CZĘŚĆ PIERWSZA
Ted najlepiej i najtrafniej scharakteryzował sam siebie nie przed nami, lecz przed grupą gliniarzy z północnej Florydy, którzy przesłuchiwali go po jego ostatnim aresztowaniu w Pensacoli w lutym 1978 roku. "Jestem najbardziej bezlitosnym sukinsynem, jakiego będziecie mieli okazję poznać", powiedział policjantom.
Co rozumiał przez słowo "bezlitosny", stało się jasne dopiero w ostatnich dniach jego życia, gdy jednoznacznie przyznał się do swych zbrodni (przynajmniej trzydziestu z nich). Bundy był nie tylko brutalnym mordercą, ale też degeneratem. Dowody, że czasami okaleczał ofiary, istniały od samego początku, ale wynaturzenia, o których opowiedział Bobowi Keppelowi oraz innym śledczym, przekroczyły wszelkie ich domysły i wyobrażenia.
A jednak Ted, którego poznaliśmy (na jego zaproszenie mieliśmy odegrać rolę śledczych oraz jego biografów), był także skomplikowanym, niejednokrotnie fascynującym rozmówcą oraz wytrawnym manipulantem. W jednym szeregu z chorobą "bytu", którą przed nami odsłonił, stały inteligencja, arogancja, a nawet urok. To właśnie one czyniły z Bundy'ego tak frapującą - choć równocześnie odpychającą - postać.
Niezależnie od aktualnego wcielenia - czy wspominał czasy szkolne, czy też rozwodził się ze szczegółami nad sednem pojęcia "posiadania" ofiary - zdawało się, że nieustannie usiłuje w sposób jak najpełniejszy, jak najbardziej gruntowny wyjaśnić, kim był i dlaczego zamienił się w mordercę. Kolejnym stale obecnym czynnikiem była jego wrodzona potrzeba manipulowania innymi.
Przekonaliśmy się o tym już na samym początku, w pierwszym liście, który napisał do nas z więzienia stanowego na Florydzie 4 listopada 1979 roku. 1 sierpnia tego roku w Miami został skazany za zamordowanie 15 stycznia 1978 roku dwóch studentek, śpiących w domu bractwa Chi Omega na Uniwersytecie Stanowym Florydy w Tallahassee, i od trzech miesięcy siedział w celi śmierci.
"Za zimno, żeby spać", napisał. "Może nawet za zimno, żeby pisać. Przez rozbite okna naprzeciwko mojej celi wieje arktyczny wiatr, obniżając temperaturę do poziomu, w którym mój oddech zamienia się w mgłę. Kto nazwał Florydę słonecznym stanem? Powinien tu ze mną posiedzieć".
W liście nie wspomniał o apelacjach o uniewinnienie. Nadmienił jedynie, że są "ludzie, którzy chcą je bezwarunkowo zaakceptować i odrzucić wszystkie dowody winy". Pisał, że ludzie ci są jego pocieszeniem. "Dopóki mam tak niezłomnych zwolenników, nie muszę prosić o nic więcej", wyjaśnił.
Bundy nalegał, abyśmy uwypuklili otaczającą go aurę tajemnicy, ale zaznaczał, żebyśmy nie szukali dowodów potwierdzających niewinność, o której zapewniał. "Fakty potwierdzające jednoznacznie, że jestem niewinny, nie istnieją", poinformował nas.
Do sedna przeszedł dopiero dwie strony dalej:
"Nie obchodzi mnie, co napiszecie, byle byście zrobili to jak należy i żeby się sprzedało".
List podpisał: "Z poważaniem, Ted Bundy". W wielu punktach sam się oszukiwał, lecz najbardziej rozdrażniło nas jego założenie, że my, dziennikarze, jesteśmy gotowi wcielić się w jego narzędzia.
Zawarliśmy z Tedem zasadniczy układ - wynegocjowany wcześniej po konsultacjach z jego gorliwą obrończynią i przyszłą żoną Carole Boone - że ponownie zbadamy wysunięte przeciwko niemu zarzuty o morderstwa i przeprowadzimy z nim obszerny wywiad, aby uzyskać informacje, które mogłyby pomóc nam w uwolnieniu go od podejrzeń o dwa tuziny morderstw, o które wówczas go oskarżano lub z nim wiązano.
Ponieważ wszystkie te sprawy się ze sobą łączyły, oczyszczenie go z odpowiedzialności za jedną pociągnęłoby za sobą oczyszczenie z winy za kilka kolejnych, a może nawet za wszystkie. Ewentualność ta wydawała się mocno wątpliwa, natomiast sama szansa, że Bundy istotnie mówił prawdę - że jest niewinny - wystarczyła, by podjąć się tego projektu. Ale była też druga strona medalu. Powiedzieliśmy mu oraz Carole, że dowody świadczące o jego winie także zostaną w pełni zbadane i że będziemy musieli dzielić się naszymi odkryciami z odpowiednimi agencjami policyjnymi. List z listopada, napisany jakieś pięć miesięcy po tym, jak wzięliśmy się do pracy, wskazywał na zupełnie inny układ i zapowiadał impas w naszych relacjach z Tedem, który pojawi się kilka miesięcy później.
Podzieliliśmy się obowiązkami. Hugh ruszył do stanu Waszyngton, a później do Oregonu, Utah i Kolorado, żeby prześledzić trasę Bundy'ego i poszukać przeoczonych (a może i zamiecionych pod dywan) dowodów, potwierdzających, że ukochany "króliczek" Carole rzeczywiście jest niewinnym człowiekiem. Zgodnie z tym, co napisał w liście, lecz wbrew temu, co wcześniej nam obiecał, Bundy nie miał absolutnie nic do zaoferowania - ani jednej usprawiedliwiającej poszlaki.
Podobnie żaden z wielu alternatywnych podejrzanych w żadnej sprawie dotyczącej morderstw Bundy'ego (a był to ulubiony temat Carole) nie nadawał się do ponownego śledztwa. "Fakty i okoliczności wskazujące na niewinność", o których Bundy wspomniał w liście, po dokładniejszej analizie okazywały się bezwartościowe.
Z kolei ja przetwarzałem informacje zdobyte przez Hugh, wczytywałem się w sterty dokumentów sądowych, a potem ruszyłem do Orlando na Florydzie, aby uczestniczyć w rozpoczynającym się w styczniu 1980 roku procesie Bundy'ego o zamordowanie Kimberly Diane Leach, dwunastoletniej uczennicy z Lake City. Przychodziłem do sądu codziennie. A każdego wieczoru w pokoju motelowym prowadziłem i nagrywałem wywiady z Tedem, który mówił przez telefon w areszcie hrabstwa Orange.
Oświadczył wtedy, że na razie nie może mówić o żadnej wytoczonej mu sprawie. Że to musi poczekać, dopóki nie wróci do więzienia stanowego, po procesie. A zatem, począwszy od naszej pierwszej nagrywanej rozmowy z 8 stycznia 1980 roku, ograniczył się do ogólnych zagadnień biograficznych. Zaczęliśmy od początku, od jego pierwszych czterech lat życia, które spędził w Filadelfii. Wspominał je ciepło, o dziadku Samuelu Cowellu opowiadał jak o mitycznej postaci, którą ubóstwiał jako mały chłopiec.
Najwyraźniej jednak tłumił prawdę. Siedem lat później, podczas próby ocalenia życia dzięki udowodnieniu niepoczytalności, pewien psychiatra scharakteryzował dziadka Teda jako napastliwego brutala albo nawet kogoś gorszego.
W 1980 roku nie mieliśmy o tym pojęcia, wiedzieliśmy za to, że Ted był nieślubnym dzieckiem. W czasie naszej pierwszej z wielu rozmów na ten temat zastanawiałem się, w jakim wieku on po raz pierwszy rozmyślał o tajemnicy swojego pochodzenia.
- Czy w tamtym czasie w ogóle myślałem o ojcu? - zapytał retorycznie. - Nie. Nie, żebym mógł stwierdzić to z całą pewnością. Być może gdzieś w głębi mojego małego, dziecięcego umysłu, pewnie tak. Ale jeśli nawet, to tylko przelotnie.
Logicznym tokiem postępowania przeszliśmy do Louise, matki Teda, która zabrała czteroletniego syna z Filadelfii do Tacomy w stanie Waszyngton, gdzie wkrótce poznała i poślubiła Johnniego Bundy'ego, kucharza z miejscowej bazy wojskowej i ojca jej kolejnych czworga dzieci.
- Matka nauczyła mnie angielskiego - powiedział Ted ze swojej celi. - Ile to razy przepisywała na maszynie wypracowania, które jej dyktowałem. Zapewniła mi świetne umiejętności werbalne.
- Zapisywałem te prace skrótowo, a resztę dyktowałem. Albo wplatałem inny język. Nauczyłem się bardzo szybko myśleć. Przez całe liceum i studia nigdy nie zszedłem poniżej "piątki" z ważnych projektów. I zawdzięczam to matce.
- O ile mama potrafi komunikować się na piśmie, ma piękne pismo, znakomite słownictwo, to nigdy nic nie mówi! Co najwyżej "Kocham cię" albo "Przepraszam, że nie pisaliśmy, u nas wszystko dobrze" albo "Tęsknimy... Wszystko będzie dobrze...", bla, bla, bla.
- Mało rozmawialiśmy z matką o ważnych sprawach osobistych, równie dobrze może dotyczyć to wszystkich dzieci. Na pewno nigdy o seksie ani niczym podobnym.
- Nie czuję urazy, ale nie wiem, dlaczego tak jest. Coś w jej pochodzeniu nie pozwala się jej otworzyć. "Co się dzieje? Jak leci? Jak tam życie?". Tkwi w niej jakiś uczuciowy zator, którego nie otwiera i nie wyjaśnia.
- Nie sądzę, by świadomie unikała zamieszczania w listach nowinek czy plotek. Jej nawet nie przychodzi to do głowy. Nie jest typem plotkary. Nie jest zbyt towarzyska. Nie jest towarzyska w tym sensie, że nie należy do kobiecych klubów, nie chodzi grać w karty i nie rozmawia przez płot z sąsiadami.
- Nigdy nie rozmawialiśmy o jej dzieciństwie. Poza faktem, że dorastała w domu dziadka, razem z moimi ciotkami i babcią. W Filadelfii, przy Roxbury Avenue. I że świetnie jej szło w liceum. Brylowała we wszystkim. Jezu! Czytałem jej księgę pamiątkową. Przewodnicząca tego, przewodnicząca tamtego. Kierowała takim i siakim komitetem. I miała średnią "pięć-zero". Jej wielkim rozczarowaniem było to, że przez trzy lata liceum miała jedną "czwórkę"!
- Niebywale popularna osoba. A potem... sam nie wiem... coś się stało.
- Jest niezwykle inteligentną osobą. Ale ukrywa to. Ma ogromny potencjał. Lecz wydaje się, że w którymś momencie zaczęła się przed tym wzbraniać. Pamiętam, że miała jakieś pretensje, że w jej szkole było tylko jedno stypendium i przyznano je najbogatszej dziewczynce. Oczywiście mama miała za mało pieniędzy, żeby pójść do szkoły.
- Zawsze uważała, że to niezbyt uczciwe - że tamta dziewczynka, która też miała "pięć-zero", dostała to stypendium. Nawet po latach, gdy o tym opowiadała, wyczuwałem w jej głosie silny żal. Bez wątpienia ma mocny charakter, ale go nie pokazuje. I na pewno nie próbuje przekształcać swoich dzieci w jakieś wyobrażenie tego, kim sama chciała być, lub kim wydawało się jej, że chciała być.
- Bez cienia wątpliwości mama miała na mnie większy wpływ niż tata. Na wielu płaszczyznach tata jeszcze mniej angażował się w psychologiczno-intelektualny rozwój swoich dzieci. Na wielu płaszczyznach to mama rządziła w domu, choć to jego uznawano za głowę rodziny.
- Gdy dorastałem, nasze pozadomowe życie skupiało się wokół Pierwszego Kościoła Metodystycznego. Czy chodziło o letnie obozy kościelne, czy o wspólnotowe kolacje, czy przedstawienia. A już na pewno w niedziele i święta! Absolutnie nie nazwałbym jednak matki fanatyczką religijną. Nie czytała nam bez przerwy Biblii ani nic takiego. Jako dziecko czytałem Biblię, tylko gdy musiałem.
- Kiedy mama i tata uczestniczyli w różnych wydarzeniach kościelnych, często pilnowałem dzieci. Rodzice chyba bardzo to lubili. Dopiero znacznie później dowiedziałem się, że tak się poznali - na spotkaniu kościelnym.
- Wydaje mi się, że uczęszczałem do szkółki niedzielnej od przedszkola aż do końca liceum. Przez te wszystkie lata zgłębialiśmy Biblię, ale na studiach uderzyło mnie, że w znaczeniu dogmatycznym nie zostało we mnie prawie nic z Chrystusa, Starego Testamentu czy mojej religii.
- Zasadnicze wnioski były dla mnie oczywiste. Zwłaszcza te, które z satysfakcją wyciągnąłem podczas wojny w Wietnamie. Biedna matka musiała wysłuchiwać, jak opowiadam o hipokryzji Kościoła w tamtej sytuacji.
- Ogólnie rzecz biorąc, rodzice byli apolityczni. Nie licząc kwestii związanych z bonami szkolnymi. Matka zawsze próbowała zdobywać głosy na rzecz dotacji na szkoły. Na tym polegało jej zaangażowanie w politykę wyborczą.
- Chyba można by ją nazwać republikanką. Nie wiem, jakie poglądy ma Johnnie. Wygłasza opinie polityczne jeszcze rzadziej niż matka. Myślę, że to znamienne, jeśli zastanowić się nad moją orientacją polityczną.
- Gdy byłem chłopcem, chyba nawet nie prenumerowaliśmy lokalnej gazety. Moi rodzice byli bardzo skromni. Żadne z nich nie paliło ani nie piło. Bóg wie, że nawet gdyby chcieli, to nie mogliby sobie na to pozwolić.
Ted nie czuł się swobodnie przy Johnniem Bundym, sam ze sobą też nie czuł się dobrze. Odkąd pamięta swoje dzieciństwo w Tacomie, wybierał samotność.
- Uważam, że jednym z powodów, dla których jestem taki werbalny - że mam wrażenie, że słuchanie daje mi znacznie więcej niż czytanie - jest to, że w młodości byłem uzależniony od radia. Jestem radiowym świrem!
- Jako dziecko całymi godzinami słuchałem Lone Rangera, Big John and Sparky i tym podobnych. Pamiętam, że kiedyś poprosiłem o małe radyjko. Nie miało baterii ani wtyczki. Nastawiało się je poprzez zmiany długości antenki. Miało przewód odgromowy z klamerką, którą przyczepiłem do poręczy łóżka. Zasypiałem z tym radyjkiem, a budziłem się na skraju łóżka opleciony cienkimi kabelkami. Wchodziłem pod kołdrę i każdej nocy słuchałem, dopóki tylko mogłem. Do dziś nie wiem, jak to radio działało!
- Później, mniej więcej w szóstej klasie, miałem normalne radio, a jedną z moich ulubionych audycji był talk-show nadawany jakoś od dziesiątej do rana na KGO z San Francisco. Naprawdę się wciągnąłem. Do programu dzwonili słuchacze.
- A gdy dzwonili i opowiadali, co im leży na sercu, ja formułowałem pytania, jakby rozmawiali ze mną. Bardzo, bardzo interesowały mnie wiadomości i serwisy informacyjne, ale czytałem mało.
- Potrafiłem leżeć w łóżku całymi godzinami i słuchać wyłącznie wiadomości. Meet the Press albo jakichkolwiek innych. W niedzielne wieczory najbardziej lubiłem przeczesywać różne częstotliwości w poszukiwaniu talk-show, programów z udziałem słuchaczy czy jakichś audycji dokumentalnych. Wciąż najbardziej je lubię. Wolałem całymi dniami słuchać audycji niż muzyki.
- Ludzie mogą pomyśleć, że byłem koszmarnie poważny. Ale ja w tym wieku czerpałem prawdziwą przyjemność ze słuchania, jak mówią inni. Poprawiało mi to nastrój. Często nie miało większego znaczenia, o czym mówili. I zdałem sobie sprawę, już wtedy, że znaczna część mojego zamiłowania do programów tego rodzaju wcale nie wynikała z ich treści, ale właśnie z tego, że ludzie mówili! A ja podsłuchiwałem ich rozmowy.
- Nigdy nie rozmawiałem o tym z rodzicami.
Wykształcony już w dzieciństwie nawyk izolowania się od innych niewątpliwie przyczynił się do tego, że Ted później nie potrafił integrować się społecznie. Oczywiście, jak ujawnił w wywiadzie telewizyjnym transmitowanym na cały kraj w dzień jego egzekucji, już jako mały chłopiec krążył po okolicy i szukał w śmietnikach fotografii nagich kobiet.
1980
9 stycznia
- Tak naprawdę nigdy nie zaciekawił mnie zorganizowany sport, bo wydawał się taki poważny. Nawet w dziecięcych rozgrywkach futbolowych trenerzy nie mieli litości dla dzieciaków. Długie, pełne potu i błota treningi! I bardzo drogie stroje. Mojej rodzinie często brakowało pieniędzy, w każdym razie na pewno nie zbywało.
- Zawsze uważałem, że jestem za mały. To uczucie zaczęło pojawiać się w gimnazjum. Że jestem za chudy albo za niski do sportu. To nie była prawda, ale nigdy się do tego nie zmuszałem.
- Tata też nie miał do niego zamiłowania, najmniejszego. Nigdy nie chodził na mecze futbolowe. Mama nie lubiła sportu, bo kosztował. Nie miałem więc tej rodzicielskiej motywacji. Tata nigdy nie grał ze mną ani w koszykówkę, ani w baseball, ani w futbol. Nigdy nie rzucaliśmy do siebie piłką. Nigdy nie nauczono mnie podstawowych umiejętności sportowych.
- Zostawiono mnie więc samemu sobie. Próbowałem dostać się do szkolnej drużyny koszykarskiej i kilka razy do baseballowej, ale nie udawało mi się. Była to dla mnie koszmarna trauma. Nie wiedziałem, co robić. Brałem to do siebie. Zawsze uważałem, że powinno mi iść lepiej. Było to źródłem pewnego cierpienia.
- Powiem ci coś. Tego rodzaju niezobowiązujące wyznania, że zawsze martwiłem się, że jestem za chudy... że nie lubiłem sportów drużynowych, że przeżywałem traumę, bo nie dostałem się do drużyny baseballowej. Takie rzeczy. Spostrzeżenia na temat matki, że nie potrafiła komunikować się w zadowalający mnie sposób. Tak naprawdę z nikim wcześniej o tym nie rozmawiałem.
- Z nikim! Nawet z mamą, z braćmi i siostrami, nawet z Liz [jego dawna narzeczona] ani z nikim innym. Może nigdy nie było okazji. Ale przecież powinny się zdarzyć okazje, prawda?
10 stycznia
- Nie chodzi o to, że doszło do jakichś znaczących wydarzeń [w dzieciństwie], znaczący był ich brak. Pominięcie ważnych wypadków. Miałem wrażenie, że intelektualnie się rozwijam, ale społecznie nie.
- W gimnazjum wszystko było w porządku. Byłem nawet na kilku prywatkach. Przed latem w drugiej klasie nie przypominam sobie niczego, co mogłoby wykrzywić lub jakoś inaczej utrudnić moje postępy. A jednak poszedłem do liceum i nie poczyniłem żadnych postępów. Jak to wyjaśnić? Nawet teraz do końca nie wiem, jak to opisać.
- Wtedy rozumiałem z tego mniej niż teraz, a teraz tak naprawdę wciąż całkiem tego nie rozumiem. Może w domu zabrakło mi wzorców, które mogłyby pomóc w szkole. Nie wiem.
- Czułem się wyobcowany w stosunku do starych przyjaciół. Nie to, że mnie nie lubili, ale poruszali się w szerszych kręgach, a ja nie. Chłopaki mieli auta albo pracę, albo gruby portfel, albo drogie ubrania - cokolwiek by to nie było, zdawało się, że wszystko to nie jest dla mnie.
- W liceum stawiano mnie gdzieś pomiędzy nieśmiałym a introwertykiem. Choć istniały wyjątki. Uwielbiałem jeździć na nartach. Zasadniczo żywo reagowałem na innych. Nie chodziłem ze wzrokiem wbitym w ziemię, jak jakiś głupek. Zabierałem głos na lekcjach. Wierz mi, jeśli można jakoś opisać moje dokonania w klasie, to określeniem "nad wiek rozwinięty". Zawsze taki byłem. W takim otoczeniu. To sformalizowane otoczenie. A podstawowe zasady są dość ścisłe. A twoich dokonań nie ocenia się podług tego, co się dzieje, gdy wszyscy dzielą się na małe kliki na korytarzach.
- Nie wiem dlaczego. I nie wiem, czy istnieje jakieś wyjaśnienie. Może chodzi o coś zaprogramowanego przez geny. Na wczesnym etapie nauki wydawało się, że problemów z przyswajaniem stosownych zachowań społecznych nie ma. Zdawało się, że do ściany doszedłem w liceum.
- Wizyta u terapeuty nigdy nie przyszła mi do głowy. Nie sądziłem, że dzieje się coś złego. Nie byłem pewien, co jest dobre, a co złe. Wiedziałem tylko, że czuję się nieco inny od reszty.
- Rekompensowałem to sobie następująco: "Cóż, takie rzeczy mnie nie cieszą. Nie lubię pić. Mam gdzieś ten luz, te głupstwa. Jestem poważnym uczniem. Jestem ponad to". W pewnym stopniu broniłem się w ten sposób przed czymś, czego, jak sobie tłumaczyłem, nie pragnąłem.
- Znaczna część moich aspiracji do stania się typem naukowca, osobą zainteresowaną poważnym studiowaniem, była tak naprawdę mechanizmem obronnym. Kilka razy oskarżano mnie o wyniosłość, arogancję i snobizm. Ale był to po prostu mechanizm obronny, który chronił moją nieco introwertyczną naturę. Posługiwałem się nim, by równoważyć ewidentny strach przed udzielaniem się towarzysko. A może chroniłem też siebie, ponieważ nie potrafiłem osiągnąć celów społecznych, na których mi zależało.
- W liceum coś pokrzyżowało mój rozwój, emocjonalnie i społecznie. Nie żebym popadał w jakieś tarapaty. Albo chciał robić coś złego.
- Chociaż chciałem być częścią tajnych stowarzyszeń, klubów i tak dalej, brakowało mi umiejętności towarzyskich lub motywacji, aby to osiągnąć. Wydawało się, że co bardziej towarzyscy uczniowie z klasy mnie onieśmielali, mimo że wcale nie darzyłem ich niechęcią.
- Co dziwne, dzięki dużemu zainteresowaniu nartami miałem styczność z najbardziej towarzyskimi i aktywnymi społecznie osobami z rocznika. Ale i tak nigdy nie wyszedłem ze swojej skorupy.
- Na płaszczyźnie umysłowej działo się we mnie wiele najróżniejszych rzeczy. Czułem się gorszy, częściowo z powodu pieniędzy. Moja rodzina nie miała problemów finansowych per se, ale zawsze zazdrościłem dzieciakom mieszkającym w domach z cegły, należących do różnych dyrektorów czy lekarzy. Czułem się niejako upośledzony w stosunku do ludzi, którzy mieli pieniądze, spełnionych zawodowo rodziców oraz wszystkich tych świętoszków.
11 stycznia
W ostatniej klasie liceum im. Woodrowa Wilsona w Tacomie Bundy zgłosił się na wolontariusza przy okazji lokalnych wyborów. Zachwyciło go to doświadczenie. Trzy lata później pracował jako oficjalny szofer republikańskiego kandydata na zastępcę gubernatora. Zaś w 1972 roku pracował dla Dana Evansa, republikańskiego kandydata na gubernatora.
- Polityka dawała mi szansę zbliżenia z ludźmi - stwierdził. - Towarzyskiego zaangażowania... będącego skutkiem współpracy z innymi. Naprawdę można się zbliżyć. Pije się co wieczór, ludzie ze sobą sypiają. To pewien rodzaj wbudowanego życia towarzyskiego. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie zaznałem.
- Jak już mówiłem, w młodszych latach brakowało mi umiejętności towarzyskich. To jedna z możliwych charakterystyk, i brzmi prawdziwie. Ale polityka wiele mi dała. Dała mi wskazówki i zapewniła szkołę w wielu sprawach niezwiązanych z nią bezpośrednio; nauczyła rzeczy, które musiałem znać. W polityce możesz poruszać się pomiędzy różnymi klasami społeczeństwa. Możesz rozmawiać i przebywać z ludźmi, do których inaczej absolutnie nie miałbyś dostępu.
12 stycznia
Jednak polityka nie rozwiązała innego problemu, który zaczął się wówczas rozwijać - problemu zdiagnozowanego później przez psychiatrę obrony jako zaburzenia afektywne dwubiegunowe, czyli depresja maniakalna.
- Pytaliście o moje huśtawki nastrojów - zadumał się Bundy. - Jestem ich doskonale świadomy. Może określenie "huśtawki nastrojów" nie jest do końca właściwe, ale rzeczywiście trudno mi zrozumieć, co się dzieje. To znaczy przewidzieć je albo spojrzeć wstecz i określić jakiś wzorzec. Nigdy nie potrafiłem tego logicznie wyjaśnić.
- Nie stoją za tym fazy księżyca ani żadne inne znane mi czynniki. I powtórzę: być może termin "huśtawki nastrojów" jest niewłaściwy. To po prostu zmiany. Niezwykle trudno to opisać, ale mam ochotę po prostu leżeć [sic]. Tracę motywację do czegokolwiek! Po prostu marnuję masę czasu, naprawdę, nie robiąc zupełnie nic.
- Nie czuję się jakoś szczególnie przygnębiony. Po prostu brakuje energii. Pragnienia, by cokolwiek robić. Po prostu "błeee"! Nie można tego scharakteryzować jako przygnębienie lub głęboki smutek.
- Nie rozmyślam o smutnych sprawach - choć jak najbardziej bym mógł! Nie rozmyślam o rozpaczy. Nawet w tych mdłych okresach potrafię być naprawdę radosny i towarzyski. Przynajmniej przez pewien czas. Tak długo, jak wymaga sytuacja. A potem, równie szybko, znowu osuwam się w wegetację.
- Ukrywanie okresów braku aktywności stało się elementem mojego charakteru, mojej fasady. To naprawdę połączenie braku aktywności z brakiem motywacji czy zatraceniem kierunku.
- Stałem się ekspertem w okazywaniu czegoś zupełnie innego. Że jestem czymś bardzo zajęty. Wydaje mi się, że teraz już wiadomo, że ogromna część mojego życia była przed wszystkimi ukryta - że była tajemnicą. Robiłem to bez najmniejszego trudu.
- Chociaż w liceum może i często byłem zostawiany samemu sobie, nie był to wzorzec tak osobliwy i konkretny jak ten, który wykształciłem później, na początku lat 70. Może i trochę zamykałem się w sobie, ale w liceum nie byłem całkowitym introwertykiem. Na pewno nie wiodłem sekretnego życia, o którym nikt nie wiedział. Taka jest prawda! Nie miałem życia, które chroniłem przed innymi.
14 stycznia
Przeciwieństwem okresów depresji był "maniakalny haj", jak wyraził się Ted, wspominając uwieńczoną sukcesem ucieczkę z aresztu w Glenwood Springs (Kolorado) w Sylwestra 1977 roku. Był już wtedy osądzony za zeszłoroczne porwanie w Utah i czekał na proces w sprawie morderstwa pielęgniarki Caryn Campbell.
- Czułem się tak, gdy zwiałem z aresztu w Glenwood Springs. Miałem wrażenie, że wydarzenia po prostu się toczą! Wszystko układało się, jak chciałem. Gwiazdy sprzyjały! Jak to wyjaśnić? Miałem dobrą karmę! Chodzi o to, że wszystko poszło dobrze. A jeśli coś poszło źle, to następne wydarzenie z nawiązką to rekompensowało. Czyli jeszcze lepiej.
- Ludzie mówią, że to była taka przebiegła ucieczka. Cóż, wcale nie. Ale moja karma była taka dobra, że równoważyła wszystkie moje błędy. Po prostu wyszedłem frontowymi drzwiami kwater strażnika. Wcale nie chowałem się za śmietnikiem, jak twierdzili. Po prostu wyszedłem na ulicę. Nie poszedłem w stronę Main Street. Ruszyłem w drugim kierunku, ciemnymi ulicami, w stronę dużego kompleksu mieszkaniowego przy torach. Parkowało tam kilka samochodów.
- Sprawdziłem kilka z nich, chrupiąc butami w śniegu. Nie mogłem znaleźć żadnego z kluczykami w środku. Nie potrafiłem odpalić auta na zwarcie, nie? Więc szukałem we wszystkich, otwierałem drzwi i sprawdzałem pod matami i tak dalej. Wydostałem się z cholernego aresztu o wpół do ósmej, a o jedenastej nadal nie miałem samochodu!
- Mówię ci, musiałem włóczyć się bocznymi uliczkami... Przeszedłem wszystkie zaułki i dzielnice w Glenwood Springs. Nie kłamię. Prawdę mówiąc, niektóre przemierzyłem dwukrotnie, w tę i z powrotem.
- Przeszedłem od aresztu do liceum i jeszcze dalej. Aż do placów z używanymi samochodami. Przeszedłem na wschodnią stronę miasta i z powrotem do rzeki. Cofałem się, zawracałem i szedłem dalej. A samochodu nie mogłem znaleźć. Zaczął sypać śnieg, bardzo, bardzo mocno.
- I słuchajcie! Znalazłem auto z kluczykami. Jakiś stary gruchot. Było może koło dziewiątej. Rozglądałem się za samochodem z zimówkami. Nie byłem głupi. Powiedziałem sobie: "Jeszcze poszukam". No i poszukałem, ale w końcu mówię: "Dobra, lepiej wezmę tamten". Gdy po niego wracałem, ktoś wybiegł z budynku, wskoczył do środka i nim odjechał.
- To był jeden z tych wieczorów. Bo widzicie, gdybym zabrał to auto, od razu poszłoby zgłoszenie.
- W końcu, około jedenastej w nocy, znalazłem tego małego MG. Miał przedni napęd i nabijane opony z przodu. Wskoczyłem do środka i go odpaliłem. Chodził tak: "Dud-dud-dud-dud-dud-dud... buh-buh-buh-buh-buh". Nie miał dwójki. Lewarek ciągle wydawał jakieś odgłosy. Ruszyłem na jedynce, nie było wstecznego. Ogrzewanie nie działało, a szyby od razu zaparowały. Ale nie zamierzałem się wahać.
- Stał na mieszkalnej ulicy nad rzeką. Przetarłem szyby najlepiej jak potrafiłem. Wszystko ustawiłem... i pojechałem tą szeroką ulicą, przy której stoi posterunek! Zatrzymałem się na światłach. Skręciłem w prawo. Przejechałem most na rzece Kolorado. W baku było mało benzyny, więc zaraz za mostem zatrzymałem się i zatankowałem. Samoobsługa. Zapłaciłem i pojechałem dalej.
- Mocno sypało. Ale jechałem na jedynce, a potem udało mi się wrzucić trójkę. Wruum! Wruum! Wruum! Nie chciał odpuścić tej trójki. Wejście na czwórkę zajęło mi z dwadzieścia minut. A potem, wiecie, pochyłość. Wszędzie roiło się od pojazdów - ciężarówek, aut, autobusów - wpadały na pobocze, traciły przyczepność. Ludzie zakładali łańcuchy na koła.
- A ja wrzuciłem trójkę i do dechy. Kluczę, lawiruję jak w slalomie. Zamknąłem oczy, bo wszędzie było pełno stanowej drogówki, która pomagała ludziom. Flary i w ogóle! Nawet nie zwolniłem. Wruum!
- Wiedziałem, że jeśli zatrzymam się w tym małym chujku na wzgórzu, to nigdzie nie dojadę, bo nie mogłem wrzucić dwójki. Większość drogi do Vail biegła czteropasmową autostradą. Nie widziałem jezdni przed sobą. Po chwili nie mogłem jechać na czwórce. Została tylko jedynka. Śnieg sięgał ponad maskę, prawda? I w końcu słychać "pfiuuuu...". I stanął.
- Miałem na nogach tenisówki z aresztu. Nie mogłem zepchnąć samochodu na pobocze, gdziekolwiek wtedy byłem. Nie potrafiłem nawet powiedzieć, gdzie jest autostrada! Bałem się śmiertelnie, że pojawi się jakiś patrol drogowy. Minęło mnie kilka samochodów. Przez chwilę najbardziej ze wszystkiego bałem się śmierci z wyziębienia.
- Do Vail było jakieś czterdzieści kilometrów, do Glenwood Springs przynajmniej drugie tyle. W zamieci - prawdziwej zamieci śnieżnej.
- Nadjechał ten facet w mazdzie. Pomachałem i zwolnił. Pomógł mi zepchnąć mój samochód - rozumiecie, mój samochód! - z autostrady. Powiedziałem mu: "Najlepiej go tutaj zostawię, bo żona rodzi w Denver. Muszę się dostać do Denver".
- Powiedział, że jest z Ogden - wojskowy, wracał z jakiejś bazy w Kentucky. I mówi: "Wskakuj pan, przyda się towarzystwo". Mieliśmy problem, żeby ruszyć, bo miał prawie gołe opony. Ale wtedy zjawił się wielki pług, rzucił nam łańcuch i ruszyliśmy. Jechaliśmy tuż za nim aż do Vail.
- W Vail dowiedzieliśmy się, że przełęcz jest zablokowana. Nie miał łańcuchów i nie pozwolili nam spróbować przejechać, więc wróciliśmy na dół.
- Gdy zjeżdżaliśmy z góry, przy szosie stał miejscowy glina. Zatrzymaliśmy się, spuściłem szybę i zapytałem go, gdzie moglibyśmy jakiś czas przeczekać. Było pewnie koło drugiej w nocy. Pokierował nas do Holiday Inn, gdzie mieli wielki kominek. Ale wiedzieliśmy, że przełęczy szybko nie odblokują. Pogoda się nie poprawiała.
- Wysiadłem i próbowałem skombinować jakiś transport, bez powodzenia. W końcu według rozkładu miał odjeżdżać autobus Trailways. "Przykro mi stary, ale muszę ruszać dalej", powiedziałem.
- Po dotarciu do Denver nadal czułem te pozytywne wibracje. Razem z trzema innymi facetami pojechaliśmy jedną taksówką na lotnisko. Czułem się tak dobrze, nawet za nią zapłaciłem!
- Wszedłem na lotnisko i udałem się prosto do lady, szukałem pierwszego lotu do Chicago. Planowałem polecieć do jakiegoś wielkiego miasta. Intensywny, intensywny, intensywny ruch. Bez szans, żeby mnie wytropić. Był Sylwester. Wiedziałem, że mają marne szanse, żeby mnie wytropić.
- O 8.55 był lot TWA. Rzuciłem pieniądze i nawet nie zwolniłem, bo zostało mi niecałe pięć minut. Miałem plastikową reklamówkę Bell Telephone z dodatkową koszulką, jakąś bielizną i różnymi innymi rzeczami.
- Po prostu się nie zatrzymywałem. Zainstalowałem się w samolocie. Powoli zapiąłem pas i powiedziałem: "Potrzebuję szkockiej i wody, szybko!". Wszystko zdawało się grać - przez cały czas, po prostu perfekcyjnie. Widzicie, ta ucieczka w ogóle nie była przebiegła. Co więcej, została przeprowadzona niezdarnie.
Maniakalny haj utrzymał się jeszcze kilka dni.
- W Ann Arbor - kontynuował Bundy - było tylko bum, bum, bum! Byłem po prostu spokojny. Rozmawiałem z ludźmi w barach. Och, świetnie się czułem! Czułem energię, siłę. Niczego mi nie brakowało.
- Straciłem to. Poczułem, jak się wymyka, jak w starych filmach, gdy duch unosi się ze zwłok. Wymknęło mi się to kilka dni później, na dworcu autobusowym w Atlancie. Po prostu wyparowało. Mogłem jedynie obserwować, jak znika.
- Czekałem na autobus w Omni [na widowni] i obserwowałem konwencję odbywającą się na głównym poziomie. Było tam pełno ludzi wybierających się na mecz Hawksów. A ja ich obserwowałem - ludzi, którzy mieli prawdziwe życia, jakieś pochodzenie, historię, dziewczyny, mężów i rodziny. Którzy się śmiali i wesoło ze sobą rozmawiali. Którzy zdawali się mieć tak wiele z tego, czego ja chciałem!
- I nagle zacząłem się czuć coraz mniejszy, mniejszy i mniejszy. Coraz bardziej niepewny. Coraz bardziej samotny! Obserwowałem grupki rozmawiających par, spacerujące w stronę bramy. Kawałek po kawałku czułem, że coś ze mnie wycieka. A gdy wysiadłem z autobusu w Tallahassee, było już kiepsko. Odkąd tylko postawiłem stopę na Tennessee Street, powtarzałem sobie: "Muszę stąd wyjechać".
Faza depresyjna nadeszła kilka dni przed tym, jak Bundy w pijackim szale zaatakował pałką pięć studentek. Dwie z nich, członkinie Chi Omega, zmarły.
15 stycznia
Bundy porównał swój rozpad emocjonalny do losów protagonisty pierwszej książki Jamesa Clavella Król szczurów.
- Wspaniała, wspaniała książka o japońskim obozie jenieckim - zauważył. - Król Szczurów opanowuje tamtejsze otoczenie. Ale po wyzwoleniu jest mniej niż nikim. Ponownie staje się dawnym sobą. Trafia donikąd. Może i ja tam jestem. Nie wiem.
- Mój pierwszy test potwierdza, że jestem panem tego [więziennego] środowiska, zdecydowanie bardziej niż tamtego. Jakby powróciłem do wzorca. Czułem się przytłoczony. Pozbawiony kontroli. Czułem, że nie potrafię manipulować, o ile to dobre określenie, otaczającym mnie środowiskiem. Nie potrafiłem załapać potrzebnych mi rzeczy. Nie potrafiłem znaleźć pracy. Nie robiłem tego, co powinienem.
- Wiedziałem, co muszę robić, ale tego nie robiłem. Zdumiewa mnie to. Poniosłem ogromne fiasko. Robiłem wszystko to, czego nie powinienem. Nie możesz zapomnieć, że byłem uciekinierem, więc nie mogłem być prawdziwym sobą. Gdybym naprawdę był cwany i potrafił się kontrolować, to nie zrobiłbym tego, co zrobiłem, bo to było koszmarnie głupie.
Powiedziałem Tedowi, że zabrzmiało to tak, jakby lubił siedzieć pod kluczem.
- Każdy dojrzewa - odparł, po czym przeszedł do kolejnej przemowy. - Jestem tego pewien, nieważne gdzie przebywa. W ciągu ostatnich kilku lat wiele razy miałem wrażenie, że patrzę ze szczytu góry i dostrzegam wiele rzeczy, których nigdy wcześniej nie widziałem. I doceniam wiele rzeczy, których wcześniej nie doceniałem.
- Jestem o wiele bardziej pewny siebie. To naprawdę wspaniałe. Ale oto jestem - tutaj.
- Myślę, że w końcu mam odpowiednią perspektywę. I coś w rodzaju pewności siebie. Może się to brać, przynajmniej po części, z tego całego rozgłosu. Nie wiem. Stałem się rozpoznawalny w strasznie dziwaczny sposób. Czuję się odporny. Mam wrażenie, że nikt nie może mnie skrzywdzić.
- Nie jestem pewien dlaczego. Może udałoby się osiągnąć tę perspektywę także poza więzieniem. W każdym razie wszystko, począwszy od zmiany diety - a to naprawdę coś - traktuję bardzo poważnie. Czuję się swobodnie, o wiele pewniej rozmawia mi się z ludźmi. Wiem, kim jestem.
- Wiem, że nie muszę nikogo za nic przepraszać. Wiem, że nikt niczym mnie nie zaskoczy. Nie żeby mnie zaskakiwali. Ale nic nie wyskoczy nagle z pudełka. Czuję się jak kot. Świadomy otoczenia. Dieta to jedno. Joga. Jedna z bardziej ezoterycznych rzeczy, którą wcześniej przegapiłem.
- Pobyt w więzieniu pomógł mi wiele zrozumieć na temat ludzkich zachowań, bo w więzieniu zachowanie jest bardzo elementarne, i bardzo bezpośrednie. Bardzo brutalne. Ale stanowi analogię subtelniejszych, bardziej wyrafinowanych zachowań z ulicy. Nikt mnie już nie zaskakuje. Uważam, że już wiem, dlaczego ludzie zachowują się tak, a nie inaczej. Rozumiem zachęty. W otoczeniu handlarzy narkotyków po raz pierwszy zrozumiałem motyw korzyści. Rozumiem ekonomię w sposób, w jaki wcześniej jej nie pojmowałem.
- Rozumiem przemoc - i się nie boję. Niczego się nie boję. I to niesamowite zabezpieczenie. Nie boję się śmierci. Może o to w tym chodzi. Nikt ani nic mnie nie onieśmiela. A dawniej onieśmielało mnie wiele sytuacji. I wielu ludzi. Brak zrozumienia motywacji. Teraz potrafię mówić co myślę, bez tego całego zakłopotania.
- Ludzie chyba postrzegają mnie inaczej, ale ja uważam się za łagodnego. Uważam się za łatwego do onieśmielenia. I za dość prostego. Nieciekawego, nawet nieatrakcyjnego. Nie w sposób ohydny i rzucający się w oczy, przez który całymi dniami siedziałbym sam w pokoju i się trząsł, ale w ten poczciwy, nudny i mało przyjemny.
- Rzadko zauważałem, gdy ludzie byli mną szczerze zainteresowani. Po prostu nie doceniałem własnej wartości. To dziwne, prawda, że w tych okolicznościach mój wizerunek we własnych oczach jest silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej?
- To jak objawienie. Wspaniałe. Teraz nie wiem, czy gdybyście zabrali mnie z tego środowiska i odstawili na ulicę, to wróciłbym do tego dawnego siebie, do Waltera Mitty'ego. Nie jestem Walterem Mittym. To niedobre porównanie.
- W areszcie w Salt Lake City śmiertelnie się bałem [Bundy trafił tam po pierwszym oskarżeniu, o porwanie z zamiarem zamordowania dziewiętnastoletniej Carol DaRonch, jedynej znanej nam kobiety, która uciekła po tym, jak już znalazła się w jego samochodzie]. Wtedy, w październiku 1975 roku, przez kilka pierwszych dni każdej nocy spodziewałem się, że umrę. Śmiertelnie się bałem! Każdego dnia. Myślałem, że mnie zabiją.
- Zwierzęta to wyczuwają. Jak w tym starym powiedzeniu, że pies potrafi wyczuć, jeśli się go boisz. Wyczuwają to, i kilku facetów się do mnie przez to dobrało. To znaczy nic się nie stało. Ale pytali: "Ej, Bundy, naprawdę to zrobiłeś?". To czy tamto. Teraz nikt już nie wkurwia mnie w ten sposób.
- W celi śmierci trafiłem na najtwardszych, najwredniejszych gości. Poderżnęliby ci gardło w mgnieniu oka. Mam ich za przyjaciół. Nie niepokoją mnie. Nie spodziewam się żadnych kłopotów z ich strony, no chyba że spróbuję ich jakoś wydymać. Ich podziwu tak naprawdę nie wywołują ludzie. Ale związana z nimi reputacja czy coś takiego.
- Po skazaniu w Salt Lake City zostałem umieszczony w bloku "A" Więzienia Stanowego Utah, tam gdzie Truman Capote kręcił The Glass House. Przez pewien czas śmiertelnie się bałem. Kilku facetów ciągle powtarzało: "Nie lubimy gwałcicieli". Krzywo na mnie patrzyli. Nazywali mnie gwałcicielem dzieci i tak dalej.
- Teraz nikt już by mnie tak nie traktował. Może i gadają. Ale w twarz nic mi nie powiedzą. Reputacja ich powstrzymuje. Boją się, że coś im zrobię. I gdyby przyszło co do czego, pewnie tak by było. Może chodzi o mój sposób bycia. Możliwe, że szanują to, jak obchodzę się z władzami. Jak je wyjebałem. Jak zmusiłem je do zapłacenia. Nikt nie powiedział mi złego słowa. Nie padło nawet jedno niemiłe słowo.
- Oni - każdy jeden - będą próbowali cię dopaść zaraz po przyjściu. Uwezmą się. Będą próbowali zmusić cię, żebyś załatwiał im narkotyki, i obiecywać, że kiedyś się odwdzięczą. Zawsze uderzają do nowych po koks i papierosy. Ja im na to, żeby spierdalali.
- Sydney Jones to świetny skazaniec. Jakieś 130 kilo wrednego, czarnego sukinsyna, dla którego musieli zrobić specjalne kajdanki, bo zwykłe rozrywał. Sydney pyta mnie o coś, a ja na to, żartobliwie: "Sydney, weź spierdalaj". Przyszła moja paczka świąteczna i Sydney mówi: "Bundy, chcę trochę ciasteczek". A ja na to: "Posłuchaj, muszę zadbać o siebie".
- Interesowały go moje książki prawnicze. Interesują go książki prawnicze wszystkich. To nic osobistego. Mówię mu: "Sydney, jak chcesz te książki prawnicze, to wyrwij drzwi swojej celi, przyjdź wyrwać moje, potem wyrwij okno - a książki zabierzemy ze sobą!".
- Raz opanował skrzydło "Q". We wrześniu 1978 roku. Ze swoim kumplem Johnem Jeffersonem. Drzwi w skrzydle "Q" nie otwiera się zdalnie. Wszystkie drzwi do cel mają osobny klucz. Więc znaleźli jakiś sposób na mechanizm zamka, tak że wystarczyło, że trochę poszarpali i drzwi się otwierały.
- Robili to przez rok czy dwa. Nocami nie robili nic innego, tylko otwierali drzwi, chodzili palić trawę, dymać się nawzajem, czy na co tam mieli ochotę. Ale, co dość zaskakujące - mnie to zdumiało - żaden z nich nie próbował uciec. Po prostu się wygłupiali.
- I tak pewnego dnia postanowili opanować skrzydło. Nawet nie wiedzieli po co! Żaden nie miał morderczego zacięcia. Zrobili to, bo po prostu byli zadymiarzami. Po prostu potracili głowy. Nie wiedzieli, co robić, więc koniec końców się poddali.
23 stycznia
Gdy proces w sprawie Leach wkroczył w trzeci tydzień, Ted zaczął tracić opanowanie. W rozmowie z Carole Boone (z którą ożenił się po zakończeniu procesu) narzekał na los oskarżonego w procesie, którego wynik jest dawno przesądzony.
- Vic [Africano, główny obrońca Bundy'ego] urządza mi pogadankę przy obiedzie. Mówi: "Co się dzieje? Czemu jesteś taki zmartwiony?". Wyjaśniłem mu, a on na to: "Wyglądamy na rozstrojonych. Ludzie mogą zauważyć, że jesteś zmartwiony".
- Powiedziałem: "Wolisz, żeby kto był rozstrojony? Ja czy ty?". Odpowiedział: "Twoja postawa... jest ważna. Może ci zaszkodzić".
- Pierdolę te bzdury! Przegraliśmy to już dwa lata temu. Co to w ogóle za gówno? Próbuje ze mną rozmawiać, jakbyśmy jeszcze mieli jakieś szanse.
- Powiedziałem Vicowi, że się rozklejam. Po prostu już nie wytrzymuję. Przepraszam. Po prostu zaczynam się gubić. Byłem silny tak długo, jak mogłem. Zapytał: "Myślisz, że pielęgniarka może dać ci coś, co cię uspokoi?".
- Nie wiem, czego ci goście ode mnie oczekują. Mam nie tylko przetrwać wybór ławników i słuchać tego całego łajna, ale później jeszcze kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa kolejnych świadków. Mam tego dość. Potrzebuję trochę cholernej specjalnej uwagi. Domagam się jej!
- Wścieka mnie to, że daję się tak zapędzić do narożnika. Jakby naprawdę było jeszcze o co grać. Daję się zmuszać do odgrywania roli. I siedzę tam i pochłaniam każdą sekundę! Zaczynam się za to nienawidzić. Przecież to cholernie fałszywe. A jednak pozwalam sobie na odgrywanie tej roli. Czuję się koszmarnie. Wydaje mi się, że nic nie ma sensu.
- Możliwe, że najbardziej by mi się opłaciło, gdybym poszedł i spróbował zasnąć. Bo w tej chwili chcę się jedynie oderwać, zalać albo zajebać. Albo coś takiego. Po prostu sobie z tym nie radzę.
I wtedy jego nastrój uległ zmianie.
- Jedno z moich ulubionych marzeń - powiedział Carole - to posiadać całą bieliznę i wszystkie skarpetki, jakie tylko zdołałbym wykorzystać. To jedna z moich fantazji. Móc codziennie wkładać nowe skarpetki. Muszę przyznać, że mam z trzydzieści, czterdzieści par skarpetek, wszystkie kupiłem z [ukradzionych] kart kredytowych.
- Zawsze czułem się pozbawiony bielizny. Zawsze czułem, że gdybym tylko posiadał wszystkie skarpetki i całą bielizną, jaką zdołałbym wykorzystać, to naprawdę by mi się udało. Nawet w Pensacoli [gdzie Teda aresztowano po raz ostatni] poszedłem do centrum handlowego po trochę skarpetek. Kupowałem skarpetki wszędzie.
- W kwestii skarpetek jestem naprawdę chory. To jedna z rzeczy, dzięki której ktoś może mieć na mnie haczyk. Są częścią szyfru do najgłębszych, najbardziej tajemniczych zakamarków mojego umysłu.
- Jestem ze swoimi stopami bardzo blisko. W tej chwili. Leżę na plecach ze stopami na barierce łóżka. I studiuję swoje palce. Przez sporą część nocy. To przypuszczalnie najatrakcyjniejsze stopy, jakie widziałeś.
- Jestem pewien, że teraz wszyscy ci funkcjonariusze organów ścigania w całym kraju przeglądają swoje nierozwiązane sprawy w poszukiwaniu czegoś związanego z obecnością lub brakiem skarpetek.
- Skarpetki to bardzo poważna część mojego życia. Są dla mnie bardzo ważne. [W sądzie] odczytują wykaz skarpetek i w ogóle, a mnie rozpiera duma. Szczerze, nie miałem pojęcia, że ludzi może dziwić, że mam tyle skarpetek. A ja po prostu byłem dumny, że te wszystkie skarpetki należą do mnie. Jak człowiek stojący na werandzie, spoglądający na swoje ranczo i pasące się bydło.
- Lekkie zażenowanie poczułem, tylko gdy przeczytałem o białej skarpetce z niebieskim paskiem i zielonym prążkiem na dużym palcu. To pochłaniacze odoru - i zaczęło robić się trochę zbyt intymnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki