1. Kami
1
Kami
W ciągu ostatnich dwóch tygodni chłód na
dobre zagościł w Carsville. Ostatnie dni lata i ciepłe promienie słońca
odeszły w zapomnienie, a ich miejsce zajęły ulewne deszcze i groźba
tornada. Trudno było nawet wyjść z domu, żeby choć trochę się rozerwać.
Choć i tak nie było mnie stać na rozrywki. Wiele bym dała, żeby pojechać
do miasteczka, wstąpić do kawiarni Mill's i zamówić sobie truskawkowy
koktajl albo kawę z czekoladowym muffinem. Tyle że przez bankructwo taty
zostałam bez samochodu, którym mogłabym tam dojechać.
Na szczęście wciąż mogłam pogapić się w okno. A może powinnam raczej
powiedzieć: na nieszczęście... Od pół godziny śledziłam wzrokiem ruchy
dziewczyny, która podawała Thiagowi narzędzia, prezentując przy tym
swoje długie nogi w spódniczce ledwo zakrywającej pupę.
Na zewnątrz było osiem stopni! Serio nie było jej zimno?
Skąd w ogóle Thiago ją wytrzasnął? Gdzie ją poznał?
Wkurzało mnie, że była naprawdę prześliczna. Miała długie ciemne włosy,
a oczy prawie na pewno błękitne. Stała dość daleko, ale w pewnym
momencie odwróciła się w stronę mojego domu, a światło, które czasem
przedzierało się przez chmury, rozjaśniło jej twarz. Cholera, ta
dziewczyna była naprawdę przepiękna. Wysoka, smukła, idealna...
Nie udało mi się powstrzymać od porównań. Moje metr sześćdziesiąt pięć,
włosy do ramion, już pociemniałe, odkąd lato przeszło do historii... O rany, w zestawieniu z nią czułam się jak kijanka.
Dłonie, które teraz obejmowały tę dziewczynę, dwa tygodnie wcześniej, w samochodzie, głaskały mnie wśród szalejącej burzy. Gdy zamykałam oczy i wracałam myślami do tamtej chwili, serce momentalnie mi przyspieszało.
Czułam, jak robi mi się gorąco, uda mimowolnie się napinają, a myśli
uciekają do tamtego momentu, gdy Thiago i ja zachłannie się całowaliśmy.
Odtwarzałam to w pamięci i wyobrażałam sobie, jak by to było posunąć się
wtedy jeszcze dalej, poczuć jego dłonie na skórze, na piersiach, poczuć,
jak jego palce dają mi przyjemność, jego wzrok wpija się we mnie, a nasze ciała się ze sobą łączą...
Ktoś zapukał do drzwi i wyrwał mnie z tych fantazji.
- Kamilo, tata i ja musimy z tobą porozmawiać. - Mama zajrzała do
pokoju. - Przyjdź do nas do salonu.
Nie zdradziła nic więcej. Zamknęła drzwi, a po chwili na schodach
rozległy się jej kroki.
Spojrzałam jeszcze raz przez okno i zobaczyłam... jak Thiago całuje się
z tamtą.
Zabolało... Nawet nie wiem, gdzie dokładnie. Nie wierzę, że złamane
serce naprawdę może krwawić, a jednak czułam ból. Rozdzierający.
Zaciągnęłam zasłony.
Czego mogli nagle ode mnie chcieć rodzice?
Ostatnie tygodnie spędziłam zamknięta w pokoju, z muzyką na cały
regulator, żeby nie słyszeć ich kłótni. Próbowałam uciekać myślami jak
najdalej.
Tylko od czasu do czasu Taylorowi udawało się mnie stamtąd wyciągnąć.
Wsiadaliśmy wtedy do jego samochodu i jechaliśmy do Stony Creek.
Szliśmy do kina albo przesiadywaliśmy w Starbucksie, gdzie godzinami
piliśmy kawę i rozmawialiśmy. Nasza relacja rozwijała się w zawrotnym
tempie, a ja z każdym dniem stawałam się coraz bardziej uzależniona od
jego towarzystwa, czułości, pocałunków i od sposobu, w jaki potrafił
mnie rozśmieszyć.
Nie wiem, jak on to robił, ale kiedy byłam z nim, wszystkie problemy po
prostu znikały. Potrafiłam nawet zapomnieć o Thiagu. Kiedy byliśmy sami,
znowu stawaliśmy się Taylorem i Kami - najlepszymi przyjaciółmi. Tylko
że teraz wszystko było bardziej intensywne.
Jednak kiedy nie było go obok, czułam się rozdarta. Moje serce kochało
jednego chłopaka, a pragnęło innego... Miałam wrażenie, że jestem
najgorszą osobą na świecie.
Zeszłam po schodach do salonu. Mama siedziała na białej sofie, zwrócona
twarzą w stronę kominka, w którym zaczęliśmy już palić ze względu na
chłody. Aż trudno było uwierzyć, że w ciągu dwóch tygodni piękne lato
przeszło w późną jesień.
Mój brat Cameron rozłożył się na drugiej sofie, z Nintendo Switch w dłoniach, a dźwięki Mario Bros wypełniały cały pokój. Ostatnio Cam był
wyjątkowo markotny. Nie dawał się przytulić, nie chciał się bawić w ogrodzie. Prawie całe dnie spędzał przed telewizorem - grał w coś albo
oglądał kreskówki. Ledwo rozpoznawałam w nim tego sześciolatka, którego
wybuchy śmiechu potrafiły rozjaśnić mi nawet najbardziej ponury dzień.
Usiadłam obok niego i zwróciłam się do rodziców:
- O co chodzi?
Tata, który właśnie poprawiał drewno w kominku, wyprostował się, odłożył
metalowe szczypce i popatrzył na mamę.
- Dzieci... Wasz tata i ja się rozwodzimy.
Na moment wszystko we mnie zamarło. Konsola brata przestała wydawać
dźwięki.
- Co? - wydusiłam wreszcie, gdy po pierwszym szoku odzyskałam mowę.
Rodzice się kłócili - tak. Mama bywała nieznośna - jasne. Ale przecież
się kochali, prawda? Cholera, w końcu przetrwali nawet zdradę! Mama
przyprawiła tacie rogi, a mimo to on jej wybaczył.
- Rozmawialiśmy o tym i doszliśmy do wniosku, że to nie jest dla was
dobre, byście żyli w atmosferze ciągłych kłótni... - zaczął tata.
- Ty się nie kłócisz, tylko ona - wtrąciłam i wycelowałam palcem w mamę.
Strach, wściekłość i bezsilność buzowały we mnie jak woda w garnku pod
ciśnieniem.
- Kamilo! - oburzyła się mama. - To nie są żarty, a twoja opinia nie ma
tu znaczenia. Czasem miłość po prostu się kończy i...
- Och, proszę cię! - Prychnęłam i zerwałam się na równe nogi. - Nie
wciskaj mi kitu o miłości. To nie miłość się skończyła, tylko pieniądze!
Spojrzałam na tatę, ale uciekł wzrokiem na podłogę.
Boże... On wcale nie chciał się rozwodzić.
- Jak śmiesz...?! - zareagowała mama.
- Jak śmiem? - wyrzuciłam z wściekłością. - Ledwo zaczęły się problemy,
a ty natychmiast odwróciłaś się do taty plecami! Gdy tylko zrobiło się
trudniej, kiedy tylko straciłaś swoje weekendy w SPA, wypasione
samochody i codzienne wyprawy na zakupy, od razu zażądałaś pieprzonego
rozwodu!
- Kamila, dosyć. - Tata przerwał mój wybuch.
- Nie będę tolerować takich odzywek, rozpuszczona smarkulo... -
spróbowała uciąć mama.
- Ja jestem rozpuszczona?! - zapytałam z niedowierzaniem.
Otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale tata huknął dłonią w stół.
- Dość tego! - krzyknął i zamilkłyśmy. - Koniec dyskusji. Kamila, wiem,
że ci się to nie podoba, ale już postanowione. Rozwodzimy się. A teraz
trzeba ustalić, jak to wszystko będzie wyglądać i...
- Zostaję z tobą - przerwałam mu bez chwili namysłu. - Nie zamierzam z nią mieszkać. Nie zostawię cię samego, tato...
- Zostaniecie z mamą - uciął. Popatrzył na mnie i na Cama.
Dopiero wtedy przypomniałam sobie o bracie.
Siedział cicho i wpatrywał się w nas bez słowa.
- Chcemy, żeby to przebiegło możliwie spokojnie. Zostaniecie tutaj, w domu. Ja przeprowadzę się prawdopodobnie do Stony Creek, wynajmę tam
mieszkanie.
- Co? - zapytałam ze łzami w oczach. - Tato... ja nie chcę, żebyś się
wyprowadzał.
Poczułam się jak mała dziewczynka. Nie mogłam nic zrobić, żeby
powstrzymać przygniatające poczucie bezradności.
- Będziemy się widywać w weekendy... - zaczął tata.
- To ustali sąd, Roger. Nie obiecuj dziecku czegoś, czego sam jeszcze
nie wiesz - przerwała mu mama.
Spojrzałam na nią z nienawiścią.
- Nie nazywaj mnie dzieckiem. I daruj sobie teksty o sądach. Jeśli będę
chciała się widywać z tatą, to będę się z nim widywać, jasne?
- Przecież nikt nie mówi, że macie się nie widywać - odparła mama i zacisnęła usta. - Ale dopóki jesteś niepełnoletnia, będziesz mieszkać
tam, gdzie ja zdecyduję, i robić, co ci każę.
Parsknęłam śmiechem, w którym nie było ani grama wesołości.
- W styczniu kończę osiemnaście lat - przypomniałam jej z satysfakcją. -
Masz jeszcze dwa i pół miesiąca na decydowanie za mnie.
- Kamila... - upomniał mnie ojciec.
- Nie! - rzuciłam ostro i popatrzyłam mu prosto w oczy. - Gdy tylko będę
pełnoletnia, przeprowadzam się do ciebie. I możesz mówić, co chcesz.
Energicznie ominęłam stół i ruszyłam po schodach do swojego pokoju.
Nie mogłam w to uwierzyć. Po prostu nie mogłam.
A już myślałam, że matka nie zdoła upaść niżej...
Płakałam, wtulona w poduszkę. Bałam się tego, co będzie dalej. Jak ona
mogła zostawić mojego tatę? Przecież to ona była niewierna. To ona nas
wszystkich oszukiwała. To ona rozbiła dwie rodziny. To z jej winy
siostra Taylora i Thiaga umarła, a Katia Di Bianco straciła to, co
kochała najbardziej... To mama powinna się wynieść, przecież dom należał
do taty - w końcu sama nigdy w życiu nie przepracowała ani jednego dnia.
Była cholerną utrzymanką, córką bogaczy, która od dziecka chciała tylko
jednego: nie pracować, bawić się w dom, jeździć na odosobnienia duchowe
i kupować przecenione torebki Chanel.
Była żałosna.
Płakałam, dopóki nie zasnęłam ze zmęczenia. Po kilku godzinach
otworzyłam oczy. Na dworze zapadła już noc, a wiatr z hukiem uderzał w moje okno.
Wsparłam się o poduszki i wtedy ktoś zapukał do pokoju.
Nie odpowiedziałam, ale drzwi się uchyliły i do środka weszła osoba,
którą kochałam najbardziej na świecie.
- Kami... - powiedział Cameron i podszedł do mojego łóżka. - Co to jest
rozwód?
Zamknęłam oczy i przytuliłam brata do siebie.
Następnego dnia tata zawiózł nas do szkoły. Wysadził mnie pod liceum, a potem skręcił w stronę podstawówki, żeby zostawić Camerona. Oba budynki
łączył długi korytarz, w którym uczniowie wystawiali swoje prace. Odkąd
nie miałam samochodu, do szkoły zwykle zabierałam się z Taylorem lub
jechałam rowerem. Albo przywozili nas rodzice - wtedy najbardziej
pokrzywdzony był Cam, bo zaczynał lekcje o dziewiątej, nie o ósmej, jak
ja. Ale w sumie chyba nic sobie z tego nie robił. Wcześniej - kiedy to
ja go odwoziłam - zawsze siadał na szkolnym patio i grał na konsoli.
Przecięłam parking i weszłam prosto do szkoły, na zatłoczony korytarz.
Nie miałam ochoty siedzieć na zewnątrz, gdzie znajomi palili, gadali,
śmiali się i udawali, że są najfajniejsi na świecie. Poza tym Kate i ja
wciąż się do siebie nie odzywałyśmy, a reszta dziewczyn najwyraźniej
postanowiła trzymać się jej.
Podeszłam do swojej szafki i zaczęłam wyjmować książki na następną
lekcję. Zbliżał się listopad, a to oznaczało, że egzaminy były tuż-tuż.
Musieliśmy dokończyć projekty, zaprezentować je, a potem złożyć na
piśmie. Do tego dochodziły jeszcze zajęcia dodatkowe, których większość
z nas potrzebowała, żeby zdać na dobrą uczelnię.
Świadomość, że muszę nie tylko dostać się na Yale, ale też zdobyć
stypendium, wywróciła moje plany do góry nogami. Nie mogłam sobie
pozwolić na luz. Grałam o własną przyszłość, o niezależność... o wszystko.
- Cześć, piękna - wyszeptał mi ktoś do ucha.
Uśmiechnęłam się, odwróciłam i oparłam plecami o szafkę.
- Cześć - odpowiedziałam. Nareszcie poczułam to ciepło, którego dziś
potrzebowałam bardziej niż kiedykolwiek.
- Myślałem, że to ja miałem cię dziś zabrać do szkoły - powiedział
Taylor i odgarnął mi włosy za ucho.
- Tata się uparł - wyjaśniłam. - Zapomniałam ci powiedzieć, przepraszam.
- Dopiero teraz dotarło do mnie, że powinnam była go uprzedzić.
- Nic się nie stało - odpowiedział. Jego błękitne oczy wędrowały po
mojej twarzy. Dotknął palcami moich policzków. - Płakałaś? - zapytał.
- Nie - rzuciłam odruchowo.
- Kami...
Odwróciłam się do szafki, zatrzasnęłam ją i odeszłam kilka kroków.
- Widzimy się na biologii - powiedziałam i ruszyłam w swoją stronę.
Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak trudno mi było powiedzieć
Taylorowi o rozwodzie rodziców.
Chyba po prostu nie chciałam, żeby ktokolwiek się nade mną użalał. Nie
potrzebowałam litości ani współczujących spojrzeń, dlatego wolałam jak
najdłużej trzymać w tajemnicy to, co działo się w domu.
- Hej, Kami! Poczekaj! - usłyszałam wołanie Ellie z końca korytarza.
Zatrzymałam się, żeby mnie dogoniła. - Jak weekend? - zapytała, ale
widziałam, że czuje się nieswojo.
Nic dziwnego. Przez ostatnie dwa tygodnie trzymałam się z dala od
wszystkich poza Taylorem.
- Bywało lepiej - odpowiedziałam wymijająco i skierowałam się do sali
profesora Trivequiego.
- Słyszałaś o imprezie w sobotę? - zapytała, niezrażona moim ponurym
tonem. - Halloween wypada w środku tygodnia, więc impreza ma być w sobotę u Arona.
O matko, impreza u Arona Martina...
Na samą myśl bolała mnie głowa, chociaż uwielbiałam Halloween. Zawsze
kochałam się przebierać, dekorować dom, opychać się słodyczami. Ale w tym roku zamierzałam sobie to wszystko odpuścić. Planowałam tylko iść z bratem po cukierki, a moje przebranie miało się ograniczyć do
prześcieradła z dwoma otworami na oczy. Już widziałam Taylora, jak
będzie się tarzał ze śmiechu.
- Idziesz, prawda? - zapytała podekscytowana Ellie.
- No nie wiem, Ellie... - odparłam i przygryzłam wargę. Weszłam do
klasy. Usiadłam w pierwszej ławce, a Ellie zajęła miejsce obok mnie.
- No weź - westchnęła rozczarowana. - Od tygodni snujesz się po
korytarzach jak zombiak, prawie z nikim nie rozmawiasz i ciągle masz
smutną minę. Co się z tobą dzieje? Powiedz mi! Przecież jesteśmy
najbliższymi przyjaciółkami...
Rzeczywiście byłyśmy. Spośród wszystkich znajomych najbardziej ufałam
właśnie Ellie. Najbardziej ją lubiłam i miałam z nią najsilniejszą więź.
Chociaż ostatnio przy wszystkich czułam się jak ryba wyjęta z wody.
- Kate chce, żebyś przyszła - powiedziała, jakby miało mi to robić
różnicę. - Mówiła, że fajnie byłoby, gdybyśmy wszystkie przebrały się w tym samym stylu. Tak jak robiłyście w podstawówce...
Ellie dołączyła do naszej klasy później. Jako jedyna pochodziła z dużego
miasta - i to z Nowego Jorku - więc miała znacznie szersze horyzonty i zero głupich uprzedzeń. Dlatego tak dobrze się dogadywałyśmy.
- Jeśli pójdę, to przebiorę się tak, jak sama zechcę, a nie tak, jak
wymyśli sobie Kate.
Twarz Ellie momentalnie się rozpromieniła.
- Czyli jednak idziesz?
Spojrzałam w te jej brązowe oczy i nie byłam w stanie odmówić.
- Skoro nie mam wyboru...
Rzuciła mi się na szyję, a w tej samej chwili do klasy wszedł
nauczyciel.
- No dobrze, wyjmijcie kartki i długopisy. Kartkóweczka z macierzy...
Spojrzałyśmy na siebie w popłochu.
Karmo, dlaczego aż tak mnie nienawidzisz?
Sprawdzian poszedł mi tak sobie. W ostatnich tygodniach niby się
uczyłam, ale prawie nic nie przyswajałam. Miałam w głowie tyle
rozpraszaczy, że trudno było mi się skupić. Mój wzrok sunął po zdaniach,
ale myśli uciekały do wszystkich aktualnych problemów: do kłótni
rodziców, do "przyjaciółek" i ich nagłej niechęci, do Taylora i Thiaga...
Miałam nadzieję, że to wszystko nie przełoży się na wynik kartkówki i że
dostanę chociaż czwórkę. Na zwykłą tróję nie mogłam sobie pozwolić.
Ledwie wyszłam z klasy, poczułam w tylnej kieszeni dżinsów wibrację
telefonu. Wiem, wiem - to głupota go tam nosić, ale kto tego nie robi?
Na ekranie zobaczyłam, że dzwoni matka.
Odrzuciłam połączenie.
Nie zamierzałam z nią rozmawiać. Ani dziś, ani do końca roku szkolnego.
Telefon znowu zadzwonił.
Znowu rozłączyłam.
- Kto to? - zapytała Ellie. Szłyśmy razem w stronę pracowni chemicznej.
- Moja matka.
Ellie zrobiła wielkie oczy i obie parsknęłyśmy śmiechem.
W tej samej chwili z radiowęzła rozległ się głos dyrektora:
- Kamila Hamilton, tu dyrektor, proszę jak najszybciej stawić się w moim
gabinecie.
Wszyscy na korytarzu zwrócili się w moją stronę.
- Co ty znowu odwaliłaś? - szepnęła Ellie.
- Nic!
Poczułam ukłucie strachu. Pomyślałam, że zignorowanie telefonu od matki
i nagłe wezwanie przez dyrektora mogą być ze sobą powiązane. Może coś
się stało rodzicom? Albo dziadkom?
- Złapiemy się później - zawołałam do Ellie i pobiegłam w drugą stronę.
Dziesięć minut później stałam przed biurkiem sekretarki dyrektora
Harrisona. Czekał na mnie.
- Dzień dobry, panno Hamilton - powiedział i gestem zaprosił mnie, żebym
weszła i usiadła.
- Co tym razem zrobiłam? - zapytałam nerwowo.
Dyrektor usiadł naprzeciwko mnie i westchnął.
- Pani nic... dla odmiany - odparł spokojnie. Czekałam na dalszy ciąg. -
Za to pani brat, Cameron... - zaczął, ale w tym momencie ktoś zapukał do
gabinetu. - Proszę - zawołał dyrektor.
Odwróciłam się, żeby zobaczyć kto to.
Drzwi się otworzyły i stanął w nich bohater wszystkich moich nocnych
fantazji. Poczułam szarpnięcie w żołądku, kiedy nasze spojrzenia się
spotkały... choć tylko na sekundę, bo odwrócił wzrok tak szybko, że nie
zdążyłam zatonąć w jego ciemnozielonych oczach.
- Ach, pan Di Bianco - odezwał się dyrektor Harrison. - Właśnie miałem
wyjaśnić pannie Hamilton, dlaczego ją wezwałem.
- Dzień dobry, panie dyrektorze. Przyszedłem, bo chciałbym uczestniczyć
w pana rozmowie z Kamilą - powiedział.
Dźwięk mojego imienia w jego ustach wywołał u mnie rozkoszny dreszcz.
Thiago był taki przystojny... Włosy w kolorze ciemnego blondu niedbale
zaczesane do tyłu, lekki zarost, imponujący wzrost, cała jego
sylwetka... Jak on to robił? Jak mógł być tak bezczelnie atrakcyjny?
- Co się dzieje z Cameronem? Nic mu nie jest? - zapytałam, kiedy
wreszcie przypomniało mi się, o czym była mowa, zanim zjawił się Thiago.
- Znowu wdał się w bójkę - poważnym tonem wyjaśnił dyrektor.
Thiago podszedł do biurka i stanął tak, by widzieć nas oboje.
- Tak naprawdę, panie dyrektorze, nie sądzę, żeby to Cameron zaczął tę
awanturę. Obserwuję go już od jakiegoś czasu i widzę, że trzyma się na
uboczu. Nie bawi się z innymi dziećmi, tylko siedzi sam na szkolnym
dziedzińcu i gra na konsoli. Nie chciałem zgłaszać sprawy, dopóki nie
zyskam pewności, ale podejrzewam, że Cameron doświadcza przemocy ze
strony kolegów.
Na te słowa coś we mnie pękło.
- Co takiego...? - zapytałam drżącym głosem.
- Jest pan tego pewien, panie Di Bianco? Nasza szkoła ma zerową
tolerancję dla wszelkich aktów przemocy. Jeśli podejrzewa pan kogoś...
- Chodzi o Geordiego Walkera, panie dyrektorze - odparł Thiago i spojrzał na mnie. - Z tego, co widziałem, jest liderem klasy. Reszta
dzieci robi, co on każe.
- Brat Daniego? - spytałam z niedowierzaniem.
- Ma pan dowody na poparcie swoich słów, panie Di Bianco? To bardzo
poważne zarzuty.
- Mój brat od kilku tygodni wraca do domu z twarzą w opłakanym stanie -
powiedziałam, a w głowie zaczęły mi się układać wszystkie elementy tej
układanki.
- Panie dyrektorze, prowadzę z nimi zajęcia wychowania fizycznego
dopiero od kilku tygodni, ale już po paru dniach widziałem, że coś jest
nie tak.
Rzeczywiście: dwa tygodnie wcześniej wuefista najmłodszych klas odszedł
z pracy z powodów osobistych. Od tamtej pory jego miejsce zajmował
Thiago. Przez ostatnie dwa tygodnie słuchałam opowieści brata na temat
nowego nauczyciela - naszego sąsiada. Mały nie przestawał paplać o tym,
czego się nauczył na wuefie i jak świetnie się bawi na tych lekcjach. Od
dwóch tygodni słuchałam, że jego marzeniem są piłka i obręcz do
koszykówki. Nagle ogarnęła go obsesja na punkcie tego sportu, bo chciał
iść w ślady swojego nowego idola - Thiaga.
- Co oni mu zrobili? - zapytałam wściekła.
- W ostatnich tygodniach widziałem, jak śmieją się z Camerona, wyzywają
go, popychają... Interweniowaliśmy już kilka razy, ale Cameron zawsze
twierdzi, że to tylko zabawa.
Nie mogłam w to uwierzyć... Mój braciszek, mój mały, słodki braciszek,
który nie skrzywdziłby nawet muchy...
- Więc skąd pewność, że to nie zabawa? - zapytał dyrektor.
Spojrzałam na niego z oburzeniem. Nie wierzyłam własnym uszom!
- Stąd, że zamknięcie dziecka w szkolnej toalecie na całą poranną zmianę
raczej trudno nazwać zabawą, panie dyrektorze - chłodno odparł Thiago.
Dyrektor odchrząknął, po czym zaczął porządkować papiery na biurku. W końcu skinął głową.
Wiedziałam, o co chodzi. Geordie Walker - tak samo jak Dani Walker -
miał w tej szkole specjalne względy, bo był synem jednego z najważniejszych darczyńców. Wszyscy o tym wiedzieli. Ogromna suma, którą
rodzice Daniego wpłacili na konto szkoły w zamian za to, by pozwolono mu
wrócić do drużyny, była absurdem. I aktem niesprawiedliwości, który
wciąż sprawiał, że gotowała mi się krew.
- Maggie, wychowawczyni Camerona i Geordiego, skontaktowała się z twoją
matką i chciała się z nią spotkać, żeby poinformować o całej sprawie.
Ale matka kazała jej rozmawiać z tobą.
- Dzwoniła do mnie wcześniej... - Nie zamierzałam dodawać, że odrzuciłam
połączenie.
- Panie dyrektorze, mogę zaprowadzić pannę Hamilton do skrzydła dla
najmłodszych. Porozmawiamy z nauczycielami i spróbujemy znaleźć jakieś
rozwiązanie.
Dyrektor przyjrzał mi się przez chwilę, a potem skinął głową.
- Tak, spróbujcie to rozwiązać. Te dzieci mają po sześć lat, na miłość
boską. W takich maluchach nie ma za grosz złośliwości.
Na jakim świecie on żył? Dzieci potrafią być naprawdę okrutne. Zdążyłam
już sobie przysiąc, że nie spocznę, dopóki mój brat znowu nie poczuje
się w szkole bezpiecznie.
Wyszłam od dyrektora, a Thiago poszedł za mną.
- Chodź, zaprowadzę cię do Maggie. Mówiła, że musi porozmawiać z kimś z rodziny, a że nikt poza tobą się nie zjawił...
- Gdzie jest teraz mój brat? - zapytałam. Czułam ogromną potrzebę, żeby
go przytulić.
- W pokoju nauczycielskim. Powiedziałem mu, że może tam zostać, dopóki
nie wrócę.
Ruszyłam za Thiagiem pustymi korytarzami. Wszyscy byli na lekcjach.
Minęliśmy schody i skręciliśmy w lewo, aż dotarliśmy do korytarza
wystawowego, który prowadził do skrzydła dla najmłodszych.
- Właściwie to parę razy tu przystanąłem, żeby obejrzeć te obrazy.
Myślałem, że znajdę wśród nich jakieś twoje dzieła... - zagadnął mnie
Thiago. Chyba chciał trochę rozluźnić atmosferę.
Wiele razy patrzyłam na te ściany i marzyłam, żeby wystawić tu swoje
prace. Ale nigdy nie miałam odwagi.
- Nie znajdziesz tu nic mojego. - Wzruszyłam ramionami.
Thiago przez chwilę mi się przyglądał, ale w końcu ruszył dalej.
Wreszcie przeszliśmy przez drzwi prowadzące do drugiej części szkoły. Od
razu czuło się tu inną atmosferę. Ściany pomalowane były na żywe kolory
- zupełne przeciwieństwo szarości i bieli panujących w liceum. W gablotkach wisiały dziecięce rysunki, w kątach stały wieszaki uginające
się od kurtek i plecaczków.
Mój brat dopiero w tym roku zaczął szkołę. Kiedy Thiago zaprowadził mnie
do pokoju nauczycielskiego i otworzył drzwi, zobaczyłam Camerona
skulonego na kanapie i pogrążonego we śnie. Poczułam, jak do oczu
napływają mi łzy.
Ile on musiał wycierpieć, podczas gdy my wszyscy tylko go karciliśmy i robiliśmy mu wymówki za to, że od tygodni dziwnie się zachowywał...
Nie powinnam była słuchać matki. Przecież wiedziałam, że Cam nigdy nie
wdałby się w bójkę, chyba że ktoś naprawdę by go sprowokował.
- Kamila? Cieszę się, że przyszłaś - odezwał się za mną jakiś łagodny
głos.
Odwróciłam się... i wtedy ją zobaczyłam.
To była ona - ta piękność, która poprzedniego popołudnia całowała się z Thiagiem przed jego domem. Ta sama, która w mikroskopijnej
minispódniczce kokietowała go, podając mu narzędzia jak wzorowa
pomocnica.
- Maggie Brown - przedstawiła się ze słodkim uśmiechem, w którym
błysnęły idealnie białe zęby. - Jestem wychowawczynią twojego brata.
Musimy porozmawiać.
Spojrzałam na nią i skręciło mnie w żołądku.
Tak - miała błękitne oczy.
Tak - była piękna.
I tak - teraz pracowała ramię w ramię z Thiagiem.
2. Kami
2
Kami
Lepiej porozmawiajmy gdzie indziej -
zdecydowała Maggie.
Poszliśmy za nią długim korytarzem, aż dotarliśmy do drzwi z tabliczką
"Orangutany".
Weszliśmy we troje do sali i od razu zauważyłam, że to typowa klasa dla
maluchów - wszędzie pełno kolorów, rysunków, na jednej ścianie wypisana
tabliczka mnożenia, na drugiej znajdował się alfabet.
- Czy mogłabyś opowiedzieć mi trochę o waszej sytuacji w domu? -
wypaliła Maggie i wsparła się o swoje biurko.
Siedziałam za jednym z dziecięcych stolików. Thiago ustawił się obok
Maggie i nie umknęło mojej uwadze, że prawie się dotykali.
- Po co ci to? - Nie zamierzałam zwracać się do niej per pani. Mogła być
ode mnie starsza najwyżej o pięć lat.
- Od początku roku szkolnego twój brat coraz bardziej izoluje się od
reszty... Przez to niektóre dzieci zaczęły go postrzegać jako słabszego
i mu dokuczać. Dzieci potrafią być...
- To dlaczego przez tyle czasu nic z tym nie zrobiłaś? - przerwałam jej
ostro. Narastała we mnie złość. - Jak zauważył dyrektor Harrison, oni
mają po sześć lat i jakiś metr wzrostu.
- W tej szkole stawiamy na to, żeby uczniowie rozwijali się w sposób
niezależny, odnajdowali własną tożsamość w ramach...
- Co to za farmazony? Mój brat jest nękany, a wy się tylko przyglądacie!
- Kamila... - wtrącił cicho Thiago i spróbował uciszyć mnie wzrokiem.
- Przestań z tym "Kamila"! - rzuciłam ostro. - Od dwóch tygodni widzisz,
co się dzieje. Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?! Jesteśmy sąsiadami!
Nie wiem, po co to powiedziałam. Może po to, żeby ta cała Maggie
następnym razem trochę się zastanowiła, zanim znów wpadnie do swojego
nowego chłoptasia prawie rozebrana. Mój brat nie powinien jej tak
oglądać.
- Przecież już ci wyjaśniłem, dlaczego milczałem. Chciałem się upewnić,
co tak naprawdę się dzieje, zanim...
- Tu chyba nie trzeba być geniuszem, co? - przerwałam mu z wściekłością.
- Od kiedy to normalne, że sześciolatek chodzi cały posiniaczony?
Kiedy to powiedziałam, dotarło do mnie, jaka ja sama byłam głupia, że
wcześniej tego nie zauważyłam. Jak mogłam łyknąć te wszystkie wymówki?
Że niby kolce z krzaków, że niby się przewrócił w czasie gry w piłkę...
To była moja wina... Tak bardzo skupiałam się na swoim życiu, na
własnych problemach, na kłopotach rodziców, że zupełnie przegapiłam
oczywiste sygnały. I mój brat na tym ucierpiał.
- Dlatego zamierzamy podjąć odpowiednie kroki - spokojnie powiedziała
Maggie. - Ale muszę wiedzieć, czy w domu dzieje się coś niedobrego.
Spojrzałam na Thiaga, który stał teraz bez słowa, choć w jego oczach
tlił się niepokój. Potem przeniosłam wzrok na nią.
- Nasi rodzice się rozwodzą - ustąpiłam. Uparcie unikałam wzroku Thiaga.
Nie chciałam widzieć, jak napawa się moim nieszczęściem. Przecież
wielokrotnie dał mi do zrozumienia, że chciałby, aby moja rodzina
skończyła tak samo jak jego.
Maggie posłała mi współczujące spojrzenie.
"Daruj sobie te miny!" - miałam ochotę jej wykrzyczeć, ale zamiast tego
mówiłam dalej.
- No więc tak... można powiedzieć, że atmosfera, w jakiej teraz żyje mój
brat, nie należy do najzdrowszych.
- Tak właśnie pomyślałam, kiedy zobaczyłam jego rysunek sprzed paru dni.
- Obeszła biurko i otworzyła szufladę.
Podała mi kartkę, a ja poczułam, jak ściska mi się serce.
Na rysunku było kilka ludzików patyczaków. Po lewej stronie kartki
znajdowała się - jak zgadłam - nasza mama. Cam narysował ją większą niż
resztę postaci i bardzo oddaloną od pozostałych. Miała dwa zielone kółka
zamiast oczu - od razu pomyślałam o stereotypowych plasterkach ogórka na
oczach klientek SPA. W drugim końcu kartki stał tata, którego
rozpoznałam po wydatnym brzuchu. Przyciskał do ucha telefon i był
odwrócony bokiem do pozostałych. Siebie Cam narysował pośrodku, z iguaną
obok. Ale najbardziej zaskoczył mnie mój patyczak. Był maleńki, z krótkimi blond włosami i z bardzo smutną miną. Z oczu spływały mu łzy.
Czy tak widział mnie mój brat?
Czy tak widział nas wszystkich?
Trudno mi było oderwać wzrok od tego rysunku.
Thiago patrzył na mnie z niepokojem. Wydawało mi się, że jego dłoń
uniosła się na kilka centymetrów, ale zaraz zacisnęła się w pięść i opadła.
- Takie maluchy bardzo mocno przeżywają rozstanie rodziców. Często
zamykają się w sobie. Być może właśnie dlatego nie powiedział w domu, co
się dzieje.
- W takim razie co można z tym zrobić? - zapytałam głosem cichszym niż
zwykle.
- Chciałabym porozmawiać z twoimi rodzicami, ale oboje jasno dali mi do
zrozumienia, że w tej chwili nie mogą przyjść na spotkanie. Słyszałam,
jak niektóre dzieci mówiły Camowi, że jego ojciec jest złodziejem.
Dlatego potrzebowałam, żebyś mi opowiedziała, co się u was dzieje. Żebym
miała choć ogólne pojęcie, w jakim kierunku z tym wszystkim pracować.
Nie chciałabym znowu wyrzucać dzieci z klasy - to tylko nakręca między
nimi jeszcze większą wrogość i...
- Złodziejem? - przerwałam jej. Dopiero teraz złapałam sens jej słów. -
Kto tak powiedział?
Maggie zerknęła na Thiaga. Wyglądała na skrępowaną.
- Geordie opowiada, że twój ojciec ukradł jego ojcu dużo pieniędzy...
- To nieprawda!
- Mówię ci tylko to, co słyszałam od dzieci.
Podniosłam się z miejsca.
Za tym wszystkim mogła stać tylko jedna osoba.
- Powiedziałam ci już wszystko, co potrzebujesz wiedzieć. - Chciałam się
stamtąd jak najszybciej zabrać.
- Dobrze by było, gdybyś czasem wpadła na przerwie zobaczyć się z Cameronem. Bywa, że już sama obecność kogoś z rodziny potrafi
przestraszyć inne dzieci i zakończyć nękanie.
Spojrzałam na nią jak na wariatkę.
- Oczywiście, że będę go odwiedzać na przerwach, możesz być tego pewna -
powiedziałam z przekonaniem - i przywalę każdemu, kto odważy się choćby
tknąć mojego brata.
Nie czekałam na odpowiedź, tylko wyszłam z klasy i ruszyłam korytarzem.
- Kamila! - Usłyszałam głos Thiaga, gdy byłam już w połowie drogi.
Zatrzymałam się i wzięłam głęboki oddech, po czym odwróciłam się w jego
stronę.
- Czego chcesz?
Skrócił dzielący nas dystans w trzech dużych krokach.
- Nie możesz mówić nauczycielce, że będziesz tłukła dzieciaki. Ty jesteś
normalna?!
- Skoro nikt ich nie chce powstrzymać, sama to zrobię. - Spiorunowałam
go wzrokiem.
- Tak się tego nie załatwia.
- Ach tak? A niby jak się to załatwia według ciebie?
Thiago rozejrzał się po korytarzu, po czym chwycił mnie za ramię i odciągnął na bok, za filar, naprzeciwko składziku na środki czystości.
- Uspokój się, dobrze? - Jego zielone oczy błyszczały jak nigdy. -
Dopilnuję, żeby nikt go nawet nie tknął.
Przed chwilą chciałam go posłać do diabła, ale dotarło do mnie, co
powiedział.
- Naprawdę to zrobisz? - spytałam z niedowierzaniem.
Thiago skinął głową. Wędrował wzrokiem po mojej twarzy jak lekarz
zaniepokojony stanem zdrowia pacjenta.
- Wszystko w porządku? - zapytał. Nie odrywał ode mnie oczu.
Poczułam w dłoniach znajome mrowienie - miałam ochotę wyciągnąć ręce,
opleść nimi jego kark i przyciągnąć go do siebie, żeby znów poczuć smak
jego ust.
- Lepiej niż kiedykolwiek - odparłam chłodno.
- Przykro mi z powodu twoich rodziców... - zaczął, ale z mojej piersi
wyrwał się gorzki, pusty śmiech.
- Nie obrażaj mojej inteligencji. - Zrobiłam krok w tył. - Przecież
wiem, że tego właśnie chciałeś. Czyżbyś już zapomniał, jak bardzo
nienawidzisz mojej rodziny?
Thiago zamrugał, a w jego oczach zapaliły się iskry gniewu.
- Nigdy nie zapomnę, że egoizm twojej matki zabił moją siostrę. Nigdy.
Ale to nie znaczy, że źle życzę tobie i twojemu bratu.
Zamarłam. Wpatrywałam się w niego, bo nie mogłam uwierzyć, że to
powiedział. Poczułam niemal desperacką potrzebę, żeby mnie dotknął. Żeby
mnie objął. Żeby mnie pocałował.
Nie myślałam.
Moja dłoń powędrowała na jego kark. Wspięłam się na palce.
Ale Thiago mnie powstrzymał.
Położył mi dłonie w talii i odsunął mnie od siebie.
- Nie - powiedział poważnie. Oddychał ciężko. - Nie możemy tego zrobić.
Z tysiąca różnych powodów, ale przede wszystkim dlatego, że jesteś z moim bratem, niech to szlag.
Gwałtownie cofnęłam dłonie z jego karku, jakbym dotknęła rozżarzonego
metalu.
Do oczu natychmiast napłynęły mi łzy.
Byłam okropną osobą.
Thiago się we mnie wpatrywał. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby
żałował, ale zaraz potem rysy mu stwardniały.
- Jeśli będziesz chciała wiedzieć cokolwiek o Cameronie, możesz na mnie
liczyć. Ale poza tym... proszę, trzymaj się ode mnie z daleka.
Odwrócił się i odszedł.
Poszłam po brata, żeby spędzić z nim trochę czasu i porozmawiać.
Powiedziałam mu, że wiem, co się dzieje, i że nie rozumiem, dlaczego nie
powiedział mi o tym wcześniej.
- Nie chciałem być kapusiem...
Maggie pozwoliła mi zabrać Cama na boisko dla starszych uczniów, więc
kupiłam mu w szkolnej stołówce lody i teraz siedzieliśmy razem na
trawie. W oddali pierwszoklasiści grali w piłkę.
- Cam, nie jesteś żadnym kapusiem, jasne? Nikt nie ma prawa robić ci
krzywdy. Nikt. Słyszysz mnie?
Nawet nie chciał spojrzeć mi w oczy. Patrzył gdzieś w stronę chłopaków
grających w piłkę, choć jego mina mówiła mi, że wcale ich nie widzi.
- Cam... - zaczęłam, ale musiałam wziąć głęboki oddech. - To, że mama i tata się rozstają, jest bardzo smutne. Możesz o tym ze mną porozmawiać,
wiesz? Ja też jestem smutna.
Wtedy podniósł wzrok.
- Naprawdę?
- Jasne - potwierdziłam. Nie mogłam patrzeć na to, w jakim jest stanie.
- Ale czasem lepiej, żeby rodzice się rozstali. Chyba nie lubisz
słuchać, jak cały czas się kłócą?
Cam małą piąstką wyrywał trawę i odrzucał ją daleko.
- Nie chcę, żeby tata był sam - powiedział po chwili ze łzami w oczach.
Poczułam, że ściska mi się serce.
Objęłam brata od tyłu i przycisnęłam do siebie.
- Tata nie będzie sam - powiedziałam i poczułam, jak jego ciało drży od
szlochu. - Będziemy go odwiedzać w każdy weekend. I wiesz co? Będziemy
mogli oglądać Gwiezdne wojny do północy, bo nie będzie tam mamy, więc
nie każe nam iść spać!
Cam zwrócił do mnie twarz i uśmiechnął się przez łzy.
- Możemy obejrzeć wszystkie? Zrobimy moraton?
Parsknęłam śmiechem.
- Tak, możemy zrobić maraton, jasne.
Wyraźnie poweselał i ożywił się na myśl o tym, że trochę poszalejemy z dala od mamy.
Po tej krótkiej rozmowie odprowadziłam go do jego sali, a sama wróciłam
akurat w samą porę, żeby zabrać książki i zdążyć na lekcję literatury.
- Wszystko w porządku? - zapytał Taylor, gdy tylko zobaczył mnie
wchodzącą do klasy.
Za każdym razem, kiedy mieliśmy wspólne zajęcia, siadaliśmy obok siebie.
Sama nie wiem, czy to był dobry pomysł, bo już i tak trudno mi było się
skupić, a on wcale mi tego nie ułatwiał. Jego ręka zawsze wędrowała w okolice moich ud, choć za każdym razem ją powstrzymywałam; naprawdę nie
mogłam sobie pozwolić na kolejną naganę od dyrektora.
Jednocześnie nie przestawało mnie zaskakiwać, jaki Taylor jest bystry.
Pewnego dnia pisaliśmy do siebie w zeszycie - nie pamiętam już o czym -
i w którymś momencie wyrwał mi się chichot. To oczywiście zwróciło uwagę
nauczyciela, który od razu zadał nam jakieś koszmarnie trudne pytanie o Lenina, na które Taylor bez chwili wahania odpowiedział. Nauczyciel
tylko zacisnął usta i wrócił do prowadzenia lekcji.
- Co chcesz studiować na uniwersytecie? - zapytałam kiedyś, gdy
siedzieliśmy w jego samochodzie zaparkowanym w strugach deszczu.
Zaskoczył mnie tekstem, że chce zostać astronautą.
Spojrzałam wtedy na niego szeroko otwartymi oczami, a on wybuchnął
śmiechem.
- Widzę, że w ogóle we mnie nie wierzysz. Ale nie, tak serio to chcę
zostać programistą.
Tego też się nie spodziewałam.
- Dlaczego akurat to?
- Żeby zhakować wszystkie strony porno na świecie i nigdy już nie musieć
płacić za subskrypcję.
Przewróciłam oczami, a on znowu się roześmiał.
Z Taylorem zawsze tak było - człowiek nigdy się przy nim nie nudził - i właśnie to w nim uwielbiałam. Zwłaszcza że we mnie już dawno zgasła ta
dziecięca iskra. Wszystkie te zasady, pozory i oczekiwania powoli
zamieniły mnie w kogoś przewidywalnego, przesadnie poprawnego; w kogoś,
kto nigdy nie łamał reguł i zawsze potulnie kiwał głową, kiedy należało.
Taylor pomagał mi być lepszym człowiekiem. Uczył, że życie jest po to,
żeby je przeżywać bez hamulców. Że dzień bez głośnego śmiechu to dzień
stracony. I że zawsze możemy zrobić coś, dzięki czemu znowu poczujemy
się dobrze we własnej skórze.
Gdzie się podziewałaś? - napisał mi teraz w zeszycie.
Spojrzałam na niego i pożałowałam, że od początku nie zwróciłam się do
niego po wsparcie. Że nie opowiedziałam mu o rodzicach, nie wtuliłam się
w jego pierś i nie pozwoliłam, żeby mnie po prostu przytulił i pocieszył...
Było mi tak strasznie smutno.
Wzięłam głęboki oddech, żeby powstrzymać łzy, a wtedy on zrobił coś,
czego zupełnie się nie spodziewałam.
- Proszę pana, coś mnie ugryzło w stopę! - wrzasnął jak szalony i wszyscy natychmiast się odwrócili.
Pewnie bym się wystraszyła, gdyby nie to, że ukradkiem puścił do mnie
oko.
- Co takiego? - zapytał nauczyciel, wyraźnie zaniepokojony.
- Coś mnie ugryzło! Boże, jak boli!
- Chcesz iść do pielęgniarki? To była osa?
- Nie wiem, ale boli jak cholera! - Taylor wstał i ani przez chwilę nie
dotknął podłogi prawą stopą. Naprawdę wczuł się w rolę. - Pomóż mi,
Kami, proszę!
Natychmiast zerwałam się z miejsca i podeszłam, żeby mógł się na mnie
wesprzeć.
- A jeśli jestem uczulony?! - zawołał i teatralnym gestem chwycił się za
gardło.
Nauczyciel spojrzał na niego z przerażeniem.
- Natychmiast do pielęgniarki, Di Bianco! Już! Dasz radę go odprowadzić,
Hamilton?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki