Teatr 1 - Sławomir Mrożek

Kup ebooka

39.00 zł
31.20 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

KON­TRAKT

(1986)

SZTUKA W TRZECH AK­TACH

.

OSOBY

MA­GNUS, lat 67

MO­RIS, lat około 30

Rzecz dzieje się w roku 1985.

Uwaga: w opi­sach sy­tu­acji okre­śle­nia "na prawo", "na lewo" sto­so­wane są od strony wi­downi. Na uży­tek ak­to­rów na­leży je ro­zu­mieć od­wrot­nie.

.

AKT I

Scena przed­sta­wia sa­lon ho­telu (lo­unge), któ­rego mo­de­lem jest Ho­tel du Lac, Ve­vey, Szwaj­ca­ria. Choć dzi­siaj już nie naj­więk­szy i nie naj­droż­szy w tej zna­nej i bo­ga­tej oko­licy - na­le­żał kie­dyś do naj­bar­dziej wy­twor­nych i wy­twor­nym po­zo­stał, choć mi­nęło już jego stu­le­cie. Nie razi śla­dami daw­nej świet­no­ści, jak to czę­sto się zda­rza nie­mło­dym ho­te­lom w kra­jach, które nie są Szwaj­ca­rią. Wnę­trze "belle epo­que" utrzy­mane jest w ide­al­nym sta­nie czy­sto­ści i po­rządku, a dba­łość o fi­zyczną i psy­chiczną wy­godę klien­teli wy­czu­walna jest nie­ustan­nie i w każ­dym szcze­góle. Eko­lo­giczna ni­sza we współ­cze­snym, burz­li­wym i groź­nym świe­cie - i na­leży przy­pusz­czać, że jak w każ­dej eko­lo­gicz­nej ni­szy gro­ma­dzą się w niej przed­sta­wi­ciele ga­tun­ków bę­dą­cych na wy­mar­ciu.

Środ­kowa ściana, czyli ta, którą wi­dzimy na sce­nie na wprost, opa­trzona jest wy­so­kimi oknami, te­raz ko­tary są za­su­nięte i za­kry­wają ją całą. Z le­wej strony znaj­duje się re­cep­cja ho­te­lowa, z pra­wej przej­ście ku win­dzie i scho­dom wio­dą­cym na pię­tra, tam­tędy idzie się rów­nież do ho­te­lo­wego baru.

Ak­cja za­czyna się późną nocą, sofy, fo­tele, sto­liki są już opu­sto­szałe, ale liczne lampy jesz­cze za­pa­lone - oświe­tle­nie ja­sne, ale nie ra­żące, dys­kretne. "Ju­gend­stil" - formy owalne i ro­ślinne, a także na­tu­ralne ro­śliny i kwiaty w wa­zo­nach. Nic tu nie jest cięż­kie ani ciemne, to­na­cje pa­ste­lowe, be­żowe, po­pie­late, li­nie i kon­tury przy­po­mi­nają ra­czej ry­sunki Be­ard­sley'a niż bie­der­me­iery, me­ble Dok­tora Freuda.

W sa­lo­nie znaj­duje się tylko je­den za­póź­niony gość ho­te­lowy, sie­dzi przy ni­skim sto­liku. Męż­czy­zna sześć­dzie­się­cio­sied­mio­letni, bar­dzo sta­ran­nie ubrany - twarz, któ­rej czer­stwość można przy­pi­sać za­równo za­mi­ło­wa­niu do gry w golfa, jak i wie­lo­let­niemu uży­wa­niu whi­sky. Sie­dzi wy­pro­sto­wany i zu­peł­nie nie­ru­chomy. Stopy złą­czone, łok­cie przy bo­kach, dło­nie zło­żone na udach. Przed nim na sto­liku mała za­stawa, któ­rej głów­nym kom­po­nen­tem jest szkla­neczka whi­sky, opróż­niona już pra­wie do dna, obok niej ta­le­rzyk z oliw­kami, orzesz­kami, ka­rafka z wodą etc.

Po dłu­giej chwili nie­ru­cho­mo­ści i sztyw­no­ści pod­nosi jedną rękę do wy­so­ko­ści stołu - ruch ten jest pewny, zde­cy­do­wany - bie­rze szkla­neczkę z resztą whi­sky i pod­nosi do ust, aby wy­chy­lić ją do dna. Po­wstrzy­muje się w ostat­nim mo­men­cie - po­woli od­dala szklankę od ust i eg­za­mi­nuje jej za­war­tość, trzy­ma­jąc ją na wy­so­ko­ści oczu, na­stęp­nie - rów­nie po­woli - od­sta­wia szklankę do­kład­nie tam, gdzie była przed­tem. Z le­wej strony po­ja­wia się młody czło­wiek w ciem­nym ubra­niu, con­scierge, w bia­łej ko­szuli i ciem­nym kra­wa­cie. Po­ru­sza­jąc się bez­sze­lest­nie - dy­wan tłumi jego kroki - za­czyna ga­sić lampy. Sie­dzący męż­czy­zna przy­pa­truje mu się uważ­nie i po chwili za­daje mu py­ta­nie.

MA­GNUS

- A... mon­sieur Le­fe­vre. Nie przy­szedł?

MO­RIS

- Mon­sieur Le­fe­vre dzi­siaj nie pra­cuje.

MA­GNUS

- Dla­czego?

MO­RIS

- Umarł dziś rano.

Pauza.

Ma­gnus wy­pija whi­sky do dna.

MA­GNUS

- I ty go za­stę­pu­jesz?

MO­RIS

- Tak jest.

MA­GNUS

- Jak ci na imię?

MO­RIS

- Mo­ris.

MA­GNUS

- Ni­gdy cię tu­taj nie wi­dzia­łem.

MO­RIS

- Przed­tem pra­co­wa­łem w Excel­sio­rze.

MA­GNUS

- W Excel­sio­rze?

MO­RIS

- Tylko jako boy.

MA­GNUS

- Nie­mniej jed­nak w Excel­sio­rze.

MO­RIS

- I je­dy­nie do­ryw­czo. Obecna sy­tu­acja bar­dziej mi od­po­wiada. Te­raz je­stem por­tie­rem.

MA­GNUS

- Ale nie w Excel­sio­rze.

MO­RIS

- Oczy­wi­ście, je­żeli dy­rek­cja uzna za sto­sowne za­trzy­mać mnie na tym sta­no­wi­sku.

MA­GNUS

- Miejmy na­dzieję.

MO­RIS

- Mon­sieur Le­fe­vre od­szedł tak na­gle... Nie zna­le­ziono ni­kogo, kto by go za­stą­pił.

MA­GNUS

- Tak bar­dzo na­gle.

MO­RIS

- Ni­kogo poza mną. Nie­szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści.

MA­GNUS

- Dla­czego nie­szczę­śliwy?

MO­RIS

- Ze względu na mon­sieur Le­fe­vre'a.

MA­GNUS

- Co to było?

MO­RIS

- Serce.

Ma­gnus do­tyka swo­jej klatki pier­sio­wej w oko­licy serca.

MO­RIS

- Choć bliż­sze oko­licz­no­ści nie są jesz­cze znane. Pan źle się czuje?

MA­GNUS

- Masz cu­dzo­ziem­ski ak­cent.

MO­RIS

- Je­stem cu­dzo­ziem­cem.

MA­GNUS

- Jak wszy­scy. Mon­sieur Le­fe­vre był ostat­nim Szwaj­ca­rem w Szwaj­ca­rii. Z ja­kiego kraju?

MO­RIS

- Po­li­ti­tiki.

MA­GNUS

- Co to jest?

MO­RIS

- Wy­spa.

MA­GNUS

- Gdzie?

MO­RIS

- Na oce­anie. Ogól­nie bio­rąc.

MA­GNUS

- Ni­gdy o ta­kiej nie sły­sza­łem.

MO­RIS

- O, to jest bar­dzo mała wy­spa.

MA­GNUS

- Cho­ciaż kul­tura oce­aniczna jest mi oczy­wi­ście znana. Ogól­nie bio­rąc. Palmy, zdaje się...

MO­RIS

- Ko­ko­sowe, Mon­sieur.

MA­GNUS

- Wła­śnie. Palmy i te... i te, no, te...

MO­RIS

- Wschody i za­chody słońca, Mon­sieur, szum oce­anu.

MA­GNUS

- O, wła­śnie, to bar­dzo stara kul­tura o wiel­kich tra­dy­cjach.

MO­RIS

- Pan jest zbyt uprzejmy.

MA­GNUS

- Cóż chcesz, taki jest nasz póź­no­eu­ro­pej­ski na­wyk.

Dzwo­nek te­le­fonu w re­cep­cji.

MO­RIS

- Prze­pra­szam.

MA­GNUS

- To do mnie.

Ma­gnus wstaje, Mo­ris od­biera te­le­fon.

MO­RIS

- Ho­tel Re­si­dence.

Ma­gnus po­suwa się o krok w kie­runku Mo­risa.

MA­GNUS

- Do mnie?

Mo­ris za­krywa dło­nią mi­kro­fon te­le­fonu, mówi do Ma­gnusa.

MO­RIS

- Do mon­sieur Le­fe­vre'a.

Ma­gnus wy­co­fuje się.

MO­RIS

- (od­sła­nia mi­kro­fon, mówi do te­le­fonu) Nie, nie­stety, już... To zna­czy jesz­cze go nie ma. Chwi­lowo nie­obecny... Za­stępca... Nie, dzi­siaj nie przyj­dzie... Tak jest, może ju­tro. Coś prze­ka­zać?... Na wy­pa­dek, gdy­by­śmy ju­tro rów­nież nie mo­gli się go spo­dzie­wać... Je­żeli to coś pil­nego... Ależ ja chęt­nie, mon­sieur Le­fe­vre ma do mnie pełne, chcia­łem przez to po­wie­dzieć - bez­gra­niczne za­ufa­nie. Każdą wia­do­mość... Nie? Wo­bec tego ża­łuję. Do usług. (od­kłada słu­chawkę te­le­fonu) Merde!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki