Rozdział 1
W sali było duszno i gwarno, a przy wejściu kłębił się tłum młodych, odświętnie ubranych ludzi. Kiedy od strony auli pojawili się nauczyciele, nastała cisza, przerywana tylko pojedynczymi skrzypnięciami zajmowanych przez studentów krzeseł. Starszy jegomość w garniturze podszedł do mównicy, kilka razy stuknął palcem w denko mikrofonu, uśmiechnął się trochę sztucznie i odchrząknął.
- Jest mi niezmiernie miło widzieć was wszystkich. Zwłaszcza naszych drogich absolwentów, którzy dotarli do końca edukacyjnej ścieżki na naszym wydziale. Wiem, że niecierpliwie czekacie na moment, kiedy to w waszych rękach znajdzie się upragniony dyplom ukończenia studiów, a przed swoim nazwiskiem zobaczycie tytuł inżyniera. Proszę jednak jeszcze o krótką chwilę cierpliwości i uwagi, gdyż chciałbym udzielić teraz głosu naszemu rektorowi.
Na mównicę wszedł mężczyzna o srebrnych włosach, ubrany w strój przypominający odzienie królów z filmów fantasy. Ben ziewnął, zakrywając dłonią usta. Nic tak bardzo go nie męczyło, jak oficjalne imprezy, a zwłaszcza przemówienia. Monotonny głos rozbrzmiewał z głośników umieszczonych w różnych punktach sali, całą mocą próbując uśpić zgromadzonych słuchaczy. Trwało to niestety dużo dłużej, niż obiecywał prelegent, więc ceremonia, na którą wszyscy czekali przez pięć lat edukacji, odbyła się niemal bez emocji. Znużeni absolwenci podchodzili kolejno do podium i przyjmowali od ciała pedagogicznego przypieczętowane uściskiem ręki gratulacje oraz małą książeczkę, będącą dowodem ukończenia szacownej uczelni.
Sama uczelnia nie należała ani do najlepszych, ani do najgorszych w kraju. Po prostu znajdowała się w mieście, w którym mieszkał Ben, dlatego wybór padł właśnie na nią. Elektronikiem zaś chciał być już od najmłodszych lat, kiedy to obserwował ojca, ślęczącego z lutownicą w oparach cyny i kalafonii.
Był to jednak wielki dzień, a równocześnie moment, w którym miało zmienić się całe jego życie. Co prawda dawał sobie jeszcze miesiąc na ochłonięcie po zakończeniu roku akademickiego, lecz później koniecznie musiał podjąć jakąś pracę. Niewielki spadek po zmarłej rok temu matce pozwalał mu do tej pory skupić się wyłącznie na nauce, ale świadomość, że każdy zasób kiedyś się skończy, nie pozostawiała wyboru. Teraz wracał na swoje miejsce z dyplomem, wpatrując się w dwie stroniczki w ciemnobrązowej, chyba skórzanej oprawie, na których eleganckim, technicznym pismem uwieczniono ważne informacje z tytułem inżyniera na czele. Ben zdawał sobie sprawę, że to dopiero początek, jednak od czegoś należało zacząć.
Uroczystość dobiegała końca i napięcie powoli opadało, co potwierdzały coraz głośniejsze rozmowy pomiędzy byłymi już studentami. Wreszcie młodzi ludzie tłumnie wylegli wprost na trawnik przed ceglanym budynkiem, w którym przez ostatnie lata spędzili mnóstwo czasu. Ktoś rzucił propozycję wypadu na piwo i po chwili cała grupa ruszyła do ulubionej knajpki, znajdującej się kilkaset metrów od ogrodzenia uczelni. W lokalu, który zajęli niemal w całości, powitał ich właściciel. Prawie każdego z przybyłych znał z imienia. Jedna kolejka. Druga. Niekończące się rozmowy, krzyki, śpiewy i snucie planów na przyszłość. "Tak to chyba zawsze wygląda" - pomyślał Ben.
Nagle poczuł wibracje telefonu. Przedarł się przez tłum i wyskoczył na zewnątrz. Mimo ulicznego gwaru było tu niemal cicho w porównaniu z wnętrzem lokalu. Telefon nadal dzwonił, a na ekranie wyświetlał się nieznajomy numer. Chłopak przesunął palcem po wyświetlaczu i przyłożył aparat do ucha.
- Halo? - powiedział, powstrzymując czkanie.
- Halo? Dzień dobry. Nazywam się Giles. Giles Kowalsky. Dzwonię z firmy Micro Avionics. Składał pan do nas aplikację o pracę.
Ben musiał uruchomić nieco zmętniały od alkoholu umysł. Tak! Rzeczywiście, nie dalej jak miesiąc temu wysłał odpowiedź na anons znaleziony w portalu społecznościowym. Spodobały mu się zdjęcia, znak firmowy, a także przedmiot działalności spółki, produkującej drony do zastosowań komercyjnych. Miał jednak wtedy na głowie pracę magisterską i egzaminy, więc zupełnie wyparł ten fakt z pamięci. A tu taka niespodzianka!
- Tak, rzeczywiście, pisałem do państwa, chociaż przyznaję, że wypadło mi to z głowy. Miałem obronę pracy magisterskiej i właśnie dostałem dyplom. Słucham pana...
- Aaaaa, to serdecznie gratuluję! Tak właśnie myślałem, dlatego czekałem z tym telefonem. Czy jest pan nadal zainteresowany podjęciem współpracy? - zapytał grzecznie rozmówca.
- Jak najbardziej!
- Doskonale, czy możemy zatem się umówić? Co by pan powiedział na jutro? - Propozycja kompletnie zaskoczyła Bena. Dorosłe życie wyciągnęło po niego ręce nadspodziewanie szybko!
- Yyy, no jasne. Możemy się umówić na jutro... - odparł mechanicznie.
- Co pan powie na jedenastą?
- Oczywiście, może być! A adres ten sam, co w dokumentach?
- Tak, to jest biuro. Fabrykę mamy trochę dalej. Jak już załatwimy formalności, to ją panu pokażę. To co, jesteśmy umówieni, Ben?
- Tak, oczywiście!
Kiedy chłopak, wciąż zaskoczony, wrócił do znajomych, nie omieszkał pochwalić się, że właśnie dostał pierwszą propozycję zatrudnienia. Mimo że nie wiedział, co z tego wyniknie, wyczuwał, że będzie to coś przełomowego. Wizja spotkania zweryfikowała plany upicia się wspólnie z wesołym towarzystwem. Zaliczył jeszcze jedną kolejkę i na tym poprzestał, choć koledzy usilnie namawiali go do zmiany zdania. A ponieważ w stanie dość trzeźwym trudno mu było wytrzymać z coraz bardziej pijaną ekipą, wymknął się z klubu pod pretekstem wizyty w toalecie. Trochę było mu żal opuszczać ludzi, z którymi spędził ostatnie lata, zwłaszcza że mogli się przecież szybko ponownie nie zobaczyć, a już z pewnością nie w takim gronie! Ben jednak był do bólu odpowiedzialny i poukładany, przez co zresztą wielokrotnie omijały go różne atrakcje. Z szaleństwem i improwizacją nie było mu po drodze - zanim podjął jakiekolwiek działania, zawsze musiał wszystko przemyśleć i przygotować.
W zamyśleniu minął bramę szkoły i miał skręcić w najbliższą uliczkę prowadzącą do stacji metra, kiedy kątem oka dostrzegł znajomą postać. Kate. Dziewczyna, która zawsze mu się podobała, lecz jakoś nigdy nie znalazł okazji, a może po prostu odwagi, aby spróbować bliżej ją poznać. Ona też dziś odebrała swój dyplom i opuszczała mury uczelni. Do tego była sama. Oczywiście kłębił się wokół niej tłum ludzi, lecz nie były to koleżanki, które zazwyczaj pojawiały się u boku Kate, ilekroć Ben miał zamiar do niej podejść. Biorąc pod uwagę okoliczności i to, że prawdopodobnie była to ostatnia szansa na rozmowę, chłopak zdecydował, że tym razem nie odpuści. Poza tym odezwano się do niego w sprawie pracy, co uznał za początek dobrej passy. Nie można było przecież lekceważyć takich sygnałów! Zawrócił i szybko skierował się w stronę idącej pewnym krokiem dziewczyny. Kiedy znalazł się tuż za nią, zebrał się w sobie i...
- Kate...
Nic więcej nie zdążył powiedzieć, gdyż wpadł na betonowy śmietnik i wywinął paskudnego kozła. Dziewczyna odwróciła się i lekko uśmiechnęła. Po chwili jednak spoważniała i pomogła Benowi się podnieść.
- Nic ci nie jest? - zapytała.
- Ben, jestem Ben! - Chłopak energicznie otrzepał ubranie i wyciągnął rękę w stronę Kate. - Nie, wszystko w porządku, zagapiłem się. No cóż, trochę ze mnie fajtłapa...
- Tak czy inaczej, wejście miałeś z przytupem, Ben. To twój dyplom? - dziewczyna wskazała podbródkiem brązową książeczkę, leżącą metr od betonowego kosza.
- A, tak. Dziękuję ci, Kate - odparł Ben i podniósł dokument. - A ty już też? - zagadnął, chcąc zachować ciągłość konwersacji.
- Co ja też? - Kate delikatnie zmrużyła oko.
- Przepraszam, jestem nieprecyzyjny, chodziło mi o dyplom!
- Przestań, żartowałam - roześmiała się dziewczyna. - Tak, ja też już skończyłam. Rozumiem więc twoją desperację...
- Desperację?
- Myślisz, że nie widziałam, jak mi się przyglądałeś przez ostatnie pół roku? Zastanawiałam się tylko, kiedy się do mnie odezwiesz, a ty nic...
- To tak bardzo było widać? - Ben spojrzał na czubki swoich butów.
- Nie wiem, czy tak bardzo, ale ja widziałam...
- Słuchaj, Kate... Czy w takim razie nie miałabyś nic przeciwko temu, żebyśmy umówili się na jakąś kawę? Albo nie wiem... Lody? - wyrzucił z siebie chłopak jednym tchem.
- Bardzo chętnie. Może jutro wieczorem? - Kate wyciągnęła z kieszeni telefon.
- Doskonale, jutro - Ben sięgnął po swój aparat.