Kuszenie Hieronima Opasa I
Kuszenie
Hieronima Opasa
Stephen Leigh
I
Nie wiem, dlaczego to zaczynam, co z tym zrobię i do kogo właściwie
mówię. Pewnie... pewnie chodzi o to, że chcę, by ktoś się dowiedział, co
się naprawdę wydarzyło, kiedy już będzie po wszystkim. Ostatnio coraz
częściej myślę, że Rox nie przetrwa długo.
Nie może przetrwać. ONI na to nie pozwolą.
Czy muszę tłumaczyć, kim są "ONI"? Nie sądzę. Kimkolwiek możesz być,
mogę powiedzieć ci jedno - jeśli musisz o to pytać, to znaczy, że nie
jesteś dżokerem. Mam rację?
Jest jednak pewne pytanie, na które muszę odpowiedzieć. Nikt nigdy nie
zadaje mi go otwarcie, ale zawsze słyszę jego cichy brzęk w zgiełku ich
myśli. Słyszę je u wszystkich, którzy na mnie patrzą lub choćby o mnie
myślą: Jak to jest być tak kurewsko obrzydliwym? Jak to jest siedzieć
niczym brodawka na cielsku, które zajmuje akr powierzchni i karmi się
nieczystościami?
Jak to jest? Boże...
W porządku, spróbuję odpowiedzieć.
Znajdź sobie salę. Ogromną i pustą. Niech nie będzie zbyt wygodna.
Dopilnuj, by podłoga była wilgotna i popękana, a temperatura za niska
albo zbyt wysoka. Całość powinna sprawiać lekko posępne wrażenie.
Potem znajdź krzesło. Twarde i niewygodne, z rozszczepiającego się
drewna. Takie, z którego chce się wstać już po kilku minutach siedzenia.
Przyśrubuj je do środka swojej sali.
Zdobądź gdzieś pięćset telewizorów i ustaw je wokół krzesła: Wielki Mur
pustych ekranów. Następnie nastaw każdy z nich na inny kanał, podkręć
głośność i włącz te wszystkie skurwysyństwa.
Usiądź nago na kłującym krześle pośrodku brzydkiego pomieszczenia,
zwrócony twarzą do wszystkich telewizorów. Niech ktoś przykuje cię
łańcuchem do tego paskudnego mebla, a potem zwali ci na kolana dwieście
ołowianych sztabek. Dopilnuj, by więzy były mocne, żebyś nie mógł się
poruszyć ani podrapać, czy unieść rąk do uszu, żeby zagłuszyć ten
upiorny hałas. Staniesz się całkowicie zależny od innych, którzy będą
cię karmili, czyścili i rozmawiali z tobą.
Hej, wreszcie zaczynasz czuć się jak Opas. Zaczynasz sobie wyobrażać,
jak to jest.
Słyszę cię. (Zawsze cię słyszę). Nie chrzań, mówisz. Masz talent do
czytania w myślach. Czyż to nie jest wspaniały dar, mały pocałunek
dzikiej karty?
No dobra, czytam w twoich myślach. Mam Mur Opasa, który nie dopuszcza
natoli i asów na Rox, chyba że naprawdę bardzo chcą się tu znaleźć. Mam
własną armię dżokerów, którzy mnie ochraniają i opiekują się mną.
To ja uczyniłem Rox możliwą. Jestem gubernatorem. Mam władzę. Beze mnie
Rox by nie istniała. Cudownie, nieprawdaż?
Tak myślisz? To bzdura. Pieprzenie w bambus. Sterta opasowej czerni.
Wydaje ci się, że naprawdę rządzę tą wyspą? Chyba żartujesz. Kiedyś
grałem w Dungeons & Dragons. Najczęściej byłem postacią
władającą małym królestwem w scenariuszu wymyślonym przez naszego władcę
podziemi. I wiesz co? Tamto królestwo było tak samo realne jak to, które
mam tutaj.
Nie słyszysz, co myślą, kiedy do mnie mówią: Pierwszy, Blaise, Molly,
K.C. i cała reszta skoczków. Nawet dżokerzy, ci, których przeklęła dzika
karta. "Boże, cieszę się, że nie jestem taki jak on" albo "Nic mnie nie
obchodzi, ile wie i jakimi mocami włada. To tylko jebany dzieciak...".
Wiem. Wiem, co o mnie myślą. I wiem też, co myślą o Rox. Moja Rox jest
wygodnym schronieniem, ale gdyby Ellis Island pogrążyła się jutro w wodach zatoki, znaleźliby sobie inne miejsce. Skoczkowie rozproszyliby
się po miejskich zaułkach, a dżokerzy zrobiliby to samo, co zawsze.
Wzruszyliby ramionami, jeśli je mają, i wróciliby do Dżokerowa.
Co zatem mam zrobić? Zagrozić, że zabiorę swoją piłkę i pójdę do domu,
hę? Myślisz, że mógłbym się stąd ruszyć? Kurde, miałem farta, że
zdołałem się tu dostać trzy lata temu, gdy byłem tylko wielkości
szkolnego autobusu. A teraz... no cóż, płetwal błękitny nie jest już
największym ssakiem na świecie. Przewyższam rozmiarami całe stado
pierdolonych płetwali.
Jak się z tym czuję?
Nie możesz sobie wyobrazić Opasa. Nie potrafisz poczuć wobec mnie
empatii. To niemożliwe.
Każdy pierdolony dżoker żyje we własnym, prywatnym piekle. Poprzestańmy
na tym.
?
Nie znoszę grać roli sędziego. Potrafię nawet zrozumieć, z jakich
powodów.
Moi rodzice mieli słabą wolę. Hej, jasne... większość dzieciaków za
wszystko obwinia starych.
Ale czemu by nie? Moi nie mieli kręgosłupa, zawsze chcieli się wszystkim
przypodobać, pozwalali, by rozkazywali im sąsiedzi, sprzedawcy w sklepach i każdy, kto miał jakąkolwiek władzę. To byli sympatyczni
ludzie i bez trudu zmieniali zdanie na pierwszą oznakę sprzeciwu. Uroczy
ludzie, pozwalający, by hołota z sąsiedztwa zastraszała i nękała ich
syna. Ich syna, licealnego poetę, "ach, jakże utalentowanego artystę".
Ich syna, który nigdy nie odrywał spojrzenia od komiksów.
Kiedy wracałem do domu z krwawiącym nosem, podbitymi oczami i podartym
ubraniem, mówili mi:
- Jeśli cię zaczepiają, czemu po prostu nie odejdziesz? Może to przez
to, co ty robisz. Skup się na rysowaniu, pisaniu i nauce. Graj w tę
swoją grę fantasy z dziwnymi kostkami albo czytaj komiksy. Kiedy trochę
dorośniesz, dadzą ci spokój.
Byli współczującymi ludźmi, a gdy Ted wkroczył w wiek dojrzewania i zmienił się w robala wielkości wagonu metra, nie opuścili mnie. O nie.
Najpierw zadzwonili do kliniki w Dżokerowie, a dopiero potem zniknęli.
Zniknęli bez śladu.
No cóż, mamo i tato, Ted z pewnością trochę dorósł, czyż nie? Wolałbym
mieć w sobie trochę mniej z was, bo fakt, że już jestem duży, w niczym
mi nie pomógł, i nadal muszę dźwigać cały wasz bagaż emocjonalny.
Jak więc mam osiągnąć swój cel? Jak znaleźć sposób, by połączyć moc z odrobiną współczucia? Jak uświadomić innym graczom na scenie Rox, że są
cholernie krótkowzroczni i samolubni? Jak pozostać idealistą w świecie
chciwych pragmatyków?
Przynieśli mi dzisiaj sprawę do rozpatrzenia. Nazywają to drwiąco "sądem
gubernatora". Ale przedstawiają mi te sprawy, bo nalegam na to. No
dobra, bądźmy ze sobą szczerzy. "Sprawiedliwość" na Rox z reguły jest
brutalna i nieodwracalna. Zwracają się do mnie tylko wtedy, gdy
uczestnicy sporu nie są już martwi albo okaleczeni.
Wiedziałem, kto jest winny, zanim ich do mnie przyprowadzili. Zawsze to
wiem.
Eskortował ich Blaise, ale była z nimi również Kelly. Kelly, która
wydaje mi się tak boleśnie atrakcyjna, która na swój sposób zachowała
jeszcze niewinność. Lubię na nią patrzeć i wyobrażać sobie, jak by to
było, gdybym był normalny albo gdybym był jednym z nich. Gdy się
zbliżała, wyczuwałem jej niejasne, wzajemnie sprzeczne uczucia. Z Blaise'a i K.C. Strange, drugiej ze skoczków, wypływały mroczniejsze,
bardziej gwałtowne myśli, natomiast Śluzak, dżoker, którego wlekli do
budynku administracji, emitował strach pomieszany z ulgą.
Oznajmiłem z chichotem wszystkim, którzy mnie otaczali, że będziemy
mieli towarzystwo. Moja dżokerska straż stanęła na baczność w całym
holu. Kafka przybiegł do mnie, odrywając się od swojego biurka. Jego
umysł nadal błądził po labiryncie planów, które studiował. Otaczający
mnie dżokerzy nagle się ożywili: zawsze wierny Fistaszek, Ćma, Wideo,
Całun, Krogulec, Elmo, Ruszt oraz kilkunastu innych, którzy przebywali w pomieszczeniu albo stali na wysokim balkonie.
W prądach myśli pojawiły się wiry. Wyczuwałem też resztę Rox - Pilnika
pogrążonego w wywołanej uniesieniem ekstazie w jakiejś norze na
północnym końcu wyspy; Charona, który oddalał się od nas, zwabiony
syrenim zewem jakiegoś dżokera z Nowego Jorku. Moi strażnicy zacisnęli
ręce na broni.
Grupka Blaise'a weszła głośno do środka, wpuszczając ze sobą zimny
powiew. Śluzaka wlekły między sobą K.C. i Kelly. Wnuk Tachiona zaczął
pokrzykiwać jak szaleniec, nim jeszcze pokonał połowę drogi do mnie.
Kafka odchrząknął. Jego skorupa zastukała jak tanie kastaniety. W tej
samej chwili Całun wprowadził z trzaskiem nabój do lufy swojego
jednostrzałowego karabinu Remington kaliber .22. Usłyszałem myśl
rozbawionego Blaise'a (pierdolona pukawka). Blaise nie jest tak
potężnym psionicznym władcą jak jego dziadek. Jego tarcze przeciekają.
Myśli leją się z niego, jakby był dzieckiem, które nie trzyma moczu.
Kafka zaczął go besztać.
- Zachowuj się, jak trzeba, jeśli łaska. - Brzmiał jak ojciec pouczający
syna. Skutek również był podobny. - Już o tym rozmawialiśmy.
Gubernatorowi należy się wasz szacunek. To również jest część czynszu,
który płacicie.
Blaise łypnął na niego ze złością. Złapałem obraz karalucha
rozgniecionego gigantyczną stopą. Mały jebany owad. Ta myśl umknęła po
chwili. Znowu na mnie spojrzał. Chichocze jak mała dziewczynka. Kurwa,
to obrzydliwe. Śmierdzi jeszcze gorzej niż zwykle.
Niemalże w odpowiedzi na te słowa przebiegła przeze mnie fala
przynosząca ze sobą nagłą ulgę. Czułem gęstą maź opasowej czerni
spływającą po moich bokach. Rozległ się dźwięk - miękki, mlaszczący i obrzydliwy, jakby ktoś ściskał w dłoniach gęste błoto.
- Gubernatorze - zaczął Blaise, wspierając ten tytuł głębokim,
szyderczym ukłonem. Zlekceważyłem go. Więcej uwagi poświęcałem Kelly,
która bezskutecznie starała się ignorować moją trwającą defekację.
Wsparła ręce na biodrach. Ta wyzywająca, arogancka poza całkowicie
kłóciła się z jej myślami. Biedne stworzenie, takie wielkie i brzydkie...
Uśmiechnąłem się do bezdomnej dziewczyny w podartych dżinsach. Jej cycki
uwidaczniały się pod koszulką z napisem "Uwolnić Gila". Włosy miała
miękkie, ale jej wielkie oczy miały kolor głębokiego morza.
- Gubernatorze - rzekła, powtarzając słowo Blaise'a, ale jej głos miał
przyjemne, łagodne brzmienie. Uśmiechnęła się do mnie.
Klasowa piękność odziana w łachmany. Wydawała mi się znacznie
atrakcyjniejsza niż, na przykład, K.C. Kelly nie była skoczkinią,
jeszcze nie. Pierwszy jej nie wprowadził. Ale w ostatnich miesiącach, od
chwili, gdy Kuriozum zabiło Davida, Pierwszego interesowali tylko
jasnowłosi chłopcy. Kelly była jedną z kandydatek, nastolatką z miasta,
która uciekła z domu. Kandydatów jest znacznie więcej niż prawdziwych
skoczków. Biorąc pod uwagę obsesję Pierwszego na punkcie sobowtórów
Davida, większość z nich raczej nie miała szans na zmianę statusu.
Lubię na nią patrzeć. Gapię się na nią, gdy przechodzi obok mojego
budynku. Czasami widuję ją również w snach.
Blaise przeszył dziewczynę wściekłym spojrzeniem i natychmiast umilkła,
naburmuszona.
- Jeśli mogę błagać o audiencję u Waszej Jebanej Ekscelencji... - zaczął
Blaise.
To wyzywające zachowanie było typowym przykładem moich trudności.
Musiałem się znowu roześmiać, mimo że problem polegał na tym, że żadne z nich niczego nie traktowało poważnie. Bawią się w tworzenie nowego
społeczeństwa, ale nie potrafię im wytłumaczyć, jakie to jest ważne.
Kafka zagrzechotał z oburzenia. Wyczułem, że umysły moich dżokerskich
strażników nagle wypełniło skupienie. Przez chwilę bawiłem się z myślą,
by po prostu odesłać Blaise'a, Kelly i K.C. Śmiech nadszedł, ale to mnie
nie bawiło. Nie naprawdę.
Słyszałem większość myśli Blaise'a. Wiedziałem, że podobnie jak w przypadku Kelly czy K.C. większa część bezczelności chłopaka była na
pokaz. Chciał zaimponować kolegom i koleżankom, by nie uznali go za
słabego. Każdego, byle nie jego. W gruncie rzeczy, w ogóle nie chciał tu
przychodzić.
- Słucham, Blaise. Zawsze słucham, gdy jakiś dżoker ma kłopoty. A Śluzak
z pewnością jest dżokerem, czyż nie? - skończyłem i zachichotałem, jak
to nazywał. Przerwałem, spoglądając prosto na K.C. - Zawsze słucham.
Zawsze. Nawet, jeśli niektórzy myślą, że kiedy się śmieję, brzmię jak
pierdolony głupi dwulatek.
Twarz dziewczyny poczerwieniała. No wiesz, zacytowałem jej myśli. Przez
chwilę trochę się tego wstydziłem. Nieważne, ile razy demonstrowałem swe
umiejętności, zawsze spotykałem się z taką samą reakcją. Ludzie nie są
przyzwyczajeni do tego, że ktoś kradnie ich cenne, prywatne myśli.
Niczego nie czują, nie widzą, żebym robił coś nadzwyczajnego, więc o tym
zapominają.
Ale przynajmniej myśli Kelly są z reguły pełne wyrozumiałości.
Blaise się wkurzył.
- Powstrzymałem K.C. przed wykończeniem twojego wspaniałego dżokera.
Powinienem sam załatwić skurSkurwysyna. Śluzak już drugi raz włamał się do
naszej spiżarni.
Wiedziałem o tym. Już dawno wyczytałem to z myśli Śluzaka i K.C.
- K.C. i Kelly go nakryły, a mały skurwiel wyciągnął nóż. Co masz zamiar
zrobić w tej sprawie?
Wiedziałem, czego chce ode mnie Blaise. Obraz był bardzo wyraźny. Jego
wizja sprawiedliwości jest czarno-biała. Prosta.
Zerknąłem na Śluzaka. Od chwili incydentu płynął od niego
nieartykułowany, rozdygotany strach, ze sporą domieszką niezaspokojonej
nienawiści do Blaise'a. Jego salamandrowatą skórę pokrywał lepki olej, a płaskie przylgi na końcach palców wciskały się w wewnętrzne powierzchnie
dłoni. Kiedy mrugał, wyłupiaste oczy o złotych tęczówkach i pionowych
źrenicach znikały na moment pod grubymi, półprzezroczystymi powiekami.
Otworzył usta i na moment wysunął się z nich rozwidlony wężowy język.
Potem zniknął.
- Okłamałeś mnie - oznajmiłem Śluzakowi. - To naprawdę bardzo
niedobrze. - Cmoknąłem z niezadowoleniem i potrząsnąłem głową. -
Obiecałeś, że więcej nie ruszysz ich jedzenia. Powiedziałem, że masz się
trzymać z dala od nich i nie niepokoić ich więcej. Pamiętasz? Na Rox
jesteśmy jedną wielką rodziną.
K.C. parsknęła śmiechem, słysząc te słowa, ale nikt inny się nie śmiał.
- Co się stało, Śluzak?
To stara sztuczka czytających w myślach. Po prostu zadać im bezpośrednie
pytanie. To wyrywa ich ze strumienia świadomości i każe im się skupić.
Właściwie nie słuchałem słów Śluzaka. Obserwowałem jego umysł.
Wyczuwałem jego głód przez cały czas, gdy mówił. Słowa nie miały
znaczenia. Był głodny. Na Rox zdarzało się to często. Prosta sprawa.
Myślał, że skoczkowie go nie złapią.
Był w błędzie. To proste.
- Opas, chcę, żeby tę sprawę rozstrzygnięto - wtrącił nagle Blaise. -
Raz na zawsze. Jeśli tego nie zrobisz, ja się tym zajmę. Zabiję go -
powiedział mi w myślach, celowo wypychając te słowa na sam przód, jakby
myślał, że mój mentalny słuch niedomaga. Dopilnuj, żeby Śluzak trafił
do kanałów, albo zrobię to sam. Tak czy inaczej, zjesz skurwiela. Wybór
należy do ciebie, "gubernatorze".
- Nie zabijam dżokerów - odpowiedziałem mu na głos.
Prychnął pogardliwie.
- Cały cholerny świat to robi. Czemu miałbyś być wyjątkiem?
Mógłbym mu to wytłumaczyć. Mógłbym mu oznajmić, że to przekleństwo, gdy
zawsze się wie. Wiedziałem, że skoczkowie kradną więcej jedzenia
dżokerom niż na odwrót. Wiedziałem, że na Rox głód jest problemem dla
obu stron. Wiedziałem, że Śluzak ma tyle inteligencji i poczucia
moralnego, ile sześciolatek, i że teraz szczerze tego żałuje, ale
wkrótce o tym zapomni i zapewne zrobi to znowu.
Łatwiej jest nie wiedzieć. Ale ja zawsze znam prawdę. Znam wszystkie
fakty.
Trudno jest zrobić komuś krzywdę, jeśli poznaliśmy jego najskrytsze
myśli. Kiedy wiemy, że jego ból do nas wróci i będziemy musieli
wysłuchać go w całości. Kiedy dostrzegamy, że nic nigdy nie jest do
końca czarno-białe.
Całkowicie dobre albo złe. Sprawiedliwe lub niesprawiedliwe.
Z pewnością nie dla mnie. Pewne rzeczy, które uczyniłem... Tylko przez
to, że tu jestem i że stworzyłem Rox, jestem odpowiedzialny za śmierć
wielu ludzi. Mój Mur nie jest wyrozumiały, a Charon nie zatrzymuje się
dla pasażerów, którzy zmienili zdanie po drodze. Kafka powiedział mi, że
na dnie zatoki pod Murem leży mnóstwo szkieletów. Wszystko to są moje
ofiary. A w Nowym Jorku dochodzi do licznych aktów przemocy, których
dopuszczają się ludzie mieszkający na wyspie. Ludzie, których ochraniam.
Próbuje przekonać sam siebie, że to po prostu sprawiedliwość.
Spoglądam na Śluzaka ze szczytu swego cielska. Nikogo nie powinno się
skazywać na śmierć za to, że chciał zaspokoić głód, bez względu na
okoliczności.
- To jak będzie, gubernatorze?
Blaise jest niecierpliwy w takim samym stopniu, jak Kelly jest piękna.
Przyciągający wzrok, a także niebezpieczny. Żaden umysł, jaki
kiedykolwiek napotkałem, nie był bardziej amoralny od niego. Chciał,
żebym popełnił morderstwo z powodu kilku cholernych biszkoptowych
ciasteczek.
Niech to szlag, nie wiedziałem, co zrobić. Żadne wyjście nie wydawało
się dobre. Trudno tu było mówić o racji. Kiedy się zna wszystkie fakty,
zawsze wychodzi na to, że każda decyzja będzie niesprawiedliwa. Jednakże
gdybym po prostu zlekceważył sprawę, podważyłbym wszystko, co w ostatnich miesiącach zbliżyło mnie do osiągnięcia prawdziwej władzy. Ale
nie zabijam dżokerów. Gdybym zaś zwrócił się przeciwko skoczkom,
utraciłbym ich poparcie, a oni są równie niezbędni dla Rox jak ja.
No wiesz, z początku to była tylko pierdolona zabawa. Olbrzymi chłopak
Opas przejmuje władzę nad Rox i nie wpuszcza na wyspę złych natoli. Ale
z czasem wszystko robiło się coraz poważniejsze. Opowieść rodem z komiksu przerodziła się w rzeczywistość. Myśli stawały się coraz
głośniejsze, aż wreszcie nie byłem już w stanie się od nich odciąć.
Wtedy wszystko przestało być zabawne. David zginął z rąk Kuriozum i wszyscy zaczęli walczyć o wpływy, zamiast ze sobą współpracować, a sytuacja dżokerów w zewnętrznym świecie robiła się coraz bardziej
gówniana.
Blaise nie dał mi czasu na zastanowienie.
- Opas? Hej, Opas!
Łypnąłem na nich wszystkich z góry. Wkurzyli mnie.
- Śluzak jest winny - warknąłem wreszcie. - Ostrzegałem go przed
kradzieżą żywności. Ale nie zabiję go za to, Blaise. Śluzak, od tej
chwili jesteś członkiem brygady zajmującej się opasową czernią. Masz
wynosić moje gówno, dopóki się nie upewnię, że będziesz się trzymał z dala od skoczków. Gdybyś znowu znalazł się na ich części Rox, pozwolę im
zrobić z tobą, co tylko zechcą. Jasne?
Ulga Śluzaka oplatała się wokół jego niesmaku. K.C. wzruszyła ramionami,
a Kelly obdarzyła mnie drobnym uśmieszkiem.
Blaise skrzywił się wściekle.
- Zabiję go, jeśli jeszcze kiedyś zobaczę tę jego ohydną gębę - oznajmił
głośno. - Nie potrzebuję twojego pozwolenia, Opas.
- Blaise - odezwała się Kelly z błaganiem w głosie. - Gubernator...
Chłopak odwrócił się ku niej, unosząc zaciśniętą w pięść dłoń. Czułem
przemoc wyciekającą z niego niczym gorąca lawa.
- Stój! - krzyknąłem. Na furię brzmiącą w moim głosie odpowiedziała
seria trzasków przygotowywanej do strzału broni. Od strony Blaise'a popłynęły fale nagłego strachu. Czułem żar na swojej twarzy. -
Potrzebujesz mojego pozwolenia, do cholery! - wrzeszczałem. - Ja jestem
Rox. Ja! Bez mojego Muru natole natychmiast oblezą wyspę jak robactwo
zdechłego kota. Słyszę twoje myśli. Uważasz, że jestem słaby. "Opas
nikogo nie zabija, można go zastraszyć". Słyszę cię.
Patrzyłem na obserwujących naszą konfrontację dżokerów. Słuchałem ich
myśli. Byli tak samo gotowi do przemocy jak skoczkowie. Wiedziałem, że
muszę natychmiast to zakończyć, bo inaczej ktoś zrobi coś naprawdę
głupiego.
- Kafka, Blaise musi mi się pokłonić, zanim wyjdzie. Chcę usłyszeć, jak
mi dziękuje za to, że poświęciłem czas na rozpatrzenie jego sprawy. -
Przerwałem. - Jeśli tego nie zrobi, rozwal go.
Syn Tachiona był wyraźnie zbity z tropu. Rozdziawił usta. Przez jakąś
minutę rozważał możliwość zapanowania nad umysłami moich dżokerów, ale
było nas tu bardzo wielu, i nagle opuściła go pewność, że poradzi sobie
ze wszystkimi. Prychnął ze złością.
- Blefujesz. Nie zrobisz tego. To nie w twoim stylu.
Odbierałem od niego tylko umysłowy szum.
Zachichotałem.
- Chcesz się przekonać? Proszę bardzo. Hej, jeśli tu zginiesz, władzę
nad skoczkami po prostu przejmie K.C. albo ktoś inny. Idę o zakład, że
K.C. tylko się ucieszy, że konkurencja się przerzedziła. - Dziewczyna
obrzuciła mnie groźnym spojrzeniem. Zignorowałem ją. - Nie przejmę się,
jeśli cię utracę, Blaise. Nawet w najmniejszym stopniu.
Zawahał się. W jego myślach zapanował chaos. Naprawdę nie był pewien, co
robić. Moi dżokerzy czekali z cierpliwością i nieco zbyt wielkim
zapałem. Myślę, że to widok ich twarzy go przekonał.
Zbliżył się o krok i skłonił sztywno głowę.
Zachichotałem.
- Bardzo ładnie ci to wychodzi. I co jeszcze?
Skrzywił się. Zmarszczył brwi. Wydął usta.
- Dziękuję - rzekł tak cicho, że ledwie można było go zrozumieć. W jego
umyśle gorzała wściekłość. Pierdol się, skurSkurwysynu.
- Nie czuję pociągu do chłopaków - odpowiedziałem. - Nie to, co
Pierwszy. No, gdybyś był taki ładny jak Kelly...
Jego twarz zarumieniła się atrakcyjnie, podobnie jak twarz dziewczyny.
Odwrócił się gniewnie na palcach i oddalił, przy akompaniamencie śmiechu
gapiących się na to dżokerów. K.C. podążyła za nim, obrzucając mnie
pożegnalnym spojrzeniem.
Kelly długi czas mi się przyglądała (biedne stworzenie), a następnie
poszła za nimi. Śluzak również się śmiał, nim Fistaszek wziął go za
ramię i skierował w stronę stert opasowej czerni.
- Bierz łopatę - rzekł.
I wtedy wszyscy zaśmiali się ze Śluzaka. Dżokerom wolno się śmiać z innych dżokerów.
Kafka spojrzał na mnie. Jak dzieci. Wszyscy kłócicie się ze sobą jak
dzieci. Owadopodobny mężczyzna westchnął. Jego słowa wydawały się
mądre. Być może rzeczywiście takie były.
- Blefowanie jest bardzo niebezpieczne - dodał na głos. - Zwłaszcza, gdy
ma się do czynienia z Blaise'em.
Później miałem sobie przypomnieć te słowa.
????
W obliczu śmierci
W obliczu śmierci
John JOS. Miller
Nędznymi uliczkami musi chodzić ktoś,
kto sam nie jest nędznikiem, kto nie jest
zdemoralizowany ani tchórzliwy1.
Raymond Chandler
I
Brennan obudził się nagle, choć noc była cicha i Jennifer spała
spokojnie obok niego. Zastanawiał się, co wyrwało go ze snu. Po chwili
znowu poczuł słaby zapach oleju i smaru do broni. Usiadł prosto. Noc
przeszyły grom i ogień.
Zepchnął Jennifer z futonu na prawą stronę i przetoczył się w lewą.
Jedna kula rozdarła mu bok, a druga przebiła górną część uda. Zacisnął
zęby, ignorując straszliwy ból w nodze, i goły rzucił się w ciemność.
Jego pierwszą myślą było odciągnięcie ognia od Jennifer, drugą
załatwienie skurSkurwysyna, który strzelał.
Stwarzało to pewien problem. Brennan nie trzymał już broni w domu.
Wszystko było zamknięte w szopie na zapleczu. W ten sposób chciał
zademonstrować, że wyrzeka się życia, jakie kiedyś prowadził. Teraz
żałował tej decyzji. Strumień strzałów ścigał go przez sypialnię.
Wreszcie Yeoman dobiegł do drzwi i wpadł do wnętrza domu. Rozległ się
brzęk tłuczonego szkła. Uciekinier poczuł dotknięcie mroźnego, zimowego
wiatru. Zabójca wpadł do środka przez okno i popędził za nim.
Ścigany wbiegł do kuchni, zatrzymał się i zawrócił, gdy tylko usłyszał,
że drugi napastnik włamuje się do domu przez drzwi wejściowe. Skierował
się ku drzwiom prowadzącym na podwórko za domem. Nagle sobie uświadomił,
że jego jedyna szansa to wydostać się na zewnątrz, gdzie jego talenty
łowcy będą mogły zneutralizować przewagę liczebną uzbrojonych po zęby
przeciwników.
Wybiegł przez tylne drzwi, skręcił gwałtownie w lewo i przetoczył się po
ziemi. Czekał tam na niego kolejny zabójca, ale Brennan biegł za szybko,
by tamten mógł dobrze wycelować.
Zacisnął zęby, znowu czując ból przeszywający mu nogę, i przebiegł
sprintem przez starannie wygrabiony piaskowy ogród, niszcząc harmonię
usypanych ze żwiru fal śladami stóp i plamami krwi. Zabójca był zbyt
wolny, by go załatwić. Kanonada kolejnych pocisków wbijała się w ziemię
tuż za uciekającym. Po chwili Yeoman wpadł w gąszcz otaczający jego
izolowany dom.
Noc była zimna i jego oddech zmieniał się w parę. Był nagi, a bose stopy
zdawały się płonąć w zetknięciu ze śniegiem. Ze zranionego uda skapywała
zaś krew. Jednakże przykucnięty w pokrytych śniegiem chaszczach
mężczyzna ledwie czul ból. Drugi napastnik w czarnym stroju dołączył do
pierwszego, który czaił się na podwórku za domem. Wymienili ze sobą
kilka słów, zbyt cichych, by można było je zrozumieć. Jeden z nich
wskazał na las, mniej więcej tam, gdzie ukrywał się Brennan, ale żaden
nie miał ochoty ścigać go w ciemności.
Uciekinier skrzywił się, zmuszając umysł do zachowania spokoju i racjonalnego myślenia. Jego najpoważniejszym problemem był czas.
Napastnicy mogli go przeczekać. Był nagi i mroźna zimowa noc wysysała
już siły z jego kości. Musiał dostać się do szopy za szklarnią, zanim
zmieni się w nieruchomą bryłę zamarzniętego mięsa.
Gdy zmusił się do ruszenia z miejsca, do dwóch zabójców dołączył trzeci,
który włączył wielką latarkę i skierował snop światła na lewo od
Brennana. Szanse Yeomana jeszcze bardziej zmalały. Napastnicy mogli go
oświetlić, a następnie zastrzelić. Jeśli zaś pozostanie na miejscu,
zamarznie i zaoszczędzi im wysiłku naciskania spustów.
Przeszukał warstwę śniegu zgrabiałymi z zimna palcami i znalazł śliski
od lodu kamień wielkości pięści. To była dość kiepska broń, ale będzie
mu musiała wystarczyć. Przesunął się bezgłośnie, gdy snop światła się
zbliżył. Wstał, zamierzając rzucić swym pociskiem, gdy nagle coś wypadło
przez okno na poddaszu.
Maleńka postać, mająca najwyżej dwadzieścia pięć centymetrów wzrostu,
wylądowała na barkach jednego z napastników z cienkim, przeszywającym
krzykiem. W blasku sierpa księżyca błysnął metal. Stworzenie krzyknęło
jeszcze raz i wbiło w kark zabójcy coś, co wyglądało jak widelec.
Mężczyzna wrzasnął z bólu pomieszanego ze strachem i uderzył istotkę
otwartą dłonią. Spadła na zimny grunt i znieruchomiała jak żałosny
strzępek.
Serce Brennana zabiło szybciej, gdy sobie uświadomił, że to Dyniogłowy,
jeden z ludzików, których uratował w tunelach pod Kryształowym Pałacem.
Było ich około trzydziestu, a wszyscy byli dziećmi niezwykłej dżokerki,
którą zwali Matką. Byli oczami i uszami Poczwarki, obserwowali dla niej
całe miasto. Po jej śmierci i zniszczeniu Pałacu Brennan wywiózł je na
wieś, by zamieszkali z nim i z Jennifer.
A teraz Dyniogłowi spełnili najgorętsze życzenie swego gospodarza,
odwracając uwagę napastników. Sypali się na zabójców niczym żywy deszcz.
Mieli mizerną broń - co tylko mogli znaleźć: widelce, noże kuchenne, a nawet naostrzone ołówki. Mieli dziesięciokrotną przewagę liczebną nad
przeciwnikiem, ale byli mali i słabi. Zbiry szybko otrząsnęły się z zaskoczenia i zaczęły ich zabijać jednego po drugim.
Kędzierzawy Joe, który wyskoczył z okna zaraz po Dyniogłowym, szybko
zakończył swój żywot. Nie trafił w wybrany cel i mężczyzna rozdeptał go
z miażdżącą kości siłą, uciszając jego piskliwy krzyk. Kiciunia zdołała
wbić nóż kuchenny w kostkę przeciwnika, nim ten zmiażdżył ją latarką.
Jaszczurro dźgnął nieprzyjaciela w bark ołówkiem, ale był za słaby, by
zrobić coś więcej, niż przebić mu skórę, nim zbir skręcił mu łuskowaty
kark.
Brennan stłumił gniew i litość. Ruszył do akcji tak szybko, jak tylko
mógł, ignorując ból w ranionej nodze, a także kamienie, patyki oraz
ostre odłamki lodu kaleczące jego bose stopy.
Przemknął między spowitymi w śnieżny całun drzewami jak duch, okrążył
dom o spiczastym dachu i położoną za nim szklarnię, a wreszcie zatrzymał
się przed szopą i zaklął. Zapomniał klucza. Cofnął się, by rozwalić
drzwi, ale cichy, syczący głosik powstrzymał go, nim zdążył w nie
uderzyć.
- Szefie! Szefie, klucz!
To był Brutus, homunkulus wzrostu około trzydziestu centymetrów. Jego
szarą, bezwłosą twarz pokrywały liczne fałdy łuskowatej skóry. Brutus
podjął się roli wodza plemienia. Był bardziej rozgarnięty niż większość
homunkulusów, ale nawet on nie przerastał inteligencją bystrego dziecka.
W tej chwili sprawiał jednak wrażenie, że bardzo trafnie ocenił
sytuację. Rzucił klucz do kłódki Brennanowi, który złapał go zgrabiałymi
z zimna palcami.
Musiał próbować kilka razy, nim udało mu się go wsunąć. Otworzył szeroko
drzwi i chwycił w ręce łuk wiszący nieopodal. Szybko naciągnął cięciwę
zwisającą z jednego z końców. To był tylko drewniany łuk refleksyjny o sile naciągu dwudziestu pięciu kilogramów, ale to wystarczy. Złapał
kołczan wiszący obok łuku i znowu wyszedł w noc.
Nie czuł się już nagi, ani nie było mu zimno. Gniew wypływający mu z brzucha ogrzewał go, gdy mężczyzna biegł po śniegu w stronę domu. Brutus
podążał tuż za nim.
Scena, którą Brennan ujrzał na podwórku, była gorsza, niż się tego
spodziewał. Maleńkie, zdruzgotane ciałka mąciły harmonię jego ogrodu
zen. Zmiażdżone, rozdeptane homunkulusy podjęły bohaterską, beznadziejną
walkę z olbrzymami, zdolnymi zabić je jednym uderzeniem.
Yeoman zakrzyknął ze smutku i gniewu. Jeden z zabójców, gotowy zmiażdżyć
Bigfoota kolbą karabinka automatycznego, znieruchomiał nagle i rozejrzał
się wkoło, unosząc broń. Brennan opadł na jedno kolano, naciągnął
cięciwę i wystrzelił. Myśliwska strzała o ostrym jak brzytwa grocie
przeszyła noc i wbiła się w górną część piersi zabójcy. Mężczyzna osunął
się do tyłu, wpadł na ścianę domu i zgiął się wpół. Broń wysunęła mu się
z rąk.
Żyjące homunkulusy wydały z siebie triumfalny okrzyk o niesamowitym
brzmieniu. Brennan wyciągnął z kołczana kolejną strzałę, wycelował i wystrzelił, nim drugi napastnik zdążył zareagować. Trafił go w brzuch.
Ocalałe stworzenia rzuciły się na niego hurmem. Z ust zabójcy wyrwał się
nieartykułowany wrzask. Próbował się odczołgać, rozpaczliwie, lecz
bezskutecznie.
Trzeci zbir wyłączył latarkę, którą posługiwał się jak maczugą, odwrócił
się i uciekł do budynku. Brennan wypuścił za nim kolejną strzałę.
Trafił, ale zabójca się nie zatrzymał.
Yeoman nałożył na cięciwę kolejną strzałę i zatrzymał się, wytężając
słuch. Zabójca zaatakowany przez homunkulusy wreszcie przestał krzyczeć.
Pierwszy, którego trafił, natychmiast skonał.
- Zajmij się pobratymcami - polecił Brutusowi, a następnie pokuśtykał ku
tylnym drzwiom. Nasłuchiwał przez chwilę, ale wewnątrz nic się nie
poruszało. Nie mógł czekać zbyt długo, nawet jeśli napastnik czaił się
gdzieś na niego. Musiał wejść do środka.
Podniósł z ziemi karabinek pierwszego z zabójców i wpadł szybko do domu,
pochylając się nisko. Nadal panowały tu ciemność i cisza. Usłyszał
odgłos włączanego silnika samochodu, dobiegający z ulicy.
Zapalił światło w sypialni. Panował tu chaos. Okno wybito, a kawałki
szkła walały się na podłodze. W ścianach było pełno dziur od kul, które
zniszczyły oprawione w ramy obrazy Hokusaia oraz drzeworyty
Yoshitosiego, wiszące nad futonem. Jennifer leżała za nim, cicha i nieruchoma jak śmierć. Otaczało ją morze krwi.
?
Nowe ciało przypadło do gustu Kienowi. Było młode, miało dwie sprawne
ręce, a także - co najważniejsze - dysponowało talentami asa, do których
bardzo szybko się przyzwyczaił. Potrafił zrozumieć, dlaczego Philip
Cunningham lubił być Znikaczem. Był jednak pewien problem. To było ciało
człowieka innej rasy. Zadawał sobie pytanie, czy to właśnie jest
przyczyną snów, które ostatnio go dręczą.
Odwiedzał go w nich ojciec i snuł ciche opowieści o dawnych dobrych
czasach w Wietnamie, gdy Kien pracował w rodzinnym sklepiku. Zawsze był
posłusznym synem, choć ograniczające swobodę życie sklepikarza z małej
wioski wydawało mu się straszliwie nudne. Został tam jednak aż do
chwili, gdy jego ojca zamordowali Francuzi, w ostatnich dniach rebelii
Wietnamczyków przeciwko europejskim panom. Dopiero wtedy przeniósł się
do miasta i wstąpił do armii nowej Republiki Wietnamu. Rzecz jasna,
musiał zmienić to i owo, by się przystosować. Z chińskim nazwiskiem nie
miałby żadnych szans na karierę w armii pełnych uprzedzeń Wietnamczyków.
- Po raz kolejny nas opuściłeś - rzekł mu Stary Ojciec, poruszając
laską, którą często podkreślał swoje wywody. - Najpierw odwróciłeś się
plecami do rodziny i przyjąłeś nazwisko Kien Phuc, by udawać
Wietnamczyka. A teraz posunąłeś się jeszcze dalej. Stałeś się biały.
Trudno było dyskutować ze snem, ale Kien podjął taką próbę.
- Nie, ojcze - sprzeciwił się cierpliwie. - Nikogo nie opuściłem.
Wszystko to jest częścią mojego planu, fortelem, który ma zmylić wrogów.
Zjawa prychnęła pogardliwie. Nie dała się przekonać.
- Zawsze byłeś sprytny, chłopcze. Muszę ci to przyznać.
- Dzisiejszej nocy kapitan Brennan zginie - oznajmił Kien. - A razem z nim ta suka, która zabrała mi połowę ręki. - Uśmiechnął się do ojca. -
Po raz drugi zabiję jego kobietę. Szkoda, że nie pożyje wystarczająco
długo, by to sobie uświadomić.
- A po Brennanie?
- Po nim przyjdzie kolej na Tachiona. On za dużo wie. Z łatwością
mógłby rozgryźć moją najnowszą tajemnicę, zorientować się, że nadal żyję
w ciele Philipa Cunninghama. Dlatego musi zginąć.
- Kiedy? - zapytał jego ojciec
- Już niedługo. Dzisiaj. Kiedy Czaple wrócą z głowami Brennana i jego
suki.
Stary Ojciec zmarszczył brwi.
- Mam wrażenie, że zamierzasz zatrzymać to ciało - stwierdził.
Kien potrząsnął nową głową.
- Tylko do czasu, gdy wszyscy moi wrogowie zginą.
- A czy kiedykolwiek zabrakło ci wrogów, synu?
Kien uśmiechnął się tylko.
2
Brutus wdrapał się na oparcie siedzenia dla pasażera i zeskoczył na nie.
- Panna Jennifer przestała krwawić, ale wygląda dziwnie.
- Dziwnie? - zapytał Brennan. Nie odważył się zatrzymać choćby na
moment, by sprawdzić stan kobiety.
- Robi się blada, jakby zanikała - wyjaśnił homunkulus. Brennan
zazgrzytał zębami. Skupił się na prowadzeniu, bojąc się dać wyraz swym
uczuciom. Odkąd przekroczył granice miasta, starannie przestrzegał
ograniczenia prędkości. Nie mógł pozwolić sobie na to, by zatrzymała go
drogówka. Życie Jennifer wisiało na cienkiej nitce i każde opóźnienie
mogło się okazać dla niej zgubne.
Nim dotarł do miasta, pędził szosą 17 jak szaleniec. Stara droga była
węższa i bardziej kręta niż New York State Thruway, ale było też na niej
ciemniej, ruch był mniejszy i rzadko widywało się tam patrole. Pędził
jak meteor na kołach i potrzebował spokojnej, wolnej od policji trasy.
Ze wszystkich sił starał się skupić uwagę na prowadzeniu, ale jego umysł
ciągle wracał do chwili sprzed blisko szesnastu lat, boleśnie podobnej
do tej.
To było w Wietnamie. Brennan i jego ludzie zdobyli dokumenty zawierające
wystarczająco wiele dowodów, by połączyć generała Kiena ze wszystkimi
jego przestępczymi poczynaniami, od organizowania nierządu, poprzez
przemyt narkotyków, aż po współpracę z Wietnamczykami z północy. Ale nie
zdołali dotrzeć z tymi dowodami do bazy. Brennan i jego ludzie wpadli w pułapkę, czekając na samolot. Wszystko to okazało się fortelem Kiena.
Generał osobiście strzelił w głowę sierżantowi Gulgowskiemu i zabrał
teczkę z obciążającymi go dokumentami. Brennan, chwilowo sparaliżowany
po ranie w głowę, leżał w dżungli otaczającej strefę lądowania. Widział,
jak mordują wszystkich jego ludzi, ale nie był w stanie nic zrobić.
Potrzebował blisko tygodnia, by wydostać się z dżungli. Gdy tylko dotarł
do bazy, wyczerpany i bredzący w malignie z powodu ran, zakażenia oraz
gorączki, popełnił błąd, oskarżając Kiena przed swoim dowódcą. W nagrodę
omal nie zamknięto go w pace. Zdołał jakoś zapanować nad sobą i zamiast
sądu wojennego skończyło się na ostrzeżeniu, nakazującemu mu zostawić
generała w spokoju.
Ten samej nocy wrócił do Ann-Marie, swej francusko-wietnamskiej żony.
Myślała, że zginął. Rozpłakała się ze szczęścia w jego ramionach. Potem
kochali się ze sobą, uważając na syna, rozciągającego jej zwykle gibkie
ciało. Kiedy zasnęli, przysłani przez Kiena zabójcy zakradli się do
sypialni, chcąc raz na zawsze uciszyć Brennana. Nie trafili w najważniejszy cel, ale Ann-Marie zmarła w ramionach męża, a ich syn
razem z nią.
- Tam jest wejście - odezwał się Brutus, przywołując Brennana do
teraźniejszości.
Zaparkował przy krawężniku przed Kliniką imienia Blythe van Rensselaer,
otworzył drzwi furgonetki i okrążył ją od przodu, nim jeszcze pisk
hamulców wybrzmiał w nocnej ciszy. Z nieba sypał drobny śnieg,
przypominający zamarzającą mgiełkę. Maleńkie płatki przylepiały się na
moment do twarzy Brennana, nim topiło je ciepło jego ciała.
Przeszedł przez dwuskrzydłowe szklane drzwi, które otworzyły się
automatycznie z cichym szuu, i rozejrzał się po holu. Nie było tu
nikogo poza starym dżokerem, który najwyraźniej zasnął na jednym z niewygodnych plastikowych krzeseł, oraz znużoną pielęgniarką,
przerzucającą papiery przy biurku rejestracji. Podszedł do niej.
- Jest Tachion? To nagły...
Pielęgniarka spojrzała z westchnieniem na Brennana. Miała zmęczone oczy
i wyglądała na starszą, niż naprawdę była. Zastanowił się, ilu ludzi
zadało jej już to pytanie, z iloma rozpaczliwymi, zagrażającymi życia
sytuacjami się dotąd spotkała.
- Doktor Tachion jest chwilowo zajęty. Dyżur ma doktor Havero.
- Potrzebuję wiedzy Tachiona - zaczął Brennan, ale nagle ucichł.
Skądś dobiegła go słaba woń soli, ryb i morskiej wody. Niepowtarzalny
aromat morza.
Odwrócił się błyskawicznie. W rogu poczekalni ustawiono szereg automatów
z napojami i słodyczami. Stał przed nim masywny osobnik w kapłańskich
szatach, który mruczał cicho pod nosem, wybierając towar.
- Ojcze Kałamarnico! - zawołał Brennan.
Kapłan odwrócił powoli głowę, spoglądając ku biurku. Trzecie powieki
osłaniające jego oczy poruszyły się szybko z zaskoczenia.
- Daniel?
Ojciec Kałamarnica był potężnie zbudowanym dżokerem odzianym w sutannę.
Był może jakieś dziesięć centymetrów wyższy od Brennana, ale ważył
pewnie z pięćdziesiąt kilo więcej. Sprawiał wrażenie muskularnego, a nie
tłustego. Miał szerokie bary i klatkę piersiową, a także wydatny brzuch.
Dłonie były wielkie, wyposażone w wijące się palce, a na ich
wewnętrznych powierzchniach widniały szczątkowe przyssawki. Zamiast nosa
miał pęk macek. Zawsze otaczał go lekki, całkiem przyjemny zapach morza.
Był przyjacielem i powiernikiem Brennana. Znali się od czasów Wietnamu,
gdy kapłan był sierżantem w Brygadzie Dżokerów, a Brennan kapitanem w zwiadzie.
- Co się stało? - zapytał.
- Jennifer postrzelono - odparł krótko Brennan. - Zanika. Potrzebuję
Tachiona.
Ojciec Kałamarnica poruszał się szybko, jak na mężczyznę tych rozmiarów.
W mgnieniu oka podszedł do biurka.
- Wezwij Tachiona - polecił pielęgniarce.
Oderwała spojrzenie od kapłana, który był powszechnie znaną postacią w Dżokerowie, przenosząc je na tajemniczego nieznajomego, który wpadł tu
przed chwilą.
- Tachion odpoczywa - sprzeciwiła się. - Doktor Havero...
- Sprowadź Tachiona! - warknął Ojciec Kałamarnica tym samym tonem,
którym ochrzaniał niedoświadczonych dżokerów, gdy po raz pierwszy
ruszali do dżungli. Kobieta poderwała się gwałtownie i sięgnęła po
telefon. Kapłan spojrzał na Brennana.
- Przynieś Jennifer. Sprowadzę wózek leżący.
Yeoman skinął głową i pokuśtykał do furgonetki.
- I jak, szefie? - zapytał piskliwym głosikiem Brutus.
- Wchodzimy - odpowiedział krótko Brennan. Otulił kobietę kocem i ostrożnie ją podniósł. Była lekka jak dziecko. Zanikała, nieświadomie
używając swej mocy aski, by stać się niematerialną.
- Połóż ją tutaj - polecił Ojciec Kałamarnica, który pojawił się nagle
za nim z wózkiem leżącym. Brennan ułożył ją na nim z uwagą. Brutus
wskoczył na wózek i uczepił się jej koca. Obaj mężczyźni ruszyli do
środka.
Tachion stał za biurkiem, pocierając kostkami dłoni zaspane, liliowe
oczy. Niski kosmita nadal miał na sobie zmięty fartuch lekarski.
Najwyraźniej spał w nim.
- Co się dzieje? Mówiłem... - Spojrzał na drzwi, które otworzyły się z nagłym szuu. Zmarszczył na moment brwi, po czym otworzył szeroko oczy
ze zdumienia.
- Daniel! - Postąpił szybki krok naprzód, rozkładając szeroko ramiona,
jakby chciał go objąć, lecz zatrzymał się raptownie, gdy ujrzał wyraz
jego twarzy i przypomniał sobie, w jakich okolicznościach się rozstali.
- Hmm... cieszę się, że cię widzę - zakończył z lekkim zażenowaniem.
Yeoman tylko skinął głową. Obaj przeszli razem bardzo wiele, poczynając
od wojny z Rojem, aż po walkę z Kienem i Widmowymi Pięściami, ale nadal
nie potrafił zapomnieć o tym, co wydarzyło się podczas ich ostatniego
spotkania.
To było przed z górą rokiem. Brennan i Jennifer wytropili mordercę
Poczwarki, Hirama Worchestera, w hotelu w Atlancie. Tachion, który
również tam był, wygłosił piękną przemowę, z której wynikało, że sprawę
trzeba rozwiązać zgodnie z prawem. Rzecz jasna, Takizjanin postawił na
swoim, bo wzmocnił swe argumenty psioniczną mocą i zapanował nad jego
umysłem. Worchester sam zgłosił się na policję, ale wykręcił się od
więzienia dzięki umowie obrończej. Poczwarka nie żyła, a on dostał wyrok
w zawieszeniu. Oto prawdziwa sprawiedliwość.
Niemniej Brennan nie mógł sobie teraz pozwolić na rozpamiętywanie
przeszłości. Tym razem chodziło o życie Jennifer.
Takizjanin po raz pierwszy oderwał od niego wzrok i spojrzał na wózek.
- Co się stało? - zapytał.
- Dziś rano mój dom zaatakowało trzech ludzi - odpowiedział Yeoman.
Tachion pochylił się i uniósł koce okrywające Jennifer. Jej skóra była
blada, półprzezroczysta. Jedynym barwnym elementem był nasiąknięty
szkarłatną krwią bandaż, którym Brennan owinął jej czoło.
Jennifer Maloy była aską znaną jako Zjawa. Potrafiła się stawać
niematerialna. Przechodziła przez ściany, zapadała się w podłogi,
przenikała przez zamknięte drzwi cicho jak duch. Teraz jednak była ranna
i nieprzytomna, a jej umysł unosił się w niezbadanych głębiach czarnej
śpiączki. Nie pozostało nic, co łączyłoby jej ciało ze światem
fizycznym. Będzie zanikała, aż wreszcie nie zostanie zupełnie nic.
Kosmita spojrzał na Brennana.
- Zabierzmy ją do bezpiecznego pokoju na najwyższym piętrze - oznajmił
cichym głosem. - Tam ją dokładnie zbadam.
Skierowali się w stronę windy, po czym wjechali na najwyższe piętro i ruszyli kolejnym korytarzem. Nie było w nim świateł i najwyraźniej
rzadko z niego korzystano. Pomieszczenie, do którego zawieźli Jennifer,
miało wzmocnione stalą drzwi oraz gęstą drucianą siatkę w oknach. Gdy
już znaleźli się w środku, Brennan ostrożnie położył kobietę na łóżku i zaczął z uwagą przyglądać się badającemu ją Tachionowi.
- Wyjdzie z tego? - zapytał wreszcie, gdy Takizjanin się wyprostował.
Jego twarz miała niepewny, zaniepokojony wyraz.
- Obrażenia, które odniosła, nie zagrażają życiu - odpowiedział. -
Bardzo dobrze opatrzyłeś rany i mogę sobie z nimi poradzić. Z tej strony
nic jej nie grozi.
Brennan usłyszał wahanie w jego głosie.
- Ale czy z tego wyjdzie?
W oczach Tachiona również widziało się niepewność.
- Coś z nią jest... nie w porządku. Bardzo nie w porządku. Nie jestem w stanie dotknąć jej umysłu.
Yeoman wlepił spojrzenie w lekarza z Takis.
- Umarła? - zapytał cichym, groźnym głosem. Ojciec Kałamarnica położył
dłoń na jego prawym przedramieniu, próbując go uspokoić. Leżący na łóżku
Brutus jęknął cicho.
Tachion potrząsnął głową.
- Spójrz na nią, człowieku. Oddycha. W jej żyłach płynie krew. Tętno ma
miarowe. Słabe, ale miarowe.
Takizjanin mówił zagadkami, ale lata spędzone w klasztorze zen
przyzwyczaiły do tego Brennana. To był koan, zagadka w stylu zen,
zawierająca subtelną lekcję na temat natury życia.
Umysł Yeomana uczepił się tej znajomej formy, jak tratwy ratunkowej
miotanej sztormem na oceanie emocji, wywołanych groźbą śmierci, która
zawisła nad Jennifer.
- Kiedy życie jest jak śmierć, a śmierć jak życie? - zapytał tak cicho,
że Tachion i Ojciec Kałamarnica ledwie go usłyszeli. Przenosił
spojrzenie między kapłanem a lekarzem. - Kiedy umysł odchodzi -
dokończył.
Takizjanin skinął głową.
- Masz rację. To dziwne, ale nie wykrywam żadnego organicznego powodu
tej... pustki.
- Czy zaatakowano ją na płaszczyźnie mentalnej? - zapytał Ojciec
Kałamarnica.
Tachion potrząsnął głową.
- Nie udało mi się wykryć żadnych uszkodzeń, które sugerowałyby
wtargnięcie siłą i usunięcie umysłu. Można by pomyśleć, że go...
zgubiła...
- Czy potrafisz go odnaleźć? - zapytał Brennan.
Kosmita spojrzał na niego z niepewnością w oczach.
- Nawet nie wiedziałbym, od czego zacząć - odparł po prostu. Yeoman
jęknął i złapał za wezgłowie łóżka z taką siłą, że złamał kilka
składających się na nie prętów.
- Jest jeszcze Tropicielka - wtrącił Ojciec Kałamarnica.
- Tropicielka? - Tachion prychnął pogardliwie i potrząsnął głową. - To
szarlatanka!
Brennan spojrzał na duchownego.
- O kim mówisz?
- O tajemniczej asce, która posługuje się przydomkiem "Tropicielka".
Nikt nie wie o niej zbyt wiele, ale ona dysponuje niezwykłymi mocami
mentalnymi. Potrafi odnaleźć niemal każdy zgubiony obiekt, "wędrując
wstecz ścieżkami jego bytu".
- Zagubione umysły też? - zapytał Yeoman.
- Wątpię w to - odparł stanowczo Tachion.
Ojciec Kałamarnica potrząsnął głową.
- Nie jestem pewien. Ma też inne, dość dziwne moce. A przynajmniej
twierdzi, że je ma.
- Sprowadź ją - zdecydował Brennan. - Sprowadźcie wszystkich, którzy
mogą w czymś pomóc.
- Spróbuję - odrzekł kapłan, ale w jego głosie nie słyszało się
pewności.
- Jeśli ty nie dasz rady jej tu przyprowadzić, ja to zrobię - oznajmił
Yeoman.
Ojciec Kałamarnica potrząsnął głową.
- Na Tropicielkę nie działają żadne formy przymusu. Jeśli będzie chciała
ci pomóc, to w porządku, a jeśli nie, nic na świecie nie skłoni jej do
zmiany zdania. I lepiej jej nie wnerwiać.
- Mnie też nie - odparł Brennan.
- Nie pogarszaj i tak już trudnej sytuacji - poprosił go duchowny.
- W porządku. - Yeoman zaczerpnął głęboki oddech, żeby się uspokoić. -
Zadzwoń do niej albo co tam właściwie trzeba zrobić, żeby ją tu
sprowadzić. Powiedz, że zrobię dla niej, co tylko będę mógł, wszystko,
czego sobie zażyczy, jeśli tylko zgodzi się mi pomóc.
Ojciec Kałamarnica zamknął oczy i skinął głową.
- Już to zrobiłem.
?
Latham wsunął na widelec ostatni kęs jajek po benedyktyńsku, pomagając
sobie ostatnim kawałkiem ostatniej muffinki na stojącym na biurku Kiena
talerzu.
- Opas zaczyna sprawiać trudności - oznajmił szefowi gangu.
Kien nalał sobie kolejną szklankę świeżo wyciskanego soku pomarańczowego
z karafki ustawionej na srebrnej tacce i popił nim muffinkę z kawiorem.
Uwielbiał świeżo wyciskany sok pomarańczowy prawie tak samo jak
sprawowanie władzy. Prawie. Połączenie obu w jednym śniadaniu było
idealnym początkiem dnia.
- Czy możemy sobie poradzić bez niego? - zapytał swego zastępcę.
Latham zastanawiał się przez chwilę nad tym pytaniem, gryząc i połykając
ostatni kęs. Wreszcie potrzasnął głową.
- Jeszcze nie. Może niedługo. - Starannie wytarł usta płócienną
serwetką. - W zeszłym tygodniu stworzyłem trzech nowych skoczków.
Wkrótce będziemy mieli armię wystarczająco liczną, żeby poradzić sobie
ze wszystkimi groteskowymi dżokerami, których Opas zebrał na Rox.
- Trzech? - powtórzył fałszywy Znikacz. Był pod wrażeniem. O ile
wiedział, przez pierwsze dwadzieścia lat ich znajomości Latham obywał
się całkowicie bez seksu, ale teraz, gdy ujawniła się jego moc asa,
wstrzemięźliwy dotąd prawnik zmienił się w cholernego królika. Niemniej
na dłuższą metę będzie to korzystne dla Kiena. Latham tworzył skoczków,
a on kierował nimi za pośrednictwem wiernego zastępcy. Wkrótce staną się
wystarczająco potężni, by można było dodać do drzewa Widmowych Pięści
trzecią gałąź: Niepokalane Czaple, Wilkołaki i skoczkowie.
Kien skorzystał już raz z ich usług i zdobył w ten sposób piękne,
obdarzone talentem asa ciało, należące przedtem do jednego z jego mniej
wiernych zastępców.
Dźwięk stojącego na skraju biurka telefonu wyrwał go z zamyślenia.
- Słucham - rzekł cicho do słuchawki. Latham uniósł wzrok z zaciekawieniem.
- Mówi Lao.
Lao dowodził ekipą zabójców, których Kien wysłał po Brennana i tę jego
sukę. Szefowi gangu nie spodobał się ton jego głosu.
- Słucham - powtórzył, tym razem ostrzej. Lao się zawahał.
- Na... napotkaliśmy niespodziewane trudności - odezwał się wreszcie.
- Czy on nie żyje? - zapytał szef gangu.
- Kobieta zginęła... tak myślę...
- Tak "myślisz" - warknął Kien. Ten dźwięk zrodził się głęboko w jego
gardle. Furia niemalże pozbawiła go zdolności artykułowanej mowy.
Zaczekał, aż ogień emocji wygaśnie, by móc znowu mówić wyraźnie. - W porządku. Przyjedź tu z pozostałymi. Dam wam szansę naprawienia błędów.
Znowu zapadła długa cisza.
- Pozostali nie żyją - wyznał wreszcie Lao.
Fałszywy Znikacz stłumił wściekłość.
- W porządku. Dam ci drugą szansę. Tylko nie zawiedź mnie ponownie.
Odłożył słuchawkę, nie słuchając wylewnych zapewnień Lao. Przemknęło mu
przez głowę, że w dzisiejszych czasach trudno o dobrych fachowców. Żmij
nie żył. Blaise... no cóż, to była jakaś możliwość, ale nad małym
skurczybykiem trudno było zapanować. Z Szeptaczem nie można się było
skontaktować w krótkim czasie. Czarownik i Wilkołaki... to była kolejna
możliwość, ale Kien miał tajemnice, których nie chciał zdradzać. Bardzo
wiele tajemnic. Natomiast Latham i tak już znał większość z nich.
- Mogę znowu potrzebować twoich skoczków - oznajmił pod wpływem nagłej
inspiracji. - Znajdź trzech albo czterech takich, którym można zaufać.
Prawnik skinął z namysłem głową.
- W porządku. Trzech albo czterech skoczków, takich, którzy są godni
zaufania i można ich poświęcić.
- Można ich poświęcić - powtórzył Kien. - To celna uwaga.
Gdy skoczkowie wykonają zadanie, będą mogli się ich pozbyć, co zapewni
bezpieczeństwo jego najnowszym tajemnicom. Latham wstał, złożył
serwetkę, położył ją na tacy i wyszedł. Kien ledwie to zauważył.
Wyobrażał sobie, jak będzie się czuł, nosząc ciało starego wroga niczym
nowy płaszcz.
3
Brutus przeskoczył z barku Brennana na wezgłowie łóżka Jennifer. Położył
maleńką rączkę na jej czole i zadrżał.
- Jest zimne, szefie, naprawdę zimne.
Yeoman mógł tylko skinąć głową. Czekanie było dla niego straszliwą męką.
Tachion opatrzył rany kobiety najlepiej, jak mógł, po czym wyszedł, by
zająć się sprawami kliniki. Brennan, Brutus i Ojciec Kałamarnica czuwali
przy łóżku. Brennanowi nie pomagał przy tym fakt, że duchowny nie
potrafił mu powiedzieć, jak długo będą musieli czekać na Tropicielkę ani
czy w ogóle się zjawi.
- Wiadomo o niej bardzo niewiele - wyjaśnił Ojciec Kałamarnica - poza
tym, że posiada zdolności mentalne najwyższej klasy. Niektórzy twierdzą,
że jest odrażającą dżokerką, a inni, że piękną aską. Nikt nie wie, jak
jest naprawdę, bo każdy, kto na nią patrzy, widzi coś innego.
- Jak to możliwe? - zapytał Brennan z zasępioną miną.
Ojciec Kałamarnica wzruszył potężnymi ramionami. - Najwyraźniej każdemu
obserwatorowi przedstawia inny obraz. Nikt nie wie dlaczego. Niektórzy
mówią, że jest szalona.
- To niezbyt rozsądne mówić tak o kimś, kogo pomocy się potrzebuje -
odezwał się nagle głos za plecami Brennana.
Yeoman poderwał się nagle, sięgając po browninga high power, którego
miał w kaburze z dołu pleców. Nie słyszał, by ktokolwiek wchodził do
pokoju, a ponieważ nerwy przeciążył mu niepokój graniczący z desperacją,
zareagował bez zastanowienia. Opuścił jednak broń, gdy tylko ją
wyciągnął.
Stała przed nim Jennifer Maloy. Stała prosto i nie widział na niej
żadnych ran. Musiał spojrzeć na prawdziwą Jennifer, która leżała w łóżku, pogrążona w śpiączce, by się upewnić, że to, co widzi, jest
iluzją. Zerknął na Ojca Kałamarnicę. Jego też najwyraźniej nawiedziła
jakaś wizja.
- Jeeeezuuu - odezwał się Brutus. Zeskoczył z wezgłowia i wylądował
miękko na barku Yeomana. Zacisnął piąstkę na kosmyku jego włosów, żeby
nie spaść, a potem rzekł cichym głosem, tak by nikt inny go nie
usłyszał:
- To Poczwarka, szefie. Żywa. Z krwi i z kości też, oczywiście. Ale to
niemożliwe. Ona nie żyje.
- Pistolet też w niczym nie pomoże - odezwał się sobowtór Jennifer.
Brennan uświadomił sobie, że kobieta nie mówi głosem Zjawy. Nagle
zaczęła nim mówić. - Ja mogłabym pomóc, jeśli to rzeczywiście takie
ważne.
- Dziękuję, że zechciałaś się zjawić - rzekł Ojciec Kałamarnica.
Tropicielka usiadła na niewygodnym szpitalnym krześle stojącym przy
łóżku Jennifer.
- Nie mam akurat nic innego do roboty. Tak sobie pomyślałam, że tu
wpadnę, żeby sprawdzić, czego chciałeś.
- Jak udało ci się ominąć szpitalnych ochroniarzy? - zainteresował się
Brennan.
Wzruszyła ramionami.
- To nie było trudne.
- Potrafisz nam pomóc? - zapytał Ojciec Kałamarnica.
Zerknęła na duchownego, a potem na Yeomana. Ten drugi spojrzał jej
prosto w oczy i poczuł dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa, jakby
trzymała w dłoniach jego nieosłonięty mózg. Jej oczy lśniły jak kocie
ślepia w mroku, aż nagle znowu stały się oczami Jennifer. Kobieta
rozciągnęła usta w jej promiennym uśmiechu.
- Rozumiem - rzekła. - Pewnie mogę się rozejrzeć. Ale co będę z tego
miała?
- Wszystko, czego zażądasz - zapewnił Brennan.
Spojrzała na niego oczami Jennifer w taki sposób, że rozdarło mu to
serce.
- Wszystko? - powtórzyła, nadając temu słowu lekko prowokujące
brzmienie. Brennan zacisnął zęby.
- Wszystko, co jestem w stanie ci dać. Jeśli rzeczywiście jesteś tak
potężna, jak zapewniasz, z pewnością poddałaś ocenie granice i szczerość
mojej oferty.
Wzruszyła ramionami.
- Chciałam usłyszeć, jak powiesz to na głos. Dzięki słowom wszystko
wydaje się wam bardziej realne.
- Ale tobie nie? - zapytał Yeoman.
- Słowa są użyteczne. Ale ja potrafię zajrzeć pod powierzchnię i dotrzeć
do ich prawdziwego znaczenia. - Zmarszczyła na moment brwi. - Twoje
słowa były wystarczająco realne. Mówiłeś szczerze.
Pochyliła się do przodu, przenosząc uwagę z Brennana na Jennifer.
Zapadła długa, krępująca cisza. Wreszcie Tropicielka znowu dotknęła
plecami oparcia krzesła. Skinęła głową i spojrzała na Brennana.
- Miałeś rację. Odeszła. Na pewno gdzieś błądzi, zagubiona. Ciało nie
przetrwa zbyt długo bez umysłu.
- Możesz jej pomóc? - zapytał kapłan.
- Tak sądzę.
- A zrobisz to?
- Pewnie tak.
Yeoman uświadomił sobie, że wstrzymuje oddech. Wypuścił powietrze z płuc
z przeciągłym westchnieniem.
- W zamian za co? - zapytał Ojciec Kałamarnica.
- Och... - Machnęła lekceważąco ręką. - O tym porozmawiamy później. -
Ponownie spojrzała na Brennana. - Opuść nas na pewien czas. Twój mózg
emituje za dużo szumu. Nie mogę się skupić.
- W porządku. - Yeoman skinął głową na kapłana, który wyszedł na
korytarz w ślad za nim i Brutusem.
- Trzeba było ustalić cenę z góry - rzekł mu Ojciec Kałamarnica. -
Tropicielka niekiedy żąda za swe usługi bardzo wysokiej zapłaty.
- Też odniosłem takie wrażenie - przyznał Brennan. - Ale najważniejsze
jest, żeby znalazła świadomość Jennifer i sprowadziła ją z powrotem do
ciała. Potem uzgodnię z nią cenę.
- Mam nadzieję, że to okaże się łatwe - stwierdził kapłan. Brennan
uniósł Brutusa i rozpiął skórzaną kurtkę. Homunkulus wsunął się pod nią
i zasunął za sobą zamek błyskawiczny, tak że wystawała mu tylko głowa.
- Łatwe czy nie, jeśli sprowadzi Jennifer z powrotem, rozliczymy się
uczciwie - zapewnił. - A teraz powiedz, co wiesz o śmierci Kiena.
- Podejrzewasz go?
- Zawsze.
Ojciec Kałamarnica pokiwał ociężale głową.
- Nie wiem zbyt wiele poza tym, co napisali w gazetach. Najwyraźniej to
był atak serca, nagły i niespodziewany. Zaczekaj chwilkę. - Długie,
smukle palce kapłana poruszyły się pod wpływem nagłej ekscytacji. - Było
coś jeszcze. Przypomniałem sobie rozmowę z Cosmo Cosgrove'em. No wiesz,
tym z zakładu pogrzebowego.
Brennan skinął głową. Bracia Cosgrove byli czołowymi przedsiębiorcami
pogrzebowymi w Dżokerowie.
- Firma Cosgrove'ów nie zajmowała się pogrzebem - ciągnął Ojciec
Kałamarnica - ale najwyraźniej przedsiębiorcy pogrzebowi często
rozmawiają ze sobą o swojej pracy i Cosmo powiedział mi, że usłyszał od
człowieka, który zajmował się ciałem Kiena, że coś z nim było nie w porządku.
- Nie w porządku? - zdziwił się Brennan. - W jakim sensie?
Kapłan wzruszył ramionami.
- Nie znał szczegółów. Wiedział tylko, że w zwłokach było coś dziwnego.
- No jasne - mruknął Brennan. - Czy szefem Widmowych Pięści jest teraz
Znikacz?
Ojciec Kałamarnica skinął głową.
- O ile potrafię to określić. W ostatnich miesiącach Pięści starały się
nie przyciągać uwagi. Oczywiście, ich działalność jest tak samo
bezlitosna i zyskowna jak zawsze, ale wolą, by nie wspominano o nich na
pierwszych stronach gazet.
Brennan pokiwał głową.
- To by pasowało do Znikacza. Z pewnością starałby się zachować
maksymalną dyskrecję. Uważał, że tak właśnie powinno się prowadzić
interesy. - Yeoman spojrzał kapłanowi prosto w oczy. - Dziękuję, Bob -
rzekł.
- Za co?
- Za to, że byłeś tu, gdy potrzebowałem pomocy.
- A od czego są kapłani? Nadal mam nadzieję, jeśli chodzi o twoją duszę,
Danielu.
- Dobrze, że ktoś taki jest. Popilnuj Jennifer, kiedy mnie nie będzie.
Ojciec Kałamarnica skinął głową i wrócił do pokoju. Brennan i Brutus
zjechali windą na parter i wyszli w noc.
Skulony pod skórzaną kurtką mężczyzny homunkulus zaczął dygotać.
- Zimno mi, szefie.
- Nie przejmuj się - rzucił Brennan. Znowu zaczął sypać śnieg, niesiony
silną wichurą. Yeoman zwrócił się twarzą pod wiatr, zmierzając do
furgonetki. - Jestem pewien, że wkrótce zrobi się gorąco.
- Niech to szlag - mruknął Brutus i skulił się jeszcze bardziej.
?
Siedzący za biurkiem Kien uniósł spojrzenie, gdy do środka weszli Rick i Mick. Dżokerscy bracia byli czymś w rodzaju bliźniąt syjamskich. Mieli
wspólne nogi i dolną część tułowia, ale poczynając od klatki piersiowej,
ich ciała się rozdwajały. Mieli dwie klatki piersiowe oraz dwie pary
górnych kończyn. Pomimo ich imponującej budowy Kien nieraz odnosił
wrażenie, że nie mają na spółkę nawet połowy mózgu.
- Jakiś facet chce się z tobą zobaczyć - oznajmił Rick.
Mick obrzucił brata pełnym urazy spojrzeniem.
- Ja miałem powiedzieć o tym Znikaczowi. W końcu to ja rozmawiałem z tym
gościem.
- Ty z nim rozmawiałeś, ale to był mój pomysł, żeby zapytać szefa, zanim
go wpuścimy.
- Twój pomysł? To ja...
- Proszę... - Kien przerwał im, unosząc rękę. Właśnie w takich chwilach
najbardziej mu brakowało Żmija. - Czy ten dżentelmen powiedział, jak się
nazywa?
Obaj zastanawiali się przez chwilę.
- Kowboj - odpowiedzieli jednocześnie, po czym łypnęli na siebie ze
złością.
Kien zesztywniał. To był przydomek, którym posługiwał się Daniel
Brennan, gdy potajemnie przyłączył się do Widmowych Pięści, chcąc
zniszczyć organizację od środka. Plan zakończył się fiaskiem, ponieważ
Brennan przyznał się, kim jest, by uratować życie Tachiona. Niemniej
wcześniej zadał Pięściom poważne straty.
Wiedział, że Brennan i Znikacz współpracowali ze sobą. Teraz się dowie,
jak bliska była ta współpraca.
- Wpuśćcie go - polecił swym dżokerskim ochroniarzom.
Nakazał sobie siedzieć spokojnie, gdy jego wieloletni wróg wszedł do
pokoju. Brennan nosił maskę, prosty czarny kaptur. Zdjął go, gdy tylko
Rick i Mick wyszli z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Wyglądał zdrowo i był opalony, pomimo panującej zimy. W ogóle nie przybrał na wadze od
czasów Wietnamu, choć na jego twarzy pojawiły się bruzdy, a włosy
upstrzyły nitki siwizny.
Rozejrzał się po pokoju, po czym skierował je na Kiena. Spojrzenie miał
tak samo twarde i nieustępliwe jak w dawnych czasach, choć teraz pojawił
się w nich jeszcze większy smutek, jakby dręczył go nowy, głębszy
niepokój. Kien zauważył, że jego suka mu nie towarzyszy. Może jednak
atak nie był całkowicie nieudany.
- Nie uważasz, że przywłaszczenie sobie jego gabinetu po tym, jak
przejąłeś władzę nad jego organizacją, to lekka przesada? - zapytał
nagle Brennan.
Kien wzruszył ramionami i uśmiechnął się. To była jego ukryta karta, as
w rękawie. Brennan myślał, że ma do czynienia ze Znikaczem. To
wystarczy, by przywódca Widmowych Pięści mógł wreszcie zmiażdżyć starego
wroga.
- Czemu by nie? To miłe miejsce. W dodatku lokal nagle się zwolnił.
Pomyślałem sobie, że to ułatwi sprawne przekazanie władzy.
Brennan skinął głową, jakby przyjął to wyjaśnienie. Nagle usiadł, nie
pytając o pozwolenie. Poirytowany Kien otworzył usta, by coś powiedzieć,
ale nagle je zamknął. Najwyraźniej Cunningham tolerował takie
zachowanie.
- Wpadłeś do miasta z wizytą? - zapytał tonem tak obojętnym, jak to
tylko możliwe.
Brennan skinął głową.
- Dziś rano ktoś napadł na mój dom.
- Wiesz, kto to mógł być? - zapytał szef Widmowych Pięści z wyrazem
szoku na twarzy.
- Powiedziałbym, że Kien, ale on podobno nie żyje - odparł Brennan z całkowitym spokojem.
Fałszywy Znikacz skinął głową.
- To dobra hipoteza, ale on naprawdę nie żyje. Widziałem ciało na własne
oczy.
- Jesteś tego pewien?
- Tak
- Słyszałem, że w tym ciele było coś osobliwego - nie ustępował Yeoman.
- Coś, czego z reguły nie widuje się u ludzi zmarłych na atak serca.
Kien przesunął się nerwowo na krześle.
- Ach, chodzi ci o obciętą głowę - spróbował zgadnąć.
Brennan przytaknął bez słowa.
- No wiesz - zaczął Kien, który nagle postanowił, że spróbuje zmieszać
prawdę z kłamstwem w równych dawkach - w jego mózgu kryło się bardzo
wiele informacji.
- Trupiogłowy? - domyślił się Yeoman.
- Musiałem się dowiedzieć bardzo wielu rzeczy - wyjaśnił fałszywy
Znikacz, starając się wyglądać na zakłopotanego.
Brennan wypuścił powietrze z płuc.
- Pewnie mogę w to uwierzyć.
Trupiogłowy był szalonym asem, który potrafi odczytywać wspomnienia
ludzi, zjadając ich mózgi. Zastawiając pułapkę na zdradzieckiego Philipa
Cunninghama, Kien wykorzystał jako pułapkę własne ciało. Sam przedtem
przeskoczył do ciała Lesliego Christiana. Następnie kazał uciąć głowę
własnym zwłokom, by Cunningham nie mógł nakarmić Trupiogłowego jego
mózgiem i w ten sposób zdemaskować spisku.
- Jeśli Kien nie wysłał zabójców, kto to zrobił? - zapytał Brennan,
przemawiając częściowo do siebie.
- No cóż, kapitanie, udało ci się zrobić sobie trochę wrogów. - Kien
przerwał na chwilę, jakby pogrążył się w głębokim zamyśleniu. - Nie mogę
też twierdzić, że całkowicie panuję nad Widmowymi Pięściami. Zwłaszcza
nad Czaplami. Być może jacyś ludzie, nadal wierni pamięci Kiena,
wreszcie cię wytropili i postanowili wyeliminować.
- To możliwe - odparł Yeoman bez większego przekonania.
- I wiesz co? - dodał fałszywy Znikacz, jakby nagle wpadł mu do głowy
nowy pomysł. - Może ci sami ludzie spróbują załatwić również Tachiona.
Może ktoś powinien go ostrzec.
- Może - powtórzył z namysłem Brennan. - Wspomnę mu o tym, kiedy wrócę
do kliniki, żeby sprawdzić, co z Jennifer.
- Widziałeś się już z nim? - zapytał Kien. Yeoman skinął głową z roztargnioną miną.
- Zawiozłem do niego Jennifer. Została ranna podczas ataku.
- Mam nadzieję, że niezbyt poważnie - odparł szef Widmowych Pięści,
starannie ukrywając radość.
- Niezbyt - zgodził się Brennan i wstał.
Kien również podniósł się z krzesła, by odprowadzić go do drzwi.
Brennan postawił kaptur i przeszył fałszywego Znikacza twardym
spojrzeniem.
- W porządku - rzucił i opuścił gabinet, przechodząc obok Ricka i Micka,
którzy znowu się kłócili. Poszło o to, że Rick nie mógł się skupić na
czytaniu komiksu, bo Mick włączył telewizor.
Kien śledził go wzrokiem. Na jego twarzy pojawił się uśmiech nagłej,
niespodziewanej radości. Udało mu się umieścić wszystkie cele w jednym
koszyku. Teraz wystarczy jedno uderzenie i wreszcie się od nich uwolni.
4
- Co jest grane, szefie? - zapytał Brutus, gdy Yeoman wrócił do
furgonetki.
Mężczyzna spojrzał na homunkulusa, który kulił się z zimna w jednej ze
starych koszuli roboczych, którą przyciągnął sobie z tyłu.
- Sam nie wiem - przyznał Brennan. - Mam jednak wrażenie, że nic nie
wygląda tak, jak się wydaje. Jak zwykle w tym mieście.
Włączył silnik i ruszył.
- Dokąd jedziemy? - zapytał Brutus.
Mężczyzna spojrzał na niego i skręcił w zaułek graniczący z budynkiem, w którym kiedyś mieszkał Kien.
- Ja wracam do kliniki - odparł. - Ty zostaniesz tutaj i będziesz miał
oko na wszystko.
Homunkulus przeciągnął się i wyjrzał zza deski rozdzielczej.
- Chyba jest dość zimno - zauważył.
- To kolejny powód, by jak najszybciej dostać się do środka.
- Jasne.
Brennan zatrzymał się przy stercie śmieci wysypujących się z pojemników
i otworzył drzwi dla pasażera.
- Co właściwie mam obserwować? - zapytał Brutus.
- Cunninghama.
- Dlaczego?
Yeoman potrząsnął głową.
- Nie jestem pewien. Wydawał mi się... jakiś dziwny. Nie potrafię tego
nazwać, ale coś z nim nie jest w porządku. Nazwał mnie "kapitanem".
Nigdy przedtem tego nie robił. Nie mógł wiedzieć, że byłem kapitanem w armii, chyba żeby...
Znowu potrząsnął głową.
Brutus odchrząknął i zeskoczył z furgonetki. Słońce już wzeszło, ale
niebo nadal było ciemne. Zasłaniały je zapowiadające śnieg chmury. W zaułku dął zimny wiatr. Homunkulus pobiegł za stertę śmieci, mamrocząc
coś pod nosem. Gdy już za nią znikał, Brennan wychylił się przez drzwi
dla pasażera.
- Aha, Brutusie.
Istotka wystawiła głowę zza brązowej papierowej torby pokrytej plamami
tłuszczu.
- Tak?
- Uważaj na siebie.
Homunkulus uśmiechnął się szeroko.
- Ty też, szefie - odparł i zniknął w śmieciach.
Brennan zatrzasnął drzwi i odjechał, powtarzając sobie, że nie musi się
martwić. Brutus był jednym z najlepszych szpiegów Poczwarki. Poradzi
sobie.
Poczwarka. Pomyślał o niej po raz pierwszy od dość dawna. Te myśli
łączyła nierozerwalna więź z wypadkami, do których doszło podczas jego
poprzedniego spotkania z Tachionem. Skonfrontował się wtedy z doktorem
Jayem Ackroydem oraz zabójcą Poczwarki Hiramem Worchesterem.
Ackroyd wściekł się wtedy na Brennana. Jak na człowieka po szyję
pogrążonego w nielegalnych i gwałtownych poczynaniach miał zupełnie
nierealistyczne wyobrażenia na temat przemocy. Ale on nie miał mu tego
za złe. Nigdy nie potępiał nikogo z powodu jego ideałów.
Ale Tachion to co innego. Podczas swej przemowy na temat ślepego
posłuszeństwa literze prawa zapomniał o pewnym ważnym szczególe. Prawa
to tylko słowa napisane na papierze. Społeczeństwo może je zmienić w dowolnej chwili, a politycy, adwokaci, sędziowie i policjanci każdego
dnia interpretują je inaczej. Każdy, kto wierzy, że wszystkich praw
zawsze należy przestrzegać, świetnie by się sprawdził jako łapacz
zbiegłych niewolników. Każdy, kto wierzy, że wszystkie prawa obowiązują
każdego w takim samym stopniu, bez względu na jego rasę, religię i status ekonomiczny, jest głupi.
Człowiek może tylko samodzielnie zdecydować, co jest sprawiedliwe, a co
nie, i co trzeba zrobić, by walczyć z niesprawiedliwością. Musi też
zaakceptować wszelkie konsekwencje swej decyzji.
Zatrzymał furgonetkę przed kliniką, wyłączył silnik i wysiadł. Wszedł
przez suwane szklane drzwi do środka. Zastał tam chaos.
Jakaś bliska histerii kobieta krzyczała do udręczonej pielęgniarki, że
jej córeczka zawsze miała taki fioletowy kolor, do cholery, ale jej
skrzela nie pracują prawidłowo, podczas gdy druga pielęgniarka w białym
fartuchu tłumaczyła nadmiernie owłosionemu mężczyźnie, że karta
ubezpieczeniowa Blue Cross nie pokrywa kosztów depilacji elektrolizą i nie ma znaczenia, jak bardzo pragnąłby podjąć pracę w firmie
cateringowej. Kolejna dżokerka - całkiem atrakcyjna, jeśli pominąć
cętkowaną, łuszczącą się skórę, czytała numer "National Geographic"
sprzed ośmiu miesięcy, a dwójka jej dzieci spełzała z krzeseł i wpełzała
na nie z powrotem, okrążając wychudłego dżokera o zapadniętych oczach,
nieustannie wykasłującego grudki jakiejś niezdrowo wyglądającej
substancji do styropianowego kubka, który ściskał w wyglądających jak
szczypce kraba dłoniach.
- Przepraszam - wymamrotał udręczonym głosem ktoś za plecami Brennana i przemknął obok niego. To był Tachion. Towarzyszyła mu kobieta, chuda i muskularna, ale atrakcyjna pomimo przepaski na oku i zygzakowatej blizny
na policzku. Poruszała się z oszczędnym wdziękiem, sugerującym, że
potrafi sobie poradzić w niemal każdej sytuacji. To jednak było
konieczne dla kogoś, kto spędzał znaczną część życia w towarzystwie
Takizjanina.
- Tachion.
Kosmita odwrócił się z niecierpliwym westchnieniem, które jednak zamarło
mu w gardle, gdy poznał Brennana i ujrzał wyraz jego twarzy.
- Co się stało? Czy Jennifer...
- Musimy porozmawiać - przerwał mu Yeoman, spoglądając na kobietę. -
Gdzieś na osobności.
Nieznajoma przeniosła z zaciekawieniem wzrok z Tachiona na Brennana, a następnie z powrotem na kosmitę. Takizjanin skinął drobną, delikatnie
wyglądającą dłonią.
- Danielu, to jest Cody Havero, doktor Cody Havero. Cody, to jest, hmm,
mój przyjaciel...
Jak zwykle usta Tachiona były szybsze od jego mózgu. Wymienił jego
prawdziwe imię. Brennan, który do zeszłego roku był tajemniczym obrońcą
sprawiedliwości znanym jako Yeoman, wolał trzymać takie informacje w tajemnicy.
- Daniel Archer - podpowiedział.
Tachion skinął głową. Havero wyciągnęła rękę.
- Co się stało? - powtórzył Takizjanin. - Czy z Jennifer wszystko w porządku?
Brennan potrząsnął głową i puścił dłoń lekarki.
- Nie miałem czasu do niej zajrzeć. Musimy o czymś porozmawiać.
Natychmiast.
Havero znowu przeniosła spojrzenie z Tachiona na Yeomana.
- Umiem pojąć aluzję - stwierdziła. - Pójdę sprawdzić dokumentację kilku
pacjentów, na spółkę z siostrą Follet. Wrócimy do naszej rozmowy, kiedy
już skończycie.
- W porządku - zgodził się Takizjanin. - Dziękuję, Cody. - Rozejrzał się
po izbie przyjęć. - Chodź - rzekł do Brennana, ujmując go za ramię. -
Automat do kawy wygląda na opuszczony. Możemy porozmawiać przy nim. Przy
okazji wprowadzę do organizmu trochę kofeiny. Chyba czeka mnie ciężki
dzień.
Matka z dzieckiem ze skrzelami przeszła obok nich w towarzystwie
współczującej pielęgniarki. Piszczące dżokerskie dzieciaki bawiły się w berka wokół nich. Poza tym jednak wokół automatu nikogo nie było.
Tachion wrzucił do niego osiemdziesiąt centów i otrzymał w zamian mały
tekturowy kubek wypełniony czarnym płynem o intensywnym zapachu.
- Chcesz kawy? - zapytał kosmita, ale Brennan potrząsnął głową. - W porządku. Każę ci przynieść herbaty z gabinetu...
Yeoman raz jeszcze potrząsnął głową.
- Przejdźmy do rzeczy, doktorze.
Tachion spojrzał na niego. W jego liliowych oczach malował się ból.
- Byliśmy kiedyś przyjaciółmi, Danielu. Walczyliśmy razem z Rojem i...
- Stoczyliśmy razem wiele bitew, doktorze - przerwał mu Brennan sztywnym
tonem. - Ale to nie powstrzymało cię przed wkroczeniem do mojego umysłu,
gdy uznałeś to za stosowne.
- Musiałem to zrobić! Miałeś zamiar zabić Hirama, a Jay chciał cię
wysłać do paki! Na płonące niebo! Co miałem zrobić?
- Nie ma łatwych odpowiedzi - stwierdził Yeoman. - Obaj nie zaliczamy
się do osób podążających za stadem. Obaj robimy to, co konieczne. I obaj
musimy żyć z konsekwencjami swoich czynów.
- Byliśmy przyjaciółmi - wyszeptał Tachion.
- Kiedyś.
Na chwilę zapadła cisza. Takizjanin wpatrywał się w kawę. Pociągnął łyk
i skrzywił się.
- Zrobiła się zimna - poskarżył się. - Dobra, to o czym chciałeś
porozmawiać?
- Sądzę, że za atakiem mógł stać Kien - odparł Brennan.
Tachion wlepił w niego spojrzenie.
- Nonsens - żachnął się. - On nie żyje.
Yeoman potrząsnął głową.
- Może i tak. Ale niewykluczone, że jego ręka sięga do nas zza grobu.
Może wydał podwładnym rozkaz, by po jego śmierci załatwili wszystkich
jego wrogów.
Kosmita zmarszczył brwi, zastanawiając się nad tą możliwością.
- Dlaczego mieliby czekać z górą rok, zanim uderzą?
Brennan wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Ale pamiętaj, że ty też byłeś na liście Kiena.
- Masz rację - zgodził się z westchnieniem Tachion. - To kolejna
komplikacja w moim i tak już zbyt skomplikowanym życiu.
Spojrzał na drugiego mężczyznę. Miał dodać coś więcej, ale uwagę obu
przyciągnął krzyk dobiegający od biurka przy wejściu.
- Tachion! - zawołała Havero. - Natychmiast zawiadom wszystkich. Coś...
W tej samej chwili przy drzwiach doszło do zamieszania. Karetka wjechała
na chodnik z blaskiem świateł i wyciem syreny, po czym gwałtownie
zahamowała. Lekarka sięgnęła pod blat i włączyła system głośników. Z karetki wyskoczyło dwóch ludzi. Jeden podbiegł do tyłu pojazdu, a drugi
podszedł do szklanych drzwi, które otworzyły się przed nim.
- Bitwa gangów - zawołał kierowca. - Krwiożercze Dziwolągi kontra
Książęta Demonów. Zabraliśmy, ilu się dało. Reszta jest w drodze.
Tachion popędził w tamtą stronę. Brennan podążał tuż za nim. Kierowca
wrócił do sanitariusza i pomógł mu wysunąć z karetki wózek nakryty
kocem.
- Wszyscy padnij! - krzyknęła stojąca za biurkiem w izbie przyjęć Cody
Havero.
Brennan i Tachion zareagowali z refleksem doświadczonych żołnierzy.
Padli na gładkie linoleum w tej samej chwili, gdy człowiek leżący na
wózku usiadł, zrzucił koc i wystrzelił serię z uzi, opróżniając cały
magazynek.
Yeoman przetoczył się, gdy tylko upadł na podłogę. W mgnieniu oka ujrzał
straty spowodowane przez przeszywające powietrze kule. Pociski przeszyły
pierś plującego do kubka staruszka. Mężczyzna pochylił się do przodu i zsunął z krzesła. Na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia i bólu. W następnym momencie jego twarz zamarła, a oczy zaszły szkłem.
Kobiecie czytającej "National Geographic" nic się nie stało, ale po
chwili zauważyła, że jej dzieci oberwały, gdy zamarły pośrodku izby
przyjęć, sparaliżowane przerażeniem. Zerwała się na nogi. Z jej ust
wyrwał się przeciągły, histeryczny krzyk. Kudłaty facet również miał
farta, ale szczęście Cody Havero przekraczało granice cudu. Jej krzyk
przyciągnął uwagę napastnika, który na wpół odruchowo skierował broń w jej stronę. Ale lekarka odchyliła się, jak w jakimś osobliwym tańcu.
Brennan zauważył kącikiem oka, że większość kul uderzyła w blat nad nią.
Zdążył już wyciągnąć browninga z kabury na dole pleców. Przycisnął
brzuch do podłogi, uniósł i wycelował broń w jednym płynnym ruchu.
Ledwie pamiętał, że ma pistolet. Po prostu odtworzył w mózgu stan
natychmiastowej koordynacji mięśni i umysłu, jaki osiągał, gdy strzelał
z łuku. Wyciągnął przed siebie obie ręce, dłonie swobodnie zamykał na
broni, mięśnie miał luźne, a oczy prawie zamknięte. Nacisnął spust i mężczyzna siedzący na wózku przewrócił się na plecy. Umysł Yeomana
zapisał tę chwilę, jakby była owadem uwięzionym w bursztynie. Brennan
odtworzył ją, gdy zabójca już leżał, i zobaczył okrągły, czarny otwór w jego czole.
- Jezu! - zawołał jeden z towarzyszy zabitego i sięgnął po coś, co miał
pod płaszczem. Brennan wiedział, że ma mnóstwo czasu, i pamiętał też, że
musi zadać napastnikom kilka pytań. Przestrzelił obu kolana.
Tachion zerwał się na nogi, nim jeszcze zdążyli upaść na podłogę.
Przeraźliwe krzyki dżokerskiej matki umilkły. Kobieta osunęła się w kałużę krwi swoich dzieci. Brennan zerknął na Tachiona.
- Kazałem jej spać - wyjaśnił zwięźle kosmita. Jego twarz o delikatnych
rysach wykrzywiła się w grymasie furii. - Przodkowie! W mojej klinice! W mojej klinice!
- Lepiej sprawdź, co z doktor Havero - rzekł mu Yeoman. - Myślę, że
mogła oberwać.
Lekarka wyprostowała się, gdy Tachion do niej podbiegł, i zbyła go
machnięciem ręki.
- Dwie kule - zdołała wykrztusić. - To tylko draśnięcia. Nic mi nie
będzie.
Takizjanin zmienił kierunek wpół kroku i skierował się ku krwawiącym
dżokerskim dzieciom. Brennan nie zawracał sobie nimi głowy. Nadal
widział zapisane w umyśle ujęcia chwil, gdy kule rozerwały ich ciała, i wiedział, że nie ma dla nich nadziei. Podszedł do doktor Havero.
Postrzelono ją dwa razy, w ramię i w łydkę, ale pociski ominęły kości i główne naczynia krwionośne.
- Jak to się stało? - zapytał, gdy Tachion przechodził bezradnie od
jednego ciała do drugiego.
Przestąpiła z nogi na nogę z bolesnym grymasem.
- To stary dobry fart Cody Havero - wyjaśniła.
Brennan skinął głową. Żałował, że sam nie ma takiego szczęścia. W izbie
przyjęć nagle zapanowała gorączkowa aktywność. Wiedział, że nie ma czasu
do stracenia. Ktoś z pewnością zadzwonił już po policję, a on musiał
stąd zniknąć przed przybyciem gliniarzy. Poza tym to mogła być tylko
zmyłka. Niewykluczone, że główny atak przeprowadzono przez boczne drzwi
i napastnicy wjechali windą towarową do rzekomo bezpiecznego pokoju na
najwyższym piętrze kliniki.
Podszedł spokojnie do dwóch nadal wijących się z bólu na podłodze
zabójców. Żaden z nich nie miał zadowolonej miny, ale Yeoman również się
nie cieszył.
- Gadaj - warknął do tego, który zjawił się pierwszy.
- Nic nie wiem. Kurde, nic nie wiem.
- Może przestrzelę ci łokieć na dodatek do kolana? - zaproponował
Brennan, unosząc browninga.
- Kurde, nie, przysięgam, przysięgam na Boga!
Yeoman wycelował. Napastnik wrzeszczał i płakał, ale jego krzyki nie
powstrzymały mężczyzny. Zrobił to Tachion.
- On mówi prawdę - zapewnił Kosmita. Sprawiał wrażenie śmiertelnie
znużonego, ale nieszczególnie zaskoczonego nagłym wybuchem przemocy, do
którego doszło wokół niego. - To zwykłe zbiry do wynajęcia. Zapłacił im
ten facet na wózku, którego zastrzeliłeś. A on już nic nie powie.
Brennan skinął głową i schował pistolet.
- Coś jednak powie - stwierdził. Pochylił się nad ciałem i zerwał z niego koszulę, wskazując na wielki bandaż owinięty wokół lewej łopatki.
- Jedynego z napastników, który przeżył atak na mój dom, zraniłem w to
miejsce. To była jego druga próba. - Wstał, sięgnął do kieszeni z tyłu
spodni i wyjął z niej asa pik. Położył go na ciele. Karta przylepiła się
do krwi spływającej z czoła zabitego. - Twoi kolesie, stróże prawa, będą
się mieli nad czym zastanawiać, gdy już dotrą tu ze sklepu z pączkami -
dodał i odwrócił się.
- Chwileczkę - odezwał się Tachion. - Dokąd idziesz?
Brennan zerknął w górę.
- Muszę coś sprawdzić.
Takizjanin skinął głową.
- Rozumiem. Uważaj na siebie.
Yeoman również przytaknął. Nie chcąc korzystać z ociężałej windy, wszedł
na górne piętro po schodach. W korytarzu było ciemno i cicho. Ruszył do
pokoju Jennifer, skradając się jak kot. Kiedy otworzył drzwi, zaskoczony
Ojciec Kałamarnica odwrócił się błyskawicznie.
- Co to było za zamieszanie na dole? - zapytał.
- Kolejny atak - wyjaśnił Brennan, chowając browninga na miejsce.
- Czy nikt nie ucierpiał?
Yeoman potrząsnął głową.
- Myślę, że potrzebują cię tam, ojcze.
Kapłan przeżegnał się i wybiegł z pokoju. Tropicielka siedziała na
krześle przy łóżku Jennifer. Wyglądała jak posąg ranionej kobiety. Sama
Jennifer zrobiła się niemal półprzezroczysta. Przypominała piękne,
spokojne zwłoki.
Brennan skrzywił się boleśnie. To z pewnością w niczym jej nie pomagało.
Zaczął coś mówić, ale Tropicielka uniosła wzrok i potarła zmęczone oczy
kłębami dłoni.
- Znalazłam ją - rzekła znużonym głosem, spoglądając na Brennana. -
Zgubiła drogę i błądzi, pełna strachu. Nie chciała ze mną wrócić.
- Musisz ją sprowadzić z powrotem - oznajmił Yeoman.
Wzruszyła ramionami.
- Nie dam rady. Ona mi nie ufa. - Przyjrzała się z namysłem mężczyźnie.
- Ale tobie mogłoby się udać. Jeśli nie zabraknie ci odwagi.
Zaczął jej odpowiadać, ale powstrzymała go, unosząc dłoń.
- Nie podejmuj decyzji zbyt szybko - ostrzegła go. - Wiem, że jesteś
twardy, odważny i tak dalej, ale fizyczna odwaga ma z tym bardzo
niewiele wspólnego. - Wydęła usta, spoglądając z powagą na Brennana. -
Gdy was zaatakowano, twoja Jennifer była w fazie głębokiego snu. Zamiast
wrócić do ciała, jej umysł w jakiś sposób przeniósł się na inną
płaszczyznę. Do innego wymiaru. Podejrzewam, że ma to coś wspólnego z naturą jej mocy aski. Kiedy staje się niematerialna, przenosi się do
sąsiednich wymiarów.
- Ale tym razem przeniósł się tylko jej umysł - stwierdził Yeoman. - Jej
ciało zostało na miejscu, a ona nie potrafi do niego wrócić.
- Zgadza się - potwierdziła kobieta.
- Jak wygląda ten inny wymiar? - zapytał Brennan.
- W tej chwili to po prostu szara pustka, ale to tylko dlatego, że
świadomy umysł Jennifer jest uśpiony. Gdy do tej rzeczywistości wkroczy
czuwający umysł, stanie się ona odbiciem archetypów, które nim władają.
Yeoman zmarszczył brwi.
- Rozumiem. Tak mi się zdaje. Ale dlaczego to jest niebezpieczne?
- Jeśli ktoś wejdzie do tej rzeczywistości, wypełniają ją obrazy,
symboliczne postacie nawiedzające jego podświadomość. Odważysz się
stawić im czoło?
Zawahał się. Nie miał zbyt wielkiej ochoty przyglądać się tajemnicom
swego umysłu. Wyglądało jednak na to, że nie ma wyboru. Skinął głową.
Tropicielka uśmiechnęła się, ale w jej uśmiechu było niewiele wesołości.
- W porządku - zgodziła się. - Chyba będziemy zmuszeni poddać próbie
twoją odwagę.
?
Kien wstał, podszedł do drzwi gabinetu i zamknął je, odcinając się od
irytującego bip-bup-bap dobiegającego z przedpokoju, gdzie Rick i Mick
grali w Donkey Konga na atari.
Irytowało go, że ktokolwiek może tracić czas na takie głupstwa, ale
pozwalał mniej wartym ludziom na ich rozrywki. Musiał przygotować plany,
które zajmą jego umysł. Wkrótce powinien otrzymać od Lao meldunek
dotyczący ataku na klinikę. Jeśli Brennan i ten arogancki skurSkurwysynek z kosmosu zginęli, to bardzo dobrze. Kien miał jednak wrażenie, że nie
pójdzie tak łatwo i będzie potrzebował subtelniejszej pajęczyny, by ich
schwytać. Następnie wyssie z nich życiowe soki niczym pająk i wyrzuci
ich wysuszone trupy na śmietnik, jak wczorajsze odpadki.
Tak jest, powiedział sobie, gdy znowu zasiadł na krześle, położył nogi
na biurku i splótł palce za głową. To bardzo piękny obraz. Podoba mi
się. Jestem pająkiem. Wielkim i potężnym cesarskim pająkiem, który
siedzi w samym środku swej sieci, sprytny i cierpliwy, i odczytuje
drżenia spowodowane przez mniej wartych ludzi, przemykających trwożnie z nici na nić niczym przerażone muchy. Wybieram tych, których nagrodzę,
oraz tych, których wykorzystam i odrzucę. Zaszedłem daleko od czasów
Wietnamu i sklepiku ojca.
Kien uświadomił sobie, że ostatnio bardzo często myśli o ojcu. Taka
obsesja na punkcie przeszłości była do niego niepodobna. Z myślenia o minionych czasach nie wynikało nic dobrego. To nie mogło niczego
zmienić. Nie miało sensu wspominać chwili, gdy Kien znalazł go
zamordowanego na klepisku w ich sklepie. W dzieciństwie nigdy nie miał
dużo. Musiał znosić marne jedzenie i połatane ubrania. Inne dzieci z wioski śmiały się z niego nie tylko dlatego, że był Chińczykiem, lecz
również dlatego, że wyglądał na biedaka. Ale francuskie skurSkurwysyny,
które zamordowały jego ojca, ukradły również jego skromne oszczędności.
Znalazły sejf w miejscu, gdzie zakopał go Stary Ojciec. Dla Kiena nie
zostało nic. Dlatego musiał zmienić nazwisko i przenieść się do miasta.
Nie porzucił rodziny. Zrobił dla niej, ile tylko mógł...
Rozległo się pukanie do drzwi. Kien nagle się poderwał.
- Proszę - powiedział.
To byli Rick i Mick.
- Dostaliśmy wiadomość od naszego informatora z policji - oznajmił Rick.
- Miał oko na wszystko, tak jak mu kazałeś - dodał Mick. - I udał się na
miejsce, gdy tylko ktoś zadzwonił z informacją o kłopotach w klinice w Dżokerowie.
- I co? - zapytał zniecierpliwiony szef gangu.
Rick i Mick popatrzyli na siebie nawzajem. Kien zorientował się, że
żaden z nich nie chce przekazać mu złych wieści. Kilka razy trącali się
nawzajem łokciami, aż wreszcie Rick zebrał się na odwagę.
- Lao nie żyje. Zabity strzałem w czoło. Na jego ciele znaleziono asa
pik.
- A Brennan i Tachion? - zapytał fałszywy Znikacz przez zaciśnięte zęby.
- Chyba nic im się nie stało. Lao załatwił parę dżokerskich dzieciaków i jednego dziadygę, również dżokera. Ranił też lekarkę. Tachion nadal jest
w klinice, ale Brennan jak mówią świadkowie, po prostu zniknął.
Przestrzelił kolana facetom, których wynajął Lao, i zostawił ich
gliniarzom.
- Ale oni nic nie wiedzą - dodał pośpiesznie Mick. - Nie są Pięściami i nic ich z tobą nie łączy.
Wyraźnie spodziewali się eksplozji, ale Kien skinął tylko głową.
- Liczyłem się z taką możliwością - wyjaśnił. - Jeśli chcesz, żeby coś
zrobiono dobrze, musisz to zrobić sam - dodał do siebie.
Wstał, splótł dłonie za plecami i zaczął spacerować po pokoju.
- Tachion nie stanowi problemu - mruknął. - Z tym małym durniem poradzę
sobie, kiedy tylko zechcę. Ale Brennana muszę wytropić jak najszybciej.
Gdzie poszedłby po ataku? - zapytał, przeszywając wzrokiem Ricka i Micka. Popatrzyli na siebie nawzajem, przenieśli spojrzenie z powrotem
na Kiena i wzruszyli ramionami.
- Na pewno martwi się o tę swoją sukę. Tak jest. Sentymenty odbiorą mu
rozsądek i popędzi prosto do niej, by sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku. - Zatrzymał się, spoglądając na trzypoziomowy szklany stojak,
w którym znajdowała się część jego sławnej kolekcji antycznej,
starożytnej chińskiej ceramiki. - Powiedział, że jest w klinice, ale z pewnością nie położyli jej na otwartym oddziale. Na pewno siedzi w jakimś miejscu, które uważają za bezpieczne. - Podszedł z powrotem do
biurka. - Gdzie to mogłoby być?
Ktoś za jego plecami kichnął.
- Na zdrowie - powiedział odruchowo Kien.
- Ja nie kichnąłem szefie - zapewnił Rick.
- Ja też nie - dodał Mick.
Fałszywy Znikacz odwrócił się błyskawicznie.
- W takim razie kto to był?
- Dźwięk chyba dobiegał stąd - odrzekł Rick, wskazując na wazę stojącą
na środkowym poziomie szafki.
Była pokryta zieloną emalią na czarnym tle i wywodziła się z czasów
panowania Yong Zhenga. Była stara, a jej forma i kolory zaliczały się do
wyjątkowo rzadkich. Stanowiła prawdziwą chlubę kolekcji Kiena. Szef
gangu zmarszczył brwi, wstał, podszedł do szafki i zajrzał do środka
wazy.
Siedział w niej człowieczek, pomarszczony homunkulus o skórze chyba z pięć numerów za dużej na jego ciało. Zakrywał nos i usta obiema dłońmi,
starając się powstrzymać kolejne kichnięcie. Ale i tak wydostało się na
zewnątrz, choć było cichutkie. Otarł nos przedramieniem i uniósł wzrok
ku ogromnej twarzy spoglądającej na niego z góry.
- O kurwa - mruknął.
5
Miasto płonęło, choć nigdzie nie widziało się ognia.
Brennan nigdy dotąd nie spotkał się z podobnym żarem. Powietrze od niego
migotało. Fale gorąca wznosiły się z chodników, liżąc go po twarzy
niczym cuchnący jęzor ogromnej, zdyszanej bestii. Obłaziły jego ciało,
przywołując strumyczki potu na jego plecy i nogi. Gdyby był religijny,
podejrzewałby, że znalazł się w piekle. Przypomniał sobie hasło często
wyszywane na kurtkach weteranów wojny wietnamskiej. "Po śmierci pójdę do
nieba, bo w piekle już byłem".
Może to i nie było piekło, ale z pewnością znalazł się w mieście ze
swych najgorszych koszmarów. Szedł zaułkiem, przeskakując nad bąbelkami
asfaltu sączącymi się ze szczelin w nawierzchni. Otaczały go rozpadające
się budynki, a na wyboistych jezdniach walało się mnóstwo śmieci,
których nikt nie zbierał. To było miasto duchów. Na opustoszałych
ulicach nie było nikogo poza nim.
Wyszedł z zaułka i spojrzał na zardzewiałą, powyginaną tablicę zwisającą
z latarni. Henry Street. W takim razie Kryształowy Pałac powinien
być...
Spojrzał wzdłuż ulicy i rzeczywiście go zobaczył. Kryształowy Pałac
nadal stał na swoim miejscu. A jeśli Pałac wciąż stał... Brennan ruszył
w tamtą stronę niczym marynarz nieodparcie przyciągany przez skały, na
których czają się syreny.
Drzwi do Pałacu były otwarte. Wewnątrz panowały ciemność i chłód.
Przeszyło go drżenie. Pot spływający po jego ciele nagle wyparował,
pozostawiając zimną, lepką skórę.
Być może to panujący w Pałacu chłód przyprawił go o dreszcze, a może to
była ona. Siedziała za swym ulubionym stołem na swym ulubionym krześle z wysokim oparciem, ledwie widoczna w mroku. Obok stał kieliszek jej
ulubionego amaretto.
- Poczwarko - wyszeptał Brennan.
Spojrzała na niego. Z jej przezroczystej twarzy jak zwykle nie sposób
było nic wyczytać. Poczwarka była kobietą z krwi i kości, ale jej skóra
i tkanka tłuszczowa były niewidzialne, a mięśnie w przeważającym stopniu
również. Niektórym wydawała się odrażająca, ale Brennan był nią
zafascynowany.
- Czy to naprawdę ty? - wyszeptał.
- A któż inny mógłby siedzieć w tym miejscu, w tym ciele, pijąc amaretto
z kryształowego kieliszka? - zapytało widmo. Yeoman potrząsnął głową. To
nie była odpowiedź na jego pytanie. Być może zasady rządzące tym
popapranym wymiarem nie pozwalały jej odpowiedzieć. Albo to zasady
rządzące jego popapraną podświadomością nie pozwalały jej mówić jasno.
- Wiedziałaś o wszystkim, co się działo w Dżokerowie - podjął Brennan. -
A jak jest tutaj?
- Znam cię - odpowiedziała. - Wiem co nieco o tym, co dzieje się w twoim
umyśle.
- Potrafisz mi pomóc? - zapytał. - Pomożesz mi odnaleźć Jennifer?
Jeśli nawet widmo było niezadowolone, że wymienił imię jego rywalki, nie
okazało tego w żaden sposób.
- Szukaj w centrum wszystkiego - odpowiedziała. - To, co jest dla ciebie
najcenniejsze, znajdziesz w ramionach swego najgorszego wroga. Ale bądź
ostrożny. Nie jesteś sam w tym świecie.
- Czy to miejsce istnieje naprawdę? - zapytał.
- Mnie wydaje się całkiem rzeczywiste.
- Mnie też - przyznał mężczyzna cichym głosem. Zawahał się. Pragnął jej
dotknąć, ale nie uważał, by to był dobry pomysł. Obawiał się, że
rozpłynęłaby się jak dym. Jeszcze bardziej jednak bał się myśli, że
mogłaby się okazać ciepła, żywa i namacalna.
- Muszę już iść - oznajmił wreszcie.
Poczwarka skinęła głową.
- Kolejna misja - dodała, gdy wyszedł z pokoju. - Bądź ostrożny, mój
łuczniku. Bądź naprawdę bardzo ostrożny.
Wydała się Brennanowi smutna, ale nie mógł nic zrobić, by temu zaradzić.
Zabrał ze sobą okruch tego smutku i opuścił Pałac po raz ostatni.
Na dworze słońce świeciło tak jasno, że musiał przymrużyć powieki. Nie
zrobiło się też chłodniej i pot zalał go, gdy tylko stanął na chodniku,
by zastanowić się nad następnym ruchem.
Jeśli miał skorzystać z rady Poczwarki, powinien poszukać "centrum
wszystkiego". Niestety, było to dość mgliste określenie. Ruszył przed
siebie, zastanawiając się nad tym, i nagle zauważył, że kolejny fragment
przepowiedni nieżyjącej kobiety się sprawdził.
Nie był tu sam.
Po ulicy chodzili ludzie. Większość nosiła niebieskie atłasowe kurtki
Niepokalanych Czapli albo miała maski Wilkołaków na twarzach. Stali
pojedynczo albo w niewielkich grupkach, otaczając go ze wszystkich
stron.
Sięgnął po browninga, którego miał z tyłu, ale nie znalazł go.
Najwyraźniej pistolet nie przeniósł się w to miejsce razem z nim. Nagle
uświadomił sobie, że brak broni może nie mieć znaczenia.
Wszyscy otaczający go ludzie już nie żyli.
Wszyscy byli zbrukani krwią. Wszyscy mieli otwarte rany. Z piersi, szyj,
pleców albo oczu większości sterczały strzały. Ruszyli w jego stronę.
Ich twarze z reguły wydawały mu się znajome. Uświadomił sobie, że to
ludzie, których zabił od chwili powrotu do miasta.
Było ich bardzo wielu.
Zamarł na moment w bezruchu, nie mogąc się zdecydować, co robić dalej.
Umarli byli coraz bliżej. Wtem zauważył kącikiem oka jakieś poruszenie.
Odwrócił się w tamtą stronę i ujrzał makabrycznie uśmiechniętego
mężczyznę ze straszliwie wytatuowaną twarzą, który zmaterializował się
nagle na odległość wyciągniętej ręki od niego.
To był Blizna. As teleporter i szef gangu, którego Brennan zabił wkrótce
po przybyciu do miasta. Na twarzy miał wytatuowane szkarłatne i czarne
spirale, symbol Kanibali Łowców Głów. Był sadystą i wielką radość
sprawiało mu wykorzystywanie swej mocy, by powoli kroić ofiary brzytwą
na plasterki.
- Wróciłem, skurwielu - oznajmił upiornym szeptem, wydobywającym się z gardła zmiażdżonego kiedyś przez Yeomana cięciwą. - I tym razem mam
pomoc - dodał, wskazując na kompanię umarłych, zbliżających się powoli w straszliwym upale.
- Będzie ci potrzebna - odparł Brennan z pewnością siebie, której w rzeczywistości wcale nie czuł. - Już raz cię zabiłem.
Blizna zasyczał z wściekłości, zniknął, zmaterializował się tuż przed
twarzą przeciwnika i ciął brzytwą. Yeoman uchylił się i częściowo
zablokował cios, ale brzytwa zdążyła przeciąć przepoconą koszulkę,
zostawiając ślad na ciele pod spodem. Blizna zniknął i zmaterializował
się w odległości dwóch metrów od niego.
- Zabawa się zaczyna - oznajmił as sadysta.
Brennan poczuł, że po piersi spływa mu krew zmieszana z potem. Nagle
uświadomił sobie, że umrze w tym miejscu. Rozejrzał się pośpiesznie
wkoło i zauważył wąską lukę między dwiema martwymi Czaplami
zmierzającymi ku niemu. Popędził w tamtą stronę. Odepchnął wyprostowanym
ramieniem przeciwnika, który spróbował go zatrzymać, i odzyskał swobodę.
- Uciekaj, skurSkurwysynu, uciekaj! - zawołał Blizna z szaloną radością. -
Nie umkniesz przede mną! Jesteś trupem! Gnijącym trupem!
Brennan biegł, a umarli podążali za nim. Blizna przyglądał się temu, a z jego ściśniętego gardła wydobywał się przerażający śmiech.
?
Rick i Mick wzięli w ręce słój po ogórkach, by przyjrzeć mu się
uważniej. Brutus również gapił się na nich, żałośnie przyciskając do
szkła opuchniętą, posiniaczoną twarz. Z nosa płynęła mu krew.
Bezskutecznie próbował osłaniać posiniaczoną prawą rękę, gdy Rick
potrząsał słoikiem, by patrzeć, jak dżoker podskakuje w środku.
- Po co bierzemy ze sobą małego dziwoląga? - zapytał.
Kien spojrzał na niego. Prowadził ostrożnie, bo z nieba gęsto sypały się
wielkie płatki topniejącego śniegu.
- Będzie pojemnikiem na duszę kapitana Brennana. Postanowiłem, że gdy
już ich schwytam, moi przyjaciele skoczkowie przeniosą mnie na chwilę do
jego ciała, a jego do tego stworzenia.
- Nieźle - stwierdzi Rick i znowu potrząsnął słoikiem.
- Lepiej zdejmij pokrywkę i daj cudakowi trochę powietrza - odezwał się
Mick. - Zaczyna się robić siny.
Kien zachichotał z wyrozumiałością i ponownie skierował uwagę na ulicę.
Nie lubił prowadzić, a już szczególnie podczas śnieżycy, ale w tym
przypadku nie chciał mieć żadnych świadków. Gdy już będzie po wszystkim,
będzie miał inne ciało i inną tożsamość, i nikt z żyjących nie będzie o tym wiedział. Ani skoczkowie, którzy dokonają przeniesienia, ani nawet
Rick i Mick. Zerknął na parę potworów znęcających się nad małym,
bezbronnym dżokerem. Bawili się prawie równie dobrze, jak wtedy, gdy
torturowali go, dopóki im nie powiedział, w którym miejscu kliniki
ukryto Jennifer. Można ich było wykorzystywać do prostych zadań, ale
Kien nie będzie ich żałował. Pora zainwestować w pomocników wyższej
klasy.
Kien zatrzymał się na parkingu kliniki obok furgonetki z napisem: ARCHER
- OGRODNICTWO KRAJOBRAZOWE. Detektywi musieli się trudzić przez wiele
miesięcy, nim w końcu wytropili Brennana i jego sukę, ale nic nie
przekraczało możliwości szefa Widmowych Pięści. Absolutnie nic.
- W porządku. Zaczekajcie tutaj, aż po was przyślę - rozkazał Kien,
wskazując na słoik.
Rick uniósł naczynie i potrząsnął nim, gdy fałszywy Znikacz wysiadał z samochodu. Gdy zrezygnuje z tego ciała, będzie mu brakowało dreszczyku
związanego z byciem asem. Uczynił się niewidzialnym, pozostawiając tylko
oczy - potrzebował trochę praktyki, by się zorientować, że jeśli znika
totalnie, staje się też całkowicie ślepy - i ruszył przez sypiący śnieg
niczym animowana sylwetka. Dotarł do otwartych drzwi tylko dla personelu
umieszczonych z tyłu budynku i wsunął się bezgłośnie do środka. Zaczekał
chwilę, by się zorientować, i ruszył do pokoju na najwyższym piętrze, o którym opowiedział mu żałosny dżoker.
Łatwo było zniknąć całkowicie, gdy tylko zobaczył zbliżającą się
pielęgniarkę albo sanitariusza, i przywoływać oczy z powrotem, kiedy
usłyszał, że się oddalili. Nikt go nie zauważył. Przeciwwłamaniowe drzwi
do pokoju były zamknięte. Kien zajrzał do środka przez wysoko ulokowane
okienko. Suka Brennana leżała w łóżku. Czoło miała owiązane bandażem.
Obok stał masywny dżokerski kapłan, Ojciec Kałamarnica. Na krześle przy
łóżku ktoś siedział, ale kapłan je zasłaniał, i szef Widmowych Pięści
nie widział, kto to jest.
Wszyscy skupiali uwagę na suce Brennana. Kien wyciągnął pistolet z kieszeni płaszcza i otworzył pchnięciem drzwi.
- Bądźcie cicho - odezwał się swym najbardziej rozkazującym tonem - a pozwolę wam jeszcze chwilę pożyć.
Kapłan zwrócił się w jego stronę i wytrzeszczył oczy. Kien uczynił
pistolet widocznym dla wszystkich.
- Nie bądź głupi - rzucił, ale kapłan nie ustępował. Z jego brzydkiej
dżokerskiej twarzy nie sposób było nic wyczytać. - Odsuńcie się powoli i pamiętajcie, że nie boję się wystrzelić
- Posłuchaj go - odezwał się dżokerski kapłan. - To Znikacz z Widmowych
Pięści. On nie żartuje.
- Masz rację - odparł Kien z głośnym śmiechem. - Ale jednocześnie bardzo
się mylisz.
Nie widział powodu, by dalej pozostawać niewidzialnym. Zmaterializował
się całkowicie. W tej samej chwili kapłan odsunął się od łóżka i siedząca na krześle osoba spojrzała na fałszywego Znikacza, który
wytrzeszczył oczy ze zdumienia. To był niski Azjata o białych włosach,
pomarszczonej twarzy i rzadkiej brodzie, długiej i wąskiej. Jego ubranie
było znoszone i połatane. To był jego ojciec.
Kien wycelował w niego drżącą dłonią.
- Cóż za syn - rzekł jego ojciec znajomym, znienawidzonym tonem.
Starzec potrząsnął ze smutkiem głową i szef Widmowych Pięści zaczął
opuszczać broń. To jakaś sztuczka, pomyślał nagle. To musi być jakaś
sztuczka. Ponownie uniósł pistolet, omal nie naciskając mimo woli spustu
drżącymi palcami.
- Kim jesteś? - zapytał.
Widmo jego ojca ponownie potrząsnęło głową ze smutkiem rysującym się na
twarzy.
- Złe to dziecko, które nie poznaje własnego ojca, Hsiang Yu -
oznajmiło.
- Czego ode mnie chcesz? - krzyknął Kien, przestraszony faktem, że
zwróciło się do niego prawdziwym imieniem.
Jego ojciec raz jeszcze potrząsnął głową.
- Tylko należnego szacunku - oznajmiło. - W zamian oferuję ci dar.
Spełnię twoje największe życzenie.
- To znaczy? - zapytał drżącym głosem Kien.
- Czy chcesz dostać głowę Davida Brennana? - mruknął jego ojciec.
- Wiesz, że chcę - odparł szef Widmowych Pięści.
- W takim razie ją dostaniesz - zapewnił go starzec. - Pod warunkiem, że
nie zabraknie ci odwagi, by ją sobie wziąć - dodał i wskazał na drugą
stronę łóżka. Kien pochylił się ostrożnie do przodu i zobaczył swego
wroga, który spał na podłodze.
Uśmiechnął się triumfalnie.
- To wspaniały dar, ojcze - rzekł i wycelował pistolet w Brennana.
Stary Azjata ponownie potrząsnął głową.
- Zawsze starałeś się wybierać najłatwiejszą drogę, synu.
Kien spojrzał na niego, ale nim zdążył cokolwiek powiedzieć, poczuł
nagłe przerażające szarpnięcie. Jego umysł zamienił się w szalony wir.
Mężczyzna zamknął oczy, ale to w niczym nie pomogło. Miał ochotę
zwymiotować, lecz nie był w stanie. Przełknął ciepłą żółć, a gdy znowu
otworzył oczy, cisnęło nim do przodu. Zatrzymał się na wielkim biurku z tekowego drewna, stojącym w gabinecie jego mieszkania. Okna wychodziły
na Central Park.
Odetchnął głęboko, nadal walcząc z mdłościami targającymi jego
żołądkiem. Rozejrzał się wkoło. Tak jest, to był jego gabinet. Wszystko
wyglądało normalnie. Drogocenne dzieła sztuki były na miejscu, drogie
meble lśniły nieskazitelnie, nawet blat biurka, straszliwie uszkodzony,
gdy Kien upozorował swą śmierć, a ten idiota Blaise przebił jego
stróżującego dżokera nożem do otwierania listów.
Przesunął z zamyśleniem dłonią po blacie, który był tak gładki, że
widział w nim własne odbicie. Pochylił się, by przyjrzeć się lepiej, i wymamrotał coś pod nosem, gdy uświadomił sobie, że wrócił do dawnego
ciała. Znowu był Kienem. Spojrzał na swą prawą dłoń, splótł ją z lewą i parsknął krótkim, pełnym ulgi śmiechem. Przynajmniej znowu miał dwie
kompletne dłonie. Odwrócił się zaskoczony, gdy drzwi jego gabinetu nagle
się otworzyły.
Stał w nich Żmij.
To niemożliwe. On nie żył. Kien uświadomił sobie, że dżoker wygląda na
martwego. I wkurzonego.
- Sssłużyłem ci wiernie - wysyczało gadopodobne stworzenie. - I ssstraciłem przezzz ciebie życie.
- To nie była moja wina - sprzeciwił się Kien. Nadal nie potrafił do
końca uwierzyć, że ma przed sobą prawdziwego Żmija, ale dowody trudno
było zignorować. Istota wyglądała jak Żmij i mówiła jak on. Miała nawet
wielką i paskudną ranę na szyi, tam, gdzie Znikacz wbił ten sam nóż do
otwierania listów, którym zabito stróżującego dżokera. - To Znikacz cię
zabił - dodał.
Żmij zbliżał się z każdą chwilą. Nadal wyglądał na wściekłego. Mężczyzna
schował się za biurkiem. Dżoker dysponował nadludzką siłą, a do tego był
mocno jadowity. Kien wiedział, że w walce z nim nie ma szans.
- Umarłem - ciągnął z furią dżoker - dlatego, że nie dałeśśś mi
lojalnośśści, jaką ja zawsze okazywałem tobie.
Pochylił się nad Kienem niczym awatar śmierci. Generał skulił się
trwożnie. Wyobraził sobie rozwartą paszczę Żmija, zaciskającą się na
swoim gardle.
- Nie - zdołał wykrztusić - Nie - powtórzył, zasłaniając twarz
ramionami.
Żmij odsunął się z szyderczym uśmiechem.
- Nie ssspotkasz ssswego przeznaczenia z mojej przyczyny - oznajmił,
zaciskając i rozluźniając potężne pięści. - Ssspotkasz je tam - dodał,
wskazując na okno wychodzące na Central Park.
Kien wyszedł ostrożnie zza biurka i wyjrzał przez okno. Central Park
zniknął, ustępując miejsca gęstej dżungli.
Zupełnie jak w domu, pomyślał. Jak w Wietnamie.
6
Brennan uciekał. Ścigali go umarli i maniakalny śmiech Blizny.
Uświadomił sobie, że as sadysta bawi się z nim jak kot z myszą. Był
teleporterem i mógłby w każdej chwili wymusić konfrontację, ale
najwyraźniej wolał, by Yeoman cierpiał, nim wreszcie go wykończy.
Pojawiał się tuż przed nim albo za nim i ciął gwałtownie brzytwą.
Czasami Brennanowi udawało się uchylić albo zablokować cios, ale w innych przypadkach nie. Z jego koszuli zostały strzępy, zostawiał też za
sobą ślad krwi, za którym mogli podążać umarli.
Nawet bez Blizny trupów było zbyt wiele, by mógł sobie z nimi poradzić.
Musiał znaleźć pomoc albo broń, a najlepiej i jedno, i drugie. Ale
zaśmiecone ulice były bezludne, a rozsypujące się domy ciemne i puste.
Był w znakomitej kondycji fizycznej, ale ścigający nigdy się nie
męczyli. W końcu padnie z nóg i wrogowie będą mogli spokojnie go
wykończyć. Musiał w jakiś sposób pozbyć się ścigających, co nie wydawało
się prawdopodobne, albo przynajmniej rozbić ich na małe grupki i policzyć się z każdym z nich po kolei.
Biegł ulicą, dysząc w zabójczym upale. W gardle miał suchość, a serce
waliło mu coraz szybciej. Wtem jego spojrzenie przyciągnął znajomy
budynek. To było Sławne Groszowe Muzeum Dzikiej Karty na Bowery Street.
W środku znajdzie chłód, mrok i mnóstwo kryjówek.
Wbiegł po schodach, dwadzieścia metrów przed najbliższym ze ścigających,
i walnął z całym impetem w wejściowe drzwi. Otworzyły się szeroko,
odsłaniając chłodne i mroczne wnętrze muzeum. Wpadł do środka i oparł
się plecami o ścianę, by złapać oddech, nim zapuści się głębiej.
Przyglądał się znajomym eksponatom - ściana monstrualnych dżokerskich
dzieci pływających w słojach; diorama Czterech Asów; Ziemia kontra Rój;
zabójcy Kiena atakujący jego i Ann-Marie. Brennan zatrzymał się i wytrzeszczył oczy. Rzecz jasna, w prawdziwym Sławnym Groszowym Muzeum
Dzikiej Karty na Bowery Street nie było takiego eksponatu, ale on nie
był w prawdziwym muzeum. Ta wersja zrodziła się w głębiach jego umysłu i Yeoman wypełnił ją archetypami oraz obrazami, które z upływem lat
kształtowały jego psychikę.
Podszedł do następnego eksponatu. To był upadek Sajgonu, ukazany z całą
brutalnością. Brennana przedstawiono na samym przodzie. Zrywał
kapitańskie epolety i porzucał to wszystko. Była też scena, w której
walczył w jakiejś zapomnianej bitwie, w jakimś zapomnianym azjatyckim
kraiku w czasach, gdy był najemnikiem. Na kolejnej ćwiczył łucznictwo
zen w świątyni, a jego roshi, Ishida, przyglądał się temu. Był tu też
Brennan w restauracji Minha, po powrocie do Stanów, gdy przybył za
późno, by mógł zrobić cokolwiek poza pomszczeniem śmierci towarzysza
zabitego przez Niepokalane Czaple. Następne sceny przedstawiały Brennana
spotykającego Poczwarkę, walczącego z Rojem oraz Brennana i Jennifer.
Przyglądał się temu wszystkiemu w oszołomieniu. Ostatni eksponat zamykał
krąg czasu i historii. Ujrzał siebie samego przyglądającego się dioramie
bardzo podobnej do pierwszej, którą tu zobaczył. Zabójcy Kiena włamywali
się do jego domu, ale to Jennifer, a nie Ann-Marie leżała w kałuży krwi.
Czy jestem skazany na nieustanne powtarzanie cyklu śmierci, pomimo
najlepszych intencji? - zadał sobie pytanie. Czy zniszczenie i przemoc
zawsze będą za mną podążały, jak krwiożercze psy, których nigdy nie
zdołam oswoić? Wyciągnął rękę, by dotknąć woskowej figury Jennifer, gdy
nagle usłyszał jakiś dźwięk. Zatrzymał się i odwrócił.
Blizna przyprowadził ze sobą zgraję umarłych. Uśmiechał się jak idiota.
- Wydaje ci się, że jesteś taki sprytny - oznajmił z drwiną w głosie. -
Wiedzieliśmy, że to będzie pierwsze miejsce, do którego się udasz. -
Obejrzał się za siebie i wskazał na dioramę, której Brennan przedtem nie
zauważył. - Chcesz zobaczyć przyszłość, skurwielu? Popatrz tutaj.
Przełożyła Ewa Budrewicz (przyp. tłum.). [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki