Rozdział 9. Familijne portrety
Sir Pitt Crawley był jednem z tych filozofów, którzy nie odrywają się nigdy od ziemi. Pierwsze jego ożenienie z córką szlachetnego lorda Binkie było wyłącznie dziełem jego rodziców. Sir Pitt nigdy nie przebierał w wyrazach, wyrzucając małżonce dumę i cierpki charakter, i nie przestawał jej powtarzać że jak mu Bóg pozwoli ją pogrzebać, to już szukać będzie żony po za obrębem tej kasty, do której przyszła nieboszczka należała. Jakoż dotrzymał słowa i owdowiawszy ożenił się z Różą Dawson, córką kupca, hurtownika z Mudbury. Róża była uszczęśliwiona że mogła się nazywać milady Crawley!
Ale filozofowie twierdzą nie bez słuszności że człowiekowi nie dano jest używać bezwzględnego szczęścia. Żeby zostać lady Crawley, Róża Dawson musiała zerwać ułożony już związek z Piotrem Butt, dobrym chłopcem i jednym z najstalszych konkurentów, który zatrudniał się potem przemycaniem towarów, łowieniem cudzej zwierzyny i innemi podejrzanemi rzemiosłami. Nowe przytem położenie Róży Dawson poróżniło ją z najlepszemi dawnemi przyjaciółkami, których milady Crawley nie mogła przyjmować w Crawley-la-Reine. W towarzystwie, do którego zajęte przez nią stanowisko dawało jej prawo należeć, nie chciano jej zupełnie przyjmować. I mogłoż być inaczej? Sir Huddleston miał trzy córki a każda z nich żywiła nadzieję zostania lady Crawley. Cała rodzina pana Griles Wapshot była przejęta najżywszem oburzeniem że zaszczyt ten nie spotkał jednej z panien Wapshot; a wszyscy baroneci w całem hrabstwie nie mogli patrzeć bez zgrozy na tak krzyczący mezaljans człowieka, który pochodzeniem do ich kasty należał.
Sir Pitt miał zwyczaj mawiać że nie więcej dba o nich jak o złamanego ljarda. Bo i cóż to w samej rzeczy, mogło go obchodzić? Nigdy mu nic nie brakowało, mógł co wieczora wychylić do dna swój kubek srebrny, bił od czasu do czasu swoją nadobną Rózię, i zostawiał ją Hampshire wyjeżdżając na obrady parlamentu do Londynu, gdzie nie miał wprawdzie ani przyjaciół ani dobrych znajomych ale też zanimi nie tęsknił. Mistress Bute Crawley, żona pastora, nie chciała nigdy oddać wizyty swojej bratowej, nie mogła ubliżać sobie jak zwykle mawiała - i zniżyć się aż do córki kupca.
Widzieliśmy już że płeć atłasowa i wystające różowe jagody były jedynemi wdziękami, jakiemi natura obdarzała połowicę baroneta. Że zaś brakowało jej nie tylko ognistych namiętności lub niezłomnej energji, ale nawet charakteru i woli, łatwo więc się domyśleć że lady Crawley nie wywierała żadnego wpływu na męża. Żywe rumieńce zniknęły, świeżość młodociana zwiędła i lady Crawley została w domu baroneta sprzętem niepotrzebnym, nie więcej użytecznym jak stary klawikord pierwszej jego małżonki.
Ta spokojna niewiasta nosiła, jak wszystkie blondynki, jasne suknie; najwięcej jednak lubiła bladobłękitny albo brudno zielony kolor morskiej fali. Zajmowała się szydełkową robotą z taką wytrwałością, że po kilku latach wszystkie łóżka w Crawley la Reine były pokryte włóczkowemi kapami.
Lady Crawley miała nie wielki klomb w ogrodzie, który ją trochę, jak się zdawało, zajmował; zresztą nie czuła w sobie ani wstrętu, ani najmniejszej do niczego predylekcji. Ze zwykłą apatją słuchała kiedy ją mąż łajał, krzyczała kiedy ją bił.
O! bazarze próżnych mamideł! Bez ciebie może byłaby to najlepsza i najprzyjemniejsza istota w życiu rodzinnem. Peter Butt i Róża żyliby szczęśliwie w schludnej chatce, otoczeni gromadką ładnych dzieci, dzieląc wspólnie troski i uciechy, nadzieje i zawody. Cóż, kiedy tytuł lub czworokonny powóz jest bawidełkiem pożądanym więcej aniżeli szczęście!
Łatwo zrozumieć że apatyczny temperament i obojętność matki nie pociągała ku niej młodych dziewczynek i nie obudzała zbytecznej w nich czułości. Z największem upodobaniem przesiadywały one w kredensie, w kuchni lub w stajni. W takich więc warunkach wychowywały się te dzieci przed przyjazdem Rebeki.
O nauczycielce nie byłoby dotąd i mowy, gdyby nie przeważające zdanie pana Crawley (syna) jedynego przyjaciela i opiekuna lady Crawley. Potomek po kądzieli szlachetnej rodziny Binkie, był wzorem konwencjonalnej grzeczności. Skończywszy nauki, młody Crawley postanowił ująć w karby zwyczaje domowe i zaprowadzić przyzwoity ład, wielce nie miły ojcu, który się trochę syna obawiał. Był on tak surowym stróżem form, że wolałby niewątpliwie umrzeć z głodu, aniżeli usiąść do objadu bez białego krawata. A kiedy raz się zdarzyło że Horrocks, szafarz i kredencerz przyniósł list w ręku zamiast położyć na tacy, Crawley dał mu tak surowe napomnienie, że Horrocks drżał odtąd jak liść w obecności młodego pana. Wszyscy chodzili na palcach kiedy on był w domu. Lady Crawley odejmowała raniej niż zwykle swoje papiloty, Sir Pitt Crawley nie odważał się przychodzić w pantoflach do objadu. Jakkolwiek trudno mu było pozbyć się wszystkich narowów, to jednak wiele dokazał, bo nigdy nie pozwalał sobie upić się przy synie i miarkował swoje wyrażenia odzywając się do służących, którzy dziwili się nieraz że sir Pitt nie łaje nigdy żony w obecności syna.
Żadna burza polityczna, żadne wypadki domowe nie przeszkodziły młodemu Crawley prowadzić uroczyście pod rękę macochy swojej do stołu; uważał to sobie za najświętszy obowiązek. Mówił do niej rzadko, ale zawsze z najgłębszem uszanowaniem. Jeżeli widział że miała wychodzić, nie zaniedbał nigdy otworzyć drzwi z uroczystą powagą i kłaniać się według wszelkich prawideł etykiety.
W szkołach był to prawdziwy cherubinek: przez ośm lat nie zdarzyło mu się zasłużyć na karę. Wytrwałą pracowitością wynagradzał brak bystrego pojęcia. Również wzorowem było jego prowadzenie się w uniwersytecie, gdzie się przygotowywał do wystąpienia na widownię polityczną pod przewodnictwem dziada swego lorda Binkie. Kształcąc się długo na wzorach starożytnych i późniejszych mowców, nabył nie małej sprawy w mówieniu, i zalewał cierpliwych słuchaczy potokiem wyrazów i cytat łacińskich, głaszcząc uszy cienkim fletowym głosem. Chociaż mówił z powagą i widocznem zadowoleniem, zawsze jednak wygłaszał blade, oklepane sentencje, i rzecz dziwna, nie miał powodzenia, pomimo że mierność zwykle je na świecie zapewnia.
Po wyjściu z uniwersytetu został prywatnym sekretarzem lorda Binkie. Mianowany wkrótce trzecim sekretarzem przy legacji w Poupernikel, wywiązywał się sumiennie ze swoich obowiązków, które zależały po większej części na redagowaniu depeszy przy wysyłkach pasztetów strasburgskich pod adresem ówczesnego ministra spraw zagranicznych. Dziesięcioletnie piastowanie tej wysokiej godności wydało się za długie młodemu dyplomacie, którego awans od śmierci lorda Binkie stawał się coraz wątpliwszym. Ta ostatnia okoliczność tak go zniechęciła, że postanowił porzucić zawód niewdzięczny i osiąść stale na wsi.
Wróciwszy do Anglji chybiony dyplomata, zawsze chciwy znaczenia, próbował znaleść je na innem polu. Przyjął czynny udział w rozprawach wywołanych podówczas kwestją zniesienia niewolnictwa murzynów i wszedł w ścisłe stosunki z panem Wilberforce, którego politykę gorliwie popierał. Utrzymywał znaną korespondencję z wielebnym ojcem Lilas Hornblower, w przedmiocie missji w Indjach, i napisał oprócz tego broszurę o wyrabianiu piwa. Jeździł co roku do Londynu, jeżeli nie na obrady parlamentu, to przynajmniej na meetyngi, poruszające sprawy religijne. Niemniej pracował na prowincji nad szerzeniem i wzmocnieniem religji pomiędzy ludnością wiejską, nauczając publicznie z niezmordowaną gorliwością; w tym celu nawet dojeżdżał do Mudbury i do Squashmore, w poniedziałki i piątki każdego tygodnia. Mówiono przytem że bardzo był uprzedzający i pełen grzeczności dla trzeciej córki lorda de la Montonniere, lady de la Bergerie, której siostra lady Emily, była powszechnie znaną z pięknych powiastek, jak: Kompas marynarza, Przekupnie jabłek i inne.
Opowiadanie Rebeki o życiu i zwyczajach w Crawley-la Reine, nie było zupełnie przesadzone; młody Crawley zaczynając od ojca i schodząc po wszystkich szczeblach domowej hierarchji aż do najniższych służebnic, nie uwalniał nikogo od ćwiczeń pobożnych. Pomimo że pędził tak bogobojny żywot, ściągnął on na siebie nieubłagany gniew stryja parocha za protekcję udzielaną wiernym, którzy chcieli utrzymać się w zupełnej niezawisłości administracyjnej od parafij. Sir Pitt widząc gniew brata, zacierał sobie ręce z radości i jeździł nawet kilka razy na zebrania opornych parafjan, co dało powód do gwałtownych pocisków, wymierzonych z kazanicy wprost do ławki baroneta, który nie przestawał nigdy chrapać przez ciąg całego kazania.
Pan Crawley (syn) życzył sobie gorąco zająć krzesło ojcowskie w parlamencie dla dobra kościoła i dla szczęścia kraju; ale papa nie miał ochoty cokolwiekbądź ustąpić. Obadwa zaś byli za nadto oględni, żeby kupować drugie krzesło w Izbie deputowanych i wydawać na to znaczne sumy, wówczas kiedy dochody były znacznie uszczuplone, a to z powodu spłacanej corocznie kary pieniężnej, nałożonej na pierwszego baroneta, Walpole Crawley, za podrobienie pergaminów i pieczęci. Sir Walpole był niezmiernie towarzyski, ale nigdy nie miał dosyć pieniędzy. Pan Crawley powiedziałby dziś o nim z westchnieniem: Alieni appetens sui profusus, ale sąsiedzi, mniej biegli w łacinie, cenili jak się należy gościnność ówczesnego baroneta, a osobliwie jego piwnice dobrze zaopatrzone, siła psów gończych, chartów, wyżłów etc., dzielne wierzchowce i wspaniałe cugi powozowe. Dzisiaj już inaczej: stajenne rumaki zaprzęgano do pługa albo do omnibusa; sir Pitt używał ich do powozu tylko w dni wolne od pracy około roli, bo zawsze uważał że należy zachować pewne decorum. Wyjeżdżał rzadko, ale czterma końmi, jadł codzień baraninę tylko, ale trzech lokajów musiało usługiwać do stołu.
Gdyby skąpstwo wystarczało do zrobienia majątku, sirr Pitt Crawley zostałby bez wątpienia największym w świecie bogaczem. W stosunkach z dzierżawcami był tak przykry że chyba zupełnie zrujnowani wchodzili z nim w układy. Żeby się nie dać okradać rządzcy i nie zapłacić za drogo człowiekowi znanej już uczciwości, używał licznych podrzędnych ajentów, którzy wynosili się zwykle do Ameryki, unosząc z sobą co było grosza w kasie. Zbiory miewał zawsze nędzne, bo oszczędzał ziarna przy siejbie. Rzucał się na wszystkie przedsiębiorstwa i źle na tem wychodził; woda zalewała mu kopalnie węgla, a każdy wiedział że sir Pitt najwięcej koni traci na poczcie, bo je źle karmi i kupuje tylko takie, które zdychać mają.
Przyznać należy że sir Pitt miał humor przyjemny i że nie można go było pomawiać o dumę. Wolał nawet obcować z czynszownikami a nawet z parobkami aniżeli z wysoko urodzonym jak jego syn szlachcicem. Lubił wypić z każdym, a największe miał upodobanie klepać po ramieniu córki swoich dzierżawców. Słabość jego dla płci pięknej była tak widoczna, że nie mogło to ujść bacznego oka miss Rebeki Sharp. Zresztą nie widziano go nigdy dającego choćby grosz jałmużny, bo sir Pitt był wierny swoim zasadom i nie czuł najmniejszej skłonności do spełnienia dobrego czynu, choćby nawet bez własnej szkody, bez żadnej ofiary. Nie bez gorzkiego smutku przychodzi nam mówić o ujemnych przymiotach męża, którego imię zapisane jest na kartach złotej księgi panów, ale miłość prawdy nakazuje dodać że z wszystkich baronów, parów i deputowanych angielskich, sir Pitt Crawlej był najgłupszym i niskim egoistą.
Najsilniejszą przyczyną wpływów młodego Crawleja którym ojciec ulegać musiał, był interes pieniężny. Sir Pitt rozumiał dobrze że winien był wypłacić synowi znaczną sumę z posagu matki, ale sama myśl wypłaty sprowadzała już baronetowi nieznośną migrenę. Nie mógł więc nigdy zdobyć się na jakąkolwiekbądź wypłatę jeżeli nie był do tego zmuszony. Miss Rebeka Sharp, dobrze już wtajemniczona w sprawy familijne, (jak to wkrótce obaczymy) obliczała na kilka set funtów szterlingów rocznie koszta przymusowych wypłat, ale baronet nie umiał odmówić sobie tej przyjemności. Nie mógł ukrywać swojej radości jeżeli udało mu się w procesie uzyskać odroczenie terminu wypłaty; tem żywszej doznawał rozkoszy, im dłużej wierzyciele czekać musieli.
- Na cóżby się przydało - mawiał - zasiadać w parlamencie, jeżeliby potrzeba było przytem rzetelnie długi spłacać?
I w samej rzeczy baronet umiał korzystać z wysokiego jakie zajmował stanowiska.
Otoż widzimy że człowiek nieumiejący prawie czytać, nieokrzesany, podstępny, pojmujący tylko zwierzęce uczucia, ma władzę, zamuje zaszczytne stanowisko i zasiada pomiędzy dygnitarzami kraju, a ministrowie, wielcy mężowie stanu starają się o jego przyjaźń! W bazarze błyskotek i próżności ten człowiek zajmuje miejsce wyższe aniżeli genjusz znakomity lub cnota niepokalana.
Sir Pitt miał przyrodnią siostrę pannę, której matka zostawiła ogromny majątek. Baronet proponował jej nieraz żeby umieściła u niego swoje kapitały, ale miss Crawley wymówiła się zawsze od tej przysługi i wolała mieć w ziemi cały swój majątek obiecując rozdzielić kiedyś swoje posiadłości pomiędzy dzieci pastora i przypuścić do tego podziału młodszego syna pana Pitt, Rawdon'a. Parę razy nawet opłaciła już długi Rawdon'a, kiedy ten był w uniwersytecie a potem w wojsku. Miss Crawley była ma się rozumieć bardzo pożądanym gościem w Crawley-la-Reine. Nietylko że na pańskim stole widziano wówczas zwierzynę, rybę i wino stare; ale nawet słudzy pili piwo nierozcieńczone wodą, i mieli do herbaty cukier bez zwykłego obliczania kawałków, a to dzięki względom, jakich używał jej woźnica i panna służąca.
Rozdział 10. Miss Sharp robi sobie przyjaciół
Wszystkie usiłowania Rebeki skierowane były obecnie do jednego celu: pozyskać sobie względy i sympatje członków rodziny, do której weszła niedawno, było głównem jej zadaniem.
- Sama jedna, bez przyjaciół - mówiła do siebie - wszystko sobie tylko muszę być winna, wówczas kiedy Amelja z mniejszemi daleko zdolnościami jak moje, ma z dziesięć tysięcy funtów sterlingów i nadto, wszelką pewność że wyjdzie za mąż. Biedna Rebeka, dziesięć razy ładniejsza od niej, musi liczyć tylko na swój własny rozum. Zobaczymy czy nie potrafię zdobyć sobie o własnych siłach przyzwoitego stanowiska i czy taż sama miss Amelja nie będzie zmuszona kiedyś uznać niezaprzeczoną wyższość mojego umysłu. Nie dla tego żebym czuła do niej jakąś niechęć, bo któżby mógł uskarżać się na taką potulną istotę? ale to pewna że dzień w którym zajmę wyższe od niej stanowisko, będzie najpiękniejszą chwilą mego życia. Zresztą jestże w tem co niepodobnego?
Widząc w swoich uroczych marzeniach najświetniejszą przyszłość, Rebeka nie przestała myśleć o zapewnieniu sobie wygodnej i przyjemnej teraźniejszości. W zabiegach o zjednanie sobie tych, którzy mogliby się jej na co przydać najmniej zwracała uwagi na lady Crawley będącą zerem w domu. Mówiąc ze swojemi uczenicami wyrażała się o niej: "Biedna mama" i ograniczała się względem biednej mamy na oznakach zimnego uszanowania. Cały zaś zasób swoich słodyczy i dyplomatycznych wybiegów postanowiła użyć dla pozyskania sobie reszty rodziny Crawlejów.
Z dziewczynkami łatwo jej poszło: nie obciążała ich młodego umysłu zbyteczną pracą i zostawiała im wszelką swobodę, żeby nie tamować samoistnego rozwoju. Ta prosta metoda zapewniła młodej nauczycielce serca uczennic. Bo w rzeczy samej czy może być gruntowniejsza nauka nad tę, którą się samemu nabywa? Starsza z dziewczynek największe miała upodobanie w czytaniu i znalazła wszelką łatwość dogodzenia tej skłonności. Bibljoteka w Crawley-la-Reine posiadała znaczną ilość dzieł francuzkich i angielskich z ośmnastego stulecia, zebranych przez kanclerza gdy ten dygnitarz miał nieszczęście zostawać w niełasce. Dział lekkiej literatury wypełniał przeważnie zbiór tych książek pyłem pokrytych i oddawna już nie tykanych.
Rebeka cieszyła się że jej uczenica robiła postępy tak łatwym i przyjemnym sposobem. Obiedwie czytały razem zajmujące dzieła doktora Smoletta, Henryka Fieldinga i nieśmiertelnego Woltera.
Pan Crawley zapytał razu jednego Rebeki jakie dzieło wybrała do czytania z panienkami:
- Czytamy teraz dzieła Smolett'a odpowiedziała młoda nauczycielka.
- Ha? Smolett'a? - powtórzył Crawley z zadowoleniem - jego historja jest więcej suchym opowiedziana sposobem, ale mniej jest niebezpieczna do czytania jak historja Huma. Ho, ho! to więc historją panie się zajmują?
- Tak - odrzekła miss Róża - nie dodając wcale że to była historja przygód Faublas'a.
Innego dnia pan Crawley był bardzo zgorszony zobaczywszy w ręku siostry jakieś komedyjki francuskie. Rebeka usprawiedliwia ten wybór potrzebą przyswojenia sobie idjotyzmów francuzkich. Uwaga wydała się słuszną byłemu dyplomacie, mającemu wielkie pretensje do głębokiej znajomości języka. Rebeka wiedziała to dobrze i nie szczędziła komplementów panu Crawley, który je mile przyjmował.
Miss Violetta miała upodobania więcej męskie i burzliwe, zupełnie różne od usposobienia jej siostry: Łazić po drzewach, wydzierać gniazda wróble, zabierać jaja ptasze, zabijać małe kurczęta, było najmilszem jej zajęciem. Nikt lepiej od niej nie znał ukrytych kątów, gdzie kury jaja znosiły; nikt zręczniej nie umiał się dobierać do słoików z konfiturami i wynajdywać co tylko było dobrego do zjedzenia. Miss Violetta była nietylko ukochanem dzieckiem papy, ale w kuchni, w stajni i na folwarku była powszechnie lubioną. Schwytana przez Rebekę na gorącym uczynku, Violetta nigdy nie była ukaraną; musiała jednak przyrzec że będzie grzeczną dziewczynką, i że przedewszystkiem będzie kochać swoją nauczycielkę. Miss Sharp ukrywała starannie wszystkie jej psoty przed matką, która wymówiłaby się z tem przed mężem, a co gorzej jeszcze, przed młodym panem Crawley. Wszystko szło dobrze, byle nie było guzuw bardzo widocznych, co niezmiernie łatwo zdarzyć się mogło, bo obie siostry prowadziły z sobą bój nieustający.
Przejęta głębokiem uszanowaniem dla pana Crawley (syna), Rebeka często prosiła go o wytłumaczenie ciemnych, niezrozumiałych dla niej ustępów w literaturze francuskiej. Lubo urodzona z matki Francuski, miss Sharp wyznawała że nie zna nikogo, kto by umiał tak jasno i przystępnie jak pan Crawley najtrudniejszy przedmiot wyłożyć. Prosiła go również o radę w wyborze książek i o wskazanie jej dzieł poważnych których czytanie uważał za stosowne dla młodej osoby. Była zachwycona broszurą o wyrobie piwa, a nie umiała już znaleść słów uwielbienia dla wymowy pana Crawley, kiedy prezydował na posiedzeniach Stowarzyszenia pomocy "głodomorów". Przy naukach wieczornych była nieraz tak wzruszoną, że nie miała dosyć mocy żeby łzy powstrzymać.
- Oh! dzięki panie, dzięki - mówiła często wznosząc oczy do nieba.
To gorące podziękowanie wywołało czasem uściśnienie ręki pana Crawley i nasuwało mu następujące uwagi:
- Nic dziwnego że moje słowa obojętnie słuchane przez wszystkie tu osoby, robią na miss Sharp tak głębokie wrażenie: dobra rasa zawsze się odezwie. Jej matka pochodziła zapewne z rodziny Montmorency: oto dla czego ona jedna mnie tu rozumie. Muszę nadać moim naukom formę prostszą i używać pospolitszych zwrotów języka. Te grube organizmy nie mogą znosić delikatnego pokarmu.
Rebeka miała już czas obeznać wszystkich w domu z wysokiem pochodzeniem swej matki. O deskach teatralnych nie wspominała zupełnie, chociaż każdemu wiadomo ile ofiar ta straszna rewolucja pogrążyła w największym niedostatku. Któż nie wie że te klęski dotknęły po większej części ludzi najlepiej urodzonych?
Crawley znalazł nawet kilka imion wspomnianych przez Rebekę w dykcjonarzu Hozier'a, co więcej jeszcze utwierdziło w nim wiarę w arystokratyczne pochodzenie Rebeki. Mamyż z poszukiwań w dykcjonarzu wnosić że tam było coś więcej jak prosta ciekawość i że miss Sharp natchnęła pana Crawley jakiemś tkliwszem uczuciem? Nie, zaiste. Była to prosta przyjaźń. Wspomnieliśmy już zresztą, że pan Crawley zamyślał o lady de la Bergerie.
Młody Crawley nieraz Rebece robił uwagi że traci parę chwil czasem na takie rozrywki światowe jak gra w trictrac z panem Pitt zamiast czytać jaką poważną i nauczającą książkę. Miss Sharp odpowiadała na to że jej mama nieodżałowanej pamięci często grywała z hrabią X. albo z przewielebnym ojcem Cornetem, co według niej jest niejako wypoczynkiem dla umysłu prawie koniecznym.
Młoda nauczycielka nie tylko grą trictrac skarbiła sobie łaskę pana domu, miała do tego wiele innych skuteczniejszych sposobów: Czytywała mu głośno foljały sądowych dokumentów, przepisywała mu listy i poprawiała zręcznie pisownię pod pozorem przyjętych od niedawnego czasu zmian w piśmiennictwie. Wszystko co choćby zdaleka dotykało posiadłości, lasów, łąk, ogrodów i stajni baroneta, tak żywo obchodziło Rebekę, że sir Pitt bardzo polubił jej towarzystwo i nie zaniedbywał nigdy zabrać ją i panienki z sobą na codzienną przechadzkę, po śniadaniu. Miss Sharp zawsze znalazła jakąś myśl szczęśliwą i nieraz dobrą udzieliła radę: tu potrzeba było obciąć suche gałęzie, tam wzruszyć ziemię na grządce, ten koń zdawał się jej dobry do wożenia wody a tamten do pługa.
W przeciągu roku niespełna Rebeka posiadała już nieograniczone zaufanie baroneta. W jego nieobecności miss Sharp była wyłącznie panią domu, ale umiała tak dobrze oszczędzać osobistości wpływowe w kuchni i na folwarku że wszyscy nie mogli się wydziwić jej skromnej pokorze i uprzejmej grzeczności.
Synów baroneta moglibyśmy porównać do słoty i pogody, bo nigdy nie widziano ich jednocześnie w Crawley-la Reine. Obadwa czuli nienawiść do siebie. Młodszy z nich, Rawdon Crawley, miał dom ojcowski w największej pogardzie i pokazywał się tylko podczas dorocznej wizyty swojej ciotki.
Mówiliśmy już o zaletach tej szanownej damy: Miała ona siedmdziesiąt tysięcy funtów szterlingów i naznaczyła w większej części Rawdona swoim spadkobiercą. Nieprzezwyciężoną czuła nienawiść do starszego ze swoich bratanków, który dawno już wiedział że duszyczka cioci będzie się smażyć w piekielnych płomieniach. Według niego nic lepszego nie można było rokować o życiu przyszłem braciszka.
- To jest kobieta światowa i bez najmniejszej wiary - mówił do siebie pan Crawley - utrzymuje stosunki z ateuszami i z Francuzami. Drżę na samą myśl o jej przyszłem życiu. Stoi prawie nad grobem, a tyle ma próżnych słabości, tyle występnych, światowych popędów!
W samej rzeczy staruszka nie lubiła nauk wieczornych i tak była upartą, że musiano zawsze ćwiczenia duchowne zawiesić na czas jej bytności w Crawley-la Reine.
- Schowaj swoją książkę z kazaniami - mówił sir Pitt do syna - bo miss Crawley ma dziś przyjechać. Pisała sama do mnie że nie może słuchać kazań.
- Czy dlatego nie mamy myśleć o zbawieniu sług i domowników?
- A niech ich tam licho weźmie! - zawołał sir Pitt przerywając synowi, który nie wątpił że duszyczki pozbawione jego nauk duchownych, muszą wpaść w moc szatana. - Cóż u djabła - mówił dalej ojciec - sądzę że nie będziesz tyle zaślepionym żeby wypuścić z naszej rodziny trzy tysiące funtów szterlingów rocznego dochodu?
- I cóż znaczą pieniądze w porównaniu ze zbawieniem naszej duszy? - odpowiedział młody Crawley.
Stara miss Crawley nosiła już oddawna piętno potępienia; przepędzając zimę w Londynie, jadła i piła za wiele, musiała przez lato szukać ulgi i naprawiać zrujnowane siły w Harrowgate, albo w Cheltenham. Miała prześliczną rezydencję w Park-Lane i uchodziła za najgościnniejszą z wszystkich westalek swojego czasu. W młodości, jak to zwykła mawiać, była znakomitą pięknością. Wiadomo każdemu że wszystkie stare kobiety były kiedyś mniej więcej piękne.
Humor miała wesoły, tendencje liberalne i wiele pretensji do rozumu. W czasie swego pobytu we Francji rozpaliła, jak mówią, ogień miłości w sercu Saint Just'a. Nic zatem dziwnego że lubiła romanse, ciasta i wina francuzkie. Czytywała z upodobaniem Woltera, a wszystkie prawie dzieła Jakóba Rousseau umiała na pamięć. Rozprawiała z całą swobodą o prawach kobiety i dotykała nieraz drażliwej kwestji rozwodu. W każdym pokoju miała pozawieszane portrety Fox'a. Popierała silnie tego męża stanu, walczącego w szeregach opozycji, a kiedy tenże doszedł do władzy, miss Crawley używała niepospolitego wpływu w zamian za usługę, oddaną mu przyciągnięciem do jego stronnictwa baroneta, który i bez wszelkich starań miał zwyczaj stawać po stronie silniejszego.
Ta zacna niewiasta kochała bardzo Rawdon'a Crawley. Posłała go do uniwersytetu w Cambrigde dla tej prostej przyczyny że brat jego był w Oxfordzie, a kiedy po dwóch latach władza uniwersytecka wydaliła młodzieńca, kupiła mu stopień oficera w armji.
Rawdon należał do najpierwszych dandysów w mieście. Znany był w zakulisowym świecie, boksował się doskonale i powoził czterma końmi w lejc. Był więc wykształcony jak przystoi arystokracie czystej krwi. Chociaż należał do świty książęcej i nie miał nigdy sposobności okazać swego męstwa na polu bitwy, Rawdon Crawley stając trzy razy do pojedynku w sprawach karcianych, dał niezbite dowody że życiem pogardza i śmierci się nie lęka.
- A nawet tego, co ma nastąpić po śmierci - dodawał starszy brat - wlepiając w sufit swoje czerwone oczy.
Nieoceniona ciocia Crawley płaciła długi swego Benjamina i nie pozwalała nigdy powiedzieć cokolwiek na niego.
- Wolę ja go tysiąc razy - mawiała często - niżeli jego braciszka płaczliwego i układnego hipokrytę.
Rozdział 12. Sercowe dzieje
Przenieśmy się do Londynu, gdzie zostawiliśmy Amelję. Gdybyśmy wierzyli temu co tu i ówdzie towarzyszki Amelji o niej mówią, przyszlibyśmy do przekonania że nie ma młodej osoby równie ckliwej, pospolitej i nudnej jak Amelja Sedley. Ale któż nie odgadnie że sympatje towarzyszek musiały słabnąć w miarę jak przymioty Amelji coraz lepiej oceniane, zwiększały liczbę jej wielbicieli. Panny Osborne i panny Dobbin zupełnie zgadzały się z sobą w sądach o biednej Amelji: jak pierwsze tak i drugie nie umiały sobie wytłómaczyć jakim sposobem taka mierność mogła zwrócić na siebie uwagę ich braci.
Siostry Jerzego Osborna, młode, czarnobrewe panienki, traktowały Amelję łaskawie i opiekowały się nią z przeświadczeniem o własnej wyższości. Amelja pracowała nad obudzeniem w sobie przywiązania do sióstr swego narzeczonego, ale była z niemi tak nieśmiałą, że można ją było wziąć za osobę bardzo słabych zdolności, niemającą nic do powiedzenia.
W domie Osbornów widocznie były pretensje do wystawy, dobrego tonu i etykiety. Wszystkie zabawy i gry towarzyskie odbywały się tam tak konwencjonalnie, że trudno było uśmiechnąć się na widok tej komicznej powagi. Panny Osborne miały zawsze najlepsze nauczycielki, najpierwszych metrów, najlepsze szwaczki i najlepsze miejsca na koncercie lub w teatrze.
Po każdej niemal wizycie Amelji, Joanna Osborne, Marja Osborne i miss Wirt nauczycielka, zadawały sobie jedna drugiej pytanie: "Co Jerzy znalazł tak pociągającego w Amelji, jak ona może mu się podobać?"
"Jakto - powie nie jeden może krytyk surowy - ta sama Amelja, która była niedawno przedmiotem uwielbienia swoich towarzyszek na pensji, zostaje w jednej chwili znienawidzoną przez cały ród niewieści?"
Odpowiemy na to, że na pensji u miss Pinkerton nie było ani jednego mężczyzny, wyjąwszy metra tańców; a ten nie miał w sobie nic takiego coby mogło rzucić kość niezgody pomiędzy jego uczennice: wszystkie zgadzały się w uznaniu jego lat sędziwych i szpetnej powierzchowności. Inna rzecz kiedy młody człowiek, dosyć poszukiwany w towarzystwie, jak Jerzy naprzykład, znikał zaraz po śniadaniu i nie wracał aż na objad; nic dziwnego że siostry jego widząc się zaniedbanemi przez brata, nie były wdzięczne tej, która była głównym tego powodem. Czy można dziwić się miss Marji, że patrzy krzywem okiem na Amelję, kiedy młody Bullock, z domu bankierskiego Hulker Bullock et Comp. na Lombard-Street, kawaler nieodstępny panny Marji prosi Amelię żeby zechciała uszczęśliwić go kotyljonem? A jednak miss Marja, jeżeli mamy wierzyć jej słowom, nie była wcale skłonną do żywienia w sobie niechęci. Posłuchajmy co mówi do młodego Bullock po skończonym kotyljonie:
- Bardzo jestem szczęśliwą że pan lubisz naszą Amelję, która ma być żoną Jerzego; nie posiada ona wielkich zdolności, to prawda, ale jest za to bardzo poczciwą dziewczyną i bez żadnej przesady. My wszyscy tak ją lubimy w domu!
Któż potrafiłby określić wysoki stopień przywiązania w tem jednem słowie tak zawarty?
Jakkolwiek Jerzy jadał objad w mieście sześć razy w tygodniu, nie możemy zaręczać że cały ten czas przepędzał w domu przy Russel Sqare położonym, gdzie według poufalnego wyrażenia panien, Osborne był do spodnicy Amelji przyszyty. Ile razy kapitan Dobbin przychodził odwiedzić przyjaciela, panny Osborne, z których starsza szczególnie uprzejmie go witała, mówiły mu zawsze:
- Oh! Żeby znaleść Jerzego potrzeba go szukać u państwa Sedley; my go po całych dniach nie widujemy wcale.
W takim razie kapitan przymuszał się niezręcznie do uśmiechu i zwracał rozmowę według światowego zwyczaju na przedmioty niewinne jak opera, ostatni bal u księcia w Carlton House, lub uciekał się do tego zręcznego środka jak deszcz i pogoda. Któż z łaskawych czytelników nie doznał dobrodziejstw tego niewyczerpanego tematu tak ulubionego w salonach?
- Twój luby przewyższa niewinnością trzynastoletnie dziewczynki! - mówiła Marja do Joany Osborne po odejściu kapitana Dobbin - czy uważałaś jak poczerwieniał, kiedy powiedziałam że Jerzy zawsze jest przy Amelji?
- Jaka szkoda - odpowiedziała Joanna - że Fryderyk Bullock nie ma choćby w setnej części tej skromności nieprawdaż Marjo?
- Skromności! Chcesz zapewne powiedzieć niezgrabności. Nie życzę sobie wcale żeby Fryderyk rozdzierał mi suknie i deptał po nogach jak tobie zrobił kapitan Dobbin na wieczerzy u Perkins'ow.
- Jakto? on? suknię Joanny? - zapytała barczysta nauczycielka miss Wirt. - Jakimże sposobem kiedy on tańczył z Amelją?
W samej rzeczy kapitan Dobbin mocno był zakłopotany, ale nie uważał za stosowne mówić pannom Osborne że był już tego dnia u Sedlejów pod pozorem zobaczenia się z Jerzym, którego jednak nie znalazł tam wcale. Zastał tylko Amelję stojącą w oknie salonu, smutną i zamyśloną.
Po kilku nieznacznych i oklepanych frazesach, Amelja odważyła się zapytać kapitana Dobbin czy widział się już z Jerzym i czy to prawda że pułk otrzymał rozkaz natychmiastowego wyjścia.
Pułk w którym służył Osborne, nie otrzymał żadnego rozkazu, i kapitan Dobbin nie widział tego dnia Jerzego.
- On musi być niezawodnie z siostrami - wyjąkał nieśmiało kapitan - czy mam pójść i napędzić trochę tego leniwca?
Amelja na znak podziękowania podała rękę kapitanowi, który natychmiast wyszedł.
Długo, długo czekała, a Jerzego jak nie ma, tak nie ma.
Biedne serduszko! zawsze bije przyspieszonem tętnem, zawsze czeka cierpliwie i zawsze wierzy! Jakże tu opowiadać dzieje takiego żywota? Daremnie byłoby szukać tu wypadków nadzwyczajnych, wszystko da się streścić w dwóch wyrazach: "Kiedyż nadejdzie?" Ta jedna myśl wypełnia każdą godzinę od rana do wieczora i od wieczora do rana.
Jerzy tymczasem grał w bilard z wesołym towarzystwem, kapitanem Cannon, na Swallon Street.
Biedna Amelja nie widząc przez trzy dni Jerzego, wzięła kapelusz i poszła do Osbornów.
- Jakto! Cóż to się stało? Przychodzisz do nas i zostawiasz samego naszego brata? - zawołały obie siostry. Czyście się posprzeczali? - rzekła jedna. - Opowiedz nam Ameljo co się stało! - mówiła druga.
- Któżby się mógł z nim sprzeczać? - rzekła Amelja ukrywając łzy w oczach.
Przyszła ona tylko... odwiedzić swoje przyjaciółki, których już tak dawno nie widziała.
Tego dnia Amelja była tak niezręczną i tak zakłopotaną, że panny Osborne i ich guwernantka rade jak najprędzej pożegnać gościa, nie mogły wyjść z podziwienia i zdawały zapytywać się wzrokiem co Jerzy mógł upatrzeć tak powabnego w Amelji?
I cóżby mogło skłonić Amelję do otwierania bojaźliwego, czułego serca, przed czarnemi, przenikliwemi oczami panien Osborne? Czyż nie lepiej było zamknąć je w sobie? Gdyby tu chodziło o szal kaszmirowy, albo o spodniczkę z różowego atłasu, to rady panien Osborne nie byłyby do odrzucenia. Otóż kiedy miss Turner przefarbowała swój szal na pąsowy kolor, a miss Pickford przerobiła gronostajową pelerynkę na zarękawek, ani jedna ani druga metamorfoza nie uszła uwagi tych panien. Ale są rzeczy o wiele subtelniejsze od futra i atłasu, od przepychów Salomona i od całej szatni królowej Saby w dawnych, a eks cesarzowej Eugenji w nowszych czasach; słowem, są rzeczy zakryte przed badawczem okiem niejednego znawcy. Zajrzeć w głąb cichego i tkliwego serca nie jest łatwem i przystępnem każdemu. Ileż jest drobnych kwiatów, tchnących aromatem dokoła, ale tak ukrytych, że starannie szukać potrzeba żeby je nakoniec wynaleść; podczas kiedy słonecznik lub piwonja uderza więcej lub mniej wprawne oko. Amelja nie należała do tej ostatniej kategorji kwiatów.
Skromne i ciche dziewczątko, jak ptaszę tulące się pod skrzydłem matki, pędziło życie spokojne w rodzinnem gniazdeczku.
Matka Amelji poświęcała swój czas zajęciom gospodarskim i wycieczkom do magazynów dostępnych bogatym damom londyńskim. Ojciec zatrudniał się, jak zwykle, operacjami giełdowemi w City, gdzie w owym czasie, kiedy ogień wojenny obejmował całą Europę, rozstrzygały się najżywotniejsze interesa mocarstw europejskich. Kurjer ówczesny liczył dziewięć tysięcy abonentów. Każdy dzień wielkie przynosił wypadki: Dziś ogłaszają bitwę pod Vittoria, potem znowu pożar Moskwy; tu słychać głos roznosiciela gazet: Bitwa pod Lipskiem - sześćkroć sto tysięcy walczących - porażka Francuzów - dwakroć sto tysięcy poległych. W takich okolicznościach nie można było się dziwić że papa Sedley przychodził często do domu z twarzą zafrasowanego człowieka.
Burze polityczne nie zmieniły jednak zwyczajów domowych w Russel Square. Wszystko tam szło dawnym torem. Porażka pod Lipskiem nie zmniejszyła liczby półmisków, które Sambo przynosił z kuchni; armje sprzymierzonych wkraczały do Francji, a odgłos dzwonka o piątej godzinie oznajmiał domowym że objad na stole. Przyszła nakoniec wiadomość o abdykacji Napoleona. Amelja przesłała niebu modlitwę dziękczynną i skakała z radości. Losy Europy o tyle ją obchodziły, o ile mogły wpłynąć na wyjście pułku, w którym służył Jerzy, na linję bojową. Z zawarciem pokoju wszelka obawa w tej mierze znikała. W pojęciu Amelji Jerzy Osborne ważył więcej aniżeli Europa, cesarz, monarchowie sprzymierzeni i sam nawet książe Rejent. Jerzy był dla niej wszystkiem; i nie dziwilibyśmy się wcale gdyby bal dany dla panujących w Mansion-House, był urządzony w przekonaniu Amelji na cześć Jerzego Osborna.
Po wyjściu z pensji Amelja miała jeszcze jednego potężnego mistrza, tym mistrzem była miłość. Pod jego kierunkiem młoda dziewczynka nie jedną odkryła prawdę, która pozostanie tajemnicą na zawsze dla jej sąsiadek, a nawet dla miss Wirt i miss Pinkerton. Gdyby ta ostatnia była powiernicą Amelji, starałaby się bez wątpienia przytłumić wszelkiemi siłami to uczucie; ale te usiłowania zostałyby nadaremne. Są kobiety, którym sama natura dała całkiem różne dążności i pragnienia: jednych przeznaczeniem jest rozkazywać, drugich - kochać. Szczęśliwy kto potrafił wybrać jedną z tych ostatnich!
Jakże odmiennej natury było uczucie miss Marji Osborne dla jej narzeczonego! Ta młoda osoba z równą łatwością zgodziłaby się pójść do ołtarza ze starym, łysym i bez zębów ojcem Bullock, jak z jego synem Fryderykiem Augustem Bullock z domu Hulker-Bullock et Comp. Marja Osborne, jak każda dobrze wychowana panienka, miała na uwadze następujące warunki przy wyborze męża: Piękny dom na zimę w Park-Lane, dom na letnie mieszkanie w Wimbledom, powóz i para pięknych koni, lokaje w galonowanej liberji i nakoniec czwarta część dochodów wielkiego domu pod firmą Hulker, Bullock i spółka. Pod takiemi to uroczemi barwami przedstawiała się pannie Marji osoba Fryderyka Bullock.
Amelja przeciwnie, kochała Jerzego z całym młodzieńczym zapałem, i widziała w nim ideał najwyższej doskonałości. Powiedzieliśmy już że ani matka, ani ojciec nie kładli tamy uczuciu, które z każdym dniem coraz silniej wzrastało.
Rozdział 17. Kapitan Dobbin kupuje fortepian
W spokojnej okolicy Russell Square jakiś niezwykły ruch panuje. Wejście do jednego z piękniejszych domów jakby umyślnie pozostaje otwarte; w dziedzińcu snują się tu i owdzie kilkuosobowe gromadki ciekawych, a w obszernej sali domu tłum ludzi otacza stojącego na stole człowieka, który chrypliwym, ale donośnym głosem woła bez ustanku: "Kto da więcej? raz, dwa, trzy... przedane." Od czasu do czasu mówca uważał za stosowne zachęcać obecnych do kupowania niektórych przedmiotów i używał w tym celu całej siły swojej wymowy. W tej chwili właśnie podnosił zalety jakiegoś obrazu i wzywał znawców do rozpatrzenia się w tem arcydziele.
- Numer 369! - wołał pan Stukomłot - Portret mężczyzny siedzącego na słoniu! Kto życzy sobie nabyć te znakomite dzieło sztuki?
Podczas gdy Stukomłot przesuwał przed oczami zgromadzonych widzów mężczyznę na słoniu, jakiś wojskowy słusznego wzrostu nie mógł wstrzymać się od śmiechu.
- Panie Criarson - wołał Stukomłot do swego pomocnika - pokaż pan bliżej tego słonia kapitanowi.
Kapitan zaczerwienił się i odwrócił się zmieszany widocznie.
- Dwadzieścia gwinei za to arcydzieło - mówił dalej - piętnaście... pięć... nikt się nie odzywa? Sam wizerunek mężczyzny bez słonia wart już pięć funtów.
- To dziwna że słoń nie ugina się pod takim ciężarem - dorzucił jakiś żartowniś.
Dowcip ten został przyjęty śmiechem ogólnym, bo jegomość na słoniu był w samej rzeczy dosyć opasły.
- Panie Levi - krzyczał Stukomłot - nie obniżaj pan ceny tego pięknego obrazu, niech prześwietna publiczność sama wartość jego osądzi. Postawa szlachetnego zwierzęcia wiernie charakter tegoż przedstawia. Siedzący na nim mężczyzna w nankinowem ubraniu ze strzelbą na plecach, udaje się na polowanie; w oddaleniu zaś widać pogodę pod palmowemi drzewami. Jest to bez wątpienia jakieś wsławione miejsce naszych znakomitych posiadłości w Indjach wschodnich. Spieszma się, panowie; przedmiot jest wysokiej wartości.
Ktoś ofiarował pięć szylingów; wojskowy obejrzał się w stronę zkąd głos pochodził i spostrzegł młodą damę wspartą na ramieniu oficera. Oboje zdawali się bardzo rozweseleni tą komiczną sceną, a że nie było silnej konkurencji, zostali więc posiadaczami wspomnionego portretu. Pierwszy wojskowy zmieszał się znowu na widok owej młodej pary i odwrócił się w przeciwną stronę, jak gdyby chciał uniknąć niemiłego mu widoku.
Licytacja miała się niezadługo zakończyć. Bardzo piękne meble były już sprzedane, wina niezmiernie wysokiej ceny zostały zakupione dla naszego znajomego Jerzego Osborna, a mały serwis srebrny był kupiony przez kilku ajentów z kantorów wymiany w City. Zostawił jeszcze do sprzedania fortepian przyniesiony z pierwszego piętra, gdzie niektóre z gorliwszych gospodyń próbowały w ręku mięsistości kołder i zaglądały we wnętrza materaców.
Młoda dama, o której już wspomnieliśmy, usiadła do fortepianu żeby go spróbować, co wywołało jeszcze raz rumieńce i pomieszanie stojącego w drugim końcu sali wojskowego.
Żyd podstawiony przez nabywców słonia silnie walczył o fortepian z żydem podstawionym przez słusznego oficera, który dzielnie dotrzymał placu boju i stał się nakoniec właścicielem fortepianu. Natychmiast rozległo się uderzenie młotka i dały się słyszeć następne słowa:
"Dla pana Levi, za dwadzieścia pięć gwineów".
Młoda dama i jej kawaler musieli ustąpić; pierwsza rzucając spojrzenie w stronę swego przeciwnika rzekła:
- Widzisz Rawdonie! to kapitan Dobbin.
Becky była może niekontentą z najętego przez męża fortepianu; albo też chciała nabyć ten koniecznie, dla tego tylko że kiedyś grywała na nim w saloniku Ameiji Sedley.
Powyższa sprzedaż publiczna odbyła się w dawnym domu pana John'a Sedley, zrujnowanego zupełnie i ogłoszonego bankrutem.
Szafarz Jerzego Osborna przyszedł kupić stare Porto i przeniósł je na drugą stronę placu Russel-Square. Przyjaciele pana Sedley, którzy mieli z nim liczne interesa i zachowali dla niego trwały szacunek, zakupili serwis srebrny pięknej roboty, i tę uratowaną pamiątkę lepszych czasów przesłali dawnemu swemu koledze. Co zaś do fortepianu Amelji, to należy wnosić że kapitan Dobbin, który nie był wcale muzykalny, musiał go zakupić nie dla swego własnego użytku.
W samej rzeczy tego samego dnia wieczorem fortepian znajdował się już w maleńkim, ale schludnym domku, przy jednej z tych uliczek gdzie pomieszkania, sądząc z rozmiarów, zdają się być dla lalek przeznaczone. Drzewa przed oknami tych wybielonych domków są prawie zawsze pokryte fartuszkami, pończoszkami dziecinnemi, czepeczkami i t. p. Tego rodzaju wegetacja w ogródkach nawet i w zimie nie zaprzestaje. Biada tym, którzy się w te zabłąkają ustronie! Uszy ich silnie będą podrażnione brzękiem klawicymbałów i piskliwym głosem wyśpiewujących mieszkanek tej okolicy. Tam właśnie pan Sedley znalazł z rodziną przytułek w domu pana Clapp, dawnego swego komisanta.
Jos Sedley nie przyjechał do Londynu na wiadomość o nieszczęściu jakie dotknęło jego rodzinę, ale otworzył matce kredyt u swego bankiera, i pozostał wiernym swoim zwyczajom: objadował wesoło w najlepszej restauracji, zapijał dobre wino, przejeżdżał się powozem, grywał wista i opowiadał swoje przygody indyjskie pewnej wdowie, która dla niego była bardzo i uprzejmą.
Pan Sedley zaczynał już godzić się z swoim losem i nie spieszył się wcale korzystać ze wspaniałomyślnej propozycji syna. Zacny ten staruszek nie był jednak głuchy na szczere objawy życzliwości z serca pochodzące i kiedy mu przyniesiono serwis srebrny rozpłakał się jak dziecko.
Rebeka i jej małżonek nadto byli wyrachowani ażeby myśleli odwiedzać ludzi zrujnowanych i mieszkających w tak oddalonej części miasta jak Bloomsbury. Zaledwie w miesiąc po swojej ucieczce z Park Lane Rebeka wspomniała w rozmowie dawną swoją przyjaciółkę, co natchnęło Rawdona chęcią odwidzenia Osborna i wyzwania go na partję bilardu.
Ciotka Matylda nie spieszała się bynajmniej otworzyć swych ramion młodej parze, przed którą drzwi pięknego domu w Park Lane zostawały szczelnie zamknięte; nawet listy wracały zawsze nierozpieczętowane, Mistress Bute nie odstępowała ani na krok siostry swego męża, co było dla kapitana i jego dostojnej połowicy nie zbyt pomyślną wróżbą.
Nic nie wydawało się Rebece mniej wątpliwem jak jej wyższość umysłowa nad mężem; ale można powiedzieć że nic więcej nad to nie starała się przed nim ukryć. Słusznie ktoś powiedział że dobra żona powinna mieć trochę hipokryzji. Rebeka słuchała z zajęciem opowiadań męża o tem co się działo czy w stajni lub w pułku; jakim sposobem Bob Martingale został w domu gry złapany, jak Spatterdash jechał na koniu, który się potknął wszystko to było dla niej rzeczy niezmiernie interesujące. Zawsze śmiejąca się i wesoła, Rebeka nie zatrzymywała nigdy męża gdy ten chciał wychodzić, przyjmowała go z radością kiedy powracał do domu.
To zręczne postępowanie zmieniło całkowicie dawne zwyczaje Rawdona; domowe ognisko więcej go już pociągało aniżeli dawne znajomości w klubach i tawernach, gdzie go coraz rzadziej widywano. Trzech lub czterech dobrych znajomych tylko miało wstęp do wesołego domku w Brompton, gdzie byli zachwyceni doskonałym pączem i niezrównaną uprzejmością gospodyni domu. Długi rosły zawsze, ale Rawdon umiał żyć lepiej kredytem jak inni gotówką.
Dowiedziawszy się z gazety że porucznik Osborne kupił dyplom kapitana, Rawdon uczuł tyle szacunku dla narzeczonego Amelji że zrobił mu wizytę w Russell Square.
Młode małżeństwo miało wielką ochotę zbliżyć się do kapitana Dobbin w czasie sprzedaży publicznej i zasięgnąć od niego bliższych szczegółów o niepowodzeniu rodziców Amelji. Kapitan wszakże zniknął im z oczu, ale ktoś z zajmujących się tą licytacją zaspokoił w części ich ciekawość.
- Patrz na te twarze wyschłe i pożółkłe - mówiła Becky wracając ze swoim obrazem w ręku. Czyż nie są oni podobni do kruków, co się po bitwie zlatują?
- Nie mogę ci nic o tem przywiedzieć, bo nigdy żadnej bitwy nie widziałem; Bob Martingale potrafi to lepiej osądzić, bo w Hiszpanji był adjutantem jenerała Blazes.
- Szkoda jednakże tego biednego pana Sedley - dodała Rebeka - był to bardzo poczciwy staruszek.
- Hm! Wekslarze i bankruci są podług mnie, jednem i tem samem; odrzekł Rawdon spędzając batem muchę i dyszlowego konia.
- Byłabym z chęcią zakupiła cokolwiek ze sreber stołowych, żeby im to oddać - mówiła Rebeka niby rozczulona - ale dwadzieścia pięć gwinei za ten mały fortepian to trochę za wiele.
- A twój... jakże się on zowie?... Osborne, zdaje mi się... zwinie pewno chorągiewkę teraz, kiedy rodzina Amelji zupełnie zrujnowana, jak myślisz? Czy nie zasmuci to twojej przyjaciółki?
- Ba! Pocieszy się jak będzie mogła - rzekła Rebeka z uśmiechem.
Rozdział 18. Kto gra na fortepianie kupionym przez kapitana Dobbin?
Wiadomość że Napoleon opuścił Elbę i wylądował w Cannes, mogła przejąć obawą gabinet wiedeński, zniweczyć plany Rossji, zagrozić całości Prus i przerazić Metternichów i Starembergów; ale ktoby się mógł spodziewać żeby orły cesarskie i walka Napoleona miały wstrząsnąć losem młodej dziewczyny, rozkołysanej marzeniami o miłości i o szczęśliwem jutrze? A jednak huk trąb wojennych rozwiał niewinne sny i marzenia, a z niemi uniósł szczęście biednej Amelji!
Cały majątek jej ojca runął bezpowrotnie na odgłos tych wiadomości. Wszystkie przedsiębiorstwa pana Sedley nie powiodły się i przyprawiły go o znaczne straty, a liczne bankructwa domów, z któremi miał stosunki handlowe, wydarły mu cały nabytek długoletniej pracy.
Przez długi czas pan Sedley, zamknięty sam w sobie, nie zwierzał się nikomu ze swoim smutkiem. Wszystko szło na oko jak dawniej. Pani Sedley nie domyślając się niczego, pędziła dni bezczynne jak zwykle, jeżeli nie zapełniała czasu błahemi zajęciami. Amelja jak wiemy, oderwana od wszystkiego co ją otaczało, jedną tylko myślą zajęta była w chwili, kiedy cios okrutny uderzył jej rodzinę.
Pewnego wieczora, kiedy Amelja siedziała w swoim pokoju smutna i zamyślona, pani Sedley była zajęta pisaniem biletów zapraszających na bal, który miała dać u siebie. Mąż jej powrócił z miasta i usiadł przy kominku nie przemówiwszy ani słowa. Pani Sedley za to mogła się wygadać.
- Nasze biedne dziecko bardzo jest zmartwione - rzekła matka - od pewnego czasu. Jerzy zupełnie ją zaniedbuje. Nienawidzę śmiesznych pretensji w tej rodzinie. Panienki nie były tu od kilku tygodni, a Jerzego dwa razy w mieście widziano i pomimo tego nie przyszedł do nas. Edward Dale widział go na operze. Jestem najmocniej przekonana że Edward ożeniłby się z naszą Amelją; i kapitan Dobbin nie byłby od tego ale ja nie bardzo życzyłabym sobie wojskowego na zięcia. Patrz na postępowanie Jerzego, cóż po nim można się spodziewać na przyszłość? Podług mnie należałoby takich panów rozumu nauczyć. Dosyć byłoby ośmielić cokolwiek Edwarda Dale, a zobaczylibyśmy coby z tego wynikło. Otóż, panie Sedley, będziemy mieli wieczór w naszym domu... Ale cóż znaczy to uparte milczenie? Czy się co stało, że ani słowa od ciebie wydobyć nie można?
John Sedley zbliżył się do żony i obejmując ją rzekł z uczuciem:
- Marjo, jesteśmy zupełnie zrujnowani. Nowe życie pracy, niedostatku może, otwiera się przed nami! Wolę ci powiedzieć wszystko, bo na cóż się przyda zakrywać to, co się już stało?
Drżący głos starca zdradzał jego wzruszenie; obawiał się on zasmucić żonę tem wyznaniem, ale odwaga z jaką pani Sedley przyjęła ten cios, a nadewszystko słowa pociechy wprost z serca pochodzące dodały mu nieco otuchy. Raz tylko w ciągu tego wieczora, kiedy John Sedley opowiadał żonie zawody doznane od najlepszych przyjaciół, wyraz bolesny wymknął się nieszczęśliwej matce:
- Mój Boże! - rzekła. - Biedna nasza Amelja! Ileż jej serce przeboleć będzie musiało.
W samej rzeczy smutny był stan Amelji, która nie miała nikogo, komuby mogła powierzyć swoje obawy i swoje przeczucia. Starała się ona przytłumić w sobie słuszne, niestety, podejrzenia, usiłowała usprawiedliwić, a raczej nie widzieć egoizmu i obojętności Jerzego. Jednem słowem nie miała odwagi wyznać przed sobą że on jej nie wart był wcale.
Biedne to serduszko ciężko było zranione, kiedy w miesiącu marcu 1815 roku Napoleon wyglądał w Cannes a Ludwik XVIII uciekł z Francji. Strach ogólny całą Europę ogarnął; papiery spadły i pan Sedley został zupełnie zrujnowanym.
Co najwięcej bolało nieszczęśliwego starca, to to, że nikt z jego dłużników nie prześladował go tak zawzięcie i nie był tak nieludzkim jak John Osborne, który jednak wiele doznał dobrego od pana Sedley i jemu prawie winien był cały swój byt i swoje powodzenie. Obowiązek wdzięczności bywa najczęściej powodem nienawiści, a przytem w oczach pewnych ludzi człowiek, będący w złych interesach, nie może zasługiwać na szacunek.
John Osborne zerwał natychmiast stosunki Jerzego z Amelją, a dla nadania sobie pozorów słuszności, głosił przed wszystkimi że pan Sedley używał zawsze najgorszej opinji. Od razu wzbronił Jerzemu, pod karą klątwy i wydziedziczenia, widywać Amelję nie szczędząc dla tej niewinnej dziewczyny najczarniejszej potwarzy.
Wiadomość o ruinie majątkowej i wyjazd z Russel-Square jasno mówiły Amelji że wszystko już dla niej skończone, i że przyszła chwila, w której potrzeba się rozstać na zawsze z Jerzym, wyrzec się wiary w ludzi i pogrzebać marzenia przyszłego szczęścia. Nakoniec szorstkim i obelżywym listem pan John Osborne oznajmił jej że postępowanie jej ojca zerwało wszystkie układy pomiędzy dwiema rodzinami a tem samem unieważniło dawniejsze zobowiązania.
Amelja przyjęła ten bolesny dla niej cios z rezygnacją i spokojem wbrew wszelkim oczekiwaniom matki. Zmiana sposobu życia, wynikająca ze straty majątku, najmniej była dla Amelji dotkliwą; ale cierpienie moralne podkopywało widocznie jej siły zdające się z każdym dniem słabnąć.
Jeżeli pan Osborne nie chciał słyszeć o związku Jerzego z Amelją to pan Sedley, z swej strony, nie mniej czuł żalu i pogardy dla rodziny Osbornów i nie taił się z tem, że za nic nie oddałby swej córki synowi takiego podłego człowieka. Zabronił Amelji myśleć o Jerzym i rozkazał odesłać mu wszystkie listy i upominki od niego pochodzące.
Amelja przyrzekła być posłuszną, ułożyła pakiecik listów, ale nie miała siły rozstać się z niemi. Przeczytawszy je od początku do końca, przycisnęła je do łona, jak matka tuli jeszcze umarłe dziecię.
Po stoczonej walce z bratem, panna Dobbin tak rzekła do matki:
- Jak to szczęśliwie, moja mamo, że pułk Wiliama odebrał rozkaz wymarszu! Ta obrzydła efrontka Amelja ma w Williamie tak gorliwego obrońcę, że mogłaby się obawiać żeby go w swoje sidła nie złapała, szczególnie teraz, kiedy stosunki z Jerzym Osbornem zerwane są zupełnie.
W samej rzeczy pułk *** miał wkrótce wyruszyć, takim więc sposobem cesarz Napoleon I zostaje niejako wmieszany do naszej powieści, która inaczej nie zasługiwałaby na to żeby ją podawać do powszechnej wiadomości. Napoleon I, jak widzimy, był głównym sprawcą upadku Burbonów i pana John'a Sedley. Powrót cesarza z Elby do Paryża uzbroił całą Europę przeciwko niemu; podczas gdy wojsko francuskie, zgromadzone pod sztandary, przysięgało na wierność Napoleonowi, cztery potężne armje gotowały się do walki żeby zgnieść orła, który znów swe skrzydła rozwijał do lotu. Jedna z tych armji liczyła w swoich szeregach dwóch bohaterów naszej powieści: Kapitana Dobbin i kapitana Osborn'a.
Każdy, kto zna z tradycji pułk, o którym mówimy, pojmie łatwo zapał, jaki odwładnął wszystkich; począwszy od prostego szeregowca, aż do samego pułkownika wszyscy byli prawie wdzięczni cesarzowi Francuzów za to, że ten wichrzyciel europejskiego spokoju dawał im zręczność okazania światu dzielności, której pobyt w Indjach nie osłabił bynajmniej. Stuble i Spooney spodziewali się szybkiego awansu; pani majorowa O'Dowd miała nadzieję zostać pułkownikową.
Jerzy spokojnie mierzył swój nowy mundur, który mu bardzo był do twarzy, i dostał od ojca woreczek pełny pieniędzy, z ponowionym zakazem widywania Amelji. Z tem wszystkiem, kiedy od ojca powracał, serce mu się ścisnęło na widok domu, pustego dziś i pokrytego ogłoszeniami wyprzedaży. Dom ten, w którym tyle miłych wspomnień zostało, był już zamknięty dla Amelji i jej rodziców. Gdzież ta rodzina - myślał sobie - znajdzie dziś przytułek?
Pogrążony w tych smutnych myślach Jerzy wszedł do kawiarni, gdzie przepędził wieczór milcząc ciągle i pijąc wiele, co nie uszło uwagi jego kolegów. Dobbin spostrzegł to również i chciał temu przeszkodzić, ale Jerzy powiedział mu że jest bardzo zasmucony i że stara się napojem zagłuszyć swoje cierpienie.
W parę dni potem Dobbin wszedł do pokoju Jerzego w koszarach, zastał go opartego o stół, na którym leżały listy rozrzucone w nieładzie. Młody kapitan zdawał się mocno wzruszony.
- Wszystko mi odesłała, co tylko miała odemnie; patrz! - powiedział Jerzy, wskazując na listy i na kilka drobnych pamiątek, jako to: złoty łańcuszek, medaljon z jego włosami, pierścionek i nożyk srebrny, kupiony przez Osborna dla Amelji, gdy oboje byli jeszcze dziećmi.
- Wszystko! - dodał słabym głosem. - A oto list jej; jeżeli chcesz, możesz go przeczytać.
To mówiąc Jerzy podał swemu koledze list następującej treści:
"Ulegając woli mego ojca, odsyłam ci wszystkie pamiątki, za lepszych czasów od ciebie otrzymane. Ten list jest ostatnim, więcej do ciebie pisać nie będę. Myślę że nie mniej odemnie uczujesz cios, który nas dotyka. Związek nasz stał się dziś niepodobieństwem; jesteś zatem swobodny, uwalniam cię od danego mi niegdyś słowa. Mam nadzieję że nie dzielisz niesłusznych względem nas podejrzeń swego ojca. Bądź zdrów. Proszę Boga o siły do znoszenia ciężkich przeciwności, jakie mnie czekają i o pomyślność i szczęście dla ciebie!
Będę często grać na twoim fortepianie... W tym postępku poznałam twoje szlachetne serce.
A..."
Dobbin nie mógł myśleć obojętnie o nieszczęściu Amelji, czuł się głęboko rozczulonym. Jerzy dopiero teraz wyrzucał sobie że tyle razy zaniedbywał Amelję; wstydził się sam siebie poczuwając się do egoizmu i i obojętności względem tej, która mu nigdy jeszcze nie wydawała się tak piękną i dobrą, jak dziś kiedy wszystko było zerwane, i kiedy dawne wspomnienia z lat dziecinnych cisnęły mu się w umyśle, zostawując po sobie żal minionej przeszłości. Dwaj przyjaciele zapomnieli o wojnie, o sławie i o wieńcach laurowych, bo mówili ciągle o Amelji. Dobbin energicznie swoje zdanie objawił, mówiąc że Jerzy powinien zostać wiernym Amelji, i że nikt w świecie nie ma prawa uwolnić nas od danego dobrowolnie słowa.
- Gdzie oni są teraz? rzekł Jerzy spostrzegając się że za późno trochę ta myśl mu przyszła; Gdzie oni są? Na liście nie ma żadnego adresu.
Dobbin wiedział dobrze adres Amelji; nie tylko bowiem wysłał jej fortepian, ale napisał do pani Sedley prosząc by mu wolno było ich odwiedzić i on to właśnie przywiózł pakiet listów i pamiątek, odesłanych Jerzemu przez Amelję.
Pani Sedley przyjęła serdecznie Wiljama; mówiła mu otwarcie o nieszczęściu jakie ich dotknęło, i była ujęta przysłaniem fortepianu, co przypisywała szlachetnemu sercu Jerzego. Dobbin nie starał się wcale wyprowadzić jej z błędu, słuchał jej skarg z współczuciem i głęboko był oburzony niewdzięcznością ojca Jerzego. Po długiej rozmowie Dobbin odważył się zapytać czy może widzieć Amelję która nie wychodziła prawie ze swego pokoju. Pani Sedley wyszła i wróciła po chwili z córką.
Widok bladej i drżącej Amelji przeraził Williama; w samej rzeczy niepodobna było obojętnie patrzeć na cień tej świeżej nie dawno jeszcze dziewczyny, której rysy nosiły już ślady niemej rozpaczy.
Po chwili milczenia Amelja wręczyła kapitanowi pakiet dla Jerzego i rzekła:
- Oto dla kapitana Osborna... Jakże pan jesteś dobry że nas odwiedziłeś... bardzo nam tu dobrze w tem nowem pomieszkaniu... potem zwracając się do matki dodała: Mama mi pozwoli wrócić do siebie, bo czuję się trochę osłabiona.
To mówiąc Amelja pożegnała Willjama i wyszła z uśmiechniętą twarzą. Matka odprowadziła Amelję, a Dobbin wyszedł ze ściśnionem sercem i długo pod tem bolesnem wrażeniem zostawał.
Jerzy dowiedziawszy się że Dobbin widział Amelję, zaczął go wypytywać o swoją narzeczonę z trwogą i niepokojem. Dobbin wziął rękę przyjaciela i powiedział:
- Jerzy, ona gaśnie widocznie; smutek ją zabija!
W małym domku, gdzie rodzina Amelji znalazła przytułek, była prosta jakaś do usług dziewczyna starająca się napróżno rozerwać i pocieszyć strapioną Amelję. W kilka godzin po rozmowie kapitana Dobbin z Osbornem, służąca wbiegła do pokoju Amelji z radosnym na ustach uśmiechem, a nie mogąc zwrócić na siebie uwagę Amelji, rzekła nieśmiało:
- Miss Emmy!
- Co chcesz? powiedziała Amelja nie odrywając się od listów, które ciągle miała przed sobą.
- Mam tu list do panienki... można już starych listów nie czytać... jest tu ktoś...
Amelja poznała pismo Jerzego, oto co w niem było:
- Muszę koniecznie widzieć cię, mój aniele; nie odpychaj mnie!
Zaledwie Amelja przebiegła okiem tych kilka wyrazów, pani Sedley i Jerzy byli już we drzwiach jej pokoju.
Rozdział 19. Miss Crawley i jej anioł-stróż
Widzieliśmy już z jaką gorliwością ochmistrzyni Firkin donosiła pani pastorowej o wszystkiem, co się w domu miss Crawley działo. Bo też mistress Butte miała wielki dar ujmowania sobie ludzi; Briggs i Firkin były jej oddane duszą i ciałem. Już to, mówiąc prawdę, pastorowa zasługiwała na to, bo zawsze mówiła tym kobietom o swojem do nich przywiązaniu i o tem, coby dla każdej z nich zrobiła, gdyby oddziedziczyła cały majątek po siostrze swego męża.
Rawdon Crawley przeciwnie nigdy nie zadawał sobie pracy żeby pozyskać względy adjutantek swojej ciotki; owszem okazywał im nawet wyraźną pogardę. Miss Briggs służyła zawsze za cel jego dowcipnych żarcików, a Firkin musiała nieraz ściągać zabłocone buty kapitana, kiedy z polowania powracał.
Pastorowa innej zupełnie trzymała się polityki: radziła się zwykle panny Briggs w każdym trudniejszym wypadku, albo tam gdzie potrzeba było dobrego gustu; czasem zaś dawała ochmistrzyni sześć lijardów, ale z taką uprzejmością, że mistress Firkin była więcej ujęta tym skromnym datkiem, aniżeli gwineą Rawdona rzuconą jej w oczy.
Nic za tem dziwnego że niełaska, w jaką wpadł Rawdon nie obudziła w nikim żalu, ani współczucia; cały sztab miss Matyldy Crawley był prawie uradowany ze zmiany swego szefa. Z tem wszystkiem mistress Butte, znająca przebiegłość Rebeki, przewidywała że nieprzyjaciel nie zaśpi sprawy i rozpocznie zaczepne działania w celu odzyskania straconej pozycji. Ztąd podwojenie czujności stało się koniecznem. Pani pastorowa znała dobrze słabość ciotki dla Rawdona i wiedziała że nikt nie umiał tak zręcznie zabawić miss Crawley jak mała Rebeka. Najpiękniejsze duety, śpiewane przez córki pani Butte, usypiały miss Matyldę, a rozmowa pastora sprowadzała jej spazmatyczne poziewanie. Nie można więc było myśleć o zabraniu do siebie chorej, któraby z nudów uczuła może potrzebę widzenia Rebeki, co byłoby dla pani Butte wielce niebezpiecznem.
Ucieczka Rebeki mogłaby rozstroić nerwy daleko mocniejsze aniżeli te, jakiemi miss Crawley była od natury obdarzoną. Jej przekonania religijno-moralne, kiedy była w dobrem zdrowiu, zadowoliłyby samego Woltera, ale jak tylko ją co zabolało, wpadała w największą trwogę, spodziewając się co chwila śmierci. Mistress Butte myślała sobie teraz: "Gdyby mój mąż miał trochę rozumu, potrafiłby ją naprowadzić na dobrą drogę, przedstawiłby bezprawia i rozpustę Rawdona w całej nagości i natchnąłby ją nienawiścią do tej obrzydłej kusicielki Rebeki." Znając słabe zdolności męża, pani Butte wzięła się sama do pracy. Wmówiła wszystkim domowym i samej chorej, że stan jej bardzo jest niebezpieczny; kazała pod oknami rozścielić słomę na łokieć wysokości, sprowadzała dwa razy na dzień doktora i aptekarza o północy, poiła chorą bez ustanku rozmaitemi ziółkami, utrzymywała ciszę grobową w całym domu, kładła palec na ustach jak tylko kto wchodził do pokoju jej pacjentki, przybiegała do jej łóżka od czasu do czasu, patrzyła na nią z przerażeniem i czytała ponurym głosem ćwiczenia duchowne. Najwięcej zaś starała się obudzić w chorej obrzydzenie do grzechów i nieprawości Rawdona, i uwydatnić czarną niewdzięczność Rebeki.
Nazwiska niewinnych ofiar Rawdona, wszystkie szczegóły jego przewinień, rozpacz rodziców, których synowie zostali jego przykładem zepsuci i zgubieni, wszystko to było doskonałe wiadome pani pastorowej, umiejącej to opowiedzieć w porę i zrobić z tego najlepszy użytek.
Niezmordowana mistress Butte, upewniwszy się że żadna nieprzyjacielska korespondencja nie przeciśnie się do domu miss Crawley i będzie napowrót odesłaną, pojechała do panny Pinkerton dla oznajmienia jej że miss Sharp została uwiedzioną. Pastorowa chciała zaczerpnąć u samego źródła wiadomości co do urodzenia i przeszłości Rebeki. Przyjaciółka znakomitego leksykografa miała wiele do powiedzenia w tym ważnym przedmiocie. Na jej rozkaz miss Jemina przyniosła wszystkie karty i listy byłego nauczyciela rysunków. Pierwszy list był pisany z więzienia z prośbą o podwyższenie płacy, drugi zawierał wymowne podziękowania za przyjęcie Rebeki do domu, w trzecim zaś nieszczęśliwy artysta złożony śmiertelną chorobą polecał swoją córkę opiece dobroczynnej miss Pinkerton.
Mistress Butte udała się z tamtąd w celu dalszych poszukiwań na Greek-Street, gdzie miss Sharp mieszkała jakiś czas z ojcem na skromnem poddaszu. Portrety gospodarza i gospodyni domu, któremi artysta za mieszkanie zapłacił, zdobiły jeszcze ściany salonu. Mistress Stokes była dosyć rozmowna i opowiedziała wszystko co tylko mogła wiedzieć o nieporządnem życiu nieboszczyka Sharp i o jego wiecznych z wierzycielami zatargach. Gospodyni nie mogła bez oburzenia mówić o spóźnionym zanadto akcie ślubnym rodziców Rebeki, o zupełnej swobodzie tej dziewczyny, przynoszącej z sąsiedniego szynku butelki z gorącemi napojami i umiejącej zabawić całe towarzystwo wyśmiewaniem najszanowniejszych osób bez różnicy stanu i wieku.
Te wiadomości, zręcznie zebrane, były następnie miss Matyldzie z większą jeszcze zręcznością podane. Powiedziano jej że pani Rebeka Crawley była córką baletnicy, że sama przez jakiś czas skakała na deskach teatralnych, że służyła nieraz za model malarzom, że pomagała swemu ojcu wypróżniać butelki i że nakoniec była bardzo znaną we wszystkich szynkach i kawiarniach. Sens moralny tej historji był taki, że osoba, która siebie szanuje, nie może i nie powinna widzieć podobnej jak Rebeka kobiety, ani człowieka, który się z taką awanturnicą połączyć odważył.
Jeżeli troskliwość, jaką pani pastorowa otaczała chorą kuzynkę, mogłaby się czytelnikowi wydać podejrzaną, to możemy go upewnić że obawy aptekarza Clump o zdrowie miss Matyldy były zupełnie szczere. Dowiedziawszy się od lekarza że zbyteczne pielęgnowanie chorej, ciągła djeta i uporczywe trzymanie jej w łóżku, drażniąc nieustanie system nerwowy, mogą sprowadzić złe skutki, pan aptekarz Clump silnie był zatrwożony o stały dochód, który mu nerwy miss Matyldy co roku przynosiły. Postanowił więc wpływać na mistress Butte i skłonić ją do przyjęcia pewnych hygjenicznych reform, mogących zagrożoną egzystencję miss Crawley przedłużyć i dochód apteki na jakiś czas jeszcze zapewnić. Szczęściem dla pana Clump mistress Butte sama zagaiła z nim rozmowę; była ta sposobność, z której należało korzystać.
- Mój kochany panie Clump - mówiła do aptekarza, nie zaniedbałam nic a nic coby mogło przywrócić zdrowie naszej ukochanej Matyldzie, którą czarna niewdzięczność synowca wtrąciła na łoże boleści. Żadne zmęczenie mnie nie powstrzyma, potrafię dotrwać do końca i nie cofnę się przed żadną ofiarą.
- Poświęcenie pani jest prawdziwie godnem uwielbienia - odrzekł Clump z głębokim ukłonem - ale...
- Od mego przyjazdu nie zmrużyłam oka. Zapomniałam o sobie; sen, zdrowie, wygody, wszystko to ustąpiło przed poczuciem obowiązku. Tak samo było kiedy mój James był chory na ospę - nie odstąpiłam go ani na chwilę.
- Pani jesteś wzorem matek, to prawda, ale...
- Jako matka rodziny, jako żona sługi kościoła, mogę sobie przyznać w chrześcijańskiej pokorze, że jestem na dobrej drodze; i że dopokąd mi sił starczy z tego stanowiska nie zejdę. Mogłażbym dziś opuścić tę zacną kobietę, którą niegodziwość ludzka przyprawiła o ciężką chorobę? O! nie! wiem ja dobrze że oprócz pomocy lekarskiej, posiłek duchowny równie jest chorej potrzebny, i to właśnie jest moja rola, to moje posłannictwo!
- Tak, ależ ja chciałem tylko zwrócić uwagę pani że idąc za popędem uczuć, które jej zaszczyt przynoszą, pani niepotrzebnie się trwożysz - mówił aptekarz słodziutkim głosem.
- Ale bo jabym oddała moje życie dla mego męża i dla całej jego rodziny!
- Nie znam nic chwalebniejszego nad to uczucie, ale my wcale nie pragniemy widzieć palmy męczeńskiej w ręku czcigodnej mistress Butte Crawley. Doktor Squills i ja staraliśmy się zbadać dokładnie stan chorej z najżywszą, wierz mi pani, troskliwością. Jej osłabienie i stan nerwowy jest wynikiem wstrząśnień moralnych, tym nieszczęśliwym wypadkiem wywołanych...
- Oh! ten złoczyńca skończy na szubienicy! - zawołała mistress Butte jakby w proroczem natchnieniu.
- Głębokie wzruszenie moralne podkopało organizm wątły naszej pacjentki, kiedy szczęśliwem zrządzeniem losu pani przybyłaś prawdziwie jak anioł opiekuńczy, żeby czuwać nad chorą i nieść ulgę w jej cierpieniach. Jednak zgadzam się z doktorem Squills na to, że dłuższe trzymanie chorej w łóżku może raczej złe niż dobre sprowadzić skutki. Wierz mi pani, naszej chorej potrzeba powietrza, zmiany miejsca i rozrywki. Bez tego nerwy jej będą coraz więcej rozdrażnione i hypohondrja musi się rozwinąć w całej sile. Spokój, swoboda, wesołość, oto są najlepsze lekarstwa z mojej apteki. Namów ją pani żeby wstała z łóżka, przejechała się powozem, a wówczas zobaczysz pani że rekonwalescentka siły odzyska, a pani rumieńce powrócą.
- Ale pan zapominasz o tem, że wyjeżdżając na spacery miss Crawley może spotkać swego niegodnego synowca i wspólniczkę jego zbrodni. Takie spotkanie mogłoby ją o śmierć przyprawić! Nie, panie Clump, ona nie powinna wyjeżdżać, i dopokąd ja sama nad nią czuwam, to na to nie pozwolę. Co zaś do mego zdrowia, to je chętnie złożę w ofierze na ołtarzu świętych, jakie mam względem niej, obowiązków.
- A więc w takim razie - odparł żywo pan Clump, ja nie ręczę za jej życie, jeżeli zostanie dłużej w zamknięciu! Jeden atak nerwowy może ją zabić, przez co pani oddasz usługę kapitanowi Crawley, prawnemu na mocy testamentu spadkobiercy.
- Na Boga czy ona jest tak bliską śmierci? czemużeś mnie pan pierwej o tem nie uprzedził?
Po tej rozmowie mistress Butle nie wpuszczała nikogo do pokoju chorej i zaczęła usilnie pracować nad tem, żeby ją skłonić do zniszczenia dawnego testamentu. Ale miss Crawley doznawała takiej trwogi na samą myśl o śmierci, że nie chciała słyszeć o testamencie. Trzeba więc było wprowadzić ją pierwej w dobry humor, przywrócić spokój zakłócony i dlatego pastorowa zdecydowała się wynieść swoją kuzynkę, ale dokąd? W tem zachodziła największa trudność. Jedyne miejsce, gdzie możnaby uniknąć spotkania Rawdona i Rebeki, był kościół; ale pani Butte wiedziała że miss Crawley nie znajdzie w tem przyjemności.
Po długich namysłach, mistress Butte uderzyła się w czoło i rzekła do siebie:
- Będziemy zwiedzać przedmieścia Londynu; wszyscy utrzymują że nie ma nic więcej zajmującego nad te wycieczki.
Wsadziwszy swoją ofiarę do powozu, mistress Butte zachwycała się pięknością okolicy w Hampstead, Hornsey i Dulwich, przypominając co chwila jakiś nowy dowód niewdzięczności Rawdona i Rebeki.
Tymczasem usiłowania pani pastorowej zamiast obudzić w rekonwalescentce nienawiść do Rawdona i jego żony, sprawiły inny zupełnie skutek: miss Crawley czuła cały ciężar zbytecznej troskliwości i myślała już o tem żeby się wyrwać z rąk swego anioła stróża. Jednego dnia była jakoś silniejsza i podniosła chorągiew buntu: zamiast jechać do Highgate i Hornsey, miss Crawley kazała się zawieść do parku. Obawy mistress nie były płonne. Faeton Rawdona ukazał się z daleka i zbliżał się powoli ku powozowi, w którym siedziała miss Crawley obok swojej opiekunki i miss Briggs na przodzie z pieskiem. Kiedy powozy mijać się miały, Rebeka wychyliwszy głowę, spojrzała z czułością na ciotkę Matyldę a serce jej biło gwałtownie. Sam Rawdon nawet zdawał się lekko wzruszony, ale kapelusz miss Matyldy był ciągle zwrócony w stronę przeciwną. Mistress Butte obsypywała pieska serdecznemi pieszczotami; powozy się minęły, pastorowa swobodniej na koniec odetchnęła.
- Wszystko na nic - odezwał się Rawdon do żony.
- Próbój jeszcze raz, choćby przyszło o powóz zaczepić - odpowiedziała Rebeka.
Rawdon nie miał odwagi pójść za tą radą. Kiedy powozy powtórnie się mijały podniósł rękę do kapelusza, ale tym razem spotkał piorunujące spojrzenia obu ciotek.
Był to zapewne wieki tryumf dla mistress Butte, która jednakże zrozumiała całą doniosłość niebezpieczeństwa, na jakie ją narażały spacery w parku. Po kilku zręcznie naciągniętych frazesach, udało się pastorowej wmówić w pannę Matyldę że dla jej zdrowia wieś jest na jakiś czas koniecznie potrzebną, że nie ma na to stosowniejszego miejsca jak Brighton.
Rozdział 20. Kapitan Dobbin swatem
Związek Jerzego i Amelji nigdy nie przyszedł by był do skutku bez czynnego udziału kapitana Dobbin, który z gorżkim uśmiechem zapytywał siebie dla czego los wybrał jego z pomiędzy tylu innych, do spełnienia tak drażliwej, a w tym wypadku może nazbyt przykrej roli swata. Ale kapitan był jednym z tych ludzi, którzy się nigdy przed obowiązkiem nie cofają. Przekonany że Amelja życiem swój zawód opłaci, postanowił wszelkich użyć środków żeby ją ocalić.
Nie będziemy tu przytaczać rozmowy dwojga kochanków, kiedy pani Sedley wprowadziwszy Jerzego do pokoju córki, wróciła do sali, gdzie się kapitan Dobbin znajdował. Pani Sedley nie łudziła się nadzieją bo znając dobrze swego męża, była przekonaną, że ten nigdy, po tem co zaszło, na związek córki z Osbornem nie zezwoli. Dla uwydatnienia niewdzięczności pana Osborn'a miss Sedley wyjaśniła kapitanowi wzajemny stosunek dwóch rodzin, sięgając ubiegłych czasów, kiedy rodzice Jerzego z tysiącem podziękowań przyjmowali dla dzieci swoich cacka i zabawki któremi mały Jos nie chciał już się bawić.
- Nie - mówiła pani Sedley - mój mąż nie odda córki swojej synowi człowieka, który mu się taką niewdzięcznością odpłacił. Nigdy on, pewna jestem, na ten związek zezwolić nie zechce; nigdy, nigdy!
- To się wszystko zrobi bez jego zezwolenia - odpowiedział Dobbin śmiejąc się - kapitan Rawdon i dawna przyjaciółka panny Amelji dali nam przykład jak się zwycięża trudności.
Pani Sedley nie wierzyła swoim uszom; kapitan Dobbin nie dał jej czasu ochłonąć z pierwszego, wrażenia i tak dalej mówił:
- Największa przeszkoda, jakiej obawiać się można, grozi nam ze strony pana Osborne, tego nieugiętego despoty; ale i na to jest środek. Wojna obecna podaje sposobność Jerzemu odznaczyć się na polu bitwy; a wtenczas ojciec będzie rozbrojony i musi dać się przebłagać. Zresztą fundusz przypadający Jerzemu po matce, wystarczy młodej parze na zapewnienie skromnego, ale spokojnego życia.
Dobbin w swojej prostocie nie przewidywał wcale żeby niemożność dawania smacznych objadów i jeżdżenia pięknemi powozami przeszkadzała Jerzemu do połączenia się z Amelją. Jedną tylko myślą przejęty, kapitan nie obawiał się ściągnąć na siebie gniewu i nienawiści ojców, tych rodzin, i przedstawiał Jerzemu konieczność natychmiastowego działania przed wystąpieniem pułku na linję bojową. Poparty moralnie przez panią Sedley, która nie miała odwagi wystąpić otwarcie do traktowania z mężem w tak drażliwym przedmiocie, Dobbin udał się do kawiarni, gdzie pan Sedley zawsze bywał w pewnej porze dnia.
Niegdyś w tej samej kawiarni, kiedy pan Sedley wyprawiał suty objad dla Jerzego i Willjama, cała służba miejscowa zwijała się, bacząc na każde jego skinienie. Dziś pusto było w około pana Sedley, którego opuszczenie i zaniedbany ubiór przykre na kapitanie sprawił wrażenie.
- Bardzo mi przyjemnie widzieć pana, powiedział staruszek z wyrazem smutku, ściskając rękę kapitana.
Wyciągnięta postać Willjama i jego ruchy wojskowe zaostrzyły ciekawość posługujących i rozbudziły staruszkę siedzącą przy kantorze, na którym widać było kilkanaście wyszczerbionych filiżanek.
- Jakże się ma szanowny alderman i milady, zapytał pan Sedley rzucając spojrzenie na garsona jakby mu chciał powiedzieć: - Patrz, mam jeszcze znajomych i przyjaciół pomiędzy ludźmi pewnego znaczenia w świecie.
- Czy masz pan co do rozkazania mi, panie kapitanie? mówił dalej pan Sedley. - Moi przyjaciele Dale i Spiggot prowadzą teraz moje interesa, aż do otwarcia, a raczej zreorganizowania mego biura; ale jeżeli mogę wyrządzić panu jaką przysługę...
Dobbin, jak zawsze zmieszany, upewniał pana Sedley, jąkając się że nie przyszedł w żadnym interesie, ale tylko dla uściśnienia ręki dawnego przyjaciela i dla dowiedzenia się o jego zdrowiu.
- Moja matka zdrowa jest... mówił Dobin - To jest... była bardzo cierpiącą: jak tylko będzie mogła wyjeżdżać, to natychmiast odwiedzi żonę pańską. Jakże się ma miss Sedley?
Dobbin zatrzymał się nagle, jak gdyby się swojej hipokryzji sam przeraził.
- Moja żona będzie bardzo szczęśliwa z odwiedzin matki pana - mówił Sedley wyciągając jakieś papiery z kieszeni. Lady Dobbin znajdzie nowy nasz dom znacznie szczuplejszym od dawnego; ale zawsze ją z równą przyjemnością witać będziemy, tak jak wszystkich życzliwych nam przyjaciół. Zmiana powietrza bardzo posłużyła mojej córce, której pobyt w mieście zgubnie wpływał na zdrowie.
Pan Sedley, widocznie roztargniony, przewracał w ręku zwój swoich papierów i po krótkiej przerwie tak się odezwał:
- No, proszę cię, kapitanie, ktoby się tego spodziewał że ten szalony Korsykanin wymknie się z wyspy Elby? Kiedy przyjmowaliśmy monarchów sprzymierzonych w naszej stolicy, przeszłego roku, komu na myśl przyjść mogło że po owych ucztach, świetnych fajerwerkach i po odśpiewaniu uroczystego Te Deum, pokój tak prędko będzie znowu zakłócony? Nie jest że to widoczny podstęp wszystkich europejskich mocarzy w celu zniżenia wartości papierów i zrujnowania tym sposobem naszego kraju? Temu to manewrowi zawdzięczam moje obecne położenie, jak również i to, że moje imię znajduje się w gazetach. Tak, szanowny kapitanie zaufałem cesarzowi rosyjskiemu i księciu Regentowi; a teraz drogo to zaufanie opłacać muszę. Patrz pan na te papiery i porównaj pan kursa dzisiejsze z temi, po jakich ja płaciłem za nie przed pierwszym marca... Co robił ten komisarz angielski, który nic nie wiedział o zamiarach ucieczki cesarza i nie umiał temu zapobiedz? Ten nikczemnik powinien być stawiony przed sąd wojenny i we 24 godzin rozstrzelany!
- Badź pan spokojny; urządzimy obławę na tego lisa, nie ujdzie on rąk naszych - odrzekł kapitan nie bardzo rad z uniesienia pana Sedley, który uderzając pięścią o swoje papiery mówił dalej:
- Nie oszczędzajcie tego łotra, jemu się szubienica należy! Całe życie pracowałem uczciwie, a dziś jestem zrujnowany przez tego nędznika i przez najnikczemniejszych rabusiów!
Widok nieszczęśliwego starca, oddającego się bezsilnym wybuchom gniewu, sprawił na Willjamie dosyć przykre wrażenie.
- Tak - mówił pan Sedley na wpół zachrypniętym głosem - to są jadowite gadziny, które chowamy w zanadrzu; wybaw ich z nędzy, a oni będą najpierwsi żeby cię w przepaść popchnąć przy pierwszej sposobności. Pan wiesz o kim ja mówię, panie Willjamie; chciałbym dożyć chwili kiedy ten człowiek bez serca a raczej ten worek złota wróci do takiej nędzy, w jakiej go przed laty poznałem.
- Mój przyjaciel Jerzy - powiedział Dobbin - mówił ze mną o tem z prawdziwym smutkiem; mam właśnie od niego polecenie do pana...
- A więc to jest powód który pana tu sprowadza? - zawołał starzec żywo poruszony - Ha! zapewne mi przysyła wyrazy współczucia i litości, nie prawdaż? To bardzo szlachetny krok ze strony arystokratycznego młodzieńca; nie radzę mu jednak zbliżać się bardzo do mojego domu. Jest to taki sam infamis jak i jego ojciec. Gdyby mój syn miał trochę męskiej odwagi, toby mu już dawno kulą łeb roztrzaskał. Przekląłem tę chwilę, w której mu otworzyłem drzwi mojego domu; nie chcę żeby jego imię w mojej przytomności wymawiano, i wolałbym tysiąc razy widzieć moją córkę w grobie, jak żeby miała zostać żoną tego człowieka.
- Niesłusznie jest przypisywać Jerzemu uchybienia ojcowskie. Nie zapominaj pan że może i sam przyczyniłeś się nie mało do rozbudzenia w swojej córce uczuć, jakie ma dla Jerzego; czyż nie należy zatem te uczucia szanować?
- Nie, kochany kapitanie, dziś przepaść nieprzebyta dzieli na zawsze nasze rodziny. Jakkolwiek wielki jest mój upadek, nie upadłem jednak tak nisko żebym o tym przydziale mógł zapomnieć. Możesz pan im tę odpowiedź powtórzyć.
- Mnie się zdaje - rzekł Dobbin zniżając głos - że pan nie masz prawa rozrywać ten związek, który w moich oczach ma taką wagę jak gdyby zapowiedzi we wszystkich kościołach londyńskich czytane były. Zresztą jakiemże prawem możesz pan skazywać swoją córkę na łzy i wieczne cierpienie, gotować jej najnieszczęśliwszą przyszłość a może i śmierć przyśpieszyć? I to wszystko dla pogodzenia osobistej niechęci! Powiedz mi pan teraz czy może być lepsza odpowiedź przed światem na wszystkie zarzuty pana Osborn'a, jak gdy syn jego wejdzie do pańskiej rodziny?
Te słowa wywołały na twarzy starca wyraz zadowolenia, ale pomimo to nie przestawał upewniać że nigdy nie pozwoli swej córce wyjść za Jerzego.
- A więc można się obejść bez zezwolenia rodziców - odpowiedział żartobliwie Dobbin.
Kapitan opowiedział historję Rebeki staruszkowi, który szczerze się uśmiał i rzekł wesoło zbierając swoje papiery:
- Jeżeli wszyscy kapitanowie są tak niebezpieczni jak wy, to należy bardzo się was obawiać.
Od czasu kiedy pan Sedley zaczął do tej kawiarni uczęszczać, nie widziano go jeszcze z tak wypogodzoną twarzą. Po tej rozmowie Dobbin i ojciec Amelji rozstali się jako najlepsi przyjaciele.
- Moje siostry utrzymują że ona ma brylanty wielkości gołębiego jaja - mówił Jerzy do Amelji śmiejąc się swobodnie - a ja pewny jestem że kiedy będzie prezentowana u dworu to włoży na koniec nosa pierścień wysadzany drogiemi kamieniami. Jeżeli pamiętasz włosy kędzierzawe waszego Samba, to jej warkocze więcej jeszcze do wełny są podobne.
Jerzy żartował sobie w ten sposób z młodej Amerykanki, którą nie tylko ojciec jego, ale i siostry były oczarowane, chociaż znajomość ta do najświeższych należała. Tyle mówiono o wielkich plantacjach, jakie ta młoda osoba posiadała w Indjach zachodnich, o licznych akcjach w kompanji indyjskiej i o znacznych jej kapitałach, że niepodobna było nie zachwycać się jej wdziękami, które już nawet w Morning Post podobno opisane były. Mistress Haggistoun, wdowa po pułkowniku, miała w swojej opiece tę panienkę, która niedawno opuściła pensję i poznała się z rodziną Osbornów na balu, w domu Hulker-Bullock i spółki.
Panny Osborne obsypały czułościami posażną panienkę która dosyć obojętnie przyjmowała wszystkie grzeczności swoich hołdowniczek. Nazajutrz rano powóz familijny Osbornów był już przed mieszkaniem pani pułkownikowej Haggistoun, krewnej lorda Blinkie. Ktokolwiek miał szczęście w swem życiu parę minut z panią pułkownikową rozmawiać, dowiedział się natychmiast o tem pokrewieństwie. Że zaś siostry Jerzego miały wielką słabość do świetnych aljansów, naturalnym tej słabości wynikiem było to, że pani Haggistoun zawróciła im głowę. Jej bogata pupilka nie miała czasu jeszcze nabyć znajomości zwyczajów światowych, ale zresztą posiadała tyle miłych przymiotów, że panny Osborne od razu ją ukochały i nazywały ją już po imieniu.
- Wiele dałbym za to - mówił Osborne do Amelji żebyś mogła zobaczyć ogoniastą suknię z żółtego atłasu, w której ta panna ma być prezentowana u dworu przez lady Blinkie. Blask jej brylantów zaćmiłby oświecenie Vauxhalu owego wieczora, pamiętasz, kiedy Joe w gorącym zapale nazywał Rebekę synogarlicą.
- W jakim ona jest wieku? spytała Amelja.
- Piękna królowa Congo musi mieć ze dwadzieścia trzy lat, chociaż dopiero teraz pensję opuściła. A gdybyś widziała jej pisownię! Pułkownikowa Haggistoun zawsze sama listy za nią pisuje; ale moje siostry dostąpiły tego szczęścia że posiadają szacowny autograf, gdzie Saint-James pisze się Sain Geams
- To nie może być kto inny, jak tylko miss Schwartz, rzekła Amelja, przypominając sobie poczciwą i czułą mulatkę, która dostała spazmów w dzień jej wyjazdu z pensji panny Pinkerton.
- A tak, to właśnie jest jej nazwisko, którego sobie przypomnieć nie mogłem - odpowiedział Jerzy - jej ojciec był podobno z żydów niemieckich, prowadził handel murzynami, a po jego śmierci miss Pinkerton zajęła się wykształceniem jego córki; tym sposobem ta panienka umie grać jakieś warjacje na fortepianie, śpiewa trzy romanse i pisze mniej więcej poprawnie, kiedy pułkownikowa dyktuje jej litera po literze. Jane i Marja pokochały ją jak siostrę i nie mogą żyć bez niej.
- Czemu one mnie tak nie polubiły? - rzekła Amelja ze smutkiem - Nie wiem dlaczego twoje siostry okazywały mi zawsze tyle obojętności?
- Gdybyś miała dwakroć stotysięcy sterlingów to byłabyś także przedmiotem ich uwielbienia - odpowiedział Jerzy. Cóż chcesz? Moje siostry są wychowane w tych zasadach i żyją w towarzystwie bankierów City, gdzie pieniądz tylko ma pewne znaczenie. W tym świecie, chcąc być szanowanym, potrzeba często brzękać złotem w kieszeni. Ja tak przywykłem żyć z ludźmi dobrego tonu, że nic nie masz dla mnie nieznośniejszego nad towarzystwo tych nieokrzesanych kupczyków, jak ten niedźwiadek Bullock, który ma zostać moim szwagrem, albo Dipley, nasz współzawodnik, handlujący łojem - dodał Jerzy z wymuszonym śmiechem i rumieniąc się trochę. Nic nie znam równie nudnego jak ich zebrania i objady! Ile tam jest przesady i śmiesznych pretensji! Czy wiesz Ameljo, że ty jedna wyróżniasz się układem i sposobem mówienia od wszystkich kobiet naszego stanu? Ale to nic dziwnego, bo ty jesteś prawdziwym aniołem...
Nasza para zakochana pędziła znowu błogie chwile jak za dobrych czasów. Amelja odzyskała dawną wesołość, a kiedy kapitan Dobbin wróciwszy zdać sprawę ze swego poselstwa, nie mógł wyjść z podziwienia na widok zmiany jaka zaszła w kolorze twarzy i ożywionym humorze Amelji, która śpiewała przy fortepianie, gdy odgłos dzwonka, zwiastujący przybycie pana Sedley, zmusił Jerzego do odwrotu.
Po uprzejmem powitaniu, ojciec Amelji zdawał się nie zwracać prawie uwagi na kapitana, który nie mógł się nacieszyć tą myślą że się przyczynił do uszczęśliwienia Amelji.
Rozdział 21. Sprzeczka z powodu posażnej panny
Stary Osborne z radością widział gwałtowną czułość jaką córki jego okazywały pannie Schwartz i prawdziwie złote plany roił sobie na przyszłość.
- W naszem skromnem zaciszu Russel Square - mówił do miss Schwartz - nie szukaj pani tej wystawy i przepychów, jakie dają się widzieć w arystokratycznych salonach stolicy. Moje córki są szczere, otwarte i pełne naturalnej prostoty; ale mają serca obdarzone tak trafnym instynktem, że od razu panią pokochały, co im nie mało pochlebia. Co do mnie, jestem człowiekiem prawym w interesach, co mogą potwierdzić Hulker i Bullock, którzy byli w ścisłych stosunkach ze śp. ojcem pani. Jestem tylko negocjantem, ale wierz mi pani że nie umiem sam sobie zdać sprawy z sympatji jaką mię pani natchnęłaś. W naszym domu, powiadam, nie znajdziesz pani zbytku, ale znajdziesz dostatek, skromne obyczaje, wygodne i przyjemne życie, a co więcej, prawdziwą życzliwość. Powtarzam pani że serce moje wyrywa się z radości na widok kochanej Rhod'y, jeżeli mi pani pozwolisz tak się nazywać. Hicks, podaj butelkę szampańskiego wina - za zdrowie naszej miss Schwartz!
Dla czegóżby wątpić o szczerości starego Osborna i jego córek względem miss Schwartz? Czyż mało widzimy ludzi, których serce zwraca się zawsze w stronę, gdzie są worki pełne złota? Nie można zatem dziwić się że panny Osborne w przeciągu lat piętnastu nie objawiały najmniejszej sympatji do Amelji, kiedy przeciwnie uczuły najsilniejsze przywiązanie do miss Schwartz i oceniły jej wysokie zalety w ciągu jednego dnia.
- Byłaby to prawdziwie świetna partja dla Jerzego - mówiły obie siostry do panny Wirt - cóżto za porównanie do tej niesmacznej i ckliwej Amelji!
Ojciec Jerzego myślał podobnie i z rozkoszą wyobrażał sobie jak syn jego porzuci służbę wojskową, wejdzie do parlamentu, zajmie zaszczytne stanowisko w świecie politycznym i w salonach, a nakoniec uszlachetni swoją rasę i zostanie głową licznego pokolenia baronetów. Podczas kiedy panny Osborne mówiły ciągle o Jerzym przed swoją nową przyjaciółką, ojciec ich zbierał jak najdokładniejsze wiadomości o rzetelnym stanie majątkowych interesów panny Schwartz. Młody Bullock, który mu w tem pomagał, wyznał że uważa to za najlepszy interes; nie taił się nawet że samby o tem pomyślał gdyby nie był narzeczonym miss Marji Osborne. Nie mogąc więc mieć bogatej dziedziczki za małżonkę, pan Fryderyk Bullock dokładał usilnych starań żeby zostać przynajmniej jej szwagrem.
Otoż w chwili kiedy niestały młodzieniec wrócił do swojej dawnej kochanki, rodzina jego pracowała nad tem żeby go ożenić, nie przypuszczając wcale żadnej przeszkody z jego strony.
Ojciec Jerzego przyrzekł pułkownikowej że w dzień ślubu syna z jej wychowanką podpisze na imie pani Haggistoun weksel na dziesięć tysięcy sterlingów. Dumny z tego dyplomatycznego wybiegu, objawił Jerzemu stanowczo swoją wolę i kazał mu składać hołdy u stóp bogatej mulatki.
Młody Osborne przedstawiał ojcu że pora do tak uroczystego aktu nie jest stosowna, że pułk jego może co chwila odebrać rozkaz do wymarszu, że lepiej zatem byłoby odłożyć to na później, kiedy się skończy wojna, dająca mu sposobność odznaczenia się i do szybkiego awansu. Jerzy spodziewał się że późniejsze okoliczności i zwłoka czasu uwolni go od więzów, które mu w tej chwili mniej niż kiedykolwiek się uśmiechały.
Papa Osborne nie dawał się temi argumentami przekonać i zbił je tą jedną uwagą że narażać swoje życie wówczas kiedy się ma pod ręką dziesięć tysięcy funtów szterlingów rocznego dochodu, jest największem jakie popełnić można, szaleństwem.
- Więc ojciec chcesz ażeby mnie osądzono jako nikczemnego tchórza, i żebym shańbił nasze imię dla zdobycia szkatułki panny Schwartz? odpowiedział Jerzy z oburzeniem.
Stary zdawał się trochę zakłopotany tą uwagą, ale ulegając wrodzonemu uporowi, odrzekł po chwili:
- Jutro będziesz u nas na objedzie; chcę żebyś tu był zawsze jak tylko miss Schwartz zapowie nam swoją wizytę. Jeżeli potrzebujesz pieniędzy, to możesz zajść do pana Schopper'a.
Nowy zatem przedział wznosił się pomiędzy Jerzym i Amelją, nowa przeszkoda groziła im wiecznym rozdziałem. Dobbin i jego przyjaciel odbywali ciągle wspólne narady; ten ostatni nie zrażał się przeciwnościami i gotował się do zaciętego oporu.
Interesująca mulatka nie przeczuwała intryg przez rodzinę Osbornów prowadzonych; nie podejrzywała nigdy szczerości pieszczot, jakiemi ją siostry Jerzego obsypywały i przyjmowała chętnie ich zaprosiny żeby się przypatrzeć czarnym wąsom kapitana, które dosyć przyjemne na niej sprawiały wrażenie.
Jerzy dziwną posiadał zręczność że umiał być sentymentalno-melancholicznym, co, jak wiemy, porywa często serca tkliwej natury. Czy to się skarżył na gorąco, czy nawet zapraszał kogo na lody, nadawał swoim wyrazom taką barwę smutku i tęsknoty, że przeszłość jego stawała ci natychmiast przed oczami w formie jakiegoś strasznego i burzliwego dramatu. Spoglądał z szyderskim uśmiechem lub z wyrazem politowania na lwów trzeciego rzędu, których na salonach swego ojca spotykał. Jedni śmieli się z niego, drudzy nienawidzili go, a inni nakoniec, jak kapitan Dobbin naprzykład, posuwali uwielbienie dla niego aż do fanatyzmu. Cokolwiekbądź miss Schwartz dawała się coraz więcej oplątać siecią czarnych wąsów.
Ta naiwna istota nie szczędziła sukni nowych, bransolet i kapeluszów, obficie piórami i kwiatami ubranych, żeby tem pewniej ściągnąć na siebie uwagę nadobnego kapitana i jego serce pozyskać. Ile razy panny Osborne ją poprosiły, śpiewała swoje trzy romanse i wygrywała warjacje z niezmordowaną wytrwałością.
Nazajutrz po rozmowie z ojcem, Jerzy odwiedził pana Schopper'a i zabawił parę godzin w Fulham, w nowem mieszkaniu państwa Sedley, zkąd przyszedł do sióstr, gdzie miał już zostać na objedzie. Panna Wir i pułkownikowa Haggistoun przewracały karty Dykcjonarza szlachty i rozmawiały z wielkiem zajęciem o herbach i o starych rodzinach szlacheckich. Miss Szwartz była w swojej ulubionej sukni z żółtego atłasu, miała turkusowe bransolety na rękach, sporą wiązkę kwiatów i piór na głowie i niezliczoną moc pierścieni na palcach.
Jerzy wyciągnął się na sofie w pozycji najodpowiedniejszej melancholicznemu usposobieniu zamyślonego młodziana, i igrał od niechcenia swemi brelokami. Panny Osborne nie mogły od brata ani słowa wydobyć; więc po długich i daremnych usiłowaniach zaczęły rozmawiać o strojach ostatniej mody i o recepcji dworskiej. Miss Schwartz siedziała nieruchoma z rękami symetrycznie ułożonemi na żółtej sukni i zdawała się mówić: "Patrzcie na blask tych kamieni i podziwiajcie moje bogactwa i moją urodę." Siostry Jerzego zachwycały się pięknością wytwornej tualety i zapewniały pannę Szwartz że atłas żółty nadzwyczajnie jej do twarzy przypada. Rozmowa nakoniec szła coraz trudniej i panny Osborne zaczęły grać Bitwę pod Pragą.
- O! proszę was, przestańcie - ozwał się Jerzy leżąc na sofie. - Gdyby przynajmniej miss Szwartz zechciała nam co zaśpiewać, to jeszcze rozumiem: ale i w takim razie proszę żeby nie Bitwę pod Pragą.
- Chcesz pan żebym zaśpiewała Błękitne oczy - zapytała miss Szwartz - albo Wianki może?
- Ach, to prześliczny śpiew - zawołały razem obie siostry.
- Znamy go już od dawna - przemówił mizantrop nie ruszając się z sofy.
- Mogę panu zaśpiewać jeszcze Nad brzegiem Tagu - zawołała panna Szwartz z pośpiechem - ale mi słów brakuje.
Na tym śpiewie kończył się cały repertoar młodej mulatki.
- Ach tak! nad brzegiem Tagu - wykrzyknęła miss Marja - ja mam nuty do tego śpiewu.
Panna Osborne miała te nuty od jednej ze swoich przyjaciółek, której imię było wypisane na pierwszej stronnicy. Miss Szwartz po odśpiewaniu romansu miała nadzieję że ją o powtórzenie poproszą i przewracała kartki machinalnie, gdy wzrok jej zatrzymał się na imieniu Amelji Sedley, napisanem u góry pierwszej stronnicy.
- Czy to jest ta dobra Amelja, która była u panny Pinkerton na pensji? - zawołała miss Szwartz zrywając się z krzesła. - Gdzież ona jest teraz? Co się z nią dzieje?
- O! nie mów o niej - rzekła Marja Osborne krzywiąc się - Jej rodzina bardzo nisko upadła. Jej ojciec nadużył naszego zaufania, a my nawet imienia jej nie wspominamy.
- Czy pani jesteś przyjaciółką Amelji? - zapytał Jerzy podnosząc się z sofy. - Nie wierz pani zupełnie tym plotkom; Amelji nic zarzucić nie można. Jest to najlepsza w świecie...
- Wiesz przecie, Jerzy - zawołała miss Jane z przerażeniem - że nie powinieneś mówić w ten sposób; papa tego zabrania.
- Chciałbym wiedzieć kto może mi zabronić mówić o niej kiedy mi się podoba? Otóż powtarzam że w całej Anglji nie ma ani jednej młodej osoby, którąby można do Amelji porównać. Czy jej ojciec jest bankrutem lub, nie, to pewna jednak że moje siostry nie warte są Amelji trzewika rozwiązać - dodał Jerzy zapalając się coraz więcej gniewem. Miss Szwartz, jeżeli pani sprzyjasz Amelji, to zechciej ją pani odwiedzić teraz, kiedy jej bardzo mało przyjaciół zostało. Kto o niej dobrze mówi, jest moim przyjacielem: gdy przeciwnie, uważam za wroga każdego, kto jest przeciw Amelji.
To mówiąc Jerzy uścisnął rękę panny Szwartz.
- Jerzy, Jerzy! dosyć! - mówiła błagalnym głosem miss Jane.
- Otóż zawsze będę mówić - zawołał gwałtownie Jerzy - że wdzięczny jestem tym, którzy kochają Amelję Sed...
Młody Osborne spostrzegł przed sobą bladą postać ojca i wyraz zaczęty zamarł mu na ustach. Wzrok starego zdradzał silne wzruszenie; potrafił jednak powstrzymać się od wybuchu i rozkazawszy synowi podać rękę bogatej mulatce, sam poprowadził do stołu pułkownikowę Haggistoun.
- Miss Szwartz - mówił Jerzy prowadząc pod rękę właścicielkę obszernych posiadłości z Saint Kitto. Od wielu lat kocham Amelję i jesteśmy z sobą od dzieciństwa zaręczeni.
W czasie objadu nerwy pana Osborne były coraz więcej drażnione gadatliwością Jerzego. Chmury się gromadziły, burza była nieunikniona. O ile ojciec był pod wpływem silnego gniewu, o tyle syn zimną krew zachować potrafił i jadł z wielkim apetytem, co więcej jeszcze gniewało pana Osborna.
Kiedy wstano od stołu i kobiety przeszły do salonu stary nie mógł się już powstrzymać i trzęsąc się z gniewu rzekł do syna:
- Ośmieliłeś się wymówić nazwisko tej osoby w moim domu i w obecności miss Szwartz. Cóż to ma znaczyć? Zkądże ta zuchwałość?
- Zrobiłbym ojcu uwagę - odpowiedział Jerzy - że wyraz zuchwałość nie dobrze brzmi w uszach kapitana wojsk angielskich.
- Być może; ale wyrazy przez ojca wymówione zawsze powinny dobrze brzmieć w uszach syna, który, jeżeli zechcę, może nie mieć szeląga w kieszeni i zejść na ostatniego żebraka. Pozwól mi więc mówić jak mi się podoba, i nie miej pretensji kierować mojemi wyrażeniami.
- Jeżeli obowiązkiem syna jest przyjmować uwagi ojcowskie, to jednak mam prawo wymagać żeby te rady lub rozkazy w przyzwoitej formie wypowiedziane były i nie przekraczały granic grzeczności; odparł dumnie Jerzy.
- Gdyby mój ojciec wydał był na moje wychowanie tyle pieniędzy ile mnie mój syn kosztował, byłbym mógł uczęszczać w wyższe towarzystwa, gdzie pewien młody człowiek z mojej łaski jest przyjętym; wtenczas zapewne mój syn nie byłby tak dumnym z nabycia owych pańskich manjer, któremi się zwykł wynosić przedemną. O! za moich czasów nie pozwalano sobie znieważać ojców. Gdybym się był na coś podobnego ośmielił, znalazłbym się niezawodnie za drzwiami, mój panie.
- Ja nie chciałem wcale znieważać nikogo; przypomniałem tylko że jestem takim samym jak ojciec szlachcicem i że należałoby mnie inaczej może jak dotąd traktować. Wiem zresztą że mi ojciec daje pieniądze na moje potrzeby; ale na cóż to ciągle wypominać, jak gdyby z obawy żebym tego nie zapomniał.