Tatuaż - Susan Casserfelt

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Miej­sce na Sta­rym Mie­ście na­zy­wane Pie­kłem to ostatni od­ci­nek pół­noc­nej czę­ści Präst­ga­tan, koń­czący się ciem­nym i po­nu­rym śle­pym za­uł­kiem, wy­ko­rzy­sty­wany głów­nie jako pi­suar przez noc­nych spa­ce­ro­wi­czów.

Ale rów­nież w po­łu­dnio­wej czę­ści Präst­ga­tan praw­dziwe pie­kło prze­ży­wał dwu­dzie­sto­trzy­letni To­bias Eriks­son, który wła­śnie, i to wcale nie­bez­pod­staw­nie, na­brał prze­ko­na­nia, że czeka go ry­chła śmierć.

***

Kajsa Nor­din spoj­rzała na kel­nera zmie­rza­ją­cego do sto­lika z bu­telką szam­pana. To Sam na­le­gała, aby uczciły w ten spo­sób jej nową pracę. Choć może "praca" to za wiele po­wie­dziane, od­po­wied­niej­szym okre­śle­niem by­łoby "zle­ce­nie ta­neczne".

Zaj­rzała do ko­mórki. Szcze­rze mó­wiąc, wo­la­łaby zo­stać w domu, żeby do­pra­co­wać swoją apli­ka­cję o po­sadę, po­nie­waż dzi­siaj mi­jał ter­min skła­da­nia wnio­sków.

Na wi­dok kel­nera Sam wsu­nęła rękę pod stół i po­gła­skała Kajsę po udzie.

- Szam­pan z Mon­ta­gne de Re­ims - oznaj­mił męż­czy­zna, po­ka­zu­jąc zie­loną bu­telkę.

Kajsa jesz­cze nie wspo­mniała swo­jej part­nerce, że za­mie­rza się ubie­gać o etat na po­li­cji w Örn­sköld­svik. Sam nie­na­wi­dziła mia­sta albo ra­czej zimy, która nad­cią­gała re­gu­lar­nie co rok. Jak można nie lu­bić śniegu? Kajsa wciąż nie po­tra­fiła tego po­jąć.

Gdy kel­ner ob­jął ko­rek dło­nią i za­czął go po­woli wy­cią­gać, Sam wy­cze­ku­jąco prze­nio­sła wzrok z bu­telki na swoją dziew­czynę, a ta się do niej uśmiech­nęła. Paf!

Męż­czy­zna po­woli na­peł­niał pierw­szy kie­li­szek pie­nią­cym się na­po­jem.

Paf, paf!

Kajsa ro­zej­rzała się do­okoła. W ten wtor­kowy wie­czór wielu go­ści piło szam­pana, ale przy żad­nym sto­liku nie za­uwa­żyła kel­nera otwie­ra­ją­cego bu­telkę.

W ta­kim ra­zie co przed chwilą usły­szała? Nie mo­gła prze­stać my­śleć o tym od­gło­sie.

Gdy Sam wzięła ją za rękę, pró­bu­jąc sku­pić na so­bie jej uwagę, Kajsa od­wró­ciła się do niej i po­now­nie się uśmiech­nęła. Na­prawdę chciała zro­bić wszystko, aby dzi­siej­szy wie­czór był po­świę­cony uczcze­niu tego, że jej la­ty­no­ska dziew­czyna bę­dzie tań­czyć sambę w kar­na­wa­ło­wym po­cho­dzie, mimo że ona sama nie do­strze­gała w tym ni­czego fan­ta­stycz­nego.

Kel­ner po­chy­lił bu­telkę nad dru­gim kie­lisz­kiem. Ką­tem oka Kajsa wi­działa, jak brą­zowe loki Sam drżą w rytm bul­go­ta­nia szam­pana. Po­czuła de­li­katny uścisk dłoni. Ale przez cały czas od­no­siła wra­że­nie, jakby miała wodę w uszach. Jakby nie była w sta­nie sły­szeć ani do­strze­gać tego, co się na­prawdę dzieje wo­kół.

Mimo woli unio­sła kie­li­szek. Było coś dziw­nego w dźwię­kach, które do niej do­cie­rały.

- Po­cze­kaj - po­wie­działa Sam.

Kajsa opu­ściła nieco kie­li­szek. Naj­pierw ich bu­telka, a po­tem dwa po­dobne od­głosy.

Sam wy­jęła małe nie­bie­skie pu­de­łeczko i po­sta­wiła je na stole.

- Ko­cha­nie, po­my­śla­łam, że mo­gły­by­śmy...

Na­gle Kajsa zro­zu­miała, co to za od­głos. Oczy­wi­ście! Ob­lała ją fala zimna, która spra­wiła, że prze­szły ją ciarki. To były dwa strzały z pi­sto­letu! Ze­rwała się z miej­sca i bez słowa wy­ja­śnie­nia wy­bie­gła z lo­kalu. Na ze­wnątrz mo­gła wresz­cie za­czerp­nąć po­wie­trza. Re­stau­ra­cja le­żała przy skrzy­żo­wa­niu Präst­ga­tan i K?k­brin­ken. Skąd do­biegł dźwięk? Pod górę szła spa­cer­kiem para tu­ry­stów. Ni­żej, przez Väster­l?ng­ga­tan, prze­szła po­woli grupka in­nych zwie­dza­ją­cych. Czyli dźwięk mógł po­cho­dzić je­dy­nie z Präst­ga­tan. Pod­jęła de­cy­zję. Szybko po­bie­gła wy­żej, a w miej­scu, gdzie uliczka skrę­cała, stra­ciła wi­dok na sam ko­niec wą­skiego za­ułka.

"Znowu ucie­kasz! Ucie­kasz od pro­ble­mów. Wma­wiasz so­bie różne rze­czy, byle tylko nie mu­sieć chwy­cić byka za rogi. Kiedy za­mie­rzasz po­wie­dzieć Sam o no­wej pracy? A gdyby ona okła­my­wała cię w taki sam spo­sób?".

My­śli na­tych­miast uci­chły, gdy zo­ba­czyła męż­czy­znę na ziemi. Jedna stopa była zgięta pod nie­na­tu­ral­nym ką­tem, a ręka le­żała da­leko od ciała. Krew zbie­rała się w szcze­li­nach mię­dzy ka­mie­niami.

Kajsa po­wio­dła wzro­kiem wzdłuż Präst­ga­tan w po­szu­ki­wa­niu ja­kich­kol­wiek wska­zó­wek. Wie­działa, że od­da­liła się o mniej wię­cej sześć­dzie­siąt me­trów od re­stau­ra­cji i nie spo­tkała ni­kogo po dro­dze. A więc sprawca po­wi­nien znaj­do­wać się w po­bliżu. Wie­działa też, że ka­wa­łek da­lej uliczkę prze­cina Ty­ska brin­ken. To wła­śnie tam­tędy przy­szły z Sam pół go­dziny wcze­śniej, chcąc unik­nąć tłu­mów tu­ry­stów na Väster­l?ng­ga­tan. Serce biło jej mocno. Obej­rzała się za sie­bie, ale uliczka była pu­sta.

Po­wie­działa do sie­bie:

- Za­nim za­czniesz re­ani­ma­cję, za­dzwoń pod sto dwa­na­ście!

Ręka się­gnęła do kie­szeni po ko­mórkę, ale jej nie zna­la­zła. Te­le­fon le­żał na sto­liku w re­stau­ra­cji.

Jej wzrok padł na em­ble­mat na­szyty na czar­nej kurtce męż­czy­zny. W pierw­szej chwili po­my­ślała, że nie­chcący wmie­szała się w po­ra­chunki mię­dzy gan­gami mo­to­cy­klo­wymi. Ale po kilku se­kun­dach zo­ba­czyła, że zna­czek przed­sta­wia szwedzką flagę skrzy­żo­waną z ame­ry­kań­ską, i ode­tchnęła z ulgą.

Przy­klęk­nęła przy ofie­rze. W ką­ciku ust wi­doczna była krew. Męż­czy­zna le­żał na brzu­chu z twa­rzą prze­krę­coną na bok. Kajsa mam­ro­tała pod no­sem dal­sze in­struk­cje.

- Ofiara żyje. Za­ta­mo­wać krwa­wie­nie.

Aby to zro­bić, mu­siała zdjąć z niego ob­szerną kurtkę. Kiedy za nią po­cią­gnęła, ręka z ła­two­ścią wy­śli­zgnęła się z rę­kawa. Męż­czy­zna miał pod spodem biały T-shirt. Rze­czy­wi­ście otrzy­mał dwa strzały. Ile mógł mieć lat? Około dwu­dzie­stu dwóch, dwu­dzie­stu trzech? "Rany bo­skie, je­ste­śmy mniej wię­cej w tym sa­mym wieku. Bie­daku, coś ty zro­bił, że za­słu­ży­łeś so­bie na coś ta­kiego?". Ale Kajsa wie­działa aż nadto do­brze, że to, co spo­tyka czło­wieka, nie za­wsze jest tym, na co za­słu­żył.

Moc­nym szarp­nię­ciem ro­ze­rwała T-shirt od dołu aż po szyję. Jedna kula tra­fiła mię­dzy krę­go­słup a lewą ło­patkę. Krew pul­so­wała z rany i nie ma­jąc w co wsią­kać, zbie­rała się wo­kół krę­go­słupa. Drugi strzał padł ni­żej, w oko­licy pasa. Dwa otwory po ku­lach i jej dwie dło­nie. Kajsa zda­wała so­bie sprawę, że to za mało, zwłasz­cza gdyby mu­siała go zo­sta­wić, aby spro­wa­dzić po­moc.

Ro­zej­rzała się do­okoła. Dla­czego nie ma żad­nych cie­kaw­skich? Sły­szała je­dy­nie wła­sny od­dech. Mu­siała we­zwać ka­retkę. I oczy­wi­ście za­wia­do­mić po­li­cję. Ale jak?

Przy­po­mniała so­bie swo­jego by­łego ko­legę Yxana i jego nie­wy­pa­rzoną gębę. "Wiesz, dla­czego każdy żoł­nierz jed­no­stek eli­tar­nych nosi tam­pon?". To on upar­cie na­zy­wał ją ama­zonką, kiedy nie mógł za­pa­mię­tać jej imie­nia.

Ob­ma­cała wor­ko­wate dżinsy męż­czy­zny w po­szu­ki­wa­niu te­le­fonu. Młody ro­bol albo chu­li­gan, który pew­nie uwiel­biał maj­stro­wać przy sta­rych ame­ry­kań­skich krą­żow­ni­kach, po­my­ślała nie bez uprze­dze­nia. Z całą pew­no­ścią nie wy­glą­dał na go­gu­sia ze Stu­re­planu.

- Dasz radę - po­wie­działa do niego, nie ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi. - Wszystko bę­dzie do­brze. - Swego czasu sama chciała usły­szeć wła­śnie ta­kie słowa, za­miast za­drę­czać się po­czu­ciem winy i wstydu. Się­gnęła do pra­wej kie­szeni swo­jej kurtki i grze­bała w niej tak długo, aż wresz­cie zna­la­zła to, czego szu­kała. Wło­żyła tam­pon do ust i wpraw­nym ru­chem ścią­gnęła dolną część pla­sti­ko­wej osłonki. Jego wiel­kość ide­al­nie pa­so­wała do otworu po kuli. Dło­nie jej drżały.

Yxan na pewno ni­gdy cze­goś ta­kiego nie ro­bił. Oby tylko się nie my­lił. Kajsa zde­cy­do­wa­nie wci­snęła tam­pon do rany po­ło­żo­nej wy­żej. Męż­czy­zna jęk­nął z bólu, a z ust wy­do­były się bą­belki krwi.

- Cel uświęca środki - po­wie­działa. - Ta­muję ci krwa­wie­nie.

Po­tem po­wtó­rzyła ten sam za­bieg w dru­gim miej­scu, a na­stęp­nie przy­ci­snęła dłoń do obu otwo­rów. Krew są­czyła się jej mię­dzy pal­cami. Ba­weł­niane sznu­reczki wy­sta­jące z ran szybko prze­stały być białe. Ro­zej­rzała się za kimś, kto mógłby jej po­móc. Gdzie się po­dziali wszy­scy tu­ry­ści ze Sta­rego Mia­sta?

Na zgło­sze­nie za­re­ago­wa­liby ko­le­dzy z ko­mi­sa­riatu w dziel­ni­cach Söder­malm albo Nor­r­malm, bo Stare Mia­sto wcho­dziło w skład obu re­wi­rów, aby w ra­zie czego do ak­cji mógł wkro­czyć pa­trol znaj­du­jący się naj­bli­żej. Ona sama pra­co­wała w Far­sta. Ale naj­waż­niej­szy w tym mo­men­cie był am­bu­lans, mu­sia­łaby więc po­biec w kie­runku Väster­l?ng­ga­tan, ale prze­cież nie mo­gła zo­sta­wić tego bie­daka sa­mego.

- Zo­ba­czysz, wszystko bę­dzie do­brze - po­wie­działa do niego. - Nie pod­da­waj się!

Miała na­dzieję, że jej słowa zła­go­dzą szok, ja­kiego do­znał.

- A tak w ogóle, to mam na imię Kajsa - do­dała.

Do­piero w tej chwili to zo­ba­czyła. Obok ro­ze­rwa­nego T-shirtu le­żało ja­kieś urzą­dze­nie dłu­go­ści mniej wię­cej pu­dełka za­pa­łek, tylko znacz­nie cień­sze. Nie od­ry­wa­jąc dłoni od ran, po­chy­liła się i przyj­rzała z bli­ska czar­nemu apa­ra­towi. Na wierz­chu znaj­do­wały się trzy kon­tro­lki le­dowe - jedna świe­ciła sta­łym zie­lo­nym świa­tłem, druga szybko mi­gała, a ostat­nia błysz­czała na nie­bie­sko. Ten dziwny przed­miot ja­skrawo kon­tra­sto­wał ze sty­lem męż­czy­zny i ka­zał Kaj­sie spoj­rzeć na niego z in­nej per­spek­tywy. Jego włosy w ko­lo­rze sier­ści szczura były przy­cięte rów­nie krótko jak za­rost na bro­dzie.

To mu­siał być ktoś pra­cu­jący pod przy­krywką. Ja­kiś taj­niak? W każ­dym ra­zie oszu­kał ją swoim wy­glą­dem. Ale naj­wy­raź­niej coś po­szło nie tak.

Z boku tego ga­dżetu high-tech wid­niał czer­wony gu­zik z na­pi­sem SOS. Czy po­winna go na­ci­snąć?

To, że coś mu­siało pójść bar­dzo nie tak, po­twier­dził ryk sil­nika po­łą­czony z pi­skiem opon do­cho­dzący z Ty­ska brin­ken.

Kiedy lekko unio­sła kurtkę ofiary, z jej we­wnętrz­nej kie­szeni wy­su­nął się port­fel. W tej sa­mej se­kun­dzie, gdy re­flek­tory bły­snęły w uliczce, od­ru­chowo wci­snęła go do swo­jej kie­szeni.

Syl­wetki dwóch bar­czy­stych męż­czyzn zbli­ża­ją­cych się bie­giem prze­cięły snop świa­tła pa­da­ją­cego z sa­mo­cho­do­wych lamp.

- Już są. Oni za­raz ci po­mogą. Tylko się nie pod­da­waj! - szep­nęła ran­nemu do ucha.

Kiedy auto wy­je­chało zza cia­snego za­krętu, cał­kiem ją ośle­piło. Od­ru­chowo unio­sła rękę, aby osło­nić oczy. Je­den z męż­czyzn przy­kuc­nął przy ofie­rze, pod­czas gdy drugi gwał­tow­nie po­cią­gnął ją do góry. Nie­chęt­nie pod­dała się jego ener­gii i wstała.

- Też je­stem z po­li­cji - oznaj­miła. - Po­mogę wam!

Męż­czy­zna zde­cy­do­wa­nie po­krę­cił głową, zmu­sza­jąc ją do cof­nię­cia się, a jed­no­cze­śnie chwy­cił ją za ra­mię w taki spo­sób, że chcąc nie chcąc, od­wró­ciła się ty­łem do ofiary le­żą­cej na ulicy.

- My­śli pan, że on z tego wyj­dzie? - spy­tała, zer­k­nąw­szy na nie­zna­jo­mego, na co on tylko po­tak­nął niemo i da­lej po­py­chał ją przed sobą. Cho­ciaż nie miała za­miaru prze­szka­dzać w udzie­la­niu po­mocy po­strze­lo­nemu, nie­po­ko­iło ją za­cho­wa­nie męż­czy­zny. Uwol­niw­szy się od jego uchwytu, cof­nęła się pod ścianę i pró­bo­wała zna­leźć na jego mun­du­rze ja­kieś in­sy­gnia czy em­ble­maty, ale nie do­strze­gła żad­nego.

- Kim wy wła­ści­wie je­ste­ście? Ma­cie le­gi­ty­ma­cje?

Mimo że pod świa­tło nie mo­gła zo­ba­czyć twa­rzy męż­czy­zny, wy­czuła, że jego spoj­rze­nie prze­śli­zguje się po niej, jakby dla za­pa­mię­ta­nia jej wy­glądu. Nie­zna­jomy zde­cy­do­wa­nie wska­zał głową kie­ru­nek prze­ciwny do miej­sca, w któ­rym le­żała ofiara, i pod­kre­ślił swój prze­kaz jed­nym krót­kim sło­wem:

- Odejść!

- Nie prze­słu­cha­cie mnie? Usły­sza­łam strzał i od razu wy­bie­głam z K?k­brin­ken. Ni­kogo nie spo­tka­łam po dro­dze, więc może wy na­tknę­li­ście się na sprawcę?

Męż­czy­zna na­dal mil­czał.

- Okej, ro­zu­miem - po­wie­działa Kajsa i unio­sła obie ręce. - Idę.

Szybko prze­szła obok ofiary, aby ostatni raz spoj­rzeć na miej­sce zbrodni. Drugi męż­czy­zna stał po­chy­lony nad cia­łem z krótką świe­tlówką w dłoni. Pa­dało z niej ta­kie samo świa­tło, ja­kim ka­sjerka w skle­pie spraw­dza praw­dzi­wość pię­ciu­set­ko­ro­no­wego bank­notu. Ale nic wię­cej nie zdo­łała zo­ba­czyć, po­nie­waż zo­stała na­tych­miast po­now­nie od­su­nięta.

Roz­cza­ro­wana za­wró­ciła i ru­szyła w kie­runku re­stau­ra­cji. Gdy tylko się w niej znaj­dzie, przede wszyst­kim za­dzwoni pod 112 i spraw­dzi, czy otrzy­mali zgło­sze­nie. Je­śli to jest ja­kaś tajna ope­ra­cja, być może ko­le­dzy o niej wie­dzą. Czego tak na­prawdę wła­śnie była świad­kiem?

Gdy uj­rzała ko­lo­rowe lam­piony w oknie re­stau­ra­cji Kryp In, przy­po­mniał jej się szam­pan, na któ­rym tak bar­dzo za­le­żało Sam. Czy jej przy­ja­ciółka o go­rą­cym tem­pe­ra­men­cie wście­kła się na nią i so­bie po­szła, czy może sie­dzi tam na­dal z kie­lisz­kiem w dłoni i czeka, wsta­wiona i zła?

Wła­ści­wie po co one w ogóle tu przy­szły? Kajsa przy­po­mniała so­bie na­gle. Sam uwa­żała, że musi ko­niecz­nie uczcić swoje nowe zle­ce­nie.

Wśród na­tłoku wra­żeń do jej świa­do­mo­ści pró­bo­wał się prze­bić jesz­cze je­den ob­raz. Sam trzy­mała w ręce małe pu­de­łeczko. Ak­sa­mitne etui, w ja­kim u ju­bi­lera sprze­da­wano pier­ścionki. A więc to dla­tego tak bar­dzo za­le­żało jej dziś na szam­pa­nie!

Roz­dział 2

Rune Nils­son bacz­nie przy­glą­dał się ar­ty­stce. A więc to tak wy­gląda, kiedy pra­cuje? Za­wsze chciał ją zo­ba­czyć pod­czas two­rze­nia.

Świa­tło za­mi­go­tało w le­wym oku i roz­świe­tliło jej brą­zową tę­czówkę. Nos był zgrabny, a ten pro­fil roz­po­znałby za­wsze i wszę­dzie. Dłu­gie ja­sne włosy opa­dały swo­bod­nie.

- Spo­dzie­wa­łem się, że cię tu za­stanę - ode­zwał się Rune, sta­ra­jąc się prze­krzy­czeć zgiełk ludz­kich gło­sów.

Zeta pod­nio­sła wzrok znad nie­ukoń­czo­nej rzeźby i szybko po­wio­dła spoj­rze­niem po zgro­ma­dzo­nym tłu­mie, aż wresz­cie od­kryła zna­jomą twarz za drew­nianą ba­rierką od­dzie­la­jącą ją od pu­blicz­no­ści. Kiedy się od­wró­ciła, ja­skrawe re­flek­tory roz­świe­tliły także ja­sno­nie­bie­ską tę­czówkę pra­wego oka.

- Rune, ko­chany! - po­wie­działa. - A więc je­steś w mie­ście?

- Dla­czego w two­jej pra­cowni jest tyle lu­dzi? - Ro­zej­rzał się z fa­scy­na­cją do­okoła. Tu­ry­ści z bliż­szych i dal­szych kra­jów fil­mo­wali, a mło­dzi stu­denci sztuki od­no­to­wy­wali każdy jej ruch. - O ile pa­mię­tam, nie cier­pisz być ob­ser­wo­wana pod­czas pracy.

Rune kil­ka­krot­nie od­wie­dził Zetę w za­byt­ko­wym ate­lier przy sztok­holm­skiej Wol­l­mar Yxkul­ls­ga­tan 13, ale ni­gdy wcze­śniej nie wi­dział, jak two­rzyła. Stara kuź­nia po­cho­dząca z XIX wieku zo­stała ja­kiś czas temu prze­kształ­cona w mu­zeum, w któ­rym Zeta sie­działa ni­czym małpa w klatce.

- Nowe czasy - stwier­dziła, wbi­ja­jąc nóż rzeź­biar­ski w bryłę gliny. Szyb­kim ru­chem od­gar­nęła włosy ze spo­co­nej twa­rzy, po­de­szła do męż­czy­zny i po­ca­ło­wała go w oba po­liczki.

- I co­dzien­nie masz wi­dzów? - spy­tał.

- Nie, w nie­dziele i po­nie­działki je­stem sama. Go­rąco tu­taj. Wyjdźmy stąd. - Zeta wska­zała na drzwi.

Nie­wielki we­wnętrzny dzie­dzi­niec roz­cią­ga­jący się mię­dzy stu­diem ar­tystki a fron­tową czę­ścią bu­dynku wcze­śniej wy­peł­niały rzeźby, ka­mienne albo od­lane w be­to­nie lub me­talu. Te­raz stały na nim tylko dwie mie­niące się róż­nymi od­cie­niami zie­leni mie­dziane fi­gury. Każda w swo­jej prze­strzeni. Para. Te dwu­me­trowe po­sągi, bę­dące jej naj­słyn­niej­szymi dzie­łami, stały się - po­dob­nie jak fa­sada bu­dynku z umiesz­czoną nad wej­ściem ko­roną godną zamku - jej zna­kiem roz­po­znaw­czym. Były też wła­ści­wym po­wo­dem wi­zyty Ru­nego. Chciał ulo­ko­wać swój ka­pi­tał.

Nie kry­jąc en­tu­zja­zmu, Zeta od­wró­ciła się do niego. W ką­ci­kach jej oczu ry­so­wało się kilka de­li­kat­nych zmarsz­czek.

- Miło cię znowu wi­dzieć - po­wie­działa.

- Czy ty się w ogóle nie sta­rze­jesz jak my wszy­scy? Jak zwy­kle wy­glą­dasz wspa­niale!

Kil­koro wi­dzów wy­szło z pra­cowni i oto­czyło ar­tystkę. Jedna z ko­biet wy­cią­gnęła no­tes i dłu­go­pis, pro­sząc o au­to­graf, ale Zeta zi­gno­ro­wała ją i wziąw­szy swo­jego go­ścia pod rękę, po­pro­wa­dziła go z po­wro­tem do wej­ścia.

Rune za­trzy­mał się przy mie­dzia­nym po­sągu przed­sta­wia­ją­cym męż­czy­znę.

- Za­pa­mię­ta­łem je jako bar­dziej brą­zowe - za­uwa­żył.

- Stoją pod go­łym nie­bem już tyle czasu, że za­częły po­kry­wać się pa­tyną - wy­ja­śniła Zeta, wska­zu­jąc na twarz ze śla­dem zie­lo­nych smug pod oczami. - To wy­gląda jak łzy, prawda?

- To czyni je jesz­cze pięk­niej­szymi. Chcę ci zło­żyć ofertę!

- Wy­obraź so­bie, że Sztok­holm uznał się za wła­ści­ciela tych rzeźb. Sły­sza­łeś coś rów­nie ab­sur­dal­nego? - Po­krę­ciła głową z roz­ba­wie­niem.

Rune po­pa­trzył na nią za­sko­czony, nie ma­jąc pew­no­ści, czy to żart.

- Ci z urzędu mia­sta mogą mó­wić so­bie, co chcą, ale rzeźby są moje. To ja je wy­ko­na­łam - do­dała, ki­wa­jąc głową z prze­ko­na­niem.

- Obie wspa­niale by się pre­zen­to­wały nad je­zio­rem Syr­khulta - za­uwa­żył Rune - i je­stem w sta­nie za­pro­po­no­wać ci po­kaźną sumę. Ist­nieje już na­wet konto za­ło­żone na twoje na­zwi­sko w pew­nym kraju do­sta­tecz­nie da­le­kim od Sztok­holmu i jego władz. Po­trzebny jest tylko twój pod­pis.

- Je­śli one kie­dy­kol­wiek będą na sprze­daż, nie bę­dzie cię na nie stać, Rune - po­wie­działa lekko drwią­cym to­nem i mru­gnęła do niego, świa­doma, że je­śli ja­ki­kol­wiek Szwed mógłby so­bie po­zwo­lić na ich kupno, to tylko on.

We­szli do mu­ze­al­nego skle­piku.

Daw­niej w tym sa­mym po­miesz­cze­niu mie­ściło się biuro i w mi­nione lata za­wsze przyj­mo­wał go w nim Carl Cronh­jelm. Rune nie znał wy­twor­niej­szego męż­czy­zny: do­sko­nale ubrany, uprzejmy i ele­gancki. Ro­zej­rzał się po zmie­nio­nym wnę­trzu, za­sta­na­wia­jąc się, co się stało z Cronh­jel­mem. Po­dob­nie jak za­pewne reszta świata za­wsze są­dził, że Carl i Zeta są ra­zem. Two­rzyli cu­downą parę. Cie­kawe, dla­czego ar­tystka wy­rzu­ciła swo­jego asy­stenta? Oczy­wi­ście w wie­czor­nych ga­ze­tach po­ja­wiały się różne teo­rie, ale Rune wie­dział, że nie na­leży wie­rzyć we wszystko, co pi­sano. Jemu na szczę­ście udało się ni­gdy nie tra­fić na pierw­sze strony, je­śli po­mi­nąć po­je­dyn­cze ar­ty­kuły w "En­te­pre­nör" i "Da­gens In­du­stri".

W dwóch du­żych szkla­nych ga­blo­tach wy­sta­wiono liczne słynne suk­nie Zety au­tor­stwa ja­poń­skiego pro­jek­tanta Yohji Yama­moto. Wiele z nich Rune znał z przy­jęć i waż­nych im­prez, w któ­rych oboje uczest­ni­czyli. Każda była opa­trzona ta­bliczką z od­po­wied­nią in­for­ma­cją.

To zu­peł­nie nie pa­so­wało do Zety. Rune wie­dział, że nie ma dla niej nic droż­szego po­nad te suk­nie, a te­raz wszyst­kie wi­siały za­mknięte za szkłem, jak w mu­zeum. Po­nadto ona ni­gdy nie zno­siła ja­kich­kol­wiek wi­dzów, gdy pra­co­wała. W po­bliżu mógł się znaj­do­wać je­dy­nie Cronh­jelm.

Nie zdą­żył przyj­rzeć się do­kład­niej wy­sta­wio­nym kre­acjom, do środka bo­wiem wlała się grupa ja­poń­skich tu­ry­stów. Po­nie­waż Zeta za­wsze ubie­rała się w stroje ja­poń­skiego pro­jek­tanta, stała się przez to bli­ska jego ro­da­kom. A od chwili, gdy pół roku temu jej stu­dio zo­stało otwarte dla pu­blicz­no­ści, Sztok­holm stał się jesz­cze go­ręt­szym ce­lem ich po­dróży.

Na­gle za­uwa­żył ko­pie pracy Zeus lost in New York. Jego rzeźba! Serce za­biło mu szyb­ciej. Nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom - Zeta zro­biła ko­pie sta­tui wi­ta­ją­cej go­ści w jego po­sia­dło­ści nad je­zio­rem Syr­khulta.

Po­krę­cił głową na wi­dok tych ta­nich ga­dże­tów. Wpraw­dzie do­tarły do niego plotki, że Zeta się sprze­daje, ale nie chciał dać temu wiary. A jed­nak to prawda. Jej czas jako je­dy­nej w swoim ro­dzaju twór­czyni mi­nął. Te­raz wi­dział po­spo­litą ar­tystkę, która ma­sowo pro­du­kuje śmieci i za­peł­nia me­try pó­łek sy­gno­wa­nymi przez sie­bie wy­two­rami. Wziął do ręki małą rzeźbę i przyj­rzał się jej uważ­nie. Była od­lana w gip­sie i w od­róż­nie­niu od ory­gi­nału nie­zbyt sta­ran­nie wy­koń­czona. Ja­kaś ko­bieta się­gnęła po inną ko­pię i uśmiech­nęła się do niego.

- Ładne, prawda? - po­wie­działa. - Zeus lost in New York. I na­wet jest pod­pis Zety.

Rune po­dejrz­li­wie przyj­rzał się sprze­daw­czyni.

Po chwili do ka­sjerki prze­pchnęła się Zeta.

- Skoń­czył się ace­ty­len - po­in­for­mo­wała.

- Ace... co? Co to ta­kiego?

- A-CE-TY-LEN! Do spa­wa­nia. Za­mów wię­cej!

- Ja nie je­stem tu od za­ma­wia­nia dla cie­bie ma­te­ria­łów!

Zeta wy­cią­gnęła rękę, na co ka­sjerka nie­chęt­nie po­dała jej nie­duży klu­czyk.

Od­wró­ciw­szy się, chciała odejść, ale drogę za­gra­dzali jej ja­poń­scy tu­ry­ści stło­czeni przed ga­blo­tami z suk­niami.

- Doke! - wrza­snęła.

Tłum na­tych­miast po­słusz­nie się roz­stą­pił. Kiedy tu­ry­ści zo­rien­to­wali się, że tuż obok jest Zeta, jak na ko­mendę unie­śli wy­soko swoje ko­mórki. Wszyst­kie roz­mowy uci­chły, a oni wpa­try­wali się z fa­scy­na­cją w ar­tystkę oglą­da­jącą suk­nie w ga­blo­tach. Na­stęp­nie Zeta otwo­rzyła jedną z nich i za­ma­szy­stym ru­chem ścią­gnęła z sie­bie czarną ko­szulę. Wy­tarła się nią pod pa­chami i wrzu­ciła do ga­bloty. Po­tem zsu­nęła z nóg ko­zaki i zdjęła czarne skó­rzane spodnie, ci­snęła je na ko­szulę, a buty wło­żyła z po­wro­tem. Je­den z Ja­poń­czy­ków ze­mdlał na wi­dok ar­tystki z pier­siami na wierz­chu i w tłu­mie pod­nio­sła się wrzawa.

Zeta ścią­gnęła z wie­szaka ja­skra­wo­czer­woną suk­nię i z gra­cją się w niej za­nu­rzyła, a jed­no­cze­śnie zsu­nęła z sie­bie majtki i rów­nież rzu­ciła je do szkla­nej wi­tryny. Na­stęp­nie od­dała klucz ko­bie­cie w ka­sie.

Dżer­se­jowa suk­nia cia­sno opi­nała jej chude ciało aż po nad­garstki. De­kolt był dra­po­wany, z przodu cienka tka­nina koń­czyła się nad ko­la­nami, z tyłu zaś zwi­sała nie­sy­me­trycz­nie, się­ga­jąc do ły­dek.

Z pew­no­ścią sie­bie ko­biety świa­to­wej Zeta uto­ro­wała so­bie drogę przez tłum w kie­runku Ru­nego.

- Ta suk­nia po­cho­dzi z ko­lek­cji wio­sna dwa ty­siące dwa­na­ście. Po pro­stu trzeba ko­chać ten od­cień czer­wieni.

Roz­dział 3

- Co się stało? - spy­tał Na­czelny Ko­or­dy­na­tor Szwe­cji, na­zy­wany przez wszyst­kich ze szwedz­kiej sek­cji NK. Jego skań­ski dia­lekt po­brzmie­wał szorstko w cia­snym po­miesz­cze­niu.

Męż­czy­zna obok NK wy­jął krótki czarny grze­byk. Aby móc prze­cią­gnąć nim przez włosy, mu­siał się nieco po­chy­lić, po­nie­waż su­fit był bar­dzo ni­ski. Po­tem wsu­nął go po­now­nie do szy­tego na miarę gar­ni­turu.

Wszy­scy agenci, z któ­rymi NK na­wią­zał kon­takt w ciągu dwu­dzie­stu lat dzia­łal­no­ści, zo­stali zre­kru­to­wani na Bia­ło­rusi. Ten bru­talny eg­ze­ku­tor nie był wy­jąt­kiem. Na­to­miast w miarę upływu lat zna­cząco do­pra­co­wano ich wy­gląd ze­wnętrzny. Agent mu­siał się wto­pić w do­wolne śro­do­wi­sko ban­kowe. Czasy, gdy do ak­cji wy­sy­łano eme­ry­to­wa­nych za­wo­do­wych bok­se­rów ze zła­ma­nymi no­sami, na szczę­ście na­le­żały do prze­szło­ści.

- Twoim za­da­niem było spro­wa­dze­nie go tu­taj, a nie za­koń­cze­nie kon­traktu.

- Rze­mieśl­nik był ner­wowy. Po­cił się. - Agent po­wie­dział to głę­bo­kim i sen­nym gło­sem. - Prze­szu­ka­łem mu kie­sze­nie. Fa­cet ze­świ­ro­wał, za­czął za­pie­przać jak cho­lera. Włą­czył się au­to­pi­lot. I strze­li­łem.

Jego sło­wiań­ski ak­cent był wy­raź­niej­szy, niż NK pa­mię­tał.

- Pre­mii nie bę­dzie.

- Wiem.

Obaj zer­k­nęli na Präst­ga­tan przez okienko z szybą unie­moż­li­wia­jącą zaj­rze­nie do środka od ze­wnątrz. Ta kon­dy­gna­cja słu­żyła jako wej­ście do dwóch miesz­kań - mniej­szego, tuż za nimi, i więk­szego, trzy pię­tra wy­żej, a także do biura pię­tro ni­żej i do piz­ze­rii na par­te­rze z ad­re­sem na Väster­l?ng­ga­tan. Ze wszyst­kich do­mów na Sta­rym Mie­ście ten na­le­żał do naj­star­szych, po­wstał około 1650 roku.

Pod­bie­gła młoda ko­bieta i przy­kuc­nęła przy ciele. Przez chwilę roz­glą­dała się de­spe­racko za ja­kąś po­mocą, a na­stęp­nie ro­ze­rwała T-shirt i pró­bo­wała za­ta­mo­wać krwa­wie­nie go­łymi rę­kami. Nie­długo po­tem z in­nej strony na­de­szli dwaj męż­czyźni. A za nimi po­ja­wiła się fur­go­netka, która oświe­tliła uliczkę ja­skra­wym świa­tłem.

- Niech to szlag!

NK przy­su­nął się do szyby i przy­glą­dał się nie­zna­jo­mym z od­le­gło­ści za­le­d­wie dwóch me­trów. Je­den z nich od­cią­gnął ko­bietę, a drugi po­chy­lił się nad rze­mieśl­ni­kiem.

- Co to za jedni? - spy­tał agent.

NK stał bez słowa i ob­ser­wo­wał każdy ich ruch. Eg­ze­ku­tor po­wtó­rzył le­ni­wie py­ta­nie.

- Przy­pusz­czam, że Ame­ry­ka­nie. CIA? Może OIA? Wy­glą­dają na fa­chu­rów.

- My­śla­łem, że wszy­scy z OIA to zwy­kłe gry­zi­piórki. A to są wy­raź­nie ja­cyś ope­ra­cyjni.

The Of­fice of In­tel­li­gence and Ana­ly­sis to jedna z sie­dem­na­stu ame­ry­kań­skich agen­cji wy­wia­dow­czych, spo­śród któ­rych naj­bar­dziej znane były FBI i CIA. OIA zo­stała utwo­rzona trzy lata po ataku na bliź­nia­cze wieże w No­wym Jorku i miała za za­da­nie śle­dzić nie­le­galne trans­ak­cje fi­nan­sowe. Mó­wiąc krótko: wal­czyć z ter­ro­ry­zmem.

NK mu­siał - choć nie­chęt­nie - przy­znać, że był pod wra­że­niem tego, co zo­ba­czył.

- Spraw­dzają go pro­mie­niami UV - za­uwa­żył agent. - Wie­dzą o nas!

- Nie jest po­wie­dziane.

- Jak to nie. Po co by go ina­czej spraw­dzali ul­tra­fio­le­tem?

NK od­wró­cił się do Bia­ło­ru­sina, a ten od razu zro­zu­miał, że nie po­wi­nien się sprze­czać z sze­fem.

- Oczy­wi­ście, że wie­dzą o or­ga­ni­za­cji, ale mało praw­do­po­dobne, żeby znali nasz ad­res. Bo chyba nie po­da­łeś go rze­mieśl­ni­kowi?

- Nie, ja­sne, że nie.

Szef przyj­rzał się ba­daw­czo agen­towi. Jego od­po­wiedź pa­dła tro­chę za szybko, by można ją uznać za wia­ry­godną.

- Pew­nie się za­sta­na­wiał, do­kąd idzie. Co mu po­wie­dzia­łeś?

- Po­wie­dzia­łem tylko, że chcemy po­znać wszyst­kie szcze­góły do­ty­czące Ru­muna i że do­sta­nie swoje pie­nią­dze.

- Nie py­tał, dla­czego zo­stał za­stą­piony?

- Py­tał. Wy­ja­śni­łem, że w swoim cza­sie się do­wie.

NK opu­ścił ra­miona i od­wró­cił się znowu w stronę okna. Przy­glą­dał się do­brze zor­ga­ni­zo­wa­nemu te­amowi pra­cu­ją­cemu parę me­trów da­lej.

- Damy radę? Bez Ru­muna?

Na to py­ta­nie NK zmarsz­czył brwi.

- Ru­mun był ważny, ale za­wsze znajdą się inni.

Ze­spół na ulicy za­czy­nał się zbie­rać. Je­den z męż­czyzn wy­pro­wa­dził fur­go­netkę z cia­snego za­ułka, inny zro­bił kilka zdjęć ofiary i oto­cze­nia. Na po­le­ce­nie kie­rowcy dwaj ubrani na czarno fa­ceci wsko­czyli do sa­mo­chodu, zo­sta­wia­jąc za­strze­lo­nego chło­paka swo­jemu lo­sowi.

- Co te­raz?

- Pew­nie za­raz zjawi się po­li­cja. I za­puka do drzwi.

- Cho­dziło mi o mnie... - rzekł agent. - Zo­stał mi rok do końca kon­traktu.

NK spoj­rzał na Bia­ło­ru­sina. Nie było nic nad­zwy­czaj­nego w tym, że lu­dzie zni­kali. Pew­nie także eg­ze­ku­tor bę­dzie mu­siał prze­pra­co­wać swój ostatni rok w ja­kimś in­nym kraju.

- Do­wiem się w cen­trali - od­parł. - Ale skoro ten team zna­lazł się tu­taj tak szybko, to zna­czy, że masz nie­złego nosa. Do­bra ro­bota. Chyba jed­nak za­słu­ży­łeś so­bie na nie­wielką pre­mię.

Agent ski­nął głową z wdzięcz­no­ścią. Po­tem od­wró­cił się, żeby wyjść, ale rap­tem zmie­nił zda­nie i wyj­rzał przez okno.

- Czy on się wła­śnie po­ru­szył?

- Tak.

Bia­ło­ru­sin wy­mam­ro­tał coś po ro­syj­sku, wy­cią­gnął broń i ją od­bez­pie­czył, ale NK go po­wstrzy­mał, kła­dąc mu dłoń na ra­mie­niu. W tej sa­mej chwili ode­zwała się jego ko­mórka. Rzu­ciw­szy okiem na wy­świe­tlacz, NK zwró­cił się do agenta:

- To zbyt ry­zy­kowne. Słusz­nie zro­bi­łeś, strze­la­jąc do niego. Te­raz wiemy, że oni mają na nas oko, więc mu­simy być ostrożni. Idź już!

Kiedy Bia­ło­ru­sin znik­nął z pola wi­dze­nia, NK przy­ło­żył te­le­fon od ucha.

- Tak?

Roz­dział 4

Rune, głę­boko za­ko­rze­niony w sm?landz­kiej ziemi, nie za­wsze ko­chał Sztok­holm. Po­cząt­kowo tak bar­dzo po­chła­niały go in­te­resy, że nie miało dla niego zna­cze­nia, w ja­kim mie­ście czy kraju żyje. Od pew­nego czasu jed­nak za­czął do­ce­niać wszystko, co go ota­cza. Po­cząw­szy od rze­czy waż­nych, jak ta, że syn, jego naj­młod­szy po­to­mek po trzech cór­kach z rzędu, miał prze­jąć firmę, po rze­czy bar­dziej try­wialne, na przy­kład to, że piękna sto­lica kraju po­ło­żona jest na wy­spach, na styku mo­rza i lądu. A stało się to dzięki cze­muś tak ba­nal­nemu jak ból zęba.

Rune opu­ścił szybę w tak­sówce. Obok niego sie­działa Zeta. Wy­soko na tle nieba szy­bo­wały duże białe mewy, ich krzyk od­bi­jał się echem mię­dzy mu­rami do­mów. Po­po­łu­dnie nie­po­strze­że­nie prze­szło we wcze­sny wie­czór.

Słońce ob­le­wało za­bu­do­wa­nia nad je­zio­rem Mäla­ren cie­płymi od­cie­niami żółci i czer­wieni. Mo­rze przy­wi­tało ich za­pa­chem prze­sy­co­nym wo­nią wo­do­ro­stów.

Le­d­wie Rune zdą­żył roz­siąść się wy­god­nie, tak­sów­karz za­wró­cił na Skep­ps­bron i za­trzy­mał się przed nu­me­rem 40. Jazda trwała krótko i przy­po­mniała mu, że jesz­cze kilka lat temu mógł przejść ten od­ci­nek na pie­chotę.

Ob­jął wzro­kiem fa­lu­jące wody Salt­sjön oraz statki pły­nące po nich, by za­brać pa­sa­że­rów na wy­spy Djur­g?r­den i Fjäder­hol­marna. Tam niebo było ja­sno­błę­kitne.

- Sztok­holm wio­sną... jest piękny!

Za­brzmiało to tak, jakby chciał ko­goś prze­ko­nać.

Zeta bąk­nęła coś nie­zro­zu­mia­łego pod no­sem.

Rune wska­zał na dom o dziw­nych pro­por­cjach - wą­ski i wy­soki.

- Wiesz, jak na­zywa się ten bu­dy­nek?

Zeta po­krę­ciła głową, nie oka­zu­jąc spe­cjal­nego za­in­te­re­so­wa­nia.

- Küsel­ska hu­set, po jed­nym z osiem­na­sto­wiecz­nych wła­ści­cieli. Styl ba­ro­kowy, za­pro­jek­to­wał go ten sam ar­chi­tekt, który stwo­rzył Drot­t­nin­gholm, czyli Ni­co­de­mus Tes­sin młod­szy. A tu­taj mamy Tul­l­hu­set.

- Prze­stań - rzu­ciła Zeta i de­li­kat­nie pla­snęła go w po­li­czek. - Czy jest coś, na czym się nie znasz?

- Prze­cież wiesz, że dzia­łam w branży nie­ru­cho­mo­ści.

Wy­soka brama za­my­kała bez­i­mienny za­ułek. Na szczy­cie domu znaj­do­wała się ka­mera, która re­je­stro­wała wszyst­kich wcho­dzą­cych i wy­cho­dzą­cych. Na mu­rze po pra­wej stro­nie ro­iło się od do­mo­fo­nów, część była opa­trzona ma­łymi ta­blicz­kami, część cał­kiem ano­ni­mowa. Zeta na­ci­snęła je­den z przy­ci­sków. Po krót­kiej chwili roz­le­gło się słabe bu­cze­nie i mo­gli przejść da­lej.

Ich kroki od­bi­jały się echem w bru­ko­wa­nym śle­pym za­ułku, dźwięk skon­den­so­wał się, gdy zna­leźli się pod skle­pie­niem. Rune szedł z lekko po­chy­loną głową. Przy wio­dą­cych do piw­nicy drzwiach z czar­nego ku­tego że­laza świe­ciła żół­tym świa­tłem la­tar­nia. Drzwi, mimo że wy­glą­dały na bar­dzo stare, ustą­piły płyn­nie i bez­gło­śnie. Spi­ralne schody pro­wa­dziły w dół do nie­du­żego holu z gładką ka­mienną po­sadzką.

- Gdy po­my­śleć, że całe Stare Mia­sto to jedno wiel­kie szczu­rze gniazdo po­prze­ci­nane ko­ry­ta­rzami i dziu­rami - ode­zwała się Zeta - to na­prawdę cud, że to wszystko jesz­cze się nie za­wa­liło.

Za drzwiami cze­kał kel­ner. Rune wy­cią­gnął prawą rękę. Kiedy męż­czy­zna uniósł nad nią czyt­nik ze świa­tłem ul­tra­fio­le­to­wym, na skó­rze po­ka­zał się okrą­gły ta­tuaż wiel­ko­ści pię­cio­ko­ro­nówki. Słabe pik­nię­cie po­twier­dziło, że zo­stał roz­po­znany.

- Wi­tamy! - po­wie­dział.

- Dzię­kuję. Mi­nęło co naj­mniej pięt­na­ście lat od mo­jej ostat­niej wi­zyty tu­taj.

Kel­ner ski­nął głową.

- Chwi­leczkę! - rzekł i znik­nął.

- Je­steś głodna? - spy­tał Rune.

- Ani tro­chę - od­parła Zeta. - Ale mogę coś zjeść. Wiesz, jak to jest. Za­wsze znaj­dzie się ja­kiś fra­jer, który się uprze, żeby za­pro­sić mnie na ko­la­cję. Dzi­siaj je­steś nim ty.

Wkrótce kel­ner wró­cił do nich, te­raz z te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym w dłoni. Wes­tchnąw­szy, Zeta unio­sła prawe przed­ra­mię. Męż­czy­zna zro­bił zdję­cie jej ta­tu­ażu i wy­słał je gdzieś ese­me­sem. Rune z za­chwy­tem ujął jej rękę.

- Stara szkoła - za­uwa­żył, przy­glą­da­jąc się uważ­nie we­wnętrz­nej stro­nie jej nad­garstka. Nie­równy krąg, w któ­rym liczne li­nie zbie­gały się w środku. Czarny tusz już dawno stra­cił ostrość i in­ten­syw­ność. - Nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nio wi­dzia­łem ory­gi­nalny ta­tuaż. Cho­ciaż ten twój jest wy­jąt­kowo brzydki.

- Z pew­no­ścią wi­dział­byś ich wię­cej, gdy­byś był ak­tywny. De­li­kat­nie mó­wiąc, zdzi­wi­łam się, kiedy się dzi­siaj zja­wi­łeś. Mi­nęło tro­chę czasu, od­kąd się wi­dzie­li­śmy.

Kel­ner krę­cił się nie­cier­pli­wie, cze­ka­jąc na zwrotną in­for­ma­cję.

- Chyba nie mu­szę mó­wić, że do­stanę re­pry­mendę, je­śli nie po­in­for­muję pani, że ten ta­tuaż jest do usu­nię­cia - rzekł. - Któ­re­goś dnia po pro­stu nie bę­dzie pani mo­gła tu­taj wejść.

- Ja­sne - od­po­wie­działa, ma­cha­jąc mu nim przed no­sem. - Już to wi­dzę.

- La­se­rem to cał­kiem pro­sty za­bieg i... - Męż­czy­zna za­milkł, wi­dząc, że nikt go nie słu­cha. Zeta zaś, nie mo­gąc się do­cze­kać, usia­dła przy sto­liku. Za­pa­liła pa­pie­rosa, na co kel­ner na­tych­miast pod­biegł z po­piel­niczką.

- To co zwy­kle? - spy­tał.

Nie od­po­wie­działa, więc zwró­cił się do jej to­wa­rzy­sza:

- A czy pan ży­czy so­bie przej­rzeć menu?

- Nie, ale z całą pew­no­ścią nie we­zmę tego sa­mego co ona! - oznaj­mił Rune, mru­gnąw­szy okiem. W ciągu mi­nio­nych lat nie­raz jadł ko­la­cję z Zetą i wie­dział, że do­sta­wała fu­rii, je­śli przez po­myłkę po­ło­żono jej na ta­le­rzu ja­kieś wa­rzywa. - Po­pro­szę wodę i coś po­żyw­nego. Ja­rzyny czy coś w tym ro­dzaju, ro­zu­mie pan? Naj­waż­niej­sze, żeby było zdrowe. I bez soli.

Zeta unio­sła brwi.

- Wo­bec tego na po­czą­tek pro­po­nuję zupę po­krzy­wową, a jako da­nie główne go­to­wa­nego tur­bota - po­wie­dział kel­ner.

- Dajmy so­bie spo­kój z tą zupą, we­zmę tylko rybę. Ale pro­szę po­wie­dzieć ku­cha­rzowi, żeby nie do­da­wał soli! - pod­kre­ślił Rune, utkwiw­szy wzrok w kel­ne­rze, który grzecz­nie ski­nął głową, przy­zwy­cza­jony do wy­ma­ga­ją­cych klien­tów.

Rune od­wró­cił się do Zety.

- Mój le­karz na­ka­zał mi ści­słą dietę: A skoro czło­wiek nie może za­mó­wić tego, na co miałby ochotę, czy­ta­nie menu to czy­sta tor­tura. A ty co weź­miesz?

- Nie wiem. Mięso i al­ko­hol.

Ro­ze­śmiał się, krę­cąc głową. Na­stęp­nie ro­zej­rzał się po sty­lo­wym pod­ziem­nym wnę­trzu po­cho­dzą­cym ze śre­dnio­wie­cza. Obok stały jesz­cze dwa sto­liki - na­kryte, ale bez go­ści. Nie­zbyt wy­so­kie łu­kowe skle­pie­nie zbu­do­wane było z ce­gieł w bla­dych od­cie­niach ziemi. Duże nie­re­gu­larne ka­mie­nie w ścia­nie ota­czał biały tynk.

Rune po­now­nie spoj­rzał na Zetę, stu­diu­jąc jej twarz.

- Jesz­cze pięć­dzie­siąt dni temu nic nie wska­zy­wało na to, że moje ciało sta­nie się bar­dziej kru­che niż rząd mniej­szo­ściowy i zmusi mnie do pie­kiel­nych so­ju­szy. Ale oto je­stem w mie­ście, żeby za­ło­żyć koło. Jako je­den z in­we­sto­rów.

- Koło na rzecz nie­uży­wa­nia soli do je­dze­nia?

Oboje wy­buch­nęli śmie­chem.

- To mógłby być nowy wa­riant - po­wie­dział Rune. - Ale żarty na bok, cho­dzi o naj­waż­niej­sze koło, ja­kie kie­dy­kol­wiek po­wo­ła­łem. To może być moje ostat­nie, bez niego...

- Prze­stań! Im mniej wiem, tym le­piej. Nie chcę do niego na­le­żeć.

Rune po­krę­cił głową.

- Oczy­wi­ście, wcale nie pró­buję cię zwer­bo­wać. Będą tylko dwie osoby wta­jem­ni­czone.

- Okej - rzu­ciła Zeta. - Tak czy ina­czej, nie chcę wie­dzieć. Na­prawdę nie chcę!

- Na twoim miej­scu zmie­nił­bym ta­tuaż. Nie bo­isz się? Do­brze wiesz, że nie można się prze­ciw­sta­wiać or­ga­ni­za­cji bez­kar­nie. Na pewno jest gdzieś ja­kieś miej­sce tu w po­bliżu.

- A co mi zro­bią? Cho­dzę do re­stau­ra­cji i na przy­ję­cia, to wszystko. Co in­nego, gdy­bym była ak­tywna. Na­wia­sem mó­wiąc, jako sie­dem­na­sto­latka po­przy­się­głam so­bie, że ni­gdy nie po­zwolę na to, aby ktoś de­cy­do­wał o mnie i o moim ciele. Nikt nie bę­dzie mi dyk­to­wał, jak mam żyć.

- Ale dla­czego twoje stu­dio udaje te­raz mu­zeum? To cał­kiem do cie­bie nie­po­dobne. I co się stało z Cronh­jel­mem?

Rune przyj­rzał się jej wni­kli­wie. W jej wło­sach po­ja­wiło się kilka sza­rych ni­tek. Za­uwa­żył też, że jedna tę­czówka, ta nie­bie­ska, wy­da­wała się mniej­sza od brą­zo­wej. Zeta wes­tchnęła.

- Mia­sto chce, abym da­lej two­rzyła, a ja nie mu­szę się mar­twić o opła­ce­nie ra­chun­ków.

- Czy Carl zde­frau­do­wał pie­nią­dze? Pew­nie wiesz, że krąży mnó­stwo róż­nych plo­tek.

Zeta wy­trzą­snęła z pu­dełka pa­pie­rosa i za­pa­liła go w za­du­mie. Kiedy kel­ner wró­cił z szam­pa­nem i uniósł sza­blę, z wdzięcz­no­ścią od­wró­ciła wzrok od Ru­nego. Nie chciała, żeby przy­po­mi­nano jej o Carlu i o tym, że ją zo­sta­wił, kiedy go naj­bar­dziej po­trze­bo­wała. Po chwili po­chy­liła się nieco i de­li­kat­nie po­ło­żyła rękę na ko­la­nie swo­jego to­wa­rzy­sza. Przez ma­te­riał spodni czuła cie­pło jego skóry.

- Po­słu­chaj, kiedy na­stęp­nym ra­zem bę­dziesz się wy­bie­rać w po­dróż służ­bową, po­zwo­lisz mi so­bie to­wa­rzy­szyć?

- Je­śli sprze­dasz mi swoje rzeźby, mo­żesz po­je­chać ze mną wszę­dzie.

Gdy kel­ner pró­bo­wał na­peł­nić kie­li­szek Ru­nego, ten zde­cy­do­wa­nie od­mó­wił.

- To co bę­dziesz pił? - spy­tała Zeta ze zdzi­wie­niem.

- Wodę.

Po­krę­ciła głową z nie­do­wie­rza­niem.

- Cze­goś tak nie­do­rzecz­nego już dawno nie sły­sza­łam. W końcu szam­pana chyba mo­żesz się na­pić? - Unio­sła wy­soko swój kie­li­szek. - Do­póki jest praw­dziwy, nie ma żad­nego nie­bez­pie­czeń­stwa.

- Nie­stety, za­le­cono mi su­rową dietę. Ani kro­pli al­ko­holu.

- Twoje nowe zdrowe ja na­prawdę mnie nu­dzi. Nie słu­chaj le­ka­rzy, oni gówno wie­dzą.

- Oba­wiam się, że w tym wy­padku wie­dzą. Nie­stety.

Zeta przyj­rzała mu się uważ­nie, two­rząc wy­ima­gi­no­waną ko­pię w swo­jej gło­wie. Przy­mru­żyła oczy, jakby szki­co­wała. Po­wierzch­nia por­tretu była tłu­sta i błysz­cząca jak olej lniany. Pod­ma­lówka prze­bi­jała słabo przez um­brę zie­loną. Mię­śnie oczo­do­łów się skur­czyły, po­zo­sta­wia­jąc brą­zo­wo­fio­le­towe cie­nie pod oczami. Ca­put mor­tuum, żółć ne­apo­li­tań­ska i terre verte. Dwa grube kleksy za­zna­czały ko­ści po­licz­kowe. Wręcz miała ochotę wy­cią­gnąć rękę i spraw­dzić, czy farba już wy­schła. Pod dro­gim gar­ni­tu­rem wi­działa wy­chu­dzone, ale jed­no­cze­śnie na­brzmiałe ciało. Miała wra­że­nie, że czuje za­pach lekko nad­psu­tego mięsa.

- Dla­czego tak bar­dzo za­leży ci na kup­nie rzeźb? - De­li­kat­nie po­gła­skała go po udzie. - Prze­cież wiesz, że nie mogę ich sprze­dać. To je­dyne, co mi zo­stało...

- Po­dej­rze­wa­łem, że tak wła­śnie po­wiesz. - Rune wes­tchnął, po czym do­dał cien­kim gło­sem: - Czasu jest co­raz mniej.

- Co ty pie­przysz?

Zeta dziew­częco wy­dęła usta. Zro­biła to nie­świa­do­mie, nie­mal au­to­ma­tycz­nie.

Każdy, kto się do niej zbli­żał, li­czył na to, że i jemu udzieli się jej sta­tus gwiazdy. Wszy­scy chcieli uszczk­nąć jej cząstkę. Przez lata sławy po­znała tak wielu lu­dzi, że nie­świa­do­mie po­dzie­liła ich na ka­te­go­rie.

Mniej­szość pod­nie­cała się, wy­obra­ża­jąc ją so­bie w pra­cowni ubraną je­dy­nie w skó­rzany far­tuch i ener­gicz­nie mie­sza­jącą ce­ment albo w trak­cie spa­wa­nia.

Ist­niała też inna ka­te­go­ria, do któ­rej zwy­kle na­le­żeli męż­czyźni o nie­zwy­kłej wła­dzy, któ­rzy albo pra­gnęli ją zdo­być, albo chcieli, aby to ona nad nimi do­mi­no­wała - taka za­bawa w od­gry­wa­nie ról.

I byli też tacy jak Rune, któ­rzy chcieli się nią za­opie­ko­wać, aby móc się po­czuć jej wy­ba­wi­cie­lem.

- Mo­gła­byś przy­naj­mniej wy­słu­chać mo­jej oferty? - po­wie­dział.

Zeta po­krę­ciła głową, ale na­gle osłu­piała, bo Rune rap­tem zgiął się wpół i trzy­ma­jąc się kur­czowo za brzuch, wy­dał z sie­bie dźwięk przy­po­mi­na­jący syk nie­szczel­nej bu­tli z ga­zem.

- Gazy? - rzu­ciła żar­to­bli­wym to­nem, lecz na wi­dok jego wy­krzy­wio­nej bó­lem twa­rzy na­tych­miast tego po­ża­ło­wała. Syk prze­szedł w gar­dłowe po­ję­ki­wa­nie, któ­rego Rune wy­raź­nie nie kon­tro­lo­wał. Poza tym cały się trząsł.

Po chwili ostroż­nie za­czerp­nął po­wie­trza, na­dal jed­nak nie był w sta­nie mó­wić. Zeta, wciąż trzy­ma­jąc dłoń na jego udzie, czuła, jak jego ciało się na­pięło, jakby pró­bo­wało się przy­go­to­wać na nowy atak lada chwila.

Rune zro­bił kilka ostroż­nych od­de­chów i po­woli wy­pro­sto­wał tu­łów.

- By­łoby miło mieć Parę na dzie­dzińcu w Syr­khulta, tak abym mógł pa­trzeć na nią pod­czas re­kon­wa­le­scen­cji. O ile prze­żyję.

- O ile prze­ży­jesz? - Zeta cof­nęła rękę. - Prze­stań mnie za­nu­dzać tymi bzdu­rami.

Nie była przy­zwy­cza­jona do niego w ta­kim wy­da­niu. Wo­lała go jako sil­nego i wi­zjo­ner­skiego li­dera biz­nesu.

- Je­steś umie­ra­jący - stwier­dziła rze­czowo po chwili.

- Może. A może nie - po­wie­dział z gorz­kim uśmie­chem. - Czy ktoś ci już mó­wił, że masz piękne oczy?

Roz­dział 5

Sam na­dal sie­działa przy sto­liku. Kajsa trzy­mała ręce wy­cią­gnięte przed sie­bie, jakby nio­sła mar­twe zwie­rzę. W pracy za­wsze no­siła w kie­szeni cien­kie la­tek­sowe rę­ka­wiczki, tu ich, rzecz ja­sna, nie miała. Jej dło­nie były uma­zane krwią i drżały.

- Mu­szę się umyć.

W ła­zience na­my­dliła je do­kład­nie aż po nad­garstki, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie od­zy­skać rów­no­wagę. Nie­ła­two było upo­rząd­ko­wać to wszystko, co jesz­cze przed chwilą działo się na jej oczach.

Po­tem po­pi­jały szam­pana w mil­cze­niu i ja­dły w by­naj­mniej nie pod­nio­słym na­stroju. Choć nie­bie­skie pu­dełko znik­nęło ze stołu, wy­da­wało się wciąż na nim stać i za­wa­dzać jak ka­myk w bu­cie. Obie sta­rały się uni­kać za­sad­ni­czego te­matu roz­mowy, cze­ka­jąc, aż być może po­ru­szy go ta druga.

Świa­do­mie igno­ro­wały od­głos sy­ren do­bie­ga­jący z prze­ciw­le­głego końca wą­skiej uliczki. Po­zo­stali go­ście lo­kalu wy­glą­dali przez okna, nie­któ­rzy wy­szli na ze­wnątrz. Wkrótce wia­do­mość się ro­ze­szła i cała re­stau­ra­cja wie­działa, że na ulicy leży po­strze­lony męż­czy­zna.

Kajsa raz po raz od­twa­rzała w gło­wie prze­bieg wy­pad­ków sprzed kil­ku­na­stu mi­nut. Tak wiele nie zga­dzało się w tej hi­sto­rii i tak wiele bu­dziło jej wąt­pli­wo­ści, że nie­mal w ogóle nie po­świę­cała uwagi ani swo­jej part­nerce, ani tym bar­dziej je­dze­niu. My­śli i ob­razy, które wciąż jesz­cze miała przed oczami, nie da­wały jej spo­koju. Naj­chęt­niej za­dzwo­ni­łaby za­raz do swo­jego daw­nego star­szego ko­legi Chri­stiana Mo­diga. Po­znali się pod­czas jej pół­rocz­nej prak­tyki po­li­cyj­nej aspi­rantki na ko­men­dzie w Örn­sköld­svik. Za sześć mie­sięcy miał przejść na eme­ry­turę, co było dla niego te­ma­tem draż­li­wym, wspo­mi­nał więc o nim je­dy­nie prze­lot­nie i żar­to­bli­wie, jak ktoś, kto cierpi na śmier­telną cho­robę, ne­guje ją i twier­dzi, że wy­zdro­wieje, cho­ciaż wszy­scy wie­dzą, że bę­dzie ina­czej.

Od­szedł na eme­ry­turę w maju. A te­raz jest czer­wiec. Po­winna była do niego za­dzwo­nić już wcze­śniej, ale ja­koś się na to nie zdo­była. Bo o czym by roz­ma­wiali? Te­raz ten pro­blem znik­nął, tyle że opo­wia­da­nie w miej­scu pu­blicz­nym o za­bój­stwie nie by­łoby w po­rządku, więc się po­wstrzy­mała.

- Przy­je­cha­ły­śmy tu, żeby uczcić moją nową pracę - ode­zwała się wresz­cie Sam. - Za­pro­si­łam cię na ko­la­cję, ale ty, jak tylko coś ci nie pa­suje, zni­kasz szyb­ciej niż dia­beł na dźwięk dzwonu na mszę.

- Speł­ni­łam je­dy­nie swój obo­wią­zek, każdy po­li­cjant za­cho­wałby się na moim miej­scu tak samo.

Kajsa po­pro­siła o ra­chu­nek. Gdy po­tem pró­bo­wała po­móc Sam wło­żyć kurtkę, ta wy­rwała jej ją z rąk. Obie chciały jak naj­szyb­ciej opu­ścić re­stau­ra­cję, ale każda z in­nego po­wodu.

Za­miar za­dzwo­nie­nia na 112 na­dal po­zo­sta­wał tylko za­mia­rem. Dla­czego nie mo­gła się zde­cy­do­wać? Czuła się za­że­no­wana, że zo­stała od­pra­wiona z miej­sca prze­stęp­stwa. Wo­lała naj­pierw po­roz­ma­wiać z Mo­di­giem?

Przy­trzy­mała drzwi i prze­pu­ściła w nich Sam. Zna­la­zł­szy się na chod­niku, obie au­to­ma­tycz­nie od­wró­ciły wzrok od po­li­cjan­tów, któ­rzy stali kil­ka­dzie­siąt me­trów da­lej przy ta­śmie od­gra­dza­ją­cej.

Roz­ma­wiali z ja­kąś ko­bietą, w ogóle nie zwra­ca­jąc uwagi na po­zo­sta­łych go­ści. Dla­czego czyn­no­ści roz­po­częły się w taki nie­ty­powy spo­sób? Kajsa po­znała po mun­du­rach funk­cjo­na­riu­szy sto­łecz­nej po­li­cji. Dziwne, że nie za­trzy­mano wszyst­kich obec­nych w lo­kalu i nie prze­słu­chano ich jako świad­ków. Bo cho­ciaż miej­sce zda­rze­nia znaj­do­wało się nieco da­lej, nie­wy­klu­czone, że ktoś jed­nak coś wi­dział.

Sy­reny już umil­kły, ale nie­bie­skie świa­tła na­dal mi­gały. Kajsa po­czuła ukłu­cie w żo­łądku. Co wię­cej mo­gła zro­bić?

Chcia­łaby po­dejść do ko­le­gów i spy­tać o stan po­strze­lo­nego. Cho­ciaż do­my­ślała się, co usły­szy, wo­lała za­cho­wać na­dzieję. Mo­głaby im po­wie­dzieć, że zna­la­zła się jako pierw­sza na miej­scu. Ale grupa ope­ra­cyjna, czy kim­kol­wiek byli tamci męż­czyźni, po­pro­siła ją prze­cież, aby się od­da­liła i nie prze­szka­dzała. Do­go­niła więc Sam, która zmie­rzała już w kie­runku me­tra. Bę­dzie mu­siała po­cze­kać na ja­kie­kol­wiek in­for­ma­cje - jak wszy­scy - do uka­za­nia się ju­trzej­szych ga­zet.

My­śli ir­ra­cjo­nal­nie prze­ska­ki­wały z te­matu na te­mat. Ob­razy z prze­szło­ści mie­szały się bez­ład­nie z do­zna­niami z ostat­niej go­dziny. Spo­śród mgły wy­ło­niło się na­głe wspo­mnie­nie Fred­diego Eka, który zła­pał ją za piersi i za­czął je mocno ob­ści­ski­wać. Obu­dziło się po­czu­cie bez­rad­no­ści, gdy pró­bo­wała go ode­pchnąć, ale nie zdo­łała, po­nie­waż była zbyt pi­jana. Fala mdło­ści nie­mal cof­nęła ro­st­bef z re­ni­fera z piure ziem­nia­cza­nym do gar­dła.

Ni­gdy nie do­cze­kała się za­dość­uczy­nie­nia, zdo­była się na­to­miast na oso­bi­stą ze­mstę. Ale to nie to samo co udana te­ra­pia.

Za­czerp­nęła głę­boko po­wie­trza i po­wie­działa so­bie, że to stres wy­wo­łany wi­do­kiem po­strze­lo­nego męż­czy­zny spra­wił, że na­gle ożyły wspo­mnie­nia z od­le­głej prze­szło­ści. Wzięła jesz­cze kilka so­lid­nych od­de­chów.

A po­tem po­my­ślała znowu o nie­bie­skim ak­sa­mit­nym pu­de­łeczku. Wy­da­wało jej się, że w mo­men­cie, kiedy pa­dły tamte dwa strzały, Sam je otwo­rzyła. Gdy Kajsa zer­k­nęła na swoją dziew­czynę, ta obej­rzała się na nią ze zło­ścią. Dziś wie­czo­rem mi­jał ter­min skła­da­nia po­dań o pracę w Örn­sköld­svik. Nie przy­zna­wała się do tego sama przed sobą, ale tu, w Sztok­hol­mie, cze­goś jej bra­ko­wało. Cze­goś waż­nego, cho­ciaż nie po­tra­fiła tego do­kład­nie na­zwać.

- Po­słu­chaj... - za­częła. - Do­sta­łam ofertę pracy.

Sam od­wró­ciła się, ale za­trzy­mała na niej wzrok za­le­d­wie przez uła­mek se­kundy.

- Można apli­ko­wać dziś do końca dnia. Chcą, że­bym zło­żyła wnio­sek.

Scho­dami na sta­cję me­tra, a po­tem tu­ne­lem na pe­ron szły w cał­ko­wi­tym mil­cze­niu. Prze­cią­gnęły karty przez czyt­nik i szklane drzwi się roz­su­nęły. Sły­sząc wjeż­dża­jący po­ciąg czer­wo­nej li­nii, Sam przy­spie­szyła kroku.

- Jest tylko je­den pro­blem... - kon­ty­nu­owała Kajsa.

Wsko­czyły do wa­gonu. Sam się nie od­zy­wała, więc Kajsa za­mil­kła, nie wie­dząc, czy ma mó­wić da­lej, skoro przy­ja­ciółka nie chce z nią roz­ma­wiać. Obie za­pa­trzyły się w okno, wpa­tru­jąc się w nie­prze­nik­nioną ciem­ność tu­nelu.

- Jaki? - pa­dło wresz­cie py­ta­nie. - Jaki pro­blem?

- Ta praca jest w Örn­sköld­svik. Ale je­stem pewna, że wy­star­czy rok, a na pewno po­lu­bisz Nor­r­land. Zima i śnieg wcale nie są ta­kie straszne, jak ci się wy­daje.

Sam ob­rzu­ciła Kajsę nie­uf­nym spoj­rze­niem i ścią­gnęła swoje sta­ran­nie wy­pie­lę­gno­wane brwi.

- I praw­do­po­dob­nie tam też jest klub ta­neczny, do któ­rego mo­gła­byś do­łą­czyć - prze­ko­ny­wała Kajsa. - A je­śli nie ma, to mo­żesz sama za­ło­żyć grupę tań­ców la­ty­no­skich. Nie wy­obra­żam so­bie lep­szego na­uczy­ciela od cie­bie. Jest też parę na­prawdę faj­nych ka­wiarni i...

Sam znów utkwiła wzrok w szy­bie. A kiedy po­ciąg do­jeż­dżał do Horn­stull, bar­dzo się pil­no­wała, aby nie spoj­rzeć na sie­dzącą na­prze­ciw niej Kajsę. Wstała i ru­szyła do wyj­ścia, na­wet nie cze­ka­jąc na swoją dziew­czynę.

Roz­dział 6

NK Szwe­cji wszedł do po­koju. In­grid Nor­hed sie­działa wy­pro­sto­wana na kan­cia­stej ka­na­pie typu Le Cor­bu­sier. Była ubrana w gra­na­towy ble­zer marki Bu­snel, lekko na­rzu­cony na ra­miona. Gdy pod­nio­sła głowę i spoj­rzała na niego swo­imi błę­kit­nymi oczami, swe­ter zsu­nął się nieco z jed­nej strony, ale In­grid jed­nym de­li­kat­nym ru­chem na­cią­gnęła go z po­wro­tem.

- To To­bias...

- Rze­mieśl­nik - prze­rwał jej NK. - Żad­nych na­zwisk ani imion.

- To rze­mieśl­nik przy­szedł?

Po­krę­cił głową. Po­nie­waż po­kój wy­cho­dził na Väster­l?ng­ga­tan, całe za­mie­sza­nie na Präst­ga­tan umknęło jej uwa­dze. Mu­siał się przy­go­to­wać, aby móc jej wy­ja­wić, że to jej sio­strze­niec leży mar­twy za bramą.

Ude­rzyło go, że sze­fowa koła, która wy­brała dla sie­bie okre­śle­nie "ad­mi­ni­stra­torka", mimo cięż­kiej ha­rówki była nie­zwy­kle opa­no­wana i przy­tomna. Nie wy­da­wała się też szcze­gól­nie przy­tło­czona pracą, która z pew­no­ścią jesz­cze ją cze­kała. Kie­ro­wała pro­jek­tem jak praw­dziwy przy­wódca, ni­czym ge­ne­rał na polu walki, na po­zór wolna od pod­szy­tych stra­chem my­śli o lu­dziach, za któ­rych ży­cie od­po­wia­dała.

- Na czym skoń­czy­li­śmy? - spy­tał, aby zy­skać na cza­sie.

- Mó­wi­li­śmy o za­gi­nio­nym Ru­mu­nie i o tym, że uzy­skamy od­po­wiedź na na­sze py­ta­nie, jak tylko po­jawi się rze­mieśl­nik - od­parła ad­mi­ni­stra­torka.

- A tak, ja­sne - rzu­cił NK, do­sko­nale zda­jąc so­bie sprawę, że ni­gdy nie uzy­skają od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. - To spora strata, że Ru­mun nie zna­lazł się w do­sta­wie. Ale nie­za­leż­nie od przy­czyny trzeba dzia­łać bez niego. Nie mo­żemy opóź­nić pro­jektu. Mu­sisz pra­co­wać z tym, co masz.

Ad­mi­ni­stra­torka zmarsz­czyła czoło, wy­raź­nie nie­za­do­wo­lona.

- Nie mógł­byś za­py­tać ru­muń­skiej strony...

- Nie! - prze­rwał jej NK. - To pro­jekt ogra­ni­czony cza­sowo.

- Ale nasz ze­spół po­trze­buje...

- Mu­si­cie to wziąć pod uwagę. Nie mogę ci po­móc. Po­nowne otwar­cie za­mknię­tego pro­jektu by­łoby zbyt ry­zy­kowne i nie wcho­dzi w ra­chubę. Uznajmy te­mat za za­koń­czony.

Ad­mi­ni­stra­torka sie­działa w mil­cze­niu. NK miał de­cy­du­jący głos w kwe­stiach ogól­nej dzia­łal­no­ści, rów­nież tego koła.

- Ale - ode­zwał się znowu - za dzie­sięć dni za­czy­namy nową se­lek­cję. Może wtedy się uda, o ile na­dal bę­dzie to dla cie­bie ważne.

Ko­bieta ski­nęła głową i prze­szła do ko­lej­nych punk­tów.

- Ju­tro do­trze ostat­nia grupa per­so­nelu. Zo­staną ode­brani przez moją prawą rękę w Ystad.

- W po­rządku - skwi­to­wał z za­do­wo­le­niem NK. - W ta­kim ra­zie, skoro lada mo­ment wszy­scy będą na miej­scu i wszystko bę­dzie go­towe do ope­ra­cji, ty i fi­nan­si­sta mo­że­cie już je­chać do Hum­me­lvik.

- Lecę do Hum­me­lvik ju­tro z sa­mego rana, chcę tam być, gdy do­jadą pie­lę­gniarki. Całe wy­po­sa­że­nie jest już za­in­sta­lo­wane, ale mu­simy je prze­te­sto­wać i zgrać ze­spół. Na do­brą sprawę przy­dałby się nam cały ty­dzień, żeby wszystko do­szli­fo­wać i do­pil­no­wać, by każdy po­tem sta­nął na wy­so­ko­ści za­da­nia, oba­wiam się jed­nak, że bę­dziemy mu­sieli się ogra­ni­czyć do jed­nego dnia, je­żeli fi­nan­si­sta jest w tak kiep­skim sta­nie. Po­win­ni­śmy ope­ro­wać jak naj­szyb­ciej, ale nie chcę cią­gnąć go tam na darmo.

- Kto się nim zaj­mie?

- Nikt. Za­nim wy­jadę, dam mu coś prze­ciw­bó­lo­wego.

- A je­śli coś mu się sta­nie?

Gdy ad­mi­ni­stra­torka ob­rzu­ciła go za­ska­ku­jąco chłod­nym i po­zba­wio­nym sen­ty­men­tów spoj­rze­niem, od razu wie­dział, co pad­nie z jej ust.

- Cho­dzi ci o to, że jego stan się po­gor­szy? - spy­tała, wes­tchnąw­szy ciężko. - Nie ma planu B, nie mo­żemy zro­bić nic wię­cej. On i tak żyje już na kre­dyt. Bóle staną się nie do znie­sie­nia. W ra­zie czego wsa­dzisz go do tak­sówki i po­pro­sisz kie­rowcę, żeby za­wiózł go do Szpi­tala Po­łu­dnio­wego na izbę przy­jęć. On jest umie­ra­jący, ale kiedy na­dej­dzie jego go­dzina, tego nikt nie jest w sta­nie prze­wi­dzieć.

NK wie­dział, że ad­mi­ni­stra­torka zna fi­nan­si­stę z klubu gol­fo­wego. Ta przed­się­bior­cza sześć­dzie­się­cio­latka za­ło­żyła koło ra­zem z nim i była wła­ści­cielką szwedz­kiej czę­ści pro­jektu.

W za­leż­no­ści od ro­dzaju koła na­kłady pracy na star­cie były zróż­ni­co­wane. Skala obec­nej ope­ra­cji prze­ra­stała wszyst­kie inne, z ja­kimi NK miał kie­dy­kol­wiek do czy­nie­nia. Ozna­czało to re­alny zysk fi­nan­sowy dla szwedz­kiej sek­cji. Szwedzki fi­nan­si­sta za­in­we­sto­wał dwa­dzie­ścia mi­lio­nów ko­ron, za­strzegł jed­nak, że je­śli prze­żyje, po­łowa tej kwoty, czyli dzie­sięć mi­lio­nów, przy­pad­nie na wy­płatę.

Nie­mało pie­nię­dzy wpom­po­wali także ame­ry­kań­scy in­we­sto­rzy za po­śred­nic­twem licz­nych spółek in­we­sty­cyj­nych. Dla­tego NK nie miał ra­czej wąt­pli­wo­ści, że to OIA stoi za dzi­siej­szym drob­nym show w wy­ko­na­niu trzech męż­czyzn. Czy zda­wali so­bie sprawę, jak bli­sko szwedz­kiej głów­nej sie­dziby się znaj­do­wali? Za­bie­ra­jąc sprzęt do pod­słu­chu, za­tarli po so­bie ślady, ale za­ra­zem pod­jęli ogromne ry­zyko, od­sła­nia­jąc się w ten spo­sób. NK spoj­rzał na ad­mi­ni­stra­torkę.

- Kiedy we­dług cie­bie bę­dzie­cie go­towi? I kiedy mogę przy­jąć ame­ry­kań­skich klien­tów? Mu­szę im po­dać ja­kąś datę.

- Jak już wspo­mnia­łam, zo­stało nam tylko do­gra­nie per­so­nelu, a po­tem dwie in­au­gu­ra­cyjne ope­ra­cje. To zaj­mie ze dwa do trzech ty­go­dni. Kiedy już za­czniemy dzia­łać na do­bre, są­dzę, że bę­dziemy w sta­nie prze­pro­wa­dzać jedną, może dwie po­ważne ope­ra­cje ty­go­dniowo i cztery do sze­ściu za­bie­gów pla­stycz­nych. Mniej wię­cej ta­kiej bazy klien­tów po­trze­bu­jemy.

- A ta szwedzka pie­lę­gniarka, którą za­trud­ni­łaś? Czy to roz­sądny krok?

- Nie dam rady zaj­mo­wać się wszyst­kim sama, dla­tego mu­szę mieć cho­ciaż jedną osobę, która mnie wes­prze.

- Nie lep­sza by­łaby ja­kaś Po­lka czy Hin­du­ska?

In­grid po­krę­ciła głową.

- Szwedzka pie­lę­gniarka weź­mie udział w pierw­szych dwóch ope­ra­cjach, w któ­rych pa­cjen­tami są Szwe­dzi. Po­tem przej­dzie do chi­rur­gii pla­stycz­nej i nie bę­dzie już miała żad­nego kon­taktu z mo­imi klien­tami. Poza tym uwa­żam, że dzięki niej cały per­so­nel zy­ska, że tak po­wiem... - In­grid prze­chy­liła głowę na bok - ...na wia­ry­god­no­ści. Ona go nie­jako le­gi­ty­mi­zuje. Trzeba też pa­mię­tać, że ja nie za­wsze będę mo­gła być na miej­scu. Wtedy to ona bę­dzie od­bie­rać te­le­fony i za­ła­twiać drobne sprawy or­ga­ni­za­cyjne.

Dys­kretny sy­gnał dźwię­kowy zdra­dził, że na ulicy ktoś stoi pod drzwiami.

- To pew­nie Tob... rze­mieśl­nik.

- Nie. Są­dzę, że to po­li­cja - rzekł NK. - Twój rze­mieśl­nik był na pod­słu­chu. Miał pod­pięty ja­kiś na­daj­nik. Praw­do­po­dob­nie ame­ry­kań­ski. Kiedy to wy­szło na jaw, pró­bo­wał uciec. Agent za­koń­czył z nim współ­pracę.

Ni­gdy nie na­le­żało an­ga­żo­wać do koła lu­dzi, któ­rzy nie trak­tują jego dzia­łal­no­ści wy­star­cza­jąco po­waż­nie. I na­wet je­śli za­trud­nie­nie rzut­kiej przed­się­bior­czyni, jaką jest ad­mi­ni­stra­torka, miało swoje za­lety, to jed­nak NK mocno wąt­pił, czy ko­bieta do­sta­tecz­nie prze­my­ślała, co zna­czy włą­cze­nie do pro­jektu ko­goś z ro­dziny. Współ­czu­cie dla bez­ro­bot­nych krew­nych po pro­stu nie po­winno w ogóle mieć nic wspól­nego z ko­łem.

- Za­koń­czył współ­pracę? Co to zna­czy? - Uśmiech na­gle znik­nął z twa­rzy In­grid. - Czy Tobbe nie żyje? Boże drogi! I mó­wisz mi to do­piero te­raz? Tylko dla­tego, że po­peł­nił parę błę­dów pod­czas po­dróży z Ru­mu­nii?

NK sta­ran­nie wło­żył wszyst­kie do­ku­menty do­ty­czące koła do pla­sti­ko­wej teczki. Po­tem za­mknął ją na gumki i pu­ścił je tak mocno, że trza­snęły z hu­kiem.

- Mu­sie­li­śmy się­gnąć po środki nad­zwy­czajne. Błę­dów było za dużo. Nie dość, że nie dał so­bie rady z za­da­niem i nie spro­wa­dził Ru­mu­nów, to jesz­cze nie­wiele bra­ko­wało, a zdra­dziłby nasz ad­res jan­ke­som. To mia­łoby tra­giczne skutki dla szwedz­kiej sek­cji. Nie ro­zu­miesz tego? To­bias za­gra­żał two­jemu kołu.

In­grid od­wró­ciła wzrok.

- Cho­lera wie, jak jan­kesi się o nim do­wie­dzieli - kon­ty­nu­ował NK. - To­bias praw­do­po­dob­nie na­wet nie miał po­ję­cia, że pró­bują go zwer­bo­wać. Ale ty by­łaś świa­doma ry­zyka, prawda?

- Tak, by­łam świa­doma - przy­znała zmę­czo­nym gło­sem. - Masz ra­cję, to by­łoby fa­talne, gdy­by­śmy zo­stali zde­ma­sko­wani. To by­łoby dużo gor­sze.

Po­nie­waż nie za­re­ago­wała tak, jak się oba­wiał, NK zdo­był się na rzadki u niego gest współ­czu­cia.

- Czy rze­mieśl­nik... To­bias był dla cie­bie ważny?

- Nie, nie bez­po­śred­nio, cho­ciaż to mój sio­strze­niec. Moja sio­stra za­dzwo­niła w jego imie­niu i spy­tała, czy nie zna­la­złoby się ja­kieś za­ję­cie od­po­wied­nie dla niego. Po­my­śla­łam, że praca kie­rowcy mo­głaby być cał­kiem do­bra. Czło­wiek za­wsze stara się po­móc.

In­grid za­pa­trzyła się pu­stym wzro­kiem przed sie­bie.

- Tak czy ina­czej, wąt­pię, aby po­li­cja na coś wpa­dła - rzekł NK. - Już nie mogę się do­cze­kać tego no­wego koła. Na pewno bę­dzie fan­ta­styczne. Je­śli chcesz wyjść, to od strony Väster­l?ng­ga­tan. Za­wia­dom też fi­nan­si­stę. A swoją drogą, gdzie on te­raz jest?

- W mie­ście na ko­la­cji.

- U Freda?

- Tak.

- Hm, czyli wy­szedł na mia­sto i się za­ba­wia. To chyba nie jest z nim aż tak źle?

- Jego stan jest kry­tyczny, cały czas po­trze­buje mor­finy. W każ­dej chwili może na­stą­pić kry­zys, dla­tego trzy­maj kciuki, aby nie stało się to te­raz. Szwedzka część fi­nan­so­wa­nia za­leży od po­wo­dze­nia jego ope­ra­cji.

Roz­legł się nowy, bar­dziej nie­cier­pliwy sy­gnał. NK ru­szył w kie­runku klatki scho­do­wej.

- Ja­kie ma szanse? - spy­tał jesz­cze.

- Chcia­ła­bym móc po­wie­dzieć, że pięć­dzie­siąt na pięć­dzie­siąt. Do­brze, że on nie wie, jak bar­dzo jest z nim źle.

Roz­dział 7

Kajsa we­szła do sy­pialni i za­mknęła drzwi. Wy­jąw­szy ko­mórkę, za­częła szu­kać nu­meru w kon­tak­tach, gdy na­gle do po­koju wpa­dła Sam. Miała czer­woną twarz.

- Co ty wy­pra­wiasz? Dla­czego się za­my­kasz? Może naj­pierw by­śmy się roz­mó­wiły?

Kajsa unio­sła te­le­fon.

- Chcia­łam tylko za­dzwo­nić.

Sam za­ci­snęła pię­ści i wzięła kilka głę­bo­kich od­de­chów, po czym z sy­kiem wy­pu­ściła nad­miar po­wie­trza przez za­ci­śnięte zęby.

- Mu­jer an­ti­so­cial!

- Słu­cham?

- Nie mo­żesz tak po pro­stu wyjść w środku kłótni!

- Prze­cież nie od­zy­wa­łaś się do mnie ani sło­wem - od­po­wie­działa Kajsa ze wzro­kiem utkwio­nym w dy­wa­nie. - Nie mia­łam po­ję­cia, że się kłó­ci­ły­śmy.

- Ach tak, czyli we­dług cie­bie mamy na­wet nie roz­ma­wiać o tym, co stało się dziś wie­czo­rem?

Kajsa za­mie­rzała za­dzwo­nić do swo­jego daw­nego ko­legi z Örn­sköld­svik i opo­wie­dzieć mu o dziw­nym zda­rze­niu na Sta­rym Mie­ście. Sam mach­nęła gwał­tow­nie rę­kami.

- No, po­wiedz coś! - rzu­ciła, po czym ogar­nięta fu­rią zro­biła krok w kie­runku part­nerki. Ta od­ru­chowo się cof­nęła, ona jed­nak upar­cie po­su­wała się za nią, jakby w ten spo­sób chciała ją zmu­sić do roz­mowy, aż wresz­cie Kajsa oparła się ple­cami o ścianę.

- Co mam ci po­wie­dzieć?

- Co­kol­wiek! - rzu­ciła Sam i szturch­nęła ją w klatkę pier­siową.

- Uwa­żam, że je­śli cho­dzi o Örn­sköld­svik, po­win­naś dać so­bie szansę - wy­krztu­siła Kajsa.

Za­sko­czona Sam opu­ściła ra­miona i z nie­do­wie­rza­niem otwo­rzyła usta. Bez słowa ob­ró­ciła się na pię­cie i wy­szła z po­koju. Ci­sza, jaka w nim za­le­gła, była gor­sza od krzyku i wrza­sku.

Ich dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie przy Horn­stull było małe i bar­dzo aku­styczne. Pier­wot­nie była to ka­wa­lerka z wnęką sy­pialną. Kajsa sły­szała, jak Sam od­krę­ciła kran nad umy­walką w ła­zience.

Kiedy Kajsa się tu wpro­wa­dziła, wspól­nie po­sta­no­wiły prze­ro­bić wnę­trze, prze­no­sząc kuch­nię do wnęki, a w kuchni urzą­dza­jąc sy­pial­nię. Re­zul­tat oka­zał się za­równo ory­gi­nalny, jak i funk­cjo­nalny.

Gdy Sam z czer­woną i mo­krą twa­rzą znowu wtar­gnęła do po­koju, Kajsa wciąż stała pod ścianą.

- Je­steś ty­pową miesz­kanką pół­nocy - krzyk­nęła Sam. - Wy­star­czy, że na­tra­fisz na ja­kieś trud­no­ści, i od razu się co­fasz. Nie je­steś zdolna wy­ra­zić choćby naj­mniej­szych emo­cji. Kiedy za­mie­rza­łaś mi po­wie­dzieć o Örn­sköld­svik?

Kajsa nie zdo­była się na od­po­wiedź, Sam wy­cią­gnęła więc z kie­szeni ak­sa­mitne etui i rzu­ciła nim w swoją part­nerkę. Pu­dełko tra­fiło ją pro­sto w klatkę pier­siową, po czym spa­dło na pod­łogę i się otwo­rzyło. Pier­ścio­nek po­tur­lał się pod łóżko.

Wró­cił za­pa­mię­tany z re­stau­ra­cji ob­raz Sam z etui w dłoni. Czyli to nie była jed­nak żadna gra wy­obraźni, w co Kajsa już nie­mal uwie­rzyła.

- Pie­przona au­ty­styczna lesba! - wrza­snęła Sam. - Oświad­czy­łam ci się, bo na­prawdę wie­rzy­łam, że ty i ja mo­żemy stwo­rzyć coś wy­jąt­ko­wego, ale bar­dzo się po­my­li­łam. Spa­daj! Pro­szę bar­dzo! Wy­nieś się do tego swo­jego Örn­sköld­svik! Nie chcę cię wię­cej wi­dzieć.

- Ale...

- A ja chcia­łam mieć z tobą dziecko! - krzy­czała da­lej Sam. - Co mi przy­szło do głowy?! - Wy­ma­chi­wała rę­kami, raz jedną, raz drugą, nie­re­gu­lar­nie, jakby w ten spo­sób sku­tecz­niej ka­na­li­zo­wała gniew.

- Ale ja chcę, że­byś...

Sam wy­pa­dła z po­koju i trza­snęła prze­szklo­nymi drzwiami z taką siłą, że szyba nie wy­trzy­mała. Sły­sząc pę­ka­jące i sy­piące się na pod­łogę szkło, Kajsa od­ru­chowo za­sło­niła twarz.

Roz­sy­pane na progu ka­wałki szyby ide­al­nie od­zwier­cie­dlały ich ży­cie w tej chwili. Z przed­po­koju do­cho­dził od­głos zrzu­ca­nych na pod­łogę wie­sza­ków.

- Sa­man­tho, prze­cież ja nie za­mie­rzam z tobą ze­rwać! - krzyk­nęła Kajsa przez roz­trza­skaną szybę. - Chcę, że­byś prze­nio­sła się ze mną do Örn­sköld­svik. Nie wy­jadę tam, je­śli i ty nie wy­je­dziesz. Cho­dzi mi tylko o to, że­byś dała szansę temu mia­stu. Mo­żemy się po­brać. I mieć dziecko...

Z jej ust wy­strze­li­wały nie­do­koń­czone my­śli. Czy ona wła­śnie obie­cała Sam, że będą miały dziecko? Prze­klęła samą sie­bie.

Za drzwiami za­le­gła cał­ko­wita ci­sza. Sam czę­sto wpa­dała w złość, ale gniew mi­jał rów­nie szybko, jak się po­ja­wiał. Z Kajsą było do­kład­nie od­wrot­nie. Po­cho­dziła z domu, w któ­rym nikt ni­gdy się nie kłó­cił. Nie­stety. Ża­ło­wała, że się tego nie na­uczyła albo że przy­naj­mniej ni­gdy nie wpadł jej w ręce pod­ręcz­nik o kłót­niach w związku.

Po chwili z ła­zienki do­biegł znowu szum wody nad umy­walką. Kiedy Sam za­krę­ciła kran, Kajsa do­dała:

- Do­sta­łam pro­po­zy­cję pracy, którą chęt­nie bym przy­jęła. Ale nie bez cie­bie.

W otwo­rze w roz­bi­tej szy­bie po­ja­wiła się czer­wona od pła­czu twarz. Sam od­wie­dziła kie­dyś Kajsę w jej ro­dzin­nym mie­ście pod­czas jej po­li­cyj­nej prak­tyki. Po­tem była kil­ka­krot­nie za­pra­szana przez ro­dzi­ców, ale za­wsze znaj­do­wała masę wy­mó­wek, aby nie po­je­chać tam po raz drugi.

- W Örn­sköld­svik?

- Tak - po­twier­dziła Kajsa. - Za­dzwo­nił do mnie oso­bi­ście Hans Vide i po­in­for­mo­wał o ta­kiej moż­li­wo­ści. Chęt­nie roz­wa­ży­liby moją kan­dy­da­turę.

- Prze­cież wiesz, że na­wet w Sztok­hol­mie zima jest dla mnie trudna do wy­trzy­ma­nia.

Kajsa kiw­nęła głową.

- I że nie­na­wi­dzę śniegu.

- Tak za­wsze mó­wi­łaś, ale...

Sam od­wró­ciła się na­gle. Kajsa, sły­sząc, że jej dziew­czyna wzięła głę­boki od­dech, w mil­cze­niu cze­kała na re­ak­cję.

- Okej! - pa­dło wresz­cie. - Ale w ta­kim ra­zie chcę miesz­kać w tym le­go­domu, na sa­mej gó­rze, z wi­do­kiem na port.

- Masz na my­śli Ting 1? Prze­pro­wa­dzać się do Örn­sköld­svik, żeby za­miesz­kać w ta­kim dzi­wo­lągu?

- To może nie prze­pro­wa­dzać się wcale? - Sam unio­sła brwi i prze­krzy­wiła głowę z drwiącą miną.

Nowo wy­bu­do­wany blok Ting 1, za­pro­jek­to­wany przez słyn­nego ar­chi­tekta Gerta Wind­g?r­dha, miał w mie­ście swo­ich zwo­len­ni­ków i prze­ciw­ni­ków. Ale co do jed­nego wszy­scy byli zgodni: jego no­wo­cze­sna syl­wetka przy­po­mi­nała ko­lo­rową bu­dowlę z kloc­ków lego.

Kajsa tym­cza­sem ma­rzyła o domku gdzieś bli­sko na­tury, a naj­chęt­niej w są­siedz­twie tras bie­go­wych.

- Je­śli za­ła­twisz miesz­ka­nie w tym domu, prze­niosę się z tobą. Ale na naj­wyż­szym pię­trze, sły­szysz? Swoją drogą za­po­mnia­łaś, że wła­śnie do­sta­łam pracę tu­taj?

- Nie, pa­mię­tam. Masz tań­czyć sambę w kar­na­wa­ło­wym po­cho­dzie. Jedno nie wy­klu­cza dru­giego.

- Co mia­ła­bym tam ro­bić? - za­sę­piła się Sam.

- Prze­cież je­steś wy­kwa­li­fi­ko­waną ma­sa­żystką. Nie bę­dzie naj­mniej­szego pro­blemu ze zna­le­zie­niem po­sady.

- A ta­niec?

- Je­śli w Örn­sköld­svik nie ma jesz­cze wielu La­ty­no­sów, to naj­wyż­sza pora to zmie­nić. La­ty­no­ska, która na do­da­tek umie tań­czyć, to skarb.

- I dziecko!

Kajsa za­ci­snęła szczęki i za­trze­po­tała po­wie­kami, za­sta­na­wia­jąc się, jak mo­głaby cof­nąć tę obiet­nicę. Na­prawdę nie była go­towa na dziecko. Dla­czego nie prze­my­ślała tego do­kład­nie?

- Kiedy się wszystko po­układa, bę­dzie można...

- Nie, w ciągu roku. To wa­ru­nek. Sprze­damy moje miesz­ka­nie, ty za­ła­twisz nowe w domku lego i spra­wimy so­bie dziecko.

- Skąd na­gle taki po­śpiech z tym dziec­kiem?

- Mój bio­lo­giczny ze­gar tyka. Nie za­po­mi­naj, że je­stem star­sza od cie­bie i mam la­ty­no­ame­ry­kań­skie ko­rze­nie. Ro­dzina jest dla mnie ważna.

Kajsa nie wie­działa, co po­wie­dzieć. Ostatni raz roz­ma­wiały na ten te­mat pod­czas nieco kło­po­tli­wej ko­la­cji w domu jej ro­dzi­ców, kiedy prawda o jej orien­ta­cji nie­za­mie­rze­nie - ale ku jej wiel­kiej uldze - wy­szła na jaw.

- Je­śli jesz­cze nie za­uwa­ży­łaś - wtrą­ciła Sam - do­ra­sta­łam w du­żej ro­dzi­nie. Chcę mieć trójkę albo czwórkę dzieci. Co naj­mniej.

W przy­padku Kajsy, która była je­dy­naczką, my­śli o po­tom­stwie za­wsze do­ty­czyły bli­żej nie­okre­ślo­nej przy­szło­ści, a liczba ewen­tu­al­nych dzieci do­syć ste­reo­ty­powo ogra­ni­czała się do dwójki.

- Są­dzi­łam, że nie­na­wi­dzisz Örn­sköld­svik - za­uwa­żyła Sam - i tych wszyst­kich ho­mo­fo­bicz­nych, sek­si­stow­skich gli­nia­rzy stam­tąd?

- Ja też tak są­dzi­łam, ale jed­no­cze­śnie bra­kuje mi go.

- Je­dyny fa­cet, z któ­rym się do­ga­dy­wa­łaś, prze­szedł na eme­ry­turę. Za­po­mnia­łaś o tym? Reszta to idioci.

- Wiem - przy­znała Kajsa.

- Od jak dawna my­śla­łaś o prze­nie­sie­niu się w tamte oko­lice? Kiedy do­sta­łaś tę ofertę?

- Dwa, trzy ty­go­dnie temu. Ter­min skła­da­nia apli­ka­cji upływa dzi­siaj, jesz­cze jej nie wy­sła­łam. Dzi­siaj też dzwo­nił Vide, więc chyba na­prawdę mnie tam chcą. I mnie też do­syć za­leży. Ale przed­tem chcia­łam po­roz­ma­wiać z tobą.

- Dla­czego nie po­wie­dzia­łaś od razu? - Sam wes­tchnęła gło­śno. - Je­śli cho­dzi o inne sprawy, dzia­łasz szybko, a z tym cze­ka­łaś do ostat­niej chwili!

Kajsa z za­kło­po­ta­niem spoj­rzała w bok. I szybko zmie­niła te­mat.

- Czy­ta­łam wia­do­mo­ści. Ten fa­cet ze Sta­rego Mia­sta nie żyje. Wsz­częto śledz­two w spra­wie za­bój­stwa. Zu­peł­nie nie wiem... co o tym my­śleć! - Sam ostroż­nie otwo­rzyła dzie­lące ich drzwi i nie mniej ostroż­nie omi­nęła odłamki le­żące na pod­ło­dze. Na­stęp­nie po­de­szła do Kajsy i mocno ją ob­jęła.

- Uwa­żam, że po­win­naś za­dzwo­nić na po­li­cję - po­wie­działa. - Spró­buj jesz­cze raz. Na pewno wy­słu­chają, co wi­dzia­łaś.

Kajsa ski­nęła głową i po­cią­gnęła no­sem.

- Czy coś się wy­da­rzyło u cie­bie w pracy? - kon­ty­nu­owała Sam. - To dla­tego chcesz się prze­pro­wa­dzić? Nie układa ci się w Far­sta? Od kiedy o tym my­ślisz?

Kajsa czuła, że jej ciało za­czyna drżeć. Lekko przy­ci­snęła palce do ka­na­li­ków łzo­wych, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać płacz.

- Od trzech ty­go­dni. Może od mie­siąca...

- Dla­czego nic nie mó­wi­łaś?

- Nie mia­łam po­ję­cia, jak ci to po­wie­dzieć. Prze­cież wiem, jak bar­dzo nie­na­wi­dzisz śniegu i zimna. Ba­łam się, że bę­dziesz chciała ze­rwać.

- Mu­sia­ła­byś się dużo bar­dziej po­sta­rać, żeby się mnie po­zbyć. Ale na­prawdę po­waż­nie my­ślisz o Örn­sköld­svik?

Kajsa po­tak­nęła.

- I nie mó­wisz tak, żeby się ode mnie uwol­nić?

- Nie. Ni­czego bar­dziej nie pra­gnę niż tego, że­byś po­je­chała tam ra­zem ze mną.

Sam ode­tchnęła z ulgą.

- Po­czu­łam się strasz­nie za­wie­dziona, kiedy wy­ję­łam pu­dełko z pier­ścion­kiem, a ty po pro­stu wy­bie­głaś.

Kajsa spu­ściła wzrok na roz­rzu­cone ka­wałki szkła.

- I by­łam tak strasz­nie zła z po­wodu nie­uda­nych oświad­czyn - mó­wiła da­lej Sam - że kom­plet­nie za­po­mnia­łam, że ty by­łaś świad­kiem śmierci mło­dego męż­czy­zny. Prze­pra­szam, że na­zwa­łam cię au­ty­styczną lesbą.

Kajsa otarła łzy rę­ka­wem bluzy i ode­tchnęła głę­boko. Wszystko to­czyło się zbyt szybko, nie na­dą­żała za tym. O dziecku na ra­zie nie chciała my­śleć. Sam pal­cem otarła łzę, którą ona prze­oczyła.

- Czy mogę za­dzwo­nić te­raz do Chri­stiana?

- Chri­stiana pi­sa­nego jak Kri­stian­stad?

Obie ro­ze­śmiały się z żartu z cza­sów prak­tyki Kajsy na ko­men­dzie po­li­cji w Örn­sköld­svik.

- Ja­sne, że mo­żesz. A ja spró­buję ura­to­wać pier­ścio­nek, za­nim znik­nie w brzu­chu od­ku­rza­cza.

Sam po­chy­liła się i zaj­rzała pod łóżko. Kajsa prze­łknęła ślinę. Po­czuła, jak ści­snął jej się żo­łą­dek.

- Mu­szę go przy­mie­rzyć!

- Może le­piej prze­łóżmy to na kiedy in­dziej. Wolę nie kon­ku­ro­wać znowu z kimś, kto lada mo­ment wy­zio­nie du­cha.

Sam wło­żyła pier­ścio­nek do pu­dełka, po czym omi­ja­jąc odłamki szkła, za­mknęła za sobą drzwi.

Kajsa usia­dła na łóżku i przy­ło­żyw­szy te­le­fon do ucha, na krótko wró­ciła my­ślami do swo­jej prak­tyki na sta­no­wi­sku aspi­rantki. Po­znała bli­żej Chri­stiana Mo­diga w związku ze znik­nię­ciem córki tre­nera dru­żyny ho­ke­jo­wej Modo. Ko­mi­sarz pro­wa­dził śledz­two i mimo że ona w grun­cie rze­czy wciąż jesz­cze była stu­dentką i wła­ści­wie nie mo­gła pra­co­wać przy spra­wach do­ty­czą­cych za­bójstw, on po­zwo­lił jej uczest­ni­czyć w do­cho­dze­niu. Ofi­cjal­nie po­ma­gała mu w re­je­stra­cji do­wo­dów. Nie­raz się za­sta­na­wiała, jak wielki udział Mo­dig miał w tym, że w końcu zo­stała uznana za peł­no­prawną po­li­cjantkę. Mimo że w swym za­pale, by roz­wią­zać sprawę Jo­se­fin, po­peł­niła parę istot­nych błę­dów.

Ale prze­cież sze­fo­wie w Örn­sköld­svik nie za­ofe­ro­wa­liby jej pracy, gdyby jej po­tknię­cia były na­zbyt po­ważne. Jed­no­cze­śnie mu­siała za­ak­cep­to­wać nie­jako w pa­kie­cie Fred­diego Eka, cho­ciaż po po­trak­to­wa­niu go ga­zem pie­przo­wym wła­ści­wie byli ze sobą kwita.

Roz­dział 8

In­grid mar­twiła się o Ru­nego.

Nie jak le­karz o pa­cjenta, ale ra­czej jak matka o dziecko. W pew­nym sen­sie tak się czuła. Zro­biło się późno, a Rune jest prze­cież po­waż­nie chory. Po­wi­nien od­po­cząć, a ona też nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na od­po­czy­nek, do­póki on nie wróci. Nie do­stała od niego od­po­wie­dzi na ese­mesa, któ­rego mu wy­słała z in­for­ma­cją, żeby sko­rzy­stał z dru­giego wej­ścia. Czy w ogóle wie­dział, że ist­nieje dru­gie wej­ście, od Väster­l?ng­ga­tan? Czy jego ciało bę­dzie zdolne po­ko­nać schody?

Sta­rała się nie zbli­żać do okna w kuchni, bo wy­cho­dziło na Präst­ga­tan, gdzie wciąż le­żał Tobbe. Nie­ocze­ki­wa­nie jed­nak zna­la­zła się przed nim i spoj­rzała w dół na tech­ni­ków za­ję­tych za­bez­pie­cza­niem śla­dów. Nie­bie­skie świa­tła na szczę­ście zo­stały już wy­łą­czone i nie od­bi­jały się nie­ustan­nie od ścian i su­fitu, unie­moż­li­wia­jąc każdą próbę ze­bra­nia my­śli. Je­dyne po­cie­sze­nie w tym wszyst­kim, że jej sio­stra, a matka Tob­bego, już nie żyje, a on nie miał ani ro­dzeń­stwa, ani wła­snych dzieci. Jego oj­ciec mieszka w Szwe­cji, ale za­wia­do­mie­nie go o śmierci syna to sprawa po­li­cji.

Wcho­dząc do przy­le­ga­ją­cej salki kon­fe­ren­cyj­nej, po­tknęła się o wy­soki próg.

- Jak po­szło?

In­grid ob­ró­ciła się ze zdzi­wie­niem, za­sko­czona wi­do­kiem zbli­ża­ją­cego się NK Szwe­cji. Bąk­nęła cierpko "do­brze" i przez chwilę ma­new­ro­wała przy ko­mórce, za­nim zdo­łała wy­brać nu­mer.

- Cześć.

- Gdzie je­steś?

- W dro­dze.

Rune nie brzmiał do­brze. Był zmę­czony. Sły­szała po jego cięż­kim od­de­chu, że wal­czy.

- Mu­sisz się uspo­koić i od­po­cząć przed ope­ra­cją. Gdzie do­kład­nie je­steś?

- Je­stem... Ojej... Po­cze­kaj, mu­szę usiąść.

In­grid wy­szła przez dużą kuch­nię na klatkę scho­dową peł­niącą także funk­cję holu. Ka­mienna po­sadzka pa­mię­ta­jąca jesz­cze sie­dem­na­ste stu­le­cie była wy­dep­tana ty­sią­cem stóp, które ją od tam­tego czasu prze­mie­rzyły. Zrzą­dze­niem przy­padku In­grid sta­nęła na pły­cie, na któ­rej ktoś z wcze­śniej­szych po­ko­leń wy­ciął krzyż, chrze­ści­jań­ski ta­li­zman na dłu­gie i zdrowe ży­cie. In­grid usły­szała w słu­chawce cięż­kie po­sa­py­wa­nie. Od razu wzięła w niej górę le­karka.

- Wyjdę po cie­bie! Usiądź i od­pocz­nij.

- Już mam po­moc - rzekł Rune. - Za­jął się mną ja­kiś młody czło­wiek. Po­cze­kaj... co tu się stało?

- Je­steś na Präst­ga­tan?

- Tak.

- Zda­rzył się wy­pa­dek.

- Aku­rat pod na­szymi drzwiami?

- Tak. Za­wróć i idź jak gdyby ni­gdy nic. Ist­nieje dru­gie wej­ście od Väster­l?ng­ga­tan czter­dzie­ści je­den, obok piz­ze­rii. Za­raz zejdę na dół i ci otwo­rzę.

In­grid szła ostroż­nie sto­pień po stop­niu, kur­czowo za­ci­ska­jąc dłoń na ko­mórce, jakby mo­gło ją to uchro­nić przed po­tknię­ciem i utratą rów­no­wagi. Sły­szała strzępy roz­mowy, jaką Rune pro­wa­dził z nie­zna­jo­mym po an­giel­sku.

Kiedy otwo­rzyła drzwi na Väster­l?ng­ga­tan, wciąż sły­szała głos Ru­nego w te­le­fo­nie, ale jego sa­mego nie mo­gła do­strzec na ulicy. Trzy­ma­jąc się fu­tryny, wy­chy­liła się jak naj­da­lej z wej­ścia, szu­ka­jąc go wzro­kiem wśród prze­chod­niów. Sztok­holm­czycy szli szyb­ciej, wy­mi­jali zyg­za­kiem nie­prze­wi­dy­wal­nych tu­ry­stów, któ­rzy bez ostrze­że­nia za­trzy­my­wali się na przy­kład przed oknem wy­sta­wo­wym, wy­pa­tru­jąc w nim pa­mią­tek. Słodki za­pach go­frów oraz in­nych prze­ką­sek i po­woli po­ru­sza­jąca się masa lu­dzi spra­wiły, że na­gle prze­nio­sła się nie­ocze­ki­wa­nie na targ koń­ski. Szu­kała taty, cze­kała, aż na­dej­dzie z pół­noc­nosz­wedz­kim kłu­sa­kiem trzy­ma­nym za kan­tar. Ob­raz nie­ży­ją­cego od dawna ojca po­ja­wił się nie wia­domo skąd, szybko jed­nak zo­stał wy­party przez po­stać Ru­nego. Szedł wsparty na mło­dym męż­czyź­nie.

- Tu­taj! - krzyk­nęła, mach­nąw­szy w ich stronę.

Po­moc­nik znik­nął, za­nim zdą­żyła mu po­dzię­ko­wać. Na­tych­miast wzięła Ru­nego pod rękę i po­mo­gła mu przejść przez cia­sne drzwi. Gdy tylko je prze­kro­czyli, on zgiął się wpół z bólu. Jego dłoń za­ci­śnięta na ba­lu­stra­dzie scho­dów zro­biła się biała.

- Dasz radę wejść na górę? Może przy­niosę mor­finę?

W od­po­wie­dzi usły­szała je­dy­nie cięż­kie sa­pa­nie.

- Spró­buj wziąć głę­boki od­dech.

Krew prze­stała krą­żyć i jego twarz przy­brała jesz­cze bar­dziej żółty ko­lor. Rune osu­nął się na zie­mię, na szczę­ście In­grid zdo­łała ochro­nić mu głowę, aby nie ude­rzyła o ka­mienną po­sadzkę. Przy­klęk­nąw­szy przy nim, roz­luź­niła mu kra­wat i opu­ściła pod­bró­dek, aby od­blo­ko­wać drogi od­de­chowe. Ostroż­nie przy­ło­żyła ucho do jego ust. Po­czuła mu­śnię­cie po­wie­trza na swoim po­liczku. Gdy tylko or­ga­nizm wró­cił do rów­no­wagi po na­głym spadku ci­śnie­nia, od­dech się uspo­koił. Przez mo­ment In­grid oba­wiała się naj­gor­szego. Zdjęła ble­zer i pod­ło­żyła mu pod głowę. Na­stęp­nie po­spie­szyła na górę po swoją to­rebkę i po etui z le­kar­stwami.

Roz­dział 9

Gdy Kajsa opi­sy­wała Chri­stia­nowi Mo­di­gowi prze­bieg zda­rze­nia ze wszyst­kimi szcze­gó­łami, na­gle uzmy­sło­wiła so­bie, że wciąż ma przy so­bie port­fel ofiary.

- Pro­szę po­cze­kać... - po­wie­działa. - Niech się pan nie roz­łą­cza.

Prze­chy­liła się na bok, aby się­gnąć do przed­niej kie­szeni spodni. Port­fel był czarny, nie­duży i cienki.

- Za­po­mnia­łam, że... wzię­łam... jego port­fel - po­wie­działa po chwili.

- No pro­szę, sa­ma­ry­tanka o lep­kich pa­lusz­kach, sio­stra mi­ło­sier­dzia po­żal się Boże - za­chi­cho­tał Chri­stian. Przez krótki czas, kiedy ra­zem pra­co­wali, ukształ­to­wali so­bie wła­sny żar­gon, który ba­wił ich oboje. - Ale żeby okra­dać umie­ra­ją­cego! Czy można upaść jesz­cze ni­żej?

- Uczy­łam się od naj­lep­szych - od­cięła się Kajsa. - Mia­łam nie­do­ści­gnio­nego mi­strza.

- No, oczy­wi­ście, naj­le­piej zrzu­cić winę na nie­win­nego. Pra­gnę przy­po­mnieć, że prze­kra­cza­łaś gra­nice i na­gi­na­łaś za­sady, jesz­cze za­nim się ze mną ze­tknę­łaś. No i co da­lej, opo­wia­daj!

Kajsa wy­jęła z port­fela prawo jazdy.

- To­bias Eriks­son, ma upraw­nie­nia do kie­ro­wa­nia cię­ża­rów­kami. Uro­dzony dwu­dzie­stego dru­giego marca ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tego dru­giego.

- Nie zdą­żył się ze­sta­rzeć - za­uwa­żył Chri­stian. - Zna­la­złaś coś jesz­cze?

- Karty na różne sta­cje ben­zy­nowe, karta klienta skle­pów spo­żyw­czych ICA, dwu­dziestka i... za­raz, za­raz. - Kajsa roz­wi­nęła ja­kiś zwi­tek pa­pieru i prze­czy­tała, co było na nim na­pi­sane. - Co to za ję­zyk? Po­je­dyn­cze wy­razy i cy­fry. Cri­sturu Se­cu­iesc 8, Vlăhiţa 9, Băile Tu­şnad 10, Mier­cu­rea Ciuc 11 i Bălan 12.

- Cie­kawe, cie­kawe - sko­men­to­wał Mo­dig. - Brzmi ta­jem­ni­czo, a my bar­dzo lu­bimy ta­jem­nice. Prze­ślij mi te in­for­ma­cje, to po­grze­bię w in­ter­ne­cie.

- Czyli pan Mo­dig ma już dość uga­nia­nia się na elek­trycz­nym wózku za go­łę­biami po Stor­ga­tan i uci­na­nia so­bie po­ga­wę­dek z Po­la­kami na Rynku?

- No cóż - wes­tchnął eme­ry­to­wany ko­mi­sarz. - Tak ni­sko jesz­cze nie upa­dłem. W dniu, w któ­rym nogi od­mó­wią mi po­słu­szeń­stwa, bę­dziesz mu­siała za­jąć się mną i moją żoną jako opie­kunka spo­łeczna, ale kiedy za­cznę za­bi­jać czas kon­wer­sa­cją z dziad­kami na Rynku, mo­żesz od razu mnie za­strze­lić. I przy oka­zji moją starą, że­by­śmy nie mu­sieli na sie­bie cze­kać. Wiesz co? Może uda mi się wy­my­ślić ja­kąś sprawę do za­ła­twie­nia na ko­men­dzie i przy oka­zji spró­buję spraw­dzić tego To­biasa w po­li­cyj­nym re­je­strze.

- To ra­czej nie­moż­liwe - za­uwa­żyła Kajsa. - W przy­padku ofiar za­bójstw każde nie­upraw­nione wej­ście do sys­temu jest na­tych­miast wy­chwy­ty­wane.

Oboje za­mil­kli na chwilę. Kajsa za­sta­na­wiała się nad mo­ty­wem. Na­gle Chri­stian prze­rwał ci­szę.

- Kto we­dług cie­bie go za­strze­lił?

- Wła­śnie my­śla­łam o mo­ty­wie.

- Gdy­byś od­szu­kała tam­tych śled­czych, żeby od­dać im port­fel... mo­gła­byś sko­rzy­stać z oka­zji i za­dać im parę nie­win­nych py­tań. My­ślę, że w po­dzię­ko­wa­niu za pro­fe­sjo­nalny wkład do­cze­ka­ła­byś się wy­czer­pu­ją­cej od­po­wie­dzi.

- My­śli pan, że nie przy­szło mi to do głowy?

Chri­stian na­gle par­sk­nął śmie­chem.

- O co cho­dzi? - zdzi­wiła się Kajsa.

Mi­nęła dłuż­sza chwila, za­nim jej roz­mówca zdo­łał się opa­no­wać.

- Albo daj swoim ko­le­gom ze sto­łecz­nej wię­cej czasu, żeby jesz­cze tro­chę się po­gło­wili, jak to moż­liwe, że na Sta­rym Mie­ście ja­kiś ob­wieś zgi­nął od po­strze­le­nia dwoma tam­po­nami.

Chri­stian znowu wy­buchł śmie­chem.

Kajsa też lekko unio­sła ką­ciki ust, na­gle jed­nak uzmy­sło­wiła so­bie, jak szybko roz­cho­dzą się w po­li­cyj­nym śro­do­wi­sku pewne rze­czy. A je­śli przy­lgnie do niej ksywka "Tam­po­nowa Kajsa"?! Za­drżała na samą myśl o tym. Męż­czy­zna po dru­giej stro­nie w końcu uspo­koił się na do­bre.

- Swoją drogą dziwne, że ci ubrani na czarno po­li­cjanci w ogóle cię nie prze­słu­chali - stwier­dził. - Mó­wili w ja­kimś dia­lek­cie?

- Nie, w żad­nym - od­parła po chwili za­sta­no­wie­nia.

- A co ci po­wie­dzieli?

- Nic. Je­dyne, co pa­mię­tam, to sta­now­cze "Odejść".

- Czy wy­da­wali po­le­ce­nia so­bie na­wza­jem?

- Nie, nie mu­sieli. Wy­da­wało się, że do­kład­nie wie­dzą, co mają do zro­bie­nia. Byli świet­nie zgrani.

- Za­uwa­ży­łaś ja­kieś em­ble­maty albo stop­nie?

Kajsa wró­ciła my­ślami do sy­tu­acji w za­ułku. Wiele szcze­gó­łów skło­niło ją do uzna­nia tam­tych męż­czyzn za po­li­cjan­tów. Mię­dzy in­nymi to, że po­ja­wili się bar­dzo szybko, przede wszyst­kim jed­nak ich świet­nie sko­or­dy­no­wane dzia­ła­nie. Wy­glą­dali na pro­fe­sjo­na­li­stów.

Gdyby mieli ja­kieś od­znaki czy stop­nie na swo­ich stro­jach, na pewno by je za­uwa­żyła. W szkole nie­ustan­nie zwra­cano na nie uwagę i te­raz wzrok nie­mal au­to­ma­tycz­nie za­trzy­my­wał się na ra­mio­nach i klatce pier­sio­wej, by od­czy­tać rangę. U tych trzech bra­ko­wało ja­kich­kol­wiek in­sy­gniów.

- Byli ubrani na czarno, nie mieli żad­nych iden­ty­fi­ka­to­rów... - za­częła Kajsa, a Mo­dig do­koń­czył za nią:

- ...mil­czący i sku­pieni, i bar­dzo do­brze zor­ga­ni­zo­wani. Świet­nie wy­szko­leni. To nie brzmi na opis zwy­kłej szwedz­kiej po­li­cji.

- To zna­czy, że mo­gli być z za­gra­nicy? - Kajsa nie po­my­ślała o tym do tej pory. Naj­pierw była po­chło­nięta ra­to­wa­niem ży­cia ofiary, a po­tem oca­le­niem wła­snego związku i po pro­stu za­ło­żyła, że ci fa­ceci to szwedzcy funk­cjo­na­riu­sze na­le­żący do GOB, pań­stwo­wej in­sty­tu­cji do spraw zwal­cza­nia prze­stęp­czo­ści, albo do po­li­cji bez­pie­czeń­stwa.

Oboje po­now­nie za­mil­kli na kilka se­kund. Kajsa sły­szała, jak Sam zmiata szkło po dru­giej stro­nie drzwi.

- Je­śli to prawda - ode­zwała się znowu - po­win­nam jak naj­szyb­ciej za­dzwo­nić do pro­wa­dzą­cego śledz­two.

- Po­cze­kaj. Za­sta­nówmy się jesz­cze raz.

Po chwili Mo­dig wy­mam­ro­tał coś nie­zro­zu­mia­łego.

- Słu­cham?

- Na­przód w noc. SOG.

- Mógłby pan prze­tłu­ma­czyć?

- Może to wcale nie byli żadni po­li­cjanci. Ist­nieje tajna ko­mórka woj­skowa. SOG, czyli Spe­cjalna Grupa Ope­ra­cyjna. To cał­kiem świeży twór, sta­no­wiący część sił spe­cjal­nych szwedz­kich sił zbroj­nych. Ich motto brzmi: "Na­przód w noc".

Kajsa wzru­szyła ra­mio­nami, zu­peł­nie jakby nie pa­mię­tała, że Mo­dig jej nie wi­dzi.

- Cho­ciaż bar­dziej wska­zane by­łyby ra­czej w tym przy­padku siły szyb­kiego re­ago­wa­nia - zwró­ciła uwagę.

- Ow­szem...

Na dłuż­szą chwilę za­le­gła ci­sza, którą Chri­stian prze­rwał na­gle, zwra­ca­jąc się do niej zu­peł­nie in­nym to­nem:

- Zło­ży­łaś już apli­ka­cję?

Kajsa szybko zer­k­nęła na bu­dzik i gwał­tow­nie się wy­pro­sto­wała. Za dwa­dzie­ścia mi­nut wy­bije pół­noc.

- Ojej! - De­spe­rac­kim ge­stem chwy­ciła się za czoło. - Jak ten czas szybko leci! Chyba mu­simy się roz­łą­czyć, bo ina­czej nie zdążę wy­słać po­da­nia.

- Naj­pierw wy­ślij, a po­tem za­dzwoń do swo­ich ko­le­gów ze śród­mie­ścia.