Telefony do przyjaciela - Anna Łacina

Reflow text when sidebars are open.
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Wtorek, 13 lipca 2010
Wyjrzał przez okno, bo coś przesłoniło mu światło: na drutach, jak ptaki, siedziały piękne kobiety. Ubrane w niebieskie fartuchy, czyściły szyby i fasadę budynku. Machały gąbkami tuż przed jego twarzą, w ogóle go nie widząc. Nie zdążył się zdziwić, jakim cudem utrzymują się na cienkich przewodach, bo jego uwagę przyciągnął ruch na powierzchni morza. Spojrzał w tamtą stronę: "Znowu przypłynęły! Jedna, dwie... pięć!".
Nie namyślając się wiele, skoczył do wody wprost z balkonu i zanurkował, usiłując dogonić tę jasnowłosą. Tym razem się uda. Musi się udać!
Uciekały coraz dalej w głąb, aż w końcu stracił je z oczu. Zawrócił ku powierzchni i poczuł, że coś go trzyma. Zimne i twarde, jak ciężki łańcuch pętało mu nogi, ściągając coraz niżej. Zaczęło brakować mu tchu, szybko tracił siły. Jeszcze walczył, ale coraz słabiej, w końcu dał za wygraną. I wtedy znowu ją zobaczył. Długie jasne włosy rozpływały się i falowały wokół jej twarzy jak wodorosty. Obraz bladł, stawał się coraz bielszy...
Biel... Tak, to jest biel... Krzysiek wpatruje się w nią, aż oczy zaczynają mu łzawić. Widzi coś jeszcze... albo kogoś? Słyszy... słowa? Dźwięki? Brakuje mu nazw. Czuje... ból. Co trzeba zrobić, gdy czuje się ból?
Zamyka oczy.
Sen jest dobry. Tu wszystko ma nazwy i swoje miejsce. Już wie. One nazywają się...
- Nie-ko-cha! Nie-ko-cha! - stukały koła pociągu. A potem szybciej, bardziej szyderczo, z akcentem na ostatnią sylabę: - Niekocha-cię! Niekocha-cię! Niekocha-cię!
Ania odłożyła książkę i odwróciła się twarzą do szyby. Może nikt nie zauważył, że ma mokre oczy? Sięgnęła po chusteczkę i wydmuchała nos.
Współpasażerowie wydawali się zajęci swoimi sprawami. Tylko ten dziadek po przekątnej akurat musiał skończyć czytanie gazety. Widział?
"I co z tego? - strofowała samą siebie. - Czym się przejmujesz, idiotko? - Z powrotem sięgnęła po książkę. - Najwyżej uzna, że wzruszyłam się lekturą. - Ledwo to pomyślała, o mało nie parsknęła głośnym śmiechem. - No, rzeczywiście! Teoria i praktyka końcówek szachowych".
Zacisnęła zęby i spróbowała skupić się na tekście.
- Niekocha-cię! Niekocha-cię! Niekocha-cię! - zaśmiały się koła. - Nie-ko-cha! Nie-ko-cha! - powtórzyły.
Pociąg zwalniał. Zbliżali się do Inowrocławia. Jeszcze dwie godziny jazdy. Zmęczy ten rozdział o gońcach, choćby miała pęknąć!
Miała szerokie, dość masywne jak na kobietę ramiona i ciało pokryte błyszczącą łuską. Płynęła ku niemu, była coraz bliżej, wyciągnęła dłoń i...
*
Ta kobieta w seledynowym fartuchu. Coś mówi. Krzyczy? Jej głos jest piskliwy, ostry, nieprzyjemny. Krzysiek zamyka oczy, gdyby mógł, zatkałby sobie uszy, ale nie ma siły unieść rąk.
Jak dobrze... Znowu otula go cisza i zielonkawa ciemność. Fale łagodnie przetaczają się nad jego głową. Powoli opada w głębinę.
Jest! Jego syrenka. Jaka śliczna! Łapie go za koszulkę, pociąga ku sobie...
Światło. Czemu tyle światła? Krzysiek zaciska powieki. Ktoś coś mówi, ale jest za jasno, by go zrozumieć. Promień światła rozcina mu głowę i wdziera się do mózgu. To boli.
Ania złapała się na tym, że już od godziny czyta w kółko ten sam akapit, nie rozumiejąc ani słowa. Nic z tego nie będzie. Nie da się zapomnieć ostatniej niedzieli. Nie da się zagłuszyć teoretyzowaniem, jak wykorzystać gońca przeciwko skoczkowi. Zresztą nawet gdyby jakimś cudem zdołała pognębić Łukasza, i tak nie wzbudziłaby w nim uczuć, o jakie jej chodzi. Co najwyżej uścisnąłby jej dłoń koleżeńskim gestem, mówiąc jak zwykle w takich chwilach:
- No, brawo, mała. Przyłożyłaś się. Tak trzymać.
Zupełnie jakby to on był jej trenerem, a ona właśnie wykonała coś, czego uczył jej cierpliwie przez ostatnie miesiące. "Będą z ciebie ludzie" - tak by powiedział. Jak do ostatniego tłuka, nad którym wprawdzie musiał się napracować, ale proszę: osiągnął sukces.
Bo to Łukasz jest tu mistrzem i gwiazdą. A ona? Cóż. Ledwie wyrobnikiem. Kujonką niewartą nawet spojrzenia.
Zresztą nad czym tu się zastanawiać! Szewski mat? Jemu? Taki numer to może zrobić Marzence. Łukasz nie dałby się podejść, geniusz, psiakrew!
Biel. Z bieli stopniowo zaczynają wyłaniać się znajome kształty. Znajome, ale nie może przypomnieć sobie ich nazw. Figury geometryczne rysowane na kartce gładkiego papieru. W szkole... Nie. To coś przed nim nie jest zeszytem. Biały prostokąt na białej kartce... A wewnątrz mniejszy prostokąt, też biały...
Krzysiek zamyka oczy. Na granicy jawy i snu powraca właściwe słowo. Drzwi. Dokąd prowadzą?
Wstaje, otwiera je i zanurza się w zielonkawy mrok. Nie musi długo czekać. Chciałby dotknąć jej falujących długich włosów. Syrenka wyciąga rękę i chwyta go za koszulkę. Płyną razem ku światłu.
Ania stanęła przed budynkiem dworca w Iławie. Pewnie nikt po nią nie wyszedł. Bo i po co? Jest dorosła. A że ma ciężki plecak? Kogo to obchodzi? Zresztą dziadek nie będzie przecież targał jej bagaży. Poza tym sama powiedziała, żeby po nią nie wychodzić. Zna drogę. A jednak miała nadzieję...
Zaczęła schodzić ze schodów i dopiero wtedy dostrzegła samochód Marzeny. Starsza siostra wychylała się przez otwarte drzwi, machając do niej gwałtownie.
- No! - krzyknęła. - Gratuluję spostrzegawczości! Mało sobie ręki nie urwałam, a ty nic. Już miałam trąbić. Wsiadaj!
Ania podeszła bliżej, czując radość, ale z ukłuciem zazdrości. Marzena w swoim czerwonym aucie wyglądała olśniewająco. Nie było faceta, który by się za nią nie obejrzał. Jak ona to robi?
- Rzuć plecak do tyłu - mówiła tymczasem siostra. - Tylko uważaj na Błyskawicę. Aha, i wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Prezent dostaniesz w domu. No! Opowiadaj! Jak było?
Ania opuściła głowę, bardzo starając się nie rozpłakać. A już myślała, że uporała się z tym podczas podróży i teraz zdoła zachować kamienną twarz.
- Wsiadaj - powiedziała ciepło Marzena. Na pewno zauważyła jej minę, ale taktownie nie drążyła tematu. Ania była jej wdzięczna. Porozmawiają. Tylko trochę później. Gdy już nie będzie tak bolało.
Ulokowała plecak na tylnym siedzeniu i zajęła miejsce obok siostry. Marzena uruchomiła silnik.
- Może pojadę koło szpitala? - zaproponowała nieoczekiwanie. - Chcesz się przywitać z ciocią Krysią?
Ania spojrzała ze zdziwieniem.
- Pewnie jest zajęta - odparła nieśmiało. Lubiła ciocię Krysię, ale nie aż tak, by wpadać do niej do pracy.
Marzena jakby lekko się zmieszała.
- Dobra! - Skręciła w prawo. - W takim razie jedziemy na przystań. Dziadek zupełnie oszalał na punkcie Syrenki. Przesiaduje z nią całymi dniami. Najchętniej by tam sypiał! - Nachyliła się ku Ani, mając jednak wzrok utkwiony w drodze przed sobą, i dodała scenicznym szeptem: - Jestem pewna, że zanim odejdzie, całuje ją w kadłub i gładzi po żaglach. Ale nie mów babci.
Roześmiały się obie. Ania poczuła, jak powoli opada z niej napięcie ostatnich dni. Powinna była od razu tu przyjechać. Niepotrzebnie straciła taki kawał wakacji. I dla kogo?
- Dziadek się odgraża, że będzie ją czarterował turystom! - mówiła dalej Marzena. - Zarobi w ten sposób mnóstwo pieniędzy, tak że zwrócą mu się koszty remontu, a nawet będzie mógł kupić babci piękną sukienkę. Takie wizje snuje, a babcia pęka ze śmiechu. Przecież gdyby miał ją spuścić z oka choćby na moment, to chybaby się rozchorował.
- Babcię?
- Syrenkę! - zaśmiała się siostra. - Ale twardo się szykuje do tego czarteru. Ostatnio wpadł na pomysł, że zamówi foldery reklamowe. Wyobrażasz to sobie? Od paru dni pływamy po Jezioraku, a babcia biega za nami z aparatem.
- Chyba nie po wodzie? - Ania też się uśmiechnęła. Trochę blado, lecz dobry humor pomału zaczynał się jej udzielać.
- No, taka święta to ona jeszcze nie jest. Ale już wiem, czemu dziadek dał jej na imieniny aparat cyfrowy. Trzeba jednak przyznać, że łódeczka - ucałowała końce palców - cacuszko! Na razie jeszcze bez kabiny, ale pływać już można. Szybka, zwrotna... Aha! I liczy na ciebie!
- Kto? Łódeczka czy babcia?
- Dziadek. - Marzena zwolniła nieco i skręciła ku brzegowi jeziora. - Chce, żebyś mu zrobiła stronę w necie. Zdjęcia już mamy. Tekst napiszę. Do ciebie należy reszta.
Ania z ulgą wyciągnęła się na łóżku. Jak zwykle u babci, wykrochmalona pościel szeleściła przy każdym ruchu i pachniała tak, jak potrafi tylko suszone na słońcu płótno.
Ten zapach, znajomy od dzieciństwa, kojarzący się z wakacjami, przywrócił jej zachwiane poczucie bezpieczeństwa. W domu mama też starała się latem suszyć pranie na balkonie, ale to nie było to samo. Może babcia używała innego proszku? Albo miała jakieś swoje sposoby?
"Trzeba ją zapytać" - pomyślała leniwie, coraz bardziej osuwając się w sen. Co za głupi pomysł, żeby cały tydzień przesiedzieć w domu, a potem tłuc się brudnym pociągiem, zamiast przyjechać tu razem z Marzeną. Wynudziła się tylko, z nerwów prawie nie mogła jeść ani spać, a to, co tak misternie planowała... Nie. Nie chce do tego wracać. Najlepiej jak najszybciej zapomnieć.
Przywołała obraz niewielkiej żaglówki z błękitnym napisem "Sirene" na burtach. Dziadek jest z niej taki dumny... Czemu wszyscy uparli się nazywać ją tak... zwyczajnie: Syrenka? Jakby wyśmiewali się z dziadka i tego, że najwyraźniej kocha tę łódź. Jakby nie traktowali go poważnie. "Mężczyźni rozwijają się do dziesiątego roku życia. Potem już tylko rosną" - powiedziała pobłażliwie babcia przy kolacji. I potargała dziadka za brodę. A potem dodała coś o nowej zabawce. Dziadek się śmiał. A jeśli tylko udawał?
Ania przypomniała sobie podobnie pobłażliwe spojrzenie, jakie Łukasz rzucił jej, gdy odbierała świadectwo z czerwonym paskiem. Nie dała nic poznać po sobie, ale nagroda od razu przestała ją cieszyć. Może dziadek też nadrabia miną, a naprawdę jest mu przykro?
Łukasz... Wtedy miała jeszcze nadzieję, że w tak dziwny sposób okazuje zainteresowanie. Teraz nie zostało jej już nic.
"Dlaczego? - pomyślała. - Za co?".
Jeśli mu się nie podobała, to czemu zapraszał ją do kina czy pubu, czemu całował w ciemnych zaułkach? Ale w szkole zachowywał się, jakby jej nie znał. Jakby nic się między nimi nie zdarzyło. A kiedy dochodziła do wniosku, że coś sobie uroiła, znowu zaczynał swoje osobliwe zaloty, jakby nie było między nimi tych raniących tygodni milczenia. Powoli, bardzo powoli, lecz konsekwentnie, zdobywał jej zaufanie, a potem... potem znowu się wycofywał (choć nigdy do końca) na całe tygodnie i miesiące. W co on grał?
Już nie ma co się łudzić. Powinna o nim jak najszybciej zapomnieć. Czy musiała uczepić się akurat Łukasza? Przecież to gbur i cham.
Westchnęła. Czy ona już naprawdę nie potrafi myśleć o niczym innym?! Zaczęła od dziadka, a skończyła oczywiście na Łukaszu! Bez sensu!
Wyciągnęła rękę i wymacała nowiutkiego iPoda. Prezent od rodziców na osiemnaste urodziny. Posłucha sobie czegoś, może szybciej zaśnie.
A Marzena w zeszłym roku dostała auto... Skąd te robaczywe myśli? No i co z tego, że na Marzenę idzie więcej pieniędzy? Nie da się inaczej. Czy naprawdę chciałaby być na jej miejscu? Przez dwa lata zbierać fundusze, żebrać po różnych instytucjach i na osiemnastkę nawet nie mieć niespodzianki? Co ją ugryzło? Kiedy w kwietniu, trzy lata temu, Marzena dostała na urodziny Błyskawicę, a ona w lipcu, na swoje, tylko książkę, nie czuła zazdrości. Dopiero teraz jej odbiło. To pewnie przez te problemy sercowe. Dotąd było między nimi dobrze. Nawet tę nazwę wymyśliły wspólnie. Na cześć miotły Harry'ego.
Siostra zaszeleściła kołdrą.
- Śpisz? - szepnęła.
Ania nie odpowiedziała, tylko nadal powolutku - miała nadzieję, że niedostrzegalnie - rozplątywała słuchawki. Marzena na pewno chce ją wypytać, jak udała się impreza. Przecież razem snuły plany. Opowie jej. Ale nie dziś. I nie o wszystkim.
Gdyby tak można było cofnąć czas, a pewne wspomnienia wymazać na zawsze...
- Nie udawaj... - Marzena zaśmiała się i umilkła, bo zza okna dobiegło najpierw radosne poszczekiwanie biegającej po ogródku Azy, a potem warkot parkującego samochodu. Usiadła na łóżku i przylepiła twarz do szyby. - Ciocia Krysia późno dziś wraca - stwierdziła. - Chcesz się przywitać czy mam powiedzieć, że już śpisz? Ja i tak muszę jeszcze do łazienki.
Ania nie miała ochoty witać się z kimkolwiek, ale coś ją zastanowiło w głosie siostry. Ciocia Krysia pracowała jako pielęgniarka. Może Marzena ma jakiś wstydliwy problem i chce się spotkać bez świadków?
- Sama nie wiem - powiedziała z wahaniem. - Idź, jak chcesz, ja zaraz się zwlokę.
Marzena już siedziała na Błyskawicy.
- Powiem, że padłaś i przywitasz się jutro - oznajmiła z naciskiem. I wyjechała z pokoju.
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Środa, 14 lipca
Ania przywitała się wreszcie z ciocią Krysią i ziewając, zasiadła nad talerzem owsianki. Kto to widział, żeby w wakacje wstawać o szóstej? Ciekawe, czemu Marzena zerwała się tak wcześnie. Narobiła dzikiego hałasu, więc kiedy przyszła babcia, już nie wypadało udawać, że się śpi. Zwłaszcza że babcia zaczęła od pochwał: "Brawo, dziewczynki! Żadna się nie wyleguje, wakacje, a wy raz, raz i gotowe!". I przy tym "raz, raz!" zrobiła parę skłonów i wymachów. Więc Ani pozostało tylko się uśmiechnąć i posłusznie wykonać serię ćwiczeń. Już zapomniała, że u babci, emerytowanej nauczycielki WF-u, dzień zaczyna się od gimnastyki.
Ciocia Krysia w pośpiechu szykowała sobie kanapki do pracy, jedząc równocześnie zupę mleczną. Marzena też jakby gdzieś się śpieszyła. Pewnie z dziadkiem na wodę. I dobrze, niech płyną, a Ania spokojnie pospaceruje sobie po mieście, zobaczy, co się zmieniło, odwiedzi parę sklepów komputerowych, może poopala się w ogródku...
- To kto dzisiaj ze mną pływa? - Dziadek zadał to pytanie, jakby nie wiedział, że ciocia Krysia zaraz idzie do szpitala, a babcia musi zrobić obiad. Przecież to oczywiste, że popłynie z Marzeną. Oboje to uwielbiają. Ale Ania na wszelki wypadek wbiła wzrok w talerz. Zupełnie jakby siedziała w klasie, gdy nauczyciel szuka ofiary. Tymczasem dziadek wcale nie czekał na odpowiedź, tylko od razu zaczął rozdzielać zadania: - Ania pierwszy raz w tym roku wejdzie na łódkę, to pozwolimy jej poleniuchować, ale Marzenka może trochę posiedzi przy sterze? - Powiedział to takim tonem, jakby właśnie nominował wnuczkę do Oscara.
- Niesamowite! - zaśmiała się babcia. - Czym sobie zasłużyła na taki zaszczyt? Wiecie - zwróciła się do dziewcząt - że mnie oddał rumpel Syrenki tylko dwa razy? A minę miał wtedy jak Aza, gdy ktoś rusza jej szczenięta.
Marzena wymieniła szybkie spojrzenia z ciocią Krysią.
- Nie przesadzaj. - Dziadek się zawstydził. - Wcześniej Sirene nie była jeszcze do końca wyremontowana, nie znałem jej narowów. Teraz to co innego! Chodzi jak złoto. Zresztą Marzenka to urodzona wodniaczka!
- A ja to co? - oburzyła się babcia.
- Ty jesteś wodniaczka patentowana.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Nawet Ania, choć w duszy coś jej zawyło. Taką miała nadzieję na spokojny, leniwy, wakacyjny dzień. Marzyła o tym od zakończenia roku szkolnego. Tymczasem od dwóch tygodni trwała w nieustannej gotowości i napięciu, najpierw na festiwalu szachowym w Łazach, a potem podczas szykowania imprezy, która...
Szybko sięgnęła po płatki, kryjąc twarz za kolorowym pudełkiem. Marzena mówi, że można w niej czytać jak w otwartej książce. Na szczęście akurat odezwała się ciocia Krysia.
- Niestety, tato, muszę cię dzisiaj pozbawić połowy majtek - zażartowała. - Zabieram Marzenkę do szpitala. Popływacie sobie z Anią we dwójkę.
- A co się dzieje? - zaniepokoili się natychmiast dziadkowie.
- Nic. Wszystko w porządku! - Ciocia odpowiedziała równocześnie z bratanicą i dodała: - Ten Arek, wnuk Szelążków, co to skakał na główkę, pamiętacie? Marzenka w końcu się zgodziła z nim pogadać.
- A! Chyba że tak - uspokoił się dziadek. - Ładnie się przysłużył rodzicom, nie ma co! Jedź, jedź, moje dziecko, ustaw go do pionu, bo nie ma nic gorszego, jak użalający się nad sobą idiota. Zawsze mówię, że nad wodą i na wodzie można pić tylko wodę. No, to kto ze mną płynie? Ania i kto jeszcze? Zosiu? - Spojrzał na babcię. - Skusisz się? Możesz nawet posiedzieć za sterem - dodał wielkodusznie. - Zrobię ci zdjęcie.
- O, co to, to nie! - odpowiedziała ze śmiechem. - Klisza by ci pękła. Czy co tam teraz w tych aparatach jest. Zresztą obiad sam się nie ugotuje.
- Może pomogę? - zaproponowała Ania. Wszystko, tylko nie pływanie sam na sam z dziadkiem. Przy Marzenie albo babci mogłaby się chociaż poopalać na dziobie, ale sama na pewno pomyli groty szota z fokami grota albo puści fał i dziadek w najlepszym razie się wścieknie, a w najgorszym będzie się natrząsał.
- Nie trzeba - babcia się uśmiechnęła - ale dziękuję. Ty masz wakacje. Należy ci się trochę rozrywki.
Rozrywki. Dobre sobie.
- No to wszystko ustalone - podsumował dziadek. - To co, Aniu? Łapiemy wiatr w żagle?
Skinęła głową, przywołując na twarz radosny uśmiech. Tym radośniejszy, że nagle przypomniała sobie o jeszcze jednej drodze ucieczki.
- Ale chciałeś, żeby ci zrobić stronę. - Dziadek spojrzał ze zdumieniem, więc szybko doprecyzowała: - Internetową. To mi zajmie trochę czasu. Myślę, że nawet parę dni.
- A! Strona! - przypomniał sobie. - Pewnie, pewnie, jednak to raczej zostawmy na gorszą pogodę. Wszystkim się chwalę, że takie z ciebie zdolne dziecko - dodał z dumą, wstając od stołu. - Zresztą brakuje mi jeszcze...
- Zygmunt! - skarciła go babcia. - Zjedz do końca.
- Zaraz, zaraz - dziadek wyjął z szafki aparat fotograficzny - przecież jem. Tylko pokażę Ani zdjęcia. Przez tych "wesołych żeglarzy" - prawie zgrzytnął zębami - uciekło mi takie ładne ujęcie! Skąd się tacy biorą? Bałwany! Osły dardanelskie! Nieodpowiedzialne barany!
"Jakich żeglarzy?" - chciała spytać Ania, ale milczała. Najeżone groźnie brwi dziadka mówiły same za siebie. Nie na darmo jego znajomi rozszyfrowywali inicjały Z.M. jako "zbój Madej".
- Nie denerwuj się, bo ci zaszkodzi - mitygowała go babcia.
- Wcale się nie denerwuję! - warknął. Położył aparat obok Ani i ruszył w kierunku komody. - Niepotrzebnie go braliśmy. - Rzucił złe spojrzenie w stronę Marzeny. - Trzeba go było przeciągnąć pod kilem albo chociaż powlec na lince za łodzią. Całą Sirene mi zarz... hmm... zanieczyścił!
- Tato... - wtrąciła się ciocia Krysia. - Bo ci ciśnienie skoczy! Przepraszam, ale ja muszę pędzić, Marzenko, wpadnij tak koło dziesiątej, dobrze? - I już jej nie było.
- E tam! - Dziadek machnął gniewnie ręką i wyciągnął z hurgotem szufladę. - Głupoty to ja szczególnie nie lubię! Jakbym ich miał pod swoją komendą, tobym im pokazał, gdzie raki zimują! Chodziliby jak w zegarku! A nie to, co teraz! Bezstresowe... Zosiu, strój nadal się suszy? Bo nie widzę.
- Zyga, zjedz chociaż śniadanie do końca - jęknęła babcia. - Płatki ci stygną. I nie zapomnij lekarstw!
- Co? Aha, płatki... - Dziadek znów zajął miejsce za stołem i zaczął szybko pochłaniać zupę mleczną. - To ty, Marzenko, dziś nie płyniesz? - upewnił się pomiędzy jedną łyżką a drugą. - Nawet na te trzy godzinki? Szkoda. W takim razie dokończymy z Anią, dobrze?
Marzena skinęła głową i uśmiechnęła się do siostry.
- Czeka cię sesja zdjęciowa - rzuciła tajemniczo, zebrała puste talerze i wyjechała z pokoju, zanim Ania zdążyła o cokolwiek zapytać.
Biel przygasła. Pojawiły się nowe kolory. Złote smugi na... Przypomina sobie kolejną nazwę: ściana. Złote smugi na ścianie. I... sufit. Widzi go nad sobą. Jest w... pokoju. Pokój... Jakie miłe słowo. Tylko ten drażniący dźwięk... Skąd dobiega? W otwartych drzwiach stoi kobieta w seledynowym fartuchu. Krzysiek chyba ją zna? Kobieta ma szarą twarz, ciemne cienie pod oczami, zmarszczki... Czyli jest... stara. Nazwy przypływają do niego coraz łatwiej i coraz posłuszniej. Szłoby mu o wiele lepiej, gdyby nie ten hałas. Wwierca się w uszy, burzy myśli... Jego źródłem jest właśnie ta kobieta. To z jej ust wydobywa się potok dźwięków. Jakby ktoś szarpał w kółko jedną i tę samą strunę. Krzysiek zamyka oczy. Wanty gwiżdżą na wietrze, bulgocze rozcinana dziobem woda, ktoś krzyczy, a może śpiewa? Wszystko cichnie, gdy Syrenka dotyka jego twarzy. Jej usta są tak blisko... Nie warto wracać na powierzchnię.
Marzena wjechała do sali. Jedno łóżko było świeżo pościelone, pacjent z drugiego siedział w dyżurce, a trzeciego ciocia Krysia osobiście wywiozła na prześwietlenie.
Czwarty leżał pod oknem, oczy miał zamknięte, ale wiedziała, że nie śpi - przed chwilą był u niego rehabilitant.
Podjechała bardzo blisko, zastanawiając się, jak zacząć rozmowę. Wiedziała o nim niewiele: że jest wnukiem pani Szelążkowej, która czasem wpadała do babci, aby wymienić się wzorem na druty czy szydełko, że ma na imię Arek, dwadzieścia lat i skończone technikum samochodowe. I że po skoku do wody ma uraz kręgosłupa na wysokości C4-C6.
Arek wyczuł jej obecność, spojrzał ze zdumieniem, nawet z zainteresowaniem, ale już po chwili jego oczy przygasły, a powieki opadły.
- Myślisz, że jak przy twoim łóżku zjawia się ładna dziewczyna, to na pewno nie do ciebie? - zapytała.
Powolutku uchylił powieki. Otaksował ją wzrokiem.
- A co mi po dziewczynach - burknął.
- Wolisz chłopców?
Żachnął się. Bardzo dobrze. Może uda się go wyrwać z tego letargu.
- Jesteś psychologiem? - spytał bez zainteresowania.
- Nie.
Popatrzył uważniej.
- To czego chcesz?
- Porozmawiać.
- O czym?
- Podobno leżysz jak kłoda i nie chcesz się rehabilitować.
- A co cię to obchodzi? Kto cię przysłał?
- Popatrz na mnie. - Odjechała parę metrów w tył, obróciła się wokół własnej osi razem z Błyskawicą i znów podjechała do łóżka chłopaka, omijając po drodze taboret.
Wykrzywił usta w odpychającym grymasie.
- Przyjechałaś mi pitolić, jakie wspaniałe jest życie inwalidy?
- No... - uśmiechnęła się - ... takie wspaniałe to ono znowu nie jest. Choć bonusy też się zdarzają. Raczej chciałam ci pokazać, że da się tak żyć, i spróbować cię namówić, żebyś nie zaprzepaścił tego, co ci jeszcze zostało.
Skrzywił się i wyraźnie zirytował. Chyba nic nie wyjdzie z tej rozmowy. Ale przynajmniej próbowała.
- Jeśli nic nie zrobisz, stracisz nawet to, co masz - ostrzegła. - W szybkim tempie. A jak się postarasz, masz szansę sporo ocalić. Może i pomnożyć. A potem korzystać pełniej, lepiej niż...
- A co mi zostało?! - wybuchnął. - Co mi, kuu... - głos mu się załamał i chłopak czym prędzej zamknął oczy, spod powiek popłynął mu cieniutki strumyczek łez. - Dajcie mi wszyscy święty spokój! - wyszeptał. - Chcę być sam!
Spełniła jego prośbę, ale zatrzymała się jeszcze przy drzwiach.
- Mam na imię Marzena - rzuciła, obracając się w jego stronę. - Marzena Madej. Będę tu jeszcze przez kilka godzin. Gdybyś chciał pogadać dzisiaj albo kiedyś, to powiedz siostrze Krysi. Wiesz, która to?
Milczał. Nawet nie otworzył oczu.
Marzena wyjechała na korytarz, cicho zamykając za sobą drzwi.
Jednoczęściowy kostium kąpielowy błyszczał drobną łuską i mienił się w słońcu.
- Leży na tobie nawet lepiej niż na Marzence. - Dziadek cieszył się jak dziecko. - Tylko włosy rozpuść. Babcia to ma oko, co?
- Babcia? - Ania ułożyła się na dziobie. Nie było tak strasznie. Pomijając polecenie, by znalazła w bakiście kilwater do posmarowania płetwy sterowej (stary dowcip), dziadek zachowywał się znośnie. Sam wyprowadził łódkę z przystani i bez niczyjej pomocy dopłynął w mniej uczęszczane miejsce, gdzie rzucił kotwicę. Jedyne, co Ania musiała robić, to schylać głowę przed przelatującym bomem. No i przebrać się w ten kostium. Zresztą całkiem ładny.
- Znalazła go w lumpeksie - wytłumaczył dziadek. - A wcześniej to. - Podał jej kłąb zielonobłękitnej materii. - Pasuje, nie? Odcień trochę ciemniejszy, ale w słońcu nie widać. Nawet chciała z tego uszyć cały strój, ale potem wypatrzyła ten kostium, więc tylko zrobiła ogon. Przymierz.
Materiał po rozwinięciu okazał się długą, zwężającą się tubą, zakończoną u dołu imitacją płetwy. Ania pomału zaczynała rozumieć, co miała dokończyć w zastępstwie Marzeny.
- Wkłada się jak śpiwór - poinformował ją dziadek. - Ale gdybyś miała trudności, to z tyłu jest suwak. Wspaniale! - ucieszył się, gdy już wsunęła się do środka. - Jeziorakowa syrenka albo wodnica! Jak malowana! Czekaj! - Zebrał bosakiem trochę wodorostów. - Wpleć sobie we włosy. Albo lepiej ja to zrobię, bo tu nie ma lustra.
Z trudem powstrzymała okrzyk, gdy zimne strumyczki popłynęły jej po karku i plecach.
- No! - rzekł dziadek, przypatrując się jej z zadowoleniem, i sięgnął po aparat. - Właśnie takiego zdjęcia mi brakowało!
Wracając na rufę, niechcący zachybotał łódką.
Ania kurczowo uchwyciła się krawędzi burty.
- Nie bądź taka przerażona! - skarcił ją. - Twoja siostra się nie boi.
- To trzeba było z nią robić zdjęcia - wypaliła. "Wcale się na tę łódkę nie prosiłam!" - chciała dodać, ale ugryzła się w język.
Dziadek zmarszczył groźnie brwi.
- Mogłabyś w końcu nauczyć się pływać. Marzena i pływa, i żegluje, a ty co? Która z was jest niepełnosprawna?
Ania wzruszyła ramionami i odwróciła głowę.
Pstryk, pstryk - trzasnęła migawka.
- Świetnie! - zawołał dziadek. - A teraz spójrz na mnie! Tylko nie zmieniaj pozycji! Bardzo dobrze!
Pstryk. Pstryk. Pstryk.
Łódka chwiała się i chybotała przy każdym ruchu dziadka, ale Ani było już wszystko jedno. Najwyżej wpadnie do wody i się utopi. Wreszcie to się skończy.
- Dobra! - zakomenderował. - Podwiń nogi bardziej pod siebie, tak żeby skrócić ogon, niech się zawija. Plecy proste! Nie ruszaj się! - Pstryk! - Możesz przesunąć się jeszcze bardziej na dziób?
Posłusznie spełniła polecenie. Ciekawe, czy gdyby teraz ześlizgnęła się do wody, poszłaby na dno od razu, czy dziadek zdążyłby ją wyciągnąć?
- Wspaniale! A spróbuj spuścić ogon na dół, żeby płetwa prawie dotykała wody... Nie! Źle! Zwisa jak flak! Podciągnij trochę! Jeszcze trochę! Bardzo dobrze! - Pstryk! Pstryk! - Gdyby tak się dało sfotografować cię z oddalenia... Czekaj! Wiesz co? Ja wskoczę do wody i podpłynę, ty mi podasz aparat...
Ciarki przeszły jej po plecach. Wprawdzie stoją na kotwicy i nic nie powinno się wydarzyć, ale...
- Nie! - pisnęła cienko i zawstydzona dodała szybko: - Aparat się zamoczy! - Miała nadzieję, że głos jej nie zadrżał. Gdyby rano odważyła się powiedzieć to "Nie!", może teraz opalałaby się w ogródku?
- Racja. - Dziadek jakby się zmieszał. - Nie jest wodoszczelny.
Odłożył aparat i usiadł obok niej.
- Skończyłaś już osiemnaście lat - powiedział dziwnie uroczyście. Chyba nie zechce w związku z tym posadzić jej przy sterze? Wątpliwa przyjemność. - Myślę, że czas na poważną rozmowę.
Zesztywniała.
- Ja tam uważam - ciągnął, patrząc przed siebie, jakby w szuwarach rozgrywało się coś bardzo interesującego - że gdy ktoś się czegoś boi, to powinien się z tym zmierzyć. Przełamać swój lęk. A nie pielęgnować go przez lata. Zresztą mówiłem ci o tym wielokrotnie. Ja bym cię po prostu rzucił na głęboką wodę, żebyś zobaczyła, że naprawdę nie ma się czego bać.
- Ja się nie boję - zaprzeczyła słabo. Bo przecież to nie był strach? Po prostu nie umiała pływać, więc zachowywała ostrożność. To chyba nic takiego?
- Ostatnio czytałem jedną książkę - dziadek nadal obserwował chwiejące się trzciny - i pomyślałem... Skoro ci ta miłość do żagli nie wróciła sama, to może kiedy powiem dlaczego...
Objęła rękami ramiona. Niebo było bezchmurne, a mimo to zrobiło jej się zimno.
- Miałaś wtedy niecałe pięć lat - dodał - i pewnie nie pamiętasz tamtych wakacji.
Milczała. To nieprawda, że dzieci w tym wieku szybko zapominają. Jej wrył się w pamięć nawet taki szczegół, że łódź nazywała się Jaskółka i miała zielony spinaker z niebiesko-czerwonym znakiem wypożyczalni. I że z początku ciągle padało.
Pamiętała też radość, gdy wreszcie wyszło słońce. Cieszyli się wszyscy, tylko Marzena wydawała się jakaś taka... skwaszona. Nie chciała się bawić, mówiła, że boli ją głowa. Gdyby nie byli na łódce, tylko w domu, pewnie rodzice zareagowaliby natychmiast, jednak piękna pogoda i wakacyjna atmosfera osłabiły ich czujność. Że to może być zapchany dren, dotarło do nich, dopiero gdy Marzena zaczęła się czuć naprawdę źle. Jaka ironia losu: zastawka, wszczepiona jej pod skórę za uchem niemal zaraz po urodzeniu, funkcjonowała bez zarzutu, wszyscy prawie zapomnieli, że ją ma, a coś musiało się zepsuć akurat wtedy, gdy znaleźli się na Mazurach, daleko od domu, szpitala i lekarzy.
Dalsze wypadki potoczyły się w błyskawicznym tempie. Ania zapamiętała, jak cumowali przy pomoście nieznanego ośrodka, jak chybotała się łódź i dudniły deski pomostu, gdy wskakiwali na niego po kolei i gdzieś pędzili: tata z Marzeną na rękach, mama i babcia. Ona biegła za nimi, mocno ściskając dłoń dziadka, ale odległość coraz bardziej się zwiększała. "Siedź tu! - przykazał, gdy dotarli do drewnianej ławki. - Zaraz wracam!". I zanim zdążyła mu powiedzieć, że zapomnieli o jej ukochanym pluszowym Amisiu, już był daleko. A przecież przyjaciół się nie zostawia.
Postanowiła wrócić i dotrzymać towarzystwa Amisiowi. Zresztą na łodzi było ciekawiej niż na ławce. I o wiele raźniej z przyjacielem. Od razu poczuła się lepiej, gdy wtuliła twarz w miękkie brązowe futerko.
Czekała i czekała. Dziadek potem mówił, że to trwało tylko chwilę; ona miała wrażenie, że całe godziny. Nudziła się, trochę też musiało być jej przykro, więc zrobiła rzecz zabronioną: wybrała żagle. Zaczęła bawić się rumplem i szotami, pokrzykując tak jak dziadek magiczne zaklęcia: "Fok lewo na wiatr! Grota szoty wybierz! Zwrot przez sztag! Uwaga na głowy!". Ona była kapitanem, Amiś załogą. Nawet nie zauważyła, kiedy odpłynęła od pomostu, bo łódkę w pośpiechu przycumowano byle jak. Zorientowała się spory kawałek od brzegu, gdy żagle nagle złapały mocniejszy wiatr. A ona siedziała skulona na rufie, kurczowo ściskając naprężone szoty. Nikt jej nie powiedział, że powinna je po prostu puścić.
Kiedy dziadkowie wrócili po wyprawieniu Marzeny i rodziców przygodnym samochodem, na jeziorze trwało istne pandemonium. To już Ania wiedziała z opowiadań dorosłych. Jej w pamięci zostały tylko szoty wrzynające się w zaciśnięte dłonie. I szpital.
- Leżałam później w szpitalu i nikt mnie nie odwiedzał - powiedziała głośno, zaskoczona, że w końcu wyrwała się jej ta skarga. Po tylu latach nadal ją to boli? - Wszyscy pojechaliście do Marzeny.
- To nie było tak. - Dziadek objął ją ramieniem. - Spędziłaś tam ledwie kilka dni, na obserwacji, i nie zawiadamialiśmy rodziców. Dość mieli problemów z twoją siostrą. Przecież i tak by nie mogli przyjechać z Warszawy. Denerwowaliby się tylko niepotrzebnie.
- A wy? Byliście na mnie źli o wywróconą Jaskółkę i dlatego...
- Nie, skąd! - przerwał szybko. - Byłem wściekły, ale na siebie. Jedyny raz w życiu zdarzyło mi się zlekceważyć cumowanie i słono za to zapłaciłem. Przecież mogłaś się utopić! W ogóle cud, że nikt wtedy nie zginął.
"Zginął Amiś" - pomyślała. "Kiedy się robi zabronione rzeczy, traci się najlepszych przyjaciół" - tak powiedziała tamta pielęgniarka. I jeszcze, że beksy zostaną w szpitalu na zawsze. A ona nie mogła nie płakać, więc chowała się w łazience, szybko wypłakiwała cały smutek i wracała na salę uśmiechnięta. Aż ją czasem policzki bolały od tego sztucznego uśmiechu.
- Staranowałaś dwie łódki, pamiętasz? - ciągnął dziadek. - A potem wpadłaś do wody i łaska boska, że ktoś to zauważył w tym zamieszaniu.
- Ale czemu mnie nie odwiedzaliście w szpitalu? - Nie potrafiła się uwolnić od tego pytania. Przecież to niemożliwe, by chcieli ją w ten sposób ukarać, teraz to rozumiała. W takim razie dlaczego?
- Tam panowały jeszcze stare porządki. Odwiedziny w określonych godzinach. Byliśmy raz, ale nas nie wpuszczono. Rozmawialiśmy tylko z personelem.
- To nie mogliście przyjść w tych określonych godzinach? - Co ją tak naszło na rozgrzebywanie starych spraw? Ale poczuła ulgę, że wreszcie się odważyła zapytać.
Dziadek wstał, podszedł do masztu i zaczął coś poprawiać przy żaglu.
- Nie pasowały nam autobusy - mruknął. - A ty przecież radziłaś sobie całkiem nieźle. Pielęgniarki mówiły, że w ogóle nie płaczesz. Byliśmy z ciebie bardzo dumni. Zresztą mieliśmy straszne urwanie głowy w związku z wypadkiem. Policja, dziennikarze... To w sumie szczęście w nieszczęściu, że szpital był tak rygorystyczny i nikogo nie wpuszczał. Przecież ci wszyscy łowcy sensacji by cię zjedli! - Pogładził bom i paznokciem zaczął zdrapywać niewidoczną plamkę rdzy na okuciu. - Więc jednak pamiętasz... - mruknął niby do Ani, ale chyba bardziej do siebie. Szarpnął brodę, nawijając koniec na palce. - No to nie wiem - westchnął.
Poczuła zakłopotanie. Trzeba było udawać, że niczego nie pamięta.
Dziadek znowu usiadł obok niej.
- Ciągle miałem nadzieję... - zaczął i urwał. - To jest... chciałem powiedzieć, że nie musisz ze mną pływać, jeśli nie chcesz.
Żachnęła się; zamierzała zaprzeczyć, rzucić jakąś lekką uwagę albo obrócić wszystko w żart, gdy nagle dotarł do niej sens jego słów.
- Nie będzie ci przykro?
Znowu patrzył na trzciny.
- Ja uważam, że nie należy uciekać. Ale może źle uważam? Może właśnie trzeba uciec, dojrzeć, wzmocnić się i dopiero potem wrócić? Albo i nie wracać, przecież nie każdy musi lubić wodę i żeglowanie. Tylko... kiedyś to lubiłaś. Byłaś straszna rozrabiara, wiesz? A wyrosłaś na taką spokojną i posłuszną pannę.
- Tęsknisz za tamtą Anią? - Sama się zdziwiła swoim pytaniem.
Dziadek milczał przez chwilę.
- To nie ma znaczenia - odpowiedział w końcu. - Rozrabiara czy spokojna... Wnuczka to wnuczka.
- A ja... chyba tęsknię.
Osoba na wózku znajduje się dużo poniżej linii wzroku przeciętnego człowieka, zauważają więc ją głównie dzieci i psy. Czasem złodzieje, którzy z konieczności mają spojrzenie rozbiegane i opuszczone na wysokość ludzkich kieszeni. Albo pijacy, o ile akurat nie znajdują się na jeszcze niższym poziomie.
Żeby wejść na poziom widzialności, niekoniecznie trzeba dodawać sobie wzrostu. Można, na przykład, wmieszać się między innych siedzących. Najlepiej zamieniając wózek na fotel samochodowy. Czasem wystarczy usiąść na zwyczajnym krześle. I od razu jest się inaczej traktowanym: zmienia się ton głosu rozmówcy, znika skrępowanie, widzi się człowieka, a nie jego kółka.
Za to w szpitalu wózek nikogo nie dziwi. Uważa się, że człowiek na wózku to człowiek chory, nikomu więc nawet nie przyjdzie do głowy, że nie ma prawa przebywać na takim czy innym oddziale.
Marzena rozmyślała o tym wszystkim, przemierzając długie szpitalne korytarze. Jechała na skróty, przez przejścia służbowe. Dzięki cioci Krysi znała kody otwierające drzwi i nie zwróciły na nią uwagi nawet pielęgniarki, programowo wypędzające z oddziału wszystkich obcych, zwłaszcza tych bez fartuchów i ochraniaczy. Tak. Niewidzialność czasem bywa przydatna.
Zatrzymała się niedaleko sali numer siedem, w której leżał tamten chłopak. Co ją tu przywiodło? Dlaczego od wczoraj nie może przestać o nim myśleć? Przecież nawet nie jest pewna, czy rozpoznałaby go na ulicy. Co jej kazało czekać wczoraj do późna na ciocię, by pod pretekstem zgody na rozmowę z Arkiem zapytać mimochodem o losy tego drugiego? Co jej kazało dzisiaj, zamiast korzystać z pięknej letniej pogody, przyjść tutaj? Ciekawość? Tak, na pewno ma to coś wspólnego z ciekawością, ale też nie do końca. Chęć zobaczenia, komu uratowała życie? A może po prostu chęć zobaczenia, jak on właściwie wygląda?
Wolniutko przejechała przed drzwiami jego sali. Były otwarte, więc zajrzała do środka. Nieruchomy kształt na łóżku i jakaś kobieta obok. Pewnie matka. I co teraz? Ciocia Krysia pracuje do siódmej, matka tego chłopaka posiedzi pewnie dłużej, aż ją wyproszą. Trzeba chyba umówić się z Arkiem na rozmowę pojutrze, gdy ciocia będzie miała nockę. Marzena dojechała do końca korytarza i zawróciła. A gdyby tak zajrzeć tam z głupia frant, nie przejmując się matką? Zobaczy tylko jego twarz i... może wreszcie chłopak przestanie zaprzątać jej myśli?
Znów minęła drzwi sali. Nie. Nie odważy się. Wróci teraz do cioci, posiedzi chwilę, zda relację z rozmowy z Arkiem, może zapowie się na wieczór? Zwłaszcza że trzeba pomóc babci w przygotowaniu przyjęcia. I zatrzeć ślady, zanim dziadek z Anią przypłyną na obiad.
W oddali rozległ się brzęczyk, na oddział wpadł jakiś mężczyzna. Seledynowy fartuch ochronny powiewał za nim jak poły fraka. Zamienił kilka słów z dyżurującą pielęgniarką i ruszył w kierunku Marzeny. Minął ją, wbiegł do sali numer siedem, ale zaraz wyszedł w towarzystwie tamtej kobiety.
- On teraz śpi, jak dobrze, że udało ci się przyjechać, jest po operacji - mówiła półgłosem, robiąc tylko krótkie przerwy dla złapania oddechu. - Był pod respiratorem, wiesz? - Jej palce zacisnęły się na przedramieniu mężczyzny. - Wyglądał okropnie! Chodź, spytamy lekarza, może ty się w tym połapiesz, oni mówią, że niebezpieczeństwo minęło, chociaż ja im nie wierzę, bo jeśli tak, to dlaczego Krzyś w ogóle nie reaguje i cały czas śpi, ja już nie mam siły! A jak otwiera oczy, to jakby mnie nie poznawał! No, powiedz coś - szarpnęła go za ramię - czemu nic nie mówisz, gdybyś ty wiedział, co ja przeżyłam! - Zawiesiła głos i wyjęła z kieszeni wymiętą chusteczkę. Oboje stali tuż przy Marzenie, w ogóle nie zwracając uwagi ani na to, że słyszy ich rozmowę, ani że zablokowali jej drogę odwrotu. - To nie do uwierzenia, on nie powinien się spotykać z tym Kalwasem, to nie jest towarzystwo dla niego, taki krwiak... - Wydmuchała nos. - Przecież on mógł umrzeć, oni mówią odbarczenie krwiaka, ja nie wiem, jak to będzie, pielęgniarka powiedziała, że on potrzebuje spokoju, czy ty musisz wracać do tego Londynu, bo może już byś nie wyjeżdżał, sam widzisz, co się dzieje, to w ogóle cud, podobno jacyś ludzie...
- Spokojnie, Ada, po kolei - przerwał mężczyzna. - Przez telefon niczego nie mogłem zrozumieć. Co właściwie się stało? Jak on się czuje?
- No właśnie cały czas ci mówię, że trzeba iść do lekarza prowadzącego, on się nazywa chyba Wolańczyk czy może Wolarczak, jego gabinet jest gdzieś tam, chodź! - Pociągnęła go za rękaw. - Ja byłam, ale on mi niczego nie chciał powiedzieć, jak usłyszał, że już jedziesz, to mówił, żebyś ty przyszedł, ale w ogóle to się stało wczoraj, gdybym wiedziała, że ten Kalwas, zresztą mówiłam, ale czy on mnie słucha? No chodź, nie stój tak! Powiedz coś! - Chwyciła go pod ramię i oboje wreszcie ruszyli z miejsca. - Co ja przeżyłam, kiedy się dowiedziałam, że jest w szpitalu! Przyjechałam od razu, z tego wszystkiego zapomniałam wyłączyć kuchenkę i spaliłam garnek, ten niebieski, duży, bo akurat robiłam kapuśniak na trzy dni, całe szczęście, że mama się wybrała w odwiedziny, coś ją chyba tknęło, bo pożar byłby jak nic...
Głos kobiety stopniowo cichł, słowa zlewały się w jeden monotonny brzęk. Marzena zawróciła wózek i wjechała do sali. Szeroko otwarta damska torebka wyszczerzyła się na nią spod łóżka niczym pokraczny buldog. Biały jęzor koperty lizał podłogę. Bez trudu odczytała wydrukowane na kopercie litery. "Nad. Krzysztof Trzaska, ul. Zielona...".
"To na tym nowym osiedlu - pomyślała. - Beata też przeprowadziła się na Zieloną".
Poczuła wyrzuty sumienia, że jest u dziadków już od ponad tygodnia, a nawet do niej nie zadzwoniła.
"Zrobię to jeszcze dzisiaj - obiecała sobie. - Jeśli będzie w domu, na pewno ją odwiedzę". Ale w głębi duszy miała nadzieję, że Beata wyjechała gdzieś na wakacje.
Ponownie spojrzała na kopertę. Wiedziała już wcześniej od cioci Krysi, jak chłopak się nazywa. A teraz okazało się, że mieszka gdzieś blisko Beaty i pod pretekstem odwiedzania koleżanki mogłaby go widywać nawet wtedy, gdy już zostanie wypisany do domu. Jakby tego było mało, list zaadresowano do komisji rekrutacyjnej neofilologii UAM i najwyraźniej zawierał dokumenty. Czyżby oboje dostali się w to samo miejsce i być może nawet na ten sam kierunek? Chyba za wiele tych zbiegów okoliczności. Przecież to zupełnie nieznajomy chłopak. I wcale nie jest nim zainteresowana. W ogóle nie interesują jej osobniki tego rodzaju.
"Krzysztof Trzaska - powtórzyła w myślach. - Z takim nazwiskiem na neofilologię, no doprawdy! - Uśmiechnęła się, wyobrażając sobie cudzoziemca usiłującego to wyszeleścić. - Grzegorz Brzęczyszczykiewicz. Marzena Chrząszczewska ze Szczebrzeszyna. Sasza Szyszkowski. Ciekawe, jak z takim nazwiskiem radzi sobie w Londynie pan Trzaska senior".
Spojrzała w kierunku łóżka i zauważyła, że chłopak jej się przygląda. Z niedowierzaniem, jakby ze zdumieniem. Czyżby ją poznał? Podjechała bliżej. Uśmiechnął się do niej i coś szepnął, ale nie zrozumiała co. A potem zamknął oczy i chyba zasnął, bo oddychał równo i spokojnie.
Wydawało mu się, że nie śpi. Nie znał wprawdzie tego miejsca, ale przypuszczał, że to szpital. Leżał w łóżku, pod kroplówką, obok drzemała mama. Wyglądała na strasznie zmarnowaną, musiało się wydarzyć coś poważnego. Mama poruszyła się, więc szybko zamknął oczy, żeby znowu nie zaczęła gadać. Oprócz dziwnych sennych majaków z syrenami albo Posejdonem pamiętał jeszcze jej męczące utyskiwanie. Nie czuł się na siłach, by znów tego słuchać. Nie teraz, gdy w głowie mu szumiało i z trudem zbierał myśli. Usłyszał czyjeś szybkie kroki i drobne kroczki mamy, a potem jej głos, ale dobiegający z oddali. Leciutko uchylił powieki. Poszła sobie. Całe szczęście. Komu ona tak nadaje? Może lekarzowi?
Coś zaszurało przy drzwiach, więc na wszelki wypadek zamknął oczy. Jeśli to mama, to niech myśli, że śpi. Ale to nie była mama. Nie słyszał kroków, a przecież miał wrażenie, że ktoś się zbliża. Nie wytrzymał, spojrzał i zamurowało go. Syrena? Te same włosy, twarz, ramiona powleczone czymś turkusowym... Resztę zasłaniało łóżko.
Gapił się zdumiony, nie wiedząc, czy to sen, czy jawa, kiedy ona podniosła głowę i napotkała jego wzrok. Uśmiechnęła się. A potem zaczęła się przybliżać, ale tak dziwnie, jakby wynurzała się z innej rzeczywistości i podpływała ku niemu. Jakby znów byli pod wodą. Zakręciło mu się w głowie i nagle zniknęły białe ściany, kroplówka, łóżko, a Krzysiek zrozumiał, że tylko śnił o szpitalu, a cały czas był z nią tutaj. W podwodnym pałacu. I wreszcie się obudził.
- No dobra! - Dziadek wstał z miejsca, a łódka znowu się zachybotała. - Któraż to godzina? - Popatrzył na zegarek, odsuwając rękę daleko od siebie i mrużąc oczy. - Dochodzi pierwsza. To co? Stawiamy żagle i powolutku płyniemy na obiad?
Skinęła głową. Dziadek westchnął i szarpnął brodę.
- Gdybyś tak jeszcze mogła usiąść na samym dziobie, dokładnie pośrodku, z opuszczonym ogonem, to wyglądałabyś jak galion. To by dopiero było zdjęcie! Tylko trzeba by je zrobić z wody. Z pewnej odległości.
Chciała zaproponować, że może zatrzymają się przy jakimś pomoście, dziadek wyjdzie na brzeg i wtedy pstryknie wymarzone ujęcie, ale zaraz pomyślała, że to bez sensu. Przy pomoście na pewno będą ludzie. A ona z doprawionym ogonem! Przez całą sesję fotograficzną jakimś cudem mieli spokój, ale nie należy kusić losu.
- Płyńmy już - ponagliła dziadka. Niech poprosi Marzenę, jak mu tak zależy. Jej, widać, nie przeszkadza robienie z siebie idiotki. No i proszę. Chyba w złą godzinę pomyślała o tych ludziach. Nie wiadomo skąd pojawili się kajakarze i zaczęli się na nich gapić. Na domiar złego dziadek też ich zauważył.
- Przepraszam państwa! - huknął w ich kierunku, wymachując rękami.
- Dziadku... - próbowała go powstrzymać, ale było już za późno. Kajaki zmieniły kierunek i teraz płynęły prosto na nich. W pierwszym siedział barczysty opalony blondyn, nagi do pasa, a za nim jakaś dziewczyna.
- Potrzebują państwo pomocy? Coś się zepsuło? - dopytywał się blondyn. Nie spuszczał z niej wzroku. Poczuła, że się czerwieni, więc opuściła głowę, by zasłonić twarz włosami. I wtedy uświadomiła sobie, że ciągle ma na głowie wodorosty. Teraz pewnie już zeschnięte i bardzo nieestetyczne.
Gdy biła się z myślami, czy powinna jak najszybciej je zrzucić, czy może raczej zrobić to dyskretnie, bo zbyt gwałtowny ruch zwróci uwagę na tę wątpliwą ozdobę, dziadek wyjaśniał kajakarzom, czego od nich oczekuje.
- Czyli rozumie pan, o co chodzi? - Podał któremuś z nich aparat. - Ania, na co czekasz? Wkładaj ogon! No już, już! Oni pewnie nie mają za wiele czasu.
Co miała robić? Ze złością zdjęła zielone paskudztwo z głowy i z powrotem wsunęła nogi w tubę z płetwą. Jedyna nadzieja, że nigdy więcej nie spotka tych gości.
- Dobra! Siadaj na dziobie! - zakomenderował dziadek i... o, losie! Nabrał bosakiem nową porcję wodorostów!
- Pan też mógłby to sobie nałożyć! - zawołała krótko ostrzyżona dziewczyna w żółtym kostiumie. Ania miała ochotę ją uściskać. - Syrena i Posejdon!
- Albo rusałka i wodnik! - dodała jej partnerka od wioseł.
- Nie! Arielka i Tryton - upierały się dziewczyny z drugiego kajaka.
- Neptun! Z taką brodą to tylko Neptun!
- Świetny pomysł! - Dziadek znów grzebał bosakiem w wodzie. - Ojej! Ale to zimne! - Wzdrygnął się, wkładając sobie rośliny na głowę i wplatając kilka w gęstą brodę. - Jak wyglądam?
- Super!
- No! Róbcie te zdjęcia, bo nie powiem, gdzie mi woda pociekła! Ania! Wyżej głowa!
- Koszulka! Koszulkę niech pan ściągnie! Co to za Posejdon w T-shircie!
- Wcale nie! Taka w paski to właśnie pasuje!
- Dobra, nie kłócić się! - uciął spór dziadek. - Zróbcie kilka zdjęć w koszulce, a potem zdejmę. Zresztą po co stary dziad na obrazku? O syrenkę mi chodzi. Uchwyć ją pod takim kątem, żeby wyglądała jak galion.
- Jak co?
- Cicho! To takie rzeźby z przodu okrętu - popisał się któryś z młodzieńców. - Piękny galion. Super! Możemy dostać te zdjęcia?
- O to musicie się uśmiechnąć do syrenki. - W głosie dziadka pobrzmiewała duma. - Aniu, wyślesz im, dobrze? Tylko dajcie adres.
- Babciu... - powiedziała w zamyśleniu Marzena, dekorując tort. - Nie wiesz, czy ktoś od pani Szelążkowej ma laptopa?
- Laptopa? - powtórzyła babcia. - Dla Arka, tak? Ale przecież on nawet nie włada rękami. Myślisz, że to by mu pomogło się pozbierać?
- Niezupełnie dla niego. To znaczy masz rację: laptop, kontakt ze światem, pewnie by mu pomógł, ale myślałam w tej chwili o czymś innym. Swoją drogą, w przypadku takiego miejsca uszkodzenia on ma spore szanse na sprawne ręce. Ale u każdego to przebiega inaczej. I od niego też wiele zależy. Kipi!
Babcia szybko zdjęła pokrywkę z garnka i zamieszała makaron.
- Chyba jeszcze trochę mu potrzeba. - Wyłowiła jedną nitkę, ochłodziła, dmuchając, i nadgryzła. - No, jeszcze z minutkę. Do czego ci ten laptop?
- Do lodówki ten tort? - spytała w tej samej chwili Marzena. - Fajnie wyszedł, nie?
- Śliczny!
- Chciałabym puścić mu film. To znaczy Arkowi.
- Do lodówki go nie wkładaj, bo znajdą. Zresztą i tak by się nie zmieścił. Wyniosę do piwnicy. Jakby dziadek szukał klucza, to powiedz, że nie wiesz, gdzie jest. Jaki film?
- Murderball - gra o życie. Dokumentalny. O rugby na wózkach. Ten Joe, trener, szkoli teraz naszą kadrę. We wrześniu jadą do Kanady na mistrzostwa świata!
- Ale ty chyba nie grasz w rugby? - Babcia uchyliła piekarnik i patyczkiem sprawdziła ciasto. - To już też się upiekło. W sam czas. - Włożyła rękawice i wyjęła blachę. Zgasiła gaz. - Ostatnio była koszykówka, dobrze pamiętam?
- Makaron! - Marzena zsunęła się z wysokiego taboretu i wspierając się na meblach, przemieściła się w stronę zlewu. - Tak, koszykówka - potwierdziła. Chwyciła durszlak, czekając, aż babcia podejdzie z garnkiem.
- Pokaż mu filmiki z waszych meczów. Chyba nawet gdzieś mamy płytę?
- Rugby będzie lepsze. Te naładowane testosteronem samce - przewróciła oczami - maczyzm pełną gębą! Przynajmniej jeśli chodzi o tych gości z Murderball. Arkowi może to dobrze zrobić. Tylko że nie mam tego filmu, ale jest w sieci. Puściłabym mu, jednak bez lapka z dostępem do netu nie da rady.
- Coś wymyślimy. - Babcia odebrała Marzenie durszlak i podstawiła pod strumień zimnej wody. - Może zięć pani Jadzi pożyczy z pracy? - Potrząsnęła sitkiem i wyłożyła makaron na talerz. - Usmażysz kotlety? Poznoszę ciasta do piwnicy i nakryję stół. Powinni być lada chwila. Chociaż - popatrzyła na drzewa za oknem - wiatr jakby zdychał. Pewnie się spóźnią.
- No! Taką młodzież to ja lubię - mruczał dziadek, gdy wreszcie pożegnali kajakarzy, podnieśli kotwicę i skierowali się w stronę przystani. - Sympatyczni, uczynni, nie to co tamci wczoraj.
- Jacy tamci?
- Marzenka ci nie mówiła? Oj, bo wczoraj dopiero była afera! Nie mówiła ci? Skromna dziewczyna.
- Ale co się stało?
- Naprawdę nic nie wiesz? No to słuchaj. Tylko zsuń się niżej, bo z wrażenia możesz nie zauważyć bomu. Jak tamten. - Dziadek rozsiadł się wygodniej przy rumplu i rozpoczął opowieść: - Płynęliśmy sobie pełnym wiatrem, niezbyt silnym, więc dało się robić zdjęcia, ja tu, Marzenka pozowała na dziobowym - pokazał ręką - i nagle widzę kątem oka, że dogania nas jakaś łódź. Teraz, zdaje się, mówicie na takie "wypasiona" czy "wyczesana"? Minęli nas i ledwo zdążyłem pomyśleć, że jakoś dziwnie płyną, kiedy nagle tamci zrobili zwrot przez rufę, albo raczej łódka im zrobiła, i jednego, który się na nas zagapił, po prostu zmiotło z pokładu.
- Jak to zmiotło?
- Bom przeleciał. A tamci, wyobraź sobie, popłynęli dalej! Marzenka krzyknęła tylko: "Człowiek za burtą, rzuć koło, skaczę!" i zanim zdążyłem mrugnąć, skoczyła! Tylko ogon został. Miała nosa, bo chłopaka chyba zamroczyło, poszedł na dno. Rzuciłem koło i zanim zrobiłem zwrot i podpłynąłem, ona już go zdążyła wyłowić. Uczepili się koła, doszedłem do nich, najpierw pomogłem wejść chłopakowi, potem Marzence, a chłopak tymczasem... - Dziadek skrzywił się i machnął ręką. - Nieważne! Powinienem go wlec za łódką na tym kole, żeby sobie zapamiętał, no ale taki już nie jestem. Zresztą powiedziałem mu parę słów do słuchu, choć nie wiem, czy dotarło. - Westchnął, pogłaskał burtę łodzi. - Jak go wyciągnęliśmy, to wyglądało na to, że skończy się tylko na solidnym guzie na łbie, ale potem zaczął tracić przytomność i sprawa zrobiła się poważna. Chociaż nie żal mi go wcale. Zawsze mówię, że na wodzie można pić tylko wodę, a jak ktoś tego nie przestrzega, to sam sobie jest winien!
- I jak to się skończyło? - nie wytrzymała Ania, bo dziadek zamilkł na dłużej. - A tamci co? Tak sobie odpłynęli? Nie zauważyli? Jakim cudem?
- Żeby po pijaku nie zauważyć, to żaden cud niepotrzebny. Ale zauważyli. Nawet próbowali zawrócić, tylko coś niesporo im szło z manewrami. Przy sterze siedział chyba jakiś zezowaty baran z kołowacizną...
Ania parsknęła śmiechem, jednak zaraz spoważniała.
- I co się stało z tym chłopakiem?
Dziadek wzruszył ramionami.
- Pewnie spadł na cztery łapy, jak to bywa w takich przypadkach. Marzenka zabrała komórkę, więc jeszcze z łodzi wezwała pogotowie, żeby czekali na przystani. Wzięli go do szpitala, ale założę się, że już wyszedł. Tacy zawsze mają szczęście - dorzucił z goryczą. - A ktoś naprawdę potrzebujący pomocy być może przez niego... - Machnął ręką i zamilkł.
Ania pomyślała o stryjku Adamie, młodszym bracie taty. Znała go tylko ze zdjęć i opowiadań.
- Na własny rachunek to niech się nawet utopią - burczał dziadek. - Wyrabiali takie rzeczy, jakby się prosili o wypadek. A tam przecież pływają normalni żeglarze, rodziny z małymi dziećmi... - Gniewnie nastroszył brwi, lecz zamiast się zwyczajnie zezłościć, jakby oklapł. - Zadzwoniłem na policję, nawet szybko się zjawili, ale kiedy im powiedziałem, że łódź się nazywa Psi Pazur, to jeden mi szepnął, że pewnie synek szefa zaszalał. Popłynęli po nich, owszem, ale obawiam się, że nic im nie zrobią. Takie życie...
- No, czemu ich jeszcze nie ma? - denerwowała się babcia.
Wszelkie oznaki szykowanego na wieczór urodzinowego przyjęcia niespodzianki zostały starannie usunięte, stół w jadalni nakryty do obiadu, kotlety usmażone, surówka doprawiona. I tylko dziadek jak zwykle się spóźniał.
- Ten człowiek w ogóle nie ma poczucia czasu! - Babcia po raz kolejny spojrzała na zegar. - Nie wiem jak ty, ale ja jem! Przypłyną, to sobie odgrzeją.
- Dopiero druga - łagodziła Marzena. - Wieje nieźle, zaraz pewnie się zjawią.
- Piętnaście po drugiej. Umawialiśmy się na wpół do. - Babcia przyniosła z jadalni jeden z talerzy i nalała sobie rosołu. - Chcesz też? Póki gorący.
- Jeszcze nie jestem głodna. Na pewno zaraz będą.
- Dasz im obiad, gdy dotrą? - Spojrzenie babci znowu powędrowało w kierunku zegara, a potem ku wnuczce i ponownie na zegar. - To znaczy chodzi tylko o pokazanie, gdzie co jest, żeby nie nabałaganili w kuchni. Ja już nie mogę czekać. O trzeciej mam kijki.
- O! - ucieszyła się Marzena. - Nawet ciebie dopadło? U nas wokół jeziora całe stada... no właśnie, co robią? Bo przecież nie chodzą, ale też nie biegają. Nordikłokują?
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej