Ten drugi ty tom 1 - Martyna Stawiszyńska

Kup ebooka

34.99 zł
29.48 zł (29,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Wie­rzy­cie w zabo­bony? Horo­skopy, prze­po­wied­nie z chiń­skich cia­ste­czek, czarne koty? Oso­bi­ście ni­gdy nie dawa­łam wiary takim rze­czom. Zawsze twardo stą­pa­łam po ziemi i wie­dzia­łam, że pią­tek trzy­na­stego jest takim samym dniem jak każdy inny, czte­ro­listna koni­czyna to po pro­stu gene­tyczny przy­pa­dek, a komi­nia­rze to naj­zwy­klejsi, ciężko pra­cu­jący ludzie.

Cóż, nie wspo­mi­na­ła­bym o tym, gdyby moje prze­ko­na­nia nie zostały pod­dane ostrej wery­fi­ka­cji. Nad Hope nad­cią­gały czarne chmury i już nic nie miało pozo­stać takie samo.

Zaczęło się nie­win­nie - od snów. Zwy­kle wcale ich nie pamię­ta­łam, rzą­dził w nich chaos. Jed­nak ta noc, pierw­sza przed nad­cią­ga­jącą falą zmian, była inna.

Dziwny nie­po­kój towa­rzy­szył mi przez cały wie­czór i nie odpu­ścił nawet po zapad­nię­ciu zmroku. Spa­łam, ale w mojej gło­wie roz­gry­wały się coraz wyraź­niej­sze sceny. Niczym niemy film, klatka po klatce zadzi­wiały wyra­zi­sto­ścią i szcząt­kami sensu.

Obu­dzi­łam się tuż po świ­cie. Po całej nocy wier­ce­nia się byłam wykoń­czona. Ledwo sto­czy­łam się z łóżka i otwo­rzy­łam na oścież okno. Zimne powie­trze owiało gołe kostki, przy­no­sząc mi tak potrzebną dawkę orzeź­wie­nia. Powlo­kłam się do łazienki.

Mój Boże. W lustrze zoba­czy­łam obraz nędzy i roz­pa­czy. Pod oczami wykwi­tły cie­nie, a twarz przez noc zgu­biła zwy­kły rumiany kolor. Wzię­łam prysz­nic, a gdy suszy­łam włosy, dotarł do mnie zagłu­szony przez drzwi głos mamy.

- Lili, po co tak wcze­śnie wsta­łaś? Roz­po­czę­cie roku masz dopiero o dzie­wią­tej!

- Jakoś nie mogłam spać! - zawo­ła­łam, by prze­bić się przez hałas suszarki.

Roz­cze­sa­łam włosy i pozwo­li­łam im opaść swo­bod­nie na plecy. Kole­żanki zawsze podej­rze­wały, że ich kasz­ta­nowy odcień zawdzię­czam far­bie, był on jed­nak w pełni natu­ralny.

Spró­bo­wa­łam jesz­cze zatu­szo­wać czymś cie­nie pod oczami, ale moje wysiłki na nie­wiele się zdały. Koniec koń­ców wró­ci­łam do pokoju i zało­ży­łam wcze­śniej przy­go­to­wany wyj­ściowy strój.

Wystro­jona zeszłam na dół, do kuchni. W całym domu było cicho jak makiem zasiał; mama z pew­no­ścią wciąż szy­ko­wała się w swo­jej łazience. Zro­bi­łam sobie kanapkę, po czym umo­ści­łam się na sofie w salo­nie i włą­czy­łam tele­wi­zor.

- Wczo­raj poże­gna­nie waka­cji, dzi­siaj powi­ta­nie szkoły. Kana­dyj­ska mło­dzież wraca do nauki - dzien­ni­karka chciała kon­ty­nu­ować, ale prze­rwa­łam jej wci­śnię­ciem guzika na pilo­cie.

Prze­łą­czy­łam na kre­skówki, żeby się tro­chę odprę­żyć. Gdy koń­czy­łam jeść, na par­ter zeszła mama. Zer­k­nęła na ekran, poki­wała głową i się uśmiech­nęła.

- Z tego chyba ni­gdy nie wyro­śniesz, co? - rzu­ciła, zni­ka­jąc w kuchni.

Wyłą­czy­łam tele­wi­zor i dołą­czy­łam do niej. W ocze­ki­wa­niu na grzanki nale­wała kawę do dwóch kub­ków.

- Ta druga jest dla mnie?

- Mhm. Nie wyglą­dasz na wyspaną - zauwa­żyła traf­nie. - Ale to pew­nie wina pełni.

Zmarsz­czy­łam brwi i spoj­rza­łam na nią.

- Nie mów mi, że też wie­rzysz w te zabo­bony - rzu­ci­łam nie­mal roz­cza­ro­wana tym, że moja mama opo­wiada takie bred­nie.

- Jakie zabo­bony? - zaśmiała się, sma­ru­jąc grzankę dże­mem. - To naukowo udo­wod­nione. Peł­nia działa nie­ko­rzyst­nie na wielu ludzi. Nie mogą wtedy spać, mają dziwne sny. Chyba i tobie się to dzi­siaj przy­tra­fiło, hm? - spy­tała i podała mi kubek.

Dola­łam do kawy mleka i dosy­pa­łam cukru. W innej postaci bym jej nie prze­łknęła.

- Gadasz jak nauczy­cielka - stwier­dzi­łam z uśmie­chem.

Upi­łam mały łyk, który natych­miast roz­grzał mi prze­łyk.

- Doprawdy? - kąciki jej ust rów­nież deli­kat­nie się unio­sły.

Wła­śnie taką lubi­łam ją naj­bar­dziej. Wiele razy musia­łam oglą­dać w jej oczach skry­wany smu­tek, kiedy zaj­mo­wała się obo­wiąz­kami domo­wymi. Dokład­nie wie­dzia­łam, co - a raczej kto - jest jego powo­dem.

Mój tato, nie­ule­czalny pra­co­ho­lik, posta­wił sobie za cel zapew­nie­nie nam dostat­niego życia i chciał, by ni­gdy niczego nam nie bra­ko­wało. Jed­nak nie ma nic za darmo. Aby tego doko­nać, zni­kał na dłu­gie tygo­dnie i objeż­dżał kon­ty­nent w nie­koń­czą­cych się spo­tka­niach biz­ne­so­wych. Nawet gdy wra­cał, był wiecz­nie pochło­nięty pracą, więc nie mia­ły­śmy zbyt wiele czasu, żeby się nim nacie­szyć.

Mama bar­dzo go kochała, bez żad­nego ale. Chyba dla­tego tęsk­nota powoli zabi­jała w niej radość. Miała oczy­wi­ście pocie­chę ze mnie. Wystar­czyło, że na mnie spoj­rzała, a już widziała ojca. Byłam nie­mal dokładną kopią taty. Jedy­nie kolor oczu odzie­dzi­czy­łam po mamie.

- O, trzeba się zbie­rać. Muszę być na miej­scu wcze­śniej niż ty - prędko wło­żyła kubki i tale­rzyki do zmy­warki, zało­żyła zabłą­kany blond kosmyk za ucho i ruszyła w kie­runku drzwi.

Ostatni raz spoj­rza­łam w lustro i poszłam za nią. Zdą­żyła już wsiąść do samo­chodu i wyje­chać z garażu. Nie zwle­ka­jąc, wsko­czy­łam na sie­dze­nie pasa­żera, po czym wyru­szy­ły­śmy, a mała brama wjaz­dowa auto­ma­tycz­nie się za nami zamknęła.

Po dzie­się­ciu minu­tach ostroż­nej jazdy wresz­cie dotar­ły­śmy do miej­sco­wego liceum. Mama zapar­ko­wała na miej­scu dla per­so­nelu. Nie - nie zła­mała prawa. Tak - uczyła w mojej szkole. Razem weszły­śmy do cegla­nego budynku i tam nasze drogi się roze­szły.

- Dzień dobry, pani Howard! - zawo­łała zza zakrętu rudo­włosa dziew­czyna.

- Witaj, Sarah - odpo­wie­działa moja mama pospiesz­nie, po czym znik­nęła za drzwiami gabi­netu peda­go­gicz­nego.

Ruda spoj­rzała na mnie i uśmiech­nęła się sze­roko, uka­zu­jąc rzą­dek bia­łych zębów. Jak zwy­kle mocno pod­kre­śliła brą­zowe oczy, a ogień na jej gło­wie był jesz­cze bar­dziej pło­mienny niż zwy­kle. Niż­sza, śliczna i mod­nie ubrana, sta­no­wiła książ­kowy przy­kład łamaczki serc.

- Sie­masz, Lili! - rzu­ciła się na mnie, co spo­wo­do­wało, że nie­mal zgię­łam się wpół.

Sarah ni­gdy nie miała pro­ble­mów z oka­zy­wa­niem uczuć. Zwłasz­cza w sto­sunku do mnie.

- Wylu­zuj, nie widzia­ły­śmy się rap­tem przez tydzień - oswo­bo­dzi­łam się z uści­sku i uśmiech­nę­łam na widok przy­ja­ciółki. Tęsk­ni­łam za nią. - Jak tam wycieczka do Nowego Jorku? A tak w ogóle... znowu far­bo­wa­łaś włosy?

Wspól­nie ruszy­ły­śmy kory­ta­rzem, kie­ru­jąc się w stronę sali gim­na­stycz­nej, gdzie miał się odbyć apel roz­po­czy­na­jący rok szkolny. Hol był pra­wie pusty; ucznio­wie dopiero zaczęli się zjeż­dżać.

- W NY nudy, rodzince zebrało się na zwie­dza­nie - wzru­szyła ramio­nami. - Wczo­raj na szyb­kiego musia­łam się tro­chę odświe­żyć - wska­zała na wysoko upięte rude włosy. - Faj­nie wyszły, co nie? - spoj­rzała mi z rado­ścią w oczy i coś nagle przy­kuło jej uwagę. - Chyba się dziś nie wyspa­łaś, co?

- Aż tak to po mnie widać? - zała­ma­łam ręce w geście bez­sil­no­ści. - Przez całą noc się wier­ci­łam, śniły mi się różne dziwne sceny, zresztą... nie­ważne - ucię­łam, wie­dząc, co mnie czeka.

- No już, opo­wia­daj. Zaraz ci wszystko wyja­śnię. Rzadko kiedy pamię­tasz cokol­wiek ze swo­ich snów, więc wyjąt­kowo mogła­byś podzie­lić się nimi z przy­ja­ciółką - naci­skała, coraz bar­dziej pod­eks­cy­to­wana.

- Szcze­rze mówiąc, nie pamię­tam za wiele... - spoj­rzała na mnie tak, że zre­zy­gno­wa­łam z wykrę­ca­nia się. Wes­tchnę­łam. - Dobra, dobra. Wszystko działo się za dnia w gęstym lesie. Ucie­ka­łam przed jaki­miś zwie­rzę­tami. Jedno przy­po­mi­nało ogrom­nego wilka, a dru­gie psa. Dużego. Chyba labra­dora.

- Zła­pały cię? - zapy­tała, prze­su­wa­jąc gorącz­kowo pal­cem po ekra­nie tele­fonu.

- Nie... chyba nie.

Zamy­śli­łam się. Czy powin­nam dodać, że tuż przed wybu­dze­niem zoba­czy­łam w lesie zakap­tu­rzo­nego chło­paka bez twa­rzy?

- Cóż - zaczęła tonem eks­pertki - sny pod­czas pełni są wyjąt­kowe. Odno­szą się do naszego życia i do tego, co ma nas wkrótce spo­tkać.

- Wiesz, że nie wie­rzę w takie bujdy, prawda?

- Daj mi skoń­czyć - ucięła, naprawdę prze­jęta. - Twój sen to jedno wiel­kie ostrze­że­nie! Las sym­bo­li­zuje nad­cho­dzący mętlik w gło­wie, coś nie będzie dawało ci spo­koju, poczu­jesz się zagu­biona. Wilk prze­strzega przed kimś, z kim się zada­jesz lub będziesz zada­wać. Pies w snach rów­nież jest alar­mu­jący. Jakiej był maści?

- Czarny.

- Zdrada - zakoń­czyła. Gdy jed­nak na mnie spoj­rzała, pokle­pała mnie po ramie­niu i dodała ostroż­nie: - Musisz być po pro­stu czuj­niej­sza niż zwy­kle.

Pokrę­ci­łam głową. Prze­cież to jakieś wariac­two! Co mają sny do praw­dzi­wego życia?! To tylko wytwór zmę­czo­nej całym dniem wyobraźni, nic wię­cej.

- To pew­nie stres spo­wo­do­wany szkołą, nic wiel­kiego - burk­nę­łam, kiedy wresz­cie zna­la­zły­śmy się w sali gim­na­stycz­nej.

Ku naszemu zdzi­wie­niu spora część uczniów była już na miej­scu. Musia­ły­śmy iść tu naprawdę wolno.

- Zoba­czysz, kie­dyś przy­znasz mi rację - szep­nęła Sarah, kiedy dołą­czy­ły­śmy do naszej klasy.

- Cześć wszyst­kim - przy­wi­ta­łam się nieco przy­ga­szona.

Kole­dzy i kole­żanki odpo­wie­dzieli z tro­chę więk­szym entu­zja­zmem. Nie obyło się bez pytań o nie­wy­spa­nie, ale wszy­scy cie­szy­li­śmy się swoim towa­rzy­stwem. Wkrótce dołą­czył do nas Alex, gospo­darz klasy. Wysoki, zie­lo­no­oki blon­dyn, który chyba jako jedyny z kla­so­wych chło­pa­ków nie kochał się skry­cie w Rudej. Przy­sta­nął obok mnie i uśmiech­nął się na przy­wi­ta­nie.

- Słu­chaj­cie, ludzie, mam nowinę - oznaj­mił i wycią­gnął z kie­szeni pomiętą kar­teczkę. - Przy­dzie­lili nam nową osobę. Raz kiblo­wał, więc jest star­szy. Nazywa się... moment... - Zmru­żył oczy, pró­bu­jąc odczy­tać nazwi­sko. - Selva? Tak, Selva. Ktoś go może koja­rzy?

Wszy­scy zaczęli się po sobie roz­glą­dać, ale nikt nie sły­szał wcze­śniej tego nazwi­ska. Zer­k­nę­łam na Sarah, która wyglą­dała na rów­nie zdzi­wioną jak pozo­stali.

- No nic. Skoro jest z nami w kla­sie, powi­nien się tu nie­długo poja­wić - Alex wzru­szył ramio­nami.

Nic takiego się jed­nak nie wyda­rzyło. Apel trwał godzinę i przez ten czas nikt nowy nie dołą­czył do naszej grupy. Wynu­dzeni i zmę­czeni sta­niem ruszy­li­śmy tłum­nie w kie­runku wyj­ścia, by udać się do przy­dzie­lo­nej sali lek­cyj­nej.

Nauczy­ciel angiel­skiego, który był rów­nież naszym wycho­wawcą, roz­dał każ­demu plik nowych pla­nów lek­cji. Na koniec sta­nął przy tablicy i uważ­nie zlu­stro­wał nas spoj­rze­niem. Prze­tarł dło­nią gęste wąsy i wes­tchnął.

- Selva jed­nak się nie poja­wił? - zapy­tał, nie kry­jąc roz­cza­ro­wa­nia.

Chwilę ciszy prze­rwało chrząk­nię­cie Alexa.

- Panie pro­fe­so­rze, prze­pra­szam, że pytam, ale kim on wła­ści­wie jest? Nikt z nas go nie koja­rzy, a prze­cież nasza szkoła nie należy do naj­więk­szych... - blon­dyn zawsze z nale­ży­tym sza­cun­kiem odzy­wał się do kadry peda­go­gicz­nej.

- Macie prawo go nie znać. Przez ostatni rok ani razu nie poja­wił się w szkole. Skoń­czył pierw­szą klasę i tyle go widzieli - pan New­mann wyda­wał się prze­jęty. - No ale koniec tematu. To nasza sprawa, nauczy­cieli. Wy nie zaprzą­taj­cie sobie tym głów. Widzimy się jutro z samego rana - po tych sło­wach wyszedł pospiesz­nie z klasy.

Zer­k­nę­łam na Rudą, a ona natych­miast odwza­jem­niła spoj­rze­nie. Obie wie­dzia­ły­śmy, że coś tu śmier­dzi. Pro­fe­sor New­mann coś przed nami ukry­wał...

Dla­czego od razu pomy­śla­łam o tajem­ni­czym chło­paku ze snu?

Dni mijały, łącząc się w tygo­dnie, aż w końcu nad­szedł paź­dzier­nik. Jesień pełną parą wkro­czyła do Hope, choć nie­wielu się z niej cie­szyło. W szkole od samego początku zawa­lili nas nauką, więc nie mie­li­śmy za dużo wol­nego czasu po zaję­ciach. Za każ­dym razem, gdy mama koń­czyła póź­niej ode mnie, Alex ofe­ro­wał pomoc i odwo­ził mnie do domu. Wie­dzia­łam, co się święci, ale nie chcia­łam dopu­ścić do sie­bie tej myśli. Być może inter­pre­ta­cja Sarah na temat moich snów wzbu­dzała we mnie pod­świa­domą obawę?

W pierw­szy pią­tek mie­siąca wraz z przy­ja­ciółką zaj­mo­wa­ły­śmy się pro­jek­tem na bio­lo­gię, który oka­zał się naprawdę cza­so­chłonny. Wie­czo­rem wró­ci­łam do domu naprawdę pad­nięta i marzy­łam jedy­nie o łóżku. W salo­nie zasta­łam mamę pochy­loną nad stertą kar­tek. Oku­lary zsu­nęły się jej na sam czu­bek nosa. Zauwa­żyła mnie, dopiero kiedy usia­dłam w fotelu obok.

- O, cześć, Lili - przy­wi­tała się ze znu­żo­nym uśmie­chem.

- Spraw­dzasz kart­kówki? - zapy­ta­łam i mimo zmę­cze­nia zapro­po­no­wa­łam: - Pomóc ci?

Mama oddzie­liła kilka kar­tek i podała mi je wraz z czer­wo­nym dłu­go­pi­sem. Ufała mojej wie­dzy, bo sama mnie wszyst­kiego nauczyła. Anne Howard była nauczy­cielką histo­rii, a ja odzie­dzi­czy­łam po niej zain­te­re­so­wa­nie tą dzie­dziną. Histo­rię, któ­rej uczyli w szko­łach, mia­łam w małym palcu, więc spraw­dza­nie kart­kó­wek trze­cio­kla­si­stów nie sta­no­wiło dla mnie wyzwa­nia.

W mil­cze­niu sta­wia­ły­śmy co jakiś czas ptaszki lub krzy­żyki na kart­kach. Wtedy nagle coś mi się przy­po­mniało.

- Mamo? - unio­słam głowę znad kart­kó­wek. - Dwa lata temu... Uczy­łaś może kogoś o nazwi­sku Selva?

W ciągu ostat­nich tygo­dni chło­pak bez twa­rzy regu­lar­nie nawie­dzał mnie w snach. Dla­czego aku­rat teraz, kiedy nowy uczeń znik­nął bez śladu?

Mama ode­rwała się od testów i spoj­rzała na mnie zasko­czona. Zamru­gała kilka razy, jakby zasta­na­wiała się, co odpo­wie­dzieć. W końcu wes­tchnęła.

- Tak, uczy­łam go - rzu­ciła zdaw­kowo.

- Zapewne wiesz, że nie zdał i przy­dzie­lili go do mojej klasy...

- Tak, wiem - powró­ciła do wcze­śniej­szego zaję­cia, jakby chciała unik­nąć tego tematu.

To było nieme "nie drąż, dziecko". Nabur­mu­szy­łam się. Dla­czego nauczy­ciele tak nie­chęt­nie o nim mówią? Jeśli wła­sna matka nie chce podzie­lić się ze mną infor­ma­cjami o tym tajem­ni­czym chło­paku, to inny doro­sły tym bar­dziej tego nie zrobi.

- Na pewno wiesz, co się z nim dzieje. Dla­czego jesz­cze ani razu się...

- Dosyć - prze­rwała mi za ostrym jak na nią tonem. - Nie będę roz­ma­wiać na temat tego chłopca.

Spoj­rza­łam na nią uważ­nie. Od zawsze pocią­gała mnie pogoń za nie­zna­nym. Uwiel­bia­łam roz­wią­zy­wać zagadki. A te naj­trud­niej­sze nale­żały do moich ulu­bio­nych.

Wku­rzona pod­nio­słam się z fotela i bez słowa poszłam do swo­jego pokoju, gdzie po szyb­kim prysz­nicu w końcu zna­la­złam się w łóżku. Zanim zasnę­łam, wystu­ka­łam jesz­cze na ekra­nie tele­fonu małą prośbę, którą wysła­łam do Sarah.

Następ­nego dnia budzik wyrwał mnie z łóżka chwilę po dzie­wią­tej. Poszłam na dół, gdzie zasta­łam mamę, która w szla­froku robiła sobie kawę.

- Dokąd się tak spie­szysz, Lili?

- Umó­wi­łam się z Sarah - odpo­wie­dzia­łam krótko, nawet na nią nie patrząc.

Narzu­ci­łam na sie­bie kurtkę i wyszłam na zewnątrz. Świe­ciło słońce, a powie­trze było zimne i przy­jem­nie świeże. Mia­łam jesz­cze tro­chę czasu, więc wol­nym kro­kiem poko­na­łam cały dystans, co chwila spo­ty­ka­jąc kogoś zna­jo­mego.

Kiedy dotar­łam na miej­sce, Sarah sie­działa na ławce. W dłoni trzy­mała duże jabłko, które naj­praw­do­po­dob­niej było jej śnia­da­niem. Przy­wi­ta­łam się i usia­dłam obok.

- I co? Pyta­łaś?

Ziew­nęła prze­cią­gle i wgry­zła się w owoc.

- Naprawdę nie wiem, po co ci te infor­ma­cje... - wes­tchnęła, mie­ląc w ustach jabłko. - Jimmy nie cho­dził z nim do klasy...

Jimmy to o rok star­szy brat Sarah, który we wrze­śniu zaczął naukę w trze­ciej kla­sie.

- Roz­po­czy­nał szkołę równo z Selvą, więc sądzi­łam, że może się znają... - wzru­szy­łam ramio­nami.

- ...ale mówił, że koja­rzy gościa - dokoń­czyła po chwili.

Nie zwra­ca­łam uwagi na jej nie naj­lep­szy humor. Była zła, że zawra­cam jej gitarę takimi pier­do­łami, zwłasz­cza o tej porze. Wpa­try­wa­łam się w nią w ocze­ki­wa­niu.

- Zamiesz­kał w Hope krótko przed roz­po­czę­ciem szkoły i przez jakiś czas był jej atrak­cją. Wiesz, jak to jest, nowi zawsze mają prze­srane - Sarah nie prze­bie­rała w sło­wach.

- Co chcesz przez to powie­dzieć? Wyży­wali się na nim?

- Pró­bo­wali.

- Jak to?

- Nauczy­ciele cią­gle mieli go na oku i nie pozwa­lali na żadne wybryki. Chro­nili go - zamach­nęła się i wrzu­ciła ogry­zek wprost do śmiet­nika sto­ją­cego po dru­giej stro­nie alejki.

- A on? Jaki był?

- Jimmy pamięta jedy­nie, że Selva trzy­mał się na ubo­czu. Gdy spo­ty­kali go w holu czy sto­łówce... zawsze był sam - spoj­rzała na mnie wymow­nie brą­zo­wymi oczami w ocze­ki­wa­niu na reak­cję.

Przez dłuż­szą chwilę mil­cza­łam, ukła­da­jąc sobie wszystko w gło­wie. Nie mia­łam poję­cia, dla­czego ten chło­pak tak mnie zaj­muje. Wie­dzia­łam jed­nak, że nie odpusz­czę, dopóki nie dowiem się o nim wszyst­kiego.

- Nie uwa­żasz, że to tro­chę podej­rzane? - zaczę­łam cicho, wpa­tru­jąc się w swoje dło­nie. - W inter­ne­cie też próżno go szu­kać...

- Co jest podej­rzane? - zapy­tała ostrym tonem. - Lili, daj spo­kój. Koleś był aspo­łeczny, a potem olał szkołę na dobre. Ot, cała histo­ria - dla niej wszystko było albo czarne, albo białe.

- Moja mama go uczyła, a nawet słowa nie chciała zdra­dzić na jego temat - rzu­ci­łam, prze­no­sząc na nią wzrok. - Pozwala mi spraw­dzać kart­kówki trze­cio­kla­si­stów, ale ten chło­pak sta­nowi temat tabu!

- Nie wiem... może obo­wią­zuje ich tajem­nica nauczy­ciel­ska? Wiesz, jak leka­rzy i księży.

- Mam pomysł - zawo­ła­łam z bojo­wym nasta­wie­niem. - Selva musiał być wcze­śniej w kla­sie przy­rod­ni­czej, takiej jak nasza. Odnaj­dziemy w szkole grupę, do któ­rej nale­żał, i zro­bimy mały wywiad.

- Chcesz wypy­ty­wać trze­cio­kla­si­stów o jakie­goś nie­udacz­nika w gru­bych oku­la­rach i wymię­tym swe­trze?

- Tak wygląda? - unio­słam brew.

- Nie wiem, tak go sobie wyobra­żam.

- Słu­chaj, nie chcesz, to nie poma­gaj. Sama mogę się tym zająć. Choć przy­da­łoby mi się małe wspar­cie... - spoj­rza­łam na nią bła­gal­nie.

Wes­tchnęła ciężko, po czym pokrę­ciła głową.

- Skoro tak ci na tym zależy... Dobra, pomogę.

Z rado­ści mocno ją przy­tu­li­łam.

- Jesteś kochana! - pisnę­łam.

- No już, już, odklej się - ode­pchnęła mnie deli­kat­nie. Naj­wi­docz­niej wciąż była w kiep­skim nastroju. - Posłu­chaj mnie uważ­nie. Nasze śledz­two roz­pocz­niemy w innym miej­scu.

Odsu­nę­łam się i spoj­rza­łam na nią z zacie­ka­wie­niem.

- W jakim?

- U źró­dła. Chyba musi gdzieś miesz­kać, prawda? - ten pomysł był tak oczy­wi­sty, że aż zro­biło mi się wstyd, że sama na niego nie wpa­dłam.

- Potrzebny będzie adres... - jej wymowne spoj­rze­nie od razu nasu­nęło mi odpo­wiedź. - Kar­to­teki szkolne!

Ruda cicho się zaśmiała.

- Nie pamię­tam, kiedy ostatni raz byłaś taka chętna, by łamać szkolne prze­pisy - stwier­dziła z roz­ba­wie­niem.

- Czuję, że za histo­rią tego chło­paka kryje się coś wię­cej niż zwy­kła nie­chęć do szkoły. - Nie zdo­ła­łam ukryć pod­eks­cy­to­wa­nia.

- Ni­gdy nie dajesz za wygraną, co nie? - jej dobry humor znów się ulot­nił, a zastą­piła go zaduma. - Lepiej bądź ostrożna... Pamię­tasz jesz­cze swój sen?

- Daj spo­kój, co może być złego w docie­ka­niu prawdy? Nikt mi za to krzywdy nie zrobi - pogar­dli­wie wzru­szy­łam ramio­nami.

Och, jak sza­le­nie się wtedy myli­łam. Jesz­cze o tym nie wie­dzia­łam, ale decy­zje pod­jęte tego dnia miały mieć ogromny wpływ na moje życie...

Rozdział 2

W week­end, zamknięta w pokoju, sta­ra­łam się sku­pić na nauce, jed­nak pod­eks­cy­to­wa­nie śledz­twem w spra­wie tajem­ni­czego chło­paka nie pozwa­lało mi myśleć o niczym innym.

Mama co jakiś czas przy­cho­dziła do mnie to z cie­płym kakao, to z kanap­kami i pró­bo­wała zaga­dy­wać. Wciąż jed­nak mia­łam do niej żal. Zawsze były­śmy jak przy­ja­ciółki, mówi­ły­śmy sobie o wszyst­kim. Jej mil­cze­nie na temat Selvy było czymś, czego nie rozumia­łam i nie umia­łam zaak­cep­to­wać.

W sobotni wie­czór, mając jedy­nie szcząt­kowe poję­cie o tym, czego uczy­łam się przez cały dzień, przy­sia­dłam na para­pe­cie. Otwo­rzy­łam okno i zacią­gnę­łam się zim­nym powie­trzem.

Hope ską­pane w sła­bym świe­tle latarni wyglą­dało nieco upior­nie. Mój wzrok prze­ska­ki­wał po dachach domów, a mózg odtwa­rzał nazwi­ska rodzin, które w nich miesz­kały. Zna­łam tutaj wszyst­kich. Jeśli nie oso­bi­ście, to cho­ciaż z widze­nia lub opo­wie­ści.

- Gdzie się ukry­wasz...? - szep­nę­łam sama do sie­bie, zagry­za­jąc w znie­cier­pli­wie­niu wargi.

Gdy moje spoj­rze­nie dosię­gnęło hory­zontu, zadar­łam głowę, by pona­pa­wać się wido­kiem noc­nego nieba. Gęste chmury powoli sunęły po nie­bo­skło­nie niczym zło­wiesz­cza zapo­wiedź cze­goś, co ma się wkrótce wyda­rzyć. Ta noc róż­niła się od innych. W powie­trzu wyraź­nie dawało się wyczuć napię­cie.

Wszystko stało się jasne, gdy kolosy z pary wod­nej odsło­niły wresz­cie wycze­ki­waną gwiazdę wie­czoru. Czu­łam, jak moje usta same otwie­rają się w podzi­wie. Księ­życ przy­po­mi­nał ogromny reflek­tor, dzięki któ­remu w mia­steczku na moment zro­biło się jasno. Ide­al­nie okrą­gły był sprawcą całego tego napię­cia. Dałam się zahip­no­ty­zo­wać jego pięknu. Sre­brzy­ste pro­mie­nie oświe­tliły gęsty las, który ota­czał mia­sto niczym potężny mur nie do sfor­so­wa­nia.

Cały ten spek­ta­ku­larny, choć odro­binę mroczny obra­zek roz­padł się nie­ocze­ki­wa­nie, kiedy przez nie­mal abso­lutną ciszę przedarł się zło­wiesz­czy jęk. Psi sko­wyt docho­dzący z mroku mro­ził krew w żyłach i przy­pra­wiał o gęsią skórkę.

Wystra­szona rozej­rza­łam się w poszu­ki­wa­niu zra­nio­nego zwie­rzę­cia, jed­nak mój wzrok się­gał jedy­nie do końca alei. Po chwili waha­nia zeszłam z para­petu i zamknę­łam okno. Spoj­rza­łam na poście­lone łóżko. Wie­dzia­łam już, że tej nocy raczej nie zasnę.

Gdy prze­bu­dzi­łam się z płyt­kiego, ner­wo­wego snu, budzik wska­zy­wał dzie­siątą. Spoj­rza­łam w lustro i mimo­wol­nie się skrzy­wi­łam. Widok sprzed mie­siąca powró­cił na gładką taflę zwier­cia­dła. Przy­bita, narzu­ci­łam na sie­bie szla­frok i uda­łam się na par­ter.

W domu pano­wała cisza; mama naj­wi­docz­niej musiała dokądś wyjść. Zro­bi­łam sobie śnia­da­nie i roz­sia­dłam się na kana­pie w salo­nie, aby pooglą­dać poranne wia­do­mo­ści.

Powoli żułam cie­płe grzanki, nie bar­dzo sku­pia­jąc się na sło­wach dzien­ni­ka­rza. Kiedy jed­nak z gło­śni­ków popły­nęła nazwa mojego mia­sta, od razu nad­sta­wi­łam uszu.

- ...dzi­siaj rano myśli­wych z mia­sta Hope cze­kała w lesie nie­miła nie­spo­dzianka. Zna­leźli wiele mar­twych zwie­rząt. Na razie nie wia­domo, jaka była przy­czyna ich śmierci.

Dzien­ni­karka podała mikro­fon jed­nemu z myśli­wych. Spoj­rza­łam na jego twarz. Geo­rge Thom­son miesz­kał dwie ulice dalej.

- To nie pierw­szy raz, kiedy bory­kamy się z tym pro­ble­mem. Co jakiś czas ktoś lub coś ata­kuje zwie­rzęta bez względu na ich roz­miary. Szu­ka­li­śmy spraw­ców, ale na razie bez skutku - pan Thom­son wyda­wał się naprawdę zdru­zgo­tany.

- Czy sprawca mógł posłu­gi­wać się bro­nią?

W tym momen­cie prze­wod­ni­czący koła łowiec­kiego z Hope zro­bił prze­stra­szoną minę.

- Nie sądzę. Te biedne zwie­rzęta zostały roz­szar­pane lub udu­szone. Wydaje mi się, że czło­wiek nie dałby rady aż tak zra­nić doro­słego łosia.

- Suge­ruje pan, że wino­wajcą nie jest czło­wiek? W takim razie co?

- Tego nie wiemy. Coś. Może inne zwie­rzę. Pro­simy jed­nak wszyst­kich miesz­kań­ców Hope, aby trzy­mali się z daleka od lasu i jeśli to moż­liwe, nie wycho­dzili z domów po zapad­nię­ciu zmroku.

Grzanka nie­mal wypa­dła mi z dłoni, kiedy nagle mój tele­fon zaczął wibro­wać na stole. Oszo­ło­miona, się­gnę­łam po komórkę i ode­bra­łam połą­cze­nie.

- Oglą­dasz wia­do­mo­ści? - usły­sza­łam wystra­szony głos Sarah.

- Tak. Nie­źle, co nie? Twój ojciec nic ci o tym wcze­śniej nie wspo­mi­nał? - tata Sarah był myśli­wym od dobrych kil­ku­na­stu lat.

- Nie. Jak widać, nie tylko twoja mama coś przed tobą ukrywa. Słu­chaj... ten twój sen. O czym był? - wystrze­liła nagle.

- Mój sen? Ale skąd ty...

- Peł­nia, kocha­nie. Pamię­tasz, co było mie­siąc temu?

Cza­sami mia­łam wra­że­nie, że moja przy­ja­ciółka jest jakimś medium, nie­raz wyda­wało mi się, że umie czy­tać w myślach.

- Śni­łam o lesie. Znów ucie­ka­łam, ale tym razem przed leśną zwie­rzyną... - moje słowa zro­biły się nagle ledwo sły­szalne.

Dopiero po chwili znów się ode­zwała:

- Co dzi­siaj robisz? Alex orga­ni­zuje ogni­sko po połu­dniu, pew­nie nie­długo do cie­bie zadzwoni. Wpad­niesz?

Po obej­rze­niu wia­do­mo­ści nie mia­łam nawet ochoty wysta­wiać nosa za drzwi bez­piecz­nego domu, jed­nak po krót­kim namy­śle zmie­ni­łam zda­nie. Ostat­nio moją głowę zaprzą­tały tylko nauka, senne ucieczki i roz­my­śla­nia o tajem­ni­czym chło­paku. Miło by było roze­rwać się w gro­nie zna­jo­mych.

- Czemu nie? - powie­dzia­łam z uśmie­chem.

- Super, to widzimy się póź­niej - pika­nie w tele­fo­nie oznaj­miło, że połą­cze­nie zostało zakoń­czone.

Alex zadzwo­nił do mnie godzinę póź­niej i zapro­sił na spo­tka­nie przy ogni­sku u niego w ogro­dzie. Umó­wi­li­śmy się, że przy­jadę razem z Rudą. Oka­zało się też, że nie tylko ja oglą­da­łam rano wia­do­mo­ści. Ogni­sko miało się zakoń­czyć przed zapad­nię­ciem zmroku. Ucie­szona tą odro­biną roz­rywki, jaka mnie cze­kała, zaczę­łam przy­go­to­wa­nia do wyj­ścia.

Krzą­ta­łam się po pokoju w poszu­ki­wa­niu cze­goś, w czym będzie mi cie­pło. Z wło­sów wciąż kapała mi woda po prysz­nicu, co utrud­niało plą­dro­wa­nie szafy. W końcu zna­la­złam odpo­wiedni strój. Na koniec wszyst­kich łazien­ko­wych zabie­gów zro­bi­łam kre­ski czarną kredką i musnę­łam rzęsy tuszem. Na co dzień się nie malo­wa­łam, ale tym razem mia­łam ochotę się wystroić.

Docho­dziła pięt­na­sta, kiedy zeszłam na dół, by poin­for­mo­wać mamę o swo­ich pla­nach. Sie­działa w salo­nie i roz­ma­wiała przez tele­fon. Sądząc po jej minie, roz­mówcą musiał być tata. Chcia­łam się ode­zwać, ale prze­szko­dziła mi komórka wibru­jąca w torebce. Ruda zapewne cze­kała już przed domem.

- Wycho­dzisz? - mama na moment prze­rwała roz­mowę.

- Jedziemy z Sarah na ogni­sko do Alexa. Wrócę, zanim się ściemni - w pośpie­chu narzu­ci­łam płaszcz i wło­ży­łam buty. - Pozdrów tatę - rzu­ci­łam jesz­cze i wyszłam na zewnątrz.

Tak jak podej­rze­wa­łam, przy­ja­ciółka cze­kała na mnie w samo­cho­dzie na pod­jeź­dzie. Szybko upo­ra­łam się z bramką i wsko­czy­łam na sie­dze­nie pasa­żera. Sarah wyglą­dała ślicz­nie w czar­nym płasz­czu i z wło­sami spię­tymi w zgrabny kok na czubku głowy.

- No, no. Czyżby na ogni­sku miała się poja­wić twoja kolejna ofiara? - zaśmia­łam się pod nosem.

- Nie tylko ja będę dzi­siaj polo­wać - sko­men­to­wała, mie­rząc mnie wzro­kiem.

Ruszyła dosyć gwał­tow­nie - zawsze jeź­dziła jak wariat. Czu­łam, że się czer­wie­nię. A jeśli Alex pomy­śli, że to dla niego się tak wystro­iłam?

- Mam zamiar się dzi­siaj dobrze bawić. A nie polo­wać - odburk­nę­łam, odwra­ca­jąc głowę w stronę szyby.

- Hej, wylu­zuj. Alex na pewno zauważy, że wyglą­dasz lepiej niż na co dzień.

- Tyle że ja nie chcę... Nie chcę, żeby cokol­wiek zauwa­żał - skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi.

- O czym ty mówisz? - tro­chę za ostro weszła w zakręt, przez co nie­mal poło­ży­łam się na drzwiach. - Sorki - rzu­ciła mi spoj­rze­nie. - Nie podoba ci się?

- Nie, nie, to nie tak. Lubię go, jest miły i pomocny, ale... jakoś nie widzę sie­bie w roli czy­jejś dziew­czyny... - ze wstydu zaczę­łam się kulić.

- Wła­śnie przez takie myśle­nie ni­gdy nie mia­łaś chło­paka - znów przy­brała ton spe­cja­listki. - Musisz dać sobie szansę, ina­czej będziesz sama do końca życia. Alex to dosko­nała par­tia na tego pierw­szego.

- Mówisz o nim jak o rze­czy...

Miała rację. W tej sfe­rze życia byłam total­nym nie­wy­pa­łem. Już wcze­śniej mia­łam kilku ado­ra­to­rów, ale żad­nemu nie pozwo­li­łam się do sie­bie zbli­żyć. Sama byłam w szoku, kiedy zgo­dzi­łam się, by Alex odwo­ził mnie po szkole do domu. Może jed­nak powin­nam była zasto­so­wać się do porad przy­ja­ciółki?

Zanim się obej­rza­łam, zna­la­zły­śmy się pod domem gospo­da­rza imprezy. Nie wie­dzieć czemu czu­łam, że się dener­wuję. Otwo­rzył nam Alex z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

- Cześć, dziew­czyny. Chodź­cie do ogrodu, wszy­scy już są - wpu­ścił nas do środka.

I wtedy Sarah zro­biła coś, czym strasz­nie mnie wku­rzyła. Wci­snęła każ­demu z nas po papie­ro­wej tor­bie i z sze­ro­kim uśmie­chem oznaj­miła:

- To ja lecę się ze wszyst­kimi przy­wi­tać. Wie­cie, co z tym zro­bić, prawda? - puściła oczko i znik­nęła w drzwiach pro­wa­dzą­cych na tyły domu.

Sko­ło­wani dopiero po chwili spoj­rze­li­śmy na sie­bie, a potem na zawar­tość pakun­ków. Oka­zało się, że jest w nich mięso, które trzeba przy­go­to­wać do pie­cze­nia.

- Chodźmy do kuchni - Alex się do mnie uśmiech­nął, po czym ruszył we wska­za­nym kie­runku, a ja powlo­kłam się za nim.

Czu­łam się strasz­nie nie­swojo sam na sam z chło­pa­kiem, któ­remu chyba się podo­ba­łam. Nie­wiele myśląc, się­gnę­łam po jedną z sia­tek i roz­ło­ży­łam jej zawar­tość na kuchen­nym bla­cie.

- Ład­nie wyglą­dasz - usły­sza­łam, co jesz­cze bar­dziej mnie zawsty­dziło.

Obej­rza­łam się na Alexa. Przy­glą­dał się temu, co robię, i chyba nad czymś się zasta­na­wiał. Dopiero teraz zauwa­ży­łam, że sam też ubrał się lepiej niż na co dzień. Cho­ciaż... nie. On zawsze wyglą­dał świet­nie. Za każ­dym razem schludny i pach­nący.

- Dzięki - odpo­wie­dzia­łam nie­pew­nym tonem. - Pomo­żesz mi?

- No tak, tak, pew­nie.

Przy­sta­nął obok, zabrał mi tackę i nóż, po czym sam zajął się wszyst­kim.

Mia­łam oka­zję lepiej mu się przyj­rzeć. Nie było sensu się oszu­ki­wać, był naprawdę przy­stojny. Odro­binę wyż­szy ode mnie, co czy­niło go wyso­kim w oczach innych dziew­czyn. Krót­kie blond włosy wyglą­dały na wil­gotne, pew­nie za sprawą żelu czy innego spe­cy­fiku. Na twa­rzy trudno było dostrzec jaką­kol­wiek skazę. Widocz­nie zary­so­wana szczęka nada­wała mu poważ­niej­szy wygląd, a na peł­nych ustach naj­czę­ściej wid­niał lekki uśmiech. A oczy? Wybi­jały się z całego obrazka zimną zie­le­nią i tym samym chłod­nym, uspo­ka­ja­ją­cym bla­skiem. Alex był dla mnie cho­dzącą kwin­te­sen­cją spo­koju i opa­no­wa­nia. Cza­sem wyda­wało mi się jed­nak, że jak na nasto­latka jest ciut za sztywny.

Uniósł głowę i nasze spoj­rze­nia się spo­tkały. Spe­szy­łam się. Pew­nie gapi­łam się na niego przez dobrą minutę. Zauwa­ży­łam, że odło­żył nóż. Odwró­cił się przo­dem do mnie. Jak zwy­kle w takich sytu­acjach mój mózg krzy­czał "Ucie­kaj!". Kiedy spo­strze­głam, że Alex nabiera powie­trza, by coś powie­dzieć, szybko go wyprze­dzi­łam:

- Sły­sza­łeś już pew­nie o tym, co dzieje się w naszych lasach, co?

Zasko­czony ze świ­stem wypu­ścił powie­trze. Uśmiech­nął się z zakło­po­ta­niem.

- Chyba już całe mia­sto huczy na ten temat - odpo­wie­dział i się­gnął po przy­go­to­waną tacę z jedze­niem. - Idziemy?

Nagle ogar­nęły mnie wyrzuty sumie­nia. Dosko­nale wie­dzia­łam, że Alex szy­ko­wał się do jakiejś poważ­niej­szej roz­mowy, mimo to nie­zbyt grzecz­nie mu w tym prze­szko­dzi­łam. Może jed­nak powin­nam dać mu szansę? Nie było dnia, by nie zamie­nił ze mną choć kilku miłych słów lub nie zaofe­ro­wał pomocy. Widzia­łam, że się stara. Do tego nie był w tym wszyst­kim nachalny. Nie naci­skał, a mimo to na każ­dym kroku go odpy­cha­łam.

Po krót­kiej chwili ruszy­łam jego śla­dem i zna­la­złam się na dwo­rze wśród zna­jo­mych z klasy, któ­rzy gro­ma­dzili się wokół roz­pa­lo­nego ogni­ska. Przy­wi­ta­łam się z entu­zja­zmem i zer­k­nę­łam w stronę Rudej. Sie­działa na ławce z gościem, który tym­cza­sowo robił za jej kolejną ofiarę. Pokrę­ci­łam głową, kiedy puściła do mnie oczko.

- Co tak sto­isz? Sia­daj! - zawo­łała z bana­nem na twa­rzy.

Dobrze wie­działa, że jedyne wolne miej­sce jest wła­śnie obok Alexa. Dziwne, ale jakoś... Nie zra­zi­łam się tym. Pew­nym kro­kiem pode­szłam do chło­paka i usia­dłam obok niego. Ławeczka była raczej mała, więc sty­ka­li­śmy się ramio­nami.

- Przy­niosę dodat­kowe krze­sło, jeśli chcesz... - zapro­po­no­wał, cho­ciaż jego mina wyra­żała raczej zado­wo­le­nie z obec­nej sytu­acji.

- Nie, nie, w porządku - uśmiech­nę­łam się.

Nie wie­dzia­łam, kogo wła­ści­wie chcę prze­ko­nać, że jest OK.

Reszta popo­łu­dnia minęła zaska­ku­jąco miło. Sta­ra­łam się nie myśleć o swo­ich lękach i oba­wach i po pro­stu dobrze się bawi­łam. Kiedy słońce zaczęło zbli­żać się do linii hory­zontu, goście powoli szy­ko­wali się do wyj­ścia. Sarah i Tom znik­nęli bez poże­gna­nia, więc w zamian za pomoc przy sprzą­ta­niu Alex obie­cał, że odwie­zie mnie do domu.

Wła­śnie uru­cha­mia­łam zmy­warkę, kiedy do kuchni wpa­dła młod­sza sio­stra Alexa - Lucy.

- Hej, Lili! - przy­wi­tała się gło­śno. - Chcia­łam z wami posie­dzieć, ale rodzice mi nie pozwo­lili - nabur­mu­szona usia­dła na krze­sełku baro­wym.

- I bar­dzo dobrze - star­szy brat wkro­czył do pomiesz­cze­nia, trzy­ma­jąc w ręku prze­zro­czy­sty worek ze śmie­ciami.

Lucy przyj­rzała się jego zawar­to­ści i sze­roko otwo­rzyła oczy.

- Pili­ście piwo? - zapy­tała kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem.

- Wła­śnie o tym mówię - Alex wzru­szył ramio­nami. - Nie masz co robić?

Dziw­nie było słu­chać ostrego tonu w jego gło­sie. Nie paso­wał do niego. Spoj­rza­łam na Lucy prze­pra­sza­jąco. Zna­łam ją od lat, ale dopiero teraz ude­rzyło mnie, jak mocno różni się od brata.

Pięt­na­sto­latka była niska i odro­binę przy kości. Czarne włosy się­gały jej ledwo za uszy, a cie­kaw­skie spoj­rze­nie brą­zo­wych oczu czuj­nie śle­dziło Alexa. Rysy twa­rzy miała zupeł­nie inne niż on. Nie wspo­mi­na­jąc o cha­rak­te­rze: Lucy była prze­bo­jowa, gło­śna i nie­zdarna.

- Dobra, dobra, już sobie idę... - zwlo­kła się z krze­sła, poma­chała mi na poże­gna­nie i poszła na pię­tro, naj­pew­niej do swo­jego pokoju.

Spoj­rza­łam pyta­jąco na chło­paka. Uśmiech­nął się w odpo­wie­dzi, zbie­ra­jąc do kupy resztę wor­ków ze śmie­ciami.

- Gdy­bym tylko pozwo­lił, weszłaby mi na głowę. Bywa nie­zno­śna. I to czę­sto.

- Cza­sem chcia­ła­bym się prze­ko­nać na wła­snej skó­rze, jak to jest mieć rodzeń­stwo - się­gnę­łam po płaszcz i narzu­ci­łam go na sie­bie.

Blon­dyn uśmiech­nął się tylko i ruszył w kie­runku wyj­ścia. Na dwo­rze powoli zaczy­nało się ściem­niać, a powie­trze zro­biło się dziw­nie cięż­kie. Jak przy­stało na dżen­tel­mena, Alex otwo­rzył mi drzwi po stro­nie pasa­żera. Wsia­dłam, a on po chwili do mnie dołą­czył.

Odpa­lił sil­nik i powoli wyco­fał, by wje­chać na ulicę. Przy­glą­da­łam się jego ruchom. Wszyst­kie wyda­wały się pewne i prze­my­ślane, cho­ciaż pro­wa­dził auto swo­bod­nie. Mój wzrok spo­czął na twa­rzy chło­paka i od razu coś mi się przy­po­mniało.

- Alex... - zaczę­łam nie­pew­nie.

Nie chcia­łam go ura­zić. Powoli mie­li­łam słowa w ustach.

- Tak? - rzu­cił mi krót­kie spoj­rze­nie i uśmiech­nął się zado­wo­lony.

Chyba spodo­bało mu się, że zwró­ci­łam się do niego po imie­niu.

- Ty i Lucy... Nie jeste­ście do sie­bie zbyt­nio podobni, co nie? Wła­ści­wie to w og...

- W ogóle nie widać podo­bień­stwa? - wszedł mi w słowo.

Przez chwilę wyda­wało mi się, że go zde­ner­wo­wa­łam. On jed­nak jak zwy­kle pozo­stał spo­kojny.

- Jesteś pierw­szą osobą, która mi to mówi...

- Wybacz, jeśli cię...

- ...ale na pewno nie pierw­szą, która to zauwa­żyła - dokoń­czył, nie spusz­cza­jąc wzroku z drogi przed sobą. - Do rodzi­ców też nie jestem podobny. Ani do dziad­ków - wyli­czał.

Zro­biło mi się gorąco ze wstydu. Czyż­bym przez głu­pie pyta­nie zmu­siła go do wyzna­nia być może przy­krej dla niego prawdy? Ni­gdy nie chcia­łam, aby miał do mnie o coś żal.

Jakież było moje zdzi­wie­nie, kiedy na jego ustach zoba­czy­łam uśmiech.

- I tak prę­dzej czy póź­niej byś się dowie­działa - w jego gło­sie wyczu­łam ulgę. - Wła­ści­wie dobrze, że o tym wspo­mnia­łaś. Chcę, żebyś wie­działa o mnie wszystko.

To zabrzmiało jak wyzna­nie. Zamru­ga­łam kilka razy i nawet nie zauwa­ży­łam, że zatrzy­ma­li­śmy się już przed moim domem. Alex mógł w końcu na mnie popa­trzeć. Nachy­lił się nie­znacz­nie i nie spusz­czał wzroku z moich oczu.

- Mam nadzieję, że nie zmie­nisz do mnie nasta­wie­nia po tym, co usły­szysz - rzekł z powagą.

Pokrę­ci­łam tylko głową w odpo­wie­dzi. Byłam zbyt zasko­czona i cie­kawa, by się ode­zwać.

- Kiedy mia­łem cztery lata moi rodzice zna­leźli mnie w lesie. Szu­kali moich opie­ku­nów, ale nic z tego nie wyszło. Nie mieli na mój temat żad­nych infor­ma­cji.

- Nie mogłeś im powie­dzieć, jak się nazy­wasz? Na pewno w spi­sie lud­no­ści któ­re­goś z miast byłoby dziecko o takim imie­niu i nazwi­sku.

- Zro­bił­bym to, gdy­bym tylko potra­fił mówić i znał swoje imię - mówił, jakby pozby­wał się z bar­ków wiel­kiego cię­żaru.

Patrzy­łam na niego jak zahip­no­ty­zo­wana. Te szma­rag­dowe oczy skry­wały tyle tajem­nic. Cała jego osoba nagle stała się... fascy­nu­jąca. Widzia­łam, że patrzy na mnie i czeka na jaką­kol­wiek odpo­wiedź. Mimo to ja mil­cza­łam.

- Może to jed­nak za dużo infor­ma­cji jak na jeden wie­czór... - zaczął przy­ga­szony.

- Zazdrosz­czę ci - wydu­si­łam, gapiąc się na swoje kolana. - Jesteś inny. Nie­zwy­czajny. Nie wiesz jesz­cze, na co cię stać.

Musia­łam zasko­czyć go tymi sło­wami. Wpa­try­wał się we mnie z nie­do­wie­rza­niem.

- Dzię­kuję - powie­dział cicho.

Zer­k­nę­łam na niego i poczu­łam, jak jego palce wpla­tają się w moje. Spoj­rza­łam na nasze złą­czone dło­nie, które wyraź­nie róż­niły się kolo­rem. Alex miał wyjąt­kowo jasną kar­na­cję, a ja zawsze byłam rumiana.

- Zjemy jutro razem lunch? - zapro­po­no­wał.

Znał mnie na tyle, że wie­dział, że na wię­cej w tej chwili nie może sobie pozwo­lić. Kiedy wspo­mniał o następ­nym dniu, przy­po­mniało mi się, co mia­łam w pla­nach.

- Jutro w porze lun­chu mam do zała­twie­nia pewną sprawę z Sarah, wybacz - zro­bi­łam prze­pra­sza­jącą minę.

- Szkoda, ale poju­trze też jest dzień - uśmiech­nął się. - A cóż to za sprawa nie­cier­piąca zwłoki?

- Pew­nie ci się to nie spodoba... - zawa­ha­łam się.

Wie­dzia­łam, jak duże posza­no­wa­nie dla zasad ma Alex, a ja zamie­rza­łam je nagiąć. Wstrzy­my­wa­łam przez chwilę oddech, zasta­na­wia­jąc się, ile mogę mu wyznać.

- Chcemy wła­mać się do szkol­nych kar­to­tek i tro­chę powę­szyć - wydu­si­łam w końcu.

- Po co?

- Pamię­tasz, jak ci mówi­łam, że cała sprawa z Selvą wydaje się podej­rzana? Mil­cze­nie nauczy­cieli, jego znik­nię­cie... Posta­no­wi­łam, że go odnajdę i spro­wa­dzę na dobrą drogę - powie­dzia­łam z dumą.

- Wybacz, ale to nie jest dobry pomysł... - powie­dział poważ­nie. - Nauczy­ciele muszą mieć powód, dla któ­rego mil­czą. Gdyby mogli go spro­wa­dzić z powro­tem, już dawno by to zro­bili.

Uśmiech znik­nął z mojej twa­rzy. Alex miał rację. Teo­re­tycz­nie.

- Być może - zgo­dzi­łam się. - Jed­nak... Powi­nien być od nas o rok star­szy, czyli już peł­no­letni. Nikt w tym wypadku nie może go do niczego zmu­sić.

Alex mil­czał przez chwilę, jakby się nad czymś zasta­na­wiał.

- Nie daj się przy­ła­pać - pora­dził i zer­k­nął ponad moim ramie­niem. - Chyba będziemy musieli się poże­gnać - dodał.

Podą­ży­łam za jego spoj­rze­niem i zoba­czy­łam twarz mamy zer­ka­ją­cej na nas z okna w kuchni. Na dwo­rze było już ciemno, więc nic dziw­nego, że się mar­twiła. Prze­nio­słam wzrok na Alexa.

- Późno już - powie­dzia­łam cicho. - Uwa­żaj na sie­bie.

Nachy­lił się i przy­bli­żył do mnie. Wie­dzia­łam, co się święci. Nie byłam jesz­cze na to gotowa. Prze­krę­ci­łam głowę i wtu­li­łam ją w bok jego szyi. Poczu­łam, że obej­muje mnie w talii, więc posta­no­wi­łam się wyco­fać.

- Dobra­noc - szep­nę­łam tylko i się odsu­nę­łam.

Szybko wysia­dłam z samo­chodu i pogna­łam krę­tym chod­ni­kiem, który zapro­wa­dził mnie wprost pod fron­towe drzwi. Gdy wcho­dzi­łam do domu, usły­sza­łam samo­chód odjeż­dża­jący spod bramy. Weszłam do środka i zamknę­łam wszyst­kie zamki.

- Mia­łaś wró­cić przed zmro­kiem - mama wyszła z kuchni.

Była zde­ner­wo­wana.

- Zaga­da­łam się z Ale­xem - rzu­ci­łam tylko, zdej­mu­jąc płaszcz i buty. - To rap­tem pół godziny spóź­nie­nia.

- Na pewno wiesz, że nie­bez­piecz­nie jest teraz cho­dzić w nocy po mie­ście - głos się jej zała­my­wał.

- Ni­gdzie nie łazi­łam. Alex odwiózł mnie pod sam dom - wciąż jesz­cze byłam dla niej oschła. Nie mogłam pogo­dzić się z fak­tem, że ma przede mną tajem­nice. - Idę spać - oznaj­mi­łam i ruszy­łam po scho­dach na górę.

Zanim otrzą­snęła się z chwi­lo­wego szoku i zdą­żyła powie­dzieć coś jesz­cze, już sie­dzia­łam w swoim pokoju. Mimo dość wcze­snej pory posta­no­wi­łam wziąć prysz­nic, poło­żyć się spać i zapo­mnieć o wszyst­kim, co działo się tego dnia.

Rozdział 3

- Psst! Lili!

Natar­czywy szept nie dawał mi spo­koju przez całą lek­cję mate­ma­tyki.

Obej­rza­łam się dys­kret­nie i popu­ka­łam się pal­cem w czoło. Sarah zaczy­nała mnie już wku­rzać. Zwłasz­cza że kilka ławek dalej sie­dział Alex i co chwila na nas zer­kał. Widząc mój gest, skrzy­żo­wała ręce na piersi i przez resztę lek­cji, czyli nie­całe dzie­sięć minut, nie ode­zwała się ani sło­wem.

Tego dnia pra­wie spóź­ni­łam się do szkoły, więc nie mia­ły­śmy czasu poga­dać przed zaję­ciami. Gdy w końcu wyszły­śmy na prze­rwę, od razu mnie dopa­dła.

- Gadaj! - roz­ka­zała, gdy tylko zna­la­zły­śmy się w bez­piecz­nej odle­gło­ści od Alexa.

Opo­wie­dzia­łam jej więc o poprzed­nim wie­czo­rze i roz­mo­wie w samo­cho­dzie. Pomi­nę­łam tylko frag­ment, w któ­rym zwie­rzał mi się ze swej tajem­ni­czej prze­szło­ści. Nie chcia­łam, by miał mi za złe, że roz­po­wia­dam ludziom to, co mi wyznał.

- I tylko tyle? - wyda­wała się nie­usa­tys­fak­cjo­no­wana.

- Aż tyle - popra­wi­łam. - Dzi­wię się, że udało mi się zdo­być cho­ciaż na coś takiego.

- Naprawdę nie kusi cię, by spraw­dzić, jak to będzie? Cało­wa­nie jest super! - zawo­łała z entu­zja­zmem. - Nie wspo­mi­na­jąc już o...

- Oczy­wi­ście, że mnie kusi! - prze­rwa­łam jej w panice. - Ale na wszystko potrzeba czasu... - chcia­łam jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć ten temat. - Lepiej mi powiedz, gdzie tak nagle znik­nę­łaś z Tomem.

Na jej twa­rzy odma­lo­wało się nie­skoń­czone znu­dze­nie.

- Daj spo­kój - mruk­nęła. - Poje­cha­li­śmy do niego. Myśla­łam, że będzie lep­szy w te klocki.

Już ja dobrze wie­dzia­łam, co miała na myśli. Sarah zawsze wyda­wała się doj­rzal­sza ode mnie w wielu kwe­stiach, choć była pra­wie o rok młod­sza! Zazdro­ści­łam jej tej pew­no­ści sie­bie, cho­ciaż wie­dzia­łam, że cią­głe zmiany part­ne­rów nie są dla mnie.

Po kolej­nych dwóch godzi­nach zajęć wresz­cie przy­szła pora lun­chu. Zacza­iły­śmy się obok kan­tyny, żeby spraw­dzić, czy więk­szość nauczy­cieli dotarła już na obiad.

- Dobra, spa­damy. Mamy mało czasu - szep­nę­łam kon­spi­ra­cyj­nie.

Ledwo zdą­ży­ły­śmy wybiec za róg kory­ta­rza, kiedy na kogoś wpa­dłam.

- Prze­pra­szam... - zaczę­łam, ale gdy unio­słam głowę, tro­chę się zdzi­wi­łam. - Alex?

- Więc naprawdę zamier­za­cie tam pójść.

Było coś dziw­nego w jego posta­wie. Nie wie­dzia­łam, czy mar­twi się o nas, czy zwy­czaj­nie nie popiera łama­nia szkol­nego regu­la­minu.

- Daj spo­kój. Jeśli nas nie wydasz, nic nam nie grozi - wark­nęła Sarah, pocią­gnęła mnie za rękę i zgrab­nie wymi­nęła blon­dyna. - Nie­po­trzeb­nie mu o tym mówi­łaś... - mruk­nęła mi do ucha.

- Na­dal uwa­żam, że nie powin­ny­ście tego robić! - zawo­łał, odwra­ca­jąc się w naszą stronę, cho­ciaż były­śmy już kawa­łek od niego.

- Sztyw­niak - skwi­to­wała Ruda ze zło­ścią.

Mia­łam mie­szane uczu­cia. Dzi­wiło mnie zacho­wa­nie Alexa. Dla­czego się tym tak przej­muje?

Zanim się obej­rza­łam, były­śmy pod drzwiami sekre­ta­riatu. Pani, która tam urzę­do­wała, też już wyszła na prze­rwę obia­dową. Sarah wycią­gnęła z kie­szeni klucz.

- Skąd go masz? - zapy­ta­łam zasko­czona.

- Poży­czy­łam zapa­sowy, gdy babka z sekre­ta­riatu zaga­dała się przez tele­fon.

- Czyli go ukra­dłaś? - nie mogłam w to uwie­rzyć. - Nie mia­łaś przy­pad­kiem pora­dzić sobie dru­tem? Mówi­łaś, że nie­raz wła­my­wa­łaś się w ten spo­sób do poko­jów braci - rzu­ci­łam szep­tem.

- Nie sądzisz, że tak będzie szyb­ciej? - skrzy­wiła się. - Poza tym to tobie zależy na tym, żeby odkryć tajem­nicę jakie­goś tam chło­paka. Ja ci tylko poma­gam, nie­wdzięcz­nico.

Mach­nę­łam ręką, bo w sumie miała tro­chę racji...

Upew­ni­ły­śmy się, że nikt nas nie obser­wuje.

- Tylko się pospiesz. Nie wiem, ile mamy czasu - pona­gliła mnie.

Ski­nę­łam głową i weszłam do środka. Sarah miała stać na cza­tach i w razie czego zaga­dać sekre­tarkę, jeśli ta wró­ci­łaby zbyt szybko.

Pospiesz­nie weszłam do zaciem­nio­nego pomiesz­cze­nia z kar­to­te­kami uczniów. Na szczę­ście tutaj nie był potrzebny klucz. Przy­mknę­łam za sobą drzwi i rozej­rza­łam się dookoła.

Żalu­zje w oknach były opusz­czone, jed­nak prze­ci­skała się przez nie wystar­cza­jąca ilość świa­tła, bym mogła roz­róż­niać litery na meta­lo­wych szaf­kach. Dosko­czy­łam do szu­flady z wielką literą "S". Prze­wer­to­wa­łam masę aktó­wek z nazwi­skami i imio­nami uczniów. Nie zna­la­złam tam tego, czego szu­ka­łam, więc prze­szłam do półki niżej.

- Se... Se... - mru­cza­łam do sie­bie, prze­su­wa­jąc w pośpie­chu kolejne fol­dery. - Jest!

Wycią­gnę­łam teczkę i ją otwo­rzy­łam. Czu­łam nara­sta­jące pod­nie­ce­nie, zupeł­nie jak­bym wła­śnie wygrała los na lote­rii.

- Selva Natha­niel - odczy­ta­łam.

W jego kar­to­tece bra­ko­wało zdję­cia, a infor­ma­cje były cząst­kowe. Dowie­dzia­łam się jed­nak naj­waż­niej­szego - gdzie mieszka. Zro­bi­łam tele­fo­nem kilka zdjęć. Przej­rza­łam resztę zapi­sków, które mówiły, skąd chło­pak pocho­dzi i kto jest jego praw­nym opie­ku­nem.

Sta­ra­łam się to wszystko zapa­mię­tać, kiedy nagle usły­sza­łam głosy za drzwiami sekre­ta­riatu. W pośpie­chu umie­ści­łam teczkę na miej­scu, zamknę­łam szu­fladę i wyszłam z pokoju, cicho zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

- Pro­szę spoj­rzeć, panno Rubens, sekre­ta­riat był otwarty - Sarah uchy­liła drew­niane drzwi i zer­k­nęła na mnie z nadzieją w oczach. - I co, Lili? Krę­cił się tu ktoś podej­rzany?

Sekre­tarka weszła do środka i rozej­rzała się prze­stra­szona. Mru­gała ner­wowo zza gru­bych opra­wek oku­la­rów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki