Rozdział 4
Rune, głęboko zakorzeniony w sm?landzkiej ziemi, nie zawsze kochał Sztokholm. Początkowo tak bardzo pochłaniały go interesy, że nie miało dla niego znaczenia, w jakim mieście czy kraju żyje. Od pewnego czasu jednak zaczął doceniać wszystko, co go otacza. Począwszy od rzeczy ważnych, jak ta, że syn, jego najmłodszy potomek po trzech córkach z rzędu, miał przejąć firmę, po rzeczy bardziej trywialne, na przykład to, że piękna stolica kraju położona jest na wyspach, na styku morza i lądu. A stało się to dzięki czemuś tak banalnemu jak ból zęba.
Rune opuścił szybę w taksówce. Obok niego siedziała Zeta. Wysoko na tle nieba szybowały duże białe mewy, ich krzyk odbijał się echem między murami domów. Popołudnie niepostrzeżenie przeszło we wczesny wieczór.
Słońce oblewało zabudowania nad jeziorem Mälaren ciepłymi odcieniami żółci i czerwieni. Morze przywitało ich zapachem przesyconym wonią wodorostów.
Ledwie Rune zdążył rozsiąść się wygodnie, taksówkarz zawrócił na Skeppsbron i zatrzymał się przed numerem 40. Jazda trwała krótko i przypomniała mu, że jeszcze kilka lat temu mógł przejść ten odcinek na piechotę.
Objął wzrokiem falujące wody Saltsjön oraz statki płynące po nich, by zabrać pasażerów na wyspy Djurg?rden i Fjäderholmarna. Tam niebo było jasnobłękitne.
- Sztokholm wiosną... jest piękny!
Zabrzmiało to tak, jakby chciał kogoś przekonać.
Zeta bąknęła coś niezrozumiałego pod nosem.
Rune wskazał na dom o dziwnych proporcjach - wąski i wysoki.
- Wiesz, jak nazywa się ten budynek?
Zeta pokręciła głową, nie okazując specjalnego zainteresowania.
- Küselska huset, po jednym z osiemnastowiecznych właścicieli. Styl barokowy, zaprojektował go ten sam architekt, który stworzył Drottningholm, czyli Nicodemus Tessin młodszy. A tutaj mamy Tullhuset.
- Przestań - rzuciła Zeta i delikatnie plasnęła go w policzek. - Czy jest coś, na czym się nie znasz?
- Przecież wiesz, że działam w branży nieruchomości.
Wysoka brama zamykała bezimienny zaułek. Na szczycie domu znajdowała się kamera, która rejestrowała wszystkich wchodzących i wychodzących. Na murze po prawej stronie roiło się od domofonów, część była opatrzona małymi tabliczkami, część całkiem anonimowa. Zeta nacisnęła jeden z przycisków. Po krótkiej chwili rozległo się słabe buczenie i mogli przejść dalej.
Ich kroki odbijały się echem w brukowanym ślepym zaułku, dźwięk skondensował się, gdy znaleźli się pod sklepieniem. Rune szedł z lekko pochyloną głową. Przy wiodących do piwnicy drzwiach z czarnego kutego żelaza świeciła żółtym światłem latarnia. Drzwi, mimo że wyglądały na bardzo stare, ustąpiły płynnie i bezgłośnie. Spiralne schody prowadziły w dół do niedużego holu z gładką kamienną posadzką.
- Gdy pomyśleć, że całe Stare Miasto to jedno wielkie szczurze gniazdo poprzecinane korytarzami i dziurami - odezwała się Zeta - to naprawdę cud, że to wszystko jeszcze się nie zawaliło.
Za drzwiami czekał kelner. Rune wyciągnął prawą rękę. Kiedy mężczyzna uniósł nad nią czytnik ze światłem ultrafioletowym, na skórze pokazał się okrągły tatuaż wielkości pięciokoronówki. Słabe piknięcie potwierdziło, że został rozpoznany.
- Witamy! - powiedział.
- Dziękuję. Minęło co najmniej piętnaście lat od mojej ostatniej wizyty tutaj.
Kelner skinął głową.
- Chwileczkę! - rzekł i zniknął.
- Jesteś głodna? - spytał Rune.
- Ani trochę - odparła Zeta. - Ale mogę coś zjeść. Wiesz, jak to jest. Zawsze znajdzie się jakiś frajer, który się uprze, żeby zaprosić mnie na kolację. Dzisiaj jesteś nim ty.
Wkrótce kelner wrócił do nich, teraz z telefonem komórkowym w dłoni. Westchnąwszy, Zeta uniosła prawe przedramię. Mężczyzna zrobił zdjęcie jej tatuażu i wysłał je gdzieś esemesem. Rune z zachwytem ujął jej rękę.
- Stara szkoła - zauważył, przyglądając się uważnie wewnętrznej stronie jej nadgarstka. Nierówny krąg, w którym liczne linie zbiegały się w środku. Czarny tusz już dawno stracił ostrość i intensywność. - Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem oryginalny tatuaż. Chociaż ten twój jest wyjątkowo brzydki.
- Z pewnością widziałbyś ich więcej, gdybyś był aktywny. Delikatnie mówiąc, zdziwiłam się, kiedy się dzisiaj zjawiłeś. Minęło trochę czasu, odkąd się widzieliśmy.
Kelner kręcił się niecierpliwie, czekając na zwrotną informację.
- Chyba nie muszę mówić, że dostanę reprymendę, jeśli nie poinformuję pani, że ten tatuaż jest do usunięcia - rzekł. - Któregoś dnia po prostu nie będzie pani mogła tutaj wejść.
- Jasne - odpowiedziała, machając mu nim przed nosem. - Już to widzę.
- Laserem to całkiem prosty zabieg i... - Mężczyzna zamilkł, widząc, że nikt go nie słucha. Zeta zaś, nie mogąc się doczekać, usiadła przy stoliku. Zapaliła papierosa, na co kelner natychmiast podbiegł z popielniczką.
- To co zwykle? - spytał.
Nie odpowiedziała, więc zwrócił się do jej towarzysza:
- A czy pan życzy sobie przejrzeć menu?
- Nie, ale z całą pewnością nie wezmę tego samego co ona! - oznajmił Rune, mrugnąwszy okiem. W ciągu minionych lat nieraz jadł kolację z Zetą i wiedział, że dostawała furii, jeśli przez pomyłkę położono jej na talerzu jakieś warzywa. - Poproszę wodę i coś pożywnego. Jarzyny czy coś w tym rodzaju, rozumie pan? Najważniejsze, żeby było zdrowe. I bez soli.
Zeta uniosła brwi.
- Wobec tego na początek proponuję zupę pokrzywową, a jako danie główne gotowanego turbota - powiedział kelner.
- Dajmy sobie spokój z tą zupą, wezmę tylko rybę. Ale proszę powiedzieć kucharzowi, żeby nie dodawał soli! - podkreślił Rune, utkwiwszy wzrok w kelnerze, który grzecznie skinął głową, przyzwyczajony do wymagających klientów.
Rune odwrócił się do Zety.
- Mój lekarz nakazał mi ścisłą dietę: A skoro człowiek nie może zamówić tego, na co miałby ochotę, czytanie menu to czysta tortura. A ty co weźmiesz?
- Nie wiem. Mięso i alkohol.
Roześmiał się, kręcąc głową. Następnie rozejrzał się po stylowym podziemnym wnętrzu pochodzącym ze średniowiecza. Obok stały jeszcze dwa stoliki - nakryte, ale bez gości. Niezbyt wysokie łukowe sklepienie zbudowane było z cegieł w bladych odcieniach ziemi. Duże nieregularne kamienie w ścianie otaczał biały tynk.
Rune ponownie spojrzał na Zetę, studiując jej twarz.
- Jeszcze pięćdziesiąt dni temu nic nie wskazywało na to, że moje ciało stanie się bardziej kruche niż rząd mniejszościowy i zmusi mnie do piekielnych sojuszy. Ale oto jestem w mieście, żeby założyć koło. Jako jeden z inwestorów.
- Koło na rzecz nieużywania soli do jedzenia?
Oboje wybuchnęli śmiechem.
- To mógłby być nowy wariant - powiedział Rune. - Ale żarty na bok, chodzi o najważniejsze koło, jakie kiedykolwiek powołałem. To może być moje ostatnie, bez niego...
- Przestań! Im mniej wiem, tym lepiej. Nie chcę do niego należeć.
Rune pokręcił głową.
- Oczywiście, wcale nie próbuję cię zwerbować. Będą tylko dwie osoby wtajemniczone.
- Okej - rzuciła Zeta. - Tak czy inaczej, nie chcę wiedzieć. Naprawdę nie chcę!
- Na twoim miejscu zmieniłbym tatuaż. Nie boisz się? Dobrze wiesz, że nie można się przeciwstawiać organizacji bezkarnie. Na pewno jest gdzieś jakieś miejsce tu w pobliżu.
- A co mi zrobią? Chodzę do restauracji i na przyjęcia, to wszystko. Co innego, gdybym była aktywna. Nawiasem mówiąc, jako siedemnastolatka poprzysięgłam sobie, że nigdy nie pozwolę na to, aby ktoś decydował o mnie i o moim ciele. Nikt nie będzie mi dyktował, jak mam żyć.
- Ale dlaczego twoje studio udaje teraz muzeum? To całkiem do ciebie niepodobne. I co się stało z Cronhjelmem?
Rune przyjrzał się jej wnikliwie. W jej włosach pojawiło się kilka szarych nitek. Zauważył też, że jedna tęczówka, ta niebieska, wydawała się mniejsza od brązowej. Zeta westchnęła.
- Miasto chce, abym dalej tworzyła, a ja nie muszę się martwić o opłacenie rachunków.
- Czy Carl zdefraudował pieniądze? Pewnie wiesz, że krąży mnóstwo różnych plotek.
Zeta wytrząsnęła z pudełka papierosa i zapaliła go w zadumie. Kiedy kelner wrócił z szampanem i uniósł szablę, z wdzięcznością odwróciła wzrok od Runego. Nie chciała, żeby przypominano jej o Carlu i o tym, że ją zostawił, kiedy go najbardziej potrzebowała. Po chwili pochyliła się nieco i delikatnie położyła rękę na kolanie swojego towarzysza. Przez materiał spodni czuła ciepło jego skóry.
- Posłuchaj, kiedy następnym razem będziesz się wybierać w podróż służbową, pozwolisz mi sobie towarzyszyć?
- Jeśli sprzedasz mi swoje rzeźby, możesz pojechać ze mną wszędzie.
Gdy kelner próbował napełnić kieliszek Runego, ten zdecydowanie odmówił.
- To co będziesz pił? - spytała Zeta ze zdziwieniem.
- Wodę.
Pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Czegoś tak niedorzecznego już dawno nie słyszałam. W końcu szampana chyba możesz się napić? - Uniosła wysoko swój kieliszek. - Dopóki jest prawdziwy, nie ma żadnego niebezpieczeństwa.
- Niestety, zalecono mi surową dietę. Ani kropli alkoholu.
- Twoje nowe zdrowe ja naprawdę mnie nudzi. Nie słuchaj lekarzy, oni gówno wiedzą.
- Obawiam się, że w tym wypadku wiedzą. Niestety.
Zeta przyjrzała mu się uważnie, tworząc wyimaginowaną kopię w swojej głowie. Przymrużyła oczy, jakby szkicowała. Powierzchnia portretu była tłusta i błyszcząca jak olej lniany. Podmalówka przebijała słabo przez umbrę zieloną. Mięśnie oczodołów się skurczyły, pozostawiając brązowofioletowe cienie pod oczami. Caput mortuum, żółć neapolitańska i terre verte. Dwa grube kleksy zaznaczały kości policzkowe. Wręcz miała ochotę wyciągnąć rękę i sprawdzić, czy farba już wyschła. Pod drogim garniturem widziała wychudzone, ale jednocześnie nabrzmiałe ciało. Miała wrażenie, że czuje zapach lekko nadpsutego mięsa.
- Dlaczego tak bardzo zależy ci na kupnie rzeźb? - Delikatnie pogłaskała go po udzie. - Przecież wiesz, że nie mogę ich sprzedać. To jedyne, co mi zostało...
- Podejrzewałem, że tak właśnie powiesz. - Rune westchnął, po czym dodał cienkim głosem: - Czasu jest coraz mniej.
- Co ty pieprzysz?
Zeta dziewczęco wydęła usta. Zrobiła to nieświadomie, niemal automatycznie.
Każdy, kto się do niej zbliżał, liczył na to, że i jemu udzieli się jej status gwiazdy. Wszyscy chcieli uszczknąć jej cząstkę. Przez lata sławy poznała tak wielu ludzi, że nieświadomie podzieliła ich na kategorie.
Mniejszość podniecała się, wyobrażając ją sobie w pracowni ubraną jedynie w skórzany fartuch i energicznie mieszającą cement albo w trakcie spawania.
Istniała też inna kategoria, do której zwykle należeli mężczyźni o niezwykłej władzy, którzy albo pragnęli ją zdobyć, albo chcieli, aby to ona nad nimi dominowała - taka zabawa w odgrywanie ról.
I byli też tacy jak Rune, którzy chcieli się nią zaopiekować, aby móc się poczuć jej wybawicielem.
- Mogłabyś przynajmniej wysłuchać mojej oferty? - powiedział.
Zeta pokręciła głową, ale nagle osłupiała, bo Rune raptem zgiął się wpół i trzymając się kurczowo za brzuch, wydał z siebie dźwięk przypominający syk nieszczelnej butli z gazem.
- Gazy? - rzuciła żartobliwym tonem, lecz na widok jego wykrzywionej bólem twarzy natychmiast tego pożałowała. Syk przeszedł w gardłowe pojękiwanie, którego Rune wyraźnie nie kontrolował. Poza tym cały się trząsł.
Po chwili ostrożnie zaczerpnął powietrza, nadal jednak nie był w stanie mówić. Zeta, wciąż trzymając dłoń na jego udzie, czuła, jak jego ciało się napięło, jakby próbowało się przygotować na nowy atak lada chwila.
Rune zrobił kilka ostrożnych oddechów i powoli wyprostował tułów.
- Byłoby miło mieć Parę na dziedzińcu w Syrkhulta, tak abym mógł patrzeć na nią podczas rekonwalescencji. O ile przeżyję.
- O ile przeżyjesz? - Zeta cofnęła rękę. - Przestań mnie zanudzać tymi bzdurami.
Nie była przyzwyczajona do niego w takim wydaniu. Wolała go jako silnego i wizjonerskiego lidera biznesu.
- Jesteś umierający - stwierdziła rzeczowo po chwili.
- Może. A może nie - powiedział z gorzkim uśmiechem. - Czy ktoś ci już mówił, że masz piękne oczy?