Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu - Alysia Abbott

-
Proszę czekać

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl,

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl,

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl,

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2015

Wydanie I

PROLOG

Jest późne letnie popołudnie. Wjeżdżamy na most Golden Gate naszym volkswagenem garbusem, rocznik 1972. Patrzę na dłonie ojca obracające kierownicą w miękkim pokrowcu. Pomiędzy jego kciukiem a palcem wskazującym tkwi długo już niepalony żarzący się papieros. Ojciec prostuje kierownicę, zrzucając tym samym grubą warstwę popiołu, i po raz kolejny powtarza nazwę miejsca, do którego jedziemy, miejsca, w którym nigdy przedtem nie byłam: Sausalito. Brzmienie tego słowa przypomina mi lądujące i startujące statki kosmiczne, wyobrażam więc sobie, że przyjęcie odbędzie się w latającym spodku. Mam pięć lat.

Podjeżdżamy pod duży różowy dom z suszonej na słońcu cegły. Drzwi otwiera nam wysoki mężczyzna z kręconymi włosami, w okularach przeciwsłonecznych i frywolnym różowo-fioletowym szlafroku. Serdecznie przytula ojca i zaprasza nas do środka. Prowadzi przez kolejne pokoje i pokazuje przedmioty, które wolno mi rozbić, i te, na które muszę uważać, ponieważ to antyki. Wchodzimy na duży taras z basenem. Na wiklinowych i szklanych stolikach stoją misy z ponczem, chipsy i małe kanapki. Z głośników tak wielkich jak ja sama rozlega się muzyka. Nie ma tu innych dzieci.

Jeszcze nie umiem pływać, ale chciałabym wejść do wody. Pod jej gładką powierzchnią dostrzegam na dnie basenu lśniące turkusowe kafle odbijające promienie słońca. W odpowiedzi na moje błagania tata rozbiera mnie i stawia na drugim schodku, nakazując, bym stała spokojnie.

Z betonowego stopnia obserwuję, jak dokoła harcują w różnym stopniu nadzy przyjaciele mego ojca. Młodzi mężczyźni tańczą wokół basenu przytuleni do innych młodych mężczyzn. Gdy tak stoję i przyglądam się tej scenie, prawą stopą ukradkowo badam wodę. Robię krok i odnajduję kolejny schodek. Zniżam się, wciąż stojąc, z głową i ramionami bezpiecznie wystającymi ponad powierzchnię. Ojciec, pogrążony w rozmowie z gospodarzem, nie patrzy, wyciągniętymi palcami stóp szukam więc następnego poziomu, na którym mogę bezpiecznie stanąć, nie wychodząc. Ciepła woda obmywa suchą skórę, a mnie się zdaje, że odkryłam tajemną ścieżkę do jakiegoś magicznego miejsca, morza syren.

Oszołomiona lśniącymi w basenie kryształkami, ogłuszającą muzyką i złotym światłem późnego popołudnia przesuwam się coraz głębiej, wciąż odnajdując kolejne bezpieczne stopnie. Potem robię następny krok, ale schodów już nie ma i nagle pochłania mnie ciepła woda, wlewa się do ust, nosa i uszu. Histerycznie macham rękami, by pozostać na powierzchni, i próbuję wzywać pomocy, ale nie potrafię utrzymać głowy nad wodą wystarczająco długo, by wykrzyczeć całe słowo "Help!" [pomocy], więc wołam jedynie "Hell! Hell!" [cholera].

Z jednego z leżaków przy basenie spogląda na mnie jakaś młoda kobieta i woła do ojca:

- Steve, czy to nie twoja córka podskakuje tam, w wodzie?!

Ojciec krzyczy:

- Podaj mi rękę!

Wyciąga mnie na chropowatą krawędź basenu, gdzie wypluwam gorzką od chloru wodę przez piekące gardło i nos. Jeszcze przez wiele lat nie nauczę się pływać, co (podobnie jak nieumiejętność jazdy na rowerze do czasu college'u i orientacja seksualna mego ojca) będzie dla mnie źródłem skrywanego wstydu.

Tego dnia ojciec zapisuje w swoim dzienniku "Alysia - incydent w basenie", a pod spodem szkicuje mały rysunek mojej chudej ręki wystającej z falującej wody. Kiedy później znajduję ten wpis, uśmiecham się z przyjemnością.

Dzienniki ojca znalazłam w szafie w naszej jadalni cztery miesiące po tym, jak zmarł z powodu powikłań związanych z AIDS. Od zawsze wiedziałam, że pisał pamiętniki. Kiedy zaglądałam przez podwójne drzwi oddzielające mój pokój od salonu, w którym sypiał tata, widziałam go, jak siedzi na brzegu zapadającej się wersalki, z nogą założoną na nogę, machając stopą i bazgrząc coś w notesie chwiejącym mu się na kolanach. Jako dziewczynka czekałam zwyk­le, aż ojciec wyjdzie z mieszkania, po czym zaglądałam ukradkiem do skrzynek po mleku, gdzie trzymał książki, i wyjmowałam stamtąd dwa czarne zeszyty w twardej oprawie, w których opisywał nasze życie w połowie lat siedemdziesiątych. Przysiadałam na podłodze i przeglądałam kolejne strony, szukając dużego A (jak Alysia) lub A-R (w dzieciństwie nazywano mnie również Alysia-Rebeccah). Z przyjemnością czytałam fragmenty o małej sobie: jak, nie wiedzieć czemu, nazywałam ojca "mój biedny mały Da-da" albo o tym, jak zsiusiałam się do jego łóżka. Lubiłam świadomość, że mimo tak młodego wieku mam już własną historię i nie jestem tą samą osobą co kiedyś.

Kiedy tamtego popołudnia wiosną 1993 roku postanowiłam posprzątać szafę w jadalni, nie spodziewałam się znaleźć niczego nowego w dziennikach, których nie czytałam od wieków. Miałam dwadzieścia dwa lata, przez rok opiekowałam się ojcem, a potem patrzyłam, jak umiera w hospicjum Maitri w dzielnicy Castro, i sądziłam, że nic już bardziej mnie nie zaboli. To, czego przez całe życie się bałam, śmierć ojca, mojego jedynego rodzica, już się wydarzyło.

Sądziłam również, że nic mnie więcej nie zaskoczy. Po śmierci matki w wypadku samochodowym (miałam wtedy dwa lata) ojciec wychowywał mnie sam i rzadko wyznaczał jakieś granice. Po niemal dwudziestu latach spędzonych tylko we dwoje uważałam, że znam go jak samą siebie: ciepły papierosowy zapach, machanie stopą, kiedy się zamyślał, słabość do landrynek i czekoladowych pastylek, gdy próbował rzucić palenie. W kształcie jego dłoni i długości palców widziałam własne. Kilka ostatnich wspólnych miesięcy, w trakcie których siedziałam cicho obok taty w samotności hospicyjnego pokoju, uważałam za równie naturalne i normalne jak oddychanie.

Odważnie więc sięgnęłam między zeszyty i zza pudełka pełnego płyt Billie Holiday i Davida Bowiego obłożonych w pożółkłe gazety wyjęłam kilka notatników. Zapiski rozpoczynały się w 1971 roku, kiedy ojciec wciąż studiował, kończyły zaś w 1991, kiedy wywołane AIDS cytomegalowirusowe zapalenie siatkówki zaczęło odbierać mu wzrok i uniemożliwiać pisanie. Skupiłam uwagę na trzech zeszytach z lat 1971-1973, których wcześniej nie widziałam. Opisany był w nich krótki czas, kiedy tworzyliśmy rodzinę, obudziła się więc we mnie ekscytacja. Po raz pierwszy spotkałam swoją matkę w najlepszym z czasów: teraźniejszym.

Kiedy przeglądałam kolejne wpisy, pomyślałam, że nie powinnam czytać pamiętników ojca, że to naruszenie jego prywatności. Ale po naszym ostatnim wspólnym roku, a także dlatego, iż nie miałam rodziny, która pomogłaby mi uporządkować przedmioty gromadzone przez czternaście lat w tym mieszkaniu, poczułam, że to mój obowiązek. Czytając dalej, zrozumiałam, że ojciec przewidział, iż kiedyś mogę znaleźć jego zapiski:

9 września 1973

Znów chcę pisać, bardziej niż kiedykolwiek! Ale dla kogo mam pisać? Dla Johna - upadłego marzenia? Może dla siebie? A może dla Alysii, by kiedyś dowiedziała się, co robili jej rodzice.

Pamiętniki ojca rzeczywiście pozwoliły mi się dowiedzieć, co robili rodzice. Tyle że przedstawiona w nich historia rodziny bardzo różniła się od tej, którą nosiłam w sobie przez całe życie. Oto, co wiedziałam:

Rodzice poznali się w trakcie studiów magisterskich na Uniwersytecie Emory'ego w Atlancie, w Georgii. Stephen Eugene Abbott odmówił służby wojskowej w Wietnamie ze względu na przekonania, a na Emorym miał zacząć magisterium z literatury angielskiej. Barbara Louise Binder, zadeklarowana marksistka, robiła studia magisterskie na psychologii. Połączyły ich uwielbienie dla ruchu antywojennego i ruch SDS (Studenci dla Społeczeństwa Demokratycznego). Rok później wzięli ślub w obecności sędziego pokoju, a ja urodziłam się dziewięć miesięcy po tym, w grudniu 1970 roku. Żyliśmy szczęśliwie, póki pewnej nocy latem 1973 roku w samochód prowadzony przez moją mamę nie wjechał od tyłu inny pojazd. Mamę wyrzuciło przez przednią szybę, uderzyło ją kolejne auto i zginęła na miejscu.

Moja wersja rodzinnej historii uwznioślała tę tragedię. Foto­geniczna matka, która z wyróżnieniem ukończyła liceum w Kewanee w stanie Illinois, a potem - również z wyróżnieniem - Smith College, która uwielbiała psy, przegrane sprawy i robiła pyszną potrawkę z kurczaka, miała w chwili śmierci ledwie dwadzieścia siedem lat. Ojciec był w mamie tak bezgranicznie zakochany i tak zrozpaczony po jej śmierci, że został gejem i przeprowadził się ze mną do San Francisco. Od tamtej chwili spotykał się wyłącznie z mężczyznami, przez co opcja powtórnego ożenku i sprawienia mi rodzeństwa nie wchodziła w grę. Wszystkie problemy, które dotykały mnie jako dziewczynkę i nastolatkę, od trudności z dopasowaniem się przez nieustanną samotność i skłonność do otaczania się tajemnicami, spowodowane były śmiercią mamy. To był wypadek. Nikt nie zawinił.

A potem przeczytałam pamiętniki. I ukazała mi się inna historia.

Wyjazd do Atlanty. Spotkanie z prawnikiem. Czekam, prawnik opowiada o tym, że też pisze. Denerwuję się, strasznie dużo palę. Wpadam na pomysł powieści o Alysii pt. Córka Cygana. Zaczyna się na moim łożu śmierci - ona wspomina swoje dorastanie, moich chłopaków - pamiętniki itp., antycypacje i retardacje.

Zamieścił ten wpis w swoim dzienniku z 1975 roku, dwa lata po tym, jak matka zginęła, co uczyniło zeń samotnego ojca wymagającego malucha. Siedemnaście lat później miałam siedzieć przy łóżku taty, kiedy umierał. Trzydzieści pięć lat później opowiadam w końcu tę historię - historię, którą on sobie wymyślił - ale na swój własny sposób.

1

Za każdym razem, kiedy tata wspominał o dwupokojowym mieszkaniu, w którym mieszkali z matką na Peachtree Street, opowiadał o rybach. Kiedy rodzice zamieszkali razem, nie stać ich było na dekorowanie wnętrz. Podejrzanie poplamione orientalne chodniki, kiedyś piękne stare kredensy i stoliki kupili na wyprzedażach i przywieźli do domu na pace pożyczonego pickupa. Wszystkie pieniądze, jakie mieli (od rodziców mamy), wydali na tropikalne ryby, które kupili jednego dnia, w trakcie ataku romantycznego entuzjazmu. W wejściu do mieszkania stało duże akwarium z grubego szkła, w którym trzymali skalary. Za zasłoną z koralików, w pokoju, były dwa kolejne zbiorniki. W pierwszym gurami całujące pływały razem z maleńkimi niebieskimi i zielonymi gupikami wśród plastikowych roślin i małej figurki Neptuna oplecionej glonami. W akwarium naprzeciwko mieszkały południowo­amerykańskie piranie, które rodzice co wieczór przed pójściem spać karmili surową wołowiną.

Kiedy rodzice spotkali się po raz pierwszy na imprezie SDS-u, a mój ojciec powiedział matce, że jest biseksualny, ona odparła:

- To oznacza, że potrafisz kochać całą ludzkość, a nie tylko jej połowę.

Był 1968 rok i wszyscy mówili o rewolucji. Ojciec spędził tamto lato w Paryżu, wciąż huczącym po majowych demonstracjach, w trakcie których studenci skandowali: "Bądź rozsądny! Żądaj niemożliwego!". A na amerykańskich uczelniach protestujący przeciwko wojnie studenci zamykali kampusy od Berkeley po Columbię.

Moją matkę zaintrygowało otwarte podejście ojca do seksualności. W przeciwieństwie do poprzednich dziewczyn nigdy nie wyśmiewała jego zauroczenia mężczyznami. Była zazdrosna jedynie o związki z innymi kobietami, a według taty nawet lubiła chłopaków, którymi się interesował. W weekendy chodzili do Cove albo innych gejowskich lub mieszanych barów zlokalizowanych na obrzeżach centrum Atlanty. Tam matka podrywała młodych facetów, których ojciec sam by nie zagaił - takich, którzy nigdy dotąd nie byli zainteresowani homoseksualnym zbliżeniem, ale po pijanemu z chęcią przystawali na trójkąt. W pierwszych latach rewolucji seksualnej wśród młodych ludzi modne stało się eksperymentowanie. Kiedy rodzice szli na miasto, mama czasem przebierała się w męskie ubrania. Zdaniem taty ładny był z niej chłopiec.

W inne weekendy rodzice urządzali wieczorne przyjęcia, zabawiając znajomych z antywojennego i studenckiego środowiska szaradami, spaghetti i tanim czerwonym winem. Tata pisał, że po zakończeniu tych imprez był zawsze zadowolony, traktował bowiem siebie i mamę jak przywódców grupy intelektualnie zaangażowanych studentów. Gdy sprzątali po kolejnym spotkaniu, mama zaproponowała, by się pobrali.

- Właściciele mieszkań przestaną nas męczyć - tłumaczyła. - Dzięki prezentom ślubnym wyposażymy kuchnię i resztę mieszkania. Rodzice dadzą nam więcej pieniędzy. A oprócz tego życie właściwie się nie zmieni.

Ojciec wspominał, że z furią zamiatała zniszczone linoleum, "jakby wszystkie rozsypane elementy naszego życia mogła zebrać na szufelkę i wyrzucić do śmieci".

Rodzice pobrali się 20 lutego 1969 roku w biurze sędziego pokoju w centrum Atlanty. Nie zaprosili na uroczystość rodziny. Nie zrobili ślubnych fotografii. Na początku cieszyli się małżeństwem. "Było jak jakaś gra albo telewizyjny serial", pisał ojciec. Żartowali, że tata przypomina pioniera we flanelowej koszuli wracającego po długim dniu z uczelni do uroczej żony, która gotuje obiad i zmywa naczynia, podczas gdy on ciężko pracuje, studiuje i próbuje pisać. Jednak już kilka miesięcy po ślubie ich życie naprawdę się zmieniło. Znajomi ze studiów oddalili się, być może uznawszy, że skoro rodzice są małżeństwem, wolą być sami. Mamę gejowskie towarzystwo zaczęło irytować i nudzić, tatę za to nużyły domowe obowiązki.

Cztery miesiące po ceremonii ojciec dowiedział się o zamieszkach w nowojorskim Greenwich Village. Wczesnym rankiem 28 czerwca 1969 roku grupa gejów i transwestytów odparła rutynowy policyjny nalot na Stonewall Inn, prowadzony przez mafię gejowski bar na Christopher Street. Gwałtowne zamieszki i demonstracje, które nastąpiły w trakcie kolejnych wieczorów, miały przez wielu zostać uznane za początek współczesnej walki o prawa gejów.

Zainspirowany tymi wydarzeniami oraz odkryciem czasopisma kulturalnego "Gay Sunshine", mój ojciec, wówczas przewodniczący samorządu studenckiego na Emorym, napisał do studenckiej gazety felieton, w którym się ujawnił. Pisał o tym potem:

Miałem żonę, więc nikt nie mógł kwestionować mojej męskości. Oczywiście nie byłem gejem tylko dlatego, że seksualnie nie mogłem związać się z kobietą. Bez wątpienia to pozwoliło mi się ujawnić bardziej otwarcie i agresywniej, niż zrobiłbym to w innej sytuacji. A i tak musiałem zapłacić swoje. Straciłem przyjaciół. Dla Barb, jak twierdziła, najtrudniejsze było "współczucie" jej heteroseksualnych przyjaciół. "Jak możesz to znosić?", pytali. Nie chcieli zrozumieć, że wcale jej to aż tak nie przeszkadzało.

W ciągu następnych dwóch lat ojciec pomógł w formowaniu Frontu Wyzwolenia Gejów w Atlancie, jednej z setek organizacji powstałych na amerykańskich uczelniach po Stonewall. Został również redaktorem do spraw wyzwolenia gejów w offowym tygodniku "The Great Speckled Bird" w Atlancie - wciąż dzieląc życie i łoże ze swoją żoną.

Rok po ślubie, w pewien ciepły wiosenny wieczór 1970 roku, matka weszła do pokoju, w którym siedział ojciec, i zaczęła z przejęciem, zupełnie bez potrzeby, przestawiać krzesła i wyrównywać sterty papierów, które zaśmiecały jego biurko. Wyobrażam ją sobie w fioletowej bluzce z falbankami i brązowej sztruksowej minispódniczce, która podjeżdżała nad gołe kolana za każdym razem, gdy mama schylała się, by podnieść jakiś zabłąkany dokument. Tata podziwiał jej zgrabną figurę, kobiecą i konkretną. Mama wyprostowała jeszcze wiszący na ścianie kalendarz i spojrzała na męża.

"The Great Speckled Bird", okładka autorstwa Steve'a Abbotta z 28 czerwca 1971 roku. Własność Kolekcji Zbiorów Specjalnych i Archiwów Biblioteki Uniwersyteckiej Stanu Georgia.

W dzienniku ojciec zapisał, że Barb, oświetlona bulgoczącym, niebieskozielonym światłem akwariowym, przypominała jakieś morskie stworzenie. Wyglądała niczym rozbójniczka w podwodnej morskiej kryjówce, a jej duże oczy podkreślone były jeszcze czarnym eyelinerem i tuszem do rzęs.

- Jestem w ciąży - oznajmiła.

- Myślałem, że masz spiralkę.

- Wyjęłam ją. Nie pamiętasz?

Nie pamiętał. Po chwili zapytał:

- Sądzisz, że powinniśmy zatrzymać dziecko? Jakoś nie widzę nas tutaj z niemowlakiem. - Pokazał gestem mieszkanie, które nagle jakby się skurczyło.

- Chcę tego dziecka.

- Nie wiem, czy jesteśmy gotowi... No i pozostaje kwestia pieniędzy. Z twojej pensji i mojego stypendium ledwo możemy się utrzymać. To znaczy... jeśli chcesz usunąć, będę przy tobie.

- Chcę tego dziecka.

Tata czuł się jak Superman przywalony bryłą kryptonitu. Miał wrażenie, że zaczyna się dusić. Rozejrzał się wokół, szukając drogi ucieczki, ale turkusowa syrena mlasnęła językiem i powtórzyła swoje żądanie:

- Chcę tego dziecka.

Pięć lat wcześniej, zimą, na pierwszym roku studiów, mama wzięła urlop w Smith College i przeprowadziła się do Chandler House, domu dla ciężarnych dziewcząt w Evanston w stanie Illinois, trzy godziny jazdy na północny wschód od rodzinnego domu. Był to dla niej trudny okres. Jej rodzice starali się zachować stan córki w tajemnicy, bo w małym miasteczku na środkowym zachodzie ta ciąża przyniosłaby wstyd rodzinie. Mama zjawiła się w Chandler House pod fałszywym nazwiskiem i nie wróciła do domu przed porodem. Z notatek opiekunów wynika, że trzymała się na uboczu, czytając i spacerując wzdłuż wybrzeża bez względu na pogodę. Po narodzinach córki w maju 1965 roku podpisała papiery adopcyjne, oddając dziecko ludziom, których nigdy nie poznała.

Podczas pięciomiesięcznego pobytu w Evanston dzwoniła do babci niemal każdego wieczoru. Wujek David, wtedy dziesięciolatek, pamięta, jak odbierał telefon i słyszał płacz mojej mamy. Skarżyła się, że w pokojach jest zimno, a opiekunka okazała się niemiła. Potem już każdej zimy mama spała pod elektrycznym kocem, żabiozielonym, miękkim i supełkowym. Tata wspominał, że nienawidziła zimna.

No więc tamtego wiosennego wieczoru 1970 roku mama oznajmiła tacie, że chce mnie urodzić. Myślała może, że dziecko go zmieni w bardziej czułego mężczyznę albo sprawi, że zapomni o swoim młodym kochanku, szczupłym jasnowłosym studencie Johnie Dale'u. Według dzienników taty mama mówiła, że mąż może od niej odejść, jeśli chce.

Wyobrażam sobie ich rozmowę, ojca krzyżującego i prostującego nogi. Strzepywał popiół z papierosa do muszli-popielniczki stojącej na stoliku, ale nic nie mówił. Mama dostrzegła na jego twarzy strach i wahanie, wystąpiła więc z kompromisem:

- Jeśli moja decyzja to dla ciebie za dużo, możesz odejść. Nie będę cię ścigać. Nie musisz nawet płacić alimentów. Wezmę na siebie całą odpowiedzialność.

Mama wzięła głęboki oddech i wypuściła powietrze. Otworzyła szeroko brązowe oczy, a potem spojrzała uważnie na męża. Stała, on siedział, poczuł się więc jak mały chłopiec. Nie miał kontrargumentów. "Jesteśmy małżeństwem - pisał. - Wolno jej być sobą. Jak mogę jej zabraniać?"

John Dale opowiadał mi, że w wieczór moich narodzin deszcz padał cicho na wysadzane dębami ulice przed szpitalem uniwersyteckim w Emory. Był wtedy z moim ojcem w szpitalnym korytarzu. Tata palił i nerwowo mówił, czekając na swoje dziecko.

- Czasem chciałbym, żeby to był chłopiec, ale od razu zastanawiam się, dlaczego tego pragnę? - Tata założył prawą nogę na lewą, a wiszącą stopą kołysał nerwowo z boku na bok. - Czy to dlatego, że... nauczono mnie, bym pragnął syna? A może chcę widzieć siebie odbitego w tym dziecku?

John wzruszył ramionami, nieznacznie się uśmiechając. Wciąż rozmawiali, kiedy w bocznych drzwiach pokazała się pielęgniarka.

- Pan Abbott? Pana żona urodziła zdrową dziewczynkę. Teraz odpoczywa, ale może pan zobaczyć niemowlę przez okno na południowym oddziale, korytarzem w dół.

Tata stał za szybą na oddziale niemowlęcym, tak blisko, że szkło pokryła mgiełka jego oddechu. Spoglądał na małe buzie, szukając mojej. W liście, który później do mnie napisał, twierdził, że wszystkie dzieci wyglądały "jak owoce na straganie". Kiedy znalazł kartkę, na której napisano "Abbott", przyglądał się mojej twarzy i zastanawiał, czy będę jak Angela Davis, aktywistka Czarnych Panter znana ze swojego afro i pięści wysoko uniesionej w sądzie. "Miałem nadzieję, że złapiesz świat za uszy - pisał - i będziesz kontynuować walkę o Dobro".

Nie dano mi jednak na imię Angela. Rodzice uważali, że powinnam mieć podwójne, z łącznikiem, "jak prawdziwa południowa piękność", wyjaśniał później tata. "Na przykład Peggy-Sue czy ­Betty-Joe". Przejrzawszy udostępnione w szpitalu książki z imionami, rodzice zdecydowali się na imiona Alysia-­Rebeccah, w wolnym tłumaczeniu "czarująca mediatorka". W skrócie ­nazywali mnie A-R.

Mama leżała w szpitalnej sali, przytulając mnie do piersi. Bolało ją całe ciało. Kiedy zobaczyła tatę, uśmiechnęła się i ułożyła mnie w jego ramionach. Byłam mniejsza, niż się spodziewał. Nie wiedział, jak mnie trzymać, mama pomogła mu więc ze śmiechem. Tata mówił, że wiłam się niczym mały płaz, a potem nasikałam mu na rękę. Był wniebowzięty.

NIEDZIELA

Alysia - jajko, słoiczek płatków. 2 kromki chleba. Słoiczek ­owoców.

Barbara - tost z masłem, sok.

Steve - 2 tosty z dżemem.

Steve - 3 plastry bekonu i 2 jajka. 4 kromki chleba. Szklanka soku.

Barbara - kromka chleba z serem. Pianki. Sok. Garść orzechów i rodzynek.

Alysia - 6 łyżek jogurtu. ? słoiczka suszonych śliwek. 1 pianka.

Ta notatka znaleziona w dzienniku taty z 1971 roku mnie zaskoczyła. Po raz pierwszy zobaczyłam ręczne pismo matki. W przeciwieństwie do wąskich, ściśniętych liter ojca jej pismo było eleganckie i kontrolowane, lekko nachylone w prawo, w stronę przyszłości. Pisała cienkim niebieskim flamastrem. Może brakowało im pieniędzy. Może martwiła się o nasze odżywianie. Widzę zatroskaną dłoń, kochającą matczyną dłoń spisującą posiłki na każdy dzień.

Tydzień wcześniej ojciec stracił pracę w Centrum Zdrowia Psychicznego i Ociężałości Umysłowej w Atlancie - pracę, którą mama pomogła mu zdobyć. Dlatego w trakcie tych miesięcy, kiedy mama robiła magisterium z psychologii i codziennie pracowała w klinice, ojciec próbował sprzedawać niezależnym gazetom swoje komiksy. Siedział również w domu z półtoraroczną córeczką, odgrywając rewolucyjną wtedy rolę gospodarza domowego.

Każdego dnia, po przeprowadzeniu iluś rozmów telefonicznych i wysłaniu listów do periodyków, tata sadzał mnie w wózku i wiózł do parku Lullwater. Z małej papierowej torby wyjmował kawałki czerstwego chleba i dawał mi je, bym mogła nakarmić kaczki. Uwielbiałam patrzeć, jak kwaczą i puszą się, walcząc o każdy okruszek.

Z powodu problemów finansowych rodzice przenieśli swoje akwaria do większego mieszkania, które dzielili z pewnym ostentacyjnie antywojennym studentem Billem. Pewnego popołudnia mama wróciła z pracy do domu, w którym zastała tatę, Billa oraz jego przyjaciół Jeffa i Phoenixa. Siedzieli na kanapie, a ja bawiłam się na orientalnym dywaniku różową nakręcaną grającą żyrafą. Mama oznajmiła, że poczuła "wielką miłość do wszystkich". Tata opowiadał, że lubiła wyobrażać sobie nas jako jedną wielką rodzinę.

Mama podniosła mnie i posadziła na kanapie, a tata kontynuował przerwaną przez powrót żony rozmowę o książce Davida Coopera The Death of The Family.

- Cooper pokazuje, że instytucja rodziny jest podszyta subtelną przemocą, która ma zniszczyć jednostkę.

Konwersację tym razem przerwał dzwonek telefonu. Odebrał tata.

- To John! - Zabrał aparat do drugiego pokoju, ale przez podwójne drzwi mama i tak słyszała zduszone podekscytowanie. John spędzał lato u rodziny w St. Louis.

- Jak Alysia? - spytał John.

- Jest niesamowita. To wręcz telepatyczny związek. Jakbym wiedział, co myśli, nawet wtedy, kiedy nic nie mówi. Barbara uważa, że zaniedbuję małą. Ale sądzę, że A-R czuje się przy mnie bezpieczna i kochana.

John powiedział tacie, że w weekend ma zamiar przyjechać z St. Louis, i tata bez powodzenia próbował ukryć ekscytację.

- Naprawdę? W piątek?

Mama podniosła mnie z kanapy i wkroczyła do drugiego pokoju. Tata z zawstydzeniem przytulał słuchawkę telefonu.

- Robi scenę w pokoju Alysii. Muszę kończyć.

Jeff i Phoenix przez całe popołudnie jechali na meskalinie, więc mama odwiozła ich do domu, tata zaś mnie pilnował, podjadając w kuchni lasagne. Mama wróciła dwadzieścia minut później i zaczęła płakać, aż tusz do rzęs czarnymi strugami spływał jej po policzkach.

- Dlaczego musisz rozwodzić się nad rodzinnymi sprawami w ten sposób, przy obcych? Jeśli masz z nami problem, po prostu powiedz.

- Twoja reakcja tylko udowadnia, że mam rację! Struktura rodziny rdzewieje. Prowokuje paranoję i budzi wrogość!

- Zamknij się! - warknęła mama. - Zamierzasz w ogóle kiedyś dorosnąć?

- Czy ja kiedykolwiek dałem ci szczęście? Czy kiedykolwiek czułaś się przy mnie spełniona? - Tata, słysząc, że mama zaczyna krzyczeć, próbował się uspokoić. - A nawet jeśli byłbym taki, jakiego mnie chciałaś, pewnie wciąż byłabyś nieszczęśliwa. Może należysz do osób, które zawsze pragną więcej.

Mama znów zaczęła płakać i niosąc mnie na rękach, poszła na drugi koniec mieszkania. Tata ruszył za nią.

- Zrobiło się tu za gorąco - oznajmił. - Chyba najlepiej dla nas obojga będzie, jeśli na trochę się wyprowadzę. Rozmawiałem już z Larrym. Ma mieszkanie we Frisco i zaprosił mnie do siebie. Może skorzystam z propozycji.

W styczniu 1973 roku tata wysłał mi ilustrowany list:

Co robi tata

Stopy taty są duże. Stopy Alysii - malutkie.

Dzisiaj tata zabrał swoje stopy na spacer po parku.

Po drodze tata rozmawiał z kwiatami.

- Cześć, kwiatki.

Tata zobaczył pieska. Piesek zaszczekał i zamachał ogonem.

- Hau! Hau!

Ale tata myśli o Alysii i o mamusi.

Kiedy Alysia zaśnie, tata da jej wielkiego całusa.

Niedługo tata wsiądzie do auta i pojedzie do domu.

Wtedy znów będzie mógł się bawić z Alysią.

- Cześć, kochanie.

- Hurra!

A potem znów pójdziemy do kaczek. Alysia będzie karmić ­kaczki.

- Kwa! Kwa!

Tata wyruszył z Atlanty do San Francisco i mieszkał tam przez pół roku, odkrywając miasto i próbując sprzedać rysunki w najróżniejszych miejscach, między innymi do Last Gasp, wydawcy niezależnego pisma "Zap Comix". S. Clay Wilson, autor publikowanego w "Zapie" cyklu Checkered Demon, przyjaźnił się z tatą jeszcze w Nebrasce i przedstawił go tu i ówdzie, tyle że redakcji "Zapa" nie interesowały komiksy ojca na tematy gejowskie. Kiedy zaś nie pracował, odwiedzał liczne w SF księgarnie, bary i kawiarnie, w których pisał listy do mamy, do Atlanty.

Kiedy Alysia zaśnie, tata da jej wielkiego całusa. Rysunek z listu, 1973

Pewnego wieczoru zadzwonił.

- Tutaj, w samotności, ogarnął mnie spokój - powiedział jej. - Czasem czułem się tak w obecności Johna. Przy tobie zawsze jest jakiś cień niepokoju, nerwowość dotycząca przeszłości czy przyszłości. Trudno mi sobie wyobrazić po prostu bycie z tobą. A czasami trzeba pozwolić życiu się toczyć.

- Chcę tylko, żeby nam się ułożyło.

- Myślę, że lepiej dla nas obojga będzie, jeśli spróbujesz znaleźć spełnienie na własną rękę i nie będziesz budować swojego życia wyłącznie wokół mnie. Chyba przydadzą ci się dłuższe wakacje. Może zabiorę A-R do rodziców, do Nebraski, a ty przez chwilę odsapniesz w Atlancie?

- Nie - odparła mama. - Nie chcę, żebyście podróżowali beze mnie. A jeśli coś się wam stanie? Zostanę sama.

Niedługo po powrocie z San Francisco ojciec był już pewien, że jego teorie o małżeństwie z mamą pozostają słuszne:

6 czerwca 1973: Wyjazd do Frisco był niczym ponowne narodziny. Tylko jak sprawić, by trwały, kiedy powrót do tego chaosu staje się takim wyzwaniem? Wycieczka do Stone Mountain [w Atlancie] z Barb i Alysią na początku zdawała się fajna, a potem zmieniła się w żmudny obowiązek, w końcu zaś w nieznośne uczucie uwięzienia, uciśnienia i wykorzystania. Dlaczego? Czy szaleństwo w mojej głowie sprawia, że z Barbarą nie mogę być szczęśliwy? Wieczorami chodzę więc do baru, gdzie marne światło i papierosowy dym skrywają uśmiechy, picie, spocone tańczące ciała, a ja szukam seksu z jakimś atrakcyjnym obcym facetem, bo może on wyciągnie mnie z tej rutyny, w której tonę.

Któregoś lipcowego popołudnia tego samego roku mama była w pracy, a ojciec odebrał mnie ze żłobka i zawiózł do domu, w którym natknął się na nowego chłopaka mamy, Wolfa - ten siedział w salonie i zabierał się właśnie do wstrzyknięcia sobie czegoś, co tacie wyglądało na grzyby psylocybinowe wcześniej rozgniecione łyżką. Wolf wbił sobie igłę w rękę. I nic. Nagle całe jego ciało ­zrobiło się czerwone. Zaczął się zataczać po pokoju. Na jego twarzy odmalował się straszny ból, a oczy niemal wyszły na wierzch.

- Czy w tym była strychnina? - wycharczał.

Tata bezradnie patrzył na trzęsącego się, niemogącego opanować skurczów mężczyznę.

- Jeśli przedawkowałem - wrzeszczał Wolf przez zaciśnięte zęby - wywieź mnie gdzieś i zostaw na poboczu!

"Co mam robić?", myślał nerwowo ojciec. Czuł, że serce bije mu coraz szybciej. Zadzwonię do Johna, poproszę o pomoc.

Potem Wolf padł na kanapę, podniósł nogę, pierdnął i się uśmiechnął. W tym momencie mama wróciła z pracy i Wolf próbował obrócić całą sytuację w żart. "Ale oboje wiemy, że to bardzo makabryczny żart", pisał tata.

Mama związała się z Wolfem (który był jej pacjentem w szpitalu Georgia Regional, leczono go po próbie samobójczej), kiedy ojciec był w San Francisco. Matka Wolfa zabiła jego dwóch braci, a potem siebie. Mama opisywała tacie nowego chłopaka jako "niewiarygodnie prawdziwego". Kiedy tata spotkał go pierwszy raz, również był zauroczony. Proste długie włosy, okulary przeciwsłoneczne noszone na czubku głowy - Wolf wyglądał jak Peter Fonda w Easy Riderze, pisał tata. Otwarty, wrażliwy, wydawał się kochać mamę. I z pewnością potrzebował jej w sposób, jaki tacie był obcy.

Ojciec na początku uważał, że ten związek dobrze mamie zrobi. Wydawało się, że jej życie emocjonalne w końcu ruszyło z miejsca, że mniej się martwi. Kiedy więc zaproponowała, by Wolf wprowadził się do wspólnego domu, tata pomyślał: "Dlaczego nie?". Przecież na Adair Street wciąż pojawiali się, a potem znikali różni współlokatorzy. Jaką różnicę zrobi kolejny?

Tyle że Wolf był inny, a jego potrzeby okazały się bardzo intensywne. Pompował w siebie narkotyki, Barbara zaczęła robić to samo. Całe dnie spędzali razem w łóżku. Mama zaczęła zaniedbywać pracę i bardzo schudła. W domu, kiedyś czystym i uporządkowanym, teraz panował bałagan. Podłogę przykrywały śmieci i papiery. W zlewie wśród brudnych naczyń łaziły robaki. Akwaria pokryły się grubą warstwą glonów. Wiele lat ­później babcia opisywała dom moich rodziców ze łzami w oczach.

Dwa tygodnie później tata odebrał telefon od mamy. Prosiła, by odebrał mnie ze żłobka, bo ona z Wolfem wzięli MDA (połączenie meskaliny i amfetaminy). Tamtego wieczoru, około pierwszej w nocy, wróciła do domu z płaczem. Ojciec podejrzewał, że zmęczyło ją wciąż panujące między nimi napięcie i "nadmiar prochów".

Wcześnie rano następnego dnia matka obudziła ojca, bo przyśnił się jej jakiś koszmar, o którym chciała opowiedzieć. We śnie akwarium pękło i wszystkie rybki wyleciały na ulicę. Nikt nie chciał pomóc mamie ich ratować. Tata wysłuchał jej, uspokoił i na powrót zasnął, ale już godzinę później musiał się zbudzić. Mama przewróciła się, idąc przez kuchnię, i stłukła szklankę.

Dziesięć dni później ojciec pisał na maszynie, kiedy pojawił się Wolf i zaproponował, żeby wzięli trochę MDA. Tata brał już raz narkotyki z mamą i Wolfem, ale mu nie podeszły i prosił, by przy nim nie ćpali. Zirytowany tym, co uznał za tupet Wolfa, zażądał, by ten albo odstawił prochy, albo się wyprowadził. By podkreś­lić swoje racje, czytał na głos fragmenty Nagiego lunchu Williama Burroughsa w nadziei, że przekona Wolfa do rzucenia narkotyków. Ten słuchał w milczeniu, zbladł, a po kilku godzinach obiecał w końcu, że rzuci wszystkie prochy "z wyjątkiem trawki" na trzy miesiące.

Tego samego dnia wieczorem John Dale i tata rozmawiali przez telefon o problemach z Wolfem. John uważał, że to ojciec powinien się wyprowadzić.

- Nie mogę - odparł tata. - Muszę zostać. Jeśli nie dla Barbary, to dla A-R.

Osiem dni później w północnym Michigan Wolfa aresztowano za przewożenie narkotyków i broni przez kanadyjską granicę. Mama oznajmiła, że następnego dnia zamierza jechać do Michigan, by wpłacić za niego kaucję. "Jak długo jeszcze?", żalił się tata w swoim pamiętniku.

Następnego wieczoru mama zadzwoniła z Michigan.

- Odstąpiono od zarzutów. Wracam z Wolfem do Atlanty. ­Będziemy przed niedzielą.

28 sierpnia 1973 roku. W Atlancie padało. Wczesnym rankiem ojca obudził dzwonek telefonu. Szpital w Knoxville poszukiwał ojca Wolfa, gdyż ten odniósł "liczne obrażenia".

- A co z Barbarą Abbott?

Tatę odesłano do szpitala w Sweetwater, w stanie Tennessee.

- Co z Barbarą Abbott? - spytał znowu.

Odchrząknąwszy kilkakrotnie, szpitalna rejestratorka powiedziała, że moja mama "odeszła". Tata zaczął się trząść. "Co robić? Co robić?" Zadzwonił do moich dziadków w Kewanee. Odebrała babcia. Poprosił dziadka, ale zanim ten podszedł do telefonu, tata powiedział:

- Mam złe wieści. Zdarzył się wypadek.

- Jaki wypadek?

- Barbara odeszła.

- O czym ty mówisz?! - zawołała babcia.

- Barbara nie żyje.

- Mój Boże, nie... - Odłożyła słuchawkę.