W pierwszym okresie po ustaniu
mdłości jada razowy chleb i świeżo przetarte maliny. Pije mleko
jak cielak i robi się coraz grubsza i bardziej zaokrąglona. Akurat
na tyle, żeby ukryć stan rzeczy.
Zostaje jednak wezwana na badanie
w szkole. Zupełnie jakby miała jakąś niebezpieczną chorobę
zakaźną. Doktor bada ją i zadaje mnóstwo pytań, których treść
zapomina natychmiast po udzieleniu odpowiedzi.
Rodzice dostają pismo pocztą.
Przerywa naukę w szkole realnej
i uczy się sama w domu.
Napotykani ludzie gapią się na nią
pusto i w milczeniu. Jakby nie powinno jej tam być. Spuszcza oczy
albo patrzy w bok. Jeśli osób jest więcej, to gdy tylko je minie,
zaraz zaczynają między sobą szeptać.
Więc przestaje wychodzić za
dnia.
Ojciec płacze, mówiąc, że
przyniosła rodzinie okropny wstyd. Babka ze strony ojca przychodzi
z wizytą, niosąc migdałową tartę w drewnianym pudełku. Powiada,
że nie jest pierwsza ani ostatnia, która urodzi dziecko, będąc
panną. Nie stanowi to pociechy dla ojca. Mówiąc o niej, nazywa ją
wstydem.
.
Ojciec wychodzi do biura, zanim
ona wstanie. Kiedy wraca do domu, siada w ulubionym fotelu i wzdycha,
ona znika w swoim pokoju, który dzieli z siostrą. Dzięki temu może
mieć nadzieję, że nie będzie męczył matki.
Wtedy zaczyna opowiadać w korytarzach,
że ta dziewczyna zhańbiła całą rodzinę. Matka napomina go,
że wstydem jest raczej to, że inni mieszkańcy go słyszą. Ciche,
z naciskiem wypowiedziane słowa matki docierają do niej przez
ścianę.
Wówczas ojciec idzie do domu
w kolorze ochry, do swojej rodziny. Tam z pewnością może sobie
zarówno popłakać, jak i pokrzyczeć. A matka wreszcie ma spokój
i może zająć się swoimi nieuniknionymi obowiązkami.
.
Teraz wcześnie się ściemnia. Nosi
wielką kurtkę z kapturem. Pewnego wieczoru robi to, o czym myślała
już od dawna. Wspina się. Barierka na moście jest lodowata. Strumień
syczy chodź. Pełno w nim wirów.
Czuje przerażenie prawie tak wielkie,
jak wstyd w brzuchu. Nie wiadomo, od czego mdli ją bardziej. Czeka na
to, żeby zemdleć i nie musieć zrobić tego samej. To chyba straszny
grzech uczynić coś takiego. Ale jeśli trzeba, to trzeba. Bóg nie
będzie w stanie dosięgnąć jej swoją karą, kiedy jej już nie
będzie. A zmartwychwstanie i tak nie jest dla takich jak ona.
Dużo myślała o tym, kto by za
nią tęsknił. Niewiele jest takich osób. Być może tylko młodsza
siostra. Ona przecież nic by z tego nie zrozumiała. Babka ze strony
matki, być może ona, ale ona ma tylu bliskich. Przez całe życie
kogoś traciła i jest do tego przyzwyczajona. Babka ze strony ojca
by płakała. A przynajmniej w pierwszej chwili. Stara ciotka pewnie
by się smuciła i wzdychała, ale czyby za nią tęskniła? Rodzina
miałaby jeden duży problem z głowy. Przecież wie o tym. Po pogrzebie
zaczęliby myśleć o innych sprawach. Nawet matka. Z jej przyczyny
życie matki stało się prawie nie do zniesienia. Widziała jej twarz,
kiedy wraca ze sklepu, gdzie musi spotykać ludzi. Zgaszoną. Pustą. Jak
z zapomnianego obrazka w kolorowance. Czy matka czułaby ulgę?
Być może powiedzą sobie,
że z tą jej skłonnością do upadków mogli się tego w sumie
spodziewać. Przecież zdarzało się, że leżała na ziemi z wygiętym
w łuk ciałem i pianą wokół ust. Może to właśnie tak się
stało? Że w ten czy inny sposób przechyliła się przez poręcz
i dostała ataku? I wszystko wydarzyło się niechcący.
Ojciec wydałby z siebie westchnienie
ulgi i płakałby, gdy ludzie by go widzieli. Każdemu, kto tylko
chciałby słuchać, opowiadałby dramatyczną historię o czymś,
czego nawet nie był świadkiem. Zadowolony jak skowronek wiosną. Ona
stanowi dla ojca wielki problem. Zrozumiał już dawno temu, że nie
jest w stanie przewidzieć, jak się zachowa i co zrobi. Teraz siedzi
tu, przyciskając się mocno do lodowatej barierki, i żałuje sama
siebie. To chyba odziedziczyła po ojcu, myśli.
Daleko w dole przelewają się masy
wody. Tak to jest. Kiedy nadchodzi przypływ, woda wpływa przez wąski
kanał do zamkniętej zatoki. Wiele razy pomagała wujowi wiosłować
łódką dokładnie pomiędzy przypływem a nadbrzeżnymi skałami,
kiedy prądy nie są zbyt gwałtowne. Czasami woda się spiętrza. Ale
nie dziś. Strumień wstrzymuje oddech i czeka na nią.
Pomiędzy dwiema skałami wynurza się
para edredonów i pływa wśród wirów jak gdyby nigdy nic. Światło
mostu odbija się w ciemnych piórach samca. Samica jest zaledwie
szarobrązowa. Domy stojące na cyplu mają czarne kontury, zupełnie
jakby zostały narysowane jej ręką.
Czy zabije się od razu, zanim prąd
zabierze ją dalej? Ile czasu trwa tonięcie? Dlaczego nie wie czegoś
tak ważnego?
To upokarzające, ale ktoś
nadchodzi. W ciemności nie widzi, kto to jest. Czuje wstyd, to
dziecinne, że tak siedzi tam bez sensu. Więc zsuwa się szybko.
Kiedy człowiek pozdrawia ją
z ciemności, mówiąc dobry wieczór, odpowiada mu tym samym. Nie
wspomina o tym, co widział. Zupełnie jakby każdy od czasu do czasu
to robił. Siedział na balustradzie i wpatrywał się w wieczność
na dole. Przechodzi obok niej lekko, jak gdyby nigdy nic. Jakby właśnie
minął końskie gówno. Albo ludzki cień.
Prawdopodobnie to w tym tkwi
problem. Że ona w zasadzie jest tylko cieniem czegoś. Lub
odpadem. Czymś, co ktoś inny odrzucił. Stoi, opierając się
o balustradę, i w całym ciele ma jakieś dziwne uczucie. Rodzaj
paraliżu. Czuła to już wcześniej. Ale nie tak mocno. To uczucie
mówi jej, że tutaj, na powierzchni ziemi, jej nie ma. Tylko udaje,
że jest. Pozostaje nadal udawać - tak długo, jak długo się jeszcze
da, myśli.
W końcu ludzie nie mówią dobry
wieczór końskiemu gównu.
Nie ma nawet siły ponownie wdrapać
się na balustradę.
Ta obcość.
Pęknięcie w piersi zaszyte drutem
kolczastym.
.
Niektórzy ludzie są tak
bezwstydni, że nie można im pozwolić nawet chodzić do szkoły. Ona
jest kimś takim. Nikt nie może jej zobaczyć. Po pewnym czasie, kiedy
wszyscy już wiedzą, a ona przerwała naukę, trudno jej cokolwiek
przełknąć. A gdyby to mogło być aż tak proste? Tylko przestać
jeść? Ale matka najwyraźniej odgaduje jej myśli.
- Siadaj! - mówi zmęczonym
głosem. I wtedy to pada.
- Jeżeli nie będziesz jadła,
żeby zachować zdrowie, to dla mnie również wszystko stanie się
jeszcze gorsze, nie rozumiesz tego?
Po raz pierwszy matka mówi wyraźnie,
że jest jej źle. Ale gotuje bulion, który wypijają razem, siedząc
przy kuchennym stole. Potem ona zjada pół kromki chleba z przetartymi
malinami, a matka pilnuje jej, nie mówiąc już nic więcej.
Po tym dniu zaczyna obserwować
matkę, żeby zawsze wiedzieć, na ile jest jej źle. Im matka jest
bledsza i wygląda na bardziej zmęczoną, tym więcej ona stara się
zjeść. Ale wszystko z niej wraca.
Wstydu nie da się nakarmić
siłą.
.
Od czasu do czasu ktoś
z nauczycieli przychodzi do domu, żeby pomóc jej przerobić
program. Matka bardzo ich o to prosiła. Szkoła nie ma uprawnień
do przeprowadzania egzaminu, więc wszyscy muszą go zdać jako
prywatyści. Dzięki temu ona nie jest jedyna. Uczy się i rozwiązuje
zadania, chociaż wie, że umrze przed egzaminem. Umrze już
w styczniu. A egzamin jest dopiero w maju lub w czerwcu.
.
Matka idzie do starej położnej,
ich najbliższej sąsiadki, prosząc, żeby ją obejrzała. Może mogłaby
przyjąć dziecko, kiedy nadejdzie czas, żeby nie musiała leżeć
w szpitalu daleko od domu, taka młoda pomiędzy obcymi kobietami.
Stara położna ogląda ją
i bada. Niczego nie obiecuje, ale też nie odmawia.
- To oczywiste, że jeśli dziewczyna
dostanie krwotoku albo dziecko będzie źle ułożone i umrze, to cała
wina spadnie na mnie, starą babę - mówi, wzdychając.
Ale nie sprawia wrażenia przesadnie
zaniepokojonej i kończy słowem napomnienia. - Kobiety oczekujące
dziecka muszą porządnie jeść, inaczej może być źle - mówi
groźnie.
Brzuch jej rośnie, mimo że wciska
w siebie tylko kromkę chleba od czasu do czasu. Całkowicie przestała
wychodzić. Zamiast tego się uczy. Ciągle się uczy. Przede wszystkim
przerabia program obowiązkowy. Ale wydaje jej się, że ma dziurę
w głowie, bo wszystko, co wieczorem z pozoru już umie, znika po
przebudzeniu. Tak jakby noc wypuszczała z niej wiedzę uszami, nosem
i oczami. Przecieka niczym sito, a brzuch jej rośnie.
.
Młodsza siostra nie rozumie, co
to za wstyd, że spodziewają się dziecka. Chciałaby nauczyć się
robić na drutach dla tego czegoś, powiada. Matka mówi, że to nie
jest żadne to, tylko człowiek.
Znajdują trochę jasnozielonej
włóczki i zaczynają. Narzuca oczka, a siostra stale je gubi. Idzie
im powoli. Kiedy siostra już śpi, sama przerabia kawałek robótki,
żeby jej pomóc. Tyle może dla niej zrobić.
- Jak myślisz, do kogo dziecko
będzie podobne? - pyta z zadowoleniem siostra.
Odpowiada, że do niej, taką ma
nadzieję, przecież ona jest ciocią.
Siostra smakuje przez chwilę
słowo "ciocia" i pyta, dlaczego tak myśli. - Bo ty
jesteś najładniejszym dzieckiem, jakie widziałam - odpowiada
z powagą.
Mała energicznie kiwa głową
i uśmiecha się ukontentowana.
.
Matka przynosi z biblioteki
książkę. O płodzie leżącym w brzuchu kobiecej postaci, podzielonej
na pół bez jednej kropli krwi. Oczywiście to tylko rysunek. Można
obejrzeć wszystko, co jest w środku. Na innych obrazkach widać,
jak dziecko wychodzi. To całkowicie nienaturalne i trudno temu dać
wiarę. Najchętniej by tego nie oglądała. A jednak musi. Przegląda
książkę i czuje się okropnie. Teraz wie, jak czują się ludzie
uwięzieni w skałach. Jeszcze gorzej. To ona ma w sobie skałę,
która musi opuścić jej ciało.
I znów matka wie, co ona myśli,
i opowiada jej, że zarówno ona, jak i babka miały łatwe porody
i prawdopodobnie odziedziczyła po nich tę skłonność. Kiwa głową,
przerażona.
- Tak czy owak będę przy tobie,
kiedy nadejdzie ten czas. I stara położna również - mówi
matka.
Potem siedzą krótko w milczeniu,
nie ma już nic więcej, co można by powiedzieć.
- Musimy pamiętać, że to nie
jest żadne nieszczęście, ale człowiek, który nas obchodzi - mówi
matka na końcu, a oczy jej błyszczą.
Uświadamia sobie, że jeszcze nigdy
nie widziała, jak matka płacze. Pochylają głowy i płaczą przez
chwilę razem. Bez łkania. Raczej pociągają nosami, żeby okazać
sobie nawzajem zrozumienie. Matka odsuwa książkę z połową kobiecej
postaci z płodem w brzuchu, żeby jej nie zamoczyć. Przecież to
z biblioteki, a nie ich własna.
.
Stara, emerytowana położna ma
obszerny, biały fartuch i mówi spokojnym głosem, mrużąc poważnie
oczy zza okularów. - Oddychaj! - wydaje polecenie. Pomiędzy
skurczami opowiada o poprzednim dziecku, które odbierała w tej samej
izbie. Wiele, wiele lat temu.
- Tamto dziecko jest dzisiaj
dorosłym mężczyzną. To był dzieciak tej biednej Marie, ona była taka
samotna z tym wszystkim. On nic tylko siedział i pisał w pawilonie
tutaj obok i nie wolno mu było przeszkadzać. Ten chłop nie był
wcale dorosłym mężczyzną, jakkolwiek był sławny. Pewnie nie
chodziło wcale o to, że miał pisać, ale bał się krwi! Wiesz,
mężczyźni często są tacy. Znam pewnego gospodarza z Nordbygda,
nie wymienię jego nazwiska, który nawet nie jest w stanie przyjąć
na świat własnych jagniąt. Te chłopy... polowanie i zarzynanie,
wojna i zabijanie, ale jak przyjdzie co do czego, to okropnie boją
się krwi. I kto to zrozumie? Biedna Marie, okropnie się męczyła,
ale udało nam się wspólnymi siłami wydobyć dziecko, mnie i jej
razem. Równiacha była z tej pani! I powiem ci, on sam wcale nie
wyszedł dobrze na tym, że był taki sławny. Zaczął uważać,
że jest ulepiony z lepszej gliny niż inni ludzie. Dla wielu takich
jak on w tym właśnie tkwi problem, zaczynają myśleć, że zostali
wyniesieni przez Najwyższego. Ale Najwyższy ani trochę nie zajmuje
się takimi sprawami, zapewniam cię, moje dziecko. Ty i twój dzieciak
jesteście tyle samo warci co ten poeta!
Nie zastanawia się, ile jest
warta. Wystarczy, że jest rozdzierana na kawałki, rozszarpywana na
strzępy razem z kośćmi, mięśniami i wszystkim innym. Pomiędzy
bólami myśli, że to gorsze niż skok z mostu. Nie ma nawet czasu,
żeby się bać. Chce tylko mieć to już z głowy. Przez cały czas
było wiadomo, że umrze wśród własnych wymiocin w łóżku matki,
słuchając, jak położna papla o sypialnianych meblach poety,
które były znacznie lepsze do odbierania porodu. Wyższe łóżka,
ale oczywiście nie takie nowoczesne.
- Te meble mają naprawdę wyjątkowo
piękny kolor - mówi położna z zadowoleniem, kiedy matka wnosi
kolejne czyste prześcieradło. - Nie odpływaj mi tu teraz, trzeba
pomagać, moje dziecko, pomagać!
.
Stoi w samej koszuli
nocnej w wielkim, otwartym oknie. Niebo usiane jest kolczastymi
gwiazdami. Siekają ją na kawałki. Poniżej poruszają się
ludzie. Niektórzy wymachują pięściami i wykrzykują coś, czego nie
chce słyszeć. Nie mają twarzy. A jednak rozumie. Ich pogarda wypełnia
wszystkie zakamarki i zaczyna ją pożerać. Zdziera z niej przepoconą
koszulę. Rozrywa ścięgna. Łamie kość po kości. Rozdziera
biodra. Szczęki. Czy ciągle stoi wyprostowana? Nie, teraz wisi. Wisi
głową w dół. Wyczuwa, że poeta wisi tam również. Ale przynajmniej
jest ubrany, ma marynarkę zapiętą na guziki. Jednak szarpie się
i chce się na niej wesprzeć. Koszula nocna zsuwa się z niej, przez
nogi na biodra. Przez brzuch. I jest naga. Zawinięta w lód. Nagle
słyszy, że poeta coś mówi, jego głos właśnie taki słyszała
kiedyś w radiu, chrapliwy, władczy.
Bądź zupełnie spokojna i podążaj
za swoimi myślami, aż to przejdzie, powiada. Łatwo mu to mówić,
chciałaby odpowiedzieć. Ale nie jest w stanie. Ból ma swój
dźwięk. Jednak poeta jest uparty. Mówi dalej.
Sądzą, że cię
schwytali, ale pokażesz im, że się mylą.
Ciąg dalszy w wersji pełnej