Tchnienie śniegu i popiołu - Diana Gabaldon

Kup ebooka

85.00 zł
70.55 zł (59,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Przerwana rozmowa

Pies zauważył ich pierwszy. Było ciemno, więc Ian Murray raczej wyczuł,niż dostrzegł, że Rollo, leżący przy jego nodze, unosi gwałtownie łebi pręży uszy. Położył dłoń na karku psa i jego zjeżonej groźnie sierści.

Byli tak zgrani, że nawet nie pomyślał świadomie: "Ludzie", tylko opuścił drugą dłoń na rękojeść noża i znieruchomiał, oddychając bezgłośnie.Nasłuchiwał.

W lesie panowała cisza. Do świtu pozostały jeszcze godziny i powietrzebyło nieruchome jak w kościele; z ziemi, niczym dym kadzidła, unosiłasię leniwie mgła. Wcześniej Ian przycupnął na zwalonym pniu potężnegotulipanowca, by odpocząć. Wolał dokuczliwe mrowienie robactwa odprzenikliwej wilgoci gruntu. Wciąż trzymał dłoń na karku psa i czekał.

Rollo warczał, był to cichy i nieprzerwany pomruk, który Ian ledwiesłyszał, lecz bez trudu wyczuwał - wibracja wędrowała wzdłuż ręki w góręi pobudzała nerwy całego ciała. Przedtem nie spał - rzadko już sypiałnocą - ale zachowywał się cicho, spoglądając w sklepienie nieba, zajętyjak zwykle rozmową z Bogiem. Spokój prysnął, gdy pies się poruszył. Ianusiadł powoli, przerzucając nogi przez na wpół spróchniały kloc. Czułszybkie bicie serca.

Rollo nadal warczał groźnie, ale wielki łeb drgnął, jakby pies podążałwzrokiem za czymś niewidocznym. Noc była bezksiężycowa; Ian dostrzegał niewyraźny zarys drzew i ruchliwe cienie, ale nic więcej.

Po chwili ich usłyszał. Wędrowcy. Byli jeszcze dość daleko, ale przybliżali się z każdą chwilą. Stanął i cicho wszedł w kałużę czerni podbalsamicznym świerkiem. Cmoknął i Rollo posłusznie przestał warczeć;zachowywał się teraz cicho, jak wilk, którym był jego ojciec.

Miejsce, gdzie Ian zatrzymał się na wypoczynek, graniczyło ze szlakiem dzikiej zwierzyny. Ludzie, którzy tamtędy podążali, nie byli myśliwymi.

Biali. Wydawało się to dziwne, nawet bardzo dziwne. Nie widział ich,ale i tak wiedział; zdradzał ich hałas, który im towarzyszył. Wędrujący Indianie nie zachowywali się cicho, a górale szkoccy, wśród których kiedyśżył, umieli poruszać się w lesie jak duchy - ale i tak nie miał wątpliwości.Metal - to ich zdradziło. Słyszał śpiew uprzęży, postukiwanie guzikówi klamer - i broni palnej.

Było ich wielu, i to tak blisko, że wyczuwał ludzki zapach. Zamknąłoczy i wychylił się odrobinę z cienia, by złapać w nozdrza najlżejsząnawet smużkę woni.

Nieśli skóry; zdołał wychwycić odór zaschniętej krwi i futer, któryprawdopodobnie obudził Rolla - nie byli to jednak z pewnością traperzy,którzy zwykle poruszali się w pojedynkę albo we dwóch.

Ubodzy i brudni, przemknęło mu przez głowę. Nie traperzy i nie myśliwi. O tej porze roku nietrudno było zdobyć zwierzynę, a ci cuchnęligłodem. Wyczuwał też odór potu, jaki wytwarza kiepski trunek.

Byli teraz blisko; od miejsca, w którym stał, dzieliło ich może dziesięćkroków. Rollo prychnął cicho i Ian ponownie zacisnął dłoń na karku psa,ale tamci robili za dużo hałasu, żeby słyszeć cokolwiek. Liczył ich kroki,stuk manierek i ładownic, postękiwania piechurów z otartymi stopami,westchnienia ludzi zmęczonych.

Było ich dwudziestu trzech, jak zdołał się zorientować, i jeden muł -nie, dwa muły; wyraźnie słyszał skrzypienie wyładowanych juków i tenpłaczliwy, ciężki oddech, zawsze na granicy skargi, charakterystyczny dlaprzeciążonego zwierzęcia.

Tamci nigdy nie wyczuliby jego obecności, ale jakiś dziwaczny kapryspowietrza zaniósł mułom woń psa. Ciemność rozdarł ogłuszający ryk,a las przed oczami Iana eksplodował jazgotem wrzawy i lękliwych krzyków. Biegł już, gdy za jego plecami huknął strzał z pistoletu.

- A Dhia!

Coś trafiło go w głowę i poleciał do przodu. Czy go zabili?

Nie. Poczuł w swoim uchu pełen niepokoju, wilgotny nos Rolla. W głowie szumiało mu jak w ulu, w oczach migotały jasne błyski światła.

- Biegnij! Ruith! - sapnął, popychając psa. - Jazda! Szybko!

Rollo zawahał się, wydając pisk z głębi krtani. Ian nie widział czworonoga, ale wyczuwał, że masywne ciało skoczyło do przodu, lecz po chwilizwróciło się ku niemu, zdradzając niezdecydowanie.

- Uciekaj!

Dźwignął się na kolana i dłonie, poganiając psa, który w końcu posłuchał i pognał przed siebie, tak jak go uczono.

Dla niego nie było już czasu na ucieczkę, nawet gdyby zdołał się podnieść. Upadł na twarz, wbił dłonie i stopy w liściastą mierzwę i zaczął sięwić szaleńczo, by wkopać się jak najgłębiej.

Poczuł między łopatkami nacisk czyjejś stopy, ale westchnienie, którewydarło mu się z piersi, stłumiły mokre liście. Nie miało to większegoznaczenia, i tak robili mnóstwo hałasu. Ktoś, kto na niego nadepnął, niczego nie zauważył; przebiegł po nim w panicznym strachu, biorąc gobez wątpienia za zgniły pień; cios, który mu wymierzył, był chybionyi niezbyt mocny.

Strzelanina ucichła. Krzyki jednak wciąż rozbrzmiewały, ale nie mógłnic z nich zrozumieć. Wiedział, że leży płasko na brzuchu, czuł zimną wilgoć na policzkach i woń martwych liści w nozdrzach, ale miał wrażenie,że jest pijany; świat wokół obracał się z wolna. Głowa nie dokuczała mujuż tak bardzo, pierwszy błysk bólu przeminął, ale Ian miał wrażenie, żenie może jej unieść.

Pomyślał mgliście, że gdyby tu umarł, nikt by się o tym nie dowiedział.Pomyślał też, że matka martwiłaby się, nie wiedząc, co się z nim stało.

Wrzawa słabła wyraźnie, nie była już taka bezładna. Ktoś krzyczał, alew jego głosie brzmiała władcza nuta. Odchodzili. Zastanawiał się, czy ichnie zawołać. Gdyby wiedzieli, że jest biały, mogliby mu pomóc. Choćniekoniecznie.

Jednakże milczał. Umierając czy nie. Jeśli tak, nie można mu było pomóc. Jeśli nie, pomocy nie potrzebował.

No cóż, czyż nie o to prosiłem?, pomyślał, przywołując swoją rozmowęz Bogiem, spokojnie, jakby wciąż leżał nieruchomo na pniu tulipanowca,spoglądając w głębię nieba nad głową. Prosiłem o znak. Nie spodziewałemsię jednak, że ześlesz go tak szybko.

2. Holenderska chata

Marzec 1773

Nikt nie wiedział, że tam jest jakaś ludzka siedziba, dopóki KinneyLindsay, wspinając się po zboczu do strumienia, nie dostrzegł płomieni.

- W ogóle bym tego nie zauważył - powiedział chyba po raz szósty. -Gdyby nie zmierzch. Za dnia nic bym nie widział. Zupełnie nic.

Otarł twarz drżącą ręką, nie mogąc oderwać wzroku od ciał, któreleżały w równym rzędzie pod lasem.

- To robota dzikich, Mac Dubh? Nie są oskalpowane, ale może...

- Nie. - Jamie ponownie delikatnie zakrył posiniałą twarz małej dziewczynki chusteczką brudną od sadzy. - Żadna nie jest okaleczona. Tylechyba zauważyłeś, wynosząc je na zewnątrz.

Lindsay, zamknąwszy oczy, potrząsnął głową i drgnął gwałtownie. Byłopóźne popołudnie, chłodny wiosenny dzień, ale mężczyźni się pocili.

- Nie patrzyłem - odparł po prostu.

Moje dłonie też były lodowate; tak bez życia i czucia jak gąbczaste ciałomartwej kobiety, które badałam. Te kobiety nie żyły już dłużej niż dzień;stężenie pośmiertne ustąpiło, zostawiając po sobie zwiotczenie i chłód,ale zimna aura górskiej wiosny uchroniła je przed głębszą degradacjąrozkładu.

Mimo wszystko starałam się oddychać płytko; powietrze przesyconebyło gorzką wonią spalenizny. Nad poczerniałymi zgliszczami małej chatkiunosiły się chwilami smużki dymu. Dostrzegłam kątem oka, że Rogertrąca nogą leżącą obok kłodę, a potem schyla się i podnosi coś z ziemi.

Kenny załomotał do drzwi naszego domu na długo przed świtem,wyrywając nas z ciepłych łóżek. Zjawiliśmy się czym prędzej, wiedzącdoskonale, że jest zbyt późno na jakąkolwiek pomoc. Przybyło też kilkoromieszkańców Fraser's Ridge; brat Kenny'ego, Evan, stał pod drzewamiz Fergusem i Ronniem Sinclairem. Rozmawiali przyciszonymi głosami pogaelicku.

- Wiesz, co je zabiło, Angliszko? - Jamie przykucnął u mego boku.Miał zatroskaną twarz. - Te pod drzewami. - Potem wskazał brodą zwłoki,które oglądałam. - Wiem, co zabiło tę biedaczkę.

Długa spódnica kobiety marszczyła się na wietrze i podnosiła, ukazującszczupłe, wydłużone stopy w skórzanych chodakach. Równie szczupłeręce spoczywały bezwładnie wzdłuż ciała. Była wysoka - choć nie ażtak wysoka jak Brianna, pomyślałam i odruchowo zaczęłam szukać wzrokiem jasnych włosów córki, migoczących wśród gałęzi po drugiej stroniepolany.

Podciągnęłam fartuch kobiety, by zakryć jej głowę i górną część ciała.Ręce były czerwone, kostki stwardniałe od ciężkiej pracy, dłonie pokrytezgrubieniami, ale widząc zwarte uda i szczupłość ciała, pomyślałam, żemiała nie więcej niż trzydzieści lat - a nawet chyba mniej. Trudno byłopowiedzieć, czy za życia odznaczała się urodą.

Potrząsnęłam głową w odpowiedzi na słowa Jamiego.

- Nie wydaje mi się, by przyczyną jej śmierci było spalenie - powiedziałam. - Spójrz, nogi i stopy są nietknięte. Musiała upaść na palenisko.Najpierw ogień objął górę sukni, potem zajęły jej się włosy. Leżała pewnietak blisko ściany albo okapu, że od płomieni zajęło się drewno i w końcucała chata poszła z dymem.

Jamie przytaknął z wolna, nie odrywając oczu od kobiety.

- Ano, chyba masz rację. Ale co je zabiło, Angliszko? Inne są trochępopalone, choć żadna nie tak bardzo jak ta. Musiały być martwe, nim chatazaczęła płonąć, bo żadna nie wybiegła. Może cierpiały na jakąś śmiertelnąchorobę?

- Nie wydaje mi się. Chodź, rzucę okiem na pozostałe.

Przeszłam wolno wzdłuż szeregu sztywnych ciał o twarzach zakrytychkawałkami materiału, pochylając się nad każdym, by jeszcze raz zajrzećpod owe prowizoryczne całuny. W tych czasach ludzie cierpieli na wielechorób, które szybko mogły okazać się śmiertelne - bez dostępnych antybiotyków, bez możliwości podania płynów inną drogą niż usta i odbytzwykła biegunka zabijała w ciągu dwudziestu czterech godzin.

Widziałam dostatecznie dużo takich przypadków, by rozpoznawać jebez trudu; każdy lekarz to potrafi, a ja byłam lekarką od ponad dwudziestu lat. Czasem miałam do czynienia z czymś, czego nie spotkałam nigdyw swojej epoce - zwłaszcza straszne choroby pasożytnicze, przywleczonewraz z niewolnikami z tropików - ale tych nieszczęsnych istot nie zabiłpasożyt; żadna znana mi choroba nie pozostawiała na swych ofiarachtakiego śladu.

Wszystkie ciała - spalonej kobiety, także drugiej, znacznie starszej, i trojga dzieci - zostały znalezione wewnątrz płonącego domu. Kenny wyciągnął je tuż przed tym, nim zawalił się dach, a potem ruszył po pomoc.Zmarły, nim wybuchł pożar, wszystkie w tym samym czasie, gdyż ogieńzaczął się tlić, gdy młodsza kobieta upadła na palenisko.

Ofiary ułożono starannie pod konarami ogromnego czerwonego świerka i mężczyźni zaczęli kopać w pobliżu grób. Brianna stała z pochylonągłową obok najmniejszej dziewczynki. Podeszłam i uklękłam przy drobnym ciałku, a ona uklękła naprzeciwko.

- Co to było? - spytała cicho. - Trucizna?

Spojrzałam na nią zaskoczona.

- Tak sądzę. Jak na to wpadłaś?

Wskazała głową posiniałą twarz, nad którą klęczałyśmy. Próbowaławcześniej zamknąć dziewczynce oczy, ale wyzierały uparcie spod powiek,nadając dziecięcej buzi wyraz niekłamanego przerażenia. Drobne, pozbawione wyrazistości rysy wykrzywiał grymas straszliwej męki, a w kącikachust widać było ślady wymiocin.

- Poradnik harcerki - wyjaśniła Brianna. Zerknęła na mężczyzn, ależaden nie znajdował się na tyle blisko, by nas słyszeć. Drgnęły jej wargi;oderwała wzrok od ciała, podsuwając mi otwartą dłoń. - "Nigdy nie spożywaj nieznanych grzybów - wyrecytowała. - Jest wiele trujących odmian,a ich rozróżnienie to zadanie dla eksperta". Roger je znalazł, rosną w kręguobok tego pnia, o tam.

Wilgotne, mięsiste kapelusze, bladobrązowe z białymi brodawkowatymiplamkami, blaszki i cienkie nóżki, tak blade, że zdawały się niemal fosforyzować w cieniu świerka. Miały przyjemny dla oka, swojski wygląd,który przeczył ich śmiercionośnemu działaniu.

- Muchomor pantery - powiedziałam jakby do siebie i wzięłam ostrożniejeden grzyb z jej dłoni. - Agaricus pantherinus, jak się pewnie będzie nazywać, kiedy ktoś w końcu nada mu właściwą nazwę. Pantherinus, ponieważzabija tak szybko - jak atakujący znienacka kot.

Dostrzegłam na przedramieniu Brianny gęsią skórkę; wyraźnie byłowidać miękkie czerwonozłote włoski. Przechyliła dłoń i wysypała resztkizabójczego grzyba na ziemię.

- Kto przy zdrowych zmysłach jadłby muchomory? - spytała, ocierającz nieznacznym drżeniem dłoń o spódnicę.

- Ktoś, kto nie wiedział. Ktoś, kto być może czuł głód - odparłam cicho.Potem ujęłam dłoń małej dziewczynki i obejrzałam delikatne kości przedramienia. Niewielki brzuch zdradzał oznaki wzdęcia, ale czy był to skutekniedożywienia, czy zmian pośmiertnych nie umiałam powiedzieć - kościobojczyka były jednak ostre jak kosa. Wszystkie ciała odznaczały się chudością, choć nie w stopniu wskazującym na wycieńczenie.

Podniosłam wzrok i spojrzałam na głębokie niebieskie cienie, zalegającezbocze ponad chatą. Było jak na tę porę roku za wcześnie, by szukać tampożywienia, ale las obfitował w jadło - jeśli ktoś potrafił je znaleźć.

Zbliżył się Jamie i ukląkł obok, kładąc mi delikatnie dużą dłoń na plecach. Choć było zimno, po szyi spływały mu strużki potu, a gęste płowewłosy na skroniach pociemniały od wilgoci.

- Grób jest wykopany - oznajmił cicho, jakby się bał, że wystraszymartwe dziecko. Wskazał na porozrzucane grzyby. - To zabiło tę małą?

- Tak sądzę. I wszystkich pozostałych. Rozejrzałeś się? Wie ktoś może,kim byli?

Potrząsnął głową.

- To nie Anglicy; są inaczej ubrani. Niemcy z pewnością pojechalibydo Salem; trzymają się razem, nie lubią się osiedlać osobno. Może toHolendrzy? - Wskazał zakrzywione drewniane chodaki na stopach starszej kobiety, popękane i poplamione ze starości. - Nie zachowały siężadne książki ani nic pisanego, jeśli w ogóle coś było. Nic, co mogłobypowiedzieć, jak się nazywali. Ale...

- Mieszkały tu od niedawna.

Na dźwięk niskiego, zachrypniętego głosu podniosłam wzrok. To zbliżył się Roger; przycupnął obok Brianny, wskazując głową dymiące zgliszcza chaty. Niedaleko widać było ogródek zaorany do gołej ziemi, alenieliczne rośliny ledwie kiełkowały, delikatne listeczki były obwisłe i przyczernione od późnego mrozu. Nie było obory ani żadnego żywego inwentarza - muła czy świni.

- Nowi emigranci - oznajmił cicho Roger. - Ale nie kontraktowi; tobyła rodzina. I nienawykła do ciężkiej pracy pod gołym niebem; kobietymają na dłoniach pęcherze i świeże blizny.

Potarł odruchowo szeroką dłonią o kolano obciągnięte ręcznie tkanymmateriałem; jego dłoń była zrogowaciała, tak jak ręce Jamiego, a przecież byłniegdyś delikatnym, wrażliwym naukowcem; pamiętał ból przystosowania.

- Ciekawe, czy zostawiły jakąś rodzinę w Europie - powiedziała cichoBrianna. Odsunęła z czoła małej dziewczynki kosmyk jasnych włosówi ponownie przykryła jej twarz chusteczką. - Tamci nigdy się nie dowiedzą, co stało się z ich krewnymi.

- Nie. - Jamie podniósł się gwałtownie. - Powiadają, że Bóg chronigłupców, ale myślę, że nawet Pan czasem traci cierpliwość.

Odwrócił się i skinął na Lindsaya i Sinclaira.

- Szukajcie mężczyzny - zwrócił się do nich. Wszyscy poderwali głowyi popatrzyli na niego.

- Mężczyzny? - spytał Roger, a potem spojrzał na spalone resztki domostwa, jakby zrozumiał. - Tak... tego, który zbudował dla nich chatę?

- Kobiety też mogły ją zbudować - zauważyła Bree, podnosząc dumnie brodę.

- Chciałaś powiedzieć, że ty mogłabyś ją zbudować. Tak. - odparł. -Drgnęły mu usta, kiedy rzucił żonie spojrzenie z ukosa. Brianna przypominała Jamiego nie tylko karnacją; miała sto osiemdziesiąt centymetrówwzrostu w pończochach i odznaczała się ojcowską krzepą.

- Pewnie mogły to zrobić, ale nie zrobiły - rzucił krótko Jamie. Wskazałgłową wypaloną skorupę chaty, gdzie kilka mebli zachowało jeszcze swójniewyraźny kształt. Kiedy patrzyłam w tamtą stronę, zerwał się wieczornywiatr i omiótł zgliszcza; jakiś stołek, z którego został nieledwie cień, osunąłsię hałaśliwie w popioły, a nad ziemią, niczym widmo, wzbiła się chmurasadzy i czerni.

- Co masz na myśli? - spytałam i przysunęłam się do niego, spoglądającw głąb spalonego domostwa. W środku nie pozostało dosłownie nic, choćkomin wciąż stał, zachowały się też nierówne szczątki ścian; drewnianebale leżały w bezładzie jak bierki.

- Nie ma tu nic metalowego - zauważył, wskazując na poczerniałe palenisko, gdzie spoczywały resztki kotła, pękniętego na pół od gorąca i pozbawionego swej zawartości, która wyparowała do cna. - Żadnych garnkówprócz tego, a i ten jest za ciężki, żeby go samemu nosić. Żadnych narzędzi.Noża ani siekiery - sama widziałaś, że ktokolwiek zbudował chatę, niemógł się bez niej obejść.

Widziałam; bale były nieobrobione, lecz ich żłobienia i końce nosiływyraźne ślady stalowego ostrza.

Marszcząc czoło, Roger podniósł długą gałąź sosnową i zaczął grzebaćw zwałach popiołu i zgliszczy, by się upewnić. Kenny Lindsay i Sinclairnie zawracali sobie tym głowy. Jamie kazał im szukać mężczyzny, więcwyruszyli niezwłocznie i zniknęli w lesie. Fergus też z nimi poszedł; EvanLindsay, jego brat Murdoch i McGillivrayowie przystąpili do zbieraniakamieni na kopiec.

- Jeśli mieszkał tu jakiś mężczyzna... to znaczy, że je pozostawił? - spytała mnie szeptem Brianna, odrywając wzrok od ojca i spoglądając naciała ułożone w rzędzie. - Może ta kobieta sądziła, że nie przeżyją same?I dlatego odebrała życie sobie i dzieciom? By uniknąć długiej i powolnejśmierci z zimna i głodu?

- Zostawił je i zabrał wszystkie narzędzia? Boże, mam nadzieję, że nie. -Przeżegnałam się na samą myśl o tym, ale niemal natychmiast ogarnęłymnie wątpliwości. - Czy nie odeszłyby stąd, żeby poszukać pomocy? Nawetz dziećmi... śnieg już prawie zniknął.

Leżał jeszcze w najwyższych przełęczach, ale choć szlaki i zbocza, poktórych spływał, wciąż były mokre i błotniste, wydawało się, że co najmniej od miesiąca są do przebycia.

- Znalazłem go - oznajmił Roger, przerywając moje myśli. Głos miałspokojny, ale urwał na chwilę, by odchrząknąć. - Tutaj.

Światło dnia zaczęło przygasać, ale mogłam dostrzec, że zbladł. Nicdziwnego; skręcona postać, którą odkrył pod sczerniałymi belkami zawalonej ściany, stanowiła dostatecznie makabryczny widok, by każdemu odebrać mowę. Spalona na węgiel, ręce uniesione w pozie boksera, tak charakterystycznej dla tych, którzy zginęli od ognia - trudno było nawet z całąpewnością stwierdzić, że to mężczyzna, choć przypuszczałam, że tak,sądząc po tym, co zdążyłam zauważyć.

Spekulacje na temat świeżo odkrytych zwłok przerwał krzyk z oddali.

- Znaleźliśmy ich!

Wszyscy podnieśli wzrok znad ciała i popatrzyli na Fergusa, który machał, stojąc pod lasem.

"Ich", bo było to dwóch mężczyzn. Rozciągnięci na ziemi w cieniudrzew, nie tuż koło siebie, ale też w niewielkiej odległości, zaledwie o rzutkamieniem od chaty. Obaj, o ile mogłam się zorientować, byli ofiaramizatrucia po zjedzeniu grzybów.

- To nie jest Holender - oświadczył zdecydowanie Sinclair, chyba poraz czwarty, potrząsając głową nad jednym z ciał.

- Może i jest - zauważył z powątpiewaniem Fergus. Podrapał się ponosie czubkiem haka, który zastępował mu lewą dłoń. - Z Indii Zachodnich, non?

Prawdę mówiąc, jedno z ciał było czarnoskóre. Drugie białe. Obaj zmarlimieli na sobie zwykłe, tkane domowym sposobem ubrania - koszulei spodnie, ale nie kurtki, pomimo chłodu. Obaj byli boso.

- Nie. - Jamie potrząsnął głową, ocierając odruchowo dłoń o spodnie,jakby chciał pozbyć się dotyku zmarłych. - Holendrzy trzymają niewolników na Barbudzie, owszem, ale ci są lepiej odżywieni niż ludzie z chaty. - Bez słowa wskazał brodą kobiety i dzieci leżące w jednym rzędzie. -Nie mieszkali tutaj. Poza tym...

Dostrzegłam, że wlepił spojrzenie w stopy martwych mężczyzn. Byłybrudnawe przy kostkach i mocno zrogowaciałe, ale poza tym w miaręczyste. Podeszwy czarnoskórego miały żółtoróżowy odcień, bez śladów błotaczy liści między palcami. Mężczyźni nie szli przez las boso, tyle wiedziałam.

- Więc może było tu jeszcze więcej ludzi? A kiedy ci umarli, ich kompani zabrali im buty i wszystko, co miało jakąkolwiek wartość - dodałpraktycznym tonem Fergus, najpierw wskazując spaloną chatę, a potemciała, o bosych stopach i bez kurtek. - I uciekli.

- Ano, może i tak. - Jamie wysunął w zamyśleniu wargi, a jego spojrzenie wędrowało z wolna po ziemi podwórza: gleba była zryta stopami,kępy trawy wyrwane z korzeniami, całość zaś wyglądała jak stratowanaprzez stado uciekających w panice hipopotamów.

- Szkoda, że nie ma z nami młodego Iana. To najlepszy tropiciel; mógłby powiedzieć, co się tu wydarzyło. - Skinął w stronę lasu, gdzie znaleziono mężczyzn. - Ilu, dajmy na to, było ludzi i w którą stronę poszli.

Jamie też był niezłym tropicielem. Ale światło przygasało teraz szybko;nawet na polanie, gdzie stała spalona chata, zapadał zmierzch, zbierał sięteż pod drzewami i rozlewał niczym plama oleju po naruszonej ziemi.

Jego wzrok powędrował ku horyzontowi, gdzie wstęgi chmur zapłonęłyczerwienią i złotem od słońca, które zachodziło za nimi. Potrząsnął głową.

- Pochowajcie ich. Potem wracamy.

Czekało nas jeszcze jedno ponure odkrycie. Spośród martwych tylkospalony człowiek nie umarł od ognia czy trucizny. Kiedy mężczyźni podnieśli zwęglone zwłoki z popiołu, by zanieść je do grobu, coś oderwałosię od ciała i uderzyło z cichym, lecz wyraźnym stukotem o ziemię. Brianna podniosła przedmiot i otarła rogiem fartucha.

- Chyba to przeoczyli - oznajmiła posępnie, wyciągając rękę. Był tonóż, a raczej jego ostrze. Drewniana rękojeść spłonęła doszczętnie, a stalwciąż okrywała warstewka ciepła.

Przygotowując się na ciężką, kwaśną woń spalonego tłuszczu i ciała,pochyliłam się nad zwłokami, macając ostrożnie korpus. Ogień potrafidokonać ogromnych spustoszeń, ale oszczędza najdziwniejsze rzeczy.Trójkątna rana była dobrze widoczna - osmalone wgłębienie pod żebrami.

- Zadźgali go - oznajmiłam i otarłam dłonie o fartuch.

- Zamordowali - powiedziała Bree, patrząc mi w twarz. - A potem jegożona... - zerknęła na młodą kobietę, która leżała tuż obok z zakrytą twarzą. - Przyrządziła potrawkę z grzybów i wszyscy ją zjedli. Także dzieci.

Na polanie panowała cisza, zakłócana jedynie odległym wołaniem ptaków w górach. Słyszałam własne serce, które uderzało boleśnie w mojejpiersi. Zemsta? Czy po prostu rozpacz?

- Kto wie? - powiedział cicho Jamie. Pochylił się, by złapać za brzegbrezentowej płachty, na której ułożono martwego człowieka. - Powiedzmy, że to wypadek.

Holender i jego rodzina zostali złożeni do jednego grobu, dwaj obcymieli spocząć w drugim.

Kiedy słońce zaszło, zerwał się zimny wiatr i zerwał fartuch z twarzykobiety, gdy ją podnosili. Sinclair wydał stłumiony krzyk przerażeniai omal nie upuścił zwłok.

Nie miała już ani twarzy, ani włosów; szczupła talia skurczyła się dorozmiarów spalonego patyka. Ciało na głowie spłonęło całkowicie, zostałatylko dziwnie drobna, poczerniała czaszka, z której sterczały w grymasieniepokojącej beztroski zęby.

Spuścili ją pospiesznie do płytkiego grobu, z dziećmi i matką u boku,po czym zostawili mnie i Briannę, byśmy ułożyły pradawnym szkockimobyczajem niewielki kopiec, który znaczył miejsce pochówku i chronił zwłoki przed dzikimi zwierzętami; w tym czasie mężczyźni wykopali bardziejprowizoryczną mogiłę dla dwóch bosych mężczyzn.

Po skończonej pracy wszyscy zebrali się wokół świeżo usypanychwzgórków, pobladli na twarzach i milczący. Zobaczyłam, że Roger stanąłobok Brianny i otoczył troskliwym gestem jej kibić. Po ciele mojej córkiprzebiegł nieznaczny dreszcz, który nie miał nic wspólnego z zimnem,jak podejrzewałam. Jemmy, ich chłopczyk, był mniej więcej o rok młodszyod najmniejszej dziewczynki.

- Powiesz coś, Mac Dubh? - Kenny Lindsay spojrzał pytająco na Jamiego, naciągając dzierganą czapkę na uszy, by uchronić je przed narastającym chłodem.

Zapadła już niemal noc i nikt nie chciał dłużej tu siedzieć. Czekało nasrozbicie obozu, z dala od smrodu spalenizny, a w ciemności było to dostatecznie trudne. Lecz Kenny miał rację; nie mogliśmy stąd odejść bezjakiejś symbolicznej ceremonii, pożegnania tych obcych ludzi.

Jamie potrząsnął głową.

- Nie, niech Roger Mac przemówi. Jeśli to Holendrzy, możliwe, że byliprotestantami.

Choć światło już przygasło, dostrzegłam ostre spojrzenie, które Briannaposłała ojcu. To prawda, że Roger był prezbiterianinem, ale podobniei Tom Christie, znacznie starszy, którego sroga twarz wyrażała, co myślio całej tej ceremonii. Wyznanie było tylko pretekstem; wszyscy o tymwiedzieli, nie wyłączając Rogera.

Roger odchrząknął, co zabrzmiało tak, jakby ktoś rozdarł surową bawełnę. Zawsze był to bolesny dźwięk; teraz wyczuwało się w nim takżegniew. Nie sprzeciwił się jednak i spojrzał Jamiemu prosto w oczy, zajmując miejsce u szczytu grobu.

Pomyślałam, że odmówi po prostu Modlitwę Pańską albo przytoczyjeden z łagodniejszych psalmów. Lecz jemu przyszły do głowy innesłowa:

- "Oto wołam li o krzywdę, nie bywam wysłuchany; krzyczeli, nie maszsądu. Drogę moję zagrodził, żebym przejść nie mógł, a na ścieżce mojej ciemności położył"[1].

Jego głos był niegdyś silny i piękny. Teraz wydawał się zdławiony,nieledwie skrzekliwy cień dawnego piękna - ale pasja, z jaką Roger przemawiał, miała w sobie dość mocy, by wszyscy, którzy go słuchali, pochyliligłowy, pogrążając twarze w cieniu.

- "Ze sławy mojej złupił mię, i zdjął koronę z głowy mojej. Popsuł mięzewsząd, abym zaginął, a wyrwał jako drzewo nadzieję moję".

Stał z kamiennym wyrazem twarzy, ale jego oczy wpatrywały się przezjedną ponurą chwilę w poczerniały kloc, który służył holenderskiej rodzinie za pniak do rąbania drewna.

- "Braci moich ode mnie oddalił, a znajomi moi stronią ode mnie.Opuścili mię bliscy moi, a znajomi moi zapomnieli mię".

Dostrzegłam, że trzech braci Lindsayów wymieniło spojrzenia; wszyscyprzysunęli się bliżej siebie, szukając osłony przed wzmagającym się wiatrem.

- "Zmiłujcie się nade mną, zmiłujcie się nade mną, wy przyjaciele moi -ciągnął Roger, ale głos mu przycichł i mieszał się teraz z szumem drzew. -Bo ręka boża dotknęła mię".

Brianna poruszyła się nieznacznie u jego boku, on zaś jeszcze raz odchrząknął, gwałtownie i hałaśliwie, naprężając przy tym szyję; dostrzegłamślad po pętli - wyraźną bliznę na skórze.

- "Oby teraz napisane były słowa moje! Oby je na księgach wyrysowano! Oby rylcem żelaznym i ołowiem na wieczną pamiątkę na kamieniuwydrążone były!".

Powiódł niespiesznym spojrzeniem po twarzach, wciąż z tym kamiennym obliczem, potem zaczerpnął głęboko oddechu i mówił dalej głosempotykającym się o słowa.

- "Acz i ja wiem, iż Odkupiciel mój żyje, a iż w ostateczny dzień nadprochem stanie. A choć ta skóra moja roztoczona będzie - w tym momencie Brianna zadrżała konwulsyjnie i oderwała wzrok od świeżego wzgórkaziemi - przecież w ciele mojem oglądam Boga. Którego ja sam oglądam,i oczy moje ujrzą go, a nie inny".

Umilkł i wszyscy westchnęli zgodnie: każdy uwolnił wstrzymywanyoddech. On jednak jeszcze nie skończył. Wyciągnął rękę na wpół świadomie, szukając dłoni Bree, i ścisnął ją mocno. Miałam wrażenie, że ostatnie słowa wypowiedział niemal do siebie, nie zważając już na słuchaczy.

- "Ulęknijcie się sami miecza, bo pomsta nieprawości jest miecz;a wiedzcie, że będzie sąd".

Zadrżałam, a dłoń Jamiego, zimna, lecz mocna, otoczyła moją. Popatrzyłna mnie z góry; napotkałam jego wzrok. Wiedziałam, o czym myśli.

Myślał, tak jak ja, nie o teraźniejszości, lecz o przyszłości. O krótkiejinformacji, która miała się ukazać na łamach "Wilmington Gazette".

Z ogromnym żalem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Jamesa MacKenziego Frasera i jego żony Claire Frazer w pożarze, który nocą 21 stycznia 1776 roku strawił ich dom w osadzie Fraser's Ridge. Pan Fraser, siostrzeniec zmarłego Hektora Camerona z plantacji River Run, urodził się w Broch Tuarach w Szkocji. Był powszechnie znany na terenie kolonii i niezwykle szanowany; nie pozostawił żyjących dzieci.

Łatwo było - na razie - nie poświęcać temu uwagi. Rzecz dotyczyłaodległej przyszłości, i to przyszłości, którą z pewnością można było zmienić - bądź co bądź, człowiek jest władny zapobiec temu, o czym wiewcześniej, czyż nie?

Spojrzałam na niewielki wzgórek i poczułam, jak przenika mnie głębokidreszcz. Przysunęłam się do Jamiego i położyłam mu rękę na ramieniu.Przykrył moją dłoń swoją i ścisnął mocno, dodając mi odwagi. Nie, powiedział bezgłośnie. Nie, nie pozwolę na to.

Kiedy jednak opuszczaliśmy wymarłą polanę, nie mogłam uwolnić się odwyrazistego obrazu. Nie chodziło o spaloną chatę, budzące litość ciała,żałosny martwy ogród. Obraz, który mnie prześladował, widziałam kilka latwcześniej - nagrobek w ruinach klasztoru Beauty, wysoko w górach Szkocji.

Był to grób szlachetnej damy, a jej imię wieńczyła wyryta w kamieniuczaszka o wyszczerzonych zębach, podobna do tej, która kryła się podfartuchem Holenderki. Niżej widniało epitafium:

Hodie mihi, cras tibi - sic transit gloria mundi.

Co mnie dzisiaj, jutro tobie - tak przemija sława świata.

[1] Cytaty i wyrażenia biblijne według Biblii gdańskiej.

3. Trzymaj przyjaciół blisko siebie

Wróciliśmy do Fraser's Ridge nazajutrz tuż przed zachodem słońca. Okazało się,że mamy gościa. Na ganku, z moim kotem na kolanach i kuflem piwa w ręku,siedział major Donald MacDonald, do niedawna oficer armii Jego KrólewskiejMości, a ostatnio osobistej lekkokonnej gwardii gubernatora Tryona.

- Pani Fraser! Do usług, madam - zawołał jowialnie na mój widok.Próbował wstać, ale tylko sapnął, gdy Adso, niechętny utracie wygodnegolegowiska, wbił mu pazury w uda.

- Proszę nie wstawać, majorze - rzuciłam pospiesznie, dając mu znakręką, by usiadł z powrotem.

Usłuchał z grymasem na twarzy, ale powstrzymał się wielkodusznieprzed wrzuceniem kota w krzaki. Podeszłam do stopni ganku i usiadłamobok niego, wzdychając z ulgą.

- Mąż dogląda koni; zaraz przyjdzie. Widzę, że ktoś się panem zajął.

Skinęłam na piwo, które bezzwłocznie zaproponował mi z uprzejmymgestem, ocierając przy tym brzeg kufla rękawem.

- O, tak, madam - zapewnił mnie. - Pani Bug zadbała o moje potrzeby.

By nie wydać się nieuprzejmą, przyjęłam piwo, które poszło mi całkiemgładko, prawdę powiedziawszy. Jamie spieszył się przez całą drogę, pozatym byliśmy w siodle od świtu, z krótkim tylko postojem na posiłekw połowie dnia.

- To doskonały trunek - oznajmił major i uśmiechnął się, gdy wziąwszy łyk piwa, odetchnęłam z półprzymkniętymi oczami. - Sama jepani warzyła?

Potrząsnęłam głową i pociągnęłam jeszcze jeden łyk, nim zwróciłammu kufel.

- Nie, Lizzie. Lizzie Wemyss.

- Ach tak, pani służąca kontraktowa; oczywiście. Zechce jej pani przekazać moje wyrazy uznania?

- Nie ma jej tutaj? - spytałam i zerknęłam zdziwiona w stronę otwartych drzwi za jego plecami. Mogłabym się spodziewać, że o tej porzednia Lizzie będzie w kuchni szykować kolację; z pewnością powinnausłyszeć, że wróciliśmy, i wyjść nam na powitanie. Nie czułam zapachujedzenia, co zauważyłam dopiero teraz. Nie wiedziała oczywiście, kiedyma się nas spodziewać, ale mimo wszystko...

- Hm, nie. Jest... - Major zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć,a ja zastanawiałam się, ile było w kuflu piwa, zanim się do niego zabrał;pozostało go zaledwie na dnie. - Ach, już wiem. Poszła do McGillivrayówze swoim ojcem, jak wyjaśniła pani Bug. Odwiedzić narzeczonego, jakprzypuszczam?

- Tak, jest zaręczona z Manfredem McGillivrayem. Ale pani Bug...

- ...jest w spiżarni - dokończył, wskazując małą szopę na wzgórzu. -Poszła chyba po ser. Była niezwykle uprzejma i zaproponowała mi omletna kolację.

- Ach...

Odprężyłam się odrobinę, kurz przebytej drogi znikał wraz z piwem.Było wspaniale wrócić do domu, choć wspomnienie spalonej chaty mąciłobłogie uczucie spokoju.

Przypuszczałam, że pani Bug powiedziała mu o naszej wyprawie, alenie wspomniał o niej ani słowem - ani o tym, co sprowadziło go doRidge. To oczywiste; sprawa musiała zaczekać do chwili pojawienia sięJamiego. Tak nakazywał obyczaj. Ja tymczasem, jako kobieta, miałamprzyjmować oznaki nienagannej uprzejmości i wysłuchiwać towarzyskichplotek.

Dawałam sobie z tym radę, ale wpierw musiałam się przygotować; niemiałam do tego talentu.

- Och... widzę, że pańskie relacje z moim kotem poprawiły się nieco -rzuciłam na próbę i zerknęłam odruchowo na jego głowę, ale okazało się,że peruka została fachowo naprawiona.

- Uważam, że to ogólnie przyjęta zasada w polityce - oznajmił, przesuwając palcami po gęstym srebrnym futrze na brzuchu Adso. - Trzymajprzyjaciół blisko siebie, ale wrogów jeszcze bliżej.

- Bardzo rozsądnie - zauważyłam z uśmiechem. - Mam nadzieję, żenie czekał pan długo.

Wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że to nieważne - co zresztąbyło prawdą. Góry miały swój własny rytm czasu, a mądry człowiek niestarał się ich poganiać. MacDonald był doświadczonym żołnierzem i obytym w świecie - ale urodził się w Pitlochry, dostatecznie blisko szkockichszczytów, by znać ich charakter.

- Przyjechałem dziś rano - wyjaśnił. - Z New Bern.

W mojej głowie odezwał się dzwonek ostrzegawczy. Podróż z NewBern musiała mu zabrać dziesięć dni, jeśli jechał prosto stamtąd, a jegopomięty i poplamiony błotem mundur na to wskazywał.

To właśnie New Bern wybrał sobie na siedzibę nowy gubernator kolonii, Josiah Martin. A ponieważ MacDonald powiedział "z New Bern",nie wspominając o jakimś postoju w podróży, mogłam przyjąć bez obawyo pomyłkę, że cokolwiek skłoniło go do tej wizyty, miało swoje źródłowłaśnie w tym mieście. Gubernatorów traktowałam z rezerwą.

Zerknęłam w stronę ścieżki prowadzącej na padok, ale Jamiego niebyło jeszcze widać. W przeciwieństwie do pani Bug, która wyłoniła się zespiżarni; pomachałam jej, ona zaś odpowiedziała mi radośnie, choć powitanie utrudniało jej wiaderko mleka w jednej dłoni, ceberek jajek w drugiej, gliniany garnek z masłem pod pachą i wielki kawał sera przytrzymywany brodą. Z powodzeniem pokonała stromiznę i zniknęła za tylnymnarożnikiem domu, kierując się w stronę kuchni.

- Rzeczywiście, omlety dla wszystkich - zauważyłam, znów zwracającsię do majora. - Przejeżdżał pan przypadkiem przez Cross Creek?

- Owszem, madam. Ciotka pani męża przesyła pozdrowienia, a takżesporo książek i gazet, które ze sobą przywiozłem.

W tych dniach gazety też traktowałam z nieufnością - choć wydarzenia, z rodzaju tych, jakie relacjonowały, z pewnością miały miejscekilka tygodni albo nawet miesięcy wcześniej. Zaczęłam jednak bąkać cośżyczliwie, pragnąc, by Jamie się pospieszył i bym mogła przeprosići odejść. Włosy cuchnęły mi spalenizną, a dłonie wciąż pamiętały dotykzimnego ciała; marzyłam o kąpieli.

- Przepraszam? - Nie dosłyszałam czegoś, co powiedział MacDonald.Nachylił się uprzejmie, żeby powtórzyć, po czym cofnął się gwałtowniez wybałuszonymi oczami.

- Cholerny kot!

Adso, który cały czas stanowił doskonałą imitację wiotkiej ścierki, poderwał się gwałtownie na kolanach majora; oczy mu błyszczały, ogon sterczałjak wycior do butelek. Zasyczał niczym czajnik i wbił z całej siły pazuryw uda MacDonalda. Nim zdążyłam zareagować, przeskoczył majorowiprzez ramię i dał susa w okno gabinetu za jego plecami, rozdzierając muprzy tym kryzę i przekrzywiając perukę.

MacDonald klął jak szewc, ale nie zwracałam na niego uwagi. Ścieżkąw stronę domu biegł Rollo, wilkowaty i złowieszczy w świetle zmierzchu,ale jego zachowanie było tak dziwne, że odruchowo wstałam.

Pies zbliżył się do domu, obrócił raz czy dwa, jakby nie mógł się zdecydować, co dalej, po czym pobiegł z powrotem w stronę lasu, ale zawracał co chwila, popiskując niespokojnie. Opuszczony ogon chodził nerwowo tam i z powrotem.

- Jezu Chryste - powiedziałam. - Coś się stało!

Zbiegłam ze schodów i ruszyłam ścieżką, ledwie słysząc za swoimiplecami przekleństwa majora.

Znalazłam Iana w odległości kilkuset metrów, był przytomny, ale otumaniony. Siedział na ziemi z zamkniętymi oczami, trzymając się obiemadłońmi za głowę, jakby chciał chronić czaszkę. Gdy uklękłam obok niego,uniósł powieki i obdarzył mnie półprzytomnym uśmiechem.

- Ciociu - powiedział chrapliwie. Wydawało się, że pragnie coś jeszczedodać, ale nie bardzo wie co; rozchylił usta, przesuwając językiem powargach.

- Spójrz na mnie, Ian - poprosiłam, siląc się na spokój. Posłuchał -uznałam to za pozytywny objaw. Było ciemno, nie mogłam się zorientować, czy źrenice ma nienaturalnie rozszerzone, ale nawet w cieniu rzucanym przez sosny dostrzegłam bladość jego twarzy i ciemne plamy krwina koszuli.

Za plecami, na ścieżce, usłyszałam pospieszne kroki; był to Jamie, tużza nim zauważyłam MacDonalda.

- Jak się czujesz, chłopcze?

Jamie chwycił młodzieńca za ramię, Ian zaś nachylił się nieznacznie kuniemu, potem opuścił ręce, zamknął oczy i osunął się z westchnieniemw objęcia mojego męża.

- Źle z nim? - spytał niespokojnie Jamie, patrząc ponad barkiem Ianai podtrzymując go, podczas gdy ja sprawdzałam pospiesznie obrażenia.Koszulę na plecach miał oblepioną krwią - ale zaschniętą. Warkoczyk napotylicy był od niej sztywny; szybko znalazłam ranę na głowie.

- Chyba nie. Coś uderzyło go mocno w głowę i zdarło mu kawałekskóry, ale...

- Czy to był tomahawk? Jak myślisz?

MacDonald nachylił się nad nami, patrząc z uwagą.

- Nie - odparł cichym głosem Ian, przyciskając twarz do koszuli Jamiego. - Kula.

- Odejdź, psie - rzucił Jamie pospiesznie pod adresem Rolla, którywcisnął Ianowi nos w ucho, wywołując tym jęk bólu u swego pana.

- Będę musiała obejrzeć to przy świetle, ale nie jest chyba tak źle - zauważyłam, przyglądając się ranie. - Zdołał jakoś przejść kawał drogi.Zaprowadźmy go do domu.

Obaj mężczyźni, na zmianę, pomagali mu iść, wspierając go na swoich ramionach; po niespełna dziesięciu minutach położyli go twarzą dodołu na stole w moim gabinecie. Zaczął relacjonować urywanymi zdaniami, co mu się przytrafiło. Jęczał cicho z bólu, gdy czyściłam ranę,obcinałam strąki zlepionych włosów i zakładałam kilka szwów na skórze głowy.

- Myślałem, że mnie zabili - powiedział Ian i wciągnął z sykiem powietrze przez zaciśnięte zęby; przeciągałam właśnie szorstką nić przez poszarpane skrawki ciała na obrzeżach rany. - Chryste, ciociu Claire! Ocknąłem się rano i mimo wszystko żyłem, choć wydawało mi się, że głowęmam rozłupaną i że mózg wycieka mi na kark.

- Niewiele brakowało - mruknęłam, skupiając się na swojej robocie. -Ale nie wydaje mi się, żeby to była kula.

Wszyscy natężyli uwagę.

- Nie jestem postrzelony? - spytał Ian z nieznacznym rozczarowaniemw głosie. Jego wielka dłoń powędrowała ku potylicy, ale trzepnęłam jąlekko, odsuwając na bok.

- Nie ruszaj się. Nie, nie jesteś postrzelony, nic z tego. W ranie byłosporo brudu, a także kawałki drewna i kory. Przypuszczam, że strzałstrącił jakąś uschniętą gałąź z drzewa, a ta, spadając, uderzyła cięw głowę.

- Jest pani pewna, że nie był to tomahawk? - Major także wydawałsię rozczarowany.

Zawiązałam ostatni szew i przycięłam nitkę, potrząsając głową.

- Nie przypominam sobie, bym widziała kiedykolwiek ranę zadanątomahawkiem, ale ta chyba wygląda inaczej. Jest poszarpana na brzegach,a skóra mocno rozdarta, nie sądzę jednak, by kość była naruszona.

- Chłopak powiedział, że było ciemno, choć oko wykol - zauważyłlogicznie Jamie. - Żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie rzucałbyw lesie tomahawkiem na chybił trafił, i to w nocy.

Cały czas przyświecał mi lampą spirytusową; teraz przysunął się bliżej,mogliśmy więc dostrzec nie tylko linię szwów, ale także rozległy siniak,który odsłoniłam, wycinając mu włosy.

- Widzicie? - Palec Jamiego odsunął ostrożnie kosmyki, wskazując głębokie zdrapania na fioletowej skórze. - Twoja ciotka ma rację, Ian. Zostałeśzaatakowany przez drzewo.

Ian uniósł jedną powiekę.

- Mówił ci ktoś kiedyś, jaki z ciebie dowcipniś, wuju Jamie?

- Nie.

Ian zamknął oko.

- Słusznie, bo nie nadzwyczajny.

Jamie uśmiechnął się i ścisnął Iana za ramię.

- Widzi, że nie jest z tobą tak źle, prawda?

- Nie.

- No cóż. Tak czy owak, chłopak natknął się na jakąś szajkę bandycką -wtrącił major. - Nie wydaje ci się, że mogli to być Indianie?

- Nie - ponownie zaprzeczył Ian, ale tym razem otworzył oko dokońca. Było przekrwione. - To nie byli Indianie.

MacDonald nie wyglądał na zadowolonego z odpowiedzi.

- Skąd ta pewność, chłopcze? - spytał dość ostrym tonem. - Jeśli byłociemno, jak mówisz...

Zauważyłam, że Jamie popatrzył zdziwiony na majora, ale się nie odezwał. Ian zajęczał cicho, potem westchnął i odparł:

- Czułem ich zapach. - I dodał niemal natychmiast: - Chyba będę rzygał.

Uniósł się na jednym łokciu i zrobił to, co zapowiedział, kładąc kreswszelkim pytaniom, jakie mogły się jeszcze pojawić; Jamie zaprowadziłmajora do kuchni, a ja zostałam, by zająć się chłopakiem i ułożyć go jaknajwygodniej.

- Możesz otworzyć oboje oczu? - spytałam, każąc mu najpierw otulićsię kocem i położyć na boku z poduszką pod głową.

Wykonał moje polecenie, mrugając pod wpływem światła. Mały niebieski płomień lampy spirytusowej odbił się w jego ciemnych oczach, aleźrenice skurczyły się natychmiast - i jednocześnie.

- Doskonale - oznajmiłam, odstawiając lampę na stół. - Zostaw, piesku -zwróciłam się do Rolla, który poruszał nosem, wyczuwając dziwny zapachpłomienia, rezultat spalania kiepskiej brandy i terpentyny. - Chwyć mnieza palce, Ianie.

Wysunęłam palce wskazujące, a on oplatał powoli każdy z nich swoimidużymi, kościstymi dłońmi. Zbadałam go na okoliczność uszkodzeń neurologicznych, każąc mu ściskać, ciągnąć i odpychać moje palce, wreszcieosłuchałam mu serce, które uderzało spokojnym, pewnym rytmem.

- Lekkie wstrząśnienie mózgu - orzekłam z uśmiechem, prostując się.

- Och, tak? - spytał i spojrzał na mnie z ukosa.

- To znaczy, że będziesz cierpiał na ból głowy i mdłości. Za parę dnipoczujesz się lepiej.

- Sam mogłem ci to powiedzieć - mruknął, kładąc się wygodnie.

- Pewnie - zgodziłam się. - Ale "wstrząśnienie mózgu" brzmi poważniej niż "pęknięta głowa", prawda?

Nie roześmiał się, tylko skrzywił leciutko usta.

- Nakarmisz Rolla, ciociu? Nie odstąpił mnie w drodze ani na chwilę;pewnie jest głodny.

Rollo podniósł uszy na dźwięk swojego imienia i wsunął pysk w uniesioną dłoń Iana, popiskując cicho.

- Nic mu nie jest. Wydobrzeje - zapewniłam psa i zwróciłam się doIana. - Oczywiście, że go nakarmię. Dasz radę przełknąć odrobinę chlebaz mlekiem?

- Nie - odparł zdecydowanie. - Może naparstek whisky?

- Nie - powiedziałam równie zdecydowanie i zgasiłam lampę.

- Ciociu - rzucił za mną, kiedy odwróciłam się do drzwi.

- Tak?

Zostawiłam zapaloną świeczkę, żeby miał trochę światła; w rozedrganym żółtym blasku wyglądał młodzieńczo i blado.

- Jak myślisz, dlaczego major MacDonald upierał się, że spotkałemw lesie Indian?

- Nie mam pojęcia. Ale Jamie chyba wie. Albo już zdążył się dowiedzieć.

4. Wąż w Edenie

Brianna pchnęła drzwi swojej chaty, nasłuchując z uwagą chrobotaniagryzoni albo suchego szelestu łusek na podłodze. Zdarzyło się już, żeweszła do środka i stanęła kilka cali od małego grzechotnika; choć wążbył równie przestraszony jak ona i wpełzł w szaleńczym pośpiechu między kamienne płyty paleniska, dobrze zapamiętała tę lekcję.

Tym razem nie było szmeru czmychających myszy czy nornic, ale buszowało tu coś dużego; stworzenie zdążyło już sobie pójść, przeciskającsię przez naoliwioną skórę wiszącą w oknie. Słońce właśnie zachodziło,ale było jeszcze dostatecznie jasno, by mogła dojrzeć wyplatany kosz,w którym trzymała palone orzeszki ziemne, teraz zrzucony z półki napodłogę, a jego zawartość rozsypaną i przetrzebioną; wszędzie walały sięłupiny.

Znieruchomiała nagle na głośny dźwięk szurania i zaczęła nasłuchiwać.Po chwili znów się rozległ, po czym dał się słyszeć huk czegoś spadającego, po drugiej stronie ściany.

- Ty mały draniu! - zawołała. - Jesteś w mojej spiżarni!

Pałając słusznym oburzeniem, chwyciła miotłę i ruszyła z upiornymkrzykiem do przybudówki. Potężny szop, przeżuwający bezgłośnie wędzonego pstrąga, porzucił na jej widok swój łup, czmychnął między jejnogami i zwiał niczym tłusty bankier przed wierzycielami, wydając przytym głośne pomruki przerażenia.

Czując pulsowanie adrenaliny, odłożyła miotłę i schyliła się, by ocalićresztki z pobojowiska. Zaklęła pod nosem. Szopy nie dokonywały takichzniszczeń jak wiewiórki, które potrafiły gryźć wszystko i rozrywać z bezlitosnym zapamiętaniem - ale miały większy apetyt.

Bóg jeden wie, jak długo tu siedział, pomyślała. Dostatecznie długo, bywylizać całe masło z formy, ściągnąć spod belek sufitowych wiązkę wędzonych ryb - swoją drogą, jak to tłuste stworzenie zdołało dokonać takakrobatycznego wyczynu... Na szczęście miód był przechowywanyw trzech osobnych słojach i tylko jeden został naruszony. Korzenie wylądowały jednak na podłodze, świeży ser został w większości pochłonięty,a cenny dzban z syropem klonowym leżał przewrócony, jego zawartośćzaś zmieniła się w lepką kałużę brudu. Widok tej klęski rozgniewał ją nanowo; tak mocno ścisnęła pomidora, którego właśnie podniosła z podłogi,że jej paznokcie przebiły skórkę.

- Cholerna, cholerna, przeklęta, potworna, cholerna bestia!

- Kto? - spytał jakiś głos za jej plecami. Przerażona, odwróciła się napięcie i cisnęła pomidorem w intruza, którym okazał się Roger. Ugodzonyw środek czoła, zatoczył się do tyłu i chwycił za framugę drzwi.

- Auu! Chryste! Co się tu, u diabła, dzieje?

- Szop - wyjaśniła krótko i cofnęła się; gasnące światło dnia dobyłoz mroku obraz zniszczenia.

- Dobrał się do syropu klonowego? Cholera! Złapałaś drania?

Przyciskając dłoń do czoła, Roger zanurkował, pochylony, do spiżarnii zaczął się rozglądać za kosmatymi stworami.

Widząc, że mąż ją rozumie i podziela jej oburzenie, Brianna ochłonęłanieco.

- Nie - odparła. - Uciekł. Krwawisz? I gdzie jest Jem?

- Chyba nie - powiedział, odejmując ostrożnie dłoń od czoła, a potemprzyglądając się jej z uwagą. - Boże, masz celne oko, dziewczyno. Jemjest u McGillivrayów. Lizzie i pan Wemyss zabrali go na zaręczyny Sengi.

- Naprawdę? Kogo wybrała?

Złość i wyrzuty sumienia zniknęły momentalnie w przypływie ciekawości. Ute McGillivray z niemiecką dokładnością wybierała starannie partie dlaswych dzieci, to znaczy syna i trzech córek, kierując się własnymi zasadami -ziemia, pieniądze i szacunek liczyły się najbardziej, natomiast wiek, wyglądi powab zajmowały odległe miejsca na liście wymagań. Trudno się dziwić, żejej dzieci miały inne zdanie, ale siła osobowości Frau Ute była tak wielka, żezarówno Inga, jak i Hilda poślubiły mężczyzn, których zaaprobowała.

Senga była jednak nieodrodną córką swej matki - odznaczała się podobnie zdecydowanymi przekonaniami, które wyrażała bez żadnych zahamowań. Od miesięcy krążyła między dwoma zalotnikami: HeinrichemStrasse, dziarskim, ale biednym młodym człowiekiem - luteraninem! -z Bethanii, a Ronniem Sinclairem, bednarzem, zamożnym jak na warunkiw Ridge. Ronnie był o trzydzieści lat starszy od Sengi, co w przekonaniuFrau Ute nie stanowiło żadnej przeszkody.

Sprawa małżeństwa Sengi McGillivray już od kilku miesięcy była w Ridgeprzedmiotem ożywionych spekulacji, a Brianna wiedziała nawet o kilkuwysokich zakładach co do wyniku końcowego.

- Kto więc jest szczęśliwym wybrańcem? - powtórzyła.

- Pani Bug nie wie i bardzo ją to złości - odparł Roger, uśmiechającsię. - Manfred McGillivray przyjechał po Wemyssów wczoraj rano, alepani Bug nie zdążyła przedtem zajrzeć do wielkiego domu; Lizzie zostawiła karteczkę na drzwiach kuchennych, żeby było wiadomo, dokądsię udali - ale nie wspomniała, kto jest szczęśliwym narzeczonym.

Brianna spojrzała na zachodzące słońce; jego tarcza już zniknęła, choćrozjarzony blask, który przenikał konary kasztanowców, wciąż oświetlałpodwórko, a wiosenna trawa miała głęboką i miękką barwę jak szmaragdowy atłas.

- Chyba będziemy musieli poczekać do jutra, żeby się dowiedzieć - powiedziała z pewnym żalem. Domostwo McGillivrayów znajdowało sięw odległości kilku mil; zanimby tam dotarli, zapadłby mrok, a nawet pookresie roztopów nikt nie wędrował po górach bez konkretnego powodu- trudno było za taki uznać zwykłą ciekawość.

- Pewnie. Chcesz iść do wielkiego domu na kolację? Przyjechał majorMacDonald.

- Ach, ten.

Zastanawiała się przez chwilę. Chciała posłuchać nowin, jakie zapewneprzywiózł oficer - perspektywa kolacji przyrządzonej przez panią Bugteż była kusząca. Z drugiej jednak strony nie miała wielkiej ochoty naspotkania towarzyskie po trzech ponurych dniach, długiej jeździe na koniu i spustoszeniu jej spiżarni.

Uświadomiła sobie, że Roger nie powiedział, czy on chce. Opierającrękę o półkę z coraz mniejszym zapasem zimowych jabłek, bawił siębezwiednie owocem - jego palec wskazujący gładził leniwie żółtą krągłość. Wyczuwała w nim znajomą wibrację, która sugerowała, że takiwieczór w domu - bez rodziców, znajomych, dziecka - ma swoje dobrestrony.

Uśmiechnęła się do męża.

- Jak twoja nieszczęsna głowa?

Zerknął na nią przelotnie, a gasnące promienie słońca prześliznęły siępo grzbiecie jego nosa i skrzesały zieloną iskierkę w oku. Odchrząknął.

- Możesz ją chyb a pocałować - zaproponował nieśmiało. - Jeśli chcesz.

Wspięła się posłusznie na palce i zrobiła to delikatnie, odgarniając muz czoła gęste czarne włosy. Wyczuła sporego guza, który nie zdążył jeszczeposinieć.

- Lepiej?

- Nie bardzo. Spróbuj jeszcze raz. Może odrobinę niżej?

Jego dłonie spoczęły na krągłości jej bioder i przyciągnęły ją bliżej.Była niemal tak wysoka jak on; już wcześniej dostrzegła korzyści płynącez odpowiedniego doboru fizycznego, ale świadomość tego faktu uderzyłają z nową siłą; poruszyła się nieznacznie, czerpiąc z tego przyjemność,Roger zaś odetchnął głęboko.

- Nie dość nisko - powiedział. - Jeszcze trochę.

- Grymaśny jesteś - zauważyła ze zrozumieniem i pocałowała gow usta. Wargi miał ciepłe, ale przywarła do niego woń gorzkich popiołów i mokrej ziemi - tak jak i do niej; wzdrygnęła się leciutkoi cofnęła.

Nie zdejmując dłoni z jej pleców, wychylił się i przejechał placemwzdłuż półki, gdzie przewrócił się dzban z syropem klonowym. Potemprzesunął palcem po jej wardze i swojej, wreszcie się schylił i pocałowałją. Oboje poczuli, jak wzbiera w nich słodycz.

* * *

- Nie pamiętam, ile czasu upłynęło od chwili, kiedy widziałem cię nagą.

Zamknęła jedno oko i spojrzała na niego sceptycznie.

- Około trzech dni. Coś mi się zdaje, że nie uznałeś tego za godnezapamiętania.

Z wielką ulgą pozbyła się ubrania, które miała na sobie trzy dni i trzynoce. Nawet jednak obnażona, po szybkiej kąpieli, czuła zapach kurzuwe włosach i piasek drogi między palcami stóp.

- Och, nie o to mi chodziło. Po prostu już dawno nie kochaliśmy sięza dnia. - Leżał na boku, twarzą do niej, i uśmiechał się, przesuwającdelikatnie dłonią po głębokim łuku jej talii i krągłości pośladków. - Niemasz pojęcia, jak cudownie wyglądasz, całkiem naga, na tle słońca. Caław złocie, jakbyś była w nim zanurzona.

Przymknął oko, ona zaś pomyślała, że jej widok go oślepia. Poruszyłasię, a słońce zaświeciło mu w twarz; jego źrenica błysnęła w ułamkusekundy niczym szmaragd, nim zdążył przymknąć powiekę.

- Hmm. - Wysunęła leniwie dłoń i przyciągnęła jego głowę, by go pocałować.

Wiedziała, o co mu chodzi. To było dziwne - prawie nieprzyzwoitew jakiś przyjemny sposób. Najczęściej kochali się nocą, kiedy Jem już zasnął;szeptali do siebie w cieniach rzucanych przez ogień, odnajdywali się w szeleszczących, sekretnych warstwach kołder i koszul nocnych. I choć Jemspał nieodmiennie jak kamień, zawsze byli świadomi oddychającego wzgórka na łóżku tuż obok.

I teraz, pod nieobecność synka, też go wyczuwała. To było dziwne -przebywać z dala od chłopca, nie myśleć bezustannie o tym, gdzie akuratjest, nie czuć, że jego ciało to małe, ruchliwe przedłużenie jej własnejistoty. Ta swoboda wydawała się oszałamiająca, ale jednocześnie rodziław niej niepokój, jakby zagubiło się coś cennego.

Zostawili drzwi otwarte, by pełniej cieszyć się dotykiem światła i powietrza na swej skórze. Słońce jednak zdążyło już niemal zniknąć i choćotoczenie skąpane było w barwie miodu, przenikał je cień zimna.

Nagły powiew wiatru poruszył kawałkiem skóry zawieszonej w okniei przemknął po izbie, zatrzaskując drzwi i pogrążając ich w niespodziewanej ciemności.

Brianna westchnęła głośno. Roger mruknął zaskoczony, zsunął się z łóżka i ruszył w stronę drzwi. Otworzył je na oścież, ona zaś zachłysnęła sięstrumieniem powietrza i wieczornego blasku, uświadamiając sobie dopieroteraz, że wstrzymała oddech, gdy zapadła ciemność; miała wrażenie, żeznalazła się w grobie.

Zdawało się, że Roger odczuwa to samo. Stał na progu, opierając sięo framugę, a wiatr szarpał ciemnymi, kręconymi włosami na jego ciele.Wciąż miał zawiązany z tyłu głowy kucyk; dotąd go nie rozplątał, a onapoczuła nagłą chęć, by podejść do niego, rozsupłać skórzany rzemyki pogładzić palcami miękką, lśniącą czerń, dziedzictwo po jakimś Hiszpanie z zamierzchłych czasów, którego statek rozbił się na celtyckim wybrzeżu.

Wstała i zrobiła to, jeszcze nim podjęła świadomą decyzję, wyczesującprzy okazji palcami żółte bazie i maleńkie gałązki z jego kosmyków. Zadrżał od jej dotyku albo wiatru, ale jego ciało było ciepłe.

- Jesteś opalony jak farmer - zauważyła, zdejmując mu włosek z szyi,i pocałowała twardą nasadę karku.

- Pewnie. A czy nie jestem farmerem?

Jego skóra drgnęła pod jej wargami. Twarz, szyja i przedramiona zbladły podczas zimy, ale wciąż były ciemniejsze niż ciało na plecach i barkach -wokół talii też utrzymywała się niewyraźna linia, oddzielając jasną barwętorsu od uderzającej bladości bioder.

Ujęła w dłonie jego pośladki, czerpiąc radość z ich wysokiej, krągłejtwardości, a on odetchnął głęboko, wyginając się odrobinę do tyłu; przylgnęła piersiami do jego pleców i wsparła brodę na ramieniu, by wyjrzećna zewnątrz.

Wciąż było jasno, ale dzień już zamierał. Ostatnie długie promienietonącego słońca przebijały się przez konary kasztanowców, a miękka wiosenna zieleń ich liści płonęła zimnym ogniem, oślepiająca ponad corazdłuższymi cieniami. Zapadł niemal wieczór, ale była wiosna; wciąż odzywały się ptaki, gawędząc i oddając się zalotom. Z pobliskiego lasu dobiegał śpiew drozda, składanka tryli, płynnych pasaży i dziwnych krzyków; Brianna pomyślała, że drozd musiał pobierać nauki u kota jej matki.

Powietrze zaczęło szczypać, poczuła na ramionach i udach gęsią skórkę - ale ciało Rogera, do którego się przytulała, było bardzo ciepłe. Objęłago w pasie, przesuwając leniwie palcami dłoni po gęstych i kręconychwłosach na brzuchu.

- Na co patrzysz? - spytała cicho, ponieważ jego wzrok skierowanybył ku przeciwległemu krańcowi podwórza, gdzie z lasu wyłaniał siętrakt, tonąc w cieniu rzucanym przez sosny. Nikogo tam nie dostrzegła.

- Wypatruję węża niosącego jabłka - odparł i roześmiał się, a potemodchrząknął. - Jesteś głodna, Ewo?

Opuścił dłoń, by mogli spleść palce.

- Odrobinę. A ty?

Musiał być wygłodzony; zjedli tylko coś pospiesznie w drodze.

- Tak, ale... - zawahał się, mocniej ściskając jej dłoń. - Pomyślisz pewnie, że zwariowałem, ale... czy miałabyś coś przeciwko temu, gdybymposzedł wieczorem po małego, zamiast czekać do rana? Czułbym się lepiej,gdyby już tu był.

Odpowiedziała mu uściskiem dłoni, podniesiona nagle na duchu.

- Pójdziemy razem. Wspaniały pomysł.

- Może i tak, ale pamiętaj, że do McGillivrayów jest prawie pięć mil.Zanim tam dotrzemy, zapadnie noc.

Uśmiechał się jednak, a jego ciało musnęło jej piersi, gdy odwrócił się doniej. Coś poruszyło się tuż przed jej twarzą i Brianna cofnęła się gwałtownie. Maleńka gąsienica, zielona jak liście, którymi się żywiła, ruchliwa na tlejego ciemnych włosów, zwinęła się w literę S, na próżno szukając kryjówki.

- Co? - Roger spojrzał z ukosa, by dostrzec to, na co patrzyła Brianna.

- Znalazłam twojego węża. Przypuszczam, że i on szuka jabłka.

Podstawiła gąsienicy palec, wyszła na zewnątrz i przykucnęła, by robakmógł wpełznąć na źdźbło trawy, tak jaskrawozielone jak on. Ale trawabyła już skąpana w cieniu. Słońce zaszło w okamgnieniu za horyzontem,a las stracił wszelkie barwy życia.

Brianna poczuła w nozdrzach woń dymu; płynęła z komina w wielkimdomu, ale zapach spalenizny ścisnął jej gardło. Nagle niepokój się nasilił.Światło gasło, nadchodziła noc. Drozd umilkł, a las wydawał się tajemniczy i groźny.

Wyprostowała się i przesunęła dłonią po włosach.

- W takim razie chodźmy.

- Nie chcesz przedtem zjeść kolacji? - Roger popatrzył na nią zaskoczony, trzymając spodnie w dłoniach.

Potrząsnęła głową; po jej nogach wspinał się chłód.

- Nie. Ruszajmy.

Zdawało się, że nic nie ma znaczenia, że najważniejsze to odzyskaćJema i znów być razem jak prawdziwa rodzina.

- W porządku - zgodził się Roger, wciąż patrząc na nią uważnie. - Alechyba najpierw powinnaś przysłonić się listkiem figowym. Na wypadekgdybyśmy spotkali po drodze anioła z ognistym mieczem.

5. Cienie, które rzuca ogień

Pozostawiłam Iana i Rolla na łasce dobrotliwości pani Bug - niechbyspróbował jej powiedzieć, że nie chce chleba i mleka - a sama zasiadłamdo spóźnionej kolacji: gorącego, świeżego omleta, w którym krył się nietylko ser, ale i kawałki solonego bekonu, szparagi i grzyby, wszystko przyprawione młodą cebulką.

Jamie i major skończyli już swój posiłek i teraz siedzieli przy kominku,otoczeni towarzyską wiązką dymu z glinianej fajki oficera. NajwidoczniejJamie opowiedział właśnie ponurą tragedię, gdyż MacDonald marszczyłczoło i potrząsał ze współczuciem głową.

- Biedacy! Uważa pan, że zrobili to bandyci, którzy napadli pańskiegosiostrzeńca?

- Owszem - odparł Jamie. - Wolałbym nie myśleć, że po górach włócząsię dwie takie bandy. - Zerknął w stronę okna zamkniętego starannie przednocą, a ja zauważyłam nagle, że zdjął znad kominka swoją dubeltówkęi machinalnie czyści naoliwioną szmatką pozbawioną muszki lufę. - Mamrozumieć, a charaid, że słyszał pan o podobnych zdarzeniach?

- O trzech. Co najmniej.

Fajka majora przygasała, więc zaciągnął się mocno; tytoń w główcerozjarzył się i błysnął czerwienią.

Zastygłam z kawałkiem grzyba w ustach, poruszona niespodziewaną myślą. Do tej chwili nie przyszło mi do głowy, że jakaś tajemnicza banda uzbrojonych mężczyzn grasuje swobodnie i napada na przypadkowe domostwa.

Najwidoczniej jednak przyszło to do głowy Jamiemu; wstał, zawiesiłstrzelbę z powrotem na hakach, dotknął dla pewności wiszącego wyżejkarabinu, potem zbliżył się do szafki, gdzie trzymał broń krótką i kasetęz dwoma eleganckimi pistoletami do pojedynków.

MacDonald przyglądał mu się z uznaniem, wydmuchując chmury miękkiego niebieskiego dymu, podczas gdy Jamie wykładał metodycznie broń,ładownicę, formy do kul, wyciory, szmatki i pozostałe rekwizyty osobistegouzbrojenia.

- Ohoho - mruknął major, wskazując głową jeden z pistoletów, zgrabną broń o długiej lufie, kolbie pokrytej ślimacznicą i posrebrzanych częściach. - Bardzo ładny egzemplarz, pułkowniku.

Jamie, na dźwięk słowa "pułkownik", rzucił MacDonaldowi szybkiespojrzenie, ale odpowiedział spokojnie:

- Och, to piękna sztuka. Ale jest celna tylko na jakieś dwa kroki. Nagroda w wyścigu konnym - dodał niedbale, by MacDonald nie wziął goza głupca, który zapłacił dużą sumę za taką zabawkę. Sprawdził jednakzamek skałkowy, a potem odłożył pistolet na bok.

- Gdzie zdarzyły się te napady? - spytał od niechcenia, sięgając poformę do kul.

Znów zaczęłam przeżuwać jedzenie, ale spojrzałam pytająco na majora.

- Proszę pamiętać, że tylko o tym słyszałem - uprzedził MacDonald,wyjmując na chwilę fajkę z ust, by niemal natychmiast wsunąć ją międzywargi i pyknąć. - Dom niedaleko Salem, spalony do szczętu. Ludzie nazwiskiem Zinzer. Niemcy.

Pociągnął mocno z cybucha, aż zapadły mu się policzki.

- To było w lutym, pod koniec miesiąca - ciągnął. - Potem, trzymiesiące później, prom na rzece Yadkin, na północ od Woram's Landing;dom obrabowany, przewoźnik zabity. A ten trzeci... - urwał, pykającgwałtownie z fajki; zerknął na mnie, potem spojrzał na Jamiego.

- Mów, przyjacielu - zachęcił go po gaelicku Jamie. - Widziała więcejokropności niż pan.

Przytaknęłam, nabierając na widelec odrobinę jajka. Major zakaszlał.

- Ano cóż. Uczciwszy pani uszy, madam... znalazłem się akurat w...hmm... pewnym przybytku w Edenton...

- W burdelu? - wtrąciłam. - Ależ tak, majorze. Proszę mówić.

Co też uczynił pospiesznie, czerwieniąc się pod peruką.

- Och... mówiąc ściśle, miła pani, jedna z tamtejszych dziewcząt powiedziała mi, że została uprowadzona z domu przez bandytów, którzydokonali nagłego napadu w biały dzień. Mieszkała tylko ze starą babcią;zabili kobietę i spalili dom.

- Powiedziała, kto to zrobił? - spytał Jamie, który obrócił stołek w stronę paleniska i właśnie roztapiał ołów w chochli, żeby przelać go do formy.

- Mhm. - Rumieniec na policzkach majora się pogłębił, a dym zacząłdobywać się z fajki tak intensywnie, że z trudem dostrzegałam rysy jegotwarzy.

Jak się okazało - opowiadając, pokasływał często i kluczył - nie uwierzyłwówczas dziewczynie albo był zbyt zajęty korzystaniem z jej wdzięków,by zwracać uwagę na to, co mówi. Uznawszy to za jedną z historyjek,jakimi dziwki raczą klientów, by wzbudzić sympatię i zasłużyć na jeszczejedną szklaneczkę genevy, nie miał zamiaru wypytywać o szczegóły.

- Ale jak usłyszałem przypadkiem o innych podpaleniach... No cóż,drodzy państwo, miałem to szczęście, że gubernator powierzył mi, by siętak wyrazić, zadanie śledzenia wszelkich niepokojów na pograniczu. I pomyślałem sobie, że te wszystkie przypadki nie są być może takim zbiegiemokoliczności, na jaki wyglądają.

Wymieniliśmy z Jamiem szybkie spojrzenia, on wyraźnie rozbawiony,ja zrezygnowana. Jamie zawsze mnie zapewniał, że MacDonald - oficerkawalerii w dyspozycji dowództwa, który przetrwał jako najemnik - zdołanie tylko przeżyć odejście gubernatora Tryona, ale zapewnić sobie jakieśstanowisko w nowych władzach, właśnie teraz, gdy Tryon wyjechał, byobjąć wyższą funkcję gubernatora Nowego Jorku. "To pan losu, ten naszDonald" - powiedział.

Izbę zaczął wypełniać zapach gorącego ołowiu, mieszając się z dymemz fajki majora i tłumiąc swojską kuchenną woń pieczonego chleba, gotowanej strawy, suszonych ziół, proszku do szorowania i mydła ługowego.

Ołów topi się gwałtownie; w jednej sekundzie jakaś odkształcona kulaalb o wygięty guzik spoczywa w chochli, a w następnej znika, w jego miejscezaś pojawia się maleńka kałuża połyskującego niewyraźnie metalu. Jamieprzelał ostrożnie roztopiony metal do formy, odwracając twarz od oparów.

- Dlaczego myśli pan, że to Indianie?

- No cóż, tak powiedziała ta dziwka w Edenton. Twierdziła, że kilkuspośród tych, którzy spalili dom i uprowadzili ją, to byli czerwonoskórzy.Ale jak już wspominałem, w owym czasie nie przywiązywałem szczególnej wagi do jej słów.

Jamie wydał typowy dla Szkotów gardłowy dźwięk, co miało dowodzić,że przyjmuje informację do wiadomości z zastrzeżeniami.

- I kiedy to spotkał pan tę dziewczynę, Donaldzie, i usłyszał jej historię?

- Tuż przed Bożym Narodzeniem. - Major pogrzebał poplamionympalcem w główce fajki, nie podnosząc wzroku. - A kiedy bandyci napadlina jej dom? Nie powiedziała, ale myślę... chyba niewiele wcześniej. Wciążbyła jeszcze... całkiem, hmm... całkiem świeża.

Zakaszlał i uchwycił moje spojrzenie, wstrzymał oddech, znów zakaszlał, tym razem z wysiłkiem, czerwieniąc się na twarzy.

Jamie zacisnął usta i pochylił głowę; uderzeniem otworzył formę, bywrzucić do paleniska nowo uformowaną kulę.

Odłożyłam widelec; czułam, jak ulatniają się resztki mojego apetytu.

- Jak to się stało? - spytałam stanowczym tonem. - Jak ta młoda kobietatrafiła do burdelu?

- No cóż, sprzedano ją, madam. - MacDonald wciąż miał zarumienionepoliczki, ale panował już nad wyrazem twarzy i mógł teraz na mniespojrzeć. - Zbóje. Sprzedali ją handlarzowi na rzece, jak wyjaśniła, kilkadni po uprowadzeniu. Trzymał ją przez pewien czas na swojej łodzi, alepotem zjawił się jakiś człowiek w interesach, spodobała mu się, więc jąkupił... - urwał i wsunął fajkę w usta, zaciągając się mocno.

- Rozumiem.

Rozumiałam; kawałek omleta, który zdążyłam zjeść, zalegał mi małą twardąkulą w żołądku. "Jeszcze całkiem świeża". Jak długo to trwa? - zastanawiałamsię. Jak długo może przeżyć kobieta, przekazywana z rąk do rąk, z popękanych desek pokładu rzecznej łodzi wprost na podniszczony siennik w wynajętym pokoju, dostając tylko tyle, ile trzeba, by nie umrzeć? Całkiem możliwe,że burdel w Edenton wydał jej się jakimś rajem, gdy tam trafiła. Ta myśl niewzbudziła jednak we mnie żadnych cieplejszych uczuć wobec MacDonalda.

- Pamięta pan przynajmniej jej imię, majorze? - spytałam z lodowatąuprzejmością.

Wydało mi się, że usta Jamiego drgnęły, ale nie odrywałam wzroku odMacDonalda.

Wyjął fajkę z ust, wypuścił długi strumień dymu, a potem spojrzał miw twarz; oczy miał bladoniebieskie, spojrzenie bezpośrednie.

- Prawdę powiedziawszy, madam, nazywam je wszystkie "Polly" - wyznał. - To oszczędza kłopotu, rozumie pani.

Od odpowiedzi - czy czegoś gorszego - uwolniła mnie pani Bug, którawróciła właśnie z pustą miseczką.

- Chłopak zjadł i teraz śpi - oznajmiła.

Przeniosła ostre spojrzenie z mojej twarzy na talerz. Otworzyła usta,marszcząc czoło, ale w tej chwili zerknęła na Jamiego; wydawało się, żewydał jej jakieś bezgłośne polecenie, ponieważ nie odezwała się, tylkozabrała mój talerz z krótkim "uf!".

- Pani Bug - zwrócił się do niej cichym głosem Jamie. - Zechce paniteraz poprosić Archa, żeby tu przyszedł? A także Rogera Maca, jeśli niesprawi to pani zbyt wiele kłopotu?

Przesunęła wkoło spojrzeniem małych czarnych oczu; zmrużyła je, zatrzymując wzrok na majorze. Podejrzewała bez wątpienia, że jeśli coś sięświęci, kryje się za tym właśnie on.

- Dobrze - odparła i wyraźnie rozczarowana moim brakiem apetytuodłożyła naczynia i wyszła, zatrzaskując drzwi.

- Woram's Landing - zwrócił się Jamie do majora, podejmując rozmowę jakby nigdy nic. - I Salem. Jeśli to ci sami ludzie, to młody Ianspotkał ich w lesie, o dzień drogi stąd na zachód. To możliwe.

- Możliwe, że ci sami? Ano tak, to by się zgadzało.

- Jest wczesna wiosna - zauważył Jamie i spojrzał w okno; zapadła jużciemność, okiennice były zamknięte, ale do wnętrza przenikał zimny wiatri poruszał sznurkami, na których suszyłam grzyby - ciemne pomarszczonekształty kołysały się na tle drewnianej ściany niczym mali tancerze.

Wiedziałam, co ma na myśli. Zimą podłoże w górach było nie do przebycia; w wysoko położonych przełęczach wciąż zalegał śnieg, a niższepartie dopiero przed kilkoma tygodniami zaczęły się zazieleniać. Jeśli działała jakaś zorganizowana grupa rabunkowa, to dopiero teraz mogła zejśćna niziny, po długiej zimie spędzonej na pogórzu.

- Owszem - zgodził się MacDonald. - Chyba należałoby ostrzec ludzi.Ale może zanim zjawią się ci, po których pan posłał, sir... powinniśmypomówić o tym, co mnie tu sprowadza?

- Ach tak? - Jamie obserwował uważnie połyskliwy strumień ołowiu,który wlewał do formy. - Oczywiście, Donaldzie. Przypuszczałem, że nie fatygowałby się pan taki szmat drogi w jakiejś błahej sprawie. Cóż to takiego?

MacDonald uśmiechnął się niczym rekin; wreszcie doszliśmy do sedna.

- Dobrze pan sobie tutaj radzi, pułkowniku. Ile rodzin osiedliło siędotąd na pańskiej ziemi?

- Trzydzieści cztery - odparł Jamie. Nie podniósł wzroku, tylko wrzuciłkulę do popiołu.

- Może znajdzie się jeszcze trochę miejsca dla kilku następnych? - MacDonald wciąż się uśmiechał. Otaczały nas tysiące mil dzikiego pustkowia; nieliczne gospodarstwa na Fraser's Ridge to zaledwie początek - i mogły zniknąć jakdym. Pomyślałam o chacie Holendrów i zadrżałam. Wciąż czułam w głębigardła gorzką, duszącą woń spalonego ciała; nawet smak omletu jej nie stłumił.

- Być może - odparł spokojnie Jamie. - Nowi emigranci ze Szkocji, co?Aż zza Thurso?

Spojrzeliśmy na niego zdumieni.

- Skądże u diabła, już pan wie? - spytał MacDonald. - Sam usłyszałemo tym dopiero dziesięć dni temu!

- Spotkałem wczoraj pewnego człowieka we młynie - wyjaśnił Jamie,sięgając po chochlę. - Dżentelmena z Filadelfii, który zamierza zbieraćw górach rośliny. Przyjechał z Cross Creek i widział ich. - Drgnął mu kącikust. - Zdaje się, że narobili trochę zamieszania w Brunswicku i nie poczulisię mile widziani, więc ruszyli w górę rzeki na łodziach płaskodennych.

- Trochę zamieszania? Co takiego zrobili? - spytałam.

- Widzi pani, madam - zaczął wyjaśniać major - mnóstwo ludzi przypływa teraz ze Szkocji. Całe wioski upchnięte w ładowniach statków; a kiedyschodzą na ląd, wyglądają jak rozbitkowie. Na wybrzeżu nikt ich nieoczekuje, a miejscowi pokazują sobie tych nieszczęśników palcami i szydząz ich dziwacznego ubioru, prawie wszyscy wsiadają więc od razu na barkęalbo łódź i ruszają na Cape Fear. W Campbelton i Cross Creek żyją ludzie,z którymi mogą przynajmniej pogadać. - Uśmiechnął się do mnie szeroko i wytarł smugę brudu z kurtki munduru. - Dla ludzi w Brunswicku ciwychudzeni górale to niezwykły widok, i nic dziwnego, skoro wcześniejmieli do czynienia z tak cywilizowanymi Szkotami jak pani mąż i jego ciotka.

Wskazał głową Jamiego, który zrewanżował mu się nieznacznym ironicznym ukłonem.

- No cóż, względnie cywilizowanymi - mruknęłam. Nie miałam ochotywybaczyć mu tej dziwki w Edenton. - Ale...

- Jak słyszałem, ledwie mówią po angielsku - ciągnął pospiesznie major. - Zjawił się Farquard Campbell, żeby z nimi pomówić, i zabrał ich doCampbelton. Inaczej chyba wciąż kłębiliby się na nabrzeżu, nie mającpojęcia, co robić ani dokąd się udać.

- I co Campbell z nimi począł? - zainteresował się Jamie.

- Och, rozlokował ich wśród swoich znajomych w Campbelton, ale tokiepskie rozwiązanie na dłuższą metę, sam pan rozumie - wzruszył ramionami MacDonald.

Campbelton było niewielką osadą niedaleko Cross Creek, skupionąwokół dobrze prosperującego sklepu Farquarda Campbella, a okoliczneziemie były całkowicie zasiedlone - głównie przez Campbellów. Farquardmiał ośmioro dzieci, z których większość wstąpiła już w związki małżeńskie i odznaczała się taką samą płodnością jak ojciec.

- Oczywiście - zgodził się Jamie ostrożnie. - Ale oni pochodzą z północnego wybrzeża. To rybacy, Donaldzie, nie rolnicy.

- Owszem, ale będą musieli się zmienić, prawda? - MacDonald wskazałdrzwi i widoczny w dali las. - W Szkocji nie mają już niczego. Przyjechalitutaj i muszą to wykorzystać. Można się nauczyć uprawiania ziemi,to pewne.

Jamie nie wyglądał na przekonanego, ale major nie krył entuzjazmu.

- Widziałem, jak niejeden chłopak, rybak albo oracz staje się żołnierzemi mężczyzną, i mógłbym się założyć, że z panem też tak było. Uprawa niejest chyba trudniejsza od żołnierki?

Jamie, słysząc to, uśmiechnął się nieznacznie; porzucił ziemię, mającdziewiętnaście lat i przez następnych kilka, nim powrócił do Szkocji, walczył jako najemnik we Francji.

- No cóż, może to i prawda, Donaldzie. Ale rzecz w tym, że jak ktośjest żołnierzem, to słucha od świtu do nocy, co należy robić. A kto mapowiedzieć tym biedakom, z którego końca doi się krowę?

- Zapewne ty, jak się spodziewam - rzuciłam pod jego adresem i przeciągnęłam się, rozluźniając plecy zesztywniałe od długiej jazdy. Spojrzałamna MacDonalda. - W każdym razie przypuszczam, że do tego właśniepan zmierza, majorze.

- Pani urok ustępuje jedynie pani bystrości, madam - oświadczył MacDonald, kłaniając się szarmancko. - Owszem, w rzeczy samej. Wasi ludzieto górale i jednocześnie farmerzy; będą mogli dogadać się z tymi przybyszami w ich języku, pokazać, co i jak. Innymi słowy, pomóc im osiedlić się tutaj.

- Wielu ludzi w kolonii ma ziemię - zauważył Jamie. - A większośćz nich mieszka znacznie bliżej Campbelton.

- Owszem, ale u was jest dużo ziemi leżącej odłogiem, która wymagakarczowania.

Przekonany najwidoczniej o słuszności swych racji, MacDonald rozsiadłsię wygodnie i sięgnął po odstawiony kufel piwa.

Jamie spojrzał na mnie, unosząc brwi. To prawda, że mamy sporoziemi: dziesięć tysięcy akrów, a z tego tylko niewielka część pod uprawami. Prawda też, że cała kolonia cierpi na brak rąk do pracy, ale najbardziejw górach, gdzie ziemia nie nadaje się pod uprawę tytoniu czy ryżu, przyktórych mogą pracować niewolnicy.

Mimo wszystko jednak...

- Trudność, Donaldzie, polega na tym, jak ich osiedlić. - Jamie pochyliłsię, by wrzucić do popiołu następną kulę, po czym wyprostował się i założyłza ucho niesforny kosmyk włosów. - Mam ziemię, ale niewiele więcej. Niemożna przenieść ludzi prosto ze Szkocji w taką dzicz i oczekiwać, że zdołająsię tu urządzić. Nie mógłbym nawet dać im butów i odzienia, jakie powinnimieć najmici, a co dopiero narzędzi. Jak miałbym żywić ich z żonamii dziećmi przez całą zimę? Zapewnić im ochronę?

Uniósł wymownym gestem chochlę, potrząsnął głową i wrzucił do paleniska jeszcze jedną ołowianą kulkę.

- Ach, ochrona. No cóż, skoro już pan o tym wspomniał, przejdę donastępnej sprawy. - MacDonald nachylił się i oznajmił, zniżając konfidencjonalnie głos, choć nikt nie podsłuchiwał: - Mówiłem, że jestem człowiekiem gubernatora, prawda? Polecił mi objeżdżać zachodnią część koloniii mieć oczy szeroko otwarte. Wciąż działają regulatorzy, poza tym... -rozejrzał się podejrzliwie, jakby oczekując, że któryś wyłoni się naglez kominka - słyszał pan o komitetach bezpieczeństwa?

- Co nieco.

- Nie ma jeszcze takiego w okolicy?

- Nic o tym nie wiem.

Ołów się skończył i teraz Jamie przycupnął przy palenisku, żeby wyciągnąć z popiołu świeżo odlane kule; ciepłe światło ognia rzucało czerwony blask na czubek jego głowy. Usiadłam obok niego na ławie i wziąwszy ze stołu woreczek, podsunęłam mu.

- Ach - mruknął MacDonald, wyraźnie zadowolony. - Widzę więc, żezjawiłem się w samą porę.

W wyniku niepokojów związanych z wojną regulacyjną sprzed rokupowstała pewna liczba takich nieformalnych grup obywatelskich na wzórpodobnych, istniejących w innych koloniach. Jeśli Korona nie jest jużw stanie zapewnić bezpieczeństwa mieszkańcom, argumentowano, onisami muszą wziąć sprawy w swoje ręce.

Nikt już nie wierzył, że szeryfowie mogą utrzymać porządek; dowodziły tego przeróżne skandale, które przyczyniły się do powstania ruchuregulacyjnego. Jednakże komitety, jako organizacje samozwańcze, nie byłybardziej godne zaufania niż urzędy szeryfa.

Powstawały też inne komitety, na przykład komitety korespondencyjne,luźne zrzeszenia ludzi, którzy pisali listy, przekazując w ten sposób wieścimiędzy koloniami. I to właśnie z tych przeróżnych ugrupowań zwanychkomitetami miały się wyłonić zalążki buntu - rodziły się już teraz, gdzieśw głębi zimnej wiosennej nocy.

Jak miałam w zwyczaju - zwłaszcza ostatnio - obliczyłam, ile czasujeszcze zostało. Zbliżał się kwiecień tysiąc siedemset siedemdziesiątegotrzeciego roku, a "w siedemdziesiątym piątym, osiemnasty kwiecień..." - jak pisał Longfellow[2]...

Dwa lata. Ale wojna ma długi lont, ten zaś płonie powoli. Zapalono go w bitwie pod Alamance i jasne, gorące języki pełznącego ogniaw Karolinie Północnej były już widoczne - dla tych, którzy wiedzieli,gdzie patrzeć.

Ołowiane kule w mieszku, który trzymałam, przesunęły się i zastukały;zacisnęłam bezwiednie dłoń. Jamie dostrzegł to i dotknął mojego kolana,pospiesznie i lekko, chcąc dodać mi odwagi, potem wziął ode mnie mieszek i zwinął, by włożyć go do ładownicy.

- W samą porę - powtórzył słowa majora i spojrzał na niego. - Co panprzez to rozumie, Donaldzie?

- Któż inny jak nie pan miałby stanąć na czele takiego komitetu, pułkowniku? Zasugerowałem to nawet gubernatorowi.

MacDonald starał się sprawiać wrażenie skromnego, ale bez powodzenia.

- Bardzo uprzejmie z pańskiej strony - oświadczył chłodno Jamie. Spojrzał na mnie wymownie, podnosząc brwi. Stan władzy kolonialnej musiałprzedstawiać się jeszcze gorzej, niż podejrzewał, skoro gubernator Martinnie tylko tolerował istnienie takich komitetów, ale nawet sankcjonowałpo cichu ich działanie.

Z korytarza dobiegło przeciągłe jękliwe westchnienie psiego ziewnięcia;przeprosiłam i poszłam sprawdzić, jak miewa się Ian.

Zastanawiałam się, czy gubernator Martin ma choć blade pojęcie, jakiesiły uruchamia. Skłaniałam się ku myśli, że wie, co robi, i że mimo wszystko pragnie, by choć na czele niektórych komitetów stanęli ludzie popierający Koronę podczas wojny regulacyjnej. Nie ulegało jednak wątpliwości, że nie mógł kontrolować wielu takich organizacji, a nawet o nichwiedzieć. Tymczasem kolonia zaczęła wrzeć jak woda w czajniku, a Martinnie dysponował regularnymi oddziałami, lecz jedynie takimi samozwańcami jak MacDonald - i milicją.

Dlatego właśnie major nazywał Jamiego "pułkownikiem". Poprzednigubernator, William Tryon, mianował go - wbrew jego woli - dowódcąmilicji na obszarze powyżej rzeki Yadkin.

- Hm - mruknęłam do siebie. Ani MacDonald, ani Martin nie byli głupcami. Zachęcając Jamiego do utworzenia komitetu bezpieczeństwa, przypuszczali, że powoła on do służby ludzi, którzy służyli pod nim w milicji -co nie zobowiązywało władz do żadnych świadczeń - czy wyposażenia -a gubernatora do odpowiedzialności za ich działania, ponieważ komitetbezpieczeństwa był organizacją nieformalną. Przyjęcie takiej propozycji narażało Jamiego - i wszystkich nas - na poważne niebezpieczeństwo.

W holu było ciemno, odrobina światła sączyła się tylko z kuchni zamoimi plecami i z gabinetu, gdzie płonęła pojedyncza świeczka. Ian spał,zauważyłam jednak, że jest niespokojny, a miękka skóra między jegobrwiami boleśnie zmarszczona. Rollo uniósł łeb, zamiatając po podłodzegrubym ogonem.

Ian nie odpowiedział, kiedy wymówiłam jego imię, nie zareagował też,gdy położyłam mu dłoń na ramieniu. Potrząsnęłam nim delikatnie, potemmocniej. Dostrzegłam, że zmaga się ze sobą niczym człowiek miotany podwodnymi prądami. Wydawało się, że wciąga go jakaś głębia, ale po chwilidrgnął, jakby poczuł w zdrętwiałym ciele ostrze bólu.

Otworzył gwałtownie oczy, ciemne i zagubione, i spojrzał na mnie półprzytomnie.

- Witaj - powiedziałam cicho, czując ulgę, że się ocknął. - Jak sięnazywasz?

Od razu dostrzegłam, że nie zrozumiał pytania, i powtórzyłam je cierpliwie. Gdzieś w głębi zamglonych źrenic pojawił się cień zrozumienia.

- Kim jestem? - odezwał się po gaelicku. Powiedział coś jeszcze niewyraźnie w języku Mohawków, potem zatrzepotał powiekami i zamknąłoczy.

- Obudź się, Ian - powiedziałam stanowczo, znów nim potrząsając. -Powiedz mi, kim jesteś.

Znów otworzył oczy i spojrzał na mnie spod zmrużonych powiek, nierozumiejąc.

- Spróbujmy czegoś łatwiejszego. - Podniosłam dwa rozsunięte palce. -Ile palców widzisz?

W jego wzroku pojawił się błysk świadomości.

- Módl się, by Arch Bug tego nie zobaczył, ciociu - odezwał się senniez cieniem uśmiechu na twarzy. - To bardzo nieładny gest, wiesz.

No cóż, przynajmniej mnie rozpoznał, a także znak V; to już było coś.Musiał też wiedzieć, kim jest, skoro nazwał mnie ciocią.

- Jak się nazywasz? - spytałam ponownie.

- Ian James FitzGibbons Fraser Murray - odparł dość opryskliwie. -Dlaczego wciąż wypytujesz mnie o imię?

- FitzGibbons? - powtórzyłam. - Skąd ty to wziąłeś?

Jęknął i przyłożył sobie dwa palce do powiek, mrugając przy tym.

- To wuj Jamie, do niego miej pretensje - wyjaśnił. - To po jego starymojcu chrzestnym. Nazywał się Murtagh FitzGibbon, ale moja matka niechciała, żebym nosił imię Murtagh. Chyba znów będę rzygał - dodał,odejmując dłoń od twarzy.

Uniósł się i zaczął się krztusić nad miską, ale nie zwymiotował, co byłodobrym znakiem. Ułożyłam go z powrotem na boku, był blady i lepki odpotu; Rollo wspiął się na tylne łapy i oparł przednimi o stół, żeby polizaćgo po twarzy. Ian chichotał, pojękując jednocześnie, i starał się odepchnąćpsa osłabioną ręką.

- Theirig dhachaigh, Okwaho - powiedział.

Theirig dhachaigh znaczyło po gaelicku "idź do domu", Okwaho zaśbyło bez wątpienia imieniem Rolla w języku Mohawków. Wydawało się,że Ian plącze się między trzema językami, którymi władał biegle, alemimo wszystko był dość przytomny. Zmusiwszy go do odpowiedzi nakilka jeszcze bardziej bezsensownych pytań, otarłam mu twarz wilgotnąściereczką, pozwoliłam przepłukać usta rozcieńczonym winem i na koniecgo otuliłam.

- Ciociu? - odezwał się sennie, kiedy ruszyłam w stronę drzwi. - Myślisz, że jeszcze kiedyś zobaczę swoją mamę?

Przystanęłam, nie mając pojęcia, co powiedzieć. Ale nie było potrzebynic mówić; zapadł w sen tak raptownie, jak się to zdarza ludziom, którzydoznali wstrząśnienia mózgu. Nim znalazłam właściwe słowa, oddychałgłęboko.

[2] Henry Wadworth Longfellow, Opowieść Gospodarza, tłum. Juliusz Żuławski, Wybór poezji, Warszawa 1975. (Przypisy tłumaczy).

6. Zasadzka

Ian obudził się nagle, zaciskając dłoń na tomahawku. Po chwili zorientowałsię, że to materiał spodni. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, i usiadłwyprostowany, próbując dostrzec w ciemności jakieś kształty.

Przez mózg przebiegła mu błyskawica bólu; sapnął głośno i złapał się zagłowę. Gdzieś niżej niewidoczny Rollo wydał ciche, pełne niepokoju "uuf".

Chryste. W nozdrza uderzył go zapach gabinetu ciotki - alkoholu, spalonego knota, suszonych liści leczniczych i obrzydliwych substancji, którenazywała penicyliną. Zamknął oczy, przycisnął czoło do uniesionych kolani zaczął oddychać powoli przez usta.

Co mu się śniło? Coś groźnego i okrutnego - ale nie powrócił do niegożaden wyraźny obraz, a jedynie wrażenie, że ktoś go tropił, że coś podążało za nim przez las.

Musiał się wysikać, i to szybko. Wymacał krawędź stołu, na którym leżał,i stanął ostrożnie, mrużąc oczy pod wpływem bolesnych błysków w głowie.

Pani Bug zostawiła mu nocnik, pamiętał, jak o tym mówiła, ale świeczkazgasła, a on nie miał najmniejszej ochoty pełznąć po podłodze i szukaćnaczynia. Niewyraźne światło wskazało mu drzwi; zostawiła je uchylone,a korytarz jarzył się niewyraźnym blaskiem, który płynął z kuchennegopaleniska. Dotarł do okna, otworzył je, stanął w strumieniu powietrzachłodnej wiosennej nocy i przymknął z ulgą oczy, opróżniając pęcherz.

Teraz poczuł się znacznie lepiej, ale wraz z odprężeniem uświadomiłsobie na nowo mdłości w żołądku i łupanie w głowie. Usiadł, oparł ręcena kolanach i położył na nich głowę; czekał, aż wszystko się uspokoi.

Z kuchni dobiegły jakieś głosy; teraz, kiedy zaczął zwracać na nie uwagę, słyszał je wyraźnie.

To był wuj Jamie i ten MacDonald, a także stary Arch Bug; ciotkaClaire też od czasu do czasu wtrącała słowo, a jej angielszczyzna kontrastowała ostro z gardłowymi dźwiękami szkockiego i gaelickiego.

- Chciałby pan zostać agentem do spraw Indian? - spytał MacDonald.

O co chodzi? - zastanawiał się, a potem do niego dotarło. No tak,oczywiście; Korona angażowała ludzi, wysyłała ich do różnych plemion,żeby oferowali podarki, tytoń, noże i temu podobne rzeczy. Opowiadalibzdury o władcy, tak jakby król mógł się zjawić i zasiąść przy ogniskustarszyzny podczas nowiu, i mówić jak zwykły człowiek.

Uśmiechnął się ponuro na myśl o tym. Zamiar był dość przejrzysty:namówić Indian do walki u boku Anglików, gdyby zaszła taka konieczność. Ale dlaczego ci w kuchni uważali, że owa konieczność już nadeszła? Francuzi ustąpili, wycofali się do swego północnego siedliska w Kanadzie.

Och. Przypomniał sobie nagle, co Brianna mówiła mu o zbliżającychsię walkach. Nie wiedział, czy ma jej wierzyć - może jednak miała rację,a wtedy... nie chciał o tym myśleć. Ani o niczym innym.

Przyczłapał Rollo, usiadł i oparł się o niego ciężko. Ian nachylił sięi wtulił twarz w gęste futro.

Kiedyś, gdy mieszkał w Snaketown, zjawił się taki agent. Tłusty, małyosobnik o rozbieganych oczkach i drżącym głosie. Pomyślał wtedy, żeczłowiek ten... Chryste, jak on miał na imię? Mohawkowie nazywali goCuchnącym Potem, nie bez racji; śmierdział tak, jakby cierpiał na jakąśśmiertelną chorobę... Pomyślał, że człowiek ten w ogóle nie zna Kahnyen'kehaka; nie władał praktycznie ich mową i najwyraźniej spodziewał się,że go lada chwila oskalpują - co uważali za zabawne - i ze dwóch dlażartu udawało, że chcą to zrobić, ale Tewaktenyonh kazał traktować goz szacunkiem. Ian był zmuszony odgrywać rolę tłumacza, co czynił, choćbez szczególnej satysfakcji. Prędzej uznałby się za Mohawka, niż przyznałdo jakiegokolwiek powinowactwa z Cuchnącym Potem.

Ale wuj Jamie... jemu poszłoby lepiej. Czy zrobiłby to? Ian nasłuchiwałgłosów z umiarkowanym zainteresowaniem, było jasne, że Jamiego nieda się do niczego zmusić. MacDonald mógłby równie dobrze liczyć nacud, pomyślał, słysząc, jak wuj unika odpowiedzi.

Westchnął, objął ramieniem Rolla i jeszcze bardziej wsparł się na zwierzaku. Czuł się okropnie. Myślałby, że umiera, gdyby ciotka Claire nieuprzedziła go, że przez kilka dni będzie kiepsko. Był przekonany, żepozostałaby przy nim, gdyby naprawdę umierał, że nie poszłaby sobie,powierzając go jedynie opiece Rolla.

Okiennice wciąż były otwarte i owiewało go chłodne powietrze, przenikliwe, a zarazem łagodne, jak to wiosenną nocą. Wyczuł, że pies podnosipysk i węszy; po chwili czworonóg wydał cichy, niecierpliwy skowyt. Oposalbo szop.

- No idź - rozkazał, prostując się i popychając lekko psa. - Damsobie radę.

Pies obwąchał go podejrzliwie i próbował polizać mu tył głowy, gdziebyły szwy, ale dał sobie spokój, gdy Ian jęknął i zasłonił ranę dłońmi.

- Idź, powiedziałem!

Trzepnął delikatnie psa, ten prychnął, zrobił jedno kółko, a potemskoczył ponad jego głową i wylądował za oknem, uderzając głucho o ziemię. Ciszę rozdarł pełen przerażenia krzyk, a po chwili rozległ się pospieszny tupot jakichś łap i odgłos masywnych ciał przedzierających sięprzez zarośla.

Od strony kuchni dobiegł gwar wystraszonych głosów i po chwili Ianusłyszał, jak na korytarz wyszedł wuj Jamie; w sekundę później pchnąłdrzwi gabinetu.

- Ian? - zawołał cicho. - Gdzie jesteś, chłopcze? Co się dzieje?

Ian wstał, ale oczy zasnuła mu oślepiająca biel; zachwiał się. Wuj Jamiezłapał go za ramię i posadził na stołku.

- O co chodzi, chłopcze?

Kiedy odzyskał ostrość wzroku, ujrzał wuja stojącego w świetle korytarza, z karabinem w ręku; Jamie miał na twarzy wyraz troski, ale i rozbawienia, gdy zerknął na otwarte okno. Wciągnął w nozdrza powietrze.

- To nie skunks, jak przypuszczam.

- No, jakieś zwierzę - odparł Ian, dotykając ostrożnie głowy. - AlboRollo pognał za panterą, albo stratował kota cioci.

- Ach, rozumiem. Lepiej pójdzie mu z panterą. - Wuj odłożył karabini podszedł do okna. - Mam zamknąć okiennice czy potrzebujesz świeżegopowietrza, chłopcze? Kiepsko wyglądasz.

- Czuję się kiepsko - przyznał Ian. - Zostaw otwarte, jeśli możesz,wuju.

- Chcesz się położyć?

Ian zawahał się. Czuł, jak żołądek wciąż mu podskakuje nieprzyjemnie,i miał wielką ochotę znów się położyć, ale gabinet, pełen mocnych woni,połyskujący gdzieniegdzie jakimś ostrzem i tajemniczymi narzędziami,które kojarzyły się z bólem, napawał go niepokojem. Wuj Jamie, domyślając się, w czym rzecz, ujął go za łokieć.

- Chodź, chłopcze. Możesz przespać się na górze w przyzwoitym łóżku, jeśli nie przeszkadza ci towarzystwo majora MacDonalda.

- Nie przeszkadza - zapewnił. - Ale chyba zostanę tutaj. - Machnąłręką w stronę okna. - Rollo pewnie zaraz wróci.

Wuj nie spierał się z nim, za co Ian był mu wdzięczny. Kobiety zawszerobiły zamieszanie. Mężczyźni przyjmowali rzecz do wiadomości i koniec.

Jamie zaprowadził go bezceremonialnie na legowisko, okrył, a potemzaczął tłuc się w ciemności, szukając karabinu, który gdzieś położył. Iandoszedł do wniosku, że trochę zamieszania nie zaszkodzi.

- Możesz mi podać kubek wody, wuju Jamie?

- Co? Ależ tak.

Ciocia Claire zostawiła dzbanek tuż obok stołu. Rozległ się kojący pluskwody; poczuł przy swoich ustach brzeg naczynia, a na plecach dłoń wuja,który go podtrzymywał. Nie potrzebował tego, ale nie sprzeciwiał się,dotyk był ciepły i uspokajający. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzoprzemarzł od nocnego powietrza, i teraz wstrząsnął nim dreszcz.

- Wszystko w porządku, chłopcze? - spytał cicho wuj, zaciskając dłońna ramieniu Iana.

- Tak, doskonale. Wuju Jamie?

- Aha?

- Czy ciocia Claire mówiła ci... o wojnie? To znaczy tej, która się zbliża.Z Anglią.

Przez chwilę panowała cisza; wysoka sylwetka wuja znieruchomiałana tle światła płynącego zza drzwi.

- Mówiła - odparł i cofnął dłoń. - A tobie?

- Nie. Kuzynka Brianna mi mówiła. - Położył się na boku, zważającna obolałą głowę. - Wierzysz im?

Tym razem nie wyczuł wahania.

- Ano wierzę.

Wuj oznajmił to z typową dla siebie, chłodną rzeczowością, ale jegoton sprawił, że Ianowi podniosły się włosy na karku.

- No tak. W porządku.

Poduszka z gęsiego puchu była miękka pod jego policzkiem i pachniałalawendą. Poczuł na głowie dłoń, która odsunęła mu zmierzwione włosysprzed twarzy.

- Nie przejmuj się tym, Ian - powiedział cicho wuj. - Mamy jeszczeczas.

Wziął karabin i wyszedł. Ian widział ze swego miejsca podwórze, drzewa przy krawędzi wzniesienia, zbocze Black Mountain, a jeszcze dalejczarne, rozgwieżdżone niebo.

Usłyszał, jak otwierają się drzwi na tyłach domu, a po chwili dotarł doniego głos pani Bug, zagłuszający innych.

- Nie ma ich w domu - powiedziała bez tchu. - W chacie ciemno,śladu ognia w kominku. Gdzie oni się wybrali o tej porze?

Zastanawiał się półprzytomnie, o kogo chodzi, ale nie wydawało się toszczególnie ważne. Jeśli pojawiły się jakieś kłopoty, był pewien, że wujJamie się tym zajmie. Myśl ta przyniosła ukojenie; poczuł się jak małychłopiec, który leży bezpiecznie w łóżku i słyszy z zewnątrz głos ojcarozmawiającego z jakimś dzierżawcą w chłodnej ciemności szkockiegoporanka.

Zaczęło go z wolna ogarniać ciepło; wkrótce zasnął.

* * *

Księżyc zaczął już wschodzić, kiedy wyruszyli. Bogu dzięki, pomyślałaBrianna. Gdy jednak wielka złota kula pożeglowała ze swej gwiezdnejkołyski i rozświetliła niebo, szlak pod ich stopami pozostał skąpany w nieprzeniknionej czerni nocnego lasu.

Czerni, która jednak nie była milcząca. Nad ich głowami szeleściłyogromne drzewa, w mroku popiskiwały i węszyły drobne stworzenia,a chwilami tuż obok rozlegał się ledwie słyszalny trzepot nietoperza, którybudził w niej lęk, jakby nagle cząstka nocy uwolniła się i przybrała skrzydła.

- Twój pan to lękliwy osobnik - odezwał się Roger, kiedy sapnęłaze strachu i przywarła do niego, nawiedzona po raz kolejny przez latającą zjawę.

- Mój pan to... troskliwy osobnik - odparła, ściskając mu dłoń. - Dziękuję.

Zanosiło się na to, że spędzą noc na własnych pelerynach przy palenisku McGillivrayów, nie zaś otuleni pościelą w swoim łóżku - ale wiedziała,że przynajmniej będą mieć przy sobie Jammy'ego.

Ścisnął jej dłoń w odpowiedzi. Jego ręce były duże i silne; dodawałyjej odwagi w tej ciemności.

- Nie ma za co. Ja też chcę, żeby był z nami. Taką noc rodzina powinnaspędzić razem, w jednym miejscu. Tak jest bezpieczniej.

Mruknęła tylko cicho, dając mu do zrozumienia, że się zgadza i jestrada, ale chciała podtrzymać rozmowę, zarówno by wzmocnić poczuciewzajemnej więzi, jak i odgrodzić się na chwilę od nocy.

- Mój pan był bardzo elokwentny - powiedziała ostrożnie. - Tam nadmogiłą, przy pochówku tych biednych ludzi.

Roger parsknął; dostrzegła parę jego oddechu w nocnym powietrzu.

- Twój pan był bardzo zakłopotany. Przez twojego ojca!

Uśmiechnęła się, pewna, że jej nie widzi.

- Poszło ci bardzo dobrze - pochwaliła łagodnie.

- Mhm - rzucił krótko i parsknął. - Co do elokwencji... jeśli możnaw ogóle o niej mówić, nie była moja. Cytowałem tylko fragmenty jakichśpsalmów. Nie wiem nawet których.

- Nie szkodzi. Ale dlaczego wybrałeś akurat te słowa? Wydawało misię, że zmówisz Modlitwę Pańską albo może przytoczysz psalm dwudziesty trzeci. Wszyscy go znają.

- Rzeczywiście - przyznał. - Miałem taki zamiar. Ale kiedy już zacząłem...

Zawahał się, a ona ujrzała w swej pamięci surowe, zimne mogiły i zadrżała, wyczuwając woń spalenizny. Ścisnął mocniej jej palce i przyciągnąłją bliżej, ujmując ją za łokieć.

- Nie wiem - powiedział szorstko. - Wydawały się... jakby bardziejwłaściwe.

- Były właściwe - odparła cicho, ale nie drążyła dalej tematu, tylkonakierowała rozmowę na swój ostatni projekt inżynierski, pompę ręczną,służącą do czerpania wody ze studni.

- Gdybym miała odpowiedni materiał na rurę, mogłabym bez trududoprowadzić wodę do samego domu! Zgromadziłam już dość dużo drewnana porządny zbiornik, jeśli tylko uda mi się namówić Ronniego na obróbkę - żebyśmy przynajmniej mogli brać prysznic z deszczówki. Ale wydrążaćpnie drzew... - urwała. Metoda ta była stosowana przy krótkich przewodach. - Potrzebowałabym wielu miesięcy, żeby przygotować materiały konieczne, by doprowadzić wodę ze studni, a co dopiero ze strumienia. Zdobycie blachy miedzianej nie jest możliwe. Nawet gdyby było nas stać,ściągnięcie jej aż z Wilmington byłoby...

Machnęła ręką, wyrażając tym gestem niezadowolenie ze skomplikowanej natury przedsięwzięcia.

Zastanawiał się nad tym przez chwilę; towarzyszył im rytmiczny, kojącyodgłos ich kroków na skalnym podłożu.

- No cóż, starożytni Rzymianie używali do tego betonu; opis znajdzieszu Pliniusza.

- Wiem. Ale to wymaga odpowiedniego piasku, którego akurat niemamy. I wapna niegaszonego, którego też nie mamy. I...

- No dobrze, a glina? - przerwał jej. - Widziałaś ten talerz na weseluHildy? Duży brązowoczerwony, z pięknym wzorem?

- Tak - odparła. - Dlaczego pytasz?

- Ute McGillivray mówiła, że przywiózł go ktoś z Salem. Nie pamiętam,jak się nazywał, ale to ponoć był jakiś mistrz sztuki garncarskiej.

- Mogę się założyć o wszystko, że tak nie mówiła!

- No dobrze, słowa nie są ważne. - Ciągnął, niezrażony: - Chodzio to, że robi to tutaj. Nie przywozi gotowych wyrobów z Niemiec. W okolicy musi więc być glina nadająca się do wypalania.

- Ach tak, rozumiem. Hmm. No cóż, niezły pomysł.

Rzeczywiście, był to niezły pomysł, w dodatku zajął ich przez resztę drogi.

Zeszli już ze wzniesienia i znajdowali się w odległości ćwierć mili oddomu McGillivrayów, kiedy Brianna poczuła mrowienie na karku. Mogłato być jedynie jej wyobraźnia; po tym, co zobaczyli w tamtej opustoszałejdolinie, ciemność lasu zdawała się nabrzmiewać groźnie i Brianna spodziewała się zasadzki za każdym zakrętem drogi, oczekując w napięciuniespodziewanego ataku.

Po chwili usłyszała, jak coś trzasnęło wśród drzew po prawej stronie -odgłos pękania suchej gałązki. Z pewnością nie był to wiatr ani zwierzę.Rzeczywiste niebezpieczeństwo miało swój specyficzny smak, ostry jaksok cytrynowy, w przeciwieństwie do owoców zrodzonych przez wyobraźnię, mdłych jak lemoniada.

Zacisnęła ostrzegawczo dłoń na ramieniu Rogera, a on zatrzymał sięgwałtownie.

- Co? - wyszeptał, opierając dłoń na rękojeści noża. - Gdzie?

Najwidoczniej niczego nie dosłyszał.

Do diabła, dlaczego nie wzięła ze sobą broni albo przynajmniej sztyletu? Miała tylko scyzoryk, który zawsze nosiła w kieszeni - i to, co mogłaznaleźć w lesie.

Nachyliła się ku Rogerowi i wskazała kierunek, on zaś podążył zaruchem jej ręki. Potem kucnęła i zaczęła szukać po omacku kamienia albojakiegoś kija, którym mogłaby się bronić.

- Mów dalej - nakazała mu szeptem.

- Moja pani to tchórz, co? - powiedział tonem niekłamanego rozbawienia.

- Twoja pani to istny dzikus - zareplikowała, starając się dostosowaćdo jego swobodnego tonu, grzebiąc jednocześnie w kieszeni. Drugą dłońzacisnęła na kamieniu i wyswobodziła go z opornej ziemi; był zimnyi ciężki. Dźwignęła się, skupiona wszystkimi zmysłami na ciemności poprawej stronie. - Wypatroszy wszystko, co...

- Och, to pani - odezwał się jakiś głos za jej plecami.

Wrzasnęła, a Roger drgnął, obrócił się na pięcie, by stanąć twarzą doprzeciwnika, jednym płynnym ruchem chwycił Briannę i pchnął za siebie.

Szarpnięcie pozbawiło ją równowagi. Zaczepiła w ciemności obcasemo jakiś niewidoczny korzeń i runęła na plecy, dzięki czemu widziała terazdoskonale Rogera w blasku księżyca, z nożem w dłoni, szarżującego z dzikim krzykiem między drzewa.

Po chwili uświadomiła sobie sens słów wypowiedzianych przez tamtengłos oraz obecny w nich wyrażony ton rozczarowania. W zaroślach po prawejstronie odezwał się drugi głos, bardzo podobny do pierwszego i pełenstrachu:

- Jo? Co jest, Jo? Co jest?

Z lewej strony dobiegał odgłos szarpaniny. Zrozumiała, że Rogerschwytał kogoś.

- Roger! - zawołała. - Roger, daj spokój. To Beardsleyowie!

Gdy upadła, wypuściła z dłoni kamień i teraz, podnosząc się z ziemi,otarła brudną rękę o spódnicę. Serce biło jej jak oszalałe, stłukła sobielewy pośladek, chciało się jej śmiać, ale zarazem czuła niepowstrzymanąchęć uduszenia któregoś z bliźniaczych braci Beardsleyów.

- Kezzie Beardsley, wyłaź stamtąd! - wrzasnęła i powtórzyła poleceniejeszcze głośniej. Teraz, kiedy jej matka wycięła chłopakowi chroniczniezainfekowane migdałki, słyszał znacznie lepiej, ale wciąż niedoskonale.

Zaszeleściły zarośla i po chwili ukazała się drobna postać KeziahaBeardsleya, ciemnowłosego, białego na twarzy i uzbrojonego w dużąpałkę, którą zdjął sobie z ramienia i teraz starał się schować ją za plecami, wyraźnie speszony.

Po chwili usłyszała jeszcze głośniejszy szelest i przy akompaniamencieprzekleństw wyłonił się Roger, trzymając za kościsty kark Josiaha Beardsleya, bliźniaczego brata Kezziego.

- Co knuliście, na Boga, wy mali dranie? - spytał Roger, popychając ostro Josiaha; obaj bracia stanęli obok siebie w poświacie księżycowegoblasku. - Wiecie, że o mało was nie zabiłem?

Pomimo słabego światła Brianna dostrzegła cyniczny grymas na twarzyJo; szybko się jednak opanował i już po chwili przybrał wyraz niekłamanejpokory.

- Tak nam przykro, panie Mac. Słyszeliśmy, jak ktoś nadchodzi, i pomyśleliśmy sobie, że to zbójcy.

- Zbójcy - powtórzyła Brianna, której znów zachciało się śmiać, alestłumiła wesołość. - Skąd u licha znacie to słowo?

- Och. - Jo spojrzał na swoje stopy, trzymając splecione dłonie za plecami. - Panna Lizzie nam czytała, z tej książki, co to kupił ją pan Jamie. Tamto było. O zbójcach.

- Rozumiem. - Zerknęła na Rogera. Jego irytacja także ustępowałarozbawieniu. - Książka o piratach. Daniela Defoe.

- Ach tak. - Roger schował sztylet do pochwy. - A dlaczego pomyśleliście, że nadchodzą zbójcy?

Kezzie, którego kapryśny słuch zaczął teraz funkcjonować właściwie,wychwycił te słowa i odpowiedział, równie szczerze jak brat, choć jegogłos był donośniejszy i nieco płaski z powodu wczesnej głuchoty.

- Spotkaliśmy pana Lindsaya, sir, jak szedł do domu, i on nam powiedział, co się wydarzyło w Dutchman's Creek. To prawda, co mówił? Spaleni na popiół?

- Wszyscy zginęli. - Głos Rogera utracił wszelkie nutki rozbawienia. -Ale co ma z tym wspólnego wasze chowanie się po krzakach, i toz pałkami?

- No, widzi pan, McGillivrayowie mają piękne, duże gospodarstwo;warsztat bednarski, nowy dom i w ogóle, a że stoi przy drodze... No,jakbym ja był zbójcą, sir, to pewnie wybrałbym takie miejsce - wyjaśnił Jo.

- I jest tam panna Lizzie ze swoim tatą. I pański syn, panie Mac - dodałrzeczowo Kezzie. - Baliśmy się, by nie stała się im jakaś krzywda.

- Rozumiem. - Roger uśmiechnął się krzywo. - No cóż, w takim raziedziękuję za waszą troskę. Choć wątpię, czy gdzieś w okolicy mogą kryćsię zbójcy; Dutchman's Creek to kawał drogi stąd.

- Tak, sir - zgodził się Jo. - Ale zbójcy mogą być wszędzie, prawda?

Było to niezaprzeczalne i na tyle prawdopodobne, by Brianna znówpoczuła chłód na plecach.

- Mogą być, ale ich nie ma - zapewnił Roger. - Skoro tak, to chodźciez nami. Idziemy właśnie po małego Jema. Jestem pewien, że Frau Utezrobi wam spanie przy ogniu.

Beardsleyowie wymienili tajemnicze spojrzenia. Byli niemal identyczni - obaj niscy i zwinni, o ciemnych gęstych włosach; różniła ich tylkogłuchota Kezziego i okrągła blizna na kciuku Jo - widok zaś dwóch drobnokościstych twarzy, na których malował się taki sam wyraz, budził pewien niepokój.

Bez względu na to, co owo spojrzenie oznaczało, dowodziło porozumienia, gdyż Kezzie skinął lekko głową, zdając się na swego brata.

- Och, nie, sir - odparł grzecznie Josiah. - Chyba tu zaczekamy.

Po czym obaj bez słowa odwrócili się i ruszyli w ciemność, depczącz chrzęstem liście i drobne kamyki.

- Zaczekaj, Jo! - zawołała za nimi Brianna, która wyszukała coś nadnie swej kieszeni.

- Tak, madam? - Josiah pojawił się u jej boku zadziwiająco nagle. Jegobrat nie potrafił się skradać, ale Jo był w tym mistrzem.

- Och! Tu jesteś. - Odetchnęła głęboko, by uspokoić serce, i wręczyłamu gwizdek wycięty z drewna dla Germaina. - Weź to. Jeśli zamierzaszstać na warcie, może ci się przydać. Żeby wezwać pomoc, gdyby ktoś siępojawił.

Nie ulegało wątpliwości, że Jo Beardsley nigdy wcześniej nie widziałgwizdka, ale nie zamierzał się do tego przyznawać. Obracał mały przedmiot w dłoni, starając się na niego nie patrzeć.

Roger wyciągnął rękę, wziął od niego gwizdek i dmuchnął z całej siły;nocną ciszę rozdarł przeraźliwy dźwięk. Kilka ptaków, spłoszonychz gniazd, wystrzeliło w górę nad drzewami, krzycząc głośno przy wtórzeKezziego Beardsleya, który otworzył oczy ze zdumienia.

- Dmuchaj w ten koniec - doradził Roger, postukując palcem we właściwą część gwizdka. - Zaciśnij trochę usta.

- Bardzo dziękuję, sir - mruknął Jo. Odrzuciwszy stoicką maskę, wziąłgwizdek z pełną zachwytu miną, jak mały chłopiec w gwiazdkowy poranek,i odwrócił się niezwłocznie, by pokazać prezent bratu. Briannę uderzyłanagle myśl, że żaden z nich nigdy prawdopodobnie nie doświadczył radościotrzymania prezentu gwiazdkowego ani żadnego innego.

- Zrobię ci taki sam - obiecała Kezziemu. - Będziecie mogli dawaćsobie sygnały. Jeśli zobaczycie jakichś zbójców - dodała z uśmiechem.

- O, tak, proszę pani. Zrobimy to, na pewno! - zapewnił, prawie niepatrząc na nią, pochłonięty bez reszty chęcią obejrzenia gwizdka, któryjego brat wsunął mu w dłoń.

- Gdybyście potrzebowali pomocy, zagwiżdżcie trzy razy - zawołał zanimi Roger, biorąc Briannę za rękę.

- Tak, sir! - dobiegło z ciemności, a po chwili, z niejakim opóźnieniem,niewyraźne: - Dziękujemy, madam! - po czym nastąpiła kanonada dmuchnięć, sapnięć i pozbawionych tchu westchnień, przerywanych od czasudo czasu gwizdami.

- Widzę, że Lizzie uczy ich manier - zauważył Roger. - I czytania.Myślisz, że się kiedyś ucywilizują?

- Nie - odparła z cieniem żalu w głosie.

- Naprawdę? - Nie widziała jego twarzy w ciemności, ale dosłyszałazaskoczenie w głosie. - Żartowałem. Rzeczywiście tak uważasz?

- Owszem, i nic dziwnego, sądząc po tym, jakie mieli dzieciństwo.Zauważyłeś, jak zareagowali, kiedy dałam im gwizdek? Od nikogo niedostali nigdy żadnego prezentu ani zabawki.

- Pewnie nie. Myślisz, że dzięki temu się cywilizują? Jeśli tak, to przypuszczam, że nasz Jem będzie jakimś filozofem albo artystą. Pani Bugpsuje go niemiłosiernie.

- A ty niby nie - zauważyła wyrozumiale. - I tata, Lizzie, mama i wszyscy w okolicy.

- No dobra - odparł Roger, niezrażony krytyką. - Poczekaj, aż będziemiał rywala... lub rywalkę. Czy Germainowi nie grozi zepsucie?

Germaina, najstarszego syna Fergusa i Marsali, męczyły dwie młodszesiostry, znane powszechnie jako piekielne kocięta, które łaziły wszędzieza bratem, dręcząc go i nękając.

Wybuchnęła śmiechem, ale jednocześnie poczuła się trochę nieswojo.Kiedy pojawiała się myśl o kolejnym dziecku, miała wrażenie, że siedziw wagoniku rollercoastera, bez tchu i ze ściśniętym żołądkiem, podnieconai jednocześnie przerażona. Zwłaszcza teraz, kiedy wspomnienie ich aktumiłosnego wciąż zalegało w niej miękko niczym ruchoma rtęć.

Roger chyba wyczuwał jej niepewność, bo nie drążył już tematu, tylkosięgnął po jej rękę; dłoń miał dużą i ciepłą. Powietrze było zimne, w rozpadlinach i zagłębieniach wciąż zalegały resztki zimowego chłodu.

- A co powiesz w takim razie o Fergusie? - spytał, wracając do poprzedniego wątku rozmowy. - Z tego, co słyszałem, też nie miał zbytudanego dzieciństwa, a wydaje się człowiekiem cywilizowanym.

- Kiedy skończył dziesięć lat, jego wychowaniem zajęła się moja ciotkaJenny - przypomniała. - Nie znałeś jej, ale wierz mi, ucywilizowałabynawet Adolfa Hitlera. Poza tym Fergus dorastał w Paryżu, nie na tympustkowiu - nawet jeśli mieszkał w burdelu. No i wydaje się, że był toprzybytek wysokiej klasy, sądząc po tym, co mi opowiadała Marsali.

- Ach tak? A co ci takiego opowiadała?

- Och, parę historyjek, które słyszała od niego. O klientach i dziw...dziewczętach.

- A więc nie potrafisz powiedzieć "dziwka"? - spytał rozbawiony. Poczuła rumieniec na policzkach i dziękowała Bogu, że jest ciemno; lubił jejdokuczać, gdy się czerwieniła.

- Nic na to nie poradzę, że chodziłam do katolickiej szkoły. Wcześniewpojone nawyki - broniła się. Była to prawda; nie umiała wypowiadaćpewnych słów, chyba że w chwili gniewu czy z rozmysłem. - Ale dlaczegoty potrafisz? Można by pomyśleć, że chłopak kaznodziei powinien miećtaki sam problem.

Roześmiał się cierpko.

- U mnie był nieco inny problem. Chodziło raczej o to, że czułem sięw obowiązku kląć i zachowywać w pewien sposób w obecności przyjaciół,by udowodnić, że to potrafię.

- W jaki sposób? - spytała, wyczuwając okazję. Nieczęsto mówiło swych wczesnych latach w Inverness, kiedy to został adoptowany przezstryjecznego dziadka, duchownego prezbiteriańskiego, a ona uwielbiałago słuchać, kiedy czasem coś mu się wyrywało.

- Och. Palić, pić piwo i wypisywać brzydkie słowa na ścianie ubikacji -wyjaśnił tonem, który kazał się domyślać, że się uśmiecha. - Przewracaćśmietniki. Spuszczać powietrze z opon samochodów. Kraść słodycze w sklepie. Wtedy był ze mnie kawał małego przestępcy.

- Terrorysta z Inverness, co? Miałeś swój gang? - spytała żartobliwie.

- Owszem - odparł i zaśmiał się głośno. - Garry MacMillian, BobbyCawdor i Dougie Buchanan. Byłem odmieńcem, nie tylko jako chłopakpastora, ale też ktoś, kto miał ojca Anglika i angielskie nazwisko. Musiałemwięc im pokazać, że jestem twardzielem. Co oznaczało, że popadałemw największe kłopoty.

- Nie miałam pojęcia, że byłeś młodocianym przestępcą - wyznała,zachwycona.

- No, nie trwało to zbyt długo - oświadczył cierpko. - Latem, kiedyskończyłem piętnaście lat, wielebny zainstalował mnie na kutrze rybackimi wysłał w morze, żebym łowił śledzie. Trudno powiedzieć, dlaczego tozrobił: by wyprostować mi charakter, uratować przed więzieniem czy teżtylko dlatego, że nie mógł już dłużej znieść mojej obecności w domu, aleposkutkowało. Jak będziesz chciała poznać twardych ludzi, wypłyń w morze z załogą szkockich rybaków.

- Zapamiętam to - obiecała, starając się bezskutecznie zapanować nadśmiechem. - Twoi przyjaciele skończyli w więzieniu czy też nawrócili sięna drogę cnoty, nie mając u boku takiego prowodyra jak ty?

- Dougie wstąpił do wojska - wyjaśnił z nutą tęsknoty w głosie. - Gerryprzejął sklep po ojcu, jego stary prowadził trafikę. Bobby... no tak, Bobbynie żyje. Utopił się, łowiąc kraby ze swoim kuzynem Obanem.

Nachyliła się ku niemu i ścisnęła mu rękę w geście współczucia.

- Przykro mi - powiedziała i umilkła na chwilę. - Tyle że... jeszcze nieumarł, prawda? Na razie jeszcze nie.

Roger potrząsnął głową i westchnął cicho. Brzmiała w tym nuta rozbawienia i smutku.

- Czy to pocieszające? - spytała. - Czy raczej przerażające?

Chciała, by mówił; nie był taki rozmowny od czasu, kiedy próbowanogo powiesić, przez co utracił zdolność śpiewania. Zmuszony zabierać głosw obecności innych, stawał się nieśmiały, a za gardło łapał go skurcz.Mowę miał wciąż chrapliwą, ale gdy był odprężony, tak jak teraz, niekrztusił się i nie kaszlał.

- Jedno i drugie - odparł i znów westchnął. - Tak czy inaczej, już gonie zobaczę. - Wzruszył lekko ramionami, jakby chciał o tym zapomnieć. -Często myślisz o swoich dawnych przyjaciołach?

- Nie, nieczęsto - wyznała cicho. Tu szlak się zwężał, więc wsunęłamu rękę pod ramię i przytuliła się do niego; zbliżali się do ostatniegozakrętu, za którym widać już było domostwo McGillivrayów. - Tu jesttyle wszystkiego.

Nie chciała jednak mówić o tym, czego tu nie ma.

- Myślisz, że Jo i Kezzie tylko się bawią? - spytała. - Czy możecoś knują?

- A co mają knuć? - odpowiedział pytaniem, przyjmując zmianę tematu bez słowa sprzeciwu. - Nie podejrzewam, że zamierzają napaśćkogoś na drodze - i to o tej porze.

- Wierzę, że stoją na straży. - Zrobiliby wszystko, by chronić Lizzie.Tylko... - urwała nagle. Wyszli z lasu na drogę dla wozów; jej przeciwległa krawędź opadała stromym zboczem, które wyglądało w nocy jakbezdenne jezioro czarnego aksamitu - za dnia ujrzeliby splątany gąszczopadłych gałęzi, kępy rododendronów, derenie, wszystko porośnięte kłębowiskiem prastarych winorośli i pnączy. Droga biegła dalej pagórkowato,by zakręcić o sto osiemdziesiąt stopni i dotrzeć łagodnie do domostwaMcGillivrayów, około trzydziestu metrów dalej.

- Światła wciąż się palą - zauważyła z niejakim zaskoczeniem. Niewielkie skupisko budynków - stary dom, nowy dom, warsztat bednarski Ronniego Sinclaira, chata i kuźnia Dai Jonesa - okrywał mrok, ale okna nowegodomu McGillivrayów przecinały pasemka światła przebijającego przez listwy okienne, a ognisko przed wejściem wyglądało na tle ciemności jakjaskrawa plama.

- Kenny Lindsay - przypomniał Roger. - Beardsleyowie mówili, że gospotkali. Zatrzymał się tu pewnie, żeby przekazać nowiny.

- Mhm. Lepiej uważajmy; jeśli i oni wypatrują zbójców, to mogą strzelić do wszystkiego, co się rusza.

- Nie dzisiaj; wydają przyjęcie, pamiętasz? Ale co ty mówiłaś? ŻeBeardsleyowie chronią Lizzie?

- Och. - Uderzyła czubkiem buta o jakąś niewidoczną przeszkodę i złapała ramię Rogera, żeby nie upaść. - Uff! Tyle że nie jestem pewna, przedkim mają ją chronić.

Roger odruchowo zacisnął palce na jej barku.

- Co przez to rozumiesz?

- To, że na miejscu Manfreda McGillivraya starałabym się być dla Lizziebardzo miła. Mama twierdzi, że Beardsleyowie chodzą za nią jak psy, aleja bym powiedziała, że chodzą za nią jak oswojone wilki.

- Ian mówił kiedyś, że wilków nie można oswoić.

- Właśnie - skwitowała. - Pospieszmy się, nim zgaszą ognisko.

* * *

Wielki dom z drewnianych bali dosłownie roił się od ludzi. Z otwartychdrzwi wylewało się światło i jarzyło się w wąskich szparach okiennychwzdłuż frontu, a przy ognisku krążyły niewyraźne postaci. Usłyszeliw ciemności muzykę skrzypiec, wysoką i słodką, niesioną przez wiatrwraz z wonią pieczonego mięsa.

- Wydaje mi się, że Senga naprawdę dokonała wyboru - zauważyłRoger, ujmując ją za ramię przed ostatnim stromym odcinkiem drogi. -Założymy się, kto jest wybrankiem? Ronnie Sinclair czy ten niemieckichłopak?

- Zakład? A o co? Oj! - Potknęła się, zahaczając o kamień, który wystawał na ścieżce, ale Roger przytrzymał ją mocno, by nie upadła.

- Przegrany posprząta spiżarnię - zaproponował Roger.

- Zgoda. Myślę, że wybrała Heinricha.

- Tak? No cóż, może masz rację - oznajmił rozbawiony. - Ale muszę cipowiedzieć, że jak ostatnim razem się o tym mówiło, stawka wynosiła pięćdo trzech na korzyść Ronniego. Frau Ute to siła, z którą należy się liczyć.

- Owszem - przyznała Brianna. - I gdyby chodziło o Hildę czy Ingę,nie byłoby mowy o żadnym wyborze. Ale Senga to wykapana matka;nikt nie będzie jej mówił, co ma robić, nawet sama Frau Ute. - Po chwilispytała: - A swoją drogą, skąd wzięło się to imię "Senga"? W okolicySalem jest mnóstwo dziewcząt o imieniu Hilda czy Inga, ale nie spotkałamdrugiej Sengi.

- I nie spotkasz, w każdym razie nie w Salem. Widzisz, to imię nie jestniemieckie, tylko szkockie.

- Szkockie? - zdumiała się.

- Pewnie. - W tonie jego głosu czuło się, że się uśmiecha. - To Agnesczytane wspak. Dziewczyna o takim imieniu musi być przekorna, niesądzisz?

- Żartujesz! Agnes wspak?

- Nie powiedziałbym, że to dość częste, ale spotkałem w Szkocji jednączy dwie Sengi.

Wybuchnęła śmiechem.

- Czy Szkoci postępują tak również z innymi imionami?

Zastanawiał się przez chwilę.

- No, chodziłem do szkoły z pewną dziewczyną o imieniu Adnil, znałem też jednego chłopaka ze sklepu spożywczego, załatwiał sprawunkidla starszych pań w sąsiedztwie - jego imię wymawiało się Kirry, alepisało Cire.

Spojrzała na niego podejrzliwie, tak na wszelki wypadek, gdyby sobiez niej żartował, ale on mówił poważnie. Potrząsnęła głową.

- Mama chyba nie myli się co do Szkotów. Więc twoje imię wymawianewspak brzmiałoby...

- Regor - wyjaśnił. - Jak z filmu o Godzilli, no nie? Gigantyczny węgorzalbo chrząszcz o ślepiach strzelających promieniami śmierci.

Wydawało się, że jest rozbawiony tym konceptem.

- Przyznaj się, myślałeś o tym - zauważyła ze śmiechem. - Kim wolałbyś być?

- Cóż, kiedy byłem mały, wydawało mi się, że chrząszcz o ślepiachmiotających promienie śmierci to najwspanialsze, co może być. Potemwypłynąłem na morze i od czasu do czasu wyciągałem w sieci węgorzaolbrzyma. Nie chciałabyś mieć z takim do czynienia, wierz mi.

- Przynajmniej zwinniejszy od Godzilli - zauważyła, wzdragając sięnieznacznie na wspomnienie spotkania z tym osobnikiem. Cztery stopysprężystej stali i gumy, szybki niczym błyskawica, o paszczy pełnej ostrychjak brzytwa zębów - taki właśnie wyłonił się z ładowni kutra rybackiego,którego rozładunek obserwowała w małym mieście portowym zwanymMacDuff.

Stali z Rogerem oparci się o niski kamienny murek, przyglądając siębezczynnie mewom, które krążyły na wietrze, kiedy z jakiejś łodzi dobiegłostrzegawczy krzyk. Spojrzeli na dół i zdążyli jeszcze dostrzec rybakówodskakujących gwałtownie od jakiegoś stwora na pokładzie.

Przez srebrzysty gąszcz ryb przemknęła giętka fala, wystrzeliła podrelingiem i wylądowała na mokrych kamieniach nabrzeża, gdzie wywołałapanikę wśród rybaków polewających wodą ze szlauchu sprzęt do połowów; węgorz wił się i rzucał niczym urwany przewód pod wysokimnapięciem, dopóki jeden z mężczyzn w wysokich gumowych butach,wykazując się odwagą, nie podbiegł i nie strącił bestii kopnięciem do wody.

- Te węgorze to nie są złe stworzenia - oznajmił rozsądnie Roger,wspominając najwidoczniej to samo wydarzenie. - Trudno je przecieżwinić; pływają sobie po dnie morza, a nagle ktoś wyciąga je brutalniena brzeg.

- Racja - powiedziała, mając na myśli siebie i jego. Ujęła dłoń mężai splotła z nim palce, czerpiąc siłę z chłodnego, mocnego uścisku.

Podeszli dostatecznie blisko domu, by słyszeć śmiech i urywki rozmów,które unosiły się w zimnej nocnej ciemności wraz z dymem ogniska.Można było dostrzec biegające samopas dzieci; zauważyła dwie małe postaci, które przemykały między nogami dorosłych wokół ogniska, czarnei cienkonogie jak gobliny.

Czyżby Jem? Nie, jest mniejszy, poza tym Lizzie na pewno by...

- Mej - odezwał się Roger.

- Co?

- Jem, od tyłu - wyjaśnił. - Pomyślałem sobie właśnie, że byłoby zabawnie oglądać z nim film o Godzilli. Może chciałby być chrząszczemo miotających śmiertelne spojrzenie oczach. Byłoby fajnie, co?

Miał w głosie taki smutek, że poczuła grudę w gardle; ścisnęła mumocno dłoń i przełknęła.

- Opowiedz mu o Godzilli. To w końcu tylko fantazja. Ja zajmę sięrysunkami.

Roześmiał się.

- Boże, spróbuj, Bree, a ukamienują cię za konszachty z diabłem. Godzilla wygląda jak stwór wprost z Apokalipsy, tak w każdym razie słyszałem.

- Kto ci to mówił?

- Eigger.

- Kto... och. - Dokonała w myślach szybkiej korekty. - Reggie? Ktoto jest Reggie?

- Wielebny. - Stryjeczny dziadek, przybrany ojciec. Wyczuła, że mążsię uśmiecha. - Mówił tak o nas, kiedy chodziliśmy w sobotę na filmyo potworach. Eigger i Regor... Trzeba ci było widzieć miny na twarzachkobiet z kółka parafialnego, gdy pani Graham wpuściła je do domu, nieuprzedzając nas o tym, a one wkroczyły do gabinetu wielebnego; darliśmysię jak opętani i burzyliśmy kopniakami Tokio wzniesione z klockówi puszek po zupie.

Roześmiała się, ale poczuła jednocześnie piekące łzy pod powiekami.

- Szkoda, że go nie znałam - powiedziała, ściskając mu rękę.

- Ja też tego żałuję - odparł cicho. - Polubiłby cię, Bree.

Na kilka chwil ciemny las i jaskrawy płomień ogniska zanikły; byli terazw Iverness, w przytulnym gabinecie pastora - o szyby dzwonił deszcz,a z zewnątrz docierały odgłosy ruchu ulicznego. Często się tak działo, gdyrozmawiali. A potem, niespodziewanie, jakaś drobna rzecz przywracała ichdo rzeczywistości, tak jak teraz, gdy wokół ogniska wybuchła wrzawa.Świat ich epoki zniknął w mgnieniu oka.

A gdyby Rogera zabrakło? - pomyślała nagle. - Czy mogłabym sama,bez pomocy, przywołać tamten czas?

Czuła przez chwilę dreszcz jakiegoś pierwotnego strachu. Bez Rogerau boku, bez owego drogowskazu, mając tylko własne wspomnienia - jedyną więź z przyszłością - tamten czas byłby stracony.

Odetchnęła głęboko chłodnym powietrzem nocy, przesyconym woniądymu, i ruszyła zdecydowanym krokiem, mocno stąpając po ziemi, byodzyskać poczucie pewności siebie.

- Mama, mama, mama!

Z ciżby wokół ogniska oderwała się jakaś niewyraźna plama i ruszyłapędem w jej stronę, po czym wpadła na jej kolana z takim impetem, żeBrianna musiała przytrzymać się ramienia Rogera.

- Jem! Tu jesteś!

Podniosła chłopca do góry i zanurzyła twarz w jego włosach, którepachniały kozami, sianem i ostro przyprawioną kiełbasą. Był ciężki i jaknajbardziej rzeczywisty.

Dostrzegła Ute McGillivray, która odwróciła się i poznała ich. Początkowo jej szeroką twarz wykrzywił grymas zaskoczenia, ale po chwili pojawił się na niej wyraz wielkiej radości. Inni też się odwracali, słysząc jejsłowa powitania, i wkrótce oboje otoczył tłum; wszyscy zadawali im pytania, zdziwieni ich przybyciem.

Niektórzy wypytywali o los holenderskiej rodziny, ale Kenny Lindsayjuż wcześniej przyniósł wieści o pożarze, ku uldze Brianny. Ludzie cmokali i kręcili głowami, ale szybko wyczerpali zasób przerażających spekulacji i zaczęli niebawem mówić o czym innym. Chłód mogił pod jodłami wciąż leżał jej na sercu zimnym całunem; nie miała ochoty do tegowracać.

Świeżo zaręczona para siedziała na odwróconych do góry nogami wiadrach, trzymając się za ręce, a ich twarze promieniały radością w świetleogniska.

- Wygrałam - oznajmiła Brianna z uśmiechem. - Czyż nie wyglądająna szczęśliwych?

- Owszem - przyznał Roger. - Ale wątpię, czy to samo można powiedzieć o Ronniem Sinclairze. Jest tutaj?

Rozejrzał się, podobnie jak Brianna, ale nigdzie nie dostrzegli bednarza.

- Czekaj... jest w swoim warsztacie - powiedziała, kładąc dłoń nanadgarstku Rogera i wskazując głową mały domek po drugiej stroniedrogi. Okna znajdowały się od tyłu, ale wokół framugi zamkniętych drzwiwidać było słabe pasemka światła.

Roger popatrzył na wesoły tłum wokół ogniska; wraz ze szczęśliwymwybrankiem i jego przyjaciółmi przyjechało z Salem wielu krewnych Ute;przywieźli ogromną beczkę ciemnego piwa, którym teraz wszyscy sięraczyli. Powietrze było przesycone ostrą wonią chmielu.

Natomiast warsztat bednarza otaczała ponura aura opuszczenia. Brianna zastanawiała się, czy ktokolwiek ze stojących przy ognisku odczuwanieobecność Ronniego Sinclaira.

- Pójdę i pogadam z nim, dobrze? - zaproponował Roger i dotknąłczule jej pleców. - Może potrzebuje jakiejś bratniej duszy.

- I mocnego drinka - dodała Brianna, wskazując głową dom, gdzieprzez otwarte drzwi widać było Robina McGillivraya, który częstowałwhisky niewielką grupkę przyjaciół.

- Myślę, że zdążył już to sobie zapewnić - odparł sucho Roger.

Zostawił Briannę i okrążył szerokim łukiem rozbawione towarzystwoprzy ognisku. Zniknął w mroku, ale po chwili zobaczyła, jak drzwi warsztatu się otwierają, a blask wnętrza oświetla sylwetkę Rogera.

- Chcę pić, mama! - zawołał Jem, wijąc się jak kijanka i próbując zsunąćsię na ziemię. Puściła go, a on wystrzelił przed siebie jak pocisk, omal nieprzewracając jakiejś korpulentnej damy z tacą ciasteczek kukurydzianych.

Aromat parujących łakoci przypomniał Briannie, że nie jadła kolacji,ruszyła więc za synkiem w stronę stołu z różnymi specjałami, gdzie Lizzie,w roli prawie córki poczęstowała ją porcją kapusty, kiełbaskami, wędzonymi jajami i potrawą z kukurydzy i kabaczka.

- Gdzie twój ukochany, Lizzie? - spytała Brianna żartobliwie. - Niepowinien ci pomagać?

- Ach, on? - Lizzie sprawiała wrażenie, jakby przypomniała sobie cośw miarę interesującego, ale nie najważniejszego. - Manfred? Gdzieś tu jest.

Zmrużyła oczy przed blaskiem ogniska, a potem wskazała łyżką. Jejnarzeczony, Manfred McGillivray, stał w towarzystwie trzech czy czterechmłodych ludzi; trzymali się za ramiona i kołysali w takt jakiejś niemieckiejpieśni. Wydawało się, że nie mogą sobie przypomnieć słów, gdyż każdywers rozpływał się w chichotach i pełnych urazy szturchańcach.

- Tutaj jest mój Schätzchen... to po niemiecku "ukochany" - wyjaśniłaLizzie, nachylając się, by dać Jemmy'emu kiełbasy. Odgryzł kawałek jakwygłodzona foka, zaczął przeżuwać pracowicie, potem mruknął: "Chcępić" i pomaszerował w noc.

- Jem! - Brianna chciała ruszyć za nim, ale na jej drodze stanął tłumzmierzający w stronę stołu.

- Och, nie martw się o niego - uspokoiła ją Lizzie. - Wszyscy wiedzą,kim jest. Nic mu się nie stanie.

Mimo wszystko poszłaby za nim, ale zobaczyła, jak obok synka wyrastanagle mała jasnowłosa główka. Był to Germain, dwa lata starszy kuzyni serdeczny przyjaciel Jema. Był znacznie lepiej rozwinięty niż przeciętnypięciolatek, głównie dzięki naukom ojca. Miała nadzieję, że nie myszkujegościom po kieszeniach; zanotowała sobie w pamięci, by go potem zrewidować.

Germain ujął Jema mocno za rękę, więc uległa namowom przyjaciółeki usiadła z nimi na belach siana, które ułożono w pewnej odległości odogniska.

- Und gdzie jest twój ukochany? - spytała żartobliwie Hilda. - Twójwielki powabny czarny diabeł?

- Ach, on? - odparła Brianna, naśladując Lizzie, i wszystkie wybuchłygromkim śmiechem, który niezbyt przystoi damom; najwidoczniej miałyjuż za sobą kilka kolejek piwa. Wskazała głową pogrążony w mroku warsztat bednarza. - Pociesza Ronniego. Wasza matka gniewa się na Sengęza jej wybór?

- A jakże - odparła Inga, przewracając wymownie oczami. - Szkoda,że nie słyszałaś, jak zawzięcie się kłóciły. Tata poszedł na ryby i nie byłogo trzy dni.

Brianna pochyliła głowę, by ukryć uśmiech. Robin McGillivray lubiłspokojne życie, którym nigdy nie mógł się cieszyć w towarzystwie żonyi córek.

- No tak - mruknęła filozoficznie Hilda, odchylając się nieco, by usiąśćwygodniej. Była w pierwszej ciąży, mocno już zaawansowanej. - Po prawdzie meine Mutter niewiele mogła powiedzieć. Heinrich to w końcu synjej kuzyna. Cóż że jest biedny?

- Za to młody - dodała praktycznie Inga. - Tata mówi, że Heinrich madość czasu, żeby zdobyć majątek.

Ronnie Sinclair nie był właściwie bogaty - a trzydzieści lat starszy odSengi. Miał jednak warsztat i połowę domu, w którym mieszkał z McGillivrayami. Ute, wydawszy szczęśliwie dwie starsze córki za ludzi zamożnych, z pewnością dostrzegała korzyści związku Sengi z Ronniem.

- Myślę, że może to być trochę niezręczne - zauważyła ostrożnie Brianna. - Ronnie i twoja rodzina pod jednym dachem, kiedy... - Wskazałagłową narzeczonych, którzy podsuwali sobie kawałki ciasta.

- Jezu! - zawołała Hilda, przewracając oczami. - Cieszę się, że niebędę tu mieszkać!

Inga przytaknęła energicznie, ale dodała:

- Mutti nie należy do tych, co płaczą nad rozlanym mlekiem. Już szukażony dla Ronniego. Popatrzcie tylko.

Wskazała stół z jedzeniem, gdzie uśmiechnięta Ute gawędziła z grupąNiemek.

- Jak myślisz, kogo wybrała? - zwróciła się Inga do siostry, obserwujączmrużonymi oczami działania swej matki. - Małą Gretchen? A może kuzynkę twojego Archiego Seonę? Tę z rozbieżnym zezem?

Hilda, zamężna za Szkotem z hrabstwa Surry, potrząsnęła w odpowiedzi głową.

- Wybierze niemiecką dziewczynę - zawyrokowała. - Matka już terazmyśli o tym, co się stanie, kiedy Ronnie umrze, a jego żona zechce ponownie wyjść za mąż. Niemkę mama będzie mogła skłonić do małżeństwaz jednym ze swych siostrzeńców albo kuzynów i zatrzymać majątek w rodzinie, prawda?

Brianna przysłuchiwała się zafascynowana, podczas gdy dziewczętaomawiały sytuację niezwykle rzeczowo - i zastanawiała się, czy RonnieSinclair ma choć blade pojęcie, że jego los decyduje się w tak pragmatyczny sposób. Mieszkał jednak z McGillivrayami od ponad roku, rozumowała; musiał coś wiedzieć o metodach Ute.

Dziękując w duszy Bogu, że nie jest zmuszona żyć pod jednym dachemz groźną Frau McGillivray, poszukała wzrokiem Lizzie, pełna współczucia dlaswej niegdysiejszej pracownicy. Wiedziała, że biedaczka będzie zmuszonazamieszkać z Ute, w przyszłym roku gdy jej małżeństwo dojdzie do skutku.

Znów skupiła uwagę na rozmowie przyjaciółek i zorientowała się, żedziewczęta nie mówią o ojcu Lizzie.

- Ciocia Gertruda - oświadczyła Hilda, po czym beknęła cicho, zasłaniając usta dłonią. - Jest wdową; będzie dla niego najlepsza.

- Ciocia Gertruda wpędzi biednego pana Wemyssa do grobu w ciąguroku - zażartowała Inga. - Jest dwa razy większa od niego. Jeśli niewykończy go harówką, to zgniecie go na miazgę, przekręciwszy się nabok we śnie.

Hilda krztusiła się ze śmiechu. Brianna pomyślała, że i ona zapewnewypiła już sporo piwa; czepek miała przekrzywiony, a jej blada zwykletwarz była zaczerwieniona, nawet w świetle ogniska.

- Ano cóż, on się chyba tym za bardzo nie przejmuje. Patrzcie.

Hilda skinęła w stronę piwoszy i Brianna bez trudu dostrzegła głowępana Wemyssa, jego płowe rozwiane włosy, jak u córki. Prowadził ożywioną rozmowę z korpulentną kobietą w fartuchu i czepku, która śmiejącsię, trącała go poufale w żebra.

Po chwili ruszyła ku nim Ute McGillivray, a za nią, trochę niepewnie,jakaś wysoka blondynka z rękami złożonymi pod fartuchem.

- Och, kto to jest? - Inga wykręciła szyję jak gęś, a siostra trąciła jąłokciem, oburzona.

- Lass das, du alte Ziege! Mutti patrzy w tę stronę.

Lizzie uniosła się na kolana, spoglądając ciekawie.

- Kto...? - zaczęła, a jej głos zabrzmiał jak pohukiwanie sowy. Jejuwagę odciągnął jednak Manfred, który osunął się na siano tuż obok,uśmiechając się przyjacielsko.

- Jak się bawisz, Herzchen? - spytał, obejmując ją w talii i próbującpocałować.

- Kto to jest, Fräulein? - odpowiedziała pytaniem, umknąwszy zwinniejego ramionom. Wskazała dyskretnie blondynkę, która uśmiechała sięnieśmiało, gdy Frau Ute przedstawiała ją panu Wemyssowi.

Manferd zamrugał, kołysząc się niepewnie na kolanach, ale zaraz wyjaśnił:

- Och, to Fräulein Berrisch. Siostra pastora Berrischa.

Indze i Hildzie aż zaparło dech z ciekawości. Lizzie zmarszczyła nieznacznie czoło, ale widząc, że ojciec odchylił głowę na widok nieznajomej,odprężyła się; Fräulein Berrisch była niemal tak wysoka jak Brianna.

No cóż, to wyjaśnia, dlaczego jest wciąż Fräulein, pomyślała ze współczuciem Brianna. Jej włosy, w miejscach gdzie nie zakrywał ich czepek,przetkane były siwizną, twarz wydawała się pospolita, choć w oczachkryła się jakaś spokojna słodycz.

- Ach, więc to protestantka - zauważyła Lizzie lekceważącym tonem,dając do zrozumienia, że Fräulein trudno uznać za potencjalną partię dlajej ojca.

- Tak, ale poza tym to miła kobieta. Chodź, Elizabeth, zatańczymy -zaproponował Manfred, który najwidoczniej stracił zainteresowanie panem Wemyssem i Fräulein; zmusił oporną Lizzie, by wstała, i pociągnąłją ku kręgowi tancerzy. Ruszyła niechętnie, ale nim dotarli na miejsce,Brianna zauważyła, że Lizzie się śmieje, Manfred zaś patrzy na nią z radością, a na jego przystojnej twarzy igra blask ogniska. Przyszło jej do głowy,że to ładna para, znacznie lepiej dobrana niż Senga i jej Heinrich, wysoki,ale dość patykowaty, o ostrych rysach twarzy.

Inga i Hilda zaczęły się spierać po niemiecku, dzięki czemu Briannamogła całym sercem oddać się wspaniałej kolacji. Była tak głodna, żewszystko zjadłaby z apetytem, ale tarta, chrupka kiszona kapusta i kiełbaski, soczyste i pachnące, stanowiły wyjątkowy przysmak.

Dopiero gdy zgarnęła z drewnianego talerza resztki soku i tłuszczu kawałkiem kukurydzianego chleba, spojrzała na warsztat bednarski i pomyślała ze skruchą, że powinna była może zostawić trochę Rogerowi. Był takimiły, że pomyślał o biednym Ronniem. Poczuła przypływ dumy i miłoścido męża. Zastanawiała się, czy nie pójść tam i nie wyciągnąć go.

Odstawiła talerz i właśnie unosiła spódnicę, by zrealizować swój zamiar, gdy na przeszkodzie stanęły dwie małe postaci, które wynurzyłysię z ciemności.

- Jem? - spytała przestraszona. - Co się stało?

Na jego włosach lśnił miedziany blask ogniska, ale twarz była biała,a oczy przypominały ciemne rozlewiska; szeroko otwarte, patrzyły nieruchomo.

- Jemmy!

Obrócił ku niej twarz pozbawioną wyrazu. - Mama? - spytał cienkim,niepewnym głosikiem, po czym nagle usiadł; nogi załamały się pod nim,jakby były z gumy.

Uświadamiała sobie mgliście obecność Germaina, który chwiał się niczym małe drzewko na wietrze, ale jej uwagę bez reszty pochłaniał syn.Chwyciła go i podniosła mu głowę, potrząsając nim lekko.

- Jemmy! Ocknij się! Co się stało?

- Chłopak jest zalany w trupa, a nighean - oznajmił jakiś głos nad jejgłową, wyraźnie rozbawiony. - Co pani mu dała?

Robin McGillivray, sam bez wątpienia zawiany, nachylił się i szturchnąłlekko chłopca, czym sprowokował go do chichotu. Potem uniósł rękęJemmy'ego, po czym puścił; kończyna opadła bezwładnie jak rozgotowany makaron.

- Niczego mu nie dałam - odparła i poczuła, jak jej przerażenie ustępuje miejsca irytacji; zauważyła, że Jemmy niemal już śpi, a jego klatkapiersiowa unosi się i opada spokojnym rytmem. - Germain!

Germain przybrał postać małego cielesnego wzgórka i śpiewał sobiesennym głosem Alouette. Brianna sama go tego nauczyła; była to jegoulubiona piosenka.

- Germain! Co dałeś Jemmy'emu do picia?

- ...j'te plummerai la tette...

- Germain! - krzyknęła i chwyciła go za ramię, a on przestał śpiewać,spojrzawszy na nią ze zdumieniem. - Co dałeś Jemmy'emu, Germain?

- Był spragniony, m'dame - odparł Germain z uśmiechem o zadziwiającej słodyczy. - Chciał coś do picia.

Oczy uciekły mu w głąb czaszki, po czym osunął się do tyłu, bezwładnyjak martwa ryba.

- O Jezu Chryste!

Inga i Hilda były w szoku, ale Brianna nie miała czasu zajmować się nimi.

- Gdzie, u diabła, jest Marsali?

- Nie ma jej tutaj - oznajmiła Inga, nachylając się, by obejrzeć Germaina. - Weszła do domu z małą Mädchen. A Fergus jest... - Wyprostowałasię i rozejrzała. - Przed chwilą go widziałam.

- Co się stało?

Briannę zaskoczył szorstki głos tuż nad jej ramieniem; odwróciła sięi ujrzała lekko zdziwionego Rogera. Z jego twarzy zniknęła zwykła surowość.

- Twój syn to pijak - poinformowała go. Po chwili wychwyciła wońmężowskiego oddechu i dodała chłodno: - Widzę, że wdał się w ojca.

Nie zwracając na nią uwagi, usiadł obok, wziął Jemmy'ego na kolanai poklepał po policzku, delikatnie, ale stanowczo.

- Obudź się, Mej - powiedział cicho. - No już. Wszystko w porządku?

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki chłopiec zatrzepotał powiekami i uśmiechnął się sennie do Rogera.

- Cześć, tato.

Po chwili, wciąż uśmiechając się błogo, przymknął powieki i zapadłw całkowity bezwład, opierając policzek na ojcowskim kolanie.

- Nic mu nie będzie - zapewnił Roger Briannę.

- No dobrze - powiedziała, nie do końca udobruchana. - Jak myślisz,co pili? Piwo?

Roger nachylił się nad chłopcem i powąchał poplamione na czerwonowargi swej latorośli.

- Chyba wiśniówkę. Za stodołą jest cała beczka.

- Święty Boże! - zawołała. Nigdy nie piła wiśniówki, ale pani Bug mówiła jej, jak ją przyrządzić: "Wyciśnij sok z buszla wiśni, rozpuść w nimdwadzieścia cztery funty cukru, a potem przelej do czterdziestogalonowejbeczki i dopełnij whisky".

- Nic mu nie będzie. - Roger poklepał ją po ramieniu. - Ten tam toGermain?

- Tak. - Nachyliła się nad chłopcem, który spał spokojnie i też sięuśmiechał. - Ta wiśniówka musi być niezła.

Roger wybuchnął śmiechem.

- Jest okropna. Jak silnie działający syrop na kaszel. Ale muszę przyznać, że potrafi człowieka rozweselić.

- Piłeś to? - Popatrzyła na niego spod zmrużonych powiek, ale jegowargi miały swą naturalną barwę.

- Ależ skąd. - Nachylił się i pocałował ją na dowód swej prawdomówności. - Nie myślisz chyba, że Szkot taki jak Ronnie topiłby żal w wiśniówce? Kiedy pod ręką jest przyzwoita whisky.

- Rzeczywiście - przyznała i zerknęła na warsztat bednarski. Słabyblask paleniska już przygasł i zarys drzwi zniknął, a budynek przypominałniewyraźny prostokąt czerni na tle jeszcze ciemniejszej masy drzew. -Jak Ronnie sobie z tym radzi?

Rozejrzała się, ale Inga i Hilda poszły już pomagać Frau Ute; wszystkiekrążyły wokół stołu, sprzątając naczynia.

- Och, całkiem nieźle. - Roger zdjął Jemmy'ego z kolan i ułożył ostrożnie na sianie obok Germaina. - W gruncie rzeczy, nie kochał Sengi. Toraczej frustracja seksualna, a nie złamane serce.

- No, jeśli tak... Nie będzie musiał już długo cierpieć; słyszałam, żeFrau Ute wzięła sprawy w swoje ręce.

- W rzeczy samej, obiecała, że znajdzie mu żonę. Ronnie podchodzido sprawy, można by rzec, filozoficznie. Ale cuchnie pożądaniem - dodał,marszcząc nos.

- Chcesz coś zjeść? - Zerknęła na chłopców, przysiadając na piętach. -Przyniosę ci coś, zanim wszystko zostanie posprzątane.

Roger ziewnął potężnie.

- Nie, nie trzeba. - Zamrugał, uśmiechając się do niej sennie. - Pójdępowiedzieć Fergusowi, gdzie jest Germain, i może uda mi się przy okazjicoś przekąsić.

Poklepał ją po ramieniu, a potem wstał, chwiejąc się tylko trochę, i ruszył w stronę ogniska.

Jeszcze raz sprawdziła, jak się miewają chłopcy; obaj oddychali głębokoi miarowo, pogrążeni w głębokim śnie. Westchnąwszy, otuliła ich słomąi nakryła swoją peleryną. Robiło się chłodniej, ale wiatr ustał; w powietrzunie czuło się mrozu.

Przyjęcie trwało nadal, ale toczyło się już znacznie spokojniejszym rytmem. Tańce się skończyły, a tłum podzielił się na małe grupki - mężczyźniotoczyli kołem ognisko, zapalając fajki, młodsi zniknęli w ciemności.Gdziekolwiek Brianna spojrzała, widziała rodziny, które szykowały siędo spania, moszcząc legowiska na sianie. Niektóre spędzały noc w domu,ale większość w stodole; gdzieś z dali dobiegał dźwięk gitary i samotnygłos, wyśpiewujący coś niespiesznego i smutnego. Pod wpływem melodiizrodziła się w niej nagła tęsknota za głosem Rogera, takim, jaki był niegdyś, bogatym i czułym.

Myśląc o tym, uzmysłowiła sobie, że Roger, gdy wrócił z warsztatubednarskiego, gdzie pocieszał Ronniego, mówił znacznie lepiej. Jego głoswciąż był chrapliwy i miał w sobie tylko cień dawnej dźwięczności - alepłynął z łatwością i bez przerw. Może to alkohol rozluźnił struny głosowe?

Chyba raczej rozluźnił Rogera, pomyślała; stłumił w nim zahamowania.Dobrze było o tym wiedzieć. Matka uważała, że głos Rogera poprawi się,jeśli będzie go ćwiczył, pracował nad nim, on jednak posługiwał się nimz oporami - czy to z powodu przykrości, jakie łączyły się z mówieniem,czy też świadomości, że kiedyś ten głos brzmiał zupełnie inaczej.

- Może zrobię trochę wiśniówki - powiedziała głośno. Potem rzuciłaokiem na dwie małe postaci śpiące na sianie i ujrzała w wyobraźni, jakbudzi się rano w towarzystwie trzech skacowanych osobników. - Nie,lepiej nie.

Zgarnęła pod głowę trochę siana, rozłożyła na nim chusteczkę - pomyślała, że nazajutrz będą wszyscy wyciągać źdźbła z ubrania - i położyłasię, otulając swym ciałem Jema. Gdyby któryś z chłopców poruszył sięalbo zwymiotował przez sen, od razu by się obudziła.

Ognisko już niemal zgasło; nad wzgórkiem rozżarzonych głowni tańczyłytylko małe nierówne płomyki, a latarnie rozstawione wokół podwórzawypaliły się albo dla oszczędności zostały zgaszone. Głos gitary i śpiewakaumilkł na dobre. Napłynęła nieubłagana noc i rozpostarła nad góramiskrzydła zimnej ciszy. W górze świeciły jasne gwiazdy, ale były tylkokropeczkami odległymi o tysiąclecia. Brianna zamknęła oczy przed bezmiarem nocy i przyłożyła usta do czoła Jemmy'ego, chłonąc jego ciepło.

Próbowała zasnąć, ale teraz, kiedy nie rozpraszała jej niczyja obecność,a w powietrzu unosiła się woń spalonego drewna, poczuła, jak jej pamięćwykrada się w przeszłość; wieczorna modlitwa o boże błogosławieństwozamieniła się w błaganie o litość i ochronę przed złem.

"Braci moich ode mnie oddalił, a znajomi moi stronią ode mnie. Opuścilimię bliscy moi, a znajomi moi zapomnieli mię".

"Nie zapomnę was", powiedziała bezgłośnie do martwych. Słowa tewydały się żałosne - nieistotne i daremne. Ale jedyne, na jakie było jąstać. Drgnęła nieznacznie i mocniej objęła Jemmy'ego.

Nagle rozległ się szelest siana; poczuła za plecami, jak Roger układasię na legowisku. Wiercił się przez chwilę, potem okrył ją swoją peleryną,westchnął z ulgą i przywarł do niej całym ciałem, obejmując jej talię.

- To był cholernie długi dzień, prawda?

Mruknęła cicho w odpowiedzi. Teraz, kiedy wszystko ucichło, kiedynie trzeba było już rozmawiać, czuwać, baczyć na cokolwiek, miała wrażenie, że każde włókienko jej ciała rozpada się ze zmęczenia. Od zimnej,twardej gleby oddzielała ją tylko cienka warstwa siana, ale Brianna czuła,jak sen napływa ku niej na podobieństwo fali, która liże piaszczysty brzeg,kojąco i nieubłaganie.

- Znalazłeś sobie coś do jedzenia? - spytała, kładąc mu dłoń na nodze,on zaś przycisnął odruchowo ramię, przyciągając ją do siebie.

- Owszem, jeśli piwo można nazwać jedzeniem, jak to robi wielu. -Roześmiał się, a jego oddech przesycony był ciepłą mgiełką o woni chmielu. - Nie jestem głodny.

Ciepło jego ciała zaczęło przenikać rozdzielające ich warstwy ubraniai odpędzało chłód nocy.

Jem zawsze emanował ciepłem podczas snu; kiedy Brianna leżała zwinięta wokół niego w kłębek, miała wrażenie, że tuli gliniany garnek z węgielkami. Lecz Roger promieniował jeszcze silniejszym żarem. No cóż, jego matkazwykła mawiać, że lampa na alkohol wydziela więcej ciepła niż naftowa.

Westchnęła i wtuliła się w niego w poczuciu bezpieczeństwa. Teraz,gdy miała przy sobie rodzinę, gdy byli razem, cali i zdrowi, nie odczuwałajuż chłodnego bezmiaru nocy.

Roger nucił coś pod nosem. Uświadomiła to sobie niespodziewanie.Dźwięk był pozbawiony melodii, czuła jednak na plecach nieznaczne wibracje. Bała się poruszyć, by go nie spłoszyć; chciała, by nucił dalej, pewna, żejest to zbawienne dla jego strun głosowych. On jednak po chwili sam przerwał. Mając nadzieję, że znów go do tego nakłoni, sięgnęła za siebie, pogłaskała go po nodze i sama zanuciła pytająco.

- Hmmm?

Jego dłonie objęły jej pośladki i zacisnęły się mocno.

- Mhmm - odpowiedział zachęcająco, a zarazem z zadowoleniem.

Milczała; odsunęła się od niego nieznacznie. Kiedy indziej zrozumiałby i cofnął dłonie. Teraz cofnął, ale tylko jedną, by zsunąć ją wzdłużjej nogi, zamierzając bez wątpienia ująć brzeg sukni i podciągnąć godo góry.

Sięgnęła pospiesznie za siebie, chwyciła myszkującą dłoń, przyciągnęłai położyła sobie na piersi, dając mu do zrozumienia, że choć docenia jegozabiegi i w innych okolicznościach z radością by im uległa, w tej akuratchwili uważa, że...

Roger zazwyczaj bezbłędnie odczytywał mowę jej ciała, ale najwidoczniej whisky przytępiła tę umiejętność. Albo - przyszło jej nagle do głowy -po prostu nie obchodziło go, czy ona chce...

- Roger! - syknęła.

Znów zaczął nucić, dźwięk był teraz przeplatany cichymi, gwałtownyminutkami, które przypominały perkotanie czajnika z wrzącą wodą. Zsunąłdłoń po jej nodze i zaczął podciągać suknię. Czuła gorący dotyk na swymudzie, pełznący szybko ku górze - i do wewnątrz. Jemmy kaszlnął, podrygując w jej ramionach, ona zaś była gotowa kopnąć Rogera w goleńi zniechęcić go na dobre.

- Boże, jesteś piękna - mruknął w zagięcie jej szyi. - O Boże, takapiękna. Taka piękna... taka... hmmm... - Następne słowa wymamrotałniewyraźnie, ale Brianna miała wrażenie, że powiedział "śliska". Jego palcedotarły do celu, a ona wygięła plecy w łuk, próbując się wyswobodzić.

- Roger - powiedziała, starając się mówić cicho. - Roger, koło nas sąludzie!

I pochrapujący malec, który leżał tuż obok.

Roger wymamrotał coś, zrozumiała tylko "ciemno" i "nikt nie zobaczy",a po chwili wróciła myszkująca dłoń, by chwycić pełną garścią jej sukniei odsunąć.

Znów zaczął nucić, zaraz jednak urwał, mamrocząc: - Kocham cię,kocham cię tak bardzo...

- Ja też cię kocham - odparła, sięgając za siebie i starając się chwycićjego rękę. - Przestań, Roger!

Usłuchał, ale natychmiast objął ją od przodu i chwycił za ramię. Krótkigwałtowny ruch i oto leżała na plecach, wpatrzona w odległe gwiazdy,które po sekundzie przysłoniła głowa Rogera i jego barki, gdy położył sięna niej przy ogłuszającym szeleście siana i rozpinanego odzienia.

- Jem... - wysunęła szybko dłoń w stronę syna, który zdawał się nieprzejmować nagłym zniknięciem ciepłego ciała matki, tylko leżał zwiniętyw kłębek niczym pogrążony w zimowym śnie jeż.

Roger śpiewał teraz czy raczej zawodził słowami pewnej sprośnej szkockiej piosenki o młynarzu, którego zamęcza młoda kobieta, prosząc, byzmielił jej ziarno. Co też uczynił.

Gorącym szeptem syczał jej w ucho słowa piosenki, przygniatając jącałym ciężarem ciała. Widziała nad sobą wirujące szaleńczo gwiazdy.

Kiedy Roger powiedział o Ronniem, że "cuchnie pożądaniem", uznałato za figurę retoryczną, ale najwyraźniej się myliła. Nagie ciało zetknęłosię z nagim ciałem. Zaparło jej oddech. I Rogerowi.

- O Boże - wyszeptał. Wstrzymał się przez chwilę, zastygły na tlenieba, potem westchnął w ekstazie przesyconej oparami whisky i zacząłporuszać się wraz z nią, nucąc przy tym. Na szczęście było ciemno,choć niezupełnie. Resztki ogniska rzucały nieziemski blask na jego twarz;przez chwilę wyglądał niczym kuszący, wielki, czarny diabeł, jak określiłago Inga.

Leż i ciesz się - napomniała się Brianna. Siano wydawało przeraźliwyszelest, ale docierał on zewsząd, a szum wiatru w drzewach tłumił niemalwszystko.

Brianna zdołała jakoś przezwyciężyć zakłopotanie i naprawdę zaczęłaodczuwać przyjemność, gdy Roger wsunął pod nią dłonie i uniósł ją.

- Obejmij mnie nogami - wyszeptał i chwycił jej płatek uszu zębami. -Opleć mnie nogami i bij z tyłu piętami.

Częściowo pod wpływem narastającej żądzy, a częściowo pragnąc pozbawić go tchu i uciszyć, rozsunęła szeroko nogi i zadarła do góry, poczym złączyła je nad jego unoszącym się grzbietem. Wydał z siebie pełenekstazy jęk i podwoił wysiłki. Żądza zwyciężyła; Brianna niemal zapomniała, gdzie się znajdują.

Czepiając się go z całych sił, podniecona gwałtownym ruchem, wygięłaplecy i naparła na Rogera; jego żar przyprawiał ją o dreszcz, poczuła naudach i pośladkach, nagich w ciemności, elektryczne dotknięcie nocnegowiatru. Drżąc i jęcząc, wtopiła się z powrotem w siano, wciąż obejmującjego biodra nogami. Jakby pozbawiona kości i nerwów, przekręciła głowęna bok, po czym wolno i leniwie otworzyła oczy.

Ktoś tam był; dostrzegła jakiś ruch w ciemności i zamarła. Był to Fergus,pewnie przyszedł po syna. Usłyszała pomruk jego głosu, mówił coś pofrancusku do Germaina, a potem szelest oddalających się kroków na rozrzuconej wkoło słomie.

Leżała nieruchomo z walącym sercem i nogami w górze. Roger zdążyłjuż zapaść w bezwład. Zwiesiwszy głowę i otuliwszy jej twarz długimiwłosami jak pajęczyną, wymruczał: "Kocham cię... Boże, kocham cię", poczym osunął się, powoli i delikatnie. Wionął jej w ucho: "Dziękuję"; leżącna niej i oddychając z wysiłkiem, pogrążył się w ciepłej półświadomości.

- Och - rzuciła, spoglądając na spokojne gwiazdy. - Nie ma za co.

Rozwarła zesztywniałe nogi i z pewnym wysiłkiem uwolniła się od Rogera, po czym zakryła jako tako i odzyskała błogosławioną anonimowośćw swym wymoszczonym sianem gnieździe, ułożywszy Jemmy'ego międzysobą a Rogerem.

- Hej - powiedziała nagle, a Roger drgnął.

- Mhm?

- Jakim potworem był Eigger?

Roześmiał się, był to cichy i czysty dźwięk.

- Och, Eigger był wielkim ciastkiem ponczowym. Z czekoladową polewą. Spadał na inne potwory i pokrywał je swoją słodyczą.

Znów się roześmiał, dostał czkawki i zanurzył się w siano.

- Roger? - szepnęła chwilę później. Nie było odpowiedzi, więc Briannawyciągnęła rękę ponad uśpionym ciałem syna i położyła ją delikatnie naramieniu męża. - Zaśpiewaj mi - poprosiła cicho, choć wiedziała, że już śpi.

7. Agent do spraw Indian James Fraser

- Agent do spraw Indian James Fraser - powiedziałam, przymykając oczy,jakbym czytała te słowa z ekranu. - To brzmi, jakby pochodziło z jakiegośserialu telewizyjnego o Dzikim Zachodzie.

Jamie przerwał ściąganie skarpet i popatrzył na mnie nieufnie.

- Tak? To znaczy dobrze czy źle?

- Dobrze, dopóki bohater jest nieśmiertelny.

- W takim razie podoba mi się - oznajmił, studiując z uwagą skarpety,które właśnie zdjął. Powąchał je podejrzliwie, przesunął kciukiem po cienkiej łacie na pięcie, potrząsnął głową, po czym cisnął je do kosza nabrudną bieliznę. - Mam zaśpiewać?

- Zaś... och - Zrozumiałam, przypomniawszy sobie, że gdy ostatnimrazem próbowałam mu wyjaśnić, na czym polega telewizja, skupiłam sięgłównie na programie "The Ed Sullivan Show". - Nie, nie wydaje mi się.Nie będziesz też musiał huśtać się na trapezie.

- No cóż, to pocieszające. Nie jestem już taki młody, wiesz. - Wstałi przeciągnął się, postękując. Ściany domu miały wysokość ośmiu stóp,by Jamie mógł się w nim pomieścić, ale i tak jego pięści otarły się o sosnowe belki. - Chryste, ale to był długi dzień!

- No cóż, już prawie się skończył - oznajmiłam, wąchając z koleipodszewkę sukni, którą właśnie zdjęłam. Pachniała mocno, choć nieodrażająco, koniem i dymem drzewnym. Postanowiłam, że przewietrzę ją porządnie i sprawdzę, czy można będzie jeszcze ponosić jątrochę bez prania. - Nie potrafiłabym huśtać się na trapezie nawetw młodym wieku.

- Dałbym każde pieniądze, by zobaczyć, jak próbujesz - powiedziałz szerokim uśmiechem.

- Co to takiego agent do spraw Indian? - spytałam znów. - MacDonalduważał chyba, że wyświadcza ci ogromną przysługę, proponując ci tęfunkcję.

Wzruszył ramionami, rozpinając kilt.

- Bez wątpienia tak uważa.

Strzepnął sprawnie swój strój, a na podłodze u jego stóp pojawiła sięwarstwa kurzu i końskiego włosia. Podszedł do okna, przełożył kilt nazewnątrz i strzepnął jeszcze mocniej.

- Pewnie by tak było, gdyby nie ta twoja wojna - dotarł do mniez ciemności jego zniekształcony głos.

- Moja? - spytałam oburzona. - Mówisz tak, jakbym to ja zamierzałają wywołać.

Machnął lekceważąco ręką.

- Wiesz, o co mi chodzi. To się rozumie samo przez się, Angliszko - takiagent to ktoś, kto rozmawia z miejscowymi Indianami, daje im podarkii przekonuje, w nadziei że będą się utożsamiać z każdym interesem Korony.

- Och? A co to jest ten Departament Południowy, o którym wspomniałMacDonald? - Zerknęłam odruchowo ku zamkniętym drzwiom naszejsypialni, ale stłumione chrapanie dobiegające z drugiej strony korytarzadowodziło, że nasz gość zdążył już paść w objęcia Morfeusza.

- Hmm. Jest Departament Południowy i Departament Północny, obazajmują się sprawami Indian w koloniach. Departament Południowy podlega Johnowi Stuartowi, człowiekowi z Inverness. Odwróć się, ja to zrobię.

Pełna wdzięczności, stanęłam do niego plecami. Z wprawą z długiej praktyki rozwiązał tasiemki mojego gorsetu w ciągu kilku sekund.Westchnęłam głęboko, kiedy się rozluźniły. Potem zaczął masować mniepo żebrach, gdzie fiszbiny pozostawiły głębokie ślady.

- Dziękuję - sapnęłam z wdzięcznością i oparłam się o niego. - A MacDonald jako człowiek z Iverness sądzi, że ten Stuart będzie się odznaczałwrodzoną skłonnością do angażowania także innych Szkotów?

- To może zależeć od tego, czy Stuart spotkał kiedyś moich rodaków -odparł Jamie. - Ale MacDonald tak uważa, owszem.

Pocałował mnie w kark, kierowany odruchową czułością, potem cofnąłdłonie i zaczął rozwiązywać tasiemkę przy swoich włosach.

- Usiądź - powiedziałam, wysuwając stopy z gorsetu, który opadał napodłogę. - Ja to zrobię.

Usiadł na stołku w samej koszuli i odprężony zamknął oczy, podczasgdy ja rozplątywałam mu włosy. Miał je związane w warkocz podczas jazdy konnej z Dutchman's Creek i przez ostatnie trzy dni; przesuwałamdłonią po ciepłej ognistej grzywie; jej luźne sploty błyskały w świetle ognia cynamonem, złotem i srebrem, gdy masowałam mu opuszkami palcówskórę głowy.

- Mówiłeś o podarkach. To Korona je dostarcza? - spytałam. Korona,jak zauważyłam, miała w zwyczaju "zaszczycać" ludzi zamożnych stanowiskami, które wymagały od nich znacznych nakładów finansowych.

- Teoretycznie. - Ziewnął potężnie i z ulgą opuścił ramiona, gdy wzięłam swoją szczotkę i zabrałam się do rozczesywania jego włosów. - Och,jak miło. Dlatego właśnie MacDonald uważa to za przysługę; jest szansana zysk z handlu.

- Pomijając doskonałe okazje do korupcji. Tak, rozumiem. - Czesałamgo przez kilka minut, a potem spytałam: - Zgodzisz się?

- Nie wiem. Muszę się nad tym zastanowić. Wspomniałaś o DzikimZachodzie... Brianna powiedziała coś podobnego, mówiąc o pastuchach...

- Kowbojach.

Zbył moją poprawkę machnięciem ręki.

- I o Indianach. Czy to prawda, co mówi?

- Chodzi ci o to, czy większość Indian w następnym wieku zostaniewyniszczona? Tak, ma rację. - Wygładziłam mu włosy, po czym usiadłamna łóżku i zajęłam się swoimi włosami. - Martwi cię to?

Zmarszczył czoło, zastanawiając się i drapiąc odruchowo po czerwonozłotych kędziorach na piersi.

- Nie - odparł. - Niekoniecznie. Nie wydaje mi się, bym miał ichzabijać własnymi rękami. Ale... to się zbliża, prawda? Czas, kiedy będęmusiał postępować bardzo ostrożnie, by się nie poparzyć.

- Obawiam się, że tak.

Wiedziałam, co ma na myśli, i to aż za dobrze. Linie podziału nie byłyjeszcze wyraźne - ale już się pojawiały. Funkcja agenta do spraw Indianw służbie Korony była równoznaczna z deklaracją lojalności - niegroźną,dopóki ruch wyzwoleńczy stanowił jedynie radykalny margines, a ogniskaniezadowolenia płonęły z rzadka. Ale coraz groźniejszą w miarę zbliżaniasię do chwili, gdy niezadowoleni przejmą władzę i ogłoszą niepodległość.

Znając epilog wydarzeń, Jamie nie mógłby zwlekać zbyt długo z przejściem na stronę rebeliantów - lecz gdyby zrobił to za wcześnie, naraziłbysię na oskarżenie o zdradę. Niezbyt miła perspektywa dla rozgrzeszonegozdrajcy.

- Co prawda, będąc agentem, mógłbyś przekonać kilka plemion, bystanęły po stronie amerykańskiej albo przynajmniej zachowały neutralność - zauważyłam nieśmiało.

- Mógłbym - zgodził się z nutą rezygnacji w głosie. - Ale pomijającpytanie o uczciwość takiego postępowania, oznaczałoby to jednocześnieskazanie ich, czyż nie? Jak myślisz, czy spotkałby ich ten sam los, gdybyzwyciężyli Anglicy?

- Nie zwyciężą - zapewniłam go.

Spojrzał na mnie.

- Wierzę ci. Mam podstawy, prawda?

Przytaknęłam, zaciskając wargi. Nie chciałam rozmawiać o minionympowstaniu. Nie chciałam również rozmawiać o nadchodzącej rewolucji,ale jakie miałam wyjście?

- Nie wiem. - Odetchnęłam głęboko. - Nie można powiedzieć - skoroto się nie wydarzyło - ale gdybym miała zgadywać... to wydaje mi się,że Indianie lepiej by wyszli na rządach Brytyjczyków. - Uśmiechnęłamsię smutno. - Wierz albo nie wierz, ale imperium brytyjskie zdołało, lubraczej zdoła, rządzić swoimi koloniami, unikając całkowitego wyniszczeniaich rdzennych mieszkańców.

- Chyba że są góralami szkockimi - stwierdził bez emocji. - Ano, mamtwoje słowo, Angliszko.

Wstał, przesuwając dłonią po włosach, a ja dostrzegłam w ich gąszczuwąziutkie pasemko bieli, pamiątkę po ranie od kuli.

- Powinieneś pomówić o tym z Rogerem - zaproponowałam. - Wieznacznie więcej niż ja.

Przytaknął, ale nie odpowiedział, tylko skrzywił się nieznacznie.

- A jeśli już o nim mowa, to jak sądzisz, dokąd wybrali się oboje? -spytałam.

- Do McGillivrayów, przypuszczam. Po małego Jema.

- Skąd wiesz? - spytałam zdziwiona.

- Kiedy coś się dzieje, mężczyzna pragnie mieć rodzinę u swego boku,rozumiesz?

Popatrzył na mnie ze zmarszczonym czołem, po czym sięgnął i zdjąłz kredensu swój miecz. Wyciągnął go do połowy z pochwy, potem włożyłz powrotem, a pochwę umieścił na swoim miejscu, tak aby móc bez truduchwycić za rękojeść broni.

Wziął też ze sobą do sypialni nabity pistolet, który położył obok toaletkipod oknem. Karabin i strzelba także zostały załadowane i powieszone nadkominkiem na dole. Potem żartobliwie ostentacyjnie dobył sztylet z pochwyu pasa i wsunął zgrabnie pod poduszkę.

- Czasem o tym zapominam - wyznałam z zadumą, patrząc na to, corobi. Pod poduszką naszego łoża w noc poślubną też spoczywał sztylet -a potem towarzyszył nam jeszcze niejednej nocy.

- Naprawdę? - uśmiechnął się bez radości.

- A ty? Nigdy?

Potrząsnął głową, wciąż się uśmiechając, z wyrazem smutku.

- Czasem chciałbym zapomnieć.

Rozmowę przerwało gwałtowne prychnięcie dobiegające z drugiejstrony korytarza, a zaraz potem rozległ się szelest pościeli, głośne przekleństwa i przeraźliwy huk, gdy coś - prawdopodobnie but - uderzyłoo ścianę.

- Przeklęty kot! - zawył major MacDonald. Usiadłam, przyciskając dłońdo ust. Na deskach podłogi zadudniły gołe stopy; po chwili rozległ sięłoskot otwieranych, a następnie zamykanych drzwi.

Jamie także stał przez sekundę jak skamieniały. Potem zbliżył się ostrożnie do naszych drzwi i otworzył je bezgłośnie. Do izby wkroczył Adsoz wyprężonym dumnie ogonem. Ignorując nas wyniośle, przeszedł przezpokój, wskoczył lekko na umywalkę, usiadł w środku, wystawił do górytylną nogę i najspokojniej w świecie zaczął lizać sobie jądra.

- Widziałem raz w Paryżu człowieka, który to robił - zauważył Jamie,obserwując bez zainteresowania koci rytuał.

- I są ludzie, którzy chcą płacić za oglądanie takich rzeczy? - Zakładałam, że nikt by tego nie robił publicznie dla samej zabawy. W każdymrazie nie w Paryżu.

- No, właściwie nie on to robił. Raczej jego partnerka, która była równiegiętka. - Uśmiechnął się do mnie szeroko, a oczy błysnęły mu w blaskuświecy. - Jakby się oglądało kopulujące czerwie.

- Fascynujące - mruknęłam, zerkając na umywalkę, gdzie Adso właśnierobił coś jeszcze bardziej nieprzyzwoitego. - Masz szczęście, kocie, żemajor śpi nieuzbrojony. Mógłby cię podziurawić jak zająca.

- Och, wątpię. Prawdopodobnie nasz Donald kładzie się do łóżkaz bronią sieczną - ale wie doskonale, co dla niego dobre. Nie dałabyś muśniadania, gdyby nadział na ostrze twojego kota.

Spojrzałam w stronę drzwi. Skrzypienie siennika i wypowiadane podnosem przekleństwa już ucichły; major, z łatwością typową dla zawodowego żołnierza, powracał do krainy snów.

- Pewnie nie. Miałeś rację co do jego starań o stanowisko przy nowymgubernatorze. To, jak mniemam, wyjaśnia, dlaczego pragnie dla ciebieawansu politycznego.

Jamie przytaknął, ale najwyraźniej stracił ochotę do dyskusji o kombinacjach MacDonalda.

- Miałem rację? To znaczy, że jesteś mi winna fant, Angliszko.

Przyglądał mi się z miną, która dowodziła kiełkującego zamiaru; miałamnadzieję, że nie zainspirowało go zbytnio wspomnienie wężowatej paryżanki.

- Och? - Zerknęłam na niego podejrzliwie. - A konkretnie...?

- No cóż, nie przemyślałem jeszcze wszystkich szczegółów, ale najpierw powinnaś chyba znaleźć się w łóżku.

Wydawało się to rozsądnym preludium. Ułożyłam poduszki jedna nadrugiej u wezgłowia - przerwałam na chwilę, by wyjąć spod spodusztylet - po czym zaczęłam się wspinać na łóżko. Znów jednak zrezygnowałam i schyliłam się, by umocować lepiej stelaż, napinając sznurypodtrzymujące siennik, aż drewno jęknęło, a taśmy wydały dźwięcznyodgłos.

- Bardzo przemyślnie, Angliszko - odezwał się za moimi plecami Jamie,wyraźnie rozbawiony.

- Doświadczenie - przypomniałam, wspinając się na czworakach naświeżo naprężone legowisko. - Ileż to razy po nocy spędzonej z tobąbudziłam się z siennikiem wokół głowy i tyłkiem tuż nad podłogą?

- Och, spodziewam się, że teraz twój tyłek wyląduje znacznie wyżej -zapewnił mnie.

- Chcesz, bym to ja była na górze?

Miałam w tej kwestii mieszane uczucia. Byłam straszliwie zmęczonai choć uwielbiałam ujeżdżać Jamiego, przez dziesięć godzin ujeżdżałamdiabelskiego konia; mięśnie ud, których użycia wymagały obie te czynności, drgały mi co chwila spazmatycznie.

- Może później - oznajmił, mrużąc oczy w zamyśleniu. - Połóż się naplecach, Angliszko, i podciągnij koszulę. I rozsuń łaskawie nogi, trochęszerzej... no, zrób to dla mnie, bądź dobrą dziewczyną.

Zaczął ściągać koszulę, rozmyślnie nie śpiesząc się.

Westchnęłam i przesunęłam odrobinę pośladki, szukając pozycji, która nieprzyprawiłaby mnie o skurcz, gdybym musiała wytrwać w niej nieco dłużej.

- Jeśli masz na myśli to, co podejrzewam, będziesz żałował. Nie wykąpałam się nawet porządnie - oświadczyłam z wyrzutem. - Jestem straszliwie brudna i cuchnę jak koń.

Nagi, uniósł ramię i powąchał sobie pachę.

- Tak? No cóż, ja także. To bez znaczenia; lubię konie. - Przestał udawać, że zwleka, i teraz analizował przygotowania, wodząc po mnie pełnym aprobaty spojrzeniem. - Ano, bardzo dobrze. A teraz, zechciej wyciągnąć ręce nad głowę i złapać za łóżko...

- Nie zrobisz tego! - zawołałam i od razu ściszyłam głos, zerkającw stronę drzwi. - Nie teraz, kiedy MacDonald śpi po drugiej stroniekorytarza!

- Ależ zrobię - zapewnił. - I do diabła z MacDonaldem i wszystkimiinnymi.

Znieruchomiał jednak, przyglądając mi się z namysłem; po chwili westchnął i potrząsnął głową.

- Nie - powiedział cicho. - Nie dzisiaj. Wciąż myślisz o tym biednymHolendrze i jego rodzinie?

- Tak. A ty?

Usiadł obok mnie, wzdychając.

- Starałem się za wszelką cenę nie myśleć - odparł szczerze. - Aleświeżo zmarli nie leżą ukojeni w swych grobach, prawda?

Położyłam mu dłoń na ramieniu, pełna ulgi, że czuje to samo co ja.Wydawało się, że nocne powietrze wibruje od niespokojnych duchów,odczuwałam też przez cały wieczór uporczywy smutek tego opuszczonegoogrodu i mogił; towarzyszył wszystkiemu, co się wydarzyło później.

W taką noc człowiek powinien siedzieć u siebie, za zamkniętymi drzwiami, przy ogniu, u boku bliskich. Dom poruszył się nieznacznie, okiennicezatrzeszczały na wietrze.

- Pragnę cię, Claire - powiedział cicho Jamie. - Chcę... jeśli ty chcesz?

Czy tamci też tak spędzili noc przed swą śmiercią? - zastanawiałam się.Pełni spokoju i otuleni ścianami chaty, mąż i żona, szepcząc do siebie,przytuleni w łóżku, nie wiedząc, co szykuje im przyszłość. Ujrzałam w wyobraźni długie białe uda, kiedy jej ciało omiatał wiatr, i mignięcie małejkędzierzawej poduszeczki - łono pod kępką brązowych włosów, bladejak rzeźbiony marmur, rozcięcie zamknięte niczym w posągu dziewicy.

- Ja też chcę - odparłam równie cicho. - Chodź.

Nachylił się niżej i zgrabnym ruchem wyciągnął tasiemkę z mojej koszuli nocnej; znoszone płótno zsunęło mi się z ramion. Chciałam chwycićmateriał, ale przytrzymał moją rękę i przycisnął do boku. Pociągnął jednym palcem koszulę niżej, a potem zgasił świecę i w ciemności, którapachniała woskiem, miodem i końskim potem, całował moje czoło, oczy,policzki, wargi i brodę, i tak posuwał się coraz niżej, powoli, miękkimiustami, aż do podbicia stóp.

Potem się uniósł i długą chwilę ssał moje piersi, a ja zsunęłam dłoń po jegoplecach i zacisnęłam palce na pośladkach, nagich i delikatnych w mroku.

Na koniec leżeliśmy blisko siebie, skąpani jedynie w słabiutkim blaskukominka. Byłam tak zmęczona, że czułam niemal, jak moje ciało zapadasię w siennik, i nie pragnęłam niczego więcej, jak tylko zagłębiać się corazbardziej w kojący mrok zapomnienia.

- Angliszko?

- Mhm?

Chwila wahania, po czym jego dłoń odszukała moją i zacisnęła się na niej.

- Nie zrobiłabyś tego co ona, prawda?

- Kto?

- Ona. Ta Holenderka.

Wyrwana gwałtownie znad krawędzi snu, byłam otępiała i półprzytomna; nawet obraz martwej kobiety, spowitej całunem jej fartucha, wydawałsię nierzeczywisty, niewiele bardziej niepokojący niż przypadkowe fragmenty, które przywoływał mój umysł na granicy jawy, gdy zapadałamsię w głębię snu.

- Czego? Nie upadłabym na palenisko? Postaram się - zapewniłamgo, ziewając. - Dobranoc.

- Nie. Obudź się. - Potrząsnął mnie łagodnie za ramię. - Mów domnie, Angliszko.

- Mhm. - Kosztowało mnie to sporo wysiłku, ale wyrwałam się z objęćMorfeusza i przekręciłam na bok, twarzą do niego. - Mhm. Mówić dociebie. O czym...?

- O tej Holenderce - powtórzył cierpliwie. - Gdybym zginął, nie zabiłabyś całej rodziny, prawda?

- Co? - Potarłam sobie twarz, próbując zrozumieć coś wśród dryfujących resztek snu. - Czyjej rodziny... och. Myślisz, że zrobiła to celowo?Że ich otruła?

- Myślę, że chyba tak.

Jego słowa były ledwie szeptem, ale przywróciły mi pełną świadomość. Leżałam przez chwilę w milczeniu, chcąc się upewnić, że on jesttuż obok.

Był - duży, zwarty kształt, gładka kość biodra pod moją dłonią, ciepłai żywa.

- Równie dobrze mógł to być wypadek - powiedziałam bardzo cicho. -Nie wiesz na pewno.

- Nie - przyznał. - Ale nie mogę uwolnić się od tego obrazu.

Przekręcił się niespokojnie na plecy.

- Nagle pojawili się ci mężczyźni - zaczął mówić cicho, wpatrzonyw drewniane belki nad głową. - Walczył z nimi, a oni go zabili, na jegowłasnym progu. A gdy zobaczyła, że jej mężczyzna zginął, chyba powiedziała tamtym, że musi najpierw nakarmić dzieci, zanim... A potem przyprawiła strawę muchomorami i podała posiłek dzieciom i matce. Zabrałatych dwóch ze sobą, ale myślę, że właśnie to był przypadek. Chciała tylkopójść za nim. Nie zostawiłaby go samego... tam.

Chciałam mu powiedzieć, że jest to chyba przesadnie dramatycznainterpretacja tego, co widzieliśmy. Ale zarazem nie mogłam go przekonywać, że się myli. Słysząc, jak opisuje to, co ujrzał w swych myślach, teżto zobaczyłam, i to nader wyraźnie.

- Nie wiesz - oznajmiłam w końcu cichym głosem. - Nie możesz wiedzieć. - Chyba że znajdziesz kogoś i spytasz, pomyślałam. Ale nie powiedziałam tego.

Milczeliśmy chwilę. Byłam pewna, że Jamie wciąż się zastanawia, alemnie znów wciągały piaski snu, nieubłagane i uwodzicielskie.

- A jeśli nie zdołam cię obronić? - wyszeptał w końcu. Jego głowaporuszyła się nagle na poduszce i zwróciła ku mnie. - Ciebie i ich wszystkich. Będę starał się ze wszystkich sił, Angliszko, nie dbam o to, czyzginę, ale co jeśli zginę za wcześnie i nie zdołam was ocalić?

I cóż można było na to odpowiedzieć?

- Nie zginiesz - odszepnęłam.

Westchnął i przysunął głowę jeszcze bliżej, stykaliśmy się teraz czołami.Jego ciepły oddech tchnął wonią jajek i whisky.

- Postaram się - obiecał, a ja dotknęłam ustami jego warg, czując ichmiękkość - potwierdzenie i pociecha w mroku.

Położyłam głowę w zagięciu jego ramienia, objęłam rękę i zaczęłam wdychać woń skóry pachnącej dymem i solą, jakby uwędzonejw ogniu.

- Pachniesz jak wędzona szynka - mruknęłam, a on wydał z siebiecichy odgłos rozbawienia i wsunął dłoń tam, gdzie zwykle spoczywała -między moje uda.

Wtedy poddałam się w końcu i pozwoliłam, by ciężkie piaski snu otoczyły mnie ze wszystkich stron. Może naprawdę to powiedział, gdy zapadałam się w ciemność, a może mi się tylko śniło.

- Jeśli umrę, nie idź za mną - dobiegł mnie jego szept. - Dzieci będącię potrzebować. Zostań dla nich. Mogę poczekać.

8. Ofiara masakry

Lord John Grey

Do pana Jamesa Frasera, Esq.

14 kwietnia 1773

Drogi przyjacielu,

piszę do ciebie w dobrym zdrowiu i ufam, że ty i twoi bliscy także nie zaznajecie żadnych dolegliwości.

Mój syn powrócił do Anglii, by uzupełnić tam edukację. Przekazuje mi z ogromną radością swe doświadczenia (załączam kopię jego ostatniego listu) i zapewnia mnie o doskonałym samopoczuciu. Co ważniejsze, moja matka także zapewnia mnie w swej korespondencji o jego dokonaniach, choć wnoszę - bardziej z tego, czego nie mówi, niźli z tego, co pisze - że mój syn wprowadza nieznany dotąd element konfuzji i zamieszania w jej domostwo.

Wyznaję, iż odczuwam brak owego elementu w swych własnych pieleszach. Tak uporządkowane i systematyczne jest moje życie w tych dniach, że byłbyś zaskoczony. Jednak spokój ten wydaje mi się przygniatający i podczas gdy cieszę się zdrowym ciałem, duch mój nieco słabuje. Co, jak się obawiam, wynika z wielkiej tęsknoty za Williamem.

By wyrwać się z owego stanu samotności, podjąłem ostatnimi czasy nowe przedsięwzięcie, to znaczy wyrób wina. Choć przyznaję, że produkt ten nie może poszczycić się mocą twych trunków, pochlebiam sobie, że nadaje się do picia i że jeśli pozwoli mu się leżakować rok lub dwa, może w końcu przynieść rozkosz podniebieniu. Prześlę ci pod koniec miesiąca tuzin butelek za pośrednictwem mego nowego służącego, pana Higginsa, którego historia może wyda ci się interesująca.

Słyszałeś zapewne o godnej pożałowania awanturze, która zdarzyła się w Bostonie w marcu przed trzema laty, a którą ochrzczono w gazetach, jak niejednokrotnie widziałem, "masakrą", co jest wysoce nieodpowiedzialne - i równie nietrafne, zwłaszcza dla kogoś, kto był owego wydarzenia świadkiem.

Nie byłem obecny przy tym, ale rozmawiałem z licznymi oficerami i żołnierzami, którzy byli. Jeśli mówią prawdę, w co wierzę. Wersja podana przez prasę bostońską została niebywale wyolbrzymiona.

Boston to wedle wszelkich miar istne piekło skłonności republikańskich, gdzie tak zwane Maszerujące Towarzystwa pojawiają się na ulicach bez względu na pogodę, co staje się pretekstem do zgromadzenia tłuszczy, której głównym zajęciem jest nękanie oddziałów stacjonujących w mieście.

Higgins mówi mi, że żaden mężczyzna w mundurze nie śmie chodzić w pojedynkę, z lęku przed ową tłuszczą, a nawet gdy żołnierze pojawiają się w większej liczbie, prześladowania ze strony miejscowych zmuszają ich do powrotu do koszar, chyba że nakaz służby każe im wytrwać na posterunku.

Pewnego wieczoru właśnie w taki sposób został osaczony patrol złożony z pięciu mężczyzn, nie tylko spotykał się z obelgami najgorszego rodzaju, ale także obrzucono go kamieniami, grudami ziemi, odchodami i innym śmieciem. Napór tłumu był tak ogromny, że żołnierze, lękając się o swe bezpieczeństwo, dobyli broni, w nadziei że zniechęci to prześladowców i powstrzyma ich od gwałtownych ataków. Nie osiągnęli jednak zamierzonego celu, tylko wzbudzili jeszcze większą wściekłość tłumu, a w pewnym momencie wypaliła jakaś broń. Nikt nie potrafi powiedzieć z niezbitą pewnością, czy strzał został oddany przez kogoś z tłuszczy, czy też jednego z żołnierzy, nie mówiąc już o tym, czy padł przez przypadek, czy też umyślnie, lecz w jego rezultacie... no cóż, posiadasz dostateczną wiedzę o takich sprawach, by móc sobie wyobrazić chaos, jaki nastąpił.

Ostatecznie zginęło pięciu ludzi z tłumu, a żołnierze, choć zostali poważnie poturbowani, zdołali ujść cało, po to jedynie, by zaraz stać się kozłami ofiarnymi i celem złośliwych ataków ze strony przywódców tłuszczy działających w prasie, którzy rzecz przedstawili jako zamierzoną i niesprowokowaną rzeź niewinnych, nie zaś przypadek samoobrony przed tłumem, którego zmysły rozpalił trunek i wrogie hasła.

Wyznać muszę, że moja sympatia jest po stronie żołnierzy; żywię przekonanie, że jest to dla ciebie oczywiste. Zostali oni postawieni przed trybunałem, którego sędzia uznał trzech za niewinnych, czuł jednak bez wątpienia, że uwolnienie wszystkich naraziłoby go na niebezpieczeństwo.

Higgins, z jeszcze jednym, został skazany za nieumyślne zabójstwo, ale zwrócił się o łaskę do duchowieństwa i po napiętnowaniu rozpalonym żelazem został uwolniony. Armia go oczywiście zdymisjonowała; pozbawiony środków do życia i otoczony niechęcią miejscowej ludności, znalazł się w opłakanym położeniu. Zdradził mi, że pobito go w tawernie tuż po uwolnieniu, skutkiem czego stracił wzrok w jednym oku. Prawdę powiedziawszy, jego życie było niejeden raz zagrożone. Zatem, obawiając się o swe bezpieczeństwo, wyruszył w rejs na slupie dowodzonym przez mego przyjaciela, kapitana Gilla, jako żeglarz, choć widziałem go na pokładzie i mogę cię zapewnić, że żeglarzem nie jest.

Stało się to niebawem oczywiste dla kapitana Gilla, który zrezygnował z jego usług, gdy tylko przybili do pierwszego portu. Zawitałem akurat do miasta w pewnej sprawie i spotkałem kapitana, który opowiedział mi o rozpaczliwej sytuacji Higginsa.

Postanowiłem odszukać tego człowieka, kierowany współczuciem wobec żołnierza, który w mych oczach spełnił z honorem swój obowiązek, i przekonaniem, że nie powinien z tego powodu cierpieć. Odkrywszy, że odznacza się inteligencją i łagodnym charakterem, wziąłem go na służbę, w której okazał się jak najbardziej godny zaufania.

Wysyłam go wraz z winem, w nadziei że twa żona będzie tak miła i przebada go. Miejscowy lekarz, dr Potts, obejrzał go i oświadczył, że uszkodzenie oka jest nieodwracalne, co może być prawdą. Znając jednak umiejętności twej żony, zastanawiam się, czy nie mogłaby zalecić jakiegoś leczenia innych jego dolegliwości; dr Potts niewiele mógł pomóc. Przekaż jej, proszę, że jestem jej pokornym sługą i że żywię nieustanną wdzięczność za jej dobroć i talent.

Przekazuję też najgorętsze pozdrowienia twej córce, której przesyłam wraz z winem drobny upominek. Ufam, że jej mąż nie poczyta mej familiarności za obrazę, zważywszy na długą znajomość z twoją rodziną, i że pozwoli jej ów podarunek przyjąć.

Jak zawsze, twój uniżony i posłuszny sługa

John Grey

9. U progu wojny

Kwiecień 1773

Robert Higgins był drobnym młodym człowiekiem, tak chudym, że zdawało się, iż jego kości podtrzymuje tylko ubranie, i tak bladym, że możnabyło sobie bez trudu wyobrazić, jak ktoś przenika go wzrokiem. Miał dużeszczere oczy błękitnego koloru, grzywę pofalowanych, jasnokasztanowychwłosów i odznaczał się nieśmiałym zachowaniem, które sprawiło, że paniBug od razu wzięła go pod swoje skrzydła i oświadczyła zdecydowanie,że "podkarmi biedaka", nim będzie musiał wracać do Wirginii.

Osobiście bardzo polubiłam pana Higginsa; był młodzieńcem o miłejnaturze i miękkim akcencie rodzimego Dorset. Zastanawiałam się jednak,czy okazywana mu przez lorda Johna Greya szczodrość była tak bezinteresowna, jak się wydawało.

Polubiłam też swojego czasu samego Johna Greya; łączyły nas doświadczenia natury medycznej i jego przyjaźń okazana Briannie, gdy Rogerprzebywał w niewoli u Irokezów. Mimo wszystko byłam świadoma, żelord John darzył sympatią mężczyzn - zwłaszcza Jamiego, ale z pewnościąteż innych.

- Beauchamp - powiedziałam do siebie, rozkładając do wysuszeniakorzenie trillium - odznaczasz się prawdziwie podejrzliwym umysłem.

- Tak, tak, racja - usłyszałam jakiś rozbawiony głos za plecami. - A o coi kogo podejrzewasz?

Drgnęłam przestraszona, a trillium pofrunęło we wszystkie strony.

- Och, to ty. Musisz się tak podkradać?

- Praktyka - wyjaśnił Jamie, całując mnie w czoło. - Wolę nie tracićwprawy tropiciela. Dlaczego gadasz do siebie?

- To zapewnia mi uwagę godnego słuchacza - odparłam zgryźliwie,a on się roześmiał i schylił, by pozbierać z podłogi korzenie ziela.

- Kogo podejrzewasz, Angliszko?

Zawahałam się, ale prócz prawdy nic nie przyszło mi do głowy.

- Zastanawiałam się, czy John Grey nie uprawia sodomii z naszympanem Higginsem - wyznałam śmiało. - Albo nie zamierza tego robić.

Zamrugał nieznacznie, ale nie wydawał się zaszokowany - co samow sobie sugerowało, że on też rozważał tę możliwość.

- Dlaczego tak myślisz?

- Po pierwsze, to bardzo przystojny młody człowiek - powiedziałam,odbierając od niego garść korzeni i rozkładając je na gazie. - Po drugie,cierpi na najgorszy przypadek hemoroidów, z jakim zetknęłam się u człowieka w jego wieku.

- Pozwolił ci je obejrzeć? - Już na wspomnienie sodomii Jamie oblałsię rumieńcem; nie lubił, kiedy wyrażałam się bez ogródek, ale kontynuował temat.

- No cóż, nie musiałam go długo przekonywać. Powiedział mi o nichdość chętnie, ale nie podobało mu się, że chcę go zbadać.

- Mnie by się to też nie podobało - zapewnił mnie Jamie. - Choćjestem twoim ślubnym. Po cóż, u licha, chciałabyś oglądać coś takiego,pomijając niezdrową ciekawość? - Rzucił okiem na moją czarno oprawionąksięgę przypadków, leżącą na stole. - Chyba nie rysujesz tam tyłka tegobiedaka, Bobby'ego Higginsa?

- Nie ma potrzeby. Trudno mi sobie wyobrazić, by lekarz w jakiejkolwiek epoce nie wiedział, jak wyglądają hemoroidy. Starożytni Izraelicii Egipcjanie też w końcu na nie cierpieli.

- Naprawdę?

- Mówi się o tym w Biblii. Spytaj pana Christiego.

Spojrzał na mnie z ukosa.

- Dyskutowałaś o Biblii z Tomem Christiem? Jesteś odważniejsza niżja, Angliszko.

Christie był niezwykle pobożnym prezbiterianinem i nic nie sprawiałomu większej radości, niż walnąć kogoś w głowę egzemplarzem PismaŚwiętego.

- Nie ja. Germain spytał mnie w zeszłym tygodniu, co to są zadnice.

- A co to jest?

- Hemoroidy. "I rzekli: Jakaż będzie ofiara za przewinienie, którą jejoddać mamy? Odpowiedzieli: Według liczby książąt filistyńskich pięć złotych zadnic i pięć złotych myszy". Czy coś w tym rodzaju. Tak to chybabrzmi. Pan Christie za karę kazał Germainowi przepisać jakiś ustęp z Biblii,a że chłopak ma dociekliwy umysł, zaczął się zastanawiać nad tym, conapisał.

- I oczywiście nie zamierzał pytać o to pana Christiego. - Jamie zmarszczył czoło, pocierając przy tym palcem grzbiet nosa. - Czy chciałbymwiedzieć, co takiego zrobił Germain?

- Z pewnością nie.

Tom Christie spłacał czynsz za swoją ziemię, pełniąc obowiązki lokalnego nauczyciela i, jak się zdawało, miał swoje sposoby na utrzymaniedyscypliny. Uważałam, że jeden taki uczeń jak Germain Fraser jest wartcałej sumy, w przeliczeniu na pracę.

- Złote zadnice - mruknął Jamie. - No cóż, mam pewną myśl.

Przybrał nieco marzycielski wyraz twarzy, oznaczający zwykle jakiśprzerażający pomysł, którego skutkiem mogło być uszkodzenie ciała,śmierć czy dożywotni wyrok więzienia. Jego mina wydała mi się niepokojąca, jednak bez względu na charakter myśli sprowokowanych wizjązłotych hemoroidów porzucił je na chwilę i potrząsnął głową.

- Nieważne. Mówiliśmy zdaje się o tyłku Bobby'ego?

- O, tak. Pytałeś, dlaczego chciałam obejrzeć hemoroidy pana Higginsa.Mam ochotę sprawdzić, czy najlepszą metodą byłoby usunięcie.

Jamie, zaskoczony, uniósł brwi.

- Usunąć je? Jak? Tymi twoimi nożami? - Spojrzał na skrzynkę, w której trzymałam swoje narzędzia chirurgiczne, i uniósł ramiona w geścieodrazy.

- Mogłabym, owszem, ale sądzę, że bez znieczulenia byłoby to dośćbolesne. Ale też przedtem, nim... odeszłam, zaczęto powszechnie stosowaćznacznie prostszą metodę.

Ogarnęła mnie dojmująca tęsknota za szpitalem. Niemal czułam wońśrodków dezynfekujących, słyszałam krzątaninę pielęgniarek i sanitariuszy, dotykałam lśniących okładek magazynów medycznych, pełnych informacji i idei naukowych.

Po chwili wszystko zniknęło, ja zaś oceniałam skuteczność pijaweki podwiązania w odniesieniu do pana Higginsa i perspektywy osiągnięciaprzezeń zdrowia analnego.

- Doktor Rawlings zaleca pijawki - wyjaśniłam. - W poważnych przypadkach dwadzieścia lub trzydzieści sztuk.

Jamie przytaknął, nie okazując szczególnej odrazy. Sam kilkakrotniebył leczony pijawkami w różnych przypadłościach i zapewniał mnie, żenie sprawiają bólu.

- Ano tak. Ale nie masz chyba tyle, prawda? Mam wziąć chłopcówi nazbierać?

Jemmy i Germain tylko czekali, żeby pójść z dziadkiem grzebać w potokach, a potem wrócić obładowani pijawkami i ubłoceni po uszy, ale potrząsnęłam głową.

- Nie. To znaczy tak - poprawiłam się. - W dogodnej dla ciebie chwili.Ale nie potrzebuję ich od razu. Przystawienie pijawek poprawi sytuacjęna jakiś czas, ale hemoroidy Bobby'ego są w znacznym stopniu zamknięteskrzepliną, to znaczy są na nich skrzepy zaschniętej krwi. Myślę, że byłobyznacznie lepiej, gdybym je usunęła. Chyba mogę je podwiązać, to znaczymocno zacisnąć nić u podstawy każdego hemoroidy. To pozbawi je krwi,w końcu wyschną i odpadną. Bardzo łatwe.

- Bardzo łatwe - powtórzył Jamie. Sprawiał wrażenie nieco zatrwożonego. - Robiłaś to już kiedyś?

- Tak, raz czy dwa.

- Och. - Wydął wargi, wyobrażając sobie najwidoczniej cały proces. -Jak... hmm... to znaczy... jak będzie wydalał przez cały ten czas? Przecieżto musi trochę potrwać.

- Jego główny problem polega na tym, że nie może wydalać. To znaczynie dość często, poza tym kał nie ma odpowiedniej konsystencji. To przeztę okropną dietę. - Wymierzyłam w niego palec. - Mówił mi. Chleb,mięso i piwo. Bez warzyw, bez owoców. Nie wątpię, że w brytyjskiejarmii zatwardzenia to rzecz powszechna. Nie zdziwiłabym się, gdybykażdemu żołnierzowi zwisały z tyłka hemoroidy niczym kiście winogron!

Jamie skinął głową, unosząc brew.

- Jest w tobie wiele rzeczy, które podziwiam, Angliszko, zwłaszczadelikatny sposób wysławiania się. - Odkaszlnął, zerkając w podłogę. - Alejeśli, jak twierdzisz, hemoroidy powstają przez zaparcia...

- Tak właśnie.

- No dobrze. Chodzi więc o to... co mówiłaś o Johnym Greyu. Toznaczy, nie uważasz, że stan jego tyłka ma związek z... hmm.

- Och. No cóż, nie bezpośredni... - urwałam. - Miałam raczej na myślito, co lord John napisał w liście, że chciałby... jak on to ujął?... że możemogłabym "zalecić jakieś leczenie innych jego dolegliwości". Skąd mógłwiedzieć o przypadłości Bobby'ego, jeśli nie z... no... by tak rzec... osobistej inspekcji. A skoro, jak uważam, hemoroidy są tak powszechnym schorzeniem, dlaczego właściwie miałby się tym aż tak przejmować, by prosićmnie, abym coś z nimi zrobiła, gdyby się nie obawiał, że mogą one stanąćna przeszkodzie jego hmm... dalszym praktykom?

Twarz Jamiego, która podczas dyskusji o pijawkach i zatwardzeniuprzybrała swój normalny odcień, teraz się zaczerwieniła.

- Jego...

- Chcę powiedzieć... - ciągnęłam, krzyżując ręce na piersiach - żejestem trochę zdegustowana... myślą, że przysyła mi tu pana Higginsa,że się tak wyrażę, do naprawy.

Cały czas czułam się nieswojo z powodu dolegliwości Bobby'ego Higginsa, ale wcześniej nie umiałam wyrazić tego słowami. Teraz, kiedy jużto zrobiłam, zdałam sobie sprawę, co mnie tak męczyło.

- Myśl, że mam wyleczyć biednego chłopaka, a potem odesłać go dodomu, żeby... - zacisnęłam mocno wargi, odwróciłam się gwałtownie doswoich korzonków i zaczęłam bezsensownie przerzucać je bez potrzeby. -Ta myśl mi się nie podoba - powiedziałam do drzwiczek kredensu. - Zrobię jednak dla pana Higginsa, co w mojej mocy. Bobby nie ma wielkiegowyboru; bez wątpienia zrobi... cokolwiek jego lordowska mość zażąda.Ale może źle go oceniam. To znaczy lorda Johna.

- Może.

Odwróciłam się, by stwierdzić, że Jamie siedzi na moim stołku i bawi się słoikiem gęsiego smalcu, który jak się zdawało, przykuwał jegouwagę.

- No cóż - powiedziałam niepewnie. - Znasz go lepiej ode mnie. Jeśliuważasz, że nie jest... - nie dokończyłam. Z zewnątrz dobiegło nagle cichepuknięcie, gdy spadająca ze świerka szyszka uderzyła o drewniany ganek.

- Wiem o Johnie Greyu więcej, niż chciałbym wiedzieć - wyznał w końcu Jamie i zerknął na mnie ze smutnym uśmiechem w kącikach ust. - A onwie o mnie znacznie więcej, niż przypuszczam. Ale... - nachylił się i odstawił słoik, potem wsparł dłonie na kolanach i obrzucił mnie szybkimspojrzeniem. - Jedno wiem ponad wszelką wątpliwość. To człowiek honoru. Nie wykorzystałby Higginsa ani nikogo innego, kto znajduje siępod jego opieką.

Wydawał się mówić z przekonaniem, a ja poczułam się podniesiona naduchu. Mimo wszystko lubiłam Johna Greya. A jednak... jego listy, nadchodzące regularnie jak w zegarku, zawsze napawały mnie czymś w rodzaju niepokoju, jak daleki odgłos grzmotu. Same listy nie zawierały niczego,co usprawiedliwiałoby taką reakcję; były takie jak ich autor - pełne erudycji, dowcipne i szczere. No i oczywiście miał powód pisać. I to niejeden.

- Kocha cię, wiesz o tym - powiedziałam cicho.

Przytaknął, ale nie patrzył na mnie; jego wzrok wciąż był skupiony naczymś, co znajdowało się za drzewami okalającymi podwórze.

- Wolałbyś, by cię nie kochał?

Milczał, po chwili znów skinął głową i teraz spojrzał na mnie.

- Ano, wolałbym. Ze względu na siebie. Ze względu na niego. Ale zewzględu na Williama? - Potrząsnął głową, niepewny.

- Och, mógł przyjąć do siebie Williama przez wzgląd na ciebie - zauważyłam. - Ale pamiętaj, że widziałam ich razem. Nie mam wątpliwości,że kocha Williego przez wzgląd na samego siebie.

- Ja też w to nie wątpię.

Wstał, wyraźnie poruszony, i strzepnął z kiltu niewidoczny pyłek kurzu.Twarz miał nieprzeniknioną, jakby spoglądał w głąb siebie, widząc coś,czym nie chciał podzielić się ze mną.

- Czy ty... - zaczęłam, ale urwałam, kiedy podniósł na mnie wzrok. -Nie, to nieważne.

- Co? - Przechylił głowę na bok, mrużąc oczy.

- Nic.

Nie poruszył się, tylko przyglądał mi się coraz intensywniej.

- Przecież widzę po twojej twarzy, Angliszko. O co chodzi?

Odetchnęłam głęboko przez nos, chowając zaciśnięte dłonie w fartuchu.

- No cóż... jestem pewna, że tak nie jest, to była tylko taka przelotnamyśl...

Wydał z siebie niski, typowo szkocki pomruk, dając do zrozumienia, żepowinnam dać sobie spokój z tym ględzeniem i wyrzucić z siebie wszystko. Wiedziałam z doświadczenia, że nie ustąpi, dopóki tego nie zrobię.

- Nie przyszło ci nigdy do głowy, że lord Jim mógł wziąć Williamapod swój dach, ponieważ... no cóż, William bardzo cię przypomina, i tood najmłodszych lat. Ponieważ lord John uważa cię za fizycznie... atrakcyjnego... - słowa zamarły mi na ustach i miałam ochotę poderżnąć sobiegardło, widząc minę Jamiego.

Zamknął na chwilę oczy, bym nie mogła w nie patrzeć. Zacisnął pięści,aż na rękach wystąpiły mu żyły. Powoli rozprostował palce. Otworzył oczy.

- Nie - odparł z przekonaniem. Popatrzył na mnie twardym, otwartymwzrokiem. - I nie jest też tak, że nie mogę znieść myśli o tym. Wiem.

- Oczywiście - rzuciłam pospiesznie, chcąc jak najszybciej zakończyćtemat.

- Wiem - powtórzył ostrzejszym tonem. Postukał się dwoma sztywnymi palcami po udzie, potem znieruchomiał. - Zastanawiałem się nadtym. Kiedy po raz pierwszy powiedział mi, że zamierza poślubić IsobelDunsany.

Odwrócił się i popatrzył przez okno. Po podwórzu krążył Adso, tropiąccoś w trawie.

- Ofiarowałem mu swoje ciało - oznajmił nagle, nie odrywając wzrokuod okna. Mówił dość pewnym głosem, ale w jego zastygłych ramionachwyczytałam, ile go te słowa kosztowały. - W dowód wdzięczności, jakmu powiedziałem. Ale chciałem... - Wykonał dziwny, konwulsyjny ruch,jakby starając się wyswobodzić z jakichś więzów. - Widzisz, chciałem sięprzekonać, jakim jest człowiekiem. Ten, który miał przyjąć mojego synajak własnego.

Przy słowach "przyjąć mojego syna" głos mu lekko zadrżał, a ja podeszłam do niego instynktownie, pragnąc w jakiś sposób opatrzyć otwartąranę, która kryła się pod tymi słowami.

Wydawał się sztywny, kiedy go dotknęłam, niechętny moim ramionom - ale wziął mnie za rękę i ścisnął.

- Czy mogłeś... rzeczywiście się przekonać?

Nie byłam zaszokowana; John Grey powiedział mi o tym przed wielomalaty, na Jamajce. Choć chyba nie zdawał sobie sprawy, co się za tym kryło.

Dłoń Jamiego zacisnęła się na mojej, a jego kciuk głaskał delikatnie mójpalec. Patrzył na mnie badawczo, tak jak się patrzy na jakiś znany przedmiot, który ujawnia nagle nieznaną dotąd naturę - dostrzegając oczamito, co przez długi czas było dostrzegane tylko sercem.

Uniósł drugą rękę i przesunął nią po moich brwiach; palce spoczywałychwilę na kości policzkowej, a potem powędrowały ku górze, chłodnew cieple moich włosów.

- Nie możesz być tak blisko kogoś innego... - powiedział w końcu. -Być w nim, czuć jego pot, ocierać się włosami swojego ciała o jego włosyi nie dojrzeć niczego z jego duszy. A jeśli możesz... - zawahał się, a jazadałam sobie pytanie, czy ma na myśli Czarnego Jacka Randalla, czy teżLaoghaire, kobietę, którą poślubił, uważając mnie za zmarłą. - No cóż...to jest przerażające - dokończył cicho, a jego dłoń opadła bezwładnie.

Zapadło między nami milczenie. Z zewnątrz dobiegł nagły szelest trawy, gdy Adso zanurkował i zniknął, a na wielkim czerwonym świerkurozkrzyczał się drozd. W kuchni spadło coś z łomotem i po chwili zaczęłosię rytmiczne zamiatanie: szu, szu. Odgłosy domowe życia, jakie tu stworzyliśmy.

Czy kiedyś zrobiłam coś takiego? Leżałam z mężczyzną i nie dojrzałamniczego z jego duszy? Tak, i to było przerażające. Dotknęło mnie tchnieniezimna; poczułam dreszcz na skórze.

Wydał z siebie westchnienie, które zdawało się płynąć z głębi serca,a potem przesunął dłonią po włosach.

- Ale John tego nie zrobił. - Podniósł wzrok i obdarzył mnie krzywymuśmiechem. - Powiedział, że mnie kocha. Ale jeśli ja nie mogę mu odpłacićtym samym, a wiedział, że nie mogę - nie wziąłby fałszywej monety zaprawdziwą.

Wstrząsnął się gwałtownie, jak pies wychodzący z wody.

- Nie. Człowiek, który mówi coś takiego, nigdy nie wykorzystałbydziecka z tęsknoty za niebieskimi oczami jego ojca, tego możesz być pewna, Angliszko.

- Tak - przyznałam. - Powiedz mi... - zawahałam się, a on spojrzałna mnie, unosząc brew. - Gdyby... gdyby... no... przyjął twoją ofiaręi stwierdziłbyś, że on... - szukałam właściwych słów - ... nie jest takprzyzwoity, jak miałeś nadzieję...

- Skręciłbym mu kark, tam, nad jeziorem - odparł. - I nie bałbym sięszubienicy, nie miałoby to dla mnie znaczenia; nie pozwoliłbym mu zabraćchłopca. Ale nie okazał się taki, a ja oddałem mu syna - dodał, wzruszającnieznacznie ramionami. - I jeśli Bobby wejdzie do łóżka jego lordowskiejmości, to myślę, że z własnej, nieprzymuszonej woli

***

Żaden człowiek nie czuje się dobrze z czyjąś ręką w swoim tyłku. Wiemto, a Robert Higgins nie był wyjątkiem od tej reguły.

- Posłuchaj, to w ogóle nie będzie bolało - powiedziałam uspokajająco. - Nie wolno ci się tylko ruszać.

- Och, nawet nie drgnę, madam - zapewnił mnie żarliwie.

Kazałam mu wejść na stół i usadowić się na czworakach, dzięki czemupole operacyjne znalazło się na wysokości mojego wzroku. Kleszcze i podwiązki, których potrzebowałam, leżały na małym stoliku po prawej stronie, obok stała miska z pijawkami, tak na wszelki wypadek.

Wydał z siebie cichy okrzyk, gdy przyłożyłam mu do ciała mokrą szmatkę nasączoną terpentyną, by oczyścić dokładnie pole operacyjne, ale dotrzymał słowa i nawet nie drgnął.

- Posłuchaj, wszystko pójdzie dobrze - zapewniłam go, biorąc do rękikleszcze. - Ale jeśli masz odczuć trwałą poprawę, musisz radykalnie zmienić sposób odżywiania. Rozumiesz?

Sapnął gwałtownie, gdy chwyciłam jeden z hemoroidów i pociągnęłamdo siebie. Były trzy - w klasycznym układzie, godziny dziewiątej, drugieji piątej na tarczy zegara. Bulwiaste jak maliny i tak samo ciemne.

- Och! Tak, madam.

- Owsianka - powiedziałam zdecydowanie, po czym przełożyłamkleszcze do drugiej ręki, nie zwalniając zacisku, i wzięłam igłę z jedwabnąnicią, która leżała po prawej stronie. - Codziennie rano, bez wyjątku.Odczułeś jakąś poprawę w wydalaniu, od kiedy pani Bug karmi cię naśniadanie owsianką?

Zapętliłam nić na nasadzie hemoroida i zacisnęłam mocno.

- Auuu... Och! Ee... mówiąc szczerze, madam, jest tak, jakbym srałcegłami obciągniętymi skórą jeża, cokolwiek zjem.

- No cóż, będzie lepiej - zapewniłam go, zabezpieczając petelkę węzełkiem. Uwolniłam hemoroida z kleszczy, a Bobby odetchnął głęboko. - I winogrona. Lubisz winogrona, prawda?

- Nie, madam. Drażnią mi zęby.

- Naprawdę? - Jego uzębienie nie wydawało się poważnie popsute. Pomyślałam, że warto je obejrzeć dokładniej; mógł cierpieć na łagodną odmianęszkorbutu. - No cóż, powiemy pani Bug, żeby przyrządziła ci placek z rodzynkami; będziesz mógł to jeść bez trudu. Czy lord John ma dobregokucharza?

Wycelowałam kleszczami i złapałam następnego hemoroida. Bobby,już nawykły do procedury, jęknął tylko cichutko.

- Tak, madam. To Indianin, ma na imię Manoke.

- Hm. - Zapętlić, zacisnąć, zawiązać. - Dam ci przepis na kartce, żebyśmógł go zabrać ze sobą do domu. Ten Indianin gotuje słodkie ziemniakii fasolę? Fasola jest w tym schorzeniu bardzo skuteczna.

- Chyba tak, madam, ale jego lordowska mość...

Otworzyłam przedtem okno, żeby pokój się wietrzył - Bobby nie byłbrudniejszy niż przeciętny osobnik, ale z pewnością nie czystszy - i terazusłyszałam od strony drogi jakiś hałas, głosy i pobrzękiwanie uprzęży.

Bobby też to usłyszał i zerknął przerażony w stronę okna; napiął tylnączęść ciała, jakby zamierzał zeskoczyć ze stołu niczym konik polny. Chwyciłam go za nogę, ale po chwili dałam sobie spokój. Nie miałam w okniezasłon, mogłam tylko przymknąć okiennice, a przecież potrzebowałamświatła.

- No dobra, wstawaj - powiedziałam, sięgając po ręcznik. - Pójdęzobaczyć, kto to taki.

Spełnił moje polecenie z niezwykłą skwapliwością; zsunął się niezgrabnie ze stołu i złapał pospiesznie spodnie.

Wyszłam na ganek w samą porę, by powitać dwóch mężczyzn, którzysprowadzili swoje muły z ostatniego, uciążliwego odcinka zbocza i wkroczyli na podwórze. Richard Brown i jego brat Lionel, obaj z Brownsville,nomen omen.

Zdziwiłam się na ich widok; Brownsville od Ridge dzieliły dobre trzydni jazdy, poza tym osady nie prowadziły ze sobą ożywionego handlu.Do Salem, w przeciwnym kierunku, było równie daleko, ale mieszkańcyRidge jeździli tam znacznie częściej; bracia morawscy zajmowali się przemysłem i handlem jednocześnie; brali miód, olej, solone ryby i skóryw zamian za ser, wyroby gliniane, kurczaki i inny drobny żywy inwentarz.O ile się orientowałam, mieszkańcy Brownsville specjalizowali się tylkow tanim handlu z Czirokezami i w produkcji bardzo pośledniego gatunkupiwa, niewartego tak dalekiej drogi.

- Dzień dobry, szanowna pani. - Richard, niższy i starszy, dotknąłbrzegu kapelusza, nie zdejmując go jednak. - Mąż w domu?

- Jest przy stodole z sianem, czyści skóry. - Wytarłam starannie dłonie o ręcznik, który trzymałam. - Proszę do kuchni; przyniosę trochęjabłecznika.

- Nie trzeba.

Odwrócił się bez ceregieli i ruszył zdecydowanym krokiem na tyłydomu. Lionel Brown, nieco wyższy od brata, choć o tej samej, niemaltyczkowatej budowie ciała i włosach koloru tytoniu, skinął mi pospieszniei podążył w ślady Richarda.

Najwidoczniej obowiązek zajęcia się mułami, z których karków zwisałyluźno wodze, pozostawili mnie. Zwierzęta zaczęły już krążyć leniwie popodwórzu, przystając, by poskubać wysoką trawę porastającą ścieżkę.

- Hm - prychnęłam, patrząc gniewnie za braćmi.

- Kto to jest? - odezwał się za moimi plecami jakiś cichy głos. Z domuwyszedł Bobby Higgins i teraz wyglądał zza ganku swym zdrowym okiem.Bobby, jak zauważyłam, przejawiał ostrożność wobec obcych - trudno siębyło dziwić, wziąwszy pod uwagę jego bostońskie doświadczenia.

- To tylko sąsiedzi.

Zeszłam z ganku i ujęłam uzdę jednego muła, kiedy sięgał pyskiem domłodej gruszy, którą posadziłam obok schodów. Niezadowolony z mojejinterwencji, zaryczał mi ogłuszająco w twarz, próbując przy tym ugryźć.

- Pani pozwoli. - Bobby, który zdążył już złapać drugiego muła zauzdę, nachylił się, by wziąć ode mnie wodze pierwszego, po czym zwróciłsię do upartego zwierzęcia: - Spokój! Ucisz się, bo wezmę kija!

Bobby był żołnierzem piechoty, nie kawalerii, co rzucało się w oczy.Mówił groźnym tonem, ale słowa kłóciły się z jego nieśmiałym sposobembycia. Pociągnął na próbę za wodze. Muł bezzwłocznie położył po sobieuszy i ugryzł go w rękę.

Bobby wrzasnął i puścił obie uzdy. Clarence, mój muł, słysząc wrzawę,wydał z siebie głośny ryk pod adresem towarzyszy, na co te potruchtaływ jego stronę, kołysząc w biegu skórzanymi strzemionami.

Bobby nie został poważnie ranny, choć zęby muła przebiły skórę; narękawie jego koszuli pojawiły się plamki krwi. Kiedy podciągałam materiał,by rzucić okiem na obrażenia, usłyszałam kroki na ganku. Podniosłamwzrok i zobaczyłam zaniepokojoną Lizzie z wielką drewnianą łyżką w ręku.

- Bobby! Co się stało?

Na jej widok od razu się wyprostował, przybierając niedbałą pozę,i odsunął sprzed czoła kosmyk kręconych kasztanowych włosów.

- Och nic, panienko. Trochę kłopotu z tymi czarcimi synami. Proszęsię nie bać, wszystko w porządku.

Po chwili oczy uciekły mu w głąb czaszki i runął na ziemię jak nieżywy.

- Boże! - Lizzie niemal sfrunęła ze schodów, uklękła i poklepała goniecierpliwie po policzku. - Co mu jest, pani Fraser?

- Bóg jeden wie - odparłam szczerze. - Ale myślę, że chyba nicgroźnego.

Wydawało się, że Bobby oddycha normalnie, puls też był prawidłowy.

- Wniesiemy go do środka? Czy mam przynieść nadpalone pióro, jakpani sądzi? Albo amoniak z gabinetu? Albo trochę brandy?

Lizzie zaczęła się kręcić jak niespokojny trzmiel, gotowa gdzieś odlecieć.

- Nie, chyba dochodzi do siebie.

Większość omdleń trwa tylko kilka sekund, widziałam poza tym, jakjego pierś unosi się wraz z głębszym oddechem.

- Trochę brandy by nie zaszkodziło - mruknął, trzepocząc powiekami.

Skinęłam głową Lizzie, która znów zniknęła w głębi domu, pozostawiwszy drewnianą łyżkę w trawie.

- Kiepsko się czujesz, tak? - spytałam współczująco. Rana na ramieniubyła zaledwie draśnięciem, a ja nie zrobiłam mu wcześniej nic, co mogłobyprzyprawić go o szok - w każdym razie nie o szok fizyczny. Nie bardzowiedziałam, z czym mam do czynienia.

- Nie wiem, madam. - Próbował usiąść i choć biały jak płótno, pozatym wydawało się, że wraca do sił, więc nie broniłam mu. - Czasem pojawiają mi się przed oczami takie plamki, wirują jak pszczoły, a potem wszystko robi się czarne.

- Czasem? Zdarzało ci się to już wcześniej? - upewniłam się ostrymtonem.

- Tak, proszę pani. - Głowa chwiała mu się niczym słonecznik nawietrze, więc czym prędzej go podtrzymałam, żeby się znowu nie osunął. - Jego lordowska mość miał nadzieję, że może pani będzie wiedzieć,jak to wyleczyć.

- Jego lordowska... och, wiedział o tych twoich omdleniach?

No tak, oczywiście, że wiedział, skoro Bobby przewracał się przed nim.

Przytaknął i wziął głęboki, przerywany oddech.

- Doktor Potts spuszczał mi regularnie krew, ale to jakoś nie pomagało.

- Przypuszczam. Mam nadzieję, że w sprawie hemoroidów bardziej cipomógł - zauważyłam chłodno.

Na jego policzkach pojawiał się z wolna słaby odcień różu - biednychłopak, zawsze miał za mało krwi, by porządnie się zarumienić - i Bobbyodwrócił głowę, wlepiając wzrok w drewnianą łyżkę.

- Ee... ja, hmm, nikomu o tym nie mówiłem.

- Nie mówiłeś? - spytałam zdumiona. - Ale...

- Widzi pani, to przez tę jazdę. Z Wirginii. - Różowy odcień na jegotwarzy zaczął się pogłębiać. - Nikomu bym nie powiedział, ale po tygodniu spędzonym w siodle na tym cholernym koniu, uczciwszy pani uszy,tak mnie bolało, że nie mogłem już tego ukrywać.

- Więc i lord John o tym nie wie?

Potrząsnął energicznie głową; niesforne kosmyki kasztanowych włosówznów opadły mu na czoło. Ogarnęła mnie irytacja - na samą siebie, żebłędnie odczytałam zamiary Johna Greya, i na lorda, że przez niego poczułam się jak idiotka.

- No cóż... teraz już trochę lepiej?

Lizzie wciąż nie wracała, a ja zaczęłam się od razu zastanawiać, gdziejest. Bobby wciąż był bardzo blady, ale przytaknął zdecydowanie i dźwignął się na nogi, po czym stanął chwiejnie, mrugając i próbując odzyskaćrównowagę. Litera "M" wypalona na jego policzku na tle bezbarwnejskóry odznaczała się gniewną czerwienią.

Zajęta Bobbym, nie zwracałam uwagi na odgłosy dochodzące zza domu. Teraz jednak usłyszałam rozmowę i zbliżające się kroki.

Zza narożnika wyłonił się Jamie i obaj Brownowie; przystanęli na naszwidok. Jamie marszczył czoło - najpierw nieznacznie, potem coraz wyraźniej. Bracia zaś byli w jakimś dziwnie podniosłym, choć nieco posępnymnastroju.

- A więc to prawda. - Robert Brown spojrzał twardym wzrokiem naBobby'ego Higginsa, a potem odwrócił się do Jamiego. - Trzyma panw domu mordercę!

- Naprawdę? - Jamie był lodowato uprzejmy. - Nie miałem pojęcia.

Skłonił się Bobby'emu na francuską modłę i wyprostował, wskazując braci.

- Panie Higgins, niech mi wolno będzie przedstawić pana RichardaBrowna i pana Lionela Browna. Panowie, mój gość, pan Higgins.

Słowo "gość" wypowiedział ze szczególną intonacją; Richard Brownzasznurował usta w wąską, niemal niewidoczną linię.

- Miej się na baczności, Fraser - powiedział, wpatrując się w Bobby'ego,jakby chciał go unicestwić. - W dzisiejszych czasach niewłaściwe towarzystwo może być niebezpieczne.

- Wybieram sobie towarzystwo wedle swojej woli, sir - oznajmił cichoJamie, cedząc słowa przez zęby. - I pańskiego sobie nie życzę. Joseph!

Zza narożnika domu wyłonił się Joseph Wemyss, ojciec Lizzie, prowadząc dwa zbiegłe muły, które teraz sprawiały wrażenie potulnych jakkocięta, choć każdy z nich był większy od pana Wemyssa.

Bobby Higgins, osłupiały, spojrzał na mnie, prosząc wzrokiem o wyjaśnienie. Wzruszyłam nieznacznie ramionami, nie odzywając się, podczasgdy Brownowie dosiadali mułów i odjeżdżali, sztywni z gniewu.

Jamie zaczekał, aż znikną nam z oczu, a potem odetchnął głośno, przesuwając gwałtownie dłonią po włosach i mrucząc coś po gaelicku. Niezrozumiałam co celniejszych sformułowań, ale domyśliłam się, że porównuje naszych niedawnych gości do hemoroidów pana Higginsa, z korzyściądla tych ostatnich.

- Co takiego, sir? - wyjąkał Higgins, zmieszany, ale szczerze rozbawiony.

- Niech jadą na złamanie karku. - Jamie machnął lekceważąco ręką.Uchwycił moje spojrzenie i obrócił się w stronę domu. - Chodź, Bobby;mam ci to i owo do powiedzenia.

* * *

Poszłam za nimi, trochę z ciekawości, a trochę na wypadek gdyby panHiggins znów zemdlał; wydawało się, że porusza się dość pewnie, alewciąż był blady. W porównaniu z nim pan Wemyss - siwowłosy i drobnyjak córka - wyglądał niczym okaz zdrowia. Co się dzieje z Bobbym? -zastanawiałam się. Rzuciłam dyskretnie okiem na siedzenie jego spodni,ale wszystko było w porządku - nie zauważyłam śladów krwi.

Jamie zaprowadził nas do swojego gabinetu, po czym wskazał pstrokatąkolekcję stołków i pudeł przeznaczonych dla gości, ale zarówno Bobby,jak i pan Wemyss woleli stać - Bobby z przyczyn oczywistych, pan Wemyss przez szacunek; nigdy nie czuł się swobodnie, siedząc w obecnościJamiego, wyjąwszy posiłki.

Nieskrępowana ani czynnikami natury fizycznej, ani towarzyskiej, usadowiłam się na najwygodniejszym stołku i spojrzałam pytająco na Jamiego, który usiadł na stole służącym mu za biurko.

- Brown i jego brat - zaczął bez ogródek - stanęli na czele komitetubezpieczeństwa i zjawili się, by zapisać do niego mnie i moich domowników. - Zerknął na mnie, krzywiąc leciutko usta. - Odmówiłem, jak bezwątpienia zauważyłaś.

Poczułam ucisk w żołądku, myśląc o tym, co mówił major MacDonald -i o tym, co wiedziałam. A więc zaczęło się.

- Komitet bezpieczeństwa? - Pan Wemyss sprawiał wrażenie zdumionego i spojrzał na Bobby'ego Higginsa, który wydawał się znacznie mniejzaskoczony.

- Stanęli na czele komitetu - powtórzył cicho. Kosmyki kręconychkasztanowych włosów wymknęły się spod przepaski; jeden założył sobieza ucho.

- Słyszał pan już o takich komitetach, panie Higgins? - spytał Jamie,unosząc brew.

- Z jednym miałem nawet do czynienia. Dość blisko. - Bobby przyłożyłna chwilę palec do miejsca pod ślepym okiem. Wciąż był blady, ale z wolna odzyskiwał panowanie nad sobą. - To motłoch, bez dwóch zdań. Jakte muły, tyle że jest ich więcej i są bardziej wściekli.

Uśmiechnął się krzywo, wygładzając rękaw, który nosił ślady zębów.Wzmianka o mułach coś mi nagle przypomniała; wstałam, przerywającgwałtownie rozmowę.

- Lizzie! Gdzie jest Lizzie?

Nie czekając, aż ktoś mi udzieli odpowiedzi, zbliżyłam się do drzwigabinetu i zawołałam ją głośno po imieniu, ale odpowiedziało mi milczenie. Poszła po brandy; było jej mnóstwo w słoju stojącym w kuchni,i Lizzie doskonale o tym wiedziała - poprzedniego wieczoru nabieraładla pani Bug, sama widziałam. Musiała więc być w domu. Z pewnościąnie poszła...

- Elizabeth? Elizabeth, gdzie jesteś? - zawołał tuż za moimi plecamipan Wemyss, gdy zmierzałam korytarzem w stronę kuchni.

Lizzie leżała nieprzytomna obok paleniska, suknię miała w nieładzie;jedną rękę odrzuconą na bok, jakby próbowała się nią przytrzymać, kiedypadała.

- Panno Wemyss! - zawołał przerażony Bobby Higgins, przeciskającsię obok mnie, i chwycił ją w ramiona.

- Elizabeth! - Pan Wemyss też rzucił się ku córce, blady jak ona.

- Pozwólcie mi ją obejrzeć, dobrze? - powiedziałam, odsuwając ichzdecydowanie. - Bobby, połóż ją na sofie.

Dźwignął dziewczynę ostrożnie, potem usiadł na sofie, krzywiąc sięnieznacznie i nie wypuszczając jej z objęć. No cóż, jeśli chciał być bohaterem, nie miałam czasu się z nim spierać. Przyklękłam i ujęłam jej nadgarstek, by zbadać tętno, drugą zaś ręką odgarnęłam włosy z czoła.

Wystarczyło jedno spojrzenie, by stwierdzić, co jej jest. Skórę miałalepką, a bladość na twarzy nosiła odcień szarości. Wyczułam w jej cielezapowiedź dreszczy, choć była nieprzytomna.

- Malaria, prawda? - spytał Jamie. Pojawił się u mego boku i teraztrzymał pana Wemyssa za ramię, by go powstrzymać i jednocześnie dodaćmu odwagi.

- Tak - odparłam krótko. Lizzie cierpiała na malarię, którą zaraziła sięprzed kilkoma laty na wybrzeżu i czasami miewała ataki - choć ostatnijuż ponad rok temu.

Pan Wemyss wziął głęboki, głośny oddech, a jego twarz odzyskałanaturalną barwę. Malaria nie była mu obca, poza tym wierzył, że potrafięsobie z nią poradzić. Udało mi się to już kilka razy.

Miałam nadzieję, że i teraz sobie poradzę. Puls Lizzie pod moimi palcami był przyspieszony i słaby, ale regularny; dziewczyna zaczęła sięporuszać. Szybkość i nagłość tego ataku wydawała się jednak zatrważająca.Czy był jakiś sygnał ostrzegawczy? Miałam nadzieję, że moja twarz niezdradza żadnych obaw.

- Zanieście ją do łóżka, okryjcie, pod stopy podłóżcie rozgrzany kamień - poleciłam, pospiesznie wstając z klęczek. - Zacznę przyrządzaćlekarstwo.

Jamie ruszył za mną do gabinetu, zerkając przez ramię, by się upewnić,że Bobby i pan Wemyss go nie usłyszą.

- Myślałem, że skończyła ci się kora chinowa - oznajmił przyciszonymgłosem.

- Tak. Niech to diabli.

Malaria była chorobą przewlekłą, ale na ogół mogłam ją kontrolowaćza pomocą niewielkich, regularnych dawek kory chinowej. Ale jej zapaswyczerpał mi się zimą, a nikt nie mógł udać się po nią na wybrzeże.

- Co będzie?

- Niech pomyślę.

Otworzyłam drzwiczki kredensu i rzuciłam okiem na równy rząd szklanych butelek - wiele było opróżnionych, w niektórych gdzieś na dniezachowało się kilka okruchów liścia czy korzenia. Wszystko było przetrzebione po chłodnej i wilgotnej zimie, kiedy to ludzi prześladowałagrypa, zapalenia płuc, odmrożenia i wypadki podczas polowań.

Lek przeciwgorączkowy. Miałam kilka składników, które pomogłybyzwalczyć normalną gorączkę; ale malaria to co innego. Zostało tylko poddostatkiem korzenia i kory derenia; zgromadziłam jesienią znaczne jegozapasy, przewidując, że mogą się przydać. Wyjęłam je z kredensu i pochwili namysłu wzięłam jeszcze słoik z pewną odmianą goryczki, znanąw okolicy jako "ziele na malarię".

- Postaw czajnik na ogniu, dobrze? - poprosiłam Jamiego, a potemzaczęłam przesypywać skruszone korzenie, korę i ziele do moździerza.

Mogłam tylko leczyć zewnętrzne objawy gorączki i wyziębienia. I szoku, pomyślałam. Tym też warto się zająć.

- I przynieś mi też trochę miodu! - zawołałam, kiedy dotarł już do drzwi.

Skinął głową i pospieszył do kuchni; po chwili usłyszałam szybkie i donośne kroki na dębowych deskach podłogi.

Zaczęłam ucierać składniki, wciąż rozważając różne możliwości. Byłamnawet dość zadowolona, że muszę się czymś szybko zająć; mogłam choćna chwilę uwolnić się od konieczności słuchania o Brownach i ich przeklętym komitecie.

Miałam złe przeczucia. Czegokolwiek chcieli, nie wróżyło to nic dobrego, byłam o tym przekonana; i z pewnością nie opuścili nas w przyjacielskiej atmosferze. A jeśli chodzi o to, czym Jamie czuł się w obowiązku imodpłacić...

Owoce kasztanowca. Stosowało się je czasem na zimnicę, jak nazywałmalarię doktor Rawlings. Czy jeszcze mi coś zostało? Przesuwając szybkospojrzeniem po słojach i butelkach w szafce aptecznej, zatrzymałam wzrokna jednej, gdzie na dnie leżało trochę suchych czarnych kuleczek. "Gorzkajagoda", widniał napis na etykiecie. Słoik nie był mój. Należał do Rawlingsa. Nigdy tego nie stosowałam. Coś mi się jednak kołatało w pamięci.Słyszałam albo czytałam coś o tych jagodach; co to było?

Odruchowo wzięłam słoik i otworzyłam, by powąchać jego zawartość.Jagody wydawały ostrą, gryzącą woń, odrobinę gorzką. I trochę znajomą.

Ze słoikiem w ręku podeszłam do stołu, na którym leżała moja dużaczarno oprawiona księga przypadków; pospiesznie sięgnęłam do pierwszych stron notatek pozostawionych przez człowieka, do którego należała,zarówno księga, jak i kufer medykamentów, czyli doktora Rawlingsa.Gdzie to było? - zastanawiałam się.

Przeglądałam księgę, szukając mgliście zapamiętanej notatki, kiedy wrócił Jamie z dzbankiem gorącej wody i miską miodu w dłoniach. Tuż zanim podążali bracia Beardsleyowie.

Zerknęłam na nich, ale się nie odezwałam; zawsze pojawiali się znienacka, jak diabeł z pudełka.

- Czy panna Lizzie jest poważnie chora? - spytał z niepokojem Jo,wyglądając zza pleców Jamiego, by zobaczyć, co robię.

- Tak - odparłam krótko i bez zastanowienia. - Ale nie martw się;zaraz przygotuję lekarstwo.

Znalazłam. Krótka notatka, sporządzona po namyśle jako komentarzdo opisu leczenia pacjenta, który zdradzał bez wątpienia objawy malaryczne - i który, co zauważyłam z nieprzyjemnym dreszczem, zmarł.

"Dowiaduję się od handlarza, od którego nabyłem korę chinową, żeIndianie stosują roślinę zwaną gorzką jagodą, która odznacza się nie mniejszą goryczą i jest uważana za niezwykle skuteczną w trzeciaczce i czwartaczce. Zgromadziłem trochę tego specyfiku do celów eksperymentalnychi mam zamiar zastosować infuzję, gdy tylko nadarzy się okazja".

Wyjęłam ze słoika jedną jagodę i rozgryzłam. Usta od razu wypełnił micierpki smak chininy, któremu towarzyszył obfity napływ śliny; skrzywiłamsię, a gorycz przyprawiła mnie o łzy. Rzeczywiście, istne gorzkie jagody!

Rzuciłam się do otwartego okna i zaczęłam spluwać na grządkę ziół.Beardsleyowie chichotali jak szaleni, zawsze śmieszyły ich takie nieoczekiwane zdarzenia.

- Wszystko w porządku, Angliszko? - spytał Jamie, rozbawiony, alei zatroskany. Nalał trochę wody z dzbanka do glinianego kubka, dodałpo namyśle odrobinę miodu i podał mi.

- Doskonale - zaskrzeczałam. - Nie upuść tego!

Kezzie Beardsley wziął do ręki słoik z jagodami i wąchał go ostrożnie.Skinął posłusznie głową, ale nie odstawił naczynia, tylko podał bratu.

Wzięłam potężny łyk gorącej, osłodzonej wody.

- Mają w sobie coś w rodzaju chininy.

- Pomogą dziewczynie? - Zatroskana twarz Jamiego rozpogodziła się.

- Mam nadzieję. Choć nie ma ich dużo.

- To znaczy, że potrzeba tego więcej dla panny Lizzie, pani Fraser? -Jo spojrzał na mnie przenikliwie.

- Tak - odparłam zaskoczona. - Czyżbyś wiedział, gdzie je możnaznaleźć?

- Tak, madam - zapewnił Kezzie głosem nieco donośniejszym niż zwykle. - U Indian.

- U których Indian? - spytał Jamie. W jego spojrzeniu pojawiła sięczujność.

- Czirokezów - wyjaśnił Jo, wskazując niedbale dłonią. - Niedalekogóry.

Opis ten mógł się odnosić do pół tuzina wiosek, ale chłopcy bez wątpienia mieli na myśli konkretną osadę, gdyż obaj odwrócili się jak nazawołanie, zamierzając od razu wyruszyć i wrócić z jagodami.

- Czekajcie chwilę - zawołał Jamie, przytrzymując Kezziego za kołnierz. - Pójdę z wami. Przyda wam się ktoś, kto umie się targować.

- Och, mamy dużo skór - zapewnił go Jo. - Udany sezon.

Jo był świetnym myśliwym, a i Kezziego, choć nie miał dość dobregosłuchu, by mu dorównać, nauczył zakładać sidła. Ian mówił mi, że szopaBeardsleyów wypełniona jest po dach skórami bobrów, kun, jeleni i gronostajów. Ich woń zawsze przywierała do bliźniaków - ledwo wyczuwalnamieszanina zaschniętej krwi, piżma i sierści.

- No cóż, to bardzo wspaniałomyślne z twojej strony, Jo, nie wątpię.Ale mimo wszystko pójdę z wami.

Jamie zerknął na mnie, jakby na potwierdzenie, że choć podjął jużdecyzję, jednak prosi mnie o zgodę. Przełknęłam, cały czas czując w ustachgorycz.

- Tak - powiedziałam i odchrząknęłam. - Jeśli... jeśli idziesz, to damci przy okazji różne rzeczy i powiem, na co masz je wymienić. Nie wyruszycie wcześniej niż rankiem, prawda?

Beardsleyowie nie kryli zniecierpliwienia, chcąc wyruszyć jak najszybciej, ale Jamie stał nieruchomo, patrząc na mnie; poczułam, jak dotykamnie bez słowa czy ruchu.

- Poczekamy do nocy - powiedział cicho i zwrócił się do chłopców. -Bądź tak dobry, Jo, idź na górę i poproś Bobby'ego Higginsa, żeby tuprzyszedł. Muszę z nim pomówić.

- Jest z panną Lizzie? - zdziwił się Jo Beardsley, wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sprawy, a twarz jego brata, który spoglądał spodprzymrużonych powiek, wyrażała podobną podejrzliwość.

- Co on robi w jej pokoju? Nie wie, że jest zaręczona? - spytał Kezziez nutą słusznego oburzenia w głosie.

- Jest z nią też ojciec - uspokoił ich Jamie. - Jej reputacji nic nie grozi.

Jo parsknął krótko, ale wymienił znaczące spojrzenie z bratem, po czymobaj wyszli zgodnie, a ich wyprostowane ramiona dowodziły, że zamierzają poradzić sobie z sytuacją zagrażającą cnocie Lizzie.

- Więc zrobisz to? - Odłożyłam tłuczek. - Zostaniesz agentem?

- Chyba muszę. Jeśli się nie zdecyduję, zostanie nim John Brown.Uważam, że nie mogę do tego dopuścić. - Zawahał się, potem podszedłi ujął mnie delikatnie za łokieć. - Odeślę jak najszybciej chłopców z jagodami, których potrzebujesz. Może będę musiał zostać dzień czy dwa.Na rozmowy.

Żeby powiedzieć Czirokezom, że jest teraz agentem Korony brytyjskiej.Umówić się z nimi, by powiadomili wodzów górskich wiosek, że majązejść na niziny, by wziąć udział w naradzie, pomówić o darach.

Skinęłam głową, czując ucisk za mostkiem. A więc zaczęło się. Choćczłowiek wie doskonale, iż coś strasznego stanie się w przyszłości, jakośnigdy nie myśli o tym, że może się to stać już dzisiaj.

- Proszę... nie zostawaj tam zbyt długo, dobrze? - powiedziałam niespodziewanie. Nie chciałam obarczać go swoimi lękami, ale też nie mogłam milczeć.

- Nie zostanę - odparł cicho, a jego dłoń spoczywała przez chwilę namoich plecach. - Głowa do góry. Nie zabawię tam długo.

W korytarzu rozległo się echo kroków ze schodów. Przypuszczałam, żepan Wemyss razem z Bobbym wyprosił z pokoju Beardsleyów. Nie zatrzymali się, tylko wyszli bez słowa, obrzucając Higginsa spojrzeniami pełnymiz trudem skrywanej niechęci, czego on zdawał się jednak nie zauważać.

- Ten chłopak powiedział, że chce pan ze mną mówić - powiedziałHiggins. Odzyskał już trochę rumieńców na twarzy, co odnotowałamz zadowoleniem, i trzymał się dość pewnie na nogach. Spojrzał lękliwiena stół wciąż przykryty prześcieradłem, na którym go położyłam, a potemna mnie, ale potrząsnęłam tylko głową. Postanowiłam zająć się jego hemoroidami później.

- Ano, Bobby. - Jamie wskazał szybkim ruchem ręki stołek, jakby chciałzachęcić Bobby'ego, by ten usiadł, ale odchrząknęłam znacząco i Higginszrezygnował, po czym oparł się o stół, nie skorzystawszy z zaproszenia.

- Ci dwaj, którzy się tu dziś zjawili... Brownowie. Mają niedaleko stądosadę. Słyszałeś podobno o komitetach bezpieczeństwa, prawda? Musiszsię więc domyślać, o co im chodzi.

- Tak. Brownowie, owszem. Chodziło im o mnie? - upewnił się. Mówiłspokojnie, ale zauważyłam, że przełknął ślinę, a jabłko Adama na jegochudej szyi poruszyło się gwałtownie.

Jamie westchnął i przesunął dłonią po włosach. Promienie słońca padałyprosto na niego; wydawało się, że ruda czupryna mu płonie. Dostrzegałamgdzieniegdzie pasemka srebra, które zaczęły się pojawiać między płowymikosmykami.

- Tak. Wiedzieli, że tu jesteś; słyszeli o tobie, niewątpliwie od kogoś, kogospotkałeś po drodze. Przypuszczam, że mówiłeś ludziom, dokąd jedziesz?

Bobby przytaknął milcząco.

- Czego od niego chcą? - spytałam, przesypując utarte zioła do miseczki i zalewając gorącą wodą, by namokły.

- Nie powiedzieli tego wprost - oznajmił Jamie sucho. - Z drugiejstrony nie dałem im szansy. Oznajmiłem im tylko, że będą mogli zabraćgościa z mego domu po moim trupie - i po swoich.

- Dziękuję bardzo, naprawdę. - Bobby odetchnął głęboko. - To znaczywiedzieli? O Bostonie. Tego nikomu nie mówiłem, jestem pewien.

Zmarszczka na czole Jamiego pogłębiła się nieznacznie.

- Tak, wiedzieli. Myśleli niby, że ja nie wiem; powiedzieli mi, że nieświadomie ukrywam mordercę i kogoś, kto stanowi zagrożenie dla ogółu.

- No cóż, to pierwsze jest prawdą - przyznał Bobby, dotykając ostrożnie znamienia na policzku, jakby wciąż go paliło. - Ale nie rozumiem, jakmogę stanowić dla kogokolwiek zagrożenie.

Jamie machnął ręką.

- Chodzi o to, Bobby, że wiedzą o twojej obecności. Choć myślę, że niezjawią się tutaj i nie wyciągną cię z domu. Ale proszę cię, żebyś zachowałostrożność. Dopilnuję, byś wrócił bezpiecznie do lorda Johna, kiedy nadejdzie pora. Dam ci eskortę. Przypuszczam, że jeszcze z nim nie skończyłaś? -zwrócił się do mnie.

- Rzeczywiście - odparłam.

Bobby wyglądał na zaniepokojonego.

- W takim razie... - Jamie sięgnął do paska spodni i wyciągnął pistolet,ukryty pod fałdami koszuli. Ten ozdobny, przeznaczony do pojedynków,jak zauważyłam. Wręczył go Bobby'emu. - Noś to przy sobie. Proch i kulesą w kredensie. Będziesz strzegł mi żony i rodziny pod moją nieobecność?

- Och! - Bobby w pierwszej chwili wyglądał na przestraszonego, alepotem przytaknął i wsunął broń do kieszeni spodni. - Z pewnością. Możepan na mnie liczyć!

Jamie uśmiechnął się. Zauważyłam w jego oczach iskierkę ciepła.

- Miło to słyszeć, Bobby. Czy mógłbyś poszukać mojego zięcia? Muszęz nim pomówić przed wyjazdem.

- Oczywiście. Już biegnę!

Wyprostował ramiona i wyszedł pospiesznie z wyrazem determinacjina delikatnym obliczu poety.

- Jak myślisz, co by z nim zrobili? - spytałam cicho, kiedy drzwi wejściowe zamknęły się za nim. - To znaczy Brownowie.

Jamie potrząsnął głową.

- Bóg jeden wie. Może powiesiliby go na rozstajach albo tylko pobilii przegnali z gór. Chcą pokazać wszystkim, że potrafią chronić lud, prawda? Przed niebezpiecznymi przestępcami i temu podobnymi - dodał, krzywiąc ironicznie usta.

- "Ludzie powołują spośród siebie rządy opierające swą sprawiedliwąwładzę na zgodzie rządzonych" - zacytowałam, przytakując. - By komitetbezpieczeństwa miał jakiekolwiek prawo działania, musiało istnieć oczywiste zagrożenie bezpieczeństwa publicznego. Bracia Brownowie wykazalisię inteligencją.

Spojrzał na mnie i uniósł rude brwi.

- Kto to powiedział? "Zgoda rządzonych".

- Thomas Jefferson - odparłam zadowolona z siebie. - Może raczejpowie to za dwa lata.

- Za dwa lata zapożyczy to od pewnego dżentelmena nazwiskiemLocke - sprostował Jamie. - Przypuszczam, że Richard Brown odebrałsolidną edukację.

- W przeciwieństwie do mnie, chciałeś powiedzieć - oznajmiłam niewzruszona. - Jeśli jednak spodziewasz się kłopotów ze strony Brownów,to dlaczego dałeś Higginsowi akurat ten pistolet?

Wzruszył ramionami.

- Lepszych będę sam potrzebował. I bardzo wątpię, czy on z niegowystrzeli.

- Liczysz na odstraszający efekt tej broni? - Byłam sceptyczna, aleprawdopodobnie miał rację.

- Owszem. Ale bardziej na Bobby'ego.

- To znaczy?

- Wątpię, czy kiedykolwiek jeszcze wystrzeli w obronie swego życia,ale może zrobiłby to w obronie twojego. I gdyby już do tego doszło,przeciwnik musiałby stać tak blisko, że nie mógłby chybić.

Mówił beznamiętnie, ale poczułam, jak włosy unoszą mi się na karku.

- No cóż, to pocieszające - wyznałam. - Tylko skąd wiesz, co zrobi?

- Rozmawiałem z nim - wyjaśnił krótko. - Człowiek, którego zastrzeliłw Bostonie, był pierwszym, jakiego kiedykolwiek zabił. Nie chce zrobićtego nigdy więcej.

Wyprostował się i ruszył nerwowo w stronę blatu, gdzie zajął się porządkowaniem kilku niewielkich narzędzi, które rozłożyłam do czyszczenia.

Stanęłam obok niego, przyglądając się z uwagą. Było tam kilka przyrządów chirurgicznych do przyżegania tkanek, a także skalpeli, które moczyły się w kubku z terpentyną. Wyjmował je po kolei, wycierał do suchai układał starannie w pudełku, jedno obok drugiego. Końcówki kauterów,podobne w kształcie do szpadli, poczerniały ze starości; ostrza skalpeli byływytarte od długiego używania, ale krawędź błyszczała pewnie - wąski jakwłos pasek jasnego srebra.

- Nic się nam nie stanie - powiedziałam cicho. Chciałam, by zabrzmiałoto pewnie, ale wyczułam w swoim głosie nutę powątpiewania.

- Tak, wiem - odparł. Odłożył ostatnie narzędzie do pudełka, ale nieprzykrył go wieczkiem. Oparł się dłońmi o blat, patrząc prosto przedsiebie. Po chwili oznajmił cicho: - Nie chcę tam iść. Nie chcę tego robić.

Nie byłam pewna, czy mówi do siebie, czy też do mnie, ale wiedziałam,się, że nie chodzi mu tylko o wyprawę do wioski Czirokezów.

- Ja także tego nie chcę - wyszeptałam i przysunęłam się odrobinę;czułam teraz jego oddech. Oderwał dłonie od blatu i odwrócił się do mnie, poczym wziął mnie w ramiona. Staliśmy objęci, nasłuchując swych oddechówi wyczuwając gorzką woń parzonej herbaty, która sączyła się przez zasłonęswojskich zapachów: płótna, kurzu i ciał rozgrzanych promieniami słońca.

Wiedzieliśmy, że będziemy musieli jeszcze nieraz dokonać wyboru, podjąćdecyzję, przystąpić do działania. Jeszcze nieraz. Lecz tego dnia, o tej godzinie,tą deklaracją przekroczyliśmy próg wojny.

10. Głos obowiązku

Jamie wysłał Bobby'ego na poszukiwania Rogera Maca, ale był zbyt niecierpliwy, by czekać, i sam wyruszył, pozostawiając Claire przy herbacie.

Na zewnątrz wszystko wydawało się spokojne i piękne. Brązowa owcaz parą jagniąt stała leniwie w zagrodzie, poruszając szczękami w powolnym rytmie zadowolenia, podczas gdy małe skakały niezgrabnie wokółniczym kędzierzawe świerszcze. Grządkę ziół posadzonych przez Clairepokrywały liściaste łodyżki i młodziutkie kwiaty.

Wieko studni było lekko przesunięte; nachylił się, by umieścić je nawłaściwym miejscu, i zauważył przy okazji, że deski się wypaczyły. Kolejna robota, westchnął w duchu; z drugiej strony wolałby przez kilka następnych dni ryć ziemię, przerzucać obornik i łatać gont zamiast tego, cozamierzał zrobić.

Już lepiej byłoby zasypać stary wychodek albo wykastrować wieprze,niż iść do Rogera Maca i pytać go, co wiedział o Indianach i rewolucjach.Uważał, że to dość makabryczne - dyskutować o przyszłości ze swoimzięciem; starał się tego nigdy nie robić.

To, co Claire opowiadała mu o swojej epoce, wydawało się często fantastyczne, przesycone zabawną nutą bajkowej nierealności, a czasem makabryczne, ale zawsze ciekawe, gdyż dzięki temu dowiadywał się czegośo swojej żonie. Brianna miała zwyczaj dzielić się z nim drobnymi, prostymiszczegółami na temat przeróżnych mechanizmów, które też były interesujące, albo nieprawdopodobnymi opowieściami o ludziach chodzącychpo Księżycu, co wydawało się niezwykle zabawne, ale nie zagrażało spokojowi jego umysłu.

Roger Mac natomiast odznaczał się mrożącym krew w żyłach sposobemmówienia, który zbytnio przypominał Jamiemu znane mu dzieła historyków, a tym samym niósł ze sobą poczucie groźnej nieuchronności. Rozmowa z nim sprawiała, że ten czy ów przerażający zbieg okolicznościwydawał się nie tylko możliwy, ale i brzemienny w bezpośrednie konsekwencje dla Jamiego.

Uważał, że przypomina to wizytę u szczególnie złośliwego wróżbity,któremu zapłaciło się zbyt mało, by usłyszeć coś przyjemnego. Myśl tasprawiła, że nagle pojawiło się pewne wspomnienie, wyskakując z mroków pamięci jak spławik spod wody.

Paryż. Siedział wraz z przyjaciółmi w cuchnącej uryną tawernie niedaleko université. Był już nieźle wstawiony, gdy ktoś wpadł na pomysłz wróżeniem, przepchnął się więc wraz z innymi do kąta, w którymzawsze przesiadywała stara chiromantka, ledwie widoczna w mroku i oparach dymu fajkowego.

Nie zamierzał się w to bawić; miał tylko kilka groszy w kieszeni i niechciał marnować ich na tę bezbożną bzdurę. Powiedział to głośno.

W tym momencie z ciemności wynurzyła się błyskawicznym ruchemkoścista ręka i zatopiła mu w dłoni długie, brudne paznokcie. Krzyknąłzdumiony, a jego przyjaciele wybuchnęli śmiechem. Zarechotali jeszczegłośniej, gdy starucha napluła mu w dłoń.

Fachowym ruchem wtarła plwocinę w jego skórę, nachyliła się tak blisko,że poczuł zastarzałą woń jej potu i dostrzegł pchły pełznące po siwychwłosach, które wyzierały spod rdzawoczarnego szala. Zajrzała mu w dłońi po chwili zaczęła wodzić po jej liniach brudnym paznokciem, łaskoczącgo przy tym. Próbował cofnąć rękę, ale ona jeszcze mocniej ścisnęła munadgarstek. Stwierdził ze zdziwieniem, że nie może wyrwać się z jejuchwytu.

- T'es un chat, toi - zauważyła stara kobieta tonem złośliwego zainteresowania. - Jesteś kotem, małym czerwonym kotem.

Jeden z jego przyjaciół - nazywał się Dubois - z miejsca zaczął miauczeći zawodzić, ku rozbawieniu pozostałych. Jamie nie zamierzał ulegać ogólnej wesołości i powiedział tylko: - Merci, madame - po czym starał sięodsunąć od kobiety.

- Neuf - powiedziała, stukając szybko w różne miejsca na jego dłoni,a potem ujmując mu palec i wykręcając go dla podkreślenia wagi swoichsłów. - Masz dziewiątkę na dłoni. I śmierć - dodała bezceremonialnie. -Umrzesz dziewięć razy, nim spoczniesz w grobie.

Potem go puściła pośród ogólnego śmiechu i chóru szyderczego aou-la-la!, które dobyło się z ust francuskich studentów.

Prychnął teraz pogardliwie, spychając to wspomnienie w mroki pamięcii posyłając je do diabła. Stara kobieta nie ustąpiła jednak tak łatwo i zawołała do niego szyderczo zza zasłony lat, wprost z hałaśliwej i cuchnącej piwemtawerny: Czasem umieranie nie boli, mon p'tit chat. Ale częściej boli.

- Nie, nie boli - mruknął i zatrzymał się wstrząśnięty, słysząc samegosiebie. Chryste. To nie był jego głos, tylko jego ojca chrzestnego. "Nie bójsię, chłopcze. To nie boli, kiedy się umiera. Ani trochę".

Potknął się i zachwiał, ale odzyskał równowagę i stanął nieruchomo,czując na języku metaliczny smak. Serce waliło mu mocno, jakby pokonałbiegiem kilka mil. Widział przed sobą chatę i słyszał wołania sójek w konarach zazielenionych kasztanowców. Ale jeszcze wyraźniej widział twarzMurtagha, jej posępne rysy, które z wolna ogarniał spokój, i głębokoosadzone oczy; wpatrywały się w niego i traciły ostrość spojrzenia, jakgdyby jego ojciec chrzestny patrzył jednocześnie na niego i na coś w dali.Jamie poczuł w ramionach ciężar ciała, narastający wraz ze zbliżającą sięśmiercią.

Wizja zniknęła tak nagle, jak się pojawiła; stwierdził, że stoi obok kałużypo deszczu, wpatrzony w drewnianą kaczkę, zanurzoną do połowy w błocie.

Przeżegnał się i zmówił szybko pacierz za spokój duszy Murtagha, potemschylił się i opłukał kaczkę w kałuży. Dłonie drżały mu lekko, czemu sięnie dziwił. Jego wspomnienia z bitwy pod Culloden były nieliczne i postrzępione - ale zaczęły powracać.

Jak dotąd, takie obrazy nawiedzały go tylko przelotnie, gdzieś na granicysnu. Widywał już Murtagha na jawie i w snach, które go potem nawiedzały.

Nie powiedział o tym Claire. Jeszcze nie.

Pchnął drzwi chaty, ale w środku nie zastał nikogo; palenisko byłowygaszone, kołowrotek i krosna stały bezczynnie. Brianna poszła najpewniej do domu Fergusa odwiedzić Marsali. Gdzie był Roger Mac? Jamiewyszedł na zewnątrz i stanął, nasłuchując.

Gdzieś zza chaty, od strony lasu, docierał stłumiony stukot siekiery. Pochwili ucichł i Jamie usłyszał męskie głosy, słowa powitania. Odwrócił sięi ruszył w stronę traktu biegnącego w górę zbocza; ścieżkę porastałaz rzadka wiosenna trawa, ale widać było na niej świeże ślady.

Co mogła mu powiedzieć stara kobieta, gdyby jej zapłacił?, zastanawiałsię. Czy skłamała, by ukarać go za jego skąpstwo, czy też powiedziała muprawdę z tego samego powodu?

Jedną z najbardziej nieprzyjemnych rzeczy, jakie towarzyszyły rozmowom z Rogerem, było przekonanie, że zawsze mówi prawdę.

Zapomniał zostawić kaczkę w chacie. Otarł ją o spodnie, po czymruszył z determinacją przez kiełkujące chwasty, by się dowiedzieć, coszykuje mu los.

11. Krew

Podsunęłam mikroskop Bobby'emu Higginsowi, który wrócił już do domu; zdjęty troską o Lizzie, zapomniał o swoich dolegliwościach.

- Widzisz te okrągłe różowawe żyjątka? - spytałam. - To są krwinkiLizzie. Każdy ma krwinki - dodałam. - To one sprawiają, że krew jestczerwona.

- Coś takiego - wymamrotał zdumiony. - Nie wiedziałem!

- Teraz już wiesz - oznajmiłam. - Zauważyłeś, że niektóre z krwineksą uszkodzone? A inne mają w sobie małe plamki?

- Tak, madam - odparł, ściągając twarz i patrząc uważnie przez mikroskop. - Co to jest?

- Pasożyty. Małe bestie, które przedostają się do twojej krwi, jeśli ukąsicię komar pewnego gatunku - wyjaśniłam. - Nazywają się Plasmodium.Kiedy już wejdą w ciebie, zagnieżdżają się w twojej krwi, ale co jakiś czaszaczynają się... jak by to powiedzieć... rozmnażać. Kiedy jest ich za dużo,wydostają się poza krwinki i to właśnie powoduje ataki malaryczne - febrę. Osad z uszkodzonej komórki zbiera się w organach i powoduje, żeczujesz się strasznie chory.

- Och. - Wyprostował się, obdarzając mikroskop grymasem głębokiejawersji. - To... to naprawdę potworne.

- Tak, zgadza się - przyznałam, choć udało mi się zachować kamiennątwarz. - Ale chinina, czyli kora chinowa, pomoże opanować chorobę.

- To bardzo dobrze, madam, bardzo dobrze - oświadczył z rozjaśnionym obliczem i potrząsnął głową. - Jak pani dochodzi do tego wszystkiego? To zdumiewające!

- Och, wiem sporo o pasożytach - odparłam niedbale, zdejmując spodek z miseczki, w której parzyłam mieszankę derenia i gorzkich jagód.Wywar miał głęboki, trochę liliowy odcień czerni i teraz, po ostudzeniu,wyglądał na kleisty. Cuchnął też okropnie, z czego wywnioskowałam, żejest gotowy.

- Powiedz mi, Bobby - słyszałeś kiedyś o tęgoryjcach?

Spojrzał na mnie tępym wzrokiem.

- Nie, proszę pani.

- Hm. Mógłbyś to potrzymać?

Nakryłam szyjkę butelki złożonym kawałkiem gazy i podałam mu flaszkę, podczas gdy sama zajęłam się przelewaniem do niej liliowej mikstury.

- Te twoje omdlenia... - zaczęłam, nie odrywając wzroku od cienkiegostrumyczka. - Od kiedy ci się zdarzają?

- Och... pół roku może.

- Rozumiem. Zauważyłeś przy okazji jakieś dolegliwości - na przykładswędzenie? Albo wysypkę? Nie przytrafiło ci się coś takiego mniej więcejsiedem miesięcy temu? Na stopach?

Spojrzał na mnie niebieskimi oczami z najwyższym zdumieniem, jakbym właśnie dokonała cudu czytania w myślach.

- Owszem, przytrafiło się, madam. To było zeszłej jesieni.

- Ach tak - oznajmiłam. - Myślę więc, Bobby, że możesz mieć tęgoryjcadwunastnicy.

Spojrzał po sobie z przerażeniem.

- Gdzie?

- W środku. - Odebrałam mu butelkę i zakorkowałam. - Tęgoryjce topasożyty, które przebijają się przez skórę, najczęściej na piętach, a potemwędrują przez ciało, aż docierają do twoich jelit... to znaczy, uhm, wnętrzności - skorygowałam, dostrzegając niezrozumienie na jego twarzy. - Dorosłe robaki mają obrzydliwe, małe, zakrzywione dzioby, o, takie - wygięłam palec wskazujący, żeby mu pokazać - i przebijają wyściółkę jelita,a potem zaczynają ssać twoją krew. Dlatego, jeśli je masz, czujesz się bardzoosłabiony i często mdlejesz.

Widząc, że oblewa się nagle potem, zaprowadziłam go pospiesznie dostołka, posadziłam i przygięłam mu kark, zmuszając, by wsunął sobiegłowę między kolana.

- Nie jestem pewna - zastrzegłam, nachylając się ku niemu. - Aleoglądałam właśnie próbkę krwi Lizzie i gdy myślałam o pasożytach...no cóż, przyszło mi nagle do głowy, że ta diagnoza pasuje do twoichobjawów.

- Och - odrzekł słabym głosem. Gruby splot falujących włosów opadłdo przodu i odsłonił mu kark o jasnej, dziecięcej skórze.

- Ile masz lat, Bobby? - spytałam, uzmysłowiwszy sobie nagle, że tegonie wiem.

- Dwadzieścia trzy, madam - wyjaśnił. - Och, chyba zwymiotuję.

Chwyciłam stojące w kącie wiadro i podstawiłam mu w ostatniej chwili.

- Pozbyłem się ich? - spytał niepewnie, prostując się i ocierając ustarękawem, ale równocześnie spoglądając do wiadra. - Mogę jeszcze zwymiotować.

- Obawiam się, że to na nic - powiedziałam ze współczuciem. - Jeślimasz tęgoryjce, są bardzo mocno przyczepione i znajdują się zbyt głęboko,by można je było w ten sposób oderwać. Możemy się przekonać, czy jemasz, tylko poszukując jajeczek, które składają.

Bobby przyglądał mi się z niepokojem.

- Nie chodzi o to, że jestem strachliwy, madam - oświadczył, przesuwając się ostrożnie na stołku. - Wie pani o tym. Ale doktor Potts robił miwielkie lewatywy z wody musztardowej. Przecież coś takiego wypaliłobyrobaki? Gdybym ja był takim robakiem, od razu wyzionąłbym ducha,jakby mnie ktoś polał wodą musztardową.

- Może ci się tak wydawać - przyznałam. - Ale tak nie jest. Nie zaaplikuję ci lewatywy - zapewniłam go. - Musimy przede wszystkim sprawdzić,czy naprawdę masz te robaki, a jeśli tak, to mogę przygotować pewnelekarstwo, które od razu je wytruje.

- Och. - Humor z miejsca mu się poprawił. - A jak pani chce tosprawdzić, madam?

Zerknął badawczo na szafkę, gdzie leżały rozłożone kleszcze i słoikiz nićmi chirurgicznymi.

- To bardzo proste - zapewniłam go. - Przeprowadzę coś, co nazywasię sedymentacją kału, by w tym, co z niego osiądzie na dnie, poszukaćjajeczek pod mikroskopem.

Przytaknął, najwyraźniej nie rozumiejąc. Uśmiechnęłam się do niegouprzejmie.

- Musisz się tylko wysrać, Bobby.

Jego twarz była zwierciadłem zwątpienia i lęku.

- Jeśli nie robi to pani różnicy, madam, to chyba wolę mieć w środkurobaki.

12. Dalsze tajemnice nauki

Roger MacKenzie wrócił późnym popołudniem z warsztatu bednarza i zastał żonę w głębokiej kontemplacji pewnego obiektu, który stał na stolejadalnym.

- Co to jest? Jakaś prehistoryczna konserwa? - spytał Roger, wysuwającostrożnie palec w stronę pękatego słoja z zielonkawego szkła, zatkanegokorkiem, który pokrywała gruba warstwa czerwonego laku. W środkuwidać było bezkształtną bryłę, zanurzoną w jakimś płynie.

- Ho, ho - oznajmiła Brianna tonem pełnym wyrozumiałości, odsuwającsłój poza zasięg jego rąk. - Wydaje ci się, że jesteś zabawny. To biały fosfor,prezent od lorda Johna.

Przyjrzał się uważnie żonie; czubek nosa miała zaróżowiony, kosmykiwłosów luźne i falujące w lekkim wietrze; tak jak ojciec, miała w zwyczajuprzesuwać po nich dłonią, gdy się nad czymś zastanawiała.

- I co zamierzasz z tym zrobić? - spytał, starając się stłumić nutkęzłego przeczucia w głosie. Przypominał sobie mgliście, że w dawno minionych dniach szkolnych uczył się o fosforze; wydawało mu się, że substancja świeci w ciemności albo wybucha. Ani jedna, ani druga perspektywa nie wydawała się kusząca.

- Będziemy... robić zapałki. Może. - Natychmiast zagryzła zębami dolną wargę, wpatrując się jednocześnie w słój. - Wiem jak. W teorii. Alew praktyce może być trochę trudniej.

- Dlaczego? - spytał ostrożnie.

- No, fosfor wybucha płomieniem przy zetknięciu z powietrzem - wyjaśniła. - Dlatego przechowuje się go w wodzie. Nie dotykaj, Jem! To trujące.

Chwyciwszy małego wpół, odciągnęła go od stołu, przy którym stałuparcie, wpatrując się w słój z nieposkromioną ciekawością.

- Co się martwisz? Wybuchnie mu w twarz, zanim zdoła wziąć do ust.

Roger wziął na wszelki wypadek słoik w dłonie, trzymając go tak, jakbynaczynie mogło lada chwila eksplodować. Chciał spytać Briannę, czy jestszalona, ale był żonaty dostatecznie długo, by znać cenę niezbyt roztropniepostawionych pytań retorycznych.

- Gdzie zamierzasz to trzymać?

Obrzucił wymownym spojrzeniem ograniczoną przestrzeń chaty, któraprócz zwykłych sprzętów mogła pomieścić jedynie pojemnik na pościel,małą półkę na książki i dokumenty, drugą na grzebień, szczoteczki dozębów i małą torebkę z osobistymi rzeczami Brianny, wreszcie klatkę dlasroki. Jemmy potrafił ją otworzyć, kiedy skończył siedem miesięcy.

- Myślę, że najlepiej będzie zanieść do gabinetu mamy - odparła, wciążtrzymając odruchowo Jema, który wpatrywał się w upragniony przedmiotz niewątpliwym zamiarem objęcia go w posiadanie. - Tam nikt niczegonie dotyka.

Była to prawda; ludzie, którzy nie bali się Claire Fraser, patrzyli naogół z przerażeniem na zawartość jej gabinetu, na te groźne narzędzia,kojarzące się z bólem, tajemnicze ciemne mikstury i cuchnące lekarstwa.Nie mówiąc już o tym, że znajdowały się tam szafki zbyt wysokie nawetdla tak upartego osobnika jak Jem.

- Świetny pomysł - pochwalił Roger, który pragnął jak najszybciejusunąć słój poza zasięg dłoni syna. - Od razu go zabiorę, dobrze?

Nim Brianna zdążyła odpowiedzieć, rozległo się pukanie do drzwi,w których niemal natychmiast stanął Jamie Fraser. Jem natychmiast zrezygnował z prób zdobycia słoika i rzucił się ku dziadkowi z głośnymkrzykiem radości.

- Jak się masz, mały? - spytał przyjaźnie Jamie i bez wysiłku odwróciłmałego głową do dołu, trzymając go za kostki. - Zamienimy słowo,Roger Mac?

- Oczywiście. Może usiądziesz?

Wcześniej powiedział Jamiemu to, co wiedział - żałośnie mało - o roliCzirokezów w nadchodzącej rewolucji. Czy teść zjawił się po to, by dalejgo wypytywać? Odstawiwszy z niechęcią słój, Roger wyciągnął stołeki podsunął gościowi. Jamie przyjął zaproszenie skinieniem głowy, przerzucając sobie zgrabnie małego przez ramię i siadając.

Jemmy chichotał szaleńczo i wyrywał się, dopóki dziadek nie klepnąłgo lekko w pupę; wtedy się uspokoił i zawisł, zadowolony, głową w dółjak leniwiec, a jego jasne włosy rozsypały się na plecach Jamiego.

- Chodzi o to, a charaid - powiedział Jamie - że muszę rano ruszyć dowioski Czirokezów i chcę, żebyś zrobił dla mnie pewną rzecz.

- Ach tak. Mam dopilnować zbiorów jęczmienia?

Wczesne zboża jeszcze dojrzewały. Wszyscy się modlili, by słoneczna pogoda utrzymała się przez kilka tygodni, ale perspektywy wydawały się dobre.

- Nie, Brianna może to zrobić. Jeśli zechcesz.

Uśmiechnął się do córki, która uniosła rude brwi, identyczne jak jego.

- Mogę - zgodziła się. - Co jednak zamierzasz zrobić z Ianem, Rogeremi Archem Bugiem?

Arch Bug był zarządcą Jamiego, a więc osobą, która pilnowała żniwpod nieobecność gospodarza.

- No cóż, młodego Iana wezmę ze sobą. Czirokezi znają go dobrze,poza tym włada ich mową. Zabiorę też braci Beardsleyów. Wrócą wcześniej, przyniosą jagody i parę innych rzeczy dla Lizzie.

- Ja też pójdę? - spytał z nadzieją Jemmy.

- Nie tym razem, mały. Może jesienią - odrzekł dziadek. Poklepałchłopca po siedzeniu i zwrócił się do Rogera: - Chcę, żebyś udał się doCross Creek, jeśli możesz, i przyprowadził stamtąd nowych osadników.

Życzenie to przyprawiało Rogera o podniecenie - i niepokój - ale tylkoodchrząknął i skinął głową.

- Tak. Oczywiście. Czy tamci...

- Weźmiesz ze sobą Archa Buga i Toma Christiego.

Słowa Jamiego spotkały się z pełnym niedowierzania milczeniem.

- Tom Christie? - zdziwiła się Brianna, wymieniając zdumione spojrzenie z Rogerem. - Po cóż u licha?

Nauczyciel był niezaprzeczalnie typem ponuraka i nikt by go nie uznałza wesołego towarzysza podróży.

Ojciec skrzywił kwaśno usta.

- No cóż. Jest pewna drobna rzecz, której MacDonald mi nie powiedział, gdy prosił mnie, bym ich przyjął. To protestanci, wszyscy jak jeden.

- Ach, rozumiem.

Jamie napotkał wzrok Rogera i przytaknął, pełen ulgi.

- Ale ja nie rozumiem. - Brianna przygładziła włosy, potem ściągnęłatasiemkę i zaczęła powoli rozczesywać je palcami, by wygładzić sploty. -Co to za różnica?

Roger i Jamie wymienili szybkie, ale znaczące spojrzenia. Jamie wzruszył ramionami i posadził sobie wnuka na kolanach.

- No cóż. - Roger potarł brodę, zastanawiając się, jak wyjaśnić dwawieki szkockiej nietolerancji religijnej, by rzecz stała się jasna dla Amerykanki z dwudziestego wieku. - Och... przypomnij sobie kwestię prawobywatelskich w Stanach, integracji na Południu i temu podobne.

- Okay. - Popatrzyła na niego uważnie. - Więc po której stronie sąMurzyni?

- Murzyni? - Jamie sprawiał wrażenie całkowicie zaskoczonego. - Comają do tego Murzyni?

- Nie w tym rzecz - powiedział Roger. - Chciałem tylko pokazać, żew grę wchodzą głębokie emocje. Czy mam rozumieć, że perspektywapodległości katolickiemu panu może wywołać u dzierżawców negatywnereakcje? I odwrotnie? - Roger zerknął na Jamiego.

- Co to są Murzyni? - zainteresował się Jemmy.

- Ciemnoskórzy ludzie - wyjaśnił Roger, uświadomiwszy sobie nagle, jaką otchłań problemów otwiera to pytanie. Było prawdą, że słowo"Murzyn" nie oznaczało koniecznie "niewolnika" - ale różnica wydawałasię prawie nieistotna. - Pamiętasz ich z domu twojej ciotecznej babkiJokasty?

Jemmy zmarszczył czoło i przez chwilę wyglądał zupełnie jak dziadek.

- Nie.

- Mniejsza z tym. Chodzi więc o to - Brie usiłowała zaprowadzić porządek w dyskusji, stukając szczotką do włosów o stół. - Chodzi o to, żepan Christie jako prawdziwy protestant zapewni nowym dzierżawcomdobre samopoczucie, tak?

- Coś w tym rodzaju - potwierdził ojciec, krzywiąc kącik ust. - W towarzystwie twojego męża i Toma Christiego nie odniosą wrażenia, żewkraczają do królestwa szatana.

- Rozumiem - oznajmił Roger kwaśno. Więc nie chodziło tylko o to, żejest zięciem zarządcy i jego prawą ręką, lecz przede wszystkim o to, że jestprezbiterianinem, przynajmniej z nazwy. Uniósł brwi i spojrzał na Jamiego, który wzruszył ramionami, jakby przytakiwał.

- Mhm - mruknął Roger, zrezygnowany.

- Mhm - odpowiedział Jamie, zadowolony.

- Dajcie spokój - wtrąciła gniewnie Brianna. - Świetnie. A więc tyi Tom Christie wyruszacie do Cross Creek. Po co wam jeszcze Arch Bug?

Roger, znając dobrze swoją żonę, uświadomił sobie, dlaczego jest niezadowolona; miała zajmować się żniwami - brudną, wyczerpującą pracą - podczas gdy on miał spędzać przyjemnie czas z towarzyszami wiaryw ekscytującej metropolii Cross Creek, gdzie mieszkało dwieście osób.

- To głównie Arch będzie im pomagał osiedlić się i pobudować przednastaniem chłodów - wyjaśnił pragmatycznie Jamie. - Nie pomyślałaśchyba, że wysyłam go, by z nimi rozmawiał?

Brianna uśmiechnęła się bezwiednie; Arch Bug, pozostający od dziesiątków lat w związku małżeńskim z elokwentną panią Bug, słynął ze swejmałomówności. Odzywał się czasami, ale nader rzadko, ograniczając swójudział w rozmowie do sporadycznego i łagodnego "mhm".

- No cóż, prawdopodobnie się nie zorientują, że Arch to katolik - zauważył Roger, pocierając górną wargę palcem wskazującym. - Naprawdęjest katolikiem, jeśli już o tym mówimy? Nigdy go o to nie pytałem.

- Jest - potwierdził Jamie. - Ale żyje już dostatecznie długo, by wiedzieć, kiedy ma się nie odzywać.

- No cóż, widzę, że zapowiada się radosna ekspedycja - skomentowałaBrianna, unosząc brwi. - Jak wam się wydaje, kiedy wrócicie?

- Chryste, nie wiem - odparł Roger i od razu odczuł wyrzuty sumieniaz powodu tego przypadkowego bluźnierstwa. Pomyślał, że będzie musiałzrewidować swoje zachowanie, i to szybko. - Miesiąc? Sześć tygodni?

- Co najmniej - dodał wesoło teść. - Weź pod uwagę, że osadnicy niemają koni.

Roger odetchnął głęboko, wyobrażając sobie powolny marsz, en masse,z Cross Creek w stronę gór, z Archem Bugiem i Tomem Christiem, dwomaokazami małomówności, u boku. Popatrzył ze smutkiem na żonę i wyobraził sobie samotny sen na poboczu drogi.

- No cóż, dobrze - powiedział. - W takim razie... pójdę wieczoremporozmawiać z Tomem i Archem.

- Tata jedzie? - Uchwyciwszy sens rozmowy, Jem zsunął się z kolandziadka, podbiegł do Rogera i objął go za nogę. - Ja z tobą, tatusiu!

- Och. No cóż, nie wydaje mi się... - Dostrzegł zrezygnowaną minęBree, a potem zielony słoik na stole za jej plecami. Uśmiechnął się doJema i oznajmił nagle: - Dlaczego nie? Ciocia Jocasta będzie zachwycona.A mama będzie mogła wysadzać wszystko w powietrze, nie martwiąc się,gdzie jesteś, prawda?

- Co będzie robić? - spytał zdumiony Jamie.

- To nie wybucha - oznajmiła Brianna, podnosząc słoik z fosforem, byprzycisnąć go do siebie zaborczym ruchem. - Tylko się pali. Naprawdęchcesz wziąć Jemmy'ego? - Skierowała na Rogera pytające spojrzenie.

- Oczywiście - odparł, udając pewność siebie. Zerknął na chłopca,który powtarzał: "Ja też, ja też, ja też!", podskakując jak popcorn na patelni. - Przynajmniej będę miał z kim pogadać w drodze.

13. Pewne ręce

Było niemal ciemno, gdy wrócił Jamie i zastał mnie przy kuchennymstole, z głową opartą na złożonych rękach. Na dźwięk jego kroków wyprostowałam się gwałtownie, mrugając.

- Wszystko w porządku, Angliszko? - Usiadł na ławie po drugiej stronie i przyjrzał mi się z uwagą. - Wyglądasz jak strach na wróble.

- Och. - Przygładziłam włosy, które chyba rzeczywiście mi trochę sterczały. - Tak, tak, w porządku. Jesteś głodny?

- Pewnie. A ty jadłaś?

Zmrużyłam oczy i potarłam twarz, zastanawiając się z wysiłkiem.

- Nie - oznajmiłam w końcu. - Czekałam na ciebie, ale zdaje się, żezasnęłam. Jest gulasz. Pani Bug zostawiła.

Wstał, zajrzał do niewielkiego kociołka i przesunął zawieszenie nadogień, by potrawa się zagrzała.

- Co robiłaś, Angliszko? - spytał, wracając do stołu. - I jak tam naszadziewczyna?

- Dziewczyna robi to co ja przed chwilą - wyjaśniłam, tłumiąc ziewnięcie. - Prawie cały czas.

Wstałam powoli, zesztywniała, i powlokłam się do kredensu, by nakroićchleba.

- Nie udało jej się utrzymać leku - powiedziałam. - Tych gorzkichjagód. Nie mam do niej pretensji - dodałam, oblizując ostrożnie wargi.Kiedy zwymiotowała pierwszy raz, skosztowałam specyfiku. Moje kubkismakowe też się zbuntowały; nigdy jeszcze nie spotkałam tak trafnienazwanej rośliny, a pod postacią syropu odznaczała się jeszcze bardziejskoncentrowaną goryczą.

Gdy się odwróciłam, Jamie wciągnął powietrze w nozdrza.

- Zwymiotowała na ciebie?

- Nie, to Bobby Higgins - wyjaśniłam. - Ma tęgoryjce.

Jamie uniósł pytająco brwi.

- Jak myślisz, chciałbym o tym słuchać podczas jedzenia?

- Zdecydowanie nie - odparłam, siadając z bochenkiem, nożem i glinianym garnkiem miękkiego masła. Oderwałam kawałek chleba, posmarowałam grubo i podałam mu, potem wzięłam jeden dla siebie. Moje kubkismakowe jakby się zawahały, ale miałam wrażenie, że są już gotowe wybaczyć mi ten nieszczęsny syrop.

- A ty co robiłeś? - spytałam, dostatecznie rozbudzona, by słuchaćtego, co ma do powiedzenia. Wydawał się zmęczony, ale bardziej ożywiony niż wówczas, gdy wychodził z chaty.

- Gadałem z Rogerem Makiem o Indianach i protestantach. - Popatrzyłze zmarszczonym czołem na zjedzony do połowy kawałek chleba w ręku. - Coś jest nie tak z chlebem, Angliszko. Dziwnie smakuje.

Machnęłam przepraszająco ręką.

- Przepraszam, to ja. Umyłam się kilkakrotnie, ale nie mogłam pozbyćsię tego do końca. Może ty posmaruj. - Podsunęłam mu bochenek łokciem, wskazując jednocześnie gliniany garnek.

- Czego nie mogłaś się pozbyć?

- No cóż, próbowałyśmy bez końca z tym syropem, ale na próżno;Lizzie po prostu nie mogła go utrzymać, biedactwo. Ale przypomniałamsobie, że chinina może się wchłaniać przez skórę. Zmieszałam więc syropz odrobiną smalcu gęsiego i natarłam ją całą. O, dzięki. - Nachyliłam sięi odgryzłam delikatnie kawałek posmarowanego chleba, który mi podsunął. Moje kubki smakowe ustąpiły łagodnie, a ja uświadomiłam sobie, żecały dzień nie jadłam.

- I poskutkowało? - zerknął na sufit. Pan Wemyss i Lizzie zajmowalimały pokój na górze, ale panował tam spokój.

- Tak mi się wydaje - odparłam, przełykając. - Gorączka w końcuustąpiła i Lizzie zasnęła. Będziemy to stosować; jeśli gorączka nie wróciprzez dwa dni, zyskamy pewność, że lek działa.

- W takim razie dobrze.

- No, a potem był Bobby i te jego tęgoryjce. Na szczęście mam trochęwymiotnicy i terpentyny.

- Na szczęście dla robaków czy Bobby'ego?

- No cóż, tak naprawdę ani dla jednego, ani dla drugiego - odparłam,ziewając. - Ale prawdopodobnie podziała.

Uśmiechnął się nieznacznie i odkorkował butelkę piwa, po czym odruchowo podsunął ją sobie pod nos. Stwierdziwszy, że wszystko w porządku, nalał mi trochę.

- No cóż, to pocieszająca myśl, że pozostawiam wszystko w twoichsprawnych rękach, Angliszko. Cuchnących, ale sprawnych - dodał,marszcząc nos.

- Wielkie dzięki.

Piwo było doskonałe; domyśliłam się, że pochodzi z zapasów pani Bug.Popijaliśmy je przez chwilę w przyjacielskim milczeniu, oboje zbyt zmęczeni, by wstać i podać gulasz na stół. Obserwowałam Jamiego spod opuszczonych rzęs; zawsze tak robiłam, kiedy miał się wybrać w jakąś podróż,i gromadziłam w pamięci drobne wrażenia, które pozwalały mi czekać najego powrót.

Wyglądał na zmęczonego, dostrzegłam też dwie bliźniacze linie międzyjego ciężkimi brwiami, nieomylną oznakę troski. Blask świecy padał naszerokie kości jego twarzy i rzucał na tynkowaną ścianę wyraźny cieńsylwetki - mocnej i wyzywającej. Przyglądałam się, jak ów cień unosiwidmową szklankę piwa, światło zaś tworzy bursztynowy kolor w spektralnym szkle.

- Angliszko - odezwał się nagle, odstawiając szklankę. - Ile razy według ciebie byłem bliski śmierci?

Wpatrywałam się w niego przez chwilę, ale potem wzruszyłam ramionami i zaczęłam się zastanawiać, zmuszając niechętny umysł do wysiłku.

- No... nie wiem, co strasznego ci się przytrafiło, nim cię poznałam,ale potem... no, byłeś strasznie chory w opactwie. - Zerknęłam na niegoukradkiem, ale wydawało się, że nie robi na nim wrażenia myśl o więzieniu w Wentworth i o tym, co mu tam uczyniono, a co wywołało chorobę. -Hmm. I po bitwie pod Culloden... Mówiłeś, że miałeś wtedy okropnągorączkę od ran i myślałeś, że umrzesz, tylko Jenny zmusiła cię... toznaczy pielęgnowała cię przez cały ten czas.

- A później postrzeliła mnie Laoghaire. I ty mnie pielęgnowałaś. Takżewtedy, gdy ukąsił mnie wąż. - Zastanawiał się przez chwilę. - Jak byłemmały, miałem ospę, ale chyba wtedy nie groziła mi śmierć; podobno przeszedłem to lekko. A więc tylko cztery razy.

- A ten dzień, w którym cię poznałam? - przypomniałam mu. - Wykrwawiłeś się niemal na śmierć.

- Och, skąd - zaprotestował. - To było tylko niegroźne draśnięcie.

Uniosłam brwi i nachylając się nad paleniskiem zaczerpnęłam chochlągulaszu, by napełnić miski. Jadło było nasycone sokami mięsa króliczegoi sarniego, które pływało w gęstym sosie przyprawionym rozmarynem,czosnkiem i cebulą. Moje kubki smakowe wybaczyły mi wszystko.

- Jeśli tak uważasz - zgodziłam się. - Ale czekaj... a twoja głowa?Kiedy Dougal próbował zabić cię toporem? To piąty raz.

Zmarszczył czoło, biorąc ode mnie miskę.

- Ano, chyba masz rację - odparł, wyraźnie niezadowolony. - To znaczy pięć razy.

Przyglądałam mu się łagodnie ponad brzegiem swojej miski. Był postawny i proporcjonalnie zbudowany. I jeśli życie surowo się z nim obeszło - dodawało mu to tylko uroku.

- Trudno cię chyba zabić - orzekłam. - To dla mnie ogromna pociecha.

Uśmiechnął się niechętnie, ale potem wyciągnął rękę i uniósł szklankęw geście toastu, dotykając najpierw swoich warg, a potem moich.

- Wypijmy za to, Angliszko.

14. Lud Śnieżnych Ptaków

- Broń - oznajmił Ptak-Który-Śpiewa-O-Poranku. - Powiedz swojemukrólowi, że chcemy broni.

Jamie w pierwszej chwili powstrzymał się od pytania: "A kto nie chce?",ale potem je rzucił, zaskakując tym wodza, który zamrugał, ale zarazwyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Rzeczywiście, kto? - Ptak był niskim mężczyzną, okrągłym jak beczkai dość młodym jak na swoje stanowisko, ale bystrym, jego życzliwość niemogła przesłonić inteligencji. - Wszyscy cię o to proszą, wszyscy bezwyjątku wodzowie wiosek, co? Oczywiście. A co ty im mówisz?

- To, co mi wolno. - Jamie wzruszył ramionami. - Że towary na wymianę są pewne, noże bardzo prawdopodobne, broń palna możliwa, ale niemogę składać żadnych obietnic.

Mówili mniej znanym dialektem Czirokezów i Jamie miał nadzieję, żewłaściwie oddał owo stopniowanie. Posługiwał się tym językiem bieglew zakresie typowych problemów handlu i polowania, ale to, co omawiali,typowe nie było. Zerknął przelotnie na Iana, który przysłuchiwał się uważnie, i wywnioskował, że poszło mu nieźle. Ian często odwiedzał wioskipołożone niedaleko Ridge i polował z młodymi Indianami; przechodziłna mowę ludu Tsalagi równie łatwo jak na język gaelicki.

- A zatem... - Ptak rozsiadł się wygodniej. Cynowa odznaka, którądał mu w prezencie Jamie, błyszczała na jego piersi, a szeroka przyjacielskatwarz migotała refleksami płonącego ognia. - Powiedz swojemu królowio broni palnej i wyjaśnij mu, dlaczego jej potrzebujemy.

- Chcesz, żebym mu to powiedział, tak? Myślisz, że jest gotów dostarczyć ci broń, którą będziesz zabijał jego ludzi? - spytał chłodno Jamie.Naruszanie linii granicznej przez białych osadników i wypady na terytorium Czirokezów były drażliwą kwestią; ryzykował, decydując się na tęaluzję, zamiast mówić o innych powodach, dla których Ptak potrzebowałbroni: by ochraniać wioskę przed najeźdźcami - albo samemu dokonywaćwypadów.

W odpowiedzi Ptak wzruszył ramionami.

- Możemy ich zabijać bez broni palnej, jeśli zechcemy. - Ptak uniósłbrwi i wydął wargi, czekając, co Jamie na to powie.

Jamie przypuszczał, że Ptak chce go zaszokować. Przytaknął.

- Oczywiście, że możecie. Ale jesteście dość mądrzy, by tego nie robić.

- Jeszcze nie. - Wargi Ptaka rozciągnęły się w uśmiechu. - Powiedzkrólowi: jeszcze nie.

- Jego królewska mość będzie niezwykle zadowolony, kiedy usłyszy,że tak bardzo cenisz sobie jego przyjaźń.

Ptak wybuchnął śmiechem, kołysząc się w przód i w tył, a jego brat,który siedział obok, Nieruchoma Woda, wyszczerzył zęby.

- Podobasz mi się, Łowco Niedźwiedzi - oznajmił z powagą. - Jesteśzabawnym człowiekiem.

- Może i tak - przyznał po angielsku Jamie i uśmiechnął się. - Poczekaj tylko.

Ian parsknął rozbawiony, Ptak zaś spojrzał na niego ostro, potem jednakodwrócił wzrok i odchrząknął. Jamie popatrzył zaskoczony na siostrzeńca,który odpowiedział słabym uśmiechem.

Nieruchoma Woda przyglądał się z uwagą Ianowi. Czirokezi powitaliobu z szacunkiem, ale Jamie od razu dostrzegł coś szczególnego w ichreakcji na Iana. Uważali go za Mohawka i dlatego traktowali z nieufnością.Szczerze mówiąc, sam nieraz dostrzegał w osobowości Iana coś zagadkowego.

Słowa Ptaka pozwoliły mu jednak poruszyć pewien temat.

- Jesteście niepokojeni przez ludzi, którzy zjawiają się na waszej ziemi, bysię tu osiedlać - oznajmił, kiwając głową ze współczuciem. - Jako człowiekmądry, nie zabijasz ich, oczywiście. Ale nie wszyscy są mądrzy, prawda?

Ptak przyglądał mu się przez chwilę spod zmrużonych powiek.

- Co masz na myśli, Łowco Niedźwiedzi?

- Słyszałem o pożarach, Tsisqua. - Wytrzymał spojrzenie tamtego, pilnując się, by w jego głosie nie zabrzmiała choćby nuta podejrzenia. - Królsłyszał o spalonych domach, zabitych mężczyznach, uprowadzonych kobietach. Nie jest z tego zadowolony.

- Hm - mruknął Ptak i zacisnął wargi. Nie powiedział jednak, że niesłyszał o takich incydentach, co było ciekawe.

- Jeszcze kilka podobnych historii, a król przyśle żołnierzy, by ochraniali jego poddanych. A jeśli tak się stanie, to wątpię, czy życzyłby sobie,aby jego ludzie spojrzeli w lufy broni, w którą sam was zaopatrzył - zauważył logicznie Jamie.

- Co zatem mamy począć? - wtrącił się gorączkowo Nieruchoma Woda. - Przekraczają linię graniczną, wznoszą domy, obsiewają pola i odbierają nam zwierzynę. Jeśli twój król nie potrafi utrzymać swego ludutam, gdzie jego miejsce, to jak może się sprzeciwiać temu, że bronimyswych ziem?

Ptak uczynił uspokajający gest dłonią, nie patrząc na brata, i Nieruchoma Woda umilkł, choć niechętnie.

- A więc, Łowco Niedźwiedzi? Powiesz o tym wszystkim królowi, tak?

Jamie skłonił z powagą głowę.

- To mój obowiązek. Rozmawiam z wami w imieniu króla, więc zaniosęmu wasze słowa.

Ptak przytaknął z namysłem, po czym skinął dłonią, nakazując przynieść jadło i piwo, i rozmowa zeszła na sprawy neutralne. Nie ulegałowątpliwości, że tego wieczoru niczego się już nie ustali.

* * *

Było późno, gdy opuścili domostwo Tsisquy i udali się do małego gościnnego lokum. Jamie sądził, że księżyc dawno już wzeszedł, ale nigdzie nie byłogo widać; niebo kryły gęste chmury, a wiatr przynosił woń deszczu.

- O Boże - westchnął Ian, ziewając i potykając się. - Mój tyłek jużdawno zasnął.

Jamie też ziewnął, zarażony przykładem Iana, ale po chwili zamrugałi wybuchnął śmiechem.

- Ano nie budź go. Reszta twojego ciała szybko się do niego przyłączy.

Ian cmoknął pogardliwie.

- To, że Ptak nazwał cię zabawnym, wuju Jamie, nie oznacza, iż należymu wierzyć. Starał się tylko być grzeczny, rozumiesz?

Jamie zignorował te słowa i wymamrotał w języku Tsalagi podziękowania pod adresem młodej kobiety, która pokazała im drogę do ich kwatery.Wręczyła mu niewielki koszyk wypełniony chlebem kukurydzianym i suszonymi jabłkami, jak się zorientował po zapachu, po czym wypowiedziawszy cicho: "Dobranoc, śpijcie dobrze", zniknęła w mroku wilgotnej, niespokojnej nocy.

Wnętrze małej chaty wydawało się duszne w porównaniu z chłodnąświeżością powietrza na zewnątrz; Jamie stał przez chwilę w drzwiach,chłonąc z rozkoszą szum wiatru w konarach drzew; jego podmuchy wiłysię wśród sosonowych gałęzi niczym ogromny, niewidzialny wąż. Poczułna twarzy tchnienie wilgoci i przyjął je z głębokim zadowoleniem człowieka,który uświadamia sobie, że będzie padać i że nie musi spędzać nocy w strugach deszczu.

- Popytaj się jutro o te pożary, Ian - powiedział, wchodząc do środka. -Daj do zrozumienia, taktownie, że król chciałby bardzo wiedzieć, kto,u diabła, podpala chaty, i że byłby gotów przekazać w zamian trochębroni palnej. Nic ci nie powiedzą, jeśli to ich robota. Ale jeśli to jakaś innagrupa, to może się jednak czegoś dowiesz.

Ian przytaknął, znów ziewając. W kamiennym kręgu płonął niewielkiogień, a jego dym wspinał się wąską strużką ku otworowi w dachu; w blasku płomienia, pod ścianą, widać było kryte futrami podwyższenie do spania, drugie legowisko - stos futer i koców - ułożono na podłodze.

- Rzucimy monetą, wuju Jamie - zaproponował Ian, który pogrzebałw mieszku przy pasie i wyjął pogiętego szylinga. - Co wybierasz?

- Reszka - odparł Jamie, stawiając koszyk i odpinając klamrę pledu.Odzienie opadło ciepłym strumieniem wokół jego nóg; potem strząsnąłz siebie koszulę, brudną i lepką, wyczuwając w niej własny zapach. DziękiBogu, była to już ostatnia wioska. Wiedział, że jeszcze jedna noc, najwyżejdwie, i będą mogli wracać do domu.

Ian zaklął, kiedy podniósł monetę.

- Jak ty to robisz? Co wieczór wybierasz reszkę i za każdym razemwygrywasz!

- To nie ja, tylko twój szyling, Ian. - Usiadł na podwyższeniu i przeciągnął się z rozkoszą, potem rozluźnił mięśnie. - Spójrz na królewski nos.

Ian obrócił monetę w palcach i przyjrzał się jej w świetle ogniska zmrużonymi oczami, po czym znowu zaklął. Arystokratycznie wydatny nosJerzego III, króla Brytanii, zdobiła maleńka plamka wosku, tak cieniutka,że widziało się ją tylko z bliska.

- Jak to się tam znalazło? - Ian spojrzał podejrzliwie na wuja, aleJamie tylko wybuchnął śmiechem i położył się.

- Pokazywałeś małemu Jemowi, jak rzucać monetą. Przewrócił świecę,pamiętasz? Gorący wosk ochlapał wszystko wkoło.

- Och. - Ian usiadł, przyglądając się przez chwilę monecie, potempokręcił głową, zeskrobał wosk paznokciem kciuka, odłożył szylinga i osunąłsię z westchnieniem na futra zaściełające podłogę. - Dobranoc, wuju Jamie.

- Dobranoc, Ian.

Do tej chwili Jamie ignorował zmęczenie, nie chcąc, by wzięło nad nimgórę. Teraz mu uległ, z rozkoszą przyjmując wygodę łoża.

Pomyślał cynicznie, że MacDonald byłby zachwycony. Początkowo zamierzał odwiedzić tylko dwie wioski Czirokezów, leżące blisko linii granicznej, by poinformować o swej nowej funkcji, rozdać skromne podarkiw postaci whisky i tytoniu - ten udało mu się pożyczyć w ostatniej chwiliod Toma Christiego, który nabył szczęśliwie całą beczkę podczas wyprawyhandlowej do Cross Creek - i zapewnić Indian, że mogą się spodziewaćwiększej hojności jesienią, kiedy podejmie misję w bardziej odległychwioskach.

Powitano go niezwykle życzliwie w obu - ale w drugiej, Pigtown, spotkałkilku nieznajomych, którzy przybyli tam z wizytą, młodych ludzi szukających kandydatek na żony. Pochodzili z odrębnego szczepu Czirokezów, takzwanych Śnieżnych Ptaków. Ich wioska leżała wysoko w górach.

Jeden z tych młodych mężczyzn, siostrzeniec Ptaka-Który-Śpiewa-O-Poranku, wodza Śnieżnych Ptaków, prosił usilnie, by Jamie udał sięwraz z nim i jego towarzyszami do ich wioski. Zabrawszy ze sobą skromnyzapas whisky i tytoniu, przeznaczony pierwotnie na własne potrzeby,Jamie wyraził zgodę. Wraz z Ianem zostali tam powitani z honorami jakoagenci Jego Królewskiej Mości. Śnieżne Ptaki nigdy wcześniej nie zetknęlisię z kimś takim i docenili ten niezwykły zaszczyt - chcieli się też przekonać, jakie wynikną z tego dla nich korzyści.

Jamie uważał Ptaka za człowieka, z którym można się porozumieć -w różnych sprawach.

Myśl ta nasunęła mu spóźnione wspomnienie Rogera Maca i nowychosadników. Brakowało mu przez ostatnich kilka dni czasu, żeby się tymmartwić - z drugiej strony przypuszczał, że nie ma powodu do obaw.Roger Mac był dostatecznie kompetentny, choć nadwyrężony głos pozbawiał go pewności siebie. Ale mając u boku Christiego i Archa Buga...

Zamknął oczy, czując, jak ogarnia go rozkoszne znużenie, a myśli stająsię coraz bardziej chaotyczne.

Jeszcze jeden dzień, a potem do domu, na sianokosy. Słodowanie, możedwa, przed nastaniem chłodów. Ubój... czyżby nadeszła wreszcie pora,by zarżnąć tę przeklętą białą lochę? Nie... ta wściekła bestia była niewiarygodnie płodna. Jaki knur miał dość ikry, żeby się z nią parzyć? - zastanawiał się półprzytomnie. - Czy potem go zżarła? Warchlak... wędzonaszynka, krwawa kiszka...

Zapadał właśnie w pierwszy sen, kiedy poczuł czyjąś rękę na genitaliach.Wyrwany gwałtownie z nieświadomości jak łosoś ze szkockiego fiordu,chwycił intruza za dłoń i ścisnął mocno; z ciemności dobiegł chichot.

Kobiece palce wiły się łagodnie w jego uchwycie, a druga dłoń zabrałasię do rzeczy w zastępstwie pierwszej. Przyszło mu do głowy, że dziewczyna mogłaby wypiekać chleb, tak świetnie ugniatała.

W ślad za tym absurdalnym przypuszczeniem podążyły inne myśli;próbował chwycić drugą rękę. Umykała mu żartobliwie w ciemności,szturchając go i podszczypując.

Próbował zdobyć się na uprzejmy sprzeciw w języku Czirokezów, alewymamrotał jedynie kilka niezbornych zwrotów angielskich i gaelickich,z których żaden nie pasował do sytuacji.

Pierwsza dłoń uwalniała się uparcie z jego uścisku niczym węgorz. Niechcąc zmiażdżyć jej palców, puścił ją na chwilę i zdołał złapać za nadgarstek.

- Ian! - wysyczał zdesperowany. - Ian, jesteś tam?

Nie mógł dojrzeć siostrzeńca w tej ciemności ani się zorientować, czychłopak już zasnął. Nie było okien, jedynie dogasające polana promieniowały słabiutkim blaskiem.

- Ian!

Na podłodze coś się poruszyło, jakby jakieś ciała; dosłyszał kichnięcieRolla.

- Co się stało, wuju?

Jamie mówił po gaelicku i Ian odpowiedział w tym samym języku.Chłopak przemówił opanowanym głosem i nie sprawiał wrażenia kogoś,kto właśnie się ocknął.

- Ian, w moim łóżku jest jakaś kobieta - wyjaśnił Jamie, starając się,tak jak siostrzeniec, zachować spokojny ton.

- Są dwie, wuju Jamie. - Ian wydawał się rozbawiony, niech go diabli. -Druga siedzi pewnie przy twoich stopach. Czeka na swoją kolej.

Tak go to przeraziło, że niemal puścił trzymaną dłoń.

- Dwie! Za kogo mnie uważają?

Dziewczyna znów zachichotała, nachyliła się i ugryzła go lekko w pierś.

- Chryste!

- Uważają, że jesteś królem, wuju. - Ian tłumił śmiech. - Jesteś jegoagentem, więc Indianie czynią honor Jego Królewskiej Mości, przysyłającmu swoje kobiety, rozumiesz?

Ta druga odkryła mu stopy i głaskała leniwie palcem ich podeszwy.Miał łaskotki i uznałby to za irytujące, gdyby nie był zaabsorbowany tąpierwszą, z którą musiał prowadzić pozbawioną godności erotyczną grę.

- Powiedz im coś, Ian - wycedził przez zaciśnięte zęby, manipulującrozpaczliwie swobodną ręką i starając się jednocześnie odepchnąć natarczywe palce, które niespiesznie pieściły mu ucho, i wykręcając rozpaczliwiestopy, by uwolnić się od coraz bardziej obcesowych karesów drugiej damy.

- A co mam im powiedzieć? - spytał Ian, przechodząc na angielski.Jego głos drżał lekko.

- Powiedz im, że jestem głęboko zaszczycony, ale... um!

Wszelkie propozycje natury dyplomatycznej zostały przerwane gwałtownie przez czyjś język w jego ustach; Jamie poczuł silny smak cebuli i piwa.W trakcie tych zmagań był mgliście świadomy, że Ian stracił już panowanienad sobą i że teraz leży na podłodze, zaśmiewając się do rozpuku. Ten,kto zabił syna, był synobójcą; jakim słowem określić kogoś, kto dokonałmordu na siostrzeńcu?

- Madam! - rzucił, uwolniwszy się z trudem od ust zalotnicy. Chwyciłkobietę za ramiona i odepchnął od siebie z taką siłą, że wylądowała z łoskotem na podłodze, majtając w górze gołymi nogami. Jezu, czy była naga?

Była. Obie nie miały na sobie niczego; jego oczy zdążyły już przywyknąć do słabego blasku dogasających głowni, dojrzał więc mgnienie ramion,piersi i krągłych ud.

Usiadł na łożu i zaczął wznosić wokół siebie mur obronny z futer i koców.

- Przestańcie, jedna z drugą! - odezwał się ostro w języku Czirokezów. -Jesteście piękne, ale nie mogę się z wami położyć.

- Nie? - spytała jedna, szczerze zdumiona.

- Dlaczego? - dodała druga.

- Och... ponieważ obowiązuje mnie przysięga - wyjaśnił, odzyskawszyinwencję. - Przysięgałem... przysięgałem... - Szukał właściwego słowa,ale na próżno. Na szczęście wtrącił się Ian i Jamie usłyszał wartki strumieńsłów w mowie Tsalagi, zbyt szybki, by mógł za nim nadążyć.

- Ooo - westchnęła jedna z dziewcząt, wyraźnie poruszona.

Jamie poczuł niepokój.

- Co im, na Boga, powiedziałeś, Ian?

- Powiedziałem im, wuju, że nawiedził cię we śnie Wielki Duch i oznajmił, że nie możesz pójść z kobietą do łoża, dopóki nie dostarczysz broniwszystkim Tsalagi.

- Że co!?

- No cóż, w całym tym zamieszaniu tylko to przyszło mi do głowy,wuju - tłumaczył Ian.

Koncept był przerażający, ale Jamie musiał przyznać, że skuteczny;obie przysunęły się do siebie i wymieniały uwagi pełnym zdumienia szeptem, dając mu wreszcie spokój.

- Ano niech będzie - oznajmił w końcu niechętnie. - Przypuszczam,że mogło być gorzej.

Ostatecznie, nawet gdyby Korona zgodziła się dostarczyć broń, Tsalagibyli cholernie liczni.

- Byłbyś mile widziany, wuju.

Jamie wyczuwał w głosie siostrzeńca śmiech, który dobył się w końcucichym prychnięciem.

- Co? - spytał cierpko.

- Jedna z pań mówi, że to dla niej ogromne rozczarowanie, wuju, gdyżjesteś niezwykle hojnie obdarzony przez naturę. Druga jednak przejawianieco bardziej filozoficzne podejście. Twierdzi, że mogłyby urodzić dzieci,a one mogłyby mieć rude włosy - wyjaśnił Ian głosem, który znów drżałz rozbawienia.

- Co złego w rudych włosach, na litość boską?

- Nie wiem dokładnie, ale przypuszczam, że niedobrze mieć takiedziecko i że trzeba tego unikać.

- W takim razie świetnie - warknął Jamie. - Groźba została zażegnana,prawda? Mogą teraz iść do siebie?

- Pada, wuju - zauważył przytomnie Ian. Rzeczywiście; wiatr jużwcześniej niósł ze sobą stukot deszczu, który teraz przerodził się w ulewębijącą w dach z nieustępliwym łoskotem. Przez dziurę w dachu przenikałykrople wody, parując z sykiem na rozżarzonych głowniach paleniska.

- Nie wyrzucisz ich na taką pogodę, co? Powiedziałeś też, że nie mógłbyś z nimi współżyć, a nie że mają odejść.

Przerwał, by spytać o coś panie, które odpowiedziały z żarliwą pewnością siebie. Jamie miał wrażenie, że na coś się zgodziły. Poruszającsię z wdziękiem młodych żurawi, wspięły się nagie jak je Pan Bóg stworzył na jego legowisko i zaczęły poklepywać i głaskać go z pomrukiempodziwu - omijały jednak starannie wstydliwe miejsca - po czym ułożyłygo na futrach i wtuliły się weń z obu stron; poczuł przyjemny dotykciepłych nagich ciał. Otworzył usta i szybko je zamknął, nie mając absolutnie nic do powiedzenia w żadnym znanym mu języku.

Leżał sztywno na plecach i oddychał płytko. Jego członek pulsowałz oburzeniem, najwyraźniej zamierzając trwać w stanie wzwodu i dręczyćgo przez całą noc w rewanżu za takie traktowanie. Od strony futrzanegostosu na podłodze docierał cichy chichot, przerywany odgłosami czkawki.Jamiemu przyszło do głowy, że być może Ian śmieje się po raz pierwszyod czasu swego powrotu.

Pomodlił się o wytrwałość, odetchnął przeciągle i powoli, po czymzamknął oczy, składając dłonie na piersiach i przyciskając łokcie do boków.

15. Stakit to droon

Roger wyszedł na taras domostwa w River Run, czując przyjemne zmęczenie. Po trzech tygodniach wytężonej pracy udało mu się zebrać nowychosadników, którzy koczowali przy szlakach i bocznych drogach CrossCreek i Campbelton, zapoznać się z głowami rodzin, wyposażyć podopiecznych przed podróżą w żywność, koce i buty - i zebrać wszystkichw jednym miejscu pomimo ich przerażenia i chęci ucieczki. Rankiemwyruszyli w stronę Fraser's Ridge. Był już najwyższy czas.

Spojrzał z zadowoleniem w dal, ku łące, która rozciągała się za stajniami Jokasty Cameron Innes. Osadnicy rozbili tam obóz: dwadzieściadwie rodziny, siedemdziesiąt sześć dusz, cztery muły, dwa kuce, czternaście psów, trzy świnie i Bóg jeden wie ile kurczaków, kotów i ptakówstłoczonych w przenośnych klatkach. Miał w kieszeni listę osadników -bez zwierząt - z pozaginanymi rogami i zmiętą. Miał też kilka innych,nabazgranych i tak pokreślonych, że prawie nieczytelnych. Czuł się jakchodząca Księga Powtórzonego Prawa. Miał też ochotę na solidnegodrinka.

Pod tym względem szczęście mu dopisało; Duncan Innes, mąż Jokasty,zdołał już uporać się z obowiązkami i teraz siedział na tarasie w towarzystwie karafki z rżniętego szkła, połyskującej bursztynowo w promieniachzachodzącego słońca.

- Co słychać, a charaid? - powitał Rogera serdecznie, wskazując jednoz wyplatanych krzeseł. - Łykniesz?

- Chętnie, dzięki.

Roger usadowił się z wdzięcznością na krześle, które zaskrzypiało swojsko pod jego ciężarem. Wziął od Duncana szklankę i wychylił trunekz pospiesznym slainte. Whisky paliła go w obolałą krtań, ale jednocześnieprzynosiła ulgę; bezustanne uczucie dławienia ustępowało z wolna. Zadowolony, sączył ostrożnie alkohol.

- Gotowi do drogi, co? - Duncan wskazał głową łąkę, gdzie w złotejmgle zawisł dym ognisk.

- Jeśli oni są w ogóle do czegoś gotowi. Biedacy - odparł Roger zewspółczuciem w głosie.

Duncan uniósł krzaczastą brew.

- Jak ryby wyjęte z wody - dorzucił Roger, podsuwając Duncanowiszklankę do napełnienia. - Kobiety przerażone, mężczyźni też, ale niedają tego po sobie poznać. Można by pomyśleć, że zabieram ich jak niewolników na plantację trzciny cukrowej.

Duncan przytaknął.

- Albo zamierzasz sprzedać do Rzymu, żeby czyścili buty papieżowi.Wątpię, czy przed wyjazdem choć powąchali jakiegoś katolika. A sądzącpo ich zmarszczonych nosach, nie podoba im się ten zapach. Jak myślisz,zdarza im się coś łyknąć?

- Tylko w lekarstwie, a i to przy zagrożeniu życia. - Roger napił sięostrożnie i zamknął oczy; whisky rozgrzewała mu gardło i napełniałaprzyjemnym ciepłem piersi. - Poznałeś już Hirama? Hirama Crombiego,przywódcę tej grupy?

- Małego ponuraka? Owszem, poznałem. - Duncan uśmiechnął sięszeroko, unosząc wąsy. - Będzie jadł z nami kolację. Radzę ci się jeszczenapić.

- Chętnie, dzięki - odparł Roger, wyciągając dłoń ze szklanką. - Choćo ile się zorientowałem, nie oddają się przyjemnościom życiowym. By takrzec, prezbiterianie do szpiku kości. Sztywni, jakby kije połknęli.

Duncan zaśmiał się.

- No, ale to już nie czasy mojego dziadka - powiedział, poważniejąc,i sięgnął po karafkę. - I chwała Bogu - dodał i wzniósł oczy do nieba.

- Prawda, twój dziadek był prezbiterianinem. Opowiadałeś kiedyś.

- Tak. - Potrząsając głową, Duncan nalał po dużym naparstku, najpierw Rogerowi, potem sobie. - To był zawzięty starzec. Może nie bezprzyczyny. Jego siostra została... stakit to droon, rozumiesz?

- Była... Chryste. - Ugryzł się w język, ale był zbyt ciekawy, by zwracaćna to uwagę. - To znaczy... została skazana na śmierć przez utopienie?

Duncan przytaknął, nie odrywając wzroku od szklanki, potem łyknąłi trzymał przez chwilę whisky w ustach, nim przełknął.

- Margaret - powiedział. - Na imię miała Margaret. Skończyła wtedyosiemnaście lat. Jej ojciec i brat - to znaczy mój dziadek - uciekli po bitwiepod Dunbar; ukryli się w górach. Szukali ich żołnierze, ale nie chciałapowiedzieć, gdzie są, i miała przy sobie Biblię. Próbowali ją nakłonić dowyrzeczenia się wiary, ale odmówiła... Kobiety w tej rodzinie... można donich mówić jak do kamienia - potrząsnął wymownie głową. - Nie masposobu, żeby ustąpiły. Zawlekli ją na brzeg, razem ze starą prezbiteriankąz wioski, rozebrali do naga i przywiązali do słupa na linii przypływu.Czekali tam wraz z całym tłumem, aż nadejdzie woda.

Znów łyknął, tym razem pospiesznie, nie smakując trunku.

- Najpierw zalało starą kobietę; przywiązali ją dalej od brzegu; sądzili,jak przypuszczam, że Margaret się załamie, gdy zobaczy jej śmierć. -Mruknął, potrząsając głową. - Ale nie, nic z tego. Przypływ narastałi wkrótce zaczęły ją zalewać fale. Krztusiła się i kaszlała, kiedy woda sięcofała, włosy oblepiały jej twarz jak wodorosty. Moja matka to widziała -wyjaśnił, unosząc szklankę. - Miała wtedy tylko siedem lat, ale nigdytego nie zapomniała. Po pierwszej fali Margaret zdążyła odetchnąć trzyrazy, a potem zalała ją następna. Cofnęła się... trzy oddechy... i znówfala. W końcu widać było tylko skłębione włosy na powierzchni wody.

Uniósł szklankę, Roger zrobił odruchowo to samo. "Jezu", powiedziałtylko, i nie było to bluźnierstwo.

Whisky paliła mu gardło; odetchnął głęboko, dziękując Bogu za darświeżego powietrza. Trzy oddechy. Trunek pochodził z Islay i Roger czułw płucach smak morza i wodorostów, mocny i gorzki.

- Niech Bóg się nad nią zmiłuje - powiedział chrapliwym głosem.

Duncan przytaknął i znów sięgnął po karafkę.

- Pewnie zasłużyła na łaskę boską - zauważył. - Choć oni - wskazałbrodą łąkę - powiedzieliby, że nie musiała; Bóg wybrał: ją, by była zbawiona, a Anglików, by byli potępieni; nic dodać, nic ująć.

Światło dnia przygasało, ogniska jarzyły się w mroku łąki. Roger poczułw nozdrzach ich dym, ciepłą i swojską woń, która jednak drapała gow gardło.

- Ja nie znalazłem w życiu niczego, za co warto by umrzeć - zauważyłDuncan zamyślony, a na jego twarzy zagościł na chwilę uśmiech. - Alemój dziadek powiedział, że znaczy to tylko, iż Bóg wybrał mnie, bym byłpotępiony. "Wedle bożego postanowienia, ku Jego odwiecznej chwaleniektórzy ludzie, tak jak i anioły, przeznaczeni są do wiecznego życia,innym zaś od początku sądzona jest wieczna śmierć". Tak mówił, ilekroćktoś wspomniał o Margaret.

Roger przytaknął, rozpoznawszy ustęp z westminsterskiego wyznaniawiary. Kiedy to było? Tysiąc sześćset czterdzieści sześć? Czterdzieści siedem? Pokolenie - czy nawet dwa - przed dziadkiem Duncana.

- Jak przypuszczam, wolał myśleć, że jej śmierć wynikała z woli Bogai że on nie ponosi za nią odpowiedzialności - zauważył Roger nie bezwspółczucia. - Ty w to nie wierzysz? To znaczy w predestynację?

Pytał z czystej ciekawości. Prezbiterianie z jego epoki opowiadali się zapredestynacją jako doktryną, ale, przejawiając nieco bardziej elastycznąpostawę, nie podkreślali tak bardzo koncepcji przesądzonego potępienia,nie żywili też przekonania, że życie ludzkie w każdym swym przejawiejest z góry określone. A on? Bóg jeden wie.

Duncan wzruszył ramionami; prawe uniósł trochę wyżej, przez co wydał się dziwnie skręcony.

- Bóg raczy wiedzieć - odparł i roześmiał się. Potrząsnął głową i znówłyknął whisky. - Nie, chyba nie. Ale nie mówiłbym tego w obecnościHirama Crombiego ani twojego Toma Christiego.

Wskazał brodą łąkę, gdzie pojawiły się dwie ciemne sylwetki, zmierzające ramię w ramię ku domowi. Łatwo było rozpoznać wysoką, przygarbionąpostać Archa Buga, i niższą, krępą Toma Christiego. Rogerowi przyszło dogłowy, że nawet jego wygląd świadczy o wojowniczości. Cały czas wykonywał krótkie, gwałtowne gesty, najwyraźniej spierając się o coś z Archem.

- W Ardsmuir dochodziło do zaciętych kłótni w tej sprawie - przypomniał sobie Duncan, który nie spuszczał wzroku z tych dwóch. - Katolicypoczytywali sobie za obrazę, kiedy słyszeli, że są potępieni. A Christiei jego mała grupa bardzo lubili im o tym przypominać.

Zadrżał od tłumionego śmiechu, a Roger zaczął się zastanawiać, ilewhisky Duncan zdążył wypić, nim wyszedł na taras. Nigdy jeszcze niebył tak jowialny.

- Kres tym awanturom kładł Mac Dubh, nazywając nas wszystkichmasonami - dodał, nachylając się, by sobie dolać. - Ale nim wkroczył,niewiele brakowało, by ktoś stracił życie.

Uniósł karafkę zachęcającym gestem ku Rogerowi, który, myśląc o kolacji w towarzystwie Toma Christiego i Hirama Crombiego, przytaknął.

Kiedy Duncan nachylił się, by mu nalać, wciąż z uśmiechem na ustach,jego pobrużdżoną twarz oświetliły ostatnie promienie słońca. Rogerdostrzegł niewyraźną białą linię przecinającą jego górną wargę, ledwiewidoczną pod zarostem, i uświadomił sobie nagle, dlaczego Duncan nosidługie wąsy, rzadko spotykane w czasach, gdy większość mężczyzn goliła się starannie.

Zapewne nie byłby taki rozmowny, gdyby nie whisky i nastrój dziwnego braterstwa, jakie ich połączyło - dwaj protestanci związani, o dziwo,z katolikami i głęboko doświadczeni przez los; dwaj mężczyźni, niegdyśosamotnieni przez zły los, a teraz pełni zdumienia, że są głowami rodzini że przyszło im ponosić odpowiedzialność za obcych przybyszów.

- Twoja warga, Duncan. - Roger dotknął szybko swoich ust. - Jak tosię stało?

- Och, pytasz o to? - Duncan wskazał palcem bliznę, zaskoczony. - Urodziłem się z zajęczą wargą, tak mi w każdym razie mówiono. Nie miałemnawet tygodnia, jak ktoś to zreperował.

Teraz z kolei Roger nie krył zaskoczenia.

- Kto zreperował?

Duncan wzruszył ramionami.

Ciąg dalszy w wersji pełnej