1. Kami
1
Kami
Nikt nie miał zielonego pojęcia, gdzie się podziewa Julian. Minął
tydzień, odkąd Thiago poleciał do Nowego Jorku i przekonał się, że
stalker z naszej szkoły - ten, który manipulował nami wszystkimi,
skłócał ludzi i nastawiał ich przeciwko mnie - to Julian Murphy, znany
też jako Jules. To Julian, który w noc przyjazdu naszej drużyny do Falls
Church zaprosił mnie do swojego pokoju na oglądanie filmu, odurzył mnie,
rozebrał i nagrał, a potem wrzucił wideo do sieci. To on podjudzał
przeciwko mnie jedną z moich najlepszych przyjaciółek. To Julian
zaszantażował mojego młodszego brata, żeby wszedł do mojego pokoju i mnie okradł. To on opublikował moje prywatne zdjęcia na moim
Instagramie. Julian udawał geja, żeby się do mnie zbliżyć. I przysięgał,
że jest moim przyjacielem.
Oderwałam ołówek od kartki i przesunęłam palcem po dziurze, którą
właśnie zrobiłam w rysunku. Nawet nie czułam, z jaką siłą naciskałam na
papier.
Nie rysowałam nic szczególnego, to były jakieś bazgroły, ale gdy
spojrzało się na nie z dystansu, mogły przyprawić o dreszcz. Od jakiegoś
czasu spod mojego ołówka nie wychodziło nic, co nie byłoby mroczne.
Zresztą trudno się dziwić.
Czy ten przeklęty rok szkolny mógł okazać się jeszcze gorszy?
Przysięgłabym, że nie, że nie mogę mieć aż takiego pecha.
To, co działo się w szkole, tak bardzo mnie pochłaniało, że w ostatnim
czasie nie myślałam nawet o rozwodzie rodziców. Tymczasem mama była nie
do poznania - zupełnie rozchwiana wszystkim, co się wydarzyło.
Przerażona tym, że jej dzieci doświadczają w szkole nękania. Zmęczona
słuchaniem własnej matki, która wciąż jej powtarzała, że kompletnie nie
umie nas wychowywać. Wyczerpana i zmartwiona tym, że pieniądze
przysyłane przez tatę nie wystarczają na utrzymanie wysokiego standardu
życia, od którego będzie musiała szybko się odzwyczaić.
Przynajmniej teraz wydawała się trochę bardziej ludzka, przestała się
zachowywać jak powierzchowna Barbie. Nie miała na to czasu, odkąd
spoczywało na niej prowadzenie domu, wożenie nas do szkoły i odbieranie
po lekcjach, gotowanie dla całej rodziny i opieka nad moim młodszym
bratem.
Dzień wcześniej pojechała ze mną na komisariat, żebym zgłosiła
przestępstwo i złożyła zeznania przeciwko Julianowi w związku z nękaniem, molestowaniem seksualnym i rozpowszechnianiem nagrań
intymnych. Nie byłam co do tego przekonana, nie wiedziałam, czy podołam,
czy będę potrafiła stanąć w sądzie przeciwko komuś, kogo jeszcze
niedawno uważałam za przyjaciela. Nie chciałam oglądać jego twarzy, nie
czułam się na siłach, chociaż mama i babcia bardzo nalegały. Ostatecznie
przekonali mnie dopiero bracia Di Bianco.
Co takiego było w tych dwóch chłopakach, że potrafili wejść mi do głowy
i wszystko w niej poprzestawiać? Dlaczego ich zdanie, ich wyobrażenie o mnie znaczyły dla mnie aż tyle, że wystarczyła jedna rozmowa, bym
pozbyła się strachu i zrobiła to, czego oni i moja rodzina ode mnie
chcieli?
Nie potrafiłam zapomnieć tamtej ostatniej chwili spędzonej z Thiagiem w jego samochodzie, w dniu, kiedy prawda wyszła na jaw, a Julian dostał
lanie stulecia. Nie mogłam przestać myśleć o tych zielonych oczach, o spojrzeniu tak intensywnym, jakby miało przebić się aż do mojej
podświadomości i wypalić w niej wiadomość, która zmieni wszystko.
On mnie kochał.
Thiago mnie kochał. A ja nawet nie wiedziałam, jak do tego doszło.
Od tamtej pory ani razu nie zostaliśmy sami. Taylor nie odstępował mnie
na krok, a Thiago był bardziej zdystansowany niż kiedykolwiek. Zbliżył
się do mnie tylko po to, żeby przekonać mnie do pójścia na policję.
Musiał nas usłyszeć przez ścianę, bo wpadł do pokoju Taylora i stanowczo
oznajmił mi, że jeśli nie złożę doniesienia, to narażę setki dziewczyn,
które - tak jak ja - mogą się kiedyś zetknąć z tym popaprańcem.
Wystarczyło mi jedno spojrzenie w zielone oczy Thiaga, żebym nie mogła
odmówić mu całkowitej racji. Cholera. Pojechałam na komisariat i zgłosiłam przestępstwo.
To, co wydarzyło się później, do dziś prześladuje mnie nocami.
Mieli aresztować Juliana, ale gdy dotarli do jego domu, okazało się, że
tam go nie ma. Jego rodzice nie wiedzieli, gdzie przebywa, ale zapytani
przez policję o to, kiedy widzieli go po raz ostatni, powiedzieli, że
rano. Że wyszedł do biblioteki się uczyć.
Od tamtej pory minął już tydzień, a Julian wciąż był nie do namierzenia.
Zniknął bez śladu i nawet nie zadał sobie trudu, żeby usunąć ze swojego
pokoju całe mnóstwo zdjęć, które - jak się okazało - robił uczniom
naszej szkoły. Miał nagrania i fotografie całej drużyny koszykarskiej,
wszystkich cheerleaderek. Ale najwięcej było tam mnie.
Setki zdjęć i filmów. Moje prywatne fotografie. Nawet zdjęcia z dzieciństwa - nie mam pojęcia, jak je zdobył.
Czy on przez cały ten czas mnie obserwował, podglądał, śledził?
Julian był psychopatą. Psychopatą z obsesją na moim punkcie.
Próbowałam skontaktować się z Kate, w końcu była jego siostrą, musiała
coś wiedzieć. Ale moja dawna najlepsza przyjaciółka nie chciała ze mną
rozmawiać. Wiedziałam od Ellie, że Kate zrezygnowała z cheerleadingu i że od czasu afery z Julianem prawie nikt jej nie widywał.
Ostatnio parę razy zwróciłam na nią uwagę - nie wyglądała dobrze.
Świadomość, że jej brat jest pieprzonym stalkerem, musiała być dla niej
druzgocąca. To nie tak, że Julian i Kate świetnie się dogadywali, w rzeczywistości ledwo mogli się ścierpieć, ale mimo wszystko - brat to
brat.
Tymczasem Taylorowi udało się uniknąć kary nałożonej na tych, którzy
siedem dni wcześniej pobili Juliana. Mój chłopak zdołał wmieszać się w tłum i zniknąć. Pozostali zostali zawieszeni na miesiąc. W tym Dani.
Oddałabym wszystko, żeby Taylor poleciał razem z nimi. Ale tak się nie
stało.
Zamknęłam szkicownik i wsunęłam go do szuflady biurka. Jak zawsze mój
wzrok powędrował w stronę domu naprzeciwko, w stronę okna, przy którym
sypiał bohater moich najszczęśliwszych snów i najgorszych koszmarów.
Od tamtego dnia w jego samochodzie, kiedy Thiago wyznał mi, że mnie
kocha, ani razu nie byłam z nim sam na sam. A przecież każdą komórką
ciała tęskniłam za jego bliskością. Znacie ten ból wynikający z niezaspokojonego pragnienia, by dotknąć jednej konkretnej osoby? Jakby
ciało potrzebowało jej ciepła, żeby odzyskać siły i móc dalej żyć? Tak
właśnie się czułam.
Kiedy odwiedzałam Taylora i w drodze na schody przechodziliśmy przez
salon, Thiago zwykle tam był - leżał na kanapie i oglądał telewizję albo
spał na brzuchu, z twarzą opartą na przedramieniu. A czasem, kiedy
byliśmy już na piętrze, zerkałam w prawo, do jego pokoju i widziałam go
czytającego książkę, siedzącego przed komputerem albo - nie daj Boże -
robiącego pompki, bez koszulki, przy muzyce puszczonej na cały
regulator.
To było jak tortury.
Cierpiałam za każdym razem, gdy przechodziłam obok niego i nie mogłam
obsypać go pocałunkami.
Słaliśmy sobie długie spojrzenia, nie będę zaprzeczać. Szukaliśmy się
wzrokiem z desperacją, z jaką spragniony wypatruje wody na pustyni.
Brakowało nam choć jednego impulsu, jednego haustu tej drugiej osoby,
żeby jakoś się trzymać. Przerażało mnie to. Naprawdę.
Taylor bardzo się o mnie martwił. Był czujny, wręcz nadopiekuńczy. Bał
się, że Julian znowu może się pojawić i zrobić mi krzywdę. Relacje
między braćmi jeszcze bardziej się ochłodziły. W mojej obecności ledwo
zamieniali ze sobą kilka zdań, a Taylor wyraźnie unikał Thiaga.
To sprawiało, że prawie w ogóle się nie spotykaliśmy, a ja bez przerwy
zastanawiałam się, jak on się czuje. Moje serce nie znajdowało ani
chwili wytchnienia od tej tęsknoty.
Mieliśmy już tylko okno.
Thiago zostawiał teraz zasłony całkiem odsłonięte, żebym mogła go
widzieć, kiedy tylko chciałam. Ja robiłam dokładnie to samo. Nasze okna
były duże, sięgały aż do podłogi i wpuszczały do środka mnóstwo światła.
Czy to normalne, że przestawiłam łóżko tak, żeby kładąc się spać,
widzieć Thiaga robiącego to samo?
Traciłam głowę, wiem. Ale ja naprawdę go potrzebowałam. Po prostu.
Poniedziałek przywitał nas śniegiem i silnymi podmuchami wiatru. Kiedy o szóstej trzydzieści spojrzałam w okno, przeszedł mnie dreszcz.
Zapragnęłam głębiej zakopać się pod kołdrą. Trudno opuścić ciepłe łóżko
i bezpieczne schronienie własnego pokoju, kiedy wiesz, że czeka cię cały
dzień nauki i pisania prac. Tym bardziej kiedy dzień jest pochmurny i lodowaty. Nie miałam jednak wyjścia.
Musiałam spróbować wrócić do normalności.
Moje "przyjaciółki" - ujmuję to w cudzysłów, bo wciąż wątpiłam w szczerość tej przyjaźni - znowu zaczęły się do mnie odzywać. W głębi
duszy czułam, że robią to, bo przez Juliana znów stałam się głównym
tematem szkolnych plotek, więc, podobnie jak wszyscy inni, chciały
dowiedzieć się z pierwszej ręki, co on mi dokładnie zrobił.
Rzeczywistość zdawała się wypaczać, do tego stopnia, że niektórzy
twierdzili, że widzieli Juliana ukrywającego się w lesie za moim domem
albo krążącego po miasteczku nocami z karabinem w ręku. Było nawet paru
idiotów, którzy zapewniali, że Julian po prostu się przebrał i nadal
chodzi do szkoły, tyle że incognito.
Jednym słowem - brednie.
Tak czy inaczej, wszyscy byli nerwowi, spięci. Bali się, że Julian może
ujawnić ich sekrety, że będzie w stanie zrujnować im reputację, a może
nawet życie. Że wyciągnie na światło dzienne rzeczy, o których nikt nie
chciałby mówić.
Julian stał się koszmarem liceum w Carsville. A najdziwniejsze było to,
że choć wszyscy się go bali, jednocześnie zdawali się go podziwiać. Było
w tym coś instynktownego - zachwyt, który rósł w ludziach na myśl, że
jeden uczeń potrafił wywołać aż taki chaos, że był w stanie włamywać się
do telefonów i komputerów. Jedną z tych osób była moja najlepsza
przyjaciółka - Ellie.
Tego ranka postanowiłam pójść do jej domu, żebyśmy razem udały się do
szkoły i po drodze wreszcie porozmawiały. Musiałam dowiedzieć się, co
takiego zrobił jej Julian, że nawet ona się ode mnie odwróciła i wdała w coś z moim byłym, kompletnym dupkiem.
Ellie była przerażona, tak jak wszyscy, którzy wpadli w sieć Juliana, i nie chciała o tym rozmawiać. Ale wiedziałam, że tego poranka w końcu
powie mi prawdę.
Napisałam do Taylora, żeby po mnie nie przyjeżdżał. Włożyłam
najcieplejszy płaszcz, rękawiczki i grubą, czerwoną czapkę, po czym
wyszłam z domu. Mama i młodszy brat jeszcze spali. Babcia wyjechała
kilka dni wcześniej, ale obiecała wpadać co jakiś czas, żeby upewnić
się, że nikt nie zaczął znowu uprzykrzać życia jej rodzinie.
Na zewnątrz panował siarczysty mróz. Poprzedniej nocy spadło mnóstwo
śniegu i chociaż drogi były już odśnieżone - pługi zaczęły pracę bardzo
wcześnie rano - zaspy sięgały co najmniej metra i otaczały domy oraz
drzewa. W przeciwieństwie do jezdni chodniki wciąż były zasypane, więc
musiałam iść ulicą tuż obok przejeżdżających samochodów. Słońce jeszcze
nie wzeszło, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Potrzebowałam tej chwili
tylko dla siebie. Czasem trochę samotności naprawdę dobrze robi na
głowę.
Od afery z Julianem ludzie prawie nie zostawiali mnie samej. Wszyscy
mieli mnie na oku, patrzyli na mnie tak, jakby bali się, że zaraz
wybuchnę jak bomba z opóźnionym zapłonem. A ja z całego serca pragnęłam
poczuć, że wszystko wraca do dawnego trybu.
Rozejrzałam się dookoła. Z zachwytem patrzyłam na miejsce, gdzie
dorastałam. W przeciwieństwie do wielu osób, które uważały Carsville za
nudne i bezbarwne miasteczko, ja kochałam dorastać blisko natury. Zimy,
kiedy lepiło się bałwany w lesie. Letnie popołudnia nad jeziorem -
najpierw niewinne, z czasem zakrapiane alkoholem, bo dorośli nie mogli
nas tam łatwo znaleźć. Noce spędzane w namiotach rozstawionych w ogrodzie, kiedy patrzyliśmy w gwiazdy, świetnie widoczne dzięki temu, że
wokół było mało sztucznego światła.
Carsville - miasteczko, w którym nigdy nic się nie działo. To samo, o którym wkrótce miał usłyszeć cały świat.
Dotarłam do domu Ellie na tyle wcześnie, żebyśmy przed lekcjami miały
czas na rozmowę. Zadzwoniłam do drzwi. Byłam prawie pewna, że Ellie je
śniadanie. Otworzył mi jej ojciec, bardzo wysoki mężczyzna z kręconymi,
niemal czarnymi włosami. Pan Webber potrafił onieśmielać swoją posturą,
ale w gruncie rzeczy był chodzącą dobrocią.
- Cześć, Kami! Jak się miewasz, dziecko? - zapytał. Otworzył szerzej
drzwi i zaprosił mnie do środka. - Wchodź, wchodź, bo na dworze mróz jak
diabli! Przyszłaś pieszo?
- Dzień dobry, panie Webber. Miałam dziś ochotę na spacer -
odpowiedziałam z lekkim uśmiechem. - Ellie jest w domu?
- Je śniadanie w kuchni - odparł. Wziął mój płaszcz, czapkę, szalik i rękawiczki i odwiesił to wszystko na wieszak w przedpokoju.
W środku panowało duszące ciepło - ogrzewanie mieli rozkręcone na
całego. Po kilku minutach miałam ochotę zedrzeć z siebie wszystkie
warstwy ubrań, opanowałam się jednak i ruszyłam za panem Webberem do
kuchni.
Dom Ellie nie był duży, w sam raz dla jej rodziców, dwóch kotów i dla
niej. Ellie zawsze powtarzała, że zazdrości mi dużej sypialni, salonu z gigantycznym, plazmowym telewizorem i imponujących schodów. Zawsze
chciała spotykać się u mnie, z kolei ja wolałam uciec z tego wielkiego,
zimnego domu, więc zwykle wymyślałam jakiś pretekst, żeby ostatecznie
zostać u niej. Zwłaszcza że pani Webber piekła najlepszą szarlotkę na
świecie.
Dom Ellie był o wiele bardziej przytulny niż mój, zawsze pachniał świeżo
zaparzoną kawą i ciepłymi wypiekami...
To niesamowite, że zwykle pragniemy tego, czego sami nie mamy.
Kiedy weszłam do niewielkiej kuchni z białym, okrągłym stołem w rogu i jasnymi, drewnianymi meblami ozdobionymi wzorem w cytryny, Ellie
podniosła wzrok znad miski płatków i spojrzała na mnie zaskoczona.
- Co ty tu robisz? - zapytała dokładnie w tej samej chwili, w której jej
mama oderwała się od gazety i posłała mi szeroki uśmiech.
- Cześć, skarbie! - zawołała pani Webber. - Dawno cię u nas nie było.
Napijesz się kawy? Herbaty? A może gorącej czekolady? - zaproponowała od
razu. - Mogę wszystko przygotować w dziesięć minut. - Wstała od stołu,
odłożyła gazetę i podeszła do kuchenki, gotowa mnie ugościć. Taka
właśnie była mama Ellie.
- Kawa będzie super, pani Webber - odpowiedziałam z uśmiechem, świadoma,
że jeśli nie zdecyduję się na coś od razu, lista propozycji będzie się
tylko wydłużać, aż w końcu na coś się zgodzę.
Usiadłam obok Ellie i uśmiechnęłam się do niej niepewnie.
- Masz ochotę pójść dziś pieszo do szkoły? - zapytałam.
Zawahała się.
- Nie sądzisz, że to kiepski pomysł, biorąc pod uwagę to, co... -
Zawiesiła głos.
Państwo Webberowie mieli słabe pojęcie o ostatnich wydarzeniach w szkole. Ellie nie była w to bezpośrednio zamieszana, więc dyrekcja się z nimi nie kontaktowała - inaczej niż w przypadku moich rodziców czy mamy
Taylora i Thiaga. Dlatego Ellie wolała oszczędzić swoim rodzicom stresu
i nie mówić im, że po okolicy kręci się psychol, który jeszcze niedawno
szantażował prawie całe liceum.
- Do szkoły stąd jest tylko dwadzieścia minut. - Popatrzyłam na nią
znacząco.
Ellie bez słowa skinęła głową, chociaż w jej oczach dostrzegłam
niepokój. Zresztą trudno było się dziwić - wszyscy byliśmy zastraszeni.
I wściekli na Juliana.
W czasie śniadania z Ellie i jej rodzicami powtarzałam sobie w myślach,
że Julian nie stanowi realnego zagrożenia. Nienawidziłam go za to, co mi
zrobił, za wszystkie kłamstwa i manipulacje, ale nie potrafiłam
uwierzyć, że byłby zdolny do czegoś więcej. Był tchórzem. Wszystkie
ataki, szantaże i inne perfidne działania przeprowadzał z ukrycia albo
przynajmniej z bezpiecznej odległości.
Julian nie podszedłby do nas na ulicy, żeby zrobić nam krzywdę.
Przynajmniej wtedy bardzo chciałam w to wierzyć.
Po śniadaniu opatuliłyśmy się w płaszcze, rękawiczki i szaliki i wyszłyśmy na zewnątrz. Tacie Ellie, który zwykle odwoził ją do szkoły,
nie bardzo podobał się nasz pomysł spaceru w taki mróz, ale udało nam
się go uspokoić.
Kiedy wreszcie znalazłyśmy się same i szłyśmy ścieżką rowerową,
utwierdziłam się w przekonaniu, że moje przeczucia dotyczące Ellie były
słuszne. Coś wciąż było między nami nie tak.
- Ellie... - zaczęłam po kilku minutach niezręcznej ciszy przerywanej
tylko odgłosem przejeżdżających samochodów. - Wszystko gra między nami?
Nie chciałam tak się czuć w relacji z moją najlepszą przyjaciółką.
Potrzebowałam jej teraz bardziej niż kiedykolwiek.
Przez chwilę milczała.
- Bardzo mi przykro z powodu Juliana, Kami - powiedziała wreszcie, ze
wzrokiem wbitym w ziemię. Wciąż nie była w stanie spojrzeć mi w oczy.
- Co dokładnie masz na myśli?
- Wiesz, że mnie też zmuszał do rzeczy, których z własnej woli nigdy bym
nie zrobiła...
Wciąż pamiętałam, jak całowała się i obściskiwała z Danim na imprezie
halloweenowej. Obraz ich dwojga razem wracał do mnie w koszmarach i wcale nie dlatego, że byłam zazdrosna. Po prostu myśl, że moja najlepsza
przyjaciółka, którą kochałam i szanowałam, wybrała sobie typa, który
zmienił w koszmar dwa lata mojego życia, budziła we mnie jednocześnie
wściekłość i smutek.
Dani nie zasługiwał na kogoś takiego jak Ellie.
Za to ona zasługiwała na to, co najlepsze. Na dobrego, zabawnego
chłopaka, który by ją rozśmieszał, droczył się z nią i motywował ją do
rzeczy, na które sama z siebie nigdy by się nie odważyła. Zasługiwała na
najlepszego chłopaka na świecie. I właśnie to jej teraz powiedziałam.
Wzniosła wzrok ku koronom drzew.
- A jeśli ten idealny chłopak jest poza moim zasięgiem? - zapytała, po
czym spojrzała mi prosto w oczy.
- Żaden sensowny facet z głową na karku by cię nie odrzucił -
odpowiedziałam bez chwili wahania.
Moja przyjaciółka była chodzącym ideałem - inteligentna, piękna,
zabawna, dobra...
Znów uciekła ode mnie wzrokiem. Musiałam zapytać:
- Kto to taki? - Uśmiechnęłam się. - Znam go? Chodzi z nami na lekcje?
Przez głowę przemknęły mi twarze naszych szkolnych kolegów, choć nie
potrafiłam wskazać żadnego, który byłby wart Ellie. Ale jeśli któryś
wpadł jej w oko, nie zamierzałam jej tego psuć.
- Tak... Chodzi na niektóre - odpowiedziała i poczułam, że coraz
bardziej się denerwuje. Cholera. Kto to mógł być?
- No weź, Ellie, powiedz mi! - nalegałam. Byłyśmy już prawie pod szkołą.
Ellie znów się zawahała, ale w końcu wzięła głęboki oddech i wyglądało
na to, że podjęła decyzję.
- Nie chcę, żebyś mnie za to znienawidziła. Ja naprawdę nie
zamierzałam... Te uczucia pojawiły się same, nawet nie wiem kiedy -
zaczęła.
W tej samej chwili rozległ się klakson i obie podskoczyłyśmy.
- Boże - wyrwało mi się, gdy odwróciłam głowę i zobaczyłam samochód
braci Di Bianco wjeżdżający na teren szkoły.
Obie śledziłyśmy go wzrokiem, aż zatrzymał się na miejscu parkingowym
bardzo blisko nas i bardzo daleko od wejścia do liceum.
Żołądek ścisnął mi się nerwowo, gdy zza kierownicy wypadł Thiago.
Trzasnął drzwiami i zwrócił się w moją stronę.
Kątem oka zobaczyłam, że Taylor robi dokładnie to samo.
- Co znowu narozrabiałaś? - zapytała Ellie, ale nie zdążyłam
odpowiedzieć. Widok dwóch najsilniejszych i najprzystojniejszych facetów
w szkole, idących w moją stronę ze wściekłymi minami, kompletnie mnie
sparaliżował.
- Możesz mi wytłumaczyć, co ty sobie, do cholery, wyobrażasz, żeby
wybierać się do szkoły piechotą?! - wrzasnął jeden z nich.
I wbrew temu, czego można by się spodziewać, nie był to Taylor, mój
chłopak, lecz jego brat.
Na moment mnie zatkało. Zwykle to Thiago lepiej panował nad emocjami w miejscach publicznych. Spojrzałam na Taylora. On też gotował się ze
złości, choć część tej furii ewidentnie była wywołana przez jego
starszego brata.
Thiago powinien się nauczyć trzymać nerwy na wodzy przy Taylorze.
Czasami zdawał się zapominać, że jestem dziewczyną jego brata, nie jego.
- Co mam ci tłumaczyć? Że miałam ochotę przejść się z przyjaciółką?
- Twoja przyjaciółka niech robi, co chce. Ale tobie nie wolno! -
wrzasnął. Stał teraz tuż przede mną.
Cholera... Taki wysoki, postawny, tak cholernie i niebezpiecznie
pociągający...
Spojrzałam na Taylora. Postanowiłam skupić się na tym, kto naprawdę
zasługiwał na moją uwagę.
- Taylor, powiedz swojemu bratu, żeby przestał na mnie krzyczeć -
zażądałam, wściekła i zażenowana tą sceną rozgrywającą się przed szkołą.
Byłam wdzięczna losowi, że znajdowaliśmy się daleko od wejścia i że
jedynymi świadkami zajścia byli kierowcy samochodów wjeżdżających na
parking.
- Nic mu nie będę mówił. Mnie też wkurza, ale tym razem ma rację. Czy
tobie kompletnie odwaliło? Już zapomniałaś, że jesteś na celowniku
psychola? - zapytał Taylor, wściekły.
Ton, jakim się do mnie odezwał, kompletnie mnie zaskoczył. Przez ułamek
sekundy nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
- Daj jej spokój, co? - wstawiła się za mną Ellie.
Taylor chyba dopiero teraz zdał sobie sprawę z jej obecności.
- Znikaj stąd, loczek - rzucił oschle. - Chcę porozmawiać z moją
dziewczyną na osobności.
Mówił to do niej, ale przekaz był jasny także dla Thiaga.
Spojrzał na Taylora, potem na mnie.
Czytałam w nim jak w otwartej księdze: ból, złość, wściekłość,
bezsilność... Wszystko naraz. Jakby na jakimś poziomie wciąż uważał, że
należę do niego, mimo że rzeczywistość jasno temu przeczyła.
Przez chwilę chciałam skonfrontować się z nim, a nie z Taylorem, nawet
jeśli miałoby to się skończyć kolejną awanturą. Miałam rozdarte serce i przy Thiagu traciłam rozsądek, a to nigdy nie prowadziło do niczego
dobrego.
- Kami, wiesz, że masz prawo olać tych ćwoków i wejść ze mną do środka,
prawda? Nie musisz się nikomu tłumaczyć z tego, że przyszłaś pieszo do
szkoły - powiedziała Ellie.
Taylor zwrócił się w jej stronę.
- Której części słowa "znikaj" nie zrozumiałaś?
Spojrzałam na Taylora, który już ledwo nad sobą panował, a potem na
Ellie. Zobaczyłam w jej oczach ból. Co gorsza, dostrzegłam też, jak
bardzo stara się go ukryć.
Na moment wszystko we mnie zamarło, aż w końcu poszczególne elementy
zaczęły układać się w całość.
Ellie podobał się Taylor.
Właśnie to przede mną ukrywała. I to tym szantażował ją Julian.
- A ty której części zdania "Mam gdzieś, co do mnie mówisz" nie
rozumiesz? - odcięła się.
Chciał jej odpowiedzieć, ale odezwałam się pierwsza.
- Taylor, przestań - ucięłam i spojrzałam też na Thiaga. Wyglądał, jakby
miał ochotę złapać mnie i odciągnąć stamtąd siłą, żeby wydrzeć się na
mnie na osobności i uniknąć sceny. - To była moja decyzja. Przyszłam
pieszo. Nie zamierzam żyć w strachu przed jakimś typkiem ze szkoły.
Gdyby Julian naprawdę chciał mnie skrzywdzić, to miał już mnóstwo
okazji. Wy widzicie w nim śmiertelne zagrożenie, ja zaś żałosnego
chłopaka, który musiał okłamywać wszystkich dookoła, żeby w ogóle mieć
jakichś znajomych. To żałosny typ. Kłamca i manipulant, który prędzej
czy później zostanie zupełnie sam. A teraz, jeśli pozwolicie, chcę iść
na lekcje z moją przyjaciółką.
Wzięłam Ellie pod ramię i pociągnęłam ją w stronę szkoły. Ale nie
zdążyłyśmy zrobić nawet dwóch kroków, bo Taylor złapał mnie od tyłu za
rękę.
- Musimy pogadać - powiedział, a potem zacisnął usta. Trzymał mnie
mocniej, niż było trzeba.
Thiago ruszył, żeby zatrzymać brata, więc zareagowałam, zanim sytuacja
wymknie się spod kontroli. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałam, było
kolejne starcie między nimi.
- Porozmawiamy na biologii, Taylor - oznajmiłam kategorycznie. W jego
oczach dostrzegłam moment, kiedy pojął, że przegina.
Puścił mnie. Atmosfera wcale się nie rozluźniła, ale przynajmniej na
jakiś czas dali mi spokój.
Kolejna lekcja była istną męką. Matematyka - i to bez możliwości
pogadania z Ellie o tym, czego byłam już właściwie pewna. Profesor Gómez
nie miał cierpliwości do uczniów i absolutnie nie tolerował rozmów na
lekcji. Kiedyś przyłapał dwie osoby z klasy na przekazywaniu sobie
karteczek i ukarał je cotygodniowym sprawdzianem przez cały miesiąc.
Oceny wliczały się do średniej semestralnej. Kompletny absurd.
Zresztą Ellie nie wyglądała, jakby miała ochotę ze mną rozmawiać.
Patrzyła w zeszyt i skrupulatnie notowała każde słowo nauczyciela. Nie
rzuciła mi nawet przelotnego spojrzenia. Po konfrontacji z braćmi Di
Bianco wymieniłyśmy ledwie kilka zdań, mimo że usilnie próbowałam wrócić
do wcześniejszej rozmowy.
- Spóźniamy się na lekcję, Kami. To nie moment na gadanie o moich
głupotach.
Ale przecież te jej "głupoty" były dla mnie ważne! Dopiero wtedy dotarło
do mnie, że byłam tak pochłonięta własnymi problemami - rozwodem
rodziców, stalkerem, relacją z Julianem, związkiem z Taylorem i tą
przeklętą historią z Thiagiem - że prawie zupełnie przestałam dostrzegać
moją najlepszą przyjaciółkę. Musiałam to naprawić.
Nie mogłam odsuwać od siebie ludzi, którzy byli przy mnie od lat.
Pomyślałam o Kate.
Czy wiedziała, co wyprawiał jej brat? Była świadoma jego manipulacji? A może w jakiś sposób go wspierała? Pomagała mu dokopywać się do cudzych
sekretów?
Nie tylko ja zadawałam sobie takie pytania. W szkole krążyły plotki, że
Kate była w zmowie z Julianem, dlatego wiele osób się od niej odwróciło.
Teraz to ona musiała znosić krzywe spojrzenia. Skoro po zniknięciu
Juliana nie można było wyrzucać mu tego, co zrobił, to właśnie jego
siostra stała się kozłem ofiarnym. Paradoksalnie w wyniku tego
wszystkiego ja odzyskałam wcześniejszą pozycję. Ellie żartowała, że
samozwańcza królowa została obalona, a ja wróciłam na tron. Nie
znosiłam, kiedy mówiła o mnie w tak idiotyczny, powierzchowny sposób,
ale to chyba była jej strategia na oswojenie chaosu.
Nie chciałam wracać do dawnego układu. Nie chciałam być "królową
cheerleaderek", nie chciałam być w centrum uwagi, nie chciałam już
niczego, co miało związek z tym liceum. Czekałam tylko, żeby odebrać
świadectwo i wyjechać na studia, bez oglądania się za siebie. Na
uniwersytecie takie rzeczy się nie zdarzają, a przynajmniej tak to sobie
wyobrażałam. Ludzie mieli być dojrzalsi, a rodzice mniej obecni. To
miała być wolność. Tego właśnie potrzebowałam.
Przed oczami stanął mi obraz Taylora. On chciał studiować na Harvardzie,
ja na Yale. Kiedy rozjedziemy się na różne uczelnie, nasza relacja
dodatkowo się skomplikuje, ale pocieszała mnie myśl, że nie tylko my
jesteśmy w takiej sytuacji. Wszyscy mieliśmy tego świadomość i niewiele
dało się z tym zrobić.
Licealne związki zawsze stają przed pytaniem, co będzie, kiedy przyjdzie
wyjechać na uniwersytet i się rozdzielić. Niewiele relacji da się
utrzymać na odległość, zwłaszcza na studiach. Ta upragniona wolność, o której wszyscy marzymy, często prowadzi do niekontrolowanego korzystania
z życia, a stąd już tylko krok do zdrad i szybkich rozstań.
Chciałam wierzyć, że mój związek z Taylorem tak się nie skończy. A jednak wszystko, co wydarzyło się między nami, i fakt, że Thiago wciąż
zajmował miejsce w moim sercu, prowadziły mnie do jednego wniosku: nie
zasługiwałam na żadnego z nich.
Tylko że nie potrafiłam się ich wyrzec.
Czy byłam najgorszą osobą na świecie?
Odpowiedź wydawała mi się oczywista.
2. Taylor
2
Taylor
Czekałem na Kami pod salą od matmy, żeby w końcu porozmawiać. Złość
zeszła na dalszy plan, bo sprawa była grubsza niż jakiekolwiek kłótnie -
chodziło o bezpieczeństwo.
Miałem gdzieś to, co Kami myślała o Julianie albo co próbowała sobie
wmawiać. Ten typ był niebezpieczny, a coś mi mówiło, że nie powiedział
jeszcze ostatniego słowa.
Stałem oparty o ścianę naprzeciwko sali. Zobaczyłem, jak wychodzą razem.
Były spięte, to się rzucało w oczy. Ellie naprawdę zaczynała mi działać
na nerwy. Wtrącała się we wszystko, co mówiłem do Kami, i w ogóle we
wszystko, co robiłem w jej obecności. Rozumiałem, że jest przyjaciółką
Kami i chce ją chronić, ale nie mogłem znieść, że ilekroć ją widzę,
zawsze szuka zaczepki.
Na mój widok jak zwykle zrobiła nieprzyjemny grymas i posłała mi
wyzywające spojrzenie. Zatrzymałem na niej wzrok tylko na moment, a potem skupiłem się na mojej dziewczynie. Kami doprowadzała mnie do
szaleństwa, pod każdym możliwym względem.
Zatrzymała się, spojrzała na Ellie, potem znowu na mnie. Widząc jej
wahanie, odepchnąłem się lekko od ściany i ruszyłem przed siebie.
- Pogadamy? - zapytałem.
Kami przez sekundę się zawahała, ale skinęła głową.
- Zobaczymy się na historii - rzuciła do Ellie.
Tamta kiwnęła jej dłonią, mnie posłała kolejne jadowite spojrzenie, a potem ruszyła korytarzem w stronę szafek.
Objąłem swoją dziewczynę w pasie i przyciągnąłem do siebie, aż oparłem
się plecami o ścianę. Wtuliłem twarz w jej szyję. Kami wsparła się o mnie całym ciałem i owionął mnie słodki, znajomy zapach.
Kiedy nie zobaczyłem jej w drodze do szkoły, wpadłem w panikę. Moja
wyobraźnia ruszyła galopem i zaczęła podsuwać obrazy, których nadal nie
mogłem wyrzucić z głowy.
- Proszę, nie rób mi tego więcej - wyszeptałem Kami w szyję.
Cofnęła się o dwa kroki, spojrzała mi w oczy i ściągnęła brwi.
- Nie zrobiłam nic złego, Taylor - powiedziała.
Widziałem, że wciąż jest zła o to, jak z Thiagiem napadłem na nią przed
szkołą.
- Proszę cię tylko, żebyś nie chodziła sama przez całe miasto. To
naprawdę tak wiele? - Z trudem opanowałem chęć, żeby nią potrząsnąć. Jak
miałem przemówić jej do rozsądku? - Julian wciąż gdzieś tam jest. I nawet jeśli policja sądzi, że to tylko zwykły problem wychowawczy, ja
wiem, że gość stanowi zagrożenie. I wiem, że wróci. To jeszcze nie
koniec historii, Kamila - wyrzuciłem z siebie pod wpływem emocji. Nie
potrafiłem zrozumieć, jak może nie widzieć, że naprawdę się naraża. Nie
znałem skali tego zagrożenia, ale miałem pewność, że jest realne. I nie
mogłem dopuścić do tego, żeby Kami stała się krzywda.
Cofnęła się jeszcze o kilka kroków i spojrzała na mnie bardzo poważnie.
- Nie byłam sama. Szłam z Ellie - wyjaśniła. Zerknęła w stronę
korytarza, w którym chwilę wcześniej zniknęła jej kumpela, skrzyżowała
ramiona i znów utkwiła we mnie wzrok.
- Ellie się nie liczy, Kami. Jeśli Julian się pojawi, będzie tak, jakby
jej tam w ogóle nie było.
- Ellie jest wspaniała, Taylor. Jak możesz tak o niej mówić? - odparła.
Zamrugałem, zaskoczony. Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć, ale nie dała
mi dojść do słowa. - I w ogóle nie podoba mi się, jak ją traktujesz -
dodała. - Nic by ci się nie stało, gdybyś od czasu do czasu był trochę
milszy. To moja najlepsza przyjaciółka. Powinna cię choć trochę
obchodzić.
- Obchodzisz mnie ty - odpowiedziałem, bez uśmiechu.
- A ja mam się dobrze. - Zrobiła kolejny krok w tył. - Nie musisz się
martwić. Julian to już przeszłość, chcę o nim zapomnieć. Tylko że nie
potrafię, kiedy ty i twój brat ciągle mi o nim przypominacie.
Wziąłem głęboki oddech i spróbowałem się uspokoić. Gdyby to zależało ode
mnie, zatrudniłbym do ochrony cały oddział wojska, byle mieć pewność, że
Kami nic się nie stanie. Ale to nie wchodziło w grę, więc ja i mój brat
czuliśmy się właściwie jej ochroniarzami. Wolałbym, żeby to nie musiał
być Thiago - im dalej trzymał się od Kami, tym lepiej - ale nie mogłem
go wykluczyć. W kwestii jej bezpieczeństwa ufałem mu bardziej niż
komukolwiek.
- Boimy się o ciebie - rzuciłem z goryczą.
Kami podeszła bliżej i położyła dłoń na moim policzku. Pogładziła mnie
czule, a potem delikatnie musnęła moje usta swoimi.
- Wiem - szepnęła, a jej oddech wywołał na mojej skórze dreszcz. - I naprawdę jestem wam wdzięczna. Obiecuję być ostrożna. Tylko proszę,
wyluzujcie trochę.
Mogłem jedynie skinąć głową.
- Dobra - zgodziłem się w końcu i przyciągnąłem Kami do siebie, żeby ją
pocałować.
Przywarła do mnie miękko. Wsunąłem jej język do ust. Chciałem smakować
ją powoli, bez pośpiechu. Ale moje ciało zareagowało natychmiast -
pamiętało, że od naszej pierwszej nocy nie byliśmy razem.
Każda cząstka mnie pragnęła znowu tamtego kontaktu. Kami o tym wiedziała
i jakby celowo go unikała.
Odsunęła się, gdy zjechałem dłońmi na jej pośladki i chciałem ją do
siebie przycisnąć.
- Nie tutaj, Tay. - Strząsnęła moje ręce, chociaż uśmiechnęła się przy
tym z lekko zaróżowionymi policzkami.
Jezu, była tak cholernie piękna...
Pogładziłem jej długie, jasne włosy i zapragnąłem zabrać ją gdzieś
daleko, żeby być z nią sam na sam, bez świadków, w miejscu, gdzie
moglibyśmy długo się kochać, a potem zasnąć obok siebie i rano razem
zjeść śniadanie.
Czasami naprawdę beznadziejnie jest być siedemnastolatkiem.
- Zaraz się spóźnimy. - Kami cmoknęła mnie w policzek. - Dziś poznamy
dokładny termin naszej prezentacji z edukacji seksualnej.
Posłałem jej dwuznaczne spojrzenie.
- Jeśli chcesz, mogę od razu podać ci termin zajęć praktycznych.
Roześmiała się i przewróciła oczami.
- Od miesiąca mielisz te same teksty. Ale z ciebie dzieciak!
- Dzieciak, który bardzo chce znowu zaciągnąć cię do łóżka - mruknąłem.
Tak, potrafiłem być bezpośredni. I co z tego?
Kami rozejrzała się po korytarzu.
- Taylor!
Teatralnie wytrzeszczyłem oczy, a ona parsknęła śmiechem.
- Aż tak cię peszą moje teksty?
- Peszy mnie to, jaki jesteś napalony.
- I kto to mówi! Już zapomniałaś jak...
Zasłoniła mi usta dłonią. Teraz to ja się roześmiałem.
- Cicho! - syknęła, jeszcze bardziej zarumieniona.
Specjalnie polizałem jej dłoń, a ona odskoczyła z obrzydzoną miną.
- Fuj! - jęknęła i wytarła rękę o moją koszulę.
Zerknąłem na zegarek.
- Zaraz naprawdę się spóźnimy - zauważyłem.
Kami spojrzała na godzinę i zrobiła wielkie oczy. Odwróciła się
gwałtownie i pociągnęła mnie za rękę.
- Biegniemy!
Pognaliśmy korytarzem w stronę sali do biologii.
Wszyscy już weszli. Kiedy otworzyliśmy drzwi, zamiast uśmiechu profesor
Denell zobaczyliśmy chłodne spojrzenie mojego brata.
Kami stanęła jak wryta. Wymienili szybkie spojrzenie - zbyt szybkie,
żebym mógł je rozszyfrować.
- Dziesięć minut spóźnienia - powiedział wkurzony Thiago i pokręcił
głową.
- Przepraszamy - odezwała się Kami i pociągnęła mnie do naszej ławki na
tył sali.
Kiedy usiedliśmy, Thiago wciąż mierzył nas wzrokiem, a reszta klasy
wyraźnie czekała na ciąg dalszy.
- Dlaczego się spóźniliście? - zapytał.
- Raczej nie grali w chińczyka, trenerze - rzucił Victor Di Viani, a część klasy parsknęła śmiechem.
Kami szturchnęła mnie łokciem. Gdy na nią spojrzałem, dyskretnie
wskazała moje usta. Cholera. Przetarłem je wierzchem dłoni i dopiero
wtedy dotarło do mnie, że wparowałem na lekcję umazany szminką.
Zmroziłem Victora spojrzeniem i postanowiłem nie patrzeć już na brata.
Jeszcze chwila, a naprawdę bym mu przyłożył.
- Szlaban - powiedział Thiago beznamiętnie. - Oboje. Zostajecie po
lekcjach.
- Serio? - prychnąłem. Nie wierzyłem własnym uszom.
- Skoro macie takie ważne sprawy do załatwienia, będziecie mieli okazję
je dokończyć.
- Może lepiej nie w szkole! - wypalił Di Viani.
Zacisnąłem pięść tak mocno, że aż pobielały mi knykcie.
- Di Viani, ty też masz szlaban - dodał Thiago i spokojnie zaczął
wyjmować z teczki jakieś papiery.
To trochę ostudziło moje zapędy wobec Victora, bo i tak miał już minę,
jakby dostał obuchem w łeb.
Spojrzałem na brata. Sprawiał teraz wrażenie, jakby miał nas wszystkich
gdzieś.
Przeniosłem wzrok na Kami. Nie przestawała wpatrywać się w Thiaga.
- Ale ja pracuję dziś po południu - powiedziała nagle.
Mój brat podniósł wzrok i przez kilka sekund po prostu się jej
przyglądał.
- Wyglądam, jakbym chciał słuchać o twoim życiu? - rzucił chłodno.
W klasie zapadła grobowa cisza.
- Nie mogę nie zjawić się w pracy - odparła Kami. Zacisnęła usta i wyprostowała się na krześle.
- Thiago, to się już nie powtórzy - wtrąciłem. Znowu zaczynałem się
odpalać. No kurde, przecież byliśmy braćmi. Nie mógł chociaż raz trochę
odpuścić?
- Otóż to. Nie powtórzy się dzięki szlabanowi. Nauczcie się, że każdy
błąd ma konsekwencje.
- Nawet nie jesteś naszym nauczycielem. Gdyby była tu profesor Denell,
nie robiłaby żadnego problemu - powiedziała Kami podniesionym tonem.
- Życie bywa niesprawiedliwe. Niestety dziś jestem tu ja - odparł
niewzruszony. - A teraz chciałbym wreszcie zacząć lekcję. Wiem od
profesor Denell, że niedługo macie mieć prezentacje. Poprosiła, żebym
przekazał wam kolejność prezentacji, żeby...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki