Prolog. Kami
Prolog
Kami
Wciąż pamiętam tamten dzień, jakby to było
wczoraj. Zgodnie z umową wstałam z łóżka równo o północy i już samo to
wystarczyło, żebym czuła ekscytację. Nigdy mi nie pozwalali być na
nogach o tej porze - o dziesiątej musiałam już liczyć barany... Ale tamta
noc była wyjątkowa. Wyciągnęłam swoją różową latarkę, z której byłam
niesamowicie dumna - chociaż wiedziałam, że Taylor będzie się z niej
nabijał - i zapakowałam ją do plecaka. Byłam już ubrana, pozostało tylko
zapleść warkocze. Kiedy miałam dziesięć lat, nie istniało modniejsze
uczesanie. Wyjrzałam przez okno i uśmiechnęłam się na widok światełka
zapalającego się i gasnącego w oknie na piętrze domu sąsiadów. To był
znak dla mnie.
Z uczuciem łaskotania w żołądku wyciągnęłam linę z węzłami i - jak
nauczył mnie Taylor - przywiązałam ją do nogi stołowej. Kiedy upewniłam
się, że mocowanie jest porządne, przerzuciłam resztę liny przez okno i wzięłam głęboki oddech, żeby dodać sobie odwagi.
Tamtej nocy mieliśmy dokonać czegoś wielkiego: zamierzaliśmy wślizgnąć
się do domu pana Robina i wykraść całą czekoladę, którą ukrywał w piwnicy. Pan Robin był starym zrzędą, właścicielem sklepu z czekoladkami
w naszym miasteczku, a do tego największym skąpiradłem, jakie znałam.
Zawsze chwalił się przed nami górami słodyczy, które przywożono mu do
domu, ale wstręciuch nigdy nie podzielił się niczym poza jakimś głupim
lizakiem. Było jasne, że nas nie znosi - mnie i braci Di Bianco: Taylora
i Thiaga.
Taylor był moim rówieśnikiem i kompanem we wszystkich przygodach, a Thiago... no tak, on też był ich częścią, dopóki w dniu swoich trzynastych
urodzin nie oznajmił, że - cytuję - kończy z dziecinadą. Ale tamta noc
naprawę miała być wyjątkowa. Dlatego znów postanowił do nas dołączyć, a ja wiedziałam, że chociaż będzie zgrywał ważniaka i co chwilę dawał nam
do zrozumienia, że jest już dorosły, to tak naprawdę nie był mniej
podekscytowany od nas.
Wyszłam przez okno i kiedy znajdowałam się już w połowie liny,
usłyszałam w dole nadchodzących chłopaków.
- Dawaj, Kami, bo nas przyłapią! - poganiał mnie szeptem Taylor, czym
tylko dodatkowo mnie zestresował.
- Przecież już idę! - odpowiedziałam i przyspieszyłam ruchy, z nadzieją,
że się przy tym nie zabiję. Nasz dom był ogromny, a mój pokój znajdował
się na drugim piętrze, więc miałam do pokonania naprawdę dużą wysokość -
tak dużą, że w ramach przygotowań musieliśmy połączyć aż trzy liny, żeby
sięgnęły do ziemi.
- Ruchy, Kam! - Usłyszałam teraz inny głos. Thiago... Nikt tak jak on nie
potrafił doprowadzić mnie do szału. I do płaczu. I nikt poza nim nie
nazywał mnie Kam.
W głębi serca zawsze chciałam mu udowodnić, że jestem tak samo odważna
jak oni dwaj i że mimo warkoczyków i tych wszystkich kiecek, w które
stroiła mnie mama, wcale nie jestem głupią siusiumajtką. Ale moje
wysiłki na nic się nie zdawały - bez względu na to, ile robali bym
dotknęła, jak daleko bym plunęła i w ilu wspólnych przygodach wzięła
udział, Thiago i tak zawsze się ze mnie naśmiewał i traktował jak małą
dziewczynkę. Dlatego wściekłam się, gdy teraz niecierpliwie złapał mnie
w talii i ściągnął na ziemię, kiedy zostało mi już do pokonania tylko
pół metra.
- Chyba teraz nie stchórzysz, co, księżniczko? - zwrócił się do mnie z tym łobuzerskim błyskiem w oku, takim samym jak u jego brata. Tyle że
gdy to Taylor na mnie patrzył, czułam się spokojna i pewna siebie, a kiedy Thiago wbijał we mnie to swoje zielone spojrzenie, mogłam myśleć
wyłącznie o tym, jak by tu zrobić wrażenie na starszym z braci Di
Bianco.
- Nie mów tak na mnie! Nie cierpię tego, przecież wiesz! -
zaprotestowałam i odsunęłam się od niego.
Wyciągnął rękę i lekko szarpnął mnie za warkoczyk.
- To po co ciągle nosisz te badziewia? - zapytał i ściągnął mi kokardkę.
Na szczęście gumka została na swoim miejscu.
- Oddawaj to! - zawołałam rozzłoszczona.
Tylko się zaśmiał i wcisnął ozdobę do kieszeni.
- Daj jej spokój, T, bo zaraz się poryczy - powiedział Taylor, wziął
mnie za rękę i przyciągnął bliżej siebie.
Mocno ścisnęłam jego dłoń, wściekła na łzy, które napływały mi do oczu.
Taylor ruszył biegiem, a ja razem z nim. Thiago przestał się wygłupiać,
a gdy dotarliśmy nad rzeczkę oddzielającą nasze domy od domu sąsiada
sknerusa, starszy z braci postanowił wreszcie wejść w swoją rolę.
Rzeczka był dość wąska, więc poprzedniego dnia przerzuciliśmy przez nią
deskę, która miała nam teraz posłużyć za kładkę. Taylor bał się wody,
odkąd rok wcześniej o mało się nie utopił, dlatego Thiago przeszedł na
drugi brzeg jako pierwszy, żeby potem nam pomóc. Mogłabym przysiąc, że
kiedy odrzuciłam jego wyciągniętą dłoń, dostrzegłam w jego zielonych
oczach przebłysk aprobaty.
Chwilę później staliśmy przed domem pana Robina. To wszystko było takie
ekscytujące... Dla dziesięciolatki to był akt najwyższej odwagi.
Thiago nachylił się do małego okienka ze zbitą szybą u dołu jednej ze
ścian domu. To my stłukliśmy kiedyś to okno, gdy graliśmy w piłkę, i pan
Robin nigdy jej nie wymienił. A potem odkryliśmy, że trzyma w piwnicy
nieprzebrane ilości czekolad i najróżniejszych słodyczy... Żaden ze
skarbów, jakie wymyślaliśmy w zabawach, nie mógł się równać z tym -
całkowicie realnym.
- Kto pierwszy schodzi? - zapytał Thiago, z uśmiechem wbijając we mnie
wzrok.
- Ty, bo jesteś najstarszy. - Spojrzałam na niego z powagą, w nadziei,
że sama też wydam się, mimo wszystko, starsza, niż w byłam
rzeczywistości.
- Dobra - powiedział z uśmiechem - ale nie ma sensu, żebyśmy schodzili
wszyscy. Dwie osoby wystarczą. Trzecia zostanie na czatach, a potem
przejmie towar.
Towar... Tiago uwielbiał rzucać tekstami, które mnie w życiu nie
przyszłyby do głowy. Jaki znowu towar? Przecież to były słodkości!
Popatrzyliśmy na siebie z Taylorem, wystraszeni i niepewni, co dalej.
Umierałam ze strachu: było okropnie ciemno, a wiatr jakoś tak dziwnie
poruszał drzewami. Choć nigdy w życiu bym się do tego nie przyznała,
koszmarnie bałam się pana Robina, toteż wolałam już zejść z Thiagiem do
piwnicy, niż zostać sama w ogrodzie, gdzie nie wiadomo, co jeszcze mogło
mnie spotkać.
- Ja idę z tobą - powiedziałam, zanim Taylor zdążył zadeklarować to
samo.
- Świetnie. W takim razie ty zostajesz, T - zarządził Thiago. Zwracali
się do siebie nawzajem w taki sam sposób i na początku trudno mi było w tym się połapać, ale z czasem się przyzwyczaiłam. To była specyficzna
komunikacja między braćmi - zresztą nie tylko między nimi, bo imię ich
ojca też zaczynało się na literę T.
Thiago wsunął rękę przez dziurę w szybie, zdjął haczyk i odblokował
okienko, które przy otwieraniu lekko zaskrzypiało. W absolutnej ciszy
panującej dookoła wydało się, że ten dźwięk musiał się rozejść po całym
domu.
- Ciiii! - syknęłam z szeroko otwartymi oczami i ze ściśniętym
żołądkiem. Gdyby nas przyłapał...
Kiedy okno całkowicie się otworzyło, Thiago wychylił się, żeby zajrzeć
do środka.
- Wysoko. Stanę na stole i pomogę ci zejść.
Kiwnęłam głową i zdenerwowana patrzyłam, jak przekłada nogi przez
parapet, a potem bez trudu zeskakuje na stojący na dole stół.
- Tylko szybko wracajcie - poprosił mnie Taylor, z niebieskimi oczami
wytrzeszczonymi z przerażenia.
Przyszła kolej na mnie. Przełożyłam nogi na drugą stronę i zobaczyłam,
że za Chiny nie zeskoczyłabym tam bez pomocy Thiaga, który - w przeciwieństwie do mnie i do Taylora - tego lata wystrzelił w górę jak
szalony, tak że teraz przewyższał nas oboje prawie o głowę.
Kiedy mnie postawił i znaleźliśmy się tam tylko we dwoje, ogarnęło mnie
niezwykłe uczucie, jakby między nami zrodziła się jakaś szczególna więź,
którą można poczuć tylko w obliczu zagrożenia. Uśmiechnęliśmy się do
siebie na widok półek uginających się od czekolad, słodyczy i ciasteczek.
- Dawaj, Kam - powiedział Thiago i pomógł mi zeskoczyć ze stołu.
Rzuciliśmy się zgarniać do plecaków, co tylko się dało. Trafiliśmy do
raju, jaki marzy się każdemu dzieciakowi: tyle słodyczy i wszystkie
dosłownie na wyciągnięcie ręki! Plecaki pękały już w szwach, kiedy
usłyszeliśmy jakiś odgłos.
Z oczami wybałuszonymi ze strachu odwróciłam się do Thiaga.
- Obudził się - stwierdził i też popatrzył na mnie z przerażeniem.
Kolejne hałasy.
Oboje wypuściliśmy to, co akurat trzymaliśmy w rękach, zasunęliśmy
plecaki i podbiegliśmy do okienka. Thiago w ekspresowym tempie przekazał
łupy Taylorowi.
- Leć, zaraz cię dogonimy! - polecił nerwowym szeptem.
Tylor kiwnął głową i puścił się pędem, z dwoma plecakami na ramionach.
Spojrzałam wyczekująco na Thiaga. Musiał mi pomóc się wydostać.
- Podsadź mnie! - zażądałam.
Kiedy odwrócił się w moją stronę, nagle zobaczyłam jego wyszczerzony
uśmiech.
- Najpierw chciałbym coś w zamian - wypalił.
- Dobra, oddam ci trochę moich czekolad, tylko spadajmy już stąd! -
zapiszczałam, pewna, że pan Robin zaraz nas nakryje.
- Nie chcę twoich czekolad... chcę całusa - odpowiedział Thiago, a mnie na
chwilę zupełnie zatkało.
- Fuuuj, nigdy w życiu! - zawołałam bez zastanowienia.
Odwrócił się i oparł dłonie na parapecie, żeby się podciągnąć.
- No to sobie tu siedź - rzucił, gotowy do skoku.
- Czekaj! - krzyknęłam i złapałam go za koszulkę, żeby tylko mnie tam
nie porzucił. Niespodziewanie poczułam, że myśl o pocałunku z Thiagiem
wywołuje u mnie nie tylko obrzydzenie... Obudziła się też we mnie
ciekawość.
- To co, jednak mnie pocałujesz? - zapytał, wpatrzony we mnie uważnie.
Przez moją dziesięcioletnią głowę przelatywały tysiące najróżniejszych
myśli, a kiedy wreszcie przyciągnęłam Thiaga do siebie, poczułam w brzuchu jakieś łaskotanie.
I wtedy on dotknął moich ust swoimi. To było i dziwne, i ciepłe, i obrzydliwe, ale na zawsze zapisało mi się w pamięci, tak samo jak tamten
blask w oczach Thiaga, gdy już się ode mnie odsunął i z promiennym
uśmiechem pomógł mi się wydostać z tamtego piekła pełnego słodyczy.
Trzymając się za ręce, rzuciliśmy się biegiem, żeby dogonić Taylora.
Nigdy nie zapomnę radości i podniecenia, jakie czuliśmy, gdy po
wszystkim zdołaliśmy ocenić nasz łup.
Tamtej nocy przeżyłam swój pierwszy pocałunek... i naszą ostatnią wspólną
przygodę.
1. Kami
1
Kami
Siedem lat później...
Rankiem pierwszego września, gdy tylko
otworzyłam oczy, poczułam w żołądku coś dziwnego - jakby przeczucie, że
w tym roku sprawy przybiorą nareszcie inny obrót. Nie żebym szczególnie
się cieszyła na rozpoczęcie ostatniego roku w liceum, ale jednak
potrzebowałam powrotu do codziennej rutyny. Po ostatnim miesiącu
spędzonym z rodzicami i z młodszym bratem moja cierpliwość była na
wyczerpaniu. Naprawdę nie rozumiałam, dlaczego nasi rodzice co roku
upierali się, żeby na tak długo jechać razem nad morze, skoro ledwo
mogli się wzajemnie znieść.
Mogłabym się założyć, że to nie mama obstawała przy wspólnych wakacjach.
Właściwie to nie miałam wątpliwości, że to mój tata, Roger Hamilton,
wciąż próbuje wierzyć, że nasza rodzina jeszcze się nie rozpadła.
A ja nie zamierzałam pozbawiać go tych złudzeń. Na pewno nie po raz
kolejny.
Pod wpływem tej myśli odruchowo spuściłam wzrok na nadgarstek. Każdego
dnia wielokrotnie wpatrywałam się w tę bliznę - idealnie równy trójkąt
odcinał się jaśniejszym kolorem na tle lekkiej opalenizny. Wciąż
pamiętałam, jak to bolało, i - mimo upływu czasu - ilekroć popatrzyłam
na ten kształt, czułam w piersi ukłucie bólu, nie tylko fizycznego.
Jakim cudem wszystko tak niespodziewanie się wtedy rozpadło? Jak to
możliwe, że niewinne dzieciństwo zakończyło się tak gwałtownie, a konsekwencje ciągnęły się za mną do dziś?
Przegoniłam obraz, który stanął mi przed oczami, i zabroniłam sobie
znowu się dołować czymś, co wydarzyło się wieki temu.
Zwlokłam się z łóżka i weszłam do łazienki. Wszystko w niej było
nieskazitelne, wszystko na swoim miejscu. Czasami tak strasznie mnie
wkurzało, że kiedy wracam do domu, żadna rzecz nie leży tam, gdzie ją
zostawiłam, że miałam ochotę wrzeszczeć i rzucić wszystko w cholerę. A mimo to zawsze i wszędzie prezentowałam tylko tę opanowaną, grzeczną i elegancką wersję własnej osoby. Gdyby tylko ludzie się dowiedzieli, jaka
naprawdę jestem...
Umyłam twarz i zęby i powoli szczotkując włosy, przyglądałam się swojej
twarzy. Nie mogłam powiedzieć, że się sobie nie podobałam, chociaż
wolałabym być mniej podobna do mamy. Odziedziczyłam po niej blond włosy,
tyle że moje lekko falowały, i miałam identyczne jak ona dołeczki w policzkach. Przynajmniej nie miałam błękitnych oczu, jak ona, tylko
brązowe, jak tata, i ozdobione długimi, gęstymi rzęsami. Aparat na zęby
nosiłam na szczęście tylko przez rok, więc kiedy szłam do liceum, mój
zgryz był już idealny.
Chociaż jasne, jak każdy, miałam też swoje kompleksy, a mama tylko mnie
w nich utwierdzała. Na przykład jako piętnastolatka dostałam trądziku -
normalna rzecz u dziewczyny w tym wieku, zresztą wiele koleżanek wciąż
na co dzień się z tym zmagało. Pewnie, że nie znosiłam tych czerwonych
kropek, które bez zapowiedzi wyskakiwały mi na brodzie czy czole, ale
mama zrobiła z nich prawdziwy dramat: wysłała mnie do pięciu
dermatologów, a potem zmusiła do zmiany diety i poddania się leczeniu,
na które wydała fortunę.
Dwa lata później miałam cerę jak brzoskwinia... a mimo to dalej malowałam
się przed wyjściem do szkoły, bo jeszcze ktoś mógłby dojrzeć moje
podkrążone oczy albo tych kilka piegów. Kamila Hamilton zawsze musiała
prezentować się perfekcyjnie, tak jak jej matka - królowa śniegu -
wysoka, chuda, elegancka blondynka z obsesją na punkcie wyglądu, nigdy
nietracąca chłodnego spokoju w obecności innych ludzi. W życiu nie
widziałam, żeby dała się ponieść emocjom... Poza tą jedną nieszczęsną
sytuacją, gdy przez moją dziecięcą ciekawość wszystko się posypało.
Obok mojej toaletki, na sklepowym manekinie wisiała luźna granatowa
sukienka. Była zachwycająca. Prosta i - jak wszystkie ubrania trafiające
do mojej szafy - strasznie droga. Wolałabym włożyć ją na jakąś uroczystą
kolację czy inną elegancką okazję, a nie pierwszego dnia roku szkolnego.
Ale mama taka już była: gdy mi coś kupowała, to zastrzegała sobie prawo
decydowania, kiedy po raz pierwszy mam to na siebie włożyć. Nie
potrafiłam się przed nią bronić. Wiecznie zmuszała mnie do stwarzania
pozorów, a ja byłam tym zbyt zmęczona, żeby się jej przeciwstawić.
Umalowałam się i ubrałam. Sukienka była krótka, bo temperatura na dworze
sięgała czterdziestu stopni, a ładne białe sandałki, które do niej
włożyłam, podkreślały letnią opaleniznę.
Spodobało mi się odbicie, które zobaczyłam w lustrze, ale spojrzenie -
już mniej. Dlaczego byłam taka smutna? To przez Daniego?
Tego lata sprawy z nim przybrały naprawdę kiepski obrót. Wciąż
wspominałam tamtą noc jako najgorszą w życiu. Po jaką cholerę ja to
zrobiłam? Po co mu ustąpiłam i zgodziłam się na coś, na co nie byłam
gotowa?
Zaczęłam chodzić z Danim w dniu swoich piętnastych urodzin. Od pocałunku
z Thiagiem nie całowałam się z nikim innym i zdecydowałam się na to po
raz kolejny właśnie dopiero z Danim. Od tamtego momentu staliśmy się
nierozłączni, ale - gdy nasze rodziny zaczęły planować nam życie i decydować za nas, co i kiedy mamy robić - nasza relacja, która zrodziła
się jako zwykły licealny związek, przekształciła się w jakieś absurdalne
zobowiązanie. Dani był synem burmistrza, a mój tata prawnikiem
zarządzającym jego majątkiem. Tata studiował na najlepszych uczelniach,
z wyróżnieniem ukończył Yale i doktoryzował się z zarządzania i inwestycji giełdowych na Uniwersytecie Nowojorskim. Zarządzał fortunami
wielu przedsiębiorców, włączając tych kilku mieszkających w naszym
miasteczku, czyli w Carsville. Wiele podróżował, więc rzadko się
widywaliśmy, ale kochałam go najbardziej na świecie.
Dla mojej mamy - królowej pozorów - wiadomość, że jej córka spotyka się
z synem burmistrza, była jak obietnica wycieczki do Disneylandu.
Początkowo nie posiadałam się z radości, że wreszcie udało mi się ją
zadowolić, ale z czasem zaczęłam się czuć w tej relacji jak w klatce, bo
właściwie nie miałam w niej prawa głosu. Chociaż Dani niezbyt przejmował
się swoimi rodzicami, to i on odczuwał rosnącą presję. Z uroczego
przystojniaka, w którym szaleńczo się zakochałam, zmienił się w wiecznie
niezadowolonego kolesia zdolnego myśleć wyłącznie o seksie. Wciąż był mi
bardzo bliski, ale moje zakochanie minęło. Zwłaszcza po tym, do czego
doszło w czasie naszego ostatniego spotkania.
Z nadzieją, że przegonię to wspomnienie, zamknęłam oczy i starałam się
zignorować wewnętrzny głos, który nie przestawał mi przypominać, że
prędzej czy później Dani i ja będziemy musieli o tym pogadać. Wakacje
były dla mnie świetnym pretekstem, żeby dać sobie trochę czasu, którego
tak bardzo potrzebowałam, ale wciąż mieliśmy sobie wiele do wyjaśnienia.
Przeżyć z chłopakiem swój pierwszy raz, a zaraz potem go rzucić. Trochę
to słabe.
- Co ci jest? - zapytał mnie po wszystkim.
Zrobiliśmy to u niego w pokoju, kiedy jego rodzice wyjechali na weekend.
Po dwóch latach związku nasze oczekiwania wobec seksu były mocno
wyśrubowane.
I chociaż pozornie było nam wtedy wspaniale, to nagle poczułam, że mam
policzki mokre od łez, których nie byłam w stanie powstrzymać. Nie
mogłam przestać szlochać, i to wcale nie z bólu.
Płakałam, bo chociaż zrobiłam to z Danim - kimś, kto mnie kochał i szanował - nie potrafiłam przestać myśleć o chłopaku, w którym, w głębi
serca, wciąż byłam zakochana.
Wróciłam do rzeczywistości dopiero, kiedy w drzwiach stanął mój brat
Cameron.
- Mama mówi, że masz mnie zawieźć do szkoły - oświadczył, a ja
odwróciłam się do niego ze zmarszczonymi brwiami.
Brat uczył się w tej samej szkole co ja, tyle że w innym budynku.
