Tell me with kisses - Mercedes Ron

Kup ebooka

44.99 zł
35.79 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog. Kami

Pro­log

Kami

Nikt nie mógł tego prze­wi­dzieć. A jed­nak do dziś myślę, że gdy­bym była bar­dziej uważna, dostrze­gła­bym sygnały, drobne ostrze­że­nia, które wtedy chyba wola­łam igno­ro­wać. Ze stra­chu?

Nie wiem. Wiem za to, że tam­tego poranka, kiedy weszłam do szkoły, od razu wyczu­łam coś dziw­nego. Coś jakby wisiało w powie­trzu. Mia­łam prze­czu­cie? Trudno powie­dzieć. Tak czy ina­czej, kiedy wszystko się zaczęło, ogar­nęło mnie coś podob­nego do ulgi. Nie praw­dziwa ulga, rzecz jasna, raczej wra­że­nie, że coś wresz­cie prze­stało mi cią­żyć. Jak­bym w końcu zro­zu­miała nie­po­kój drę­czący mnie od paru tygo­dni, nie­ja­sne prze­czu­cie, że zaraz coś się wyda­rzy, że coś czai się w tych kory­ta­rzach peł­nych nasto­lat­ków, w tych salach, gdzie już zaczę­li­śmy speł­niać ocze­ki­wa­nia narzu­cane nam od dziecka: "Ucz się, zda­waj egza­miny, idź na dobre stu­dia, walcz o sty­pen­dium, ucz się, zadłuż się po uszy, ucz się i pra­cuj, spła­caj kre­dyt, pra­cuj, kup dom, kup miesz­ka­nie, znajdź kogoś, kto cię poko­cha i będzie cię zno­sił, miej dzieci, odkła­daj na ich stu­dia, pra­cuj, pra­cuj, pra­cuj...".

Pod­nio­słam głowę znad spraw­dzianu z fizyki - tak jak pozo­stali - i prze­szył mnie dreszcz od stóp do głów.

Zaraz po pierw­szym huku roz­legł się drugi. Potem kolejny.

Na kilka bar­dzo dłu­gich sekund zapa­dła cisza. Póź­niej usły­sze­li­śmy krzyki.

Pro­fe­sor Dibet powoli się pod­niósł. Ja też poczu­łam impuls, żeby wstać. Rzu­cić się do ucieczki. Ale żaden mój mię­sień nie reago­wał. Chyba cała klasa czuła to samo.

- Niech ktoś zadzwoni na dzie­więć jeden jeden - powie­dział nauczy­ciel i skie­ro­wał się do drzwi.

Nikt nawet nie drgnął.

- Na co cze­ka­cie?! - pona­glił fizyk.

Dopiero wtedy ludzie zaczęli ner­wowo się wier­cić.

Ode­zwa­łam się drżą­cym gło­sem:

- Nie mamy tele­fo­nów, panie pro­fe­so­rze...

Dibet utkwił we mnie wzrok. Na twa­rzy miał prze­ra­że­nie.

Krzyk­nę­łam, gdy roz­legł się kolejny wystrzał. Tym razem znacz­nie bli­żej.

- Wszy­scy pod ławki! - wrza­snął Dibet. - Natych­miast!

Zro­bi­li­śmy, co kazał. Usły­sza­łam szloch.

Spoj­rza­łam w lewo.

Kate. Kom­plet­nie spa­ni­ko­wana. Drżała na całym ciele. Cia­sno oplo­tła się ramio­nami.

Chcia­łam jej coś powie­dzieć. Podejść bli­żej. Przy­ci­snąć ją do sie­bie. Przy­tu­lić się do swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki z dzie­ciń­stwa. Choć w ostat­nim cza­sie nawet nie roz­ma­wia­ły­śmy, w tam­tej chwili to było bez zna­cze­nia.

Wtedy usły­sza­łam jej szept:

- To moja wina, moja wina...

Zanim zna­la­złam logiczne wyja­śnie­nie jej słów, zagrzmiał kolejny wystrzał. Zaci­snę­łam powieki. Odru­chowo zakry­łam uszy dłońmi i w duchu zaczę­łam się modlić.

Thiago...

Tay­lor...

O Boże, Came­ron!

Tak się zaczął ten kosz­mar. Choć prze­cież praw­dziwy począ­tek nastą­pił dużo wcze­śniej.

1. Kami

1

Kami

Nikt nie miał zie­lo­nego poję­cia, gdzie się podziewa Julian. Minął tydzień, odkąd Thiago pole­ciał do Nowego Jorku i prze­ko­nał się, że stal­ker z naszej szkoły - ten, który mani­pu­lo­wał nami wszyst­kimi, skłó­cał ludzi i nasta­wiał ich prze­ciwko mnie - to Julian Mur­phy, znany też jako Jules. To Julian, który w noc przy­jazdu naszej dru­żyny do Falls Church zapro­sił mnie do swo­jego pokoju na oglą­da­nie filmu, odu­rzył mnie, roze­brał i nagrał, a potem wrzu­cił wideo do sieci. To on pod­ju­dzał prze­ciwko mnie jedną z moich naj­lep­szych przy­ja­ció­łek. To Julian zaszan­ta­żo­wał mojego młod­szego brata, żeby wszedł do mojego pokoju i mnie okradł. To on opu­bli­ko­wał moje pry­watne zdję­cia na moim Insta­gra­mie. Julian uda­wał geja, żeby się do mnie zbli­żyć. I przy­się­gał, że jest moim przy­ja­cie­lem.

Ode­rwa­łam ołó­wek od kartki i prze­su­nę­łam pal­cem po dziu­rze, którą wła­śnie zro­bi­łam w rysunku. Nawet nie czu­łam, z jaką siłą naci­ska­łam na papier.

Nie ryso­wa­łam nic szcze­gól­nego, to były jakieś bazgroły, ale gdy spoj­rzało się na nie z dystansu, mogły przy­pra­wić o dreszcz. Od jakie­goś czasu spod mojego ołówka nie wycho­dziło nic, co nie byłoby mroczne. Zresztą trudno się dzi­wić.

Czy ten prze­klęty rok szkolny mógł oka­zać się jesz­cze gor­szy?

Przy­się­gła­bym, że nie, że nie mogę mieć aż takiego pecha.

To, co działo się w szkole, tak bar­dzo mnie pochła­niało, że w ostat­nim cza­sie nie myśla­łam nawet o roz­wo­dzie rodzi­ców. Tym­cza­sem mama była nie do pozna­nia - zupeł­nie roz­chwiana wszyst­kim, co się wyda­rzyło. Prze­ra­żona tym, że jej dzieci doświad­czają w szkole nęka­nia. Zmę­czona słu­cha­niem wła­snej matki, która wciąż jej powta­rzała, że kom­plet­nie nie umie nas wycho­wy­wać. Wyczer­pana i zmar­twiona tym, że pie­nią­dze przy­sy­łane przez tatę nie wystar­czają na utrzy­ma­nie wyso­kiego stan­dardu życia, od któ­rego będzie musiała szybko się odzwy­czaić.

Przy­naj­mniej teraz wyda­wała się tro­chę bar­dziej ludzka, prze­stała się zacho­wy­wać jak powierz­chowna Bar­bie. Nie miała na to czasu, odkąd spo­czy­wało na niej pro­wa­dze­nie domu, woże­nie nas do szkoły i odbie­ra­nie po lek­cjach, goto­wa­nie dla całej rodziny i opieka nad moim młod­szym bra­tem.

Dzień wcze­śniej poje­chała ze mną na komi­sa­riat, żebym zgło­siła prze­stęp­stwo i zło­żyła zezna­nia prze­ciwko Julia­nowi w związku z nęka­niem, mole­sto­wa­niem sek­su­al­nym i roz­po­wszech­nia­niem nagrań intym­nych. Nie byłam co do tego prze­ko­nana, nie wie­dzia­łam, czy podo­łam, czy będę potra­fiła sta­nąć w sądzie prze­ciwko komuś, kogo jesz­cze nie­dawno uwa­ża­łam za przy­ja­ciela. Nie chcia­łam oglą­dać jego twa­rzy, nie czu­łam się na siłach, cho­ciaż mama i bab­cia bar­dzo nale­gały. Osta­tecz­nie prze­ko­nali mnie dopiero bra­cia Di Bianco.

Co takiego było w tych dwóch chło­pa­kach, że potra­fili wejść mi do głowy i wszystko w niej poprze­sta­wiać? Dla­czego ich zda­nie, ich wyobra­że­nie o mnie zna­czyły dla mnie aż tyle, że wystar­czyła jedna roz­mowa, bym pozbyła się stra­chu i zro­biła to, czego oni i moja rodzina ode mnie chcieli?

Nie potra­fi­łam zapo­mnieć tam­tej ostat­niej chwili spę­dzo­nej z Thia­giem w jego samo­cho­dzie, w dniu, kiedy prawda wyszła na jaw, a Julian dostał lanie stu­le­cia. Nie mogłam prze­stać myśleć o tych zie­lo­nych oczach, o spoj­rze­niu tak inten­syw­nym, jakby miało prze­bić się aż do mojej pod­świa­do­mo­ści i wypa­lić w niej wia­do­mość, która zmieni wszystko.

On mnie kochał.

Thiago mnie kochał. A ja nawet nie wie­dzia­łam, jak do tego doszło.

Od tam­tej pory ani razu nie zosta­li­śmy sami. Tay­lor nie odstę­po­wał mnie na krok, a Thiago był bar­dziej zdy­stan­so­wany niż kie­dy­kol­wiek. Zbli­żył się do mnie tylko po to, żeby prze­ko­nać mnie do pój­ścia na poli­cję. Musiał nas usły­szeć przez ścianę, bo wpadł do pokoju Tay­lora i sta­now­czo oznaj­mił mi, że jeśli nie złożę donie­sie­nia, to narażę setki dziew­czyn, które - tak jak ja - mogą się kie­dyś zetknąć z tym popa­prań­cem.

Wystar­czyło mi jedno spoj­rze­nie w zie­lone oczy Thiaga, żebym nie mogła odmó­wić mu cał­ko­wi­tej racji. Cho­lera. Poje­cha­łam na komi­sa­riat i zgło­si­łam prze­stęp­stwo.

To, co wyda­rzyło się póź­niej, do dziś prze­śla­duje mnie nocami.

Mieli aresz­to­wać Juliana, ale gdy dotarli do jego domu, oka­zało się, że tam go nie ma. Jego rodzice nie wie­dzieli, gdzie prze­bywa, ale zapy­tani przez poli­cję o to, kiedy widzieli go po raz ostatni, powie­dzieli, że rano. Że wyszedł do biblio­teki się uczyć.

Od tam­tej pory minął już tydzień, a Julian wciąż był nie do namie­rze­nia. Znik­nął bez śladu i nawet nie zadał sobie trudu, żeby usu­nąć ze swo­jego pokoju całe mnó­stwo zdjęć, które - jak się oka­zało - robił uczniom naszej szkoły. Miał nagra­nia i foto­gra­fie całej dru­żyny koszy­kar­skiej, wszyst­kich che­er­le­ade­rek. Ale naj­wię­cej było tam mnie.

Setki zdjęć i fil­mów. Moje pry­watne foto­gra­fie. Nawet zdję­cia z dzie­ciń­stwa - nie mam poję­cia, jak je zdo­był.

Czy on przez cały ten czas mnie obser­wo­wał, pod­glą­dał, śle­dził?

Julian był psy­cho­patą. Psy­cho­patą z obse­sją na moim punk­cie.

Pró­bo­wa­łam skon­tak­to­wać się z Kate, w końcu była jego sio­strą, musiała coś wie­dzieć. Ale moja dawna naj­lep­sza przy­ja­ciółka nie chciała ze mną roz­ma­wiać. Wie­dzia­łam od Ellie, że Kate zre­zy­gno­wała z che­er­le­adingu i że od czasu afery z Julia­nem pra­wie nikt jej nie widy­wał.

Ostat­nio parę razy zwró­ci­łam na nią uwagę - nie wyglą­dała dobrze. Świa­do­mość, że jej brat jest pie­przo­nym stal­ke­rem, musiała być dla niej dru­zgo­cąca. To nie tak, że Julian i Kate świet­nie się doga­dy­wali, w rze­czy­wi­sto­ści ledwo mogli się ścier­pieć, ale mimo wszystko - brat to brat.

Tym­cza­sem Tay­lo­rowi udało się unik­nąć kary nało­żo­nej na tych, któ­rzy sie­dem dni wcze­śniej pobili Juliana. Mój chło­pak zdo­łał wmie­szać się w tłum i znik­nąć. Pozo­stali zostali zawie­szeni na mie­siąc. W tym Dani. Odda­ła­bym wszystko, żeby Tay­lor pole­ciał razem z nimi. Ale tak się nie stało.

Zamknę­łam szki­cow­nik i wsu­nę­łam go do szu­flady biurka. Jak zawsze mój wzrok powę­dro­wał w stronę domu naprze­ciwko, w stronę okna, przy któ­rym sypiał boha­ter moich naj­szczę­śliw­szych snów i naj­gor­szych kosz­ma­rów.

Od tam­tego dnia w jego samo­cho­dzie, kiedy Thiago wyznał mi, że mnie kocha, ani razu nie byłam z nim sam na sam. A prze­cież każdą komórką ciała tęsk­ni­łam za jego bli­sko­ścią. Zna­cie ten ból wyni­ka­jący z nie­za­spo­ko­jo­nego pra­gnie­nia, by dotknąć jed­nej kon­kret­nej osoby? Jakby ciało potrze­bo­wało jej cie­pła, żeby odzy­skać siły i móc dalej żyć? Tak wła­śnie się czu­łam.

Kiedy odwie­dza­łam Tay­lora i w dro­dze na schody prze­cho­dzi­li­śmy przez salon, Thiago zwy­kle tam był - leżał na kana­pie i oglą­dał tele­wi­zję albo spał na brzu­chu, z twa­rzą opartą na przed­ra­mie­niu. A cza­sem, kiedy byli­śmy już na pię­trze, zer­ka­łam w prawo, do jego pokoju i widzia­łam go czy­ta­ją­cego książkę, sie­dzą­cego przed kom­pu­te­rem albo - nie daj Boże - robią­cego pompki, bez koszulki, przy muzyce pusz­czo­nej na cały regu­la­tor.

To było jak tor­tury.

Cier­pia­łam za każ­dym razem, gdy prze­cho­dzi­łam obok niego i nie mogłam obsy­pać go poca­łun­kami.

Sła­li­śmy sobie dłu­gie spoj­rze­nia, nie będę zaprze­czać. Szu­ka­li­śmy się wzro­kiem z despe­ra­cją, z jaką spra­gniony wypa­truje wody na pustyni. Bra­ko­wało nam choć jed­nego impulsu, jed­nego hau­stu tej dru­giej osoby, żeby jakoś się trzy­mać. Prze­ra­żało mnie to. Naprawdę.

Tay­lor bar­dzo się o mnie mar­twił. Był czujny, wręcz nado­pie­kuń­czy. Bał się, że Julian znowu może się poja­wić i zro­bić mi krzywdę. Rela­cje mię­dzy braćmi jesz­cze bar­dziej się ochło­dziły. W mojej obec­no­ści ledwo zamie­niali ze sobą kilka zdań, a Tay­lor wyraź­nie uni­kał Thiaga.

To spra­wiało, że pra­wie w ogóle się nie spo­ty­ka­li­śmy, a ja bez prze­rwy zasta­na­wia­łam się, jak on się czuje. Moje serce nie znaj­do­wało ani chwili wytchnie­nia od tej tęsk­noty.

Mie­li­śmy już tylko okno.

Thiago zosta­wiał teraz zasłony cał­kiem odsło­nięte, żebym mogła go widzieć, kiedy tylko chcia­łam. Ja robi­łam dokład­nie to samo. Nasze okna były duże, się­gały aż do pod­łogi i wpusz­czały do środka mnó­stwo świa­tła. Czy to nor­malne, że prze­sta­wi­łam łóżko tak, żeby kła­dąc się spać, widzieć Thiaga robią­cego to samo?

Tra­ci­łam głowę, wiem. Ale ja naprawdę go potrze­bo­wa­łam. Po pro­stu.

Ponie­dzia­łek przy­wi­tał nas śnie­giem i sil­nymi podmu­chami wia­tru. Kiedy o szó­stej trzy­dzie­ści spoj­rza­łam w okno, prze­szedł mnie dreszcz. Zapra­gnę­łam głę­biej zako­pać się pod koł­drą. Trudno opu­ścić cie­płe łóżko i bez­pieczne schro­nie­nie wła­snego pokoju, kiedy wiesz, że czeka cię cały dzień nauki i pisa­nia prac. Tym bar­dziej kiedy dzień jest pochmurny i lodo­waty. Nie mia­łam jed­nak wyj­ścia.

Musia­łam spró­bo­wać wró­cić do nor­mal­no­ści.

Moje "przy­ja­ciółki" - ujmuję to w cudzy­słów, bo wciąż wąt­pi­łam w szcze­rość tej przy­jaźni - znowu zaczęły się do mnie odzy­wać. W głębi duszy czu­łam, że robią to, bo przez Juliana znów sta­łam się głów­nym tema­tem szkol­nych plo­tek, więc, podob­nie jak wszy­scy inni, chciały dowie­dzieć się z pierw­szej ręki, co on mi dokład­nie zro­bił.

Rze­czy­wi­stość zda­wała się wypa­czać, do tego stop­nia, że nie­któ­rzy twier­dzili, że widzieli Juliana ukry­wa­ją­cego się w lesie za moim domem albo krą­żą­cego po mia­steczku nocami z kara­bi­nem w ręku. Było nawet paru idio­tów, któ­rzy zapew­niali, że Julian po pro­stu się prze­brał i na­dal cho­dzi do szkoły, tyle że inco­gnito.

Jed­nym sło­wem - bred­nie.

Tak czy ina­czej, wszy­scy byli ner­wowi, spięci. Bali się, że Julian może ujaw­nić ich sekrety, że będzie w sta­nie zruj­no­wać im repu­ta­cję, a może nawet życie. Że wycią­gnie na świa­tło dzienne rze­czy, o któ­rych nikt nie chciałby mówić.

Julian stał się kosz­ma­rem liceum w Car­sville. A naj­dziw­niej­sze było to, że choć wszy­scy się go bali, jed­no­cze­śnie zda­wali się go podzi­wiać. Było w tym coś instynk­tow­nego - zachwyt, który rósł w ludziach na myśl, że jeden uczeń potra­fił wywo­łać aż taki chaos, że był w sta­nie wła­my­wać się do tele­fo­nów i kom­pu­te­rów. Jedną z tych osób była moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka - Ellie.

Tego ranka posta­no­wi­łam pójść do jej domu, żeby­śmy razem udały się do szkoły i po dro­dze wresz­cie poroz­ma­wiały. Musia­łam dowie­dzieć się, co takiego zro­bił jej Julian, że nawet ona się ode mnie odwró­ciła i wdała w coś z moim byłym, kom­plet­nym dup­kiem.

Ellie była prze­ra­żona, tak jak wszy­scy, któ­rzy wpa­dli w sieć Juliana, i nie chciała o tym roz­ma­wiać. Ale wie­dzia­łam, że tego poranka w końcu powie mi prawdę.

Napi­sa­łam do Tay­lora, żeby po mnie nie przy­jeż­dżał. Wło­ży­łam naj­cie­plej­szy płaszcz, ręka­wiczki i grubą, czer­woną czapkę, po czym wyszłam z domu. Mama i młod­szy brat jesz­cze spali. Bab­cia wyje­chała kilka dni wcze­śniej, ale obie­cała wpa­dać co jakiś czas, żeby upew­nić się, że nikt nie zaczął znowu uprzy­krzać życia jej rodzi­nie.

Na zewnątrz pano­wał siar­czy­sty mróz. Poprzed­niej nocy spa­dło mnó­stwo śniegu i cho­ciaż drogi były już odśnie­żone - pługi zaczęły pracę bar­dzo wcze­śnie rano - zaspy się­gały co naj­mniej metra i ota­czały domy oraz drzewa. W prze­ci­wień­stwie do jezdni chod­niki wciąż były zasy­pane, więc musia­łam iść ulicą tuż obok prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów. Słońce jesz­cze nie wze­szło, ale wcale mi to nie prze­szka­dzało. Potrze­bo­wa­łam tej chwili tylko dla sie­bie. Cza­sem tro­chę samot­no­ści naprawdę dobrze robi na głowę.

Od afery z Julia­nem ludzie pra­wie nie zosta­wiali mnie samej. Wszy­scy mieli mnie na oku, patrzyli na mnie tak, jakby bali się, że zaraz wybuchnę jak bomba z opóź­nio­nym zapło­nem. A ja z całego serca pra­gnę­łam poczuć, że wszystko wraca do daw­nego trybu.

Rozej­rza­łam się dookoła. Z zachwy­tem patrzy­łam na miej­sce, gdzie dora­sta­łam. W prze­ci­wień­stwie do wielu osób, które uwa­żały Car­sville za nudne i bez­barwne mia­steczko, ja kocha­łam dora­stać bli­sko natury. Zimy, kiedy lepiło się bał­wany w lesie. Let­nie popo­łu­dnia nad jezio­rem - naj­pierw nie­winne, z cza­sem zakra­piane alko­ho­lem, bo doro­śli nie mogli nas tam łatwo zna­leźć. Noce spę­dzane w namio­tach roz­sta­wio­nych w ogro­dzie, kiedy patrzy­li­śmy w gwiazdy, świet­nie widoczne dzięki temu, że wokół było mało sztucz­nego świa­tła.

Car­sville - mia­steczko, w któ­rym ni­gdy nic się nie działo. To samo, o któ­rym wkrótce miał usły­szeć cały świat.

Dotar­łam do domu Ellie na tyle wcze­śnie, żeby­śmy przed lek­cjami miały czas na roz­mowę. Zadzwo­ni­łam do drzwi. Byłam pra­wie pewna, że Ellie je śnia­da­nie. Otwo­rzył mi jej ojciec, bar­dzo wysoki męż­czy­zna z krę­co­nymi, nie­mal czar­nymi wło­sami. Pan Web­ber potra­fił onie­śmie­lać swoją posturą, ale w grun­cie rze­czy był cho­dzącą dobro­cią.

- Cześć, Kami! Jak się mie­wasz, dziecko? - zapy­tał. Otwo­rzył sze­rzej drzwi i zapro­sił mnie do środka. - Wchodź, wchodź, bo na dwo­rze mróz jak dia­bli! Przy­szłaś pie­szo?

- Dzień dobry, panie Web­ber. Mia­łam dziś ochotę na spa­cer - odpo­wie­dzia­łam z lek­kim uśmie­chem. - Ellie jest w domu?

- Je śnia­da­nie w kuchni - odparł. Wziął mój płaszcz, czapkę, sza­lik i ręka­wiczki i odwie­sił to wszystko na wie­szak w przed­po­koju.

W środku pano­wało duszące cie­pło - ogrze­wa­nie mieli roz­krę­cone na całego. Po kilku minu­tach mia­łam ochotę zedrzeć z sie­bie wszyst­kie war­stwy ubrań, opa­no­wa­łam się jed­nak i ruszy­łam za panem Web­be­rem do kuchni.

Dom Ellie nie był duży, w sam raz dla jej rodzi­ców, dwóch kotów i dla niej. Ellie zawsze powta­rzała, że zazdro­ści mi dużej sypialni, salonu z gigan­tycz­nym, pla­zmo­wym tele­wi­zo­rem i impo­nu­ją­cych scho­dów. Zawsze chciała spo­ty­kać się u mnie, z kolei ja wola­łam uciec z tego wiel­kiego, zim­nego domu, więc zwy­kle wymy­śla­łam jakiś pre­tekst, żeby osta­tecz­nie zostać u niej. Zwłasz­cza że pani Web­ber pie­kła naj­lep­szą szar­lotkę na świe­cie.

Dom Ellie był o wiele bar­dziej przy­tulny niż mój, zawsze pach­niał świeżo zapa­rzoną kawą i cie­płymi wypie­kami...

To nie­sa­mo­wite, że zwy­kle pra­gniemy tego, czego sami nie mamy.

Kiedy weszłam do nie­wiel­kiej kuchni z bia­łym, okrą­głym sto­łem w rogu i jasnymi, drew­nia­nymi meblami ozdo­bio­nymi wzo­rem w cytryny, Ellie pod­nio­sła wzrok znad miski płat­ków i spoj­rzała na mnie zasko­czona.

- Co ty tu robisz? - zapy­tała dokład­nie w tej samej chwili, w któ­rej jej mama ode­rwała się od gazety i posłała mi sze­roki uśmiech.

- Cześć, skar­bie! - zawo­łała pani Web­ber. - Dawno cię u nas nie było. Napi­jesz się kawy? Her­baty? A może gorą­cej cze­ko­lady? - zapro­po­no­wała od razu. - Mogę wszystko przy­go­to­wać w dzie­sięć minut. - Wstała od stołu, odło­żyła gazetę i pode­szła do kuchenki, gotowa mnie ugo­ścić. Taka wła­śnie była mama Ellie.

- Kawa będzie super, pani Web­ber - odpo­wie­dzia­łam z uśmie­chem, świa­doma, że jeśli nie zde­cy­duję się na coś od razu, lista pro­po­zy­cji będzie się tylko wydłu­żać, aż w końcu na coś się zgo­dzę.

Usia­dłam obok Ellie i uśmiech­nę­łam się do niej nie­pew­nie.

- Masz ochotę pójść dziś pie­szo do szkoły? - zapy­ta­łam.

Zawa­hała się.

- Nie sądzisz, że to kiep­ski pomysł, bio­rąc pod uwagę to, co... - Zawie­siła głos.

Pań­stwo Web­be­ro­wie mieli słabe poję­cie o ostat­nich wyda­rze­niach w szkole. Ellie nie była w to bez­po­śred­nio zamie­szana, więc dyrek­cja się z nimi nie kon­tak­to­wała - ina­czej niż w przy­padku moich rodzi­ców czy mamy Tay­lora i Thiaga. Dla­tego Ellie wolała oszczę­dzić swoim rodzi­com stresu i nie mówić im, że po oko­licy kręci się psy­chol, który jesz­cze nie­dawno szan­ta­żo­wał pra­wie całe liceum.

- Do szkoły stąd jest tylko dwa­dzie­ścia minut. - Popa­trzy­łam na nią zna­cząco.

Ellie bez słowa ski­nęła głową, cho­ciaż w jej oczach dostrze­głam nie­po­kój. Zresztą trudno było się dzi­wić - wszy­scy byli­śmy zastra­szeni. I wście­kli na Juliana.

W cza­sie śnia­da­nia z Ellie i jej rodzi­cami powta­rza­łam sobie w myślach, że Julian nie sta­nowi real­nego zagro­że­nia. Nie­na­wi­dzi­łam go za to, co mi zro­bił, za wszyst­kie kłam­stwa i mani­pu­la­cje, ale nie potra­fi­łam uwie­rzyć, że byłby zdolny do cze­goś wię­cej. Był tchó­rzem. Wszyst­kie ataki, szan­taże i inne per­fidne dzia­ła­nia prze­pro­wa­dzał z ukry­cia albo przy­naj­mniej z bez­piecz­nej odle­gło­ści.

Julian nie pod­szedłby do nas na ulicy, żeby zro­bić nam krzywdę.

Przy­naj­mniej wtedy bar­dzo chcia­łam w to wie­rzyć.

Po śnia­da­niu opa­tu­li­ły­śmy się w płasz­cze, ręka­wiczki i sza­liki i wyszły­śmy na zewnątrz. Tacie Ellie, który zwy­kle odwo­ził ją do szkoły, nie bar­dzo podo­bał się nasz pomysł spa­ceru w taki mróz, ale udało nam się go uspo­koić.

Kiedy wresz­cie zna­la­zły­śmy się same i szły­śmy ścieżką rowe­rową, utwier­dzi­łam się w prze­ko­na­niu, że moje prze­czu­cia doty­czące Ellie były słuszne. Coś wciąż było mię­dzy nami nie tak.

- Ellie... - zaczę­łam po kilku minu­tach nie­zręcz­nej ciszy prze­ry­wa­nej tylko odgło­sem prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów. - Wszystko gra mię­dzy nami?

Nie chcia­łam tak się czuć w rela­cji z moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Potrze­bo­wa­łam jej teraz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

Przez chwilę mil­czała.

- Bar­dzo mi przy­kro z powodu Juliana, Kami - powie­działa wresz­cie, ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię. Wciąż nie była w sta­nie spoj­rzeć mi w oczy.

- Co dokład­nie masz na myśli?

- Wiesz, że mnie też zmu­szał do rze­czy, któ­rych z wła­snej woli ni­gdy bym nie zro­biła...

Wciąż pamię­ta­łam, jak cało­wała się i obści­ski­wała z Danim na impre­zie hal­lo­we­eno­wej. Obraz ich dwojga razem wra­cał do mnie w kosz­ma­rach i wcale nie dla­tego, że byłam zazdro­sna. Po pro­stu myśl, że moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, którą kocha­łam i sza­no­wa­łam, wybrała sobie typa, który zmie­nił w kosz­mar dwa lata mojego życia, budziła we mnie jed­no­cze­śnie wście­kłość i smu­tek.

Dani nie zasłu­gi­wał na kogoś takiego jak Ellie.

Za to ona zasłu­gi­wała na to, co naj­lep­sze. Na dobrego, zabaw­nego chło­paka, który by ją roz­śmie­szał, dro­czył się z nią i moty­wo­wał ją do rze­czy, na które sama z sie­bie ni­gdy by się nie odwa­żyła. Zasłu­gi­wała na naj­lep­szego chło­paka na świe­cie. I wła­śnie to jej teraz powie­dzia­łam.

Wznio­sła wzrok ku koro­nom drzew.

- A jeśli ten ide­alny chło­pak jest poza moim zasię­giem? - zapy­tała, po czym spoj­rzała mi pro­sto w oczy.

- Żaden sen­sowny facet z głową na karku by cię nie odrzu­cił - odpo­wie­dzia­łam bez chwili waha­nia.

Moja przy­ja­ciółka była cho­dzą­cym ide­ałem - inte­li­gentna, piękna, zabawna, dobra...

Znów ucie­kła ode mnie wzro­kiem. Musia­łam zapy­tać:

- Kto to taki? - Uśmiech­nę­łam się. - Znam go? Cho­dzi z nami na lek­cje?

Przez głowę prze­mknęły mi twa­rze naszych szkol­nych kole­gów, choć nie potra­fi­łam wska­zać żad­nego, który byłby wart Ellie. Ale jeśli któ­ryś wpadł jej w oko, nie zamie­rza­łam jej tego psuć.

- Tak... Cho­dzi na nie­które - odpo­wie­działa i poczu­łam, że coraz bar­dziej się dener­wuje. Cho­lera. Kto to mógł być?

- No weź, Ellie, powiedz mi! - nale­ga­łam. Były­śmy już pra­wie pod szkołą.

Ellie znów się zawa­hała, ale w końcu wzięła głę­boki oddech i wyglą­dało na to, że pod­jęła decy­zję.

- Nie chcę, żebyś mnie za to znie­na­wi­dziła. Ja naprawdę nie zamie­rza­łam... Te uczu­cia poja­wiły się same, nawet nie wiem kiedy - zaczęła.

W tej samej chwili roz­legł się klak­son i obie pod­sko­czy­ły­śmy.

- Boże - wyrwało mi się, gdy odwró­ci­łam głowę i zoba­czy­łam samo­chód braci Di Bianco wjeż­dża­jący na teren szkoły.

Obie śle­dzi­ły­śmy go wzro­kiem, aż zatrzy­mał się na miej­scu par­kin­go­wym bar­dzo bli­sko nas i bar­dzo daleko od wej­ścia do liceum.

Żołą­dek ści­snął mi się ner­wowo, gdy zza kie­row­nicy wypadł Thiago. Trza­snął drzwiami i zwró­cił się w moją stronę.

Kątem oka zoba­czy­łam, że Tay­lor robi dokład­nie to samo.

- Co znowu naroz­ra­bia­łaś? - zapy­tała Ellie, ale nie zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć. Widok dwóch naj­sil­niej­szych i naj­przy­stoj­niej­szych face­tów w szkole, idą­cych w moją stronę ze wście­kłymi minami, kom­plet­nie mnie spa­ra­li­żo­wał.

- Możesz mi wytłu­ma­czyć, co ty sobie, do cho­lery, wyobra­żasz, żeby wybie­rać się do szkoły pie­chotą?! - wrza­snął jeden z nich.

I wbrew temu, czego można by się spo­dzie­wać, nie był to Tay­lor, mój chło­pak, lecz jego brat.

Na moment mnie zatkało. Zwy­kle to Thiago lepiej pano­wał nad emo­cjami w miej­scach publicz­nych. Spoj­rza­łam na Tay­lora. On też goto­wał się ze zło­ści, choć część tej furii ewi­dent­nie była wywo­łana przez jego star­szego brata.

Thiago powi­nien się nauczyć trzy­mać nerwy na wodzy przy Tay­lo­rze. Cza­sami zda­wał się zapo­mi­nać, że jestem dziew­czyną jego brata, nie jego.

- Co mam ci tłu­ma­czyć? Że mia­łam ochotę przejść się z przy­ja­ciółką?

- Twoja przy­ja­ciółka niech robi, co chce. Ale tobie nie wolno! - wrza­snął. Stał teraz tuż przede mną.

Cho­lera... Taki wysoki, postawny, tak cho­ler­nie i nie­bez­piecz­nie pocią­ga­jący...

Spoj­rza­łam na Tay­lora. Posta­no­wi­łam sku­pić się na tym, kto naprawdę zasłu­gi­wał na moją uwagę.

- Tay­lor, powiedz swo­jemu bratu, żeby prze­stał na mnie krzy­czeć - zażą­da­łam, wście­kła i zaże­no­wana tą sceną roz­gry­wa­jącą się przed szkołą.

Byłam wdzięczna losowi, że znaj­do­wa­li­śmy się daleko od wej­ścia i że jedy­nymi świad­kami zaj­ścia byli kie­rowcy samo­cho­dów wjeż­dża­ją­cych na par­king.

- Nic mu nie będę mówił. Mnie też wku­rza, ale tym razem ma rację. Czy tobie kom­plet­nie odwa­liło? Już zapo­mnia­łaś, że jesteś na celow­niku psy­chola? - zapy­tał Tay­lor, wście­kły.

Ton, jakim się do mnie ode­zwał, kom­plet­nie mnie zasko­czył. Przez uła­mek sekundy nie wie­dzia­łam, co odpo­wie­dzieć.

- Daj jej spo­kój, co? - wsta­wiła się za mną Ellie.

Tay­lor chyba dopiero teraz zdał sobie sprawę z jej obec­no­ści.

- Zni­kaj stąd, loczek - rzu­cił oschle. - Chcę poroz­ma­wiać z moją dziew­czyną na osob­no­ści.

Mówił to do niej, ale prze­kaz był jasny także dla Thiaga.

Spoj­rzał na Tay­lora, potem na mnie.

Czy­ta­łam w nim jak w otwar­tej księ­dze: ból, złość, wście­kłość, bez­sil­ność... Wszystko naraz. Jakby na jakimś pozio­mie wciąż uwa­żał, że należę do niego, mimo że rze­czy­wi­stość jasno temu prze­czyła.

Przez chwilę chcia­łam skon­fron­to­wać się z nim, a nie z Tay­lo­rem, nawet jeśli mia­łoby to się skoń­czyć kolejną awan­turą. Mia­łam roz­darte serce i przy Thiagu tra­ci­łam roz­są­dek, a to ni­gdy nie pro­wa­dziło do niczego dobrego.

- Kami, wiesz, że masz prawo olać tych ćwo­ków i wejść ze mną do środka, prawda? Nie musisz się nikomu tłu­ma­czyć z tego, że przy­szłaś pie­szo do szkoły - powie­działa Ellie.

Tay­lor zwró­cił się w jej stronę.

- Któ­rej czę­ści słowa "zni­kaj" nie zro­zu­mia­łaś?

Spoj­rza­łam na Tay­lora, który już ledwo nad sobą pano­wał, a potem na Ellie. Zoba­czy­łam w jej oczach ból. Co gor­sza, dostrze­głam też, jak bar­dzo stara się go ukryć.

Na moment wszystko we mnie zamarło, aż w końcu poszcze­gólne ele­menty zaczęły ukła­dać się w całość.

Ellie podo­bał się Tay­lor.

Wła­śnie to przede mną ukry­wała. I to tym szan­ta­żo­wał ją Julian.

- A ty któ­rej czę­ści zda­nia "Mam gdzieś, co do mnie mówisz" nie rozu­miesz? - odcięła się.

Chciał jej odpo­wie­dzieć, ale ode­zwa­łam się pierw­sza.

- Tay­lor, prze­stań - ucię­łam i spoj­rza­łam też na Thiaga. Wyglą­dał, jakby miał ochotę zła­pać mnie i odcią­gnąć stam­tąd siłą, żeby wydrzeć się na mnie na osob­no­ści i unik­nąć sceny. - To była moja decy­zja. Przy­szłam pie­szo. Nie zamie­rzam żyć w stra­chu przed jakimś typ­kiem ze szkoły. Gdyby Julian naprawdę chciał mnie skrzyw­dzić, to miał już mnó­stwo oka­zji. Wy widzi­cie w nim śmier­telne zagro­że­nie, ja zaś żało­snego chło­paka, który musiał okła­my­wać wszyst­kich dookoła, żeby w ogóle mieć jakichś zna­jo­mych. To żało­sny typ. Kłamca i mani­pu­lant, który prę­dzej czy póź­niej zosta­nie zupeł­nie sam. A teraz, jeśli pozwo­li­cie, chcę iść na lek­cje z moją przy­ja­ciółką.

Wzię­łam Ellie pod ramię i pocią­gnę­łam ją w stronę szkoły. Ale nie zdą­ży­ły­śmy zro­bić nawet dwóch kro­ków, bo Tay­lor zła­pał mnie od tyłu za rękę.

- Musimy poga­dać - powie­dział, a potem zaci­snął usta. Trzy­mał mnie moc­niej, niż było trzeba.

Thiago ruszył, żeby zatrzy­mać brata, więc zare­ago­wa­łam, zanim sytu­acja wymknie się spod kon­troli. Ostat­nią rze­czą, jakiej chcia­łam, było kolejne star­cie mię­dzy nimi.

- Poroz­ma­wiamy na bio­lo­gii, Tay­lor - oznaj­mi­łam kate­go­rycz­nie. W jego oczach dostrze­głam moment, kiedy pojął, że prze­gina.

Puścił mnie. Atmos­fera wcale się nie roz­luź­niła, ale przy­naj­mniej na jakiś czas dali mi spo­kój.

Kolejna lek­cja była istną męką. Mate­ma­tyka - i to bez moż­li­wo­ści poga­da­nia z Ellie o tym, czego byłam już wła­ści­wie pewna. Pro­fe­sor Gómez nie miał cier­pli­wo­ści do uczniów i abso­lut­nie nie tole­ro­wał roz­mów na lek­cji. Kie­dyś przy­ła­pał dwie osoby z klasy na prze­ka­zy­wa­niu sobie kar­te­czek i uka­rał je coty­go­dnio­wym spraw­dzia­nem przez cały mie­siąc. Oceny wli­czały się do śred­niej seme­stral­nej. Kom­pletny absurd.

Zresztą Ellie nie wyglą­dała, jakby miała ochotę ze mną roz­ma­wiać. Patrzyła w zeszyt i skru­pu­lat­nie noto­wała każde słowo nauczy­ciela. Nie rzu­ciła mi nawet prze­lot­nego spoj­rze­nia. Po kon­fron­ta­cji z braćmi Di Bianco wymie­ni­ły­śmy led­wie kilka zdań, mimo że usil­nie pró­bo­wa­łam wró­cić do wcze­śniej­szej roz­mowy.

- Spóź­niamy się na lek­cję, Kami. To nie moment na gada­nie o moich głu­po­tach.

Ale prze­cież te jej "głu­poty" były dla mnie ważne! Dopiero wtedy dotarło do mnie, że byłam tak pochło­nięta wła­snymi pro­ble­mami - roz­wo­dem rodzi­ców, stal­ke­rem, rela­cją z Julia­nem, związ­kiem z Tay­lo­rem i tą prze­klętą histo­rią z Thia­giem - że pra­wie zupeł­nie prze­sta­łam dostrze­gać moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Musia­łam to napra­wić.

Nie mogłam odsu­wać od sie­bie ludzi, któ­rzy byli przy mnie od lat.

Pomy­śla­łam o Kate.

Czy wie­działa, co wypra­wiał jej brat? Była świa­doma jego mani­pu­la­cji? A może w jakiś spo­sób go wspie­rała? Poma­gała mu doko­py­wać się do cudzych sekre­tów?

Nie tylko ja zada­wa­łam sobie takie pyta­nia. W szkole krą­żyły plotki, że Kate była w zmo­wie z Julia­nem, dla­tego wiele osób się od niej odwró­ciło. Teraz to ona musiała zno­sić krzywe spoj­rze­nia. Skoro po znik­nię­ciu Juliana nie można było wyrzu­cać mu tego, co zro­bił, to wła­śnie jego sio­stra stała się kozłem ofiar­nym. Para­dok­sal­nie w wyniku tego wszyst­kiego ja odzy­ska­łam wcze­śniej­szą pozy­cję. Ellie żar­to­wała, że samo­zwań­cza kró­lowa została oba­lona, a ja wró­ci­łam na tron. Nie zno­si­łam, kiedy mówiła o mnie w tak idio­tyczny, powierz­chowny spo­sób, ale to chyba była jej stra­te­gia na oswo­je­nie cha­osu.

Nie chcia­łam wra­cać do daw­nego układu. Nie chcia­łam być "kró­lową che­er­le­ade­rek", nie chcia­łam być w cen­trum uwagi, nie chcia­łam już niczego, co miało zwią­zek z tym liceum. Cze­ka­łam tylko, żeby ode­brać świa­dec­two i wyje­chać na stu­dia, bez oglą­da­nia się za sie­bie. Na uni­wer­sy­te­cie takie rze­czy się nie zda­rzają, a przy­naj­mniej tak to sobie wyobra­ża­łam. Ludzie mieli być doj­rzalsi, a rodzice mniej obecni. To miała być wol­ność. Tego wła­śnie potrze­bo­wa­łam.

Przed oczami sta­nął mi obraz Tay­lora. On chciał stu­dio­wać na Harvar­dzie, ja na Yale. Kiedy roz­je­dziemy się na różne uczel­nie, nasza rela­cja dodat­kowo się skom­pli­kuje, ale pocie­szała mnie myśl, że nie tylko my jeste­śmy w takiej sytu­acji. Wszy­scy mie­li­śmy tego świa­do­mość i nie­wiele dało się z tym zro­bić.

Lice­alne związki zawsze stają przed pyta­niem, co będzie, kiedy przyj­dzie wyje­chać na uni­wer­sy­tet i się roz­dzie­lić. Nie­wiele rela­cji da się utrzy­mać na odle­głość, zwłasz­cza na stu­diach. Ta upra­gniona wol­ność, o któ­rej wszy­scy marzymy, czę­sto pro­wa­dzi do nie­kon­tro­lo­wa­nego korzy­sta­nia z życia, a stąd już tylko krok do zdrad i szyb­kich roz­stań.

Chcia­łam wie­rzyć, że mój zwią­zek z Tay­lo­rem tak się nie skoń­czy. A jed­nak wszystko, co wyda­rzyło się mię­dzy nami, i fakt, że Thiago wciąż zaj­mo­wał miej­sce w moim sercu, pro­wa­dziły mnie do jed­nego wnio­sku: nie zasłu­gi­wa­łam na żad­nego z nich.

Tylko że nie potra­fi­łam się ich wyrzec.

Czy byłam naj­gor­szą osobą na świe­cie?

Odpo­wiedź wyda­wała mi się oczy­wi­sta.

2. Taylor

2

Tay­lor

Cze­ka­łem na Kami pod salą od matmy, żeby w końcu poroz­ma­wiać. Złość zeszła na dal­szy plan, bo sprawa była grub­sza niż jakie­kol­wiek kłót­nie - cho­dziło o bez­pie­czeń­stwo.

Mia­łem gdzieś to, co Kami myślała o Julia­nie albo co pró­bo­wała sobie wma­wiać. Ten typ był nie­bez­pieczny, a coś mi mówiło, że nie powie­dział jesz­cze ostat­niego słowa.

Sta­łem oparty o ścianę naprze­ciwko sali. Zoba­czy­łem, jak wycho­dzą razem. Były spięte, to się rzu­cało w oczy. Ellie naprawdę zaczy­nała mi dzia­łać na nerwy. Wtrą­cała się we wszystko, co mówi­łem do Kami, i w ogóle we wszystko, co robi­łem w jej obec­no­ści. Rozu­mia­łem, że jest przy­ja­ciółką Kami i chce ją chro­nić, ale nie mogłem znieść, że ile­kroć ją widzę, zawsze szuka zaczepki.

Na mój widok jak zwy­kle zro­biła nie­przy­jemny gry­mas i posłała mi wyzy­wa­jące spoj­rze­nie. Zatrzy­ma­łem na niej wzrok tylko na moment, a potem sku­pi­łem się na mojej dziew­czy­nie. Kami dopro­wa­dzała mnie do sza­leń­stwa, pod każ­dym moż­li­wym wzglę­dem.

Zatrzy­mała się, spoj­rzała na Ellie, potem znowu na mnie. Widząc jej waha­nie, ode­pchną­łem się lekko od ściany i ruszy­łem przed sie­bie.

- Poga­damy? - zapy­ta­łem.

Kami przez sekundę się zawa­hała, ale ski­nęła głową.

- Zoba­czymy się na histo­rii - rzu­ciła do Ellie.

Tamta kiw­nęła jej dło­nią, mnie posłała kolejne jado­wite spoj­rze­nie, a potem ruszyła kory­ta­rzem w stronę sza­fek.

Obją­łem swoją dziew­czynę w pasie i przy­cią­gną­łem do sie­bie, aż opar­łem się ple­cami o ścianę. Wtu­li­łem twarz w jej szyję. Kami wsparła się o mnie całym cia­łem i owio­nął mnie słodki, zna­jomy zapach.

Kiedy nie zoba­czy­łem jej w dro­dze do szkoły, wpa­dłem w panikę. Moja wyobraź­nia ruszyła galo­pem i zaczęła pod­su­wać obrazy, któ­rych na­dal nie mogłem wyrzu­cić z głowy.

- Pro­szę, nie rób mi tego wię­cej - wyszep­ta­łem Kami w szyję.

Cof­nęła się o dwa kroki, spoj­rzała mi w oczy i ścią­gnęła brwi.

- Nie zro­bi­łam nic złego, Tay­lor - powie­działa.

Widzia­łem, że wciąż jest zła o to, jak z Thia­giem napa­dłem na nią przed szkołą.

- Pro­szę cię tylko, żebyś nie cho­dziła sama przez całe mia­sto. To naprawdę tak wiele? - Z tru­dem opa­no­wa­łem chęć, żeby nią potrzą­snąć. Jak mia­łem prze­mó­wić jej do roz­sądku? - Julian wciąż gdzieś tam jest. I nawet jeśli poli­cja sądzi, że to tylko zwy­kły pro­blem wycho­waw­czy, ja wiem, że gość sta­nowi zagro­że­nie. I wiem, że wróci. To jesz­cze nie koniec histo­rii, Kamila - wyrzu­ci­łem z sie­bie pod wpły­wem emo­cji. Nie potra­fi­łem zro­zu­mieć, jak może nie widzieć, że naprawdę się naraża. Nie zna­łem skali tego zagro­że­nia, ale mia­łem pew­ność, że jest realne. I nie mogłem dopu­ścić do tego, żeby Kami stała się krzywda.

Cof­nęła się jesz­cze o kilka kro­ków i spoj­rzała na mnie bar­dzo poważ­nie.

- Nie byłam sama. Szłam z Ellie - wyja­śniła. Zer­k­nęła w stronę kory­ta­rza, w któ­rym chwilę wcze­śniej znik­nęła jej kum­pela, skrzy­żo­wała ramiona i znów utkwiła we mnie wzrok.

- Ellie się nie liczy, Kami. Jeśli Julian się pojawi, będzie tak, jakby jej tam w ogóle nie było.

- Ellie jest wspa­niała, Tay­lor. Jak możesz tak o niej mówić? - odparła. Zamru­ga­łem, zasko­czony. Otwo­rzy­łem usta, żeby odpo­wie­dzieć, ale nie dała mi dojść do słowa. - I w ogóle nie podoba mi się, jak ją trak­tu­jesz - dodała. - Nic by ci się nie stało, gdy­byś od czasu do czasu był tro­chę mil­szy. To moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka. Powinna cię choć tro­chę obcho­dzić.

- Obcho­dzisz mnie ty - odpo­wie­dzia­łem, bez uśmie­chu.

- A ja mam się dobrze. - Zro­biła kolejny krok w tył. - Nie musisz się mar­twić. Julian to już prze­szłość, chcę o nim zapo­mnieć. Tylko że nie potra­fię, kiedy ty i twój brat cią­gle mi o nim przy­po­mi­na­cie.

Wzią­łem głę­boki oddech i spró­bo­wa­łem się uspo­koić. Gdyby to zale­żało ode mnie, zatrud­nił­bym do ochrony cały oddział woj­ska, byle mieć pew­ność, że Kami nic się nie sta­nie. Ale to nie wcho­dziło w grę, więc ja i mój brat czu­li­śmy się wła­ści­wie jej ochro­nia­rzami. Wolał­bym, żeby to nie musiał być Thiago - im dalej trzy­mał się od Kami, tym lepiej - ale nie mogłem go wyklu­czyć. W kwe­stii jej bez­pie­czeń­stwa ufa­łem mu bar­dziej niż komu­kol­wiek.

- Boimy się o cie­bie - rzu­ci­łem z gory­czą.

Kami pode­szła bli­żej i poło­żyła dłoń na moim policzku. Pogła­dziła mnie czule, a potem deli­kat­nie musnęła moje usta swo­imi.

- Wiem - szep­nęła, a jej oddech wywo­łał na mojej skó­rze dreszcz. - I naprawdę jestem wam wdzięczna. Obie­cuję być ostrożna. Tylko pro­szę, wylu­zuj­cie tro­chę.

Mogłem jedy­nie ski­nąć głową.

- Dobra - zgo­dzi­łem się w końcu i przy­cią­gną­łem Kami do sie­bie, żeby ją poca­ło­wać.

Przy­warła do mnie miękko. Wsu­ną­łem jej język do ust. Chcia­łem sma­ko­wać ją powoli, bez pośpie­chu. Ale moje ciało zare­ago­wało natych­miast - pamię­tało, że od naszej pierw­szej nocy nie byli­śmy razem.

Każda cząstka mnie pra­gnęła znowu tam­tego kon­taktu. Kami o tym wie­działa i jakby celowo go uni­kała.

Odsu­nęła się, gdy zje­cha­łem dłońmi na jej pośladki i chcia­łem ją do sie­bie przy­ci­snąć.

- Nie tutaj, Tay. - Strzą­snęła moje ręce, cho­ciaż uśmiech­nęła się przy tym z lekko zaró­żo­wio­nymi policz­kami.

Jezu, była tak cho­ler­nie piękna...

Pogła­dzi­łem jej dłu­gie, jasne włosy i zapra­gną­łem zabrać ją gdzieś daleko, żeby być z nią sam na sam, bez świad­ków, w miej­scu, gdzie mogli­by­śmy długo się kochać, a potem zasnąć obok sie­bie i rano razem zjeść śnia­da­nie.

Cza­sami naprawdę bez­na­dziej­nie jest być sie­dem­na­sto­lat­kiem.

- Zaraz się spóź­nimy. - Kami cmok­nęła mnie w poli­czek. - Dziś poznamy dokładny ter­min naszej pre­zen­ta­cji z edu­ka­cji sek­su­al­nej.

Posła­łem jej dwu­znaczne spoj­rze­nie.

- Jeśli chcesz, mogę od razu podać ci ter­min zajęć prak­tycz­nych.

Roze­śmiała się i prze­wró­ciła oczami.

- Od mie­siąca mie­lisz te same tek­sty. Ale z cie­bie dzie­ciak!

- Dzie­ciak, który bar­dzo chce znowu zacią­gnąć cię do łóżka - mruk­ną­łem.

Tak, potra­fi­łem być bez­po­średni. I co z tego?

Kami rozej­rzała się po kory­ta­rzu.

- Tay­lor!

Teatral­nie wytrzesz­czy­łem oczy, a ona par­sk­nęła śmie­chem.

- Aż tak cię peszą moje tek­sty?

- Peszy mnie to, jaki jesteś napa­lony.

- I kto to mówi! Już zapo­mnia­łaś jak...

Zasło­niła mi usta dło­nią. Teraz to ja się roze­śmia­łem.

- Cicho! - syk­nęła, jesz­cze bar­dziej zaru­mie­niona.

Spe­cjal­nie poli­za­łem jej dłoń, a ona odsko­czyła z obrzy­dzoną miną.

- Fuj! - jęk­nęła i wytarła rękę o moją koszulę.

Zer­k­ną­łem na zega­rek.

- Zaraz naprawdę się spóź­nimy - zauwa­ży­łem.

Kami spoj­rzała na godzinę i zro­biła wiel­kie oczy. Odwró­ciła się gwał­tow­nie i pocią­gnęła mnie za rękę.

- Bie­gniemy!

Pogna­li­śmy kory­ta­rzem w stronę sali do bio­lo­gii.

Wszy­scy już weszli. Kiedy otwo­rzy­li­śmy drzwi, zamiast uśmie­chu pro­fe­sor Denell zoba­czy­li­śmy chłodne spoj­rze­nie mojego brata.

Kami sta­nęła jak wryta. Wymie­nili szyb­kie spoj­rze­nie - zbyt szyb­kie, żebym mógł je roz­szy­fro­wać.

- Dzie­sięć minut spóź­nie­nia - powie­dział wku­rzony Thiago i pokrę­cił głową.

- Prze­pra­szamy - ode­zwała się Kami i pocią­gnęła mnie do naszej ławki na tył sali.

Kiedy usie­dli­śmy, Thiago wciąż mie­rzył nas wzro­kiem, a reszta klasy wyraź­nie cze­kała na ciąg dal­szy.

- Dla­czego się spóź­ni­li­ście? - zapy­tał.

- Raczej nie grali w chiń­czyka, tre­ne­rze - rzu­cił Vic­tor Di Viani, a część klasy par­sk­nęła śmie­chem.

Kami szturch­nęła mnie łok­ciem. Gdy na nią spoj­rza­łem, dys­kret­nie wska­zała moje usta. Cho­lera. Prze­tar­łem je wierz­chem dłoni i dopiero wtedy dotarło do mnie, że wpa­ro­wa­łem na lek­cję uma­zany szminką.

Zmro­zi­łem Vic­tora spoj­rze­niem i posta­no­wi­łem nie patrzeć już na brata.

Jesz­cze chwila, a naprawdę bym mu przy­ło­żył.

- Szla­ban - powie­dział Thiago bez­na­mięt­nie. - Oboje. Zosta­je­cie po lek­cjach.

- Serio? - prych­ną­łem. Nie wie­rzy­łem wła­snym uszom.

- Skoro macie takie ważne sprawy do zała­twie­nia, będzie­cie mieli oka­zję je dokoń­czyć.

- Może lepiej nie w szkole! - wypa­lił Di Viani.

Zaci­sną­łem pięść tak mocno, że aż pobie­lały mi knyk­cie.

- Di Viani, ty też masz szla­ban - dodał Thiago i spo­koj­nie zaczął wyj­mo­wać z teczki jakieś papiery.

To tro­chę ostu­dziło moje zapędy wobec Vic­tora, bo i tak miał już minę, jakby dostał obu­chem w łeb.

Spoj­rza­łem na brata. Spra­wiał teraz wra­że­nie, jakby miał nas wszyst­kich gdzieś.

Prze­nio­słem wzrok na Kami. Nie prze­sta­wała wpa­try­wać się w Thiaga.

- Ale ja pra­cuję dziś po połu­dniu - powie­działa nagle.

Mój brat pod­niósł wzrok i przez kilka sekund po pro­stu się jej przy­glą­dał.

- Wyglą­dam, jak­bym chciał słu­chać o twoim życiu? - rzu­cił chłodno.

W kla­sie zapa­dła gro­bowa cisza.

- Nie mogę nie zja­wić się w pracy - odparła Kami. Zaci­snęła usta i wypro­sto­wała się na krze­śle.

- Thiago, to się już nie powtó­rzy - wtrą­ci­łem. Znowu zaczy­na­łem się odpa­lać. No kurde, prze­cież byli­śmy braćmi. Nie mógł cho­ciaż raz tro­chę odpu­ścić?

- Otóż to. Nie powtó­rzy się dzięki szla­ba­nowi. Naucz­cie się, że każdy błąd ma kon­se­kwen­cje.

- Nawet nie jesteś naszym nauczy­cie­lem. Gdyby była tu pro­fe­sor Denell, nie robi­łaby żad­nego pro­blemu - powie­działa Kami pod­nie­sio­nym tonem.

- Życie bywa nie­spra­wie­dliwe. Nie­stety dziś jestem tu ja - odparł nie­wzru­szony. - A teraz chciał­bym wresz­cie zacząć lek­cję. Wiem od pro­fe­sor Denell, że nie­długo macie mieć pre­zen­ta­cje. Popro­siła, żebym prze­ka­zał wam kolej­ność pre­zen­ta­cji, żeby...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki