Templarantis - Paweł Horyszny

Kup ebooka

30.00 zł

-
Proszę czekać

PAWEŁ HORYSZNY

TEMPLARANTIS

Templarantis - tom I

Copyright ? by Paweł Horyszny

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie w wystąpieniach publicznych - również częściowe - tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Redakcja: Renata Nowak

Korekta: Monika Turała, Renata Nowak

Projekt okładki: AMZ Marketing Hub

Skład i łamanie: Joanna & Grzegorz Japoł (book-cover.design)

Druk: https://druk-24h.com.pl

Wydanie I, Edynburg 2023

ISBN 978-0-7334-2609-4

ROZDZIAŁ 1

- Co tu się, do cholery, dzieje?! - Krzyk ordynatora Moraty przedzierał się przez nocną burzę.

Przyglądał się wściekle, jak czterech wojskowych oficerów wnosi do budynku nieprzytomnego mężczyznę. Wpadł w furię, widząc, że żaden z nich nawet nie raczył na niego spojrzeć. Odprowadził ich tylko wzrokiem, gdy znikali w tunelu. Mrużył oczy za każdym razem, kiedy światła na sklepieniu korytarza zaczynały migotać.

Morata odwrócił się i zobaczył za sobą kolejnego oficera w czarnym mundurze. Mężczyzna miał ręce splecione na plecach i przyglądał się mu z wyraźną pogardą. Stał wyprostowany. Ordynatorowi wystarczył rzut oka, by dostrzec, że służbista ma kompleks na punkcie tuszy.

- Obiekt zostanie tutaj przesłuchany.

- Nie wiem, czy zauważyliście, Obywatelu Oficerze, ale ten ośrodek to szpital dla pobliskiego poligonu, a nie więzienie.

- Polecenie odgórne, Obywatelu Ordynatorze.

- Od kogo dokładnie?

- Od kogoś postawionego o wiele wyżej, niż sięga pańska jurysdykcja. Tylko tyle musicie wiedzieć.

Morata przyglądał się rozmówcy. Czekał na jakąś reakcję, lecz ten jedynie patrzył na niego niewzruszony.

- Mogę zrobić wszystko tak, jak sobie życzycie, Obywatelu Oficerze - odparł w końcu. - Lecz dobrze wiecie, że każdy taki incydent muszę zarejestrować. O kwestii dodatkowych kosztów związanych z pracą personelu też będę musiał zaraportować. Byłoby dobrze, gdybym miał ku temu ważny powód.

W końcu dojrzał reakcję w spojrzeniu wojskowego. Nie był jednak w stanie określić, co ona wyrażała.

- Dobrze wiecie, Obywatelu Oficerze, cięcia budżetowe we wszystkich sektorach gospodarki Imperium Inkwizycyjnego nie ominęły Portmagee. Ciężko będzie mi wytłumaczyć, dlaczego mam udostępnić jakikolwiek pokój na cele inne niż opatrywanie rannych. Zwłaszcza komuś, kogo widzę pierwszy raz na oczy, jak was, Oficerze... - Morata ostentacyjnie się pochylił i odczytał nazwisko na naszywce na piersi - ...Tarczyński. Co mam przekazać w sprawozdaniu?

Morata ucieszył się w duchu, gdy dostrzegł zażenowanie na twarzy żołnierza. Próbował ukryć satysfakcję z tego, że Tarczyński wbijał teraz spojrzenie w podłogę, jakby uporczywie wierzył, że znajdzie tam odpowiedź na kłopotliwe pytanie. Wreszcie zacisnął szczęki, a napięte mięśnie żuchwy sprawiły, że jego twarz stała się asymetryczna i nieludzka.

- Nasz kontrwywiad doniósł, że na pokładzie samolotu lecącego z Templarantis na terytorium perskie znajduje się osoba, której wiedza naukowa jest niezwykle cenna dla naszego programu wojskowego. Przechwyciliśmy obiekt w momencie, gdy przekroczył naszą przestrzeń powietrzną. Był uzbrojony i ostrzelał nasze samoloty. Nie pozostaliśmy mu jednak dłużni. Aeroplan został zestrzelony. Tylko tego więźnia udało się uratować.

- Ciężko mi w to uwierzyć. Przeżyło pewnie więcej pasażerów, tylko powystrzelaliście ich, by pozbyć się świadków. Mam rację, Obywatelu Oficerze?

- Komentowanie naszych metod nie należy do zakresu pańskich obowiązków, Obywatelu Ordynatorze.

- A nie uważacie, Obywatelu Oficerze, że zestrzelenie samolotu Templarantis wywoła dodatkowe tarcia między naszymi państwami? Kryzys dyplomatyczny, którego doświadczamy w ostatnich miesiącach, jest największym w historii. Jego eskalacja może mieć poważne konsekwencje.

- Tym się nie musicie martwić. Oficjalna wersja jest taka, że samolot naruszył nasze terytorium niezgodnie z wcześniejszymi ustaleniami pomiędzy rządami. Zignorowano wezwania do opuszczenia naszej przestrzeni powietrznej, dlatego odpowiedzieliśmy ogniem.

Oboje stali naprzeciwko siebie bez ruchu.

- A na kogóż to polowaliście, jeśli można widzieć, Obywatelu Oficerze?

- To informacja zastrzeżona - odpowiedział. - Mogę wam jedynie zdradzić, że miał to być ktoś związany z badaniami genetycznymi prowadzonymi w Templarantis.

- Jak długo macie zamiar zajmować udostępnione pomieszczenie?

- Najkrócej, jak się tylko da. - Twarz Tarczyńskiego wykrzywiła się nagle w groteskowym uśmiechu. - Dlatego otrzymacie pomoc, Obywatelu Ordynatorze.

- Jaką pomoc?

- Na to pytanie nie znam odpowiedzi. Z tego, co mi wiadomo, jest już w drodze.

Gdy czterech pomocników Tarczyńskiego minęło Moratę i wróciło do swojego dowódcy, ten odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wojskowego samochodu, którym przyjechali.

Ordynator patrzył, jak ich sylwetki znikają w deszczowej, wyspiarskiej nocy. Nie mógł jednocześnie opędzić się od złego przeczucia, które go właśnie ogarnęło.

Jean-Michel Gadbois wiedział, że nowego Wielkiego Mistrza trudno rozgryźć. Wolny i apatyczny, sprawiał wrażenie kogoś, kto raczej odlicza czas do najbliższej drzemki, aniżeli próbuje załatwić najpilniejsze sprawy kraju. Nie wiedział, jakim cudem siedemdziesięcioośmioletniemu człowiekowi można było powierzyć najwyższe stanowisko w państwie. Zdawał sobie sprawę z tego, że pochodzi on z pośredniej linii rodu de Molayów, jednak wyraźnie brakowało mu charyzmy przodków. Do tego miał tylu zwolenników, ilu przeciwników, a to nie ułatwiało prac Rady.

Jednak mimo wszystko przyrzekł Mistrzowi wierność i posłuszeństwo. Nie po to poświęcił całą swoją młodość na edukację, rytuały przejść, a każdą wolną minutę życia na studiowanie historii i strategii militarnych Templarantis, żeby teraz poddać się zwątpieniu, nawet jeśli działania najwyższych władz na wyspie ostatnimi czasy często nie miały sensu.

Przemierzał główną aleję stolicy. Podziwiał potężne białe kolumny budynków stojące wzdłuż jej chodników - wysokie i majestatyczne. Tak, kochał Novo Tomar. Tutaj został poczęty, tym murom oddał życie i duszę.

Przechodnie wyglądali podobnie, jakby stworzeni przez jedną matrycę; wyprostowani, dumni i dobrze zbudowani. Zastanawiał się tylko, czy są tak samo naturalni jak on, czy też zmodyfikowani jak wielu, których spotkał na swojej drodze. W końcu zamknięta społeczność w pewnym momencie była zmuszona rozbić ograniczającą ją hermetyczną skorupę. Eksperymenty prokreacyjne nie przynosiły zadowalających efektów, więc musiano otworzyć się na niewolników i uchodźców, by wprowadzić do społeczeństwa Templarantis świeży materiał genetyczny. Zresztą te problemy przewidziano już dawno temu. Jego ojczyzna - osamotniona wyspa na oceanie - umiejscowiona w połowie drogi między kontynentem opanowanym przez Imperium Inkwizycyjne na wschodzie a skolonizowanym przez Templarantis Północnym Nowym Światem na zachodzie, borykała się z poważnym kryzysem demograficznym.

Gadbois wiedział, że pochodzi z czystej linii. Ostał się jako jeden z niewielu. W końcu według zapisów w archiwum jego przodkom udało się wieki temu uciec z Szampanii, kraju zwanego niegdyś Francją. Stało się to, zanim Imperium Inkwizycyjne przejęło władzę nad kontynentem i siłą miecza oraz ognia zacieśniało więzi federacyjne.

Skręcił w boczną, wąską ulicę Colina do Castelo. Po pokonaniu ostatnich zakrętów wyszedł na wielki plac Novo Estrada do Convento. Ten obszar zaprojektowany w kształcie nakładających się nawzajem okręgów, z kanałami umiejscowionymi pomiędzy wąskimi ulicami, stanowił ewenement na tle miejscowej architektury. Nosił wyraźne piętno tego, co przodkowie Gadboisa odkryli wieki temu, kiedy szukali schronienia przed przewidzianym zawczasu atakiem króla Filipa IV na zakon w czternastym wieku, a znaleźli na porzuconym lądzie zwanym niegdyś Atlantydą.

Zresztą Jean-Michel miał okazję widzieć centrum Novo Tomaru z powietrza; tworzyły go przeplatające się pierścienie wodne z ziemnymi, kolejne szersze od poprzednich, ze sztuczną wyspą ze skupiskiem budynków rządowych umiejscowioną w samym centrum kręgów. Całość tego niesamowitego widoku dopełniały dwa kanały. Jeden łączył stolicę z morzem, a drugi odprowadzał wodę z wielkiego kanału na obrzeża równiny. Mosty nad pierścieniami wodnymi pozwalały mieszkańcom łatwo się przemieszczać pomiędzy kolejnymi lądowymi okręgami centrum Templarantis.

Mężczyzna wiedział, że zasługi przodków pomogły mu w karierze. Tego się tutaj nie zapomina, bo wszyscy wychodzą z założenia, że męstwo i oddanie sprawie dziedziczy się w genach. Ta doktryna dawała z jednej strony przywileje, a z drugiej kładła na barkach brzemię. Gadbois zdawał sobie z tego sprawę bardziej niż ktokolwiek inny z jego rodu. Czysta krew czystą krwią, jednak kilku jego przodków wykorzystało do cna kredyt zaufania Rady i Mistrza, gdyż nie dokonali niczego znaczącego w walce z Imperium. Jean-Michel wiedział, że może być ostatnim śladem, jaki pozostawi po sobie ich ród. Jego ojciec - Jacques - dawał mu odczuć bardzo dobitnie, jakie są jego oczekiwania wobec klanu. Na każdym niemalże kroku.

Kiedy przekroczył próg budynku ministerstwa, miał poczucie spełnienia; to wewnętrzne przeświadczenie idealisty będące połączeniem wiary w sens tego, co się robi, młodzieńczej naiwności oraz beztroskiej brawury dodało mu animuszu. Każdy krok stawiany w przemierzanym korytarzu utwierdzał go w przekonaniu co do słuszności swojego powołania. Szedł pewnie, mijając kolejne komnaty, które swoim przepychem i majestatycznością nie ustępowały placowi Novo Estrada do Convento.

Specjalna przepustka pozwoliła mu wejść do wschodniej części kompleksu, do której dostęp mieli tylko nieliczni. Tylko ci wybrani dla Mistrza przez jego najbliższych doradców.

Jean-Michel dotarł do masywnych, dębowych drzwi. Dwójka strażników nieufnie spojrzała na niego, po czym jeden z nich wskazał dłonią na ławę obok głównego wejścia. Młody Gadbois na audiencję musiał jeszcze chwilę poczekać.

Podczas dwóch godzin oczekiwania umysł Jean-Michela wypełniły przemyślenia, a do jego uszu docierały echa odgłosów niosących się z odległych korytarzy budynku. Kiedy wartownicy zrobili kilka kroków naprzód, Gadbois zareagował. Wrota skrzypnęły, wydając z siebie niewypowiedziane zaproszenie. Jean-Michel podniósł się dumnie, wygładził kołnierz białego munduru, spojrzał na godło templariuszy przyszyte na wysokości serca i dyskretnie ukrywając zdenerwowanie, ruszył pewnym krokiem.

Ogromny ból przeszył całe jego ciało. Miał wrażenie, że wszystkie żyły w skroniach kaleczą mu mózg niczym ostre ciernie. Ledwo znalazł siłę, by lekko uchylić powieki. Kiedy obrócił głowę, zauważył jedynie, że czyjeś potężne dłonie zaciskają się na jego ramionach i kostkach. Ci, którzy go nieśli, poruszali się szybko, ale to nie poprawiało sytuacji. Otworzył usta, by krzyknąć z bólu, lecz gardło odmówiło mu posłuszeństwa.

Ułożono go delikatnie na twardym, zimnym łóżku. Światła nad jego głową zdawały się przenikać przez zaciśnięte powieki i kłuć gałki oczne jak gorące igły. Znów próbował unieść ręce. Ktoś złapał go za nie i zaczął mocować je pasami do ram łóżka.

Ogarnął go bezwład i czuł, że pragnie zasnąć. Czyjaś dłoń założyła mu maskę tlenową na twarz.

- Słyszysz mnie?

Słowa odbijały się w zakamarkach jego umysłu.

- Słyszysz mnie?

Pytanie powtarzane regularnie w odstępie kilku sekund zaczęło drażnić i jednocześnie działać jak środek ocucający.

- Słyszysz mnie?

Uchylił powieki, a ostre światło znów sprawiło, że poczuł ból.

- Słyszysz mnie?

- Tak, słyszę... - wymamrotał zdziwiony, że jego gardło było w stanie wydać z siebie jakiekolwiek dźwięki.

- Wiesz, gdzie się znajdujesz?

- Nie... - odpowiedział, próbując podnieść ręce.

- Nie masz się czego obawiać, jesteś pod moją opieką.

- Czyli czyją?

- To nie jest teraz twoim zmartwieniem. - Usłyszał od nieznajomego. - Najważniejsze, żebyś odpoczywał i nabierał sił.

Nieznajomy uśmiechnął się tylko, odwrócił na pięcie i zniknął z pola widzenia.

Został sam. Tylko on, białe ściany bez okien i jaskrawe światła żarówek umieszczonych nad głową, z których jedna, pulsująca nieregularnym światłem, dość szybko zaczęła doprowadzać jego zmęczony umysł do szału.

Bladoszara mgła powoli wypełniła jego oczy, lecz nerwowe mrugania zdawały się wyrywać z odrętwienia pętającego jego wzrok i umysł.

- To, co za chwilę zrobię, będzie tylko i wyłącznie dla twojego dobra. - W uszach znów rozbrzmiał mu głos nieznajomego. - Brzydzę się torturowaniem ludzi. To sprawi, że ominie cię ból.

Otworzył oczy na tyle szeroko, że ich spojrzenia się spotkały. Wyczytał z twarzy nieznajomego skruchę i wstyd.

- To jedyne, co mogę dla ciebie zrobić.

Światła zaczęły nagle dziko i nieregularnie migotać, sprawiając, że pęknięcia na kafelkach stały się bardziej widoczne. Igła przeszyła mu ramię i wżarła się w mięśnie. Krzyknął, a obolałe dłonie próbowały złapać cokolwiek.

Ordynator w odpowiedzi rzucił mu tylko swoje zmęczone spojrzenie. Pośpiesznym krokiem opuścił salę i wszedł do pomieszczenia obok. Panował tam mrok rozdzierany jedynie pojedynczymi błyskami żarówek zwisających z sufitu.

Zza szyby patrzył na mężczyznę przywiązanego do łóżka i przypomniał sobie powód, dla którego sam się tutaj znalazł, a który trzymał go przy życiu i dawał mu siłę do rozpoczęcia kolejnego dnia. Nawet pomimo tego, że nienawidził Portmagee, tego ośrodka i wszystkiego, co się z nim wiąże, to wciąż była jednostka wojskowa, coś na wzór szpitala polowego, która z czasem przestała się zajmować leczeniem rannych żołnierzy z pobliskiego, największego w Imperium, poligonu. Rannych poddawano eksperymentom, które miały zwiększyć ich wydajność, siłę i odporność na ból.

Trucizna nie była bezbolesnym specyfikiem, ale jedynym, jaki miał pod ręką. Ważne, że szybko ulatniała się z organizmu po zgonie. To pozwoli odsunąć podejrzenia od siebie.

Ciszę w pokoju przerwał odgłos skrzypiących drzwi, zza których wyszedł jeden z jego asystentów.

- Obywatelu Ordynatorze, ktoś ważny chce się z wami spotkać.

Ordynator spojrzał w sufit.

- Aż się boję spytać - odparł ironicznie.

- Bohdan Kantor... - usłyszał odpowiedź asystenta.

- ...słynny Polski Rzeźnik - dokończył ordynator.

Gadbois stanął na środku sali. Mozaika posadzki przedstawiała Słońce i kierujące się ku jego centrum promienie.

Naprzeciwko niego, kilkadziesiąt centymetrów wyżej, znajdował się podest, a na nim zabytkowy stół, za którym zasiadało pięć postaci. Każda była ubrana w białą tunikę.

- Witaj, Jean-Michelu - rzekła jedna z nich. - Zapewne się domyślasz, że wezwanie na rozmowę jest wielkim zaszczytem dla młodych adeptów zakonu.

Templariusz patrzył w oczy mówcy, co jakiś czas przerzucając wzrok na twarze pozostałych.

- Tak, Lordzie Protektorze. Wiem, że skoro zostałem tutaj wezwany, to czeka mnie misja do wypełnienia ku chwale, a przede wszystkim ochronie Templarantis.

- Wyniki testów, które przeszedłeś, zdają się sugerować, że dokonaliśmy właściwego wyboru. - Protektor powoli przerzucał kolejne strony akt, które leżały przed nim. - Wierzymy, że historia twojej rodziny również pomoże ci w realizacji zadania, które chcemy ci powierzyć.

- Ród Gadbois zawsze był oddany sprawie zakonu i dobrze o tym wiecie, Wielki Protektorze.

- Zgadza się. - Protektor zamknął akta i spojrzał Jean-Michelowi w oczy. - Dobrze o tym wiemy i pamiętamy.

Młody Gadbois lekko uśmiechał się w duchu.

- Pamiętamy również o porażkach twojego rodu. - Protektor nie odrywał wzroku od swojego rozmówcy. - Zwłaszcza twój ojciec i dziadek nie zasłużyli się w dziale wywiadowczym.

Jean-Michel poczuł, że zalewa go ciepło i jedyne, co był w stanie zrobić, to zacisnąć zęby.

- Za dużo ofiar, kompromitacji, a wyniki nierekompensujące kosztów. Musisz się sprawdzić jako agent, żeby zasłużyć na zaszczyty. Przyszłość zbudujesz na własnych czynach, a nie na zasługach przodków. Czy rozumiesz, co mamy na myśli?

Gadbois poczuł pod powiekami łzy złości i rozpaczy. Robił wszystko, by nie napłynęły mu do oczu. Jednocześnie targała nim wściekłość.

- Oczywiście, Protektorze - wydusił z siebie. Nie umiał opanować rozczarowania, które paraliżowało jego ciało. - Wierzę, że podejmujecie najmądrzejszą decyzję w najwyższym interesie zakonu i Templarantis.

- Znasz porządek świata. - Protektor wyraźnie złagodził ton, starając się wlać trochę otuchy w serce Gadboisa. - Wiesz, co zakon sobą reprezentuje, i znasz wartości Templarantis, których musimy bronić przed agresją Imperium.

- Tak, Protektorze.

- Zakon i Templarantis to twoje dwie najważniejsze dyrektywy. - Mówca lekko się uśmiechnął. - Wiem, że zdajesz sobie z tego sprawę i nie zawiedziesz nas, obywateli i swoich przodków.

- Tak, Protektorze.

- Szczegóły misji zostaną ci przekazane po zakończeniu zebrania Rady. Otrzymasz też pomoc niezbędną do jej wykonania. Jeśli nie masz nic więcej do dodania, to uważam, że możemy uznać to spotkanie za zakończone.

Nie powiedział nic, tylko się ukłonił, odwrócił i ruszył w kierunku wyjścia z sali. "Nie poszło tak, jak sobie wyobrażałem" - pomyślał. "Ale mam to, po co tu przyszedłem".

Wyszedł na korytarz ze świadomością, że ma sporo do udowodnienia, nie tyle sobie, ile tym, którzy postawili na szali honor jego rodu. Przyrzekł sobie, że wykona zadanie tak, jak należy.

Nawet jeśli będzie to ostatnia rzecz, jaką zrobi w życiu.

Nie sądził, że porażki Gadboisów zostaną wyciągnięte jak brudna szmata z kubła, którą Rada wytrze mu twarz. Nie był na to przygotowany i nie wiedział, jak się bronić. Dopiero teraz - kiedy było już po wszystkim - układał sobie w głowie, co powinien był odpowiedzieć. Chciał sam siebie skarcić za brak reakcji, lecz to już nie miało znaczenia. Ważne było, że zaakceptowano jego kandydaturę i został przydzielony do wykonania misji.

Ordynator nie był szczęśliwy. Znał Kantora ze studiów i wiedział, do czego jest zdolny. Polski Rzeźnik nie miał żadnych oporów moralnych. Owszem, na doktryny Imperium Inkwizycyjnego zawsze wyjątkowo chętnie się powoływał, by nagiąć je na wszelkie możliwe sposoby. Zresztą prawo na to pozwalało i Kantor posługiwał się nim równie sprawnie jak skalpelem, w dodatku działając za przyzwoleniem władz. Eksperymenty oraz tortury na ludziach, od ciężarnych matek począwszy, na wyłapanych agentach i niewolnikach z imperialnych kolonii skończywszy, były dla niego chlebem powszednim. Morata nie miał pewności, czy te pobudki wynikały z jego pasji, katolickiego prania mózgu czy wrodzonej potrzeby zadawania innym bólu.

Nie był zachwycony takim obrotem spraw. Wiedział, że Kantor to połączenie ślepej wiary i sadyzmu. Zresztą tak odbierał większość Polaków. Swego czasu naród o bogatej historii i do pewnego momentu esencja tolerancji Europy, wraz ze stopniowym przejmowaniem władzy przez Świętą Inkwizycję - tak samo zresztą jak i inne kraje kontynentu - skutecznie zatracił swoją tożsamość i poddał się imperialnej indoktrynacji. Kraj rozdzierany wewnętrznymi konfliktami dał się niezwykle łatwo zmanipulować, a przejęcie władzy było podręcznikowym przykładem tego, jak przywłaszczyć sobie umysły przedstawicieli klasy o niskiej świadomości samorealizacji. Taką teorię przedstawił mu jego dawny akademicki mentor Gianluca Pazzi.

Morata mozolnie przeglądał akta pacjenta oznaczonego jako Infidelis 13-18. Nie wiedział o nim wiele poza tym, że odniósł rany podczas ataku. Nie wyglądało to najgorzej. Na dobrą sprawę stracił tylko dużo krwi. Jednak lekarz wiedział, że poszkodowany nie przeżyje interrogacji Kantora. Dlatego wstrzyknięcie mu preparatu było jedynym ludzkim odruchem, na jaki mógł sobie pozwolić. Lepiej, żeby zmarł przedwczesną i w miarę bezbolesną śmiercią, aniżeli podczas tortur.

Poza tym zastanowiło go coś jeszcze. Oficerowie Inkwizycji nie byli skorzy do ujawniania swoich tajemnic, o metodach działania nie wspomniawszy. Jednak tym razem ten, który podawał się za Tarczyńskiego, był wyjątkowo wylewny. Powiedział zdecydowanie za dużo.

Nie to jednak martwiło go najbardziej. Wiedział, że dziś jego drogi przetną się z demonem z dawnych czasów. Dzisiaj Kantor znów położy swoje łapy na jego pracy. Tak jak kiedyś na jego życiu prywatnym. Tak jak kiedyś.

Gadbois przeglądał akta. Jego umysł szybko analizował wytyczne misji. Pomimo że czuł się coraz bardziej przytłoczony tym, co czytał, starał się zachować wewnętrzny spokój. Próbował różnych technik, jednak złość i konieczność planowania następnych kroków realizacji zadania skutecznie utrudniały mu podejmowanie kolejnych prób wewnętrznego wyciszenia.

Zdawał sobie sprawę, że tylko jego intelekt i umiejętność walki wręcz mogą mu pomóc w najbliższych miesiącach. Przeprawa przez ocean i lądowanie pod osłoną nocy na wyspie Ushant to ten łatwiejszy etap wyprawy. Stamtąd dotarcie łodzią do Lanildut w dawnej Francji będzie pierwszym testem. Służby Imperium Inkwizycyjnego strzegły swoich morskich granic bardzo uważnie, udaremniając - mniej lub bardziej skutecznie - wszelkie próby przedostania się wrogiego i obcego elementu na swoje tereny.

Jean-Michel wiedział również, że może liczyć na pomoc. Dawna Francja w końcu miała bardzo rozbudowaną sieć świątyń, zwłaszcza w Szampanii i Burgundii. Wszyscy mistrzowie - od de Payensa począwszy, na de Molayu skończywszy - stamtąd pochodzili, i nawet w dwudziestym wieku templariusze wciąż mieli tutaj wpływy i byli w stanie umiejętnie ukrywać swoją rozwiniętą siatkę szpiegowską.

Wiedział, że później zaczną się schody. Im dalej od zachodniego wybrzeża, tym bardziej będzie zdany na siebie.

Zamknął akta i rozejrzał się dookoła. Siedział przy małym biurku ustawionym obok okna z widokiem na Novo Tomar. Kanciapa sprawiała wrażenie małego, klaustrofobicznego pomieszczenia, ale przez tych kilka lat studiów usilnie się starał, aby jej wystrój dawał mu chociaż namiastkę domu. Pod krótszą ścianą znajdowało się szerokie, nisko zabudowane dębowe łóżko. Jego obramowania skutecznie utrzymywały ciężar niejednej upojnej nocy, podczas których gościł tutaj studentki, nie tylko ze swojego roku. Nauczył się od nich więcej o sztuce ars amandi w praktyce aniżeli na akademickich kursach. Podświadomie czuł, że ma to związek z jego przyszłą misją, lecz wówczas nie chciał do końca w to wierzyć, gdyż rozwiązłość seksualna była na porządku dziennym w uczelnianej codzienności Templarantis. Cóż, najwidoczniej pozaszkolne zajęcia miały być przydatne zarówno dla męskiej, jak i żeńskiej części braci studenckiej. W końcu przedstawiciele obu płci byli wysyłani na terytorium wroga.

Wysoko nad łóżkiem znajdowała się półka z książkami, które towarzyszyły mu przez ostatnie lata studiów, a na podłodze stał nocny stolik. Cały pokój był jasny dzięki wielkiemu oknu, które codziennie wpuszczało do wnętrza pierwsze poranne promienie światła. Jean-Michel podniósł ku niemu wzrok i podziwiał pomarańczowe dachówki budynków, które idealnie współgrały z błękitem nieba i złotem słońca. Mieszkał w tym mieście całe życie i już teraz, czyli jeszcze zanim je opuścił - po raz pierwszy zresztą - zaczynał za nim tęsknić. Wiedział, że właśnie wkracza w dorosłe życie.

Znów pomyślał o ojcu. Zaczął go przeklinać i jednocześnie mu dziękować. To przez niego zostanie wysłany na teren wroga, gdzie będzie musiał się sprawdzić.

Widocznie tak miało być.

Spojrzał na zegarek na nadgarstku. Wiedział, że nadszedł czas. Sprawy toczyły się wyjątkowo szybko. Telefon wczoraj późnym wieczorem, spotkanie z Radą dzisiaj z samego rana i decyzja o wyprawie na teren Imperium kilka godzin później.

Wstał i z aktami pod pachą ruszył w kierunku drzwi. Kiedy położył dłoń na klamce, zatrzymał się i obejrzał za siebie. Omiótł wzrokiem pomieszczenie i się zamyślił.

Miał dziwne wrażenie, że widzi je po raz ostatni w życiu.

Infidelis 13-18 czuł, że wraca mu świadomość. Miał jakieś bolesne przebłyski tego, co się działo przez ostatnich kilka godzin. Czuł strach i słyszał głosy otaczających go osób, mimo że robiły wszystko, co w ich mocy, aby poruszać się bezszelestnie.

Leżał na łóżku. Uniósł głowę. Zobaczył swoje ręce i nogi przywiązane mocnymi skórzanymi pasami do poręczy łóżka. Powoli rozejrzał się po pomieszczeniu. Nic poza nisko zawieszonym sufitem i białymi ścianami. Miał wrażenie, że duchy wydarzeń, które w ostatnich dekadach rozgrywały się w tym przesiąkniętym cierpieniem budynku na obrzeżach Portmagee, nigdy nie opuściły tego miejsca.

Nad ukrytymi drzwiami wejściowymi wisiał krzyż. Symbol, który w każdym mieszkańcu Templarantis miał wywoływać strach, odrazę i poczucie zagrożenia dla wolności i tego wszystkiego, w co wierzyli. Tak byli wychowywani i szkoleni. Jednak Infidelis 13-18 chciał się uspokoić, odzyskać kontrolę nad emocjami i zmierzyć z insygnią swojego zniewolenia.

Był dziwnie pogodzony ze swoim losem. Chyba dzięki tajemniczemu głosowi, który powiedział, że się nim zaopiekuje. Prawdziwy czy tylko urojony dał mu poczucie spokoju.

Niech się dzieje, co chce.

Kantor pewnie patrzył przed siebie. Kroczył korytarzami kompleksu szpitalnego Portmagee w asyście dwóch funkcjonariuszy imperialnej bezpieki. Wyróżniała go charakterystyczna łysawa głowa. Wyraz jego twarzy zdradzał butę, a uniesione kąciki ust wyglądały jak uśmiech. Ceramiczne kafelki, którymi wyłożone były ściany, pomimo naleciałości grzybów i glonów, zdawały się odbijać ten błysk w oczach Kantora wywołany myślą o torturach kolejnego jeńca przechwyconego przez bezpiekę. Kod Infidelis 13-18 nic dla niego nie znaczył. Widział w nim tylko kolejny ludzki worek narządów, którym tak lubił się bawić.

Nagle z mijanych właśnie drzwi wypadła postać odziana na biało. Jej mocne ręce złapały Kantora za kołnierz munduru i przycisnęły do ściany, zanim zarówno on, jak i ochroniarze zdążyli zareagować. Poczuł tylko mocny napór mięśni na swoją klatkę piersiową. Po chwili był w stanie znów wciągnąć powietrze do płuc. Zdał sobie sprawę, że agenci bezpieki zdołali szybko odciągnąć napastnika. Gdy kilkoma sprawnymi ruchami powalili go na ziemię, spojrzał na leżącego wściekłym wzrokiem.

- Se?or Morata - rzekł, otrzepując niewidzialny brud z klap munduru. - Skłamałbym, mówiąc, że liczyłem na to, że się nigdy więcej zobaczymy, lecz nie sądziłem, że w takim miejscu. Choć z drugiej strony, patrząc na tę dziurę, śmiem twierdzić, że pasujesz tutaj jak ulał i zastanie ciebie w tym rynsztoku jakoś mnie nie dziwi.

- Nie widzisz mnie po raz ostatni - ryknął Morata przygnieciony przez dwa masywne ciała. - Jeszcze pożałujesz, że znów nasze drogi się przecięły!

Kantor wykrzywił głowę z politowaniem i przykucnął nad Moratą wciąż szamoczącym się z agentami bezpieki.

- To, że wylądowałeś w tej dziurze, powinieneś uznać za duży sukces. Mogłeś zajść daleko, ale tego nie chciałeś. Humanistyczne wpływy filozofii templarantistycznej wyprały ci mózg i zacząłeś sam zaprzeczać sobie i temu, w co wierzymy w Imperium. Blasfemia i konspiracja, a w rezultacie zdrada stanu. Taki koniec powinna mieć twoja historia.

- Dobrze wiedziałeś, o co mi chodzi. - Morata kipiał ze złości. - Chciałem nadać ideologii Imperium bardziej ludzkiego ducha, nie ujmując nic jej najważniejszym doktrynom. Poza tym nie muszę się tłumaczyć przed kimś takim jak ty!

- Masz podążać. - Kantor złapał Moratę za żuchwę. - Nie mieszać, nie zmieniać, nie podważać. To oznaka słabości i braku wiary.

- Bezwarunkowej... - wysyczał Morata.

- Tak, bezwarunkowej. - Polski Rzeźnik zmusił się do uśmiechu. - Masz słuchać i wykonywać. Od kwestionowania są odpowiedni ludzie w Watykanie, Berlinie i innych ośrodkach, a nie jakaś przybłęda z Getafe. No właśnie, Getafe, strasznie tam cuchnie. Zawsze rozpoznam kogoś, kto pochodzi z tamtych rejonów. Kiedy czuję smród parującego gnoju, to myślę sobie, że to jakaś szuja stamtąd otworzyła gębę. Taka jak ty. - Kantor splunął Moracie w twarz i dumnie się wyprostował. - Możesz powoli pakować swoje manatki - rzekł z nieukrywaną satysfakcją. - Za napaść na mnie zwolnienie dyscyplinarne to najmniejszy wymiar kary, jaka może cię spotkać. Niesubordynacja, próba uniemożliwienia mi wykonania rozkazu... A to wszystko przy świadkach. To, co zrobiłeś, nie było za mądre. Mogę to podciągnąć pod całą masę paragrafów. Tak więc jutro albo sam opuścisz ten budynek, albo kilku jegomości ci w tym pomoże. A uwierz mi, tego nie chcesz...

Agenci rozluźnili uściski i zostawili ciało Moraty na posadzce. Rzeźnik wraz z obstawą ruszył przed siebie.

- Damaris nigdy cię nie kochała! - wrzasnął Morata.

Kantor zatrzymał się i dał znać swoim sługusom, żeby zrobili to samo. Odwrócił się spokojnie i wbił wściekłe spojrzenie w Moratę.

Ordynator patrzył, jak Rzeźnik zbliża się do niego, a potem nad nim kuca.

- To był twój następny błąd - szepnął mu do ucha, zaciskając zęby. - Trzeba było trzymać gębę na kłódkę.

Kantor wyprostował się i skinął w kierunku agentów bezpieki. Ci podeszli do niego, czekając na rozkazy.

- Dajcie mu wycisk przez minutę.

Na ciało Moraty spadła seria kopniaków i uderzeń pięści. Jedyne, co mógł zrobić, to zwinąć się w kłębek, by osłonić swoje ciało. Każdy ból zdawał się znikać tylko po to, by następny mógł się pojawić w innej części ciała.

W końcu Kantor pstryknął palcami i agenci przestali się znęcać nad Moratą.

- Wiem, że ukrywasz ją przede mną. - Nachylił się nad lekarzem i niemal syczał mu z wściekłością do ucha: - Wasza córka nagle zniknęła i nie raczyłeś podać jej nowego miejsca pobytu po przenosinach tutaj, co niektórzy potraktują jako zwykłą niefrasobliwość, a inni, na przykład ja, i ci, których znam, jako celowe wprowadzenie władz w błąd. To może zakończyć się nie tylko postępowaniem dyscyplinarnym, ale nawet kryminalnym, o wysłaniu listu gończego nie wspomnę. Tak więc sam skazujesz ją na potraktowanie jak potencjalnego przestępcę.

Rzeźnik odwrócił się i wraz ze swoimi towarzyszami ruszył przed siebie. Dopiero gdy zatrzasnęły się za nimi drzwi korytarza, Morata znalazł siły, aby obrócić się na plecy, głęboko westchnąć i wypluć krew. Wiedział, że ta spontaniczna konfrontacja z Kantorem źle się dla niego skończy, ale nie mógł się powstrzymać. Chęć napsucia krwi Polskiemu Rzeźnikowi wzięła górę nad jego instynktem samozachowawczym. Morata nie miał zamiaru odpuszczać. Nie mógł tego teraz zrobić.

Dla Damaris. A zwłaszcza dla Kendry, która była w niebezpieczeństwie.

Szybowiec wylądował bezszelestnie na wielkim polu zieleni, które mieniło się lekką poświatą. Nawet przez szczelną szybę kokpitu Gadbois słyszał szum fal oceanu. Noc była ciemna, jedynie pojedyncze gwiazdy przebijały się spomiędzy chmur na mrocznym niebie. Morski wiatr próbował je przegonić, odsłaniając tylko na krótkie chwile czarną płachtę nad głową Jean-Michela.

Wysiadł z szybowca. Zacisnął dłonie w pięść i naprężył mięśnie, by osłonić się przed chłodem. Ushant swoim klimatem nie witała gości przyjaźnie. Zwłaszcza tych, którzy zakradają się na jej terytoria niespostrzeżenie i pod osłoną nocy. Rozejrzał się uważnie wokół siebie, szukając wścibskich oczu nie tyle szpiegów Imperium, ile miejscowych farmerów. Każdy niepożądany świadek stanowił zagrożenie dla jego misji. Tym bardziej że był to dopiero pierwszy krok i wiedział, że dotarcie do celu zajmie mu jeszcze sporo czasu. Niepotrzebne komplikacje były ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował.

Podszedł do szybowca i zaczął go zsuwać w kierunku klifu, niedaleko którego wylądował. Mocno wypchnął aeroplan nad przepaść i obserwował, jak ten powoli się osuwa i roztrzaskuje o nabrzeżne skały. Czas był idealny. Odpływ zabierze ze sobą resztki wraku. Nawet jeśli przypływ przyniesie je z powrotem na wyspę, templariusz będzie już daleko stąd. Gadbois przez chwilę obserwował dym rozdzierany bezlitośnie przez morski wiatr. Poczuł lekki smutek, widząc, jak jego Relayer dokonuje żywota. Tak ochrzcił swój szybowiec, kiedy został mu przydzielony wiele miesięcy temu podczas treningu.

W końcu podniósł kołnierz swojej kurtki, odwrócił się i ruszył w kierunku wschodniej części wyspy. Wiedział, że musi tam dotrzeć jak najszybciej. W końcu łódź do Lanildut nie będzie wiecznie na niego czekać.

Deszcz i wiatr bezlitośnie cięły twarze tych nielicznych dusz, które nie znalazły jeszcze schronienia przed burzą, powoli, acz nieuchronnie zmierzającą w stronę zachodniego wybrzeża Hiberni.

Tipperpatrone Moravčík przemierzał piaszczyste ulice Portmagee. Postawił kołnierz płaszcza i próbował ukryć twarz przed niegościnną pogodą. Zatrzymał się na chwilę i rozejrzał wokół. Po obu stronach ścieżki dostrzegał jedynie pojedyncze gospodarstwa i bezgraniczną zieleń traw. Wykrzywił usta w niesmaku i ruszył przed siebie. To bezludzie było dla niego siedliskiem barbarzyństwa. Tęsknił za cywilizacją, którą musiał porzucić przez nagłe wezwanie swoich mocodawców.

Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że utrzymywanie lokalnych społeczności w odosobnieniu sprzyjało skuteczności propagandowej działalności Imperium. Brak komunikacji i kolektywizmu pomiędzy obywatelami ułatwiały rozprzestrzenianie idei i doktryn inkwizycji. Ludzie się nie gromadzili, nie dyskutowali i nie kwestionowali. Bezwarunkowe zaufanie Czarnemu Papieżowi i podwładnym mu instytucjom stało się celem nadrzędnym każdej lokalnej komórki administracyjnej Imperium.

Tipperpatrone ruszył przed siebie. Od szpitalnego kompleksu dzieliło go jeszcze dobrych kilka kilometrów. Wydane mu polecenia były jasne. Miał się tam zjawić bez obstawy, z zaskoczenia. Typowa niezapowiedziana kontrola, na którą każda placówka służby Imperium musiała być gotowa o każdej porze dnia i nocy. Tak to przynajmniej miało wyglądać.

Deszcz nie odpuszczał. Tipperpatrone przeklinał swoje ciało za spowolnione ruchy. Nie znosił zimna, które przenikało go do szpiku kości.

Ushant wydawało się niezwykle rozległe jak na małą wyspę niedaleko wybrzeży Francji. Wiatr i deszcze nie ułatwiały przeprawy. Jean-Michel krył się w mroku, chciał pozostać poza zasięgiem świateł domostw.

Znów pomyślał o swojej ojczyźnie. Przewaga technologiczna Templarantis nad osiągnięciami naukowymi Imperium nie podlegała żadnej dyskusji. Tak przynajmniej uważał Mistrz i jego Rada.

Zresztą do pewnego momentu była aż nadto widoczna. Miało to związek z doskonale działającą siatką wywiadowczą, która pozyskiwała skądś dane młodych geniuszy z Imperium. Ci prawdopodobnie straciliby życie wcześniej lub później na stosie, gdyby nie to, że zostali zawczasu wywiezieni do Templarantis. W ten sposób w Novo Tomarze kształcili się i Leonardo di ser Piero da Vinci z Anchiano, i Galileo Galilei z Pizy, i Albert Einstein z Ulm, i Nikola Tesla ze Smiljan, i Wernher Magnus Maximilian Freiherr von Braun z Wirsitz, i Viktor Schauberger z Holzschlag. Gadboisa fascynowały zwłaszcza prace dwóch ostatnich. Jeden miał nieopisany wpływ na rozwój systemu rakietowego i - raczkujących wciąż - podróży kosmicznych, a drugi na program lotniczy Haunebu.

Gadbois w ramach wieloletniego szkolenia miał okazję przewinąć się przez niemal wszystkie najbardziej znaczące komórki wywiadowcze i kontrwywiadowcze Templarantis. Zarówno przyjacielskie usposobienie, jak i naturalny urok Jean-Michela sprawiały, że niezwykle łatwo zjednywał sobie ludzi, nawet tych, których dopiero poznał. Dzięki temu nawiązał kilka interesujących znajomości, i - co nie bez znaczenia - zdobył zaufanie tych ludzi. Stąd też segregował i katalogował najistotniejsze opinie osób najbliżej związanych z działalnością szpiegowską jego ojczyzny. Z informacji zebranych ze szkoleń wyciągnął jeden najważniejszy wniosek: Mistrz był stary i jego umysł nie nadążał już za postępem wydarzeń. To martwiło bardzo wiele wpływowych osób w szeregach najwyższych struktur państwowych, niepokoiło też samego Gadboisa. Ignorowanie faktów w tak delikatnie utrzymywanym w ryzach wątłego pokoju konflikcie, jak ten między Templarantis a Imperium, mogło znacząco przechylić szalę zwycięstwa na jedną ze stron.

Starał się stawiać kroki w wysokich trawach Ushant tak, aby ich odgłos tłumiły bezlitosne podmuchy wiatru, który szalał na wyspie. Ominął miejscową wojskową radiostację w bezpiecznej odległości. Nie dojrzał tam żadnej wzmożonej aktywności. To dobrze. Wywiad Templarantis spisał się znakomicie. Zalecona wysokość, na jaką miał zejść przed dotarciem na wyspę, aby miejscowe radary nie wykryły jego obecności, okazała się właściwa. To ucieszyło go w duchu. Uniknął pierwszej pułapki.

Kierował się w stronę wschodniej części Ushant. Tam bowiem czekała na niego kolejna przeprawa, tym razem do dawnej Francji.

Kantor przyglądał się śpiącemu więźniowi. Wyobrażenie bólu, który miał mu za chwilę zadać, wywołało uśmiech na jego twarzy. Starał się urozmaicać swoje działania, aby się nie znudzić tym zajęciem. Za każdym razem gdy rozpoczynał, zamiast modlitw wymawiał jedynie głośnym barytonem Ad extirpanda, co znaczy tyle, co "do wyplenienia". Sadystyczne zapędy dawno temu zatarły w jego pamięci szczegóły papieskiej bulli Innocentego IV z tysiąc dwieście pięćdziesiątego drugiego roku. Zapamiętał tylko te dwa słowa. To mu wystarczyło. Poza tym czuł się wolny, gdyż akt tego samego papieża z tysiąc dwieście czterdziestego piątego roku upoważniał inkwizytorów do udzielania rozgrzeszenia swym sługom za wszelkie akty przemocy. Dodatkowo nadanie inkwizytorom prawa wzajemnego rozgrzeszania się z tak zwanych kanonicznych nieprawidłowości przez papieża Aleksandra IV z tysiąc dwieście pięćdziesiątego szóstego roku dawało mu nieograniczoną swobodę działań. Akty były stare, ale wciąż aktualne i miały pełne zastosowanie w czasach nowożytnych.

Kantor rozejrzał się po celi więźnia. Była brudna i ciemna. Pachniała wilgocią i grzybem. Mocno wciągnął powietrze do płuc i podszedł do pryczy, do której był przywiązany Infidelis 13-18. Łóżko było nowe i przyniesione tutaj specjalnie na potrzeby tego więźnia. Wymyślne narzędzia tortur inkwizycyjnej bezpieki łamały bowiem ofiary dość skutecznie i szybko. Tak, może i fakt. Technologicznie przez wieki nie byli w stanie doścignąć Templarantis, ale w metodach zadawania bólu bili swoich wrogów na głowę.

Od momentu przybycia na Ushant czuł, że nienawidzi tego zimnego przyczółku nicości. Miał wrażenie, że to miejsce wypełnia jego płuca lodowatym, morskim powietrzem. Ciemność nieba skutecznie zlewała się z tutejszym skalistym krajobrazem. Musiał bardzo wytężyć zmysły, aby wyłowić z chmury mroźnych powiewów jakikolwiek inny dźwięk. Zimno przenikało jego skórę i mięśnie, mozolnie docierając do kości.

W końcu po wielu godzinach oczekiwania ujrzał postać, która próbowała niezauważenie prześlizgnąć się pomiędzy wysokimi, ciemnymi trawami. Widział, jak się kurczy, by pozostać niezauważona. Starzec wychylił się lekko znad skały, za którą się ukrywał. Chciał dojrzeć osobę, którą zlecono mu śledzić. Choć wzrok miał nie taki jak kiedyś, to jednak widział go wyraźnie. Po dość nieporadnych ruchach ocenił, że musiał to być mało doświadczony agent Templarantis. Szczupły mężczyzna wyglądał jak duch zagubiony na ziemskim padole, który chciał odnaleźć swoją drogę do odkupienia. Tak przynajmniej go postrzegał. Widział, jak młodzieniec stanął przed budynkiem radiostacji, przyglądając mu się dość uważnie.

Starzec miał dość swojego życia, a szpiegowanie było zajęciem, które porzucił lata temu. Marna rządowa jałmużna za lata służby zmusiła go jednak do szukania dodatkowych form zarobku. Stąd rozważenie przyjęcia zlecenia, które otrzymał od tajemniczego osobnika oferującego znaczną sumę pieniędzy, zajęło mu mniej niż chwilę. Jego zleceniodawca nie patrzył w metrykę, lecz liczył na doświadczenie. Myśl o kwocie, którą uzyska, pobudziła ociężałe zmysły do wysiłku, który pomógł mu wielokrotnie wcześniej skutecznie uciec z najgorszych opresji w czasach świetności jego szpiegowskiej kariery. Próbował przypomnieć sobie swoje prawdziwe imię. Młodzi kadeci mówili o nim "Starzec", nie tyle z racji wieku - dopiero co obchodził pięćdziesiąte urodziny - i blizn na twarzy, ile ze względu na fakt, że nikt na dobrą sprawę nie wiedział, jak naprawdę się nazywał. W końcu całe życie posługiwał się fałszywymi dokumentami i pseudonimami. Nigdy oficjalnie nie założył rodziny. Takie było najważniejsze przykazanie głównych agentów Imperium: oddanie sprawie, żadnego przywiązania do przyziemnych słabości takich jak miłość i familia. Te były tworzone jedynie pośród najniższych klas intelektualnych populacji Imperium dla celów tylko i wyłącznie prokreacyjnych. Co wybitniejsze jednostki poddawano indoktrynacji oraz reżimowemu szkoleniu, które skutecznie tłumiło jakiekolwiek przejawy oporu zarówno wobec samego treningu, jak i porządku imperialnego postrzegania świata w ogóle. Takie jak on...

Starzec musiał przerwać swoje rozważania. Postać, którą miał śledzić, właśnie ruszyła przed siebie i skierowała się w stronę wschodniej części wyspy. Położył dłoń na rękojeści noża, który ukrywał za pasem. Powtarzał sobie w pamięci serię pytań, które ma zadać ofierze. Takie dostał wytyczne. Ująć, ewentualnie wzbudzić zaufanie, przepytać i przekazać informacje swojemu tajemniczemu mocodawcy oraz śledzić dalej w przypadku pojawienia się nieoczekiwanych okoliczności. Co to miało, do cholery, znaczyć? Zastanowiło go, dlaczego w rozkazie nie było sformułowania "zabić". Co niby miał zrobić? Pogłaskać i przytulić po wyduszeniu odpowiedzi? Dać buziaka i przeprosić?

Nie miał jednak skrupułów wobec innego agenta Templarantis, którego ukatrupił kilka godzin wcześniej. Umiejętnie wydusił z niego informacje. Nieszczęśnik wyśpiewał wszystko jak na spowiedzi. Wyjawił, że miał pomóc agentowi, który przybędzie do Ushant, i zdradził nawet jego tożsamość. Starzec dowiedział się też, gdzie czeka łódź, która miała go zabrać na kontynent. Teraz wystarczyło się tylko podszyć pod pomocnika młodego templariusza, dowiedzieć jak najwięcej i po wszystkim zgarnąć swoją zapłatę.

Był w tym dobry. Najlepszy. Czuł, że wciąż jest. Nawet jeśli Imperium skreśliło go dawno temu. Nawet jeśli musiał posiłkować się takimi gównianymi zleceniami jak to. W końcu zabijanie było jedyną rzeczą, którą umiał robić w życiu.

Pamiętał, co polecił mu powiedzieć zleceniodawca w przypadku nieudanej próby wykonania zadania. Starzec czuł się wręcz urażony sugestią, że mógłby zawieść podczas tak prostej misji, lecz przyjął wytyczne do wiadomości.

Zacisnął zęby i ruszył śladem swojej ofiary, starając się bezszelestnie stawiać kroki.

Kantor przyglądał się, jak jego dwaj ochroniarze wnoszą "skarby" - kilka starych, ale skutecznych narzędzi tortur, które Inkwizycja używała wieki temu. Rzeźnik uwielbiał ich dotykać. Scold's bridle, gruszka, zgniatacz głowy... był w stanie zabrać ze sobą jedynie mniejsze i poręczniejsze przyrządy. Żałował, że nie może przewieźć więźnia do swojej piwnicy. Tam jego kolekcja była zdecydowanie zacniejsza. Uwielbiał to uczucie, kiedy krzyk wypełniał pomieszczenie. Działał na Kantora jak tlen dostarczony do komórek. Władza nad czyimś życiem była dla niego niczym ekstaza. W myślach miał wizję tego, jak trzyma w dłoni pulsujące serce swojej ofiary. Świadomość, że jednym ściśnięciem może zakończyć jego bicie, było dla niego lepsze niż orgazm.

Ponownie podszedł do pogrążonego we śnie więźnia i przyjrzał się jego twarzy. Była lekko pociągła, pokryta kilkudniowym, ciemnym zarostem. Więzień nie zdawał sobie sprawy z tego, co za chwilę się wydarzy. Rzeźnik widział już oczyma wyobraźni, jak ten wykrzywia twarz w grymasie bólu, i się uśmiechnął.

Bardzo musiał się wysilić, by nad sobą zapanować. Przypomniał sobie początki swojej kariery. Zajmował się aborcją i eksperymentami na ciężarnych kobietach. Była to jego wendeta na przeciwnej płci. Znienawidził wszystkie jej przedstawicielki przez ignorancję tej jedynej, którą darzył zupełnie odmiennymi uczuciami. Jej twarz znów stanęła mu przed oczami.

Damaris Monroy Martinez była niczym ostatni, stłumiony głos sumienia i człowieczeństwa w zakamarkach jego duszy. Nienawidził tego. Nienawidził siebie za to, że dopuścił, aby kobieta tak zawładnęła jego umysłem. Nienawidził jeszcze bardziej Moraty, któremu oddała swoje serce. Właśnie Moracie, a nie jemu.

Delikatne rysy jej twarzy, piękny uśmiech i wielkie ciemne oczy trwale zapisały się w pamięci Kantora. Nie mógł jej usunąć. Była częścią niego, czy mu się to podobało, czy nie. Dlatego próbował zniszczyć wszystko, co było z nią związane. Wyładowywał swoją frustrację na innych kobietach, zarówno tych, na których eksperymentował, jak i tych, których usługi seksualne słono kosztowały. A fakt, że wiele z nich przypłacało jego fobie własnym życiem... Cóż, Kantor uzyskał na tyle dużą władzę i swobodę działań w jurysdykcji Imperium, że wszystkie ślady jego napadów były umiejętnie zacierane.

Ostatnią przeszkodą w wyzwoleniu było dobranie się do Moraty. Miał jednak związane ręce i ograniczone pole działania. Chciał, żeby to Morata cierpiał, a nie ona. Dlatego przymykał oko na jej fascynację kulturą Templarantis. Damaris i Javier kochali się jednak za bardzo i byli zbyt blisko siebie, by dało się skrzywdzić tylko jego. Szpiegował więc go, śledził rozwój jego kariery i rzucał mu kłody pod nogi przy każdej nadarzającej się ku temu okazji, aż do momentu, w którym ten nagle, po śmierci żony, zniknął. Na szczęście kilka dni temu, dzięki tajemniczemu informatorowi, znów go namierzył.

Teraz Kantor miał okazję, by dopełnić zemsty. Damaris zmarła kilka miesięcy wcześniej i mógł zrobić z Moratą, co chciał. Rzeźnik zaczynał spychać na dalszy plan atrakcję dzisiejszego wieczoru, jakim był więzień. Świadomość i możliwość bezpośredniego upodlenia Moraty były czymś, co zaczynało go bardziej ekscytować.

- Długo się przede mną ukrywałeś - mruknął do siebie. - Chowałeś się jak tchórz, aż w końcu na ciebie wpadłem.

Znów wrócił do rozmyślań. Władze Templarantis próbowały modyfikować chromosomy swoich obywateli od dekad, chcąc uczynić ich silniejszymi, inteligentniejszymi i szybszymi. Imperium wciąż nie było w stanie nadążyć za nauką Templarantis. Stąd pomysł, aby porwać jednego z naukowców z Instytutu Neoc Nicosia i połączyć przyjemne z pożytecznym. Mając naukowca, który pracował nad modyfikowaniem genów, Inkwizycja w końcu zrozumie, jak zniwelować różnicę pomiędzy Templarantis a Imperium.

Rzeźnik żałował, że Damaris nie ma już pośród żywych. Chętnie zburzyłby jej wiarę w humanizm wrogiej cywilizacji, którą skrycie tak podziwiała. Cóż bowiem miała wspólnego manipulacja naturalnym kursem prokreacji i ewolucji z tym, co działo się w podziemiach Neoc Nicosia? Pamiętał Damaris ze studiów w Bolonii. W końcu tam chodzili na zajęcia z prawa rzymskiego i właśnie tam zinterpretowano na nowo kodeksy Teodozjusza II i Justyniana z piątego i szóstego wieku uznające herezję za obrazę majestatu i karzące ją śmiercią. Właśnie do dawnej Italii kierowano najbłyskotliwszych adeptów lokalnych szkół Imperium, którzy mieli stanowić jego przyszłość i kształtować elitę. Los chciał, że Bohdan i Damaris rozpoczęli razem naukę na pierwszym roku studiów. A pech, że na drugim roku dołączył do nich błyskotliwy gówniarz z przedmieść Madrytu.

Kantor znów mocno zacisnął powieki. Obrazy z przeszłości wystarczająco go prześladowały, aby teraz dać się im zwieść. Nie teraz, nie w tym dniu.

Polak rzucił okiem na swoich ochroniarzy. Stali po obu stronach wejścia do celi, znali plan i postępowali zgodnie z wytycznymi Kantora. Rzeźnik wiedział, że Morata prędzej czy później złapie haczyk; jeśli nie kierowany humanistycznym etosem, to na pewno osobistym uprzedzeniem. Kantor zdawał sobie sprawę, że był równie biegły w zadawaniu bólu, co w sztuce prowokacji. Wiedział, które guziki nacisnąć, aby wywołać reakcję przeciwnika.

Wystarczyło poczekać.

Tipperpatrone nie znosił biurokracji w takich dziurach jak Portmagee. Weryfikacja przy bramie wejściowej doprowadziła go do szewskiej pasji. Deszcz, wiatr, powolny strażnik, późna noc. Taka kombinacja mu się nie podobała. Budka, w której odziany w mundur rudowłosy jegomość powoli przeglądał papiery i oceniał wiarygodność wizytatora, wyglądała równie mizernie jak cały kompleks.

Starał się zachować cierpliwość i w duchu bawiło go to, że rudzielec próbuje taplać się w tej odrobinie władzy, którą dawała mu funkcja strażnika kompleksu.

- Cel wizyty? - zapytał.

Tipperpatrone spojrzał tylko wymownie na niego, nic nie odpowiadając. Bardziej przejmował się faktem, że moknął przed budką, w której chłopak się zamknął. Jedyną linią komunikacji było małe okienko wycięte w szybie.

- Cel wizyty? - Strażnik powtórzył pytanie.

Tipperpatrone odpowiedział mu lekkim uśmiechem. Nagle szybkim ruchem ręki, która jak atakujący wąż przedostała się przez okienko budki, złapał rudzielca za kołnierz i przycisnął do blatu biurka. Ten tylko jęknął z bólu, nie będąc w stanie wykonać żadnego ruchu.

- Nazwisko: Moravčík, imię: Otto, stopień: Tipperpatrone, cel: interrogacja więźnia - syknął przez zaciśnięte zęby, wciąż nie zwalniając uścisku. - W jakim celu? Chuj ci do tego, ty zafajdany kutasie. Twoje jedyne zadanie to wypełnianie poleceń, a nie zgrywanie ważniaka. Działam dla ludzi ważniejszych niż ty, ja i wszyscy w obrębie najbliższych kilku tysięcy kilometrów razem wzięci, więc jedyne, czego oczekuję, to wejść to tej jebanej dziury i wykonać swoje zadanie. Rozumiesz, co mówię, czy przestawić ci kilka kręgów, abyś przez resztę życia poruszał się na wózku inwalidzkim?

Strażnik wydał tylko żałosny, gardłowy dźwięk. Jedną ręką próbując uwolnić się od uścisku Tipperpatrone, a drugą szukając przycisku otwierającego bramę, desperacko starał się złapać oddech. Dopiero sekundę po usłyszeniu metalicznego dźwięku poczuł, jak powietrze zaczęło wypełniać jego płuca.

- Tak lepiej. - Ręka, która przed chwilą ściskała jego kołnierz, teraz klepała go po policzku. - Dobry chłopczyk.

Uniósł głowę przyklejoną przez ostatnie kilkanaście sekund do biurka i jedyne, co mógł zrobić, to odprowadzić Tipperpatrone wzrokiem. Przyglądał się, jak ten przekracza bramę wejściową. Strażnik zacisnął zęby i chwycił za telefon.

- Tutaj Eoghan Cross - syknął do słuchawki. - Z ordynatorem Moratą proszę. To pilne.

Kantor obmyślał strategię, jak stopniowo zadawać ból i intensyfikować cierpienie. Wychodził z założenia, że im większy opór, tym lepsza zabawa, lub im dłuższa gra wstępna, tym większa satysfakcja z ostatniego pchnięcia.

Nachylił się nad mężczyzną i wziął głęboki oddech.

- Wiesz, co wywąchałem? - szepnął mu do ucha. - Heretycką szumowinę, innowiercę, bezbożnika, zapewne zboczeńca i sodomitę. Kogoś, kogo należy zniszczyć, zgnieść jak robaka. Ty będziesz moim robakiem. Rozgniotę cię moim ciężkim butem. Zrobię to powoli, by delektować się każdą sekundą, a twoje krzyki będą dla mnie nagrodą za dobrze wykonaną pracę. Dla mnie jesteś nikim więcej niż Niewiernym.

Infidelis był nieprzytomny. Zdawał się śnić nieporuszony wydarzeniami, które rozgrywały się dookoła. Kantor odwrócił się od niego, spojrzał na osobników pilnujących drzwi i się uśmiechnął. Podszedł do tacy chirurgicznej znajdującej się kilka metrów od łóżka więźnia. Spojrzał na rozłożone tam przyrządy i powoli rozważał, których użyć i jak zacząć swoją zabawę.

Świst morskich podmuchów bębnił mu w uszach. Wiedział, że musi unikać głównych szlaków prowadzących do Port du Stiff, skąd miał się udać w dalszą wędrówkę na Stary Kontynent, do dawnej Francji. Pamiętał wytyczne: ominąć małe, lecz pilnie strzeżone lotnisko na południe od portu, dokąd zmierzał, a z którego łódź miała go zabrać do Lanildut.

Ushant nie było mocno zaludnionym terytorium. Populację niespełna dwóch tysięcy mieszkańców w niewielkiej części stanowili pracownicy radiostacji i personel wojskowy, który strzegł lotniska i - co niestety nie bez znaczenia dla samego Gadboisa - maleńkiej przystani we wschodniej części wyspy będącej jednym z nielicznych połączeń Ushant z dawnym państwem Franków. Pamiętał wyraźnie instrukcje. Znał lokalizację swojego środka transportu, wiedział, że na pokładzie znajdzie broń, dokumenty i banknoty, które pomogą mu w miarę swobodnie poruszać się po terenie całego Imperium. Wiedział, że łódź przemyci go na zachodnie wybrzeże dawnej Francji. Zmysł orientacji miał niezwykle wyćwiczony i przybycie na wyspę Ushant nie stanowiło dla niego wielkiego wyzwania.

Gadbois człapał, starając się uniknąć zwrócenia na siebie czyjejkolwiek uwagi. W miarę zbliżania się do centrum wyspy trawy wydawały się niższe, co utrudniało kamuflaż. Mijał właśnie fort Saint-Michel, dziwny, malutki kompleks złożony z wysokiej wieży, która przypominała latarnię, oraz okalającego go prostokątnego budynku o ścianach białych jak kreda. Młody templariusz przyjrzał się budynkowi i ruszył przed siebie, trzymając się blisko głównej drogi.

Nagle poczuł coś dziwnego - sygnały alarmowe wysyłane przez jego zmysły, że nie tylko on podąża szlakiem do portu. Albo raczej zmierza nie tyle do Port du Stiff, co jego śladami. Instynkt podpowiedział mu, aby nie zwalniał tempa, tylko szedł przed siebie.

Niespodziewanie się jednak zatrzymał. Stało się to w momencie, w którym przymknął oczy na kilka sekund dłużej. Nagle pod powiekami ujrzał mgłę, a z jej oparów wyłonił się dziwny, przykurczony kształt. Gadbois wyczuł, że zmora próbuje ukryć swoją obecność.

Instynkt odezwał się w jego umyśle. Nagle i niemalże bez żadnej kontroli nad swoimi odruchami odwrócił się i ruszył śmiało przed siebie. Stawiał pewne kroki, czuł niemal, jak ziemia zaczyna drżeć pod ciężarem jego stóp. Nie widział nic, ale jego mięśnie się napinały, gotując do ataku.

Miał wrażenie, że traci kontrolę nad własnym umysłem, lecz ciało zdawało się sprawniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Wzrok skutecznie penetrował ciemności.

Namierzył prześladowcę. Mimo że nie widział nikogo, czuł czyjąś obecność. Nie był w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, skąd to wszystko wie. Widział tylko słabą aurę postaci, do której się zbliżał, i w ciągu sekundy ułożył w głowie sekwencję ciosów, którymi obezwładni przeciwnika. Szkolenia ze sztuki walk, przez które żmudnie przechodził w akademii, zdawały się nie mieć znaczenia, jego umysł bowiem ustawiał automatycznie ruchy i kroki.

Ignorował dźwięk telefonu na biurku. Nic więcej nie zostało do zrobienia. Morata pragnął zemsty ponad wszystko, nawet ponad własne życie.

Siedział przy biurku w swoim gabinecie. Dłonie miał zaciśnięte w pięść. Monotonnym bujaniem się na krześle próbował opanować wściekłość szarpiącą jego ciałem. Nienawidził Kantora i wszystkiego, co ten sobą reprezentował. Starał się wyłowić z głębin swojego umysłu obraz Damaris. Te wspólne lata zawsze uznawał za najszczęśliwszy okres w swoim życiu. Kochała go za to, kim był, dzieliła z nim pasję, którą byłą filozofia. Nie pochwalał jej fascynacji kulturą Templarantis, ale przymykał oko na te zainteresowania. Co więcej, często krył ją, gdy starała się zagłębiać w zakazany temat aż za bardzo. Miękł przy niej, stawał się bardziej ludzki. Czyste uczucie, które ich łączyło, zbliżyło go do tej ludzkiej części własnej natury niemiłosiernie i bezpardonowo tłumionej wcześniej przez imperialną indoktrynację.

Chcieli mieć dziecko. Dostali na to przyzwolenie Departamentu Płodności, który skutecznie propagował program potocznie nazywany "wojną macic". Nikt nie śmiał tego powiedzieć na głos, ale państwowym włodarzom chodziło wyłącznie o produkcję mięsa armatniego. Dlatego Javier i Damaris skrupulatnie planowali ciążę tak, aby owocem ich starań była dziewczynka, a nie chłopiec. Nie chcieli, aby ich potomek został siłą poddany morderczemu wojskowemu szkoleniu od wczesnych lat młodości. Odmienna płeć przy odpowiednich koneksjach - które zwłaszcza Javier miał w wyższych kręgach - dawała nadzieję na uchronienie Kendry przed mackami wszelkich instytucji Imperium, które skutecznie opanowało każdą sferę życia obywateli z prokreacją na czele.

Mieli szczęście, Kendra bowiem, gdy dorastała, była traktowana wyjątkowo łagodnie. Nikt jej nie dręczył w szkołach, nikt nie zaliczał do tych wybitnych, mogących przynieść jakikolwiek pożytek Imperium, o co dbali rodzice. Co więcej, wręcz nakazywali Kendrze udawanie głupiej, tak aby żaden rządowy oficjel nie wyłowił jej z morza szarych jednostek uczęszczających do podmadryckich szkół.

Damaris chciała wrócić na rodzimą Teneryfę, ale Javier na tyle skutecznie sprzeciwiał się temu pomysłowi, że ostatecznie porzuciła tę myśl. Imperium traktowało wyspę jak siedlisko zła i najgorszego sortu społecznego elementu. Wszystkim znana legenda o dawnej łączności Teneryfy z Templarantis była cierniem w oku władzy. W końcu do czasu podboju wyspę zasiedlał naród zwany przez hiszpańskich konkwistadorów Guan Chan. Według przekazów jego przedstawiciele mieli jasną cerę, blond włosy i niebieskie oczy. Tak więc ich pochodzenie zdawało się bardziej templarantisowe aniżeli imperialne, co tylko zintensyfikowało brutalny proces plądrowania i "ucywilizowywania" wyspy. Ostatnia rzecz, której Morata potrzebował, to pakowanie się w sam środek sieczki, partyzanckiego oporu i panoszącego się wszędzie terroru.

Pamiętał, jak myśl o narodzinach Kendry równie mocno cieszyła jego serce, co dostarczała zmartwień o jej przyszły los. Pomimo starań obawiał się, że Imperium wcześniej czy później się o nią upomni. Poza tym wiedział, że Kantor nie odpuści i będzie im uprzykrzać życie, jak tylko się da.

Jego najgorsze przeczucia się ziściły.

Ordynator mocno wciągnął powietrze i poczuł, jak wypełnia mu ono płuca. Rozluźnił dłonie i sięgnął do dolnej szuflady biurka. Poczuł, jak chłód stali przenika jego palce. Delikatnie złapał pistolet, uniósł go na wysokość oczu i zaczął mu się uważnie przyglądać.

Ułożył dłonie na aktach, które wcześniej przygotował. Przesunął po nich delikatnie koniuszkami palców, po czym złapał dokumenty i włożył do brązowej torby. Wrzucił do niej również zdjęcie Kendry, a na odwrocie napisał kilka słów tuszem niewidocznym gołym okiem. Zapiął skórzany zamek torby i przełożył przez ramię.

- To dla was, moje kochane pericallis cruentas.

Podniósł się i ruszył ku drzwiom. Chwycił za klamkę i znów pomyślał o Damaris i Kendrze.

Tipperpatrone przeczuwał, kiedy coś dziwnego wisi w powietrzu. Coś nieoczekiwanego, niekontrolowanego i totalnie niezgodnego z jego planem. Nie znosił tego. Nie znosił komplikacji i nagłej potrzeby dostosowania się do nowo pojawiających się zmiennych w jego starannie zaplanowanych krokach.

Klimat Hiberni nie był bowiem tym, do którego przywykł i którego walorami się rozkoszował. Jednak nie kwestionował poleceń, tylko wykonywał je bez mrugnięcia okiem, nie licząc się z konsekwencjami.

Widok korytarzy kompleksu napawał go niemal obrzydzeniem. Przemierzał kolejne metry holu prowadzącego do biura ordynatora Moraty i czuł, jak zła energia tego miejsca osiada na jego barkach. Wyglądał na czterdzieści lat. Miał szczupłą, wysportowaną sylwetkę, lecz nagle poczuł się niespodziewanie starzej. Zdawał się bardziej spinać w sobie i przykurczać. Naciągnął płaszcz, pomimo że korytarze wypełniało ciepło kontrastujące z deszczową zawieruchą za murami. Żarówki bezwładnie zwisające z sufitu dawały niewiele światła.

Budynek rozsadził nagle przenikliwy dźwięk alarmu przeciwpożarowego, który bezpardonowo wdarł się w uszy Moravčíka. Był mocny i na tyle donośny, że zmusił personel kompleksu do wyłonienia się ze swoich nor i skierowania ku wyjściom ewakuacyjnym. Tipperpatrone również zastosował się do wytycznych własnego instynktu i sięgnął po pistolet, który miał ukryty za pazuchą. Nie zawrócił jednak, nie miał zamiaru uciekać jak szczur. Zapoznał się wcześniej z planem budynku i ruszył trasą, którą planował od samego początku przybycia na tę przeklętą wyspę. Wiedział, że to, co się teraz zaczęło dziać, miało związek z celem jego wizyty.

- Kurva do pici! - zaklął nagle Tipperpatrone. - Naprawdę? Teraz?

Bezwiednie spojrzał na sufit i rozłożył ręce, w jednej z nich wciąż trzymając pistolet. Patrzył, jak woda sączy się ze spryskiwaczy umocowanych wzdłuż korytarzy, którymi podążał. Czuł, jak przesiąka przez ubrania i dociera do skóry. Miał wrażenie, że jego złość przybrała jeszcze na sile. Zacisnął dłoń na rękojeści pistoletu i zaczął biec przed siebie.

Nagle poczuł mocny cios w głowę. Opadł na przesiąkniętą deszczem glebę, a kolejne uderzenie pięścią niemal odjęło mu zmysły. Potem na jego szyi zacisnęły się dłonie. Nie mógł złapać powietrza i jedyne, co był w stanie z siebie wydać, to zdławiony skowyt. Napastnik wyrwał mu nóż ukryty pod pasem, który miał być jego pierwszą i najważniejszą bronią. W ciemności zdołał spojrzeć mu w twarz. Gałki oczne młodziana nie miały tęczówek ani źrenic. Wypełniała je tylko biel, równie czysta jak śnieg z jego rodzinnego Litzmannstadt. Starzec spiął się jeszcze bardziej. Poczuł paraliżujący strach, jakiego nigdy w życiu jeszcze nie doświadczył. Pomyślał, że ten upiór z pustką w oczach i blond włosami był karą za wszystkie grzechy, które popełnił w życiu. Trzymał napastnika mocno za przeguby dłoni, starając się rozluźnić uścisk. Chłód wyspy i spojrzenie ducha sprawiły, że zaczął się poddawać. Zjawa zdawała się robić to samo. Palce już nie blokowały dostępu powietrza do gardła Starca, lecz muskały pomaszczoną skórę jego szyi. Ofiara wciąż nie odrywała wzroku od pustego spojrzenia agenta Templarantis. Nagle w dotychczas wypełnionych jedynie bielą oczach zaczęły się pojawiać kolory: czarne centrum i ciemny, otaczający je błękit.

Równie niespodziewanie ciało napastnika bezwładnie osunęło się na ziemię, otumanione i zamroczone. Niczym przez mgłę Starzec widział, jak agent Templarantis mocno zacisnął powieki i starał się otrząsnąć z poczucia bezwładu, które stopniowo opanowało jego umysł i ciało.

- Kim ty jesteś? - wydusił z siebie Starzec. - Co cię opętało?

Obaj dyszeli, nie wiedząc, co się wokół nich dzieje. Jedynie niegościnna pogoda Ushant otrzeźwiała ich umysły na tyle, aby przypomnieli sobie, dlaczego się tutaj znaleźli.

Starzec próbował się podnieść na łokciach. Gdy już prawie odzyskał równowagę, nagle młodzian dziko rzucił się na niego, zadał ogłuszający cios pięścią w szczękę i przygniótł jego ramiona kolanami, by uniemożliwić wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Starzec ze strachem spojrzał w oczy napastnika. Nie były one wypełnione tą przenikliwą bielą. Również ruchy młodzieńca zdawały się dość chaotyczne w porównaniu z tymi, którymi zjawa w ciele jego przeciwnika bezpardonowo obezwładniła go kilka minut wcześniej. Davidv - gdyż tak się naprawdę nazywał - dzięki swojemu wieloletniemu doświadczeniu wyczuł w ruchach agenta Templarantis brak wprawy w walce. Poczuł się pewniej. Postanowił nie opierać się za bardzo i dać rywalowi pozorne poczucie osiągniętej przewagi i kontroli.

- Teraz ja będę zadawał pytania, a ty będziesz grzecznie odpowiadał - odezwał się młodzian. - Nie mam zamiaru się z tobą pieścić, jeśli nie zaczniesz współpracować.

- Przestań! - odpowiedział Davidv. - Jestem po twojej stronie!

Poczuł na sobie przeszywający wzrok napastnika.

- Odwaliło ci? - kontynuował łagodnym tonem. - Mam ci pomóc. Tak tutaj traktujecie tych, którzy wypruwają sobie dla was flaki? Trochę szacunku, szczylu. Chcesz się przedostać na kontynent czy nie?

Dostrzegł wahanie w oczach młodzieńca, który zwolnił uścisk i bezwiednie zsunął się ze Starca, a potem usiadł obok, nie spuszczając z niego wzroku.

- Mam cię na oku - rzekł w końcu do niego. - Jestem młodszy, szybszy i silniejszy, więc niczego nie kombinuj.

- Nie ufasz mi? Dobrze. - Starzec zdołał się podnieść i powoli usiadł. - Porozmawiajmy. Jestem Saryusz. Tak, miałem za zadanie pilnować cię i meldować o postępach.

- Meldować komu? - zapytał.

- Dobrze wiesz komu. - Starzec silił się na pozorną szczerość. - Nie sądziłeś chyba, że Rada wyśle nowicjusza bez opieki.

Davidv uśmiechnął się w duchu, gdy dojrzał zakłopotanie, w jakie wprawił templariusza. Starzec się zorientował, że trafił w czuły punkt, zasiewając ziarno wątpliwości w głowie młodego agenta.

- W to akurat nie uwierzę - odparł młodzian. - Jakim sposobem miałbym mieć Novo Tomar przeciwko sobie? W końcu to oni mnie tutaj wysłali. Poza tym miałeś mi tylko pomóc w przeprawie na kontynent, a nie niańczyć.

Davidv potarł swoją pomarszczoną twarz. Pod palcami poczuł twarde kości czaszki. Od jakiegoś czasu zdawał sobie sprawę, że jego twarz straciła swoje krągłości, a skóra powoli usychała. Wiedział, że wkrótce jego organizm zwróci się przeciwko niemu. Carcinoma była straszną chorobą i miał świadomość, że jego sprawne i niezniszczalne dotychczas ciało niedługo przegra tę walkę.

- Standardowa procedura, chłopcze. - Starzec spojrzał w ciemne niebo przykryte szarymi chmurami. - Małe masz doświadczenie lub nie masz go w ogóle. W naszym zawodzie wszyscy śledzą wszystkich. Nie ufasz nikomu, ani osobom, ani instytucjom. Każdy, kogo napotkasz na swojej drodze, może stać się twoją kochanką albo twoim zdrajcą. Musisz się wystrzegać wszelkich związków, zauroczeń, i przyjaźni. Twoja pierwsza misja jest pępowiną, którą musisz przeciąć, by się odciąć od wszystkich i wszystkiego. Stajesz się zakładnikiem swoich misji i wszelkich reakcji twojego własnego organizmu z nim związanych. Tak jak podczas seksu, gdy endorfiny cię otumaniają, tak samo już zawsze będziesz potrzebował adrenaliny, jeżeli poczujesz rozkosz przy wypełnianiu pierwszej misji. To uzależnia, zwłaszcza pierwsze zabójstwo. - Davidv spojrzał na młodziana i zapytał: - Zabiłeś już kogoś w życiu? - Starzec wyczuł, że swoim pytaniem wprawił rozmówcę w zakłopotanie. - Tak przypuszczałem - rzekł, by po chwili go uspokoić: - Nie przejmuj się. Nie jest to powód do wstydu. Jednak powinno ci to dać do myślenia.

- Co mianowicie?

- Dlaczego ty?

- Jak to dlaczego ja? - zaatakował go podniesionym głosem zdradzającym więcej, niż powinien. - Jestem idealny do tego zadania.

- Czyżby? - Davidv chciał go wypunktować. - Czy niektóre okoliczności związane z twoją misją nie dały ci do myślenia?

- Niby które? - Młodzian próbował dodać sobie pewności, ostro wbijając wzrok w Starca. - Dlaczegóż miałbym się nie nadawać do tej misji?

Davidv znów uśmiechnął się pod nosem, kiedy zobaczył reakcję templariusza.

- Nie zastanowiło cię, dlaczego właśnie ty zostałeś wybrany do wykonania tego zadania? - powtórzył pytanie. - Dlaczego ktoś o tak małym doświadczeniu miałby sprostać ważnej misji? I co mnie zastanowiło od samego początku, dlaczego Ushant? To przecież zapomniane przez wszystkich miejsce. Dlaczego od razu na wrogie terytorium, małe, lecz wciąż wrogie? Przecież łatwiej byłoby dostać się na kontynent przez Kaledonię. W końcu cała Brytania jest cierniem w oku Imperium, które wciąż nie może zdobyć tego przyczółku. Brytania deklaruje się jako twór neutralny w tej całej zawierusze, lecz Kaledonia opowiadająca się po stronie Templarantis stanowi idealny punkt przerzutowy dla tak wrogiego elementu jak my. Stamtąd byłoby przecież łatwiej. Owszem, dłużej, lecz łatwiej.

Starzec ujrzał w ciemności, jak młodzian mruży oczy. Tak, o to mu chodziło. Zaczyna łączyć fakty, podważać bezgraniczne zaufanie do Rady.

- Znasz przecież historię. - Davidv nie przerywał. - Robert the Bruce sam nie wygrałby tej ustawki pod Bannockburn w tysiąc trzysta czternastym roku. Nasi protoplaści nawet nie kryli się z tym, że pomogli Kaledończykom w zaplanowaniu zwycięskiej strategii na polu bitwy, a potem skutecznie przekonali króla Edwarda II, że to nie Kaledonia jest prawdziwym wrogiem, lecz Inkwizycja. Edward II potajemnie się schronił w rodzimym zamku Caernarfon w Gwynedd, aby wylizać rany po bitewnej klęsce. Tam już czekali na niego specjalnie wyszkoleni negocjatorzy twojego zakonu, którzy na tyle skutecznie wyprali mu mózg, że ten zmienił kierunek swojej polityki międzynarodowej. Odtąd Brytania umiejętnie balansowała między Templarantis a Imperium, nigdy jednoznacznie nie opowiadając się po którejkolwiek ze stron. Co innego Kaledonia. Tam podejście było odmienne. W Dunfermline wcale nie ukrywano swoich sympatii do Templarantis, gdyż wiedziano, że Edward II nie może sobie pozwolić na konflikt na dwóch frontach. Ponowne zaatakowanie Kaledonii, nawet przy aprobacie i wsparciu Inkwizycji, groziło wznieceniem buntu lokalnych władz, które potajemnie były kontrolowane przez zakon. A wojna domowa to ostatnia rzecz, której potrzebował Edward II. Tak więc Kaledonia była idealnym schronieniem dla ciebie. Zapytaj samego siebie, dlaczego tutaj, a nie tam się znalazłeś.

- Wierzę, że Novo Tomar miało w tym swój cel - odrzekł. - Nie mnie, a zwłaszcza nie tobie, to oceniać.

- Nawet jeśli Novo Tomar miało w tym swój interes - drążył Starzec - to jaki? Jesteś, bez urazy, żółtodziobem. Troszkę to mało rozsądne, aby kogoś takiego jak ty puszczać przez mniej bezpieczny teren.

Młodzian odwrócił od niego wzrok.

- Dlaczego nasi przełożeni zaplanowali dla ciebie taki los? - punktował go Davidv. - Może w ciebie wątpią? Może mają ku temu podstawy?

Starzec poczuł mocny, niespodziewany cios w twarz, który powalił go na ziemię. Ciało napastnika ponownie zaczęło go przygniatać. Kolejne dwa uderzenia w kości policzkowe niemal odebrały mu przytomność.

- Nikt nie będzie mnie obrażał!

Davidv widział tylko zaciśnięte zęby swojego oprawcy.

- Gadboisowie zawsze wiernie służyli zakonowi, czy to się Radzie podoba, czy nie!

- Wierzę, że tak było. - Starzec uniósł ręce. - Proszę, już wystarczy. Nie chciałem cię urazić. - Davidv zdawał sobie sprawę z tego, że nie może się za bardzo bronić. Musiał udawać bezradnego, gdyż wciąż miał w planie wydobyć ze swojego rozmówcy kilka istotnych informacji. Wiedział, że z bólem sobie poradzi. - Oj, trafiłem w czuły punkt. Nie taki miałem zamiar - wydusił z siebie. - Pozwól, że wyrównamy proporcje i zdradzę ci coś o sobie. Jestem stary i umierający. To moje ostatnie zadanie. Robię to tylko po to, aby moja córka miała za co żyć.

Po raz pierwszy powiedział młodemu templariuszowi prawdę. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Jakby coś go do tego zmusiło. Przestraszył się lekko, by po chwili się uspokoić. Na szczęście sprzedał mu informację, z którą młodzieniec i tak nie będzie w stanie nic zrobić.

- Bądźmy ze sobą troszkę uczciwi - zaproponował Davidv. - Opowiem ci coś o sobie, a potem ty mi o sobie.

- Na godzinę szczerości ci się zebrało? - zapytał Gadbois.

- Dla córki. - Starzec zignorował pytanie templariusza. Znów poczuł dziwne parcie zmuszające do wylewności, które go zaczęło niemal przerażać. Zupełnie jakby ktoś nim sterował. - Eva jest dla mnie wszystkim. Nie mam pojęcia, gdzie ona jest i co robi, lecz wiem, że się mnie wyrzekła i nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Nie dziwię się jej. Taki los. W naszej profesji ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujesz, jest rodzina. Ja popełniłem ten błąd i w moim życiu pojawiła się Eva. Od tamtego czasu straciłem tę dawną niezależność, bo każdego dnia się o nią bałem. Odciąłem się od córki, byleby tylko zapewnić jej bezpieczeństwo. Ten układ działał. Pracowałem non stop, ale świadomość, że Evy nikt nie nachodzi, w zupełności mi wystarczyła.

Saryusz zauważył, że Gadbois wyraźnie zaciekawił się jego historią.

- Proponuję, żebyśmy ruszyli, jeśli nie chcemy odmrozić sobie tyłków. - Starzec podniósł się, czując, że dziwne "serum prawdy" przestało na niego działać. Czuł się zmieszany, nie wiedział, co ma teraz zrobić i o tym wszystkim myśleć. - Nie byłem zbyt blisko związany z matką Evy - ciągnął swoją opowieść już sam z siebie, w końcu i tak powiedział za dużo. - Była dla mnie tylko przybłędą, jedną z wielu, którą wykorzystałem. Zresztą jako agentowi pieniędzy mi nie brakowało, więc wolne chwile pomiędzy misjami wypełniałem seksem. Rozumiesz, dla rozładowania stresu. Do czasu. Jedna z moich kurewek pewnego dnia oświadczyła, że jest ze mną w ciąży. Oczywiście jej nie uwierzyłem. Zalać foremkę mógł przecież każdy z jej klientów. Wiedziałem, że chciała mnie wykorzystać do tego, aby wyrwać się ze slumsów Ratyzbony. Jednak, gdy kilka lat później znów się na nią natknąłem i przerżnąłem ją w tym samym pokoju, gdzie spała jej córka, poczułem coś dziwnego. Po tym, jak zrobiłem swoje, obudziłem się w środku nocy. Pijany, naćpany i wyczerpany ostrym ruchaniem wstałem w poszukiwaniu szklanki wody. W swoim otumanieniu wpadłem na łóżko, w którym spało dziecko. Obudziłem je oczywiście i sprawiłem, że zaczęło głośno płakać. Gdy już miałem podnieść rękę, aby je uderzyć i uciszyć, zostałem przeszyty spojrzeniem tego anioła. Było ono tak czyste i niewinne, że czułem, jak uniesione ramię zaczyna mi usychać. Pokochałem to stworzenie w ułamku sekundy. Wziąłem ją na ręce i utuliłem. Przestała płakać niemal od razu. Czułem, że coś mnie z nią łączy. Matka Evy nie była w stanie stwierdzić, czy jestem biologicznym ojcem, czy nie. Nie było to dla mnie ważne. Gdzieś głęboko wiedziałem, że to moja córka. Jedyne dobre, co pozostawię na tym świecie.

- Co było dalej? - spytał Gadbois, głęboko wciągnąwszy zimne powietrze.

- Od tamtej nocy przestałem pieprzyć jej matkę, a zacząłem ją traktować jak opiekunkę mojego dziecka - opowiadał Davidv. - Sporą część tego, co zarobiłem, dawałem jej, aby Eva nie żyła w nędzy. Spędzałem każdą wolną chwilę w Ratyzbonie. Starałem się być ojcem. Zresztą z matką Evy udawaliśmy rodzinę. Układ mieliśmy taki, że niby mama opiekuje się dzieckiem, a tata pracuje gdzieś daleko i przyjeżdża do domu, kiedy tylko może. Co więcej, dawałem Dagmar, bo tak miała na imię ta prostytutka, tyle pieniędzy, by zamiast sprzedawania swojego ciała poświęcała swój czas małej. Jednak nawyki wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem. Dla niej bycie kurwą było jak uzależnienie. Rzadziej, lecz wciąż sprzedawała swoje ciało. Wtedy zaszła w ciążę po raz drugi. Urodził się Karl. Wszystko się jednak układało. Traktowałem go jak zło konieczne, lecz Eva kochała go, więc i dla mnie był w pewnym sensie ważny. Niestety wpadł w oko bojówki zwanej Ogólnoeuropejską Organizacją do Walk z Herezją, a była ona po prostu przykrywką, komórką wyszukującą młodych chłopców i młode dziewczęta do sieci haremów dla najważniejszych biskupów w Imperium. Podobno sam Reinhardt Novak go wybrał. Pewnie na studiach uczyłeś się o działalności tego człowieka. Był jedną z ważnych osobowości w Imperium. Działał pod oficjalnym protektoratem Watykanu, jednak szybko zyskał rozgłos za rzekomą "skuteczność". Był gloryfikowany jako wielki wojownik z innowierstwem, jednak tak naprawdę kierował siecią burdeli z nieletnimi.

Saryusz liczył, że Gadbois zaczyna czuć coś na wzór empatii do niego.

- Eva błagała mnie, abym użył wszelkich możliwych wpływów, aby wydostać Karla z rąk Novaka. - Davidv czuł od kilku minut dziwne otumanienie umysłu, którego znaczenie dotychczas umniejszał. Teraz jednak miał wrażenie, że zaczyna tracić kontrolę nad swoimi słowami. - Jednak nic nie mogłem zrobić, choć Bóg mi świadkiem, próbowałem.

Wiatr dął jeszcze mocniej. Starzec czuł igły zimna wbijające się coraz głębiej w jego głowę. Uświadomił sobie, że nie miało to związku z pogodą.

Spojrzał na Gadboisa. Jego oczodoły zaczęły się znów zalewać pustą, przeraźliwą bielą. Kontury tęczówek stały się ledwo widoczne. Starca sparaliżował strach.

Nagle poczuł coś na wzór eksplozji w czaszce. Wypiął się z bólu i krzyknął. Miał wrażenie, że traci siły i próbuje się przebić swoim wołaniem o pomoc przez ryki wiatrów Ushant. Odważył się znów spojrzeć w stronę Gadboisa. Ten stał wyprostowany, otoczony niebiańską światłością jakby promieniującą z każdej komórki jego ciała. Trzymał wyciągniętą w jego kierunku dłoń, która emanowała dziwną siłą, paraliżującą jego ruchy.

- Kłamiesz - rzekł spokojnym głosem. - I wiesz, że nie mam na myśli tylko historii o dzieciach. Ukrywasz przede mną coś więcej i zaraz dowiem się co.

- Nie kłamię! - krzyknął, trzymając się za głowę. - Eva i Karl istnieją!

- Nawet nie próbowałeś go ratować. Po prostu uciekłeś jak tchórz.

Gadboisa nagle odrzuciło, jakby został postrzelony. Padł bezwiednie na plecy, a Davidv poczuł rozluźniające się mięśnie. Przyniosło mu to wyraźną ulgę.

- Co to, do cholery, było? - Desperacko próbował złapać oddech. - Kim jesteś, dziwaku?

Widział, jak Gadbois, który również miał problem z oddychaniem, szybko się podniósł i próbował odzyskać równowagę. Potem podszedł, złapał Starca za kołnierz płaszcza i zaczął nim nerwowo potrząsać.

- Gadaj - syczał przez zęby. - Czy wiesz, kto odpowiada za to, co się ze mną dzieje?

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - odparł Davidv i poczuł pięść, która wylądowała na jego żuchwie. - Jestem tak samo przerażony jak ty!

Gadbois puścił go, ciężko dysząc.

- Nie wiem, co się ze mną dzieje. - Patrzył z desperacją na swoje drżące dłonie, które wciąż emitowały dziwną, nieokreśloną energię. - Nigdy w życiu nie doświadczyłem czegoś takiego.

Teraz Starzec wiedział, dlaczego mocodawcy chcą Gadboisa żywego. Był wart więcej, niż sądził. Znów pomyślał o Evie. Nienawidziła go, lecz on wciąż ją kochał i wiedział, że jest gotów zrobić dla niej wszystko. Zresztą już dawno nie czuł jakiegokolwiek związku z ideologią Imperium. Od dłuższego czasu był tylko najemnikiem, który pracował dla tego, kto da więcej.

- Pomogę ci. - Davidv przysunął się do młodzieńca. - Nie wiem, co to jest, ale bardzo mi się nie podoba. Ktokolwiek lub cokolwiek kieruje twoimi działaniami i tym, co się z tobą dzieje, zasługuje na potępienie. Mnie również ktoś kontroluje. Kierując mną, wykorzystują Evę, a kierując tobą, coś innego. Jesteśmy różni, ale wiele nas łączy. Możemy sobie nawzajem pomóc.

- Nie wiem... - Otumaniony Gadbois poczuł dłoń Starca na swoim ramieniu. - Dlaczego miałbym ci zaufać? Cokolwiek mną steruje, dało mi jasny znak, że twoje zamiary nie są czyste względem mnie.

- To nieprawda - odparł Davidv. - Jesteś silniejszy ode mnie. Poza tym chcę zawrzeć z tobą umowę. Miałem ci tylko pomóc przedostać się na kontynent, a potem śledzić, jak sobie radzisz, jednak mogę zrobić więcej. Wyruszymy razem i wskażę ci pułapki, w które możesz wpaść na terenie Imperium.

- A w zamian? - spytał Gadbois.

- Uratuj Evę - odpowiedział Starzec. - Mimo że starałem się ją chronić, jak tylko mogłem, wiem, że wielu czyha na jej życie. Pamiętaj, że jestem agentem na wrogiej ziemi. Moja wieloletnia działalność tutaj nie pozostała niezauważona. Będą się chcieli mścić na niej za moje uczynki. - Davidv spojrzał mu głęboko w oczy. - Dla niej zrobię wszystko, a ty masz w sobie dziwną siłę, która może jej pomóc. Wypełnijmy twoją misję, a potem znajdź moją Evę i pilnuj. Zapewnij jej azyl na Templarantis. Tam będzie bezpieczniejsza niż gdziekolwiek indziej. Mam wrażenie, że dzięki swoim mocom obronisz ją skuteczniej niż jakakolwiek agentura tej cichej wojny. Obiecaj mi, że ją znajdziesz.

- Zobaczymy - rzekł arogancko Gadbois.

- Jesteś moją jedyną nadzieją... - odpowiedział Davidv. - Przepraszam... nie moją, tylko jej.

Wiedział, że Eva wyruszyła za Novakiem, aby odnaleźć Karla, a on pragnął ocalenia córki bardziej niż czegokolwiek i kiedykolwiek na świecie.

Gadbois odwrócił się i ruszył w kierunku wschodniego wybrzeża wyspy. Davidv nie bez wysiłku chwiejnym krokiem podążył za nim.

Alarm postawił na nogi zarówno Kantora, jak i jego straż. Białe żarówki umieszczone w linii pośrodku sufitu zgasły. Zamiast tego kilka czerwonych ukrytych w bocznych panelach, łączących ściany ze sklepieniem sufitu, zaczęło wypełniać pomieszczenie groźną poświatą.

Ochroniarze wyciągnęli pistolety zza pasów i rozejrzeli się po pomieszczeniu. Rzeźnik westchnął i zaklął pod nosem. Za chwilę miał rozpocząć tortury i nie zamierzał z tego rezygnować. Czekał bowiem na ten moment od kilku dni.

- Zluzujcie poślady, panowie! - rzucił gniewnie do towarzyszących mu troglodytów. - To pewnie fałszywy alarm. W tym baraku wszystko się psuje, a potem wraca do normy.

Kantor przyjrzał się ponownie swoim przyrządom. Po chwili namysłu postanowił nie ruszać żadnego z nich. Większą frajdą będzie rozkoszowanie się cierpieniem ofiary przy pełnym świetle aniżeli przy ledwo zipiących awaryjnych żarówkach.

Odgłos pukania sprawił, że spojrzenia zarówno Kantora, jak i jego ochroniarzy spoczęły na wejściu do pomieszczenia. Rzeźnik skinieniem głowy kazał jednemu z nich sprawdzić, co się dzieje na korytarzu. Ten pewnym krokiem skierował się ku drzwiom. Otworzył je. Gdy przekraczał próg, potężny wystrzał odrzucił jego głowę w tył. Kula przeszyła czoło i potylicę na wylot, krew bryzgnęła z dziury, a ciało padło na posadzkę jak kłoda. Zanim drugi z nich zdołał się zorientować, kolejny wystrzał z pistoletu trafił go w aortę szyjną i jedyne, co był w stanie zrobić, to paść na kolana i desperackimi ruchami dłoni tamować krwawienie. Zanim osunął się na podłogę, Kantor dojrzał tylko jego spojrzenie, z którego uchodziło życie.

Zraszacze z wyraźnym opóźnieniem zaczęły pluć lodowatą wodą. Rzeźnik przyglądał się z zaskoczeniem, jak krople tego deszczu rozrzedzają krew, opanowując swoimi wrogimi mackami posadzkę sali.

Wtedy zobaczył najbardziej znienawidzoną twarz w swoim życiu.

- To ty! - krzyknął, zanim rozległ się kolejny strzał i poczuł ból rozsadzający lewe ramię.

Kantor upadł na posadzkę zmieniającą się powoli w krwawe bajoro i patrzył, jak Morata celuje w niego z pistoletu. Z przerażeniem w oczach śledził, jak dym, który uwodzicielsko wydostawał się z lufy, był rozmywany przez mroźne krople zraszaczy.

- Tak, to ja - odparł ordynator. - To tylko i aż ja.

Po tych słowach obszedł ochroniarzy. Tylko na nich spojrzał. Nie musiał ani sprawdzać pulsu, ani kontrolnie szturchać ich nogą. Wiedział, że oddał celne strzały i - co nie bez znaczenia, sądząc po ilości krwi, która wysączyła się na posadzkę - był pewny, że obaj mężczyźni nie stanowią dla niego żadnego zagrożenia.

- Wiesz, że zapłacisz za to, co właśnie zrobiłeś? - wycedził przez zaciśnięte zęby Kantor.

- Zapłaciłem już dawno temu - odpowiedział Morata, po czym szybkim krokiem podszedł do Rzeźnika i mocnym kopniakiem w szczękę uciszył jego syczenie.

Ciało Kantora zaczęło się zwijać w konwulsjach. Ordynator, dalej trzymając Rzeźnika na muszce, podszedł do łóżka, do którego był przywiązany Infidelis. Szybkim ruchem ręki zrzucił torbę z ramienia, wydobył z niej strzykawkę wypełnioną jasnozieloną cieczą i niemal bez patrzenia wbił igłę w ramię Niewiernego. Delikatnie, lecz stanowczo naciskał plastikowy tłok wpompowujący tajemniczy płyn. Lodowate strumienie wody trzęsły jego ciałem, lecz wiedział, że musi grać na zwłokę. Tym bardziej że zmodyfikowana substancja, którą ciężarne kobiety produkują w niewielkich ilościach w szóstym tygodniu ciąży, zwana dimetylotryptaminą, potrzebuje kilku minut, aby zacząć działać.

Gdy Kantor próbował odzyskać zmysły, Morata kątem oka obserwował reakcję więźnia. Szum strumieni wody lejącej się na posadzkę gabinetu został brutalnie zagłuszony dzikim krzykiem mężczyzny. Ordynator wiedział, że obiekt właśnie został wybudzony z letargu. Bezwiednie sięgnął do torby po drugą strzykawkę i wbił mu kolejną igłę w ramię niemal w tym samym miejscu, co wcześniej.

"Trzymaj się" - pomyślał tylko. "Zaraz będziesz wolny. Wiem, że chciałem, abyś umarł, ale jednak cię potrzebuję".

Uznał, że nie ma co czekać ani chwili dłużej. Sięgnął po skalpel i szybkimi ruchami rozciął pasy mocujące kończyny więźnia do łóżka. Ten z hukiem opadł na mokrą podłogę i próbował łapczywie łapać oddech.

- Co robisz?! - syknął Kantor, przerywając Moracie. - Przecież to heretyk... i do tego cenny nabytek do naszego programu... Nie możesz pozwolić mu odejść!

- Dobrze sobie zdajesz sprawę, że Imperium nie ma nic do tego - odpowiedział ordynator. - Poza tym nie słyszałem, abyśmy byli w stanie wojny, więc oszczędź mi tego pierdolenia.

- Zawsze byliśmy w stanie wojny i dobrze o tym wiesz! - Rzeźnik zmienił ton. - Damaris wyprała ci mózg.

Morata wystrzelił z pistoletu. Kula roztrzaskała kafelek metr od głowy Kantora. Rzeźnik nieudolnie zasłonił dłońmi uszy przed hukiem wystrzału.

- Wystarczy, śmieciu. - Ordynator nawet nie ukrywał tego, że Kantor nacisnął właściwy guzik w jego psychice. - Nie jesteś godzien nawet wymawiać jej imienia.

Chciał podejść do Rzeźnika i wymierzyć mu solidnego kopniaka w brzuch, lecz powstrzymał się, gdy poczuł uścisk dłoni więźnia, który chwycił nogawkę jego spodni.

- Wreszcie żeś się obudziła, księżniczko - rzekł i wyciągnął do niego ramię, by pomóc mu się podnieść. - To twój szczęśliwy dzień w tym bagnie. Zaraz wydostaniesz się na wolność.

Kantor próbował się zerwać na nogi, by powstrzymać Moratę przed wypuszczeniem więźnia, lecz strzał w powietrze skutecznie zdusił jego zamiary w zarodku.

- Wciąż trzymam cię na muszce - rzekł z satysfakcją. - Nawet o tym nie myśl.

Więzień w końcu stanął na nogi o własnych siłach. Trząsł się z zimna. Lodowate strumienie wody szczególnie dawały się we znaki właśnie jemu.

Morata ściągnął torbę z ramienia i podał ją więźniowi, jednocześnie obserwując Rzeźnika. Złapał Infidelisa za kark i przysunął usta do jego ucha.

- Żółty arkusz papieru ukryty w bocznej kieszeni wskaże ci, jak się stąd wydostać i co potem zrobić. Czerwony folder w głównej części torby zawiera informacje na temat tego, czym cię faszerowano, a zielony list to moje życzenie, które chciałbym, abyś spełnił. Zrozumiałeś?

Mężczyzna nawet nie ukrywał zdumienia. Przejrzał zawartość pakunku, po czym spojrzał Moracie w oczy i przytaknął.

- A teraz się stąd wynoś. I pamiętaj... - powiedział, rzucając ukradkowe spojrzenie na torbę, którą teraz jego rozmówca kurczowo trzymał w dłoniach jak rozbitek ostatnią deskę z roztrzaskanej szalupy na otwartym morzu. - Słońce wskaże ci drogę.

Ordynator kątem oka odprowadził go do drzwi. Śledził, jak ten szybko opuszcza pomieszczenie, studiując uważnie żółtą kartkę.

- A teraz porozmawiajmy - rzekł Morata, robiąc kilka kroków w stronę Kantora. - Opowiedz mi o Damaris. Co masz wspólnego z jej powolną śmiercią?

Przysunął do siebie krzesło i usiadł na nim, nie spuszczając wzroku z Rzeźnika. Pistolet miał wciąż wycelowany w jego głowę.

Starzec i jego towarzysz dotarli w końcu do Port du Stiff, choć właściwie trudno to było nazwać portem. Swoim wyglądem przypominało długą kładkę, wzdłuż której znajdowały się łodzie przywiązane do niskich palików, bezlitośnie szarpane przez wiatr i fale. Davidv pamiętał dokładnie opis łajby, którą templariusz miał się przeprawić do Lanildut. Dał znać Jean-Michelowi, aby ten na niego poczekał, a sam przeszedł kilkanaście metrów. Drewniany pomost uginał się pod jego ciężarem, wydając żałosne jęknięcia ze starości. Zatrzymał się przed najmniejszą z łodzi przycumowanych do przystani. Z kajuty wyszedł sędziwy żeglarz z krzaczastą białą brodą. Jego stara twarz zdradzała niewyspanie. Uniósł lekko swoją kapitańską czapkę w geście pozdrowienia. Davidv postawił stopy na pokładzie łodzi dumnie noszącej imię Ginewra, jednak wiedział, że dotarcie do celu na tym zlepku przypadkowych i zbitych na docisk desek będzie graniczyło z cudem.

- Będziemy mieli dodatkowego pasażera, kapitanie - rzucił Starzec.

- Coś ty za jeden? - Żeglarz wyraźnie się wściekł.

- Mój kolega niedomógł. Ja go zastępuję.

- Nie wiem, kim jesteś i nie obchodzi mnie to. Poza tym nie taka była umowa. Miała płynąć jedna osoba, nie dwie.

Davidv zrobił kilka kroków, stanął centymetry od kapitana i spojrzał mu głęboko w oczy.

- Umowy się zmieniają - rzekł stanowczo. - Pieniądze zapewne pomogą w ich modyfikacjach. Taki ciekawski człowieczek jak ty na pewno przeszukał już ekwipunek swojego pasażera i wie, ile tam jest pieniędzy. Wszystko to może być twoje.

Kapitan przełknął ślinę.

- Czy teraz znajdzie się miejsce dla jeszcze jednego pasażera?

- Tak - odparł tylko, przymykając oczy. Zdawał sobie sprawę z tego, jak dodatkowe kilogramy mogą wpłynąć na bezpieczeństwo przeprawy Ginewrą. - Znajdzie się miejsce.

Davidv uśmiechnął się tylko, odwrócił na pięcie, podszedł do burty i wychylając się, gwizdnął, by dać znak Gadboisowi, aby ten dołączył do nich.

- A co się stało z miejscową strażą przybrzeżną? - zapytał Gadbois. - Dotarcie do Port du Stiff nie było problemem. Budka wartownicza przy wejściu na pomost wydaje się opuszczona. Nie natknąłem się również na ogrodzenia wokół wyspy ani z zachodniej, ani ze wschodniej strony.

- Budka wartownicza nie jest pusta - odrzekł kapitan. - Strażnik leży w niej ogłuszony i zamknięty na cztery spusty.

Wiedział, że Jean-Michel będzie musiał przyjąć to wyjaśnienie za wystarczające.

- To wszystko? - zapytał.

- Ushant nie jest miejscem, którym Imperium się szczyci - wtrącił Davidv. - Jest na tyle małe, że Watykan stara się je trzymać w ukryciu i nie uwzględniać na swoich mapach, w podręcznikach i historii. Znajdujemy się na najbardziej wysuniętej na zachód kolebce Imperium. To stąd można łatwo kusić wrogą agenturę do przerzucania tutaj swoich ludzi. Często w pułapkę.

- A jak ma się sytuacja ze mną? - spytał Jean-Michel, przykrywając zdenerwowanie spokojem. - Ja również wpadnę w pułapkę?

- Każdy, którego dusza zabłąkała się na Ushant, w nią wpada.

Pomiędzy nimi zapadła niezręczna cisza. Davidv lekko skinął głową i usadowił się możliwie najdalej od kapitana.

- Wszyscy gotowi? - spytał Starzec, a Gadbois odkleił w końcu wzrok od morza odgradzającego ich od Lanildut. - Już czas wyruszyć.

Kapitan przytaknął i zaczął szykować Ginewrę do rejsu.

Kantor zaciskał zęby z bezsilności. Leżał na mokrej podłodze. Lodowata woda nie przestawała się sączyć ze zraszaczy, a największy wróg miał go na muszce pistoletu.

- Mniemam, że to nasza ostatnia rozmowa w życiu. - Ordynator mówił głosem zdradzającym niezwykły spokój, którego Kantorowi właśnie teraz brakowało. - Proponuję więc, abyśmy zdobyli się na szczerość. Ze względu na dawne, studenckie czasy. Nie byliśmy nigdy przyjaciółmi, ale mieliśmy zdrowe relacje. Do czasu.

- Możesz strzelić. - Rzeźnik bezskutecznie próbował stłumić swój gniew. - I tak nic ci nie powiem. Rozstaniemy się w niewiedzy. Twojej niewiedzy. Nie ujdzie ci to na sucho, niezależnie, czy mnie zabijesz, czy nie. Ze swoim dzieckiem też się pożegnaj.

- Daj spokój. - Iberyjczyk uśmiechnął się w odpowiedzi, a ręka, w której trzymał pistolet, zaczęła się powoli rozluźniać. - Nasze drogi się tutaj kończą. Nie chcesz zrzucić tego ciężaru z żołądka? Wyrzygaj wszystko, co ci ciąży. Drugiej takiej okazji nie będziesz mieć.

- Ja mam się poczuć lepiej czy ty?

Woda wciąż się sączyła, lecz obaj mężczyźni zdawali się już nie zwracać uwagi na następstwa uruchomionego przez Moratę alarmu przeciwpożarowego.

- Czy to ważne? - zapytał Morata, lekko wymachując pistoletem. - Wierzę, że my oboje.

- Zawsze cię nienawidziłem za to, że mi ją odebrałeś!

- Odebrałem? - zaśmiał się Morata. - Odebrać to mogłem coś, co posiadałeś, lub kogoś, kto był z tobą. Damaris nigdy się tobą nie interesowała, ani tym bardziej nie była twoją własnością.

Ordynator wstał z krzesła i podszedł do Kantora. Pochylił się nad nim, spojrzał mu w oczy i powiedział:

- By rzec więcej, brzydziła się tobą.

Jego szept przeszył Rzeźnika jak nóż.

- Kłamiesz! - Gniew w nim kipiał.

Morata powoli się wycofał i ponownie usiadł na krześle.

- Gardziła tobą. - Czuł, że jego słowa kłują Kantora bardziej, niż przypuszczał. - Wyczuwała w tobie zło. Zdawała sobie sprawę, że prędzej czy później ujawnisz swoje sadystyczne zapędy. Owszem, próbowała się do ciebie zbliżyć, ale kierowało nią jedynie współczucie. Wierzyła, że może do ciebie dotrzeć, złagodzić twoją naturę, pomóc ci. Jednak kiedy zdała sobie sprawę, że się w niej zakochujesz, postanowiła odsunąć się od ciebie. Nie była bowiem w stanie poradzić sobie z tym chaosem, który miałeś w sobie, z tą mieszanką miłości do niej i czystego zła. Poza tym kochała już mnie, choć byłem niewiele bardziej jej godzien niż ty. Jednak wiedziała, że zdołam otworzyć się na nią i to światło, które z niej płynęło, bardziej niż ty byłbyś w stanie kiedykolwiek to uczynić.

Kantor próbował zagłuszyć słowa, które właśnie usłyszał, lecz nie mógł powstrzymać ciężaru ich prawdy wypełniającej go jak ołów. Zdawał sobie sprawę z ich celności. Za to znienawidził Moratę jeszcze bardziej.

- Chcesz mnie sprowokować... - Rzeźnik starał się bronić.

- Mówiąc prawdę? - przerwał mu Morata. - To takie... polskie.

Kantor próbował zerwać się na nogi, gdy usłyszał taką obrazę, ale szybki ruch ręki Moraty, w której dzierżył pistolet, powstrzymał go przez dalszymi ruchami wywołanymi prowokacją.

- Przepraszam. - Ordynator zdobył się na pozory skruchy. - Nie chciałem urazić twojego wybranego i ślepo wierzącego we wszystkie dogmaty Czarnego Papieża narodu. To nie było w porządku.

Kantor zdawał się uspokajać. Morata również rozluźnił ramię.

- Wszyscy akceptowaliśmy nakazy Rzymu-Watykanu. Tylko niektóre narody zrzeszone w Imperium bardziej niż inne.

Ordynator wyprzedził ruch Kantora, ponownie mierząc pistoletem w jego głowę.

- Przepraszam raz jeszcze - rzekł lekko ironicznie. - Nie chciałem znów oczernić twojej nacji.

Morata widział, że Kantor chciał się na niego rzucić.

- Przepraszam ponownie. Nasze narody działały na rzecz Imperium równie oddanie. Myśmy więcej zabijali w imię wiary, a wyście więcej klękali. Nie wiem, co gorsze.

- Najgorsza była zdrada, której się dopuściłeś, gdy powierzyłeś swój umysł Damaris. Zacząłeś kwestionować dogmaty, wiarę i Imperium. Ona musiała w końcu za to zapłacić. Sam Bóg ją pokarał.

Morata zacisnął usta.

- Każda jednostka stanowi zagrożenie dla podwalin Imperium. - Kantor wyczuł, że nadepnął Moracie na właściwy odcisk. - Damaris była jedną z nich. Jej poglądy mogły powoli się rozprzestrzeniać jak zaraza wyniszczająca organizm od środka. Była obserwowana od dłuższego czasu, lecz możesz mi wierzyć lub nie, chroniłem ją. Mogłem wydać ją Inkwizycji dawno temu, lecz świadomie tego nie zrobiłem. Postanowiłem tak, a nie inaczej, gdyż uznałem, że mniejszym złem będzie pozwolić ci żyć u jej boku, niż mieć świadomość tego, że wydałem ją na tortury. A uwierz mi, Inkwizycja ma w swoich szeregach entuzjastów zadawania bólu równie pomysłowych w swoich inwencjach jak ja.

- I mam ci teraz podziękować? - spytał ironicznie Morata.

- Mógłbyś. - Kantor lekko się uśmiechnął. - Gdybym ją wydał, zginęłaby ona, ty i wasze dziecko, którego przydatność dla Imperium tak skrzętnie ukrywaliście.

- To dlaczego zmarła? - Ordynator podniósł się, podszedł do Rzeźnika i niemal wbił lufę pistoletu w jego czoło. Gardził nim bardziej niż kimkolwiek na tym świecie. - Dlaczego musieliśmy patrzeć, jak usycha?

- Chorowała na białaczkę. Nie powiedziała wam, gdyż nie chciała, abyście byli świadkami jej powolnej agonii. Dlatego zwróciła się do mnie.

Nagle Kantor zamilkł. Dojrzał za plecami Moraty tajemniczą postać. Stała na progu wejścia do pokoju i mierzyła z pistoletu w potylicę ordynatora. To stwarzało okazję do zmiany toru rozmowy.

- Błagała, abym dał jej jakikolwiek, nawet eksperymentalny specyfik, dzięki któremu szybko zejdzie z tego świata, zanim zorientujesz się po pierwszych objawach - rzucił nagle. - Powiedziała, że zrobi wszystko. Wiedziała, że już nic jej nie pomoże. Była gotowa na każde poświęcenie.

Morata przełknął ślinę i poczuł, że za chwilę może stracić kontrolę nad sobą.

- Lepiej się zastanów, co chcesz powiedzieć.

- To jest najlepszy czas, aby to wydusić z siebie. Sam to przed chwilą przyznałeś. - Polak zdobył się na lekki uśmiech. - Zawsze chciałem ci to powiedzieć, a teraz jest ku temu okazja. Została otruta. Sama wybrała taką śmierć. Miałem ogromny dylemat. Z jednej strony chciałem jej ulżyć w cierpieniu, lecz z drugiej... Cóż... Pomyślałem, że widok jej umierającej przez długi czas będzie najbardziej wyrafinowanym z cierpień, jakie mogę ci zadać.

- Umierała w mękach!

- Specyfik był eksperymentalny, jak mówiłem. Owszem, nie zadziałał tak sprawnie, jak powinien. Mogła sama odebrać sobie życie, ale najwidoczniej nie starczyło jej odwagi.

Dopiero teraz Kantor dojrzał, jak srebrne kryształki łez przybierają widoczną formę w oczach Moraty. Wyraźnie wyróżniały się swoim blaskiem pośród tuzina podobnych, płynących po jego twarzy, a będących wynikiem ataku szpitalnych zraszaczy.

- Jednak ciekawi mnie jedno - dodał. - Gdzie ukryłeś wasze dziecko?

Morata zacisnął powieki z wściekłości.

- Tego nigdy ode mnie nie wyciągniesz, choćbyś miał okazję i swoje najznakomitsze narzędzia.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie kusi, aby to zrobić. - Coraz wyraźniejszy uśmiech rysował się na jego twarzy. - Torturowanie ciebie będzie zwieńczeniem mojej kariery, a dotarcie do twojej córki sprawi mi jeszcze większą przyjemność. Zabawię się z nią na dwa sposoby, ten sprawiający ból i ten drugi, zapewne domyślasz się jaki. Choć chętnie połączę jeden z drugim.

Morata nie wytrzymał i mocno uderzył Rzeźnika lufą pistoletu w głowę. Ten ze skowytem zakrył lewy łuk brwiowy, który teraz pulsował bólem. Czuł, jak strużki krwi ogrzewają mu palce.

- To ostatni raz, kiedy mnie tak potraktowałeś - rzucił gniewnie. - Odegram się szybciej, niż myślisz.

Morata westchnął z rezygnacją. Właśnie zdał sobie sprawę, skąd ta zmiana intonacji głosu i pewność siebie Kantora. Nie byli sami w pomieszczeniu. Dostrzegł, że ktoś właśnie w niego celuje. W myślach szybko analizował sytuację. Wiedział, że nie jest to nikt z personelu ani z ochrony. Według procedur wszyscy musieli bezzwłocznie opuścić budynki ośrodka i nie mieli prawa do niego wrócić do czasu odwołania alarmu, który mógł być wyłączony jedynie przez Oddział Kwarantacyjny. Morata był świadom tego, że to nie lekarze ani epidemiolodzy, którzy nie posiadali broni, więc ktokolwiek stał za nim i miał władzę nad jego życiem w swoich dłoniach, nie mógł być pracownikiem kompleksu.

Zdawał sobie sprawę, że nie ma większych szans. Poddanie się byłoby najgorszą rzeczą, na jaką mógłby się zdecydować w tym momencie. Pomyślał o torturach. Oczyma wyobraźni

zobaczył rozpromienioną twarz Kantora, który upaja się możliwością zadawania bólu jemu i Kendrze, jeśli ją znajdzie.

Nie wiedział, czy będzie mógł liczyć na litość więźnia, któremu ocalił życie kilka minut wcześniej. Był świadomy, że po tym, co mu zaaplikował, by go uśmiercić - nie przyznając się do tego, że zrobił to osobiście - nie miał prawa oczekiwać, aby ten podążył zgodnie ze wskazówkami, które mu zostawił. Zaczynał teraz żałować decyzji powierzenia mu lokalizacji Kendry. Jeśli ten nawet zechce jej pomóc, a wpadnie w ręce Imperium, los jego córki będzie przesądzony. Nie mówiąc o tym, że nie był pewny, czy antidotum utrzyma go na tyle długo przy życiu, by ją odnalazł...

Beznadziejność sytuacji, w której się właśnie znalazł, nagle go przerosła. Czuł, jak dłoń, która dotychczas mocno trzymała pistolet, zaczynała drżeć i słabnąć. Spuścił wzrok na podłogę i zrobił jedyne, co mógł w swoim położeniu.

Odwrócił się szybkim ruchem z wycelowaną bronią. Padł strzał.

Moravčík podszedł powolnym, kocim krokiem do bezwładnego ciała Moraty postrzelonego w szyję. Zbadał puls - był słaby. Wiedział, że nie będzie już silniejszy.

Ruszył do drugiego mężczyzny. Widząc ranę na jego ramieniu, szybko ocenił obrażenia ofiary. Wiedział, że niewielkie draśnięcie nie zagrozi jego życiu.

- Uratowałem właśnie twój nędzny żywot, polski śmieciu. Liczę na to, że teraz opowiesz mi, co się tutaj wydarzyło. Wszystko, co wiesz.

Rozmówca rozluźnił spięte mięśnie i wymamrotał:

- Oczywiście...

Morata czuł odpływającą z niego wszelką witalność. Kątem oka widział, jak tajemnicza postać pochyla się nad Kantorem. Ostatnią myślą, jaka na chwilę uśmierzyła ból, była ta, że sprowokował reakcję, która zakończyła jego żywot, a jednocześnie nie wyjawił swojej najskrytszej tajemnicy. W ostatnich sekundach życia starał się nawiązać kontakt wzrokowy z Kantorem, by dać mu znać, że ten przegrał.

Wysilił się na uśmiech i zamknął oczy.

Bixente Araquistáin przysłuchiwał się odgłosom przez cienką ścianę łączącą jego kryjówkę z salą, w której był więziony, a jego wybawca wydał ostatni oddech. Przez głowę przemknęła mu szalona myśl. Chciałby uratować córkę Moratów i pomóc jej uciec do Templarantis. Usłyszał wystarczająco dużo, aby wiedzieć, że Kantor nie spocznie, dopóki go nie znajdzie i nie zniszczy. Chwilę wcześniej nie planował tego robić, tylko wiać gdzie pieprz rośnie, jednak wydarzenia ostatnich minut sprawiły, że zmienił zdanie.

W torbie znalazł zdjęcia dziewczyny i listy od niej do Moraty, które jakimś cudem nie wpadły w łapy imperialnej bezpieki. Wiedział, że na podstawie tego, czym dysponował, będzie w stanie dotrzeć do celu, który wskazał mu mężczyzna.

Zdawał sobie sprawę, że nawet jeśli zignoruje jego ostatnią prośbę, to i tak nie uda mu się uciec bezpośrednio z Hiberni do Templarantis. Najrozsądniej byłoby dostać się do Kaledonii i stamtąd szukać drogi do domu. Zresztą ordynator zostawił mu również wystarczającą ilość pieniędzy, by mógł zwiedzić cały kontynent, zanim zdoła się przedostać do ojczyzny, a i tak zapewne jeszcze by coś zostało. Miał wrażenie, że Morata spakował wszystkie oszczędności swojego życia i nie chodziło tylko o gotówkę. Zupełnie jakby torba była przygotowana od jakiegoś czasu na nadejście czarnej godziny.

Bixente jednak podjął już decyzję. Czuł, że musi się dostać na kontynent. Zresztą teraz zdawało się to rozsądniejsze niż pchanie się do Kaledonii. Przecież będą go szukać i zapewne przeczeszą wszelkie kanały przerzutowe do Brytanii. Wybranie odmiennego kierunku zmniejszało prawdopodobieństwo, że wpadnie w szpony imperialnej bezpieki.

Teraz musiał się uzbroić w cierpliwość. Przeczekać kilka godzin w tym przyciasnym pomieszczeniu i wydostać się z budynku, najlepiej o zmroku, zgodnie ze wskazówkami pozostawionymi przez Moratę.

Przycupnął w rogu i przyglądał się fotografii pięknej dziewczyny. Poczuł bicie własnego serca i zdał sobie sprawę, że się uśmiecha, gdy jego palce delikatnie muskały rysy twarzy Kendry na zdjęciu. Teraz całą swoją uwagę skupił na obrazie stworzenia, któremu czuł się zobowiązany pomóc.

Zresztą takie było ostatnie, jak się miało okazać, życzenie Moraty, które zostawił na skrawku papieru. Był to najtragiczniejszy testament, jaki mógł powstać.

Oddał mocz pod siebie, po czym zwinął się w kokon i spróbował odpocząć. "I słońce wskaże ci drogę" - ostatnie słowa Moraty nie dawały mu spokoju. Co, do cholery, miały one znaczyć?

Zdawał sobie sprawę, że ma długą drogę przed sobą.