Rozdział I
Warszawa
Czwartek
16 września 2021
Godzina 20.15
- To co będzie, panie Antosiak?
- Jak co będzie? No zasadniczo to nic - stwierdził dozorca, drapiąc się
po głowie i jednocześnie patrząc z niechęcią na młodego, może
dwudziestopięcioletniego, mężczyznę w dżinsowej kurtce.
- Ale pan wie, że tam, cholerka, mogło się coś stać.
- Zaraz tam stać. Nic nie było słychać. Pewnie normalnie pochlali i tyle.
Dłoń ciecia zsunęła się z łysego czoła, przejechała po nosie i zakryła
usta rozwierające się w potężnym ziewnięciu. Stojący przed dozorcą
mężczyzna wpatrywał się w niego wyczekująco, uśmiechając się przy tym
niepewnie pod rudym, niezbyt imponującym wąsem. Nie chciał być
natarczywy, bo to Antosiak miał wszystkie argumenty w rękach.
Najważniejszym z nich był klucz do mieszkania.
- No niech pan będzie człowiekiem! - młodzieniec spróbował odwołać się
do uniwersalnych wartości, ale na stróżu najwyraźniej nie zrobiło to
większego wrażenia. Znowu ziewnął.
- O tej porze porządni ludzie to siedzą w domu przed telewizorem i piją
piwo, ewentualnie wódeczkę - rzucił niechętnie gospodarz.
- Ja też bym chciał być w domu, tylko, kurde, nie mogę przez... - nie
dokończył i wymownie spojrzał na zegarek. Minęła już dwudziesta i powinien właśnie jechać do siebie, a nie włóczyć się gdzieś po mieście.
Oczywiście w tygodniu, bo w weekend, w taki jak ten wrześniowy, ciepły
wieczór, siedziało się w pubie na piwie. Tak przynajmniej robił
zazwyczaj on, Oskar Cieplak, młody i dobrze zapowiadający się pracownik
firmy consultingowej działającej w słynnym Mordorze przy Domaniewskiej.
W firmie Bud-Pol-Consulting zaczął pracować w zeszłym roku i już dorobił
się w niej stanowiska starszego asystenta, własnego biurka i laptopa.
Czuł, że to dopiero początek i jak dobrze pójdzie, to za rok, może dwa,
awansuje na specjalistę, a potem starszego specjalistę. Taki gość ma do
dyspozycji własny gabinet, sekretarkę, a często i samochód. To był jego
cel, dlatego wiedział, że nie ma innego wyjścia, musi dać z siebie
wszystko, żeby dyrektor Kramer był przekonany, iż można na niego liczyć
w każdej sytuacji. Dlatego zawsze z ochotą wypełniał każde polecenie,
nawet po godzinach pracy.
Jego koledzy i koleżanki też marzyli o awansie, ale nie byli tak
ambitni. Oni zaraz po wyjściu z firmy wyłączali komórki i zagłębiali się
w świat swoich rodzin i znajomych. Oskar przeciwnie, przesiadywał w biurze do późna, bo chciał pokazać, że jest zawsze do dyspozycji. No a takich pracowników się ceniło. Przynajmniej Kramer tak mówił. Dlatego
gdy trzeba było coś załatwić wieczorem, oczywiście dzwonił do niego.
W ubiegłym tygodniu okazał mu szczególny rodzaj zaufania, bo zadzwonił
do niego o północy i trochę bełkotliwym głosem wyjaśnił, że zasiedział
się na Krakowskim w jakiejś knajpie i nie ma jak wrócić do domu. Gdy
Oskar zaproponował, że zamówi mu taksówkę, dyrektor wyjaśnił cierpliwie,
że nie o to chodzi.
- Ja mam tu swoją furę. I wiesz, nie chciałbym jej zostawiać na ulicy.
Więc jakbyś mi mógł pomóc, tobyś mnie odwiózł do mnie, na Saską Kępę.
Wiesz, jak jest, nie? To w sumie przecież niedaleko. A teraz to raz-dwa
się przejedzie...
No i rzeczywiście nie było daleko na Saską Kępę. Ale żeby tam dojechać,
musiał dotrzeć na Krakowskie Przedmieście z Ursynowa, potem odwieźć
szefa i wrócić do domu. Udało mu się położyć do łóżka dopiero o trzeciej
w nocy. Ale warto było. Następnego dnia Kramer na porannym zebraniu
pochwalił publicznie jego ostatni projekt.
Gdy zadzwonił godzinę temu, Oskar pomyślał, że to będzie znowu podwózka.
Ale tym razem szef miał dla niego inne zadanie.
- Słuchaj, ty masz dobre kontakty z Garstką, nie? - zapytał bez żadnych
wstępów, tak jakby kontynuowali ostatnią rozmowę podczas porannego
zebrania.
- No raczej - stwierdził trochę zdziwiony Oskar. Oczywiście że miał
dobre kontakty. Dominik Garstka był jego bezpośrednim przełożonym,
człowiekiem, który przyjmował go do pracy i kierował zespołem, do
którego należał. Mimo że był sześć lat starszy, dość szybko polubili się
i zakolegowali. Nie, nie byli przyjaciółmi, do tego było jeszcze daleko
w ich wzajemnej relacji, która nie przekraczała granicy koleżeństwa
podlewanego piwem i zagryzanego hamburgerami. - Znaczy to mój kolega
jest tylko - dodał dla wyjaśnienia, gdyby szef miał jakieś wątpliwości.
- Ja się, kuźwa, nie pytam, czy się ze sobą bzykacie, he, he! - żarty
Kramera zawsze cechowały się niezwykłym poziomem wyrafinowania, dlatego
najczęściej śmiał się z nich sam, a wtórowali mu najwierniejsi
klakierzy.
- Ha, ha! No wiem - potwierdził Oskar.
- No to żeśmy sobie wyjaśnili kwestie męsko-damskie, he, he.
- Ha, ha, tak jest, dyrektorze!
- To jak już wiemy, na czym stoimy, to weź no podskocz do niego. Bo
rozchodzi się o to, że nie odbiera komórki. Nie było go w robocie, a miał mi podrzucić całą prezentację na to jutrzejsze spotkanie z Angolami. Wiesz, o co chodzi, nie?
Wiedział. Prezentacja miała dotyczyć możliwości inwestowania pewnej
brytyjskiej firmy budowlanej na polskim rynku. Anglicy chcieli tu wejść
jak najszybciej i zacząć jakiekolwiek inwestycje, nawet jeśliby mieli do
nich dołożyć. Chodziło o to, żeby stworzyć sobie historię funkcjonowania
w polskiej rzeczywistości, bo podobno w Ukrainie ta pełzająca od siedmiu
lat wojna na Donbasie mogła się wkrótce przekształcić w pełnowymiarowy
konflikt. A jak wiadomo, po każdej wojnie potrzebne są firmy budowlane.
Stąd pomysł, by skryć się pod polską flagą i być na miejscu w razie
czego. Jak się wszystko skończy, będzie stąd bliżej, a jednocześnie będą
już mieć rozeznanie na miejscowym rynku i wyrobione kontakty z podwykonawcami.
- A nic nie mówił, że na przykład jest chory? - spróbował jeszcze
ustalić, na czym stoi, by wiedzieć, jak ma rozegrać sprawę.
- Nic, kuźwa, nie mówił. Nie odbiera telefonu, pierdolony. Możliwe, że
się nachlał i leży teraz w chacie. Jak chce pić, to jego problem. Wiesz,
mam to w dupie. Niech sobie weźmie zwolnienie lekarskie i chleje nawet
przez tydzień. Jego problem, ale niech nie rozpierdala nam roboty.
Dlatego tą jebaną prezentację musisz kutasowi wyrwać z gardła, bo nie
zamierzam przez niego świecić gołą dupą przed tymi Angolami. To co,
podjedziesz do niego? Wiesz, on gdzieś mieszka na Nowym Mokotowie czy
jakoś tak...
- Wiem, gdzie mieszka. Prawie na Okęciu, przy Konstruktorskiej... -
specjalnie wymienił nazwę ulicy, by podkreślić, jak to jest daleko, ale
na szefie ta informacja nie zrobiła najmniejszego wrażenia. Być może
jako warszawiak z przypadku, przeflancowany tu z Białostocczyzny, nie
miał pojęcia, gdzie to jest.
- No to zajebiście. Weź zgraj wszystko na pendrive'a albo lepiej
przynieś jego laptopa jutro do firmy. Dobra?
- Jasne, zrobi się - rzucił bez entuzjazmu. - Ale jak...
- No to do jutra - szef uciął rozmowę, a on nie zdążył już zapytać, co
dalej, jeśliby się okazało, że nie zastanie kolegi w domu. Przecież
skoro facet się nie odzywał, to było całkiem prawdopodobne, że gdzieś
zabalował i leży teraz nachlany w łóżku jakiegoś amorka ze złotymi
lokami.
Dlatego w tej chwili stał na klatce schodowej i negocjował ze stróżem
Antosiakiem, którego poznał kiedyś podczas jakiegoś picia u Garstki. W razie awarii można było u niego kupić butelkę, której zabrakło do
zakończenia melanżu.
Kupił wtedy litra czerwonego johnniego walkera, a cieć opowiedział mu
przy okazji, że jako nowoczesny konsjerż zajmuje się też poimprezowym
sprzątaniem mieszkań lokatorów. Oczywiście takich, którzy sobie tego
życzą i wcześniej się z nim w tej kwestii umawiają oraz akceptują jego
finansowe oczekiwania. U Garstki też sprząta i jutro rano będzie musiał
tam wkroczyć ze sprzętem czyszczącym. W związku z tym prosi, żeby nie
naświnić za mocno, bo on obrzydliwy jest i rzygowin sprzątać nie lubi.
Postanowił mu to przypomnieć.
- A wtedy, jak kupowałem u pana flaszkę, to żeśmy bałaganu nie narobili.
Pamięta pan, nie?
- No niby tak - cieć podrapał się po nieogolonej brodzie.
- Cholerka, przecież pan wie, że ja nie jestem obcy - spróbował jeszcze
powołać się na zażyłość z właścicielem mieszkania. - Jakbym był obcy,
tobym nawet do pana nie uderzał w tej kwestii. Ale wie pan, cholerka, to
sprawa jest delikatna, znaczy taka, że lepiej, żeby nikt o tym nie
wiedział, bo będzie syf...
- Że niby jak? - tajemnica najwyraźniej zainteresowała stróża.
- Idzie o to... - Oskar ściszył głos do szeptu, jakby się obawiał, że ktoś
może podsłuchać, ale zupełnie niepotrzebnie. Nikogo nie było w pobliżu.
- O to idzie, że jeżeli się nie dostanę do niego do domu i nie przyniosę
z jego kompa danych na jutro, to już jest po nim.
- Jak po nim?
- No, cholerka, normalnie - Cieplak dla podkreślenia dramaturgii swojej
opowieści przejechał dłonią po gardle.
- Zabiją go? - przestraszył się Antosiak.
- Gorzej. Oni go, cholerka, zajebią!
- Kto?
- Jak kto? No ci Angole, dla których miał zrobić prezentację. Mówię
panu, zajebią go i będzie po nim. Dlatego tylko w panu nadzieja. Jak mi
pan otworzy, to wejdziemy tam razem, ja szybko...
- Angole go zajebią? A co oni se myślą? Że mogą tak tu robić, co chcą?
Niech te kutafony najpierw zrobią se porządek u siebie, nie? Wyszli z Unii i teraz nas mogą co najwyżej w dupę cmoknąć. A jak chcą, to nawet z rozbiegu.
Oskar spojrzał na stróża zdziwiony. Najwyraźniej trafił z tymi
Anglikami. Zdaje się, że Antosiak nie przepadał za nimi.
- W zeszłym roku mieszkali tu w tych czterech mieszkaniach, co są na
wynajem z Bookingu, na czwartym piętrze. Z dziesięciu ich tu
przyjechało. A takiego syfu narobili, że musiałem sprzątać dwa dni i jeszcze dwie Ukrainki trzeba było wziąć do pomocy - wyjaśnił, gdy
wsiedli do windy. - To świnie, nie ludzie - dodał, wychodząc na drugim
piętrze.
Podeszli do drzwi z numerem ósmym. Oskar przycisnął dzwonek, ale nic to
nie dało. Z mieszkania nie dochodził żaden dźwięk. Stróż wydobył więc
uniwersalny klucz, pasujący do wszystkich zamków w tym domu.
- Nie będą nam tu w Polsce jacyś obcy gadać, co mamy robić - stwierdził
Antosiak i przycisnął klamkę. Drzwi ustąpiły. Oskar wszedł pierwszy.
Najpierw obrzucił wzrokiem salon, a gdy tam nie znalazł laptopa, ruszył
do sypialni. Stało tam małe biurko, ale jego blat był pusty. Został
tylko kabel do ładowania, podpięty do gniazdka przy łóżku...
Garstka leżał oparty głową o poduszkę przyciśniętą do zagłówka. Miał
otwarte oczy i wyglądał tak, jakby ze zdziwieniem wpatrywał się w stojących w drzwiach gości. Ale sygnał, który powinien z oczu popłynąć
do mózgu i poinformować go o wizycie, nie miał najmniejszej szansy na
przepłynięcie od nadawcy do odbiorcy. Wszystko przez to, że odbierający
impulsy mózg zamiast pracować zamknięty bezpiecznie w czaszce,
rozpryskany był na ścianie za głową, tworząc na niej szaro-czerwony
obraz, jakby namalowała go ręka szaleńca.
Godzina 21.30
Jak ja nie cierpię tych pieprzonych przyjęć. Te imprezy dla bufonów są
tak nudne i przewidywalne, że od czasu do czasu przychodzą mi do głowy
zupełnie fantastyczne pomysły. Na przykład teraz pomyślałem, żeby można
by zerwać z głowy tej starej ropuchy Gelmanowej jej kapelusz z rondem
potężnym jak młyńskie koło i wrzucić go do akwarium ozdabiającego środek
patia. Ciekawe, co by zrobiła? Czy zaczęłaby krzyczeć, a może rzuciłaby
się ratować to swoje cholerne sombrero przyozdobione piórami? Musiały
zostać wyrwane z tyłka jakiegoś biednego ptaka, który pewnie wcale sobie
tego nie życzył. Może to właśnie dla niego powinienem się poświęcić,
zedrzeć kapelusz, spojrzeć tej starej wiedźmie prosto w oczy i powiedzieć: "Niech żyją wolne ptaki!". Albo nie, lepiej groźniej i bardziej dosadnie: "Precz z ptasimi mordercami!". Albo o Amazonii coś
dodać czy jakoś tak...
- Jak ci się podoba ten kapelusz, hę? - z zamyślenia wyrwało mnie
pytanie, które chyba było skierowane do mnie. Spojrzałem w prawo. Obok
stała moja dziewczyna Dżesi, wpatrzona tak jak ja w Gelmanową. A właściwie w pierzaste zwieńczenie jej puszystej jak tort bezowy fryzury.
- Jaki kapelusz? - udałem zdziwionego.
- Głuptasku, nie widzisz? Przecież wszyscy mówią dziś tylko o tym, że
ona kazała ściągnąć ten kapelusz z Ameryki.
- Tak? - znów udałem zdziwienie. Już dawno przyjąłem taką strategię,
żeby nie wchodzić zbyt głęboko w tematy, na których się nie znam i które
właściwie wcale mnie nie obchodzą, jednocześnie dając Dżesice możliwość
wykazania się wiedzą i obyciem. A ona na sprawach mody znała się jak
mało kto. Bo moja dziewczyna była modelką i to nie byle jaką, jedną z najbardziej znanych i cenionych w branży.
- Ciekawe z której Ameryki? - spróbowałem ustalić miejsce, gdzie mogło
powstać takie monstrum. Popatrzyłem uważniej na otoczoną wiankiem
wielbicielek i wielbicieli gwiazdę programów muzycznych
i, dokonawszy błyskawicznej analizy, stwierdziłem, że musi to być
Ameryka Południowa.
- No jak z której? - Dżesi spojrzała na mnie z politowaniem, jakbym
właśnie powiedział coś kompletnie niedorzecznego. - No, głuptasku,
przecież to jasne, że z tej za morzem, odkrytej przez Kolumba.
- No tak, tyle że w Ameryce jest kilka różnych krajów. Obstawiałbym
Brazylię. Tamtejsi gauchos, czyli pasterze bydła, noszą takie wielkie
kapelusze.
- No - potwierdziła rezolutnie Dżesi. - Ameryka. Jakieś San coś tam... -
przypomniała sobie nagle i uśmiechnęła się do mnie promiennie, ukazując
dwa rzędy pięknych śnieżnobiałych zębów. To one sprawiły, że jesteśmy
razem. To znaczy dokładnie nie one same, ale reklama pasty do zębów, w której występowała Dżesi. Była wtedy początkującą, ale dobrze
zapowiadającą się modelką, a ja mało znanym reporterem telewizyjnym,
który dorabiał sobie w firmie reklamowej znajomego. Robiłem to od czasu
do czasu nie z potrzeby serca, ale z przyczyn finansowych. Realizowałem
jakieś reklamowe zlecenia, takie jak to od koncernu kosmetycznego,
mające wypromować nową pastę, jeszcze kompletnie nieznaną na naszym
rynku. Pasta nazywała się Zębix, nowa nieograna modelka w reklamie
opowiadała, że jako lekarz stomatolog używa jej codziennie i na koniec
pięknie się uśmiechała, a świetlne refleksy za pomocą komputerowej
animacji przesuwały się po lśniących jedynkach mojej przyszłej
dziewczyny.
Od tej reklamy zaczęła się jej kariera na profesjonalnym wybiegu i w moim mało profesjonalnym życiu. Po zakończeniu zdjęć poszliśmy całą
grupą na piwo, a potem, jak to niekiedy dzieje się w kiepskich
powieściach o miłości, wylądowaliśmy w moim łóżku. Myślałem, że
następnego dnia wróci do siebie, a ja będę powoli rozwijał w sobie
rodzące się uczucie i być może zostaniemy parą...
Po południu zadzwoniła do mnie z dziwnym pytaniem:
- Miśku, no gdzie ty jesteś, hę? - to "hę" w jej wykonaniu było wyrazem
zdumnienia, a niekiedy wyraźnej irytacji.
- He, he, no jak gdzie? W pracy jestem.
- No ile mam tu czekać, hę?
Przez chwilę nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Cholera, umówiłem się z nią i zapomniałem. Ale ze mnie osioł. Taka laska czeka na mnie w jakiejś
knajpie, sama, pochylona nad szklanką herbaty, a ja siedzę u montażysty
Olka i ze spokojem kleimy obrazki jakiejś filmowej opowieści o walorach
rekreacyjnych ziemi pałuckiej...
- Wiesz, bo ja jeszcze mam tu trochę roboty - zacząłem wyjaśniać,
szukając jednocześnie sposobu wyjścia z trudnej sytuacji.
- Już kończymy! - zawołał Olek, który słyszał tę rozmowę, bo głośnik w telefonie miałem ustawiony na maksa, a on siedział tuż obok, w odległości, w jakiej zazwyczaj montażyści siedzą w swoich kanciapach, w których mieszczą się tylko oprócz stołu jeszcze dwa krzesła, dwa kubki
na kawę i pełna petów popielniczka.
- To co ja mam robić, hę?
- A gdzie jesteś?
- No jak gdzie? - najwyraźniej się zdziwiła. - No jestem u ciebie.
- Jak u mnie? - tym razem to ja byłem zdumiony.
- No na kanapie siedzę. Już wzięłam prysznic, potem robiłam sobie
paznokcie, w telewizji nie ma nic ciekawego, a ciebie nie ma...
- Zaraz, Dżesika - wtedy jeszcze nie byliśmy na tyle blisko, żebym mógł
mówić do niej Dżesi - jak to u mnie?
- No tak, jak żeśmy się umawiali, głuptasku, jak mi rano dawałeś klucze
od mieszkania.
Cholera, nic nie pamiętałem. Klucze zapasowe wisiały zawsze na wieszaku
w korytarzu. Nie zauważyłem, żeby zniknęły. Ale kto normalny zwraca
uwagę na zapasowe klucze? Zwykle są potrzebne wtedy, gdy chcemy je
powierzyć komuś, do kogo mamy zaufanie, na przykład gdy wyjeżdżamy na
jakiś czas, żeby ten ktoś podlewał nam kwiaty. Zaraz, przecież ja
nigdzie nie wyjeżdżałem. Co więcej, nie miałem w domu żadnych cholernych
kwiatów do podlewania, więc skąd, do cholery...
- Co, nie pamiętasz, głuptasku? Ale mnie teraz ładujesz, co? Hi, hi, hi,
niezły z ciebie jajcarz. No mów, kiedy przyjdziesz, bo jestem głodna, a w lodówce nic nie ma. A poza tym musisz mi wszystko pokazać. W sensie,
przede wszystkim, gdzie mam dać te twoje rzeczy, które musiałam wyrzucić
z szafy. Bo wiesz, trzeba było zrobić miejsce na moje ubrania na
wieszakach, no a twoje położyłam na łóżku. Ale przecież nie będziemy
spać w łóżku z twoimi ciuchami, co nie? No to pomyślałam, że zanim się
kupi drugą szafę dla ciebie, to może by było trzeba wpaść do Ikei i kupić takie stojaki na ubrania, ze dwa albo nawet trzy, bo ta twoja
szafa to dla mnie jest trochę mała i jakby były te wieszaki, to
moglibyśmy....
I w ten oto sposób Dżesi wdarła się do mojego życia jak ciepły wiatr
halny, przewróciła je do góry nogami i zagnieździła się w nim na stałe,
zajmując moją szafę i jeszcze dwie inne, które trzeba było zamówić w firmie zajmującej się zabudową mieszkaniowej przestrzeni, zamieniając ją
w przestrzeń garderobianą, do której ludzie stanowili tylko mało istotny
dodatek.
Kelner z tacą pełną kieliszków szampana zatrzymał się obok nas. Wziąłem
dwa i jeden podałem swojej dziewczynie.
- San Escobar - rzuciłem, patrząc na zbliżającą się do nas celebrytkę.
Znałem ją dobrze, bo pracowałem jakiś czas temu przy jej programach
talent show. Ale gdy tylko udało się znaleźć coś bardziej
interesującego, rzuciłem w cholerę tę robotę. Nie lubię pracować z potworami energetycznymi wysysającymi z człowieka wszystkie prądy razem
z krwią.
- Tak jakoś podobnie chyba - potwierdziła Dżesi, upijając niewielki łyk
szampana.
- O, Marcin - Gelmanowa udała, że właśnie w tym momencie mnie
dostrzegła, choć czułem, że wir wydarzeń pcha ją wprost na kurs
kolizyjny z moją osobą. - Kiepsko wyglądasz, kochanie. Gdy pracowałeś ze
mną, byłeś znacznie lepiej odżywiony. Może powinieneś wrócić. Wiesz, że
dla ciebie zawsze by się coś znalazło. Może jakiś research?
- Piękny kapelusz - odpowiedziałem, uśmiechając się i pozostawiając bez
odpowiedzi tę propozycję. Research dla poważnego dziennikarza, jakim
przecież byłem już od dawna, to jak splunięcie w twarz.
- Podoba ci się? - wyraźnie się zdziwiła. Może nawet pod wpływem tego
pochlebstwa jej propozycja z żartu mogłaby się przeistoczyć w całkiem
poważną. W końcu doceniłem to, z czego była tak dumna. Nie wiedziała, że
w tej samej chwili rozglądałem się za kelnerem, żeby odłożyć kieliszek.
Chciałem go odstawić na tacę i wolną prawą ręką chwycić za wielkie
rondo, szarpnąć je w górę...
- Takie noszą gauchos na San Escobar! - odezwała się naraz Dżesika.
Wokół zrobiło się cicho. Ludzie stojący wokół zamilkli, spoglądając to
na Gelmanową, to na mnie i oczywiście na Dżesi, która zadowolona z reakcji, jaką wywołała, szczerzyła swoje białe zęby. Wyczuła jednak, że
coś jest nie tak, więc pośpieszyła z wyjaśnieniem:
- Gauchos to pastuchy od bydła!
Najpierw zaśmiał się stojący za Gelmanową chudy operator Kasa, potem
dziennikarz sportowy Karolak, a wraz z nim jego kochanka, żona basisty z zespołu Rekiny, Halina, zwana Halką. A gdy jej wibrujący w wysokich
tonacjach śmiech wzbił się ku szklanej kopule, przykrywającej hotelowe
patio, zaczęli się śmiać wszyscy, jak widzowie podczas dobrego stand-upu
w wykonaniu Halamy.
Właścicielka kapelusza z San Escobar zmierzyła mnie oskarżycielskim
wzrokiem, jakbym to ja był wszystkiemu winien, i ruszyła szybko w kierunku wyjścia. Grupka jej akolitów podążyła za swoją idolką. Dżesi
spojrzała zdumiona najpierw na mnie, a potem na szeroko otwarte drzwi.
- Ona chyba jest jakaś pierdolnięta - stwierdziła, wzruszając ramionami.
- Może za dużo zjadła tych krewetek. - Wskazała na stół zastawiony
jedzeniem.
- Raków - poprawiłem ją. - To szyjki rakowe są, a nie...
- Co, rozmawiacie o tym ostatnim meczu? - zapytał Andrzej Niedbalski,
kolega z redakcji sportowej, który pojawił się nie wiadomo skąd. - Kto
by przypuszczał, że Raków Częstochowa poradzi sobie z Legią, nie? Co tam
poradzi, rozjedzie Legię cztery do zera...
Nie odpowiedziałem. Nie miałem pojęcia, że Raków pokonał Legię. Szczerze
powiedziawszy, to nawet nie wiedziałem, że Częstochowa ma drużynę
piłkarską. Na szczęście nie musiałem się nad tym specjalnie zastanawiać
i przede wszystkim rozmawiać na ten temat. Poczułem, że telefon wibruje
mi w kieszeni. Czekałem na to połączenie, więc szybko wręczyłem
Niedbalskiemu kieliszek z niedopitym szampanem.
- Dotrzymaj towarzystwa Dżesi, bo muszę odebrać - wyjaśniłem i szybko
wyszedłem z sali. Dzwoniła Kama, moja współpracowniczka, która doskonale
wiedziała, że jestem dziś na raucie. Ale powiedziałem, że jeśli się
czegoś dowie, ma dzwonić bez względu na porę. No i chyba się
dowiedziała.
Godzina 21.40
- Co ty możesz wiedzieć o bólu głowy?
- Jak to co? Czy ty myślisz, że mnie nigdy nie boli głowa?
- No może kiedyś cię bolała, bo teraz to już raczej nie masz powodów,
znaczy się nie miewasz kaca.
- Jak nie mam? Mam mnóstwo powodów. Przecież nie jestem już najmłodszy i mam prawo do różnych boleści - powiedziawszy to, dotknął palcem klatki
piersiowej, jakby chciał wskazać, że kryjące się tam serce nie jest już
w najlepszej kondycji. Był od Matyldy wyższy o głowę, ale nie wyglądał
już jak ten dawny milicjant, za którym kobiety odwracały się na ulicy.
Niegdyś regularnie ćwiczone mięśnie zwiotczały, a do tego miał jeszcze
sporą nadwagę, z którą nie zamierzał nic robić. Było mu z nią dobrze, bo
- jak tłumaczył Matyldzie i samemu sobie - nie planował unikać
przyjemności stołu, by umrzeć zdrowszym. - Zresztą wiesz, co mówią
ludzie? Że jak w pewnym wieku się rano budzisz i nic cię nie boli, to
znaczy, że nie żyjesz... znaczy, że już po tobie, bo umarłeś. Znaczy w twoim wypadku to umarłaś.
- Ja umarłam? Niedoczekanie twoje. Ja was wszystkich przeżyję mimo moich
sześćdziesięciu lat - Matylda na znak tego, że wie, co mówi, a zawsze
mówiła oczywiście całą prawdę i tylko prawdę, postukała się szczupłą
pięścią w klatkę piersiową. Niezbyt mocno, bo nie miała zamiaru zrobić
sobie krzywdy. Jakby ten tu siedzący naprzeciwko niej, po drugiej
stronie szwedzkiej ławy, Bronisław był bliżej, to może postukałaby
zdecydowanie mocniej, na przykład w jego łysiejące czoło. Ale ten
wiedział dobrze, że Matylda jest bardzo ekspresyjna, jeśli chodzi o różnego rodzaju gesty, i dlatego wolał zachować dystans. Poza tym z dystansu mógł jej się uważniej przyjrzeć. Wyglądała całkiem dobrze,
mierzyła niecałe sto siedemdziesiąt centymetrów, była szczupła,
wysportowana, bez odrobiny niepotrzebnych pokładów tłuszczu. Do tego
miała sympatyczną twarz, naznaczoną delikatną pajęczynką zmarszczek,
które próbowała ukryć pod warstwą pudru. Ale tego, że była już po
siedemdziesiątce, nie dało się ukryć, mimo że nigdy nie przyznałaby się
do takiego wieku. Na ten temat kłamała zawsze bez najmniejszego
zająknięcia i odrobiny zażenowania. Ale Bronisław wiedział doskonale,
jaka jest prawda.
- Kiedyś to ból głowy rano był nawet obowiązkową dolegliwością w naszym
fachu - stwierdziła Matylda, sięgając jednocześnie po kieliszek koniaku.
Przytrzymała go przez chwilę w dłoni, by oddać mu nieco ciepła, a potem
przyłożyła nos do rantu i wciągnęła nieco aromatu. - Jak się wchodziło
na poranną operatywkę, szczególnie w poniedziałek rano, to od was
wszystkich jechało wódą na kilometr.
- No bez przesady - Bronisław zrobił minę człowieka niesłusznie
oskarżonego i przekonanego o swojej niewinności, lecz oboje wiedzieli,
jak było naprawdę. W Milicji Obywatelskiej piło się wódkę na potęgę i zapach wyborowej zmieszany z papierosowym dymem był nieodłącznym
aromatem milicyjnych pomieszczeń. - Piliśmy, ale z umiarem - stwierdził
były milicjant Bronek Cieślak. Nazywał się dokładnie tak samo jak słynny
aktor, gwiazdor serialu 07 zgłoś się, emitowanego w telewizji od
połowy lat siedemdziesiątych. Nic więc dziwnego, że młody podporucznik
Cieślak, który przyszedł do pracy w firmie w 1975 roku, otrzymał od
kolegów pseudonim Borewicz, bo tak nazywała się postać kreowana przez
aktora Cieślaka. Nikt inaczej nie zwracał się do niego w wydziale, w którym przepracował dwadzieścia pięć lat. Odszedł w 2000 roku w stopniu
nadkomisarza i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, bo przez cały
okres służby zajmował się wyłącznie sprawami kryminalnymi. Był młodszy o kilka lat od Matyldy. To ona przyjmowała go do pracy w wydziale
dochodzeniowo-śledczym Komendy Głównej MO. Była wówczas zastępcą
kierownika, a on pod jej skrzydłami stawiał pierwsze zawodowe kroki.
Matylda kierowała i dowodziła, on słuchał jej poleceń jak dobry
podwładny, nie dyskutując i przyjmując je w naturalny sposób jako
oczywiste. I ten stan wzajemnych relacji, mimo że teraz pozbawiony
zależności służbowych, utrzymał się do dziś. Ona mówiła i wydawała
polecenia, a on je wykonywał, jak na podwładnego przystało.
- W końcu się tak wcale dużo nie piło. Owszem, od czasu do czasu.
Szczególnie w święta. A pamiętasz Dzień Kobiet? Wtedy to na komendzie
były imprezy.
Pamiętała, była jedną z nielicznych pań w dochodzeniówce i z okazji tego
święta już od rana przychodziły do niej całe pielgrzymki kolegów z kwiatami i winem. Nie wiedzieć czemu mężczyźni uważali wtedy, że wódka
to męski trunek, a kobiety powinny pić wyłącznie wina, do tego jeszcze
najlepiej słodkie. Pożytek z tych winnych prezentów był taki, że potem
miała w domu całą baterię sangrii, której powoli pozbywała się, zanosząc
je w prezencie swoim koleżankom.
Sama wolała zdecydowanie whisky, ewentualnie koniak. I tak zostało do
dziś. Mimo swojego wieku nadal popijała, choć zdecydowanie mniej niż
dawniej. Do tego jeszcze paliła papierosy i, jak twierdziła, z tego
nałogu nie zamierzała rezygnować.
Otworzyła torebkę i wyjęła z niej paczkę marlboro. Włożyła papierosa do
ust i dopiero wtedy spojrzała na siedzącego naprzeciw gospodarza
zatopionego w miękkim fotelu o kolorze musztardy. Bronek uśmiechnął się
lekko i zmrużył oczy w przyzwalającym geście. Zerwał z nałogiem
dwadzieścia lat temu i w jego mieszkaniu z zasady się nie paliło. Jednak
dla Matyldy od czasu do czasu robił wyjątek.
Wygramolił się z fotela, podszedł do okna i otworzył je szeroko. Do
środka wypłynęła fala letniego ciepła wraz z odgłosami ulicznego
zgiełku. Na szczęście hałas nie był zbyt dokuczliwy, bo Bronisław
mieszkał na ósmym piętrze wieżowca przy ulicy Pereca. Mimo że to było
ścisłe centrum miasta, jego okna szczęśliwie wychodziły na podwórze
pomiędzy budynkami, a nie bezpośrednio na ruchliwą ulicę.
- Możesz palić, jakoś przeżyję - zachęcił gościa, jednocześnie
przykładając rękę do serca. Matylda szybko podpaliła papierosa, jakby
się obawiając, że Bronek za chwilę się rozmyśli.
Wrócił na fotel. Usiadłszy, założył okulary i pochylił się nad ławą,
która oddzielała go od przyjaciółki. Z półki pod blatem wydobył podłużny
wiklinowy koszyk, pełen jakichś papierów, i położył go na wierzchu.
Przez chwilę grzebał w stercie listów z rachunkami i ofert reklamujących
kablówki, tostery i hulajnogi.
- Gdzieś to tu miałem... - wyjaśnił, sprawdzając po kolei każdy szpargał.
- Czy ty przynosisz do domu wszystko, co wrzucą ci do skrzynki?
Pokiwał głową.
- No wiesz, zawsze może się tam znaleźć coś interesującego - wyjaśnił i zaraz uśmiechnął się zadowolony. - O, jest. Właśnie to jest to, czego
szukałem. - Ujął w dwa palce list i położył go na blacie.
- Dostałeś wezwanie z WKU? - zapytała Matylda.
- No nie, starych oficerów rezerwy raczej nie biorą. To jest urzędowe
pismo od adwokata.
- No tak, wiedziałam, że nie można ciebie spuścić z oka - Matylda
zrobiła poważną minę. - Zbałamuciłeś jakąś pannę i ją porzuciłeś?
Bronek machnął ręką.
- To nie żarty. Zaprosiłem cię, bo chciałem się poradzić. A sprawa jest
całkiem poważna.
- No dobra, przepraszam. Mów, o co chodzi - rzuciła, sięgając po
kieliszek koniaku. Upiła niewielki łyk i wykrzywiła usta. Nigdy
specjalnie nie przepadała za tymi wszystkimi peweksowskimi napoleonami,
a Bronek nie znał się na dobrych alkoholach, o czym świadczył właśnie
ten pseudokoniak, którym ją poczęstował. Co gorsza, jak sam wyjaśnił,
kupił go specjalnie dla niej, więc nie mogła wybrzydzać.
- No to dostałem list z kancelarii w Kołobrzegu...
- O, zaczyna się ciekawie. Dawno nie byłam w Kołobrzegu. Płynie przez
Kołobrzeg Parsęta, Parsęta... - zanuciła piosenkę z Festiwalu Piosenki
Żołnierskiej.
Nie miał zamiaru śpiewać z nią. Od razu przeszedł do rzeczy.
- No i ta kancelaria informuje mnie o spadku. Czyli że jestem
spadkobiercą. Znaczy się spadkobiercą Gertrudy Cieślak, czyli mojej
ciotki, dokładniej to kuzynki mojego ojca.
- Nie miała dzieci?
- Właśnie, że miała. Syna, ale on nie żyje. Chyba ze dwa lata będzie,
jak zmarł. Mój brat Stanisław, wiesz, ten ksiądz, utrzymywał z nią
kontakty. Ja jakoś nie bardzo, myśmy... - zawahał się - od lat nie byli
blisko. Ona... mnie, znaczy, pokłóciliśmy się w 1981 roku. No i teraz ten
dom...
- Jaki dom?
- No wzywa mnie ten adwokat do przyjęcia spadku i nie wiem, co mam
robić?
- Dom, powiadasz? - zainteresowała się Matylda, sięgając po pismo, które
podał jej Bronek.
- Tak, stary dom w Chłopach. Nad morzem. Kiedyś, gdy byłem dzieckiem, to
żeśmy tam jeździli na wakacje. I pamiętam, że to już wtedy była stara
chałupa. No nie wiem, co mam teraz robić? Mam brać czy jak?
- Dom to dom - mruknęła pod nosem, uważnie czytając tekst. - Zawsze
możesz sprzedać działkę, nawet jeśli chata się rozpada. Więc chyba warto
go chociaż obejrzeć. No i przede wszystkim trzeba by pogadać z tym
adwokatem. A czego się boisz?
- Zasadniczo niczego. No ale wiesz, taki dom nad morzem to zawsze
kłopot. A poza tym nie wiadomo, czy ciotka nie miała jakichś długów.
Wiesz, jak jest, przyjmę spadek i będę płacił później jej kredyty do
końca życia.
- No na szczęście dużo ci tego płacenia już nie zostanie, zważywszy na
twój podeszły wiek, he, he.
- Bardzo śmieszne - rzucił, robiąc urażoną minę. - Na razie dobrze się
czuję i nie narzekam na zdrowie. - Znów złapał się za serce. - A pikawę
to mam jak dzwon.
- Gdybyś jeszcze palił i pił jak ja, tobyś się idealnie zakonserwował i miałbyś szansę dożyć setki. Bo ja osobiście chcę dociągnąć do stu
dziesięciu tak jak moja mama. Zresztą ona też piła i paliła do samej
śmierci.
- Tak, tak, wiem wszystko, ale ja zamierzam...
- Zamierzasz umrzeć zdrowszy, ha, ha. No ale my tu o umieraniu, a tam
nad morzem czeka na ciebie dom. Może i stary, i rozlatujący się, ale
najpierw trzeba to sprawdzić. To co, kiedy jedziemy?
- Jedziemy? - zdziwił się.
- A co, myślisz, że puszczę cię samego? Jeszcze byś się gdzieś zgubił po
drodze i serce by ci nie wytrzymało. Ludzie w tym wieku potrzebują w podróży opiekuna. Nawet taki bilet specjalny można kupić dla seniora i opiekuna z dużą zniżką. To co, jedziemy nad morze?
Wzruszył ramionami. Wiedział, że z szefową się nie dyskutuje. Zresztą i tak myślał już o wyjeździe, ale trochę się bał tej drogi. A tak z Matyldą na pewno będzie mu znacznie raźniej. No i u adwokata też się
przyda jej prawnicza wiedza.
Godzina 22.30
- Cześć, Jarek, mówi Marcin.
- Jaki Marcin?
- No, Marcin Engel.
- A, Marcin. A czemu ty, Marcin, do mnie dzwonisz? Czy ty wiesz, która
jest godzina? Która właściwie jest godzina??- Ja pierdolę, wczesna! -
powiedziałem chyba trochę za głośno, bo dwóch gości z kieliszkami
szampana w dłoniach odwróciło się w moim kierunku. Spojrzeli na mnie ze
współczuciem i zaraz wrócili do przerwanej rozmowy. Rozejrzałem się po
sali. Wielki hol był pusty, nie licząc tych dwóch i jeszcze jednej
babki, która podobnie jak ja wyszła z imprezy, żeby w spokoju pogadać
przez telefon.
Popatrzyłem na zegarek. Jeszcze nie było wcale tak późno, żeby robić z tego telefonu tragedię. Ale Owczarek, mój producent, był człowiekiem,
który kochał stwarzać problemy. W zasadzie można by nawet powiedzieć, że
on sam był jednym wielkim problemem nawet dla samego siebie.
Ciągle na coś narzekał. Przede wszystkim na swoje zdrowie. Ostatnio
wyczytał gdzieś w necie, że z tyłu, w dolnej partii pleców, są korzonki,
które mogą dawać o sobie znać w bolesny sposób. I w chwili, gdy się o nich dowiedział, te korzonki zaczęły go rwać. Bolały przez kilka dni, aż
się z tych bólów wyleczył dzięki cudownemu lekarstwu, które dostał od
jakiegoś znajomego bioenergoterapeuty. Wziął kilka pastylek i korzonkowe
boleści ustały definitywnie. Byłem jednak przekonany, że to tylko
kwestia czasu i wkrótce te boleści zastąpi jakaś inna wymyślona choroba.
- Czy ty nie wiesz, chłopie, że ja mam kłopoty ze spaniem? - zapytał,
jakby jego problemy były czymś tak oczywistym, że każdy powinien zdawać
sobie z nich sprawę. Chciałem coś powiedzieć, ale najwyraźniej nie
oczekiwał żadnych wyjaśnień w tej kwestii. - Jak się położę spać i zasnę, a potem mnie ktoś rozbudzi, to już po śliwkach. Nie zmrużę oka do
rana. Całą noc się później przewracam z boku na bok. Ale na szczęście
ten lek, co go dostałem od mojego specjalisty, pomaga też na bezsenność.
Więc jakby co, to go wypróbuję...
- Przepraszam, że cię obudziłem. Nie wiedziałem...
- Nie, nie obudziłeś. Jeszcze nie poszedłem spać. Bo jakbym poszedł
spać, to już by była kaplica. Ale wiesz, zawsze mogło tak być, że
spałem...
- Jest za dziesięć jedenasta.
- To już środek nocy. Jakbym poszedł wcześniej spać, to już bym spał i wtedy...
- Tak, już wiem o tym, że jakbyś się rozbudził...
- Ty nie wiesz, co to znaczy delikatny sen. Ja mam bardzo wrażliwy
organizm.
- To zupełnie tak jak ja - rzuciłem zniecierpliwiony.
- Tak? - zdziwił się, ale nie miałem zamiaru drążyć tematu. Musiałem
przejść do ofensywy, żeby nie tracić niepotrzebnie czasu.
- Ale słuchaj, dzwonię, bo mam ważną sprawę - zacząłem z grubej rury,
żeby odciągnąć jego uwagę od sennych problemów.
- Domyślam się, że bez powodu byś mnie nie budził.
- Jarek, posłuchaj mnie, do cholery, bo sprawa jest pilna! Kamila czeka
na telefon.
- Kamila? - zdziwił się. - O tej porze to ona już pewnie śpi...
- Nie śpi. Czeka na wynik naszej rozmowy. Znaczy na to, co powiesz...
- No patrz. A w robocie wygląda zawsze na wyspaną. No wiesz, co mam na
myśli? Taka jest zadbana i w ogóle.
Wiedziałem, co miałem nie wiedzieć. Przecież była moją najbliższą
współpracowniczką. Od kilku ładnych lat działaliśmy razem i wszystkie
dziennikarskie prace wykonywaliśmy we dwójkę. Poznaliśmy się pięć lat
temu, gdy przyszedłem do redakcji reportażu. Ona była praktykantką,
która zaczęła swoją pierwszą pracę zaraz po studiach. Ja natomiast byłem
starym wyjadaczem. Miałem już ugruntowaną pozycję, bo przez kilka lat
pracowałem w telewizji publicznej. W 2016 roku, gdy w TVP zaczęły się
zmiany, odszedłem jak wielu innych dziennikarzy i niemal z dnia na dzień
trafiłem do prywatnej stacji. Tutaj od razu natknąłem się na Kamilę.
Mój nowy producent wskazał na dziewczynę siedzącą za jednym z biurek,
ubraną w zbyt obszerną wojskową kurtkę, czarne spodnie bojówki i glany.
Na głowie miała czapkę z daszkiem US Army, spod której wychodził koński
ogon ciemnych długich włosów. I gdy spojrzałem na nią, zrobiło mi się
jej żal, bo pomyślałem, że za chwilę nie będzie po niej śladu. Wydała mi
się za delikatna do takiej roboty, więc w zasadzie była już na straconej
pozycji.
- To jest właśnie Karolina - przedstawił ją Owczarek, tak jakbyśmy o niej przed chwilą rozmawiali. Nie rozmawialiśmy o niej ani w ogóle o niczym. On mnie wprowadzał do newsroomu i pewnie doszedł do wniosku, że
przy okazji sprzeda mi ją w pakiecie z biurkiem i komputerem.
- Nie Karolina, tylko Kamila - obróciła się na krześle i obrzuciła nas
zaciekawionym spojrzeniem.
- No właśnie mówię Marcinowi, że siedzisz przy jego biurku. Bo to jego
biurko, a on u nas zaczyna dziś robotę, a ty, Karolina, będziesz u niego
praktykować. To znaczy wiesz, o co chodzi, nie? Marcin to doświadczony
reporter, więc jeśli masz się czegoś tu nauczyć, to najlepiej od niego.
A ty, Marcin - tu spojrzał na mnie - musisz Karolinę...
- Kamilę - poprawiła go znowu.
- No właśnie, musisz ją... no wiesz... - przez chwilę szukał odpowiedniego
słowa, ziewnął przy tym, a potem się uśmiechnął - musisz ją trochę
przeszkolić i sprawdzić, czy się nadaje do tej roboty.
Pokiwałem głową. Wiedziałem, w czym rzecz. Praktykanci w telewizji
zawsze trafiali pod skrzydła doświadczonych reporterów, bo to był jedyny
sposób na praktyczne nauczenie ich zawodu. Ale w tej chwili, w momencie,
w którym zaczynałem pracę w nowej redakcji, praktykantka nie była mi do
niczego potrzebna, bo sam jeszcze nie wiedziałem, czym mam się zająć.
Powinienem więc był powiedzieć, że na razie nie mam dla niej czasu i żeby znalazła sobie innego mentora. Ale się powstrzymałem. Spojrzałem w jej brązowe oczy i poczułem coś dziwnego. Jakby jakiś impuls, a może
dobry duszek szepnął mi do ucha: "Weź ją pod swoje skrzydła, zajmij się
nią, chłopie, a nie pożałujesz". Gdybyśmy spotkali się pół roku
wcześniej, może nawet bym się nią zainteresował jak facet kobietą, ale
wtedy akurat rozkręcałem swój związek z Dżesiką i nie widziałem poza nią
świata.
- Jestem Marcin - wyciągnąłem do niej rękę. Chwyciła ją mocno i potrząsnęła zdecydowanie po męsku, jakby od razu chciała powiedzieć, że
w pracy będziemy partnerami i kolegami, ale nikim więcej. To mi w zupełności wystarczało.
- Możesz mówić do mnie Kama. A tak w ogóle to ja cię znam. Widziałam
kilka twoich reportaży w Ekspresie Reporterów. Ten o księdzu Natanielu
był świetny.
Przełknąłem pochwałę jak kaczor skórkę od chleba i mało się nie
udławiłem z dumy. Zrobiła na mnie wrażenie. Skoro oglądała mój reportaż,
to znaczy, że znała się trochę na rzeczy. Dlatego już po tej pierwszej
rozmowie uznałem, że będą z niej ludzie.
Okazała się wyjątkowo bystra i do tego jeszcze umiała błyskawicznie
kojarzyć fakty. Najczęściej, a przekonałem się o tym wiele razy, jej
oceny sytuacji były niezwykle precyzyjne. Nic więc dziwnego, że gdy dziś
zadzwoniła do mnie, wiedziałem, że sprawy nie można bagatelizować i trzeba natychmiast zacząć działać. Dlatego wyszedłem z tej beznadziejnej
imprezy i zadzwoniłem do swojego wydawcy.
- Jak dłużej będziemy gadać, to ona w końcu zaśnie, a nie powinna -
stwierdziłem cierpko, mając powoli dość tej bezsensownej rozmowy. Jestem
konkretnym facetem i jeśli coś załatwiam, to lubię to zrobić od razu,
bez niepotrzebnego pieprzenia.
- O tej porze każdy normalny człowiek...
- Tak, wiem, ale ja nie jestem normalny, zresztą Kama też nie, skoro
czeka - straciłem już cierpliwość - więc posłuchaj, mamy namierzonego
gościa, który sprzedaje te lekarstwa.
- Jakie lekarstwa? - wyraźnie się zainteresował.
- No przecież ci już mówiłem. Dokumentujemy temat od dwóch miesięcy.
Lekarstwa na wszystko. Ludzie biorą i są przekonani, że po zażyciu
odpowiedniej dawki będą zdrowi.
- A nie są zdrowi? - domyślił się.
- Nie, moim zdaniem te lekarstwa to może zwykła ściema.
- Ale tak w ogóle, to o co ci chodzi?
- Chodzi mi o to, że mamy załatwioną wizytę u tego gościa. Chcę tam
jechać z kamerą i go nagrać.
- A, rozumiem. I po to mnie budzisz?
- Przecież jeszcze nie spałeś.
- W zasadzie to nie. Ale dokąd ty tak w ogóle chcesz jechać?
- Do takiej małej miejscowości nad morzem. Nazywa się Ustronie.
- He, he! Ustroń. Byłem tam, to koło Wisły. Ładnie tam jest. A po co
chcesz jechać nad morze, jak to jest w górach?
- Nad morzem. Ustronie Morskie. Nie Ustroń.
- Aha. Nad morzem? No patrzcie się, ludzie, same Ustronia tu i tam.
Ciekawe, czy jest tam ustronnie?
- O tej porze roku na pewno jeszcze jest tam trochę wczasowiczów, jak to
we wrześniu. Ale generalnie to koniec sezonu na lody.
- To kiedy chcesz jechać w te Beskidy? - zapytał w końcu mój
producent.
- Jutro rano. Nad morze chcę jechać. Pojadę z Kamą i z Wasylem jako
operatorem.
- No to nie mogłeś tak od razu gadać?
- W zasadzie to chciałem. To co, mogę jechać?
- Jasne. A na ile?
- Dwa, trzy dni. No, góra cztery. Wiesz, jak jest. Zobaczymy, co nam z tego wyjdzie.
- Zgoda. Tylko dzwoń, jakby co. A, i jeszcze jedno, jeśli jedziecie, to
znaczy, że musi wyjść z tego reportaż.
Z ulgą przerwałem rozmowę. Szybko wybrałem numer Kamy. Odebrała po
pierwszym dzwonku.
- Jedziemy jutro rano. Może być o ósmej?
- Super. Może być. Już się pakuję - rzuciła wyraźnie zadowolona.
Wiedziałem, o co chodzi. Dokładnie tak samo jak ja lubiła ten moment,
kiedy z fazy dokumentowania tematu przechodziliśmy do konkretów i zaczynaliśmy zdjęcia.
- No to w takim razie o ósmej na Wiertniczej - rzuciłem jeszcze na
pożegnanie.
- Tylko nie pij za dużo - odpowiedziała.
- Ja, nie... - zdziwiłem się. - Skąd wiesz, że...
- No przecież słyszę muzykę w tle. Jesteś na afterku po dzisiejszym
pokazie nowej kolekcji Fashion New Look Stars, coś tam, coś tam...
- No tak, a skąd...?
- Oj, Marcin, twoja Zębi jest przecież od nich, a oni mają dziś pokaz. A po pokazie jest after party. To niby gdzie byś miał być.
Miała całkowitą rację. Gdzie bym miał być, skoro Zębi...
- Nie Zębi, tylko Dżesi - poprawiłem ją, choć wiedziałem, że to niewiele
da. Nie wiem, dlaczego Kama niezbyt przepadała za Dżesiką. Na dodatek to
ona po tej reklamie, w której Dżesi świeciła zębami, nazwała ją Zębi, od
tej cholernej pasty i może jeszcze trochę od srebrnej przypinki
przedstawiającej słonika Bambi, którego Dżes doczepiała do torebek czy
bransoletek.
- Ciągle mi się myli, hi, hi! Dobranoc, misiaczku.
- Mogłabyś się w końcu nauczyć, że Dżesi...
- Co Dżesi, miśku? - usłyszałem głos za sobą. Odwróciłem się. Za mną
stałą Dżesika z jasnymi, prawie białymi włosami zawiązanymi w dwa
warkocze, ubrana w bluzę z kapturem, spodnie przypominające dresy i czerwone trampki. Wyglądała jak zwykle rewelacyjnie. Patrzyła na mnie i uśmiechała się lekko, odsłaniając śnieżnobiałe zęby.
- I co, he? - ponagliła mnie.
- Kama powiedziała, żebym cię przeprosił za to, że jutro wyjeżdżam na
kilka dni i że będziesz musiała zostać w domu sama.
- Kama tak powiedziała? - zdziwiła się. Też nie darzyła jej sympatią.
- No tak, właśnie z nią rozmawiałem.
- Znowu cię nie będzie, miśku? - zrobiła zasmuconą minę.
- No niestety. Wyjeżdżamy jutro bardzo wcześnie.
- To powiedz jej jutro, że jesteś niewyspany, bo Dżesi przez całą noc
nie dała ci zmrużyć oka i wyssała z ciebie wszystko, co się dało,
łącznie z całą energią.
Spojrzałem na nią i wiedziałem, że mówi prawdę. Nie da mi dziś zasnąć ta
moja diablica. Ale Kamie raczej nie będę mówił o takich sprawach. Pewnie
nie bardzo by chciała słuchać, zwłaszcza po tym, gdy znów nie udał się
jej kolejny, krótki i jak zwykle burzliwy związek. Bo Kama w sprawach
damsko-męskich chyba nie do końca umiała się odnaleźć, w przeciwieństwie
do Dżesiki. Dżesi chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą w kierunku
wyjścia. Ruszyłem za nią, myśląc już o tym, co będziemy robić za chwilę,
wpatrzony w jej kształtną pupę.
Godzina 23.00
- Medyk sądowy już wezwany? - zapytał podkomisarz Franek Kaczmarek.
Posterunkowy, który pilnował drzwi do mieszkania, wzruszył
ramionami.
- Melduję, że nic nie wiem. Ja tu tylko nikogo nie wpuszczam - wskazał
głową na kilkuosobową grupę sąsiadów palących papierosy na końcu
korytarza. Niby skupieni byli na paleniu, ale widać było, że stoją tam,
bo mocno przeżywają to, co się stało tuż za ścianą. Pewnie nic nie
słyszeli, niczego nie widzieli, a na pytanie o zabitego gościa
odpowiedzą, że to niemożliwe, bo on był przecież taki spokojny -
pomyślał Franek, przyglądając im się przez chwilę, po czym wszedł przez
szeroko otwarte drzwi. W przejściu wpadł na solidnie zbudowaną
policjantkę. Uśmiechnęła się na jego widok.
- Franek! Przyszedłeś sprawdzić, czy dajemy sobie radę? - rzuciła z przekąsem. Wizyta oficera z komendy stołecznej oznaczała tylko jedno -
przejęcie śledztwa.
- Cześć, Michalina. Wiesz, jak jest, kazali, to jestem - odpowiedział,
wyciągając w jej kierunku rękę z lekką obawą, czy aby mu jej nie urwie.
Nic z tego, uścisnęła ją nadspodziewanie delikatnie, jakby dobrze
zdawała sobie sprawę ze swojej siły.
Z aspirant Michaliną Sulowską poznali się trzy lata temu przy sprawie
podwójnego samobójstwa dwojga staruszków w mieszkaniu przy ulicy
Pańskiej. To ona prowadziła tę sprawę i bardzo się zdziwiła, gdy okazało
się, że dochodzeniem zainteresowała się też stołeczna. Stało się tak
dlatego, że podobne samobójstwa zdarzyły się również w innych częściach
Polski i stąd wzięło się szersze śledztwo nadzorowane centralnie. Franek
nie był w żadnym calu bufonem przeświadczonym o własnej wielkości i dlatego, przejmując śledztwo, zaangażował do niego Michalinę.
Policjantka była bardzo bystra, a do tego jeszcze należała do tego typu
ludzi, których zaczyna się lubić od pierwszego wejrzenia. Oczywiście
lubili ją ci, którym na to pozwalała, bo nie każdego dopuszczała do
komitywy. Przestępcy nie mieli u niej żadnych szans. Ci, którzy
próbowali, szybko przekonywali się, że zbliżenie do Michaliny może się
zakończyć bardzo boleśnie. Trzydziestodwuletnia aspirant trenowała
bowiem sztuki walki i była w tym bardzo dobra. Jak bardzo, tego Franek
nie wiedział i wolał tego nie sprawdzać.
- Co tam u ciebie? - zapytała z życzliwą ciekawością. Od razu poczuł, że
nie ma w tym pytaniu ani odrobiny wymuszonej kurtuazji. Ona naprawdę
była zainteresowana.
- No w zasadzie wszystko dobrze, oprócz tego, że żona poszła do pracy, a małą trzeba było oddać do żłobka. A wiesz, jak jest ze żłobkiem. Dziecko
co chwilę łapie jakieś infekcje i Jowita więcej siedzi w domu niż w robocie, więc się wkurza.
- Wiem, w czym rzecz. Mój Konrad na szczęście już w podstawówce jest.
Ale i żłobek, i przedszkole odchorował nieźle. A jak wasza mała ma na
imię?
- Weronika.
- Bardzo ładnie.
- Jowita wybrała. Ha, ha, nie miałem nic do gadania. Ale spodobało mi
się od razu.
- No to cię ominęły te poszukiwania w internecie. Myśmy z moim Damianem
szukali imienia chyba od trzeciego miesiąca, zanim żeśmy nie wpadli na
Konrada...
Wprowadziła go do kuchni i wskazała krzesło przy stole.
- Tu już wszystko zabezpieczone. Możesz śmiało siadać - wyjaśniła.
- A medyk sądowy? - zapytał, bo od niego wszystko zależało. Przede
wszystkim to, na jak długo tu utknie.
- Dzwoniłam godzinę temu na Oczki. Powiedzieli, że jak dobrze pójdzie,
to będzie za godzinę, bo jest jakiś wypadek śmiertelny pod Otwockiem. I podobno właśnie wraca z niego, to od razu zahaczy o nas.
Franek pokręcił głową.
- Czy u nas, cholera, nic nie może normalnie działać? - rzucił, choć
wcale nie oczekiwał jakiejś konkretnej odpowiedzi.
- W sensie?
- No w takim, że w tej robocie będą pracować ludzie, którzy raz, że się
na niej znają, a dwa, że będzie ich tylu, żeby mogli sobie poradzić
ze wszystkimi sprawami.
- No przecież sobie radzą, nie?
- Tyle że zawsze musimy na nich czekać. Czy zdarzyła ci się jakaś
sprawa, przy której medyk sądowy zjawiał się tak szybko jak nasza ekipa?
Nie musisz odpowiadać. Nigdy się tak nie zdarzyło. A wiesz dlaczego? Bo
do truposzy jeździmy sobie osobno, ponieważ pracujemy w różnych firmach.
Czemu oni nie pracują w policji, tylko w tych swoich trupiarniach? Gdyby
podlegali pod Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, to
wszystko wyglądałoby inaczej. A tak na całe mazowieckie mamy piętnastu
medyków, z tego na dyżurach dwóch na dzień i tych dwóch ma ręce pełne
roboty, bo naród zabija się na potęgę, rozbijając się autami, wieszając
się albo dając się tak jak ten tu zastrzelić. I każdego takiego gościa
musi najpierw obejrzeć medyk sądowy, żeby można było w ogóle ruszyć ze
śledztwem.
- No niby masz rację, ale mówisz tak, jakbyś pracował w policji od
wczoraj. - Michalina usiadła naprzeciwko i złożyła dłonie na blacie
stołu. Franek zauważył, że jej paznokcie były pomalowane tylko
przeźroczystym lakierem. Pewnie kolor niezbyt pasował do występów na
macie.
- Co ty taki marudny jesteś dzisiaj? - zapytał Wojtek Gonciarek,
wyrywając go z zamyślenia. Wszedł właśnie do kuchni z pokoju, w którym,
jak można się było domyślać, leżały zwłoki. Miał na sobie ochronny biały
kombinezon, zakrywający go od stóp do głów. Całość dopełniała maseczka
spuszczona pod brodę. Dzięki temu można było rozpoznać jego twarz.
Jednak Franek i bez tego wiedział, z kim ma do czynienia. Technik
kryminalistyczny Gonciarek miał tubalny głos, do tego szorstkością
przypominający barwę słynnego aktora Jana Himilsbacha.
- Nie wiesz, że Franek zawsze marudzi? - Michalina się uśmiechnęła.
- Nie ma co marudzić, tylko trzeba się brać do roboty - wyskrzeczał
Gonciarek. - Ja już swoje zrobiłem. - Wskazał na aparat fotograficzny
przewieszony przez ramię. - Fotki pierwsza klasa. Możecie zakładać
plastikowe gacie i wchodzić. Zanim przyjedzie medyk, zdążycie się
rozejrzeć.
Policjantka sięgnęła do wielkiej torby stojącej na podłodze tuż przy
nodze stołu i wydobyła z niej dwa pakiety z ubraniami ochronnymi. Jeden
przesunęła w kierunku Franka. Ten jednak niespecjalnie śpieszył się do
oględzin.
- Co widać? - zapytał Gonciarka. Ten wzruszył ramionami. - A czy ja
jestem specjalista, czy jak?
- Widziałeś więcej sztywniaków niż ja w całym swoim życiu, więc podziel
się opinią, zanim tam wejdę - powiedziawszy to, Franek uśmiechnął się
przyjaźnie. Technik chrząknął, jakby chciał oczyścić gardło przed
dłuższym przemówieniem. Ale tak naprawdę to w ten sposób przykrył
zadowolenie z faktu, że ten młody, zaledwie trzydziestoletni oficer
chciał jego opinii. I wcale nie dlatego, że sam nie potrafił sobie
wyrobić zdania. Pracowali już razem i Gonciarek wiedział, że Franek jest
typem bystrzaka. Pytał go, bo chyba rzeczywiście liczył się z jego
zdaniem.
- No to powiem tyle, że dostał z bliskiej odległości w czoło. Otwór
wlotowy z osmalonymi brzegami, znaczy, że strzał z przyłożenia.
Wylotowej dziury nie widzę, bo łbem opiera się ten gość o ścianę, ale na
niej jest ładny rozbryzg krwi i drobin mózgu. Facet jest w gaciach i rozebrany. Czyli ktoś podszedł do niego, gdy spał, a może był nachlany i dlatego nie zarejestrował, gdy morderca przyłożył mu lufę do głowy.
Franek z uznaniem pokiwał głową.
- Dziękuję - uśmiechnął się i zaraz sięgnął po foliówkę z ochronnym
kombinezonem. - A mówiłeś, że się nie znasz.
Gonciarek machnął ręką, a potem zaczął odpinać swój kombinezon.
- Jak się człowiek tyle co ja napatrzy na tych truposzy, to czegoś tam
się nauczy w końcu przez te wszystkie lata, nie? Ale jedno to wam mogę
powiedzieć. Że przyzwyczaić to ja się nie umiem. Zawsze mi się niedobrze
robi na samym początku, jak wchodzę do takiego mieszkania, gdzie leży
umarlak. I jeszcze wam powiem, że gdyby nie wóda, to już dawno bym się
przekręcił. Ale jak już zrobię swoje, to zawsze idę do sklepu, kupuję
małpkę i muszę sobie walnąć, bo na trzeźwo tego, kurwa, nie da się
przeżyć.
Oboje to wiedzieli. W końcu i Michalina, i Franek byli już
doświadczonymi śledczymi, ale oni jakoś potrafili radzić sobie bez
alkoholu. Ona nie piła, bo miała słabą głowę, a on, bo szkoda mu było
czasu na chlanie, gdy w domu czekała żona i mała córeczka.
- I jeszcze jedno - przypomniał sobie o czymś technik. - Takie mam
wrażenie, ale to musicie sprawdzić, że on był leworęczny.
Sprawdził trzy godziny później. Okazało się, że technik Gonciarek miał
rację. Strzał oddano z przyłożenia, z bardzo dużym prawdopodobieństwem,
że z broni trzymanej w lewej ręce.
- No to mamy pierwszy punkt zaczepienia - stwierdził Franek, uśmiechając
się do Michaliny. Był zadowolony, że to właśnie z nią będzie prowadził
śledztwo. Ona też była zadowolona. Zawsze przecież Pałac Mostowskich
mógł przysłać jej jakiegoś nadętego bufona. Na szczęście z Kaczmarkiem
można się było dogadać, bo facet miał jedną ważną cechę - potrafił
słuchać tego, co inni mają do powiedzenia.
Godzina 23.10
Gdy włożyła klucz w zamek, drzwi się otworzyły. W progu stała szczupła
brunetka o miodowych oczach, ukrytych pod okularami w czerwonych
oprawkach.
- Ja kiedyś zawału przez ciebie dostanę - jęknęła Jowita, spoglądając z troską w oczach na Matyldę.
- Ty, zawału? - Matylda weszła do środka, a za nią wpłynął aromat
papierosowo-alkoholowy. - Jak się będziesz na mnie czaić pod drzwiami,
to się przestraszę i umrę. Zobaczysz, że tak będzie.
- Nie czaiłam się. Myślałam, że nie możesz sobie poradzić z kluczami, i dlatego podeszłam...
- Ty, dziecko, za dużo nie myśl. Ja jeszcze sobie daję radę ze
wszystkim. A drzwi to otworzyłabym nawet bez klucza. Ty wiesz, że
przechodziłam specjalne szkolenie.
Przystanęła przy wieszaku, zdejmując buty, a potem lekką kurtkę.
- U nas takich kursów nie było. Jedyny poważny kurs to ten w Pile,
znaczy technik kryminalistycznych...
- O właśnie, uczą was tam jakichś technik, a drzwi bez klucza to żaden
młody policjant nie otworzy, nie mówiąc już o włamie do auta czy
odpaleniu na krótko.
- Nie mów, że potrafiłabyś zwędzić auto? - teraz Jowita poważnie
zainteresowała się opowieścią. Wiedziała, że Matylda jest kobietą
różnych talentów, ale o jej umiejętnościach włamywacza, i to takich
nabytych podczas policyjnych szkoleń, nigdy wcześniej nie słyszała. No
ale ona przecież musiała tych szkoleń odbyć sporo. Matylda Kaczmarek
była bowiem emerytowaną milicjantką. Przez wiele lat pracowała w wydziale dochodzeniowo-śledczym Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej, a swoją karierę zakończyła w stopniu podpułkownika. Odeszła ze służby w dziewięćdziesiątym pierwszym roku, mimo że weryfikację przeszła bez
najmniejszego problemu i mogła jeszcze pracować w tworzącej się policji.
Stwierdziła jednak, że jej świat, który znała doskonale, odchodzi w przeszłość, a ona jak prawdziwy aktor wie, kiedy powinna zejść
ze sceny. I zeszła, choć w duchu nieraz żałowała tej decyzji. Nigdy
jednak nie przyznałaby się nikomu, że brakuje jej tej codziennej dawki
adrenaliny, którą daje praca na najwyższych obrotach. Próbowała więc
szukać czegoś w zastępstwie, ale to nie taka prosta sprawa. Kryminały,
które czytała namiętnie, nie mogły zastąpić prawdziwego życia. Dlatego,
gdy nadarzała się okazja, zajmowała się wyjaśnianiem zagadek ze swego
najbliższego otoczenia. Jak chociażby ta sprawa tajemniczego spadku,
który otrzymał jej dawny podwładny Bronisław. Godzinę temu ustalili, że
wyruszają nad morze już jutro, bo nie ma na co czekać. Bronek co prawda
się nieco opierał i wolał sprawę załatwić na spokojnie, sondując
wszystkie jej zawiłości telefonicznie, ale była szefowa jak zwykle
wzięła sprawy w swoje ręce.
- Jeśli ty myślisz, że ja ci dam umrzeć na wersalce, to się grubo
mylisz. Tacy ludzie czynu jak my giną na polu chwały, a nie we własnym
łóżku.
- Ale ja się jeszcze nie wybieram...
- Może i nie, ale jeśli będziesz siedział na tyłku, to w końcu padniesz
któregoś dnia i będzie po tobie. I dlatego dziękuj Bogu, że masz mnie
pod ręką. Pakuj się, bo jutro wyjeżdżamy.
- Zaraz, jak jutro? A bilety? Przecież nie mamy biletów. Trzeba pójść na
dworzec i kupić miejscówki. Przecież nie pojedziemy bez miejscówek. Nie
zamierzam stać przez całą drogę. To kilka godzin jazdy, a ja nie dam
rady tyle wystać na korytarzu...
- Bronisław, to jest przecież dwudziesty pierwszy wiek. W pociągach nie
ma już tłoku, wszystkie miejsca są numerowane i dlatego sprzedają tyle
biletów, ile jest miejsc. Stanie na korytarzach to już odległa
przeszłość, tak mi się przynajmniej zdaje. A poza tym nie trzeba już
chodzić do kasy biletowej na Centralnym.
- A co, przenieśli gdzieś kasy? - zdziwił się Bronisław, który bardzo
rzadko jeździł pociągami. Ostatni raz zdarzyło mu się to w 1992 roku,
kiedy jechał do Lublina w odwiedziny do brata księdza, obchodzącego
rocznicę święceń kapłańskich. Wtedy rzeczywiście stał przez całą drogę w przejściu między wagonami, przewiało go i nabawił się przeziębienia. Na
szczęście był wówczas nieco młodszy i jakoś dał sobie radę z tą niebyt
komfortową jazdą, ale musiał odchorować jej skutki.
- Nigdzie kas nie przenieśli. Są tam, gdzie były, na Dworcu Centralnym w dalszym ciągu. I nadal się tłoczą przed nimi ludzie tak jak w latach
osiemdziesiątych.
- Czyli trzeba by iść wcześnie rano do kolejki.
Ta perspektywa najwyraźniej nie przypadła do gustu byłemu milicjantowi.
- Bronek, tam się tłoczą troglodyci o ciasnych horyzontach, którzy
mentalnie są jeszcze zatopieni w dziewiętnastowiecznym sosie
bogoojczyźnianych tradycji. Oni potrzebują kolejek, bo w nich czują się
u siebie, ale my jesteśmy nowocześni i podążamy z duchem czasu. Dlatego
bilety kupujemy w internecie.
- Ano tak, jasne - potwierdził Bronisław. - Tyle że ja nie mam
internetu, bo mi się coś stało i komputer mi się nie łączy, i muszę
wezwać jakiegoś majstra, żeby...
- Ty nic nie musisz robić. Internet jest w telefonie.
Matylda wydobyła z przepastnej torebki smartfona, którego dostała od
wnuka Franka na urodziny. Początkowo miała pewne obawy, czy powinna
zanurzać się w świat wirtualnej rzeczywistości za pomocą telefonu, który
pozbawiony był przycisków. Ale jej opory szybko przełamała Jowita,
obiecując, że zrobi jej szybki kurs. Matylda, która zawsze chciała
uchodzić za kobietę niebojącą się wyzwań, nie miała innego wyjścia. Dwa
dni później surfowała po sieci z łatwością, o jaką wcześniej nigdy by
się nie podejrzewała. Dlatego też, mając już kilka tygodni doświadczeń,
z pewnością siebie charakteryzującą wszystkich tych, którzy porywają się
z motyką na słońce, postanowiła kupić bilety przez telefon. Jakoś się
udało, bo pół godziny później oboje byli już posiadaczami biletów z Warszawy do Kołobrzegu w pierwszej klasie przy oknach. Pociąg odjeżdżał
z Warszawy Centralnej o godzinie 7.59. Jedynym mankamentem tego
połączenia była przesiadka w Poznaniu. Matylda słyszała, że na
tamtejszym dworcu po remoncie podobno nawet miejscowi nie mogą sobie
poradzić ze znalezieniem odpowiedniego peronu. Ale to nie było
najważniejsze. Dla niej istotne było to, że - zamiast siedzieć w domu -
jadą w nieznane, by wyjaśnić kwestię spadku. Była przekonana, że to
miniśledztwo, które wspólnie poprowadzą, będzie doskonałą rozrywką,
znacznie bardziej intrygującą niż niektóre kiepskie kryminały pisarskich
gwiazd.
Jowita zamknęła drzwi i przekręciła zamek. Matylda ruszyła do kuchni.
- Kawy się napijesz? - zapytała.
- Nie wiem, czy nie za późno.
- A co, boisz się, że nie zaśniesz? Nic się nie przejmuj. Przynajmniej,
jak nie będziesz spała, doczekasz się męża. Jak wróci do domu, będzie
miał z kim pogadać, bo ja strzelę sobie jeszcze małą czarną i idę do
łóżka. Jutro muszę wcześnie wstać. Trzeba się spakować...
- Wyjeżdżasz gdzieś?
- No, na taką jakby wycieczkę nad morze jadę.
- Nic nie mówiłaś wcześniej, że się gdzieś wybierasz.
Matylda nalała wody do elektrycznego czerwonego czajnika w białe kropki
i włączyła go. Wydobyła z wiszącej szafki brązową puszkę, pamiętającą
jeszcze półkę w pewexie, nabrała jedną miarkę kawy, po czym wsypała ją
do białego kubka. Uwielbiała taką parzoną i nie miała najmniejszego
zamiaru przerzucić się na kawę z ekspresu, mimo licznych prób
nakłonienia jej do zmiany przyzwyczajeń czynionych przez Franka i Jowitę. Matylda była uparta. Zrezygnowała z kawy w szklance, gdy kilka
lat temu stłukła ostatnią prawdziwą szklankę i zmuszona została do
zastosowania kubka. Ale na tym zakończyła się ta kawowa rewolucja.
Nalała wrzątku, kubek postawiła na blacie stołu i usiadła na krześle.
Kuchnia urządzona była w dość nietypowy sposób. Gdyby ktoś chciał kręcić
film o latach siedemdziesiątych, mógłby ze spokojem wykorzystać to
wnętrze, nie zmieniając w nim w zasadzie niczego. Jedynym ukłonem w stronę nowoczesności był elektryczny czajnik. Pozostałe elementy
wystroju, jak meble w białej okleinie i sprzęt AGD, czyli lodówka i piec
gazowy, wyprodukowano pod koniec rządów towarzysza Gierka. Do tego
ściany wyłożone były modną wówczas, a dziś już kompletnie zapomnianą
boazerią z sosnowych, lakierowanych desek. Nad stołem, na ścianie,
wisiała martwa natura namalowana przez Jerzego Dudę-Gracza, którą śląski
malarz wykonał na specjalne zamówienie Gustawa, męża Matyldy, gdy młodzi
małżonkowie wprowadzali się do tego mieszkania. Jak na standardy
odbudowanego centrum miasta było ono wielkie. Miało prawie sto metrów i składało się z pięciu pokoi z kuchnią i obszerną łazienką. Znajdowało
się w samym środku Warszawy, w piętrowej kamienicy, która została
wzniesiona niemal od podstaw po wojnie. Przydziały w niej dostawali
ludzie blisko związani z władzą, tak jak Gustaw, który był ważnym
funkcjonariuszem MO. Ślązak z krwi i kości do Warszawy przyjechał wraz z ekipą Gierka w 1971 roku. W milicji zrobił błyskotliwą karierę,
dosłużywszy się stopnia generała. To właśnie w Pałacu Mostowskich
Matylda, młoda, dobrze zapowiadająca się milicjantka, poznała swojego
Gucia, gdy ten był jeszcze kapitanem. Zaraz po ślubie przeprowadzili się
na Nowy Świat do mieszkania służbowego, które po latach udało się jej
wykupić na własność. Dwa lata temu do Warszawy sprowadził się jej wnuk
Franek. Chłopak przeniósł się tu z Piły, gdzie została jego narzeczona
Jowita. Gdy okazało się, że dziewczyna jest w ciąży, Matylda
zdecydowała, że młodzi nie mogą być tak daleko od siebie, i zaproponowała im, żeby oboje zamieszkali u niej. Przyjęli propozycję
babci z wdzięcznością, zadowoleni, że mogą wreszcie być razem. Problemem
była tylko kwestia pracy. Franek miał przydział do komendy stołecznej, a Jowita, też policjantka, była na etacie w Pile. I tu do akcji wkroczyła
Matylda. Kazała dziewczynie napisać podanie o przeniesienie w związku z ciążą i planowanym ślubem. Jowita napisała, choć była przekonana, że nie
da się tej sprawy załatwić zbyt szybko. Nie docenili babci. Okazało się,
że szefem kadr w komendzie jest jej dawny podwładny. Tydzień po złożeniu
podania etat Jowity został przeniesiony do Warszawy. Ledwo zdążyła się
zapoznać z ludźmi pracującymi w jej wydziale, a już po dwóch miesiącach
poszła na zwolnienie lekarskie. Wróciła przed trzema tygodniami, a ich
córeczka Weronika zaczęła edukację żłobkową, w której dzieci uczą się
przede wszystkim odporności na wszelkiego rodzaju infekcje.
- Nie mówiłam, bo nie wiedziałam. Dopiero teraz wyszło, że trzeba
jechać.
Jowita usiadła naprzeciwko. Musiała przyznać w duchu, że jakoś ten
wyjazd Matyldy wcale jej nie zaskoczył. Babcia co chwilę wpadała na
jakiś ekstrawagancki pomysł, więc wyjazd zaplanowany w nocy i zrealizowany rano nie był niczym nadzwyczajnym.
- Co to za pilna sprawa? - zapytała.
- Sprawa taka, że trzeba pomóc Bronisławowi, bo wiesz, jaki on jest.
Dostał dom w spadku nad morzem i nie wie, czy może go przyjąć, więc
trzeba to dokładnie zbadać.
- A, już rozumiem - dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem. - Romantyczny
wyjazd z Bronkiem.
- Nic nie rozumiesz - prychnęła Matylda, która nie znosiła żadnych
komentarzy na temat ich relacji. Prawda, że spędzali ze sobą sporo
czasu, ale w końcu nie mieli niczego ciekawszego do roboty. Oboje byli
owdowiali i mieli do tego całą masę wspólnych wspomnień. Ale żeby zaraz
doszukać się w tym romansowego wątku? - Muszę mu pomóc, bo sobie sam nie
poradzi. Wiesz, jak to jest z mężczyznami.
Jowita pokiwała głową. Wiedziała swoje. Matylda i Bronisław nie mogli
żyć bez siebie i nawet jeśli nie zdawali sobie z tego sprawy, to i tak
zachowywali się jak stare dobre małżeństwo.
- To kiedy wracasz?
- Powinnam powiedzieć: "Bóg raczy wiedzieć" albo lepiej: "Diabli
wiedzą", ale ze względu na mój świat wartości świeckich i jak
najbardziej laickich, czyli racjonalnych, powiem: "Cholera wie".
Godzina 23.50
- Marcinku, czy ty przyjdziesz w końcu dzisiaj do łóżka, hę? - zawołała
Dżesi.
- Tak, kiciu, już idę, jeszcze tylko muszę sprawdzić kilka rzeczy. Nie
mogę pojechać, jeśli sobie wszystkiego nie popakuję. Wiesz, w czym rzecz
- wyjaśniłem, wrzucając do folderu w komputerze notatki, które jak
zwykle miałem porozrzucane po całym ekranie. Nie zamierzałem brać ze
sobą laptopa, wystarczył mi mój telefon, z którego mogłem z łatwością
wejść do chmury i odpalić dowolny plik. Ale żeby go otworzyć, musiałem
go najpierw napełnić tymi wszystkimi moimi zapiskami i skanami, które
były dosłownie wszędzie. Nie, wcale nie był to żaden bałagan.
Zostawiałem wszystko na wierzchu, bo w ten sposób było mi łatwiej się
zorientować w tym, czym dysponowałem. Taki styl pracy. W końcu każdy ma
jakiś sposób na robotę. Ja miałem właśnie taki, pozornie bałaganiarski,
ale zawsze wiedziałem, gdzie co jest. No poza takimi rzadkimi momentami,
w których zdarzało mi się coś tam zgubić. Ale na szczęście zdarzało się
to niesłychanie rzadko. Jestem bowiem człowiekiem dbałym o szczegóły.
- Jak zaraz nie przyjdziesz, to twoja kicia pójdzie spać i nic wtedy już
nie zrobimy razem. Miauu! Mrrr! - syreny wabiące okręt Odyseusza
śpiewały zapewne nie tak pięknie, jak Dżesi mruczała i miauczała. Ale
musiałem być dzielny i wytrzymać jeszcze przez chwilę. Nie mogłem
przecież jechać na realizację reportażu bez mojej dokumentacji.
Zbierałem te papiery i wydruki artykułów od dwóch miesięcy i teraz każdy
skrawek mógł być przydatny. Musiałem więc wszystko to mieć pod ręką,
dokładniej pod palcem w swoim smartfonie, a syrena musiała jeszcze
trochę poczekać. Straszyła mnie, że zaraz zaśnie i że nic nie będzie z wieczornego baraszkowania, ale ja znałem ją zbyt dobrze. Wystarczyło, że
wślizgnę się do łóżka i pogładzę ją po udzie, a ona zaraz rzuci się na
mnie jak wygłodniała wilczyca. Taka jest ta moja Dżesi, kobieta piękna,
inteligentna i nienasycona. Nie wyobrażam sobie siebie bez niej...
- Misiaczku, jak zaraz nie przyjdziesz, to ja sobie włanczam jakiś film
na Netflixie.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Nawet to "włanczanie" w jej wykonaniu miało
swój urok. Ja za to musiałem się jeszcze na chwilę odłączyć, bo nie
mogłem sobie poradzić z artykułem, który gdzieś mi się zawieruszył. To
był tekst z lokalnej gazety, od którego wszystko się zaczęło.
Skontaktowałem się z autorką i ona wszystko mi wyjaśniła. Wtedy
zainteresowałem się tą sprawą lokalnego cudotwórcy. To znaczy najpierw
zainteresowała się ta redaktorka, a potem ja. O, jest artykuł. Włożyłem
go sobie do folderu "Bieżące" i zapomniałem, że tam wpadł. Tak, to na
pewno ten tekst z lokalnego tygodnika.
Cudowne zioła ojca Bernarda - głosił tytuł, który wydawał się zupełnie
neutralny. Cudowne zioła znane były przecież ludzkości od zawsze i jak
świat długi i szeroki pomagały w tajemniczy sposób. Oczywiście oprócz
tych, które nie pomagały. Wspólnym mianownikiem łączącym większość
takich leków była silna wiara w cuda, a te, jak wiadomo, potrafią czynić
tylko święci, czyli ludzie, który poprzez swój sposób życia byli
zdecydowanie bliżej Boga niż ci, którzy drogi do boskości nie potrafili
odnaleźć w gąszczu innych ziemskich ścieżek wiodących na manowce wiary.
Tak było i w tym wypadku.
Ojciec Bernard jest bardzo skromnym człowiekiem. W okolicy znają go
wszyscy. Od lat mieszka w Ustroniu Morskim. Ludzie mówią na niego
"ojciec", ale nie jest zakonnikiem. Sam o sobie opowiada, że jest
pielgrzymem i poszukiwaczem. Co do pielgrzymowania, to na ten temat nic
nie wiadomo, bo prowadzi raczej osiadły tryb życia. Mówi, że kiedyś
chodził na pielgrzymki do Lichenia oraz na Jasną Górę, i podobno stąd
bierze się jego moc w sporządzaniu herbat oraz naparów ziołowych. Kilka
lat temu przybył do Ustronia. Dawny poniemiecki bunkier obrony
nabrzeżnej, znajdujący się na wydmach, stał od wojny pusty. Ojciec
Bernard stwierdził, że to idealne miejsce dla niego. To w tym betonowym
schronie urządził swoje mieszkanie bez specjalnych wygód i jednocześnie
pracownię zielarską. Przez całe lato i wczesną jesień chodzi po
okolicznych lasach i polach, zbierając do wielkiej torby wszystko, co
może mu się przydać do tworzenia ziołowych mieszanek. Miejscowi znają go
doskonale i nikomu nie przeszkadza, że wchodzi na teren ich pól,
pastwisk czy nawet przydomowych sadów.
Jakby kto wlazł do mojego ogrodu i łaził bez przyzwolenia, toby go mój
Reks zaraz złapał zębami za tyłek i więcej by się nie odważył wchodzić w szkodę. A on widać ma w sobie jakąś moc, bo jak wejdzie przez dziurę w płocie i zaczyna szukać w pokrzywach tych swoich ziół, to pies tylko
podleci do niego, powącha go i ogonem macha. Znaczy, że to musi być
święty człowiek, bo innego to zeżarłby z butami - mówi pan Janusz z Ustronia, właściciel gospodarstwa rolnego i pensjonatu Pod Wielorybem.
Do niedawna jednak znali go tylko miejscowi, dla których przygotowywał
mieszanki ziół na różne dolegliwości. Jednak od kilku miesięcy jego
sława zaczęła rozchodzić się nie tylko po okolicy, ale też
rozprzestrzeniła się daleko poza nasz region. A wszystko za sprawą
cudownego leku, który ojciec Bernard zaczął podawać pacjentom. Ci
twierdzą, że to nowe lekarstwo działa prawdziwe cuda. Podobno
najbardziej chorych stawia na nogi. Nic więc dziwnego, że do ojca
Bernarda zaczęli zjeżdżać chorzy z różnych stron kraju.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki