TEN DRUGI - Książę Harry

Kup ebooka

51.90 zł
40.89 zł (42,04 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Umó­wi­li­śmy się na spo­tka­nie kilka go­dzin po po­grze­bie. W ogro­dach Frog­more, przy sta­rej go­tyc­kiej ru­inie. By­łem pierw­szy.

Ro­zej­rza­łem się; nie zo­ba­czy­łem ni­kogo.

Spraw­dzi­łem ko­mórkę. Żad­nego ese­mesa, żad­nej poczty gło­so­wej.

Pew­nie się spóź­nią, po­my­śla­łem i opar­łem się o ka­mienny mu­rek.

Odło­ży­łem te­le­fon i po­wie­dzia­łem so­bie: spo­koj­nie.

Po­goda była kla­sycz­nie kwiet­niowa. Ni to zima, ni wio­sna. Drzewa były na­gie, ale po­wie­trze - ła­godne. Niebo szare, ale tu­li­pany kwi­tły. Świa­tło blade, ale me­an­dru­jący przez ogrody ciem­no­nie­bie­ski staw błysz­czał.

Ja­kie to wszystko jest piękne, po­my­śla­łem. I ja­kie smutne.

Kie­dyś za­kła­da­łem, że tu bę­dzie mój dom na za­wsze. Za­miast tego oka­zało się, że to tylko ko­lejny krótki przy­sta­nek.

Gdy moja żona i ja ucie­kli­śmy stąd w oba­wie o zdro­wie psy­chiczne i bez­pie­czeń­stwo fi­zyczne, nie by­łem pe­wien, czy kie­dy­kol­wiek tu wrócę. To był sty­czeń 2020 roku. Te­raz, po­nad rok póź­niej, by­łem tu kilka dni po prze­bu­dze­niu się, zo­ba­cze­niu na te­le­fo­nie trzy­dzie­stu dwóch nie­ode­bra­nych po­łą­czeń i od­by­ciu krót­kiej, przy­pra­wia­ją­cej o ko­ła­ta­nie serca roz­mowy z bab­cią:

- Harry... dzia­dek od­szedł.

Za­częło wiać i zro­biło się chłod­niej. Zgar­bi­łem się, po­tar­łem ra­miona, po­czu­łem, jak cienka jest moja biała ko­szula. Ża­ło­wa­łem, że nie prze­bra­łem się po po­grze­bie i że nie wzią­łem ze sobą płasz­cza. Od­wró­ci­łem się ple­cami do wia­tru i mój wzrok padł na go­tyc­kie ru­iny, które tak na­prawdę nie były bar­dziej go­tyc­kie niż ka­ru­zela Mil­len­nium Wheel. Zmyślna ar­chi­tek­tura, sce­no­gra­fia te­atralna. Jak tyle in­nych rze­czy wo­kół, po­my­śla­łem.

Z ka­mien­nego murka prze­mie­ści­łem się na drew­nianą ła­weczkę. Usia­dłem, po­now­nie spraw­dzi­łem te­le­fon, spoj­rza­łem wzdłuż ogro­do­wej ścieżki.

Gdzie oni są?

Ko­lejny po­dmuch wia­tru. Z ja­kie­goś po­wodu przy­po­mniał mi się dzia­dek. Może to jego chłodny spo­sób by­cia. Albo mro­żące po­czu­cie hu­moru. Przy­wo­ła­łem w my­ślach jedno z week­en­do­wych po­lo­wań sprzed lat. Ko­lega, chcąc na­wią­zać roz­mowę, spy­tał dziadka, co są­dzi o mo­jej no­wej bro­dzie, która wzbu­dzała nie­po­kój w ro­dzi­nie i kon­tro­wer­sje w pra­sie. "Czy kró­lowa po­winna ka­zać Harry'emu, żeby się ogo­lił?" Dzia­dek spoj­rzał na mo­jego ko­legę, na moją brodę i na jego twa­rzy po­ja­wił się szel­mow­ski uśmiech.

- TO ma być broda?!

Wszy­scy się ro­ze­śmiali. Być albo nie być bro­da­tym, oto było py­ta­nie, ale można było li­czyć na dziadka, że bę­dzie się do­ma­gał wię­cej brody.

- Niech ro­śnie bujna szcze­cina cho­ler­nego wi­kinga!

Po­my­śla­łem o zde­cy­do­wa­nych po­glą­dach dziadka, o jego licz­nych pa­sjach: po­wo­że­niu bryczką, gril­lo­wa­niu, strze­lec­twie, je­dze­niu, pi­wie. O tym, jak cie­szył się ży­ciem. Pod pew­nymi wzglę­dami przy­po­mi­nał moją matkę. Może dla­tego był ta­kim jej fa­nem. Na długo za­nim zo­stała księżną Dianą, kiedy była po pro­stu Dianą Spen­cer, przed­szko­lanką, se­kretną dziew­czyną księ­cia Ka­rola, mój dzia­dek był jej naj­bar­dziej zde­cy­do­wa­nym sprzy­mie­rzeń­cem. Nie­któ­rzy twier­dzą, że to on wy­swa­tał mo­ich ro­dzi­ców. Je­śli to prawda, to można uznać, że dzia­dek sta­no­wił Pier­wotną Przy­czynę mo­jego świata. Nie by­łoby mnie, gdyby nie on.

Ani mo­jego star­szego brata.

Ale może za to na­sza matka wciąż by­łaby. Gdyby nie wy­szła za tatę...

Przy­po­mnia­łem so­bie jedną z ostat­nich roz­mów, sam na sam z dziad­kiem, nie­długo po tym, jak skoń­czył dzie­więć­dzie­siąt sie­dem lat. My­ślał o końcu. Mó­wił, że nie jest już w sta­nie re­ali­zo­wać swo­ich pa­sji. Naj­bar­dziej ze wszyst­kiego jed­nak bra­ko­wało mu pracy. Bez pracy, mó­wił, wszystko się roz­łazi. Nie wy­glą­dał na smut­nego, bar­dziej - na go­to­wego.

- Trzeba wie­dzieć, kiedy odejść, Harry.

Po­pa­trzy­łem w dal, na małą pa­no­ramę krypt i po­mni­ków w ogro­dach. Royal Bu­rial Gro­und, Kró­lew­ski Cmen­tarz, miej­sce osta­tecz­nego spo­czynku tak wielu z nas, w tym kró­lo­wej Wik­to­rii. A także osła­wio­nej Wal­lis Simp­son. Rów­nież jej po­dwój­nie osła­wio­nego męża Edwarda, by­łego króla i mo­jego pra­pra­stryja. Po tym, jak Edward zre­zy­gno­wał z tronu dla Wal­lis, po tym, gdy ucie­kli z Wiel­kiej Bry­ta­nii, mar­twili się o swój osta­teczny po­wrót - oboje mieli ob­se­sję na punk­cie po­chówku wła­śnie tu­taj. Kró­lowa, moja bab­cia, przy­chy­liła się do ich prośby. Ale umie­ściła ich w pew­nej od­le­gło­ści od wszyst­kich in­nych, pod po­chy­lo­nym pla­ta­nem. Być może to było ostat­nie po­gro­że­nie pal­cem. Ostat­nie wy­gna­nie. Za­sta­na­wia­łem się, co Wal­lis i Edward my­ślą te­raz o swoim za­mar­twia­niu się. Czy osta­tecz­nie ma to ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie? Za­sta­na­wia­łem się, czy w ogóle o tym my­ślą. Czy uno­szą się w ja­kiejś ete­rycz­nej prze­strzeni, roz­pa­mię­tu­jąc swoje wy­bory, czy też są Ni­g­dzie, my­śląc o Ni­czym? Czy po tym wszyst­kim na­prawdę może być Nic? Czy świa­do­mość, tak jak czas, ma swój kres? A może, po­my­śla­łem, po pro­stu są tu te­raz, koło fał­szy­wej go­tyc­kiej ru­iny, albo obok mnie i pod­słu­chują moje my­śli. A je­śli tak... może moja matka też?

Myśl o niej, jak za­wsze, przy­nio­sła mi za­strzyk na­dziei i przy­pływ ener­gii.

I ukłu­cie smutku.

Tę­sk­ni­łem za matką co­dzien­nie, ale tego dnia, tuż przed tym ner­wo­wym spo­tka­niem w Frog­more, za­tę­sk­ni­łem za nią gwał­tow­nie i nie po­tra­fi­łem po­wie­dzieć dla­czego. Jak wiele rze­czy zwią­za­nych z nią, trudno było to ująć w słowa. Mimo że moja matka była księżną i no­siła imię bo­gini, oba te okre­śle­nia za­wsze wy­da­wały mi się zbyt słabe, nie­ade­kwatne. Lu­dzie nie­ustan­nie po­rów­ny­wali ją do bo­ha­te­rów i świę­tych, od Nel­sona Man­deli, przez Matkę Te­resę, po Jo­annę d'Arc, ale każde ta­kie po­rów­na­nie, choć pod­nio­słe i pełne uwiel­bie­nia, oka­zy­wało się nie­tra­fione. Moja matka - naj­bar­dziej roz­po­zna­walna ko­bieta na świe­cie, jedna z naj­bar­dziej ko­cha­nych - była zwy­czaj­nie nie do opi­sa­nia, tak po pro­stu było. A jed­nak: jak ktoś tak da­lece wy­kra­cza­jący poza ję­zyk po­toczny mógł po­zo­stać tak rze­czy­wi­sty, tak na­ma­cal­nie obecny, tak wy­ra­zi­ście żywy w moim umy­śle? Jak to moż­liwe, że wi­dzia­łem ją, tak do­brze jak ła­bę­dzia su­ną­cego w moją stronę po ciem­no­nie­bie­skim sta­wie? Że wciąż sły­sza­łem jej śmiech, tak gło­śno jak śpiew pta­ków na na­gich drze­wach? Tak wielu rze­czy nie pa­mię­ta­łem, bo by­łem zbyt mały, kiedy zgi­nęła, ale więk­szym cu­dem było to wszystko, co za­pa­mię­ta­łem. Jej znie­wa­la­jący uśmiech, jej wraż­liwe oczy, jej dzie­cięco żar­liwe uwiel­bie­nie fil­mów i mu­zyki, stro­jów i sło­dy­czy - i nas. Och, jak ona ko­chała mo­jego brata i mnie. Ob­se­syj­nie, wy­znała w któ­rymś z wy­wia­dów.

No cóż, mamo... wza­jem­nie.

Może jej wszech­obec­ność wy­ni­kała z tego sa­mego po­wodu, dla któ­rego nie dało jej się opi­sać - po­nie­waż była świa­tłem, czy­stym i pro­mien­nym świa­tłem, a czy można tak na­prawdę opi­sać świa­tło? Na­wet Ein­ste­inowi spra­wiało to trud­no­ści. Nie­dawno astro­no­mo­wie na­sta­wili swoje naj­więk­sze te­le­skopy, wy­ce­lo­wali je w ma­leńką szcze­linę w ko­smo­sie i udało im się do­strzec za­pie­ra­jącą dech w pier­siach kulę, którą na­zwali Earen­del, co w ję­zyku sta­ro­an­giel­skim ozna­cza Gwiazdę Po­ranną. Earen­del po­ło­żona jest mi­liardy lat świetl­nych od nas i praw­do­po­dob­nie już dawno prze­stała ist­nieć, bar­dziej zbli­żona wie­kiem do Wiel­kiego Wy­bu­chu, mo­mentu Stwo­rze­nia, niż na­sza Droga Mleczna, a mimo to wciąż wi­doczna dla oczu śmier­tel­ni­ków, po­nie­waż jest tak ja­sna i olśnie­wa­jąca.

Taka była moja matka.

To dla­tego wi­dzia­łem ją i wy­czu­wa­łem za­wsze, ale szcze­gól­nie tego kwiet­nio­wego po­po­łu­dnia w Frog­more.

A także dla­tego, że nio­słem jej sztan­dar. Przy­sze­dłem do tych ogro­dów, bo chcia­łem po­koju. Bar­dziej niż cze­go­kol­wiek in­nego. Chcia­łem go dla do­bra mo­jej ro­dziny i dla sie­bie sa­mego - ale też dla niej.

Lu­dzie za­po­mi­nają o tym, jak bar­dzo moja matka dą­żyła do po­koju. Wie­lo­krot­nie okrą­żyła kulę ziem­ską, prze­mie­rzała pola mi­nowe, przy­tu­lała cho­rych na AIDS, po­cie­szała sie­roty wo­jenne, za­wsze pró­bu­jąc za­pro­wa­dzić po­kój, i wie­działem, jak bar­dzo chcia­łaby - chciała! - po­koju mię­dzy swo­imi chłop­cami, mię­dzy nami dwoma i tatą. I w ca­łej ro­dzi­nie.

Od wielu mie­sięcy Wind­so­ro­wie znaj­do­wali się w sta­nie wojny. Na­sze sze­regi by­wały skłó­cone co ja­kiś czas, od wie­ków, ale tym ra­zem wy­glą­dało to ina­czej. To był pu­bliczny roz­łam na pełną skalę, gro­żący nie­po­we­to­wa­nymi stra­tami. Dla­tego, choć przy­le­cia­łem do domu wy­łącz­nie na po­grzeb dziadka, już na miej­scu po­pro­si­łem o po­ufne spo­tka­nie z moim star­szym bra­tem Wil­lym i oj­cem, by po­roz­ma­wiać o tym, jak się sprawy mają.

By zna­leźć wyj­ście.

Ale te­raz spoj­rza­łem jesz­cze raz na te­le­fon i wzdłuż ogrodu i po­my­śla­łem: może zmie­nili zda­nie. Może nie przyjdą.

Przez pół se­kundy roz­wa­ża­łem pod­da­nie się, pój­ście na sa­motny spa­cer po ogro­dach albo z po­wro­tem do domu, gdzie wszy­scy moi ku­zyni pili i wy­mie­niali się opo­wie­ściami o dziadku.

I wtedy, w końcu, zo­ba­czy­łem ich. Kro­cząc w moją stronę ra­mię w ra­mię, wy­glą­dali po­nuro, nie­mal groź­nie. Wię­cej, wy­glą­dali na jed­no­myśl­nych. Serce po­de­szło mi do gar­dła. Nor­mal­nie kłó­ci­liby się o to czy tamto, ale te­raz wy­da­wali się iść w zgo­dzie - w szyku.

Za­raz, czy umó­wi­li­śmy się na spa­cer... czy na po­je­dy­nek?

Pod­nio­słem się z drew­nia­nej ławki, nie­śmiało zro­bi­łem krok w ich stronę, nie­pew­nie się uśmiech­ną­łem. Nie od­wza­jem­nili uśmie­chu. Te­raz moje serce na­prawdę za­częło mio­tać się w piersi. Od­dy­chaj głę­boko, po­wie­dzia­łam do sie­bie.

Oprócz stra­chu czu­łem nad­na­tu­ral­nie na­tę­żoną świa­do­mość i ogromną bez­bron­ność, po­dob­nie jak w in­nych klu­czo­wych mo­men­tach mo­jego ży­cia.

Kiedy sze­dłem za trumną mo­jej matki.

Kiedy po raz pierw­szy bra­łem udział w bi­twie.

Kiedy prze­ma­wia­łem pu­blicz­nie pod­czas ataku pa­niki.

To samo po­czu­cie, że roz­po­czy­nam mi­sję i nie wiem, czy po­do­łam, ale wiem, że nie ma już od­wrotu. Że Los przej­muje wo­dze.

No do­brze, mamo - po­my­śla­łem, przy­spie­sza­jąc kroku - do dzieła. Trzy­maj za mnie kciuki.

Spo­tka­li­śmy się w po­ło­wie ścieżki.

- Willy? Tata? Cześć!

- Ha­rol­dzie...

Sztywno do bólu.

Prze­gru­po­wa­li­śmy się, sfor­mo­wa­li­śmy ty­ra­lierę, ru­szy­li­śmy żwi­rową ścieżką przez ka­mienny mo­stek ob­ro­śnięty blusz­czem.

To, jak się do sie­bie do­stro­ili­śmy, jak bez słowa wy­rów­na­li­śmy tempo mar­szu i po­chy­li­li­śmy głowy, i jesz­cze te groby na­około - trudno, że­bym so­bie nie przy­po­mniał o po­grze­bie mamy. Za­bro­ni­łem so­bie o tym my­śleć i pró­bo­wa­łem się sku­pić na dźwięcz­nym chrzę­ście na­szych kro­ków i na tym, jak na­sze słowa ula­ty­wały ni­czym dym na wie­trze.

Jak przy­stało na Bry­tyj­czy­ków i na Wind­so­rów, za­czę­li­śmy po­ga­wędkę o po­go­dzie. Wy­mie­ni­li­śmy uwagi o po­grze­bie dziadka. Wszystko, w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, za­pla­no­wał sam, przy­po­mnie­li­śmy so­bie ze smut­nymi uśmie­chami. Po­ga­wędki. Po­ga­duszki. Po­ru­szy­li­śmy wszyst­kie po­boczne te­maty, a ja wciąż cze­ka­łem, aż przej­dziemy do naj­waż­niej­szego, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego tyle to trwa, a także - jak, u li­cha, mój oj­ciec i brat za­cho­wy­wali taki spo­kój.

Spoj­rza­łem wo­kół sie­bie. Prze­szli­śmy już spory ka­wa­łek, a te­raz do­cho­dzi­li­śmy do sa­mego środka kró­lew­skiego cmen­ta­rza, po kostki w cia­łach bar­dziej niż książę Ham­let. Je­śli się za­sta­no­wić... czy ja sam nie pro­si­łem kie­dyś o po­chó­wek tu­taj? Kilka go­dzin przed wy­ru­sze­niem na wojnę mój pry­watny se­kre­tarz po­wie­dział, że mu­szę wy­brać miej­sce, w któ­rym zo­staną zło­żone moje szczątki.

- Gdyby stało się naj­gor­sze, Wa­sza Kró­lew­ska Wy­so­kość... na woj­nie ni­gdy nie wia­domo...

Było kilka opcji. Ka­plica Świę­tego Je­rzego? Kró­lew­ski skar­biec w Wind­so­rze, gdzie w tej chwili umiesz­czono mego dziadka?

Nie, wy­bra­łem to miej­sce, bo ogrody były uro­cze, a oko­lica zda­wała się spo­kojna.

Kiedy sta­nę­li­śmy nie­mal nad twa­rzą Wal­lis Simp­son, tata roz­po­czął mi­ni­wy­kład o tej oso­bi­sto­ści tu­taj, tam­tej kró­lew­skiej ku­zynce tam, o wszyst­kich tych nie­gdyś wy­bit­nych ksią­żę­tach i księż­nych, lor­dach i da­mach, obec­nie re­zy­du­ją­cych pod traw­ni­kiem. Jako hi­sto­ryk ama­tor z wie­lo­let­nim sta­żem miał mnó­stwo in­for­ma­cji do prze­ka­za­nia i po tro­chu za­czą­łem na­bie­rać prze­ko­na­nia, że po­trwa to kilka go­dzin, a ca­łość zwień­czy spraw­dzian. Na szczę­ście skoń­czył, a my ru­szy­li­śmy da­lej po traw­niku wzdłuż kra­wę­dzi stawu, aż do pięk­nego ma­łego klombu żon­kili.

To wła­śnie tam w końcu prze­szli­śmy do rze­czy.

Pró­bo­wa­łem wy­ło­żyć swój punkt wi­dze­nia. Nie szło mi naj­le­piej. De­ner­wo­wa­łem się, pró­bu­jąc utrzy­mać emo­cje na wo­dzy, a jed­no­cze­śnie sta­ra­jąc się być zwię­złym i pre­cy­zyj­nym. Przy­rze­kłem so­bie, że nie do­pusz­czę do prze­ro­dze­nia się tego spo­tka­nia w ko­lejną kłót­nię. Ale szybko prze­ko­na­łem się, że to nie za­leży ode mnie. Tata i Willy mieli swoje role do ode­gra­nia i przy­byli go­towi do walki. Za każ­dym ra­zem, gdy przed­sta­wia­łem nowe wy­ja­śnie­nie, nowy kie­ru­nek my­śle­nia, je­den lub obaj prze­ry­wali mi. Szcze­gól­nie Willy nie chciał o ni­czym sły­szeć. Po tym, jak kil­ku­krot­nie mnie uci­szył, za­czę­li­śmy się kłó­cić, mó­wiąc to samo, co mó­wi­li­śmy od mie­sięcy - od lat. At­mos­fera zro­biła się tak go­rąca, że tata uniósł ręce.

- Dość tego!

Sta­nął po­mię­dzy nami, pa­trząc w górę na na­sze roz­pa­lone twa­rze.

- Pro­szę, chłopcy, nie za­mie­niaj­cie reszty mo­ich dni w udrękę.

Jego głos brzmiał zgrzy­tli­wie, kru­cho. Je­śli mam być szczery: staro.

Po­my­śla­łem o dziadku.

W jed­nej chwili coś się we mnie po­ru­szyło. Spoj­rza­łem na Willy'ego, na­prawdę na niego spoj­rza­łem, może po raz pierw­szy od czasu, gdy by­li­śmy chłop­cami. Zo­ba­czy­łem wszystko: zna­jomy gry­mas, który do­myśl­nie przy­bie­rał w kon­tak­tach ze mną, nie­po­ko­jącą ły­sinę, bar­dziej za­awan­so­waną niż moja; jego słynne po­do­bień­stwo do mamy, które zmniej­szało się z cza­sem. Z wie­kiem. Pod pew­nymi wzglę­dami był moim od­bi­ciem w lu­strze, pod in­nymi - prze­ci­wień­stwem. Mój uko­chany brat, mój prze­śla­dowca - jak do tego do­szło?

Po­czu­łem ogromne zmę­cze­nie. Chcia­łem wró­cić do domu i do­tarło do mnie, jak skom­pli­ko­wa­nym po­ję­ciem stał się dom. A może za­wsze tak było. Ru­chem ręki wska­za­łem ogrody, mia­sto za nimi, cały kraj i po­wie­dzia­łem:

- Willy, to miał być nasz dom. Mie­li­śmy tu miesz­kać do końca ży­cia.

- Opu­ści­łeś nas, Ha­rol­dzie.

- Tak. I wiesz dla­czego.

- Nie wiem.

- Nie wiesz?

- Na­prawdę nie wiem.

Od­su­ną­łem się. Nie mo­głem uwie­rzyć w to, co usły­sza­łem. Nie zga­dzać się w kwe­stii tego, kto za­wi­nił lub jak sprawy mo­gły się po­to­czyć - to jedno, ale jak on może twier­dzić, że nie zna po­wo­dów, dla któ­rych opu­ści­łem kraj, w któ­rym się uro­dzi­łem, kraj, za który wal­czy­łem i za który by­łem go­tów zgi­nąć - moją oj­czy­znę? Nie­ła­two to wy­po­wie­dzieć. Jak może twier­dzić, że nie wie, dla­czego moja żona i ja pod­ję­li­śmy ten dra­styczny krok, za­bra­li­śmy na­sze dziecko i ucie­kli gdzie pieprz ro­śnie, zo­sta­wia­jąc wszystko: dom, przy­ja­ciół, me­ble? Se­rio?

Spoj­rza­łem na ko­rony drzew:

- Nie wiesz?!

- Ha­rol­dzie... Na­prawdę nie wiem.

Od­wró­ci­łem się do taty. Wpa­try­wał się we mnie z wy­ra­zem twa­rzy mó­wią­cym: "Ja też nie".

Rany, po­my­śla­łem. Może na­prawdę nie mają po­ję­cia.

Nie­sa­mo­wite. Ale może to prawda.

A je­śli nie wie­dzieli, dla­czego wy­je­cha­łem, to może też o mnie nic nie wie­dzieli.

Może ni­gdy na­prawdę mnie nie znali.

I, je­śli mam być szczery, może ja ich też nie.

Ta myśl spra­wiła, że zro­biło mi się zim­niej i po­czu­łem się bar­dziej sa­mot­nie.

Ale też po­bu­dziła mnie do dzia­ła­nia. Po­my­śla­łem, że mu­szę im opo­wie­dzieć.

Jak im to opo­wie­dzieć?

Nie dam rady. Za długo by to trwało.

Poza tym wy­raź­nie wi­dać, że nie są w od­po­wied­nim na­stroju do słu­cha­nia.

W każ­dym ra­zie nie te­raz. Nie dzi­siaj.

A za­tem:

Tato? Willy?

Świe­cie?

Pro­szę bar­dzo.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Ty­tuł ory­gi­nału Spare
Prze­kład MI­ŁOSZ BIE­DRZYCKI (s. 5-103), ANNA DZIERZ­GOW­SKA (s. 103-206), JAN DZIERZ­GOW­SKI (s. 206-306), MA­RIUSZ GĄ­DEK (s. 306-412), AGNIESZKA WY­SZO­GRODZKA-GAIK (s. 412-501)
Wy­dawca KA­TA­RZYNA RUDZKA
Re­dak­tor pro­wa­dzący ADAM PLUSZKA
Re­dak­cja IDA ŚWIER­KOCKA
Ko­rekta MAŁ­GO­RZATA KU­ŚNIERZ
Pro­jekt okładki CHRI­STO­PHER BRAND
Ad­ap­ta­cja pro­jektu okładki ANNA POL
Opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficzne, ła­ma­nie, ko­rekta ANNA HEG­MAN
Ko­or­dy­na­torka pro­duk­cji PAU­LINA KU­REK
Zdję­cie otwie­ra­jące część II ? Mod / New­spix In­ter­na­tio­nal
Zdję­cie na fron­cie okładki Ra­mona Ro­sa­les
Zdję­cie z tyłu okładki Mar­tin Ke­ene / PA Ima­ges
Spare Co­py­ri­ght ? 2023 by Prince Harry, The Duke of Sus­sex This trans­la­tion is pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ran­dom Ho­use, an im­print and di­vi­sion of Pen­guin Ran­dom Ho­use LLC.
Co­py­ri­ght ? for the trans­la­tion by Mi­łosz Bie­drzycki, Anna Dzierz­gow­ska, Jan Dzierz­gow­ski, Ma­riusz Gą­dek, Agnieszka Wy­szo­grodzka-Gaik Co­py­ri­ght ? for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2023
War­szawa 2023 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67510-93-6
Książę Harry pra­gnie wes­przeć bry­tyj­skie or­ga­ni­za­cje cha­ry­ta­tywne da­ro­wi­zną pły­nącą z do­chodu z pu­bli­ka­cji książki Ten drugi. Książę Sus­sex prze­ka­zał 1,5 mi­liona do­la­rów Sen­te­bale, or­ga­ni­za­cji, którą za­ło­żył wraz z księ­ciem Se­eiso jako hołd dla ich ma­tek, wspie­ra­ją­cej dzieci i mło­dzież w Le­so­tho i Bot­swa­nie za­ra­żone HIV. Książę Harry prze­każe rów­nież da­ro­wi­znę na rzecz or­ga­ni­za­cji non pro­fit Wel­l­Child w wy­so­ko­ści 300 ty­sięcy fun­tów. Wel­l­Child, któ­rej od pięt­na­stu lat udziela kró­lew­skiego pa­tro­natu, stara się, by dzieci i mło­dzież z cho­ro­bami prze­wle­kłymi otrzy­my­wały opiekę w domu za­miast w szpi­talu.
Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11A 01-527 War­szawa tel. 48 22 663 02 75 re­dak­cja@mar­gi­nesy.com.pl
www.mar­gi­nesy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.