i uśmiechnął się. - Ale tylko jeśli chodzi o innych.
Co do ciebie... mój dystans był wymuszany.
Omiótł spojrzeniem mój strój, a potem znów spojrzał w moje oczy. Sposób,
w jaki to zrobił... Zrobiło mi się gorąco, a po plecach przeszedł dreszcz.
Nawet mnie nie dotknął, a już potrafił sterować moim ciałem. Co to za
magia?
Nie chciałam w tak jawny sposób dawać mu do zrozumienia, że działał na
mnie jak zapalnik, więc postanowiłam zmienić kierunek rozmowy. Wyminęłam
chłopaka, którego ciepło zbyt intensywnie mnie przyciągało, i stanęłam w wejściu do kuchni.
- Dobrze, że wpadłeś - oznajmiłam, znikając mu z oczu za ścianą. -
Zamierzam zabrać cię na przesłuchanie. Od rana to planuję - mówiłam,
wstawiając czajnik z wodą.
- Wpadłem jak śliwka w kompot - usłyszałam za plecami.
Obejrzałam się przez ramię. Nathaniel opierał się o framugę drzwi i zerkał na mnie ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Zwróciłam się z powrotem w stronę szafki, z której wyciągnęłam dwie szklanki.
- Oj, tak - kiwnęłam głową, nadając powagi moim słowom. - Tym razem będę
bardziej dociekliwa. Kawę czy herbatę?
Już chciałam się odwrócić, kiedy poczułam na szyi ciepły oddech.
Zamarłam.
- Nie obiecuj - cichy pomruk rozbrzmiał tuż przy moim uchu. - Bo może
się okazać... - gorące dłonie spoczęły na moich biodrach i powoli zaczęły
sunąć w górę. - Że ja będę bardziej... - palce zacisnęły się na mojej
talii, a mnie zakręciło się w głowie z nadmiaru wrażeń - ...dociekliwy.
- Skoro tak... - podjęłam jego grę i oparłam tył głowy na jego ramieniu. -
Na pewno nie umknęło ci, że się ze mną nie przywitałeś... - sama nie
wierzyłam w swoją śmiałość.
Poczułam na szyi delikatne muśnięcie, a moje zmysły zapłonęły. Czy każdy
chłopak to potrafił, czy tylko ten jeden wiedział, jak wyczyniać takie
cuda?
- Właśnie to robię - szepnął, a potem stanowczym ruchem odwrócił mnie
przodem do siebie i z niesamowitą łatwością posadził na blacie, w efekcie przewracając jeszcze puste kubki.
Zdążyłam zauważyć, jak uśmiecha się pod nosem, zanim zbliżył się i złączył swoje usta z moimi. Mimowolnie zamknęłam oczy i ułożyłam dłonie
na jego karku. Chociaż całkowicie nie znałam go od tej strony, nie
zamierzałam narzekać.
Ktoś inny mógłby uznać, że Nathaniel pozwalał sobie na zbyt wiele,
jednak ja... Chciałam tego. Nigdy nie byłam z nikim na tyle blisko, nigdy
nie pozwoliłam na więcej niż serdeczne przytulenie, tymczasem...
Potrzebowałam tej bliskości. I psychicznej, i fizycznej. Moje ciało
wybudzone odpowiednią iskrą wprost prosiło się o dotyk. Nieważne czy ten
czuły, czy też bardziej intymny. Zrozumiałam to w momencie, kiedy omal
nie spadłam z drabiny. Od tamtej pory mój zaniedbany w tej sferze
organizm wręcz domagał się bycia z kimś na tyle blisko, by poczuć bicie
drugiego serca. Nie byle jakiego. Chciałam smakować tylko tych jednych
warg, czuć ciepło tylko tych gorących dłoni, zatracać się w tych
wyjątkowych oczach...
Nawet nie wiedziałam, kiedy objęłam nogami tułów chłopaka, przyciskając
go bardziej do siebie. Jego ręce wsunęły się pod moją koszulkę i dotknęły nagiej skóry pleców. Westchnęłam cicho, a w uszach aż szumiało
mi z podniecenia.
Nagle Nathaniel z wielkim ociąganiem odsunął się ode mnie. Jego
spojrzenie było zamglone, patrzył na mnie... nie, to złe słowo, pożerał
mnie wzrokiem. Nie był już taki pewny siebie i zadziorny jak przed
kilkoma minutami.
- Nie rób tak... - wydyszał, przecierając twarz rękawem.
Pisk w moich uszach robił się coraz bardziej natarczywy i głośny.
Dopiero po kilku sekundach zorientowałam się, że od dłuższej chwili
czajnik znajdował się na granicy eksplozji. Czyli bardzo podobnie do
mnie.
Zeskoczyłam z blatu i, nie odwracając wzroku od oczu chłopaka, jednym
kliknięciem wyłączyłam płytę indukcyjną. Zapadła cisza.
- Jak? - zapytałam cicho.
Zrobiłam coś nie tak? Odstraszyłam go? Moja wcześniejsza euforia powoli
mieszała się z lękiem.
Nathaniel starał się uspokoić przyspieszony oddech. Widziałam, jak
przełknął z trudem ślinę, zanim zdobył się na odpowiedź.
- Wzdychasz... - mruknął. - Zrób to jeszcze raz i, słowo daję, nie
powstrzymam się...
Poczułam się dziwnie. Jednocześnie zadowolona z faktu, że nie tylko ja
reagowałam w ten sposób na jego bliskość, ale również... rozbawiona. Moje
usta poszerzyły się w uśmiechu, aż wreszcie zaczęłam cicho chichotać.
- Z czego się śmiejesz? - zapytał oburzony.
- Twierdzisz, że czajnik uratował moją godność? - uniosłam brwi, śmiejąc
się coraz bardziej.
Wyraz jego twarzy złagodniał w powiększającym się uśmiechu. Wkrótce nasz
śmiech wygonił z kuchni tę napiętą i wyjątkowo gorącą atmosferę.
- Wiesz co? Lepiej poczekam na schodach, nie chcę kusić losu -
stwierdził, kiedy zdołał się opanować.
Odwrócił się i skierował w stronę wyjścia.
- To co do picia? - zapytałam za nim, a w moim głosie wciąż słychać było
rozbawienie.
- Kawę - rzucił przez ramię i zniknął za framugą drzwi.
- Mocną i bez mleka? - spytałam bezwiednie i sięgnęłam po przewrócone
kubki.
- Najlepiej - padła odpowiedź.
Dopiero gdy wsypywałam zmielone ziarna do szklanki, moja ręka zamarła w powietrzu. Skąd wiedziałam, co zaproponować? Skąd wiedziałam, że w takim
wydaniu lubił ten napój najbardziej? Oblicze Bastiana znikąd pojawiło
się w moich myślach. Co jeszcze, prócz klątwy, genów i ulubionej kawy,
mieli wspólnego?
- Witaj w moich skromnych progach.
Otworzyłam drzwi i weszłam wraz z Nathanielem do mojego pokoju. Chyba
nie miałam się czego wstydzić. W średniej wielkości pomieszczeniu o kremowych ścianach dominował mało dziewczęcy kolor - ciemny niebieski.
Miałam do niego słabość, toteż zarówno pościel, obicie krzesła, mały
dywan na drewnianej podłodze, jak i różne dekoracje miały właśnie tę
barwę.
Z kubkiem ciepłej herbaty w dłoniach przysiadłam na dosuniętym do ściany
łóżku, pozostawiając jedyne w pokoju krzesło dla Nathaniela. On jednak
zainteresował się wysokim po sufit regałem umiejscowionym obok wejścia
do łazienki. Omiótł spojrzeniem grzbiety książek i pokiwał głową z uznaniem.
- Kryminały?
- Jako dziecko chciałam zostać policjantką - wyznałam, uśmiechając się
ze wstydem. - Najwidoczniej coś mi zostało z tamtych lat.
- Wytrwałości i ślepego uporu nie można ci odmówić - skomentował i posłał mi rozbawione spojrzenie. - A teraz? Czym chcesz się zająć po
szkole?
Podszedł bliżej biurka chwilowo zawalonego masą podręczników, notatek i kserówek. Jego uwagę przykuła półka zawieszona nad blatem. Widziałam, że
szczególnie zainteresował się postawionymi tam ramkami.
- Teraz... sama nie wiem - wzruszyłam ramionami. - Mama bardzo by chciała,
żebym poszła na prawo, ale chyba średnio się tam nadaję... - westchnęłam.
- Mam jeszcze ponad rok na podjęcie decyzji, to masa czasu.
Nathaniel nie potrafił oderwać wzroku od fotografii. Wziął w dłonie
jedną z nich i uśmiechnął się ciepło.
- Opowiedz mi o tych zdjęciach - poprosił i spojrzał na mnie.
Wstałam i podeszłam bliżej. Kiedy ujrzałam, którą fotkę trzymał w ręku,
sama również mimowolnie się uśmiechnęłam. Kadr, a w nim mała Sarah
(której włosy były wówczas koloru słomy) i ja, w jaskrawych strojach
kąpielowych, obejmowałyśmy się, a nasze roześmiane buzie były umazane
lodami, które każda z nas trzymała w wolnej dłoni.
- To tutaj ma chyba dziesięć lat - zaśmiałam się. - Rodzice Rudej jak co
roku zabrali mnie nad ocean. Jej bracia zawsze zastawiali na nas te same
pułapki, a my za każdym razem dawałyśmy się nabrać. Wykopywali wielkie
dziury i przykrywali je naszymi ręcznikami.
Nathaniel roześmiał się cicho, odłożył ramkę i sięgnął po następną. Tym
razem patrzyliśmy na jeszcze mniejszą mnie, uczesaną w zgrabny warkocz i trzymającą za rękę nieśmiałego chłopca o dużych zielonych oczach.
Uśmiechałam się szeroko, w przeciwieństwie do mojego towarzysza.
- A to zdjęcie z przedszkola. Alex i ja byliśmy wtedy nierozłączni -
powiedziałam z nostalgią w głosie. - Właściwie... byłam dla niego czymś w rodzaju opiekunki. Dzieci gnębiły go, bo znał tylko kilka słów.
Mina Nathaniela spoważniała, ściągnął też gniewnie brwi. Chyba nie
odpowiadał mu temat.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki