Targowisko próżności - William Makepeace Thackeray

Kup ebooka

9.00 zł
7.74 zł (9,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

TOM I

 

I. Chiswick-Mall.

 

Działo się to około 1815 roku... W piękny, czerwcowy poranek toczył się w kierunku Chiswick-Mall wygodny powóz, zaprzężony parą rosłych koni, o lśniących bogatych szorach.

Na koźle, obok woźnicy w trójgraniastym kapeluszu i w peruce, z pod której wyglądały czerstwe policzki, siedział nader pokaźny murzyn. Powóz zatrzymał się przed domem miss Pinkerton, utrzymującej wyższy, naukowy zakład żeński.

Na odgłos dzwonka, którym leniwie murzyn poruszył, ukazało się w wąskich oknach starodawnego domostwa kilkanaście młodych twarzyczek - a jednocześnie - po nad wazonami geranjum, zdobiącemi okna salonu, zabłysnął karmazynowy nos panny Pinkerton, zwrócony ku powozowi.

- To kocz pana Sedley - odezwała się siostra przełożonej, miss Jemina. - Oto murzyn jego, Sambo i woźnica w nowiutkiej, czerwonej liberji.

- Czy wszystko gotowe już do odjazdu miss Sedley? zapytała szanowna miss Pinkerton zwracając się do siostry.

Szanowna ta nauczycielka, korespondentka wielce uczonej pani Chapone, przyjaciółka doktora Johnson, Semiramida Hammersmithu, odznaczała się wspaniałą postacią.

- Panny pakują już rzeczy od czwartej z rana - rzekła miss Jemina - przygotowałyśmy już dla nich całą wiązkę kwiatów.

- Powiedz raczej bukiet, moja siostro, wyrażenie stokroć przyzwoitsze, odznacza się dobrym tonem.

- Zgoda - więc bukiet. Nie przeszkadza to jednak że wielkość jego wyrównywa sporej wiązce siana. Włożyłam oprócz tego do walizki Amelji parę buteleczek wody gwoździkowej wraz z przepisem.

- Nie zapomniałaś przepisać rachunku miss Sedley? Prawda, leży tu na stoliku, 93 funty i cztery szylingi. Dobrze, teraz dodaj adres pana John Sedley i dołącz mój list do jego żony.

Dla miss Jemina autograf siostry był przedmiotem głębokiej czci i czołobitności. Wiadomo było powszechnie że miss Pinkerton w nadzwyczajnych jedynie okolicznościach raczyła pisywać do rodziców swoich pensjonarek; a to, kiedy opuszczały jej dom albo wychodziły za mąż.

Raz tylko miss Pinkerton zrobiła wyjątek, kiedy biedna kobieta przekonaną najzupełniej że nic nie zdoła skuteczniej pocieszyć matkę po stracie córki jak religijno-patetyczny list, w którym miss Pinkerton oznajmiła jej też bolesną wiadomość.

Obecnie szanowna miss Pinkerton skreśliła pismo następujące:

"Chiswick-Mall 18. czerwca 18..."

"Po sześcioletnim pobycie miss Amelji Sedley w Chiswick-Mall, mam zaszczyt, oraz szczęście, zwrócić panienkę rodzicom. Miss Amelja wyrosła dzisiaj na młodą osobę, zdolną chlubnie utrzymać się na stanowisku, jakie się jej słusznie w wyższem a ukształconem towarzystwie należy. Nie brak jej zalet, cechujących młode osoby wielkiego świata - ani też przymiotów odpowiednich jej urodzeniu i położeniu towarzyskiemu. Pilność i uległość zjednały dla niej wszystkich nauczycieli, słodycz i ujmujący charakter pociągną ku niej serca starszych i młodszych towarzyszek.

"Nie można nie przyznać że w muzyce, tańcu, ortografji i robotach ręcznych, mis Amelja nie zawiodła nadziei wszystkich jej życzliwych. Postępy jej w geografji pozostawiają jeszcze nieco do życzenia.

"Nie można też dosyć zalecić używania gorsetu i pasków ortopedycznych przez lat trzy, po cztery przynajmniej godzin dziennie: jedyny to środek do nabycia w postawie i ruchach dystyngowanego wdzięku, tej koniecznej ozdoby, słusznie dziś od młodych osób wyższego towarzystwa wymaganej.

"Co się tyczy zasad religji i moralności, można ręczyć że mis Sedley okaże się godną Zakładu, zaszczyconego odwiedzinami znakomitego leksykografa i czynną opieką niezrównanej mistres Chapone.

"Opuszczając Chiswick Mall miss Amelja zostawia tu przyjazne jej licznych rówieśnic serca i niezmienne pełne sympatji uczucia w sercu przełożonej, mającej zaszczyt pisać się.

Pani najniższą sługą

Barbara Pinkerton."

P. S. "Miss Sedley odjeżdża w towarzystwie miss Sharp. Usilne załączam prośby ażeby jej pobyt w Russel-Square nie przedłużył się nad dziesięć dni. Rodzina u której Miss Sharp ma spełniać obowiązki nauczycielki, radaby ją powitać co najprędzej.

Po napisaniu listu miss Pinkerton zaczęła podpisywać starannie nazwisko swoje i miss Sedley na czystej stronicy słownika, ułożonego przez doktora Johnson'a, napisawszy na okładce książki Rady śp. doktora Johnson'a udzielone młodej panience w dzień jej odjazdu z Instytutu miss Pinkerton. Pełna majestatycznej powagi przełożona, zawdzięczając świetne powodzenie i rozgłos Zakładu protekcji doktora Johnson, miała zawsze na ustach imię tego uczonego lexykografa. Żadna też z uczennic nie opuściła pensji nie otrzymawszy w upominku od miss Pinkerton szacownego i wielce zajmującego dzieła, o którem wyżej wspomnieliśmy.

Posłuszna rozkazowi siostry, miss Jemina otworzyła wielką szafę, gdzie się mieściły drogocenne słowniki, wyjęła dwa egzemplarze i w chwili, kiedy miss Pinkerton kończyła zwykły napis na pierwszym, podsunęła nieśmiało drugi.

- A dla kogoż ten drugi egzemplarz? - zapytała siostra chłodno i surowo.

- To... to... dla Becky Sharp - odpowiedziała drżąc Jemina, której twarz i szyja, pomimo zmarszczek dość już głębokich, mocnym pokryły się rumieńcem - to dla Becky Sharp, która także odjeżdża.

- Miss Jemina! - zawołała groźnie miss Pinkerton, otwierając usta jak mogła najszerzej - czy jesteś przytomna i czy wiesz co robisz? Połóż słownik na miejscu i nie pozwalaj sobie odtąd nic podobnego!

- Jednakże, siostro, straciłabyś na tem najwięcej parę szylingów, a biedna Becky bardzo się zmartwi jeżeli ją ten podarek ominie.

- Przyszlij mi tutaj natychmiast miss Sedley! - odrzekła miss Pinkerton.

Biedna Jemina wyszła, nie ośmieliwszy się wyrzec ani słowa. Twarz jej zmieniona i chód przyśpieszony świadczył o niepokoju wewnętrznym i trwodze.

Ojciec miss Sedley był kupcem w Londynie, gdzie mógł pędzić życie dosyć wygodne. Inne zupełnie było położenie finansowe miss Sharp, która bezpłatnie do Chiswick Mall przyjętą była. Dla tego też miss Pinkerton uważała za zbyteczne ofiarować szacowne dzieło doktora Johnson'a osobie, już dostatecznie przez nią dobrodziejstwy obsypaną.

Listy i świadectwa pochodzące od przełożonych pensji, nie wiele więcej zasługują na wiarę jak napisy na pomnikach cmętarnych. Wszakże jak w liczbie nieboszczyków, których liczne cnoty na kamieniu wyryto, może się rzeczywiście znaleźć taki, co schodząc z tego świata, zostawił pogrążoną w smutku rodzinę i był istotnie dobrym synem, małżonkiem i ojcem, tak również w Zakładach naukowych zdarza się spotykać z uczennicami, lub uczniami godnymi bezinteresowych pochwał przełożonych.

Miss Amelja Sedley była jedną z tych rzadkich uczennic, i nietylko zasługiwała całkowicie na pochwały miss Pinkerton, ale nadto miała wiele przymiotów niedostrzeżonych przez naszą poważną matronę, jużto dla różnicy wieku, jużto dla stosunku zachodzącego pomiędzy uczenicą a przełożoną.

Śpiewać jak słowik albo jak mistress Beligton, tańczyć jak Hilisberg lub Parisot, haftować misternie, pisać poprawnie - to już bardzo wiele; ale miss Amelja do tych talentów łączyła serce tak szlachetne i tkliwe, że pociągała ku sobie wszystkich, co ją bliżej znali, zacząwszy od przełożonej aż do praczki i córki biednej jednookiej kobiety, mającej pozwolenie sprzedawać raz na tydzień panienkom ciasteczka swego wyrobu.

Z dwudziestu czterech uczennic, dwanaście było serdecznych miss Amelji przyjaciółek. Nawet pełna zawiści miss Briggs nie mogła nigdy ani słowa złego na nią powiedzieć.

Dumna i używająca wielkich wpływów miss Saltire, wnuczka lorda Dexter, uznawała że powierzchowność miss Amelji odznacza się wielką dystynkcją. Co się zaś tyczy miss Schwartz, bogatej czarnowłosej kreolki, ta dostała przy pożegnaniu tak silnego spazmatycznego ataku, że potrzeba było oblewać ją octem aromatycznym i po doktora Floss posłać.

Miss Pinkerton zachowując zwykły sobie spokój i nie zapominając o godności i powadze właściwej jej wysokiemu stanowisku, umiała okazać swej uczenicy tkliwe i przychylne uczucia.

Miss Jemina miała pełne łez oczy ile razy o odjeździe miss Amelji pomyślała, i gdyby nie obawa siostry, dałaby się może unieść daleko napadom nerwowym idąc za przykładem kreolki z Saint-Kitt dziedziczki, która, nawiasem mówiąc, płaciła podwójnie za pensję. Mogła więc słusznie dać swoim nerwom większą swobodę w objawach boleści, jakiej teraz doznawała. Inaczej się rzeczy mają z poczciwą istotą jak miss Jemina, obowiązaną prowadzić rachunki, zajmować się naprawą i praniem bielizny, przyprawą pudingów, utrzymaniem w porządku srebra stołowego oraz naczyń kuchennych. Ale pocóż mamy tu długo rozwodzić się o niej?

Zostawiając obie siostry w skromnem ich zaciszu, nie spotkamy się może z niemi w dalszym ciągu tej powieści.

Żeby czytelnika zapoznać bliżej z Amelją, która nas bardziej zajmować będzie, powiemy na wstępie, że natura obdarzyła ją pełnym słodyczy i dobroci charakterem. Nie małe to szczęście, zaprawdę, spotkać szlachetną i zacną istotę w życiu; ba, nawet w tej powieści zbyt obfitej, niestety, w czarne i przewrotne charaktery. Nie jest to bynajmniej heroina, możemy zatem uwolnić się od skreślenia jej portretu, wyznając szczerze, że obawialibyśmy się nawet żeby nos jej nie okazał się zbyt krótki, policzki za nadto pełne i rumiane. Wypada jednak nadmienić że ujmujący i niewinny uśmiech zdobił jej oblicze, promieniejące zdrowiem. Oczy jej jaśniały żywą i szczerą wesołością, jeżeli nie były napełnione łzami, co się dosyć często wydarzyć mogło tej naiwnej i kochającej istocie. Śmierć czyżyka lub myszki zaduszonej przez kota, napomnienie lub wymówki, jeżeli znalazł się ktoś tak twardego serca żeby się nie czuł dobrocią Amelji rozbrojonym, starczyły do wywołania jej łez. Miss Pinkerton, mimo niewzruszonej surowości, nie robiła jej nigdy ostrych wyrzutów, chociaż możnaby powiedzieć że czułość serca była dla dyrektorki zakładu równie nieznanym jak algebra przedmiotem; wszyscy nawet nauczyciele mieli polecenie obchodzić się z miss Amelją ile możności najłagodniej. W samej rzeczy surowość względem niej byłaby niesprawiedliwością.

Nadszedł nareszcie dzień wyjazdu. Miss Sedley zwykle z uśmiechem na ustach lub ze łzami w oczach, czuła się dnia tego dziwnie zakłopotaną. Powrót do rodzinnego domu przejmował ją radością: ale myśl opuszczenia na zawsze pensji budziła w niej żal i smutek. Laura Martin nie odstępowała od trzech dni prawie miss Amelji, której ostatnie chwile pobytu w Chiswick-Mall zapełnione były wymianą upominków i uroczystych obietnic wzajemnego co tydzień przynajmniej pisywania.

- Pisuj do mnie pod adresem mego dziadka, hrabiego Dexter, mówiła miss Saltire.

- Pisuj do mnie codzień, moja najdroższa Ameljo, zawołała w gwałtownem uniesieniu miss Schwartz.

Laura Martin wzięła rękę swej przyjaciółki i patrząc na nią, rzekła z uczuciem:

- Ameljo, będę cię nazywać w moich listach mamą.

(Nie jeden może z naszych czytelników siedząc w klubie przy rozbifie i butelce dobrego wina, wzruszył pogardliwie ramionami przebierając z roztargnieniem szczegóły wyżej przytoczone i napisał ołówkiem na maryginesie naszej powieści: Ckliwy sentymentalizm, czcza gadanina etc... etc... Jest to zapewne jeden z tych genjuszów uwielbiających tylko prawdziwą wielkość i bohaterstwo, tak w życiu jak i w powieści. W takim razie niepozostaje mu jak tylko:.. zamknąć naszą książkę. Mimo to ciągniemy dalej nasze opowiadanie).

Sambo umieścił już w powozie kwiaty, podarki, walizy i pudełka z kapeluszami miss Sedley; został jeszcze tylko mały skórzany, dość obdarty tłumoczek miss Sharp, ze starannym napisem nazwiska właścicielki na wierzchu przyklejonym. Sambo skrzywił się nieco i podał tłumok woźnicy, który go zrozumiał i uśmiechnął się przyjmując pakunek.

Chwila odjazdu nadeszła, mniej jednak bolesna, niż się można było spodziewać, a to dzięki wzniosłej przemowie miss Pinkerton, zwróconej do odjeżdżającej uczennicy. Myliłby się ktoby myślał że przemówienie, którego treścią było poddanie się wyrokom Opatrzności, usposobiło Amelję do uwag filozoficznych i uzbroiło w spokój konieczny w życiu do walki z przeciwnościami. Nie; ale rozwlekłe, ciemne i napuszone okresy prędko znudziły miss Sedley, która zbyt obawiała się swej przełożonej, ażeby nie wytężyć wszystkich usiłowań do ukrycia nudów i lekkiej niecierpliwości. Wniesiono nakoniec do salonu ciastka anyżowe i butelkę wina, co bywało tylko podczas wizyt rodziców albo też w razie nadzwyczajnych uroczystości. Miss Sedley wziąwszy swoją część ciastek, była już gotowa do podróży.

- Może zechcesz wejść, Becky, i pożegnać miss Pinkerton? - rzekła miss Jemina zwracając się do młodej dziewczynki, na którą nikt nie zwracał uwagi.

- Mam to sobie za obowiązek - odpowiedziała spokojnie miss Sharp, schodząc z góry z pudełkiem na czepki w ręku.

Miss Jemina niemało była zdziwioną spokojem panny Sharp w tak ważnej i uroczystej chwili.

Becky Sharp zastukała lekko do drzwi, a otrzymawszy pozwolenie wejścia, zbliżyła się, nie okazując najmniejszego zmieszania i powiedziała czystą francuską wymową:

- Mademoiselle, je viens vous faire mes adieux.

Miss Pinkerton nie rozumiała ani słowa po francusku, chociaż jej uczennicom język ten nie był obcy. Nasza przełożona przygryzła usta i podniósłszy majestatycznie głowę, rzekła poważnie:

- Żegnam cię, miss Sharp, bądź zdrowa.

Mówiąc to miss Pinkerton wyciągnęła rękę, jak gdyby chciała dać sposobność pannie Sharp uściskania jednego palca tej ręki, która widocznie w tym celu została w powietrzu zawieszoną.

Miss Sharp ukłoniła się głęboko i cofnęła rękę, odmawiając przyjęcia tak wysokiego zaszczytu, jaki chciano jej ofiarować.

Nieprzewidziane to znalezienie się miss Sharp przejęło Hammersmitowską Semiramis zgrozą, oburzeniem i wywołało w niej tak gwałtowne poruszenie, że ubranie jej głowy, wielce do turbanu podobne, silnie się zatrzęsło. Była to niema walka pomiędzy młodą dziewczyną a starą matroną, w której ta ostatnia uległa.

- Niech cię niebo błogosławi, moje dziecko! - mówiła miss Pinkerton ściskając Amelję i rzucając na Becky Sharp groźne, pełne gniewu spojrzenie.

- Wychodź prędzej, Becky - szepnęła Jemina przestraszona, popychając ją ku drzwiom salonu które się na zawsze dla młodej dziewczynki zamknęły.

Na dziedzińcu znowu pożegnania, jak to zwykle przy rozstaniu bywa; brakuje nam słów na odmalowanie tej rzewnej i rozdzierającej sceny. Słudzy, przyjaciółki, młode rówieśnice i towarzyszki miss Sedley, wszyscy słowem zebrali się, nie wyłączając nawet nauczyciela tańców, który przed chwilą przyszedł. Jeszcze powtórzenie uściśnień serdecznych, utyskiwań żałośnych, łez i westchnień zagłuszonych nerwowemi spazmami panny Schwartz, która oddawała się tak gwałtownej rozpaczy, że żadne pióro nie byłoby zdolne opisać tego konwulsyjnego stanu. Zresztą nie jedna może z czułych czytelniczek znieśćby takiego obrazu nie mogła.

Pożegnania już się wreszcie skończyły i nasze podróżne, a właściwie miss Sedley, wyrwała się już z objęć przyjaciółek, bo co się tyczy Becky Sharp, ta już od dawna siedziała w powozie, nie wywoławszy ani jednej łzy, ani jednego westchnienia.

Sambo, którego młoda pani zalewała się łzami, zamknął drzwiczki i stanął za powozem. Woźnica zaciął konie.

- Stój, stój! - wołała miss Jemina, biegnąc co tchu ku bramie z jakiemś zawiniątkiem w ręku. - Tu są sandwicze, mówiła dalej zadyszana, bo może ci się zechce jeść, moja kochana Ameljo; a to dla Becky... dla Becky Sharp... książka, którą moja siostra... to jest słownik Johnson'a.. wiesz dobrze, moja Becky... nie możesz nas opuścić bez tej książki. Szczęśliwej podróży! Niech was Bóg strzeże!

Poczciwa ta istota weszła, a raczej wbiegła do ogrodu, upadając pod wpływem silnych wzruszeń. W chwili kiedy woźnica zacinał konie, miss Sharp blada z gniewu ukazała się w oknie powrozu i wyrzuciła książkę, która upadła w ogrodzie. Jemina widząc to, tak się przeraziła że straciła prawie przytomność.

- Ah! nie myślałam nigdy żeby jej zuchwałość...

Wruszenie głębokie nie dozwoliło jej dokończyć zaczętej myśli; powóz szybko się toczył i niknął w oddaleniu, brama już była zamknięta, dzwonek dawał znać że lekcja tańców ma się rozpocząć. A teraz kiedy świat szeroki otwiera się naszym dwom młodym podróżnym, możemy i my pożegnać Chiswick Mall.

 

II. Miss Sharp i miss Sedley przygotowują się do kampanji.

 

Jak tylko miss Sharp, po dopełnieniu swego bohaterskiego czynu, dostrzegła słownik toczący się po spadzistym trawniku i zatrzymujący się u nóg nieprzytomnej prawie Jeminy, wyraz jej twarzy uległ natychmiast znacznej przemianie: bladość na obliczu znikła zupełnie, a wyraz nienawiści ustąpił miejsca uśmiechowi, który nie zbyt przyjemne sprawiał wrażenie. Po chwili, wsuwając się w głąb powozu z wyrazem zadowolenia, jak gdyby uczuła się od wielkiego ciężaru uwolnioną, rzekła do siebie:

- Życzę jej słownikowi dobrej podróży; co do mnie, jestem już, dzięki Bogu, po za obrębem Chiswick-Mall.

Scena, która tak przeraziła Jaminę, nie mniejsze i na Amelji wywarła wrażenie. Parę dopiero chwil dzieliło Amelję od pensji, a sześcioletnie wrażenia nie zacierają się tak szybko. Ileż to osób zachowało przez całe życie obawy i niepokoje młodocianego wieku! Znaliśmy, naprzykład, starego szlachcica, który w 68 roku żyda mówił przy śniadaniu z wielkiem wzruszeniem: "Dziś w nocy śniło mi się że dostałem rózgą od doktora Raine." Żywa imaginacja przeniosła go we śnie o kilkadziesiąt lat wstecz, a doktor Raine i jego pęk rózg przejmowały starego już człowieka takim samym strachem w 68-miu jak niegdyś w 13-tu leciech. Gdyby doktor Raine stanął dziś w dawnej swojej postaci przed 68-letnim starcem i uzbrojony pękiem giętkich bzozowych rózg, zawołał strasznym jak dawniej głosem: "Kładż się waćpan..." uczucie strachu byłoby równie prawdziwe w starcu, jak niegdyś w dziecku... Owoż miss Sedley widocznie zgorszyła się krnąbrnością swojej towarzyszki.

- Cóżeś zrobiła? - rzekła Amelja po chwili milczenia.

- Czy myślisz że miss Pinkerton ukaże się żeby mnie zamknąć w tem piekielnem więzieniu? - odrzekła Rebeka z uśmiechem.

- Nie, ale...

- Ja tego domu nienawidzę - mówiła dalej miss Sharp, nie posiadając się z gniewu - ale spodziewam się przynajmniej że go już nigdy nie zobaczę. Życzyłabym sobie widzieć go na dnie Tamizy, a gdyby miss Pinkerton tam się znajdowała, to pewno nie spieszyłabym ją wyciągać. Owszem, miałabym wielką przyjemność widzieć ją kołysaną falami igrającemi z jej turbanem i spodnicami, a co więcej, chciałabym obaczyć jej nos potężny jakby przód okrętu...

- Dajże pokój! - zawołała z przestrachem miss Sedley.

- No i cóż! Może wasz murzyn pójdzie to jej powtórzyć? - mówiła miss Rebeka, śmiejąc się: - tem lepiej, niech idzie powiedzieć miss Pinkerton że ją najszczerzej nienawidzę i że pragnęłabym bardzo dać jej dowody tej nienawiści. Przez dwa lata prawie karmiła mnie obelgami i upokorzeniem; obchodziła się ze mną gorzej aniżeli z kucharką. Nie słyszałam nigdy dobrego słowa, wyjąwszy od ciebie tylko jednej. Byłam boną do pilnowania najmłodszych dziewczynek i do mówienia po francusku ze starszemi. Mówiąc prawdę, nie można gorszego figla miss Pinkerton wyrządzić jak mówić do niej po francusku. Nie rozumie ani słowa, a tyle ma pretensji, że niechce się do tego przyznać. Otóż, jeśli się nie mylę, to główną jest przyczyną mego odjazdu, za co Bogu dziękuję. Mój wyjazd z Chiswick Mall jest dostatecznym powodem żebym właśnie dla tego język francuski lubiła. Vive la France! Vive l' empereur! Vive Bonaparte!

- "O! Rebeko, Rebeko co za hańba!" zawołała miss Seldey, oburzona bluźnierstwem największem, jakie według niej mogło wyjść z ust Angielki.

I w samej rzeczy powiedzieć w Anglji w owym czasie: "Niech żyje Bonaparte!" było toż samo co zawołać: "Niech żyje Lucyper!"

- Czy możesz żywić w sercu tak brzydkie uczucia jak nienawiść i zemsta?

- Jeżeli zemsta jest złem uczuciem, to nie można zaprzeczyć że spoczywa w naturze ludzkiej, odparła żywo Rebeka, a ja nie jestem aniołem.

Ostatnie słowa Rebeki były niezaprzeczenie prawdą.

Miss Sharp, jak się z tej rozmowy okazuje, zawdzięczała niebu że się ujrzała oswobodzoną od osób, ku którym czuła głęboką nienawiść, i że mogła czasem postawić swych nieprzyjaciół w przykrem i kłopotliwem położeniu. Nie są to zbyt słuszne, ani zbyt chwalebne powody do wdzięczności; możnaby nawet bez wahania się twierdzić że wdzięczność z takich wypływająca pobudek, nie znajdzie wstępu do serca otwartego dla uczuć ludzkich i szlachetnych.

Miss Rebeka nie miała nic słodkiego, nic ujmującego w swoim charakterze. Jeżelibyśmy mieli wierzyć jej skargom i sądom, głęboką mizantropją nacechowanym, to nie było nikogo, coby jej nie uchybił lub nie pokrzywdził. Nam się jednak zdaje że ci, co chcą uchodzić za nieszczęśliwe ofiary całego świata, mają po większej części to, na co zasługują. Świat to zwierciadło, odbijające wiernie rysy każdej osoby. Jeżeli zmarszczysz brwi patrząc nań, to ci odpowie również ponurem; uśmiechnij się, a znajdziesz w niem dobrego i wesołego towarzysza. Uwaga to dla młodych, byleby z niej korzystać chcieli.

Jeżeli więc miss Sharp była rzeczywiście zaniedbaną, to przyznać należy że nigdy nie była usposobioną do oddania komuś jakiejkolwiek, choćby najmniejszej usługi. Nie możnaby zapewne wymagać, żeby 24 młodych panienek miało tak słodki jak miss Amelja charakter. Dla tego właśnie wybraliśmy ją bohaterkę naszej powieści, że przymiotami serca przewyższała wszystkie towarzyszki; moglibyśmy z łatwością postawić na jej miejscu miss Schwartz, miss Crump, albo też miss Hopkins, ale w żadnej z nich nie znaleźlibyśmy tyle wrodzonej dobroci ile w Amelji Sedley.

Ojciec Rebeki, Sharp, był malarzem i dawał lekcje rysunku u miss Pinkerton. Był to człowiek zręczny, wesół i towarzyski, ale czuł w sobie nieprzełamany wstręt do pracy. Wielką miał skłonność do robienia długów i silny pociąg do szynku. Gdy się za nadto napił, miał zwyczaj bić żonę i córkę, a nazajutrz rano, zmęczony i trapiony bolem głowy, miotał obelgi i narzekania na motłoch nieuznający jego genjalnego talentu, a w końcu, wymierzał pociski na głupotę współbraci malarzy. Zawsze w niedostatku, ciągle niepokojony przez licznych wierzycieli, zapoznany artysta ożenił się z młodą tancerką, francuskiego pochodzenia, w nadziei, że to ożenienie znacznie byt jego polepszy. Miss Sharp nie mówiła nigdy o skromnem stanowisku swojej matki, ale często lubiła się rozwodzić nad świetnością znakomitej Piruetów rodziny, pochodzącej z Gaskonji. Dumna ze swego pochodzenia Rebeka z każdym dniem prawie wynajdywała nowe splendory w długim szeregu swoich przodków i okrywała nieznanym dotąd blaskiem prastary ród Piruetów.

Nikt nie wiedział gdzie matka Rebeki odebrała wychowanie, ale to pewna że potrafiła wyćwiczyć córkę w języku francuskim, a nawet nadać jej prawdziwie paryski akcent. W owym czasie biegłość w języku francuskim była bardzo poszukiwaną i ta właśnie okoliczność otworzyła Rebece wstęp do Zakładu surowej i wymagającej miss Pinkerton. Ojciec Sharp owdowiał, ten cios popchnął go w najczarniejszą rozpacz i wytrzymawszy kilka napadów delirium tremens, wystosował patetyczny list do miss Pinkerton, polecając swoją córkę jej opiece. Bardzo prędko potem zszedł z tego świata, zostawiając spierających się wierzycieli, przy jego ciele. Rebeka miała siedmnaście lat kiedy przybyła do Chiswick Mall. Obowiązkiem jej było mówić po francusku z panienkami. Przyjęta jako stypendystka, miss Sharp nie zapłaciła nic za utrzymanie na pensji, a za bardzo małą opłatą mogła nawet korzystać z wykładów nauczycieli miejscowych, co jej dało sposobność pochwytać trochę naukowych wiadomości.

Rebeka była małego wzrostu, bladej twarzy, miała jasno czerwone włosy i dosyć żwawe ruchy. Oczy zwykle spuszczała, ale kiedy je podniosła, otwierały się szeroko i nabierały tak dziwnie przejmującego wyrazu, że szanowny ojciec Crisp, świeżo przybyły z seminarjum do Chiswick na posadę wikarjusza przy wielebnym ojcu Flowerdow, zapłonął gorącą ku miss Sharp miłością. Jedno jej spojrzenie w kościele, rzucane w stronę pulpitu, przed którym znajdował się wikary, na wskróś go przeszyło i zadało mu cios stanowczy. Ożywiony nieznanym mu dotąd zapałem, poszedł tego samego dnia jeszcze na herbatę do miss Pinkerton, której był przez swoją starą matkę przedstawionym. Wymknęło mu się nawet słowo "związek ślubny," w bileciku przez kobietę sprzedającą jabłka posłanym, ale nieszczęśliwie przez miss Pinkerton przejętym. Mistress Crisp zmuszona wyjechać nagle do Buxton, zabrała z sobą swego ukochanego syna. Na samą myśl że drapieżny jastrząb mógł był wcisnąć się pomiędzy niewinne gołębice Chiswicku, miss Pinkerton wpadła w stan takiego oburzenia, że byłaby natychmiast wydaliła Rebekę, gdyby pamięć danej obietnicy nie wstrzymywała jej od tego kroku. Uroczyste zapewnienia Rebeki że dwa razy tylko w życiu mówiła z wikarym, widząc go na herbacie, na nic się nie przydały miss Pinkerton nigdy temu uwierzyć nie chciała.

Jakkolwiek przy starszych pensjonarkach Rebeka Sharp mogła uchodzić za dziecko, nie brakowało jej tego smutku, doświadczenia, które się nabywa w niedostatku. Nieraz udało się jej zręcznym wybiegiem oddalić natrętnego wierzyciela od ojca; nieraz potrafiła wprowadzić w dobry humor handlarzy wiktuałów i zapewnić kredyt na jeden dzień jeszcze. A ileż to grubych wyrażeń i niewłaściwych rozmów obiło się o jej uszy kiedy przechadzała się w dni świąteczne z ojcem, patrzącym z dumą na wczesny rozwój córeczki. Nic dziwnego że wychowana w takich warunkach, miss Sharp nie była prawie nigdy dzieckiem, i jak sama często mówiła, w ośmiu latach była już skończoną. Dlaczegoż więc miss Pinkerton wpuściła tak niebezpiecznego ptaszka do swojej klatki?

Należy przyznać, że stara matrona dała się oszukać przebiegłej dziewczynce; ile razy Rebeka była z swoim ojcem w Chiswick Mall, zawsze umiała okazać się tak naiwną, że miss Pinkerton była przekonaną o dobroci, łagodności i niewinności tego dziecka. Na rok przed jej przyjęciem na pensję Rebeka skończyła 16 lat. Miss Pinkerton po krótkiej przemowie, ze zwykłą sobie powagą wygłoszonej, dała Rebece lalkę zabraną jednej z uczennic, miss Swindle, za to że w czasie lekcji bawiła się lalką jedząc niby z nią objad czy wieczerzę. Każda wizyta u miss Pinkerton, a szczególniej jej przemówienia w obec zgromadzonych nauczycieli, były zawsze powodem licznych dowcipów i żarcików między ojcem i córką gdy wracali do siebie. Nieporównana miss Pinkerton nie posiadałaby się od gniewu gdyby mogła była widzieć przedrzyźniania Rebeki, prawiącej długie mowy do lalki, usiłując przedstawić wiernie w karykaturze przełożoną. Przemowy te były najmilszą rozrywką dla artystów, zamieszkałych na Newman Street i na Gerard Street. Młodzi malarze przychodząc na szlankę groku do dobrego koleżki, zapytywali zawsze czy zastali w domu miss Pinkerton, bo ją doskonale już z przedstawień Rebeki znali. Pewnego razu Rebeka dostąpiła wielkiego zaszczytu, bo kilka dni w Chiswick Mall bawiła. Wróciwszy z tamtąd przywiozła z sobą miss Jeminę, to jest drugą lalkę na obraz i podobieństwo Jemmy. Z tem wszystkiem, poczciwa Jemina wsunęła Rebece przy wyjeździe siedm szylingów i dała jej tyle konfitur i ciastek, że byłoby czem uszczęśliwić kilkoro dzieci. Skłonność do szydzenia z drugich zagłuszyła w tem dziecku uczucie wdzięczności i dlatego miss Jemmy nie była więcej oszczędzaną jak starsza jej siostra.

Po stracie ojca Rebeka znalazła w Chiswick Mall jak gdyby drugą rodzinę, ale surowe napomnienia i uwagi zdawały się jej zbyt trudne do zniesienia. Modlitwy, lekcje i przechadzki, następujące po sobie w godzinach przepisanych, niecierpliwiły ją do takiego stopnia że często z żalem wspominała sobie te czasy kiedy w biedzie i nędzy mieszkała z ojcem w ubogiej pracowni, na przedmieściu Soho. Wszyscy prawie byli tego przekonania (sama Rebeka zdawała się temu wierzyć), że śmierć ojca pogrążyła ją w głębokiej boleści. Nie jednej z panienek zdarzyło się słyszeć w nocy stąpanie i płacz w pokoiku, zajmowanym na poddaszu przez Rebekę. Były to łzy gniewu, ale nie boleści. Towarzystwo kobiet było przez długi czas zupełnie nieznanem Rebece. Jak to już widzieliśmy, obcowała ona z ojcem, który żył w odosobnieniu prawie, ale rozmowy jego były daleko więcej zajmujące, aniżeli czcze gadaniny kobiet, które miss Sharp miała zręczność później poznać. Wyszukane wyrażenia przełożonej, wybuchy wesołości jej siostry, próżne paplanie i obmowy starszych pensjonarek, zimne obejście się nauczycielek, wszystko to było dla Rebeki nudne i uciążliwe. Gdyby ta nieszczęśliwa dziewczyna miała serce, obdarzone czułością właściwą kobietom, znalazłaby zapewne więcej powabu w rozmowie i poufnych zwierzeniach panienek, które jej były powierzone. Żadnej z nich nie zasmucił wyjazd Rebeki, pomimo dwuletniego jej na pensji pobytu. Jedna tylko Amelja potrafiła rozbudzić w niej tkliwsze i więcej przyjazne uczucie; ale któżby mógł nie kochać Amelji?

Szczęście i powodzenie młodych jej towarzyszek, korzyści jakie im zapewniało położenie towarzyskie ich rodziców, były dla Rebeki dostatecznym powodem do gniewu i budziły w niej najczarniejszą zazdrość. "Patrzcie, mówiła nieraz, jak ta mała głowę podnosi, dla tego że wnuczką hrabiego! Jak te panienki schlebiają kreolce dla jej stu tysięcy funtów sterlingów! Czy ja nie jestem tysiąc razy przyjemniejszą od tej nieznośnej istoty, pomimo jej złota? Czyż moje urodzenie nie dorównywa blaskiem i świetnością urodzeniu hrabianki? Nikt jednakże nie zważa tu na mnie, gdy przeciwnie, przyjaciele mego ojca nieraz opuszczali bale i zabawy dla tego tylko żeby ze mną wieczór przepędzić!"

Wówczas to Rebeka postanowiła, bądź co bądź, wyrwać się z niewoli, która jej wielce ciężyła, i w tym celu zaczęła układać swoje plany na przyszłość.

Wszystkie usiłowania zwróciła Rebeka głównie do tego, żeby się kształcić i nabywać choćby powierzchownie wiadomości, wymaganych w owym czasie od kobiet wyższego towarzystwa. Położenie jej dawało już środki odpowiednie temu celowi, który w dosyć krótkim czasie osiągnęła. Dawniej już posiadając gruntowną znajomość języka francuskiego, zaczęła wiele pracować nad muzyką i zrobiła znaczne postępy. Jednego dnia, kiedy wszystkie panienki były na spacerze, Rebeka umyślnie została; usiadła do fortepianu i zagrała jakąś fantazję dosyć trudnego układu z taką dokładnością i z takim pojęciem, że miss Pinkerton, słysząc z daleka była zdziwioną tak doskonałem wykonaniem. Przyszło jej zaraz na myśl że mogła sobie zaoszczędzić wydatków na opłacanie metra muzyki dla małych panienek. Nie tracąc więc czasu, oznajmiła Rebece że odtąd będzie dawać lekcje muzyki początkującym uczennicom.

Ku wielkiemu zdziwieniu miss Pinkerton, Rebeka odmówiła otwarcie.

- Jestem tu, odpowiedziała żywo miss Sharp, dla mówienia z dziećmi po francusku, ale nie dla uczenia ich muzyki i dla zmniejszenia wydatków pani. Proszę mi płacić, to będę im dawać lekcje.

Szanowna miss Pinkerton musiała ustąpić, ale od tej chwili czuła zawsze wielką niechęć do Rebeki.

- Od trzydziestu pięciu lat, rzekła z oburzeniem, nikt nie ośmielił się podnieść buntu w moim własnym domu i przeciw mojej władzy. Żywiłam w zanadrzu gadzinę.

- Gadzinę! Pani sobie żartuje, odpowiedziała Rebeka, bledniejąc z gniewu. Przyjęłaś mnie pani, bo byłam ci potrzebną; ale o wdzięczności nie może być mowy między nami. Nienawidzę tego domu, pragnę go jak najprędzej opuścić, i nic nie chcę tu robić więcej nad to, do czego jestem obowiązaną.

Napróżno przełożona zapytywała groźnym tonem Rebekę, czy wie dobrze o tem, że mówi do miss Pinkerton; młoda dziewczyna odpowiadała szatańskim śmiechem, a w jej spojrzeniu było tyle bezczelności, że zacna nasza matrona o mało co nie dostała nerwowego napadu.

- Zapłać mi pani, mówiła znowu Rebeka, albo wyszukaj mi korzystne miejsce nauczycielki w dobrym domu, to będzie jeszcze lepiej; nie sądzę żeby to dla pani trudnem było.

Byłto zwykły argument Rebeki we wszystkich zajściach z miss Pinkerton: "Znajdź mi pani odpowiednie stanowisko; nie możemy znosić się wzajemnie, jestem w każdej chwili gotową opuścić dom pani."

Pomimo turbanu na głowie, rzymskiego nosa i postawy prawdziwie grenadjerskiej, miss Pinkerton ani energją, ani siłą woli, nie mogła sprostać przeciwniczce. Wszystkie więc zabiegi żeby tę ostatnią zastraszyć, okazały się zupełnie bezskuteczne. Kiedy po niejakim czasie podobna scena zaszła znowu w obecności panienek, Rebeka zaczęła odpowiadać po francuzku. Biedna miss Pinkerton nie wiedziała co ma począć. W tym razie uczuła jednak to dobrze, że dla zachowania powagi i porządku należało pozbyć się tej potwornej gadziny, tej iskry buntowniczej. Dowiedziawszy się że w rodzinie p. Pitt Crawley potrzebowano nauczycielki, miss Pinkerton pośpieszyła polecić tę jak nazywała gadzinę.

- Wyjąwszy postępowania miss Sharp względem mnie, nie mogę jej nic zarzucić; myślała sobie - tem mniej mogłabym odmówić jej talentu i pewnego naukowego wykształcenia. Jeżeli z tego stanowiska sądzić ją będą, to bez wątpienia miss Sharp przyniesie zaszczyt memu domowi.

Tym sposobem rozumując, nasza przełożona potrafiła pogodzić sumienie z interesem, który jej nakazywał polecać usilnie Rebekę rodzinie Crawley i nakoniec wywiązała się z przyjętych przez siebie względem tej dziewczyny obowiązków. Miss Sharp ostatecznie uwolniła się przecie od krępujących ją więzów. Walka ta po krótce tu opisana, trwała prawie kilka miesięcy.

Miss Sedley kończyła również siedmnaście lat i miała opuścić pensję. Powodowana przyjaźnią dla miss Sharp, Amelja, której miss Pinkerton nic więcej nad tę słabość nie miała do zarzucenia, zaprosiła Rebekę na cały tydzień do domu swoich rodziców. Miss Sharp przyjęła zaprosiny i miała ztamtąd odjechać po tygodniu, dla objęcia nowo-przyjętych obowiązków.

Tak więc dla obu tych młodych dziewcząt świat jednocześnie miał się otworzyć. Świeża wyobraźnia Amelji zdobiła barwami tęczy cały świat dotąd jej nieznany, wszystko było dla niej otoczone jakimś czarownym urokiem. Nierównie mniej nowych wrażeń czekało Rebekę, bo jeżeli mamy wierzyć przekupce z jabłkami, to w owej sprawie, w której imiona miss Sharp i wielebnego wikarego Crisp były zamięszane, nie wszystko podobno miało być wiadomem publiczności. Gadatliwa przekupka powiedziała komuś a ten ktoś znowu komuś itd. że pomiędzy wikarym i Rebeką było coś więcej jak jeden list, że ów bilecik przejęty był już odpowiedzią na inny. etc. etc. Ale któżby tam doszedł prawdy?

W miarę jak powóz się oddalał łzy Amelji osychały powoli. Nie należy jednak wnosić żeby miała zapomnieć tak prędko swoich towarzyszek. Spoczywa to w naturze ludzkiej, nie wyłączając nawet serc najtkliwszych, że najżywsze wrażenia przemijają, ustępując miejsca nowym. Otóż w tej chwili młody wojskowy przejeżdżał konno obok powozu, spojrzał na Amelję i powiedział: - Na honor! cóż to za piękna dziewczyna! - Wyraz zadowolenia rozpromienił twarz Amelji, pokrytą rumieńcem. Kiedy nasze podróżne zbliżały się do Russel Square, rozmowa toczyła się o modach i o strojach damskich; Amelja wiedziała już że rodzice mieli ją zawieść na bal do lorda majora, z zajęciem więc wypytywała się przyjaciółki, czy młode panienki używają pudru do włosów, czy noszą lub nie bawety i rogówki w spódnicach i t. p. Powóz zatrzymał się przed domem. Miss Sedley, opierając się na ramieniu murzyna, wyskoczyła z powozu wesoła i szczęśliwa. Wszyscy domownicy i słudzy zebrali się w dziedzińcu na powitanie przyszłej pani.

Po pierwszych przywitaniach Amelja oprowadzała już Rebekę po całym domu, pokazywała jej bibljoteczkę, fortepian, suknie, koronki, broszki i naszyjniki. Zmusiła prawie Rebekę do przyjęcia pierścionka z kornaliną i turkusami, dała jej szarfę i uprosiła u matki pozwolenie podarowania Rebece białego, kaszmirowego szala, który nie był już potrzebny teraz gdy brat jej przywiózł dwa nowe szale z Indji.

Rebeka zobaczywszy piękne wyroby indyjskie, powiedziała z wyrazem głębokiego przekonania: "Jak to dobrze mieć brata!" Te słowa wywołały w sercu Amelji żywą litość dla Rebeki. - Biedna dziewczyna, myślała w duchu Amelja, sama jedna na świecie, biedna sierota, bez rodziców i przyjaciół!

- Nie, Rebeko, nie będziesz opuszczona, rzekła Amelja, ja będę twoją przyjaciółką i będę cię kochać jak siostrę!

- Tak, zapewne; ale gdzież znajdę takich jak ty masz rodziców, dobrych, bogatych, kochających, dających ci wszystko o co poprosisz, a co więcej, mających dla ciebie silne i prawdziwe przywiązanie? Mój biedny ojciec nic mi nie dawał; zaledwie miałam dwie sukienki, ty masz brata i tak dobrego brata! O! jakże ty musisz go kochać!

Amelja zaczęła się śmiać.

- Jakto? czyżbyś ty go nie kochała? ty co mówisz że kochasz wszystkich na świecie?

- Owszem, nie ma wątpliwości... ale...

- Ale cóż?

- Ale Józef zdaje się mało troszczyć o to czy go kocham lub nie. Po dziesięcioletniem niewidzeniu podał mi końce palców do uściśnienia. Jest on bardzo dobry, gotów nawet do poświęceń ale rzadko kiedy mówi do mnie i zdaje mi się, że więcej kocha swoją fajkę aniżeli swoją...

Amelja nagle zamilkła. Bo i pocóż mówić źle o bracie?

- Był bardzo dobry dla mnie kiedy byłam jeszcze dzieckiem, mówiła dalej, miałam zaledwie pięć lat gdy odjechał.

- Musi być bardzo bogaty, dodała Rebeka, mówią że w Indjach wszyscy są niezmiernie bogaci.

- Tak, jego dochody są podobno bardzo znaczne.

- A twoja bratowa, czy miła i dobra osoba?

- Co też mówisz! Józef nie jest żonaty, odpowiedziała Amelja, śmiejąc się.

Rebeka słyszała już podobno o tem od Amelji, ale udawała że nie przypomina sobie tego zupełnie. Kilka razy nawet powtórzyła, jakby umyślnie, że spodziewała się zastać całą gromadę bratanków i siostrzenic, bardzo żałowała że pan Józef Sedley nie żonaty; tak namiętnie lubiła dzieci.

- Ależ zdaje mi się, że widziałaś ich dosyć w Chiswicku - powiedziała Amelja zdziwiona taką nagłą czułością przyjaciółki.

Wszystkie te niezręcznie naciągane zapytania Rebeki były wywołane następującem rozumowaniem:

- Jeżeli pan Józef Sedley bogaty i kawaler, dlaczegoż nie mógłby się ze mną ożenić? Mam wprawdzie tydzień tylko czasu przed sobą, ale czemuż nie mam próbować szczęścia. Nic na tem nie stracę.

Cały plan postępowania był już w umyśle Rebeki nakreślony. Co chwila obsypywała Amelję pieszczotami, całowała pierścionek z turkusem, mówiąc że się z nim nigdy nie rozstanie.

Dzwonek oznajmił że godzina objadowa nadeszła. Rebeka obejmując jedną ręką przyjaciółkę zeszła ze schodów, ale uczuła się nagle tak wzruszoną, że nie miała odwagi wejść do salonu.

- Przyłóż rękę do mego serca, droga Ameljo, i obacz jak gwałtownie bije, rzekła do przyjaciółki.

- Zupełnie tego nie widzę, odpowiedziała Amelja, chodźmy, nie obawiaj się niczego: mój ojciec nic ci złego nie zrobi.

 

III. Rebeka wobec wroga.

 

Młody człowiek, barczysty i dosyć na swój wiek otyły, siedział przy kominku z gazetą w ręku. Buty miał z łosiowej skóry, spodnie w cholewach, kamizelkę czerwoną w prążki, surdut zielony z dużemi stalowemi guzikami i chustkę na szyi tak szeroko złożoną, że kokarda dostawała do nosa, zakrywając prawie połowę twarzy. Na widok wchodzących panienek zerwał się z fotelu i skrył całą twarz po za kokardę chustki.

- Widzisz przed sobą twoją siostrę, Józefie - powiedziała Amelja śmiejąc się i biorąc dwa palce, które jej nieśmiało podawał. - Wróciłam już zupełnie z pensji. Oto moja przyjaciółka, miss Sharp, o której nie raz słyszałeś odemnie.

- Nie, daję słowo, nigdy... - odpowiedział potrząsając głową na znak przeczenia i ukrywając się coraz lepiej po za kokardą - nie, nigdy, to jest... tak!... Strasznie zimno na dworze.

To mówiąc zaczął poprawiać i rozniecać z całych sił ogień chociaż było to w połowie czerwca.

- Bardzo miły człowiek - szepnęła Rebeka do Amelji tak żeby ją słyszano.

- Czy doprawdy tak myślisz, powiem mu to...

- Ach, za nic w świecie, moja droga, zaklinam cię! - wołała miss Sharp, drżąc jak listek.

Rebeka od chwili powitania pana Józefa ukłonem pełnym skromności, trzymała ciągle oczy spuszczone, jak gdyby nie śmiała podnieść głowy.

- Dziękuję ci za te prześliczne szale - rzekła Amelja, zwracając się do brata - nie prawdaż Rebeko, że bardzo piękne?

- O! przecudne! - odpowiedziała miss Sharp, zwracając wzrok raptownie od posadzki w stronę kominka.

Pan Józef nie wypuszczał z rąk obcęgów i łopatki i ze skutkiem poprawiał ogień na kominku.

- Nie mogę ci ofiarować tak pięknych podarunków - mówiła dalej siostra do brata - ale będąc na pensji wyhaftowałam dla ciebie parę dosyć gustownych szelek.

- Doprawdy, Ameljo - zawołał brat z widocznem pomieszaniem, ja cię nie rozumiem.

Biedny pan Józef, nie wiedząc jak wyjść z kłopotliwego położenia, uczepił się z całej siły za sznurek od dzwonka, co go w większy jeszcze ambaras wprawiło.

- Bardzo cię proszę - wyjąkał coraz więcej zmieszany - obacz czy mój buggy jest przed gankiem. Zmuszony jestem wyjechać i czekać nie mogę, a ten przeklęty groom wcale się nie spieszy.

W tejże chwili wszedł do salonu ojciec Amelji, bawiąc się dewizkami z miną właściwą angielskiemu kupcowi.

- O co ci idzie, Emmy? - wyrzekł po chwili.

- Józef prosi mnie żebym zobaczyła czy jego... czy jego buggy stoi przed gankiem. Cóż to jest buggy, mój ojcze?

- Jest to jednokonny faeton - odpowiedział ojciec z przesadą, zdradzającą pretensję do rozumu.

Józef parsknął gwałtownym śmiechem, ale spotkawszy wzrok Rebeki, umilkł nagle, jakby piorunem rażony.

- Ta młoda osoba jest twoją przyjaciółką, Emmy? Miss Sharp, jestem bardzo szczęśliwy że panią tu widzę. Czy wyłajałyście Józefa za to że chce nas porzucić?

- Obiecałem, mój ojcze, memu koledze Bonamy, że razem będziemy jeść obiad, odpowiedział Józef.

- Jakto! matka nie mówiła ci że możesz być z nami na objedzie?

- Ależ w tem ubraniu, mój ojcze... czyż podobna?

- Niech więc miss Sharp sama powie czy on nie może być wszędzie na objedzie w takim stroju? Zechciej mu się pani przypatrzyć tylko.

Na te słowa Rebeka spojrzała na swoją przyjaciółkę i obie roześmiały się tak szczerze, że stary ojciec, widocznie zadowolony, zaczął dalej wychwalać strój Józefa.

- Czy widziałyście kiedy u miss Pinkerton buty z łosiowej skóry podobne do tych?

- Oh! mój ojcze! zmiłuj się... jąkał Józef nie wiedząc na której nodze stanąć.

- Miałżebym zadrasnąć jego miłość własną? mówił ojciec do panienek, potem zwracając się do żony: Mistress Sedley, obraziłem podobno twego syna żartując sobie z jego butów łosiowych. Miss Sharp, zapytaj go pani czy tak nie jest? No Józefie, bądź uprzejmy dla miss Sharp i chodźmy do stołu.

- Mamy ryż, taki jak ty lubisz Józefie - rzekła matka, a ojciec twój przywiózł nam z Bilingsgate wybornego łososia.

- No, podajże rękę miss Sharp, a ja te młode panie prowadzić będę, powiedział wesoło ojciec biorąc pod rękę matkę i córkę.

Nie mamy prawa ganić miss Sharp za to, że postanowiła sobie zdobyć serce Józefa Sedley. Jeżeli młode panienki, chwalebną skłonnością wiedzione, zostawiają staraniom doświadczonych matek stawianie sideł na mężów, to należy nie zapominać że miss Sharp nie miała nikogo z krewnych, coby się podjął tego drażliwego obowiązku. Gdyby więc sama dla siebie nie polowała na męża, to prawdopodobnie nie znalazłaby nikogo coby się tem zająć zechciał. Cóż innego pociąga młode panny do życia światowego jeżeli nie widoki pójścia za mąż? Cóż pędzi całe te gromady do wód? Co im daje siłę tańczyć do piątej godziny z rana w najuciążliwszej porze roku? Co im daje cierpliwość do ślęczenia nad sonatą lub do wyuczenia się kilku romansów, płacąc po gwinei za lekcję najmodniejszemu i najbardziej wziętemu metrowi? Cóż je nakoniec zmusza do grania na harfie, kiedy się ma białe i kształtne ręce, do noszenia całego ogrodu kwiatów na głowie, jeżeli nie nadzieja że cały ten arsenał strzał i pocisków śmiertelnych posłuży do podbicia serca jakiego pożądanego młodego człowieka?

Co zmusza poczciwych rodziców żeby cały dom przewrócili i wydawali większą połowę dochodów na uczty, bale i na wino szampańskie? Byłażby to zupełnie bezinteresowna miłość bliźniego - albo też jedyna chęć patrzenia na szczęśliwą, pląsającą młodzież? Nie! zawsze tam jedna i taż sama pobudka - dobrze wydać za mąż córki. Podobnie jak mistress Sedley ułożyła z macierzyńską troskliwością kilkanaście projektów dla ustalenia losu Amelji, tak również Rebeka, licząc tylko na siebie, robiła co mogła ażeby złapać męża, który jej był daleko potrzebniejszy aniżeli jej przyjaciółce.

Żywa z natury wyobraźnia Rebeki podniecona bajkami "Tysiąca jednej nocy" i obrazami ze Wschodu czerpanemi z geografji Guthriego, dostarczała jej bogatego materjału do budowy zamków na lodzie. Ubierając się przed obiadem zdawało się jej że Józef Sedley, o którego bogactwie z kilku słów Amelji wnosić mogła, do niej już całkowicie należy. Już się widziała okrytą szalami indyjskiemi, zawojami i djamentami, jadącą na słoniu przy odgłosie trąb i kotłów, z wizytą do wielkiego Mongoła. Słodkie za prawdę marzenia! Ileż to młodych osób lubi pogrążać się w tych snach czarownych, marząc jak Rebeka na jawie!

Józef Sedley był o dwanaście lat starszy od Amelji. Zajmował on dobrą posadę w kompanji wschodnio-indyjskiej a nawet można było już wówczas znaleść imie jego East Indja Register pod rubryką Bengale, jako poborcy w Boggley Vollah. Czytelnika ciekawego dokładniejszych o urzędowaniu Józefa wiadomości, odsyłamy do tegoż perjodycznego pisma. Nadmienimy tylko że stanowisko poborcy w Indjach było, jak to każdemu zapewne wiadomo, bardzo korzystne.

Boggley Vollah leży w okolicy odludnej, bagnistej trochę, ale bardzo pomimo tego przyjemnej. Okolica ta słynie polowaniem na bekasy, czasem nawet i tygrysa uda się tam zabić. Oddział konnicy stoi o 30 mil ztamtąd a do Rangoon, gdzie się znajduje centrum zarządu, liczą tylko 40 mil. Oto są szczegóły, które Józef udzielił listownie rodzicom po objęciu posady. W tem samotnem ustroniu przepędził on lat ośm. Jeżeli zdarzyło mu się widzieć twarz chrześcijańską, to nie częściej jak dwa razy do roku, kiedy oddział konnicy musiał eskortować do Kalkuty podatki przez niego pobierane.

Szczęściem Józef zaczął cierpieć na wątrobę. Zmuszony wyjechać, żeby się w Europie wyleczyć, miał tysiące zręczności używania zabaw i rozrywek bez liku. Lubiący życie koleżeńskie, nie mieszkał w Londynie z rodzicami, ale osobno. Przed wyjazdem do Indji, zanadto młody żeby się mógł upajać przyjemnościami wielkiego miasta, oddał się im po powrocie z szalonym prawie zapałem. Powoził się w parku, jadał objady w najmodniejszych tawernach, uczęszczał do teatrów co należało w owym czasie do dobrego tonu i ukazywał się w operze w wąskich spodniach i stosowanym kapeluszu.

Po powrocie do Indji pan Józef opowiadał bardzo wiele o swojem życiu w Europie, a nawet dawał do zrozumienia że nie było większych dandysów jak on i Brummel i że oni sami dyktowali prawa modnemu światu. Tymczasem Józef Sedley żył prawie tak samotnie w Anglji jak w Boggley Vollah. Znał zaledwie jedną lub dwie osób w stolicy, i można śmiało powiedzieć że umarłby z nudów i samotności gdyby nie lekarz, pigułki i choroba wątroby, Józef miał wszystkie przymioty po temu żeby zasłużyć na miano hulaki, co wszakże nie przeszkadzało mu być bardzo ociężałym i i niezgrabnym, i na widok kobiety stracić ze strachu przytomność. Rzadko też można go było widzieć w Russel Square, gdzie żarciki ojcowskie wystawiały na szwank jego miłość własną.

Bardzo się troszczył i nie mało się przerażał swoją otyłością: nieraz już chciał przedsięwziąć środki energiczne żeby się pozbyć tego nadmiaru tłuszczu, ale niedołęztwo a bardziej jeszcze zamiłowanie wygodnego życia, były mu wielką do tego przeszkodą. Jeść mniej jak trzy razy na dzień było dla niego zupełnem niepodobieństwem. Zawsze był źle ubrany, co jednak nie pochodziło bynajmniej z braku starania około swojej osoby: owszem zajęcie to zabierało mu kilka godzin dziennie. Służący jego dobrze wychodził na handlu zmienianemi przez pana sukniami, prawda że przesiąkłemi pomadą, olejkiem i najrozmaitszemi kosmetykami. Nie było pasków i gorsetów, znanych naówczas, którychby nie nosił, żeby mieć dobrą figurę. Kazał sobie robić zawsze, jak wszyscy ludzie otyli, suknie wąskie i ciasne, wybierał kolory jaskrawe i krój dla najmłodszego wieku właściwy. Zwykle ubierał się po południu, jechał sam jeden powozem do parku, potem przebierał się znowu i szedł, zawsze sam jeden, na objad do kawiarni Piazza. W próżności nie ustępował on żadnej kobiecie, nawet owa nieugłaskana dzikość była tejże próżności wynikiem. Jeżeli miss Sharp w pierwszej próbie odniesie zwycięztwo, to bez wahania się będziemy zmuszeni uznać ją za nadzwyczajnie zręczną i przebiegłą.

Pierwsze jej kroki stawiane na tej drodze, dowodziły już niepospolitej przenikliwości. Mówiąc że Józef był przystojnym mężczyzną, wiedziała dobrze że Amelja powtórzy te słowa matce, a ta podobnież przed synem tajemnicy z tego robić nie będzie. Zresztą nie trudno było przewidzieć że pochwały, schlebiające dumie i miłości macierzyńskiej mistress Sedley, usposobią ją dobrze dla Rebeki. Matki wszędzie i zawsze są też same.

Powiedzmy Styhoraksie że jej syn Kaliban dorównywa pięknością Apollinowi, a zobaczymy że miłość własna czarownicy nie będzie na te pochwały obojętną.

Kto wie czy Józef nie schwycił w lot komplimentu Rebeki, wymówionego nie zbyt cichym głosem. Jeżeli tak było, nie dowiedział się wprawdzie nic nowego, bo sobie piękności wcale nie odmawiał, ale słowa te przyjemne słuch jego pogłaskać musiały. Cóż kiedy w ślad za tem przyszła mu inna myśl przykra, zacierająca pierwsze wrażenie: "Czy to nie żart ze strony tej dziewczyny?" pomyślał sobie w duchu. Ta niemiła uwaga podwoiła jego zmieszanie i była powodem gwałtownego ruchu, z jakim chwycił za sznurek od dzwonka. Ochłonąwszy nieco, nasz bohater, który jak to widzieliśmy, myślał już o odwrocie, nakoniec dał się ugłaskać i został na obiedzie. Prowadząc miss Sharp do sali jadalnej, czuł się miotany niepewnością i silnie był wzruszony. - Czy myśli ona naprawdę że ja jestem piękny, czy też dla zabawki śmieje się złośliwie ze mnie? Powiedzieliśmy wyżej że Józef Sedley był próżny jak kobieta. Wiemy dobrze że młode panny odwracają to twierdzenie mówiąc o nie jednej z towarzyszek: "Próżna jak mężczyzna." Przyznać należy że mają zupełną słuszność. Płeć nie piękna, jest zarówno czuła na pochwały, troskliwa o strój, dumna z powodzeń, podbojów i pewna osobistych przymiotów jak największa w świecie zalotnica.

Zstępując ze schodów Józef coraz więcej się rumienił a Rebeka z pełną skromności postawą miała wzrok przykuty do ziemi. Biała wygorsowana sukienka ujmowała śnieżnej białości ramiona Rebeki, twarzyczka jej przystrojona wyrazem nieśmiałości i pokory dopełniała tego skończonego obrazu niewinności dziewiczej. - Nie pozostaje mi teraz, pomyślała Rebeka, jak tylko zachowywać milczenie i okazywać sympatyczne zajmowanie się wszystkiem co Indji dotycze.

Mistress Sedley nie zapomiała kazać przyrządzić potrawę z ryżu na sposób indyjski, tak zwaną curry, którą Józef bardzo lubił. Z kolei przyniesiono półmisek Rebece.

- Cóż to za potrawa? - zapytała, spoglądając na Józefa i jakby oczekując odpowiedzi.

- To wyborne - odpowiedział niewyraźnie Józef; miał w tym momencie tak przepełnione usta, że ledwie z trudnością mógł je otworzyć. Po chwili zwrócił czerwone policzki do pani Sedley i rzekł przytłumionym głosem, kończąc proces połykania! - Moja matko, w Indjach nie potrafią lepiej curry przyrządzić.

- Oh! chciałabym skosztować jeżeli to indyjska potrawa, zawołała Rebeka. Mnie się zdaje, że wszystko co ztamtąd pochodzi, musi być doskonałe.

- Dajcież curry miss Rebece, powiedział śmiejąc się pan Sedley.

Rebeka nigdy w życiu nie jadła tej potrawy.

- No i cóż! Jakże pani znajdujesz ten przysmak indyjski, zapytał.

- To wyśmienita potrawa, rzekła Rebeka, czując od pieprzu jakby silne synopizma w gardle.

- Spróbój pani chili przytem, powiedział Józef z zadowoleniem.

- Chili? powtórzyła Rebeka, nie mogąc prawie przełykać, a tak chili... to dobrze...

Biedna dziewczyna myślała że to jakiś chłodzący napój. Przyniesiono chili.

- Co za piękny i świeży kolor zielony! rzekła.

Wzięła trochę do ust, ale niestety! było to jeszcze bardziej piekące jak curry. Nie mogła już wytrzymać tyle piekielnej goryczy - widelec mimo woli wypadł jej z ręki na talerz.

- Wody! na miłość Boga, wody! zawołała.

Pan Sedley zanosił się od śmiechu!

- Upewniam panią, rzekł przerywanym głosem, że to jest potrawa niesłychanie indyjska. Sambo, podaj wody dla miss Sharp.

Wesołość ojca udzieliła się Józefowi który znajdował ten figel doskonałym. Matka i córka mniej się śmiały, pojmując dotkliwe cierpienie biednej Rebeki. Co się zaś tyczy tej ostatniej, z przyjemnością byłaby połknęła starego Sedley'a gdyby tylko mogła; roztropność wzięła jednak górę. Zniósłszy to upokorzenie równie cierpliwie jak przed chwilą znosiła palące curry, rzekła z przymuszoną wesołością:

- Powinna byłam przypomnieć sobie z Tysiąca i jednej nocy, ten pieprz, którym księżniczki perskie przysypują sobie grzanki ze śmietaną. Czy i pan także używasz ich w Indjach?

Stary Sedley roześmiał się szczerze i pomyślał sobie że Rebeka to z gruntu poczciwe dziecko.

- Grzanki ze śmietaną? powtórzył Józef z wyrazem prostoty, nasza bengalska śmietana nic nie warta; używają tam powszechnie koźlego mleka, do którego się już zupełnie przyzwyczaiłem.

- Jestem pewny że pani teraz nic już nie lubisz tego, co tylko z Indji pochodzi - odezwał się żartobliwie pan Sedley - nie prawdaż?

Po objedzie, gdy damy odeszły, przenikliwy ojciec tak się odezwał do syna:

- Ej, pilnuj się, Joss, ta dziewczyna zastawiła na ciebie sidła.

- Ba! ja się jej wcale nie boję, odparł Józef któremu uwaga ojca widocznie pochlebiła. - Przypominam sobie jedną pannę w Dumdum, córkę Cultera, tego co służył w artylerji, wyszła potem za mąż za niejakiego Lance, chirurga, dzielnego chłopca, który nie mało dokazywał ze mną i z moim kolegą Mullingatewney, o którym mówiłem ojcu przed objadem; poczciwy to był koleżka ten Mullingatowney. Jest teraz urzędnikiem w Budgebudge i ręczę że za pięć lat najdalej będzie radcą. Otóż oficerowie Artylerji dali bal, a Quintin z 14. królewskiego pułku powiada mi: - Sedley, gotów jestem założyć się z tobą i stawić dwa przeciwko jednemu, że nim się zaczną deszcze Zofja Culter złapie cię w swoje sidła. - Dobrze! powiadam... trzymam zakład... Na honor - rzekł Józef, przerywając swoje opowiadanie - to wcale dobre bordeaux, zkąd ta butelka pochodzi, z Carbonell, lub z Adamson?

Lekkie chrapanie było całą na te słowa odpowiedzią. Czyste sumienie bankiera, a może i opowiadanie Józefa, dozwoliło ojcu usnąć dość prędko. Szczęściem, zajmująca ta historja, dzięki towarzyskiemu usposobieniu Józefa, nie była straconą, tak jak się to dziś przytrafiło. Powtórzył ją więcej niż sto razy swemu aptekarzowi, doktorowi Gollop, przychodzącemu często dowiadywać się o stanie wątroby Józefa i o skutku pigułek, jakie przepisał.

Ze względu na stan zdrowia Józef Sedley zmuszony był poprzestać na jednej butelce madery, do której dołączył potem butelkę bordeaux. Zjadł potem dwa talerze poziomek ze śmietaną i dwadzieścia cztery ciastka, zastawione obok niego na talerzu.

- Daję słowo, myślał sobie, to bardzo miłe i powabne stworzenie. Jak spojrzała na mnie, kiedym jej podjął chustkę przy objedzie! Upuściła ją dwa razy... Biedne dziecko! Któż to śpiewa w salonie? pójdę zobaczyć.

Zabrakło mu jednak odwagi i stanął jakby jakąś niewidzialną siłą wstrzymany. Ojciec chrapał mocno.

- Pojadę - rzekł do siebie, biorąc za kapelusz, - pojadę do Southampton Row, dają "Czterdziestu złodziei" i zobaczę miss Decamp w nowym balecie.

Przeszedłszy na palcach, żeby nie obudzić ojca, wyszedł.

- Oto Józef już wychodzi, rzekła Amelja stojąc u okna, kiedy Rebeka przy fortepianie śpiewała.

- Miss Sharp go przeraziła - powiedziała mistress Sedley - biedny Józef, kiedy też przestanie być tak nieśmiałym?

 

IV. Jedwabny woreczek.

 

Biedny Józef, pod wpływem strachu, nie pokazywał się przez kilka dni w domu, Miss Rebeka nie mówiła o nim wcale, ale za to była niezmordowaną w okazywaniu pani Sedley uczuć wdzięczności i uszanowania. Pewnego dnia pani Sedley miała jechać z panienkami na wieczór; Amelia cierpiała silny ból głowy i musiała zostać w domu. Żadne namowy nie mogły zniewolić Rebeki do jechania bez Amelji na tę zabawę.

- O nie! mówiła do Amelji, ty dałaś poznać szczęście biednej sierocie, ty nauczyłaś mnie kochać, a ja miałabym ciebie teraz samą zostawić? O! nie, nigdy! nigdy!

Oczy Rebeki łzami się napełniły, gdy to mówiła; pani Sedley nie mogła ukryć wzruszenia widząc tak tkliwe objawy czułego serca tej dziewczyny.

Miss Sharp potrafiła dosyć prędko ująć sobie gospodarza domu, a to bardzo łatwym sposobem przyjmowała wszystkie jego żarciki i dowcipy takim szczerym śmiechem, że pan Sedley w swojej prostocie niezmiernie był zadowolony. Nie dość na tem, starała się zjednać sobie sługi i domowników w Russel-Square: była już w najlepszych stosunkach z panią Blenkiosop, pomagając jej smażyć konfitury z malin, chwyciła już za serce pannę służącą przepraszając ją z największą pokorą i słodyczą jeżeli musiała zadzwonić na nią, nakoniec zaskarbiła sobie nawet względy murzyna odzywając się do niego "panie Sambo" albo "kochany panie Sambo", co mu nie było zupełnie obojętnem. Krótko mówiąc Rebeka liczyła już przyjaciół w salonie, kredensie i garderobie.

Pewnego razu przeglądając rysunki które Amelja z pensji przywiozła, Rebeka nagle zalała się łzami i wybiegła z pokoju. Było to w dzień drugiej wizyty Józefa.

Amelja pobiegła dowiedzieć się o przyczynie smutku przyjaciółki i wróciła niemniej od tamtej zmartwiona.

- Mama przypomina sobie zapewne że ojciec Rebeki dawał na pensji lekcje rysunku?

- Tak, moje dziecko, nieraz mi o tem miss Pinkerton mówiła.

- Otóż na widok tych rysunków Rebeka przypomniała sobie biednego ojca...

- Poczciwe dziecko! ile ona ma serca! rzekła pani Sedley.

- Bardzobym chciała zatrzymać ją tydzień jeszcze u nas, dodała Amelja.

- Ma w sobie coś djabelnie niepojętego, rzekł Józef, tak jak miss Cutler, którą znałem w Dumdum, tylko od niej jeszcze piękniejsza. Miss Cutler wyszła już za mąż za lekarza sztabu od artylerji. Czy opowiadałem mamie jak pewnego razu Quintin z 14-go pułku założył się ze mną że...

- Znamy już tę historję, Józefie - mówiła śmiejąc się Amelja - zapomnij o tem na chwilę i uproś mamy żeby napisała kilka słów do pana Crawley.

- Crawley? powtórzył Józef, czy nie miał on syna w dragonach królewskich?

- Więc mama napisze do niego prosząc o odłożenie na kilka dni wyjazdu Rebeki, nie prawdaż? rzekła Amelja. Otóż Rebeka idzie; biedna! jakie oczy ma czerwone!

- Teraz mi znacznie lepiej - powiedziała z łagodnym uśmiechem miss Sharp, całując z uszanowaniem rękę pani Sedley, która ją czule uścisnęła. Jakże tu wszyscy dla mnie dobrzy i łaskawi! Wszyscy - dodała uśmiechając się - wyjąwszy pana tylko, panie Józefie!

- Mnie? powiedział Józef, namyślając się, czy nie lepiej byłoby wyjść. O! miss Sharp! a to zkąd?

- Jak pan mogłeś być dla mnie tak bez litości żeby mnie nakarmić tą piekącą potrawą z pieprzem, i to jeszcze pierwszego dnia kiedy pana poznałam? O! pan nie jesteś tak dobry dla mnie jak moja ukochana Amelja.

- Bo on cię nie zna tak dobrze jak ja, zawołała Amelja.

- Wątpię bardzo - wtrąciła matka Amelji - żeby ktokolwiek mógł być dla ciebie niedobrym, moje dziecko

- Curry było przewyborne, doprawdy, rzekł Józef poważnie, może mu brakowało trochę cytryny. O! tak, za mało było soku cytrynowego.

- A chili? - dodała żartobliwie Rebeka.

- Tam do kata, ale czyż było czego tak mocno krzyczeć? - powiedział Józef, wybuchając na to przypomnienie głośnym śmiechem i nagle wstrzymując, jak zwykle, swą wesołość.

- Nie pojmuję dla czego panowie tak lubią nas w kłopot wprowadzać? rzekła Rebeka, gdy wszyscy schodzili się na obiad.

- Chciej mi pani wierzyć - odparł Józef - że ja bym za nic w świecie nie odważył się zrobić pani jakiejkolwiek przykrości.

- O! nie, ja wiem że pan nie chciałbyś robić tego coby mi przykrość sprawiało.

Wymawiając te słowa, uścisnęła z pewnym wdziękiem dłoń pana Józefa, natychmiast jakby przerażona cofnęła drobniuchną rączkę i spojrzawszy w oczy Józefowi spuściła nieśmiało głowę. Serce Józefa zadrgało żywszem tętnem na ten powód życzliwości, pochodzący od naiwnego dziewczęcia, które z tak nieporównanym wdziękiem zdradziło swoje uczucia.

Ten postępek Rebeki - powiedzmy otwarcie - był może za śmiały; toż samo każda z czytelniczek posiadających wiele taktu pomyśli i naszą heroinę potępi. Ale nie zapominajmy że Rebeka musiała sama sobie wystarczać, liczyć tylko na siebie. Jeżeli kobieta tak jest ubogą że sług opłacić nie może, to musi sama zamieść swój pokój, gdyby nawet była największą elegantką. Również młoda osoba, niemająca matki, która się swataniem zajęła, musi przyjąć na siebie cały ciężar tych interesów.

Wielkie to szczęście że takie wypadki do wyjątków należą, bo gdyby kobiety same swoim losem częściej się zajmowały, kto wie czy znaleźlibyśmy dosyć mocy żeby się im opierać? Niech nam tylko okażą najmniejszą sympatję, a już do nóg im padamy. Starzy czy młodzi, szpetni lub nadobni, wszyscy jesteśmy jednakowi. To pewnik że kobieta, byleby nie garbata, może wyjść za tego, który się jej najwięcej podoba. Błogosławmy więc losy i cieszmy się że te nadobne stworzenia nie znają swojej potęgi. Bylibyśmy zupełnie na ich łasce.

- To się zaczyna zupełnie tak samo - myślał Józef, wchodząc do sali jadalnej - jak z miss Cutler w Dundum.

W ciągu obiadu miss Sharp rzuciła na niego kilka spojrzeń, nawpół czułych, a w części krotochwilnych z powodu rozmaitych potraw. Rebeka była już z całą rodziną na stopie poufałej, z Amelją zaś kochały się jak siostry. Zresztą zdarza się to zwykle młodym dwom panienkom, które z sobą przez kilka dni razem zostają.

Jak gdyby dla ułatwienia zamiarów Rebeki, Amelja przypomniała bratu obietnicę zrobioną jej podczas świąt Wielkiejnocy.

- Pamiętasz Józefie, powiedziała śmiejąc się, jeszcze byłam na pensji, gdy obiecałeś mnie zawieść do Wauxhalu. Nie możnaby lepszej wybrać pory jak teraz, kiedy jest Rebeka.

- Doskonale! doskonale! wołała Rebeka klaszcząc w dłonie; po chwili jakby miarkując uniesienie, przybrała zwykłą sobie skromną postawę.

- Dziś, to trudno, powiedział Józef.

- A więc jutro.

- Ja i twój ojciec jesteśmy jutro proszeni na obiad, rzekła pani Sedley.

- Nie myślisz, spodziewam się - nadmienił pan Sedley do żony - żebym miał wielką ochotę jechać do Wauxhalu; co zaś do ciebie, to ani wiek, ani położenie nie pozwalają ci narażać się na zimno w tej wilgotnej dziurze.

- Potrzeba przecież żeby ktoś pojechał z temi dziećmi, odpowiedziała pani Sedley.

- A Józef? rzekł ojciec śmiejąc się, on jest, zdaje mi się, tak już dorosły, że może nas oboje zastąpić.

Wszyscy się roześmieli, nie wyłączając murzyna Sambo. Józef tylko zżymał się i nie posiadał ze złości.

- Odsznurujcie mu gorset - wołał nieubłagany żartowniś - miss Sharp, potrzeba go zimną wodą skropić i zanieść do jego pokoju. Omdlewa nieborak, ratujcie go, bierzcie go na ręce, on lekki jak piórko.

- Niech mnie djabli porwą - mruczał trzęsąc się z gniewu Józef - niech mnie kaci porwą, jeśli to zniosę.

Widząc rozdrażnienie Józefa, ojciec przestał żartować i podając rękę synowi, rzekł:

- Na giełdzie wszystko uchodzi, mój kochany Jos. - A potem zwracając się do murzyna: - Sambo podaj nam butelkę szampańskiego! Wiesz co, Józefie, że sam Boney nawet nie ma takiego winka w swojej piwnicy.

Z kielichem szampana Józef odzyskał dobry humor. Zanim wypróżniono do dna butelkę, z której dwie trzecie tylko jako chory mógł wypić, już zgodził się towarzyszyć panienkom do Wauxhalu.

- Wypada - mówił ojciec - żeby każda z panienek miała towarzysza. Józef gotów będzie zgubić Amelję w tłumie, bo będzie zajęty miss Rebeką Sharp. Potrzeba więc posłać do pana Grzegorza Osborna i prosić żeby zechciał przyjść.

Pani Sedley, nie wiem dlaczego, spojrzała na męża śmiejąc się. Na twarzy pana Sedley przebiegł jakiś wyraz dziwnie złośliwy. Spojrzał na Amelję, która pokryła się rumieńcem, tak jak to siedemnastoletnie panienki tylko się rumienią, chociaż i tu są wyjątki. Miss Sharp naprzykład od ośmiu lat prawie, kiedy ją babka złapała wykradającą konfitury z szafki, nie mogła nigdy się zarumienić.

- Amelja powinnaby napisać parę słów do pana Osborna, to dałoby mu zręczność zobaczyć piękne kaligraficzne pismo, jakieśmy od miss Pinkerton wywieźli. Czy przypominasz sobie, Ameljo, jak napisałaś do niego zapraszając go na Trzech króli i jak ci dokuczaliśmy wytykając myłki w pisowni, które ci się z pod pióra wymknęły?

- To już tak dawno, mój ojcze!

- Zdaje mi się że to było wczoraj, powiedziała pani Sedley do męża.

Tego wieczora jeszcze pani Sedley zostawszy sama z mężem, wyrzucała mu zawzięte z jego strony prześladowanie Józefa.

- Czyż to dobrze, rzekła, tak nieustannie dokuczać biednemu chłopcu?

- Moja kochana, Jos ma dziś więcej próżności aniżeli ty kiedykolwiek mieć mogłaś, a pozwól sobie powiedzieć że ci na niej nie zbywało. Nie chcę bynajmniej twierdzić żebyś nie miała prawa być próżną trzydzieści kilka tat temu, tak coś... w 1780 roku... albo około tego. Ale Jos wyprowadza mnie z cierpliwości przesadną bojaźliwością. On jest bardziej Józefem aniżeli nim był sam Józef z piśma św. Ten błazen ciągle o sobie tylko myśli i zdaje mu się że jest bardzo piękny. Daj Boże żebyśmy z nim jakiego kłopotu nie mieli. Młoda przyjaciółka Amelji bardzo się do niego zaleca, to zbyt widoczne i wątpliwości nie ulega. Jeżeli zresztą ujdzie jej sideł, to wpadnie w te, które inna na niego zestawi. Przeznaczeniem tego człowieka jest zostać pastwą kobiety, tak jak mojem chodzić codziennie na giełdę. Cieszmy się jeszcze że nie mamy murzynki synową. Przypomnisz sobie moje słowa: Józef wpadnie w pierwszą pułapkę, jaką na niego zastawią.

- A jeżeli tak, to ta mała intrygantka odjedzie jutro! - zawołała energicznie pani Sedley.

- Nie będzie ta, to znajdzie się druga; zresztą ta przynajmniej nie jest murzynką. Co nam zależy na tem jaką sobie Józef żonę wybierze, zostawmy mu wolny wybór, to według mnie najlepiej.

Powyższa rozmowa, zaczęta przy wyjściu z salonu skończyła się pod szeroko kolistą kotarą muszlinową, podszytą różowym perkalem i tworzącą coś nakształt wspaniałego namiotu, pod którym niedyskretne oko dojrzałoby dwie czerwone, okrągłe twarze, jak dwa księżyce w pełni, jedną w czepku z koronkami, drugą w mycce wełnianej.

W kilka chwil potem głębokie dokoła zaległo milczenie, przerywane na przemian nosowem i gardłowem chrapaniem. Mniej bezwątpienia poezji w tym obrazku niż prawdy.

Nazajutrz rano projekt pani Sedley względem Rebeki upadł zupełnie. Nie mogła przypuścić żeby tak wdzięczna dobra i pełna pokory dziewczynka ośmieliła się pomyśleć o tak wysokim dostojniku jak poborca z Boggley Vollah. Nakoniec pisano już prosząc o pozwolenie zatrzymania dłużej Rebeki w Russel-Square, trudnoby teraz wynaleść pretekst odesłania jej tak prędko.

Wszystko zaczynało sprzyjać Rebece, nawet żywioły zdawało się, że były z nią w zmowie. Po wyjeździe rodziców Amelji do Balls w Hingbury Burn, dokąd byli zaproszeni, zerwała się burza z grzmotami i piorunami tak gwałtowna, że musiano zaniechać wycieczki do Wauxhalu. Pan Osborne nie zasmucił się zupełnie z tego wypadku. Długo jeszcze po obiedzie pozostał w sali jadalnej z Józefem i dolewali sobie naprzemian dobre stare porto. Przy szklance, Józef był nie wyczerpany w opowiadaniu przygód i dykteryjek indyjskich. Wesołość tych panów udzieliła się panienkom i całe młode towarzystwo, uradowane z przepędzonego tak przyjemnie wieczoru, nie żałowało bynajmniej że burza zmusiła ich odłożyć na później przejażdzkę do Wauxhalu.

Osborne był chrzestnym synem pana Sedley i dlatego od 23ch lat prawie uważano go jako należącego do rodziny. W sześć tygodni po chrzcie otrzymał od John'a Sedley kubek srebrny, w pół roku potem jakieś cacko z dzwoneczkami a następnie corok od ojca chrzestnego wiązanie dostawał. Znacznie młodszy od Józefa Sedley, nieraz opłakiwał jeżeli nie różnicę wieku to nierówność sił. Nie zapomniał on nigdy bolesnych cięgów, jakie od Józefa odbierał.

- Czy pamiętasz Józefie - mówił Osborne rozgrzany winem - jak się na mnie zawzięcie rozjątrzyłeś, gdy ci buty węgierskie pokrajałem? Byłbym natenczas sowicie obity, gdyby dziewczynka.. chcę mówić, gdyby Amelja nie wyprosiła mnie od twoich kułaków.

Józef pamiętał dokładnie tę okoliczność, ale powiedział że nie przypomina sobie tego zupełnie.

- Pamiętasz jak przyjechałeś kabrjoletem odwiedzić mnie u doktora Swishtall przed odjazdem do Indji, jak mi przywiozłeś pół gwinei i dałeś mi policzek? Miałem tak wielkie o twej sile wyobrażenie, że wyobrażałem cię sobie jak olbrzyma, mającego siedem stóp przynajmniej wysokości. Jakież było moje zdziwienie kiedy po powrocie z Indji zobaczyłem że jestem tego co i ty wzrostu.

- Jakież to poczciwe serce pana Sedley, żeby odwiedzać pana na pensji i dawać podarunki! wtrąciła Rebeka tonem czułego uwielbienia.

- Zwłaszcza kiedy mu pokrajałem buty, dodał Osborne. O! tak, upominki otrzymane na pensji i ci, którzy je ofiarują, nie wychodzą nigdy z pamięci.

- Lubię nadzwyczaj buty węgierskie.

Józef Sedley nosił zawsze takie obuwie i był przekonany że ma bardzo zgrabną nogę, nie mógł więc słuchać obojętnie uwag Rebeki, co wszakże nie przeszkodziło mu wsunąć nagle nóg pod krzesło.

- Miss Sharp - powiedział Osborne - pani masz taki talent do rysunków, że powinnabyś ułożyć obraz historyczny na tle tej sceny z butami: Józef trzymający znieważone buty w jednem ręku, drugą chwyta mnie za włosy, Amelja na kolanach przed nim, wyciąga błagająco do niego rączęta...

- Nie mam teraz na to czasu - odparła Rebeka, zrobię to gdy ztąd wyjadę.

Zniżywszy głos na tym ostatnim wyrazie, powiodła okiem pełnem smutku i boleści, żeby każdy z przytomnych mógł uczuć całą srogość jej losu.

- Jakżebym pragnęła żebyś mogła z nami dłużej pozostać Rebeko! zawołała Amelja.

- Dlaczego? zapytała Rebeka jeszcze smutniejszym tonem. Pragnęłabym sama jedna przeboleć to rozłączenie, byleby nikt, oprócz mnie, nie czuł się zasmuconym!

Amelja nie będąc w stanie oprzeć się wrodzonej czułości, zalała się łzami i cicho zapłakała.

Jerzy Osborne patrzył na dwie młode przyjaciółki ze wzruszeniem, połączonem z ciekawością. Z piersi Józefa wyszedł odgłos podobny nieco do westchnienia, a oczy jego zatrzymały się na ulubionych butach węgierskich.

- Zbliżmy się do fortepianu, miss Sedley... Ameljo, powiedział Jerzy, którego oczy dziwnym błyszczały ogniem.

W spojrzeniu Amelji można było także dostrzedz coś więcej nad zwykłą łagodność i uprzejmość.

Myliłby się ktoby myślał że uczucie wzajemnej miłości od tej dopiero chwili w obu tych młodych sercach powstawać zaczęło. Amelja i Jerzy dawno już dla siebie obojętni nie byli; rodzice ich od dziesięciu lat przeszło ułożyli sobie ich połączyć, co utrzymywało pomiędzy temi rodzinami związek nierozdzielny.

Fortepian stał w drugim pokoju, a że było prawie ciemno, Amelja oparła się na ramieniu Osborna, który ją pomiędzy fotelami i stolikami doprowadził na miejsce. Józef został tym sposobem sam na sam z Rebeką, która właśnie kończyła na drutach woreczek z zielonego jedwabiu.

- Nie ma potrzeby wyciągać ich na słowa - rzekła miss Sharp - mimowoli zdradzają się sami z swoich uczuć.

- Jak tylko zostanie kapitanem - odpowiedział Józef to będzie zdaje mi się, rzecz skończona. Nie znam lepszego chłopca w świecie jak Jerzy.

- Ale też jak trudno znaleźć tak dobre stworzenie jak siostra pańska. - Szczęśliwy kto ją pojmie za żonę!

Kończąc te słowa Rebeka westchnęła głęboko.

Dotykanie tak drażliwego przedmiotu w rozmowie odosobnionej dwojga młodych dowodzi że pomiędzy niemi panuje już pewnego rodzaju zbliżenie i poufałość. Zbytecznem byłoby przytaczać tu całą rozmowę Józefa z Rebeką. Z tej próbki widzimy że nie należy tam szukać ani wymowy, ani dowcipu; rzadkie są to niezmiernie przymioty nietylko w poufnem obcowaniu, ale w ogóle w dzisiejszych towarzyskich stosunkach. Józef i Rebeka, ze względu zapewne na muzykę, prowadzili cichą rozmowę. Był to wzgląd zbyteczny; Amelja i Osborne tak byli sobą zajęci że nawet najgłośniejsza rozmowa w przyległym salonie nie zwróciłaby ich uwagi.

Pierwszy to raz podobny w życiu Józef Sedley rozmawiał z kobietą swobodnie i bez żadnej obawy. Rebeka zasypywała go pytaniami o Indje, co mu dało sposobność opowiadania niewyczerpanych anegdot o tej krainie, a więcej jeszcze o sobie. Bale w pałacu gubernatora, sposoby chłodzenia się w tych strefach gorących, wachlarze etc., służyły za przedmiot do długich Józefa opisów. Najbardziej zajmującą z wszystkich historji było polowanie na tygrysy, gdzie Józef o mało nie padł ofiarą tych krwiożerczych zwierząt.

Rebeka nie mogła niby utaić trwogi na samą myśl niebezpieczeństwa, jakie groziło Józefowi.

- Przez wzgląd na miłość swojej matki - mówiła drżąca - przez pamięć przyjaciół, przysięgnij pan że nigdy nie będziesz się narażał na takie szalone wyprawy.

- Ho! ho! zawołał Józef, prostując brzegi wykrochmalonych kołnierzyków - całym urokiem tych wypraw, jest właśnie niebezpieczeństwo.

Nasz bohater był tylko raz w życiu na polowaniu na tygrysy. Sam widok zwierza odjął mu przytomność do tego stopnia, że go przyniesiono do domu na pół umarłego ze strachu. W obecnej jednak rozmowie z Rebeką uczuł w sobie tak spotęgowaną odwagę, że ośmielił się zapytać dla kogo robiła woreczek zielony? Zdawało mu się nawet że nie można było zręczniej zadawać takich zapytań.

- Ten woreczek jest przeznaczony dla kogoś komu jest potrzebny - odpowiedziała Rebeka, zatrzymując na Józefie czułe i pełne znaczenia spojrzenie.

Sedley szukał już w myśli ozdobnych wyrazów dla popisania się wymową:

- O! miss Sharp! jakto... czyżby...

W tej chwili muzyka w sąsiednim pokoju ustała, co dozwalało Józefowi bardzo wyraźnie usłyszeć wymawiane przezeń wyrazy. Zamilkł więc, poczerwieniał i silnie nosem pociągnął powietrza.

- Czy słyszałaś pani kiedy mego brata tak wymownego? szepnął Osborne do Amelji. Doprawdy, przyjaciółka pani dokazuje cudów.

- Tem lepiej - odpowiedziała Amelja, skłonna jak wszystkie kobiety do kojarzenia małżeństw. Przyjaźń jej dla Rebeki znacznie się w ostatnich czasach wzmocniła; zdawało się jej bowiem że z każdym dniem nowe w Rebece odkrywała zalety, jakich nie spostrzegła nigdy w Chiswick-Mall. Nic na świecie nie wzrasta tak prędko i nie przybiera tak wielkich rozmiarów jak przywiązanie w kobiecie. Nie można też potępiać kobiety za to, że po ślubie ta potrzeba silnych uczuć słabnieć zaczyna. W języku zwolenników sentymentalizmu, nazywa się to "gonić za ideałami." Ma to niby znaczyć że kobieta potrzebuje przelać na męża i na dzieci uczucia, które tym sposobem rozdrobione, mają się później objawiać tylko w cichych około rodziny staraniach.

Wyczerpawszy cały zasób umiejętności muzycznych i zostając już dosyć długo w osobnym pokoju, zdawało się Amelji że wypadało powrócić do salonu i prosić Rebekę żeby zaśpiewała.

- Nie zechciałbyś pan mnie słuchać - mówiła do Osborna nie myśląc tego wcale - gdybyś pan posłyszał przedtem śpiew mojej przyjaciółki.

- Pozwalam jednak oświadczyć pannie Sharp - powiedział Osborne - że miss Amelja jest w mojem przekonaniu najpierwszą śpiewaczką w świecie.

- Zaraz pan to lepiej osądzisz! - rzekła Amelja.

Józef tak się już oswoił że pospieszył zanieść świece do fortepianu. Osborne dał do zrozumienia że wolałby zostać w salonie zkąd światło wyniesiono, ale Amelja oparła się temu z uprzejmym uśmiechem i oboje przeszli do drugiego pokoju. Zostawiając wolność zdania panu Osborne, musimy wyznać że Rebeka śpiewała lepiej od swojej przyjaciółki. Tego wieczora szczególnie przeszła samą siebie ku wielkiemu zdziwieniu Amelji, która nie słyszała jej nigdy śpiewającej z takiem uczuciem, z taką łatwością. Rebeka zaczęła od jakiegoś francuskiego romansu; Józef nie rozumiał go wcale, Osborne wyznał toż samo otwarcie, poczem miss Sharp zaśpiewała modne w owym czasie ballady: Biedna Zuzanna, Nasz król, Błękitnooka Marja.

Ze względu na ich wartość muzyczną, nie były to zbyt świetne utwory; przebijało w nich jednakże nierównie więcej prawdziwego uczucia i łatwiej je można było zrozumieć, niż owe lagrime, sospiri e felicitá, jakiemi wiecznie brzmi muzyka Donizettego.

W przestankach śpiewu toczyła się sentymentalna rozmowa, w ścisłym zostająca związku z opiewanym przedmiotem. Wszystkie służące, mistress Blenkinsop ochmistrzyni, i Sambo, usłużywszy do herbaty, zebrali się na schodach i słuchali śpiewu Rebeki.

Ostatni romans opiewał boleść przy rozstaniu. Końcowa wzrotka była odśpiewana rzewnym, coraz słabnącym, melancholicznym głosem. Każdy myślał o odjeździe Rebeki i o smutnem osamotnieniu biednej sieroty. Józef Sedley, lubiący namiętnie muzykę i posiadający serce niezmiernie czułe, był w zachwyceniu podczas śpiewu, czuł się głęboko wzruszonym kiedy ostatnia nuta ucichła. Gdyby był miał trochę więcej odwagi i gdyby Osborne został był z Amelją w salonie, jak tego sobie życzył, jużby może ostatnia chwila celibatu Józefa wybiła i powieść nasza byłaby skończoną.

Po śpiewie Rebeka wzięła pod rękę Amelję i przeszła z nią do ciemnego prawie salonu, W tej samej chwili ukazał się Sambo z tacą zastawioną sandwiczami, suchemi kofiturami i brzęczącą od kryształowych naczyń. Cała uwaga Józefa Sedley zwróciła się naturalnie ku tacy.

Przyjechali nakoniec państwo Sedley, ale nasze młode towarzystwo tak było zajęte rozmową, że ani zwróciło uwagi na turkot powozu.

- Niechże pani raczy przyjąć choć łyżeczkę galarety dla ochłodzenia się po tym zachwycającym, pełnym uczucia śpiewie, mówił Józef zwracając się do Rebeki.

- Brawo Jos! zawołał ojciec - wchodząc do salonu.

Józef przerażony dźwiękiem znanego mu drwiącego głosu, zamilkł natychmiast i wyniósł się jak najprędzej. Nie przepędził on wprawdzie nocy bezsennej nad zaciekaniem się czy jest kochanym lub nie: najgwałtowniejsza miłość nie odebrała mu nigdy ani snu ani apetytu; rozmyślał jednakże przez kilka chwil jakby to mu było rozkosznie słyszeć ten słodki śpiew wtenczas, kiedy i teatrów i koncertów będzie zupełnie pozbawiony. Wyobrażał sobie nawet jaki efekt sprawi pojawienie się na balach w Kalkucie zachwycającej istoty, mówiącej po francuzku lepiej od żony gubernatora.

- Potrzebaby być ślepym żeby nie dostrzedz iż ta dziewczyna mnie kocha, myślał sobie w duchu. Co się tyczy posagu, wszystkie panny jadące do Indji nie są od niej bogatsze. Mógłbym gorzej trafić, szukając dalej coś lepszego.

Kołysany temi marzeniami usnął nareszcie.

Nazajutrz rano przyszedł na śniadanie znacznie wcześniej niż zwykle. Nigdy go nie widziano tak częstym gościem w Russel-Square. Zastał on już Osborna, który jak mówił, przyszedł pomagać Amelji zajętej pisaniem dwunastu listów do Chiswick-Mall. Rebeka kończyła wczorajszą robotę.

Poborca z Boggley-Vollah, przeskakując po kilka na raz schodów, wszedł do salonu. Amelja i Osborne zamienili pomiędzy sobą uśmiech nieco złośliwy i spojrzeli na Rebekę, na której twarz, niezupełnie lokami zakrytą, żywy wystąpił rumieniec. Serce jej biło silnie kiedy Józef zadyszany, w butach świecących się jak źwierciadło, w nowem, świeżo z igły zdjętem ubraniu, ukazał się czerwony jak piwonja z gorąca, jakoteż i nadmiaru zdrowia. Była to chwila dla wszystkich krytyczna. Sambo nawet sznurował usta, żeby się nie roześmiać, anonsując Józefa i wnosząc dwa olbrzymie bukiety, kupione rano przez niego w Covent Garden.

Panienki przyjęły radośnie ofiarowane sobie bukiety, którym towarzyszyły uroczyste i niezgrabne ukłony Józefa.

- Brawo! zawołał Osborne.

- Dziękuję ci, kochany Józefie, dodała Amelja gotowa uścisnąć brata gdyby na to zezwolił.

- Cóż to za przepyszne kwiaty, zawołała miss Sharp, opierając bukiet na piersi i patrząc nań w zachwyceniu.

Kto wie, czy to bliższe przypatrywanie się nie było w celu dojrzenia jakiego bileciku ukrytego pomiędzy kwiatami.

Niestety! żadnego nie było.

- Powiedz mi Józefie - zapytał Osborne, śmiejąc się - czy w Boggley Vollah umieją rozmawiać za pomocą kwiatów.

- Daj pokój żartom - odparł sentymentalnie Józef - kupiłem te kwiaty u Nathan'a. Cieszy mnie że ci się podobały. Przywiozłem także ztamtąd ananas, którego przyprawą Sambo już się zajął; bardzo chłodzi w takie jak teraz upały.

Rebeka mówiła już że nigdy nie jadła ananasów i że od dawna pragnęła poznać smak tego owocu.

Wśród tej rozmowy Osborne wyszedł, a w parę chwil potem Amelja poszła zobaczyć zapewne żeby ananas cienko pokrajano. Józef został więc sam na sam z Rebeką, zajętą jak zawsze robotą zielonego woreczka.

- Co za cudowny romans pani śpiewałaś wczoraj wieczór! - rzekł młody poborca - na honor, bardzo mało brakowało, żebym się nie zalał łzami; jak honor kocham!

- Bo pan masz dobre i czułe serce, panie Józefie tak jak cała pańska rodzina.

- Nie mogłem zasnąć całą noc; zdawało mi się, że ten romans ciągle słyszę, próbowałem nawet zanucić go w łóżku dziś rano. Na honor, próbowałem... Gollop, mój lekarz, przyszedł do mnie o jedenastej, bo jak pani wiesz, jestem cierpiący i Gollop odwiedza mnie codzień. Otóż Gollop zastał mnie spiewającego.

- Doprawdy? chciałabym bardzo słyszeć pana spiewającego.

- Mnie? o! nie. Ale pani zaspiewaj jeszcze, zaklinam cię!

- Nie teraz, panie Sedley, odrzekła Rebeka z głębokiem westchnieniem. Nie jestem usposobiona do spiewu w tej chwili, a przytem muszę skończyć ten woreczek. Czy chcesz mi pan pomódz, panie Józefie?

Nim miał czas namyśleć się, już Józef Sedley, poborca z Boggley Vollah, pochylony w postawie błagalnej ku Rebece, rzucał na nią ogniste spojrzenia i trzymał pasmo jedwabiu, który miss Sharp zręcznie zwijała.

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 

W tej to romantycznej postawie zastali młodą parę Osborne i Amelja, kiedy weszli oznajmić że ananas już pokrajany.

Pasemko jedwabiu już było zupełnie w kłębuszek zwinięte, a Józef Sedley nie odważył się jeszcze pisnąć ani słowa.

- To pewno dziś wieczór nastąpi, szepnęła Amelja Rebece, ściskając jej rękę.

- Dziś wieczór w Wauxhalu - myślał sobie Józef - muszę śmiało do rzeczy przystąpić.

 

V. Przyjaciel Dobbin.

 

Ktokolwiek z młodych ludzi był wychowany w znanym zakładzie dr. Swishtal, nigdy nie zapomni walki, stoczonej pomiędzy dwoma zapaśnikami, których imiona Kuff i Dobbin. Ten ostatni nosił liczne przezwiska, dawane mu przez kolegów i uchodził za jednego z silniejszych pensjonarzy doktora Swishtal.

Był on synem kupca z City, a wieść niesie, że przyjęcie jego do pensjonu było zastosowaniem zasady wolnej wymiany w handlu, to jest, że ojciec wypłacał należność za stół, pomieszkanie i naukę syna nie pieniędzmi, ale produktami w naturze. Obcisłe, aksamitne spodnie i takaż żakieta, tu i owdzie na szwach rozprute, stanowiły ubranie tego grubego i pękatego chłopca, przedstawiającego pewną ilość funtów herbaty, cukru, świec, mydła, rodzynków itd... dostarczanych przez starego Dobbin dyrektorowi zakładu. Jeden z uczniów wchodząc do szkoły, dostrzegł przed bramą wózek, z którego wyjmywano wymienione wyżej produkta. Wyraźnie wypisana firma: Handel korzenny Dobbin i Rudge, Thames Street w Londynie, nie uszła uwagi młodego chłopca. Odtąd młody Dobbin nie miał już chwili spokoju i stał się przedmiotem naigrawań i żartów nielitościwych towarzyszów:

- No i cóż, Dobbin - szydził jeden z nich - dobre wiadomości w gazecie, cukier drożeje, cena się podnosi?

Inny znowu dawał mu do rozwiązania następujące zagadnienie: Jeżeli funt świec kosztuje czternaście groszy i pół, ile może być wart Dobbin?

Wszystkie to koncepta wywołały głośne oklaski mądrych paniczów, według których handel drobiazgowy jest hańbiący i ledwie na pogardę i szyderstwo zasługiwać może.

- Twój ojciec, Osborne - rzekł młody Dobbin zwracając się do malca, który tę burzę wywołał - twój ojciec przecież nie jest niczem więcej jak prostym kupcem.

- Mój ojciec - odpowiedział tamten z dumą - jest szlachcicem i umie utrzymać się godnie na swojem stanowisku.

William Dobbin usiadł sam jeden na drugim końcu dziedzińca i resztę dnia tego smutnie przepędził, nie biorąc udziału w żadnej zabawie. Któż nie przypomina sobie smutnych i gorzkich chwil w dzieciństwie? Któż silniej od dziecka potrafi odczuć niesprawiedliwość? Kto bardziej od niego obawia się szyderstwa? Kto głębiej chowa w sercu uczucie wdzięczności, kto żywiej czuje wyrządzoną mu krzywdę? i my częstokroć nie obawiamy się męczyć i prześladować tych biednych młodych istot! Za cóż? Za błąd w rachunku, albo też za przeklętą łacinę.

William miał tyle z Alwarem trudności że będąc umieszczonym w najniższej klasie, widział się prawie zawsze wyprzedzonym przez drobne dzieciaki, wpośród których mógłby był uchodzić za olbrzyma. Mali jego towarzysze płatali mu tysiące figlów: zszywali mu spodnie, żeby je bardziej jeszcze zwęzić, podrzynali pasy od łóżka, podstawiali mu pod nogi rozmaite sprzęty żeby zaczepiwszy się upadł, posyłali mu niby od ojca pakiety z mydłem, ze świecami itd. Mały Dobbin znosił to wszystko z niemą i godną politowania rezygnacją.

Kuff, przeciwnie, był mecenasem całej pensji i wiele rzeczy uchodziło mu bezkarnie. Sprowadzał ukradkiem wino, obijał bez litości uczniów z miasta przychodzących, miał w swoim pokoju myśliwskie buty które mu służyły do polowania w dnie świąteczne, złoty zegarek i zażywał tabakę jak doktor. Uczęszczając do teatru i opery, znał doskonale zalety i wady każdego prawie z aktorów. W przeciągu godziny mógł napisać czterdzieści wierszy łacińskich i nie małą posiadał łatwość do wersyfikacji francuskiej. Trudniej byłoby powiedzieć co było mu obcym i czego nie potrafiłby zrobić. Sam nawet doktor Swishtall podobno go się obawiał.

Uznany przez swoich towarzyszów za naczelnego wodza, Kuff był małym despotą i nikt nie śmiał się oprzeć jego tyranji. Jeden smażył mu grzankę, drugi czyścił mu buty, inny nakoniec podejmował piłkę, kiedy się podobało bawić temu samowładnemu panu. Słowem, wszyscy byli na jego usługi. Dobbin był przez tego tyrana najwięcej ze wszystkich pogardzanym. Drwił z niego zawsze, bił go bardzo często, i nigdy nie raczył do niego ani słowa przemówić.

Pewnego dnia Dobbin był sam jeden w klasie zajęty pisaniem listu do rodziców. Kuff nadbiega z hałasem i każe małemu Dobbinowi przyniość sobie ciastka z konfiturami.

- Nie mogę odejść - mówi Dobbin - muszę listu dokończyć.

- Nie możesz, zawołał Kuff, gotując się do wyrwania listu, który pomimo wielu poprzekreślanych albo niewyraźnie napisanych wyrazów kosztował nie mało łez i pracy biednego dziecka. Był to owoc największych wysileń, na jakie chłopiec mógł się zdobyć, pisząc do matki, która go nad życie kochała. - Nie możesz - powtórzył Kuff - chciałbym bardzo wiedzieć dlaczego? Czy nie możesz jutro napisać do mamy Figs?

- Czy niemógłbyś nazywać mojej matki jej własnem imieniem? krzyknął Dobbin zrywając się z ławki w największem oburzeniu.

- No, wybierzesz się nakoniec? wołał mały despota.

- Zostaw mi list, ludzie dobrze wychowani nie czytają cudzych listów, powiedział Dobbin.

- Jakto! jeszcze czekasz?

- Otóż nie pójdę, a nie waż się mnie dotknąć, bo ci łeb rozbiję, wołał Dobbin, chwytając kałamarz ołowiany z taką złością, że Kuff zawahał się chwilę, włożył ręce do kieszeni i wyszedł przedrzeźniając przeciwnika. Odtąd nie miał on już żadnych bez pośrednich stosunków z synem episjera i ile razy tenże odwrócił się plecami, Kuff traktował go z największą w świecie pogardą.

W kilka dni potem Kuff stanął wypadkiem niedaleko William'a Dobbin, leżącego pod drzewem z ulubioną jego książką: "Tysiąc i jedna nocy". Zostając w oddaleniu od reszty towarzyszów bawiących się w rozmaite gry, zdawało się że William czuł się szczęśliwym w osamotnieniu. Gdyby przełożeni i nauczyciele zamiast obarczać dzieci karami i zamiast nudzić je nieustannem strofowaniem, mniej krępowali ich wrodzone popędy, nieraz czystsze, wznioślejsze od nałogów tych, jakie swoim wychowańcom nakazują, gdyby rodzice zamiast narzucać dzieciom swoje myśli i upodobania, zostawiali ich więcej samym sobie, mielibyśmy może mniej daleko dzieci zepsutych, chociaż ich główki nie byłyby tak wcześnie jak dziś napełnione zbiorem różnorodnych, naukowych wiadomości.

William, jak już powiedzieliśmy, leżał pod drzewem z książką w ręku. Przeniesiony w dyamentową dolinę, zapomniał zupełnie o świecie, gdy nagle krzyk płaczącego dziecka wyrwał go z upajającej krainy marzeń. Podniósł oczy i ujrzał obok siebie małego chłopca, którego Kuff niemiłosiernie smagał.

Był to właśnie ten sam malec, który wyszperał episjerskie pochodzenie William'a i naraził go przez to na wiele nieprzyjemności. Dobbin jednak nie miał zwyczaju chować długo urazy w sercu do najmłodszych i najsłabszych kolegów.

- Dla czego, smarkaczu, przyszło ci do głowy rozbić tę butelkę? - krzyczał Kuff, szarpiąc silnie swoją ofiarę.

Małemu temu chłopczynie rozkazał przeskoczyć przez mur dosyć wysoki, biedz jeszcze z pół mili, wziąć na kredyt butelkę araku i przynieść ją tąż samą drogą, unikając o ile możności szpiegów doktora Swishtall, którzy mu wszystko donosili. Przełażąc przez mur dziedzińca, noga powinęła się biednemu chłopcu, który upadł na ziemię i stłukł butelkę. Ze splamionemi spodniami stawiono go przed doktorem jako winowajcę, chociaż był zupełnie niewinny.

- Jak ośmieliłeś się rozbić, mały złodzieju? Wypiłeś arak, szachraju, i mówisz, że rozbiłeś butelkę. Wyciągnij rękę, łotrze - mówił Kuff podnosząc linję do uderzenia.

Gruba dębowa linja spadła silnie na rękę biednego dziecka, któremu ból wyrwał przeciągły, chociaż stłumiony jęk. William przywołany tym jękiem z djamentowej doliny w świat rzeczywisty, miał przed sobą widok, który się codziennie powtarzał: silny i barczysty chłopiec bił bez najmniejszej przyczyny słabszego od siebie.

- Nadstaw drugą łapę, łakotnisiu - mówił Kuff do młodszego towarzysza, którego twarz wykrzywiona świadczyła o gwałtownym bolu. Wszystkie członki William'a, więzione w ścisłem ubraniu, zadrgały z oburzenia, jakiem go ten widok przejmował.

- Oto masz za swoje, nikczemny kłamco - zawołał Kuff spuszczając narzędzie kary na rękę biednego dziecka.

Niech to nie przeraża naszych czytelniczek, los to nieunikniony każdego dziecka, które przez pensję przechodzi. Wasze dzieci będą prawdopodobnie tak samo cierpiały i też same cierpienia drugim zadawały.

Za powtórnem opadnięciem linji Dobbin zerwał się jakby piorunem rażony.

Dla czego? nie umiałbym na to odpowiedzieć; bo kary cielesne w szkołach są na porządku dziennym. [W ostatnich czasach pojęcia o wychowaniu znacznie się zmieniły. Z wyjątkiem szkół jezuickich, gdzie nadużycia tego rodzaju nie są rzadkie możemy z radością powiedzieć że kary cielesne powszechnie już są w zasadzie potępione i że ten barbarzyński środek zepsucia i upodlenia natury ludzkiej, wyszedł już z użycia ze szkół publicznych w krajach cywilizowanych.]. Być może że poczciwe serce William'a nie mogło znieść bez oburzenia takiej tyranji, takiego pastwienia się nad bezsilnem dzieckiem; może być że chęć osobistej zemsty popychała go do zmierzenia się z okrutnym katem, rozzuchwalonym uległością, z jaką jego towarzysze znosili największe obelgi. W samej rzeczy, Kuff obchodził się z towarzyszami szkolnymi jak zwycięzca z podbitymi niewolnikami. Wyglądał pomiędzy nimi jak mały monarcha, do czego miał zupełną kwalifikację: Pychę, zuchwałość a nawet przywileje, bo na jego skinienie odzywały się bębny, powiewały chorągiewki i broń mu przynoszono na rozkazy.

Nie będziemy przesądzać pobudek wpływających na śmiałe wystąpienie młodego Dobbina, który jednym skokiem znalazł się naprzeciw tyrana, wołając do niego mocnym głosem:

- Przestań męczyć to dziecko, bo ja..

- Cóż mi zrobisz? - zapytał Kuff zdziwiony tą interwencją, a potem zwracając się znowu do nieszczęśliwej ofiary, rzekł:

- Wyciągaj łapę, małpeczko.

- Co ci zrobię - odpowiedział Dobbin na zapytanie - sprawię ci takie cięgi, jakich nie dostałeś jeszcze w życiu.

Mały Osborne spojrzał przez łzy z niedowierzaniem na obrońcę; Kuff nie mógł wyjść z podziwienia na tak niespodziewane wystąpienie William'a.

Wyobraźcie sobie Jerzego III. w chwili kiedy otrzymuje wiadomość z północnej Ameryki o podniesionym rokoszu w posiadłościach angielskich; przedstawcie sobie Goljata wyzwanego przez małego Dawida, a będziecie mieli pojęcie o uczuciach, jakie miotały młodym Reginaldem Kuff w chwili kiedy odebrał wyzwanie.

- Po lekcji - wymówił pomału Kuff przybierając postawę pewną siebie, jak gdyby chciał powiedzieć: Zostawiam ci czas na zrobienie testamentu i na przekazanie ostatniej twej woli przyjaciołom.

- Będę gotów - odpowiedział Dobbin - ty będziesz moim sekundantem, dodał, zwracając mowę do Osborna.

- Dobrze, jeżeli tego sobie życzysz - odpowiedział Osborne rumieniąc się ze wstydu że syn kupca wiktuałów występuje w charakterze jego obrońcy.

Nadeszła nakoniec chwila walki. Osborne wstydził się przemówić do Williama. Kuff szedł do ataku z uśmiechem pogardy. Z początku bójki młoda publiczność patrzyła w milczeniu, ale gdy biedny Dobbin uległ pod razami przeciwnika i był przez tegoż trzy razy na ziemię powalony, głośne okrzyki rozlegały się za każdym upadkiem Williama; każdy z widzów gotów był upaść na kolana przed bitnym zwycięscą.

- Jakże on mnie zbije, kiedy to wszystko się skończy? - myślał sobie młody Osborne, podnosząc Williama. Lepiejbyś zrobił żebyś ustąpił, Williamie, mówił do niego - ja to przeniosłem już, przykry to był moment wprawdzie, ale już się do tego przyzwyczaiłem.

Dobbin trzęsąc się z gniewu odepchnął sekundanta i natarł czwarty raz na przeciwnika z takim pospiechem, że zmusił go do działania odpornego, nie zostawiając mu czasu do ataku. William był mańkutem. Jak tylko mu się udało wyprowadzić lewą rękę w pole, wymierzył dwa nader silne ciosy, z których jeden ugodził w oko nieprzyjacielskie, a drugi skrzywił nieco jego piękny nos rzymski.

Kuff potoczył się na ziemię ku wielkiemu zdumieniu przytomnych.

- Dobrze trafił - powiedział mały Osborne z miną znawcy klaszcząc w dłonie i skacząc po za plecami swego obrońcy. - Mocną masz lewicę Figs, brawo mój chłopcze!

Od tej stanowczej chwili lewica Figs'a brała czynny i skuteczny udział aż do końca walki. Po każdym ataku Kuff padał na ziemię. Za szóstym razem głosy widzów już się podzieliły: - Brawo Figs! - wołali jedni. - Popraw się Kuff! - krzyczeli drudzy. Za dwunastym razem Kuff nieprzytomny prawie, nie był już w stanie ani bronić się, ani działać zaczepnie, Figs przeciwnie był nie wzruszony jak kwaker. Twarz blada, oczy pełne ognia, szeroka na ustach kresa, z której krew szła obficie, dawały młodemu bohaterowi wyraz dziki i wojowniczy, przejmujący strachem niejednego z widzów. Nie zwyciężony Kuff gotował się stawić czoło po raz trzynasty.

Gdybym miał pióro Napier'a lub Bell'a opisałbym obszerniej tę pamiętną walkę. Była to ostatnia szarża starej gwardji, a raczej miała ona kiedyś w podobny sposób się stoczyć, bo działo się to jeszcze przed bitwą, pod Waterloo. Była to kolumna Ney'a, dosięgająca kolumnę de la Haie Sainte, otoczona blaskiem dwudziestu orłów i dziesięciu tysięcy bagnetów.

Kuff zrozpaczony zdobył się nareszcie na ostatnie wysilenia, ale nieubłagana, handlująca figami lewica spadła znowu na jego nos już znacznie uszkodzony, i obdaliła ostatecznie walecznego przeciwnika na ziemię.

- Zdaje mi się że już ma dosyć - wymówił Figs, podczas gdy nieprzyjaciel leżał prawie bez życia na trawniku. Kiedy go podniesiono, po krótkiej przerwie, pan Reginald Kuff nie miał już ani siły ani ochoty do wznowienia boju.

Cała uczniów gromada zaintonowała z takim zapałem głośne hurra na cześć i chwalę zwycięscy jak gdyby tenże był przedmiotem ogólnej sympatji od początku bitwy. Wrzawa, zamieszanie, dzikie okrzyki doszły do tego stopnia, że doktor Swishtall wybiegł na dziedziniec i zamierzał srogo skarcić Williama, kiedy Kuff przyszedłszy już do siebie i obmywając rany wystąpił naprzód i rzekł:

- To ja zawiniłem, panie dyrektorze, Figs... Dobbin nic nie winien. Ja skrzywdziłem jednego z młodszych kolegów i odebrałem za swoje.

Wspaniałomyślny ten postępek nie tylko zasłonił od kary zwycięscę, ale przywrócił zwyciężonemu wpływ i znaczenie, utracone z powodu nieszczęśliwej porażki.

Młody Osborne tak się wyrażał o tej sprawie w liście do rodziców:

"Richmond w marcu 18...

"Kochana mamo!

"Jestem zdrów czego i mamie życzę; proszę mi przysłać ciastek i pięć szylingów. Mieliśmy tu bitwę. Kuff, jak mama musi wiedzieć, był u nas królem na pensji. Mierzył się trzynaście razy z Williamem i był porządnie obity, teraz już zeszedł na wice króla. Kuff mnie bił za to, że mu rozbiłem butelkę mleka, a Figs ujął się za mną. Nazywamy go Figą, bo jego ojciec ma handel korzenny, przy Thames Street w City. Mnie się zdaje że kiedy on bił się za mnie, to wypadałoby mamie kupować herbatę i cukier u jego ojca. Kuff jeździ zawsze do siebie co sobota, ale teraz nie będzie mógł, bo ma oczy podbite. Kuff ma konika białego, na którym do domu jeździ. Ja byłbym bardzo kontent żeby papa pozwolił mi mieć także małego konika i jestem

"przywiązanym synem.

"Jerzy Sedley Osborne."

P. S. "Proszę odemnie Emmę uściskać. Wycinam dla niej powozik z tektury."

Po tak świętnem zwycięstwie Dobbin stanął bardzo wysoko w opinji kolegów. Przydomek Figs przestał być używanym na pośmiewisko; przeciwnie, imie to stało się odtąd bardzo popularnem w szkole. "Naprawdę, on temu nie winien że jego ojciec jest episjerem," mówił mały Osborne, którego zdanie miało pewne w szkole znaczenie. Odtąd uważano za rzecz bardzo niestosowną żartować - jak dawniej - z urodzenia Williama. Zupełna zmiana stosunków młodego chłopca z wszystkimi szkolnymi towarzyszami wpłynęła korzystnie na rozwój jego władz umysłowych i na postępy w naukach klasycznych. Znakomity Kuff nawet był dla niego pełen uprzejmej grzeczności, pomagał mu nieraz składać wiersze łacińskie i często bawił się z nim na przechadzce. William był wprawdzie słaby w naukach filologicznych ale za to wszyscy przyznawali mu wielką zdolność do matematyki. Pomimo że klasa jego była dosyć liczną, udało mu się jednak zająć trzecie miejsce przy ogólnem obliczaniu stopni z algebry, co mu pomogło do otrzymania nagrody publicznej. Trzeba było widzieć radość jego matki kiedy młody William brał z rąk doktora na publicznem zgromadzeniu Telemaka z napisem łacińskim: Guilelmo Dobbino. Cała młodzież szkolna okazała przy tej okoliczności serdeczną sympatję młodemu koledze grzmotem tak silnych oklasków, że William Dobbin poczerwieniał i zaledwie mógł powrócić na miejsce, tak się nogi chwiały pod nim i w głowie kręciło. Ojciec Dobbina dał publicznie synowi dwie gwinee a po wakacjach sprawił mu nowe ubranie.

Wrodzona Williamowi skromność nie dozwoliła mu przypisywać swego powodzenia osobistej tylko zasłudze. Zdawało mu się że wpływy małego Osborna nie mało się do tego przyczyniły. Od tej chwili powziął on dla Jerzego stałą, niezachwianą przyjaźń, do której tylko młode serca zdają się zdolne. Miał on zawsze do małego Osborna prawdziwą sympatję, ale odtąd został mu wiernym jak piesek, nieodstępnym jak Piętaszek towarzyszem. W przekonaniu William'a Jerzy łączył w sobie wszystkie przymioty; piękność, zręczność, odwaga, wspaniałomyślność, podnosiły Osborna do ideału doskonałości. William dzielił się pieniędzmi ze swoim przyjacielem i zasypywał go upominkami jak scyzoryki, pieczątki złote, ołówki srebrne, książki i ryciny z napisem: "Jerzemu Sedley Osborne, esquire, od wiernego mu przyjaciela, Wiliam'a Dobbin."

Nic zatem dziwnego że w dzień ułożonej wycieczki do Wauxhalu, kapitan Osborne powiedział do pani Sedley;

- Chciej mi pani łaskawie wybaczyć że pozwoliłem sobie zaprosić na obiad pana Dobbina, który ma nam towarzyszyć do Wauxhalu. Jest to młody człowiek tak nieśmiały prawie jak Józef.

- Nieśmiały! cóż to ma znaczyć? rzekł urażony Józef, przeszywając Rebekę znaczącem spojrzeniem.

- Muszę ci jednakże oddać tę sprawiedliwość, kochany Józefie - mówił dalej Osborne śmiejąc się, że Dobbin nie dorównywa ci w elegancji. Spotkawszy go w Bedfort oznajmiłem mu że miss Amelja wróciła już z pensji do Russel Square, że zamierzamy zrobić wyprawę do Wauxhalu i że pani Sedley przebaczyła mu stłuczenie filiżanki z pączem na owym balu dziecinnym siedm lat temu. Przypomina sobie pani ten wypadek?

- O! pamiętam dobrze... suknia pąsowa pani Flamingo najwięcej ucierpiała z niezgrabności tego chłopca. Ale też i siostry jego są bardzo niezręczne, lady Dobbin była z niemi wczoraj w Highbury; jakże one tam wyglądały!

- Alderman [urzędnik municypalny] podobno ma być bardzo bogaty - rzekł złośliwie Osborne, - czy pani nie znajduje że byłaby to dla mnie bardzo dobra partja, gdybym się z jedną z tych panien ożenił, nieprawdaż.

- Co też ci się roi po głowie? Którażto z panien - mówiła pani Sedley - zechciałaby mieć męża z taką żółtą twarzą jak twoja? Nareszcie alderman Dobbin ma czternaścioro dzieci do wyposażenia.

- Ja mam żółtą twarz? Cóż pani powiesz o Williamie Dobbin, który miał trzy razy żółtą febrę, dwa razy w Nassau a raz w Saint Kitts?

- To wszystko bardzo być może, ale to niezmniejsza w naszych oczach żółtości twojej cery. Nie prawdaż Emmy?

Amelja, której twarz pokryła się rumieńcem, patrzyła z uśmiechem na Jerzego, myśląc sobie w duchu że w całej armji Jego królewskiej Mości a może i na całym świecie nie ma ani jednego mężczyzny z tak bohaterską postawą i tak wdzięcznemi wąsikami.

- Powierzchowność i niezgrabność kapitana Dobbin mało mnie obchodzi - rzekła po chwili Amelja - ale nie taję się że mam dla niego wiele życzliwości.

Amelja lubiła rzeczywiście kapitana Dobbin, którego przyjaźń dla Osborna była najważniejszą tej sympatji pobudką.

- Nie jest to zapewne Adonis - dodał Jerzy Osborne - ale nie znam lepszego żołnierza, lepszego kolegi jak kapitan Dobbin.

Przed wieczorem Amelja w białej, muślinowej sukience, świeża jak różyczka, z twarzą uśmiechniętą weszła do salonu, gdzie zastała już gościa w uniformie wojskowym, okrytym galonami i z kapeluszem stosowanym w ręku. Nowoprzybyły miał za długie ręce i nogi, uszy nazbyt wystające i odznaczał się wzrostem niepospolitym, a nadewszystko niezręcznemi ruchami.

Był to William Dobbin, kapitan piechoty z pułku Jego królewskiej Mości.

Nikt prawie nie wiedział o jego przybyciu do Russel-Square, bo zadzwonił tak nieśmiało, że na górze nie było słychać dzwonka. Dlatego to Amelja wbiegła do salonu spiewając, a głos jej dźwięczny poszedł prosto do serca kapitana. Ukłoniwszy się bardzo niezgrabnie William zamiast uścisnąć podaną mu białą i drobną rączkę, stał w miejscu i tak sobie rozmyślał:

- Czy podobna żeby to była ta sama mała dziewczynka, którą tak niedawno, zdaje mi się, widziałem, kiedy mi się zdarzyło rozlać filiżankę ponczu, na parę dni przed otrzymaniem nominacji? Czy to o niej Jerzy Osborne zamyśla? Dobry ma gust, nie ma co powiedzieć, bo piękna jak aniołek.

Kto wie jak długo zostałby zajęty rozwiązaniem postawionych przez siebie zapytań, gdyby kapelusz nie był mu wypadł z ręki na ziemię.

Czytelnik zna już historję William'a. Dodamy tylko że papa Dobbin, ów pogardzony episjer został aldermanem, a następnie pułkownikiem ochotniczej jazdy lekkiej, pełnym wojowniczego zapału do odparcia inwazji francuzkiej. Nie dosyć na tem, alderman i pułkownik Dobbin, pod którego rozkazami służył stary Osborne, został zaszczycony orderem po przeglądzie wojsk, odbytym przez króla i księcia Yorku. William Dobbin i Jerzy Osborne wstąpili do pułku piechoty, który wkrótce wysłano do Indji Wschodnich i do Kanady, a nakoniec wrócił do kraju. Przyjaźń William'a z Jerzym została zawsze tak szczerą i serdeczną jak za czasów szkolnych.

Całe towarzystwo zasiadło do obiadu. Mówiono przy stole o sławie wojennej, o Wellingtonie i o najświeższych wypadkach. W owej pamiętnej epoce dzienniki były przepełnione wiadomościami o zwycięstwach, które każdy dzień prawie przynosił. William i Jerzy wiele daliby za to żeby ich imiona znalazły się tam zapisane, gdy tymczasem los nieubłagany skazywał ich na uciążliwą bezczynność, trzymając cały pułk daleko od pola zwycięstw i chwały. Taka rozmowa musiała naturalnie obudzić najżywszy entuzjazm Rebeki. Pan Józef zaś nie zaniedbywał podawać jej wszystko, co tylko było na stole, sam jadł dobrze, pił jeszcze lepiej i opowiadał z ogniem historję panny Kutler i chirurga Lance i wzruszające epizody z polowania na tygrysy.

Po obiedzie rzucił się skwapliwie otworzyć paniom drzwi do salonu, wrócił jednak natychmiast na swoje miejsce przy stole i z gorączkowym pospiechem wypróżniał butelki, napełniając sobie co chwila kieliszek jeden po drugim.

- Józef ostrzy broń, szepnął Osborne do William'a.

Nadeszła nakoniec pora udać się do Wauxhalu.

 

VI. Wauxhall.

 

Dotąd, jak widzimy, wszystko w naszej powieści tchnie pogodą i spokojem; wypadki, przez nas opowiadane, w zwykłym po sobie następują porządku. Bo i jakże mogliśmy wejść w sferę zdarzeń nadzwyczajnych, kiedyśmy się nie wychylali jeszcze z domu uczciwego ajenta bankowego, gdzie przechadzka, śniadanie, objad i parę czułych westchnień wypełnia żywot spokojnych mieszkańców Russell Square. Wszystko cośmy dotąd powiedzieli, da się zamknąć w tych kilku wyrazach: Osborne zakochany w Amelji zaprosił jednego z dawnych znajomych na objad i na przejażdżkę do Wauxhalu. Józef Sedley kocha Rebekę. Czy będzie posiadać przedmiot swoich westchnień? Oto właśnie co pozostaje do wyjaśnienia.

Powiedzieliśmy już że młode towarzystwo było na wyjezdnem do Wauxhalu. Józef zajął miejsce na przedzie powozu obok miss Sharp, którą cisnął całym swoim ciężarem, w głębi zaś usiadł Osborne pomiędzy Amelją i kapitanem Dobbin.

Każdy był pewnym, że tego wieczora Józef zapyta Rebekę czy zechce nosić imię mistress Sedley. Rodzice nawet, jak się zdawało, nie byliby temu związkowi przeciwni. Ojciec Sedley zarzucał zawsze synowi próżność egoizm, gnuśność, zniewieściałość, żartował z jego pretensji i hołdowania modzie, wyśmiewał bez litości przechwałki, można go było nawet podejrzywać o uczucie pogardy dla syna, i każdą w tym przedmiocie rozmowę z żoną kończył temi słowy: "Zostawię mu połowę majątku, ale pewny jestem że gdyby śmierć dziś nawet zabrała nas oboje z Amelją, ten chłopiec bez serca powiedziałby sobie: "Tem lepiej" i nie straciłby ani na jeden dzień apetytu. Po cóż więc mam sobie krew psuć i troszczyć się zbytecznie o niego? Niech się sobie żeni z kim mu się podoba, zostawmy mu wolny wybór, nie potrzebujemy mieszać się do tego.

Amelja, z zapałem niedoświadczonej i młodej dziewczyny, gorąco pragnęła tego związku. Parę razy Józef zdawał się usposobionym otworzyć przed siostrą tajniki swego serca, Amelja chętnieby te zwierzenia przyjęła; ale gdy przyszła chwila stanowcza, zawsze brakowało mu odwagi: westchnął, kręcił się i zostawiał siostrę zawiedzioną w oczekiwaniach.

W rozmowach z Rebeką, Amelja nie mogła dotykać tak drażliwego przedmiotu, ale miewała za to długie i poufne pogadanki z ochmistrzynią, mistress Blinkinsob, która powiedziała co o tem pannie służącej, a wymówiła się przed kucharką, ta ostatnia znów przed znajomymi, tak że na milę w około Russell Square mówiono już o tem, że pan Józef ma się żenić.

Gdy pani Sedley robiła czasem uwagę że córka artysty nie była odpowiednią partją dla jej syna, ochmistrzyni Blinkinsop odpowiadała jej na to, z głębokiem wszakże uszanowaniem:

- Albożeśmy, proszę pani, nie byli episjerami kiedy pan Sedley, wówczas tylko komisant ajenta bankowego, starał się o nas? Nie było więcej jak pięćset funtów szterlingów rocznego dochodu z początku, a przecież dzisiaj chwała Bogu, jesteśmy dosyć bogaci.

Amelja była również tego zdania, a w końcu poczciwa pani Sedley dała się jakoś przekonać.

Pan Sedley zachowywał ścisłą neutralność.

- Niech się Józef żeni jak sam chce - mówił zawsze - to nie nasza rzecz, panna nie ma posagu, to prawda; ale i pani Sedley nie była bogatszą. Tej dziewczynie nie zbywa na zręczności, potrafi więc wpłynąć na męża i dobrze nim pokierować. W każdym razie lepsza jeszcze ta, aniżeli jaka czarna pani Sedley z tuzinem dzieci orzechowego koloru.

Wszystko zdawało się sprzyjać zamiarom Rebeki, nie brakowało już nic więcej jak tylko prostego oświadczenia. Wówczas dopiero Rebeka uczuła prawdziwie brak tkliwej i zręcznej matki, która potrafiłaby w kilka chwil całą rzecz zakończyć i po krótkiej rozmowie wyrwać lękliwemu kochankowi płomieniste wyznanie.

Tak stały rzeczy kiedy powóz minąwszy most Westminsterski zatrzymał się u wejścia do ogrodu królewskiego. Tłum przypatrywał się z uśmiechem zadowolenia wysiadającemu pompatycznie Józefowi, który zarumienił się z początku ale zaraz potem spojrzał z dumą na Rebekę i wyginając się podał jej rękę. Jerzy prowadząc Amelję, której twarz promieniała radością i szczęściem, rzekł:

- Ty jesteś tak dobry, Wiljamie, że pewno nie odmówisz mi tego i zabierzesz szale tych pań, nieprawdaż?

Kapitan wziął szale na rękę, zapłacił za bilety przy wejściu i postępował spokojnie za resztą towarzystwa. Nie zwracał nawet uwagi na Rebekę i jej kawalera, co zaś do Amelji to znajdował ją tak piękną i dobrą, że zdawała mu się odpowiadać zupełnie świetnym przymiotom Jerzego. Byłoby mu zapewne przyjemniej mieć co innego aniżeli szale pod ręką, żadna przecież myśl egoistyczna nie przyszła mu nawet do głowy. I nie mogło być inaczej. Jakżeby Dobbin mógł nie czuć się zadowolonym widząc że jego przyjaciel tak dobrze się bawi? Nosił więc powierzone mu szale i patrzył na młodą parę z ojcowskiem prawie uczuciem. Nic tam zresztą nie obudzało najmniejszej ciekawości kapitana Dobbin: tysiące kolorowych świateł, liczna orkiestra, wykonywająca pod złoconym kjoskiem najpiękniejsze melodje, śpiewacy, tańce, skoczki biegające po linie, butelki porteru, altany i namioty gdzie sprzedawano cienko jak papier pokrajaną szynkę: wszystko to było zupełnie Willjamowi Dobbin obojętnem.

Z białym kaszmirowym szalem Amelji na ręku, kapitan zatrzymał się przed estradą gdzie mistress Salmon śpiewała "Bitwę pod Borodinem." Była to kantata napisana na korsykańskiego awanturnika, którego szczęście zaczynało już opuszczać. Kiedy się ztamtąd oddalał Dobbin zaczął nucić piosnkę którą Amelja śpiewała w Russel Square wchodząc do salonu, ale głos jego był tak podobny do głosu puszczyka, że nie mógł sam powstrzymać się od śmiechu.

Nasze młode pary przyrzekały uroczyście, że do końca wieczora nie będą się oddalać od całego towarzystwa, ale w ogrodach Vauxhalu tak łatwo się zabłąkać, że przy wieczerzy dopiero wszyscy się zgromadzają, by wspólnie opowiadać sobie przygody całego dnia.

Jakąby tajemnicą nie były okryte przygody Amelji i Osborna, można być pewnym że ich myśli i postępowanie było czyste i nienaganne. Byli oni zresztą przyzwyczajeni od dzieciństwa znajdować się sami z sobą tak często, że to położenie nie było dla nich nowem.

Józef i Rebeka ujrzeli się nakoniec sami w cienistych alejach parku, spotykając tu i owdzie nowe pary, szukające również samotności. Oboje rozumieli dobrze trudność swego położenia; miss Sharp myślała nawet, nie bez trwogi, że jeżeli w tak drażliwej chwili wyznanie miłości zamrze na nieśmiałych ustach Józefa, to wszystko może być stracone.

Zatrzymali się najpierwej przed panoramą Moskwy. Tu jakiś niezgrabny niedźwiedź nastąpił na nogę Rebeki która wydawszy okrzyk boleści, rzuciła się w objęcia Józefa, żeby nie upaść na ziemię. Ten mały wypadek spotęgował czułość i zaufanie naszego bohatera do tego stopnia, że zaczął opowiadać swoje indyjskie historyjki słyszane już dziesięć razy.

- Chciałabym bardzo poznać Indje - przerwała Rebeka.

- Doprawdy? zapytał Józef z wyrazem czułości.

Nie można wątpić że to zręczne pytanie było wstępem do innego, nierównie czulszego jeszcze; tak przynajmniej należało sądzić z przyszpieszonego oddechu Józefa i z tego drgania sercowego, które Rebeka dobrze czuła pod ręką. Gdy w tem... o nieba! głośne uderzenie dzwonu dało znać publiczności że fajerwerki miały się rozpoczynać, i nasi kochankowie nie mogąc walczyć z kilkutysięcznym tłumem, zostali jak gdyby falą uniesieni w stronę, gdzie wszyscy cisnęli się gwałtownie.

Kapitan Dobbin znudzony trochę, miał już wielką ochotę połączyć się przy wieczerzy z całem towarzystwem, przeszedł nawet parę razy obok altany, gdzie obojętnie pary już siedziały przy stole, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Na stole były tylko cztery nakrycia, a nasi kochankowie tak zajęli się sobą, że nikt ani pomyślał o kapitanie Dobbin, jak gdyby go nie było na świecie.

- Byłbym tu zbytecznym gościem - pomyślał sobie, patrząc na zakochanych i odchodząc w przeciwną stronę.

W altanie przyjemna rozmowa utrzymywała przyzwoitą swobodę i naturalną wesołość. Józef myślał że jest w najwyższym blasku potęgi, dawając nakazującym głosem rozkazy na prawo i na lewo. Przyprawiał sałatę, odkorkowywał butelki szampana, krajał pieczyste, a przytem jadł i pił zmiatając wszystko co było na stole. W końcu zaproponował rak-punch, bo któż idzie do Vauxhalu, żeby nie skosztował co to jest rak punch!

- Chłopcze! - zawołał - przynieś tu rak-punchu!

Komu wiadomo że Rozamunda znalazła śmierć na dnie zatrutej czaszy, kto wie że puhar wina zabił Wielkiego Aleksandra, tego dziwić nie powinno że ów poncz był brzemienny wypadkami i wpłynął na losy głównych aktorów naszej powieści, pomimo że większa ich część nie skąpała ust w tym boskim nektarze.

Panienki nie piły wcale. Osborne zaś nie lubił tego napoju, a ztąd wynikło że Józef wypił wszystko, że wpadł następnie w stan najwyższej egzeltacji i że nakoniec groziły mu bardzo niemiłe następstwa. Hałaśliwa mowa, śmiech nienaturalny i ruchy jego gwałtowne, ściągnęły mnóstwo widzów naokoło altany, co wielce zmieszało panienki. Nasz bohater zaczął już śpiewać chrypliwym głosem, raczej do beczenia niż do śpiewu podobnym i wywołał huczne oklaski całej publiczności która się pomału od muzyki do altany przeniosła.

- Brawo, mój chłopcze! Zawołał ktoś z tłumu.

- Ej do licha! czybyśmy nie mogli zobaczyć go skaczącego na linie; to byłoby zabawne; co? odezwał się głos inny.

Ten żart przeraził obie panny i oburzył Osborna.

- Na miłość Boga, Józefie chodźmy ztąd - powiedział - odjeżdżajmy co prędzej.

Panienki podniosły się spiesznie.

- Czekajno, czekaj, moja luba synogarliczko, mruczał Józef, obejmując w pół Rebekę. Miss Sharp nie miała dosyć siły żeby się z jego uścisków wydobyć, co wywołało śmiech ogólny. Józef pił coraz więcej, przymrużał oczy, przemawiał do publiczności i zapraszał na poncz wszystkich, coby mieli ochotę stuknąć się z nim kieliszkiem.

Jakiś nieznajomy, dosyć podejrzanej powierzchowności, przyjął zaproszenie Józefa i zbliżył się do stołu. Osborne rzucił się żeby odepchnąć natręta, który nie okazywał skłonności do ustąpienia. Bójka zdawała się nieuniknioną, gdy na szczęście usłyszano głos: - Precz! z drogi!

Nowoprzybyły przecisnął się łatwo przez tłum ustępujący wszędzie na widok mundura i kapelusza trójkątnego i w oka mgnieniu był już w altanie.

Dobbin - bo to był on - przechadzał się w parku i na odgłos niezwykłej wrzawy pospieszył w stronę altany.

- Na miłość Boga, Wiljamie, gdzieżeś się podział? zawołał Osborne, wyrywając mu z rąk biały kaszmirowy szal i zarzucając na szyję Amelji. Zastąp mnie przynajmniej i dopilnuj Józefa nim te panie do powozu odprowadzę.

Jos zamierzył stawić czynny opór i już się podnosił, ale Osborne jednem poruszeniem ręki obalił go na ławkę i wyprowadził damy z altany. Józef mimo silnej czkawki, posyłał w powietrzu całusy, wołając:

- Niech was Bóg błogosławi! niech cię Bóg błogosławi! - Potem pochwycił rękę kapitana Dobbin i płacząc rzewnemi łzami, zwierzył mu się ze swoją miłością dla Rebeki, wołając że kochał szalenie tego anioła, że zadał swojem postąpieniem śmiertelny cios jej sercu, że chce ją poślubić jutro i że musi jechać natychmiast do Lambeth i zbudzić arcybiskupa jeżeliby tego prałata zastał już śpiącego.

Kapitan Dobbin, korzystając z tego, wyciągnął go z ogrodu aby jak najspieszniej niby udać się do arcybiskupiego pałacu a wsadziwszy go do powozu, odwiózł już śpiącego do domu.

Jerzy Osborne odprowadził panienki do Russell-Square bez żadnego wypadku i śmiał się szczerze z tej przygody, kiedy już wszelkie niebezpieczeństwo minęło.

Amelja spojrzała ze smutkiem na swoją przyjaciółkę uścisnęła ją, i obie rozeszły się w milczeniu udając się na spoczynek.

- Jutro niezawodnie przyjedzie żeby się ostatecznie oświadczyć, myślała Rebeka. Nazwał mnie swoją lubą i uścisnął mi rękę w przytomności Amelji. Nie może być żeby jutro nie zrobił stanowczego kroku.

Amelja myślała podobnie, a nawet układała już sobie jak będzie drużką jaką weźmie sukienkę i jakie upominki ofiaruje przyszłej bratowej.

Biedne łatwowierne istoty! Jakże wam mało znane skutki pączu! Widźcież o tem że rak-punch Wauxhalu wypity w ilości dwóch szklanek tylko, sprowadza już z niczem niezrównowany ból głowy, i że Józef Sedley dotknięty chorobą wątroby, wlał w siebie około litra tego strasznego napoju.

Dzień następny, mający przynieść szczęście Rebece i ziścić jej marzenia, był dla biednego Józefa dniem boleści, której żadne pióro opisać nie zdoła. Użycie wody selcerskiej nie było jeszcze znanem, piwo tylko uważano powszechnie jako środek łagodzący w podobnych wypadkach. Jerzy Osborne zastał już kapitana Dobbin niosącego ratunek znakomitemu poborcy z Boggley Vollah, który się przewracał na sofie, jęcząc z boleści. Dwaj przyjacieli zamienili spojrzenie, w którem nie zbyt wiele malowało się współczucia. Nawet służący Józefa, zwykle poważny jak przedsiębiorca pogrzebowych obrzędów, nie mógł ukryć uśmiechu, patrząc na konwulsyjne ruchy swego pana.

- Nigdy jeszcze nie widziałem mego pana tak rozgniewanego - mówił cicho służący do Osborna chciał bić woźnicę i kto wie coby się było stało, gdyby pan kapitan nie wziął był mego pana jak dziecko na ręce i nie zaniósł do pokoju.

Na odgłos dzwonka kamerdyner Brusch pospieszył drzwi otworzyć i zameldował wchodzącego:

- Pan Hosbin!

- Jakże się masz, Sedley? - spytał nowoprzybyły. - Czy całe uniosłeś kości? Masz tu na dole dorożkarza z podbitem okiem i z głową obwiązaną. Odgraża się, że cię przed sąd zapozwie.

- O jakim pozwie mówisz? - powiedział chory głosem konającego.

- No, wszakże obiłeś go w nocy porządnie, nieprawdaż Dobbin? Stróż zapewnia że nigdy nie zdarzyło mu się widzieć tak dobrze wymierzonego uderzenia. Zapytaj kapitana Dobbin.

- Tak, to prawda - rzekł kapitan Dobbin - poczęstowałeś go takim gradem kułaków, że się dorożkarz przewrócił.

- A ten jegomość w białym surducie w Wauxhalu! Czyż mu się mało dostało? - mówił dalej Hosbin. - Na honor, dzielnieś się wczoraj popisał; miałem zupełną satysfakcję patrzeć jak go okładałeś! Nigdy nie myślałem żebyście wy cywilni mieli taką odwagę; przyznam ci się szczerze że nigdy ci w drogę nie wejdę, jak będę cię widział w różowym humorze.

- O! tak, masz słuszność, jestem straszny kiedy mnie kto zaczepi - powiedział Józef jęczącym głosem.

Wszyscy parsknęli śmiechem.

Osborne nie bardzo życzył sobie żeby członek rodziny, do której on sam, Jerzy Osborne kapitan, miał wkrótce należeć, wchodził w związek małżeński z jakąś nieznanego pochodzenia dziewczyną, awanturnicą prawie. Postanowił skorzystać ze stanu, w jakim się Józef znajdował i odwieść go od wykonania powziętego zamiaru.

- Czy pamiętasz piosnkę wczorajszą? - powiedział Osborne.

- Jaką piosnkę? - zapytał Jos.

- A tę sentymentalną piosenkę, po której mówiłeś: "Moja ty synogarlico" do Róży... czy Rebeki, nie wiem jak jej na imię; wiesz, ta mała przyjaciółka Amelji.

Mówiąc to Osborne ujął rękę Wiliam'a i zaczął przedstawiać wczorajszą scenę, podwajając tym sposobem cierpienia głównego jej aktora.

Kapitan Dobbin, wiedziony uczuciem litości, robił mu uwagi, na które Jerzy, przechodząc z kapitanem do drugiego pokoju i zostawiając chorego staraniom doktora Glober, tak odpowiedział:

- Nie widzę doprawdy dla czego miałbym go oszczędzać. Jakaś tam guwernantka rzuca na niego strzeliste spojrzenia i chciałaby go złapać jak wróbla na nitkę. Guwernantka jest potrzebną, na to się zgadzam, ale daję ci słowo że wolałbym przecież kogo innego mieć za bratowę. Prawdę mówiąc, to już i bez tej nauczycielki rodzina Sedlejów nie może się wielkimi splendorami poszczycić. Mam wyobrażenia liberalne, ale mam także trochę miłości własnej i znam obowiązki, jakie względy towarzyskie wkładają na mnie; co do niej, nie powinnaby także ze swojej sfery wychodzić. Teraz będę pilnował tego fanfarona, żeby resztek rozumu nie utracił, a nie wiele ma do stracenia. Przestrzegałem go już parę razy że ta mała zagięła parol na niego; niechże się ma na ostrożności.

- Zapewne - mówił Dobbin z wyrazem człowieka, nie zupełnie wierzącego temu co mówi - zapewne, musisz wiedzieć lepiej od innych, że twoja rodzina należała zawsze do torysów i że jest jedną z najdawniejszych rodzin angielskich; ale...

- Chodź ze mną do Russel Square - rzekł Osborne przerywając mu - będziesz się zalecał do panny Sharp, będzie dziś zupełnie osieroconą.

Kapitan Dobbin nie dał się namówić i Osborne udał się sam do Russel Square. Zbliżając się do domu, nie mógł powstrzymać śmiechu kiedy zobaczył dwie główki patrzące jednocześnie przez okna, jedną na pierwszem piętrze, a drugą na górze.

W samej rzeczy jedno z tych stanowisk obserwacyjnych było zajęte przez Amelję, która patrzyła w stronę skweru leżącego niedaleko mieszkania Osborna, a na drugiem piętrze miss Sharp w oknie swego pokoju wyglądała niecierpliwie czy się nie zarysuje na tle zielonych klombów barczysta postać Józefa.

Osborne odpowiedział Amelji w kilku słowach stan Józefa, nie zaniedbując uwydatnić śmiesznej strony jego cierpień fizycznych. Kiedy byli zebrani w salonie, zaczął żartować z wrażeń Józefa, wywołanych wdziękami Rebeki i ze skutków tych wrażeń.

- Ah! miss Sharp, gdybyś pani widziała go dziś rano w szlafroku czerwonym, tarzającego się na sofie w boleściach, albo pokazującego język lekarzowi Glober..

- O kim pan mówisz? spytała Rebeka.

- Jakto o kim? Zapewne że nie o kapitanin Dobbin, którym nie wiele zajmowaliśmy się wczoraj.

- Ah! doprawdy żeśmy bardzo źle z nim postąpili rzekła Amelja rumieniąc się - nie rozumiem jak się to stało, ale zupełnie o nim... zapomniałam.

- Oh! powiedziałaś pani wielką prawdę - mówił Osborne śmiejąc się szczerze - ależ nie można zawsze myśleć o kapitanie Dobbin, nieprawda Ameljo? Nieprawdaż miss Sharp?

- Przypomniałam sobie że pan Dobbin istnieje wtenczas dopiero, kiedy wywrócił szklankę na stole, powiedziała ozięble Rebeka.

- Dobrze, miss Sharp, ja mu to powiem - rzekł Osborne.

Podczas tej rozmowy Rebeka uczuła niedowierzanie a nawet coś na kształt nienawiści ku Jerzemu.

- Chce bawić się moim kosztem - myślała - kto wie czy nie okrył mnie śmiesznością przed Józefem a może nawet użył intryg, jeżeli nie przemocy, żeby go zatrzymać. Józef już nie przyjdzie.

Twarz Rebeki zachmurzyła się, serce silnie bić zaczęło.

- Pan zawsze żartujesz ze mnie - powiedziała z niewinnym uśmiechem Rebeka - wolno panu, ja nie mam tu nikogo, panie Jerzy, coby wziął mnie w obronę.

Po tych słowach Rebeka odeszła, Osborne zrozumiał dobrze pełne wymówek spojrzenia Amelji i zdawał się żałować że jej przyjaciółkę zasmucił, ale po chwili dodał!

- Ty jesteś bardzo dobra i nadto pobłażliwa, moja droga Ameljo, brakuje ci mojego doświadczenia, bo nie znasz zupełnie świata. Twoja przyjaciółka powinnaby rozumieć że nie należy jej wychodzić ze swojej sfery.

- Więc myślisz, że Józef...

- Nie wiem nic zupełnie, wierz mi; Józef może postąpić jak mu się podoba, to do mnie nie należy. Ale to wiem tylko że jest bardzo lekkomyślny, niezmiernie próżny, i że postawił wczoraj "swoją małą synogarliczkę" w nader fałszywem i niemiłem położeniu.

Osborne śmiał się tak szczerze ze swego żartu, że jego wesołość udzieliła się Amelji.

Józef nie pokazał się tego dnia. Amelja ze zręcznością wytrawnego dyplomaty wynalazła pretekst żeby posłać do brata, dowiadując się o jego zdrowiu i prosząc o przysłanie dawno już obiecanej książki. Groom przyniósł odpowiedź, od służącego otrzymaną, że pan Józef leży w łóżku i że doktor jest przy nim w tej chwili.

- Przyjdzie jutro myślała Amelja. Obie przyjaciółki nie dotykały, w rozmowie tego drażliwego przedmiotu. Nazajutrz rano, kiedy siedziały w salonie zajęte pisaniem listów i czytaniem romansów, Sambo wszedł przyspieszonym jak zwykle krokiem, niosąc paczkę w ręku i list na tacy.

- List od pana Józefa Sedley, powiedział.

Amelja otworzyła list i czytała co następuje:

"Moja kochana Ameljo!

"Posyłam ci żądaną książkę. Stan mego zdrowia nie pozwolił mi być u was wczoraj. Dziś wyjeżdżam do Cheltenham. Uproś odemnie miss Sharp żeby zechciała mi darować i zapomnieć wszystko co mogłem jej powiedzieć przy tej nieszczęśliwej wieczerzy. Jak tylko mi się polepszy - bo zdrowie moje silnie nadwerężone - pojadę na kilka miesięcy do Szkocji.

Twój na zawsze Józef S.

Wszystko było stracone. Amelja nie śmiała podnieść oczu na bladą twarz Rebeki, opuściła list na kolana przyjaciółki i wyszła do swego pokoju, nie mogąc dłużej od łez się powstrzymać.

Ochmistrzyni Blenkinsop przybiegła natychmiast że by biedne dziecko pocieszyć i uspokoić.

- Nie ma czego tak bardzo smucić się i płakać nie chciałam dotąd nic mówić, ale nikt w całym domu nie lubi tej panny, od czasu jak się dała lepiej poznać. Ileż to razy schwytałam ją czytającą listy samej pani. Pinner mówi że nie raz ją widzi jak przewraca po wszystkich biurkach, szufladach i pudełkach a nawet zaręcza że włożyła białą szarfę panienki do swojej walizy.

- To ja dałam jej tę szarfę, sama jej dałam! - wołała Amelja, której zapewnienia nie zdołały zmienić opinji, jaką ochmistrzyni miała o Rebece.

- Nigdy nie wierzę tym guwernatkom - mówiła później Blenkinsop do służącej Pinner - bo to ani wilk, ani owca. Zawsze się im chce udawać wielkie panie, a często mniej są od nas płatne.

Z wyjątkiem Amelji, wszyscy w domu byli pewni że bliski odjazd Rebeki już nieunikniony. Pomału i biedna Amelja musiała się zgodzić z tą smutną koniecznością. Nie było szafy i komody, którejby Amelja nie przewróciła, wyjmując koronki, aksamitki, szarfy, chusteczki jedwabne i układając coraz to nowy pakiecik dla swojej nieodżałowanej przyjaciółki. Przypomniała nawet ojcu że jej obiecał dać tyle gwineów ile miała lat i prosiła go żeby jej pozwolił oddać te pieniądze Rebece, która nierównie więcej potrzebowała od niej.

Nawet Jerzy Osborne nie wymawiał się od nałożonego przez Amelję podatku i poszedł na Bond-Street kupić najpiękniejszy kapelusz dla Rebeki.

- Oto upominek od Jerzego dla ciebie, moja droga Rebeko - powiedziała z dumą Amelja - patrz jaki on ma dobry gust. Poczciwy Jerzy; nie ma równego mu na świecie!

- Oh, nie ma równego mu na świecie - powtórzyła Rebeka - bardzo mu jestem wdzięczna.

W myśli zaś mówiła sobie: "Nikt inny tylko Jerzy Osborne przeszkodził mi wyjść za Józefa." Zbytecznem byłoby mówić tu o uczuciu, jakie Rebeka żywiła dla Osborna.

Z twarzą zupełnie wypogodzoną zajęła się pakowaniem rzeczy i bez oporu dała się uprosić żeby przyjąć podarunki Ameiji. Zapewniła panią Sedley o wiecznej swojej dla niej wdzięczności, ale umiała być umiarkowaną w podziękowaniach, zauważywszy że pani Sedley przyjmowała je dosyć chłodno, a nawet zdawała się jej unikać. Pocałowała z uczuciem rękę pana Sedley i prosiła go żeby pozwolił jej uważać się zawsze jako najlepszego opiekuna. Było coś tak tkliwego w jej pokorze, że pan Sedley uczuł się usposobionym dać weksel na dwadzieścia funtów szterlingów, ale przytłumił ten popęd wspaniałomyślny, bo powóz czekał już na niego; miał tylko czas powiedzieć Rebece:

- Niech ci Bóg pomaga, moje dziecko! Nie zapominaj, że zawsze znajdziesz tu dobre przyjęcie.

Potem wsiadł spiesznie do powozu mówiąc:

- James, masz mnie zawieść do Mausion House.

Godzina rozstania bolesnego dwóch przyjaciółek wybiła. Tu nastąpiła scena, w której jedna rola była prawdziwą, druga zaś z mistrzowskim odegrana talentem: Czułe pieszczoty, gorące łzy, flakon z octem trzeźwiącym i uroczyste przysięgi wiecznej przyjaźni, obok szczerych i serdecznych uczuć Amelji.

Rebeka zanosząc się od płaczu, opuściła nakoniec Russell Square.

 

VII. Sir Crawley z Crawley-la-Reine.

 

W roczniku dworskim z roku pańskiego 18.., pod literą C., widzimy zapisane następujące nazwisko: Crawley (sir Pitt), baronnet, Great-Gaunt-Street et Crawley-la-Reine (Hants). Szanowne to nazwisko znajdowało się zawsze na liście kandydatów zalecających się wyborcom tej okolicy.

O miasteczku Crawley-la-Reine takie krąży podanie: Królowa Elżbieta w jednej ze swoich podróży zatrzymała się w Crawley na śniadanie. Właściciel ówczesny tej mieściny postawił na królewskim stole tak wyborne piwo, że Jej królewska ..........................

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: William Makepeace Thackeray (1811-1863), Illustration to chapter 56 of Vanity Fair (1861),

licencja public domain, źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Vanity_Fair,_chapter_56_by_William_Makepeace_Thackeray.jpg

This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law,

including all related and neighboring rights.

 

Tekst wg edycji:

William Makepeace Thackeray

Targowisko próżności

Wyd. J. Czaiński

Gródek Jagielloński 1914

Zachowano oryginalną pisownię.

 

? Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-908-9