Ian obudził się nagle, zaciskając dłoń na tomahawku. Po chwili zorientowałsię, że to materiał spodni. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, i usiadłwyprostowany, próbując dostrzec w ciemności jakieś kształty.
Przez mózg przebiegła mu błyskawica bólu; sapnął głośno i złapał się zagłowę. Gdzieś niżej niewidoczny Rollo wydał ciche, pełne niepokoju "uuf".
Chryste. W nozdrza uderzył go zapach gabinetu ciotki - alkoholu, spalonego knota, suszonych liści leczniczych i obrzydliwych substancji, którenazywała penicyliną. Zamknął oczy, przycisnął czoło do uniesionych kolani zaczął oddychać powoli przez usta.
Co mu się śniło? Coś groźnego i okrutnego - ale nie powrócił do niegożaden wyraźny obraz, a jedynie wrażenie, że ktoś go tropił, że coś podążało za nim przez las.
Musiał się wysikać, i to szybko. Wymacał krawędź stołu, na którym leżał,i stanął ostrożnie, mrużąc oczy pod wpływem bolesnych błysków w głowie.
Pani Bug zostawiła mu nocnik, pamiętał, jak o tym mówiła, ale świeczkazgasła, a on nie miał najmniejszej ochoty pełznąć po podłodze i szukaćnaczynia. Niewyraźne światło wskazało mu drzwi; zostawiła je uchylone,a korytarz jarzył się niewyraźnym blaskiem, który płynął z kuchennegopaleniska. Dotarł do okna, otworzył je, stanął w strumieniu powietrzachłodnej wiosennej nocy i przymknął z ulgą oczy, opróżniając pęcherz.
Teraz poczuł się znacznie lepiej, ale wraz z odprężeniem uświadomiłsobie na nowo mdłości w żołądku i łupanie w głowie. Usiadł, oparł ręcena kolanach i położył na nich głowę; czekał, aż wszystko się uspokoi.
Z kuchni dobiegły jakieś głosy; teraz, kiedy zaczął zwracać na nie uwagę, słyszał je wyraźnie.
To był wuj Jamie i ten MacDonald, a także stary Arch Bug; ciotkaClaire też od czasu do czasu wtrącała słowo, a jej angielszczyzna kontrastowała ostro z gardłowymi dźwiękami szkockiego i gaelickiego.
- Chciałby pan zostać agentem do spraw Indian? - spytał MacDonald.
O co chodzi? - zastanawiał się, a potem do niego dotarło. No tak,oczywiście; Korona angażowała ludzi, wysyłała ich do różnych plemion,żeby oferowali podarki, tytoń, noże i temu podobne rzeczy. Opowiadalibzdury o władcy, tak jakby król mógł się zjawić i zasiąść przy ogniskustarszyzny podczas nowiu, i mówić jak zwykły człowiek.
Uśmiechnął się ponuro na myśl o tym. Zamiar był dość przejrzysty:namówić Indian do walki u boku Anglików, gdyby zaszła taka konieczność. Ale dlaczego ci w kuchni uważali, że owa konieczność już nadeszła? Francuzi ustąpili, wycofali się do swego północnego siedliska w Kanadzie.
Och. Przypomniał sobie nagle, co Brianna mówiła mu o zbliżającychsię walkach. Nie wiedział, czy ma jej wierzyć - może jednak miała rację,a wtedy... nie chciał o tym myśleć. Ani o niczym innym.
Przyczłapał Rollo, usiadł i oparł się o niego ciężko. Ian nachylił sięi wtulił twarz w gęste futro.
Kiedyś, gdy mieszkał w Snaketown, zjawił się taki agent. Tłusty, małyosobnik o rozbieganych oczkach i drżącym głosie. Pomyślał wtedy, żeczłowiek ten... Chryste, jak on miał na imię? Mohawkowie nazywali goCuchnącym Potem, nie bez racji; śmierdział tak, jakby cierpiał na jakąśśmiertelną chorobę... Pomyślał, że człowiek ten w ogóle nie zna Kahnyen'kehaka; nie władał praktycznie ich mową i najwyraźniej spodziewał się,że go lada chwila oskalpują - co uważali za zabawne - i ze dwóch dlażartu udawało, że chcą to zrobić, ale Tewaktenyonh kazał traktować goz szacunkiem. Ian był zmuszony odgrywać rolę tłumacza, co czynił, choćbez szczególnej satysfakcji. Prędzej uznałby się za Mohawka, niż przyznałdo jakiegokolwiek powinowactwa z Cuchnącym Potem.
Ale wuj Jamie... jemu poszłoby lepiej. Czy zrobiłby to? Ian nasłuchiwałgłosów z umiarkowanym zainteresowaniem, było jasne, że Jamiego nieda się do niczego zmusić. MacDonald mógłby równie dobrze liczyć nacud, pomyślał, słysząc, jak wuj unika odpowiedzi.
Westchnął, objął ramieniem Rolla i jeszcze bardziej wsparł się na zwierzaku. Czuł się okropnie. Myślałby, że umiera, gdyby ciotka Claire nieuprzedziła go, że przez kilka dni będzie kiepsko. Był przekonany, żepozostałaby przy nim, gdyby naprawdę umierał, że nie poszłaby sobie,powierzając go jedynie opiece Rolla.
Okiennice wciąż były otwarte i owiewało go chłodne powietrze, przenikliwe, a zarazem łagodne, jak to wiosenną nocą. Wyczuł, że pies podnosipysk i węszy; po chwili czworonóg wydał cichy, niecierpliwy skowyt. Oposalbo szop.
- No idź - rozkazał, prostując się i popychając lekko psa. - Damsobie radę.
Pies obwąchał go podejrzliwie i próbował polizać mu tył głowy, gdziebyły szwy, ale dał sobie spokój, gdy Ian jęknął i zasłonił ranę dłońmi.
- Idź, powiedziałem!
Trzepnął delikatnie psa, ten prychnął, zrobił jedno kółko, a potemskoczył ponad jego głową i wylądował za oknem, uderzając głucho o ziemię. Ciszę rozdarł pełen przerażenia krzyk, a po chwili rozległ się pospieszny tupot jakichś łap i odgłos masywnych ciał przedzierających sięprzez zarośla.
Od strony kuchni dobiegł gwar wystraszonych głosów i po chwili Ianusłyszał, jak na korytarz wyszedł wuj Jamie; w sekundę później pchnąłdrzwi gabinetu.
- Ian? - zawołał cicho. - Gdzie jesteś, chłopcze? Co się dzieje?
Ian wstał, ale oczy zasnuła mu oślepiająca biel; zachwiał się. Wuj Jamiezłapał go za ramię i posadził na stołku.
- O co chodzi, chłopcze?
Kiedy odzyskał ostrość wzroku, ujrzał wuja stojącego w świetle korytarza, z karabinem w ręku; Jamie miał na twarzy wyraz troski, ale i rozbawienia, gdy zerknął na otwarte okno. Wciągnął w nozdrza powietrze.
- To nie skunks, jak przypuszczam.
- No, jakieś zwierzę - odparł Ian, dotykając ostrożnie głowy. - AlboRollo pognał za panterą, albo stratował kota cioci.
- Ach, rozumiem. Lepiej pójdzie mu z panterą. - Wuj odłożył karabini podszedł do okna. - Mam zamknąć okiennice czy potrzebujesz świeżegopowietrza, chłopcze? Kiepsko wyglądasz.
- Czuję się kiepsko - przyznał Ian. - Zostaw otwarte, jeśli możesz,wuju.
- Chcesz się położyć?
Ian zawahał się. Czuł, jak żołądek wciąż mu podskakuje nieprzyjemnie,i miał wielką ochotę znów się położyć, ale gabinet, pełen mocnych woni,połyskujący gdzieniegdzie jakimś ostrzem i tajemniczymi narzędziami,które kojarzyły się z bólem, napawał go niepokojem. Wuj Jamie, domyślając się, w czym rzecz, ujął go za łokieć.
- Chodź, chłopcze. Możesz przespać się na górze w przyzwoitym łóżku, jeśli nie przeszkadza ci towarzystwo majora MacDonalda.
- Nie przeszkadza - zapewnił. - Ale chyba zostanę tutaj. - Machnąłręką w stronę okna. - Rollo pewnie zaraz wróci.
Wuj nie spierał się z nim, za co Ian był mu wdzięczny. Kobiety zawszerobiły zamieszanie. Mężczyźni przyjmowali rzecz do wiadomości i koniec.
Jamie zaprowadził go bezceremonialnie na legowisko, okrył, a potemzaczął tłuc się w ciemności, szukając karabinu, który gdzieś położył. Iandoszedł do wniosku, że trochę zamieszania nie zaszkodzi.
- Możesz mi podać kubek wody, wuju Jamie?
- Co? Ależ tak.
Ciocia Claire zostawiła dzbanek tuż obok stołu. Rozległ się kojący pluskwody; poczuł przy swoich ustach brzeg naczynia, a na plecach dłoń wuja,który go podtrzymywał. Nie potrzebował tego, ale nie sprzeciwiał się,dotyk był ciepły i uspokajający. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzoprzemarzł od nocnego powietrza, i teraz wstrząsnął nim dreszcz.
- Wszystko w porządku, chłopcze? - spytał cicho wuj, zaciskając dłońna ramieniu Iana.
- Tak, doskonale. Wuju Jamie?
- Aha?
- Czy ciocia Claire mówiła ci... o wojnie? To znaczy tej, która się zbliża.Z Anglią.
Przez chwilę panowała cisza; wysoka sylwetka wuja znieruchomiałana tle światła płynącego zza drzwi.
- Mówiła - odparł i cofnął dłoń. - A tobie?
- Nie. Kuzynka Brianna mi mówiła. - Położył się na boku, zważającna obolałą głowę. - Wierzysz im?
Tym razem nie wyczuł wahania.
- Ano wierzę.
Wuj oznajmił to z typową dla siebie, chłodną rzeczowością, ale jegoton sprawił, że Ianowi podniosły się włosy na karku.
- No tak. W porządku.
Poduszka z gęsiego puchu była miękka pod jego policzkiem i pachniałalawendą. Poczuł na głowie dłoń, która odsunęła mu zmierzwione włosysprzed twarzy.
- Nie przejmuj się tym, Ian - powiedział cicho wuj. - Mamy jeszczeczas.
Wziął karabin i wyszedł. Ian widział ze swego miejsca podwórze, drzewa przy krawędzi wzniesienia, zbocze Black Mountain, a jeszcze dalejczarne, rozgwieżdżone niebo.
Usłyszał, jak otwierają się drzwi na tyłach domu, a po chwili dotarł doniego głos pani Bug, zagłuszający innych.
- Nie ma ich w domu - powiedziała bez tchu. - W chacie ciemno,śladu ognia w kominku. Gdzie oni się wybrali o tej porze?
Zastanawiał się półprzytomnie, o kogo chodzi, ale nie wydawało się toszczególnie ważne. Jeśli pojawiły się jakieś kłopoty, był pewien, że wujJamie się tym zajmie. Myśl ta przyniosła ukojenie; poczuł się jak małychłopiec, który leży bezpiecznie w łóżku i słyszy z zewnątrz głos ojcarozmawiającego z jakimś dzierżawcą w chłodnej ciemności szkockiegoporanka.
Zaczęło go z wolna ogarniać ciepło; wkrótce zasnął.
* * *
Księżyc zaczął już wschodzić, kiedy wyruszyli. Bogu dzięki, pomyślałaBrianna. Gdy jednak wielka złota kula pożeglowała ze swej gwiezdnejkołyski i rozświetliła niebo, szlak pod ich stopami pozostał skąpany w nieprzeniknionej czerni nocnego lasu.
Czerni, która jednak nie była milcząca. Nad ich głowami szeleściłyogromne drzewa, w mroku popiskiwały i węszyły drobne stworzenia,a chwilami tuż obok rozlegał się ledwie słyszalny trzepot nietoperza, którybudził w niej lęk, jakby nagle cząstka nocy uwolniła się i przybrała skrzydła.
- Twój pan to lękliwy osobnik - odezwał się Roger, kiedy sapnęłaze strachu i przywarła do niego, nawiedzona po raz kolejny przez latającą zjawę.
- Mój pan to... troskliwy osobnik - odparła, ściskając mu dłoń. - Dziękuję.
Zanosiło się na to, że spędzą noc na własnych pelerynach przy palenisku McGillivrayów, nie zaś otuleni pościelą w swoim łóżku - ale wiedziała,że przynajmniej będą mieć przy sobie Jammy'ego.
Ścisnął jej dłoń w odpowiedzi. Jego ręce były duże i silne; dodawałyjej odwagi w tej ciemności.
- Nie ma za co. Ja też chcę, żeby był z nami. Taką noc rodzina powinnaspędzić razem, w jednym miejscu. Tak jest bezpieczniej.
Mruknęła tylko cicho, dając mu do zrozumienia, że się zgadza i jestrada, ale chciała podtrzymać rozmowę, zarówno by wzmocnić poczuciewzajemnej więzi, jak i odgrodzić się na chwilę od nocy.
- Mój pan był bardzo elokwentny - powiedziała ostrożnie. - Tam nadmogiłą, przy pochówku tych biednych ludzi.
Roger parsknął; dostrzegła parę jego oddechu w nocnym powietrzu.
- Twój pan był bardzo zakłopotany. Przez twojego ojca!
Uśmiechnęła się, pewna, że jej nie widzi.
- Poszło ci bardzo dobrze - pochwaliła łagodnie.
- Mhm - rzucił krótko i parsknął. - Co do elokwencji... jeśli możnaw ogóle o niej mówić, nie była moja. Cytowałem tylko fragmenty jakichśpsalmów. Nie wiem nawet których.
- Nie szkodzi. Ale dlaczego wybrałeś akurat te słowa? Wydawało misię, że zmówisz Modlitwę Pańską albo może przytoczysz psalm dwudziesty trzeci. Wszyscy go znają.
- Rzeczywiście - przyznał. - Miałem taki zamiar. Ale kiedy już zacząłem...
Zawahał się, a ona ujrzała w swej pamięci surowe, zimne mogiły i zadrżała, wyczuwając woń spalenizny. Ścisnął mocniej jej palce i przyciągnąłją bliżej, ujmując ją za łokieć.
- Nie wiem - powiedział szorstko. - Wydawały się... jakby bardziejwłaściwe.
- Były właściwe - odparła cicho, ale nie drążyła dalej tematu, tylkonakierowała rozmowę na swój ostatni projekt inżynierski, pompę ręczną,służącą do czerpania wody ze studni.
- Gdybym miała odpowiedni materiał na rurę, mogłabym bez trududoprowadzić wodę do samego domu! Zgromadziłam już dość dużo drewnana porządny zbiornik, jeśli tylko uda mi się namówić Ronniego na obróbkę - żebyśmy przynajmniej mogli brać prysznic z deszczówki. Ale wydrążaćpnie drzew... - urwała. Metoda ta była stosowana przy krótkich przewodach. - Potrzebowałabym wielu miesięcy, żeby przygotować materiały konieczne, by doprowadzić wodę ze studni, a co dopiero ze strumienia. Zdobycie blachy miedzianej nie jest możliwe. Nawet gdyby było nas stać,ściągnięcie jej aż z Wilmington byłoby...
Machnęła ręką, wyrażając tym gestem niezadowolenie ze skomplikowanej natury przedsięwzięcia.
Zastanawiał się nad tym przez chwilę; towarzyszył im rytmiczny, kojącyodgłos ich kroków na skalnym podłożu.
- No cóż, starożytni Rzymianie używali do tego betonu; opis znajdzieszu Pliniusza.
- Wiem. Ale to wymaga odpowiedniego piasku, którego akurat niemamy. I wapna niegaszonego, którego też nie mamy. I...
- No dobrze, a glina? - przerwał jej. - Widziałaś ten talerz na weseluHildy? Duży brązowoczerwony, z pięknym wzorem?
- Tak - odparła. - Dlaczego pytasz?
- Ute McGillivray mówiła, że przywiózł go ktoś z Salem. Nie pamiętam,jak się nazywał, ale to ponoć był jakiś mistrz sztuki garncarskiej.
- Mogę się założyć o wszystko, że tak nie mówiła!
- No dobrze, słowa nie są ważne. - Ciągnął, niezrażony: - Chodzio to, że robi to tutaj. Nie przywozi gotowych wyrobów z Niemiec. W okolicy musi więc być glina nadająca się do wypalania.
- Ach tak, rozumiem. Hmm. No cóż, niezły pomysł.
Rzeczywiście, był to niezły pomysł, w dodatku zajął ich przez resztę drogi.
Zeszli już ze wzniesienia i znajdowali się w odległości ćwierć mili oddomu McGillivrayów, kiedy Brianna poczuła mrowienie na karku. Mogłato być jedynie jej wyobraźnia; po tym, co zobaczyli w tamtej opustoszałejdolinie, ciemność lasu zdawała się nabrzmiewać groźnie i Brianna spodziewała się zasadzki za każdym zakrętem drogi, oczekując w napięciuniespodziewanego ataku.
Po chwili usłyszała, jak coś trzasnęło wśród drzew po prawej stronie -odgłos pękania suchej gałązki. Z pewnością nie był to wiatr ani zwierzę.Rzeczywiste niebezpieczeństwo miało swój specyficzny smak, ostry jaksok cytrynowy, w przeciwieństwie do owoców zrodzonych przez wyobraźnię, mdłych jak lemoniada.
Zacisnęła ostrzegawczo dłoń na ramieniu Rogera, a on zatrzymał sięgwałtownie.
- Co? - wyszeptał, opierając dłoń na rękojeści noża. - Gdzie?
Najwidoczniej niczego nie dosłyszał.
Do diabła, dlaczego nie wzięła ze sobą broni albo przynajmniej sztyletu? Miała tylko scyzoryk, który zawsze nosiła w kieszeni - i to, co mogłaznaleźć w lesie.
Nachyliła się ku Rogerowi i wskazała kierunek, on zaś podążył zaruchem jej ręki. Potem kucnęła i zaczęła szukać po omacku kamienia albojakiegoś kija, którym mogłaby się bronić.
- Mów dalej - nakazała mu szeptem.
- Moja pani to tchórz, co? - powiedział tonem niekłamanego rozbawienia.
- Twoja pani to istny dzikus - zareplikowała, starając się dostosowaćdo jego swobodnego tonu, grzebiąc jednocześnie w kieszeni. Drugą dłońzacisnęła na kamieniu i wyswobodziła go z opornej ziemi; był zimnyi ciężki. Dźwignęła się, skupiona wszystkimi zmysłami na ciemności poprawej stronie. - Wypatroszy wszystko, co...
- Och, to pani - odezwał się jakiś głos za jej plecami.
Wrzasnęła, a Roger drgnął, obrócił się na pięcie, by stanąć twarzą doprzeciwnika, jednym płynnym ruchem chwycił Briannę i pchnął za siebie.
Szarpnięcie pozbawiło ją równowagi. Zaczepiła w ciemności obcasemo jakiś niewidoczny korzeń i runęła na plecy, dzięki czemu widziała terazdoskonale Rogera w blasku księżyca, z nożem w dłoni, szarżującego z dzikim krzykiem między drzewa.
Po chwili uświadomiła sobie sens słów wypowiedzianych przez tamtengłos oraz obecny w nich wyrażony ton rozczarowania. W zaroślach po prawejstronie odezwał się drugi głos, bardzo podobny do pierwszego i pełenstrachu:
- Jo? Co jest, Jo? Co jest?
Z lewej strony dobiegał odgłos szarpaniny. Zrozumiała, że Rogerschwytał kogoś.
- Roger! - zawołała. - Roger, daj spokój. To Beardsleyowie!
Gdy upadła, wypuściła z dłoni kamień i teraz, podnosząc się z ziemi,otarła brudną rękę o spódnicę. Serce biło jej jak oszalałe, stłukła sobielewy pośladek, chciało się jej śmiać, ale zarazem czuła niepowstrzymanąchęć uduszenia któregoś z bliźniaczych braci Beardsleyów.
- Kezzie Beardsley, wyłaź stamtąd! - wrzasnęła i powtórzyła poleceniejeszcze głośniej. Teraz, kiedy jej matka wycięła chłopakowi chroniczniezainfekowane migdałki, słyszał znacznie lepiej, ale wciąż niedoskonale.
Zaszeleściły zarośla i po chwili ukazała się drobna postać KeziahaBeardsleya, ciemnowłosego, białego na twarzy i uzbrojonego w dużąpałkę, którą zdjął sobie z ramienia i teraz starał się schować ją za plecami, wyraźnie speszony.
Po chwili usłyszała jeszcze głośniejszy szelest i przy akompaniamencieprzekleństw wyłonił się Roger, trzymając za kościsty kark Josiaha Beardsleya, bliźniaczego brata Kezziego.
- Co knuliście, na Boga, wy mali dranie? - spytał Roger, popychając ostro Josiaha; obaj bracia stanęli obok siebie w poświacie księżycowegoblasku. - Wiecie, że o mało was nie zabiłem?
Pomimo słabego światła Brianna dostrzegła cyniczny grymas na twarzyJo; szybko się jednak opanował i już po chwili przybrał wyraz niekłamanejpokory.
- Tak nam przykro, panie Mac. Słyszeliśmy, jak ktoś nadchodzi, i pomyśleliśmy sobie, że to zbójcy.
- Zbójcy - powtórzyła Brianna, której znów zachciało się śmiać, alestłumiła wesołość. - Skąd u licha znacie to słowo?
- Och. - Jo spojrzał na swoje stopy, trzymając splecione dłonie za plecami. - Panna Lizzie nam czytała, z tej książki, co to kupił ją pan Jamie. Tamto było. O zbójcach.
- Rozumiem. - Zerknęła na Rogera. Jego irytacja także ustępowałarozbawieniu. - Książka o piratach. Daniela Defoe.
- Ach tak. - Roger schował sztylet do pochwy. - A dlaczego pomyśleliście, że nadchodzą zbójcy?
Kezzie, którego kapryśny słuch zaczął teraz funkcjonować właściwie,wychwycił te słowa i odpowiedział, równie szczerze jak brat, choć jegogłos był donośniejszy i nieco płaski z powodu wczesnej głuchoty.
- Spotkaliśmy pana Lindsaya, sir, jak szedł do domu, i on nam powiedział, co się wydarzyło w Dutchman's Creek. To prawda, co mówił? Spaleni na popiół?
- Wszyscy zginęli. - Głos Rogera utracił wszelkie nutki rozbawienia. -Ale co ma z tym wspólnego wasze chowanie się po krzakach, i toz pałkami?
- No, widzi pan, McGillivrayowie mają piękne, duże gospodarstwo;warsztat bednarski, nowy dom i w ogóle, a że stoi przy drodze... No,jakbym ja był zbójcą, sir, to pewnie wybrałbym takie miejsce - wyjaśnił Jo.
- I jest tam panna Lizzie ze swoim tatą. I pański syn, panie Mac - dodałrzeczowo Kezzie. - Baliśmy się, by nie stała się im jakaś krzywda.
- Rozumiem. - Roger uśmiechnął się krzywo. - No cóż, w takim raziedziękuję za waszą troskę. Choć wątpię, czy gdzieś w okolicy mogą kryćsię zbójcy; Dutchman's Creek to kawał drogi stąd.
- Tak, sir - zgodził się Jo. - Ale zbójcy mogą być wszędzie, prawda?
Było to niezaprzeczalne i na tyle prawdopodobne, by Brianna znówpoczuła chłód na plecach.
- Mogą być, ale ich nie ma - zapewnił Roger. - Skoro tak, to chodźciez nami. Idziemy właśnie po małego Jema. Jestem pewien, że Frau Utezrobi wam spanie przy ogniu.
Beardsleyowie wymienili tajemnicze spojrzenia. Byli niemal identyczni - obaj niscy i zwinni, o ciemnych gęstych włosach; różniła ich tylkogłuchota Kezziego i okrągła blizna na kciuku Jo - widok zaś dwóch drobnokościstych twarzy, na których malował się taki sam wyraz, budził pewien niepokój.
Bez względu na to, co owo spojrzenie oznaczało, dowodziło porozumienia, gdyż Kezzie skinął lekko głową, zdając się na swego brata.
- Och, nie, sir - odparł grzecznie Josiah. - Chyba tu zaczekamy.
Po czym obaj bez słowa odwrócili się i ruszyli w ciemność, depczącz chrzęstem liście i drobne kamyki.
- Zaczekaj, Jo! - zawołała za nimi Brianna, która wyszukała coś nadnie swej kieszeni.
- Tak, madam? - Josiah pojawił się u jej boku zadziwiająco nagle. Jegobrat nie potrafił się skradać, ale Jo był w tym mistrzem.
- Och! Tu jesteś. - Odetchnęła głęboko, by uspokoić serce, i wręczyłamu gwizdek wycięty z drewna dla Germaina. - Weź to. Jeśli zamierzaszstać na warcie, może ci się przydać. Żeby wezwać pomoc, gdyby ktoś siępojawił.
Nie ulegało wątpliwości, że Jo Beardsley nigdy wcześniej nie widziałgwizdka, ale nie zamierzał się do tego przyznawać. Obracał mały przedmiot w dłoni, starając się na niego nie patrzeć.
Roger wyciągnął rękę, wziął od niego gwizdek i dmuchnął z całej siły;nocną ciszę rozdarł przeraźliwy dźwięk. Kilka ptaków, spłoszonychz gniazd, wystrzeliło w górę nad drzewami, krzycząc głośno przy wtórzeKezziego Beardsleya, który otworzył oczy ze zdumienia.
- Dmuchaj w ten koniec - doradził Roger, postukując palcem we właściwą część gwizdka. - Zaciśnij trochę usta.
- Bardzo dziękuję, sir - mruknął Jo. Odrzuciwszy stoicką maskę, wziąłgwizdek z pełną zachwytu miną, jak mały chłopiec w gwiazdkowy poranek,i odwrócił się niezwłocznie, by pokazać prezent bratu. Briannę uderzyłanagle myśl, że żaden z nich nigdy prawdopodobnie nie doświadczył radościotrzymania prezentu gwiazdkowego ani żadnego innego.
- Zrobię ci taki sam - obiecała Kezziemu. - Będziecie mogli dawaćsobie sygnały. Jeśli zobaczycie jakichś zbójców - dodała z uśmiechem.
- O, tak, proszę pani. Zrobimy to, na pewno! - zapewnił, prawie niepatrząc na nią, pochłonięty bez reszty chęcią obejrzenia gwizdka, któryjego brat wsunął mu w dłoń.
- Gdybyście potrzebowali pomocy, zagwiżdżcie trzy razy - zawołał zanimi Roger, biorąc Briannę za rękę.
- Tak, sir! - dobiegło z ciemności, a po chwili, z niejakim opóźnieniem,niewyraźne: - Dziękujemy, madam! - po czym nastąpiła kanonada dmuchnięć, sapnięć i pozbawionych tchu westchnień, przerywanych od czasudo czasu gwizdami.
- Widzę, że Lizzie uczy ich manier - zauważył Roger. - I czytania.Myślisz, że się kiedyś ucywilizują?
- Nie - odparła z cieniem żalu w głosie.
- Naprawdę? - Nie widziała jego twarzy w ciemności, ale dosłyszałazaskoczenie w głosie. - Żartowałem. Rzeczywiście tak uważasz?
- Owszem, i nic dziwnego, sądząc po tym, jakie mieli dzieciństwo.Zauważyłeś, jak zareagowali, kiedy dałam im gwizdek? Od nikogo niedostali nigdy żadnego prezentu ani zabawki.
- Pewnie nie. Myślisz, że dzięki temu się cywilizują? Jeśli tak, to przypuszczam, że nasz Jem będzie jakimś filozofem albo artystą. Pani Bugpsuje go niemiłosiernie.
- A ty niby nie - zauważyła wyrozumiale. - I tata, Lizzie, mama i wszyscy w okolicy.
- No dobra - odparł Roger, niezrażony krytyką. - Poczekaj, aż będziemiał rywala... lub rywalkę. Czy Germainowi nie grozi zepsucie?
Germaina, najstarszego syna Fergusa i Marsali, męczyły dwie młodszesiostry, znane powszechnie jako piekielne kocięta, które łaziły wszędzieza bratem, dręcząc go i nękając.
Wybuchnęła śmiechem, ale jednocześnie poczuła się trochę nieswojo.Kiedy pojawiała się myśl o kolejnym dziecku, miała wrażenie, że siedziw wagoniku rollercoastera, bez tchu i ze ściśniętym żołądkiem, podnieconai jednocześnie przerażona. Zwłaszcza teraz, kiedy wspomnienie ich aktumiłosnego wciąż zalegało w niej miękko niczym ruchoma rtęć.
Roger chyba wyczuwał jej niepewność, bo nie drążył już tematu, tylkosięgnął po jej rękę; dłoń miał dużą i ciepłą. Powietrze było zimne, w rozpadlinach i zagłębieniach wciąż zalegały resztki zimowego chłodu.
- A co powiesz w takim razie o Fergusie? - spytał, wracając do poprzedniego wątku rozmowy. - Z tego, co słyszałem, też nie miał zbytudanego dzieciństwa, a wydaje się człowiekiem cywilizowanym.
- Kiedy skończył dziesięć lat, jego wychowaniem zajęła się moja ciotkaJenny - przypomniała. - Nie znałeś jej, ale wierz mi, ucywilizowałabynawet Adolfa Hitlera. Poza tym Fergus dorastał w Paryżu, nie na tympustkowiu - nawet jeśli mieszkał w burdelu. No i wydaje się, że był toprzybytek wysokiej klasy, sądząc po tym, co mi opowiadała Marsali.
- Ach tak? A co ci takiego opowiadała?
- Och, parę historyjek, które słyszała od niego. O klientach i dziw...dziewczętach.
- A więc nie potrafisz powiedzieć "dziwka"? - spytał rozbawiony. Poczuła rumieniec na policzkach i dziękowała Bogu, że jest ciemno; lubił jejdokuczać, gdy się czerwieniła.
- Nic na to nie poradzę, że chodziłam do katolickiej szkoły. Wcześniewpojone nawyki - broniła się. Była to prawda; nie umiała wypowiadaćpewnych słów, chyba że w chwili gniewu czy z rozmysłem. - Ale dlaczegoty potrafisz? Można by pomyśleć, że chłopak kaznodziei powinien miećtaki sam problem.
Roześmiał się cierpko.
- U mnie był nieco inny problem. Chodziło raczej o to, że czułem sięw obowiązku kląć i zachowywać w pewien sposób w obecności przyjaciół,by udowodnić, że to potrafię.
- W jaki sposób? - spytała, wyczuwając okazję. Nieczęsto mówiło swych wczesnych latach w Inverness, kiedy to został adoptowany przezstryjecznego dziadka, duchownego prezbiteriańskiego, a ona uwielbiałago słuchać, kiedy czasem coś mu się wyrywało.
- Och. Palić, pić piwo i wypisywać brzydkie słowa na ścianie ubikacji -wyjaśnił tonem, który kazał się domyślać, że się uśmiecha. - Przewracaćśmietniki. Spuszczać powietrze z opon samochodów. Kraść słodycze w sklepie. Wtedy był ze mnie kawał małego przestępcy.
- Terrorysta z Inverness, co? Miałeś swój gang? - spytała żartobliwie.
- Owszem - odparł i zaśmiał się głośno. - Garry MacMillian, BobbyCawdor i Dougie Buchanan. Byłem odmieńcem, nie tylko jako chłopakpastora, ale też ktoś, kto miał ojca Anglika i angielskie nazwisko. Musiałemwięc im pokazać, że jestem twardzielem. Co oznaczało, że popadałemw największe kłopoty.
- Nie miałam pojęcia, że byłeś młodocianym przestępcą - wyznała,zachwycona.
- No, nie trwało to zbyt długo - oświadczył cierpko. - Latem, kiedyskończyłem piętnaście lat, wielebny zainstalował mnie na kutrze rybackimi wysłał w morze, żebym łowił śledzie. Trudno powiedzieć, dlaczego tozrobił: by wyprostować mi charakter, uratować przed więzieniem czy teżtylko dlatego, że nie mógł już dłużej znieść mojej obecności w domu, aleposkutkowało. Jak będziesz chciała poznać twardych ludzi, wypłyń w morze z załogą szkockich rybaków.
- Zapamiętam to - obiecała, starając się bezskutecznie zapanować nadśmiechem. - Twoi przyjaciele skończyli w więzieniu czy też nawrócili sięna drogę cnoty, nie mając u boku takiego prowodyra jak ty?
- Dougie wstąpił do wojska - wyjaśnił z nutą tęsknoty w głosie. - Gerryprzejął sklep po ojcu, jego stary prowadził trafikę. Bobby... no tak, Bobbynie żyje. Utopił się, łowiąc kraby ze swoim kuzynem Obanem.
Nachyliła się ku niemu i ścisnęła mu rękę w geście współczucia.
- Przykro mi - powiedziała i umilkła na chwilę. - Tyle że... jeszcze nieumarł, prawda? Na razie jeszcze nie.
Roger potrząsnął głową i westchnął cicho. Brzmiała w tym nuta rozbawienia i smutku.
- Czy to pocieszające? - spytała. - Czy raczej przerażające?
Chciała, by mówił; nie był taki rozmowny od czasu, kiedy próbowanogo powiesić, przez co utracił zdolność śpiewania. Zmuszony zabierać głosw obecności innych, stawał się nieśmiały, a za gardło łapał go skurcz.Mowę miał wciąż chrapliwą, ale gdy był odprężony, tak jak teraz, niekrztusił się i nie kaszlał.
- Jedno i drugie - odparł i znów westchnął. - Tak czy inaczej, już gonie zobaczę. - Wzruszył lekko ramionami, jakby chciał o tym zapomnieć. -Często myślisz o swoich dawnych przyjaciołach?
- Nie, nieczęsto - wyznała cicho. Tu szlak się zwężał, więc wsunęłamu rękę pod ramię i przytuliła się do niego; zbliżali się do ostatniegozakrętu, za którym widać już było domostwo McGillivrayów. - Tu jesttyle wszystkiego.
Nie chciała jednak mówić o tym, czego tu nie ma.
- Myślisz, że Jo i Kezzie tylko się bawią? - spytała. - Czy możecoś knują?
- A co mają knuć? - odpowiedział pytaniem, przyjmując zmianę tematu bez słowa sprzeciwu. - Nie podejrzewam, że zamierzają napaśćkogoś na drodze - i to o tej porze.
- Wierzę, że stoją na straży. - Zrobiliby wszystko, by chronić Lizzie.Tylko... - urwała nagle. Wyszli z lasu na drogę dla wozów; jej przeciwległa krawędź opadała stromym zboczem, które wyglądało w nocy jakbezdenne jezioro czarnego aksamitu - za dnia ujrzeliby splątany gąszczopadłych gałęzi, kępy rododendronów, derenie, wszystko porośnięte kłębowiskiem prastarych winorośli i pnączy. Droga biegła dalej pagórkowato,by zakręcić o sto osiemdziesiąt stopni i dotrzeć łagodnie do domostwaMcGillivrayów, około trzydziestu metrów dalej.
- Światła wciąż się palą - zauważyła z niejakim zaskoczeniem. Niewielkie skupisko budynków - stary dom, nowy dom, warsztat bednarski Ronniego Sinclaira, chata i kuźnia Dai Jonesa - okrywał mrok, ale okna nowegodomu McGillivrayów przecinały pasemka światła przebijającego przez listwy okienne, a ognisko przed wejściem wyglądało na tle ciemności jakjaskrawa plama.
- Kenny Lindsay - przypomniał Roger. - Beardsleyowie mówili, że gospotkali. Zatrzymał się tu pewnie, żeby przekazać nowiny.
- Mhm. Lepiej uważajmy; jeśli i oni wypatrują zbójców, to mogą strzelić do wszystkiego, co się rusza.
- Nie dzisiaj; wydają przyjęcie, pamiętasz? Ale co ty mówiłaś? ŻeBeardsleyowie chronią Lizzie?
- Och. - Uderzyła czubkiem buta o jakąś niewidoczną przeszkodę i złapała ramię Rogera, żeby nie upaść. - Uff! Tyle że nie jestem pewna, przedkim mają ją chronić.
Roger odruchowo zacisnął palce na jej barku.
- Co przez to rozumiesz?
- To, że na miejscu Manfreda McGillivraya starałabym się być dla Lizziebardzo miła. Mama twierdzi, że Beardsleyowie chodzą za nią jak psy, aleja bym powiedziała, że chodzą za nią jak oswojone wilki.
- Ian mówił kiedyś, że wilków nie można oswoić.
- Właśnie - skwitowała. - Pospieszmy się, nim zgaszą ognisko.
* * *
Wielki dom z drewnianych bali dosłownie roił się od ludzi. Z otwartychdrzwi wylewało się światło i jarzyło się w wąskich szparach okiennychwzdłuż frontu, a przy ognisku krążyły niewyraźne postaci. Usłyszeliw ciemności muzykę skrzypiec, wysoką i słodką, niesioną przez wiatrwraz z wonią pieczonego mięsa.
- Wydaje mi się, że Senga naprawdę dokonała wyboru - zauważyłRoger, ujmując ją za ramię przed ostatnim stromym odcinkiem drogi. -Założymy się, kto jest wybrankiem? Ronnie Sinclair czy ten niemieckichłopak?
- Zakład? A o co? Oj! - Potknęła się, zahaczając o kamień, który wystawał na ścieżce, ale Roger przytrzymał ją mocno, by nie upadła.
- Przegrany posprząta spiżarnię - zaproponował Roger.
- Zgoda. Myślę, że wybrała Heinricha.
- Tak? No cóż, może masz rację - oznajmił rozbawiony. - Ale muszę cipowiedzieć, że jak ostatnim razem się o tym mówiło, stawka wynosiła pięćdo trzech na korzyść Ronniego. Frau Ute to siła, z którą należy się liczyć.
- Owszem - przyznała Brianna. - I gdyby chodziło o Hildę czy Ingę,nie byłoby mowy o żadnym wyborze. Ale Senga to wykapana matka;nikt nie będzie jej mówił, co ma robić, nawet sama Frau Ute. - Po chwilispytała: - A swoją drogą, skąd wzięło się to imię "Senga"? W okolicySalem jest mnóstwo dziewcząt o imieniu Hilda czy Inga, ale nie spotkałamdrugiej Sengi.
- I nie spotkasz, w każdym razie nie w Salem. Widzisz, to imię nie jestniemieckie, tylko szkockie.
- Szkockie? - zdumiała się.
- Pewnie. - W tonie jego głosu czuło się, że się uśmiecha. - To Agnesczytane wspak. Dziewczyna o takim imieniu musi być przekorna, niesądzisz?
- Żartujesz! Agnes wspak?
- Nie powiedziałbym, że to dość częste, ale spotkałem w Szkocji jednączy dwie Sengi.
Wybuchnęła śmiechem.
- Czy Szkoci postępują tak również z innymi imionami?
Zastanawiał się przez chwilę.
- No, chodziłem do szkoły z pewną dziewczyną o imieniu Adnil, znałem też jednego chłopaka ze sklepu spożywczego, załatwiał sprawunkidla starszych pań w sąsiedztwie - jego imię wymawiało się Kirry, alepisało Cire.
Spojrzała na niego podejrzliwie, tak na wszelki wypadek, gdyby sobiez niej żartował, ale on mówił poważnie. Potrząsnęła głową.
- Mama chyba nie myli się co do Szkotów. Więc twoje imię wymawianewspak brzmiałoby...
- Regor - wyjaśnił. - Jak z filmu o Godzilli, no nie? Gigantyczny węgorzalbo chrząszcz o ślepiach strzelających promieniami śmierci.
Wydawało się, że jest rozbawiony tym konceptem.
- Przyznaj się, myślałeś o tym - zauważyła ze śmiechem. - Kim wolałbyś być?
- Cóż, kiedy byłem mały, wydawało mi się, że chrząszcz o ślepiachmiotających promienie śmierci to najwspanialsze, co może być. Potemwypłynąłem na morze i od czasu do czasu wyciągałem w sieci węgorzaolbrzyma. Nie chciałabyś mieć z takim do czynienia, wierz mi.
- Przynajmniej zwinniejszy od Godzilli - zauważyła, wzdragając sięnieznacznie na wspomnienie spotkania z tym osobnikiem. Cztery stopysprężystej stali i gumy, szybki niczym błyskawica, o paszczy pełnej ostrychjak brzytwa zębów - taki właśnie wyłonił się z ładowni kutra rybackiego,którego rozładunek obserwowała w małym mieście portowym zwanymMacDuff.
Stali z Rogerem oparci się o niski kamienny murek, przyglądając siębezczynnie mewom, które krążyły na wietrze, kiedy z jakiejś łodzi dobiegłostrzegawczy krzyk. Spojrzeli na dół i zdążyli jeszcze dostrzec rybakówodskakujących gwałtownie od jakiegoś stwora na pokładzie.
Przez srebrzysty gąszcz ryb przemknęła giętka fala, wystrzeliła podrelingiem i wylądowała na mokrych kamieniach nabrzeża, gdzie wywołałapanikę wśród rybaków polewających wodą ze szlauchu sprzęt do połowów; węgorz wił się i rzucał niczym urwany przewód pod wysokimnapięciem, dopóki jeden z mężczyzn w wysokich gumowych butach,wykazując się odwagą, nie podbiegł i nie strącił bestii kopnięciem do wody.
- Te węgorze to nie są złe stworzenia - oznajmił rozsądnie Roger,wspominając najwidoczniej to samo wydarzenie. - Trudno je przecieżwinić; pływają sobie po dnie morza, a nagle ktoś wyciąga je brutalniena brzeg.
- Racja - powiedziała, mając na myśli siebie i jego. Ujęła dłoń mężai splotła z nim palce, czerpiąc siłę z chłodnego, mocnego uścisku.
Podeszli dostatecznie blisko domu, by słyszeć śmiech i urywki rozmów,które unosiły się w zimnej nocnej ciemności wraz z dymem ogniska.Można było dostrzec biegające samopas dzieci; zauważyła dwie małe postaci, które przemykały między nogami dorosłych wokół ogniska, czarnei cienkonogie jak gobliny.
Czyżby Jem? Nie, jest mniejszy, poza tym Lizzie na pewno by...
- Mej - odezwał się Roger.
- Co?
- Jem, od tyłu - wyjaśnił. - Pomyślałem sobie właśnie, że byłoby zabawnie oglądać z nim film o Godzilli. Może chciałby być chrząszczemo miotających śmiertelne spojrzenie oczach. Byłoby fajnie, co?
Miał w głosie taki smutek, że poczuła grudę w gardle; ścisnęła mumocno dłoń i przełknęła.
- Opowiedz mu o Godzilli. To w końcu tylko fantazja. Ja zajmę sięrysunkami.
Roześmiał się.
- Boże, spróbuj, Bree, a ukamienują cię za konszachty z diabłem. Godzilla wygląda jak stwór wprost z Apokalipsy, tak w każdym razie słyszałem.
- Kto ci to mówił?
- Eigger.
- Kto... och. - Dokonała w myślach szybkiej korekty. - Reggie? Ktoto jest Reggie?
- Wielebny. - Stryjeczny dziadek, przybrany ojciec. Wyczuła, że mążsię uśmiecha. - Mówił tak o nas, kiedy chodziliśmy w sobotę na filmyo potworach. Eigger i Regor... Trzeba ci było widzieć miny na twarzachkobiet z kółka parafialnego, gdy pani Graham wpuściła je do domu, nieuprzedzając nas o tym, a one wkroczyły do gabinetu wielebnego; darliśmysię jak opętani i burzyliśmy kopniakami Tokio wzniesione z klockówi puszek po zupie.
Roześmiała się, ale poczuła jednocześnie piekące łzy pod powiekami.
- Szkoda, że go nie znałam - powiedziała, ściskając mu rękę.
- Ja też tego żałuję - odparł cicho. - Polubiłby cię, Bree.
Na kilka chwil ciemny las i jaskrawy płomień ogniska zanikły; byli terazw Iverness, w przytulnym gabinecie pastora - o szyby dzwonił deszcz,a z zewnątrz docierały odgłosy ruchu ulicznego. Często się tak działo, gdyrozmawiali. A potem, niespodziewanie, jakaś drobna rzecz przywracała ichdo rzeczywistości, tak jak teraz, gdy wokół ogniska wybuchła wrzawa.Świat ich epoki zniknął w mgnieniu oka.
A gdyby Rogera zabrakło? - pomyślała nagle. - Czy mogłabym sama,bez pomocy, przywołać tamten czas?
Czuła przez chwilę dreszcz jakiegoś pierwotnego strachu. Bez Rogerau boku, bez owego drogowskazu, mając tylko własne wspomnienia - jedyną więź z przyszłością - tamten czas byłby stracony.
Odetchnęła głęboko chłodnym powietrzem nocy, przesyconym woniądymu, i ruszyła zdecydowanym krokiem, mocno stąpając po ziemi, byodzyskać poczucie pewności siebie.
- Mama, mama, mama!
Z ciżby wokół ogniska oderwała się jakaś niewyraźna plama i ruszyłapędem w jej stronę, po czym wpadła na jej kolana z takim impetem, żeBrianna musiała przytrzymać się ramienia Rogera.
- Jem! Tu jesteś!
Podniosła chłopca do góry i zanurzyła twarz w jego włosach, którepachniały kozami, sianem i ostro przyprawioną kiełbasą. Był ciężki i jaknajbardziej rzeczywisty.
Dostrzegła Ute McGillivray, która odwróciła się i poznała ich. Początkowo jej szeroką twarz wykrzywił grymas zaskoczenia, ale po chwili pojawił się na niej wyraz wielkiej radości. Inni też się odwracali, słysząc jejsłowa powitania, i wkrótce oboje otoczył tłum; wszyscy zadawali im pytania, zdziwieni ich przybyciem.
Niektórzy wypytywali o los holenderskiej rodziny, ale Kenny Lindsayjuż wcześniej przyniósł wieści o pożarze, ku uldze Brianny. Ludzie cmokali i kręcili głowami, ale szybko wyczerpali zasób przerażających spekulacji i zaczęli niebawem mówić o czym innym. Chłód mogił pod jodłami wciąż leżał jej na sercu zimnym całunem; nie miała ochoty do tegowracać.
Świeżo zaręczona para siedziała na odwróconych do góry nogami wiadrach, trzymając się za ręce, a ich twarze promieniały radością w świetleogniska.
- Wygrałam - oznajmiła Brianna z uśmiechem. - Czyż nie wyglądająna szczęśliwych?
- Owszem - przyznał Roger. - Ale wątpię, czy to samo można powiedzieć o Ronniem Sinclairze. Jest tutaj?
Rozejrzał się, podobnie jak Brianna, ale nigdzie nie dostrzegli bednarza.
- Czekaj... jest w swoim warsztacie - powiedziała, kładąc dłoń nanadgarstku Rogera i wskazując głową mały domek po drugiej stroniedrogi. Okna znajdowały się od tyłu, ale wokół framugi zamkniętych drzwiwidać było słabe pasemka światła.
Roger popatrzył na wesoły tłum wokół ogniska; wraz ze szczęśliwymwybrankiem i jego przyjaciółmi przyjechało z Salem wielu krewnych Ute;przywieźli ogromną beczkę ciemnego piwa, którym teraz wszyscy sięraczyli. Powietrze było przesycone ostrą wonią chmielu.
Natomiast warsztat bednarza otaczała ponura aura opuszczenia. Brianna zastanawiała się, czy ktokolwiek ze stojących przy ognisku odczuwanieobecność Ronniego Sinclaira.
- Pójdę i pogadam z nim, dobrze? - zaproponował Roger i dotknąłczule jej pleców. - Może potrzebuje jakiejś bratniej duszy.
- I mocnego drinka - dodała Brianna, wskazując głową dom, gdzieprzez otwarte drzwi widać było Robina McGillivraya, który częstowałwhisky niewielką grupkę przyjaciół.
- Myślę, że zdążył już to sobie zapewnić - odparł sucho Roger.
Zostawił Briannę i okrążył szerokim łukiem rozbawione towarzystwoprzy ognisku. Zniknął w mroku, ale po chwili zobaczyła, jak drzwi warsztatu się otwierają, a blask wnętrza oświetla sylwetkę Rogera.
- Chcę pić, mama! - zawołał Jem, wijąc się jak kijanka i próbując zsunąćsię na ziemię. Puściła go, a on wystrzelił przed siebie jak pocisk, omal nieprzewracając jakiejś korpulentnej damy z tacą ciasteczek kukurydzianych.
Aromat parujących łakoci przypomniał Briannie, że nie jadła kolacji,ruszyła więc za synkiem w stronę stołu z różnymi specjałami, gdzie Lizzie,w roli prawie córki poczęstowała ją porcją kapusty, kiełbaskami, wędzonymi jajami i potrawą z kukurydzy i kabaczka.
- Gdzie twój ukochany, Lizzie? - spytała Brianna żartobliwie. - Niepowinien ci pomagać?
- Ach, on? - Lizzie sprawiała wrażenie, jakby przypomniała sobie cośw miarę interesującego, ale nie najważniejszego. - Manfred? Gdzieś tu jest.
Zmrużyła oczy przed blaskiem ogniska, a potem wskazała łyżką. Jejnarzeczony, Manfred McGillivray, stał w towarzystwie trzech czy czterechmłodych ludzi; trzymali się za ramiona i kołysali w takt jakiejś niemieckiejpieśni. Wydawało się, że nie mogą sobie przypomnieć słów, gdyż każdywers rozpływał się w chichotach i pełnych urazy szturchańcach.
- Tutaj jest mój Schätzchen... to po niemiecku "ukochany" - wyjaśniłaLizzie, nachylając się, by dać Jemmy'emu kiełbasy. Odgryzł kawałek jakwygłodzona foka, zaczął przeżuwać pracowicie, potem mruknął: "Chcępić" i pomaszerował w noc.
- Jem! - Brianna chciała ruszyć za nim, ale na jej drodze stanął tłumzmierzający w stronę stołu.
- Och, nie martw się o niego - uspokoiła ją Lizzie. - Wszyscy wiedzą,kim jest. Nic mu się nie stanie.
Mimo wszystko poszłaby za nim, ale zobaczyła, jak obok synka wyrastanagle mała jasnowłosa główka. Był to Germain, dwa lata starszy kuzyni serdeczny przyjaciel Jema. Był znacznie lepiej rozwinięty niż przeciętnypięciolatek, głównie dzięki naukom ojca. Miała nadzieję, że nie myszkujegościom po kieszeniach; zanotowała sobie w pamięci, by go potem zrewidować.
Germain ujął Jema mocno za rękę, więc uległa namowom przyjaciółeki usiadła z nimi na belach siana, które ułożono w pewnej odległości odogniska.
- Und gdzie jest twój ukochany? - spytała żartobliwie Hilda. - Twójwielki powabny czarny diabeł?
- Ach, on? - odparła Brianna, naśladując Lizzie, i wszystkie wybuchłygromkim śmiechem, który niezbyt przystoi damom; najwidoczniej miałyjuż za sobą kilka kolejek piwa. Wskazała głową pogrążony w mroku warsztat bednarza. - Pociesza Ronniego. Wasza matka gniewa się na Sengęza jej wybór?
- A jakże - odparła Inga, przewracając wymownie oczami. - Szkoda,że nie słyszałaś, jak zawzięcie się kłóciły. Tata poszedł na ryby i nie byłogo trzy dni.
Brianna pochyliła głowę, by ukryć uśmiech. Robin McGillivray lubiłspokojne życie, którym nigdy nie mógł się cieszyć w towarzystwie żonyi córek.
- No tak - mruknęła filozoficznie Hilda, odchylając się nieco, by usiąśćwygodniej. Była w pierwszej ciąży, mocno już zaawansowanej. - Po prawdzie meine Mutter niewiele mogła powiedzieć. Heinrich to w końcu synjej kuzyna. Cóż że jest biedny?
- Za to młody - dodała praktycznie Inga. - Tata mówi, że Heinrich madość czasu, żeby zdobyć majątek.
Ronnie Sinclair nie był właściwie bogaty - a trzydzieści lat starszy odSengi. Miał jednak warsztat i połowę domu, w którym mieszkał z McGillivrayami. Ute, wydawszy szczęśliwie dwie starsze córki za ludzi zamożnych, z pewnością dostrzegała korzyści związku Sengi z Ronniem.
- Myślę, że może to być trochę niezręczne - zauważyła ostrożnie Brianna. - Ronnie i twoja rodzina pod jednym dachem, kiedy... - Wskazałagłową narzeczonych, którzy podsuwali sobie kawałki ciasta.
- Jezu! - zawołała Hilda, przewracając oczami. - Cieszę się, że niebędę tu mieszkać!
Inga przytaknęła energicznie, ale dodała:
- Mutti nie należy do tych, co płaczą nad rozlanym mlekiem. Już szukażony dla Ronniego. Popatrzcie tylko.
Wskazała stół z jedzeniem, gdzie uśmiechnięta Ute gawędziła z grupąNiemek.
- Jak myślisz, kogo wybrała? - zwróciła się Inga do siostry, obserwujączmrużonymi oczami działania swej matki. - Małą Gretchen? A może kuzynkę twojego Archiego Seonę? Tę z rozbieżnym zezem?
Hilda, zamężna za Szkotem z hrabstwa Surry, potrząsnęła w odpowiedzi głową.
- Wybierze niemiecką dziewczynę - zawyrokowała. - Matka już terazmyśli o tym, co się stanie, kiedy Ronnie umrze, a jego żona zechce ponownie wyjść za mąż. Niemkę mama będzie mogła skłonić do małżeństwaz jednym ze swych siostrzeńców albo kuzynów i zatrzymać majątek w rodzinie, prawda?
Brianna przysłuchiwała się zafascynowana, podczas gdy dziewczętaomawiały sytuację niezwykle rzeczowo - i zastanawiała się, czy RonnieSinclair ma choć blade pojęcie, że jego los decyduje się w tak pragmatyczny sposób. Mieszkał jednak z McGillivrayami od ponad roku, rozumowała; musiał coś wiedzieć o metodach Ute.
Dziękując w duszy Bogu, że nie jest zmuszona żyć pod jednym dachemz groźną Frau McGillivray, poszukała wzrokiem Lizzie, pełna współczucia dlaswej niegdysiejszej pracownicy. Wiedziała, że biedaczka będzie zmuszonazamieszkać z Ute, w przyszłym roku gdy jej małżeństwo dojdzie do skutku.
Znów skupiła uwagę na rozmowie przyjaciółek i zorientowała się, żedziewczęta nie mówią o ojcu Lizzie.
- Ciocia Gertruda - oświadczyła Hilda, po czym beknęła cicho, zasłaniając usta dłonią. - Jest wdową; będzie dla niego najlepsza.
- Ciocia Gertruda wpędzi biednego pana Wemyssa do grobu w ciąguroku - zażartowała Inga. - Jest dwa razy większa od niego. Jeśli niewykończy go harówką, to zgniecie go na miazgę, przekręciwszy się nabok we śnie.
Hilda krztusiła się ze śmiechu. Brianna pomyślała, że i ona zapewnewypiła już sporo piwa; czepek miała przekrzywiony, a jej blada zwykletwarz była zaczerwieniona, nawet w świetle ogniska.
- Ano cóż, on się chyba tym za bardzo nie przejmuje. Patrzcie.
Hilda skinęła w stronę piwoszy i Brianna bez trudu dostrzegła głowępana Wemyssa, jego płowe rozwiane włosy, jak u córki. Prowadził ożywioną rozmowę z korpulentną kobietą w fartuchu i czepku, która śmiejącsię, trącała go poufale w żebra.
Po chwili ruszyła ku nim Ute McGillivray, a za nią, trochę niepewnie,jakaś wysoka blondynka z rękami złożonymi pod fartuchem.
- Och, kto to jest? - Inga wykręciła szyję jak gęś, a siostra trąciła jąłokciem, oburzona.
- Lass das, du alte Ziege! Mutti patrzy w tę stronę.
Lizzie uniosła się na kolana, spoglądając ciekawie.
- Kto...? - zaczęła, a jej głos zabrzmiał jak pohukiwanie sowy. Jejuwagę odciągnął jednak Manfred, który osunął się na siano tuż obok,uśmiechając się przyjacielsko.
- Jak się bawisz, Herzchen? - spytał, obejmując ją w talii i próbującpocałować.
- Kto to jest, Fräulein? - odpowiedziała pytaniem, umknąwszy zwinniejego ramionom. Wskazała dyskretnie blondynkę, która uśmiechała sięnieśmiało, gdy Frau Ute przedstawiała ją panu Wemyssowi.
Manferd zamrugał, kołysząc się niepewnie na kolanach, ale zaraz wyjaśnił:
- Och, to Fräulein Berrisch. Siostra pastora Berrischa.
Indze i Hildzie aż zaparło dech z ciekawości. Lizzie zmarszczyła nieznacznie czoło, ale widząc, że ojciec odchylił głowę na widok nieznajomej,odprężyła się; Fräulein Berrisch była niemal tak wysoka jak Brianna.
No cóż, to wyjaśnia, dlaczego jest wciąż Fräulein, pomyślała ze współczuciem Brianna. Jej włosy, w miejscach gdzie nie zakrywał ich czepek,przetkane były siwizną, twarz wydawała się pospolita, choć w oczachkryła się jakaś spokojna słodycz.
- Ach, więc to protestantka - zauważyła Lizzie lekceważącym tonem,dając do zrozumienia, że Fräulein trudno uznać za potencjalną partię dlajej ojca.
- Tak, ale poza tym to miła kobieta. Chodź, Elizabeth, zatańczymy -zaproponował Manfred, który najwidoczniej stracił zainteresowanie panem Wemyssem i Fräulein; zmusił oporną Lizzie, by wstała, i pociągnąłją ku kręgowi tancerzy. Ruszyła niechętnie, ale nim dotarli na miejsce,Brianna zauważyła, że Lizzie się śmieje, Manfred zaś patrzy na nią z radością, a na jego przystojnej twarzy igra blask ogniska. Przyszło jej do głowy,że to ładna para, znacznie lepiej dobrana niż Senga i jej Heinrich, wysoki,ale dość patykowaty, o ostrych rysach twarzy.
Inga i Hilda zaczęły się spierać po niemiecku, dzięki czemu Briannamogła całym sercem oddać się wspaniałej kolacji. Była tak głodna, żewszystko zjadłaby z apetytem, ale tarta, chrupka kiszona kapusta i kiełbaski, soczyste i pachnące, stanowiły wyjątkowy przysmak.
Dopiero gdy zgarnęła z drewnianego talerza resztki soku i tłuszczu kawałkiem kukurydzianego chleba, spojrzała na warsztat bednarski i pomyślała ze skruchą, że powinna była może zostawić trochę Rogerowi. Był takimiły, że pomyślał o biednym Ronniem. Poczuła przypływ dumy i miłoścido męża. Zastanawiała się, czy nie pójść tam i nie wyciągnąć go.
Odstawiła talerz i właśnie unosiła spódnicę, by zrealizować swój zamiar, gdy na przeszkodzie stanęły dwie małe postaci, które wynurzyłysię z ciemności.
- Jem? - spytała przestraszona. - Co się stało?
Na jego włosach lśnił miedziany blask ogniska, ale twarz była biała,a oczy przypominały ciemne rozlewiska; szeroko otwarte, patrzyły nieruchomo.
- Jemmy!
Obrócił ku niej twarz pozbawioną wyrazu. - Mama? - spytał cienkim,niepewnym głosikiem, po czym nagle usiadł; nogi załamały się pod nim,jakby były z gumy.
Uświadamiała sobie mgliście obecność Germaina, który chwiał się niczym małe drzewko na wietrze, ale jej uwagę bez reszty pochłaniał syn.Chwyciła go i podniosła mu głowę, potrząsając nim lekko.
- Jemmy! Ocknij się! Co się stało?
- Chłopak jest zalany w trupa, a nighean - oznajmił jakiś głos nad jejgłową, wyraźnie rozbawiony. - Co pani mu dała?
Robin McGillivray, sam bez wątpienia zawiany, nachylił się i szturchnąłlekko chłopca, czym sprowokował go do chichotu. Potem uniósł rękęJemmy'ego, po czym puścił; kończyna opadła bezwładnie jak rozgotowany makaron.
- Niczego mu nie dałam - odparła i poczuła, jak jej przerażenie ustępuje miejsca irytacji; zauważyła, że Jemmy niemal już śpi, a jego klatkapiersiowa unosi się i opada spokojnym rytmem. - Germain!
Germain przybrał postać małego cielesnego wzgórka i śpiewał sobiesennym głosem Alouette. Brianna sama go tego nauczyła; była to jegoulubiona piosenka.
- Germain! Co dałeś Jemmy'emu do picia?
- ...j'te plummerai la tette...
- Germain! - krzyknęła i chwyciła go za ramię, a on przestał śpiewać,spojrzawszy na nią ze zdumieniem. - Co dałeś Jemmy'emu, Germain?
- Był spragniony, m'dame - odparł Germain z uśmiechem o zadziwiającej słodyczy. - Chciał coś do picia.
Oczy uciekły mu w głąb czaszki, po czym osunął się do tyłu, bezwładnyjak martwa ryba.
- O Jezu Chryste!
Inga i Hilda były w szoku, ale Brianna nie miała czasu zajmować się nimi.
- Gdzie, u diabła, jest Marsali?
- Nie ma jej tutaj - oznajmiła Inga, nachylając się, by obejrzeć Germaina. - Weszła do domu z małą Mädchen. A Fergus jest... - Wyprostowałasię i rozejrzała. - Przed chwilą go widziałam.
- Co się stało?
Briannę zaskoczył szorstki głos tuż nad jej ramieniem; odwróciła sięi ujrzała lekko zdziwionego Rogera. Z jego twarzy zniknęła zwykła surowość.
- Twój syn to pijak - poinformowała go. Po chwili wychwyciła wońmężowskiego oddechu i dodała chłodno: - Widzę, że wdał się w ojca.
Nie zwracając na nią uwagi, usiadł obok, wziął Jemmy'ego na kolanai poklepał po policzku, delikatnie, ale stanowczo.
- Obudź się, Mej - powiedział cicho. - No już. Wszystko w porządku?
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki chłopiec zatrzepotał powiekami i uśmiechnął się sennie do Rogera.
- Cześć, tato.
Po chwili, wciąż uśmiechając się błogo, przymknął powieki i zapadłw całkowity bezwład, opierając policzek na ojcowskim kolanie.
- Nic mu nie będzie - zapewnił Roger Briannę.
- No dobrze - powiedziała, nie do końca udobruchana. - Jak myślisz,co pili? Piwo?
Roger nachylił się nad chłopcem i powąchał poplamione na czerwonowargi swej latorośli.
- Chyba wiśniówkę. Za stodołą jest cała beczka.
- Święty Boże! - zawołała. Nigdy nie piła wiśniówki, ale pani Bug mówiła jej, jak ją przyrządzić: "Wyciśnij sok z buszla wiśni, rozpuść w nimdwadzieścia cztery funty cukru, a potem przelej do czterdziestogalonowejbeczki i dopełnij whisky".
- Nic mu nie będzie. - Roger poklepał ją po ramieniu. - Ten tam toGermain?
- Tak. - Nachyliła się nad chłopcem, który spał spokojnie i też sięuśmiechał. - Ta wiśniówka musi być niezła.
Roger wybuchnął śmiechem.
- Jest okropna. Jak silnie działający syrop na kaszel. Ale muszę przyznać, że potrafi człowieka rozweselić.
- Piłeś to? - Popatrzyła na niego spod zmrużonych powiek, ale jegowargi miały swą naturalną barwę.
- Ależ skąd. - Nachylił się i pocałował ją na dowód swej prawdomówności. - Nie myślisz chyba, że Szkot taki jak Ronnie topiłby żal w wiśniówce? Kiedy pod ręką jest przyzwoita whisky.
- Rzeczywiście - przyznała i zerknęła na warsztat bednarski. Słabyblask paleniska już przygasł i zarys drzwi zniknął, a budynek przypominałniewyraźny prostokąt czerni na tle jeszcze ciemniejszej masy drzew. -Jak Ronnie sobie z tym radzi?
Rozejrzała się, ale Inga i Hilda poszły już pomagać Frau Ute; wszystkiekrążyły wokół stołu, sprzątając naczynia.
- Och, całkiem nieźle. - Roger zdjął Jemmy'ego z kolan i ułożył ostrożnie na sianie obok Germaina. - W gruncie rzeczy, nie kochał Sengi. Toraczej frustracja seksualna, a nie złamane serce.
- No, jeśli tak... Nie będzie musiał już długo cierpieć; słyszałam, żeFrau Ute wzięła sprawy w swoje ręce.
- W rzeczy samej, obiecała, że znajdzie mu żonę. Ronnie podchodzido sprawy, można by rzec, filozoficznie. Ale cuchnie pożądaniem - dodał,marszcząc nos.
- Chcesz coś zjeść? - Zerknęła na chłopców, przysiadając na piętach. -Przyniosę ci coś, zanim wszystko zostanie posprzątane.
Roger ziewnął potężnie.
- Nie, nie trzeba. - Zamrugał, uśmiechając się do niej sennie. - Pójdępowiedzieć Fergusowi, gdzie jest Germain, i może uda mi się przy okazjicoś przekąsić.
Poklepał ją po ramieniu, a potem wstał, chwiejąc się tylko trochę, i ruszył w stronę ogniska.
Jeszcze raz sprawdziła, jak się miewają chłopcy; obaj oddychali głębokoi miarowo, pogrążeni w głębokim śnie. Westchnąwszy, otuliła ich słomąi nakryła swoją peleryną. Robiło się chłodniej, ale wiatr ustał; w powietrzunie czuło się mrozu.
Przyjęcie trwało nadal, ale toczyło się już znacznie spokojniejszym rytmem. Tańce się skończyły, a tłum podzielił się na małe grupki - mężczyźniotoczyli kołem ognisko, zapalając fajki, młodsi zniknęli w ciemności.Gdziekolwiek Brianna spojrzała, widziała rodziny, które szykowały siędo spania, moszcząc legowiska na sianie. Niektóre spędzały noc w domu,ale większość w stodole; gdzieś z dali dobiegał dźwięk gitary i samotnygłos, wyśpiewujący coś niespiesznego i smutnego. Pod wpływem melodiizrodziła się w niej nagła tęsknota za głosem Rogera, takim, jaki był niegdyś, bogatym i czułym.
Myśląc o tym, uzmysłowiła sobie, że Roger, gdy wrócił z warsztatubednarskiego, gdzie pocieszał Ronniego, mówił znacznie lepiej. Jego głoswciąż był chrapliwy i miał w sobie tylko cień dawnej dźwięczności - alepłynął z łatwością i bez przerw. Może to alkohol rozluźnił struny głosowe?
Chyba raczej rozluźnił Rogera, pomyślała; stłumił w nim zahamowania.Dobrze było o tym wiedzieć. Matka uważała, że głos Rogera poprawi się,jeśli będzie go ćwiczył, pracował nad nim, on jednak posługiwał się nimz oporami - czy to z powodu przykrości, jakie łączyły się z mówieniem,czy też świadomości, że kiedyś ten głos brzmiał zupełnie inaczej.
- Może zrobię trochę wiśniówki - powiedziała głośno. Potem rzuciłaokiem na dwie małe postaci śpiące na sianie i ujrzała w wyobraźni, jakbudzi się rano w towarzystwie trzech skacowanych osobników. - Nie,lepiej nie.
Zgarnęła pod głowę trochę siana, rozłożyła na nim chusteczkę - pomyślała, że nazajutrz będą wszyscy wyciągać źdźbła z ubrania - i położyłasię, otulając swym ciałem Jema. Gdyby któryś z chłopców poruszył sięalbo zwymiotował przez sen, od razu by się obudziła.
Ognisko już niemal zgasło; nad wzgórkiem rozżarzonych głowni tańczyłytylko małe nierówne płomyki, a latarnie rozstawione wokół podwórzawypaliły się albo dla oszczędności zostały zgaszone. Głos gitary i śpiewakaumilkł na dobre. Napłynęła nieubłagana noc i rozpostarła nad góramiskrzydła zimnej ciszy. W górze świeciły jasne gwiazdy, ale były tylkokropeczkami odległymi o tysiąclecia. Brianna zamknęła oczy przed bezmiarem nocy i przyłożyła usta do czoła Jemmy'ego, chłonąc jego ciepło.
Próbowała zasnąć, ale teraz, kiedy nie rozpraszała jej niczyja obecność,a w powietrzu unosiła się woń spalonego drewna, poczuła, jak jej pamięćwykrada się w przeszłość; wieczorna modlitwa o boże błogosławieństwozamieniła się w błaganie o litość i ochronę przed złem.
"Braci moich ode mnie oddalił, a znajomi moi stronią ode mnie. Opuścilimię bliscy moi, a znajomi moi zapomnieli mię".
"Nie zapomnę was", powiedziała bezgłośnie do martwych. Słowa tewydały się żałosne - nieistotne i daremne. Ale jedyne, na jakie było jąstać. Drgnęła nieznacznie i mocniej objęła Jemmy'ego.
Nagle rozległ się szelest siana; poczuła za plecami, jak Roger układasię na legowisku. Wiercił się przez chwilę, potem okrył ją swoją peleryną,westchnął z ulgą i przywarł do niej całym ciałem, obejmując jej talię.
- To był cholernie długi dzień, prawda?
Mruknęła cicho w odpowiedzi. Teraz, kiedy wszystko ucichło, kiedynie trzeba było już rozmawiać, czuwać, baczyć na cokolwiek, miała wrażenie, że każde włókienko jej ciała rozpada się ze zmęczenia. Od zimnej,twardej gleby oddzielała ją tylko cienka warstwa siana, ale Brianna czuła,jak sen napływa ku niej na podobieństwo fali, która liże piaszczysty brzeg,kojąco i nieubłaganie.
- Znalazłeś sobie coś do jedzenia? - spytała, kładąc mu dłoń na nodze,on zaś przycisnął odruchowo ramię, przyciągając ją do siebie.
- Owszem, jeśli piwo można nazwać jedzeniem, jak to robi wielu. -Roześmiał się, a jego oddech przesycony był ciepłą mgiełką o woni chmielu. - Nie jestem głodny.
Ciepło jego ciała zaczęło przenikać rozdzielające ich warstwy ubraniai odpędzało chłód nocy.
Jem zawsze emanował ciepłem podczas snu; kiedy Brianna leżała zwinięta wokół niego w kłębek, miała wrażenie, że tuli gliniany garnek z węgielkami. Lecz Roger promieniował jeszcze silniejszym żarem. No cóż, jego matkazwykła mawiać, że lampa na alkohol wydziela więcej ciepła niż naftowa.
Westchnęła i wtuliła się w niego w poczuciu bezpieczeństwa. Teraz,gdy miała przy sobie rodzinę, gdy byli razem, cali i zdrowi, nie odczuwałajuż chłodnego bezmiaru nocy.
Roger nucił coś pod nosem. Uświadomiła to sobie niespodziewanie.Dźwięk był pozbawiony melodii, czuła jednak na plecach nieznaczne wibracje. Bała się poruszyć, by go nie spłoszyć; chciała, by nucił dalej, pewna, żejest to zbawienne dla jego strun głosowych. On jednak po chwili sam przerwał. Mając nadzieję, że znów go do tego nakłoni, sięgnęła za siebie, pogłaskała go po nodze i sama zanuciła pytająco.
- Hmmm?
Jego dłonie objęły jej pośladki i zacisnęły się mocno.
- Mhmm - odpowiedział zachęcająco, a zarazem z zadowoleniem.
Milczała; odsunęła się od niego nieznacznie. Kiedy indziej zrozumiałby i cofnął dłonie. Teraz cofnął, ale tylko jedną, by zsunąć ją wzdłużjej nogi, zamierzając bez wątpienia ująć brzeg sukni i podciągnąć godo góry.
Sięgnęła pospiesznie za siebie, chwyciła myszkującą dłoń, przyciągnęłai położyła sobie na piersi, dając mu do zrozumienia, że choć docenia jegozabiegi i w innych okolicznościach z radością by im uległa, w tej akuratchwili uważa, że...
Roger zazwyczaj bezbłędnie odczytywał mowę jej ciała, ale najwidoczniej whisky przytępiła tę umiejętność. Albo - przyszło jej nagle do głowy -po prostu nie obchodziło go, czy ona chce...
- Roger! - syknęła.
Znów zaczął nucić, dźwięk był teraz przeplatany cichymi, gwałtownyminutkami, które przypominały perkotanie czajnika z wrzącą wodą. Zsunąłdłoń po jej nodze i zaczął podciągać suknię. Czuła gorący dotyk na swymudzie, pełznący szybko ku górze - i do wewnątrz. Jemmy kaszlnął, podrygując w jej ramionach, ona zaś była gotowa kopnąć Rogera w goleńi zniechęcić go na dobre.
- Boże, jesteś piękna - mruknął w zagięcie jej szyi. - O Boże, takapiękna. Taka piękna... taka... hmmm... - Następne słowa wymamrotałniewyraźnie, ale Brianna miała wrażenie, że powiedział "śliska". Jego palcedotarły do celu, a ona wygięła plecy w łuk, próbując się wyswobodzić.
- Roger - powiedziała, starając się mówić cicho. - Roger, koło nas sąludzie!
I pochrapujący malec, który leżał tuż obok.
Roger wymamrotał coś, zrozumiała tylko "ciemno" i "nikt nie zobaczy",a po chwili wróciła myszkująca dłoń, by chwycić pełną garścią jej sukniei odsunąć.
Znów zaczął nucić, zaraz jednak urwał, mamrocząc: - Kocham cię,kocham cię tak bardzo...
- Ja też cię kocham - odparła, sięgając za siebie i starając się chwycićjego rękę. - Przestań, Roger!
Usłuchał, ale natychmiast objął ją od przodu i chwycił za ramię. Krótkigwałtowny ruch i oto leżała na plecach, wpatrzona w odległe gwiazdy,które po sekundzie przysłoniła głowa Rogera i jego barki, gdy położył sięna niej przy ogłuszającym szeleście siana i rozpinanego odzienia.
- Jem... - wysunęła szybko dłoń w stronę syna, który zdawał się nieprzejmować nagłym zniknięciem ciepłego ciała matki, tylko leżał zwiniętyw kłębek niczym pogrążony w zimowym śnie jeż.
Roger śpiewał teraz czy raczej zawodził słowami pewnej sprośnej szkockiej piosenki o młynarzu, którego zamęcza młoda kobieta, prosząc, byzmielił jej ziarno. Co też uczynił.
Gorącym szeptem syczał jej w ucho słowa piosenki, przygniatając jącałym ciężarem ciała. Widziała nad sobą wirujące szaleńczo gwiazdy.
Kiedy Roger powiedział o Ronniem, że "cuchnie pożądaniem", uznałato za figurę retoryczną, ale najwyraźniej się myliła. Nagie ciało zetknęłosię z nagim ciałem. Zaparło jej oddech. I Rogerowi.
- O Boże - wyszeptał. Wstrzymał się przez chwilę, zastygły na tlenieba, potem westchnął w ekstazie przesyconej oparami whisky i zacząłporuszać się wraz z nią, nucąc przy tym. Na szczęście było ciemno,choć niezupełnie. Resztki ogniska rzucały nieziemski blask na jego twarz;przez chwilę wyglądał niczym kuszący, wielki, czarny diabeł, jak określiłago Inga.
Leż i ciesz się - napomniała się Brianna. Siano wydawało przeraźliwyszelest, ale docierał on zewsząd, a szum wiatru w drzewach tłumił niemalwszystko.
Brianna zdołała jakoś przezwyciężyć zakłopotanie i naprawdę zaczęłaodczuwać przyjemność, gdy Roger wsunął pod nią dłonie i uniósł ją.
- Obejmij mnie nogami - wyszeptał i chwycił jej płatek uszu zębami. -Opleć mnie nogami i bij z tyłu piętami.
Częściowo pod wpływem narastającej żądzy, a częściowo pragnąc pozbawić go tchu i uciszyć, rozsunęła szeroko nogi i zadarła do góry, poczym złączyła je nad jego unoszącym się grzbietem. Wydał z siebie pełenekstazy jęk i podwoił wysiłki. Żądza zwyciężyła; Brianna niemal zapomniała, gdzie się znajdują.
Czepiając się go z całych sił, podniecona gwałtownym ruchem, wygięłaplecy i naparła na Rogera; jego żar przyprawiał ją o dreszcz, poczuła naudach i pośladkach, nagich w ciemności, elektryczne dotknięcie nocnegowiatru. Drżąc i jęcząc, wtopiła się z powrotem w siano, wciąż obejmującjego biodra nogami. Jakby pozbawiona kości i nerwów, przekręciła głowęna bok, po czym wolno i leniwie otworzyła oczy.
Ktoś tam był; dostrzegła jakiś ruch w ciemności i zamarła. Był to Fergus,pewnie przyszedł po syna. Usłyszała pomruk jego głosu, mówił coś pofrancusku do Germaina, a potem szelest oddalających się kroków na rozrzuconej wkoło słomie.
Leżała nieruchomo z walącym sercem i nogami w górze. Roger zdążyłjuż zapaść w bezwład. Zwiesiwszy głowę i otuliwszy jej twarz długimiwłosami jak pajęczyną, wymruczał: "Kocham cię... Boże, kocham cię", poczym osunął się, powoli i delikatnie. Wionął jej w ucho: "Dziękuję"; leżącna niej i oddychając z wysiłkiem, pogrążył się w ciepłej półświadomości.
- Och - rzuciła, spoglądając na spokojne gwiazdy. - Nie ma za co.
Rozwarła zesztywniałe nogi i z pewnym wysiłkiem uwolniła się od Rogera, po czym zakryła jako tako i odzyskała błogosławioną anonimowośćw swym wymoszczonym sianem gnieździe, ułożywszy Jemmy'ego międzysobą a Rogerem.
- Hej - powiedziała nagle, a Roger drgnął.
- Mhm?
- Jakim potworem był Eigger?
Roześmiał się, był to cichy i czysty dźwięk.
- Och, Eigger był wielkim ciastkiem ponczowym. Z czekoladową polewą. Spadał na inne potwory i pokrywał je swoją słodyczą.
Znów się roześmiał, dostał czkawki i zanurzył się w siano.
- Roger? - szepnęła chwilę później. Nie było odpowiedzi, więc Briannawyciągnęła rękę ponad uśpionym ciałem syna i położyła ją delikatnie naramieniu męża. - Zaśpiewaj mi - poprosiła cicho, choć wiedziała, że już śpi.