Tego lata stałam się piękna - Jenny Han

-
Proszę czekać

roz­dział czwar­ty

Susan­na skończyła drzemkę za­raz po tym, jak prze­bra­liśmy się w su­che ubra­nia. Prze­pra­szała, że nie była obec­na pod­czas na­sze­go przy­by­cia. Da­lej wyglądała na za­spaną i miała włosy po­tar­ga­ne po jed­nej stro­nie, jak mały dzie­ciak. Naj­pierw w objęcia padły so­bie ona i moja mama, ści­skały się moc­no i bar­dzo długo. Moja mama była tak za­chwy­co­na, że omal się nie rozpłakała, a moja mama nig­dy nie płacze.

Po­tem przyszła ko­lej na mnie.

Mnie też cze­kał długi uścisk, na tyle bli­ski i długi, że aż zaczęłam się za­sta­na­wiać, ile to jesz­cze po­trwa i kto pierw­szy się od­su­nie.

- Ale je­steś szczupła - po­wie­działam jej, częścio­wo dla­te­go, że to była praw­da, a także dla­te­go, że za­wsze bar­dzo jej na tym zależało.

Nie­ustan­nie była na die­cie, za­wsze pil­no­wała się, żeby nie jeść ni­cze­go tuczącego. Moim zda­niem miała per­fek­cyjną fi­gurę.

- Dzięki, ko­cha­nie - od­po­wie­działa Su­san­na i wresz­cie mnie wypuściła. Od­sunęła mnie na długość ra­mie­nia. Pokręciła głową i stwier­dziła: - Rany, ale ty wy­rosłaś. Kie­dy zdążyłaś się stać taką piękną ko­bietą?

Uśmiechnęłam się bar­dzo za­wsty­dzo­na. Jak to do­brze, że chłopcy byli na górze i tego nie słysze­li.

- E tam. Wyglądam tak samo jak za­wsze.

- Owszem, za­wsze byłaś ładna, ale te­raz to zupełnie co in­ne­go. - Prze­chy­liła głowę, jak­by przyglądała mi się z po­dzi­wem. - Zro­biłaś się na­prawdę ślicz­na. Zo­ba­czysz, cze­ka cię nie­sa­mo­wi­te, cu­dow­ne lato. Lato, którego nig­dy nie za­po­mnisz.

Su­san­na za­wsze pusz­czała ta­kie górno­lot­ne tek­sty; brzmiało to jak jakaś pro­kla­ma­cja i jak­by jej słowa miały stać się prawdą dla­te­go, że wy­po­wie­działa je tak uro­czyście.

Rzecz jed­nak w tym, że Su­san­na się nie myliła. To było lato, którego nig­dy, przenig­dy nie za­pomnę. Tego lata wszyst­ko się zaczęło. Tego lata stałam się ładną dziew­czyną. A to dla­te­go, że po raz pierw­szy tak się po­czułam. Mam na myśli, że po­czułam się ładna. Atrak­cyj­na. Każdego lata wie­rzyłam, że coś się zmie­ni. Że życie sta­nie się inne. I tego lata wresz­cie tak się stało. Wszyst­ko się zmie­niło i ja się zmie­niłam.

roz­dział trze­ci

Kiedy się roz­pa­ko­wałam, od razu poszłam nad ba­sen, po­nie­waż wie­działam, że tam będą chłopcy. Owszem, wy­le­gi­wa­li się na szez­lon­gach, zwie­szając na boki brud­ne sto­py.

Kie­dy Je­re­mi mnie zo­ba­czył, ze­rwał się na równe nogi.

- Pa­aanie i pa­aano­wie - roz­począł to­nem ko­men­ta­to­ra na rin­gu bok­ser­skim. - Chy­ba przy­zna­cie, że już naj­wyższy czas... na pierwszą kąpiel Bel­ly tego lata!

Cofnęłam się odro­binę. Byle nie za szyb­ko, bo za­raz będzie po wszyst­kim - rzucą się za mną w pogoń.

- Nie ma mowy - stwier­dziłam.

Wte­dy wsta­li też Con­rad i Ste­ven.

Za­gro­dzi­li mi przejście.

- Tra­dy­cji musi stać się zadość - oznaj­mił Ste­ven, a Con­rad tyl­ko uśmie­chał się dia­bo­licz­nie.

- Daj­cie spokój, to strasz­nie głupie - za­pro­te­sto­wałam, ale bez większej na­dziei, że mój sprze­ciw coś da. Cofnęłam się, a wte­dy mnie chwy­ci­li. Ste­ven i Je­re­mi złapa­li mnie za ręce. - Proszę, daj­cie spokój - po­wta­rzałam, próbując im się wy­rwać.

Ciągnęłam do tyłu, ale oni oczy­wiście byli sil­niej­si. Wie­działam, że nie ma co się opie­rać, jed­nak za­wsze próbowałam, cho­ciaż ocie­rałam so­bie przy tym sto­py o płyty chod­ni­ka.

- Go­to­wi? - za­ko­men­de­ro­wał Je­re­mi, pod­nosząc mnie do góry.

Con­rad tym­cza­sem chwy­cił moje sto­py, a wte­dy za­wisłam w po­wie­trzu, trzy­ma­na za prawą rękę przez Ste­ve­na i za lewą przez Je­re­mie­go.

Roz­kołysa­li mnie, jak­bym była wor­kiem mąki.

- Nie­na­widzę was! - wrzasnęłam, próbując prze­krzy­czeć ich śmiech.

- Raz - zaczął Je­re­mi.

- Dwa - podjął Ste­ven.

- I trzy! - dokończył Con­rad.

Wrzu­ci­li mnie do ba­se­nu, w ubra­niu i ze wszyst­kim. Wpadłam z potężnym plu­skiem. Na­wet pod wodą słyszałam, jaki mają ubaw.

Ta ich głupia tra­dy­cja zaczęła się ja­kieś mi­lion lat wcześniej. Chy­ba Ste­ven wpadł na ten po­mysł. Nie­na­wi­dziłam tego. Co z tego, że był to je­den z nie­licz­nych mo­mentów, kie­dy byłam im po­trzeb­na do za­ba­wy, sko­ro trak­to­wa­li mnie tyl­ko jak przed­miot i ba­wi­li się moim kosz­tem. Czułam się wte­dy zupełnie bez­sil­na. Nu­mer z wrzu­ca­niem do ba­se­nu za­wsze przy­po­mi­nał mi, że je­stem kimś z zewnątrz, że je­stem za słaba, żeby się bro­nić. A wszyst­ko dla­te­go, że je­stem dziew­czyną. Młodszą siostrą Ste­vena.

Daw­niej be­czałam, biegłam na skargę do Su­san­ny i do mamy, ale na nic się to nie zda­wało. Tyl­ko chłopcy stwier­dza­li, że je­stem skarżypytą. Ha, nie­do­cze­ka­nie. Tym ra­zem będzie in­a­czej. Udam, że to mnie cie­szy, i może w ten sposób cho­ciaż trochę po­psuję im za­bawę.

Kie­dy wypłynęłam na po­wierzch­nię, uśmiechnęłam się radośnie i stwier­dziłam:

- Ale z was dzie­cia­ki. Jak­byście mie­li po dzie­sięć lat!

- Zga­dza się. Więcej nam nie trze­ba! - od­pa­ro­wał Ste­ven strasz­nie z sie­bie za­do­wo­lo­ny.

To jego sa­mo­za­do­wo­le­nie ma­lujące się na twa­rzy spra­wiło, że naszła mnie chętka, żeby go ochla­pać. Jego, a zwłasz­cza te bez­cen­ne oku­la­ry prze­ciwsłonecz­ne od Hugo Bos­sa, na które pra­co­wał trzy ty­go­dnie, żeby móc so­bie je wresz­cie za­fun­do­wać.

Po­tem po­wie­działam:

- Wiesz, Con­rad, chy­ba skręciłeś mi kostkę.

Uda­wałam, że z tru­dem płynę w ich stronę.

Con­rad pod­szedł do brze­gu ba­se­nu.

- Coś mi mówi, że to przeżyjesz - stwier­dził z tym swo­im kpiącym uśmie­chem.

- Pomógłbyś mi cho­ciaż wyjść - zażądałam.

Przy­kucnął i wyciągnął do mnie rękę, a ja chwy­ciłam go za dłoń.

- Dzięki - rzu­ciłam bez­tro­sko, po czym uścisnęłam go moc­no i z całej siły pociągnęłam za rękę.

Za­chwiał się i runął głową w dół. Wylądował w ba­se­nie z jesz­cze większym plu­skiem niż ja.

Chy­ba w życiu tak się nie śmiałam, jak wte­dy. Tak samo Je­re­mi i Ste­ven.

Założę się, że cała Co­usins Be­ach słyszała nasz śmiech.

Głowa Con­ra­da szyb­ko wy­chynęła z wody. Ru­szył krau­lem w moją stronę. Bałam się, że będzie wściekły, ale nie, przy­najm­niej nie jakoś strasz­nie. Uśmie­chał się, cho­ciaż w tym jego uśmie­chu widać było groźbę. Ode­pchnęłam się no­ga­mi od ścia­ny ba­se­nu, żeby mu się wy­mknąć.

- Nie złapiesz mnie! - zawołałam kpiącym to­nem. - Za wol­ny je­steś!

Za każdym ra­zem, gdy się zbliżał, odpływałam kawałek da­lej.

- Pudło - wołałam na cały głos ze śmie­chem.

Je­re­mi i Ste­ven, którzy sta­li prze­zor­nie da­lej od brze­gu, a bliżej domu, wtóro­wa­li mi:

- Schudło!

Rozśmie­szyło mnie to, więc nie dość szyb­ko płynęłam, aż wresz­cie Con­rad złapał mnie za nogę.

- Pusz­czaj - wy­sa­pałam, wciąż się śmiejąc.

Con­rad potrząsnął głową.

- Po­dob­no je­stem za wol­ny? - przy­po­mniał i się zbliżył.

Znaj­do­wa­liśmy się po głębszej stro­nie ba­se­nu, tam, gdzie nie ma grun­tu. Przez prze­mo­czoną białą ko­szulkę wi­działam złoty od­cień jego skóry.

Na­gle za­padło ja­kieś niezręczne mil­cze­nie między nami. Da­lej trzy­mał mnie za stopę, a ja usiłowałam utrzy­mać się na po­wierzch­ni. Przez se­kundę pożałowałam, że Je­re­mi i Ste­ven nie znaj­dują się bliżej. Nie wie­działam dla­cze­go.

- Pusz­czaj - po­wie­działam.

Pociągnął mnie za stopę, jesz­cze bliżej sie­bie. Kie­dy zna­lazłam się tak nie­da­le­ko nie­go, zro­biło mi się dziw­nie i nie­swo­jo. Po­wie­działam to jesz­cze raz, ostat­ni raz, cho­ciaż wca­le nie chciałam tego po­wie­dzieć.

- Con­rad, pusz­czaj.

Puścił. A po­tem mnie przy­to­pił. Nie­ważne. I tak już wcześniej wstrzy­małam od­dech.

roz­dział je­de­na­sty

9 LAT

Graliśmy w kar­ty na gan­ku, a moja mama i Su­san­na piły mar­ga­ritę i grały w po­ke­ra. Słońce zaczęło chy­lić się ku za­cho­do­wi, co ozna­czało, że wkrótce na­sze mamy będą mu­siały pójść do środ­ka, żeby przyrządzić ku­ku­rydzę i hot dogi.

Ale jesz­cze nie te­raz. Naj­pierw mu­siały dokończyć swoją par­tyjkę.

- Lau­rel, dla­cze­go mówisz na moją mamę Beck, sko­ro wszy­scy inni mówią na nią Su­san­na? - za­in­te­re­so­wał się na­gle Je­re­mi.

Grał w pa­rze z moim bra­tem, Ste­ve­nem, i kiep­sko im szło. Prze­gry­wa­li. Gry kar­cia­ne nu­dziły Je­re­mie­go, za­wsze rozglądał się za czymś cie­kaw­szym do zro­bie­nia, choćby za ja­kimś te­ma­tem do roz­mo­wy.

- Mówię tak do niej, bo to jest jej pa­nieńskie na­zwi­sko - wyjaśniła moja mama i zga­siła pa­pie­ro­sa.

Obie paliły tyl­ko wte­dy, gdy były ra­zem, bo to była szczególna oka­zja. Moja mama mówiła, że kie­dy pali z Su­sanną, czu­je się jak za młodych lat. Stwier­dziłam, że to jej skróci życie właśnie o całe lata, ale ona tyl­ko machnęła ręką i od­po­wie­działa mi, żebym prze­stała kra­kać.

- A co to jest na­zwi­sko pa­nieńskie? - do­py­ty­wał się da­lej Je­re­mi.

Mój brat po­stu­kał znacząco pal­cem w jego kar­ty, żeby przy­po­mnieć mu o grze, ale Je­re­mi go zi­gno­ro­wał.

- To na­zwi­sko ko­bie­ty, za­nim wyj­dzie za mąż, głąbie - rzu­cił Con­rad.

- Nie na­zy­waj go głąbem - ma­chi­nal­nie po­uczyła go Su­san­na, układając jed­no­cześnie kar­ty w dłoni.

- Ale po co musi zmie­niać na­zwi­sko? - zdu­miał się Je­re­mi.

- Wca­le nie musi. Ja nie zmie­niłam. Na­zy­wam się Lau­rel Dun­ne, tak samo jak w dniu, kie­dy przyszłam na świat. Faj­nie, praw­da? - Moja mama lubiła się prze­chwa­lać przed Su­sanną tym, że nie zmie­niła na­zwi­ska po ślu­bie. - Niby z ja­kiej ra­cji ko­bie­ta miałaby zmie­niać na­zwi­sko dla mężczy­zny? Tak nie po­win­no być.

- Lau­rel, przy­mknij się wresz­cie - upo­mniała ją Su­san­na i rzu­ciła na stół kil­ka kart. - Ful.

Moja mama wes­tchnęła i też rzu­ciła kar­ty.

- Nie chcę już grać w po­ke­ra. Za­graj­my w coś in­ne­go. Może w tysiąca z dzie­cia­ka­mi.

- Ktoś tu nie umie prze­gry­wać - stwier­dziła Su­san­na.

- Mamo, my wca­le nie gra­my w tysiąca. Gra­my w kier­ki i ty nie możesz z nami grać, bo za­wsze próbu­jesz oszu­ki­wać - wtrąciłam.

Moim part­ne­rem był Con­rad, więc byłam pra­wie pew­na, że wy­gra­my. Spe­cjal­nie go wy­brałam. Con­rad był do­bry w wie­lu kon­ku­ren­cjach. Naj­szyb­ciej pływał, naj­le­piej sur­fo­wał na de­sce, a poza tym za­wsze, ale to za­wsze wy­gry­wał w kar­ty.

Su­san­na klasnęła w dłonie i roześmiała się głośno.

- Lau­rel, ta dziew­czy­na to ku­bek w ku­bek daw­na ty.

- Nie, Bel­ly to córecz­ka ta­tu­sia - po­wie­działa moja mama, a następnie wy­mie­niły szyb­ko ta­jem­ni­cze spoj­rze­nia, że od razu chciałam za­py­tać: "Co? No po­wiedz, po­wiedz co?".

Jed­nak wie­działam, że moja mat­ka nig­dy się nie wy­ga­da. Po­tra­fiła do­trzy­my­wać ta­jem­nic, za­wsze tak było. Pew­nie cho­dziło o to, że je­stem po­dob­na do ojca: mam ta­kie oczy z unie­sio­ny­mi kąci­ka­mi jak on, jego nos (ale na szczęście w wer­sji dla dziew­czy­nek), jego wy­su­nięty podbródek. Po mat­ce odzie­dzi­czyłam tyl­ko dłonie.

Jed­nak to ta­jem­ne po­ro­zu­mie­nie między nimi trwało tyl­ko se­kundę, po­tem Su­san­na uśmiechnęła się do mnie.

- Święte słowa, moja dro­ga Bel­ly - oświad­czyła. - Two­ja mat­ka oszu­ku­je. Od nie­pa­miętnych czasów oszu­ku­je w kier­ki. Pamiętaj­cie, dzie­ci, że oszu­stwo nie popłaca.

Su­san­na za­wsze na­zy­wała nas dziećmi, ale co cie­ka­we, ja wca­le nie miałam nic prze­ciw­ko temu. Bo nor­mal­nie tego nie lubię. Jed­nak Su­san­na robiła to w taki sposób, że by­cie dziec­kiem nie wy­da­wało się ni­czym złym. Nie cho­dziło jej o to, że je­steśmy mali i dzie­cin­ni. Ra­czej jak­by chciała po­wie­dzieć, że mamy przed sobą całe życie.

roz­dział pierw­szy

Jecha­liśmy tam około sied­miu tysięcy lat. Tak przy­najm­niej mi się wy­da­wało. Ste­ven, mój brat, pro­wa­dził jesz­cze wol­niej niż na­sza bab­cia. Sie­działam obok nie­go na fo­te­lu pasażera, z no­ga­mi do góry.

Tym­cza­sem moja mama była nie­obec­na, siedząc na tyl­nym sie­dze­niu. Co praw­da na­wet wte­dy, gdy spała, spra­wiała wrażenie, jak­by czu­wała nad wszyst­kim. Jak­by w każdej chwi­li mogła się obu­dzić i po­kie­ro­wać całym ru­chem ulicz­nym.

- Przy­spiesz trochę - po­na­gliłam Ste­ve­na. Trąciłam go lek­ko w ramię. - Wiesz, mógłbyś spo­koj­nie wy­prze­dzić tego dzie­cia­ka na mo­to­ryn­ce.

- Nie do­ty­ka się kie­row­cy - po­uczył mnie Ste­ven. - I trzy­maj te brud­ne nogi z da­le­ka od przed­niej szy­by mo­je­go sa­mo­cho­du.

Pokręciłam pa­lu­cha­mi. Jak dla mnie wyglądały na zupełnie czy­ste.

- Prze­cież to nie twój sa­mochód. A za to niedługo będzie mój, jak wiesz.

- Jeżeli do­sta­niesz pra­wo jaz­dy - rzu­cił drwiąco. - Ta­kim lu­dziom jak ty nie po­win­no się w ogóle po­zwa­lać sia­dać za kie­row­nicą.

- Ej, po­patrz - zawołałam, po­ka­zując za okno. - Ten fa­cet na wózku in­wa­lidz­kim właśnie nas wy­prze­dził!

Ste­ven zi­gno­ro­wał tę za­czepkę, a ja zaczęłam się bawić ra­diem. Jeżeli cho­dzi o wa­ka­cje, to naj­bar­dziej lubię nad­mor­skie sta­cje ra­dio­we. Znam je nie go­rzej od tych, które na­dają w moim ro­dzin­nym mieście, a kie­dy zna­leźliśmy się w zasięgu Q94, wte­dy już na­prawdę wie­działam, że je­steśmy bli­sko, nad sa­mym brze­giem.

Od­szu­kałam moją ulu­bioną stację, taką, którą gra wszyst­ko od popu do sta­rych hitów i hip-hopu. Tom Pet­ty śpie­wał Free Fal­lin. Zaczęłam śpie­wać ra­zem z nim: "She's a good girl, cra­zy 'bout Elvis. Lo­ves hor­ses and her boy­friend too".

Ste­ven wyciągnął rękę, żeby przełączyć na coś in­ne­go, więc trzepnęłam go po łapie.

- Bel­ly, na dźwięk two­je­go głosu ogar­nia mnie chęć, żeby wje­chać pro­sto do oce­anu - stwier­dził i udał, że skręca w pra­wo.

Zaczęłam śpie­wać jesz­cze głośniej, aż obu­dziła się mama i też zaczęła śpie­wać. Obie mamy kosz­mar­ne głosy, więc nic dziw­ne­go, że Ste­ven pokręcił głową z dez­apro­batą, jak to Ste­ven. Tak na­prawdę prze­szka­dzało mu, że jest w mniej­szości. Właśnie to od­czu­wał naj­do­tkli­wiej po roz­wo­dzie ro­dziców, bo zo­stał sam. Je­den fa­cet na dwie bab­ki.

Je­cha­liśmy po­wo­li przez mia­sto, a cho­ciaż przed­tem podśmie­wałam się ze Ste­ve­na, że tak się wle­cze, w rze­czy­wi­stości wca­le mi to nie prze­szka­dzało. Lubiłam tę drogę i lubiłam tę chwilę. Zno­wu wi­działam zna­jo­me kąty, chatę Jim­my'ego Cra­ba, Putt Putt i wszyst­kie te skle­py dla sur­ferów. Całkiem jak­bym wróciła do domu po bar­dzo długiej nie­obec­ności. I zno­wu lato z mi­lio­nem jego obiet­nic, mi­lio­nem rze­czy, które mogą się zda­rzyć.

Im bar­dziej zbliżaliśmy się do domu, tym bar­dziej ogar­niało mnie zna­jo­me uczu­cie pod­eks­cy­to­wa­nia. Aż wresz­cie byliśmy już pra­wie na miej­scu...

Opuściłam szybę w oknie i zachłysnęłam się po­wie­trzem. Sma­ko­wało tak samo jak za­wsze, pach­niało tak samo. Od tego wia­tru zda­wało się, że włosy robią się lep­kie - ten sam słony wiatr, co za­wsze. Zupełnie jak­by cze­kał tu na mnie.

Ste­ven trącił mnie łokciem.

- Myślisz o Con­ra­dzie? - spy­tał.

Ko­lej­na za­czep­ka.

- Nie - od­parłam zde­cy­do­wa­nie.

Mama wsunęła głowę między dwa przed­nie sie­dze­nia.

- Bel­ly, ciągle ci się po­do­ba Con­rad? Z tego, co ob­ser­wo­wałam zeszłego lata, miałam ra­czej wrażenie, że coś może za­iskrzyć między tobą a Je­re­mim.

- CO? Ty i Je­re­mi? - Ste­ven miał minę, jak­by mu się zro­biło nie­do­brze. - Co się zda­rzyło między wami?

- Nic - od­po­wie­działam im oboj­gu. Czułam, że się czer­wie­nię, i pożałowałam, że nie mam jesz­cze opa­le­ni­zny, pod którą nie byłoby tego widać. - Mamo, to, że się z kimś przy­jaźnię, jesz­cze nie zna­czy, że cho­dzi o coś więcej. Bar­dzo cię proszę, nie mówmy o tym więcej.

Mama od­chy­liła się do tyłu.

- Załatwio­ne - po­wie­działa ta­kim to­nem, który za­my­kał dys­kusję.

Myślałam, że do Ste­ve­na to do­trze.

Ale nie, nie mógł so­bie da­ro­wać i drążył da­lej.

- No, opo­wia­daj, co jest z tobą i Je­re­mim? Nie możesz mówić ta­kich rze­czy, a po­tem nic nie wyjaśniać.

- Daj so­bie spokój - po­pro­siłam go.

Ste­ve­no­wi nie war­to było o czym­kol­wiek opo­wia­dać, po­nie­waż nie­po­trzeb­nie do­star­czyłabym mu je­dy­nie amu­ni­cji prze­ciw­ko so­bie. I tak ciągle się ze mnie na­bi­jał. A zresztą, nie było co opo­wia­dać, bo na­prawdę nic ta­kie­go się nie wy­da­rzyło.

Con­rad i Je­re­mi to sy­no­wie pani Beck. A pani Beck to tak na­prawdę Su­san­na Fi­sher, daw­niej Su­san­na Beck. Już tyl­ko moja mama mówiła na nią Beck. Znały się od nie­pa­miętnych czasów, odkąd miały po dzie­więć lat i łączyło je "sio­strzeństwo krwi", jak w kółko obie po­wta­rzały. I rze­czy­wiście, miały na­wet bli­zny - iden­tycz­ne ślady na nad­garst­kach przy­po­mi­nające ser­dusz­ka.

Su­san­na po­wie­działa mi, że kie­dy się uro­dziłam, od razu wie­działa: je­stem prze­zna­czo­na jed­ne­mu z jej chłopaków. Stwier­dziła, że to fa­tum. Moja mama, która nor­mal­nie nie lubi tego ro­dza­ju tekstów, wtrąciła, że to by było ide­al­nie, tyle że po­win­nam naj­pierw mieć kil­ka przygód, a do­pie­ro po­tem się ustat­ko­wać. Tak na­prawdę po­wie­działa "kil­ka ro­mansów". Co za słowo! Po­tem Su­san­na pogłaskała mnie po obu po­licz­kach i stwier­dziła:

- Bel­ly, z góry masz moje błogosławieństwo. Nie chciałabym oddać mo­ich chłopaków ni­ko­mu in­ne­mu.

Jeździ­liśmy do domu plażowe­go Su­san­ny każdego lata, odkąd byłam małym dziec­kiem, a na­wet jesz­cze wcześniej, za­nim przyszłam na świat.

Dla mnie Co­usins Be­ach to nie tyle sama miej­sco­wość, co przede wszyst­kim ten dom. Ten dom był moim świa­tem. Mie­liśmy własny kawałek plaży, tyl­ko dla sie­bie. Ten let­ni dom składał się z mnóstwa różnych rze­czy. Ga­nek pro­wadzący wokół całego bu­dyn­ku, po którym bie­ga­liśmy w kółko. Szkla­ne dzban­ki mrożonej her­ba­ty. Ba­sen w nocy... Ale przede wszyst­kim chłopcy. Przede wszyst­kim.

Za­wsze za­sta­na­wiałam się, jak wyglądają w grud­niu. Próbowałam so­bie wy­obra­zić, jak chodzą ubra­ni w sza­li­ki żura­wi­no­we­go ko­lo­ru i swe­try z gol­fem, jak są za­czer­wie­nie­ni na po­licz­kach od mro­zu i stoją przy bożona­ro­dze­nio­wej cho­in­ce - ale za­wsze ta wi­zja wy­da­wała mi się fałszy­wa. Nie znałam zi­mo­we­go Je­re­mie­go ani zi­mo­we­go Con­ra­da i byłam za­zdro­sna o wszyst­kich, którzy spo­ty­ka­li się z nimi zimą. Moim udziałem były klap­ki, nosy spa­lo­ne na słońcu, pia­sek na kąpielówkach. No do­bra, a te dziew­czy­ny, które w No­wej An­glii tłukły się z nimi na śnieżki w le­sie? Które tuliły się do nich w sa­mo­cho­dzie, które okry­wa­li swo­imi kurt­ka­mi, kie­dy na­prawdę było zim­no? To zna­czy ra­czej Je­re­mi. Bo Con­rad nie. Con­rad cze­goś ta­kie­go by nie zro­bił, to nie w jego sty­lu. Tak czy in­a­czej, to było nie­spra­wie­dli­we.

Sie­działam przy ka­lo­ry­fe­rze na lek­cji hi­sto­rii i za­sta­na­wiałam się, co też oni po­ra­biają i czy też się wy­grze­wają gdzieś przy grzej­ni­ku. Li­czyłam dni dzielące mnie od lata. Dla mnie zima pra­wie nie miała zna­cze­nia. Ważne było tyl­ko lato. Każdy ko­lej­ny rok mo­je­go życia to było ko­lej­ne lato. Nie­wie­le więcej. Tak jak­bym do czerw­ca właści­wie nie żyła na­prawdę, życie za­czy­nało się do­pie­ro na tam­tej plaży, w tam­tym domu.

Con­rad był o półtora roku star­szy od bra­ta. Ciem­ne włosy, ciem­ne oczy, ciem­na kar­na­cja. Mrocz­na du­sza: nie­prze­nik­nio­ny, nie­dostępny. I wiecz­nie z ta­kim łobu­zer­skim uśmiesz­kiem na ustach. Ta­kie usta aż chce się całować, żeby scałować ten uśmie­szek. Ale może nie żeby zniknął, tyl­ko żeby jakoś tam mieć go pod kon­trolą. A zresztą, jak kto woli. W każdym ra­zie właśnie o to mi cho­dziło z Con­radem. O to, żeby był mój.

Za to Je­re­mi - to był po pro­stu mój przy­ja­ciel. To taki chłopak, który tyle ma lat, ile ma, a ciągle po­zwa­la się wyści­ski­wać ma­mu­si. I w do­dat­ku wca­le się tego nie wsty­dził. Je­re­mi był zbyt zajęty tym, żeby do­brze się bawić, nie star­czało mu już ener­gii na to, żeby się cze­go­kol­wiek wsty­dzić.

Założyłabym się, że Je­re­mi był po­pu­lar­niej­szy w szko­le niż Con­rad. Je­stem pew­na, że to jego dziew­czy­ny lubiły bar­dziej. I na pew­no gdy­by nie fut­bol, Con­rad w ogóle by się nie li­czył. Byłby ta­kim ci­chym, wy­co­fa­nym Con­radem, a nie gwiazdą fut­bolu. I to mi się po­do­bało. Po­do­bało mi się, że Con­rad woli spędzać czas sa­mot­nie, grając na gi­ta­rze. Tak jak­by był po­nad to wszyst­ko, po­nad szkołę i inne bzdu­ry. Wy­obrażałam so­bie, że gdy­by Con­rad cho­dził do mo­jej szkoły, wca­le nie grałby w fut­bol, tyl­ko re­da­go­wałby ma­ga­zyn li­te­rac­ki i za­uważyłby kogoś ta­kie­go jak ja.

Gdy wresz­cie za­je­cha­liśmy pod dom, Je­re­mi i Con­rad sie­dzie­li na gan­ku. Po­chy­liłam się nad Ste­ve­nem i zatrąbiłam dwa razy klak­so­nem, co w na­szym let­nim języku zna­czyło "pil­nie po­trzeb­na po­moc przy bagażach".

Con­rad miał już osiem­naście lat. Nie­daw­no były jego uro­dzi­ny. Nie do wia­ry, ale zro­bił się jesz­cze wyższy niż zeszłego lata. Włosy przy­ciął krótko, tak że nie za­kry­wały mu uszu, ale były tak samo ciem­ne jak za­wsze. W prze­ci­wieństwie do Je­re­mie­go, który zapuścił dłuższe, więc wyglądał bar­dziej na lu­zie, ale w do­brym tego słowa zna­cze­niu - trochę jak jakiś te­ni­si­sta z lat sie­dem­dzie­siątych. Kie­dy był młod­szy, włosy miał ja­snozłote, które la­tem robiły się pra­wie pla­ty­no­we, w do­dat­ku kręcone. Je­re­mi nie­na­wi­dził tych wijących się loków. Na krótki czas Con­rad zdołał go prze­ko­nać, że włosy kręcą się od skórek z chle­ba, więc Je­re­mi okra­wał każdą kromkę, a Con­rad wci­nał chru­piące skórki. Jed­nak z wie­kiem włosy Je­re­mie­go kręciły się co­raz mniej, a ra­czej fa­lo­wały. Trochę żałowałam tych jego kędziorów. Su­san­na na­zy­wała go swo­im aniołkiem, bo rze­czy­wiście wyglądał jak aniołek, miał ta­kie różowiut­kie po­licz­ki i złote pu­kle. Różowe po­licz­ki jesz­cze mu zo­stały.

Je­re­mi zro­bił me­ga­fon z dłoni i wrzasnął:

- Ste­ve!

Sie­działam w sa­mo­cho­dzie i pa­trzyłam, jak Ste­ve idzie do nich, po czym zaczęli się wyści­ski­wać, jak to chłopa­ki. Po­wie­trze pach­niało solą i wil­go­cią, jak­by w każdej chwi­li mógł spaść deszcz mor­skiej wody. Uda­wałam, że zawiązuję sznurówkę, ale tak na­prawdę chciałam po pro­stu przez chwilę po­pa­trzeć na nich i na dom. A dom był duży, sza­ro-biały, no i wyglądał jak pra­wie każdy inny dom przy tej uli­cy, tyl­ko le­piej. Wyglądał właśnie tak, jak moim zda­niem po­wi­nien wyglądać dom nad mo­rzem. Jak dom, do którego lubi się wra­cać.

Po­tem z sa­mo­cho­du wy­siadła też moja mama.

- Cześć, chłopa­ki. Gdzie wa­sza mama? - zawołała.

- Cześć, Lau­rel. Uci­na so­bie drzemkę - od­krzyknął Je­re­mi.

Za­zwy­czaj, kie­dy tyl­ko pod­je­cha­liśmy, Su­san­na wy­bie­gała pędem z domu.

Mama po­deszła do nich, po­trze­bo­wała na to mniej więcej trzech kroków, po czym wyści­skała obu. Moc­no. Bo moja mama po­tra­fiła moc­no uścisnąć, miała też moc­ny uścisk dłoni. Z oku­la­ra­mi prze­ciwsłonecz­ny­mi na czub­ku głowy zniknęła we wnętrzu domu.

Te­raz ja wy­siadłam, prze­rzu­ciłam torbę przez ramię. W pierw­szej chwi­li na­wet na mnie nie spoj­rze­li. Ale po­tem spoj­rze­li, a jakże. Na­prawdę mnie za­uważyli. Con­rad zmie­rzył mnie wzro­kiem, jak to robią chłopa­ki w ga­le­rii han­dlo­wej. A przed­tem przez całe życie ani razu tak na mnie nie spoj­rzał. Nig­dy. Po­czułam, że zno­wu się czer­wie­nię. Zresztą Je­re­mie­go też chy­ba za­tkało. Pa­trzył na mnie, jak­by nie mógł mnie roz­po­znać. A to wszyst­ko wy­da­rzyło się w mniej więcej trzy se­kun­dy, na­to­miast wy­da­wało się, że trwa o wie­le, wie­le dłużej.

Naj­pierw wyści­skał mnie Con­rad, ale tak jak­by z dy­stan­sem, nie za moc­no, nie za bli­sko. Mu­siał do­pie­ro być u fry­zje­ra, bo miał różową skórę na kar­ku, jak u małego dziec­ka. A pach­niał oce­anem. Pach­niał sobą.

- Wolałem cię w oku­la­rach - szepnął mi do ucha.

To nie było miłe. Ode­pchnęłam go i po­wie­działam:

- No i co z tego? Mam szkła kon­tak­to­we i nie za­mie­rzam z nich zre­zy­gno­wać.

Uśmiechnął się do mnie, a ten uśmiech to taki uśmiech, że nie sposób się na nie­go wście­kać. Za­wsze tak to na mnie działało.

- O, masz chy­ba parę no­wych - stwier­dził, do­ty­kając mo­je­go nosa.

Do­sko­na­le wie­dział, jaka je­stem prze­wrażli­wio­na na punk­cie mo­ich piegów, ale i tak za­wsze mi do­ku­czał z ich po­wo­du.

Po­tem po­chwy­cił mnie w swo­je objęcia Je­re­mi, pra­wie uniósł mnie w po­wie­trze.

- Ale wy­rosła, na­sza Bel­ly - zawołał.

Roześmiałam się.

- Pusz­czaj - zawołałam. - Pach­niesz po­tem!

Te­raz Je­re­mi roześmiał się głośno.

- Ta sama Bel­ly, co za­wsze - oświad­czył, ale gapił się na mnie, jak­by nie bar­dzo wie­dział, kim na­prawdę je­stem. Prze­krzy­wił głowę i powie­dział: - Ale jed­nak coś się w to­bie zmie­niło, Bel­ly.

Przy­go­to­wałam się do obro­ny.

- No co? Mam szkła kon­tak­to­we.

Sama jesz­cze nie całkiem się przy­zwy­czaiłam do cho­dze­nia bez oku­larów. A moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Tay­lor, na­ma­wiała mnie na so­czew­ki od szóstej kla­sy, aż wresz­cie się zgo­dziłam.

Uśmiechnął się.

- Nie, nie o to cho­dzi. Wyglądasz jakoś in­a­czej.

Po­tem poszłam z po­wro­tem do sa­mo­cho­du, a chłopa­ki za mną. Szyb­ko wyłado­wa­liśmy bagaże.

Za­raz po­tem złapałam wa­lizkę i swoją torbę, żeby po­biec pro­sto do mo­je­go sta­re­go po­ko­ju. Kie­dy Su­san­na była mała, to był jej po­ko­ik. Wyłożony ta­pe­ta­mi w ciap­ki, z białymi me­bla­mi. I była tam po­zy­tyw­ka, którą uwiel­białam. Gdy ją się otwo­rzyło, można było uj­rzeć wi­rującą ba­let­nicę, tańczącą do me­lo­dii z Ro­mea i Ju­lii, w sta­ro­mod­nym sty­lu. Trzy­małam w tej skrzy­necz­ce moją biżute­rię.

Wszyst­ko w tym po­ko­ju było sta­re i wypłowiałe, ale to właśnie mi się w nim po­do­bało. Wyglądał tak, jak gdy­by w ścia­nach, w łóżku, a zwłasz­cza w po­zy­tyw­ce kryły się ja­kieś ta­jem­ni­cze se­kre­ty.

Po tym, jak zo­ba­czyłam Con­ra­da i jak on się na mnie gapił w taki sposób, mu­siałam se­kundę ode­tchnąć. Chwy­ciłam plu­szo­we­go po­lar­ne­go miśka stojącego na komódce i przy­cisnęłam go moc­no do pier­si. Na­zy­wał się Ju­nior Mint, w skrócie Ju­nior. Usiadłam z Ju­niorem na tym sze­ro­kim łożu. Ser­ce biło mi tak moc­no, że aż je słyszałam. Wszyst­ko było tak jak za­wsze, a jed­nak wca­le ta­kie nie było. Chłopcy pa­trzy­li na mnie jak na praw­dziwą dziew­czynę, a nie jak na młodszą siostrę kum­pla.

roz­dział siódmy

Nie tak od razu zo­rien­to­wałam się, że ich ro­dzi­na była bo­gat­sza od mo­jej. Ten dom na plaży nie był jakąś luk­su­sową re­zy­dencją, tyl­ko porządnym do­mem, wy­god­nym i so­lid­nym, ta­kim, w którym można miesz­kać przez cały rok. Stały tam ka­na­py po­kry­te moc­no już spłowiałą marsz­czoną tka­niną w pa­ski i skrzy­piący fo­tel na bie­gu­nach, o który my, dzie­cia­ki, za­wsze się biliśmy. Biała far­ba łuszczyła się na ścia­nach, de­ski podłóg wy­bie­liło słońce.

Był to jed­nak duży dom, star­czało w nim miej­sca dla nas wszyst­kich, a po­mieściłoby się w nim więcej osób. Całe lata wcześniej po­wstała przy­budówka. Z jed­nej stro­ny był pokój mo­jej mamy, pokój Su­san­ny i pana Fi­she­ra oraz jesz­cze jed­na pu­sta sy­pial­nia. Z dru­giej - mój pokój, sy­pial­nia i pokój chłopaków. Miesz­ka­li ra­zem, cze­go za­wsze im za­zdrościłam. Mie­li tam piętro­we łóżko i sze­ro­kie łoże dla trze­cie­go. Mu­siałam spać sama w swo­im po­ko­ju i to do­skwie­rało mi tym bar­dziej, że słyszałam, jak chłopa­ki chi­chrają za ścianą i szepczą przez całą noc. Kil­ka razy po­zwo­li­li mi spać u nich, ale zda­rzało się to tyl­ko wte­dy, gdy mie­li jakąś wyjątko­wo straszną hi­sto­ryjkę do opo­wie­dze­nia i po­trze­bo­wa­li od­po­wied­niej pu­blicz­ności. Nada­wałam się, bo za­wsze wrzesz­czałam w od­po­wied­nich mo­men­tach.

Kie­dy pod­rośliśmy, chłopcy prze­sta­li spać ra­zem. Ste­ven za­miesz­kał po stro­nie ro­dziców, a Je­re­mi i Con­rad mie­li po­ko­je z tej sa­mej stro­ny, co ja. Od sa­me­go początku mie­liśmy wspólną łazienkę. Na­sza jest po na­szej stro­nie domu, da­lej jest łazien­ka mamy, a wejście do łazien­ki Su­san­ny znaj­du­je się w jej sy­pial­ni. W na­szej są dwie umy­wal­ki, jed­na jest Je­re­miego i Con­rada, dru­giej używa­my ja i Ste­ven.

Kie­dy byliśmy dziećmi, chłopcy nig­dy nie opusz­cza­li de­ski. Po­tem, kie­dy wyrośli - też nie. A to wciąż przy­po­mi­nało mi, że je­stem inna i nie należę do ich pacz­ki. Jed­nak niektóre dro­bia­zgi się zmie­niły. Kie­dyś chla­pa­li na wszyst­kie stro­ny wodą, czy to na­umyślnie, czy nie­chcący. Za to te­raz, odkąd zaczęli się golić, w obu umy­wal­kach zo­sta­wia­li pełno króciut­kich włosków. Na półecz­ce stały ich dez­odo­ran­ty, kre­my do go­le­nia i woda po go­le­niu.

Tej wody mie­li więcej niż ja per­fum - tę jedną je­dyną bu­te­leczkę fran­cu­skich per­fum kupił mi tatuś na Gwiazdkę, kie­dy miałam trzy­naście lat. Pach­niały wa­ni­lią, pa­lo­nym cu­krem i cy­tryną. Mam wrażenie, że po­mogła mu wy­brać jego daw­na dziew­czy­na ze stu­denc­kich czasów. On sam nig­dy nie był do­bry w ta­kich spra­wach. No, w każdym ra­zie ja nie zo­sta­wiałam mo­ich per­fum obok ich ko­sme­tyków. Trzy­małam je na to­a­let­ce w moim po­ko­ju i nig­dy ich nie używałam. Właści­wie nie wiem, po co je ze sobą za­brałam.

roz­dział dzie­wiąty

Wnocy, jeżeli nie mogłam usnąć, skra­dałam się na dół, żeby popływać w ba­se­nie. Pływałam tam i z po­wro­tem, dopóki się nie zmęczyłam. Później, kie­dy wra­całam do łóżka, czułam to w mięśniach, ale za­ra­zem byłam roz­luźnio­na, zre­lak­so­wa­na.

Uwiel­białam owi­jać się po pływa­niu w któryś z cha­bro­wych ręczników kąpie­lo­wych Su­san­ny. Po­tem wcho­dziłam na pa­lusz­kach na górę i za­sy­piałam, za­nim zdążyły mi wy­schnąć włosy. Po kąpie­li za­wsze usy­pia się w mgnie­niu oka. To nie­sa­mo­wi­te, nie­po­wta­rzal­ne uczu­cie. Dwa lata wcześniej przyłapała mnie na tym Su­san­na i od tej pory zda­rzało się, że pływała ra­zem ze mną. Na przykład miałam głowę pod wodą i płynęłam, a kie­dy wska­ki­wała do niej i za­czy­nała pływać po dru­giej stro­nie ba­se­nu, czułam wi­bra­cje. Nie roz­ma­wiałyśmy ze sobą, tyl­ko pływałyśmy, ale miło było pomyśleć, że jest tam ra­zem ze mną. Tyl­ko tam­te­go lata wi­dy­wałam ją bez pe­ru­ki.

Su­san­na była wte­dy świeżo po che­mii, więc nie roz­sta­wała się z pe­ruką. Nikt jej nig­dy nie wi­dy­wał bez pe­ruki, na­wet moja mama. Su­san­na miała przed­tem prze­cud­ne włosy. Długie, kar­mel­ko­we­go ko­lo­ru, mięciut­kie jak wata cu­kro­wa. Pe­ru­ka w naj­mniej­szym stop­niu ich nie przy­po­mi­nała, cho­ciaż była zro­bio­na z praw­dzi­wych włosów, w naj­lep­szym ga­tun­ku. Po­tem, kie­dy skończyła che­mio­te­ra­pię i włosy jej od­rosły, już za­wsze nosiła krótkie. Też w nich ład­nie wyglądała, ale to już nie było to samo. Gdy­by te­raz ktoś na nią po­pa­trzył, nikt by nie pomyślał, że daw­niej wyglądała całkiem in­a­czej, że miała długie włosy jak na­sto­lat­ka, jak ja.

Pierw­szej nocy nie mogłam usnąć. Żeby przy­zwy­czaić się do mo­je­go łóżka na nowo, cho­ciaż spałam w nim właści­wie każdego lata, mu­siały minąć co naj­mniej dwie noce. Wier­ciłam się i prze­wra­całam z boku na bok przez jakiś czas, aż w końcu nie wy­trzy­małam, włożyłam ko­stium kąpie­lo­wy, ten z drużyny pływac­kiej, ze złoty­mi pa­ska­mi i górą w sty­lu ra­cer back. Zro­bił się już na mnie spo­ro za cia­sny. To miała być moja pierw­sza noc­na kąpiel tego lata.

Kie­dy pływałam sa­mot­nie no­ca­mi, wszyst­ko zda­wało się lep­sze, przej­rzyst­sze. Kie­dy słuchałam własnych wdechów i wy­dechów, ogar­niało mnie po­czu­cie spo­ko­ju, pew­ności i siły. Czułam, że mogłabym tak pływać bez końca.

Przepłynęłam kil­ka długości, miałam właśnie zro­bić na­wrotkę, ale kopnęłam coś, więc wypłynęłam, żeby na chwilę za­czerpnąć po­wie­trza i zo­ba­czyć, co to ta­kie­go. Oka­zało się, że tra­fiłam w nogę Con­ra­da. Sie­dział na krawędzi ba­se­nu ze zwie­szo­ny­mi sto­pa­mi. To zna­czy, że gapił się na mnie przez cały czas. I w do­dat­ku palił pa­pie­ro­sa.

Zo­stałam w wo­dzie aż do podbródka, po­nie­waż na­gle zdałam so­bie sprawę, że ten ko­stium kąpie­lo­wy jest na­prawdę przy­cia­sny.

"Dopóki Con­rad tu jest - pomyślałam - nie ma mowy, żebym wyszła z ba­se­nu".

- Od kie­dy pa­lisz? - rzu­ciłam oskarżyciel­skim to­nem. - I w ogóle co tu ro­bisz?

- Na które py­ta­nie mam od­po­wie­dzieć naj­pierw?

Po­wie­dział to tym swo­im pro­tek­cjo­nal­nym to­nem, tak jak­by zwra­cał się do dziec­ka, czym za­wsze do­pro­wa­dzał mnie do szału.

Szyb­ko dopłynęłam do brze­gu i oparłam się ra­mio­na­mi o krawędź.

- Na dru­gie.

- Nie chciało mi się spać, więc wy­szedłem, żeby za­czerpnąć po­wie­trza - wyjaśnił i wzru­szył ra­mio­na­mi.

Kłamał. Wy­szedł tyl­ko po to, żeby za­pa­lić.

- A skąd wie­działeś, że tu je­stem? - spy­tałam.

- Bel­ly, daj spokój. Prze­cież ty za­wsze pływasz po no­cach.

Zaciągnął się pa­pie­ro­sem.

To zna­czy, że on o tym wie­dział? A ja myślałam, że to taka moja ta­jem­ni­ca, że znam ją tyl­ko ja i Su­san­na. Cie­ka­wa byłam, czy od daw­na o tym wie. I czy wszy­scy inni też wiedzą. Na­wet nie wie­działam, dla­cze­go to było dla mnie ta­kie ważne, ale jed­nak było. Dla mnie miało to zna­cze­nie.

- No, do­bra. A kie­dy zacząłeś palić?

- Nie pamiętam. Chy­ba jakoś w zeszłym roku.

Spe­cjal­nie wykręcał się od od­po­wie­dzi, żeby mnie tyl­ko rozzłościć.

- W każdym ra­zie nie po­wi­nie­neś palić. Po­wi­nie­neś na­tych­miast to rzu­cić. Czy je­steś uza­leżnio­ny?

Roześmiał się.

- Nie, skąd.

- W ta­kim ra­zie rzuć na­tych­miast. Jeżeli się po­sta­rasz, na pew­no ci się uda.

Moc­no wie­rzyłam, że kie­dy się po­sta­ra, może do­ko­nać cze­go­kol­wiek.

- Ale jeżeli ja nie chcę?

- Con­rad, po­wi­nie­neś. Pa­le­nie prze­cież strasz­nie szko­dzi.

- A co mi dasz, jeżeli rzucę? - spy­tał, żeby trochę się ze mną po­prze­ko­ma­rzać.

Pa­pie­ro­sa trzy­mał nad puszką po pi­wie.

Na­gle po­wie­trze wokół nas stało się zupełnie inne. Jak­by nałado­wało się elek­trycz­nością, jak­by czaił się w nim pio­run.

Puściłam krawędź ba­se­nu i zaczęłam uno­sić się w wo­dzie w pio­no­wej po­zy­cji, jed­no­cześnie po­wo­li od­da­lając się od Con­ra­da. Wy­da­wało się, że minęła cała wiecz­ność, za­nim mu wresz­cie od­po­wie­działam.

- Nic ci nie dam - stwier­dziłam. - Po­wi­nie­neś rzu­cić dla własne­go do­bra.

- Ra­cja - przy­znał i ta chwi­la się skończyła, a nastrój prysł. Wstał i zga­sił pa­pie­ro­sa na pusz­ce. - Do­bra­noc, Bel­ly. Nie siedź tu­taj za długo. Kto wie, ja­kie po­two­ry mogą po­ja­wić się nocą.

Wszyst­ko zno­wu wróciło do nor­my. Chlapnęłam wodą na jego nogi i do jego pleców zawołałam:

- Wal się.

Wie­le lat temu Con­rad, Je­re­mi i Ste­ven zdołali mi wmówić, że gra­su­je na wol­ności se­ryj­ny mor­der­ca dzie­ci, który szczególnie lubi pulch­ne małe dziew­czyn­ki o kasz­ta­no­wych włosach i nie­bie­skich oczach.

- Za­raz! Rzu­cisz czy nie? - zawołałam.

Nie od­po­wie­dział, roześmiał się tyl­ko. Wi­działam, jak drgały mu ra­mio­na, kie­dy za­my­kał furtkę.

Położyłam się na wo­dzie, na ple­cach. Słyszałam bi­cie mo­je­go ser­ca. Stu­kało szyb­ko-szyb­ko-szyb­ko, jak me­tro­nom. Con­rad stał się inny. Wy­czułam coś już na­wet pod­czas ko­la­cji, za­nim opo­wie­dział mi o Au­brey. Zmie­nił się. A jed­nak nadal robił na mnie ta­kie samo wrażenie. Pod tym względem nic się nie zmie­niło. I to było wrażenie ta­kie, jak­bym zna­lazła się na sa­mym szczy­cie ko­lej­ki górskiej, a wa­go­nik za chwilę miał ru­szyć pędem w dół.

roz­dział szósty

10 LAT

Oczy­wiście chłopcy na­tych­miast stwo­rzy­li zgraną paczkę. Li­de­rem zo­stał Con­rad.

Wy­star­czyło, że coś po­wie­dział, a żaden z nich na­wet słowem nie pisnął. Ste­ven był dru­gi po nim, a Je­re­mi robił za błazna, prześmiewcę. Już pierw­szej nocy tam­te­go lata Con­rad po­sta­no­wił, że będą spać w śpi­wo­rach na plaży i roz­palą ogni­sko. Był w skau­tach, więc znał się na tych wszyst­kich spra­wach.

Spoglądałam z zawiścią na ich przy­go­to­wa­nia. Zwłasz­cza wte­dy, gdy spa­ko­wa­li kra­ker­sy i cu­kier­ki śla­zo­we.

Chciałam im po­wie­dzieć, żeby nie zgar­nia­li całego pudełka, ale ugryzłam się w język. W końcu nie byłam tu u sie­bie. To nie był mój dom.

- Ste­ven, nie za­po­mnij o la­tar­ce - po­le­cił Con­rad.

Ste­ven przy­taknął po­spiesz­nie. Jesz­cze nig­dy nie wi­działam, żeby po­zwo­lił komuś sobą dy­ry­go­wać. Co praw­da Con­rad za­wsze mu im­po­no­wał, bo był od nie­go osiem mie­sięcy star­szy. Każdy miał kogoś, komu im­po­no­wał. Oprócz mnie. Te­raz pożałowałam, że nie je­stem w domu, bo mo­gli­byśmy z tatą zro­bić lody kar­mel­ko­we i po­tem zjeść je w sa­lo­nie na par­te­rze.

- Je­re­mi, pamiętaj o kar­tach - rzu­cił te­raz Con­rad, sam zwi­jając śpiwór.

Je­re­mi za­sa­lu­to­wał i zatańczył, śmiesz­nie prze­bie­rając no­ga­mi, aż się roz­chi­cho­tałam.

- Tak jest, pa­nie ka­pi­ta­nie - zawołał, po czym, zwra­cając się do mnie, wyjaśnił: - Con­rad rządzi się jak nasz oj­ciec. Tyl­ko niech ci się nie wy­da­je, że mu­sisz go słuchać czy coś w tym ro­dza­ju.

Po tym, jak Je­re­mi się do mnie ode­zwał, na­brałam od­wa­gi, więc spy­tałam:

- Mogę iść z wami?

Ste­ven od­po­wie­dział z miej­sca:

- Nie, tyl­ko dla chłopaków. Praw­da, Con­rad?

Con­rad za­wa­hał się.

- Przy­kro mi, Bel­ly - po­wie­dział i wyglądał przez se­kundę, jak­by rze­czy­wiście było mu przy­kro.

No, może na­wet dwie se­kun­dy. Jed­nak po­tem zajął się da­lej zwi­ja­niem śpi­wo­ra.

Odwróciłam się od nich w stronę te­le­wi­zo­ra.

- Nie ma spra­wy. Wca­le mi nie zależy.

- Oho, uwa­ga. Bel­ly za­raz się rozpłacze - ucze­pił się mnie Ste­ven. Zawołał do Je­re­mie­go i Con­ra­da: - Gdy chce coś wymóc na ta­cie, za­wsze tak robi. A tata za­wsze daje się na­brać.

- Przy­mknij się, Ste­ven! - zawołałam.

Bałam się, że na­prawdę się po­ryczę. Za żadne skar­by nie chciałam wyjść już pierw­sze­go wie­czo­ru na płaksę. Bo wte­dy już nig­dy by mnie ze sobą nie za­bra­li.

- Bel­ly się roz­be­czy, Bel­ly się roz­be­czy - zawołał śpiew­nie Ste­ven, a po­tem ra­zem z Je­re­mim zaczęli pod­ska­ki­wać i po­ka­zy­wać mnie pal­ca­mi.

- Od­czep­cie się od niej - warknął Con­rad.

Ste­ven znie­ru­cho­miał.

- Co? - spy­tał zdu­mio­ny.

- Ale z was gównia­rze - stwier­dził Con­rad i potrząsnął głową.

Ze­bra­li wszyst­kie rze­czy i byli już go­to­wi do wyjścia. To była moja ostat­nia szan­sa, żeby wziąć udział w tej za­ba­wie i żeby przyjęli mnie do swo­jej ban­dy. Po­wie­działam prędziut­ko:

- Ste­ven, jeżeli mnie nie weźmiesz, po­wiem ma­mie.

Ste­ven skrzy­wił się do mnie.

- Nie, nie po­wiesz. Mama nie zno­si, kie­dy je­steś skarżypytą.

To była praw­da. Mama na­prawdę nie lubiła, kie­dy skarżyłam na Ste­ve­na. Wie­działam, co po­wie: że chłopak musi mieć trochę cza­su dla sie­bie, że na pew­no za­bie­rze mnie następnym ra­zem, a w domu z nią i z Beck prze­cież będzie faj­niej. Opadłam na ka­napę ze skrzyżowa­ny­mi ra­mio­na­mi. Prze­padła moja szan­sa. I w do­dat­ku wyszłam na skarżypytę, na małolatę.

Już wy­cho­dzi­li, kie­dy Je­re­mi odwrócił się i zno­wu pod­sko­czył kil­ka razy, prze­bie­rając no­ga­mi. Nie po­tra­fiłam po­wstrzy­mać śmie­chu.

Tym­cza­sem Con­rad przez ramię rzu­cił:

- Do­bra­noc, Bel­ly.

I wte­dy wpadłam po uszy. Za­ko­chałam się.

roz­dział dru­gi

12 LAT

Pierw­sze­go praw­dzi­we­go za­wo­du miłosne­go do­znałam właśnie w tym domu.

Miałam wte­dy dwa­naście lat.

To był je­den z tych na­prawdę wyjątko­wo rzad­kich wie­czorów, kie­dy chłopcy nie spędza­li cza­su ze sobą. Ste­ven i Je­re­mi wy­by­li z ja­ki­miś chłopa­ka­mi, których po­zna­li w ga­le­rii han­dlo­wej. Wy­bra­li się na całonoc­ny połów ryb.

Con­rad stwier­dził, że nie ma ocho­ty, a mnie oczy­wiście nikt nie za­pro­sił, więc zo­sta­liśmy tyl­ko my dwo­je. To zna­czy nie ra­zem, ale w tym sa­mym domu.

Czy­tałam w moim po­ko­ju jakąś po­wieść, z no­ga­mi opar­ty­mi o ścianę, kie­dy wszedł Con­rad.

- Bel­ly, ja­kie masz pla­ny na dzi­siaj? - za­py­tał.

Za­trzasnęłam książkę.

- Żad­nych.

Sta­rałam się po­wie­dzieć to nie­dbałym to­nem, żeby nie pomyślał, że mi zależy albo coś. Ale drzwi spe­cjal­nie zo­sta­wiłam otwar­te, bo miałam na­dzieję, że zaj­rzy.

- Może poszłabyś ze mną na spa­cer? - spy­tał.

Również po­wie­dział to ta­kim swo­bod­nym to­nem, aż na­zbyt swo­bod­nym.

Właśnie na tę chwilę cze­kałam od daw­na. Na­resz­cie! A więc do­rosłam do tego wie­ku. Zresztą wewnątrz coś mi mówiło, że to już pora. Zerknęłam na nie­go, całkiem nie­dba­le, zupełnie tak samo, jak on na mnie.

- Czy ja wiem? Co praw­da mam ogromną ochotę na jabłko w kar­me­lu.

- Ja sta­wiam - za­ofe­ro­wał się. - Tyl­ko po­spiesz się, włóż coś na sie­bie i ru­sza­my. Two­ja mama z moją mamą idą do kina, więc pod­rzucą nas po dro­dze.

Usiadłam i po­wie­działam:

- Okej.

Kie­dy tyl­ko Con­rad wy­szedł, za­mknęłam drzwi i pod­biegłam do lu­stra. Roz­plotłam szyb­ko war­ko­cze i roz­cze­sałam włosy. Tego lata miałam długie, pra­wie do pasa. Po­tem zrzu­ciłam ko­stium kąpie­lo­wy i ubrałam się w białe szor­ty oraz w moją ulu­bioną szarą ko­szulkę. Tatuś mówił, że pa­su­je do mo­ich oczu. Na ustach roz­ma­załam trochę błysz­czy­ku tru­skaw­ko­we­go, który wsa­dziłam do kie­sze­ni. Na wy­pa­dek, gdy­bym po­trze­bo­wała znów go nałożyć.

W sa­mo­cho­dzie Su­san­na zer­kała na mnie w lu­ster­ku i ciągle się uśmie­chała. Rzu­ciłam jej spoj­rze­nie, które miało zna­czyć "proszę, daj mi spokój", ale mnie też się chciało uśmie­chać. Co praw­da Con­rad na nic nie zwra­cał uwa­gi. Przez całą drogę pa­trzył tyl­ko przez okno.

- Baw­cie się do­brze, dzie­cia­ki - po­wie­działa Su­san­na i puściła do mnie oko, kie­dy za­my­kałam drzwi.

Con­rad od razu kupił mi jabłko. So­bie za­fun­do­wał pi­cie, ale nic więcej - a zwy­kle pożerał co naj­mniej dwa jabłka w kar­me­lu albo jabłko i ciast­ko. Wy­da­wał się zde­ner­wo­wa­ny, przez co ja po­czułam się mniej zde­ner­wo­wa­na.

Kie­dy szliśmy dep­ta­kiem, opuściłam rękę - tak na wszel­ki wy­pa­dek. Ale nie, nie wziął mnie za nią. A to był je­den z tych nie­ska­zi­tel­nie po­god­nych let­nich wie­czorów, kie­dy wie­je chłodna bry­za, ale nie ma ani kro­pli desz­czu. Wie­działam, że pew­nie następne­go dnia będzie padało, ale tego wie­czoru tyl­ko wiał chłodny wie­trzyk.

- Usiądźmy, chcę zjeść moje jabłko - po­wie­działam.

Zajęliśmy ławkę z wi­do­kiem na plażę.

Wgryzłam się w owoc, ale ostrożnie. Oba­wiałam się, że kar­mel ob­le­pi mi całe zęby, a wte­dy jak miałabym się całować z Con­ra­dem? Wciągał colę przez słomkę, sior­biąc głośno, a po­tem po­pa­trzył na ze­ga­rek.

- Kie­dy skończysz, mo­gli­byśmy pójść na strzel­nicę.

Chciał zdo­być dla mnie plu­szo­we­go zwie­rza­ka! Z góry wie­działam, którego wy­biorę - tego po­lar­ne­go niedźwie­dzia z dru­cia­ny­mi oku­la­ra­mi, w sza­li­ku. Już so­bie wy­obrażałam, jak chwalę się nim przed Tay­lor. "Co, ten mi­siek? Con­rad Fi­sher go dla mnie wy­grał na strzel­ni­cy".

Resztę jabłka pochłonęłam na dwa razy.

- W po­rzo - oświad­czyłam, ocie­rając usta wierz­chem dłoni. - Chodźmy.

Con­rad ru­szył pro­sto w stronę strzel­ni­cy.

Mu­siałam nieźle wyciągać nogi, żeby za nim nadążyć. Jak zwy­kle za wie­le nie mówił, więc dla równo­wa­gi ja gadałam dwa razy więcej.

- Wy­da­je mi się, że kie­dy wrócimy, mama wresz­cie zde­cy­du­je się na kablówkę. Ste­ven, mój tata i ja od nie­pa­miętnych czasów usiłuje­my ją na to namówić. A ona twier­dzi, że jest prze­ciw­niczką te­le­wi­zji, ale kie­dy je­steśmy tu­taj, od świtu do nocy ogląda fil­my na A&E. To strasz­na hi­po­kry­zja z jej stro­ny - traj­ko­tałam, aż wresz­cie umilkłam.

Zo­rien­to­wałam się, że Con­rad wca­le mnie nie słucha. Gapił się na dziew­czynę obsługującą strzel­nicę.

Miała ja­kieś czter­naście czy piętnaście lat. Pierw­sze, co za­uważyłam, to jej szor­ty. Były ka­nar­ko­wo żółte, no i były na­prawdę, ale to na­prawdę krótkie. Dokład­nie ta­kie same, ja­kie ja włożyłam dwa dni wcześniej, a chłopcy wyśmia­li mnie bez­li­tośnie. Tak się z nich cie­szyłam, wy­brałyśmy je ra­zem z Su­sanną, tym­cza­sem oka­zało się, że dla chłopaków to świet­ny pre­tekst do na­bi­ja­nia się ze mnie. Fak­tem jest, że na niej ta­kie szor­ty wyglądały o wie­le le­piej.

Miała chu­de i pie­go­wa­te nogi, ra­mio­na też. Wszyst­ko miała chu­de, na­wet usta. Włosy długie, fa­lujące. Rude, ale tak ja­sno rude, że nie­mal brzo­skwi­nio­we­go ko­lo­ru. Kto wie, może to były najład­niej­sze włosy, ja­kie wi­działam. Nosiła je od­gar­nięte na bok, były tak długie, że mu­siała je przy­trzy­my­wać, kie­dy po­da­wała lu­dziom wiatrówki.

Ja­sne, że to z jej po­wo­du Con­rad chciał się wy­brać na dep­tak. Wziął ze sobą mnie, bo nie chciał przyjść sam, a prze­cież nie mógł wy­brać się ze Ste­ve­nem i z Je­re­mim, bo do­pie­ro da­li­by mu po­pa­lić. Wszyst­ko ja­sne. Żad­ne­go in­ne­go po­wo­du nie było. Kie­dy tyl­ko zo­ba­czyłam, jak się na nią gapi, od razu się zo­rien­to­wałam. Wy­da­wało się, że wstrzy­mu­je od­dech na jej wi­dok.

- Znasz ją? - spy­tałam.

Za­sko­czo­ny spoj­rzał w moją stronę, jak­by zupełnie za­po­mniał o moim ist­nie­niu.

- Co? Nie, chy­ba nie.

Przy­gryzłam usta.

- A chciałbyś?

- Czy co bym chciał? - Con­rad naj­wy­raźniej nie mógł sku­mać, co jesz­cze bar­dziej mnie zi­ry­to­wało.

- No, czy chciałbyś ją po­znać? - spy­tałam nie­cier­pli­wie.

- No, chy­ba tak.

Złapałam go za rękaw i przy­ciągnęłam do lady.

Dziew­czy­na uśmiechnęła się do nas, ja do niej, ale to wszyst­ko były ta­kie grzecz­nościo­we uśmie­chy. Grała swoją rolę, nic więcej.

- Ile strzałów? - spy­tała.

Miała apa­rat na zębach, tyl­ko że u niej wyglądał on in­te­re­sująco, jak jakaś biżute­ria, a nie założone u den­ty­sty urządze­nie do wy­pro­sto­wy­wa­nia zębów.

- Trzy strzały - od­po­wie­działam. - Faj­ne masz szor­ty.

- Dzięki - od­parła.

Con­rad odchrząknął.

- Na­prawdę faj­ne.

- Co ty? A kie­dy ja włożyłam ta­kie same dwa dni temu, mówiłeś, że są za krótkie. - Do dziew­czy­ny po­wie­działam: - Con­rad jest bar­dzo opie­kuńczy. A ty masz star­sze­go bra­ta?

Roześmiała się.

- Nie. - A do Con­ra­da: - Uważasz, że są za krótkie?

Za­czer­wie­nił się. Nig­dy wcześniej nie wi­działam, żeby się czer­wie­nił. Nig­dy, prze­nig­dy, odkąd go znałam.

Coś mi się zda­wało, że może widzę jego ru­mie­niec pierw­szy, a za­ra­zem ostat­ni raz.

Spoj­rzałam osten­ta­cyj­nie na ze­ga­rek.

- Con­rad, prze­jadę się ka­ru­zelą, za­nim stąd się ze­rwie­my. A ty wy­graj dla mnie jakąś fajną na­grodę, do­bra?

Con­rad skinął szyb­ko głową, ja po­wie­działam dziew­czy­nie "cześć" i poszłam na ka­ru­zelę naj­szyb­ciej, jak mogłam - żeby nie wi­dzie­li, że się roz­ry­czałam.

Później do­wie­działam się, że dziew­czy­na miała na imię An­gie. Con­rad wy­grał dla mnie białego mi­sia w dru­cia­nych oku­la­rach i sza­li­ku. Jak się od nie­go do­wie­działam, to An­gie mu za­su­ge­ro­wała, że to naj­faj­niej­sza z nagród. Dodał, że on też był tego zda­nia. Od­po­wie­działam na to, że właści­wie ma­rzyła mi się żyra­fa, ale dzięki tak czy in­a­czej. Mi­sia na­zwałam Ju­nior Mint i zo­sta­wiłam go tam, gdzie jego miej­sce: w let­nim domu.

roz­dział piąty

Pierw­sze­go wie­czo­ru za­wsze było tak samo: wiel­ka waza pełna ostrej zupy ryb­nej, którą Su­san­na przy­go­to­wała, cze­kając na nasz przy­jazd. Zupy z mnóstwem kre­we­tek, krabów i ośmior­ni­czek - wie­działa, że bar­dzo lubię ta­kie małe ośmior­nicz­ki. Na­wet kie­dy byłam jesz­cze dziec­kiem, odkładałam je na bok, zo­sta­wiałam je so­bie na ko­niec. Su­san­na po­sta­wiła wazę pośrod­ku stołu, a do tego był fran­cu­ski chleb z chru­piącą skórką ku­pio­ny w oko­licz­nej pie­kar­ni. Każde z nas do­stało miskę, a po­tem całą ko­lację do­le­wa­liśmy so­bie, za­nu­rzając cho­chlę w wa­zie. Su­san­na i mama za­wsze po­pi­jały czer­wo­nym wi­nem, a my, jako nie­let­ni, za­wsze do­stawaliśmy wi­no­gro­nową fantę, jed­nak tego wie­czo­ru wino pili wszy­scy.

- Moim zda­niem już są na to wy­star­czająco dorośli. Jak uważasz, Laur? - spy­tała Su­san­na, kie­dy usie­dliśmy do stołu.

- Nie wiem, nie wiem - wahała się moja mama, ale po­tem machnęła ręką. - A zresztą, niech będzie. W porządku. Je­stem strasz­nie sta­roświec­ka i pro­win­cjo­nal­na. Praw­da, Beck?

Su­san­na roześmiała się i od­kor­ko­wała bu­telkę.

- Ty? W życiu - za­pew­niła, na­le­wając każdemu z nas nie­co wina. - To wyjątko­wy wieczór. Pierw­szy wieczór lata.

Con­rad wypił swo­je wino dwo­ma łyka­mi. Pił, jak­by był przy­zwy­cza­jo­ny do wina. Jak widać w ciągu roku nie­jed­no może się zda­rzyć. Wypił, a po­tem stwier­dził:

- To prze­cież nie jest pierw­szy wieczór lata, mamo.

- A właśnie, że jest. Lato za­czy­na się do­pie­ro wte­dy, gdy po­ja­wiają się przy­ja­cie­le - oświad­czyła Su­san­na i wyciągnęła ręce, żeby do­tknąć mo­jej dłoni oraz dłoni Con­ra­da.

On drgnął i od­sunął się, nie­mal od­ru­cho­wo. Su­san­na nie zwróciła na to uwa­gi, ale ja za­uważyłam. Za­wsze do­strze­gałam wszyst­ko, co robił Con­rad.

Je­re­mi też chy­ba zwrócił na to uwagę, po­nie­waż szyb­ko zmie­nił te­mat.

- Bel­ly, zo­bacz moją naj­nowszą bliznę - zawołał i pod­niósł ko­szulkę. - Tego wie­czo­ru zdo­byłem trzy gole.

Je­re­mi też grał w fut­bol. Był dum­ny z ran od­nie­sio­nych w bi­twie.

Po­chy­liłam się w jego stronę, żeby je obej­rzeć. Rze­czy­wiście, miał na dol­nej części brzu­cha długą bliznę, która właśnie za­czy­nała się za­cie­rać. I widać było, że spo­ro ćwi­czył. Brzuch miał twar­dy i płaski, a zeszłego lata wca­le jesz­cze tak nie było. Te­raz wyglądał potężniej od Con­ra­da.

- Ho, ho - po­wie­działam.

Con­rad par­sknął po­gar­dli­wie.

- Je­re­mi chce po pro­stu po­chwa­lić się swo­im sześcio­pa­kiem - stwier­dził. Odłamał kawałek chle­ba i za­nu­rzył go w swo­jej mi­sce. - Pokaż nam wszyst­kim, nie tyl­ko Bel­ly.

- Ja­sne. Pokaż nam, Je­re­mi! - zawołał Ste­ven, szczerząc się od ucha do ucha.

Je­re­mi też uśmiechnął się sze­ro­ko.

- Za­zdrościsz mi, bo już prze­stałeś grać - od­po­wie­dział Con­ra­do­wi.

Co? Con­rad prze­stał grać w fut­bol? To było dla mnie coś zupełnie no­we­go.

- Nie, człowie­ku, nie mów? Prze­stałeś? - spy­tał za­sko­czo­ny Ste­ven.

Naj­wy­raźniej i dla nie­go była to nowość. Con­rad był na­prawdę do­brym za­wod­ni­kiem. Su­san­na swo­je­go cza­su wysyłała nam wy­cin­ki z ga­zet. Przez ostat­nie dwa lata gra­li z Je­re­mim w tej sa­mej drużynie, ale jak dotąd to Con­rad był jej gwiazdą.

Con­rad wzru­szył ra­mio­na­mi. Miał jesz­cze mo­kre włosy, ja zresztą też.

- Nud­ne to się zro­biło - wyjaśnił.

- Sam się zro­bił nud­ny. O to cho­dzi - wtrącił Je­re­mi, a po­tem wstał i za­darł ko­szulkę. - Nieźle, co?

Moja mama wy­buchła śmie­chem, Su­san­na od­chy­liła się do tyłu i też się roześmiała.

- Sia­daj, Je­re­mi - zawołała, grożąc mu kromką chle­ba.

- Co ty na to, Bel­ly? - spy­tał.

Wyglądał, jak­by pusz­czał do mnie oko, cho­ciaż wca­le nie pusz­czał.

- Nieźle - przy­znałam, sta­rając się po­wstrzy­mać uśmiech.

- Te­raz niech Bel­ly pokaże klatę - za­pro­po­no­wał Con­rad.

- Bel­ly nie musi ni­czym się prze­chwa­lać. Wszy­scy wi­dzi­my, jak ślicz­nie wygląda, wy­star­czy na nią po­pa­trzeć - ode­zwała się Su­san­na.

Upiła łyczek wina i uśmiechnęła się do mnie.

- Ślicz­na? Ja­sne - rzu­cił Ste­ven. - Ślicz­na jak wrzód na du­pie.

- Ste­ven - ofuknęła go mama.

- No co? Co ja ta­kie­go po­wie­działem? - zdzi­wił się.

- Ste­ven jest świ­nia, więc nie wie, co to słowo zna­czy - wytłuma­czyłam go usłużnie. Przy­sunęłam chleb w jego stronę. - Chrum, chrum, Ste­ven. Weź chleb­ka z ko­ryt­ka.

- A, chętnie - oświad­czył i odłamał chru­piącą przy­lepkę.

- Bel­ly, opo­wiedz o swo­ich sek­sow­nych przy­ja­ciółkach, z którymi mnie po­znasz - za­pro­po­no­wał Je­re­mi.

- Oj, prze­cież już to prze­ra­bia­liśmy - przy­po­mniałam. - Nie po­wiesz mi, że za­po­mniałeś o Tay­lor Je­wel.

Wte­dy wszy­scy ryknęli śmie­chem, na­wet Con­rad.

Wszy­scy, łącznie z Je­re­mim, cho­ciaż zro­bił się przy tym zupełnie czer­wo­ny.

Pokręcił głową.

- I kto tu jest pro­się? Nie mu­sisz być taka nie­miła - stwier­dził. - A w co­un­try clu­bie jest pełno faj­nych dziew­czyn, więc o mnie się nie martw. Martw się o Con­ra­da. To on ma prze­chla­pa­ne.

Z początku plan był taki, żeby obaj, Je­re­mi i Con­rad, pra­co­wa­li w co­un­try clu­bie jako ra­tow­ni­cy. Con­rad pra­co­wał tam po­przed­nie­go lata. W tym roku Je­re­mi był już w ta­kim wie­ku, że mógł mu to­wa­rzy­szyć, ale w ostat­niej chwi­li Con­rad zmie­nił zda­nie i po­sta­no­wił podjąć pracę jako po­moc­nik kel­ne­ra w mod­nej knajp­ce z owo­ca­mi mo­rza.

To było ta­kie miej­sce, do którego ciągle cho­dzi­liśmy. Pro­blem w tym, że dzie­ci do dwu­na­ste­go roku życia płaciły tam tyl­ko dwa­dzieścia do­larów. Oczy­wiście nad­szedł taki czas, gdy tyl­ko ja byłam dwu­na­sto­latką. Tym­cza­sem moja mama nig­dy nie omiesz­kała przy­po­mnieć kel­ne­ro­wi, że mam dwa­naście lat czy mniej. Tak dla za­sa­dy. A za każdym ra­zem, gdy to robiła, czułam, że się kurczę. Żałowałam, że nie mogę zapaść się pod zie­mię. Chłopa­ki na­wet nie ro­bi­li z tego wiel­kiej spra­wy, ale i tak czułam się inna od wszyst­kich, cze­go nie­na­wi­dziłam. Nie cier­piałam, kie­dy tak przy wszyst­kich wy­ty­kała mi, że je­stem inna. Bo chciałam być właśnie taka sama jak wszy­scy.

roz­dział ósmy

Po ko­la­cji sie­dzie­liśmy z Con­ra­dem na ka­na­pie. Ja w swo­im końcu, on w swo­im, brzdąkał na gi­ta­rze po­chy­lo­ny nad nią.

- Słyszałam, że masz dziew­czynę - ode­zwałam się. - Po­dob­no to poważna spra­wa?

- Mój brat ma za długi jęzor.

Jakiś mie­siąc przed na­szym przy­jaz­dem do Co­usins Je­re­mi za­dzwo­nił do Ste­ve­na. Ga­da­li przed dłuższą chwilę, a ja przy­czaiłam się obok drzwi Ste­ve­na i podsłuchi­wałam. Ste­ven nie­wie­le mówił, ale roz­mo­wa spra­wiała wrażenie poważnej. Po­tem wpadłam do jego po­ko­ju i za­py­tałam, o czym roz­ma­wia­li. Ste­ven stwier­dził, że je­stem wścib­ska i go szpie­guję, a do­pie­ro po­tem po­wie­dział mi, że Con­rad ma dziew­czynę.

- Jaka ona jest?

Nie pa­trzyłam na nie­go, żeby nie zo­rien­to­wał się, jak strasz­nie się przej­muję tą kwe­stią.

Con­rad odchrząknął.

- Ze­rwa­liśmy ze sobą - od­po­wie­dział.

Omal się nie zachłysnęłam. Moje ser­ce pod­sko­czyło.

- Two­ja mama nie prze­sa­dza. Rze­czy­wiście łamiesz dziewczęce ser­ca!

To miał być żart, ale wy­po­wie­dzia­ne prze­ze mnie słowa roz­brzmie­wały w mo­jej głowie jak ja­kieś oświad­czy­ny.

Skrzy­wił się.

- To ona mnie rzu­ciła - rzekł bez­barw­nym głosem.

Nie mogłam so­bie wy­obra­zić, że jakaś dziew­czy­na rzu­ciła Con­ra­da. Cie­ka­wa byłam, jak wygląda. W mo­jej wy­obraźni stała się już kon­kretną osobą.

- A jak ma na imię?

- Czy to nie wszyst­ko jed­no? - od­burknął, ale po­tem dodał: - Au­brey. Na imię ma Au­brey.

- A dla­cze­go cię rzu­ciła?

Nie mogłam się po­wstrzy­mać. Byłam bar­dzo cie­ka­wa. Co to za dziew­czy­na? Wy­obrażałam so­bie ja­sne złote włosy i tur­ku­so­we oczy, za­dba­ne pa­znok­cie o ide­al­nie owal­nym kształcie. Ja mu­siałam ob­ci­nać swo­je krótko, bo kie­dyś grałam na pia­ni­nie i co praw­da po­tem prze­stałam, ale przy­zwy­cza­je­nie po­zo­stało.

Con­rad po­wo­li odłożył na bok gi­tarę i za­pa­trzył się po­nu­ro w prze­strzeń.

- Po­wie­działa, że się zmie­niłem.

- A zmie­niłeś się?

- Nie wiem. Wszy­scy się zmie­niają. Ty się zmie­niłaś.

- Jak się zmie­niłam?

Wzru­szył ra­mio­na­mi, a on znów sięgnął po gi­tarę.

- No, nor­mal­nie. Wszy­scy się zmie­niają.

Con­rad zaczął grać na gi­ta­rze, kie­dy po­szedł do szkoły śred­niej. Nie cier­piałam, gdy na niej grał. Sie­dział, wy­brzdąkiwał akor­dy, nie bar­dzo zwra­cał uwagę na oto­cze­nie i tyl­ko częścio­wo był obec­ny. Nucił coś pod no­sem, prze­by­wał we własnym świe­cie. My oglądaliśmy te­le­wizję albo rżnęliśmy w kar­ty, a on brzdąkał. Albo w ogóle sie­dział w swo­im po­ko­ju i ćwi­czył. Nie wia­do­mo, po co to robił. Z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia spro­wa­dzało się to do tego, że poświęcał swój czas gi­ta­rze, za­miast poświęcać go nam.

- Posłuchaj tego - po­wie­dział kie­dyś do mnie i podał mi jedną ze słucha­wek, pod­czas gdy dru­ga po­zo­stała w jego uchu. Na­sze głowy ze­tknęły się. - Nie­sa­mo­wi­te, co?

"Tego", czy­li Pe­arl Jam.

Con­rad taki był za­chwy­co­ny i wnie­bo­wzięty, jak­by on je­den na świe­cie słuchał tej ka­pe­li. Co praw­da do tam­tej chwi­li rze­czy­wiście nie miałam pojęcia o jej ist­nie­niu, ale odtąd był to naj­lep­szy kawałek, jaki słyszałam. Za­raz kupiłam płytę Ten i słuchałam jej w kółko.

Kie­dy roz­le­gały się dźwięki utwo­ru nu­mer pięć, czy­li Black, to było tak, jak­by wra­cała ma­gicz­na chwi­la, jak­by tam­ta chwi­la się po­wta­rzała.

Kie­dy skończyło się lato i wróciłam do domu, wy­brałam się do skle­pu mu­zycz­ne­go, gdzie kupiłam nuty i na­uczyłam się grać ten kawałek na pia­ni­nie. Myślałam, że może kie­dyś mogłabym akom­pa­nio­wać Con­ra­do­wi, że ra­zem stwo­rzy­my zespół. Głupo­ta, bo prze­cież w let­nim domu na­wet nie było pia­ni­na. Su­san­na co praw­da chciała spro­wa­dzić dla mnie in­stru­ment, żebym mogła ćwi­czyć, ale moja mat­ka się nie zgo­dziła.