Rozdział 1
Rodzina w szklanej kuli
Któregoś popołudnia w końcu sierpnia Tatuś
Muminka spacerował po ogrodzie i czuł się niepotrzebny. Nie wiedział,
do czego by się wziąć, bo wszystko, co było do zrobienia, albo już
zostało zrobione, albo ktoś inny tym się zajmował.
Dreptał tu i tam bez określonego celu, z ogonkiem
wlokącym się smętnie po wyschniętej ziemi. Upał ogarnął dolinę
i wszystko tkwiło w milczącym bezruchu, lekko zakurzone. W sierpniu
zdarzały się wielkie pożary lasów i Tatuś uprzedzał swoją
rodzinę o tym niebezpieczeństwie. Powtarzał im niejednokrotnie,
że trzeba naprawdę bardzo uważać, że w lecie obowiązuje szczególna
ostrożność. Opisywał nawet, jak wygląda taka paląca się dolina,
syczące płomienie, rozżarzone pnie i ogień pełzający pod mchem. Jak
nocą lśniące słupy ognia wyrastają na tle ciemnego nieba, a fale
płomieni pędzą po zboczach w stronę morza...
"A potem z sykiem rzucają się do wody -
kończył opowiadanie z ponurą satysfakcją. - I wszystko jest
czarne, spalone. Ogromna odpowiedzialność spada w tym czasie na
każdego, kto ma dostęp do zapałek, choćby był najmniejszym nawet
stworzeniem".
Rodzina przerywała pracę i mówiła:
"Tak. Oczywiście. Tak. Tak".
I znów wszyscy wracali do swoich zajęć.
Bo każdy ciągle coś robił. Spokojnie, ze skupieniem
krzątali się całymi dniami koło małych, malutkich spraw, które
składały się na ich świat. A był to ich własny, całkiem prywatny
świat. Nic tam nie można było dodać, tak jak na mapie, gdzie wszystko
jest już odkryte i zamieszkane i nie ma białych plam.
"Tatuś w sierpniu zawsze opowiada o pożarach
lasów" - mówili do siebie.
Tatuś Muminka wszedł po stopniach na werandę. Jak
zwykle łapki przyklejały mu się do lakierowanej podłogi i przy
każdym kroku słychać było cmoknięcie. Ogonek też się przyklejał,
zupełnie jakby ktoś za niego ciągnął!
Tatuś doszedł do wiklinowego fotela, usiadł
i zamknął oczy. "Tę podłogę trzeba by na nowo polakierować -
pomyślał. - Robi się taka z powodu upału. Ale dobry lakier nie
powinien się roztapiać dlatego, że jest gorąco. Może użyłem
niewłaściwego gatunku. Werandę zbudowałem bardzo, bardzo dawno
i trzeba ją koniecznie przelakierować, lecz wpierw powinno się
wywiórkować podłogę. Okropna robota, której nikt nie doceni. Tyle
tylko, że ma się jakąś szczególną przyjemność, malując nową,
białą podłogę szerokim pędzlem i błyszczącym lakierem. Zanim to
zrobię, reszta rodziny będzie musiała używać tylnych drzwi, żeby
nie przeszkadzać. A potem zawołam ich i powiem: "Proszę. Oto wasza
nowa weranda...". Za gorąco tu jest. Chciałbym wypłynąć gdzieś na
żaglówce, pożeglować prosto przed siebie, jak najdalej...".
Tatuś Muminka poczuł senność, zwłaszcza
w łapkach, otrząsnął się więc i zapalił fajkę. Zapałka tliła się
w popielniczce, a on przypatrywał się jej z zainteresowaniem. Kiedy już
prawie miała zgasnąć, Tatuś podarł kawałek gazety na drobniutkie
cząstki i położył je na płomyku. Błysnął ładny ogieniek, ledwo
widoczny w słońcu, ale palił się ślicznie. Tatuś śledził go
z uwagą.
- Znów gaśnie - odezwała się mała Mi. -
Dołóż jeszcze! - Siedziała w cieniu na poręczy balustrady
i przyglądała mu się.
- Ach, to ty - rzekł Tatuś Muminka,
potrząsając popielniczką i czekając, żeby płomień zgasł. -
Obserwuję, w jaki sposób pali się ogień. To bardzo ważne.
Mała Mi zaśmiała się i dalej patrzyła na
niego. Wtedy Tatuś Muminka nasunął kapelusz na oczy i tak schowany,
zapadł w sen.
- Tatusiu - powiedział Muminek. - Obudź
się! Ugasiliśmy pożar w lesie!
Tatuś miał teraz obie łapki mocno przyklejone
do podłogi. Oderwał je z uczuciem głębokiej niechęci. Co za
niesprawiedliwość!
- O czym ty mówisz? - zapytał.
- Prawdziwy mały pożar lasu - wyjaśnił
Muminek. - Zaraz za poletkiem tytoniowym. Palił się mech i mama
powiedziała, że to mogła być iskra z komina...
Tatuś Muminka zerwał się z fotela i natychmiast
poczuł przemożną chęć działania. Kapelusz stoczył się po
schodach.
- Zgasiliśmy go! - krzyknął Muminek. - Od
razu został zgaszony. Nie musisz się niepokoić
Tatuś stanął jak wryty. Ogarnęła go
złość.
- Gasiliście beze mnie? - zawołał. -
Dlaczego nikt mi nic nie powiedział? Pozwoliliście mi spać, nic nie
mówiąc!
- Ależ, kochanie - odezwała się Mama Muminka,
wychylając się z okna w kuchni. - Pomyśleliśmy, że nie trzeba
cię budzić. To był naprawdę bardzo mały pożar, trochę tylko
dymiło. Szłam właśnie tamtędy, niosąc wiadra z wodą, i wystarczyło
pokropić go po drodze...
- Po drodze! - wykrzyknął Tatuś Muminka. -
Tylko pokropić! Pokropić, co za słowo! I zostawić palący się
ogień pod mchem, niestrzeżony! Gdzie on jest? Gdzie?
Mama Muminka przestała robić to, co właśnie
robiła, i prędko podreptała pierwsza w stronę tytoniowego
poletka. Muminek został na werandzie, patrząc za nimi. Czarna plamka
w mchu była naprawdę bardzo niewielka.
- Można by pomyśleć - rzekł w końcu Tatuś
Muminka, bardzo powoli - że taka plamka nie jest niebezpieczna. Otóż
nie. To się może dalej palić pod mchem. W ziemi. Może minąć godzina,
może nawet dwie, a potem nagle puf! - ogień wybucha w całkiem innym
miejscu. Rozumiesz?
- Tak, kochanie - odpowiedziała Mama
Muminka.
- Dlatego zostanę tutaj - mówił dalej Tatuś,
grzebiąc z niezadowoleniem w mchu. - Żeby pilnować. Nawet całą noc,
jeżeli będzie trzeba.
- Czy naprawdę myślisz... - zaczęła Mama
Muminka. A potem dodała: - No tak, to ładnie z twojej strony.
Z mchem nigdy nic nie wiadomo.
Tatuś całe popołudnie pilnował czarnej
plamki.
Powyrywał mech dookoła na dość dużej przestrzeni
i nawet na kolację nie wrócił do domu. Chciał, żeby wszyscy wiedzieli,
że czuje się dotknięty.
- Myślisz, że zostanie tam całą noc? -
spytał Muminek.
- Bardzo możliwe - odparła Mama Muminka.
- Jak się gniewać, to się gniewać -
stwierdziła mała Mi, obierając ziemniaka zębami. - Trzeba czasem
być złym, każde najmniejsze stworzenie ma prawo być złe. Ale
Tatuś gniewa się nie tak, jak trzeba. Nic nie wydmuchuje z siebie,
tylko wciąga do środka.
- Drogie dziecko - powiedziała Mama Muminka
- Tatuś wie, co robi.
- Ja myślę, że nie wie - rzekła wprost mała
Mi. - Wcale nie wie. A wy wiecie?
- Tak naprawdę to nie - musiała przyznać
Mama.
Tatuś Muminka wsadził nos w mech i poczuł kwaśny
zapach dymu. Ziemia nie była już nawet ciepła. Wytrząsnął fajkę
do dziury i dmuchnął na iskry: żarzyły się przez chwilę, a potem
zgasły. Wtedy Tatuś przydeptał to brzydkie miejsce i poszedł wolno
w głąb ogrodu, żeby popatrzeć na szklaną kulę.
Zmrok wyłaniał się z ziemi, gromadząc się, jak
zwykle, pod drzewami. Koło szklanej kuli było nieco jaśniej. Pięknie
wyglądała na słupku z morskiej pianki - odbijał się w niej cały
ogród. Należała do Tatusia, była jego wyłączną własnością, jego
własną magiczną kulą z błyszczącego niebieskiego szkła, centralnym
punktem ogrodu i doliny, ba, może nawet całego świata.
Lecz Tatuś Muminka nie od razu w nią
spojrzał. Przypatrywał się swym zasmolonym łapkom, usiłując
zebrać kołujące myśli, niejasne i smutne. A gdy zrobiło mu się
tak ciężko na sercu, że trudno bardziej, szybko zerknął na kulę,
żeby się pocieszyć. Zawsze go pocieszała. Każdego wieczoru chodził
patrzeć na nią, przez całe długie, ciepłe, nieopisanie piękne
i melancholijne lato.
Kula była zawsze chłodna. Jej niebieski kolor,
głębszy i jaśniejszy niż błękit morza, przemalowywał cały świat,
czyniąc go też chłodnym, odległym i obcym. W środku tego świata
Tatuś widział siebie ze swym dużym nosem, a dookoła ukazywał mu się,
jak w zwierciadle, zupełnie zmieniony, bajkowy krajobraz. Niebieska
ziemia była gdzieś daleko i głęboko w dole. W tej niedającej się
dosięgnąć przestrzeni Tatuś zaczynał szukać swojej rodziny. Co
dzień się zjawiali, wystarczyło poczekać - szklana kula zawsze
ich odzwierciedlała.
I nic dziwnego, bo każdego dnia o zmroku mieli bardzo
dużo do zrobienia. Stale coś robili. Prędzej czy później ukazywała
się Mama Muminka spiesząca od strony kuchni do piwnicy na podwórku po
kiełbasę czy masło albo idąca na pólko ziemniaczane lub po drewno
na opał. Za każdym razem wyglądała tak, jakby stąpała po zupełnie
nieznanej sobie ścieżce i jakby ją to ogromnie bawiło. Ale nigdy nie
można było być pewnym. Mogła równie dobrze udawać się na jakąś
tajemniczą przechadzkę, bardzo dla niej przyjemną, mogła też bawić
się sama ze sobą w jakąś własną grę albo po prostu przechadzać
się i cieszyć życiem.
O, właśnie przebiegła, jak biała zaaferowana
kulka, w samej głębi, między najbardziej niebieskimi wśród
niebieskich cieni. A tam włóczył się Muminek, jakby nieobecny,
zajęty wyłącznie sobą. I mała Mi przemykała się po zboczu,
ale tak szybko, że ledwo ją było widać. Tatuś zauważył tylko
mignięcie postaci tak zdecydowanej i samodzielnej, tak niezależnej, że
nie musiała ani przechwalać się, ani popisywać. W swoich odbiciach
wszyscy wydawali się niewiarygodnie mali, a szklana kula sprawiała,
że ruchy ich były błędne, pozbawione celu. Tatuś Muminka bardzo to
lubił, to była jego wieczorna zabawa. Dawała mu wrażenie, że oni
potrzebują jego opieki, że znajdują się na dnie głębokiego morza,
które tylko on zna.
Było już prawie ciemno, gdy nagle w szklanej kuli
zdarzyło się coś nowego: zabłysło jakieś światło. To Mama Muminka
zapaliła lampę na werandzie, pierwszy raz tego lata. Lampę naftową. Od
razu poczucie bezpieczeństwa skupiło się w jednym jedynym punkcie:
na werandzie, koło Mamy. Mama siedziała i czekała, aż cała rodzina
zbierze się w domu, żeby podać im herbatę.
Szklana kula zgasła. Wszystko, co niebieskie, stało
się ciemnością i widać było tylko lampę.
Tatuś Muminka stał przez chwilę, nie bardzo
wiedząc, o czym myśli. Potem odwrócił się i poszedł do domu.
- No, tak - rzekł Tatuś. - Myślę, że
teraz możemy spać spokojnie. Niebezpieczeństwo chyba minęło, tym
razem. Ale na wszelki wypadek pójdę tam jeszcze raz o świcie.
- Ha! - powiedziała mała Mi.
- Tatusiu! - zawołał Muminek. - Nic nie
zauważyłeś? Mamy lampę!
- Tak - rzekła Mama Muminka. - Uznałam,
że powinniśmy zapalić lampę, bo wieczory zaczynają być
długie. Właśnie dziś takie miałam uczucie.
- Ale w ten sposób zakończyłaś lato -
powiedział Tatuś. - Nie należy zapalać lampy, dopóki lato
naprawdę nie minie.
- Potem jest już jesień - rzekła Mama cichym
głosem.
Lampa syczała. W jej świetle wszystko stawało się
bliskie i niezawodne, rodzina tworzyła zwarty krąg, dobrze znajomy,
bezpieczny. Na zewnątrz świat był obcy i niepewny, a ciemność
zdawała się sięgać coraz wyżej i coraz dalej, chyba po krańce
świata.
- W niektórych rodzinach ojcowie decydują,
kiedy czas zapalić lampę - mruknął Tatuś z pyszczkiem
w filiżance.
Muminek ułożył sobie kanapki tak jak zawsze:
wpierw z serem, potem dwie z kiełbasą, potem z zimnymi kartoflami
i sardynkami, a na koniec z marmoladą. Był doskonale szczęśliwy. Mała
Mi jadła tylko sardynki, bo czuła, że ten wieczór jest jakiś
niezwykły. Zamyślona, wpatrywała się w ciemność zalegającą
ogród, a im więcej myślała i jadła, tym jej oczy stawały się
czarniejsze.
Jasne światło lampy padało na trawę i krzak
bzu. Dalej, znacznie już słabsze, rozpełzało się wśród cieni.
A tam, w zupełnej samotności, siedziała Buka.
Siedziała już tak długo na tym samym miejscu,
że ziemia pod nią zdążyła zamarznąć. Kiedy podniosła się,
trawa zachrzęściła jak tłuczone szkło. Buka zbliżyła się nieco
do światła i wtedy szept grozy zaszeleścił w koronach drzew, a kilka
liści klonu zwinęło się i drżąc, spadło na jej ramiona. Astry
odchyliły się od niej, jak tylko mogły najdalej, koniki polne
zamilkły.
- Dlaczego nie jesz? - spytała Mama
Muminka.
- Nie wiem - odparł Muminek. - Czy są
u nas rolety?
- Są na strychu. Będą potrzebne dopiero, jak
zapadniemy w zimowy sen.
Mama zwróciła się do Tatusia i powiedziała:
- Nie chciałbyś trochę popracować nad twoim
modelem latarni morskiej? Korzystając z tego, że lampa się pali?
- Ech! - rzekł Tatuś. - To zbyt dziecinne.
I nieprawdziwe.
Buka przysunęła się jeszcze trochę
bliżej. Wpatrzona w lampę, lekko kiwała wielką głową, jej nogi
tonęły w mroźnej, białej mgle. Gdy po chwili znów zaczęła wlec
się wolno w stronę światła, niczym ogromny cień, szary i samotny,
cały ogród wstrzymał oddech, a szyby w oknach cicho zabrzęczały,
jakby gdzieś daleko była burza. Podeszła do werandy i stanęła poza
czworokątem światła, na spowitej ciemnością ziemi.
Potem szybkim ruchem zbliżyła się do samego okna
i światło lampy padło prosto na jej twarz. Wtedy cichy pokój za szybą
wypełnił się nagle krzykiem i bezładną bieganiną, przewracały
się krzesła, ktoś wyniósł lampę. W kilka sekund werandę ogarnęły
ciemności. Wszyscy uciekli w głąb domu, schowali się z lampą gdzieś
daleko, w samym jego sercu, tam gdzie było bezpiecznie.
Buka stała jakiś czas, dmuchając mrozem w okno
pustej werandy, a potem odeszła, wtapiając się w mrok. Trawa
trzeszczała pod jej krokami coraz słabiej, coraz dalej. Ogrodem
wstrząsnął dreszcz i trochę liści spadło z gałęzi. Po chwili
można już było odetchnąć spokojnie: Buka zniknęła.
- Wcale nie musimy się barykadować
i czuwać całą noc - powiedziała Mama Muminka. - Pewnie
znowu coś zniszczyła w ogrodzie, ale wiesz dobrze, że nie jest
niebezpieczna. Tylko wygląda tak przerażająco...
- Oczywiście, że jest niebezpieczna! - zawołał
Tatuś Muminka. - I ty też się jej wystraszyłaś. Okropnie się
wystraszyłaś - a przecież nie musisz się niczego bać, póki ja
jestem w domu...
- Kochanie - powiedziała Mama. - Boimy się
Buki dlatego, że jest zimna. I dlatego, że nikogo nie lubi. Ale ona
nigdy nic złego nie zrobiła. A teraz chodźmy się położyć.
- Dobrze! - rzekł Tatuś Muminka, odkładając
pogrzebacz na jego miejsce w kąciku. - Dobrze! Jeżeli Buka nie jest
niebezpieczna, to ja nie muszę was strzec. Tym lepiej dla mnie. -
Mówiąc to, wyszedł na werandę, wziął po drodze trochę sera
i kiełbasy i ruszył samotnie w ciemność.
- Oho! - rzekła mała Mi z podziwem. - Jest
zły. Wydmuchuje! Zamierza pilnować mchu aż do jutra rana.
Mama Muminka nic nie powiedziała. Krzątała się,
robiąc przygotowania na noc, jak każdego wieczoru. Pogrzebała
w torebce, potem zgasiła światło.
Lecz cisza, która zapadła w pokoju, jakoś tym
razem nie była naturalna. W końcu Mama z roztargnioną miną zaczęła
odkurzać model latarni morskiej Tatusia, ustawiony na półce nad
umywalnią.
- Mamusiu - odezwał się Muminek.
Ale Mama nie słuchała. Podeszła do wiszącej
na ścianie dużej mapy, na której widać było Dolinę Muminków,
brzeg morski i wyspy. Weszła na krzesło, żeby od razu znaleźć się
daleko na morzu, i przytknęła pyszczek do małej kropki na samym
środku.
- To tu - zamruczała. - Tu zamieszkamy
i będziemy pędzić bardzo przyjemne życie, pełne kłopotów...
- Co powiedziałaś? - spytał Muminek.
- Tu będziemy mieszkać - powtórzyła
Mama. - To jest wyspa Tatusia. Tatuś będzie się tam nami
opiekował. Przeniesiemy się na nią na resztę życia i zaczniemy
wszystko od nowa.
- A ja zawsze myślałam - odezwała się mała
Mi - że tę plamę zrobiła mucha.
Mama Muminka zeszła z krzesła.
- To czasem trwa. To może nawet bardzo długo
trwać, zanim się wszystko ułoży - powiedziała.
I wyszła do ogrodu.
- Nie chcę nic mówić na temat niektórych
matek i ojców - wycedziła Mi. - Bo i tak zaraz byś powiedział,
że tatusiowie i mamusie nigdy głupio nie postępują. Ale ci tutaj
na pewno coś knują. Jestem gotowa zjeść galon[1] piasku, jeśli zrozumiem, o co tu chodzi.
- Nie musisz rozumieć! - odparł Muminek
gwałtownie. - Sami doskonale wiedzą, dlaczego zachowują się
trochę dziwnie. Że też niektórzy zawsze mają się za mądrzejszych
i zawsze wszystko muszą najlepiej wiedzieć tylko dlatego, że zostali
adoptowani!
- Masz całkowitą rację - rzekła mała Mi. -
Ja zawsze jestem mądrzejsza.
Muminek przypatrywał się samotnej plamce daleko
na otwartym morzu i myślał: "Tam Tatuś chce zamieszkać. Tam chce
pojechać. Oni nie żartują. To poważna zabawa". I nagle wydało mu
się, że morze burzy się wkoło wyspy, że białe bałwany uderzają
o brzegi, a wyspa jest zielona i ma czerwone skały. To jest przecież ta
samotna, tajemnicza wyspa gdzieś na południowych morzach, opisywana
w książkach z obrazkami, ta, o którą rozbijają się statki. Muminek
szepnął ze ściśniętym gardłem:
- Mi! To fantastyczne!
- Co ty mówisz! - odparła Mi. - Wszystko
jest przecież fantastyczne. Mniej lub więcej. Najbardziej fantastyczne
byłoby, gdybyśmy tam pojechali z wszystkimi gratami i z wielkim szumem,
a potem stwierdzili, że to rzeczywiście był tylko ślad muchy.
Mogło być zaledwie wpół do szóstej rano, kiedy
Muminek wyruszył przez ogród po tropach Buki. Ziemia zdążyła już
odtajać, ale mimo to widać było miejsca, gdzie Buka siedziała: trawa
całkiem na nich zbrązowiała. Muminek wiedział, że tam, gdzie Buka
siedzi dłużej niż godzinę, nic już nigdy nie wyrośnie, bo ziemia
zamiera z przerażenia.
Mieli kilka takich plam w ogrodzie, najgorsza
znajdowała się, jakby na złość, w rabacie tulipanowej.
Szeroka ścieżka suchych liści prowadziła do
werandy. Tam Buka stała na samym skraju świetlistego kręgu
i patrzyła na lampę, a potem, nie umiejąc się powstrzymać,
podeszła, jak tylko mogła najbliżej, a gdy szła, wszystko po drodze
ginęło. Zawsze tak było. Wszystko, czego dotknęła, umierało.
Muminek wyobraził sobie, że jest Buką. Zgięty
wpół, posuwał się wolno przez stosy martwych liści, a potem
stanął, rozpościerając wkoło siebie mgłę. Wreszcie westchnął
i spojrzał tęsknie w okno. Czuł się najbardziej samotnym stworzeniem
na świecie.
Jednak bez lampy to uczucie nie było zbyt
przekonywające i zamiast o smutnych rzeczach Muminek zaczął myśleć
o wesołych: o wyspach na morzu i wielkich zmianach. Zapominając o Buce,
ruszył zygzakiem między długimi cieniami rzucanymi przez wschodzące
słońce. Zabawa polegała na tym, żeby stąpać tylko tam, gdzie
padają promienie słoneczne, bo wszystko naokoło było przepastną
głębią morską. Dla tych, oczywiście, co nie umieją pływać.
Ktoś gwizdał w drewutni, więc Muminek zajrzał do
niej. Poranne słońce świeciło złociście na wióry leżące koło
okna, pachniał olej lniany i żywica. Tatuś zajęty był wstawianiem
małych dębowych drzwi do swojej latarni morskiej.
- Spójrz na te żelazne klamry - powiedział. -
Są wbite w skałę i po nich wchodzi się do latarni. Przy złej
pogodzie trzeba bardzo uważać. Popatrz, łódź przypływa pod skały
na grzbiecie spienionej fali i wtedy wyskakujesz, chwytasz się mocno
klamer i wdrapujesz do góry, podczas gdy łódka się cofa... Kiedy
przychodzi następna fala, jesteś już bezpieczny. Potem walczysz
z wiatrem, trzymając się tej oto poręczy, i otwierasz drzwi, które są
bardzo ciężkie. Zatrzaskują się za tobą. No i jesteś w latarni
morskiej. Przez grube mury słychać szum morza jakby z oddali. Na
zewnątrz ten szum trwa nieprzerwanie, a łódka unosi się już daleko
na falach.
- Czy my też jesteśmy w środku? - spytał
Muminek.
- Oczywiście - odparł Tatuś. - Jesteście
tu na górze, w wieży. Zobacz, każde okno ma prawdziwe szyby, a na
samej górze jest reflektor, który przez całą noc rzuca w równych
odstępach snopy światła: czerwone, zielone i białe, żeby statki
wiedziały, którędy mają płynąć.
- Zrobisz też prawdziwe światło? - spytał
Muminek. - Mógłbyś włożyć do środka baterię i znaleźć jakiś
sposób, żeby mrugała.
- Mógłbym, oczywiście - odpowiedział Tatuś,
wycinając schodki, po których miało się wchodzić do latarni. - Ale
teraz nie zdążę. Zresztą to jest tylko zabawa, rodzaj ćwiczenia,
żeby różne rzeczy wypróbować. - Zaśmiał się z zażenowaniem
i zaczął grzebać w szufladzie z narzędziami.
- Dobra - rzekł Muminek. - No to na
razie. Hej!
- Hej, hej! - odparł Tatuś.
Cienie były już teraz znacznie krótsze,
zaczynał się nowy dzień, równie ciepły, równie piękny. Mama
Muminka siedziała na schodach i nic nie robiła, co wyglądało bardzo
dziwnie.
- Jak wcześnie dziś wszyscy wstali - powiedział
Muminek. Usiadł koło Mamy, mrużąc oczy w blasku słońca. - Czy
wiesz, że na wyspie Tatusia jest latarnia morska? - zapytał.
- Oczywiście, że wiem - powiedziała Mama. -
Całe lato o niej opowiadał. Tam właśnie zamieszkamy.
Tyle było rzeczy do omówienia, że oboje
zamilkli. Schody były ciepłe i wszystko wydawało się w najlepszym
porządku. Tatuś Muminka zaczął gwizdać walca orłów morskich
i nawet dobrze mu to wychodziło.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Galon - miara objętości, ok. 4,5 litra.