2.
Przypomniał mu się chłopak z drugiego roku - miesiące minęły, a pamięć pozostała. Paul widział go wtedy tylko z daleka: był roześmianą ciemnowłosą smugą z prostymi plecami, wiecznie otoczony ludźmi, co dla niego było czymś normalnym. Kojarzył mu się ze złotą młodzieżą ze szkoły średniej: mistrzowską drużyną lekkoatletyczną i gwiazdami szkolnych przedstawień. Pamiętał, że w głowie pisał temu chłopakowi świetlany życiorys, oskubując etykietkę z butelki z wodą mineralną. Nie przypominał sobie szczegółów, bo i nie wybierał żadnych godnych pamiętania. Wychodził z założenia, że tacy ludzie mają luksus życia, w którym nic się nie zdarza.
Tamten chłopak przyszedł do sali sam, co było dla niego nietypowe. Zajął miejsce za Paulem i starannie udrapował plecak i zimową kurtkę na oparciu swojego krzesła. Popodwijał rękawy koszuli aż do łokci, na których się opierał, słuchając wykładu, ponieważ był nieznośnie uważny. Dłonie miał takie jak Paul: szczupłe, z długimi palcami i ledwo widocznym niebieskim żyłkowaniem. Miał też piegi, które blakły na zimę, i zegarek trochę za luźny na jego przegub.
Profesor sporządzał listę. Kurs nazywał się: KWESTIE ETYCZNE W NAUKACH. Paul odwrócił się na pisk kredy o tablicę. Zdawało mu się, że tamten chłopak na niego zerka, jakby się zorientował, że jest obserwowany, ale on nie śmiał na niego spojrzeć.
- No proszę, ilu ochotników - powiedział profesor Strauss. Znów sięgnął po listę studentów, trzymając kredę między palcami. Kredowy pył osiadł na jego dłoni jak laboratoryjna rękawiczka. - A może poprosimy o wypowiedź... Paula Fleischera. Biologia. Proszę wymienić problem związany z etyką eksperymentowania.
Koledzy patrzyli na niego, a on w tym momencie wyróżnienia czuł się świetnie.
- Na przykład... - zaczął - mamy fakt medycznego torturowania pacjentów w imię nauki, kiedy lekarze uważają, że ujdzie im to na sucho.
W sali zrobiło się duszno. Strauss otrząsnął się z wrażenia dopiero po chwili.
- Eksperymenty na podmiotach ludzkich - zawyrokował - to doskonały przykład tego, o czym będziemy mówili na tym kursie. Sytuacje, w których wymóg badań naukowych narusza granice ludzkiej potrzeby...
- Przepraszam - wtrącił się chłopak siedzący za Paulem - ale mnie się wydaje, że on mówił coś innego.
Paul odwrócił się powoli i zmierzył go wzrokiem. Chłopak usiadł wyprostowany, kręcąc długopisem w palcach. Gdy oczy reszty studentów spoczęły na nim, nawet tego nie zauważył.
- Oczywiście, że to jest przykład - ciągnął z uporem. - Ale to nie jest jego przykład. Uważam, że Fleischer miał na myśli powszechną niezdolność świadomości naukowej do tego, by dostrzegać humanistyczny aspekt podmiotów.
- Tak - przyznał Paul. - Właśnie o to mi chodziło. - Mówił jednak tak cicho, że chyba nikt go nie usłyszał.
- Uważam, że to dość melodramatyczne podejście do tematu - odezwał się ktoś z przodu. Paul znał ten głos: Brady z wydziału chemii, który był asystentem w jego sekcji laboratoryjnej w ubiegłym semestrze. Nie mogło być między nimi więcej niż pięć lat różnicy, ale Brady był już zdecydowanie mężczyzną, a nie chłopcem: miał szerokie dłonie o grubych palcach i paznokciach, które były szersze niż dłuższe. - To nie jest Trzecia Rzesza - ciągnął. - Nasi naukowcy działają w rygorze standardów etycznych.
- Owszem - przyznał kwaśno Paul. - I te standardy funkcjonują tak świetne, że niewinni ludzie umierają na syfilis, zanim przyjdzie im do głowy złożyć skargę...
- Jasne, zdarzają się badania problematyczne, prowadzone przez nieetyczne jednostki, którym udaje się uniknąć rozgłosu, ale z tym akurat coś się robi. W instytutach działają komisje rewizyjne, które narzucają...
- Moralności nie da się narzucić z zewnątrz. - Paul wiedział, że w jego głos wdarła się nuta złości, ale nie dbał o to. - Sama idea infrastruktury nadzoru etycznego jest symptomem... upadku świadomości naukowej. W samym sposobie prowadzenia badań naukowych musi być coś, co przemawia do ludzi skłonnych poszatkować bliźniego w plasterki tylko po to, żeby zobaczyć, co się stanie. Bo niewątpliwie są do tego zdolni, gdy tylko myślą, że infrastruktura nie zauważy.
- Komisja rewizyjna to jedynie listek figowy - odezwał się chłopak z tyłu. - Nie możemy i nie powinniśmy udawać, że działa ona jak sumienie. Nie łudźmy się, że możemy dać zielone światło doktorowi Mengele za pomocą pliku papierków i udać, że problem został rozwiązany.
- Ożywiona dyskusja! - Strauss aż klasnął w uwalane kredą ręce. - Znacznie bardziej pożądana niż terror nudy. Trzymajcie się tej linii, panowie, gdyż czytanie na tydzień siódmy zwłaszcza dowiedzie...
Paul osunął się w krześle i powoli wypuścił powietrze. W miarę rozgrzewania się dyskusji czuł z boku jakieś poruszenie. Ciemnowłosy chłopak zabrał swoje rzeczy i przesiadł się do ławki obok niego. Paul mu się przyglądał, ale tamten skierował oczy na profesora. Były zielone, w tym samym odcieniu co szkło morskie - koloru delikatnego, ale bardzo zimnego, który pięknie kontrastował z jego ciemnymi rzęsami.
Strauss przeszedł do dziewczyny z wydziału fizyki, która zaproponowała badania nad bronią nuklearną. Paul słuchał dyskusji jednym uchem, gdyż rysował kościotrupa z beczkowatą klatką piersiową i szeroką szczęką Brady'ego. Poczernił kości, a w tle umieścił cień grzyba atomowego. "Dalsze osiągnięcia w etyce amerykańskiej - napisał pod spodem. - System doskonały".
Coś trąciło go w kostkę - czubek skórzanego buta ubrudzony osadem soli z chodnika. Ciemnowłosy chłopak zaglądał mu przez ramię do notatnika.
Paul poczuł, że się czerwieni. W pierwszym odruchu chciał odwrócić kartkę i ukryć rysunek, tak jak to już zrobił niezliczoną ilość razy, chroniąc swoje szkicowniki przed narwanymi dziewczynami, które go napastowały w stołówce.
A tymczasem, ledwo siebie poznając, wydarł kartkę z kościotrupem i włożył chłopakowi do ręki.
- Ty jeszcze nie podałeś nam przykładu.
Paul podskoczył, ale Strauss zwracał się do chłopaka obok z wyświechtaną belferską uciechą z przyłapania studenta na nieuwadze. Chłopak schował rysunek pod ławką i uśmiechnął się niespeszony.
- Zostały tylko dwie osoby, a nie wyglądasz mi na Ramonę - ciągnął błogo Strauss. - W takim razie musisz być...
- Julian - przedstawił się chłopak. - Julian Fromme.
- Ach tak. - Strauss raz jeszcze sprawdził w dzienniku. - I mam pana w rubryce "niezadeklarowany". Niezdecydowanych z pewnością dręczy wiele pytań natury etycznej.
Po sali poniósł się uprzejmy chichot. Paul już by się zapadł pod ziemię, ale Julian Fromme nie okazał ani cienia zażenowania.
- Już się zdecydowałem na psychologię, jestem na niej od wczoraj - powiedział Julian. - Interesuje mnie zwłaszcza psychologia społeczna, która obfituje w problemy. Każda metoda badań społecznych jest po swojemu szkodliwa. Jeśli obserwujemy zjawisko społeczne z dystansu, widzimy najczęściej potwierdzenie swojej hipotezy. "Obiektywizm" jest kłamstwem, którym naukowcy częstują siebie nawet w naukach twardych, że już nie wspomnę o badaniach jakościowych. Jeśli natomiast obserwujemy z bliska, to sama nasza obecność zmienia charakter danych. A eksperymenty w warunkach kontrolowanych były już prowadzone, wszystkie jednak zmuszają do swoistego oszustwa dla uzyskania czystych wyników, co może, choć nie musi, wymagać przekroczenia granic etycznych - dodał, zerkając na Brady'ego. - Wszystko zależy od indywidualnego sumienia.
- Czy mam rozumieć, panie Fromme - powiedział Strauss - że chce pan, aby "psychologia społeczna ogólna" weszła na listę dyskusji etycznej w nauce?
- Proszę mnie lepiej wpisać pod "efekt potwierdzenia", "paradoks obserwatora" i "świadomą zgodę" - odparł przytomnie Julian. - Zdaje się, że w takim porządku je zacytowałem.
Strauss uniósł brwi i się uśmiechnął.
- Naturalnie, panie Fromme. Chyba jeszcze nie rzucimy pana wilkom na pożarcie.
Profesor odwrócił się z powrotem do tablicy, a Paul ze zgrozą patrzył, jak Julian bez żenady kładzie jego rysunek na swojej ławce. Przyglądał mu się przez chwilę z kamienną twarzą, po czym zapisał coś na marginesie z leniwym zawijasem.
Zanim rysunek znalazł się z powrotem w rękach Paula, czerwony atrament Juliana przesiąkł na wylot przez tani papier.
Liczba zbrodni zredukowana do 0%, Czerwona Zaraza pokonana na zawsze - apokalipsa dla większego dobra.
(Podpisz to. Chcę zachować).
Paul ani myślał czekać. Po zakończonych zajęciach wrzucił książki do plecaka i zapiął suwak wojskowej parki pod samą szyję. Za oknami drugiego piętra padał drobny śnieg. Bez zamazanej na horyzoncie plamy sadzy płatki jaśniejsze od nocnego nieba wydawały się prawie białe.
Zatrzymał się na szczycie schodów, żeby rozsupłać zwinięte w kulkę włóczkowe rękawiczki. Brady przepchnął się obok niego. Gdy Paul usłyszał czyjeś wołanie - "Hej! Zaczekaj chwilę!" - zrazu pomyślał, że to Brady'ego ktoś próbuje dogonić. Dopiero dźwięk własnego nazwiska kazał mu się odwrócić.
Julian Fromme uśmiechnął się, pochwyciwszy jego spojrzenie. Szedł dziarsko, ale niespiesznie, w szaliku zarzuconym na szyję leniwym ruchem, który zdradzał mimowolną pewność ciała.
- Spieszysz się?
- Nie za bardzo.
- Odniosłem wrażenie, że tak.
Julian dołączył do niego na schodach, dopinając ostatni guzik dwurzędowego płaszcza. Był nienagannie zadbany, jak rzadka roślina w oranżerii. Paul poczuł się przy nim obdartusem w swojej kurtce z kapturem i śniegowcach, nazbyt znoszonych i praktycznych, żeby zasługiwały na troskę.
- Jakbym cię znał - powiedział Julian. - Widywaliśmy się na kursach przygotowawczych?
Paul zmusił się do zapomnienia, bo wspomnienie było dla niego zbyt upokarzające. Mieli pozostać nieznajomymi - tamten chłopak miał o nim zapomnieć, ponieważ Paul nie mógł być osobą przyłapaną na przyglądaniu się obcemu. Zapamiętał nikły uśmiech Juliana i lekkie uniesienie lewej brwi. Tę brew przecinała cienka pionowa blizna, jedyna niedoskonałość, jaką zauważył z nagłym wzruszeniem, a potem wyparł.
Resztę wspólnych zajęć spędził na ławce przed uczelnią, odczekując dziewięćdziesiąt minut, tak jak obiecał matce. Pamiętał, że chciał, by obcy chłopak wyszedł za nim, ale tamten oczywiście tego nie zrobił. Jak wszyscy. Tak to się miało definitywnie zakończyć.
- Jakoś sobie nie przypominam - odpowiedział i z twarzy Juliana momentalnie wyczytał słabość tego kłamstwa. - Nie siedziałem tam zbyt długo, bo głowa mnie rozbolała.
Chłopak się uśmiechnął, ale nic nie powiedział. Zaczął schodzić po schodach, oglądając się bez emocji. Nie trzymał się poręczy. Paul też chciał ją zignorować, sunąc opuszkami palców po samej krawędzi, jakby go nie obchodziła, ale od zawsze miał lęk wysokości, więc nie mógł się zmusić do zupełnego puszczenia poręczy.
Upewniwszy się, że Paul za nim idzie, Julian znów się uśmiechnął i spojrzał przed siebie.
- Jesteś zamartwiaczem, co? - zagadnął i było w tym tyle oskarżenia, ile żartu. - Widać to po tobie.
Paul starał się go dogonić. Zdjął kaptur, gdy stanęli na śniegu, ale widząc Juliana z okrytą głową, naciągnął go z powrotem.
- Ja się nie zamartwiam - powiedział, a widząc sceptyczną minę kolegi, wolał się głupio uprzeć, niż narazić na drwinę. - Ja zakładam najgorszy scenariusz. To są dwie różne rzeczy.
- Czyżby? - odparł Julian. - Z mojego punktu widzenia...
- Zamartwianie się - tłumaczył Paul - oznacza, że boisz się, że coś się stanie. Zakładając najgorszy scenariusz, wiesz, że to się stanie, o ile już się nie stało. Pierwsze jest neurotyczne, drugie - fatalistyczne, a fatalizm ma poparcie w dowodach. To nie to samo.
Paul nie zauważał swojego napięcia, dopóki z niego nie opadło, gdy Julian się roześmiał.
- To najgłupsza germańska teoria, jaką słyszałem - stwierdził.
Paul zdjął rower ze stojaka i poprowadził go po świeżym śniegu skrzypiącym pod kołami.
- A propos germańskiej... - Ton Juliana zdradzał szczere zainteresowanie, tłumione, lecz niewątpliwe, a serce Paula zacisnęło się w pięść. - Na zajęciach mówiłeś o infrastrukturze etycznego przeoczenia. Skąd wziąłeś to pojęcie?
Podniecenie Paula opadło.
- Nie muszę go znikąd brać - odpowiedział zaczepnie. - Potrafię myśleć samodzielnie.
- Oczywiście. Nie zgrywaj urażonego, to nudne i poniżej twojej godności.
Coś w złośliwym zniecierpliwieniu własnej uwagi sprawiło, że Paul się wyluzował, znacznie bardziej, niż gdyby uzyskał twarde potwierdzenie. Julian zakrztusił się haustem zimnego powietrza i mocniej zaciągnął szkarłatny szalik. Na szarym tle zimy był jedynym barwnym obiektem.
- Naprawdę sam to wymyśliłeś? - spytał po chwili pauzy. Bez niedowierzania, chociaż fascynacja w jego oczach była wciąż dość daleka i swoiście kliniczna, co Paulowi nie całkiem się podobało. - Nie brałeś korków z filozofii kontynentalnej?
- No... przerabialiśmy Ucztę - przyznał niechętnie Paul. - I po trochu Kartezjusza i Kanta.
- To nie jest filozofia, to paleontologia. - Julian silił się na sardoniczny rozmach, który jednak nie do końca pokrył jego entuzjazm. - Zasługujesz na więcej, potrzebujesz filozofii, która boryka się z moralnością dwudziestego wieku. Właściwie już w znacznej mierze w niej siedzisz, na pewno rozumujesz lepiej niż większość. To twoje ostatnie zajęcia na dzisiaj?
Paula tak oszołomił komplement, że dopiero po chwili dotarło do niego drugie pytanie. Dostrzegł drobne podobieństwa między sobą a Julianem: kształt dłoni, wzrost z dokładnością do dwóch centymetrów. To pocieszyło go wobec faktu, że poza tym bardzo się różnili.
Kiwnął głową - z opóźnieniem - a Julian uśmiechnął się szeroko.
- To dobrze. Chodź. Muszę ci pożyczyć kilka książek.
Podczas oprowadzania po campusie nowicjuszom zawsze pokazuje się nienagannie czyste i nowoczesne dormitoria o betonowych ścianach i fasadach z witrażowymi oknami. Budynek, w którym mieszkał Julian Fromme, do takich nie należał - był starodawny i pełen przeciągów, wzniesiony z tej samej taniej cegły co stara podstawówka.
Kuchnia okazała się wilgotnym podziemnym pomieszczeniem z kratami w niskich oknach. Przyćmione światło było tam dobrodziejstwem, bo oszczędzało widoku wszechobecnego brudu.
- Nie widzę piwa imbirowego - poskarżył się Julian, zajrzawszy do lodówki. - Barbarzyńcy! Może być coca-cola?
- Jasne. - Paul zerknął mu przez ramię na grupę chłopców w bokserkach i bluzach, siedzących przy kuchennym stole: jedli tosty z fasolą. Julian ich ignorował, mijając bokiem jak meble. Paul nie był przekonany, że chłopcy odpłacają mu tym samym.
- Nie zważaj na nich - powiedział cicho Julian. Podał mu colę i spojrzał pogardliwie na nieznajomych. - Nie zasługują na twoją uwagę.
Julian nie pasował do tego miejsca. Był tu jak promień czystego, jasnego światła, obcy i rozwibrowany.
Poprowadził Paula z powrotem do holu, a stamtąd po schodach przez atrium. Ktoś zostawił tom Hegla na podeście; Julian przystanął nad nim z kocim desinterressement i z rozmysłem kopnął książkę ze schodów.
- Ty nie mieszkasz w akademiku, co? - spytał, szukając kluczy.
- Mieszkam z matką. - Paul uświadomił sobie, jeszcze gdy to mówił, że trudno było ująć to bardziej podobnie do Hitchcockowskich postaci trzymanych pod kluczem. Pospiesznie spróbował więc złagodzić wrażenie: - I z siostrami. Chciałem być w akademiku, ale moje stypendium nie obejmuje zakwaterowania, a mieszkamy dosłownie parę mil stąd.
- No to, jak widzisz, sporo się tu dostaje za płaconą kasę. - Julian energicznie pchnął drzwi, żeby je wyswobodzić z nabrzmiałej wilgocią futryny. - Wejdź, proszę, czuj się jak w domu.
Paul zrobił wszystko, by udać, że takie rzeczy są dla niego na porządku dziennym. Starał się nie poświęcać zbytniej uwagi szczegółom, żeby nie było oczywiste, że próbuje je zapamiętać. Zauważył brak zdjęć rodzinnych - była tylko fotografia samego Juliana sprzed kilku lat, obejmującego za szyję dużego brązowego psa. Pod oknem stało małe stereo, ale telewizora nie było. Za to pokoik był zawalony książkami, które wylewały się z regałów i piętrzyły koślawo na komodzie i podłodze. Wiele grzbietów miało tytuły francuskie, a było kilka, które spiczastym, na wpół znajomym alfabetem świadczyły o tym, że muszą być rosyjskie.
Na biurku leżała otwarta szachownica z pionami rozrzuconymi w ferworze walki. Paul przypatrywał się jej ciekawy, czy znajdzie w tym ustawieniu jakiś sens, ale gdy chłopak na niego spojrzał, odwrócił się i przysiadł na obrotowym krześle.
- Arendt obowiązkowo - powiedział Julian. Rzucił płaszcz w nogi łóżka i zaczął wyjmować książki ze skrzyni. - Jest genialna. W zeszłym semestrze pojechałem specjalnie greyhoundem do Nowego Jorku na wykład, który wygłaszała w The New School. Zajmuje się kwestią norm behawioralnych i niemożności ich funkcjonowania jako sumienie. Celem norm społecznych jest normowanie, a nie osiąganie moralnej doskonałości... O! Weźmy coś ze starego Fritza, czemu nie? Teutoński pyszałek da ci w kość. Inni twoi przyjaciele nie zadają ci pracy domowej, co, Fleischer?
- Chciałbym, żeby zadawali - odrzekł cicho Paul. Julian zaskoczył go, może nadmiernie, użyciem słowa "przyjaciele".
- Pożałujesz, żeś to powiedział, jak z tobą skończę. - Zrzucił książki przy łokciu Paula i już grzebał w skrzynce po mleku pełnej płyt. - Wmawiano mi - ciągnął - że college to istny raj dla ludzi ciekawych intelektualnie. Okazuje się, że w rzeczywistości dokonuje się tu tylko akulturacja do systemu akademickiego, co jest fascynujące jako szkiełko Petriego dla aspołecznych zachowań.
- Poważnie mówisz? A ja myślałem, że chodzi o wprowadzenie się w stupor za pomocą dragów.
- Oni chyba wolą to nazywać "dążeniem do oświecenia drogą chemicznej ekspansji mózgu". Jakże inaczej mogliby zachować dobre samopoczucie?
Julian rzucił się na łóżko. Paul poczuł się dziwnie i doznał ulgi, widząc, że tamten się śmieje. Przedtem był przerażony, że wychwyci resztki jego dziecięcego jąkania się i uzna, że także jego myśli są niekompletne i niewystarczająco inteligentne.
- Ile masz lat?
- Ja... w marcu skończę siedemnaście.
- Ha! Zgadłem! - Julian sięgnął na parapet po swoją colę i położył się z powrotem wsparty na łokciach. - Zawsze wywęszę recydywistę. Ja siedziałem w trzeciej i siódmej, co przekreśliło moje szanse na karierę w sporcie akademickim. Ojciec był wściekły.
Mógł sobie oszczędzić tej szczerości, ale tego nie zrobił. Paul poczuł się dzięki temu lekki i wyluzowany.
- A ja musiałem zrobić wcześniej maturę, bo chcieli mnie wyrzucić.
- Nie mów! - zdziwił się Julian. - Tak narozrabiałeś?
Paul nigdy przedtem o tym nie wspominał. Gdy już zaczął, przyszło mu do głowy, że historia wyda się dziwniejsza, niż była w istocie.
- Uderzyłem kolesia w twarz drzwiami od szafki.
- Żartujesz!
- Założyli mu z piętnaście szwów. - Nie umiał stwierdzić, czy Julian wygląda na zachwyconego, czy na zgorszonego. - Sam się prosił - dodał, ale chłopak machnął ręką, że nie potrzeba.
- Wyobrażam to sobie. Jezu! Gdybym wiedział, że tylko tyle trzeba, żeby wylecieć ze szkoły średniej, sam bym tak zrobił. Rodzice urządzili ci awanturę?
Paul szukał wymówki, żeby nie patrzeć Julianowi w oczy. Zajął się robieniem w plecaku miejsca na jego książki - wątpliwa wymówka, ale lepszej nie wymyślił.
- Moja matka właściwie... po prostu się smuci - powiedział. Prawda zaczynała go parzyć. - Tylko tak reaguje; martwi się i pyta: "Dlaczego to robisz?". Lituje się nad sobą, gdy myśli, że tego nie widzisz, więc czujesz, że powinieneś coś zrobić, ale ona wszystko robi za ciebie. Jest wdową, wyspecjalizowała się w pobieraniu renty i wpędzaniu nas w poczucie winy. No więc wtedy było właśnie tak, tylko gorzej. Chyba zostałem uziemiony, ale ja i tak za dużo nie wychodzę, więc niespecjalnie to zauważyłem.
W krótkiej chwili ciszy, która po tym nastąpiła, Paul nadal nie potrafił spojrzeć Julianowi w oczy.
- Przepraszam - wymamrotał. - Chciałem tylko...
- Czułe miejsce - przerwał mu Julian. - Każdemu wolno je mieć. Z podobnego powodu postanowiłem iść do college'u w mieście, w którym moi rodzice nikogo nie znają.
Paul uświadomił sobie, że niezbyt podoba mu się płyta, którą nastawił chłopak. Jakaś panna śpiewała po francusku. Nie miał zastrzeżeń do treści utworu, ale melodia była pospolita i prosta w sposób, który Julianowi nie powinien był przypaść do gustu. Niechęć do płyty poprawiła mu humor - dała mu coś, jakkolwiek trywialnego, co mógł uprzejmie przeoczyć przez wzgląd na Juliana.
- Gdzie są twoi rodzice? - zapytał.
- W Waszyngtonie. - Julian zamilkł na chwilę, po czym się poprawił: - W pobliżu Waszyngtonu. Ojciec pracuje w Departamencie Stanu, ale mieszkają w wiosce nad zatoką, gdzie "nie ma tej całej szarpaniny", jak on to mówi. Udajemy, że należymy do kościoła episkopalnego, dzięki czemu wpuszczają nas do Country Clubu.
Paul starał się ukryć fascynację.
- To jest... - Szukał odpowiedniego słowa. - To jest niezwykle...
- Po co ta dyplomacja, wiem, że to niesmaczne. Myślę, że ojciec ożenił się z matką tylko po to, żeby mieć jasnowłose dzieci - powiedział Julian. - Ona jest nie lepsza niż on, dobrali się jak w korcu maku. To Francuzka. Jej ojciec ma sieć domów towarowych. Nowobogacki, ale tarza się w pieniądzach. Ona zasiada w radzie MoMa i prowadzi galerię w Nowym Jorku, bo widocznie potrzebowała jakiegoś hobby.
Kilka detali w tym pokoju, które z początku wydały się Paulowi dziwne, teraz nabrało sensu. Sznurek z marynarskimi flagami sygnałowymi przyszpilony do ściany nad łóżkiem i wprowadzający miły dysonans do ogólnego ascetyzmu tego wnętrza, nowiutka wełna zimowego płaszcza Juliana i konserwatywny styl jego ubrań. Wszystkie te detale pobrzmiewały fałszem, bo dobierał je ktoś inny, ktoś pozbawiony inteligencji i energii chłopaka oraz jego zdolności do ignorowania wszystkiego, co nie zasługuje na uwagę.
- Tragedii nie ma, nic z tych rzeczy - ciągnął Julian. - Żebyś mnie źle nie zrozumiał. To jest zwyczajnie nudne. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe; tego, że jestem rozpieszczonym dzieckiem, które nigdy na nic nie musiało zapracować. Zwykle kłamię na ten temat.
Delikatność Juliana była bardziej wyrachowana, niż się zdawało, ale Paul postanowił nie polemizować.
- Nigdy nie będę miał ci tego za złe - oświadczył. - Nawet się zastanawiałem, dlaczego tak kompletnie nie potrafię cię zrozumieć. Jesteś niepodobny do innych ludzi i wiem, że to nie ze względu na pochodzenie. Nic cię nie uformowało. Po prostu taki jesteś.
Nie zdawał sobie sprawy, jaka naga szczerość wyziera z tych słów, ale pożałował ich tylko przez moment. Jeden kącik ust Juliana uniósł się wyżej niż drugi i chłopak się uśmiechnął. Paulowi przypomniał się tekst z historii sztuki, czytany w ubiegłym semestrze, o tym, że Japończycy wierzą w wagę i rozbrajający efekt asymetrii.
- A niech cię, Fleischer! - powiedział Julian. - Teraz muszę dorosnąć do twojej definicji.