Koniec starej śmierci
Żeby się zabawić,
trzeba kogoś zabić.
(z piosenki więziennej)
Bardzo ciekawą i ponurą rzeczą jest obserwacja tego, jak pewne wyrafinowane konstrukcje intelektualne oblekają się w ciało. Najpierw krążą bezforemnie gdzieś w powietrzu, potem nawiedzają subtelne bądź nieco opętane umysły, dręczą je bezsennością, wchodzą w nie, by wyjść w postaci książek, pomysłów albo kompletnych systemów. Przez jakiś czas trwają jako dyskutowane w salonach idee, tematy konwersacji przy kawiarnianych stolikach, a na koniec banalizują się i nieco spłaszczają między okładkami szkolnych podręczników. Czas przesuwa je do tyłu, do muzeum ludzkich ekstrawagancji, a życie toczy się swoim nieekstrawaganckim, codziennym torem. Pamiętają o nich nieliczni, tak jak nieliczni byli świadkami ich narodzin. Wydawałoby się, że na powrót przepadły w niebycie.
Ale one tylko krążą w powietrzu, tkwią gdzieś w przestrzeni jak przetrwalne formy owadów i któregoś dnia po prostu się wcielają najzupełniej dosłownie, i wtedy dowiadujemy się o tym z gazet.
Konstanty A. Jeleński w eseju o Hansie Bellmerze pisał, że do eksploracji ludzkiego ciała potrzeba było niegdyś pretekstu. Najpierw był to pretekst naukowy, pozwalający studiować anatomię dzięki sekcji zwłok, potem artystyczny, który mniej więcej od czasów surrealizmu z deformacji ludzkiego ciała uczynił powszechną praktykę. Wiek dwudziesty poszerzył jeszcze pole eksperymentu o dziedzinę polityki, w której masowa dezintegracja "ludzkich przedmiotów" stała się podstawowym narzędziem działania. Jednak we wszystkich tych przypadkach możemy odnaleźć chociażby ślad pragmatyki, artystycznej czy - jak w ostatnim - obłąkanej.
Morderstwa dokonywane przez dzieci, przez ludzi bardzo młodych mają cechy eksperymentu. Jedni dokonują radykalnego doświadczenia na sobie: wychodzą w noc, żeby sprawdzić, czy potrafią zabić. Inni robią to w dzień i być może nie przychodzi im nawet do głowy mord jako taki, tylko gwałtowna odmiana rzeczywistości: sprawić jednym gestem, by "coś raptem zaczęło się dziać", za pomocą elementarnego, prostego ruchu zakwestionować porządek codzienności, "zaszaleć".
Oczywiście, żaden z nich nie słyszał o Raskolnikowie, Wierchowieńskim, Lafcadiu, nie czytał Camusa, ale realizują gest, który sto i kilkadziesiąt lat temu stanowił oś teoretycznych rozważań duchowej elity. Projekt surrealistycznego aktu - wyjścia i strzelania na oślep do tłumu - zostaje zrealizowany najzupełniej banalnie: bejsbolowy kij, szyjka zbitej butelki - rzeczywistość na nic się nie przekłada, pozostaje rzeczywistością. Oglądamy transgresję zdegradowaną, transgresję w wersji pop.
W dzieciństwie wielkie wrażenie zrobił na mnie film O dwóch takich, co ukradli księżyc. Pamiętam jego chłodną, sztuczną aurę. Jacek i Placek ruszają na kraj świata, by dokonać bohaterskiego i zarazem przeklętego czynu. Noszą krótkie spodenki i naruszają odwieczny porządek świata. Pamiętam, że ich - niemożliwy przecież - gest budził we mnie fascynację i strach. Podziwiałem ich obojętność i egoizm, ponieważ czułem, że zmierzają w stronę czegoś absolutnie zakazanego, w stronę Tajemnicy.
W hipotetycznym współczesnym filmie pod tytułem O dwóch takich, co zabili punktem zwrotnym, punktem granicznym dla wyobraźni, byłaby jedynie rozlana ludzka krew, zniszczenie ludzkiej cielesnej powłoki. Nie wydaje mi się, aby najlepszy (i w miarę uczciwy) reżyser potrafił z tego zrobić coś więcej niż poruszający paradokument: zainteresowania bohaterów byłyby całkowicie antropocentryczne, a ewentualna refleksja widza musiałaby dotyczyć krańcowej humanizacji kultury. Po obejrzeniu tego filmu czasy, w których pasje poznawcze zaspokajane były za pomocą much, żab i kotów, wydałyby się nam jakimś nowym fin de si?cle'em, epoką parowych maszyn i automobili.
Bardzo ciekawym i przygnębiającym zajęciem jest czytanie codziennych gazet. Zostawiły one daleko w tyle literaturę, realizując jej fikcyjne pomysły z paranoiczną i pedantyczną dokładnością. W pewnym sensie są szlachetniejsze od fabuł literackich. Nie próbują się podobać, nie próbują się wdzięczyć wyrafinowaną, tchórzliwą formą. Weźmy chociażby Mechaniczną pomarańczę Anthony'ego Burgessa.
A potem jakąkolwiek gazetę z marca 1998 roku. Jest noc, grupka młodych ludzi siedzi przy ognisku w Lasku Młocińskim. Nie robią niczego szczególnego. Zabawa dogasa. Nadjeżdżają dwa byle jakie auta, z których wysiadają mniej więcej ich rówieśnicy i rozpoczynają masakrę. Nie znali się wcześniej. Najprawdopodobniej nigdy się nie spotkali. Napastnicy porywają do samochodu chłopaka. Wiozą go przez most na drugą stronę Wisły, spory i ryzykowny kawałek drogi. Potem torturują w mieszkaniu w bloku na Bródnie. Znam tę ulicę. Trudno wyobrazić sobie bardziej banalne w swej beznadziejności miejsce. Gdy jest już po wszystkim, wywożą ciało nad Kanał Żerański. Po drodze mijają rzeźnię, magazyny, baraki, garaże, przemysłowe peryferie. Zakopują zwłoki w "małym lasku nad kanałem". Ten mały lasek to są krzaki wyrosłe na wysypiskach. Kawałek dalej jest wielka cementownia. Wszystko pokrywa szary kurz. Obok przez stalowy most biegną kolejowe tory.
Cała ta historia przesycona jest brakiem sensu. Tak ją postrzega wpadający w przerażenie umysł: tylko wyjęcie jej z jakiegokolwiek kontekstu sprawia, że możemy ją w ogóle znieść. Jeden z podejrzanych pracował w zakładzie produkującym zeszyty. Na miejsce, gdzie wszystko się rozpoczęło, przyjechali starym fiatem. Jako pamiątkę pozostawili kawałek bejsbolowego kija. Ubrani byli w dresy i adidasy. Postacie, scenografia i kostiumy wykonane są z tego samego materiału, co najbardziej szara codzienność. Próbują jednak odegrać dramat, w którym zakwestionowana zostaje ontologiczna podstawa bytu, próbują odegrać kuriozalną, kukiełkową odmianę teomachii. Wedle praw prawdopodobieństwa i statystyki są wcieleniem przeciętności. Można się założyć, że w normalnych warunkach ich towarzystwo byłoby po prostu nudne albo odpychające. A jednocześnie dokonują karkołomnego, wydawałoby się, odwrócenia, dzięki któremu ktoś drugi zostaje całkowicie uprzedmiotowiony, sprowadzony do roli rzeczy, fragmentu rzeczywistości. Morderstwo popełnione na ludzkiej osobie jest w tym wypadku całkowicie bezosobowe, losowe i przypadkowe, a jednocześnie konsekwentne i dogłębne aż po najdalsze granice okrucieństwa. Jest po prostu "eksperymentalne" - jeśli można użyć takiego określenia.
Czym jest śmierć? Czym jest ta dziwna chwila, gdy ciało przestaje się poruszać i nie poruszy się już nigdy? Wciskamy klawisz "stop", gasimy światło, jeszcze tylko łazienka i można iść spać. Od mniej więcej roku spędzam dużo czasu przed wideo. Są chwile, gdy bardziej niż sam film interesuje mnie idea tego sprytnego mechanizmu, który pozwala w jednej chwili przywoływać i unicestwiać światy i osoby. W nocy, gdy wszyscy już śpią, puszczam sobie jakiś szybki amerykański albo trochę wolniejszy europejski film i nie potrafię się skupić, bo nawiedza mnie wizja nieskończonej ilości kaset wideo, setek i tysięcy półek na całym świecie. Stoją na nich miliony gotowych historii. Poruszają się w nich ludzie i wykonują mniej lub bardziej codzienne gesty, ale wszyscy mają twarze podobne do naszych, a ich postacie mimo mniej lub bardziej fantazyjnych strojów przypominają sylwetki widziane na ulicach.
Niewykluczone, że istnienie nie jest czymś niewyczerpywalnym i gdy powołujemy do życia swoje tysięczne sobowtóry, sami stopniowo stajemy się coraz bardziej martwi i pozbawieni znaczenia. To paradoksalne, że wraz z gwałtownym wzrostem liczby ludzi na świecie zrodziły się jednocześnie techniki nieograniczonej multiplikacji bytów. Nasza egzystencja przestaje być w ten sposób czymś niepowtarzalnym. Niewykluczone, że nigdy nie była i brakowało nam tylko odpowiednich narzędzi do dokonania odkrycia. W końcu jest tak, że jak nigdy dotąd jesteśmy otoczeni odbiciami, fikcjami, które niepokojąco nas przypominają. Gra z bliźnim została zamieniona w grę z wytworami cudzego i własnego umysłu.
Gdy wyobrazimy sobie minione epoki, ich potoczny, codzienny wizerunek, powinna nas uderzyć znikoma ilość przyrządów podwajających istnienie. Okna były niewielkie i wykonane z kiepskiego matowego szkła. Lustra należały do rzeczy zbytkownych. Po zmierzchu zapadały ciemności, rozpraszane tu i ówdzie nędznym światłem. Jeśli w czymś się przeglądaliśmy, to były to najczęściej oczy drugiego człowieka albo zmienna i kapryśna tafla wody. Przedstawienia rzeczywistości dotyczyły raczej rzeczywistości nadprzyrodzonej, mitologicznej, i nawet gdy dotykały codzienności, nie miały za cel jej powielania, ale przemianę. Fikcja właściwie nie istniała, ponieważ nawet najbardziej iluzoryczne czy wyrafinowane wytwory umysłu pośredniczyły jedynie między boską albo demoniczną dziedziną a światem.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.