1. Złe przeczucia
Nieduży salon na piętrze rezydencji Vaneisenów urządzony został z myślą
o spotkaniach w wąskim gronie, dlatego też - w przeciwieństwie do
bawialni na dole - wciąż jeszcze bywał użytkowany. Również pod
nieobecność pana domu.
Światło słońca przesączało się przez ciemnozielony materiał zasuniętych
zasłon. Na stoliku stała karafka wina z wodą i dwa pucharki. Dwie
dziewczyny w czarnych sukniach siedziały na szezlongu, rozmawiając
przyciszonymi głosami.
Anavri Vaneisen nie po raz pierwszy zastanawiała się, czy jej cioteczna
siostra tylko udaje, czy naprawdę ma coś poważnie nie w porządku z głową.
Lorraine Alexia Nevers od zawsze była... dziwna. Łagodnie rzecz ujmując.
Ale wszyscy patrzyli na to przez palce, bo powszechnie wiedziano, jaki
jest jej ojciec.
Hrabia Nevers miał niebezpieczne zainteresowania. I w jakiś sposób
ewidentnie zaszkodziło to jego córce.
Lorraine od dzieciństwa ubierała się na czarno, a ostatnimi czasy nie
pokazywała się na dworze bez welonu zasłaniającego twarz. Jeśli w jej
obecności zaczynano rozmawiać o kimś, kto ciężko choruje lub niedawno
zmarł, wychodziła z komnaty. Stwierdziła kiedyś, że wolałaby sama
postradać życie, niż patrzeć, jak kogoś wieszają. Nigdy nie odwiedzała
cmentarzy. Nie jadała mięsa. Ale potrafiła przy świadkach nagle
podciągnąć mankiet i ugryźć się w rękę do krwi.
Wszystko to były drobnostki w porównaniu z wyczynami jej ojca. Na
salonach Shan Vaola szeptano, że hrabia Ephrestus Dorian Nevers od lat
zgłębia teorię Zakazanej Sztuki i nade wszystko marzy, by obudziło się w nim przekleństwo Zmroczy, czarny dar. Że wydaje w tym celu ogromne sumy
na eliksiry i narkotyki, którymi już kilka razy zatruł się tak, że był
na skraju śmierci. Że każe sprowadzać do siebie ubogie dziewczęta i własnoręcznie upuszcza im krew, którą potem pije. Że kiedyś w ataku
furii zabił służącego, a potem sowicie zapłacił jego rodzinie, aby
wszystko wyciszyć. Że jego małżonka, matka Lorraine, zmarła przed
pięcioma laty w tajemniczych okolicznościach. I że hrabia ma układy ze
srebrnymi magami, dzięki czemu ci patrzą przez palce na jego ekscesy.
Choć, jak powtarzano, do czasu.
Sam jego wygląd mówił wiele. Brzydki jak źle ociosana kamienna figura,
za młodu mocno zbudowany, teraz tęgi, Nevers przypominał złoczyńcę z jarmarcznej sztuki. Nosił czarne peleryny i kapelusze, stąpał ciężko,
podpierając się laską, o której wszyscy wiedzieli, że wewnątrz kryje
wysuwane ostrze. Wydawałby się komiczny, przerysowany, gdyby nie to, że
na jego widok ciarki przebiegały po plecach.
Kiedy Lorraine opowiadała o swoim ojcu, ściszała głos prawie do szeptu,
a potem rozglądała się, jakby w obawie, że ktoś stoi za zasłoną i podsłuchuje.
- Anavri, zaczynam myśleć, że on do reszty stracił rozum. Sprowadza
jakichś obdartych guślarzy, pali z nimi haszysz i godzinami słucha ich
bełkotu... Albo zamyka się w tej pustej komnacie, którą nazywa swoją salą
medytacji, a potem wychodzi stamtąd w środku nocy i dziurawi szpadą
obrazy w galerii.
Anavri wyobraziła sobie, jak jej ojciec skomentowałby informację, że
hrabia Nevers posiada galerię pełną własnoręcznie podziurawionych
obrazów.
Ciekawy pomysł. Mógłbym mu polecić kilku malarzy, których dzieła
idealnie się nadają do tego celu.
Musiała stłumić uśmiech, chociaż tak naprawdę nie było jej do śmiechu.
- To nie wszystko - ciągnęła Lorraine, skubiąc mankiet. - Ojciec planuje
wkrótce wydać mnie za mąż.
Logiczne - pomyślała Anavri. Dziewczęta z arystokratycznych rodzin
rzadko wydawano za mąż przed szesnastymi urodzinami, ale przed
osiemnastymi już dość często. Dobrze wiedziała, że nieżyczliwe języki
nie omieszkały już skomentować faktu, iż Alain Vaneisen nie spieszy się
z szukaniem narzeczonego dla swojej dziewiętnastoletniej córki. Znając
Neversa, można było co najwyżej lekko się zdziwić, że przeznaczył
latorośli los tak normalny i zgodny z dobrym obyczajem, zamiast na
przykład złożyć ją potajemnie w ofierze demonom.
Reputacja hrabiego oraz - w mniejszym stopniu - samej Lorraine na pewno
musiała budzić niepokój, ale to nie znaczyło, że nie znajdą się chętni.
Nazwisko, a tym bardziej obietnica wysokiego posagu miały szansę
zadziałać jak potężny wabik. Hrabia Nevers potrafił dbać o finanse i dysponował fortuną nienadszarpniętą w istotnym stopniu przez
ekstrawagancje, których się dopuszczał. Lorraine zaś... Lorraine była
młodziutka i raczej nikt, kto znał ją choć trochę lepiej, nie żywił
podejrzeń, że podziela niebezpieczne zainteresowania ojca. Jej dziwactwa
można było od biedy zbagatelizować, zakładając, że z nich wyrośnie. Poza
tym tyle się dowcipkowało o brzydkich pannach, które zyskują
atrakcyjność dzięki posagowi, a córka hrabiego Nevers była ładna.
Szczupła, o bladej cerze, miała delikatne rysy Vaneisenów, po ojcu
odziedziczyła jedynie ciemne włosy. Mogła kusić.
- Ma na oku kogoś konkretnego?
- Tak. Twierdzi, że rozmawiał w tej sprawie z młodym baronem
Ber-Haastenem. Ponoć już się wstępnie dogadali.
Anavri bywała w towarzystwie częściej niż jej kuzynka, więc doskonale
wiedziała, o kogo chodzi.
- Loic Ber-Haasten sprawia wrażenie sympatycznego - stwierdziła tonem,
który w zamierzeniu miał być pocieszający. Tak naprawdę młody
Ber-Haasten, grubawy osobnik, który przedwcześnie łysiał, więc nosił
rudą, fryzowaną perukę, wydawał się jej mało pociągającym kandydatem na
męża. Ale można było trafić gorzej.
- Nie w tym rzecz - odparła niecierpliwie Lorraine. - Kiedy opuszczę
dom, ojciec będzie mógł robić, co mu się żywnie spodoba. Teraz trochę
się jeszcze hamuje ze względu na mnie. Anavri, proszę cię, porozmawiaj z wujem.
- Ale co mam mu powiedzieć?
- To, co ja ci powiedziałam.
Zsunęła rękawiczkę i w roztargnieniu obgryzała paznokcie. Anavri poczuła
iskierkę współczucia. Dotąd nie wiedziała, że obie z kuzynką mają ten
sam powód, aby nigdy nie pokazywać się publicznie bez rękawiczek.
Nagle wróciło do niej wspomnienie ka-ira, którego kilka miesięcy
wcześniej spotkała na grobie brata, kiedy świecił szkarłatny księżyc
zachwiania. Nikomu nie opowiedziała o tym zdarzeniu; było przedziwne,
jakby z pogranicza snu i jawy. Zwalczyła pokusę, by zapytać, czy w willi
hrabiego nie pojawia się czasem człowiek z trzema bliznami na twarzy.
Myśl, że tamten nieszczęśnik, któremu użyczyła sił przez wzgląd na
pamięć o Fabienie, może zaliczać się do podejrzanych znajomych Neversa,
okazała się zaskakująco nieprzyjemna i Anavri ją odepchnęła.
- Coś się stało? - zagadnęła Lorraine. Spojrzenie, którym obdarzyła
kuzynkę, było najzupełniej przytomne i niepokojąco dociekliwe. - Masz
taką minę...
- Co takiego? Nie, nic. Zamyśliłam się. - Anavri zaśmiała się, by pokryć
zmieszanie, i pospiesznie zmieniła temat: - Mogę cię o coś spytać?
Lorraine, czemu ty właściwie nosisz żałobę od tak dawna? Chodziłaś w czerni, zanim jeszcze ciotka zmarła.
- A czemu ty nosisz żałobę?
- Przecież wiesz. - Anavri trochę się zniecierpliwiła. - Po Fabienie.
- No właśnie - odparła jej kuzynka takim tonem, jakby to wszystko
wyjaśniało. - Żałobę nosi się ze względu na umarłych.
- A ty?
- Ja też noszę ze względu na umarłych. Po to, żeby... - Nagle Lorraine
skuliła się, a przez jej twarz przebiegł skurcz, jakby miała się
rozpłakać. - Żeby nie zapragnęli mnie ukarać za brak szacunku. To nie
moja wina, że słyszę ich głosy.
- Umarli przemawiają do ciebie?
- Nie do mnie, Anavri. Po prostu ich słyszę. Słyszę, jak mówią.
- I o czym opowiadają?
- Najczęściej o tym, jak umierali. I o tym, jak strasznie jest po
drugiej stronie. - Lorraine objęła się ramionami, jakby było jej zimno.
- Ale ty nie wierzysz w takie rzeczy. Jesteś taka jak wuj Alain, nigdy
mnie nie zrozumiesz.
Anavri jedynie potrząsnęła głową. Pomyślała, że o tym też powinna
powiedzieć ojcu, ale wiedziała, co usłyszy w odpowiedzi. Że owszem, oni
oboje nigdy nie zrozumieją Lorraine. Dlatego zamiast z nimi panna Nevers
powinna pomówić z medykiem, ale prawdopodobnie jest już za późno na
jakąś pomoc.
Obie drgnęły, słysząc szelest, lecz to tylko podmuch wiatru poruszył
firankami. Anavri wstała, żeby przymknąć okno.
- Porozmawiam z ojcem, gdy wróci z podróży - powiedziała. - Uważaj na
siebie, Lorraine.
* * *
Blask latarni odbijał się w ustawionych na stole butelkach oraz
kielichach, wydobywając z mroku sylwetki dwóch mężczyzn. Jeden z nich,
niski i zgarbiony, z twarzą niknącą w cieniu kaptura, wyjął spod
peleryny pękatą sakiewkę i wysypał jej brzęczącą zawartość na brudny
blat.
- Zgodnie z umową - oznajmił. - Pięćset z miesięcznego rozliczenia, za
trupią maść i inne rzeczy. A do tego czterysta w związku ze sprawą
dziewczyny.
Helshor, niekoronowany władca żebraków, rzezimieszków i reszty szumowin
Shan Vaola, zaśmiał się ochryple, aż zatrzęsły się fałdy jego cielska.
- Drogo was kosztuje jedna dzierlatka.
Zakapturzony nie uśmiechnął się.
- Zajmijcie się nią - dorzucił z naciskiem. - Pilnujcie jak oka w głowie, póki nie damy wam znać.
- Nie ma obawy. - Hakiem, który zastępował mu uciętą prawą dłoń, Helshor
zgarnął monety z powrotem do sakiewki, a ta zniknęła w kieszeni
obszarpanego szkarłatnego kaftana. - Będzie tak jak z tą nieszczęsną
małą trzpiotką Amadią de Vilier. Jak kamień w wodę, braciszku. Choćby
rodzina wybłagała pomoc u Elity.
- Na to liczymy. - Zakapturzony wyjął z cholewy sztylet i sięgnął po
stojący między butelkami półmisek z resztkami zimnej pieczonej karkówki.
Odkroił kawałek, nadział go na czubek klingi i zaczął jeść. Złoty sygnet
na małym palcu jego lewej ręki błysnął, łowiąc światło. - Tak między
nami, czy panna de Vilier nadal żyje?
Helshor zarechotał jeszcze głośniej.
- Oficjalnie zniknęła z powierzchni ziemi i tego się trzymajmy,
przyjacielu. A, byłbym zapomniał. - Wyjął spod stołu jeszcze jedną
butelkę, zapieczętowaną czerwonym woskiem. - Mam tu dla was próbkę
czegoś nowego. Za dodatkowe pięćset leri możemy wam dostarczać
miesięcznie cztery takie flaszki.
- A co to jest?
- Coś jak laudanum, tylko lepsze. Można tym rozweselać, usypiać albo
truć, zależnie od dawki, ale przede wszystkim można - żebraczy król
zniżył głos - użyć tego do wydawania rozkazów. Ogłup tym dziewkę i każ
jej choćby z okna skoczyć; usłucha... Zresztą powąchaj. - Zdarł wosk,
odkorkował butelkę i podsunął ją gościowi pod nos. Ten cofnął się
odruchowo. Helshor parsknął ubawiony. - Śmiało, bracie, to nie trucizna.
Zakapturzony nieufnie powąchał zawartość butelki i aż zagwizdał.
- Wschodni eliksir, yadhmarska receptura! Kto to uwarzył?
- Mój alchemik.
- No proszę. Taki talent tu w Podziemiach? - W głosie przyjezdnego
zabrzmiała podejrzliwość świadcząca o tym, że domyśla się prawdy.
Helshor z mrugnięciem oka pogroził mu hakiem.
- Wszyscy mamy nasze małe tajemnice.
* * *
Wśród wielu ukłonów i wzajemnych grzeczności Demetheos ar Kel pożegnał
wreszcie przedstawicieli władz uczelni, którzy przybyli do jego wieży z nieformalną petycją o przywrócenie do biblioteki uniwersyteckiej
kilkunastu skonfiskowanych dzieł. Zamiatając powłóczystą oficjalną
szatą, ciężką od złotych i srebrnych haftów, wkroczył z obszernej sali
audiencyjnej do wąskiego pomieszczenia kancelarii.
- I jak zakończyła się sprawa tych golemów? - zapytał od progu.
Jego sekretarz uniósł głowę znad pisma, które pracowicie kaligrafował.
- Iglendis ar Vanth doniosła przed godziną, że zgodnie z poleceniem
arcymistrza dwudziestu w pełni wyszkolonych Jednookich zostało
wyprawionych portalem na dwór książęcy w Val Marsea, jako dar Elity dla
księcia.
- Więc arcymistrz przysłał pismo. Doskonale. Co nam zostało do
załatwienia w tym tygodniu?
Sekretarz wręczył Opiekunowi Miasta kartkę z listą bieżących spraw.
Sędziwy mag z westchnieniem przebiegł wzrokiem te jej punkty, które nie
zostały jeszcze przekreślone czerwonym atramentem. Dokończyć listę uwag
i wniosków, które Terbius ar Aoth, zasiadający jako delegat Elity w radzie miasta, miał zgłosić na najbliższym posiedzeniu... Pchnąć któregoś
z młodszych akolitów, żeby był obecny przy dorocznej kontroli stanu
akweduktów...
- I jeszcze to - przypomniał sobie młodzieniec. Podał zwierzchnikowi
pismo opatrzone pieczęcią.
Demetheos złamał ją. Przeczytawszy pierwsze zdanie, opuścił pergamin z miną pełną obrzydzenia.
- Opinia w sprawie wysokości kar dla kupców fałszujących oliwę i mąkę?
Do mnie z takimi rzeczami? Niech idą z tym do Terbiusa. Wszelkie
związane z Ekwilibrium zagadnienia prawne to jego działka, nie nasza.
- Przekażę. Mistrzu... - Na twarzy sekretarza odbił się wyraz
zakłopotania. - Golemy służebne twierdzą, że przed chwilą coś się działo
z gwiezdnym kryształem. Ponoć ni z tego, ni z owego zaczął świecić.
Wystraszył je.
- Ciekawe. - Demetheos zmarszczył brwi. - Sprawdzę to.
Gwiezdny kryształ znajdował się w posiadaniu Opiekuna Miasta od kilku
tygodni. Został skonfiskowany przez Jednookich na podziemnym targowisku,
gdzie pojawiały się najrozmaitsze dziwne, a niekiedy niebezpieczne
towary. Jakimś sposobem dostał się w ręce yadhmarskiego marynarza, który
sprzedał go handlarzowi osobliwości, twierdząc, że to jajo smoka.
Powszechnie wiedziano, że Demetheos ma słabość do wszelkiego rodzaju
fenomenów natury, dlatego podwładni oddali mu znalezisko, zamiast
odesłać je do laboratoriów na Wyspie Salamander.
Kryształy tego rodzaju pochodziły z piątego dominium astralnego i jeśli
wierzyć księgom, posiadały różne niezwykłe właściwości. Mogły pokazywać
obrazy przeszłych, przyszłych lub tylko możliwych wydarzeń. Niekiedy
śpiewały albo przemawiały ludzkim głosem, a w grymuarze Chalkesa opisano
przypadek gwiezdnego kryształu, który co roku podczas zimowego
przesilenia buchał ogniem. Ten, który znalazł się w posiadaniu
Demetheosa, miał wprawdzie piękny fioletowy kolor, a także unikatową,
nieco niepokojącą aurę, jednak dotąd nie zdradzał innych godnych uwagi
cech.
Zaintrygowany Opiekun Miasta wstąpił jeszcze do swoich prywatnych
komnat, aby przebrać się w codzienny biały strój. Następnie podążył do
podziemi wieży, do sali, gdzie przechowywał swoją kolekcję wypchanych
rzadkich ptaków i zwierząt, czaszek odmieńców oraz zdeformowanych płodów
w słojach.
Ledwie przestąpił próg, jego wzrok odruchowo powędrował w stronę gabloty
ze złotym puzdrem, gdzie bezpiecznie spoczywał kamyk o obłym kształcie,
podobny do czarnej łzy. Jeden z tych, które ognistym deszczem spadały z nieba owego dnia, przed ośmiuset z górą laty, gdy podczas Czerwonego
Zaćmienia mag-prorok Orhed ar Hekel ogłosił, że bogowie odeszli...
Obok, na postumencie pod szklanym kloszem, stał gwiezdny kryształ - nie
tak cenny, lecz bez porównania bardziej efektowny. Wyglądał jak
polerowany ametyst wielkości melona.
Gdy mag się zbliżył, kryształ zalśnił i zakolorowił się obrazami,
obracającymi się jak w kalejdoskopie. Demetheos zapatrzył się na nie,
wstrzymując oddech.
Po chwili wstał i sięgnął po różdżkę. Spokojnie, metodycznie obłożył
kryształ iluzją, tak aby niczyje oko poza jego własnym nie mogło już
dostrzec pojawiających się wewnątrz wizji. Następnie opuścił podziemną
salę, wzywany przez swe rozliczne obowiązki.
Wieczorem jednak wrócił i znowu zapatrzył się w fioletową gładź
kryształu, a ona ożyła dla niego.
* * *
W odległym zakątku Otchłani, w Dolinie Popiołów, chmury sunęły ponad
granią gór, a wiatr przynosił z oddali krzyki potępionych.
Na występie ponad przepaścią siedziała drobna postać w szarych szatach.
Objąwszy rękami kolana, patrzyła w dal.
Anyah ceniła sobie samotność. Ilekroć obowiązki jej pozwalały,
opuszczała pałac władcy, gdzie zawsze kotłowały się pomniejsze demony,
by poszukać spokoju w miejscu, które sprzyjało wyciszeniu i skupieniu.
Wpatrywała się w mgły kłębiące się w dolinie, w zamyśleniu przesuwając
palcami po wewnętrznej stronie przedramienia. Na szarej jak popiół
skórze demonessy wypalono rozżarzonym żelazem trzy znaki. Imię, którego
jej podopieczny już nie pamiętał, ale które nie przestało być jego
imieniem.
Zanim w paskudnych okolicznościach trafił pod władzę jej ojca, był
zdolnym, obiecującym magiem. Pozbawiono go wspomnień i wysłano z powrotem do świata ludzi, by służył Otchłani, nie będąc tego świadomym,
a Anyah została mianowana jego stróżem. Teraz pod jej kuratelą spokojnie
żył nowym życiem w nowym otoczeniu, ucząc się i poznając swoje
możliwości. Był zasianym ziarnem, które dopiero zaczyna wzrastać.
Chcieli teraz, by przede wszystkim rozwijał się jako mag, nabierał
doświadczenia. Obserwowano go, sprawdzano, kalkulując przyszłe plany.
Otchłań się nie spieszy. Ma przed sobą całe tysiąclecia.
Anyah ograniczała się zatem do pilnowania podopiecznego oraz regularnego
składania raportów. Miała dbać, by wykształcał te zdolności, o które
chodziło Dolinie Popiołów, by dostatecznie często mierzył się z przeciwnościami, lecz przy tym nie postradał przedwcześnie życia.
Ilekroć zagrażało mu niebezpieczeństwo, wiedziała o tym. Teraz czuła
niepokój, który nie dawał się stłumić.
Coś się szykowało.
* * *
W uszach narasta zgrzytliwy odgłos, podobny do cykania wielu metalowych
świerszczy. Pierścień golemów zacieśnia się. Nie ma ucieczki -
dematerializacja nie chce zadziałać, niczym w złym śnie. Nie ma jak się
uchylić przed ciosami białych pięści. Ból eksploduje, odbierając oddech,
posadzka ucieka spod nóg. Kopniak wytrąca z dłoni sztylet, potem ciężka
stopa golema miażdży palce.
Mechaniczny świergot cichnie. Jednoocy rozstępują się. Zza podwładnych
wyłania się potężna postać w srebrnej zbroi. Uniesiona przyłbica hełmu
odsłania ludzkie oblicze, blade jak śmierć. Pośrodku czoła żarzy się
trzecie oko...
Krzyczący w Ciemności zbudził się, ciężko oddychając. Przetarł twarz.
Blizny na policzku rwały bólem. Rozejrzał się, półprzytomnie ogarniając
wzrokiem wnętrze ciasnego pomieszczenia: palenisko, półki, stół ze
sprzętem, kamienne ściany, na których widniały symbole wyrysowane kredą
i węglem.
Był u siebie, głęboko pod ziemią, w swoim azylu. W miejscu, które od
niecałego roku nazywał domem.
Sięgnął umysłem w przestrzeń, poza mury kryjówki, lecz wyczuł tylko to,
co zwykle. Mrok i chłód starożytnych korytarzy, przemykające nimi
malutkie, głodne jaźnie szczurów i homunkulusów, snujące się cienie
umarłych. Gdzieś daleko obecność pojedynczych ludzi, a jeszcze dalej, na
skraju świadomości - lodowaty błysk srebrnej aury. Koszary i laboratorium Elity na drugim brzegu rzeki.
Powoli odzyskiwał spokój. Wiedział jednak, że nie da już rady zasnąć.
* * *
Rikke biegł, ściskając worek wypełniony połową łupów z włamania, który
wspólnicy wepchnęli mu w ręce, kiedy trzeba było się rozdzielić, żeby
zmylić pościg.
Na trzecim poziomie Podziemi przystanął i nasłuchiwał przez chwilę.
Ponieważ wokół panowała cisza, wyjął zza pazuchy słoiczek ze świeciwem i ruszył naprzód, już normalnym krokiem. W korytarzu śmierdziało, jakby w pobliżu leżała padlina albo odpadki ze sklepu rzeźnickiego, ale to w Podziemiach nie było niczym niezwykłym. Na powierzchni zresztą też.
Minął zamknięte na kłódkę drzwi dawnego magazynu. Kawałek dalej
zaczynały się schody prowadzące w dół, ale nimi nie zamierzał schodzić.
Poziom niżej znajdowały się krypty pochówkowe - terytorium umarłych, od
którego należało się trzymać z dala. Zamierzał przejść korytarzem aż do
następnego rozwidlenia, gdzie będzie mógł ukryć worek w umówionym
miejscu, w tajnej wnęce za posągiem bożka z ptasią głową.
Pociągnął nosem. Smród padliny stawał się coraz silniejszy.
Nagle Rikke wdepnął bosymi stopami w zimną maź, a dwa małe kształty
umknęły mu z piskiem spod nóg. W słabym blasku świeciwa zobaczył ochłap
rozkładającego się mięsa, przywleczony tu przez szczury. Potem usłyszał
dolatujące zza rogu niewyraźne szepty oraz mlaskanie. I w lodowatym
przebłysku zrozumiał, co tam się dzieje. Duchy ucztowały.
Zachowując resztki przytomności umysłu, wycofał się bezszelestnie, krok
za krokiem. Odszedłszy na bezpieczną odległość, rzucił się do ucieczki.
* * *
Na powierzchni zachodziło słońce.
Na pierwszym poziomie Podziemi, niedaleko zejścia przy targu rybnym,
znajdowała się tania jadłodajnia. Nad jej drzwiami nie wisiał żaden
szyld. Mały, odziany tylko w zamotaną na biodrach szmatę odmieniec o prosiakowatej fizjonomii przycupnął przed progiem i chrupał obierki,
które wyzbierał z ziemi albo dostał w charakterze jałmużny. Ukłonił się
z szacunkiem, gdy w przejściu pojawił się wysoki, przygarbiony mężczyzna
w brudnej roboczej odzieży, niosący latarnię. Szczurołap Veljanov wracał
z popołudniowego obchodu.
Wewnątrz jadłodajni mimo późnej pory unosiły się zapachy w szerokiej
gamie, kojarzącej się obiadowo i tanio. Dominowały w niej nuty gotowanej
kapusty, ryb, smażonej cebuli oraz tłuszczu nie pierwszej świeżości. Na
jednym ze stołów ciemniała kałuża sosu. Pod oknem podpity typ kiwał się
sennie nad talerzem, a drugi chrapał wyciągnięty na ławie.
Zamiast właściciela jadłodajni za kontuarem stała jego córka, kształtna
pannica o przymrużonych oczach, które mówiły, że obsługiwanie klientów w tej budzie ją mierzi. Obrzuciła Veljanova pełnym niesmaku spojrzeniem,
ale nie odważyła się powiedzieć słowa na temat jego utytłanego w błocie
i ściekach przyodziewku.
- Dziś kapuśniak za piątaka, a zupa kapitańska za dziesiątkę, bo ryby
podrożały - poinformowała go tylko.
Szczurołap położył na kontuarze miedzianą monetę. Pannica zgarnęła ją,
po czym zdjęła z półki z naczyniami glinianą miskę. Podniosła pokrywę
jednego z dwóch wiszących nad paleniskiem kotłów, uwalniając chmurę
kapuściano-kminkowej pary, i zaczerpnęła chochlą zawartości, następnie
zaś odkroiła z wielkiego razowego bochna całkiem uczciwą pajdę.
- Wasz druh czeka w drugiej sali - oznajmiła, wręczając staremu naczynie
wraz z chlebem.
Druga sala, jeszcze mniejsza i pozbawiona okien, oddzielona była od
pierwszej drewnianym przepierzeniem. Krzyczący w Ciemności swoim
zwyczajem siedział w kącie, grzejąc ręce o kubek, z którego unosiła się
para. Jego źrenice błysnęły żółto, gdy powitał szczurołapa skinieniem
głowy.
Veljanov usiadł naprzeciwko, ostrożnie stawiając na stole miskę oraz
latarnię. Wyjął zza pasa łyżkę i zabrał się do jedzenia.
Brune w milczeniu pił swoją herbatę, od niechcenia tasując talię kart.
Co jakiś czas rozkładał ją w wachlarz i przyglądał się rycinom.
Patrząc na niego, nie sposób było się domyślić, że mieszka w Podziemiach. Gdyby wszedł do porządnej tawerny na powierzchni, zwłaszcza
zasłoniwszy przedtem iluzją szramy na twarzy, nikt nie skrzywiłby się na
jego widok. Mimo to szczurołap poczuł niepokój, gdy zauważył leżącą obok
kubka osmaloną szklaną lufkę. Brune zaczynał palić opium w ilościach,
które u normalnego człowieka spowodowałyby już paraliż woli i osunięcie
się głęboko w nałóg.
Żmij też zdążył dyskretnie obrzucić szczurołapa wzrokiem i z ciężkim
sercem odnotował, o ile gorzej stary wygląda od śmierci córki. Było
oczywiste, że zbyt często szuka zapomnienia w kieliszku.
- Jakie wieści? - zagadnął, gdy szczurołap odsunął pustą miskę.
- Helshor kazał ci coś przekazać. - Veljanov wygrzebał z kieszeni garść
monet i wręczył żmijowi. - Należność plus zaliczka na produkty, ty ponoć
masz wiedzieć jakie.
- Proszę, jak miło z jego strony. - Brune przeliczył pieniądze. - I nawet suma się zgadza. Niesłychane.
Po stole biegł karaluch. Veljanov zrzucił go pstryknięciem.
- A poza tym jest kłopot - podjął, zniżając głos do szeptu. -
Pochorowały się dzieciaki Queleta, tego garbatego.
- Ospa?
- Chyba nie. Źle to wygląda, psiakrew. Nie podoba mi się.
- Pójdę tam dzisiaj, rzucę okiem. - Brune dobrze wiedział, czego
szczurołap się obawia. Veljanov, pracujący na posadzie opłacanej przez
miasto, miał obowiązek zgłaszać władzom Shan Vaola wszelkie oznaki
nadchodzącej zarazy, jak na przykład zdychające masowo szczury. Widział
w swoim życiu kilka epidemii i był przeczulony, gdy chodziło o temat
dżumy.
- Jest coś jeszcze - mruknął Veljanov. - Znasz ten korytarz na trzecim
poziomie, zaraz nad kryptami, gdzie kiedyś był skład z wełną?
- Znam.
- Srebrni wyłożyli tam stertę gnijącego mięsa, a na murze wymalowali te
ichnie znaki.
- Karmią umarłych? - Żmij aż odłożył karty. - Cholera. Zawsze sądziłem,
że to nie w ich stylu.
- Wiesz, o co w tym chodzi?
- Nie mam pojęcia. Trzeba ostrzec, kogo się da, żeby omijali ten rejon.
- Nie możesz...
- Nie mogę. To znaczy mogę, ale wtedy srebrni już mnie mają jak na
dłoni. Równie dobrze mógłbym im zostawić w prezencie trochę swojej krwi
albo włosów.
Za przepierzeniem rozległy się ciężkie kroki i zagrzmiał głos
właściciela jadłodajni:
- Dam ja ci, flejo! Stoły znowu niewytarte...!
* * *
W podziemnych koszarach panował zgiełk i ruch - patrole szykowały się do
wyjścia na miasto. Trzej akolici wykrzykiwali komendy, machając
latarniami.
W zamkniętej na klucz komnacie, na której drzwiach widniał herb Elity,
jasnowłosa kobieta w białej szacie lewitowała nad posadzką z pięcioma
płonącymi świecami rozstawionymi na czubkach narysowanego kredą
pentagramu.
Pod sufitem unosiło się kilka mglistych postaci. Iglendis ar Vanth
zmierzyła umarłych twardym spojrzeniem.
- Wypełniłam moją część umowy - oznajmiła. - Kiedy wypełnicie swoją?
Już wkrótce, srebrna czarodziejko. Kiedy okoliczności będą sprzyjać.
Iglendis zacisnęła w dłoni medalion z pentagramem, a jej oczy rozbłysły.
Gdyby chciała, mogłaby bez trudu unicestwić duchy, wygnać je w nicość
poza granicami światów, w której rozwiałyby się jak dym na wietrze.
- Śmiecie mnie zwodzić? Mnie, mistrzynię Elity?
W żadnym wypadku. Czekamy jedynie na najbardziej korzystny układ gwiazd
i prądów Zmroczy. Za pięć dni, gdy słońce skryje się za horyzontem,
zapal kadzidło Myrmisa i przywołaj nas.
Iglendis spojrzała na stojącą w rogu komnaty machinę astrologiczną.
Osadzone na drewnianej podstawie złote i srebrne ciała niebieskie
poruszały się w powolnym, miarowym rytmie, napędzane obrotami
zachodzących na siebie kół zębatych.
Wiedziała, że duchy mają rację. Należało zaczekać na optymalny układ
Ekwilibrium.
Stłumiła dreszcz niepokoju. Działała bez wiedzy i zgody Opiekuna Miasta,
co więcej - za radą umarłych uciekła się do ryzykownego fortelu, aby
mieć pewność, że Demetheos nie nabierze podejrzeń i jej nie przeszkodzi.
Postawiła na szali karierę, może nawet więcej, bo gdyby ta sprawa wyszła
na jaw... Lecz był to jedyny sposób, aby sława i nagroda po udanej akcji
przypadły w udziale jej, a nie zwierzchnikowi.
Demetheos ar Kel żelazną ręką kontrolował wszystkie działania, jakie
jego podwładni prowadzili w ramach pełnionych funkcji. Jednak Iglendis
jako dowódca podziemnego garnizonu miała prawo podejmować decyzje, nie
konsultując ich z Opiekunem Miasta.
Młoda dumna czarodziejka już od dłuższego czasu źle znosiła reżim
narzucony jej przez zwierzchnika, któremu podlegała we wszystkim, a który traktował ją, pełnoprawną mistrzynię, jak byle akolitkę. Dusiła
się. Wiedziała, że stać ją na więcej.
Akcja się uda. Musiała się udać. Jak polowanie na lisa.
Gdy dzięki Iglendis silny i niebezpieczny ka-ira znajdzie się w Domu
Godnego Odejścia, będzie to dowód, że Demetheos i władze Elity powinni
ją wyżej cenić.
Już wkrótce.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki