Taśmy Billy'ego Boba. Jaskinia pełna duchów - Kinky Friedman, Billy Bob Thornton


Reflow text when sidebars are open.
Somewhere (Thornton/Andrew)
Nigdy nie dążyłem do tego, by być taki jak ktoś tam. Co nie znaczy, że w przeszłości nie ulegałem żadnym wpływom. Patrzysz na pewne rzeczy, kochasz określonych ludzi, masz jakichś bohaterów i w końcu ulegasz różnym wpływom. Miałem hopla na punkcie opowiadań na temat Południa oraz związanych z nim pisarzy, takich jak John Faulkner, William Faulkner, Erskine Caldwell, Flannery O'Connor i im podobnych. Jednak od początku życia aż do teraz moje pisarstwo zawsze wiązało się z osobistymi obserwacjami i doświadczeniami.
Już jako mały dzieciak, może trzyletni, interesowałem się ludzkimi charakterami, a w Alpine było mnóstwo ciekawych typków. Na przykład różni tacy, co przychodzili do naszego domu po pomoc w rozliczeniu podatków przez moją babcię, przeważnie drwale transportujący drewno albo zarabiający na życie w tartaku w Glenwood.
I uwielbialiśmy opowieści. Siedzieliśmy na werandzie i słuchaliśmy babci, dziadka albo jakiegoś starszego faceta, który właśnie do nas zawędrował. Takie wizyty to była wielka sprawa. Bo wiecie, Południe różni się od innych miejsc. Powietrze jest tu cięższe, ale czuje się duchy. Jest coś w tym, że wojna toczyła się na naszej ziemi, w Vicksburgu i podobnych miejscach. Z kolei z Afroamerykanami wiąże się długa historia spirituals. To, co kiedyś nazywano Negro spirituals, pochodzi od Afrykanów, którzy zostali przywiezieni tu jako niewolnicy i pracowali na polach. Te pieśni, a później blues, zrodziły się na tej ziemi. Podobnie muzyka country, która wywodzi się ze środowiska dzierżawców i innych białych z okolicy. Starzy faceci przesiadywali na skrzynkach po coli przed sklepem, na osłoniętych siatką werandach albo na podwórzu pod orzesznikiem, snuli barwne opowieści czy po prostu gawędzili o ludziach mieszkających w okolicy. Tych historii nie musieli nawet wymyślać. Postaci były już gotowe, a opowieści pochodziły od ludzi, których znaliśmy. Jestem przekonany, że właśnie ta bogata kultura prostaków wydała muzykę country oraz takich facetów jak ja, którzy zajęli się pisaniem, opowiadaniem historii albo zostali aktorami i muzykami. Muzyka country, prawdziwa muzyka country, po prostu różni się od innych gatunków muzycznych. Pieśń jest zazwyczaj napędzana przez opowieść. Wystarczy przez trzy minuty posłuchać Merlego Haggarda, który śpiewa If We Make It Through December, a wiadomo, że tak jest.
Już od trzeciego roku życia byłem świadomym obserwatorem ludzi, interesowałem się charakterami i różnymi dziwacznymi sprawami, które działy się wokół mnie. W tej małej miejscowości, z której pochodzę, duży wpływ wywarło na mnie miniliterackie stowarzyszenie w mojej rodzinie. Moja matka, Virginia Roberta Faulkner, była anglistką, a mój ojciec, Billy Ray, nauczycielem historii i trenerem. Babcia była nauczycielką i pisarką. Wujek Don był muzykiem i śpiewakiem. Wiele lat później grałem na bębnach w jego zespole. To był staroświecki gówniany zespół. Występowaliśmy w klubach weteranów wojennych i takie tam. Dlatego wkurza mnie, jak ludzie mówią: "On jest aktorem, który próbuje zostać muzykiem". No bo przecież grywałem w pieprzonych klubach weteranów już jako nastolatek.
W każdym razie mieszkaliśmy w małym miasteczku o nazwie Alpine, w naszej dolinie żyło około stu dziesięciorga ludzi. Niewiele tam było do roboty. Mieliśmy jeden sklep o nazwie Carmie Buck's Grocery, przy którym była też poczta i stacja benzynowa, i tyle. Mieszkaliśmy z dziadkami ze strony mamy i wychowywano nas po indiańsku. Mama miała przodków Czirokezów i Czoktawów, jakiś Włoch też się trafił. Po jej ojcu byliśmy Czoktawami i kiedy babcia wściekała się na dziadka, przezywała go "starym Czoktawem, co żre flaki". Mieliśmy na swojej ziemi nawet kopce pogrzebowe i gdy się na nich bawiliśmy, dostawaliśmy manto.
Nasza rodzina miała studnię, mały stary ogród, parę psów i kotów, ale nie hodowaliśmy krów ani innych zwierząt. Chyba dopiero jak miałem z dziewięć lat, doprowadzono do domu bieżącą wodę i założono elektryczność. A jak nie ma prądu i robi się ciemno, to jest ciemno jak w grobie. Tak więc aż do połowy lat sześćdziesiątych czytaliśmy przy lampach naftowych i chodziliśmy spać o siódmej, jak Abraham Lincoln.
Mój dziadek był sanitariuszem w czasie pierwszej wojny światowej. Lubiłem wkładać jego maskę gazową, hełm i biegać w nich, za co dostawałem od dziadka lanie. Na emeryturze został leśnikiem i jego praca polegała między innymi na tym, że kilka razy dziennie wspinał się na wieżę i przez lornetkę patrzył, czy gdzieś w okolicy nie wybuchł pożar.
Ze szczytu wieży było widać Oklahomę. Dziadek wręczał mi lornetkę i mówił: "Widzisz te góry? Tam daleko? Są w Oklahomie". Jak byłem dzieciakiem, to był dla mnie odjazd tak wspiąć się na wieżę i gapić na góry w Oklahomie.
Rodzina mojego ojca pochodziła z miejscowości Glenwood w Arkansas, odległej o jakieś czterdzieści kilometrów od Alpine. Glenwood to miasteczko o zaludnieniu dochodzącym do dwóch tysięcy, więc dla nas, mieszkańców miejscowości o populacji około stu dziesięciu osób, to było wręcz miasto. Tam, gdzie się wychowałem, gdy się szło z Alpine do Glenwood, chociaż pokonywało się kilkadziesiąt kilometrów, to było jak wyprawa do Wiednia. Pojechanie gdziekolwiek stawało się wielką sprawą. W dzieciństwie nie miałem pojęcia o podróżach. Cholera, przecież dopiero po dwudziestce pierwszy raz poleciałem samolotem, więc dla mnie, jak ktoś jechał do Little Rock, to tak, jakby wybierał się na księżyc.
Mój dziadek był jak Daniel Boone1. Polował i jedliśmy wiewiórki tak jak inni ludzie jedzą kurczaki. Powiedzmy, że jeden facet pyta drugiego: "Co będziesz dziś jadł?", a ten drugi na to: "Nie wiem, może upiekę sobie na grillu kurczaka". To u nas tak było z wiewiórkami. Jako sześcio- czy siedmiolatek strzelałem wiewiórkom w oczy, odzierałem je ze skóry, patroszyłem i myłem ich mięso, byśmy mogli przyrządzić je na kolację. Tutaj, przy moim domu w samym środku Los Angeles, grasują największe, najtłuściejsze wiewióry, jakie widziałem w życiu. Wychodzę na balkon na papierosa i widzę, jak po podwórku śmiga z tuzin takich tłuściochów. I muszę przyznać, że choć w ostatnich czasach jestem praktycznie weganinem, nadal wyobrażam sobie siebie na tym balkonie z dwudziestkądwójką, jak strzelam do tych tłustych skubańców, wnoszę je do domu, odzieram ze skóry i piekę. Wiewiórki mają wyjątkowy smak. Jak mówi stare porzekadło: możesz zabrać chłopaka ze wzgórz, ale nie zabierzesz wzgórz z chłopaka.
Tam, gdzie mieszkaliśmy, moja rodzina uchodziła za wykształconą. Babcia, Maude Faulkner, była nauczycielką w szkole mieszczącej się w jednym pokoju. Pisała też artykuły do czasopism, wiersze, a nawet machnęła powieść, która nigdy nie została opublikowana. Część tekstu zaginęła, a szkoda, bobym ją teraz wydał.
Ponieważ w okolicy było sporo analfabetów, babcia przygotowywała też wszystkim zeznania podatkowe. Przeważnie ludzie nie płacili jej za to pieniędzmi, bo ich nie mieli, lecz dawali coś w zamian, na przykład kilim, garnek fasoli, buszel kukurydzy. Kiedyś jeden z moich przyjaciół powiedział: "Pamiętam, że jak byłem mały, wszystko smażyło się na Crisco", na co ja odpowiedziałem: "Cholera, a u nas na Snowdrift". A to była taka poślednia marka tłuszczu do smażenia. Tak więc, jak sądzę, klepaliśmy biedę, ale byliśmy ubogimi ludźmi w miejscu, które było naprawdę kurewsko biedne. Nigdy tak o nas nie myślałem. Nie głodowaliśmy. Jedliśmy bez przerwy. To znaczy nie jadłem mięsa ze sklepu, dopóki nie poszedłem do szkoły. Jak się żyje na wsi, zawsze znajdzie się coś do zjedzenia. I to nie były tylko wiewiórki. Dziadek zabijał też inne stwory - oposy, żółwie, szopy pracze, co się dało.
1 Daniel Boone (1734-1820) - znany amerykański podróżnik, osadnik i traper (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
American Jail (Thornton/Andrew)
Gdy byłem w pierwszej klasie, przenieśliśmy się do miasta o nazwie Hatfield. Nigdy nie zapomnę tego miejsca. Mieszkało tam około dwudziestu tysięcy ludzi. Jeden z kościołów, chyba prezbiteriański, stracił pastora, więc pozwolono mojemu ojcu - który był trenerem koszykówki i nauczycielem historii - zamieszkać wraz z rodziną na plebanii. Był to chyba najlepszy dom, w jakim kiedykolwiek żyliśmy.
W Hatfield było odjazdowo, przynajmniej dla mnie. Zawsze jak ktoś wzdycha: "Och, moja babcia piekła takie pyszne ciasteczka", myślę: Kogo to, kurwa, obchodzi? Moja też. Każda piekła. Ale gdy jesteś dzieciakiem, wszystko zdaje się większe niż w rzeczywistości.
Dziadek, nie pamiętam dlaczego, przyjechał kiedyś do nas na kilka tygodni. Był zrzędliwym starcem, który, jak już wspomniałem, przypominał Daniela Boone'a. Niewiele mówił, ale jak już coś powiedział, zazwyczaj wiele to znaczyło.
Jako dzieciak tak bardzo chciałem być lubiany, że zrobiłbym każdą pieprzoną głupotę, byle zyskać akceptację. Gdyby ktoś rzucił: "Hej, ukradnijmy tę ciężarówkę i przejedźmy się do Little Rock", odparłbym: "Dobra, ale czy ty mnie lubisz?". A gdyby koleś odparł: "Jasne, lubię cię, chodźmy", już bym z nim siedział w tej cholernej ciężarówce. To tylko hipotetyczna sytuacja, ale gdy byłem w pierwszej klasie, miałem kumpla z drugiej, który cały czas namawiał mnie do różnych rzeczy.
Pewnego razu zagaił: "Powiedz dziadkowi, żeby dał nam pięćdziesiąt centów na papierosy", bo chciał sobie zajarać. To miał być mój pierwszy papieros w życiu, ale on chyba już wcześniej palił, bo miał to obcykane. W tamtych czasach można było kupić słodycze, które wyglądały jak prawdziwe papierosy. Zupełnie jak paczka pall malli albo chesterfieldów czy innych, tylko nazwa była trochę zmieniona, na przykład Chesterfeel. Produkowano dwa rodzaje takich cukierków: podłużne, kredowe, które się po prostu jadło, i w papierowym opakowaniu, z filtrem. Gdy się dmuchnęło, pudrowy szajs, który wypełniał cukierek, wyglądał jak dym.
Poszliśmy więc do mojego dziadka, a ja spytałem: "Hej, czy mogę dostać pięćdziesiąt centów?". Dziadek chciał wiedzieć, na co nam to, a ja byłem taki durny, że nie powiedziałem: chcemy kupić cukierki, tylko: chcemy kupić cukierkowe papierosy.
A dziadek był szczwanym sukinkotem. Nie dość, że przeszedł pierwszą wojnę światową, to jeszcze był dobrym myśliwym, a myśliwi to na ogół sprytni goście. Dał nam pięćdziesiątaka i powiedział: "Tylko nie szukajcie kłopotów", ale pomyślał: Dam im nauczkę. Pewnie sądził, że kupimy papierosy, zapalimy, a potem się porzygamy.
W tamtych czasach w małych miasteczkach, zwłaszcza na Południu, nie trzeba było mieć osiemnastu czy dwudziestu jeden lat, by kupić papierosy. Posyłało się po fajki nieletnich, rodzice ciągle kazali latać nam do sklepu po jakieś gówno. Jak miałem trzynaście lat, matka posyłała mnie po podpaski.
Tak więc poszliśmy do sklepu, a ja powiedziałem: "Tata kazał mi kupić papierosy", a facet na to: "Jakie?", a ja mówię: "Winstony".
Szopa pełna drewna, siana i papierów to nie najlepsze miejsce do wypalenia pierwszego papierosa w życiu. Krótko mówiąc, spaliliśmy szopę i przyjechała ochotnicza straż pożarna. Kumpel i ja staliśmy na werandzie wraz z całą rodziną i gapiliśmy się na pożar. Dziadek szepnął do mnie: "Czy kupiłeś te cukierkowe papierosy?". "Tak", odpowiedziałem. "Czy spaliłeś tę szopę?". Milczałem.
On tylko na mnie patrzył. Po jakimś czasie zrozumiałem, że przekazał mi bez słów komunikat: "Nie wydam cię, ale za błędy się płaci. Więc nie rób głupot".
Teraz, gdy patrzę na swoją siedmioletnią córeczkę, nie wyobrażam sobie, by mogła robić coś innego poza gapieniem się w swoje książeczki z dinozaurami i bawieniem się w domu. A ja w pierwszej klasie spaliłem szopę.
Am I Ever Going Home Again (Thornton/Andrew)
Tom Epperson i ja napisaliśmy kiedyś wspólnie scenariusz filmu Dotyk przeznaczenia, wystąpiła w nim Cate Blanchett. Pierwowzorem postaci jest moja mama, która jest jasnowidzką. Oczywiście ci ze studia chcieli, by to był thriller, więc końcowa wersja scenariusza nie jest taka jak zamysł pierwotny.
Gdy byłem dzieckiem, mama nie mówiła o swoich zdolnościach parapsychologicznych. Ja i bracia nie wiedzieliśmy nawet, o co w tym wszystkim chodzi. Ale przyjmowała klientów, mieliśmy stolik z czasopismami jak w poczekalni u lekarza. W sypialni rodziców znajdowała się wnęka, którą nazywaliśmy Błękitnym Pokojem, bo ściany i zasłona były w tym kolorze. Wracałem ze szkoły, a w salonie siedziało kilka kobiet. Czasem przychodzili też mężczyźni, ale głównie kobiety, bo w tamtych czasach mężczyźni byli bardziej zamknięci na takie rzeczy.
Jednej nocy zjawił się u nas pewien facet, biznesmen, który był znanym w mieście ultrakonserwatystą. Miałem jakieś dwanaście, trzynaście lat. Wszyscy już spaliśmy. Taty nie było - miał nocną zmianę w fabryce przewodów - więc podszedłem do drzwi, gdy usłyszałem pukanie. Otworzyłem, a na progu stał facet w białej koszuli, który trzymał taką laleczkę-trolla, małe dziewczynki je lubiły. "Jest matka?", spytał, a ja przytaknąłem i poszedłem po nią.
"Mamo, przed drzwiami jest jakiś pan, który chce z tobą porozmawiać", powiedziałem, a gdy zobaczyła, kto to jest, kazała nam z bratem schować się za róg w korytarzu, skąd wszystko słyszeliśmy.
Zaczął wrzeszczeć na matkę: "Jak nie przestaniesz spotykać się z moją żoną i córką, zacznę używać przeciwko tobie twoich sposobów. Widzisz to? - spytał, unosząc laleczkę-trolla. - To laleczka wudu i użyję jej przeciw tobie, jeśli nie przestaniesz rozmawiać z moją żoną i córką".
Ten facet już od dawna nie żyje - ponoć dostał ataku serca, gdy spał z jakąś lalunią - ale mama nadal ma traumę po tamtym spotkaniu, tak nią wstrząsnęło. Mówi, że do dziś staje jej przed oczami i za każdym razem, gdy odzywa się dzwonek u drzwi, myśli, że to on.
Często nam grożono i dostawaliśmy listy pełne nienawiści. Bracia i ja byliśmy wyśmiewani w szkole w związku z umiejętnościami mamy. Pewnego razu wracaliśmy ze szkoły z bandą innych dzieciaków - nie kolegowaliśmy się z nimi, po prostu szły na tę samą ulicę - a jedno z nich wskazało na nasz dom i powiedziało: "Tutaj mieszka ta stara wiedźma". To był pierwszy, ale nie ostatni raz, gdy usłyszeliśmy, jak ktoś nazywa naszą matkę wiedźmą. Włączyłem tamto wspomnienie do scenariusza Dotyku przeznaczenia.
Mama już nie wróży - czasem tylko robi to dla kilku osób, z którymi od lat się przyjaźni - ale niegdyś była dość znana. Zresztą nadal jest. Nawet policja zwracała się do niej o pomoc. Także różni politycy i bogacze. Przylatywali do niej z Nowego Jorku czy Memphis. Ale nie chodziło jedynie o niezwykły dar mamy. Ludzie ją lubili, ponieważ z nimi rozmawiała, umiała ich wysłuchać.
They All Fall Apart (Thornton/Andrew/Davis)
Moi rodzice, bracia i ja przenosiliśmy się z miasta do miasta, ale tata miał dość porywczy charakter, więc wciąż tracił pracę i wracaliśmy w kółko do domu mojej babci w Alpine. Ojciec był okropnym pyskaczem i bardzo łatwo przychodziło mu na przykład powiedzieć komuś, by go pocałował w dupę. Czasami pracował jako sprzedawca samochodów, ale głównie jako nauczyciel i trener koszykówki. Małomiasteczkowa drużyna koszykówki to był mój żywioł. Wyobraźcie sobie intensywniejszą wersję Mistrzowskiego rzutu, tak właśnie wyglądał styl mojego ojca.
Mama mówiła, że tata mnie uwielbiał, dopóki nie zacząłem mówić. Zdaje się, że później już tak za mną nie przepadał. Lubił mojego brata Jimmy'ego. Miał za mało czasu, by się zdecydować, czy lubi mojego drugiego brata, Johna. John miał z pięć czy sześć lat, gdy ojciec umarł, więc był raczej synem moim i Jimmy'ego. Gdy się urodził, miałem dwanaście lat, a Jimmy dziesięć. W pewnym sensie wychowywaliśmy go po śmierci ojca. Mama przyjmowała w domu klientów, a my mieliśmy oko na Johna.
Był bardzo spokojnym dzieciakiem. Kiedy dorósł, poszedł do wojska, gdzie został sanitariuszem, a jak zakończył służbę, zaczął studiować na University of Louisville. Przerwał jednak studia medyczne, bo założył rodzinę, musiał zarabiać na jej utrzymanie i nie stać go było na kontynuowanie nauki. Został dyplomowanym pielęgniarzem. Również uczy pielęgniarstwa, co, jak sądzę, bardzo mu odpowiada. Jest jedną z niewielu osób związanych z medycyną, które mogę znieść, oprócz Richarda Dwyera, lekarza, który uratował mi życie, ale o tym później. John jest bardzo bystrym facetem, zna wszystkie pieprzone choroby na świecie, więc staram się nigdy nie rozmawiać z nim na takie tematy, bo wystarczyłaby mi jedna rozmowa z nim o medycynie, nowych zarazkach i całym tym gównie, które ciągle odkrywają, a wydawałoby mi się, że mam to wszystko. Przypominam jakąś postać z Woody'ego Allena, choćby tego neurotycznego Żyda z Nowego Jorku. Jestem hipochondrykiem i w ogóle.
W każdym razie mój tata spuszczał mi tęgie lanie pasem, a parę razy uderzył mnie pięścią. Ale jak miałem szesnaście lat, to mu oddałem. Wtedy to się skończyło.
Gdy miałem czternaście lat, tata dostał pracę w fabryce przewodów, więc mogliśmy się przeprowadzić do ceglanego domu z trzema sypialniami. Tam, skąd pochodzę, to było spełnienie amerykańskiego snu. Jednak gdy miałem siedemnaście lat, zaraz jak skończyłem szkołę średnią, zdiagnozowano u ojca raka płuc, takiego, co się dostaje od azbestu, i osiem miesięcy później zmarł. Miał jakieś czterdzieści sześć lat.
Ojciec nie poszedł na stałe do szpitala. Jak tylko zachorował, Jimmy i ja zajęliśmy jeden pokój, mama i mały braciszek drugi, a tata leżał w tym trzecim pokoju. W szpitalu bywał tylko po to, by poddać się kuracji kobaltem czy innym świństwem, tak więc przez osiem miesięcy widziałem z bliska, jak to jest, gdy rodzic umiera. Jak zupełnie niszczeje i nie przypomina już samego siebie, wiecie, o co chodzi.
Ojciec był w bardzo dobrej formie, zanim dostał raka. Miał tylko z metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, ale był z niego kawał twardziela. Kiedy służył w marynarce, boksował. Wcale nie jestem do niego podobny. Miał bardzo jasne włosy i niebieskie oczy. Ktoś mi kiedyś powiedział, że większość ludzi wyjętych spod prawa na Dzikim Zachodzie, jakieś osiemdziesiąt procent, miała niebieskie oczy. Niewielu uzbrojonych bandytów i rzezimieszków miało ciemne oczy, chyba że byli pochodzenia meksykańskiego albo indiańskiego.
Wielu ludzi do dziś chce, bym nienawidził ojca, ale nigdy tak nie było. Kochałem go, był moim tatą. Nie odbyliśmy żadnej rozmowy, która zapadłaby mi w pamięć. Pamiętam tylko różne rzeczy, które razem robiliśmy. Na przykład jak zabrał mnie i braci, by pooglądać czaple modre, które akurat o tej porze roku przelatywały przez pobliskie mokradła.
Mój ojciec był trochę jak Wielki Santini2. Kochał futbol i uważał, że powinienem być futbolistą, a jak nie, to znaczy, że jestem idiotą. Czasami trochę ćwiczył ze mną z piłką bejsbolową i przychodził na moje mecze, ale i tak uważał bejsbolistów za cioty. Mawiał: "Wy, pianiści i bejsboliści to banda pedałów". To mogłem jakoś przeżyć. Ale niech no tylko zapodziałem jakieś jego narzędzie, miałem przerąbane.
Na jego obronę mogę powiedzieć, że jego ojciec był taki sam, zresztą wszyscy faceci wtedy tacy byli. Willie, mój syn, gości w domu siedmiu kolegów naraz, grają w gry wideo i przesiadują na werandzie. Idę na dół po schodach, a tu jakiś chłopak, którego pierwszy raz widzę na oczy, otwiera moją lodówkę, ale pozwalam mu to robić, jestem miły dla kolegów syna i w ogóle. Ale za czasów mojego dzieciństwa, jak człowiek szedł do jakiegoś kumpla, to dosłownie modlił się, żeby nie nadziać się na jego starego. Trzeba było kryć się w innym cholernym pokoju. Bałem się ojców wszystkich moich kolegów i do dziś mam problem ze starszymi facetami. Roberta Duvalla uważam za swojego mentora i rozpaczliwie pragnę, by mnie lubił, ale jednocześnie śmiertelnie się go boję.
Gdy tata umierał, widziałem, jak się kurczy, zamienia w drobnego, kościstego, łysego gościa, ważącego ze czterdzieści kilo, lecz nadal patrzyłem na tego wrednego sukinsyna jak na jakiegoś bohatera, bo grał w futbol, bo był trenerem, bo był moim tatą.
Dźwigałem go wtedy, brałem pod kolana i pachy i dosłownie zanosiłem do stołu, bo nie chciał jeść w łóżku. Wyglądał jak więzień Oświęcimia, ale nadal chciał robić wszystko jak zdrowy człowiek. Pamiętam, że wiele razy zanosiłem go do stołu, gdzie wkruszaliśmy upieczony dla niego przez matkę chleb kukurydziany do szklanki z maślanką - to południowy przysmak - a on jadł to łyżeczką. Jednak po kilku łyżkach rzygał na stół, a ja zanosiłem go z powrotem do jego pokoju.
Chyba jest tak, że jak rak dostanie się do mózgu, człowiek wymyśla różne szalone rzeczy, bo jemu wciąż się wydawało, że łażą po nim pająki i węże. Wrzeszczał tym strasznym głosem, który wcale nie przypominał jego własnego, a ja musiałem przychodzić i udawać, że ściągam z niego te pająki i węże. Jak mu mówiłem, że wszystkie już zdjąłem, był zadowolony.
Zaczął też wygadywać różne dziwne rzeczy, ale sądzę, że sam nie wiedział, co mówi. Pewnego razu powiedział: "Nigdy nie mów do niego tato". "Do kogo?", spytałem. A on na to: "Do mężczyzny, za którego wyjdzie twoja mama. Nigdy nie nazywaj go tatą". "Dobra, nie będę", obiecałem. No i oczywiście ona wyszła za innego faceta, a ja nigdy, kurwa, go tak nie nazwałem.
Tatę opłakiwałem dopiero wiele lat po jego śmierci. Wybaczyłem mu cały ten syf, bo teraz, patrząc wstecz, rozumiem, przez co przeszedł. Był facetem, który nie potrafił wyrazić wielu rzeczy, tkwił w głowie jak w pułapce, czując, że jest czymś więcej. Wszystko mu wybaczam, teraz go kocham, bo widziałem jego ogień i pasję, i przynajmniej jeśli chodzi o sporty, zawsze sądziłem, że jest w porządku.
2 Bohater filmu pod tym samym tytułem w reżyserii L.J. Carlina z 1979 r.
Od czego by tu zacząć? Najpierw usłyszałam od wspólnych znajomych o facecie, który jest "jak siermiężny Orson Welles". Trudno mi było sobie wyobrazić, co może wynikać z takiego opisu. A potem zobaczyłam Blizny przeszłości.
Siedziałam samotnie w kinie pełnym obcych ludzi, którzy tak samo jak ja byli pochłonięci tym filmem. Każdym niuansem. Każdą miną. Odgłosem krzesła ciągniętego po podłodze. Postaciami. Każda z nich taka oryginalna, a ma się wrażenie, jakby to byli bliscy znajomi. Twórca filmu pomaga ci zrozumieć pewne miejsce w określonym czasie i ludzi, których dobrze zna. Zaczynasz go wyczuwać. Jego umysł. Jego specyficzną naturę.
Po latach, gdy dobrze poznałam Billy'ego, przekonałam się, że jest tak interesujący i oryginalny, jak mi mówiono, a właściwie o wiele bardziej. Śmieję się, pisząc te słowa, gdyż od razu przychodzi mi na myśl, że on po prostu nie jest "normalny". No bo nie jest. Znam go od ponad dziesięciu lat i jeszcze do końca go nie rozgryzłam. Nie żebym chciała. Ta zagadka mnie kręci.
Ale wiem to i owo...
Ma niesamowite poczucie humoru i jak czasem coś powie, twarz może rozboleć od śmiechu.
Cierpi na bezsenność; korzysta z tego, by obsesyjnie pracować nad muzyką aż do wschodu słońca. Najbardziej lubię te nagrania, na których coś opowiada. Podoba mi się jego surowy głos wsparty subtelnie dźwiękami wyrażającymi uczucia, które stoją za opowieścią. On wie, co mam na myśli. "Bębnienie deszczu w blaszany dach...".
Miał gadającego ptaka, którego podczas tresury zmuszał do słuchania Captaina Beefhearta. Całymi godzinami. Ptaszysko lubiło przeklinać.
Ma lekką agorafobię, więc to naprawdę cud, że wychodzi z domu, by robić filmy. Gdyby mógł kręcić je we własnej piwnicy, na pewno by tak robił.
Raz urządziłam dla niego przyjęcie niespodziankowe, ignorując to, że nienawidzi tłumów i życia towarzyskiego. Gdy wrzasnęli: "niespodzianka!", wyglądał, jakby ktoś dźgnął go nożem w brzuch. Zbladł i musiał się schować w kuchni.
W końcu wyszedł.
Matka Billy'ego ma zdolności parapsychologiczne, a on się martwi, że odziedziczył ten dar. Nie potrafi odróżnić snu od myśli albo niebezpiecznego przeczucia. Dlatego musi naprawić to w swoim umyśle. Na powrót uporządkować rzeczy. Być z nim to jak obcować z szalonym matematykiem. Bez przerwy liczy i powtarza.
Dla niego jestem numerem czwartym. Może brzmi dziwnie, ale wiele to dla mnie znaczy.
Często żartujemy z tego, że uwielbiam Eda Crane'a, bohatera filmu Człowiek, którego nie było. Billy pięknie go zagrał. Ale wiem różne rzeczy, których inni nie zauważyli. Jest tam scena w sądzie. Kiedy sędzia wali młotkiem, Billy wierci się na krześle. Nie wynika to z roli, po prostu Billy zmagał się ze swoją nerwicą natręctw, bo sędzia za każdym razem inaczej uderzał młotkiem. Czasem tyle razy, ile trzeba. A czasem nie. Więc Billy wił się, próbując siłą woli zmusić sędziego, by jeszcze raz walnął w stół.
Billy nienawidzi waranów z Komodo i nawet czytając to, wzdrygnie się, widząc samą nazwę. Był taki incydent... trudny do wyjaśnienia. Naprawdę nie mogę.
Gdy jest przygnębiony, puszcza sobie stare seriale z lat sześćdziesiątych, by przywołać lepsze, prostsze czasy. Jeśli tego nie robi, ogląda mecze bejsbolowe.
Bardzo lubię patrzeć, jak Billy rozgrywa cały mecz bejsbolowy na korcie tenisowym. Sam ze sobą. To nie takie łatwe. Rzuca piłkę, wciela się w rolę komentatora, zagrzewa do walki, łapie piłkę. Ochrzania swoich zawodników albo im gratuluje. Naprawdę fascynujące. Jeśli się go nie zna i ogląda taki mecz godzinami, można uznać to za wariactwo. Ale tylko jeśli się nie zna Billy'ego.
Billy wciąż zapisuje słowa piosenek i scenariusze w żółtych liniowanych notesach. Bazgrze na kartkach i często rysuje brzydkie typki robiące coś zabawnego.
Pamiętam, jak zbudziłam się pewnego ranka po nocy, którą on spędził bezsennie, zapisując w takim notesie jakąś historię. Tylko jedna noc i opowieść była gotowa. Świetnie napisana. A potem, jak to Billy, odłożył ją na wiele lat.
Wciąż staram się go namówić, by zaszył się na trochę na jakiejś werandzie, gdzieś na Południu, i napisał Wielką Amerykańską Powieść. Wiem, że ona w nim jest. Mam nadzieję, że pewnego dnia ją przeczytamy. Może zresztą już ją napisał w jednym z tych żółtych notatników. I cisnął w kąt. Gdzieś zapodział. To byłoby w jego stylu.
Przede wszystkim umarłby dla swojej rodziny. Ma wielkie, piękne serce.
Niektórzy ludzie potrafią przejść przez życie, uciszając głosy w swoich głowach. On nie. Zarówno ja, jak wszyscy, którzy dobrze go znają, kochamy go za to. Wiem jedno: świat na pewno byłby o wiele nudniejszy, gdyby tego faceta na nim nie było.
Roboczy tytuł tej książki brzmiał Billy Bob mówi - i właśnie tak ona powstała. Kinky Friedman spraszał do domu Billy'ego najprzeróżniejszych ludzi, których zadanie polegało na tym, by noc po nocy nakłaniać go do mówienia, a on nagrywał ten nieprzerwany potok słów. Nie chodzi o to, że Billy niechętnie mówił. Wcale nie. Ale trudno mu było mówić, gdy nie miał do kogo, co jest dość naturalne. Przed jedną z końcowych sesji Kinky powiedział o nas, słuchaczach Billy'ego, że "jesteśmy tylko meblami".
Jednak niektórzy z obecnych nie zadowalali się rolą mebli. Danny Hutton, członek założyciel zespołu rockowego Three Dog Night, który wpadł na jedną z sesji nagraniowych, uzupełniał każdą opowiastkę Billy'ego własną - ku konsternacji Kinky'ego, który siedział tam, by wydobyć historie od Billy'ego, a nie od Danny'ego. Billy, który już jako nastolatek był fanem zespołu Three Dog Night, nie miał nic przeciwko temu, a poza tym potraktował wizytę Danny'ego jako szansę zagrania mu paru kawałków swojego zespołu, czyli The Boxmasters. Kinky nie podzielił uprzejmości Billy'ego, gdy chodziło o Teda Manna, autora scenariuszy telewizyjnych NYPD Blue and Deadwood, który był częstym gościem na sesjach nagraniowych do książki. Kinky wciąż musiał go upominać, by "się wreszcie, kurwa, zamknął". Odpowiedź Teda według zapisków innego uczestnika brzmiała: "Kradniesz moje człowieczeństwo!". Wszyscy, którzy słuchali opowiadanych przez niego historii, byli zgodni co do tego, że książka Teda Manna też byłaby niczego sobie.
Sesje nagraniowe - rejestrowane przez J.D. Andrew, współzałożyciela The Boxmasters - były napędzane piwem, papierosami, espresso i, w wypadku Kinky'ego, cygarami, i często kończyły się po północy. Pewnej nocy Billy podszył się pod Karla z Blizn przeszłości - głos, wyraz twarzy, pocieranie dłoni, odchrząkiwanie i tak dalej - i zaimprowizował monolog na temat swoich gości, a potem powrócił do własnej skóry, by zademonstrować, że wejście w jakąś postać wcale nie jest takie trudne, chociaż niektórzy aktorzy robią z tego wielkie halo. Innym razem aktor J.P. Shellnutt przyszedł z gitarzystą ZZ Top, Billym Gibbonsem. Jedna z ostatnich sesji nagraniowych zakończyła się z Louie Kempem, który współorganizował Rolling Thunder Revue, tournée Boba Dylana w latach siedemdziesiątych. Wyjaśniał Billy'emu, jak ortodoksyjni Żydzi, tacy jak on, przygotowują jedzenie, by mieć pewność, że jest koszerne.
O dziwo, pomimo tych wszystkich zakłóceń, jakkolwiek zabawnych, Billy Bob wciąż mówił, a książka, którą czytacie, jest tego rezultatem. Nie wszystko jednak pojawiło się w druku, a wiele historii wyciętych w montażu jest równie zabawnych - choćby sprośna opowiastka o szufladzie z bielizną z czasów, gdy Billy był nastolatkiem, która, jak uznał, mogłaby zażenować jego matkę. Może te historyjki pojawią się w kontynuacji książki. Może ta nowa będzie nosić tytuł, który ku rozczarowaniu niektórych "mebli" został odrzucony: Boli tylko wtedy, gdy siusiam...
Daniel Taub (bezpośredni obserwator)
Przede wszystkim chcę podziękować swojej rodzinie za cierpliwość i wsparcie: mojej mamie Virginii; bratu Johnowi i jego rodzinie: Jennifer, Jamesowi i Ginny; moim dzieciom: Williemu, Belli i Harry'emu; mamie chłopców, Pietrze; wszystkim ciociom, wujkom oraz ich dzieciom, moim kuzynom; mojemu bratu Jimmy'emu; mojemu ojcu i dziadkom, niech spoczywają w spokoju. Dziękuję mojej miłości Connie i jej rodzinie; Walterom - Wielkiemu i Małemu, Aggie, Mai, Chrisowi, Beatrice i Kragenowi, Carrie, Peterowi i Chloe. Bez mojej rodziny nie byłbym w stanie stawić czoła nawet śniadaniu.
Specjalne podziękowania dla Kinky'ego i wszystkich jego kumpli, którzy siedzieli i słuchali, jak nadaję. Są to: Daniel Taub, Ted Mann, John Mankiewicz, Twink Caplan, Larry "Ratso" Sloman, Louie Kemp, Mike Simmons i Danny Hutton.
Ludzie z William Morrow Books, którym składam podziękowania, to: Liate Stehlik, Lynn Grady, Shelby Meizlik, Tavia Kowalchuk, Shawn Nicholls, Joyce Wong, Mary Schuck i Susan Amster.
Z Vigliano and Associates: David Vigliano, Olga Vezeris, Matthew Carlini i Anthony Mattero.
Dziękuję Sage Ferrero za całą jej ciężką pracę i Dylanowi za to, że mi ją wypożyczył. Dziękuję Amélie Frank i wszystkim Planeteers. Dzięki wam wciąż kuśtykam.
Podziękowania dla współpracowników ze świata filmowego, a są to: Kristin Scott Irving, Bruce Heller, Oren Segal, Felicia Molinari, Lynne Eagan, Joani Yarbrough, pan P., Keith Sayer, Arnold Robinson, Paul Bloch, Geyer Kosinski, Jerry Myman, Bob Myman, Barry Markowitz, Doug Hall, Jim Hensz, Chris Halle, Susan Strubel, Annie Miller, Wendy Chuck, Karen Patch, Julie Weiss, Dwayne Grady, Clark Hunter, Paul Ledford, Harve Cook, Kenny Roth, Steve Search, Bob Salerno, Larry Meistrich, Dave Bushell, Brandon Rosser, Buddy Van Horn i wielu innych.
Ze świata muzycznego są to: mój kumpel i współzałożyciel The Boxmasters, J.D. Andrew; pierwszy członek zespołu, Mike Butler; oraz obecny Boxmaster i stary partner muzyczny, Brad Davis, wraz z rodzinami.
Poza tym wszyscy uczestnicy moich solowych tournée i tournée The Boxmasters: Mike Bruce, Teddy Andreadis, Danny Baker, Larry Byrd, Chuck Garric, Mike Shipp, Jody Maphis, Jon Rauhouse, Marty Rifkin, Roger "Tiny" Kohrs, Daryl Johnson, Matt Laug, Eric Singer, Damon Johnson, Eric Dover, Ryan Roxy, Gregg Stocki, Steve Arnold, Mike Finnigan, Mica Roberts, Randy Mitchell, Stephen Bruton, wraz z rodzinami oraz pewnie wielu innych.
Pracownicy ze studia nagrań i dźwiękowcy z trasy: Jim Mitchell, Dirty Don, Micro, Bobby O.D., Dan Druff, Raz, Raymond Hardy, Terry Wieland, Tom Mayhue, McBob, Hoover, Jamo, Sack, Steve Winstead, kierowcy autobusu Chuck i Shaggy.
Teraz następuje lista przyjaciół, współpracowników, ludzi, którzy wywarli na mnie wpływ (niektórych znałem, a niektórych nie) w muzyce, filmach i po prostu w życiu. Ogólnie rzecz biorąc, ludzi, którzy są w porządku. Na pewno wielu pominę, bo nie jestem za bystry i spieszę się. Poza tym to jest przeznaczone dla tych, którym dziękuję, więc wsadźcie sobie gdzieś komentarze, że podziękowania za długie, i odłóżcie tę pieprzoną książkę. Byłbym gnojkiem, gdybym im wszystkim nie podziękował. Oto ludzie, których mam na myśli:
Coby Leed, Katja Biesanz, Dan Di Vito, Esperanza z rodziną i Jessica z rodziną, rodzina Zappów, Tommy i Jeanne Shaw, J.P. Shellnutt, Ritchie Montgomery, Brent Briscoe, Greg Littman z rodziną, Forrest Witt, Jesse Dabson, Ric Krause, Tom Challis, Joe Coppolletta, Don Blakely, Barnaby Hazen, Phil Walden, Alan Walden, JY, James Haven, Marcheline Bertrand, Holly Goline, Jim i Helene Laddowie, Mark i Brian, Ernest Borgnine, Bo Hopkins, Roger Harrison, Fred Roos, Jim Jacks, Jim Varney, Ben Myron, Emily Schweber, Thomas Jane, Jeff Bridges, chłopaki z Nitty Gritty Dirt Band, Diana Walker, Rod, Klaus, Nancy, Peter, Scott i wszyscy z Sunset Marquis, Faryal Russell, Donnie Fritts, Terry i Anita Pace'owie, The Muscle Shoals Gang, Jerry Lee Lewis, Jim Dandy, Rickie Lee, Black Oak Arkansas, Levon Helm, Slash, Alice Cooper, Dewey Bunnell, Gerry Beckley, Michael Nesmith, Mickey Dolenz, Peter Tork, Davy Jones, The Allman Brothers, Bob Teitel, George Tillman, Natalie Canerday, Mary Cross, Sarah Tackett, Barry Battles, Griffin Hood, Chuck Leavell, Billy Gibbons, Dusty Hill, Frank Beard, Pablo Gamboa i cały świat ZZ Top, Scott Weiss, Rick i cała rodzina Dialów, wszyscy kumple ze szkoły średniej w Malvern, Rick Calhoun, The Yardleys, Tom Epperson i Stefanie Ames, rodzina Carter-Cashów, rodzina Scruggsów, Prophet Omega, Horton Foote, Doug Jackson, Marty Stuart, Connie Smith, Porter Wagoner, Kris Kristofferson z rodziną, Willie Nelson z rodziną, Waylon Jennings, Shooter Jennings, Jessi Colter, Matt Sorum, Sharon Corbitt, Joe Ely, Ray Benson, Billy Joe Shaver, Nick Shipp, Kenny Hall, Harry Dean Stanton, Lee Sklar, Warren i Steph Haynesowie, Warren Zevon, Jorge Calderon, Graham Nash, Joe Walsh, Steve Lukather, Leah Haynes, Jed Leiber, Jeff Barry, John Kay, Keith Allison, Jimmy Johnson, David Spero, Brook Simons, Dave Warden, Owen Wilson, Luke Wilson, Woody Harrelson, Frank Wuliger, Dan Shurwin, Paul Revere, John Prine, Brad Wilson, Steven Vail, John Widlock, Rob Carliner, Frank Bacchus, Jennifer i Teatro Gang, Mark Howard, Joe McCracken, Brian Blade, Brady Blade, Joe Murdock, James Pierce, Burl White, Danny Turner, Brian Wingo, Rex, Tim Ross, chłopaki z Cottonwood, Brown, Hoochie, Eric, Steve i Mark, Vic Chesnutt, Mickey Jones, Tom Waits, pułkownik Bruce Hampton, Michael Buffalo Smith, The Big G, Will i Sandrine Lee, David Adelson, David Wild. Geoff Emerick, Alan Parsons, Jewel, Howard Kaylan, The Ventures, The Petocz's, Robbie Clyne, Rickey Medlocke i wszystkie chłopaki z Lynyrd Skynyrd, Manuel, Phil Donahue, Marlo Thomas, Tony Thomas i St. Judes. Moi kumple z Henderson State University.
John Calley, Bruce Dern, Bruce Willis, Barry Levinson, Cate Blanchett, Mike Newell, Dennis Quaid, John Hurt, Kevin Bacon, Katherine LaNasa, Robert Duvall, Ray Stevenson, Robert Patrick, Frances O'Connor, Shawnee Smith, Marshall Allman, John Patrick Amedori, Ron White i Margo Rey, Michael Blakey, Drew Edwards, Lucy Sabini, Bill Cummisky, John DeChristopher, Ryan Smith, Evan O'Brien, Kim Graham, Tippi Hedren, Irma P. Hall, Sam Raimi, John Lee Hancock, Andy Griffith, Don Knotts, George Lindsay, Merle Haggard, George Jones, Alan i Debra Jenkinsowie, Victoria Pearman, Becca i Bonnie Bramlettowie, Margarette Marisssen, Joel Coen, Ethan Coen, Fran McDormand, John Curtis, Carl Franklin, Jessie Beaton, Roger Ebert i Charlie "Chaz" Hammel-Smith, Gene i Marlene Siskelowie, Leonard Maltin i Alice Tlusty, Peter Bogdanovich, John Cusack, Harold Ramis, Matty Simmons i wszyscy z "National Lampoon", Heath Ledger, Mitch Glazer i Kelly Lynch, Jeffrey Lyons, Tony La Russa, Yadier Molina, Bobby Knight, John Loar, Kevin Pollack, Jim Leyland, Bob Gibson, Brooks Robinson, Stan Musial, Marty Henden, Aggie Ceriotti, The Cardinals, Stanley Kramer i rodzina Kramerów, Phil Walden, Charles Nelson Reilly, Charlie Rose, Ann Curry, Lara Shriftman, Lara Spencer, Richard Harris, Alec Guinness, Taylor Hackford, Martin Landau z rodziną, Ed Solomon, Kurt Russell, Burl Ives, Dani Jansen, Don Rickles, Michael Keaton, James Caan, Marlon Brando, Phil, Brent i Roy D. Mercer, Tracy Kirshbaum, Clintonowie, Poodie Locke, Joe Buck, Jack Buck, Richard Perry, Jane Fonda, Troy Garity, Penélope Cruz, Lauren Graham, Debbie Carrington, Brett Kelley, Jason Patric, Patrick Wilson, Bridget Fonda, Julio Mechoso, Keisha Kalfin, Ruben Blades, Henry Thomas, Lucas Black, Jimmy Hampton, Carol Doran, Peter Tilden, Rick Linklater, Alli Shearmur, Janet Yang, Carlos Castaneda, Steven Vail, Jeff Lester, Susan Anton, Bill Paxton, Tom Hanks, Jeffrey Katzenberg, Brian Grazer, Rick Overton, Jay Roach, Sally Menke, Joan Sobel, Dean Parisot, Fred Raskin, Ron Howard, Terry Zwigoff, Lauren Zuckerman, Sergei Bespalov, Alexander Rodnyansky, Ivan Phillipov, Jim Brubaker, Janet Waddles, Gina Warendorp, ludzie z obsady i z ekipy wszystkich filmów, jakie zrobiłem i w których grałem, Morgan Freeman, Roddy McDowall, Gregory Peck, Elizabeth Taylor, Clint Eastwood, Jack Nicholson, Sean Penn, Julia Roberts, Eric Roberts, Eliza Simons, Gary Busey, Nick Nolte, Powers Booth, dr Richard Dwyer, rodzina Arquette, Mary Croos, Sandra Lucchessi, Ro Diamond, Susie Schwartz, Mary Vernieu, Janet Hirshenson, Jane Jenkins, Cathy Henderson, Barbara Hanley, Fran Bascom, Jerry Bruckheimer, Martin Scorsese, Frederic March, Peter Sellers, Montgomery Clift, John Ritter, Amy Yasbeck, Harry Thomason, Linda Bloodworth-Thomason, Burt Reynolds, Hal Holbrook, Charles Durning, Ronnie Yeskel, Liz Larner, Beth McGroarty, Brad Pitt, George Clooney, Seth McFarlane i jego ekipa tworząca wspaniały świat, Stephen King, a teraz to się robi głupie i opuściłem wiele osób, ale cóż.
Specjalne podziękowania dla moich wielkich przyjaciół, którzy powiedzieli o mnie różne zbyt miłe rzeczy. Są to: Angelina Jolie, Tom Epperson, Robert Duvall, Dwight Yoakam, Daniel Lanois. Podziękowania dla Adama Korna i Trish Daly oraz wszystkich z William Morrow i Harper-Collins. Dziękuję też sportowi, muzyce, filmom, Austin w Teksasie, Memphis w Tennessee, Nowemu Orleanowi w Luizjanie oraz wszystkim, którzy mają odwagę starać się płynąć pod prąd w potoku w gównem.
Już od dawna wielu ludzi chciało napisać o mnie książkę. Zazwyczaj byli to dziennikarze, którzy chcieli sklecić tanią hollywoodzką biografię, w której opowiedziałbym o tym, jak pobiłem się z jakimś aktorem na planie, albo o tym, kto z kim sypiał, ale czegoś takiego bym nie zrobił. Nikt nie powinien tego robić. Gdy jednak Kinky zaproponował: "Hej, napiszmy książkę, w której pojawią się dziwaczne i śmieszne historie o dorastaniu, a poza tym będziesz mógł się wściekać na dowolny temat", powiedziałem: "Dobra, niezły pomysł".
Jeśli czasami zbyt długo rozwodzę się nad czymś albo przeklinam, wynika to z tego, że książka nie została napisana, lecz nagrana, a poza tym prawie jej nie redagowano. Jest taka, jaka wyszła z moich ust, więc proszę o wyrozumiałość.
Druga przyczyna, dla której powstała ta książka, to że chciałbym wyrazić przekonanie, iż kultura upada na naszych oczach, a wielu ludzi patrzy na to obojętnie. Uważam, że nasze społeczeństwo pobudza, finansuje i nagradza lenistwo, cynizm, miernotę i okrucieństwo. Poza tym z jakichś powodów staliśmy się społeczeństwem, które uważa się za nieomylne i łatwo feruje wyroki. Jest purytańskie, gdy tak mu wygodnie, i wręcz przeciwnie, gdy mu to bardziej odpowiada.
Widzę wokół dużo egoizmu, nienawiści, samowoli i roszczeń. Poza tym jesteśmy omamieni przez liczne firmy, które sprzedają nam różne rzeczy, ponieważ znają nasze słabości, potrzebę bycia akceptowanym i zauważanym. Sądzę, że przydałaby się rewolucja kulturalna, i nie chodzi mi o to, że jest kiepsko, lecz że wisi nad nami katastrofa.
Prawdziwy problem polega na tym, że wielu ludzi z mojego pokolenia będzie odgrywało rolę adwokata diabła całego tego szajsu tylko po to, by uczestniczyć w czymś, co jest modne, i trzymać się kurczowo swojej popularności, sprzedając jakieś gówno, w które wcale nie wierzą. Ci ludzie walczyli niegdyś o szczególny rodzaj wolności, a teraz ohydnie się jej sprzeniewierzają. Wolność nie oznacza odrażającej, tchórzliwej wojny społecznej.
Bardziej niż kiedykolwiek sztuka stała się produktem. A ponieważ chodzi o nasze dusze, sporo nas to kosztuje.
Poza tym chyba wszystko jest okej. A jak u was?
Wprowadzę was do Alpine poprzez pewną historię.
Mój ileś tam prapraprawujek był kapitanem w armii konfederatów. Nazywał się William Langston. Na jego cześć nazwałem swojego syna Willie. William Langston Thornton. Brzmi dostojnie, prawda?
William Langston, którego brat James Langston był moim ileś tam praprapradziadkiem, pochodził z Alabamy i zanim poszedł na wojnę, miał ukochaną. Kochali się do szaleństwa. Ona była cudnym dziewczęciem i pragnęła jedynie wyjść za tego mężczyznę i założyć z nim rodzinę. Jednak William szedł właśnie na wojnę, więc nie chciał się z nią żenić, chociaż była miłością jego życia. "Nie zamierzam zrobić z ciebie wdowy - oświadczył. - Bo przecież nie wiem, czy wyjdę z tego cało".
Podczas jednej z bitew został ranny. Elegancko rzecz ujmując, odniósł obrażenia wojenne, które uniemożliwiły mu posiadanie dzieci. Mówiąc niezbyt elegancko, odstrzelono mu jaja. Myślę, że może nawet cały interes, wiecie, co chcę powiedzieć? Jednak gdy wrócił po wojnie do domu, ukochana nadal chciała za niego wyjść. "Twoim największym marzeniem było posiadanie dzieci, farmy i życie rodzinne - powiedział. - Nie mogę tego zrobić". "Nieważne, kocham cię - odparła. - I tak chcę za ciebie wyjść". "Nie zrobię ci tego - rzekł. - Pewnego dnia poznasz kogoś, wyjdziesz za niego i będziesz miała dzieci. Za mnie nie warto wychodzić, bo nie mogę dać ci rodziny".
Tak więc William wyjechał i dużo podróżował, nigdzie nie zagrzewając miejsca. Przemierzył Teksas i wylądował w miejscu zwanym Chalybeate Valley. Nie wiem, jak wymawiają to Francuzi, ale w Arkansas mówi się KU-li-bet.
Tak więc William Langston dotarł do Chalybeate Valley, stanął na szczycie wzgórza i ogarnął wzrokiem dolinę. Obecnie na tym wzgórzu jest przydrożny park z kilkoma stołami piknikowymi i może jakimś kamiennym grillem, na którym można coś upiec. Popatrzył na tę dolinę i napisał list do swojego brata, Jamesa Langstona.
Ujrzałem boską krainę, napisał. Zobaczyłem najpiękniejszą dolinę na świecie. Zamierzam się tu osiedlić i ty też powinieneś przyjechać. Tak więc brat przeniósł się tam wraz z rodziną, a dolina stała się później Alpine w stanie Arkansas.
Gdy w 1993 roku urodził mi się syn, pomyślałem, że miło by było dać mu imię faceta, który nie mógł mieć dzieci. To był właśnie William Langston, który skończył w Chalybeate Valley, tak więc nazwałem syna William Langston. Tak czy siak w ten właśnie sposób moja rodzina znalazła się w Alpine w Arkansas.