Taybeh. Ostatnia chrześcijańska wioska w Palestynie - Falk van Gaver, Kassam Maaddi

-
Proszę czekać

WRZE­SIEŃ

Pa­ra­fia w Pa­le­stynie

Dni sta­ją się co­raz chłod­niej­sze. W po­sa­do­wio­nym na ska­łach i spo­glą­da­ją­cym z góry na ty­sią­ce drzew oliw­nych Tay­beh zno­wu wie­je wiatr. Tay­beh, sta­ro­żyt­ne Efra­im, ostat­nia chrze­ści­jań­ska wio­ska w Pa­le­stynie, żyje w ryt­mie pór roku i li­tur­gii, pod opie­ką Świę­te­go Je­rze­go i Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny z Efra­im. Miesz­kań­cy Tay­beh są dum­ni ze swej chrze­ści­jań­skiej toż­sa­mo­ści, któ­rą wy­wo­dzą od sa­me­go Chrystusa. Rze­czywi­ście, obec­ne Tay­beh to daw­ne Efra­im, bi­blij­ne mia­sto[1], o któ­rym wzmian­ka po­ja­wia się w Ewan­ge­lii Ja­no­wej:

"Tego więc dnia po­sta­no­wi­li Go za­bić. Je­zus więc nie na­uczał już jaw­nie wśród Judej­czyków, ale od­szedł stam­tąd w oko­li­cę są­sia­du­ją­cą z pustynią, do mia­sta o na­zwie Efra­im. I prze­bywał tam z ucznia­mi" (J 11,53-54).

Tay­beh, ostat­nie schro­nie­nie Chrystusa tuż przed wy­da­rze­nia­mi w Je­ro­zo­li­mie, to tak­że ostat­nia w peł­ni chrze­ści­jań­ska wieś na Za­chod­nim Brze­gu Jor­da­nu - i w ca­łej Zie­mi Świę­tej. O jego chrze­ści­jań­skiej sta­ro­żyt­no­ści świad­czą rui­ny bi­zan­tyj­skiej świą­tyni zwa­nej Al-Kha­der, w któ­rej stoi wy­kute z jed­nej bryły ka­mie­nia bap­tyste­rium z IV wie­ku; od­bywa­ją się tam ekume­nicz­ne ce­le­bra­cje miej­sco­wych wspól­not re­li­gij­nych. W li­czą­cym trzy ty­sią­ce miesz­kań­ców Tay­beh znaj­du­ją się bo­wiem trzy ko­ścio­ły: pra­wo­sław­ny, mel­chic­ki i ła­ciń­ski. Od dzie­się­ciu lat oj­ciec Raed Abu­sah­lia, ka­to­lic­ki pro­boszcz Tay­beh, po­cho­dzą­cy z Za­bab­deh - mia­stecz­ka usy­tuo­wa­ne­go w pół­noc­nej czę­ści Za­chod­nie­go Brze­gu - dwoi się i troi, aby ożywiać lo­kal­ną przed­się­bior­czość, wdra­ża­jąc licz­ne pro­jek­ty, któ­re przy­no­szą po­pra­wę co­dzien­ne­go bytu miesz­kań­ców. Z jego ini­cja­tywy po­wsta­ły mię­dzy in­nymi: no­wo­cze­sna tłocz­nia oli­wy, warsz­ta­ty ce­ra­mi­ki i rę­ko­dzie­ła, a tak­że dom po­mo­cy dla osób star­szych... Pod­czas gdy nowa tłocz­nia cze­ka na paź­dzier­ni­ko­wy zbiór oli­wek, ulo­ko­wa­ne w sta­rym bu­dyn­ku warsz­ta­ty rę­ko­dziel­ni­cze to­czą się swym nor­mal­nym ryt­mem, wy­sy­ła­jąc do ko­ścio­łów ca­łe­go świa­ta słyn­ne lamp­ki po­ko­ju[2]. Dzię­ki nim miesz­kań­cy wio­ski mają za­pew­nio­ne za­trud­nie­nie - bo czy tu, w Tay­beh, ist­nie­je coś cen­niej­sze­go niż pra­ca, dzię­ki któ­rej nie trze­ba opusz­czać kra­ju przod­ków i moż­na unik­nąć bo­le­snej emi­gra­cji?

Wie­czór w Al-Kha­der

Kil­ka dni temu ze­rwał się wiatr - wie­czo­ry wresz­cie przy­no­szą odro­bi­nę chło­du, ale dnie nadal są par­ne i wil­got­ne, przez co ostat­nie tego lata upa­ły wy­da­ją się jesz­cze bar­dziej nie­zno­śne. "Upa­ły krzyżo­we" - jak gło­si miej­sco­we po­wie­dze­nie - to czas, mię­dzy 14 a 27 wrze­śnia, wy­zna­cza­ją­cy okres mię­dzy ob­cho­da­mi świę­ta Pod­wyż­sze­nia Krzyża Świę­te­go w Ko­ścio­łach ła­ciń­skim i pra­wo­sław­nym. Ze wzgó­rza Al-Kha­der roz­ta­cza się pa­no­ra­ma Pa­le­styny: zie­mi gó­rzystej, ka­mie­ni­stej, po­krytej let­nią kurza­wą na­da­ją­cą ca­łej tej zie­mi bar­wę ochry - ho­ryzont czę­sto po­zo­sta­je tu nie­wi­docz­ny, spo­wi­ty mgłą lub tuma­na­mi pia­sku, ni­czym od­le­gła, za­mglo­na wy­spa; zie­mi su­chej, po­zba­wio­nej drzew, ob­sa­dzo­nej je­dynie ty­sią­ca­mi ni­sko­pien­nych oli­wek, któ­re nie dają cie­nia. Tyl­ko sta­ro­drzew so­sno­wy na wzgó­rzu Abou Souf świad­czy o sta­ro­żyt­nej pusz­czań­skiej prze­szło­ści gór Efra­im, daw­niej po­ro­śnię­tych roz­le­głym sta­ro­drze­wem dę­bo­wym i bo­ga­tym w olej­ki ete­rycz­ne la­sem igla­stym, ob­fi­tują­cym w zwie­rzynę i dzi­kie bar­cie. Zie­mi ja­ło­wej, spra­gnio­nej, po­zba­wio­nej wody... Zie­mi, nad któ­rą trze­ba po­chylić się z całą cier­pli­wo­ścią wie­śnia­czą, aby upra­wiać ją i do­słow­nie wy­drzeć jej skrom­ny plon, i w któ­rą sa­me­mu trze­ba wro­snąć - wal­cząc ze ska­li­stym pod­gle­biem o każ­de drze­wo oliw­ne, każ­dą win­ni­cę, każ­dy sad i ogród wa­rzyw­ny...

Na za­cho­dzie ogrom­na, roz­ża­rzo­na kula słoń­ca zni­ka za ostat­nim wzgó­rzem za­bu­do­wa­nym pre­fa­bryko­wa­nymi do­ma­mi izra­el­skich ko­lo­ni­stów - "przed­niej stra­ży" ko­lo­nii Oph­ra na te­re­nach Tay­beh. Na pół­no­cy, na szczycie Tell-As­sur, usa­do­wi­ła się izra­el­ska baza woj­sko­wa: jej an­te­ny, bud­ki straż­ni­cze, wiel­kie rdza­we si­lo­sy i wszel­kiej ma­ści ra­da­ry gó­rują nad oko­li­cą. Kula słoń­ca z wol­na prze­le­wa się za wzgó­rza. Po prze­ciw­le­głej stro­nie nie­ba, na wscho­dzie, gdzie o tej po­rze dnia naj­szyb­ciej za­pa­da ciem­ność, za okrą­głym wzgó­rzem Abou Souf, za­pa­la­ją się świa­tła ko­lo­nii Rim­mo­nim - za­bu­do­wa­nia o iden­tycz­nych, czer­wo­nych da­chach oto­czo­nych wia­nusz­ka­mi drzew. Nie­win­ny wi­dok - gdyby nie fakt, że tak­że i te zie­mie zo­sta­ły ode­bra­ne Tay­beh...

Nad wio­ską po­wie­wa­ją czar­ne fla­gi - znak nie­prze­mi­ja­ją­cej ża­ło­by. Nie są to pi­rac­kie ban­de­ry ani też sztan­da­ry sym­bo­li­zują­ce re­wol­tę czy anar­chię, lecz kre­pa, ty­po­wa dla uro­czysto­ści po­grze­bo­wych. Tak­że wszyst­kie trzy dzwon­ni­ce wzno­szą­ce się ku nie­bu są nią przy­stro­jo­ne. Na miej­sco­wym cmen­ta­rzu, po­nad la­sem krzyży - mię­dzy in­nymi: ła­ciń­skich, grec­kich i cel­tyc­kich, krzyży Świę­te­go Je­rze­go i je­ro­zo­lim­skich, krzyży za­okrą­glo­nych i kwa­dra­towch... - wiatr tar­ga ko­ro­na­mi drzew. Wszę­dzie wo­kół gro­bow­ce - ka­mien­ne po­mni­ki, mia­sto umar­łych. Po­grze­by od­cho­dzą­cych sta­ruszek i sta­rusz­ków od­bywa­ją nie­mal co ty­dzień, a msze za zmar­łych przy­wo­łują echo każ­dej śmier­ci przez dłu­gie mie­sią­ce. Na odrzwiach Al-Kha­der - po­czer­nia­łe zna­ki krzyża i śla­dy dło­ni od­bi­tych w za­schnię­tej krwi, czę­sto jed­ne na drugich. Ka­mie­nie wo­kół osma­lo­ne są sa­dzą ze świec. Tutej­si chrze­ści­ja­nie bo­wiem jako je­dyni kon­tynuują tra­dycję Ka­na­nej­czyków, He­braj­czyków, Żydów i Sa­ma­rytan, skła­da­jąc ofia­ry ze zwie­rząt. Nie­daw­no na mu­rach Al-Kha­der, obok drew­nia­nych ka­se­to­nów z bla­dymi wi­ze­run­ka­mi dzie­wic, za­wie­szo­no prze­szklo­ną ka­plicz­kę z fi­gurą Świę­te­go Je­rze­go.

Bę­dąc w po­bli­żu Al-Kha­der, sta­ro­żyt­nej świą­tyni bi­zan­tyj­skiej, czę­sto moż­na się na­tknąć na ciem­ną, przy­po­mi­na­ją­cą zja­wę po­stać. To sta­ra Na­ameh, straż­nicz­ka tych miejsc. Zdą­żyła już od­pra­wić swo­je na­bo­żeń­stwa, za­pa­lić wśród ruin świe­ce, od­mó­wić mo­dli­twy i te­raz za­pra­sza nas do sie­bie na her­ba­tę. Jako nie­do­ści­gła ba­jar­ka opo­wia­da nam le­gen­dy o Al-Kha­der. Po­stać Al-Kha­de­ra, któ­re­go imię zna­czy "zie­lo­ny" lub "da­ją­cy zie­leń", ota­cza­na czcią w ca­łym kra­ju, za­rów­no przez chrze­ści­jan, jak i mu­zuł­ma­nów, w za­dzi­wia­ją­cy spo­sób łą­czy w so­bie - ni­czym Ja­nus o dwóch ob­li­czach - po­stać pro­ro­ka Elia­sza z po­sta­cią Świę­te­go Je­rze­go, mę­czen­ni­ka. Miej­sco­we tra­dycje dają wy­raz tego po­dwój­ne­go na­bo­żeń­stwa.

Opo­dal cmen­ta­rza znaj­du­je się ja­ski­nia z po­czer­nia­łym od sa­dzy skle­pie­niem, pod­trzymu­ją­ca pa­mięć o po­bycie w Tay­beh Elia­sza Ti­szbi­ty:

Świę­ty Eliasz przy­był do Tay­beh, chro­niąc się przed kró­lo­wą, któ­ra chcia­ła go poj­mać i pod­dać tor­turom. Za­trzymał się w ja­ski­ni le­żą­cej na wschód od wio­ski. Ta ja­ski­nia nadal ist­nie­je i nosi imię pro­ro­ka. Mój dzia­dek, któ­ry na­zywał się Da­oud, był pro­bosz­czem. Jest on tak­że dziad­kiem obec­ne­go pro­bosz­cza pra­wo­sław­ne­go, Abu­ny[3] Da­ouda. Każ­de­go 20 lip­ca, w dzień Świę­te­go Elia­sza, cho­dził do ja­ski­ni ze swo­ją ksią­żecz­ką do na­bo­żeń­stwa, aby się tam mo­dlić. Póź­niej całą oko­li­cę wo­kół ja­ski­ni na­zwa­no "Zie­mią Świę­te­go Elia­sza" (Mar Elias).

Daw­no temu pe­wien tutej­szy chciał przy­własz­czyć so­bie ową Zie­mię Świę­te­go Elia­sza. Ad­wo­kat po­ra­dził mu, aby przed są­dem w Je­ro­zo­li­mie przy­siągł (fał­szywie) na Bi­blię, że zie­mia na­le­ży do nie­go. Uczynił tak przed są­dem, a sę­dzia roz­strzygnął na jego ko­rzyść. Kie­dy wy­cho­dził z sądu, mnich, któ­ry w tym prze­gra­nym pro­ce­sie re­pre­zen­to­wał Ko­ściół pra­wo­sław­ny, po­wie­dział: "Idź za nim, Świę­ty Elia­szu!". Mo­dli­twa mni­cha na­tych­miast zo­sta­ła wy­słucha­na. Męż­czyzna po­szedł na targ, zro­bił za­kupy i udał się na dwo­rzec au­to­bu­so­wy, aby wró­cić do Tay­beh. Ale wsia­da­jąc do au­to­bu­su, zmarł. Na­wet nie zdą­żył za­wieźć za­kupów do domu, bo zmarł, wsia­da­jąc do au­to­bu­su. Przy­je­cha­ła po­li­cja, od­wieź­li go do szpi­ta­la, ale on już nie żył. Z do­kumen­tów do­wie­dzie­li się, kto to był, a na­za­jutrz w ga­ze­cie opubli­ko­wa­li jego na­zwi­sko. Ad­wo­kat, czyta­jąc po­ran­ną ga­ze­tę, zo­ba­czył zdję­cie swo­je­go klien­ta. Był pierw­szą oso­bą w Tay­beh, któ­ra do­wie­dzia­ła się o śmier­ci tego czło­wie­ka, i jako pierw­szy po­je­chał do Je­ro­zo­li­my po cia­ło, aby przy­wieźć je i zwró­cić ro­dzi­nie. Oto co spo­tyka każ­de­go, kto pod­no­si rękę na zie­mie waqf (to zna­czy zie­mie prze­ka­za­ne wspól­no­cie re­li­gij­nej, w tym przy­pad­ku - Ko­ścio­ło­wi). Wie­le ro­dzin lub in­dywi­du­al­nych dar­czyń­ców prze­ka­za­ło swo­je zie­mie jako waqf: na ofia­rę za swych dro­gich zmar­łych, w in­ten­cji uzdro­wie­nia cho­re­go, za po­wrót syna, któ­ry wy­je­chał, albo jesz­cze w in­nej in­ten­cji. Dla­te­go zie­mie waqf są nie­tykal­ne. Nie wol­no ich za­gar­niać, bo nie na­le­żą do ni­ko­go. Na­le­żą do Ko­ścio­ła.

Był pe­wien Be­du­in o imie­niu Abou Sa­bha. Przy­był na Zie­mię Świę­te­go Elia­sza i za­miesz­kał w jego ja­ski­ni wraz z ro­dzi­ną i stad­kiem kóz. Nocą uj­rzał przed ja­ski­nią Świę­te­go Elia­sza. We­dle re­la­cji Be­du­i­na był to "star­szy męż­czyzna, pe­łen god­no­ści i bar­dzo uprzej­my". Świę­ty Eliasz za­pytał: "Gdzie jest moje pra­wo?" i wte­dy Be­du­in zro­zu­miał, że za­jął zie­mię Elia­sza. Po­szedł więc do pew­ne­go czło­wie­ka z Tay­beh - czło­wiek ów na­zywał się Na­ame­tal­lah Abou Kho­uriy­eh - i opo­wie­dział mu swo­ją hi­sto­rię. Na­ame­tal­lah od­po­wie­dział: "Co ja na to po­ra­dzę?". Wte­dy Be­du­in dał mu kozę, mó­wiąc: "Weź tę kozę i złóż ją w ofie­rze w Al-Kha­der, a po­tem roz­dziel mię­so mię­dzy ubo­gie ro­dzi­ny, któ­re znasz. Nie zo­sta­nę w tej ja­ski­ni ani jed­nej nocy dłu­żej!". I za­brał swo­ją żonę i swo­je kozy, i prze­niósł się nie­co da­lej.

Świę­ty Je­rzy, któ­re­mu nada­no ty­tuł Wiel­kie­go Mę­czen­ni­ka, w Tay­beh dzier­ży tak­że pal­mę pierw­szeń­stwa, je­śli cho­dzi o po­pular­ność - jest świę­tym pa­tro­nem tej miej­sco­wo­ści i po­świę­co­no mu tutaj aż trzy ko­ścio­ły!

Al-Kha­der (Świę­ty Je­rzy) jest pa­tro­nem Tay­beh. Czuwa nad wszyst­ki­mi jego miesz­kań­ca­mi. Chro­ni mia­stecz­ko, lu­dzi i domy. Dla­te­go niech nikt nie waży się pod­nieść ręki na ko­ściół Al-Kha­der, w prze­ciw­nym ra­zie spo­tka go kara.

Pod­czas pierw­szej in­ti­fa­dy[4] osad­ni­cy prze­jeż­dża­li przez wio­skę, a mło­dzi rzuca­li w nich ka­mie­nia­mi. Jed­nym z osad­ni­ków był Amos z ko­lo­nii Chi­lo. W nie­dzie­lę je­chał sa­mo­cho­dem, a mło­dzi, sto­ją­cy przy wej­ściu na cmen­tarz przy­le­ga­ją­cy do Al-Kha­der, ob­rzu­ci­li go ka­mie­nia­mi. Amos wy­jął ka­ra­bin i wy­strze­lał cały ma­ga­zynek, wszyst­kie 25 kul, w kie­run­ku ko­ścio­ła Al-Kha­der, bo myślał, że ka­mie­nie rzuco­no stam­tąd. Wszyst­kie kule tra­fi­ły w ko­ściół. Amos znisz­czył in­sta­la­cję elek­trycz­ną ko­ścio­ła, roz­bił lam­py i krzyż. Na szczę­ście mło­dzi ucie­kli i nic im się nie sta­ło.

Kie­dy Amos, osad­nik, wró­cił do domu, oka­za­ło się, że jego ośmio­let­ni syn ma wy­krę­co­ne do tyłu ręce i nie może ich wy­pro­sto­wać. Za­pytał żonę, dla­cze­go ich syn ma wy­krę­co­ne ręce. Od­po­wie­dzia­ła, że nie wie, ale że do­słow­nie parę mi­nut wcze­śniej chłop­ca za­czę­ły bo­leć ręce, a po­tem te ręce same wy­krę­ci­ły się do tyłu, a ona nie mo­gła dziec­ku po­móc.

Póź­niej Amos spo­tkał pew­ne­go męż­czyznę z Tay­beh i opo­wie­dział mu swo­ją hi­sto­rię. Ten męż­czyzna po­wie­dział Amo­so­wi, że nie po­wi­nien był ostrze­li­wać ko­ścio­ła Al-Kha­der i że te­raz po­wi­nien iść ze swo­im sy­nem do tego ko­ścio­ła i po­mo­dlić się tam. Amos za­pro­wa­dził syn­ka do ko­ścio­ła i mo­dlił się, tak jak umiał. Kie­dy wy­cho­dzi­li z ko­ścio­ła, ręce jego syna na po­wrót sta­ły się nor­mal­ne. Chło­piec zo­stał uzdro­wio­ny.

Miesz­ka­ła kie­dyś w Tay­beh dziew­czyna o imie­niu Ma­ria. Jej oj­ciec na­zywał się Qustan­di Abou Sa?d. Pra­co­wał we młynie zbo­żo­wym, tu, w Tay­beh. Po­tem jego żona umar­ła i za­czął pra­co­wać w in­nym młynie, we wsi Deir Di­bwan. Ma­ria też tam cho­dzi­ła, żeby po­ma­gać ojcu. W Deir Di­bwan po­zna­li róż­nych lu­dzi, w tym tak­że mło­dych męż­czyzn w wie­ku Ma­rii. Ona mia­ła 22 albo 23 lata. Była do­brą cór­ką i nig­dy nie zro­bi­ła nic złe­go. Oka­zywa­ła sza­cu­nek i nie ro­bi­ła ni­cze­go, co mo­gło­by zhań­bić jej ro­dzi­nę. Ale były w jej ro­dzi­nie za­zdro­sne ko­bie­ty, któ­ry chcia­ły ją skrzyw­dzić. Za­czę­ły opo­wia­dać o niej róż­ne złe rze­czy, że zhań­bi­ła ro­dzi­nę i tak da­lej... Był rok 1936, rok re­wo­lu­cji. Re­wo­lu­cjo­ni­ści wal­czą­cy z An­gli­ka­mi przy­bywa­li ze wszyst­kich stron: z Tay­beh, z Deir Ja­rir, z Khir­bet Abou Fa­lah, z Sil­wad, z Ra­mo­un. Jed­nym sło­wem, z ca­łe­go re­gio­nu. Wszyscy no­si­li qum­baz (tra­dycyj­ny ubiór pa­le­styń­skich wie­śnia­ków) i ke­fi­ję[5] i kie­dy wi­dział ich sa­mo­lot, na­tych­miast roz­po­czynał bom­bar­do­wa­nie. W tam­tych cza­sach wszyscy mie­li broń. Te ko­bie­ty z ro­dzi­ny Ma­rii roz­mó­wi­ły się z dwo­ma uzbro­jo­nymi męż­czyzna­mi, któ­rzy szli za bun­tow­ni­ka­mi, i za­pła­ci­ły im, żeby za­bi­li Ma­rię. Męż­czyź­ni ukryli się na cmen­ta­rzu, za mu­rem. Ko­bie­ty po­wie­dzia­ły do Ma­rii: "Chodź z nami, idzie­my na spa­cer na cmen­tarz!". Kie­dy mi­nę­ły to miej­sce, w któ­rym ukryli się dwaj za­bój­cy, tam­ci wy­szli z ukrycia i strze­li­li w ple­cy Ma­rii. Strzel­ba jed­ne­go za­cię­ła się, ale druga wy­pa­li­ła, a kula tra­fi­ła Ma­rię pro­sto w ser­ce. Dziew­czyna zgi­nę­ła na miej­scu. Za­bój­cy ucie­kli, a ko­bie­ty za­czę­ły krzyczeć: "Zdy­chaj! Za­sługujesz na to!". Miesz­kań­cy Tay­beh przy­bie­gli zo­ba­czyć, co się sta­ło, ale nie­ste­ty było już za póź­no.

Bóg świad­kiem, że Ma­ria była nie­win­na. Ni­ko­mu nie zro­bi­ła nic złe­go. Już to mó­wi­łam, ale jesz­cze raz po­wtó­rzę. Była nie­win­na, nie­win­na, nie­win­na! Po­cho­wa­li ją w ja­ski­ni na te­re­nie Al-Kha­der. Po dziś dzień na­zywa­ją tę ja­ski­nię ja­ski­nią Ma­rii.

Pew­ne­go razu Aazbah, ciot­ka mo­je­go ojca, do­zna­ła cudu. Ciot­ka stra­ci­ła wzrok i była śle­pa. Ja też cho­ruję na oczy, ale Al-Kha­der uzdra­wia mnie za każ­dym ra­zem, kie­dy idę po­mo­dlić się w ko­ście­le.

Aazbah po­pro­si­ła żonę swo­je­go bra­ta, żeby za­pro­wa­dzi­ła ją do Al-Kha­der. Żona jej bra­ta od­po­wie­dzia­ła: "Ale nie mogę zo­stać z tobą na gó­rze. Kto po­mo­że ci wró­cić do domu?". Aazbah od­po­wie­dzia­ła: "Nie martw się! Po­móż mi tyl­ko do­stać się do Al-Kha­der i wra­caj do pra­cy. Mną się nie przej­muj". Wte­dy szwa­gier­ka za­pro­wa­dzi­ła ją do ko­ścio­ła i wró­ci­ła do domu.

Aazbah za­czę­ła się mo­dlić. Po­ło­żyła so­bie na oczach dwa ka­mie­nie i mo­dli­ła się ca­łym ser­cem. Po­tem za­snę­ła. Nie wie, ile cza­su spa­ła, ale kie­dy się obu­dzi­ła i otwo­rzyła oczy, uj­rza­ła świa­tło dnia! Ro­zej­rza­ła się wo­kół i zro­zu­mia­ła, że od­zyska­ła wzrok.

Po­dzię­ko­wa­ła Bogu i przy­się­gła, że za­wsze bę­dzie wcho­dzić do ko­ścio­ła i wy­cho­dzić z nie­go z twa­rzą zwró­co­ną ku oł­ta­rzo­wi i że nig­dy nie sta­nie do oł­ta­rza ty­łem. Sama wi­dzia­łam, jak tak wy­cho­dzi­ła. Po­tem wró­ci­ła do domu, a szwa­gier­ka spyta­ła ją: "Kto przy­pro­wa­dził cię do domu?". Od­po­wie­dzia­ła: "Nikt! Sama wró­ci­łam, bo Al-Kha­der uzdro­wił moje oczy!".

Miesz­kał w Tay­beh męż­czyzna, któ­ry na­zywał się Elias Abou La­is­so­un. Pew­ne­go dnia pra­co­wał w po­bli­żu Al-Kha­der. Młó­cił psze­ni­cę. Czyn­ność ta na­zywa się dra­seh. Roz­kła­da się kło­sy na zie­mi, a na­stęp­nie prze­cią­ga się po nich wiel­ką drew­nia­ną płytę na­szpi­ko­wa­ną me­ta­lo­wymi zę­ba­mi. Cho­dzi o to, aby wy­łuskać z kło­sów ziar­no. Płytę cią­gnie osioł albo koń. A na tej płycie trze­ba po­ło­żyć coś cięż­kie­go, żeby młóc­ka była skutecz­na.

Elias po­trze­bo­wał du­że­go ka­mie­nia, któ­ry mógł­by po­ło­żyć na swo­jej drew­nia­nej płycie. Pod­szedł do ścia­ny ko­ścio­ła Al-Kha­der i dźwi­gnął je­den z ka­mie­ni. A oto, co się wte­dy sta­ło - i to sam Elias opo­wia­dał o tym. Kie­dy od­wró­cił się z ka­mie­niem, żeby ob­cią­żyć nim swo­ją płytę, oka­za­ło się, że ka­mień jest bar­dzo cięż­ki. O wie­le cięż­szy niż wska­zywa­ła jego ob­ję­tość. Elias uszedł dwa kro­ki, a ka­mień stał się jesz­cze cięż­szy. Tak cięż­ki, że Elias nie mógł go utrzymać. Nie mógł zro­bić ani kro­ku wię­cej, jak­by ja­kaś siła przy­cią­ga­ła ka­mień do ścia­ny.

Elias po­sta­no­wił odło­żyć ka­mień na miej­sce i wziąć inny, lżej­szy. Kie­dy za­wró­cił w stro­nę ścia­ny, na­gle ka­mień stał się bar­dzo lek­ki! Elias zro­bił je­den krok w stro­nę ścia­ny, po­tem drugi. A ka­mień stał się jesz­cze lżej­szy! Wło­żył ka­mień na miej­sce z taką lek­ko­ścią, jak­by ka­mień sam z sie­bie wpa­so­wał się w swo­je miej­sce... Elias wy­brał inny ka­mień, tym ra­zem mniej­szy. Pod­niósł go, ale kie­dy go pod­niósł, ka­mień stał się tak cięż­ki, że Elias nie mógł go utrzymać. Kie­dy od­kła­dał go na miej­sce, ka­mień stał się lek­ki! Elias zro­zu­miał, że Al-Kha­der nie chciał, żeby za­bie­ra­no ka­mie­nie z jego ko­ścio­ła. Zo­sta­wił je więc na miej­scu.

Spo­wi­ta w czerń we­stal­ka, straż­nicz­ka świę­te­go ognia pa­mię­ci, milk­nie. Pa­trzy w dal. Za­chód czer­wie­nie­je łuną po­ża­ru, sło­necz­na lawa prze­są­cza się za wzgó­rza nad osie­dlem Oph­ra, pod­czas gdy chłod­ny po­wiew spływa na mia­stecz­ko, by ostudzić go­rą­ce gło­wy, w któ­rych roją się nie­stwo­rzo­ne ma­rze­nia.

[1]  Tay­beh pod wzglę­dem ad­mi­ni­stra­cyj­nym jest wsią, tęt­ni w nim jed­nak życie ty­po­we dla ma­łe­go mia­stecz­ka, dla­te­go w książ­ce oba te ter­mi­ny funk­cjo­nują za­mien­nie (przyp. tłum.).

[2]  Taką lamp­kę w kształ­cie go­lę­bia, sym­bo­licz­nie wy­ra­ża­ją­cą apel do świa­ta o mo­dli­twę o po­kój - szcze­gól­nie na Bli­skim Wscho­dzie - pre­ka­za­ła w 2017 roku Ca­ri­tas Pol­ska na au­kcję XXV Wiel­kiej Or­kie­stry Świą­tecz­nej Po­mo­cy (przyp. tłum.).

[3]  Abu­na - arab­ski od­po­wied­nik sło­wa "ksiądz". Przy na­zwi­skach za­cho­wa­no - zgod­nie z orygi­na­łem - pi­sow­nię tego ty­tułu wiel­ką li­te­rą (przyp. tłum.).

[4]  In­ti­fa­da - po­wsta­nie, bunt. Sło­wem tym okre­śla­ne są po­wsta­nia miesz­kań­ców Pa­le­styny prze­ciw­ko izra­el­skiej okupa­cji (przyp. tłum.).

[5]  Ke­fi­ja - arab­skie na­krycie gło­wy; ara­fat­ka (przyp. tłum.).