Skrzydło, w którym mieściła się podstawówka, łączyło się z liceum długim
korytarzem, gdzie często organizowano przeróżne wystawy. Zazwyczaj
zaczynałam lekcje godzinę przed Cameronem, więc zwykle to mama go
woziła, żeby mógł trochę dłużej pospać.
Spojrzałam na niego. Był tak obładowany, jakby wybierał się na obóz
przetrwania, a nie do szkoły. Spakował się w plecak niemal większy od
niego samego, pod pachą ściskał swoją iguanę Juanę, a do paska przypiął
manierkę, latarkę i przeróżne inne ustrojstwa.
- Cameron, nie możesz iść do szkoły z tym wszystkim - poinformowałam go
cierpliwie.
- Dlaczego nie? - zapytał zdegustowany, marszcząc przy tym jasne brwi i mocniej przyciskając do siebie iguanę. Było to ogromne, paskudne
stworzenie, ale ponieważ brat bardzo je kochał, to i ja je darzyłam
sympatią, byle na odległość.
- Bo nie wpuszczą cię z tym nawet na dziedziniec - powiedziałam i cmoknęłam go w czubek głowy, po czym zarzuciłam sobie na ramię torbę i zgarnęłam kluczyki do samochodu. - Zjadłeś śniadanie? - zapytałam,
wychodząc z pokoju.
Brat ruszył za mną. Miał już sześć lat, a właściwie prawie siedem, ale
ja wciąż widziałam w nim czterolatka, bo nadal był równie słodki i nieznośny.
- Tak, chyba z godzinę temu. Strasznie długo spałaś. Mama się na ciebie
wkurzy - odpowiedział i prawie potknął się o jeden z tych wszystkich
gratów, które ze sobą taszczył.
- Czekaj, daj mi to. - Odebrałam mu wędkę do łapania żab. - Serio,
Cameron? - zapytałam, oglądając ją z niedowierzaniem. - Odnieś to
wszystko do swojego pokoju.
- Dooobra - przeciągnął to słowo do granic możliwości.
Kiedy zniknął za drzwiami, ruszyłam w dół po ogromnych schodach. Jako
dziecko miałam fioła na ich punkcie - siadałam na poręczy i zjeżdżałam
na sam parter. Przez jedną szaloną chwilę wyobraziłam sobie, że teraz to
powtarzam.
- Co robisz, Kamilo? - Głos był miękki i lodowaty jednocześnie.
Spojrzałam na mamę stojącą u podnóża schodów. Westchnęłam i ruszyłam w jej stronę. Anne Hamilton była olśniewającą pięknością, która rzuciła
wyzwanie upływowi czasu. Z dnia na dzień wydawała się coraz młodsza za
sprawą tysięcy dolarów, które inwestowała, żeby wyglądać na dwadzieścia
lat zamiast na czterdzieści.
- Dzień dobry, mamo - powiedziałam i wyminęłam ją, żeby wejść do kuchni.
- Ładnie ci w tej sukience, co? Mówiłam, że to świetny pomysł włożyć ją
pierwszego dnia szkoły - podkreśliła i poszła za mną do kuchni. - Jaka
szkoda, że nie jesteś mojego wzrostu. Chociaż w tym wieku możesz jeszcze
urosnąć...
Gdy tylko zaczęła swoją odwieczną tyradę, włączyłam w głowie tryb
wyciszenia. Nie musiałam jej słuchać. Na pamięć znałam sens jej słów:
Nie jesteś dość perfekcyjna. Nie dla mnie.
Kuchnia nie ustępowała rozmiarami pozostałym pomieszczeniom w domu.
Wielkie okno wpuszczało do środka mnóstwo światła i oferowało
panoramiczny widok na pola rozciągające się za posiadłością. Przy
śniadaniu krzątała się już Prudence, kucharka, która pracowała u nas,
odkąd sięgnę pamięcią. Była tak urocza, że na sam jej widok od razu się
uśmiechałam.
- Cześć, Prue - przywitałam się.
Smażyła właśnie jajka na bekonie. Ślinka napłynęła mi do ust.
- Dzień dobry, panienko - odpowiedziała formalnie, bo obok stała mama. -
To co zwykle? - zapytała.
- A mam jakiś wybór...? - odpowiedziałam, po czym oparłam brodę na dłoni i patrzyłam, jak Prue kroi grejpfruta i stawia go przede mną wraz z filiżanką kawy. Co ja bym dała, żeby spałaszować te jajka...
- Kamilo, proszę cię, żebyś zabrała dziś Camerona do szkoły. A w drodze
powrotnej zajrzyj do klubu. Pomożesz mi przygotować podwieczorek dla
członkiń komitetu rodzicielskiego - poleciła mi mama i zignorowała moje
westchnienie.
- Dobrze - odpowiedziałam mechanicznie.
W tej samej chwili dołączył do nas tata - wysoki, z wydatnym brzuchem, z ciemnymi włosami przeplatanymi siwizną i z uśmiechem, który zawsze mnie
rozczulał. Pierwsze, co zrobił, to pocałował mnie w czubek głowy.
- Cześć, ślicznotko - powiedział i usiadł koło mnie.
Tata był całkowitym zaprzeczeniem mamy. Na widok moich rodziców człowiek
od razu utwierdzał się w przekonaniu, że przeciwieństwa się przyciągają.
Kiedyś musieli coś w sobie nawzajem zobaczyć, skoro wzięli ślub i spłodzili dwójkę dzieci, ale mimo wszystko byłam pewna, że podobne
związki mają swoją datę ważności. Wystarczyło przyjrzeć się ich
małżeństwu: jedyną rzeczą, która trzymała ich razem, była dobroduszność
taty, powstrzymująca go przed zmierzeniem się z tą nieprzystępną, zimną
kobietą, pod której wpływem wszyscy żyliśmy.
Bardzo kochałam tatę. W danych okolicznościach nie mógł być lepszym
ojcem, choć w głębi serca wiedziałam, że na jakimś poziomie wciąż ma do
mnie żal, że wyznałam mu, co zobaczyłam jako mała dziewczynka tamtego
wieczoru, niemożliwego do wyrzucenia z pamięci. Powiedzenie "czego oczy
nie widzą, tego sercu nie żal" idealnie streszczało filozofię człowieka,
który właśnie usiadł obok mnie i zaczął pochłaniać wysmażone jajka,
zupełnie jakby nie zgromadził jeszcze w żyłach wystarczającej ilości
cholesterolu.
Kiedy w drzwiach zjawił się mój brat, wstałam, gotowa jak najszybciej
wyrwać się z tej kuchni wypełnionej napięciem i niewypowiedzianymi
pretensjami.
Cameron zostawił zabawki w swoim pokoju i, dzięki Bogu, ubrał się w rzeczy przygotowane dzień wcześniej przez mamę: dżinsy i markową
polówkę, która raczej nie miała wielkich szans przetrwać całego dnia w stanie używalności. Nigdy nie pojmę, po co wydawać fortunę na ciuchy od
Ralpha Laurena dla dzieciaka, który i tak zaraz będzie się w nich tarzał
po podwórku.
Wyszliśmy z domu i ruszyliśmy do mojego samochodu - białego kabrioletu,
który kiedyś należał do mamy, póki nie zastąpiła go czerwonym
błyszczącym audi - gdy mimowolnie zahaczyłam wzrokiem o ciężarówkę firmy
przeprowadzkowej zaparkowaną przed sąsiednim domem.
Na chwilę dosłownie stanęło mi serce. A zaraz potem wpadło w dziki
galop.
- Będziemy mieli sąsiadów? - z przejęciem zapytał mnie brat.
Od siedmiu lat nikt w tym domu nie mieszkał. Tak samo zresztą jak w domu
pana Robina, który zmarł przed czterema laty. Mój brat wiecznie
marudził, że nie ma się z kim bawić, i ekscytacja w jego głosie jasno
dała mi do zrozumienia, że dla niego ten widok oznaczał coś całkowicie
przeciwnego niż dla mnie.
Założyłam okulary przeciwsłoneczne, żeby lepiej widzieć, i ze ściśniętym
sercem patrzyłam, jak obok ciężarówki parkuje teraz motocykl. Ktoś z niego zsiadł i skierował się w stronę domu. Odległość nie pozwalała mi
dojrzeć, kto to taki, ale mrowienie, które poczułam w całym ciele, mogło
oznaczać tylko jedno.
- Spóźnisz się - usłyszałam za plecami głos brata. Tak bardzo
skoncentrowałam się na tamtej postaci i próbie jej rozpoznania, że
wyleciało mi z głowy, dokąd w ogóle jedziemy.
- Wsiadaj - powiedziałam i otworzyłam mu drzwi od strony pasażera.
- Możemy jechać z otwartym dachem? - zapytał Cameron, wiercąc się na
siedzeniu.
Kliknęłam odpowiedni przycisk. Poruszałam się automatycznie, bo
wszystkie moje myśli krążyły wokół motocyklisty.
Uruchomiłam silnik, wycofałam i włączyłam się do ruchu. Za chwilę miałam
minąć tamten dom, z którym wiązało się tyle wspomnień, i zobaczyć, kto
będzie w nim teraz mieszkał.
Wystarczyła mi sekunda dla potwierdzenia tego, co już wcześniej
przeczułam każdą komórką ciała. Spięłam się pod spojrzeniem zielonych
oczu, które wpijały się w moje, mimo że ukryte za okularami. Bracia Di
Bianco wrócili. A w każdym razie wrócił jeden z nich.
Zanim dotarliśmy do szkoły, musiałam wysłuchać wszystkich hipotez brata
na temat naszych nowych sąsiadów. Nie zamierzałam mu wyjaśniać, że ja
akurat doskonale wiem, kim oni są i że z całą pewnością nie było wśród
nich żadnego dziecka w jego wieku. Pozwoliłam mu fantazjować, a potem
pożegnałam go szybkim całusem, bo teraz już rzadko pozwalał się
przytulać i całować, w każdym razie w miejscach publicznych.
Potem pojechałam prosto na parking pod liceum. Na szczęście przed laty,
po burzliwej dyskusji, moi rodzice zrezygnowali z pomysłu posłania mnie
do elitarnej szkoły prywatnej. Zgodzili się w końcu, że skoro mama
chodziła kiedyś do tego liceum, to i mnie kontakt z osobami różnego
pokroju na pewno pozwoli wykształcić silny charakter... Nie byłam wtedy
pewna, co dokładnie miało oznaczać użyte przez nich określenie, choć od
początku podejrzewałam, że musi mieć związek ze stanem kont bankowych
rodzin moich przyszłych koleżanek i kolegów.
Teraz rozpoczynałam właśnie ostatni rok nauki i obiecałam sobie, że coś
się w końcu zmieni, a zwłaszcza sposób, w jaki postrzegają mnie ludzie
ze szkoły. Miałam już dosyć ciągłego noszenia tej maski perfekcji,
skrywającej wszystko, co działo się w moim wnętrzu. To miał być mój rok...
Tyle że pojawienie się Thiaga Di Bianco tuż pod domem za cholerę nie
wpisywało się w ten plan.
Obraz, który od pół godziny stał mi przed oczami, miał niewiele
wspólnego z tamtym niezgrabnym zielonookim chłopcem o jasnobrązowych
włosach, właściwie prawie blond. Thiago się zmienił. Z całą pewnością
urósł - był teraz wzrostu swojego ojca, co mnie nie zdziwiło, bo już
jako dzieciak przerastał wszystkich rówieśników.
Dlaczego wrócił?
Kiedy wysiadłam z samochodu na licealnym parkingu, mnóstwo twarzy
zwróciło się w moją stronę. Wszyscy chcieli zobaczyć tę popularną
dziewczynę, którą mimowolnie się stałam.
Wiedziałam, co się będzie teraz działo: ocenią mój strój, fryzurę,
makijaż, a jeśli choć jeden szczegół okaże się nie dość wow, nie tak
olśniewający jak zwykle, to po szkole od razu rozejdą się złośliwe
komentarze. Oczywiście za moimi plecami.
Nagle burza jasnych loków przesłoniła mi widok na niedyskretnych
obserwatorów i po chwili zatonęłam w ciepłych, przyjaznych objęciach.
- Witaj, lady Kamilo! - zawołała moja najlepsza przyjaciółka Ellie.
Przyjaźniłyśmy się od pierwszej klasy. Ona była wtedy zupełnie nowa w miasteczku, więc w przeciwieństwie do całej reszty nie patrzyła na mnie
jak na jakąś lokalną celebrytkę.
- Błagam, nie mów tak do mnie, wiesz, że tego nie cierpię -
zaprotestowałam i przytuliłam się do niej. - Chcesz, żebym ja ciebie
nazywała elfką?
Pokazała mi język, bo nienawidziła tego przezwiska. Tak naprawdę wcale
nie nazywała się Ellie. Rodzice dali jej na imię Galadriela, na cześć
elfki z Władcy pierścieni. A najgorsze - w każdym razie dla jej taty -
było to, że Ellie szczerze nie cierpiała ani tej serii książek, ani
filmów, ani w ogóle tych wszystkich nerdowskich klimatów, łącznie ze
swoim własnym imieniem. Co mnie dostarczało oczywiście mnóstwa radochy,
bo mogłam do woli ją tym drażnić.
Chwilę później otoczyła mnie reszta koleżanek - wszystkie spragnione
opowieści z wakacji. Zawsze chciały wiedzieć, dokąd wyjechałam i co
sobie kupiłam. Carsville to małe miasteczko, więc każda nowinka była
atrakcją dnia, zwłaszcza dla dziewczyn, które całe lato spędzały na
miejskim basenie. Podróże mojej rodziny brzmiały dla nich jak urywki z filmu. Choć w rzeczywistości nie bardzo było mi czego zazdrościć.
Na szkolnym korytarzu wszyscy mnie pozdrawiali i uśmiechali się szeroko.
Połowę znałam od zawsze, pozostałych kojarzyłam z widzenia. Przystanęłam
przy swojej szafce, żeby wyjąć zeszyt i długopis - pierwszego dnia i tak
zazwyczaj niewiele się działo. Chloe, Kate i Marissa trajkotały o naszym
balu absolwentów. Jeszcze nie zaczęliśmy nauki, a one już planowały
wielki finał.
W tym roku czekała mnie masa nauki, jeśli naprawdę chciałam się dostać
na Yale, żeby studiować tam, gdzie mój tata. Zamierzałam wyjechać jak
najdalej od domu i wracać właściwie tylko po to, żeby zobaczyć się z bratem.
W chwili, gdy o tym myślałam, a moje przyjaciółki nadal paplały tuż
obok, ktoś podszedł do mnie z boku, objął mnie w pasie i przyciągnął do
siebie. Nie musiałam nawet patrzeć, żeby wiedzieć kto to. Wszędzie
rozpoznałabym ten zapach.
- Cześć, skarbie - wyszeptał mi Dani prosto do ucha.
Przeszedł mnie dreszcz. Ale wcale nie był przyjemny.
Odwróciłam się, żeby spojrzeć Daniemu w oczy.
- Hej! - wykrzyknęłam z przesadnym entuzjazmem. Nawet dla mnie
zabrzmiało to sztucznie.
Dani był przystojny. Wysoki, umięśniony kapitan drużyny koszykówki.
Ciemnobrązowe włosy, niebieskie oczy. Mogłabym kontynuować, ale i tak
żaden opis nie zbliżyłby się do oryginału. Każda dziewczyna dałaby się
pokroić, żeby Dani został jej chłopakiem. Ale nie ja. Teraz już nie.
- Cudnie wyglądasz - powiedział, przyciągnął mnie bliżej i pocałował w usta.
W tej chwili ktoś przeszedł obok i zatrzymał się przy szafce niecały
metr dalej.
W jednej sekundzie żołądek zacisnął mi się w pięść.
- Przepraszam na chwilę - powiedziałam jakby w transie. Odsunęłam się od
Daniego, świadoma, że wszyscy mnie obserwują, i ruszyłam wzdłuż rzędu
szafek.
Wiedziałam, że i on mnie już zauważył, bo spiął się na całym ciele. A potem wziął głęboki oddech, zamknął szafkę i odwrócił się w moją stronę.
Też się zmienił. Był starszy. I niemal tak wysoki jak jego brat. Wciąż
miał tak samo niebieskie oczy, ale nie patrzyły już na mnie z tamtym
dziecięcym błyskiem, który dzieliliśmy, ilekroć robiliśmy coś głupiego
albo pakowaliśmy się w kolejne tarapaty. Dziś już nic nie zostało z tamtej więzi, z zaufania, z porozumienia. Włosy też miał teraz inne -
już nie prawie blond, jak jego brat, tylko jasnobrązowe - a na jego szyi
dostrzegłam tatuaż, chyba jakiś celtycki symbol.
- Cześć, Taylor - szepnęłam prawie niedosłyszalnie.
Przez moją głowę przepływały kolejne obrazy. Tyle ich było... Tyle
wspólnych chwil, tyle zabaw i śmiechu.
Obrzucił mnie szybkim spojrzeniem i zobaczyłam w jego oczach cień
zaskoczenia, jakbym nie była tą samą osobą, którą zapamiętał.
- Cześć, Kami - powiedział chłodno, nieufnie.
Sposób, w jaki na mnie spojrzał - zupełnie inny niż dawniej - sprawił,
że coś zacisnęło się w moim wnętrzu.
- Wróciliście - stwierdziłam. Choć zabrzmiało to bardziej jak pytanie.
- Tak - odpowiedział i poprawił szelki plecaka, jakby skonsternowany.
Było tyle rzeczy, które chciałabym mu powiedzieć, tyle spraw, którymi
chciałabym się z nim podzielić. Mój świat całkowicie się zmienił od
naszego ostatniego spotkania.
Szczęście, śmiechy, przygody - to wszystko minęło, zastąpione pozorami
perfekcji i bezbrzeżną nudą. A przecież kiedyś Tylor był moim
powiernikiem, moim obrońcą. On i jego brat byli mi tak bliscy, a potem
nawet nie zdążyliśmy się pożegnać. I teraz, po siedmiu latach, pojawiają
się nagle nie wiadomo skąd, a on nie ma mi zupełnie nic do powiedzenia?
To prawda, że moja mama rozbiła ich rodzinę. Ale przecież rozbiła przy
tym też moją. Nie potrafiłam zrozumieć, skąd u niego ten chłód w stosunku do mnie. Tak bardzo chciałam go teraz przytulić i choć przez
chwilę poczuć się tak jak kiedyś.
- Jak dobrze cię znowu widzieć - powiedziałam, kiedy wreszcie zdobyłam
się na odwagę. - Tęskniłam za tobą. Za tobą i za twoim...
- Muszę iść. - Nie pozwolił mi nawet dokończyć.
Zadzwonił dzwonek. Wzdrygnęłam się, zaskoczona jego dźwiękiem, a Taylor
ominął mnie i odszedł w swoją stronę. Nie tak miało wyglądać nasze
pierwsze spotkanie po latach.
Tysiące razy przed snem wyobrażałam sobie, jak to będzie, kiedy znowu
ich zobaczę - Taylora i Thiaga. I nigdy nie przypuszczałam, że wszystko
okaże się takie dziwne i bolesne.
Poczułam, że zaczynam się rozklejać, a właściwie poznałam to po
spojrzeniach ludzi wokół. Ale szybko z powrotem założyłam swoją maskę -
tę, którą codziennie nosiłam na szkolnych korytarzach. Zdołałam
przełknąć łzy, zanim zdążyły mnie zdradzić.
- Na co się gapicie? - rzuciłam w przestrzeń. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam prosto do klasy. Moje przyjaciółki poszły za mną. Przez całą
pierwszą lekcję nie powiedziały ani słowa i byłam im za to wdzięczna.
Emocje próbowały wziąć nade mną górę, ale przecież lodowa księżniczka -
córka królowej śniegu - nie mogła na coś takiego pozwolić.
2. Thiago
2
Thiago
Nie minęło nawet pół dnia, odkąd wróciłem,
a już prześladował mnie jej obraz. Kam... Niech to szlag. Dlaczego do
cholery jej widok aż tak mnie ruszył? Przecież nawet nie przypominała
już tamtej smarkuli, za którą szalałem jako dzieciak. Ta zimna,
wystrojona panna nie miała nic wspólnego z rozczochraną dziewczynką w warkoczykach, z której lubiłem stroić sobie żarty. Widziałem ją raptem
przez chwilę, ale ten widok już zdążył mi się wryć w głowę. Urosła. I wypiękniała - wiadomo. Zawsze była ładna, ale nie spodziewałem się
takiego uczucia żalu na jej widok. Kamila Hamilton nie była już moją
przyjaciółką. Nie była już też dla mnie pierwszą dziewczyną, którą
pocałowałem, tą, w której bujałem się jako dzieciak, a przynajmniej tak
mi się wtedy wydawało. Teraz widziałem w niej tylko córkę kobiety, która
zniszczyła życie mojej rodzinie. To przez nią ojciec nas porzucił, a mama przestała się uśmiechać. Nienawidziłem Hamiltonów z całych sił, a Kamili najbardziej. Gdyby mnie wtedy posłuchała, gdyby gówniara trzymała
gębę na kłódkę, wszystko ułożyłoby się inaczej: mama nie wpadłaby w depresję i nie wpakowałaby się w związek z typem, który ją maltretował,
a ja nie musiałbym teraz odrabiać sześciuset godzin prac społecznych za
rozkwaszenie mu gęby. Gdyby Kamila nic wtedy nie powiedziała. Gdyby
tylko...
A teraz, kiedy zobaczyłem ją taką szczęśliwą i zadowoloną z siebie, w tym kabriolecie, beztroską i otoczoną bogactwem, aż się we mnie
zagotowało.
Ona nie musiała przechodzić przez to wszystko, co mój brat i ja. Jej
rodzina się nie rozpadła. Nadal byli razem, nie mieli żadnych problemów
finansowych, nie musieli zasuwać na budowie, żeby nie wylądować na
bruku. Kamila nie wyleciała ze studiów i nie była zmuszona wrócić do
liceum, żeby odklepać prace społeczne za odwalenie krzywej akcji. W przeciwieństwie do mnie.
No dobra, mój ojciec nie był wtedy mniej winny od nich, tyle że on od
zawsze był palantem. Zdradził mamę nie raz i nie dwa. Wiedziałem o tym
już dużo wcześniej, bo nawet się nie pilnował, kiedy przyprowadzał do
domu swoje "koleżanki". Nie obchodziło go, że piętro niżej, pod opieką
niani, bawią się jego synowie. Tylko mama zdawała się tego wszystkiego
nie widzieć i wolała żyć w błogiej nieświadomości. Karmiła się
kłamstwami, ale przynajmniej była szczęśliwa.
Właśnie dlatego błagałem Kam, żeby nikomu o tym nie mówiła, żeby
siedziała cicho. Ale gdzie tam - głupia dziewczyneczka wyśpiewała
wszystko jak na spowiedzi. No i zrujnowała nam życie.
A teraz tu wróciliśmy. Minęło siedem lat od rozwodu rodziców, siedem
lat, odkąd ojciec stopniowo przestał nas nawet odwiedzać. Przesyłał już
tylko comiesięczne przelewy - dokładnie tyle, ile nakazał sąd. To było
wszystko, co zostało z naszych relacji.
Cholerny palant zupełnie nas porzucił - swoich dwóch synów i kobietę,
która dała mu wszystko. Powiedział, że nie jest w stanie z tym żyć, że
nie potrafi dłużej z nami mieszkać, że nie umie o tym wszystkim
zapomnieć. A mimo to mama wciąż po kryjomu za nim płakała. Wciąż nie
zdołała się pozbierać.
Mój brat Taylor zniósł to najlepiej z naszej trójki. Dbałem o to, żeby
mama nie obarczała go swoim cierpieniem, żeby nigdy przy nim nie
płakała. To ja zostałem jej ratownikiem. Jako trzynastolatek byłem
świadkiem każdej awantury między rodzicami, a w dodatku musiałem
zeznawać w sądzie, że od lat wiedziałem o zdradach ojca. Prawie dobiłem
tym mamę, ale nie mogłem pozwolić, żeby to wszystko uszło mu na sucho.
Dzięki moim zeznaniom udało nam się przynajmniej zachować dom, choć i tak niewiele nam z tego przyszło, bo mama nie zamierzała dalej mieszkać
obok Hamiltonów. Przerastało ją to. Nie zdecydowała się też na wynajem.
Czasem naprawdę ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, bo płaciliśmy czynsz
za mieszkanie na Brooklynie i jednocześnie utrzymywaliśmy dom w Carsville. Wielokrotnie się z nią o to kłóciłem, ale mama była
nieugięta: dom ma pozostać zamknięty i koniec tematu.
A teraz musieliśmy do niego wrócić. I to przeze mnie.
Z biegiem lat każde z nas nauczyło się jakoś żyć z nową sytuacją. Ja
wziąłem na siebie zapewnienie Taylorowi możliwie normalnego dzieciństwa.
I zapłaciłem za to swoim własnym, które skończyło się z dnia na dzień.
Zanim się zorientowałem, stałem się dzieciakiem uwikłanym w problemy
dorosłych.
Byłem tak wściekły na cały świat, że zacząłem trzymać się z niewłaściwymi ludźmi. Oceny leciały w dół, zaczęły się bójki, wylali
mnie ze szkoły. A kulminacja nastąpiła zeszłego lata, kiedy przyłapałem
pieprzonego faceta mojej mamy, jak kopał ją po brzuchu, niemal
nieprzytomną na podłodze. Cały gniew, który latami tłumiłem, w jednej
chwili poszedł w pięści i rozładowałem go na tym gnoju. Problem w tym,
że on - jako ordynator oddziału pediatrii w nowojorskim szpitalu - użył
później wszystkich swoich znajomości, byle tylko wsadzić mnie do pudła.
Ostatecznie wylądowałem na warunkowym. Jedna wpadka i trafię za kratki.
A na to nie mogę sobie pozwolić.
W ten sposób znowu znaleźliśmy się w Carsville, gdzie się urodziłem i gdzie cieszyłem się szczęśliwym dzieciństwem, dopóki wszystko się nie
posypało. Bo było to jedyne miejsce, gdzie ktoś jeszcze zgodził się dać
mi szansę na uniknięcie więzienia. Łudziłem się, że może rodzina
Hamiltonów już się stąd wyniosła, ale niestety wszystko zostało po
staremu. No, może z tą różnicą, że teraz byliśmy starsi i że
siedzieliśmy po uszy w gównie - przynajmniej ja.
Taylor był już w szkole. Ekipa od przeprowadzek zrzuciła pudła jak leci
- część w hallu, część w salonie. A ja musiałem teraz zostawić mamę samą
z całym bajzlem, bo na drugiej lekcji miałem już być w liceum, żeby
rozpocząć darmową robotę jako pomocnik trenera koszykówki. Miałem też
pomagać w sekretariacie i zostawać po lekcjach z uczniami, którzy
dostali szlaban. Wiem, wiem - żyć nie umierać.
Mama zaczynała pracę jako pielęgniarka w szpitalu w Carsville dopiero
następnego dnia, więc to na nią spadła reszta przeprowadzki. Wsiadłem na
motor i ruszyłem do szkoły, którą ostatni raz odwiedziłem jako
pierwszoklasista. Myśl o powrocie do liceum to koszmar każdego
dwudziestolatka. A w każdym razie mój na pewno, bo przecież sam dopiero
co zakończyłem naukę na tym poziomie.
Kiedy dotarłem na miejsce, parking był zastawiony autami, ale nie było
już na nim żadnych uczniów - wszyscy zapewne siedzieli na lekcjach.
Postawiłem motor w bezpiecznym miejscu, kask wziąłem pod pachę,
poprawiłem okulary przeciwsłoneczne i skierowałem się do sekretariatu.
Przywitała mnie tam dziewczyna niewiele starsza ode mnie, z uśmiechem
jednocześnie promiennym i zmęczonym. Pierwszy dzień szkoły to musiała
być dla niej masakra - ogarnianie planów lekcji i tych wszystkich spraw
organizacyjnych.
Spojrzała na mnie zaciekawiona.
- Jak mogę ci pomóc? - zapytała.
Chociaż miałem dwadzieścia lat, spokojnie mogłem uchodzić za ucznia
ostatniej klasy.
- Thiago Di Bianco. Przyszedłem...
- ...odrobić godziny na rzecz społeczności, wiem - dokończyła przyjaźnie,
bez cienia osądu. Miała blond włosy i niebieskie oczy. Była naprawdę
ładna i pewnie połowa uczniów sekretnie się w niej kochała. Ale mnie
jakoś nie ruszała.
- No właśnie. Jeśli dasz mi plan, to więcej nie będziesz musiała mnie
oglądać - rzuciłem i usiadłem po drugiej stronie jej biurka.
Zamrugała kilka razy, kiedy zsunąłem okulary i spojrzałem jej prosto w oczy.
- Dyrektor Harrison chce cię widzieć. Ma ci podobno wszystko wyjaśnić,
zasady i tak dalej - powiedziała i zaśmiała się cicho. Nie byłem pewien,
czy mnie to zirytowało, czy może nawet trochę mi się spodobało.
- Jasne - odpowiedziałem. Wziąłem kartkę, którą mi podała, i podniosłem
się z miejsca.
- Tam jest jego gabinet. - Wskazała mi drzwi z tabliczką DYREKTOR. - A tak w ogóle to jestem Sarah - dodała i wyciągnęła do mnie rękę.
Uścisnąłem ją. Była miękka i ciepła.
- Miło cię poznać, Sarah - powiedziałem dość oschle i odwróciłem się w stronę gabinetu dyrektora. To było dziwne uczucie znaleźć się znowu w szkole i nie czuć się już jak siedemnastolatek.
Dyrektor Harrison był tym samym człowiekiem, którego pamiętałem z pierwszego i jedynego roku nauki w tym liceum. Poprosił, żebym usiadł.
Zrobiłem to bez słowa i przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. W przeciwieństwie do sekretarki on wyglądał na rozczarowanego.
Uśmiechnąłem się krzywo.
- Panie Di Bianco, miło znów pana u nas widzieć - powiedział z uśmiechem, który nie miał nic wspólnego z radością. - Żałuję, że nie w innych okolicznościach, ale cóż, nie będę narzekał.
- Dziękuję, panie dyrektorze. Z wzajemnością - odpowiedziałem z uśmiechem.
- Przejdźmy do rzeczy. - Oparł łokcie na biurku i pochylił się lekko w moją stronę. - Masz dwadzieścia lat i jesteś tu, bo stan Wirginia
oczekuje, że odpracujesz swoje winy. Wyświadczam twojej matce przysługę,
pozwalając ci zrobić to w szkole, a nie na zmywaku w stołówce, więc
chciałbym, żebyśmy się dobrze zrozumieli co do twoich obowiązków.
Będziesz wspierał trenera Claba w czasie treningów. Wiem, że jesteś
dobry w koszykówce, no i że grałeś w drużynie uniwersyteckiej. Wielka
szkoda, że cię wyrzucili, ale twoje doświadczenie przyda się naszej
szkolnej drużynie. Poza tym będziesz też do dyspozycji, gdyby któryś z nauczycieli się rozchorował. Oczywiście nie mam zamiaru powierzać ci
prowadzenia zajęć, ale masz być dostępny, jeśli trzeba będzie kogoś
zastąpić. Codziennie po południu masz być w świetlicy i pilnować
uczniów, którzy odsiadują szlaban. I jeszcze jedno: chcemy, żebyś
dołączył do opiekunów na dorocznym obozie dla maturzystów.
Okej, ale tego ostatniego nie było w umowie.
- Chce pan, żebym pilnował bandy nastolatków na wyjeździe? - zapytałem,
świadomy, że jestem najmniej odpowiednią do tego osobą. Wszyscy wiedzą,
co się wyprawia na takich obozach, a ja na pewno nie zamierzałem bawić
się w gestapowca i pilnować, żeby dzieciaki nie gziły się po kątach. Co
za absurd.
- Dokładnie tego od ciebie oczekuję - potwierdził chłodno dyrektor i zajrzał mi w oczy. - I właśnie dlatego chcę, żebyś przestrzegał bez
wyjątku trzech złotych zasad. Po pierwsze: żadnych narkotyków i żadnego
alkoholu. Obaj wiemy, że to posłałoby cię prosto za kratki. Po drugie,
panie Di Bianco: żadnych relacji wykraczających poza relacje
uczeń-opiekun. Dotyczy to również pana brata Taylora. I po trzecie:
jeśli dowiem się, że miał pan związek z jakimkolwiek łamaniem
regulaminu, osobiście dopilnuję, żeby wszystkie godziny, które pan tu
odpracuje, zostały natychmiast unieważnione. Czy to jasne?
Spojrzałem mu prosto w oczy.
- Jak słońce, panie dyrektorze - powiedziałem i podniosłem się z krzesła.
- Thiago - zatrzymał mnie jeszcze, więc odwróciłem się w jego stronę. -
Obaj wiemy, że twoja obecność tutaj wzbudzi sporo emocji, zwłaszcza w sekcji żeńskiej... - Posłałem mu uśmiech. - Uważaj na to, co robisz. Za
chwilę będziesz pełnoletni i od tej pory staniesz się w pełni
odpowiedzialny za własne czyny. Zrozumiano?
- Oczywiście, panie dyrektorze.
Wyszedłem z gabinetu. Uśmiech spłynął mi z twarzy.
Musiałem się bardzo pilnować, jeśli nie chciałem, żeby przez moją
skłonność do łamania zasad życie jeszcze bardziej mi się rozjechało.
Trening okazał się dużo fajniejszy, niż się spodziewałem. Taylor był w drużynie i szybko rozeszło się, że jesteśmy braćmi. Chcąc nie chcąc, od
razu złapałem przelot z chłopakami. W końcu byłem prawie w tym samym
wieku, co oni, więc na koniec rozegraliśmy jeszcze krótki mecz. Trener
Clab pochwalił moją technikę i kiedy reszta drużyny brała prysznic,
pogadaliśmy przez chwilę o koszykówce, wszystko układało się zaskakująco
dobrze, aż do momentu, gdy wyszedłem na korytarz, żeby wrócić do pokoju
nauczycielskiego i poczekać na kolejne zajęcia, i wpadłem prosto na
ostatnią osobę, którą chciałbym zobaczyć - Kam.
Złapałem ją za ramiona, żeby się nie wywaliła, ale natychmiast poczułem
pod palcami dziwne mrowienie, więc szybko cofnąłem dłonie. Miałem
wrażenie, że wpatrujemy się w siebie od kilku godzin, a nie od paru
sekund. Zupełnie jakby czas się zatrzymał, żebyśmy mogli oswoić się ze
zmianami, jakie w nas zaszły. Mój wzrok rejestrował wszystkie nowe
szczegóły jej twarzy. Była dojrzalsza, ale wciąż miała dawne rysy - te
same, które kiedyś znałem na pamięć. Tyle że teraz była to dodatkowo
twarz pięknej dziewczyny łudząco podobnej do osoby, której nienawidziłem
najbardziej na świecie.
Jej rzęsy były długie i ciemne. Pełne usta, pociągnięte błyszczykiem,
kusiły do popełnienia jakiegoś szaleństwa. Miała dołeczki w policzkach,
mimo że wcale się nie uśmiechała, i delikatny rumieniec, ale nie od
makijażu, bo ona nigdy nie potrzebowała różu ani tych wszystkich głupot
- zawsze rumieniła się naturalnie, wbrew własnej woli. A jej ciało...
Jakoś się powstrzymałem od powędrowania wzrokiem niżej. W każdym razie
jedno się nie zmieniło: nadal byłem od niej prawie o dwie głowy wyższy.
- Thiago - powiedziała zaskoczona, a dźwięk mojego imienia w jej ustach
zadziałał na mnie bardziej, niż bym się spodziewał.
Dostałem erekcji.
Szlag.
Zacisnąłem szczęki. Nie chciałem mieć z tą dziewczyną nic wspólnego.
- Przepraszam - burknąłem i spróbowałem ją wyminąć, ale złapała mnie za
ramię i przytrzymała w miejscu.
- Przestańcie się tak zachowywać - zażądała, a w jej oczach błysnęła
złość. - Chcę tylko porozmawiać - dodała i popatrzyła na mnie tak jak
kiedyś: wzrokiem zagubionej, ale i zadziornej dziewczynki.
Wbiłem wzrok w jej palce zaciśnięte na moim ramieniu.
- Puść mnie - powiedziałem przez zęby.
Musiałem się od niej odsunąć. Potrzebowałem przestrzeni. To nie szło w dobrą stronę. Miałem ochotę jej wygarnąć, na usta cisnął mi się stek
wyzwisk. Ale gdyby mnie poniosło, znowu wszystko bym stracił. A już dość
straciłem przez tę dziewczynę.
Wyglądała na przestraszoną albo zaskoczoną moim tonem, bo cofnęła rękę
jak oparzona.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki