1. Propozycja
Wąski pasek jasności wpadającej przez szparę między okiennicami
nieubłaganie wędrował wzdłuż ściany, aż dopełzł do posłania. Brune Keare
zwany Krzyczącym w Ciemności - czarny mag, zbiegły przestępca, a obecnie
agent wywiadu sylfów - jęknął, gdy światło zakłuło go w oczy. Zmełł w ustach przekleństwo, zmuszając się do wstania.
Przelał do szklanki resztę wody z dzbanka, rozmieszał w niej łyżeczkę
nalewki z lucyferii i drobnymi łykami wypił gorzki płyn, od którego
cierpły usta. Ostatnimi czasy zbyt często sięgał po ten lek, ale nie
miał wyboru. Nie oszczędzano go.
Kiedy przed pięcioma miesiącami poprosił o azyl w powietrznym dominium,
oferując w zamian swoje usługi, początkowo został wyśmiany. Sylfy nie
widziały żadnego interesu w tym, żeby pomagać zbrodniarzowi ściganemu
przez Elitę. Opłacało im się utrzymywać jak najlepsze relacje z bractwem
srebrnego pentagramu. Miał jednak w zanadrzu mocną kartę przetargową,
mocniejszą nawet, niż przypuszczał: imiona demonów, które zginęły z jego
ręki. Po zweryfikowaniu informacji, które podał, królowa Feanmuile
ostatecznie przychyliła się do jego prośby, lecz postawiła dość surowe
warunki.
Zgodził się, rzecz jasna, choć od początku wiedział, że nie będzie
łatwo. Żywiołaki powietrza niespecjalnie szanowały śmiertelników.
Paradoksalnie dlatego czarny mag mógł się nieźle sprawdzać jako ostrze
wywiadu - nikt tutaj nie spodziewał się cudzoziemca w tej roli.
Wymyślono, że oficjalnie będzie pracował jako muzyk, flecista
przygrywający powietrznym arystokratom. Dostał fałszywe nazwisko
półsylfa i fałszywy rodowód, włącznie z fałszywymi skrzydlatymi wujem i dziadkiem, na których mógł się powoływać w razie potrzeby. Nieoficjalnie
miał odtąd likwidować agentów Otchłani w Latającym Mieście. Dostawał
informacje, które musiał samodzielnie weryfikować, a potem działać -
szybko, dyskretnie i bez pomyłek.
Było... ciekawie. W krótkim czasie wiele się nauczył. Jeszcze bardziej
wyćwiczył te umiejętności, od których zależało jego życie. Ale musiał
stale udowadniać żywiołakom, że radzi sobie na równi z nimi mimo
śmiertelnego, kruchego ciała. W efekcie permanentnie funkcjonował na
granicy wyczerpania. Ostre wydrenowanie z siły życiowej dawało przykre,
niemożliwe do przeoczenia symptomy i mogło się skończyć chorobą,
przewlekłe objawiało się bardziej podstępnie, ale w dłuższej
perspektywie też nie kończyło się dobrze.
Już w pierwszych dniach służby Krzyczący poinformował chłodno, że
ponieważ musi stale korzystać z magii teleportacyjnej i rzucać inne
energożerne czary, to musi też skutecznie regenerować siły. I nie, żaden
rosół z gołębi, żadna cholerna pieczeń ani wino, ani nawet odsypianie
ciurkiem przez dwie doby nie załatwią sprawy. Sylfy przyjęły ten fakt do
wiadomości - niechętnie, ale jednak.
Nie mógł czerpać energii z żył - nawet nie wiedział, czy w Latającym
Mieście były jakieś - żeby nie demaskować się jako mag, więc dostarczano
mu świeżą krew w szklanych buteleczkach owiniętych sianem,
transportowanych w dzbanie pełnym pokruszonego lodu. Wzmacniający
eliksir przygotowywany na jej bazie pozwalał żmijowi zachować jako taką
sprawność bojową. Dobre samopoczucie byłoby już chyba zbyt wielkim
luksusem.
Mimo wszystko radził sobie całkiem nieźle. Nie przyciągał uwagi.
Stopniowo przyzwyczaił się do życia w Latającym Mieście, nawet jeśli w tutejszych tawernach serwowano głównie kwiatowy nektar i sto jeden
potraw z gołębi.
A potem wydarzyła się ta paskudna historia z gnomem, który zamiast
agentem Doliny Machin okazał się demonem z Doliny Kolców. Nieplanowana
podróż do Otchłani i walka, z której Brune ledwo uszedł z życiem. Potem
trudny powrót do Etherei, tydzień gorączki i wątpliwa przyjemność
zmieniania sobie samodzielnie opatrunków, bo do uzdrowicieli z Latającego Miasta nie miał zaufania. Na szczęście płytkie rany, które
odniósł, goiły się szybko i czysto. W sumie wyszedł z tej przygody
obronną ręką, ale dotarło do niego, że za azyl w powietrznym królestwie
płaci wyższą cenę, niż sądził. I że przez te pięć miesięcy miał naprawdę
dużo szczęścia.
Coś wylądowało na parapecie z chrobotem pazurów, a sekundę później
rozległo się pukanie w okiennicę. Brune z westchnieniem otworzył okno,
krzywiąc się, gdy blask słońca go oślepił. Trzy szramy na policzku
zakłuły bólem, odruchowo przycisnął dłoń do twarzy.
- Tkwisz tu jak zwierzę w norze, magu - zaskrzeczał Pirpellin, prawa
ręka szefa wywiadu, rozglądając się z niesmakiem po izbie.
Przypominał skrzyżowanie rogatej jaszczurki z papugą, miał zakrzywiony
dziób i ślepia niczym kryształy cytrynowego kwarcu. Nie wszystkie sylfy
mogły się pochwalić nadludzko piękną powierzchownością.
Zeskoczył z parapetu na stolik, na którym leżało trochę owoców i pergaminy z zaklęciami. Żmij z ulgą zatrzasnął okno. Syknął, kiedy przy
nieostrożnym ruchu zabolało go zabandażowane ramię.
- Jesteś ranny? - zapytał Pirpellin.
- Trochę oberwałem pazurami. Nic poważnego. Przyfrunąłeś tu tylko po to,
żeby sprawdzić, czy żyję?
- Tak i nie. Wzywają cię.
- Kto?
- A jak sądzisz? Kylleminguen.
Żmij westchnął.
- Teraz, w tej chwili?
- Nie. Masz się stawić za cztery klepsydry w Sokolim Pałacu, w nietoperzej komnacie. Przedstaw się przy wejściu jako Geff Hrossen,
astrolog.
- Wiesz, o co chodzi?
Pirpellin przekrzywił łebek, łypnął chytrze okiem.
- Może i wiem, ale darmo nie powiem.
- Częstuj się - zachęcił go Krzyczący, wskazując leżące na stoliku
brzoskwinie i liczi. Były tu tanie, za to chleb kosztował krocie, bo
mąkę przywożono ze świata ludzi.
- Podobno jakaś ważna persona ma dla ciebie propozycję - oznajmił
Pirpellin, zręcznie obłupując liczi ze skorupki, żeby dobrać się do
białawego, pachnącego miąższu. - Więcej mi nie powiedziano. Ale kazali
podkreślić, żebyś się nie spóźnił.
- Niech zgadnę. Ktoś zwrócił się do Jej Wysokości z pytaniem, czy może
wypożyczyć czarnego maga, a ona odrzekła, że o tym musi zadecydować sam
mag?
- Ty to powiedziałeś, nie ja. - Pirpellin kłapnął dziobem, połykając
obrane liczi razem z pestką.
Jedna z brzoskwiń zaczynała puszczać sok. Brune wziął ją i bez apetytu
zaczął jeść, rozmyślając nad swoim położeniem. Najchętniej przekazałby
sylfom, że nie ma siły i nie jest zainteresowany, obawiał się jednak
konsekwencji. Jego prawo do przebywania w Etherei zależało tylko od
dobrej woli królowej Feanmuile.
* * *
Dzień był słoneczny i wietrzny - żadna nowość w królestwie sylfów.
Wszelkie możliwe ptaki, których pełno gnieździło się w stolicy Etherei,
jak zwykle krążyły wokół budynków i drzew, drąc dzioby, jakby ktoś im za
to płacił.
Latające Miasto, złożone z siedmiu połączonych poziomów, dostojnie
żeglowało po oceanach chmur. Przeważająca część jego populacji
dysponowała skrzydłami, przez co bezskrzydła mniejszość co rusz
napotykała kłopoty - na przykład w wysokich budynkach zamiast schodów
znajdowały się wątłe sznurowe drabinki zainstalowane tylko z myślą o nieszczęsnych cudzoziemcach. Mało co tak działało Krzyczącemu na nerwy,
jak patrzenie z wysokości fafdziesiątego szczebla na śmigające radośnie
w powietrzu chochliki. W jednym z posiadanych grymuarów znalazł zaklęcie
lewitacji, ale nie potrafił go opanować - po długich ćwiczeniach mógł
się wznieść na kilka stóp nad ziemię albo bezpiecznie opaść z dużej
wysokości, ale na tym koniec. Musiał się pogodzić z tym, że jest skazany
na nielotność.
Na każdym większym placu Latającego Miasta czekały czarodziejskie
skrzydlate lektyki, które za opłatą zanosiły cudzoziemców w niedostępne
miejsca. Brune nie lubił z nich korzystać, nie tylko dlatego, że
wyglądały na dzieło srebrnej magii - sylfy prowadziły ożywioną wymianę
handlową z Elitą - ale też dlatego, że posiłkowanie się lektyką odbierał
jako podkreślanie swojej ułomności w porównaniu z miejscowymi. Na
szczęście pozostawała mu jeszcze teleportacja. Męcząca, zwłaszcza teraz,
gdy nie był w pełni sił, ale korzystniejsza dla wizerunku.
Sokoli Pałac znajdował się na najwyższym poziomie metropolii. Wyglądał
tak, jakby architekt zaprojektował go pod wpływem środków odurzających,
napatrzywszy się wcześniej na strome skalne granie i strzeliste turnie.
Krzyczący zmaterializował się nie przed bramą na dziedziniec, tylko
nieopodal głównego wejścia, którego strzegły dwa powietrzne smoki, jeden
lazurowy, drugi zielony jak malachit. W pobliżu trzepotało kilka
chochlików odzianych w królewskie barwy.
Rzadko zjawiał się tutaj osobiście, a jeśli już, to nigdy pod własną
postacią. Sylfy wolały, by jego pobyt w Latającym Mieście nie wzbudzał
niepotrzebnego zainteresowania. Postarzająca iluzja załatwiała sprawę.
Wiedział, że dla tubylców wszyscy sędziwi śmiertelnicy wyglądają tak
samo.
Opowiedział się lazurowemu smokowi, a ten ruchem ogona przywołał
najbliższego chochlika i wysyczał rozkaz. Chochlik śmignął w górę między
wieżyce, arkady i pinakle.
Po obu stronach wrót wznosiły się marmurowe posągi sylfów i sylfid. Żmij
stanął w cieniu najbliższego i czekał, ignorując niechętne spojrzenia
smoków. Do Sokolego Pałacu, gdzie urzędowała rada ministrów i mieścił
się skarbiec powietrznego królestwa, przybywało wielu petentów, również
z innych sfer astralnych.
W końcu chochlik przyfrunął z powrotem.
- Kylleminguen oczekuje cię, dostojny cudzoziemcze - zaskrzeczał w mowie
magów.
Wielki otwarty hol, rozświetlony smugami słonecznego blasku wpadającego
przez umieszczone wysoko okna, witał przybysza lasem strzelistych kolumn
i pełnych gracji kariatyd. Próżno byłoby tu szukać miękkich wyściełanych
mebli albo drewnianych parkietów - dominował kamień. Tu i ówdzie wisiały
kadzielnice, z których wznosiły się smużki wonnego dymu. Pomiędzy
kolumnami przemykały chochliki przenoszące wiadomości, a czasem kubek z napojem lub posiłek na tacy. Skrzydlaci dworzanie i urzędnicy również
przefruwali nonszalancko z piętra na piętro, łopocząc szatami. Na drugim
krańcu holu znajdowały się spiralne schody - wąskie i otwarte ze
wszystkich stron, choć zaopatrzone w poręcz. Należało współczuć
wszystkim przybyszom cierpiącym na lęk wysokości.
Kylleminguen urzędował wysoko we wschodniej części gmachu, dotarcie tam
trasą przystosowaną dla bezskrzydłych zajęło trochę czasu.
- Geff Hrossen - przedstawił się z ukłonem Brune, wchodząc za
chochlikiem do nietoperzej komnaty.
Jej nazwa na szczęście nie pochodziła od żywych nietoperzy - chociaż w powietrznym królestwie można się było spodziewać wszystkiego - tylko od
rzeźb zdobiących sklepienie oraz głowice pilastrów. Na wystrój wnętrza
składały się szafy z księgami (oficjalnie zawierającymi rozliczenia
rachunkowe), proste biurko i krzesła oraz niepasujące do reszty mebli
zwierciadło w mahoniowej ramie. Widniały na niej wyrzeźbione symbole,
które Krzyczący dobrze znał: znak oka, ust i odwróconej dłoni oraz kilka
innych.
- Spóźniliście się - oznajmił surowo Kylleminguen, unosząc złoty
tykający czasomierz w kształcie krokodyla, może łapówkę od undyn.
Szef wywiadu królowej Feanmuile wyglądał, no cóż, jak latający płaz. W jego żyłach prawdopodobnie płynęła domieszka krwi gnomów. Był
przysadzisty i brzydki, elegancka jedwabna szata nie mogła tego
zamaskować. Jego śnieżnobiałe łabędzie skrzydła sprawiały wrażenie
doklejonych.
Odprawił chochlika, po czym omiótł żmija bystrym spojrzeniem.
- Wróćcie do swojej prawdziwej postaci, jesteśmy sami.
Krzyczący rozwiał iluzję ruchem dłoni. Kątem oka złowił swoje odbicie w lustrze. Wyglądał gorzej, niż sądził, blizny uwydatniły się na
wymizerowanej, ziemistej twarzy. Kylleminguen chyba też to zauważył, bo
złagodniał.
- Przepraszam za to nagłe wezwanie. Niestety nie mam dobrych wieści. Jej
Wysokość postanowiła wycofać się z decyzji o przyznaniu wam azylu. Do
jutra musicie opuścić powietrzne dominium.
- Jestem rozczarowany - powiedział żmij po dłuższym milczeniu, patrząc
szefowi wywiadu prosto w oczy. - Liczyłem, że wzorowa współpraca
przyniesie lepsze owoce. Ale trudno, żebym spierał się z decyzją Jej
Wysokości.
- Wasza sprawa od początku budziła kontrowersje - oznajmił Kylleminguen.
- Naciski ze strony Elity były bardzo silne. Ja również ceniłem sobie
możliwość współpracy z wami, ale... rozumiecie, polityka. - Uczynił
wymowny gest. - Decyzja zapadła zaraz po tym, jak wyruszyliście na
ostatnią akcję. Wyjednałem dla was później jeszcze trochę czasu,
żebyście mogli wrócić do zdrowia.
- No cóż, dziękuję. - Brune nie zadał sobie trudu, by zamaskować
sarkastyczny ton. Wyczuwał, kiedy ludzie kłamią, ale w stosunku do
żywiołaków intuicja go zawodziła, dlatego nie umiał poznać, czy sylf
mówi prawdę, czy tylko chce, żeby ta niemiła dla nich obu rozmowa
przebiegła jak najspokojniej. Ale w sumie nie miało to znaczenia.
Powinien przewidzieć, że bractwo srebrnych magów prędzej czy później
wynajdzie argumenty, które sprawią, że Feanmuile złamie dane słowo. -
Pirpellin wspomniał o jakiejś propozycji. To aktualne?
- Owszem - potwierdził Kylleminguen. - Zaskoczy was to, ale propozycję
wysunęła srebrna magini Akhania ar Vithanare.
Tym razem Krzyczący znieruchomiał.
- Rozumiem, że to nie żart - powiedział powoli.
- Nie. Azyl, który otrzymaliście w naszym królestwie, spowodował
napięcia w relacjach z Elitą. Srebrni magowie z uporem domagali się
waszej ekstradycji. - Szef wywiadu zawiesił głos, bo dostrzegł w źrenicach żmija żółte błyski. - Bez obaw, Jej Wysokość Feanmuile nie
dopuściłaby się zdrady - zapewnił. - Nie wydalibyśmy was w ich ręce pod
żadnym pozorem.
- Dobrze wiedzieć - skomentował Krzyczący.
Kylleminguen zignorował ironię w jego głosie.
- Zamordowanie mistrza Elity to zbrodnia, której srebrni magowie nie
wybaczają - podjął. - Chyba że w nadzwyczajnych okolicznościach. Nie
jestem pewien, co wydarzyło się w świecie ludzi, ale mistrzyni Akhania
skontaktowała się z nami wczoraj i powiadomiła, że chce wam zaproponować
zawieszenie wyroku w zamian za współpracę. Stawką może być tymczasowy
glejt lub nawet warunkowe ułaskawienie.
- Ciekawe. Kiedy ostatnio sprawdzałem, srebrni magowie tępili takich jak
ja za sam fakt posiadania czarnego daru.
- Coś się wydarzyło - powtórzył z naciskiem Kylleminguen. - Wiecie tak
samo dobrze jak ja, że srebrni magowie są pragmatyczni. Potrzebują
waszej pomocy. Akhania oznajmiła to wprost.
- Nie wierzę. Albo to tak prymitywna pułapka, że aż wstyd, albo chcą,
żebym ich wspomógł w polowaniu na moich braci w darze.
- Nie. Nic z tych rzeczy. - Szef wywiadu zniżył głos. - Nie chodzi o walkę z czarną magią, lecz z Otchłanią. I możemy zaręczyć, że w ofercie
nie ma pułapki. Jej Wysokość Feanmuile uznała, że wydanie rozkazów w tej
sprawie nie leży już w jej gestii, ale prywatnie kazała wam rzec, że
powinniście przynajmniej wysłuchać propozycji.
- Osobiście, twarzą w twarz? Dobre sobie.
- Przez moje zwierciadło - odrzekł spokojnie Kylleminguen. - Daję słowo
honoru, że zarówno podczas tej rozmowy, jak i po jej zakończeniu
pozostaniecie bezpieczni. Jeszcze przez dwadzieścia klepsydr nic wam nie
grozi, dopóki przebywacie w granicach naszego dominium.
Żmij chciał odpowiedzieć cierpko, ale zamiast tego sięgnął do kieszeni
po swoją nieodłączną talię kart. Przetasował je kilkakrotnie, rozłożył w wachlarz.
Wróżba była tak jasna i czytelna, że aż poczuł dreszcz. Nie tego się
spodziewał.
- Czego dokładnie dotyczy propozycja? - spytał po chwili milczenia.
- Tak jak rzekłem, chodzi o zwalczanie sług Otchłani. Szczegóły musi wam
wyjaśnić mistrzyni Akhania.
Krzyczący nie wahał się dłużej. Wiedział z doświadczenia, że lepiej nie
ignorować wyroku kart.
- Dobrze. Zaryzykuję rozmowę, ale nie przez wasze zwierciadło. Czy mogę?
- Wskazał leżący na biurku stosik przyciętych, wysuszonych liści. W królestwie sylfów bardzo rzadko pisano na importowanym papierze.
Szef wywiadu wyglądał na zdziwionego, ale nie protestował, kiedy żmij
umoczył pióro w kałamarzu i zapisał na liściu szereg magicznych symboli.
Trzy były identyczne jak na mahoniowej ramie Kylleminguenowego
zwierciadła - oko, usta, odwrócona ręka - ale dalsze już nie.
- Mistrzyni Akhania będzie wiedziała, co z tym zrobić - oznajmił
Krzyczący. - Proponuję, żeby nawiązała ze mną kontakt za pół klepsydry
od teraz.
* * *
Gdyby sylfy chciały go sprzedać Elicie, zostałoby to załatwione inaczej.
Dyskretnie i z zaskoczenia. Tylko dlatego Brune zdecydował się podjąć
ryzyko. Jednakże zamierzał rozmawiać ze srebrną mistrzynią na własnych
zasadach.
Cała sytuacja miała jeden plus - zdenerwowanie dodało mu energii, już
prawie zapomniał, jak marnie się czuł przed kilkoma godzinami. Wrócił do
wynajętej izby i zabrał stamtąd parę drobiazgów, po czym
zdematerializował się ponownie, by stanąć na dachu konserwatorium, kilka
przecznic od Sokolego Pałacu.
Był to jeden z najwyżej położonych punktów w Latającym Mieście. Widok
zapierał dech w piersi. Stolica Etherei zarazem przypominała miasta
ludzi i różniła się od nich, pełna bajkowej białej zabudowy
przypominającej rzeźby z cukru lub lodu, najeżona mnóstwem strzelistych
wieżyc i mniejszych wieżyczek. Niższe budynki były drewniane, kryte
strzechami z liści, gontem lub importowaną blachą. Między nimi
rozpościerały się ukwiecone korony ogromnych drzew, fruwały lektyki i przemykali skrzydlaci mieszkańcy. Jeszcze dalej, poza granicami
latającej wyspy, sunęły zalane słońcem ławice chmur pod kopułą
przejrzystego błękitu.
Pośrodku dachu konserwatorium wznosił się posąg przedstawiający chyba
alegorię muzyki - z lirą w ręku, natchnionym wzrokiem i ustami otwartymi
do śpiewu - odlany z brązu, okropnie upstrzony przez gołębie. Nabyty od
ludzi albo gnomów, jak wszystkie metalowe rzeźby w tym mieście, bo sylfy
nie znały sztuki kowalskiej. Brune usiadł w cieniu masywnych, pokrytych
zielonkawą patyną nóg. Upewniwszy się zmysłami maga, że jest sam, wyjął
spod kurtki lusterko w szylkretowej oprawie, na której widniały złocone
symbole - te same, które wypisał Kylleminguenowi. Ustawił je na
postumencie pomiędzy palcami lewej stopy posągu, podparte pod takim
kątem, żeby odbijało głównie powierzchnię rzeźby. Po namyśle wyjął z kieszeni czarne jedwabne rękawiczki i włożył. Grunt to wizerunek.
Wypowiedział formułę, odblokowując kanał komunikacji. W odróżnieniu od
zwierciadła z nietoperzej komnaty lusterko nie mogło służyć jako portal,
umożliwiało tylko rozmowę. Zdobył ten artefakt w trakcie jednej z misji
realizowanych dla sylfów, ale nie pochwalił się Kylleminguenowi, bo
wolał zatrzymać łup dla siebie.
Nie czekał długo. Lusterko rozbłysło światłem, a potem zabrzmiał kobiecy
głos.
- Witaj, Brune. Jestem Akhania ar Vithanare. Cieszę się, że wyraziłeś
zgodę na tę rozmowę. - Nastąpiła pauza, gdy magini zapewne zorientowała
się, że w swoim zwierciadle, kryształowej kuli czy czego tam używała,
widzi kawałek nieba oraz odlany z brązu duży palec u nogi. - Jesteśmy
ostrożni, co? - zapytała z nutą rozbawienia. - W porządku. Ale potwierdź
swoją tożsamość.
Brune wyciągnął spod tuniki talizman, z którym się nie rozstawał - dwie
karty w skórzanym woreczku. Uważając, żeby w lusterku pojawiła się tylko
jego dłoń wraz z trzymanym przedmiotem, pokazał najpierw kartę Maga,
potem Błazna.
- Dobrze. Zaczekaj teraz, proszę. - Światło zamigotało. - Muszę
ustabilizować połączenie.
Zabrzmiały ciche trzaski i migocząca poświata zbłękitniała, potem stała
się fioletowa. Krzyczący obserwował to czujnie, ale z aurą lusterka nie
działo się nic podejrzanego. Jednak rzekome stabilizowanie połączenia
trwało trochę za długo. Po chwili przestało mu się to podobać. Ruchem
ręki zdezaktywował artefakt, jednocześnie otaczając się barierą czaru
tarczy.
Za późno. Wyczuł lekkie drgnienie aury tego miejsca, tak dyskretne, że
gdyby nie wytężone zmysły, pewnie by je przeoczył.
- Mogłam cię zabić sekundę temu - usłyszał za sobą.
Tylko niewielka połać dachu wokół posągu była płaska, otoczona barierką,
dalej stawał się dwuspadowy. Na kalenicy stała sylfida o postaci
naśladującej ludzką, w szacie z szarobrązowych, nakrapianych, chyba
sowich piór.
Bezszelestnie wzbiła się w powietrze, lądując o kilka kroków od żmija.
Jeszcze w locie jej postać zamigotała i zafalowała, ulegając przemianie.
Włosy i szata stały się śnieżnobiałe, na piersi błysnął srebrny medalion
w kształcie pentagramu.
Krzyczący, zachowując zimną krew, skłonił się lekko.
Z nich dwojga to on był spięty, gotów do walki. Magini, rozproszywszy
iluzję, uniosła puste dłonie w uniwersalnym geście pokoju.
- Przepraszam. Nie powinnam zagajać w ten sposób. Ale sam zrezygnowałeś
z rozmowy przez zwierciadło Kylleminguena.
- Mogłabyś mnie, pani, zabić również w jego gabinecie.
- Nie mogłabym - zaprzeczyła z uśmiechem. - Obiecałam mu, że tego nie
zrobię, a mag, jak szlachcic, nie powinien cofać raz danego słowa.
Przysiadła na postumencie rzeźby. Brune znał umiejętności mistrzów
Elity, więc wiedział, ile rzeczy mogła w każdej chwili zrobić bez
ostrzeżenia. Ale sam też miał w zanadrzu parę niespodzianek, nie tylko
lusterko.
Milczenie zaczynało się przeciągać - obserwowali się wzajemnie.
Krzyczący ocenił, że Akhania ar Vithanare może sobie liczyć ponad sto
lat. Wygląd tego nie zdradzał, z wyjątkiem koloru włosów, ale aura już
tak.
Wyczuwał ze strony magini czujność i ciekawość, zagrożenia nie. Odprężył
się minimalnie, lecz nie rozproszył czaru tarczy. Na wszelki wypadek
ponownie sięgnął umysłem w przestrzeń, ale byli sami.
- Podobno Elita ma dla mnie ofertę - powiedział.
- Nie tyle Elita, ile ja. Należę do tak zwanego Zakonu Dziewiątej
Przysięgi. - Uniosła swój medalion, a Brune dopiero teraz spostrzegł, że
wyobrażony na nim pentagram jest nietypowy: srebrna gwiazda wpisana w okrąg miała pomiędzy pięcioma dłuższymi promieniami jeszcze cztery
krótkie. - Jesteśmy niewielką organizacją w obrębie Elity i, nie wdając
się w szczegóły, posiadamy wysokie prerogatywy. Bardzo wysokie.
Zajmujemy się przede wszystkim zwalczaniem sług Otchłani. I, choć
zapewne cię to zaskoczy, zdarza nam się współpracować z czarnymi magami.
Brune słyszał już wcześniej o Zakonie Dziewiątej Przysięgi oraz innych
pomniejszych zakonach wchodzących w skład Elity. Bractwo srebrnego
pentagramu wbrew pozorom nie było monolitem i nie wszyscy jego
członkowie zajmowali się zwalczaniem czerni. Słowa Akhanii pokrywały się
mniej więcej z tym, co powiedziały mu karty. Jednak nadal był pewien, że
owa szumnie zapowiadana oferta ma drugie dno. Wróżby nigdy nie mówiły
całej prawdy.
- Ciekawe - wycedził. - Raz już dostałem od srebrnego maga propozycję
współpracy. Tyle że tkwiłem wtedy w lochu jego siedziby, propozycja zaś
obejmowała służenie Otchłani, a nie zwalczanie jej sług.
- A tak. - Akhania nie spuściła wzroku. - Między innymi dlatego tu
jestem. W toku śledztwa istotnie wyszło na jaw, że Mohellen ar Vanth,
którego zabiłeś, służył Otchłani. Był agentem Doliny Igieł.
- Lepiej zorientować się późno niż wcale - skomentował Krzyczący, ale
magini puściła to mimo uszu.
- Jak zapewne się domyślasz, w szeregach Elity ukrywa się więcej magów,
którzy zaprzedali dusze demonom. Arcymistrz podjął radykalne kroki, by
walczyć z tą zarazą. Wprowadził między innymi kilka ważnych zmian w naszym kodeksie praw. W praktyce to oznacza - Akhania uniosła palec - że
nie jesteś już mordercą mistrza Elity, gdyż Mohellen został pośmiertnie
pozbawiony tytułu i stanowisk. Oczywiście nadal ciąży na tobie kilka
wyroków za wcześniejsze sprawki, ale nie figurujesz już na liście
zbrodniarzy, których trzeba za wszelką cenę odnaleźć i uśmiercić, choćby
się skryli w najdalszym zakątku sfer. Nawiasem mówiąc... - Uśmiechnęła się
leciutko, z błyskiem w oku. Chociaż twarz miała młodą, bez zmarszczek,
ten uśmiech i ten błysk skojarzyły się żmijowi ze złośliwą staruszką,
która lubi dokuczać wnukom. - Trochę inaczej sobie ciebie wyobrażałam. -
Spomiędzy fałdów szaty wyjęła zrolowany arkusz papieru, rozwinęła i pokazała Krzyczącemu wymięty list gończy.
- A tak, widziałem. - Wzruszył ramionami. - Pewnie słabo płacicie
drzeworytnikom.
- Bardzo możliwe. To nie mój obszar kompetencji. Wracając do meritum,
Brune: w toku śledztwa dowiedzieliśmy się o tobie różnych rzeczy.
Niektóre nas zaskoczyły. Na przykład to, że płynie w tobie krew Adriena
de Vere. Obdarzonego błogosławieństwem Eresha.
Drgnął. Ale odpowiedział spokojnie:
- Żadna nowość, że Elita ma świetnych specjalistów od zaklęć wróżebnych.
Wiedział, kto teoretycznie mógłby przekazać srebrnym magom informację o jego pochodzeniu. I naprawdę wolał wierzyć, że wyczytano prawdę z piasku, gwiazd albo ptasich wnętrzności.
Akhania tylko uśmiechnęła się enigmatycznie.
- Krew Adriena, nieprzeciętne zdolności oraz całkiem długa lista
zlikwidowanych własnoręcznie demonów i agentów Otchłani. Jesteś idealnym
człowiekiem do zadania, które chcę ci zlecić w imieniu Zakonu Dziewiątej
Przysięgi.
- A skąd pomysł, że zechcę je przyjąć? - Splótł ręce, patrząc na nią
chłodno. - Od kiedy wilki przyjmują zlecenia od myśliwych? Czemu miałbym
wam zaufać?
- Przede wszystkim dlatego, że konsekwentnie i z determinacją starasz
się przetrwać. Glejt ode mnie bardzo to ułatwi.
- Sama powiedziałaś, pani, że wyrok za zabicie Mohellena ar Vanth to już
przeszłość.
- Teoretycznie tak. - Akhania wzruszyła ramionami. - Nie zmienia to
faktu, że nadal jesteś poszukiwany za inne przestępstwa przeciwko
srebru. Poza tym Mohellen miał przyjaciół, dla których pomszczenie jego
śmierci pozostaje kwestią honoru. Nie gwarantuję, że nie poślą za tobą
astralnych zabójców. Chcesz żyć, bezustannie oglądając się przez ramię?
- Żyję tak już od dawna. Nic nowego.
- Zastanów się, czy warto. Poddaję pod rozwagę, że wilki, które
przyjmują zlecenia od myśliwych, nazywamy psami. Wiodą wygodniejsze
życie niż ich dzicy kuzyni.
Znów zapanowało milczenie. Ciszę mąciły tylko podmuchy wiatru i odległe
skwirzenie ptaków. Akhania przymknęła oczy, odwracając twarz do słońca.
- Co to za zadanie? - zapytał w końcu Krzyczący.
- Trzeba wytropić sługusów Doliny Śniedzi na Wyspach Śpiewu i udaremnić
plan, który realizują. Pilnie, bo jeśli im się uda, skutki mogą być
dramatyczne dla całego archipelagu i nie tylko.
- Wyspy Śpiewu - powtórzył żmij. - To teraz alkaryjski protektorat. A dokładniej częściowo protektorat, częściowo kolonia.
- Zgadza się.
- Relacje między Alkarą a Elitą nie są, zdaje się, szczególnie
przyjazne? Czy się mylę?
- Nie mylisz się, aczkolwiek to najmniejszy problem. Dyplomatyczne
przepychanki można pozostawić dyplomatom. Elita nie ma na Wyspach Śpiewu
żadnych palących politycznych interesów, chcemy tylko zapobiec
szykującej się katastrofie. W końcu między innymi do tego zostaliśmy
powołani przez bogów, czyż nie? Żeby strzec równowagi świata, pokoju i harmonii.
Delikatny sarkazm w jej głosie zdziwił Krzyczącego. Z tego, co żmij
wiedział o srebrnych magach, w sprawach dotyczących swego bractwa byli
przerażająco bezkrytyczni. Odniósł wrażenie, że Akhania próbuje
subtelnymi sygnałami zdobyć jego zaufanie.
- Zgaduję, że już od jakiegoś czasu staracie się rozpracować tę intrygę
Doliny Śniedzi - powiedział powoli. - Ale napotkaliście nieprzewidziane
przeszkody.
Skinęła głową.
- Wszyscy agenci naszego wywiadu wysłani na wyspy w związku z tą sprawą
zginęli. Mistrz Eygon ar Kyth, mistrz Mekessus ar Soa... on postradał
życie w ciągu tygodnia od wyruszenia... mistrzyni Nifanna ar Vanth oraz
troje asystujących im akolitów. - Skrzywiła się, a Brune wyczuł, że te
osoby nie były dla niej tylko imionami na papierze.
- Hm. Alkaryjski kontrwywiad chyba nie stosuje aż tak brutalnych metod?
- Nie. Wspomniałam już, że mamy problem z agenturą demonów w naszych
szeregach? Nasuwa się oczywisty wniosek, że trzeba tam posłać kogoś z zewnątrz, niepowiązanego ze strukturami Elity. Nikt nie będzie wiedział,
że działasz z ramienia Zakonu Dziewiątej Przysięgi. Meldunki składałbyś
wyłącznie mnie.
Brune słuchał, jednocześnie chłonąc zmysłami maga aurę Akhanii, szukając
sygnałów kłamstwa lub przemilczania prawdy. Nic nie wzbudzało jego
podejrzeń. Ale nie miał pojęcia, czy jego zdolność wyczuwania fałszu
działa również w przypadku mistrzów Elity.
- Dolina Śniedzi - powtórzył, gdy Akhania zamilkła. - Nie znam, nie
miałem dotąd styczności. Ale zawsze mogę się dokształcić.
- Jeśli zgodzisz się na współpracę, oferuję cały arsenał wiedzy i broni
przeciwko demonom, jakim sama dysponuję. Księgi, komponenty eliksirów,
talizmany, zaklęcia ofensywne. - Pochyliła się lekko. - Wiem, że się
zastanawiasz, czy powinieneś mi wierzyć. Też byłabym nieufna na twoim
miejscu. Ale przysięgam na starych bogów, że nie kłamię. Na Wyspach
Śpiewu na naszych oczach szykuje się katastrofa i potrzebujemy kogoś,
kto będzie potrafił jej zapobiec.
Brune cofnął się o krok. Wbrew sobie zaczynał czuć się tak, jakby
rozmawiał nie ze srebrną maginią, a ze swoją siostrą w darze. Prowadziła
rozmowę w taki sposób, jakby ich myśli odruchowo biegły podobnymi
torami. Lub jakby dokładnie wiedziała, jakich słów użyć, żeby stworzyć
takie wrażenie. Za cholerę nie potrafił poznać, czy to szczerość, czy
przemyślana w najdrobniejszych szczegółach gra.
- No dobrze. A zapłata?
Jeżeli mówiła prawdę, to same księgi, talizmany i zaklęcia stanowiłyby
cenny zysk, z czego na pewno świetnie zdawała sobie sprawę. Ale
oczywiście kluczową kwestią było co innego.
- Z rzeczy przyziemnych: pieniądze na pokrycie wydatków plus premia za
wyniki, tyle, ile dostałby nasz akolita. Z ważniejszych spraw: oferuję
glejt, na mocy którego będziesz chroniony przed wszelkimi szykanami ze
strony Elity, zarówno w świecie ludzi, jak i w sferach. Na początek
przez trzy miesiące, a jeśli się wykażesz... wtedy zobaczymy. Na pewno w grę wchodzi pełna amnestia. W razie spektakularnego sukcesu. Wówczas
postaralibyśmy się też o jakąś elegancką gratyfikację, może bezpieczną
posadę w laboratorium badawczym gdzieś daleko... Żeby nie skończyło się
tak, że za parę miesięcy znów znajdziesz się na naszej, nomen omen,
czarnej liście.
Pytanie, jak definiujecie spektakularny sukces, pomyślał Krzyczący, choć
nie wiedział, czy jest sens to drążyć. Księgi, talizmany i srebrne
zaklęcia ofensywne przeciw demonom wyglądały jak całkiem ładny wróbel w garści. Argument na plus. Inna sprawa, że te na minus jednak przeważały.
Jeśli nie brać pod uwagę tego, co powiedziały karty.
- Mogę zaoferować jeszcze jedno - podjęła ciszej Akhania. - Wiem, że sam
masz niezałatwione porachunki z Otchłanią. Więżą cię pęta, które
zdołałeś rozluźnić, ale nie zerwać. Sądzę, że mogłabym ci pomóc.
Znów zapadło milczenie. Brune nie wiedział, co odrzec. Owszem, cyrograf
wiążący go z Doliną Popiołów nieustająco stanowił problem. Duży problem.
Srebrni widać mieli do dyspozycji jeszcze lepsze czary wróżebne, niż
sądził, skoro się o tym dowiedzieli. Pytanie, czy naprawdę mogliby mu
pomóc, czy tylko naiwność i desperacja kazały mu w ogóle rozważać taką
opcję.
- A póki co, mam wierzyć na słowo, że glejt, który dostanę, nie będzie
tylko bezwartościowym kawałkiem pergaminu? - Popatrzył prosto w chłodne,
wiekowe oczy Akhanii, tak kompletnie niepasujące do młodej twarzy. Twarz
nie zdradzała, ile lat w rzeczywistości liczy sobie magini. Oczy tak.
Ale uparcie nie chciały pokazać, ile prawdy czy fałszu jest w składanych
obietnicach. - Sama powiedziałaś, pani, że zwerbowanie mnie to w zasadzie twoja prywatna inicjatywa. Mogę tylko zgadywać, czy faktycznie
masz prerogatywy - specjalnie, z lekką ironią podkreślił to słowo -
pozwalające ją zrealizować.
Akhania ar Vithanare rozłożyła ręce.
- Wiesz, Brune, ja też będę musiała wliczyć ryzyko w koszta, dając ci do
ręki glejt.
- Więc skąd w ogóle pomysł, żeby werbować żmija?
- Bo prowadziłam śledztwo w sprawie śmierci Mohellena i naprawdę dużo o tobie wiem? - Srebrna mistrzyni znowu się uśmiechnęła i nawet jeśli był
to wystudiowany uśmiech, przypominał do złudzenia autentyczny. -
Przemyśl to wszystko. Nie musisz podejmować decyzji już teraz. Zaczekam
do jutra.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki