5.
Zacznijmy od tego, że wcale nie nazywam się Bundy. Dokumenty mówią, że przyszedłem na świat jako Theodore Robert Cowell. To ważne wydarzenie. Czasem nie doceniamy roli urodzin, ale spójrzmy na to z pewnej perspektywy. Ile rzeczy mogłoby się wydarzyć, a ani ja, ani wy nigdy byśmy nie powstali. Dajmy spokój temu legendarnemu zbiegowi okoliczności, że to właśnie ten, a nie inny plemnik zapładnia komórkę jajową. Nie w tym rzecz.
Rzecz również nie w tym, że do zapłodnienia potrzeba dwóch osób, które spotkają się i trafią do łóżka albo gdziekolwiek indziej, gdzie będzie im wygodnie pobaraszkować. To przerost formy nad treścią. Zdarzają się przecież dzieci z gwałtów dokonanych w brudnym zaułku wprost na ulicy. W śmietniku, krzakach albo nawet na cmentarzu.
Jak wiele może wydarzyć się później? Alkohol i narkotyki działają jeszcze skuteczniej jako środki depopulacji niż tabletki antykoncepcyjne. Nie zdajecie sobie sprawy, jak wiele matek odurzonych zanieczyszczonym crackiem albo pijanych w sztok roni kilkutygodniowe płody w swoich norach, squatach albo w innych kątach, czasem dokładnie tych samych, w których zostały zapłodnione. A nawet w których same się urodziły.
Nie myślicie o tych kobietach ani nienarodzonych dzieciach, bo to wyjątkowo nieprzyjemne tematy. Społeczeństwo się nimi brzydzi. W swoich pięknych domach, posprzątanych mieszkaniach i pachnących samochodach nie chcecie myśleć o brudzie. Sięgacie po książki takie jak ta, bo spodziewacie się przyśpieszonego bicia serca przy opisach popełnianych zbrodni albo wymierzanej kary. To nie one są najważniejsze i nie one spowodują prawdziwy dyskomfort.
Powiedziałem, że zagramy w otwarte karty, więc proszę bardzo. Zajrzycie w pokręcony umysł największego zbrodniarza, jaki chodził po tej cholernej ziemi. A ja już od najmłodszych lat wiele dumałem o śmierci i o umieraniu. Naprawdę wiele... Nawet o dzieciach myślę z perspektywy śmierci.
Więc kiedy już odrzucimy te wszystkie przypadki poronień po narkotykach i innym świństwie, spójrzmy na kobietę ciężarną jako na żonę lub kochankę. Jej brzuch rośnie z dnia na dzień, czuć w nim już ruchy dziecka, czasem nawet widać naprężenia skóry. Cud przyszłego rodzicielstwa. Obrazek uwieczniany na setkach zdjęć oraz filmów. Wspomnienie, którego żadna matka nie chce zapomnieć.
Zmieńmy również scenerię. Zapomnijmy o ruderze albo cuchnącym namiocie wyłożonym kartonami. Przenieśmy się do porządnego domu z garażem i podjazdem na dwa auta. Takiego domu, przed którym rozciąga się równy zielony trawnik, a w skrzynce na listy jest prenumerata kilku kolorowych czasopism. Dodajmy do tego drzewo, bo drzewa zawsze kojarzą się z uczciwą rodziną. Wiatr rozwiewa jego opadłe liście po idealnym kamiennym chodniczku.
Ktoś stanął w progu i przez kilka sekund spokojnie czeka. Na co? Może potrzebuje chwili, aby zebrać myśli. Tym razem to nie kobieta piła wódkę i nie ona łyknęła żółtą tabletkę zakupioną u dilera za pół dolara. To jej mąż albo kochanek wraca do domu. Ostatnia próba oprzytomnienia kończy się niepowodzeniem. Mężczyzna naciska dzwonek, jakby był kimś obcym. Nie wie, dlaczego to robi, choć może chodzi o ten uspokajający odgłos. Ding-dong. "Hej, witaj w domu, kochanie!" Te słowa jednak nie padają.
Kobieta spogląda na męża lub kochanka i złość wykrzywia jej twarz. Jest w cholernej ciąży, spodziewa się dziecka, a jej facet znów się upodlił. Owszem, zarabia całkiem nieźle, stać ich na to wszystko, o czym już przeczytaliście, lecz chodzi o dojrzałość. O odpowiedzialność za swoje czyny oraz decyzje.
Wtedy następuje kolejna z setek kłótni. Od słowa do słowa, od bełkotu do bełkotu i mężczyzna rzuca o ścianę skórzaną teczką z dokumentami. Dyszy, a żyły na jego skroniach nabrzmiewają. Przypominają rury, którymi tłoczone są rozgrzane kamienie. Tego dnia facet kupił od dilera coś całkiem nowego, dającego przyjemny, ale niezbyt długi odlot. Jednak specyfik działa pobudzająco i nakręca agresję.
Mężczyzna zachowuje się zupełnie inaczej niż zwykle i na krzyk kobiety reaguje potokiem siarczystych bluzg. Odwraca się, chwyta żonę albo kochankę za nadgarstki i popycha ją na ścianę. Ciężarna płacze. Zanosi się spazmatycznym szlochem, co jeszcze bardziej nakręca amatora lekkich narkotyków. Uderza tylko raz, ale za to celnie. Trafia prosto w okrągły, wydatny brzuch z wystającym pępkiem, w który wsłuchiwał się jeszcze poprzedniego wieczora. Akcja wywołuje reakcję, cios powoduje skurcze, w nieprzygotowanym do porodu organizmie dochodzi do krwotoku, dziecko zamiast przyjść na świat, dosłownie topi się w brzuchu matki. Topi się w wodach płodowych oraz we krwi.
Mówiłem, że będziecie czuli dyskomfort. Ale to tylko kolejny ze scenariuszy, który mógł uniemożliwić moje przyjście na świat. Powinien się wam podobać. W akcie urodzenia mój ojciec figuruje pod nazwiskiem Lloyda Marshala - żołnierza Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Czasem wyobrażam go sobie jako niewydarzonego ofermę wyrzuconego z wojska, który musi ćpać, aby pozbierać się do kupy.
Snuję też rozmaite fantazje. Kobiety ciężarne bywają pociągające, wiem coś o tym. Jeżeli sama nie zamorduje swojego dziecka ani nie zrobi tego jej partner, może pojawić się jeszcze ktoś z zewnątrz. Ktoś, kto zechce zawlec ją do piwnicy i zgwałciwszy, rozpruć jej brzuch. Wiecie przecież, że Kuba Rozpruwacz to nie tylko legenda.
W każdym razie mojej matki nie spotkało nic z tych rzeczy. Mówiłem, że nie doceniamy roli urodzeń. Pewnym jest, że cud przyjścia na świat dokonał się w domu samotnych matek w Burlington w stanie Vermont. Stało się to 24 listopada 1946 roku. Taki był początek.
6.
Pierwsze lata życia oczywiście skrywają mi się za przesłoną niepamięci oraz domysłów, ale to szybko się zmienia. Umysł klaruje się, a wspomnienia stają się ostre. Powracają nie tylko obrazy, lecz również zapachy i smaki.
Mam cztery, może pięć lat. Spoglądam w oczy uroczej blondynki, która szeroko się do mnie uśmiecha. Wyciąga do mnie dłoń i gładzi mnie po policzku. To moja siostra.
- Louise! - krzyczę wesoło. - Louise!
Blondynka ucieka przede mną dokoła stołu, ale robi to tak, abym mógł ją złapać za skraj sukienki. Śmieje się na głos. Odskakuje i chowa się za krzesłem.
- No, dalej, Ted! Szybko, szybko!
Jej policzki są zaczerwienione, a oczy błyszczą. Kiedy ponownie chwytam ją za sukienkę, już nie ucieka. Zatrzymuje się, kuca i bierze mnie na ręce. Unosi, po czym zatacza koło. Wirujemy. Ja mam cztery lub pięć, ona ponad dwadzieścia lat.
- Tata! - Wyciągam rączkę ku drzwiom.
W progu stoi szpakowaty mężczyzna z wysokim czołem, dość wydatnym nosem i mięsistymi wargami. Ubrany jest w wykrochmaloną białą koszulę, szarą kamizelkę i ciemne spodnie.
- Przestańcie się wygłupiać - rzuca oschle. - Zaraz któreś się potknie i będzie nieszczęście. Dawno stłukliście wazon? Do tej pory mam wrażenie, że pieprzone szkło brzęczy mi pod stopami.
Rzuca mojej siostrze ostre spojrzenie i zerka na zegarek.
- Eleanor! - krzyczy na cały głos, przyzywając moją mamę. - Kiedy obiad? Już najwyższy czas.
Kobiecy głos dobiega z kuchni.
- Jezus Maria, Samuel, uspokój się. Mam tu mały pożar.
- I nie pomagacie matce? Ja czekam na obiad, ona ma pożary, a wy się bawicie?
Słowa są skierowane do mnie oraz do Louise. Siostra opuszcza mnie i ostrożnie stawia na podłodze. Bagatelizując surowy ton ojca, dłonią wichrzy mi włosy.
- Chodź ze mną. Zobaczymy, jak wygląda sytuacja w kuchni.
Bez słowa idę za nią. Mijając ojca, odruchowo zwieszam głowę. Robię wszystko, aby nie zwrócił na mnie uwagi. Przechodzimy wąskim korytarzem prosto do kuchni. Z daleka czuję swąd przypalonego mięsa oraz czegoś jeszcze. Nie widzę jednak mamy.
Nagle Louise rzuca się biegiem przed siebie. Nie nadążam za nią i złoszczę się, że nie pozwala mi chwycić skraju swojej sukienki. To nasza zwykła zabawa. Teraz jednak nie zwraca na mnie żadnej uwagi. Wpada do kuchni i kuca.
Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że na podłodze leży nasza mama.
7.
2 WRZEŚNIA 1974 R.
O matce myślę rzadko. Minęło niemal ćwierć wieku od tamtych wydarzeń. Przed oczami staje mi jej twarz. Na dawnych fotografiach prezentowała się znacznie lepiej, ale wtedy już mocno się zapuściła. Straciła swój urok. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Urok natomiast ma dwudziestokilkuletnia blondynka, która nachyla się przy drzwiach mojego auta. Zatrzymuje się w pół ruchu i uważnie się mi przygląda. Stała przy bocznej trasie stanowej w Idaho, wymachując do przejeżdżających kierowców.
- Skończyła mi się benzyna... - rzuca żałośnie. - Ma pan kanister?
Kręcę głową. Robię smutną minę i wzdycham.
- Niestety. Nic na to nie poradzę, sam ciągnę jedynie na oparach.
- Mój Boże. Co ja zrobię...
- Przykro mi.
Udaję, że chcę jechać dalej. Chwytam kierownicę, ale dziewczyna zaciska usta. W oczach ma łzy.
- Niech pani wsiada. - Z aktorską rezygnacją ruchem głowy zapraszam ją do środka. - Pojedziemy na stację, a potem podwiozę tu panią z kanistrem. Trudno. Aż tak mi się nie śpieszy.
- Naprawdę? - pyta dziewczyna z niedowierzaniem. - Zrobi to pan dla mnie?
- Tylko jeżeli pani wsiądzie i wreszcie ruszymy z miejsca. Nie śpieszy mi się, ale niestety nie mam też całego wieczoru. Choć chciałbym mieć...
Dziewczyna rezolutnie wsiada do auta i zamyka drzwi. Ma ciemne blond włosy, przedziałek na środku i nieco wystający podbródek. Jest ładna. Nawet bardzo ładna, choć mogłaby zrzucić kilka kilogramów.
- Ted... - przedstawiam się, wyjeżdżając na drogę.
- Barbara.
Uśmiechamy się do siebie, a ja dodaję gazu. Przez kilka minut rozmawiamy o tym, jak doszło do tego, że skończyła się jej benzyna. Trzpiocze, śmieje się niskim głosikiem i raz po raz nazywa się "tępą wariatką".
- Zdaje się, że stacja jest przy tej drodze. - Skręcam w podrzędną szutrówkę prowadzącą nad mostkiem i między nieużytkami. - O tutaj, widzisz? Co za piękna stacja benzynowa!
Barbara odwraca się i jestem przekonany, że do tej pory potrafię odtworzyć jej wyraz twarzy. Mruży oczy, a jej brwi zbiegają się niemal w jedną linię.
- Gdzie? - dopytuje zdumiona. - Nie widzę żadnej stacji...
- O tam, tam...
Zatrzymuję samochód. Jedną dłoń przykładam niemal do szyby po jej stronie, jakbym wskazywał jakiś odległy punkt. Drugą błyskawicznie chwytam ją za kark. Z całej siły uderzam jej głową o boczny słupek auta. Słyszę chrupnięcie chrząstki nosa. Dziewczyna wciąga powietrze wraz z krwią i zaczyna charczeć. Nadal jest przytomna.
Uderzam ją raz jeszcze. Tym razem chyba pęka jej oczodół. Krew zabryzguje szybę i przez głowę przechodzi mi gniewna myśl, że będę musiał to wszystko posprzątać. Pobudzony wypadam z auta i obiegam je dokoła. Otwieram drzwi po stronie pasażera, chwytam bezwładne ciało kobiety, po czym ciągnę je ku pobliskim krzakom. Ożywa we mnie dziki popęd. Nie potrafię się powstrzymać.
8.
Prawie przez całą noc sprzątałem auto. Na tapicerce oraz szybie były ślady krwi, których pozbycie okazało się trudniejsze, niż sądziłem. Mam w tym spore doświadczenie, ale zazwyczaj staram się działać nieco rozsądniej. W końcu chodzi o moją wygodę. Jednak tym razem poniosła mnie okazja. Bywa.
Bębniąc palcami w kierownicę, wracam na miejsce, gdzie wyrzuciłem z samochodu blondynkę.
Barbara.
Jej imię wybrzmiewa mi w głowie. Ponownie nasuwa się wspomnienie matki upadającej w kuchni. Może sama również kiedyś miałaby dzieci? A może je ma? Nie zdążyliśmy o tym porozmawiać.
Zatrzymuję samochód i bacznie rozglądam się po okolicy. Nigdzie nie widzę ani policji, ani żadnych ciekawskich. To dobrze.
To bardzo dobrze.
Wczoraj bałem się, że ktoś mnie nakryje. Wolałbym nie zostać przyłapany na gorącym uczynku z ptaszkiem w dogorywającej dziewczynie. Załatwiłem wszystko tak szybko, jak mogłem, i ją zostawiłem.
No dobrze. Wcześniej ją udusiłem. Była nieprzytomna, więc nie stawiała oporu, a z jej ust dobyło się jedynie ciche cmoknięcie, jakby pękł maleńki balonik. Po brodzie pociekła strużka śliny zmieszanej z krwią. Nic więcej.
Jej ciało odnajduję dokładnie tam, gdzie je zostawiłem. Bałem się, że dzikie zwierzęta już się nią zdążyły zająć.
Za niespełna pół godziny zacznie świtać. Muszę się śpieszyć. Mam ze sobą latarkę, którą oświetlam jej sinozielonkawą twarz. Drugą ręką wyciągam z kieszeni polaroida, którym robię jej zdjęcie. W mroku zawsze wychodzą słabe, ale to dobra pamiątka.
Następnie poprawiam ciało. Ściągam spodnie, które wiszą na jej kostkach i rozkładam jej nogi. Wykonuję kolejne dwie fotografie. Zerkam na jej biust, ale ten mi się nie podoba. Obnażyłem go, zerwałem z niego biustonosz, lecz piersi są bezkształtne, a sutki nieproporcjonalnie wielkie.
Chrzanić to. Przekładam latarkę do ust.
Chowam aparat do kieszeni i zdejmuję plecak. Mam w nim schowaną długą, ząbkowaną piłę. Chwytam ją i przykładam ostrze do szyi blondynki. Zaczynam piłować, jakbym obrabiał kurczaka. Przecinam jej tchawicę, aż wreszcie ostrze chrobocze o kręgosłup. Klękam na piersi dziewczyny i odginam jej niemal odciętą głowę do tyłu. Piła zaplątuje się w pukiel jej włosów. Przeszkadza mi również obwisły płat skóry karku.
- Kurwa - syczę. - Niech to...
Poprawiam uchwyt, po czym energicznie tnę dalej. Wreszcie głowa oddziela się od korpusu. Zmieniam pozycję i unoszę rękę trupa. Zaczynam piłować pod pachą. Aby sobie ułatwić zadanie, układam pozbawione głowy zwłoki na boku. O dziwo ze stawem barkowym idzie mi gorzej niż z karkiem. Muszę się sporo namęczyć, aby odkroić rękę za pomocą tej piły. To badziew, który powinienem zastąpić czymś innym. Już od dawna myślałem o tasaku albo pile mechanicznej. Muszę jednak zachowywać się cicho.
Pracuję przez dwadzieścia, może trzydzieści minut. Gdy słońce pojawia się na horyzoncie, przede mną leżą korpus, oddzielnie nogi oraz ręce blondynki i jej głowa. Teraz muszę to wszystko przenieść do nieodległej rzeki. To będzie jej grób[3].
[3] Ta ofiara Teda Bundy'ego nigdy nie została zidentyfikowana.