Tell me softly - Mercedes Ron

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (34,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog. Kami

Pro­log

Kami

Wciąż pamię­tam tam­ten dzień, jakby to było wczo­raj. Zgod­nie z umową wsta­łam z łóżka równo o pół­nocy i już samo to wystar­czyło, żebym czuła eks­cy­ta­cję. Ni­gdy mi nie pozwa­lali być na nogach o tej porze - o dzie­sią­tej musia­łam już liczyć barany... Ale tamta noc była wyjąt­kowa. Wycią­gnę­łam swoją różową latarkę, z któ­rej byłam nie­sa­mo­wi­cie dumna - cho­ciaż wie­dzia­łam, że Tay­lor będzie się z niej nabi­jał - i zapa­ko­wa­łam ją do ple­caka. Byłam już ubrana, pozo­stało tylko zapleść war­ko­cze. Kiedy mia­łam dzie­sięć lat, nie ist­niało mod­niej­sze ucze­sa­nie. Wyj­rza­łam przez okno i uśmiech­nę­łam się na widok świa­tełka zapa­la­ją­cego się i gasną­cego w oknie na pię­trze domu sąsia­dów. To był znak dla mnie.

Z uczu­ciem łasko­ta­nia w żołądku wycią­gnę­łam linę z węzłami i - jak nauczył mnie Tay­lor - przy­wią­za­łam ją do nogi sto­ło­wej. Kiedy upew­ni­łam się, że moco­wa­nie jest porządne, prze­rzu­ci­łam resztę liny przez okno i wzię­łam głę­boki oddech, żeby dodać sobie odwagi.

Tam­tej nocy mie­li­śmy doko­nać cze­goś wiel­kiego: zamie­rza­li­śmy wśli­zgnąć się do domu pana Robina i wykraść całą cze­ko­ladę, którą ukry­wał w piw­nicy. Pan Robin był sta­rym zrzędą, wła­ści­cie­lem sklepu z cze­ko­lad­kami w naszym mia­steczku, a do tego naj­więk­szym ską­pi­ra­dłem, jakie zna­łam. Zawsze chwa­lił się przed nami górami sło­dy­czy, które przy­wo­żono mu do domu, ale wstrę­ciuch ni­gdy nie podzie­lił się niczym poza jakimś głu­pim liza­kiem. Było jasne, że nas nie znosi - mnie i braci Di Bianco: Tay­lora i Thiaga.

Tay­lor był moim rówie­śni­kiem i kom­pa­nem we wszyst­kich przy­go­dach, a Thiago... no tak, on też był ich czę­ścią, dopóki w dniu swo­ich trzy­na­stych uro­dzin nie oznaj­mił, że - cytuję - koń­czy z dzie­ci­nadą. Ale tamta noc naprawę miała być wyjąt­kowa. Dla­tego znów posta­no­wił do nas dołą­czyć, a ja wie­dzia­łam, że cho­ciaż będzie zgry­wał waż­niaka i co chwilę dawał nam do zro­zu­mie­nia, że jest już doro­sły, to tak naprawdę nie był mniej pod­eks­cy­to­wany od nas.

Wyszłam przez okno i kiedy znaj­do­wa­łam się już w poło­wie liny, usły­sza­łam w dole nad­cho­dzą­cych chło­pa­ków.

- Dawaj, Kami, bo nas przy­ła­pią! - poga­niał mnie szep­tem Tay­lor, czym tylko dodat­kowo mnie zestre­so­wał.

- Prze­cież już idę! - odpo­wie­dzia­łam i przy­spie­szy­łam ruchy, z nadzieją, że się przy tym nie zabiję. Nasz dom był ogromny, a mój pokój znaj­do­wał się na dru­gim pię­trze, więc mia­łam do poko­na­nia naprawdę dużą wyso­kość - tak dużą, że w ramach przy­go­to­wań musie­li­śmy połą­czyć aż trzy liny, żeby się­gnęły do ziemi.

- Ruchy, Kam! - Usły­sza­łam teraz inny głos. Thiago... Nikt tak jak on nie potra­fił dopro­wa­dzić mnie do szału. I do pła­czu. I nikt poza nim nie nazy­wał mnie Kam.

W głębi serca zawsze chcia­łam mu udo­wod­nić, że jestem tak samo odważna jak oni dwaj i że mimo war­ko­czy­ków i tych wszyst­kich kie­cek, w które stro­iła mnie mama, wcale nie jestem głu­pią siu­siu­majtką. Ale moje wysiłki na nic się nie zda­wały - bez względu na to, ile robali bym dotknęła, jak daleko bym plu­nęła i w ilu wspól­nych przy­go­dach wzięła udział, Thiago i tak zawsze się ze mnie naśmie­wał i trak­to­wał jak małą dziew­czynkę. Dla­tego wście­kłam się, gdy teraz nie­cier­pli­wie zła­pał mnie w talii i ścią­gnął na zie­mię, kiedy zostało mi już do poko­na­nia tylko pół metra.

- Chyba teraz nie stchó­rzysz, co, księż­niczko? - zwró­cił się do mnie z tym łobu­zer­skim bły­skiem w oku, takim samym jak u jego brata. Tyle że gdy to Tay­lor na mnie patrzył, czu­łam się spo­kojna i pewna sie­bie, a kiedy Thiago wbi­jał we mnie to swoje zie­lone spoj­rze­nie, mogłam myśleć wyłącz­nie o tym, jak by tu zro­bić wra­że­nie na star­szym z braci Di Bianco.

- Nie mów tak na mnie! Nie cier­pię tego, prze­cież wiesz! - zapro­te­sto­wa­łam i odsu­nę­łam się od niego.

Wycią­gnął rękę i lekko szarp­nął mnie za war­ko­czyk.

- To po co cią­gle nosisz te badzie­wia? - zapy­tał i ścią­gnął mi kokardkę. Na szczę­ście gumka została na swoim miej­scu.

- Odda­waj to! - zawo­ła­łam roz­złosz­czona.

Tylko się zaśmiał i wci­snął ozdobę do kie­szeni.

- Daj jej spo­kój, T, bo zaraz się pory­czy - powie­dział Tay­lor, wziął mnie za rękę i przy­cią­gnął bli­żej sie­bie.

Mocno ści­snę­łam jego dłoń, wście­kła na łzy, które napły­wały mi do oczu. Tay­lor ruszył bie­giem, a ja razem z nim. Thiago prze­stał się wygłu­piać, a gdy dotar­li­śmy nad rzeczkę oddzie­la­jącą nasze domy od domu sąsiada skne­rusa, star­szy z braci posta­no­wił wresz­cie wejść w swoją rolę. Rzeczka był dość wąska, więc poprzed­niego dnia prze­rzu­ci­li­śmy przez nią deskę, która miała nam teraz posłu­żyć za kładkę. Tay­lor bał się wody, odkąd rok wcze­śniej o mało się nie uto­pił, dla­tego Thiago prze­szedł na drugi brzeg jako pierw­szy, żeby potem nam pomóc. Mogła­bym przy­siąc, że kiedy odrzu­ci­łam jego wycią­gniętą dłoń, dostrze­głam w jego zie­lo­nych oczach prze­błysk apro­baty.

Chwilę póź­niej sta­li­śmy przed domem pana Robina. To wszystko było takie eks­cy­tu­jące... Dla dzie­się­cio­latki to był akt naj­wyż­szej odwagi.

Thiago nachy­lił się do małego okienka ze zbitą szybą u dołu jed­nej ze ścian domu. To my stłu­kli­śmy kie­dyś to okno, gdy gra­li­śmy w piłkę, i pan Robin ni­gdy jej nie wymie­nił. A potem odkry­li­śmy, że trzyma w piw­nicy nie­prze­brane ilo­ści cze­ko­lad i naj­róż­niej­szych sło­dy­czy... Żaden ze skar­bów, jakie wymy­śla­li­śmy w zaba­wach, nie mógł się rów­nać z tym - cał­ko­wi­cie real­nym.

- Kto pierw­szy scho­dzi? - zapy­tał Thiago, z uśmie­chem wbi­ja­jąc we mnie wzrok.

- Ty, bo jesteś naj­star­szy. - Spoj­rza­łam na niego z powagą, w nadziei, że sama też wydam się, mimo wszystko, star­sza, niż w byłam rze­czy­wi­sto­ści.

- Dobra - powie­dział z uśmie­chem - ale nie ma sensu, żeby­śmy scho­dzili wszy­scy. Dwie osoby wystar­czą. Trze­cia zosta­nie na cza­tach, a potem przej­mie towar.

Towar... Tiago uwiel­biał rzu­cać tek­stami, które mnie w życiu nie przy­szłyby do głowy. Jaki znowu towar? Prze­cież to były słod­ko­ści!

Popa­trzy­li­śmy na sie­bie z Tay­lo­rem, wystra­szeni i nie­pewni, co dalej. Umie­ra­łam ze stra­chu: było okrop­nie ciemno, a wiatr jakoś tak dziw­nie poru­szał drze­wami. Choć ni­gdy w życiu bym się do tego nie przy­znała, kosz­mar­nie bałam się pana Robina, toteż wola­łam już zejść z Thia­giem do piw­nicy, niż zostać sama w ogro­dzie, gdzie nie wia­domo, co jesz­cze mogło mnie spo­tkać.

- Ja idę z tobą - powie­dzia­łam, zanim Tay­lor zdą­żył zade­kla­ro­wać to samo.

- Świet­nie. W takim razie ty zosta­jesz, T - zarzą­dził Thiago. Zwra­cali się do sie­bie nawza­jem w taki sam spo­sób i na początku trudno mi było w tym się poła­pać, ale z cza­sem się przy­zwy­cza­iłam. To była spe­cy­ficzna komu­ni­ka­cja mię­dzy braćmi - zresztą nie tylko mię­dzy nimi, bo imię ich ojca też zaczy­nało się na literę T.

Thiago wsu­nął rękę przez dziurę w szy­bie, zdjął haczyk i odblo­ko­wał okienko, które przy otwie­ra­niu lekko zaskrzy­piało. W abso­lut­nej ciszy panu­ją­cej dookoła wydało się, że ten dźwięk musiał się rozejść po całym domu.

- Ciiii! - syk­nę­łam z sze­roko otwar­tymi oczami i ze ści­śnię­tym żołąd­kiem. Gdyby nas przy­ła­pał...

Kiedy okno cał­ko­wi­cie się otwo­rzyło, Thiago wychy­lił się, żeby zaj­rzeć do środka.

- Wysoko. Stanę na stole i pomogę ci zejść.

Kiw­nę­łam głową i zde­ner­wo­wana patrzy­łam, jak prze­kłada nogi przez para­pet, a potem bez trudu zeska­kuje na sto­jący na dole stół.

- Tylko szybko wra­caj­cie - popro­sił mnie Tay­lor, z nie­bie­skimi oczami wytrzesz­czo­nymi z prze­ra­że­nia.

Przy­szła kolej na mnie. Prze­ło­ży­łam nogi na drugą stronę i zoba­czy­łam, że za Chiny nie zesko­czy­ła­bym tam bez pomocy Thiaga, który - w prze­ci­wień­stwie do mnie i do Tay­lora - tego lata wystrze­lił w górę jak sza­lony, tak że teraz prze­wyż­szał nas oboje pra­wie o głowę.

Kiedy mnie posta­wił i zna­leź­li­śmy się tam tylko we dwoje, ogar­nęło mnie nie­zwy­kłe uczu­cie, jakby mię­dzy nami zro­dziła się jakaś szcze­gólna więź, którą można poczuć tylko w obli­czu zagro­że­nia. Uśmiech­nę­li­śmy się do sie­bie na widok pó­łek ugi­na­ją­cych się od cze­ko­lad, sło­dy­czy i cia­ste­czek.

- Dawaj, Kam - powie­dział Thiago i pomógł mi zesko­czyć ze stołu. Rzu­ci­li­śmy się zgar­niać do ple­ca­ków, co tylko się dało. Tra­fi­li­śmy do raju, jaki marzy się każ­demu dzie­cia­kowi: tyle sło­dy­czy i wszyst­kie dosłow­nie na wycią­gnię­cie ręki! Ple­caki pękały już w szwach, kiedy usły­sze­li­śmy jakiś odgłos.

Z oczami wyba­łu­szo­nymi ze stra­chu odwró­ci­łam się do Thiaga.

- Obu­dził się - stwier­dził i też popa­trzył na mnie z prze­ra­że­niem.

Kolejne hałasy.

Oboje wypu­ści­li­śmy to, co aku­rat trzy­ma­li­śmy w rękach, zasu­nę­li­śmy ple­caki i pod­bie­gli­śmy do okienka. Thiago w eks­pre­so­wym tem­pie prze­ka­zał łupy Tay­lo­rowi.

- Leć, zaraz cię dogo­nimy! - pole­cił ner­wo­wym szep­tem.

Tylor kiw­nął głową i puścił się pędem, z dwoma ple­ca­kami na ramio­nach. Spoj­rza­łam wycze­ku­jąco na Thiaga. Musiał mi pomóc się wydo­stać.

- Pod­sadź mnie! - zażą­da­łam.

Kiedy odwró­cił się w moją stronę, nagle zoba­czy­łam jego wyszcze­rzony uśmiech.

- Naj­pierw chciał­bym coś w zamian - wypa­lił.

- Dobra, oddam ci tro­chę moich cze­ko­lad, tylko spa­dajmy już stąd! - zapisz­cza­łam, pewna, że pan Robin zaraz nas nakryje.

- Nie chcę two­ich cze­ko­lad... chcę całusa - odpo­wie­dział Thiago, a mnie na chwilę zupeł­nie zatkało.

- Fuuuj, ni­gdy w życiu! - zawo­ła­łam bez zasta­no­wie­nia.

Odwró­cił się i oparł dło­nie na para­pe­cie, żeby się pod­cią­gnąć.

- No to sobie tu siedź - rzu­cił, gotowy do skoku.

- Cze­kaj! - krzyk­nę­łam i zła­pa­łam go za koszulkę, żeby tylko mnie tam nie porzu­cił. Nie­spo­dzie­wa­nie poczu­łam, że myśl o poca­łunku z Thia­giem wywo­łuje u mnie nie tylko obrzy­dze­nie... Obu­dziła się też we mnie cie­ka­wość.

- To co, jed­nak mnie poca­łu­jesz? - zapy­tał, wpa­trzony we mnie uważ­nie.

Przez moją dzie­się­cio­let­nią głowę prze­la­ty­wały tysiące naj­róż­niej­szych myśli, a kiedy wresz­cie przy­cią­gnę­łam Thiaga do sie­bie, poczu­łam w brzu­chu jakieś łasko­ta­nie.

I wtedy on dotknął moich ust swo­imi. To było i dziwne, i cie­płe, i obrzy­dliwe, ale na zawsze zapi­sało mi się w pamięci, tak samo jak tam­ten blask w oczach Thiaga, gdy już się ode mnie odsu­nął i z pro­mien­nym uśmie­chem pomógł mi się wydo­stać z tam­tego pie­kła peł­nego sło­dy­czy. Trzy­ma­jąc się za ręce, rzu­ci­li­śmy się bie­giem, żeby dogo­nić Tay­lora. Ni­gdy nie zapo­mnę rado­ści i pod­nie­ce­nia, jakie czu­li­śmy, gdy po wszyst­kim zdo­ła­li­śmy oce­nić nasz łup.

Tam­tej nocy prze­ży­łam swój pierw­szy poca­łu­nek... i naszą ostat­nią wspólną przy­godę.

1. Kami

1

Kami

Siedem lat później...

Rankiem pierw­szego wrze­śnia, gdy tylko otwo­rzy­łam oczy, poczu­łam w żołądku coś dziw­nego - jakby prze­czu­cie, że w tym roku sprawy przy­biorą naresz­cie inny obrót. Nie żebym szcze­gól­nie się cie­szyła na roz­po­czę­cie ostat­niego roku w liceum, ale jed­nak potrze­bo­wa­łam powrotu do codzien­nej rutyny. Po ostat­nim mie­siącu spę­dzo­nym z rodzi­cami i z młod­szym bra­tem moja cier­pli­wość była na wyczer­pa­niu. Naprawdę nie rozu­mia­łam, dla­czego nasi rodzice co roku upie­rali się, żeby na tak długo jechać razem nad morze, skoro ledwo mogli się wza­jem­nie znieść.

Mogła­bym się zało­żyć, że to nie mama obsta­wała przy wspól­nych waka­cjach. Wła­ści­wie to nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że to mój tata, Roger Hamil­ton, wciąż pró­buje wie­rzyć, że nasza rodzina jesz­cze się nie roz­pa­dła.

A ja nie zamie­rza­łam pozba­wiać go tych złu­dzeń. Na pewno nie po raz kolejny.

Pod wpły­wem tej myśli odru­chowo spu­ści­łam wzrok na nad­gar­stek. Każ­dego dnia wie­lo­krot­nie wpa­try­wa­łam się w tę bli­znę - ide­al­nie równy trój­kąt odci­nał się jaśniej­szym kolo­rem na tle lek­kiej opa­le­ni­zny. Wciąż pamię­ta­łam, jak to bolało, i - mimo upływu czasu - ile­kroć popa­trzy­łam na ten kształt, czu­łam w piersi ukłu­cie bólu, nie tylko fizycz­nego. Jakim cudem wszystko tak nie­spo­dzie­wa­nie się wtedy roz­pa­dło? Jak to moż­liwe, że nie­winne dzie­ciń­stwo zakoń­czyło się tak gwał­tow­nie, a kon­se­kwen­cje cią­gnęły się za mną do dziś?

Prze­go­ni­łam obraz, który sta­nął mi przed oczami, i zabro­ni­łam sobie znowu się doło­wać czymś, co wyda­rzyło się wieki temu.

Zwlo­kłam się z łóżka i weszłam do łazienki. Wszystko w niej było nie­ska­zi­telne, wszystko na swoim miej­scu. Cza­sami tak strasz­nie mnie wku­rzało, że kiedy wra­cam do domu, żadna rzecz nie leży tam, gdzie ją zosta­wi­łam, że mia­łam ochotę wrzesz­czeć i rzu­cić wszystko w cho­lerę. A mimo to zawsze i wszę­dzie pre­zen­to­wa­łam tylko tę opa­no­waną, grzeczną i ele­gancką wer­sję wła­snej osoby. Gdyby tylko ludzie się dowie­dzieli, jaka naprawdę jestem...

Umy­łam twarz i zęby i powoli szczot­ku­jąc włosy, przy­glą­da­łam się swo­jej twa­rzy. Nie mogłam powie­dzieć, że się sobie nie podo­ba­łam, cho­ciaż wola­ła­bym być mniej podobna do mamy. Odzie­dzi­czy­łam po niej blond włosy, tyle że moje lekko falo­wały, i mia­łam iden­tyczne jak ona dołeczki w policz­kach. Przy­naj­mniej nie mia­łam błę­kit­nych oczu, jak ona, tylko brą­zowe, jak tata, i ozdo­bione dłu­gimi, gęstymi rzę­sami. Apa­rat na zęby nosi­łam na szczę­ście tylko przez rok, więc kiedy szłam do liceum, mój zgryz był już ide­alny.

Cho­ciaż jasne, jak każdy, mia­łam też swoje kom­pleksy, a mama tylko mnie w nich utwier­dzała. Na przy­kład jako pięt­na­sto­latka dosta­łam trą­dziku - nor­malna rzecz u dziew­czyny w tym wieku, zresztą wiele kole­ża­nek wciąż na co dzień się z tym zma­gało. Pew­nie, że nie zno­si­łam tych czer­wo­nych kro­pek, które bez zapo­wie­dzi wyska­ki­wały mi na bro­dzie czy czole, ale mama zro­biła z nich praw­dziwy dra­mat: wysłała mnie do pię­ciu der­ma­to­lo­gów, a potem zmu­siła do zmiany diety i pod­da­nia się lecze­niu, na które wydała for­tunę.

Dwa lata póź­niej mia­łam cerę jak brzo­skwi­nia... a mimo to dalej malo­wa­łam się przed wyj­ściem do szkoły, bo jesz­cze ktoś mógłby doj­rzeć moje pod­krą­żone oczy albo tych kilka pie­gów. Kamila Hamil­ton zawsze musiała pre­zen­to­wać się per­fek­cyj­nie, tak jak jej matka - kró­lowa śniegu - wysoka, chuda, ele­gancka blon­dynka z obse­sją na punk­cie wyglądu, ni­gdy nie­tra­cąca chłod­nego spo­koju w obec­no­ści innych ludzi. W życiu nie widzia­łam, żeby dała się ponieść emo­cjom... Poza tą jedną nie­szczę­sną sytu­acją, gdy przez moją dzie­cięcą cie­ka­wość wszystko się posy­pało.

Obok mojej toa­letki, na skle­po­wym mane­ki­nie wisiała luźna gra­na­towa sukienka. Była zachwy­ca­jąca. Pro­sta i - jak wszyst­kie ubra­nia tra­fia­jące do mojej szafy - strasz­nie droga. Wola­ła­bym wło­żyć ją na jakąś uro­czy­stą kola­cję czy inną ele­gancką oka­zję, a nie pierw­szego dnia roku szkol­nego. Ale mama taka już była: gdy mi coś kupo­wała, to zastrze­gała sobie prawo decy­do­wa­nia, kiedy po raz pierw­szy mam to na sie­bie wło­żyć. Nie potra­fi­łam się przed nią bro­nić. Wiecz­nie zmu­szała mnie do stwa­rza­nia pozo­rów, a ja byłam tym zbyt zmę­czona, żeby się jej prze­ciw­sta­wić.

Uma­lo­wa­łam się i ubra­łam. Sukienka była krótka, bo tem­pe­ra­tura na dwo­rze się­gała czter­dzie­stu stopni, a ładne białe san­dałki, które do niej wło­ży­łam, pod­kre­ślały let­nią opa­le­ni­znę.

Spodo­bało mi się odbi­cie, które zoba­czy­łam w lustrze, ale spoj­rze­nie - już mniej. Dla­czego byłam taka smutna? To przez Daniego?

Tego lata sprawy z nim przy­brały naprawdę kiep­ski obrót. Wciąż wspo­mi­na­łam tamtą noc jako naj­gor­szą w życiu. Po jaką cho­lerę ja to zro­bi­łam? Po co mu ustą­pi­łam i zgo­dzi­łam się na coś, na co nie byłam gotowa?

Zaczę­łam cho­dzić z Danim w dniu swo­ich pięt­na­stych uro­dzin. Od poca­łunku z Thia­giem nie cało­wa­łam się z nikim innym i zde­cy­do­wa­łam się na to po raz kolejny wła­śnie dopiero z Danim. Od tam­tego momentu sta­li­śmy się nie­roz­łączni, ale - gdy nasze rodziny zaczęły pla­no­wać nam życie i decy­do­wać za nas, co i kiedy mamy robić - nasza rela­cja, która zro­dziła się jako zwy­kły lice­alny zwią­zek, prze­kształ­ciła się w jakieś absur­dalne zobo­wią­za­nie. Dani był synem bur­mi­strza, a mój tata praw­ni­kiem zarzą­dza­ją­cym jego mająt­kiem. Tata stu­dio­wał na naj­lep­szych uczel­niach, z wyróż­nie­niem ukoń­czył Yale i dok­to­ry­zo­wał się z zarzą­dza­nia i inwe­sty­cji gieł­do­wych na Uni­wer­sy­te­cie Nowo­jor­skim. Zarzą­dzał for­tu­nami wielu przed­się­bior­ców, włą­cza­jąc tych kilku miesz­ka­ją­cych w naszym mia­steczku, czyli w Car­sville. Wiele podró­żo­wał, więc rzadko się widy­wa­li­śmy, ale kocha­łam go naj­bar­dziej na świe­cie.

Dla mojej mamy - kró­lo­wej pozo­rów - wia­do­mość, że jej córka spo­tyka się z synem bur­mi­strza, była jak obiet­nica wycieczki do Disney­landu. Począt­kowo nie posia­da­łam się z rado­ści, że wresz­cie udało mi się ją zado­wo­lić, ale z cza­sem zaczę­łam się czuć w tej rela­cji jak w klatce, bo wła­ści­wie nie mia­łam w niej prawa głosu. Cho­ciaż Dani nie­zbyt przej­mo­wał się swo­imi rodzi­cami, to i on odczu­wał rosnącą pre­sję. Z uro­czego przy­stoj­niaka, w któ­rym sza­leń­czo się zako­cha­łam, zmie­nił się w wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­nego kole­sia zdol­nego myśleć wyłącz­nie o sek­sie. Wciąż był mi bar­dzo bli­ski, ale moje zako­cha­nie minęło. Zwłasz­cza po tym, do czego doszło w cza­sie naszego ostat­niego spo­tka­nia.

Z nadzieją, że prze­go­nię to wspo­mnie­nie, zamknę­łam oczy i sta­ra­łam się zigno­ro­wać wewnętrzny głos, który nie prze­sta­wał mi przy­po­mi­nać, że prę­dzej czy póź­niej Dani i ja będziemy musieli o tym poga­dać. Waka­cje były dla mnie świet­nym pre­tek­stem, żeby dać sobie tro­chę czasu, któ­rego tak bar­dzo potrze­bo­wa­łam, ale wciąż mie­li­śmy sobie wiele do wyja­śnie­nia. Prze­żyć z chło­pa­kiem swój pierw­szy raz, a zaraz potem go rzu­cić. Tro­chę to słabe.

- Co ci jest? - zapy­tał mnie po wszyst­kim.

Zro­bi­li­śmy to u niego w pokoju, kiedy jego rodzice wyje­chali na week­end. Po dwóch latach związku nasze ocze­ki­wa­nia wobec seksu były mocno wyśru­bo­wane.

I cho­ciaż pozor­nie było nam wtedy wspa­niale, to nagle poczu­łam, że mam policzki mokre od łez, któ­rych nie byłam w sta­nie powstrzy­mać. Nie mogłam prze­stać szlo­chać, i to wcale nie z bólu.

Pła­ka­łam, bo cho­ciaż zro­bi­łam to z Danim - kimś, kto mnie kochał i sza­no­wał - nie potra­fi­łam prze­stać myśleć o chło­paku, w któ­rym, w głębi serca, wciąż byłam zako­chana.

Wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści dopiero, kiedy w drzwiach sta­nął mój brat Came­ron.

- Mama mówi, że masz mnie zawieźć do szkoły - oświad­czył, a ja odwró­ci­łam się do niego ze zmarsz­czo­nymi brwiami.

Brat uczył się w tej samej szkole co ja, tyle że w innym budynku. Skrzy­dło, w któ­rym mie­ściła się pod­sta­wówka, łączyło się z liceum dłu­gim kory­ta­rzem, gdzie czę­sto orga­ni­zo­wano prze­różne wystawy. Zazwy­czaj zaczy­na­łam lek­cje godzinę przed Came­ro­nem, więc zwy­kle to mama go woziła, żeby mógł tro­chę dłu­żej pospać.

Spoj­rza­łam na niego. Był tak obła­do­wany, jakby wybie­rał się na obóz prze­trwa­nia, a nie do szkoły. Spa­ko­wał się w ple­cak nie­mal więk­szy od niego samego, pod pachą ści­skał swoją igu­anę Juanę, a do paska przy­piął manierkę, latarkę i prze­różne inne ustroj­stwa.

- Came­ron, nie możesz iść do szkoły z tym wszyst­kim - poin­for­mo­wa­łam go cier­pli­wie.

- Dla­czego nie? - zapy­tał zde­gu­sto­wany, marsz­cząc przy tym jasne brwi i moc­niej przy­ci­ska­jąc do sie­bie igu­anę. Było to ogromne, paskudne stwo­rze­nie, ale ponie­waż brat bar­dzo je kochał, to i ja je darzy­łam sym­pa­tią, byle na odle­głość.

- Bo nie wpusz­czą cię z tym nawet na dzie­dzi­niec - powie­dzia­łam i cmok­nę­łam go w czu­bek głowy, po czym zarzu­ci­łam sobie na ramię torbę i zgar­nę­łam klu­czyki do samo­chodu. - Zja­dłeś śnia­da­nie? - zapy­ta­łam, wycho­dząc z pokoju.

Brat ruszył za mną. Miał już sześć lat, a wła­ści­wie pra­wie sie­dem, ale ja wciąż widzia­łam w nim czte­ro­latka, bo na­dal był rów­nie słodki i nie­zno­śny.

- Tak, chyba z godzinę temu. Strasz­nie długo spa­łaś. Mama się na cie­bie wku­rzy - odpo­wie­dział i pra­wie potknął się o jeden z tych wszyst­kich gra­tów, które ze sobą tasz­czył.

- Cze­kaj, daj mi to. - Ode­bra­łam mu wędkę do łapa­nia żab. - Serio, Came­ron? - zapy­ta­łam, oglą­da­jąc ją z nie­do­wie­rza­niem. - Odnieś to wszystko do swo­jego pokoju.

- Dooobra - prze­cią­gnął to słowo do gra­nic moż­li­wo­ści.

Kiedy znik­nął za drzwiami, ruszy­łam w dół po ogrom­nych scho­dach. Jako dziecko mia­łam fioła na ich punk­cie - sia­da­łam na porę­czy i zjeż­dża­łam na sam par­ter. Przez jedną sza­loną chwilę wyobra­zi­łam sobie, że teraz to powta­rzam.

- Co robisz, Kamilo? - Głos był miękki i lodo­waty jed­no­cze­śnie.

Spoj­rza­łam na mamę sto­jącą u pod­nóża scho­dów. Wes­tchnę­łam i ruszy­łam w jej stronę. Anne Hamil­ton była olśnie­wa­jącą pięk­no­ścią, która rzu­ciła wyzwa­nie upły­wowi czasu. Z dnia na dzień wyda­wała się coraz młod­sza za sprawą tysięcy dola­rów, które inwe­sto­wała, żeby wyglą­dać na dwa­dzie­ścia lat zamiast na czter­dzie­ści.

- Dzień dobry, mamo - powie­dzia­łam i wymi­nę­łam ją, żeby wejść do kuchni.

- Ład­nie ci w tej sukience, co? Mówi­łam, że to świetny pomysł wło­żyć ją pierw­szego dnia szkoły - pod­kre­śliła i poszła za mną do kuchni. - Jaka szkoda, że nie jesteś mojego wzro­stu. Cho­ciaż w tym wieku możesz jesz­cze uro­snąć...

Gdy tylko zaczęła swoją odwieczną tyradę, włą­czy­łam w gło­wie tryb wyci­sze­nia. Nie musia­łam jej słu­chać. Na pamięć zna­łam sens jej słów: Nie jesteś dość per­fek­cyjna. Nie dla mnie.

Kuch­nia nie ustę­po­wała roz­mia­rami pozo­sta­łym pomiesz­cze­niom w domu. Wiel­kie okno wpusz­czało do środka mnó­stwo świa­tła i ofe­ro­wało pano­ra­miczny widok na pola roz­cią­ga­jące się za posia­dło­ścią. Przy śnia­da­niu krzą­tała się już Pru­dence, kucharka, która pra­co­wała u nas, odkąd się­gnę pamię­cią. Była tak uro­cza, że na sam jej widok od razu się uśmie­cha­łam.

- Cześć, Prue - przy­wi­ta­łam się.

Sma­żyła wła­śnie jajka na beko­nie. Ślinka napły­nęła mi do ust.

- Dzień dobry, panienko - odpo­wie­działa for­mal­nie, bo obok stała mama. - To co zwy­kle? - zapy­tała.

- A mam jakiś wybór...? - odpo­wie­dzia­łam, po czym opar­łam brodę na dłoni i patrzy­łam, jak Prue kroi grejp­fruta i sta­wia go przede mną wraz z fili­żanką kawy. Co ja bym dała, żeby spa­ła­szo­wać te jajka...

- Kamilo, pro­szę cię, żebyś zabrała dziś Came­rona do szkoły. A w dro­dze powrot­nej zaj­rzyj do klubu. Pomo­żesz mi przy­go­to­wać pod­wie­czo­rek dla człon­kiń komi­tetu rodzi­ciel­skiego - pole­ciła mi mama i zigno­ro­wała moje wes­tchnie­nie.

- Dobrze - odpo­wie­dzia­łam mecha­nicz­nie.

W tej samej chwili dołą­czył do nas tata - wysoki, z wydat­nym brzu­chem, z ciem­nymi wło­sami prze­pla­ta­nymi siwi­zną i z uśmie­chem, który zawsze mnie roz­czu­lał. Pierw­sze, co zro­bił, to poca­ło­wał mnie w czu­bek głowy.

- Cześć, ślicz­notko - powie­dział i usiadł koło mnie.

Tata był cał­ko­wi­tym zaprze­cze­niem mamy. Na widok moich rodzi­ców czło­wiek od razu utwier­dzał się w prze­ko­na­niu, że prze­ci­wień­stwa się przy­cią­gają. Kie­dyś musieli coś w sobie nawza­jem zoba­czyć, skoro wzięli ślub i spło­dzili dwójkę dzieci, ale mimo wszystko byłam pewna, że podobne związki mają swoją datę waż­no­ści. Wystar­czyło przyj­rzeć się ich mał­żeń­stwu: jedyną rze­czą, która trzy­mała ich razem, była dobro­dusz­ność taty, powstrzy­mu­jąca go przed zmie­rze­niem się z tą nie­przy­stępną, zimną kobietą, pod któ­rej wpły­wem wszy­scy żyli­śmy.

Bar­dzo kocha­łam tatę. W danych oko­licz­no­ściach nie mógł być lep­szym ojcem, choć w głębi serca wie­dzia­łam, że na jakimś pozio­mie wciąż ma do mnie żal, że wyzna­łam mu, co zoba­czy­łam jako mała dziew­czynka tam­tego wie­czoru, nie­moż­li­wego do wyrzu­ce­nia z pamięci. Powie­dze­nie "czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal" ide­al­nie stresz­czało filo­zo­fię czło­wieka, który wła­śnie usiadł obok mnie i zaczął pochła­niać wysma­żone jajka, zupeł­nie jakby nie zgro­ma­dził jesz­cze w żyłach wystar­cza­ją­cej ilo­ści cho­le­ste­rolu.

Kiedy w drzwiach zja­wił się mój brat, wsta­łam, gotowa jak naj­szyb­ciej wyrwać się z tej kuchni wypeł­nio­nej napię­ciem i nie­wy­po­wie­dzia­nymi pre­ten­sjami.

Came­ron zosta­wił zabawki w swoim pokoju i, dzięki Bogu, ubrał się w rze­czy przy­go­to­wane dzień wcze­śniej przez mamę: dżinsy i mar­kową polówkę, która raczej nie miała wiel­kich szans prze­trwać całego dnia w sta­nie uży­wal­no­ści. Ni­gdy nie pojmę, po co wyda­wać for­tunę na ciu­chy od Ral­pha Lau­rena dla dzie­ciaka, który i tak zaraz będzie się w nich tarzał po podwórku.

Wyszli­śmy z domu i ruszy­li­śmy do mojego samo­chodu - bia­łego kabrio­letu, który kie­dyś nale­żał do mamy, póki nie zastą­piła go czer­wo­nym błysz­czą­cym audi - gdy mimo­wol­nie zaha­czy­łam wzro­kiem o cię­ża­rówkę firmy prze­pro­wadz­ko­wej zapar­ko­waną przed sąsied­nim domem.

Na chwilę dosłow­nie sta­nęło mi serce. A zaraz potem wpa­dło w dziki galop.

- Będziemy mieli sąsia­dów? - z prze­ję­ciem zapy­tał mnie brat.

Od sied­miu lat nikt w tym domu nie miesz­kał. Tak samo zresztą jak w domu pana Robina, który zmarł przed czte­rema laty. Mój brat wiecz­nie maru­dził, że nie ma się z kim bawić, i eks­cy­ta­cja w jego gło­sie jasno dała mi do zro­zu­mie­nia, że dla niego ten widok ozna­czał coś cał­ko­wi­cie prze­ciw­nego niż dla mnie.

Zało­ży­łam oku­lary prze­ciw­sło­neczne, żeby lepiej widzieć, i ze ści­śnię­tym ser­cem patrzy­łam, jak obok cię­ża­rówki par­kuje teraz moto­cykl. Ktoś z niego zsiadł i skie­ro­wał się w stronę domu. Odle­głość nie pozwa­lała mi doj­rzeć, kto to taki, ale mro­wie­nie, które poczu­łam w całym ciele, mogło ozna­czać tylko jedno.

- Spóź­nisz się - usły­sza­łam za ple­cami głos brata. Tak bar­dzo skon­cen­tro­wa­łam się na tam­tej postaci i pró­bie jej roz­po­zna­nia, że wyle­ciało mi z głowy, dokąd w ogóle jedziemy.

- Wsia­daj - powie­dzia­łam i otwo­rzy­łam mu drzwi od strony pasa­żera.

- Możemy jechać z otwar­tym dachem? - zapy­tał Came­ron, wier­cąc się na sie­dze­niu.

Klik­nę­łam odpo­wiedni przy­cisk. Poru­sza­łam się auto­ma­tycz­nie, bo wszyst­kie moje myśli krą­żyły wokół moto­cy­kli­sty.

Uru­cho­mi­łam sil­nik, wyco­fa­łam i włą­czy­łam się do ruchu. Za chwilę mia­łam minąć tam­ten dom, z któ­rym wią­zało się tyle wspo­mnień, i zoba­czyć, kto będzie w nim teraz miesz­kał.

Wystar­czyła mi sekunda dla potwier­dze­nia tego, co już wcze­śniej prze­czu­łam każdą komórką ciała. Spię­łam się pod spoj­rze­niem zie­lo­nych oczu, które wpi­jały się w moje, mimo że ukryte za oku­la­rami. Bra­cia Di Bianco wró­cili. A w każ­dym razie wró­cił jeden z nich.

Zanim dotar­li­śmy do szkoły, musia­łam wysłu­chać wszyst­kich hipo­tez brata na temat naszych nowych sąsia­dów. Nie zamie­rza­łam mu wyja­śniać, że ja aku­rat dosko­nale wiem, kim oni są i że z całą pew­no­ścią nie było wśród nich żad­nego dziecka w jego wieku. Pozwo­li­łam mu fan­ta­zjo­wać, a potem poże­gna­łam go szyb­kim cału­sem, bo teraz już rzadko pozwa­lał się przy­tu­lać i cało­wać, w każ­dym razie w miej­scach publicz­nych.

Potem poje­cha­łam pro­sto na par­king pod liceum. Na szczę­ście przed laty, po burz­li­wej dys­ku­sji, moi rodzice zre­zy­gno­wali z pomy­słu posła­nia mnie do eli­tar­nej szkoły pry­wat­nej. Zgo­dzili się w końcu, że skoro mama cho­dziła kie­dyś do tego liceum, to i mnie kon­takt z oso­bami róż­nego pokroju na pewno pozwoli wykształ­cić silny cha­rak­ter... Nie byłam wtedy pewna, co dokład­nie miało ozna­czać użyte przez nich okre­śle­nie, choć od początku podej­rze­wa­łam, że musi mieć zwią­zek ze sta­nem kont ban­ko­wych rodzin moich przy­szłych kole­ża­nek i kole­gów.

Teraz roz­po­czy­na­łam wła­śnie ostatni rok nauki i obie­ca­łam sobie, że coś się w końcu zmieni, a zwłasz­cza spo­sób, w jaki postrze­gają mnie ludzie ze szkoły. Mia­łam już dosyć cią­głego nosze­nia tej maski per­fek­cji, skry­wa­ją­cej wszystko, co działo się w moim wnę­trzu. To miał być mój rok... Tyle że poja­wie­nie się Thiaga Di Bianco tuż pod domem za cho­lerę nie wpi­sy­wało się w ten plan.

Obraz, który od pół godziny stał mi przed oczami, miał nie­wiele wspól­nego z tam­tym nie­zgrab­nym zie­lo­no­okim chłop­cem o jasno­brą­zo­wych wło­sach, wła­ści­wie pra­wie blond. Thiago się zmie­nił. Z całą pew­no­ścią urósł - był teraz wzro­stu swo­jego ojca, co mnie nie zdzi­wiło, bo już jako dzie­ciak prze­ra­stał wszyst­kich rówie­śni­ków.

Dla­czego wró­cił?

Kiedy wysia­dłam z samo­chodu na lice­al­nym par­kingu, mnó­stwo twa­rzy zwró­ciło się w moją stronę. Wszy­scy chcieli zoba­czyć tę popu­larną dziew­czynę, którą mimo­wol­nie się sta­łam.

Wie­dzia­łam, co się będzie teraz działo: oce­nią mój strój, fry­zurę, maki­jaż, a jeśli choć jeden szcze­gół okaże się nie dość wow, nie tak olśnie­wa­jący jak zwy­kle, to po szkole od razu rozejdą się zło­śliwe komen­ta­rze. Oczy­wi­ście za moimi ple­cami.

Nagle burza jasnych loków prze­sło­niła mi widok na nie­dy­skret­nych obser­wa­to­rów i po chwili zato­nę­łam w cie­płych, przy­ja­znych obję­ciach.

- Witaj, lady Kamilo! - zawo­łała moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka Ellie. Przy­jaź­ni­ły­śmy się od pierw­szej klasy. Ona była wtedy zupeł­nie nowa w mia­steczku, więc w prze­ci­wień­stwie do całej reszty nie patrzyła na mnie jak na jakąś lokalną cele­brytkę.

- Bła­gam, nie mów tak do mnie, wiesz, że tego nie cier­pię - zapro­te­sto­wa­łam i przy­tu­li­łam się do niej. - Chcesz, żebym ja cie­bie nazy­wała elfką?

Poka­zała mi język, bo nie­na­wi­dziła tego prze­zwi­ska. Tak naprawdę wcale nie nazy­wała się Ellie. Rodzice dali jej na imię Gala­driela, na cześć elfki z Władcy pier­ścieni. A naj­gor­sze - w każ­dym razie dla jej taty - było to, że Ellie szcze­rze nie cier­piała ani tej serii ksią­żek, ani fil­mów, ani w ogóle tych wszyst­kich ner­dow­skich kli­ma­tów, łącz­nie ze swoim wła­snym imie­niem. Co mnie dostar­czało oczy­wi­ście mnó­stwa rado­chy, bo mogłam do woli ją tym draż­nić.

Chwilę póź­niej oto­czyła mnie reszta kole­ża­nek - wszyst­kie spra­gnione opo­wie­ści z waka­cji. Zawsze chciały wie­dzieć, dokąd wyje­cha­łam i co sobie kupi­łam. Car­sville to małe mia­steczko, więc każda nowinka była atrak­cją dnia, zwłasz­cza dla dziew­czyn, które całe lato spę­dzały na miej­skim base­nie. Podróże mojej rodziny brzmiały dla nich jak urywki z filmu. Choć w rze­czy­wi­sto­ści nie bar­dzo było mi czego zazdro­ścić.

Na szkol­nym kory­ta­rzu wszy­scy mnie pozdra­wiali i uśmie­chali się sze­roko. Połowę zna­łam od zawsze, pozo­sta­łych koja­rzy­łam z widze­nia. Przy­sta­nę­łam przy swo­jej szafce, żeby wyjąć zeszyt i dłu­go­pis - pierw­szego dnia i tak zazwy­czaj nie­wiele się działo. Chloe, Kate i Marissa traj­ko­tały o naszym balu absol­wen­tów. Jesz­cze nie zaczę­li­śmy nauki, a one już pla­no­wały wielki finał.

W tym roku cze­kała mnie masa nauki, jeśli naprawdę chcia­łam się dostać na Yale, żeby stu­dio­wać tam, gdzie mój tata. Zamie­rza­łam wyje­chać jak naj­da­lej od domu i wra­cać wła­ści­wie tylko po to, żeby zoba­czyć się z bra­tem.

W chwili, gdy o tym myśla­łam, a moje przy­ja­ciółki na­dal paplały tuż obok, ktoś pod­szedł do mnie z boku, objął mnie w pasie i przy­cią­gnął do sie­bie. Nie musia­łam nawet patrzeć, żeby wie­dzieć kto to. Wszę­dzie roz­po­zna­ła­bym ten zapach.

- Cześć, skar­bie - wyszep­tał mi Dani pro­sto do ucha.

Prze­szedł mnie dreszcz. Ale wcale nie był przy­jemny.

Odwró­ci­łam się, żeby spoj­rzeć Daniemu w oczy.

- Hej! - wykrzyk­nę­łam z prze­sad­nym entu­zja­zmem. Nawet dla mnie zabrzmiało to sztucz­nie.

Dani był przy­stojny. Wysoki, umię­śniony kapi­tan dru­żyny koszy­kówki. Ciem­no­brą­zowe włosy, nie­bie­skie oczy. Mogła­bym kon­ty­nu­ować, ale i tak żaden opis nie zbli­żyłby się do ory­gi­nału. Każda dziew­czyna dałaby się pokroić, żeby Dani został jej chło­pa­kiem. Ale nie ja. Teraz już nie.

- Cud­nie wyglą­dasz - powie­dział, przy­cią­gnął mnie bli­żej i poca­ło­wał w usta.

W tej chwili ktoś prze­szedł obok i zatrzy­mał się przy szafce nie­cały metr dalej.

W jed­nej sekun­dzie żołą­dek zaci­snął mi się w pięść.

- Prze­pra­szam na chwilę - powie­dzia­łam jakby w tran­sie. Odsu­nę­łam się od Daniego, świa­doma, że wszy­scy mnie obser­wują, i ruszy­łam wzdłuż rzędu sza­fek.

Wie­dzia­łam, że i on mnie już zauwa­żył, bo spiął się na całym ciele. A potem wziął głę­boki oddech, zamknął szafkę i odwró­cił się w moją stronę.

Też się zmie­nił. Był star­szy. I nie­mal tak wysoki jak jego brat. Wciąż miał tak samo nie­bie­skie oczy, ale nie patrzyły już na mnie z tam­tym dzie­cię­cym bły­skiem, który dzie­li­li­śmy, ile­kroć robi­li­śmy coś głu­piego albo pako­wa­li­śmy się w kolejne tara­paty. Dziś już nic nie zostało z tam­tej więzi, z zaufa­nia, z poro­zu­mie­nia. Włosy też miał teraz inne - już nie pra­wie blond, jak jego brat, tylko jasno­brą­zowe - a na jego szyi dostrze­głam tatuaż, chyba jakiś cel­tycki sym­bol.

- Cześć, Tay­lor - szep­nę­łam pra­wie nie­do­sły­szal­nie.

Przez moją głowę prze­pły­wały kolejne obrazy. Tyle ich było... Tyle wspól­nych chwil, tyle zabaw i śmie­chu.

Obrzu­cił mnie szyb­kim spoj­rze­niem i zoba­czy­łam w jego oczach cień zasko­cze­nia, jak­bym nie była tą samą osobą, którą zapa­mię­tał.

- Cześć, Kami - powie­dział chłodno, nie­uf­nie.

Spo­sób, w jaki na mnie spoj­rzał - zupeł­nie inny niż daw­niej - spra­wił, że coś zaci­snęło się w moim wnę­trzu.

- Wró­ci­li­ście - stwier­dzi­łam. Choć zabrzmiało to bar­dziej jak pyta­nie.

- Tak - odpo­wie­dział i popra­wił szelki ple­caka, jakby skon­ster­no­wany.

Było tyle rze­czy, które chcia­ła­bym mu powie­dzieć, tyle spraw, któ­rymi chcia­ła­bym się z nim podzie­lić. Mój świat cał­ko­wi­cie się zmie­nił od naszego ostat­niego spo­tka­nia.

Szczę­ście, śmie­chy, przy­gody - to wszystko minęło, zastą­pione pozo­rami per­fek­cji i bez­brzeżną nudą. A prze­cież kie­dyś Tylor był moim powier­ni­kiem, moim obrońcą. On i jego brat byli mi tak bli­scy, a potem nawet nie zdą­ży­li­śmy się poże­gnać. I teraz, po sied­miu latach, poja­wiają się nagle nie wia­domo skąd, a on nie ma mi zupeł­nie nic do powie­dze­nia?

To prawda, że moja mama roz­biła ich rodzinę. Ale prze­cież roz­biła przy tym też moją. Nie potra­fi­łam zro­zu­mieć, skąd u niego ten chłód w sto­sunku do mnie. Tak bar­dzo chcia­łam go teraz przy­tu­lić i choć przez chwilę poczuć się tak jak kie­dyś.

- Jak dobrze cię znowu widzieć - powie­dzia­łam, kiedy wresz­cie zdo­by­łam się na odwagę. - Tęsk­ni­łam za tobą. Za tobą i za twoim...

- Muszę iść. - Nie pozwo­lił mi nawet dokoń­czyć.

Zadzwo­nił dzwo­nek. Wzdry­gnę­łam się, zasko­czona jego dźwię­kiem, a Tay­lor omi­nął mnie i odszedł w swoją stronę. Nie tak miało wyglą­dać nasze pierw­sze spo­tka­nie po latach.

Tysiące razy przed snem wyobra­ża­łam sobie, jak to będzie, kiedy znowu ich zoba­czę - Tay­lora i Thiaga. I ni­gdy nie przy­pusz­cza­łam, że wszystko okaże się takie dziwne i bole­sne.

Poczu­łam, że zaczy­nam się roz­kle­jać, a wła­ści­wie pozna­łam to po spoj­rze­niach ludzi wokół. Ale szybko z powro­tem zało­ży­łam swoją maskę - tę, którą codzien­nie nosi­łam na szkol­nych kory­ta­rzach. Zdo­ła­łam prze­łknąć łzy, zanim zdą­żyły mnie zdra­dzić.

- Na co się gapi­cie? - rzu­ci­łam w prze­strzeń. Odwró­ci­łam się na pię­cie i ruszy­łam pro­sto do klasy. Moje przy­ja­ciółki poszły za mną. Przez całą pierw­szą lek­cję nie powie­działy ani słowa i byłam im za to wdzięczna.

Emo­cje pró­bo­wały wziąć nade mną górę, ale prze­cież lodowa księż­niczka - córka kró­lo­wej śniegu - nie mogła na coś takiego pozwo­lić.

2. Thiago

2

Thiago

Nie minęło nawet pół dnia, odkąd wró­ci­łem, a już prze­śla­do­wał mnie jej obraz. Kam... Niech to szlag. Dla­czego do cho­lery jej widok aż tak mnie ruszył? Prze­cież nawet nie przy­po­mi­nała już tam­tej smar­kuli, za którą sza­la­łem jako dzie­ciak. Ta zimna, wystro­jona panna nie miała nic wspól­nego z roz­czo­chraną dziew­czynką w war­ko­czy­kach, z któ­rej lubi­łem stroić sobie żarty. Widzia­łem ją rap­tem przez chwilę, ale ten widok już zdą­żył mi się wryć w głowę. Uro­sła. I wypięk­niała - wia­domo. Zawsze była ładna, ale nie spo­dzie­wa­łem się takiego uczu­cia żalu na jej widok. Kamila Hamil­ton nie była już moją przy­ja­ciółką. Nie była już też dla mnie pierw­szą dziew­czyną, którą poca­ło­wa­łem, tą, w któ­rej buja­łem się jako dzie­ciak, a przy­naj­mniej tak mi się wtedy wyda­wało. Teraz widzia­łem w niej tylko córkę kobiety, która znisz­czyła życie mojej rodzi­nie. To przez nią ojciec nas porzu­cił, a mama prze­stała się uśmie­chać. Nie­na­wi­dzi­łem Hamil­tonów z całych sił, a Kamili naj­bar­dziej. Gdyby mnie wtedy posłu­chała, gdyby gów­niara trzy­mała gębę na kłódkę, wszystko uło­ży­łoby się ina­czej: mama nie wpa­dłaby w depre­sję i nie wpa­ko­wa­łaby się w zwią­zek z typem, który ją mal­tre­to­wał, a ja nie musiał­bym teraz odra­biać sze­ściu­set godzin prac spo­łecz­nych za roz­kwa­sze­nie mu gęby. Gdyby Kamila nic wtedy nie powie­działa. Gdyby tylko...

A teraz, kiedy zoba­czy­łem ją taką szczę­śliwą i zado­wo­loną z sie­bie, w tym kabrio­le­cie, bez­tro­ską i oto­czoną bogac­twem, aż się we mnie zago­to­wało.

Ona nie musiała prze­cho­dzić przez to wszystko, co mój brat i ja. Jej rodzina się nie roz­pa­dła. Na­dal byli razem, nie mieli żad­nych pro­ble­mów finan­so­wych, nie musieli zasu­wać na budo­wie, żeby nie wylą­do­wać na bruku. Kamila nie wyle­ciała ze stu­diów i nie była zmu­szona wró­cić do liceum, żeby odkle­pać prace spo­łeczne za odwa­le­nie krzy­wej akcji. W prze­ci­wień­stwie do mnie.

No dobra, mój ojciec nie był wtedy mniej winny od nich, tyle że on od zawsze był palan­tem. Zdra­dził mamę nie raz i nie dwa. Wie­dzia­łem o tym już dużo wcze­śniej, bo nawet się nie pil­no­wał, kiedy przy­pro­wa­dzał do domu swoje "kole­żanki". Nie obcho­dziło go, że pię­tro niżej, pod opieką niani, bawią się jego syno­wie. Tylko mama zda­wała się tego wszyst­kiego nie widzieć i wolała żyć w bło­giej nie­świa­do­mo­ści. Kar­miła się kłam­stwami, ale przy­naj­mniej była szczę­śliwa.

Wła­śnie dla­tego bła­ga­łem Kam, żeby nikomu o tym nie mówiła, żeby sie­działa cicho. Ale gdzie tam - głu­pia dziew­czy­neczka wyśpie­wała wszystko jak na spo­wie­dzi. No i zruj­no­wała nam życie.

A teraz tu wró­ci­li­śmy. Minęło sie­dem lat od roz­wodu rodzi­ców, sie­dem lat, odkąd ojciec stop­niowo prze­stał nas nawet odwie­dzać. Prze­sy­łał już tylko comie­sięczne prze­lewy - dokład­nie tyle, ile naka­zał sąd. To było wszystko, co zostało z naszych rela­cji.

Cho­lerny palant zupeł­nie nas porzu­cił - swo­ich dwóch synów i kobietę, która dała mu wszystko. Powie­dział, że nie jest w sta­nie z tym żyć, że nie potrafi dłu­żej z nami miesz­kać, że nie umie o tym wszyst­kim zapo­mnieć. A mimo to mama wciąż po kry­jomu za nim pła­kała. Wciąż nie zdo­łała się pozbie­rać.

Mój brat Tay­lor zniósł to naj­le­piej z naszej trójki. Dba­łem o to, żeby mama nie obar­czała go swoim cier­pie­niem, żeby ni­gdy przy nim nie pła­kała. To ja zosta­łem jej ratow­ni­kiem. Jako trzy­na­sto­la­tek byłem świad­kiem każ­dej awan­tury mię­dzy rodzi­cami, a w dodatku musia­łem zezna­wać w sądzie, że od lat wie­dzia­łem o zdra­dach ojca. Pra­wie dobi­łem tym mamę, ale nie mogłem pozwo­lić, żeby to wszystko uszło mu na sucho. Dzięki moim zezna­niom udało nam się przy­naj­mniej zacho­wać dom, choć i tak nie­wiele nam z tego przy­szło, bo mama nie zamie­rzała dalej miesz­kać obok Hamil­to­nów. Prze­ra­stało ją to. Nie zde­cy­do­wała się też na wyna­jem. Cza­sem naprawdę ledwo wią­za­li­śmy koniec z koń­cem, bo pła­ci­li­śmy czynsz za miesz­ka­nie na Bro­okly­nie i jed­no­cze­śnie utrzy­my­wa­li­śmy dom w Car­sville. Wie­lo­krot­nie się z nią o to kłó­ci­łem, ale mama była nie­ugięta: dom ma pozo­stać zamknięty i koniec tematu.

A teraz musie­li­śmy do niego wró­cić. I to przeze mnie.

Z bie­giem lat każde z nas nauczyło się jakoś żyć z nową sytu­acją. Ja wzią­łem na sie­bie zapew­nie­nie Tay­lo­rowi moż­li­wie nor­mal­nego dzie­ciń­stwa. I zapła­ci­łem za to swoim wła­snym, które skoń­czyło się z dnia na dzień. Zanim się zorien­to­wa­łem, sta­łem się dzie­cia­kiem uwi­kła­nym w pro­blemy doro­słych.

Byłem tak wście­kły na cały świat, że zaczą­łem trzy­mać się z nie­wła­ści­wymi ludźmi. Oceny leciały w dół, zaczęły się bójki, wylali mnie ze szkoły. A kul­mi­na­cja nastą­piła zeszłego lata, kiedy przy­ła­pa­łem pie­przo­nego faceta mojej mamy, jak kopał ją po brzu­chu, nie­mal nie­przy­tomną na pod­ło­dze. Cały gniew, który latami tłu­mi­łem, w jed­nej chwili poszedł w pię­ści i roz­ła­do­wa­łem go na tym gnoju. Pro­blem w tym, że on - jako ordy­na­tor oddziału pedia­trii w nowo­jor­skim szpi­talu - użył póź­niej wszyst­kich swo­ich zna­jo­mo­ści, byle tylko wsa­dzić mnie do pudła. Osta­tecz­nie wylą­do­wa­łem na warun­ko­wym. Jedna wpadka i tra­fię za kratki. A na to nie mogę sobie pozwo­lić.

W ten spo­sób znowu zna­leź­li­śmy się w Car­sville, gdzie się uro­dzi­łem i gdzie cie­szy­łem się szczę­śli­wym dzie­ciń­stwem, dopóki wszystko się nie posy­pało. Bo było to jedyne miej­sce, gdzie ktoś jesz­cze zgo­dził się dać mi szansę na unik­nię­cie wię­zie­nia. Łudzi­łem się, że może rodzina Hamil­to­nów już się stąd wynio­sła, ale nie­stety wszystko zostało po sta­remu. No, może z tą róż­nicą, że teraz byli­śmy starsi i że sie­dzie­li­śmy po uszy w gów­nie - przy­naj­mniej ja.

Tay­lor był już w szkole. Ekipa od prze­pro­wa­dzek zrzu­ciła pudła jak leci - część w hallu, część w salo­nie. A ja musia­łem teraz zosta­wić mamę samą z całym baj­zlem, bo na dru­giej lek­cji mia­łem już być w liceum, żeby roz­po­cząć dar­mową robotę jako pomoc­nik tre­nera koszy­kówki. Mia­łem też poma­gać w sekre­ta­ria­cie i zosta­wać po lek­cjach z uczniami, któ­rzy dostali szla­ban. Wiem, wiem - żyć nie umie­rać.

Mama zaczy­nała pracę jako pie­lę­gniarka w szpi­talu w Car­sville dopiero następ­nego dnia, więc to na nią spa­dła reszta prze­pro­wadzki. Wsia­dłem na motor i ruszy­łem do szkoły, którą ostatni raz odwie­dzi­łem jako pierw­szo­kla­si­sta. Myśl o powro­cie do liceum to kosz­mar każ­dego dwu­dzie­sto­latka. A w każ­dym razie mój na pewno, bo prze­cież sam dopiero co zakoń­czy­łem naukę na tym pozio­mie.

Kiedy dotar­łem na miej­sce, par­king był zasta­wiony autami, ale nie było już na nim żad­nych uczniów - wszy­scy zapewne sie­dzieli na lek­cjach. Posta­wi­łem motor w bez­piecz­nym miej­scu, kask wzią­łem pod pachę, popra­wi­łem oku­lary prze­ciw­sło­neczne i skie­ro­wa­łem się do sekre­ta­riatu.

Przy­wi­tała mnie tam dziew­czyna nie­wiele star­sza ode mnie, z uśmie­chem jed­no­cze­śnie pro­mien­nym i zmę­czo­nym. Pierw­szy dzień szkoły to musiała być dla niej masa­kra - ogar­nia­nie pla­nów lek­cji i tych wszyst­kich spraw orga­ni­za­cyj­nych.

Spoj­rzała na mnie zacie­ka­wiona.

- Jak mogę ci pomóc? - zapy­tała.

Cho­ciaż mia­łem dwa­dzie­ścia lat, spo­koj­nie mogłem ucho­dzić za ucznia ostat­niej klasy.

- Thiago Di Bianco. Przy­sze­dłem...

- ...odro­bić godziny na rzecz spo­łecz­no­ści, wiem - dokoń­czyła przy­jaź­nie, bez cie­nia osądu. Miała blond włosy i nie­bie­skie oczy. Była naprawdę ładna i pew­nie połowa uczniów sekret­nie się w niej kochała. Ale mnie jakoś nie ruszała.

- No wła­śnie. Jeśli dasz mi plan, to wię­cej nie będziesz musiała mnie oglą­dać - rzu­ci­łem i usia­dłem po dru­giej stro­nie jej biurka.

Zamru­gała kilka razy, kiedy zsu­ną­łem oku­lary i spoj­rza­łem jej pro­sto w oczy.

- Dyrek­tor Har­ri­son chce cię widzieć. Ma ci podobno wszystko wyja­śnić, zasady i tak dalej - powie­działa i zaśmiała się cicho. Nie byłem pewien, czy mnie to ziry­to­wało, czy może nawet tro­chę mi się spodo­bało.

- Jasne - odpo­wie­dzia­łem. Wzią­łem kartkę, którą mi podała, i pod­nio­słem się z miej­sca.

- Tam jest jego gabi­net. - Wska­zała mi drzwi z tabliczką DYREK­TOR. - A tak w ogóle to jestem Sarah - dodała i wycią­gnęła do mnie rękę. Uści­sną­łem ją. Była miękka i cie­pła.

- Miło cię poznać, Sarah - powie­dzia­łem dość oschle i odwró­ci­łem się w stronę gabi­netu dyrek­tora. To było dziwne uczu­cie zna­leźć się znowu w szkole i nie czuć się już jak sie­dem­na­sto­la­tek.

Dyrek­tor Har­ri­son był tym samym czło­wie­kiem, któ­rego pamię­ta­łem z pierw­szego i jedy­nego roku nauki w tym liceum. Popro­sił, żebym usiadł. Zro­bi­łem to bez słowa i przez chwilę mie­rzy­li­śmy się wzro­kiem. W prze­ci­wień­stwie do sekre­tarki on wyglą­dał na roz­cza­ro­wa­nego.

Uśmiech­ną­łem się krzywo.

- Panie Di Bianco, miło znów pana u nas widzieć - powie­dział z uśmie­chem, który nie miał nic wspól­nego z rado­ścią. - Żałuję, że nie w innych oko­licz­no­ściach, ale cóż, nie będę narze­kał.

- Dzię­kuję, panie dyrek­to­rze. Z wza­jem­no­ścią - odpo­wie­dzia­łem z uśmie­chem.

- Przejdźmy do rze­czy. - Oparł łok­cie na biurku i pochy­lił się lekko w moją stronę. - Masz dwa­dzie­ścia lat i jesteś tu, bo stan Wir­gi­nia ocze­kuje, że odpra­cu­jesz swoje winy. Wyświad­czam two­jej matce przy­sługę, pozwa­la­jąc ci zro­bić to w szkole, a nie na zmy­waku w sto­łówce, więc chciał­bym, żeby­śmy się dobrze zro­zu­mieli co do two­ich obo­wiąz­ków. Będziesz wspie­rał tre­nera Claba w cza­sie tre­nin­gów. Wiem, że jesteś dobry w koszy­kówce, no i że gra­łeś w dru­ży­nie uni­wer­sy­tec­kiej. Wielka szkoda, że cię wyrzu­cili, ale twoje doświad­cze­nie przyda się naszej szkol­nej dru­ży­nie. Poza tym będziesz też do dys­po­zy­cji, gdyby któ­ryś z nauczy­cieli się roz­cho­ro­wał. Oczy­wi­ście nie mam zamiaru powie­rzać ci pro­wa­dze­nia zajęć, ale masz być dostępny, jeśli trzeba będzie kogoś zastą­pić. Codzien­nie po połu­dniu masz być w świe­tlicy i pil­no­wać uczniów, któ­rzy odsia­dują szla­ban. I jesz­cze jedno: chcemy, żebyś dołą­czył do opie­ku­nów na dorocz­nym obo­zie dla matu­rzy­stów.

Okej, ale tego ostat­niego nie było w umo­wie.

- Chce pan, żebym pil­no­wał bandy nasto­lat­ków na wyjeź­dzie? - zapy­ta­łem, świa­domy, że jestem naj­mniej odpo­wied­nią do tego osobą. Wszy­scy wie­dzą, co się wypra­wia na takich obo­zach, a ja na pewno nie zamie­rza­łem bawić się w gesta­powca i pil­no­wać, żeby dzie­ciaki nie gziły się po kątach. Co za absurd.

- Dokład­nie tego od cie­bie ocze­kuję - potwier­dził chłodno dyrek­tor i zaj­rzał mi w oczy. - I wła­śnie dla­tego chcę, żebyś prze­strze­gał bez wyjątku trzech zło­tych zasad. Po pierw­sze: żad­nych nar­ko­ty­ków i żad­nego alko­holu. Obaj wiemy, że to posła­łoby cię pro­sto za kratki. Po dru­gie, panie Di Bianco: żad­nych rela­cji wykra­cza­ją­cych poza rela­cje uczeń-opie­kun. Doty­czy to rów­nież pana brata Tay­lora. I po trze­cie: jeśli dowiem się, że miał pan zwią­zek z jakim­kol­wiek łama­niem regu­la­minu, oso­bi­ście dopil­nuję, żeby wszyst­kie godziny, które pan tu odpra­cuje, zostały natych­miast unie­waż­nione. Czy to jasne?

Spoj­rza­łem mu pro­sto w oczy.

- Jak słońce, panie dyrek­to­rze - powie­dzia­łem i pod­nio­słem się z krze­sła.

- Thiago - zatrzy­mał mnie jesz­cze, więc odwró­ci­łem się w jego stronę. - Obaj wiemy, że twoja obec­ność tutaj wzbu­dzi sporo emo­cji, zwłasz­cza w sek­cji żeń­skiej... - Posła­łem mu uśmiech. - Uwa­żaj na to, co robisz. Za chwilę będziesz peł­no­letni i od tej pory sta­niesz się w pełni odpo­wie­dzialny za wła­sne czyny. Zro­zu­miano?

- Oczy­wi­ście, panie dyrek­to­rze.

Wysze­dłem z gabi­netu. Uśmiech spły­nął mi z twa­rzy.

Musia­łem się bar­dzo pil­no­wać, jeśli nie chcia­łem, żeby przez moją skłon­ność do łama­nia zasad życie jesz­cze bar­dziej mi się roz­je­chało.

Tre­ning oka­zał się dużo faj­niej­szy, niż się spo­dzie­wa­łem. Tay­lor był w dru­ży­nie i szybko roze­szło się, że jeste­śmy braćmi. Chcąc nie chcąc, od razu zła­pa­łem prze­lot z chło­pa­kami. W końcu byłem pra­wie w tym samym wieku, co oni, więc na koniec roze­gra­li­śmy jesz­cze krótki mecz. Tre­ner Clab pochwa­lił moją tech­nikę i kiedy reszta dru­żyny brała prysz­nic, poga­da­li­śmy przez chwilę o koszy­kówce, wszystko ukła­dało się zaska­ku­jąco dobrze, aż do momentu, gdy wysze­dłem na kory­tarz, żeby wró­cić do pokoju nauczy­ciel­skiego i pocze­kać na kolejne zaję­cia, i wpa­dłem pro­sto na ostat­nią osobę, którą chciał­bym zoba­czyć - Kam.

Zła­pa­łem ją za ramiona, żeby się nie wywa­liła, ale natych­miast poczu­łem pod pal­cami dziwne mro­wie­nie, więc szybko cof­ną­łem dło­nie. Mia­łem wra­że­nie, że wpa­tru­jemy się w sie­bie od kilku godzin, a nie od paru sekund. Zupeł­nie jakby czas się zatrzy­mał, żeby­śmy mogli oswoić się ze zmia­nami, jakie w nas zaszły. Mój wzrok reje­stro­wał wszyst­kie nowe szcze­góły jej twa­rzy. Była doj­rzal­sza, ale wciąż miała dawne rysy - te same, które kie­dyś zna­łem na pamięć. Tyle że teraz była to dodat­kowo twarz pięk­nej dziew­czyny łudząco podob­nej do osoby, któ­rej nie­na­wi­dzi­łem naj­bar­dziej na świe­cie.

Jej rzęsy były dłu­gie i ciemne. Pełne usta, pocią­gnięte błysz­czy­kiem, kusiły do popeł­nie­nia jakie­goś sza­leń­stwa. Miała dołeczki w policz­kach, mimo że wcale się nie uśmie­chała, i deli­katny rumie­niec, ale nie od maki­jażu, bo ona ni­gdy nie potrze­bo­wała różu ani tych wszyst­kich głu­pot - zawsze rumie­niła się natu­ral­nie, wbrew wła­snej woli. A jej ciało... Jakoś się powstrzy­ma­łem od powę­dro­wa­nia wzro­kiem niżej. W każ­dym razie jedno się nie zmie­niło: na­dal byłem od niej pra­wie o dwie głowy wyż­szy.

- Thiago - powie­działa zasko­czona, a dźwięk mojego imie­nia w jej ustach zadzia­łał na mnie bar­dziej, niż bym się spo­dzie­wał.

Dosta­łem erek­cji.

Szlag.

Zaci­sną­łem szczęki. Nie chcia­łem mieć z tą dziew­czyną nic wspól­nego.

- Prze­pra­szam - burk­ną­łem i spró­bo­wa­łem ją wymi­nąć, ale zła­pała mnie za ramię i przy­trzy­mała w miej­scu.

- Prze­stań­cie się tak zacho­wy­wać - zażą­dała, a w jej oczach bły­snęła złość. - Chcę tylko poroz­ma­wiać - dodała i popa­trzyła na mnie tak jak kie­dyś: wzro­kiem zagu­bio­nej, ale i zadzior­nej dziew­czynki.

Wbi­łem wzrok w jej palce zaci­śnięte na moim ramie­niu.

- Puść mnie - powie­dzia­łem przez zęby.

Musia­łem się od niej odsu­nąć. Potrze­bo­wa­łem prze­strzeni. To nie szło w dobrą stronę. Mia­łem ochotę jej wygar­nąć, na usta cisnął mi się stek wyzwisk. Ale gdyby mnie ponio­sło, znowu wszystko bym stra­cił. A już dość stra­ciłem przez tę dziew­czynę.

Wyglą­dała na prze­stra­szoną albo zasko­czoną moim tonem, bo cof­nęła rękę jak opa­rzona.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki