Rozdział pierwszy
To nasz ostatni wieczór w Estes Park, więc Imogen i ja staramy się go wyssać jak cytrynę. Siedzimy w lobby hotelu Harlow, wsuwamy garściami kwaśne landrynki i komunikujemy się z duchem Agnes Thripp.
- Agnes - mówię z pełnymi ustami, po czym pochylam się nad planszą ouija, taką do porozumiewania się z duchami, i dotykam wskaźnika opuszkami palców. - Jesteś uczciwą kobietą i walisz prosto z mostu.
Imogen parska śmiechem i zakrywa usta dłonią, jakby zdarzyło jej się to po raz pierwszy, a przecież parska tak na okrągło.
- Czemu mówisz jak mój ojciec?
No i koniec. Wybucham nieopanowanym chichotem i po chwili obie dostajemy ataku głupawki. Świetnie nam idzie udawanie, że nie kończy się właśnie najlepsza część lata i że to wcale nie jest nie w porządku, że dwie najlepsze przyjaciółki mogą pobyć ze sobą tylko przez dwa tygodnie w czerwcu, a potem w zasadzie nie widzą się aż do rozpoczęcia szkoły, bo jedna to geniuszka przeznaczona do Ligi Bluszczowej, a druga to ja. Lecz nie sposób udawać bez końca.
- Dlatego zwracamy się do ciebie, mądra Agnes - ciągnę - z pytaniem tak ważnym, że odpowiedź na nie może wywrócić do góry nogami cały nasz świat.
Uśmiech Imogen blednie, jej brwi się unoszą - na wpół czujnie, na wpół z zaciekawieniem.
- Czy Imogen powinna tego lata jechać na obóz pianistyczny, chociaż jest beznadziejny, a ona go nie znosi?
Przyjaciółka rzuca we mnie landrynką i zapada się w skórzany fotel.
- Wiedziałam.
- Ale przecież to prawda. - Obracam planszę w jej stronę. - Nienawidzisz tam jeździć.
- Oczywiście, że nienawidzę. To miejsce przyprawia o gęsią skórkę jak Midsommar. Wszyscy niby tacy pogodni i szczęśliwi, a ukradkiem chcą cię zatłuc. W przenośni.
Kiwam głową. Ileż to razy łączyła się ze mną przez FaceTime'a z kabiny w toalecie, gdzie ukrywała się przed zaprawionymi w bojach obozowiczami, którzy potrafili z przeuroczym uśmiechem wdeptać człowieka w ziemię.
- No to nie jedź.
- Muszę. Rodzice na to liczą i chociaż wiem, co myślisz, nie mogę tak po prostu nie pojechać.
- Cóż, ja już zadałam Agnes pytanie, więc... - Pukam palcem w zniszczoną planszę ouija spoczywającą między nami na lakierowanym stoliku.
- Dooobra. - Imogen wzdycha, opiera dwa palce na planszy i topi we mnie spojrzenie swoich szarych oczu. - Chciałabym jednak zaznaczyć...
- Ćśśś. Pozwól Agnes się zastanowić - szepczę.
Mój głos stapia się z przyciszonymi głosami turystów krążących po lobby hotelu Harlow i podziwiających jego historyczny, nieco upiorny wystrój. Mdłe światło wydobywa z półmroku karmazynową wykładzinę i mahoniowe meble, które nadają wszystkiemu czerwonawy koloryt. Z kąta gapi się wypchany kozioł śnieżny, a spojrzenie jego szklanych oczu jest jednocześnie smutne i złowrogie. Na ścianach wiszą rzędy fotografii spirytystów, którzy założyli ten hotel w końcówce dziewiętnastego wieku i uczynili z niego ośrodek badań zjawisk paranormalnych. Wszyscy praktykowali spirytyzm - religię, której wyznawcy wierzyli w możliwość komunikowania się ze zmarłymi.
Dziś więcej ludzi przyjeżdża do hotelu Harlow na rykowisko łosi niż na seanse spirytystyczne. Hotel otacza kurort przeznaczony do wypoczynku rodzinnego, gdzie można wynająć domek, dać upust kreatywności dzięki pracy w drewnie czy glinie, pograć w tenisa lub minigolfa albo pojeździć konno. Niemniej Harlow, na szczęście nieodmiennie dziwaczny, pielęgnuje spirytystyczną tradycję, zachowując dawny wystrój, podkreślając swój status nawiedzonego domu i zatrudniając na stałe medium, które ma swój gabinet w podziemiach i zbiera całkiem niezłe opinie w internecie. Ja i Imogen nigdy nie przespałyśmy w hotelu nawet jednej nocy - pobyt był zdecydowanie zbyt drogi - lecz przynajmniej nasze domki stoją na terenie kurortu, kilkaset metrów dalej pod górkę.
Imogen wpatruje się w planszę, a jej noga podryguje niespokojnie.
- Wiem, że poruszysz planszą.
Powstrzymuję się, żeby nie prychnąć. Oczywiście, że poruszę. Kto inny miałby to zrobić, jakiś duch? Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam historie z dreszczykiem. Podczas ostatniego Halloween grałam opętaną dziewczynę w labiryncie wykoszonym na Nawiedzonym Polu. Mój plan na życie to współtworzyć program telewizyjny Łowcy duchów, jeździć w różne niesamowite miejsca z jego gospodarzem Joshuą Jacobsem, najseksowniejszym ciachem na tej planecie, i tylko od czasu do czasu wykrzykiwać: "Coś mnie dotknęło!" albo: "Boże, co to było?!".
Tak na serio nie wierzę w żadne duchy. Byłoby super, gdybyśmy po śmierci stawali się przezroczystymi wersjami samych siebie, które mogą przechodzić przez ściany, wysyłać zaszyfrowane wiadomości i kończyć niedokończone sprawy. Po prostu nie sądzę, żeby to była prawda.
Nie wyciągnęłam planszy ouija, żeby skontaktować się z duchem. Zrobiłam to, żeby coś powiedzieć. Że Imogen powinna się wreszcie zbuntować i oświadczyć rodzicom, że nie jedzie na obóz pianistyczny, którego nie znosi, chociaż wysyłają ją tam co roku, by zwiększyć jej atrakcyjność w rekrutacji na jeden z uniwersytetów Ligi Bluszczowej, czyli uczelni, na którą i tak się dostanie, bo jest najinteligentniejsza na świecie.
Poważnie. Imogen jest na najlepszej drodze, żeby uzyskać najlepsze wyniki w naszym roczniku. Umie wyjaśnić, czym są kryptowaluty, w taki sposób, że człowiek zaczyna rozumieć. W siódmej klasie, gdy mieliśmy napisać opowiadanie, namówiłam ją, żeby uczyniła jego bohaterem królika kanibala imieniem Beaniford. Pan Quinn odczytał jej opowiadanie na głos przed całą klasą. Oto siła umysłu Imogen Lucas.
Tymczasem rodzice Imogen, zamiast przyjąć to do wiadomości, wysyłają ją każdego lata na trzytygodniowy obóz pianistyczny, a potem na kursy programowania, ligi debatanckie i inne koszmarne zajęcia, które ich zdaniem zwiększą jej szanse w rekrutacji na studia. Co nam kompletnie rujnuje wakacje.
Spędzam ze swoją przyjaciółką część lata tylko dlatego, że jako jedenastolatki postanowiłyśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Przy okazji jakiejś nocowanki poszperałyśmy w internecie i znalazłyśmy artykuł z "Wall Street Journal" o tym, że spędzanie czasu w sposób niezorganizowany, w bliskości z naturą, rozwija funkcje wykonawcze mózgu. Przekonałam mamę, że to wcale nie będzie manipulacja, jeśli na wywiadówce wspomni o tym mimochodem rodzicom Imogen, a potem napomknie od niechcenia, że co roku wynajmujemy na dwa tygodnie domek w Estes Park, malutkim miasteczku u podnóża Gór Skalistych. Mama musiała to nieźle sprzedać, bo tamtego lata Lucasowie wynajęli sąsiedni domek i od tamtej pory wynajmują go co roku.
Co oznacza, że Imogen przez dwa tygodnie jest wolna. Możemy sobie wypożyczać ponton albo wędrować krętymi szlakami. Możemy malować identyczne syrenki na kubkach albo przesiadywać za biblioteką w centrum miasteczka, w sekretnym, ocienionym miejscu, które nazwałyśmy Oazą. Możemy oglądać horrory, leżąc na grubym plecionym dywanie w maleńkiej sypialni mojego domku, krzyczeć na tych dobrych i śmiać się na kiepskich, a potem dyskutować o tym, co jest bardziej przerażające: duchy, demony, ufoludki, nożownicy czy potwory uosabiające realne sprawy w rodzaju depresji, rasizmu czy internetu.
Imogen uwielbia trafne metafory w dobrych horrorach. Kiedyś chciałaby napisać scenariusz do takiego filmu, jakąś historię, która wyciągnie mrok towarzyszący nam każdego dnia i zrobi z niego potwora każącego zastanawiać się nad kondycją ludzką. Osobiście chyba wolę filmy w rodzaju Martwe zło 2. Zamienię dowolną metaforę na Bruce'a Campbella patroszącego demony piłą łańcuchową. Co nie oznacza, że nie zamierzam się pojawiać na premierach wszystkich filmów Imogen i chwalić się każdemu, kto zechce słuchać, że Imogen jest moją najlepszą przyjaciółką.
- Natalie, no, dalej - mówi Imogen, kręcąc się na skórzanym fotelu. - Wiem, że nią poruszysz, no więc...
Wskaźnik przejeżdża zdecydowanie w róg planszy, okrągłe okienko zatrzymuje się nagle na wyrazistym NIE.
- O-rzesz-ku! - wypala Imogen i raptownie cofa ręce, jakby się oparzyła, a ja składam się wpół ze śmiechu.
Bo w szóstej klasie Imogen znalazła gdzieś to określenie i zaczęła go notorycznie używać, póki się nie zorientowała, że brzmi to jak "Ożeż ku...". Wtedy przestała, ale i tak od czasu do czasu jej się wypsnie.
Imogen też się śmieje, a policzki ma całe czerwone, bo wszyscy się na nas gapią, a my nie możemy przestać się śmiać. Póki powietrza nie rozedrze ostry, uporczywy dźwięk.
To budzik przypominający Imogen, że czas spać. Nasz ostatni wieczór dobiegł końca. Nie ma znaczenia, jak bardzo Imogen nie znosi obozu pianistycznego. Nie ma znaczenia, jak gorliwie bym ją próbowała przekonać, że świat się nie skończy, jeśli ten jeden raz rozczaruje rodziców. To wszystko nie ma znaczenia, bo jutro wszyscy wsiądą do samochodów i po pięćdziesięciu minutach jazdy w dół znajdą się z powrotem w Boulder. A potem rozjedziemy się na oddzielne wakacje.
Imogen z powagą zapina swoją ulubioną bluzę z kapturem: białą, z napisem ESTES PARK na plecach i łopatami łosia wyrastającymi z liter i rozpościerającymi się jak skrzydła. Skubię bransoletkę z koralików, zastanawiając się nad resztą swoich wakacji. Nieograniczona godziną policyjną Imogen będę mogła zostawać do późna. Grać w beer ponga i nie wysłuchiwać jej szczegółowego opisu wszystkich bakterii pływających w plastikowych kubeczkach. Ale jakoś perspektywa siedzenia do późna i zabawy bez wyrzutów sumienia nie poprawia mi humoru. Jedyne, co mnie przepełnia, to smutek, nuda i poczucie absolutnej nijakości.
- Dziękuję ci, Agnes, że do nas przemówiłaś - mówi Imogen i przesuwa wskaźnikiem wokół planszy. - Żegnaj. - Wyczekująco podnosi na mnie wzrok.
- Serio?
- Na pudełku jest napisane, że jeśli się nie pożegnamy, drzwi do świata duchów pozostaną otwarte.
Wzdycham. Nie do pojęcia, że Imogen może w to wierzyć.
- Wiem, wiem. - Imogen macha ręką. - To całkiem od rzeczy, ale nie znamy tajemnic wszechświata i nie chcemy pozostawić Agnes w zawieszeniu.
Spojrzenie Imogen prześlizguje się na fotografię zawieszoną nad kamiennym kominkiem. To Agnes Thripp, medium, jedno z tych, które założyły hotel Harlow. Siedzi w bujanym fotelu na szerokiej werandzie i wpatruje się w obiektyw.
Fajne w tym zdjęciu jest to, że można odnieść wrażenie, jakby nad głową kobiety unosiły się czarne plamki. Z bliska okazuje się, że to kolibry fruwające między karmnikami zawieszonymi pod markizą. To słynne zdjęcie, gdyż Agnes jest jedyną osobą, która zmarła w tym hotelu. W tamtym czasie było to spore wydarzenie, a okoliczności jej śmierci opisano wyczerpująco we wszystkich gazetach. Od czasu do czasu w hotelu odbywa się wystawa na ten temat.
- Nie musisz żegnać się na głos - mówi Imogen, odrywając wreszcie wzrok od fotografii i zarzucając plecak. - Wystarczy, że o tym pomyślisz.
- Dobra.
Zamykam oczy, ale wcale o tym nie myślę. Nawet przez chwilę.
Odkładamy pudełko z planszą ouija na półkę z grami i wychodzimy na wielką werandę, po czym schodzimy po schodkach, przecinamy dziedziniec na skos i ruszamy w stronę domków.
Szary zmierzch rozłożył się już między sosnami i umościł na piaszczystych ścieżkach. W gasnącym świetle otaczające nas góry porośnięte lasem sprawiają wrażenie miękkich i rozmytych jak na starej pocztówce. Za kwadrans będzie kompletnie ciemno.
- Czołówka - mówi Imogen, po czym dociąga elastyczną opaskę i ustawia latarkę tak, żeby świeciła na wprost, gdy mijamy tor do minigolfa.
Sięga do mojej torby i wyciąga z niej identyczną czołówkę, tę samą, którą kazała mi kupić zeszłego lata w sklepie turystycznym w celu "zachowania bezpieczeństwa w dziczy".
- Poświecę telefonem.
Jestem przeciwniczką czołówek. Człowiek wygląda w nich supergłupio.
- Nie ma mowy. - Imogen wciska mi ją do ręki. - Za chwilę będzie ciemno, jak bywa tylko w górach.
Niechętnie mocuję sobie lampkę na głowie i w tym momencie docieramy do Gwiezdnej Ścieżki, krótkiej i krętej, wchodzącej między drzewa i biegnącej wzdłuż potoku, by ostatecznie doprowadzić nas do naszych domków. Ostre, jasne światło bijące z czołówek wyławia z mroku każdy wystający kamień i korzeń, a ciemność pogłębia się z każdym krokiem, prześlizgując się między konarami.
Imogen ma rację: w górach ciemność jest jakaś inna. Wydaje się niemal żywa. Jakby oddychała, poruszała się, chwytała nas za koszulki i ocierała się o naszą skórę.
Bałabym się bardziej, gdyby nie znajome punkty orientacyjne po drodze. Srebrzystozielona szałwia napełniająca powietrze świeżym, ostrym zapachem. Białe kwiatuszki krwawnika, które wyglądają jak bukieciki Barbie. Mijamy Harveya: osikę z czarnymi bliznami w kształcie uśmiechniętej głupkowato twarzy. Wreszcie Widok na Dupę: płaska skała, na której stałyśmy w zeszłym roku, gdy jakaś turystka na naszych oczach ściągnęła spodnie, żeby się wysikać.
Wchodzimy po niewielkiej pochyłości. Widzę, że Imogen utkwiła wzrok w czymś przed nami.
- Co? - pytam, starając się dostrzec to samo co ona.
- Nic.
W milczeniu idziemy kolejną minutę, po czym Imogen nagle się zatrzymuje.
- Ale serio, co się stało? - pytam, zanim się zorientuję, gdzie jesteśmy.
Drzewo Agnes. Ogromna sosna żółta o szorstkim, strzelistym pniu, z którego wyrastają pod najróżniejszymi kątami nagie konary podobne do ramion ludzików rysowanych przeze mnie w dzieciństwie. Sosnowe igły wyrastają z wyższych, bardziej poskręcanych gałęzi zlewających się z ciemnym niebem. Mniej więcej w trzech czwartych wysokości pnia - i to jest najważniejsze - zieje dziupla.
Odkryłyśmy to drzewo podczas naszych pierwszych wakacji w Estes Park. Imogen była przekonana, że w dziupli coś jest. Strasznie chciała się wspiąć na górę, żeby sprawdzić, czy się nie myli, ale bała się wysokości, nagany strażników parku i połamania nóg - właśnie w tej kolejności. No więc sama tam wlazłam. Najdziwniejsze było to, że w dziupli faktycznie coś było.
Stara szklana figurka kolibra, przykryta próchnem.
Do końca wycieczki nie rozmawiałyśmy o niczym innym. Imogen wysnuła całą teorię, zgodnie z którą była to wiadomość przekazana nam przez Agnes Thripp. Nie mogła się doczekać następnych wakacji, żeby sprawdzić, czy Agnes nie zostawi nam kolejnej wiadomości. Lecz gdy wspięłam się na drzewo rok później, w dziupli były tylko patyki, kamienie i trochę ziemi. Wielkie rozczarowanie, choć nie wierzyłam w teorię Imogen.
- Nie wejdziesz tam? - pyta. Podnosi wzrok na drzewo, po czym wyczekująco przenosi go na mnie.
- Ale po co? - Szuram butem po luźnym żwirze. - Tam nic nie ma.
Imogen rozdziawia usta.
- A jeśli jest?
- Nie ma. - Kiedyś podczas każdego nocowania u niej wyciągałyśmy figurkę kolibra tylko po to, żeby na nią popatrzeć. Potem Imogen pieczołowicie umieszczała ją na powrót w miniaturowej szafie stojącej w domku dla lalek. Od wieków tego nie robiłyśmy. - Nie uważasz, że mogłybyśmy już o tym zapomnieć?
- Zapominanie jest przereklamowane - mówi, a jej wzrok przeskakuje gorączkowo między mną a drzewem. - Proszę! Tak na wszelki wypadek. Tak samo, jak na wszelki wypadek żegnałyśmy się z Agnes nad planszą ouija.
- No tak - mówię sekundę za późno.
- Znaczy że co? - W jej głosie słychać napięcie. Zawsze się orientuje, kiedy kłamię.
Wzdycham ciężko.
- Nie pożegnałam się z Agnes. Nawet w myślach.
Na kilka sekund zapada milczenie, słychać tylko powolną wędrówkę wiatru wśród drzew. Nagle podmuch się wzmaga, unosi nam włosy i przynosi delikatną woń kajmaku, którym pachnie pień sosny.
Imogen rzuca ostatnie spojrzenie na Drzewo Agnes, a jej twarz się kurczy, jakby moja przyjaciółka toczyła w myślach jakiś pojedynek na śmierć i życie.
- Nie świruj... - mówię wreszcie, gdy jakaś ćma z szelestem przelatuje między nami i obie podskakujemy.
- Dobra, po prostu chodźmy dalej.
Imogen wypuszcza powietrze i szybko odchodzi ścieżką, a żwir chrzęści jej pod butami.
Puszczam się truchtem, żeby ją dogonić.
- Dziewczyno, wszystko jest dobrze.
- Tak właśnie zaczynają się horrory - mamrocze Imogen.
- Ale to nie jest żaden horror. Bo gdyby tak było, miałby koszmarne recenzje.
- Ćśśś! - Imogen macha na mnie rękami. - Właśnie tak się dzieje w horrorach. Wszystko się ślamazarzy, żeby bohaterowie nabrali nieuzasadnionej pewności siebie i zaczęli mówić: "To nie jest żaden horror" albo: "Ha, ha, ha, nic mi się nie stanie". To buduje napięcie. A potem... bam! Z ciemności wychodzi Agnes, zaczyna nas dziobać stado jej demonicznych kolibrów, wreszcie zamieniamy się w morderczych kolibroludzi i do końca świata fruwamy po tych lasach.
Wpatruję się ze zdziwieniem w Imogen, która sztywno wyprostowana rusza pospiesznie przed siebie, jakby Agnes i jej piekielne kolibry deptały nam po piętach.
To się zdarza nie pierwszy raz. Imogen uważa, że prawdziwe życie bardzo przypomina horror, w którym najmniejsze przewinienie może pociągnąć za sobą straszną karę. Dlatego pewnego dnia nakręci fantastyczny film. I dlatego zawsze przestrzega wszystkich reguł. Bo jeśli nie pożegna się z duchami, nie pojedzie na obóz, nie będzie słuchać rodziców, to kto wie, co potwornego może się zdarzyć.
Imogen nie zwalnia kroku, dystans między nami rośnie i ogarnia mnie znajome podwójne pragnienie. Chciałabym, żeby Imogen tak się strasznie wszystkiego nie bała. I chciałabym nie tęsknić za nią przez całe wakacje.
Nim zdążę pojąć, co we mnie wstąpiło, zbiegam ze ścieżki, wdrapuję się na wielki głaz, przykładam dłonie do ust i odchylam głowę do tyłu.
- Ha, ha, ha, nic mi się nie stanie! - krzyczę ile sił w płucach. - Słyszysz mnie, Agnes! Nabrałam nieuzasadnionej pewności siebie!
Mój głos wznosi się między drzewami, a Imogen staje jak wryta, po czym do mnie podbiega.
- Co ty wyprawiasz? - Jej głos jest czymś między szeptem a piskiem.
- Pokazuję ci, że tu nie ma się czego bać!
Szeroko rozpościeram ramiona i znów wołam Agnes. Zaczyna mi już brakować powietrza, gdy Imogen chwyta mnie za łokieć. Wzdrygam się gwałtownie, a ona mocniej zaciska dłoń i chłód jej palców przenika przez flanelę mojej koszuli.
- Dobra, kumam - mówi wciąż szeptem. - To nieracjonalne, ale możemy już iść?
Zeskakuję z głazu, a Imogen aż do wyjścia z lasu nie puszcza mojego łokcia. Rozluźnia dłoń dopiero wtedy, gdy w polu widzenia pojawią się oświetlone domki. Niemniej wciąż czuję na ramieniu odcisk jej palców.
- Jesteś najgorsza w świecie - mówi i jednocześnie wybuchamy śmiechem.
Bo wyszłyśmy z lasu i nic się nie stało, a Imogen już się nie boi.
*
Już leżąc w łóżku, skroluję Instagram i klikam selfie, które zrobiłyśmy sobie dzień wcześniej. Siedzimy na werandzie hotelu Harlow wciśnięte w wiklinowy fotel na biegunach i odchylone jak najdalej do tyłu, żebyśmy obie zmieściły się w kadrze. Zrobiłam to zdjęcie dokładnie w chwili, w której odchyliłyśmy się trochę za bardzo i krzesło na chwilę straciło równowagę. Nasze reakcje zostały idealnie uchwycone: ja w pół śmiechu, Imogen w pół krzyku.
Chcę już odłożyć telefon, gdy wyskakuje powiadomienie. Imogen właśnie skomentowała nasze zdjęcie na bujanym fotelu.
O-rzesz-ku!
Odpowiadam rządkiem buziek śmiejących się do łez. Odkładam telefon na stolik przy łóżku, uśmiechnięta, choć oczy już mi się kleją. Bo chociaż to nasza ostatnia noc w Estes Park, będą przecież kolejne wakacje. A potem następne.
*
Imogen powiedziałaby, że w horrorach często tak robią.
Wzbudzają w widzu fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Bohater rzuca wyzwanie losowi, więc wstrzymujesz oddech, spodziewając się najgorszego, tymczasem nic złego się nie dzieje. Wszystko jest w porządku. Odprężasz się.
A potem - bam! Z jeziora wypryskuje Jason Voorhees. Nell Crain rzuca się z tylnego siedzenia samochodu. Z gruzów wystrzela dłoń Carrie. A ty krzyczysz tym głośniej, że tego nie przewidziałeś.
No więc ja tego nie przewidziałam.
I nie jest to brutalny morderca ani upiorna laleczka. To moja mama. Stoi o świcie w nogach mojego łóżka, twarz ma ściągniętą i mówi mi, że zeszłej nocy, gdy wszyscy spali, u Imogen doszło do nagłego zatrzymania akcji serca. Jej serce zwyczajnie przestało bić. I w jednej chwili, ostatniej nocy naszych wspólnych wakacji, w ciemnościach wśród gór, Imogen zmarła.