XXXVII. DALSZY CIĄG ROZWAŻAŃ NA TEN SAM TEMAT.
Przede wszystkim jako kwestię najważniejszą należy objaśnić, jak zdobywa się dom za roczny czynsz równy zeru. Rezydencje bywają nieumeblowane i w takim przypadku dysponując kredytem w firmach Gillows lub Bantings można je urządzić i przyozdobić wspaniale i zgodnie z wymaganiami własnego gustu. Bywają również umeblowane, co zazwyczaj nastręcza lokatorom znacznie mniej zachodu i kłopotów. A zatem państwo Crawley wynajmując swoją pierwszą siedzibę w Londynie woleli uciec się do drugiej ze wspomnianych metod.
Zanim pan Bowls objął władzę nad służbą i piwnicami przy Park Lane, kamerdynerem panny Crawley był niejaki Raggles, urodzony w rodzinnych dobrach, młodszy syn ogrodnika z Queen's Crawley. Dzięki nienagannemu prowadzeniu, pięknej postawie i kształtnym łydkom oraz wrodzonej powadze, Raggles awansował z chłopca kredensowego na lokaja, następnie zaś osiągnął godność kamerdynera. Przez szereg lat przewodził służbie starej panny, miał więc dobrą pensję, znaczne dochody i doskonałe warunki do robienia oszczędności. Wreszcie oznajmił, że zamierza wstąpić w związki małżeńskie z byłą kucharką panny Crawley, osobą poważną, która w owym czasie żyła uczciwie i dostatnio prowadząc w niedalekim sąsiedztwie domu przy Park Lane magiel oraz niewielki sklepik zieleniarski. W istocie ceremonia potajemnych zaślubin odbyła się znacznie wcześniej, lecz wiadomość o małżeństwie pana Raggles trafiła do chlebodawczyni dzięki parce dzieci - siedmioletniemu chłopczykowi i ośmioletniej dziewczynce - na których nieustanną obecność w kuchni panna Briggs zwróciła uwagę.
Raggles ustąpił ze stanowiska, by osobiście zająć się nadzorem nad niewielkim sklepikiem i warzywami. Asortyment towarów uzupełnił mlekiem, śmietaną, jajami, drobiem, mięsem wieprzowym - zadowalał się więc handlem skromnymi produktami wsi, chociaż inni byli kamerdynerzy najchętniej handlują w szynkach napojami wyskokowymi.
Raggles miał szerokie stosunki wśród okolicznej służby i przytulny pokoik za sklepem, gdzie jego małżonka podejmowała klientelę, a więc mleko, śmietana i jaja cieszyły się wzięciem w wielu szykownych domach, a zyski przedsiębiorstwa wzrastały ustawicznie. Były kamerdyner z roku na rok gromadził pieniądze, kiedy więc piękny kawalerski dom przy Curzon Street 201 (ostatnio rezydencja jaśnie wielmożnego Fryderyka Deuceace'a, który dyskretnie wyjechał za granicę) poszedł pod młotek wraz z całym urządzeniem pierwszorzędnej jakości, pan Karol Raggles stanął do licytacji, nabył tytuł dzierżawy wieczystej oraz kompletne ruchomości. Trochę pieniędzy musiał pożyczyć na lichwiarski procent od kolegi-kamerdynera, lecz większą część wyłożył z własnych zasobów i pani Raggles była niezmiernie dumna spocząwszy w rzeźbionym mahoniowym łożu z jedwabnymi zasłonami naprzeciw zdumiewającego trema i szafy tak ogromnej, że mogłaby w swym wnętrzu pomieścić ją wraz z mężem i dziatwą.
Oczywiście państwo Ragglesowie nie zamierzali rezydować stale w apartamentach tak szykownych. Były kamerdyner kupił dom, aby go wynająć. Skoro więc znalazł lokatorów, wrócił do mieszkanka za sklepem, lecz wielką przyjemność stanowiła dlań zawsze przechadzka na Curzon Street, gdzie podziwiał dom - własny dom! - z mosiężną kołatką u drzwi i doniczkami geranium w oknach. Lokaj, spotykany niekiedy przy wejściu dla służby, traktował go z szacunkiem, kucharka kupowała warzywa w jego sklepiku i mówiła doń "panie gospodarzu". Gdyby zechciał, nie mógłby ujść jego wiadomości ani jeden krok lokatorów, ani jedno danie spożyte przez nich na obiad.
Raggles był zacnym człowiekiem - zacnym i szczęśliwym. Dom przynosił tak pokaźny dochód, że były kamerdyner postanowił umieścić dzieci w dobrych szkołach. Wobec tego mały Karol znalazł się w Sugarcane Lodge (zakładzie wychowawczym doktora Swishtaila), a Matylda wyjechała na pensję panny Peckower, do Laurentium House w Clapham.
Raggles kochał i wielbił rodzinę Crawleyów, którym zawdzięczał wszystkie sukcesy życiowe. W bawialni za sklepem wisiał wizerunek jego byłej chlebodawczyni oraz rysunek wykonany tuszem przez ową damę, a przedstawiający domek odźwiernego przy parkowej bramie w Queen's Crawley. Bogate dekoracje domu przy Curzon Street nowy właściciel uzupełnił tylko jedynym sztychem. Widniał na nim pałać w Queen's Crawley, rezydencja sir Walpole'a Crawleya, baroneta, a sam baronet w pozłocistym powozie zaprzęgniętym w szóstkę białych koni przejeżdżał koło jeziora ze stadami łabędzi i barkami, pełnymi dam w krynolinach oraz muzykantów w perukach. Poczciwy Raggles był głęboko przekonany, że na całym świecie nie ma drugiej równie wspaniałej miejscowości ani drugiego równie szlachetnego rodu.
Szczęśliwym trafem dom przy Curzon Street był wolny, kiedy Rawdon z rodziną wrócił do Londynu. Pułkownik znał doskonale ów dom oraz jego właściciela, który kultywował stosunki z rodem byłych chlebodawców i zwykł pomagać panu Bowlsowi, gdy panna Crawley przyjmowała przyjaciół. Stary sługa nie tylko wynajął swój dom pułkownikowi, lecz również sprawował funkcje kamerdynera w dnie przyjęć, kiedy to pani Raggles obejmowała we władanie kuchnię i dostarczała na stół obiady takie, że nawet panna Crawley nic by im zarzucić nie mogła.
Oto metoda, dzięki której poczciwy Rawdon zdobył dom za czynsz roczny równy zeru. Naturalnie Raggles musiał płacić podatki, tenutę dzierżawną, procenty od pożyczki zaciągniętej od kolegi-kamerdynera; musiał pokrywać koszty swojego ubezpieczenia na życie, pobytu dzieci w szkołach oraz jadła i napojów spożywanych przez dwie rodziny: własną i przez czas jakiś lokatora. W rezultacie biedak został doszczętnie zrujnowany i powędrował do więzienia dla dłużników przy Fleet Street, a jego dzieci znalazły się na bruku. Trudno! Ktoś zawsze płaci - nawet za dżentelmenów, którzy chcą żyć dostatnio przy rocznym dochodzie równym zeru. W danym przypadku niefortunny Raggles reprezentował nie istniejące kapitały pułkownika Crawleya.
Nieraz się zastanawiałem, jak wiele skromnych rodzin przywodzą do bankructwa aferzyści w stylu pułkownika Crawleya? Jak wielu szlachetnie urodzonych panów okpiwa ubogich dostawców, raczy wyłudzać drobne sumki od własnej służby, nie unika szacherek na sumę kilku szylingów? Kiedy czytamy, iż jeden bardzo wielki arystokrata przeniósł się za granicę albo drugi bardzo wielki arystokrata ma w swych pałacach komorników, że ten lub ów zostawił długi wynoszące sześć czy siedem milionów - klęska wydaje się nam chwalebna i szanujemy ofiarę z racji rozmiarów katastrofy. Któż jednak współczuje biednemu fryzjerowi, co nie dostał pieniędzy za pudrowanie lokajskich peruk, albo biednemu cieśli, którego zrujnowały dekoracje i altany wzniesione z racji przyjęcia u jaśnie pani? Kto lituje się nad jakimś protegowanym przez rządcę krawczykiem spod ciemnej gwiazdy, co zapożyczył się wyżej uszu, aby w porę dostarczyć liberię dla całej służby, obstałowaną łaskawie przez jaśnie pana?
Kiedy walą się wielkie domy, biedacy giną niepostrzeżenie pod gruzami. "Nim zły pójdzie sam do piekła - mówi stare przysłowie - musi tam wprzódy wysłać wiele innych duszyczek."
Państwo Crawley patronowali wspaniałomyślnie dostawcom i rzemieślnikom nieboszczki ciotki, którzy zgłaszali się do domu przy Curzon Street, a do usług skłonni byli wszyscy niemal, zwłaszcza najubożsi. Dziwić się należy uporowi, z jakim praczka z Totting ciągnęła każdej soboty ręczny wózek i tydzień po tygodniu przedstawiała rachunki. Dostawy produktów spożywczych przypadły w udziale samemu panu Ragglesowi. Przechowany w szynku "Pod Zmiennymi Losami Wojny" rachunek za porter dla służby stanowi nie lada osobliwość w dziedzinie historii piwa. Z domownikami rzecz przedstawiała się podobnie. Każdy z nich miał u państwa lwią część swoich zasług, a zatem broniąc własnych interesów siłą rzeczy trzymał się posady. Otwarcie mówiąc państwo Crawley nie płacili nikomu: ani ślusarzowi za otwarcie zamka, ani szklarzowi za wprawienie szyby, ani właścicielowi remizy za wynajęcia karety, ani stangretowi za powożenie tym ekwipażem. Nie płacili za baranią łopatkę ani za ogień, przy którym ją upieczono, ani kucharce, która ją przyrządziła, ani służbie, która ją zjadła. O ile mi wiadomo, osoby przywykłe żyć dostatnio przy rocznym dochodzie równym zeru stosują nader często podobne metody.
W małym mieście nie mogłyby one ujść niepostrzeżenie. W małym mieście wiadomo, ile mleka zużywa sąsiad, i łatwo wyszpiegować każdą ćwiartkę mięsa i każdą sztukę drobiu na jego obiadowym stole. Zapewne domy przy Curzon Street oznaczone numerami 200 i 202 wiedziały, co się dzieje w rezydencji położonej między nimi, gdyż służba lubi wymieniać informacje z podwórka na podwórko. Ale Crawley ani jego żona, ani ich przyjaciele nie znali najbliższych sąsiadów. A pod dwieście pierwszym czekało gościa serdeczne powitanie, przyjemny uśmiech, smaczny obiad, gorący uścisk ręki. Gospodarz i gospodyni podejmowali wszystkich, i to tak szczodrze, jak gdyby dysponowali dochodem wynoszącym trzy lub cztery tysiące funtów rocznie. I dochodem takim dysponowali - nie w gotówce, co prawda, lecz w towarach i pracy. Nie płacili za baraninę, ale ją mieli. Na wino nie wydawali szlachetnego kruszcu, ale któż o tym wiedział! Gdzie były trunki lepsze niż u poczciwego Rawdona? Przy czyim stole jadano obiady równie dobre i szykownie podane? Salony pułkownika były małe, lecz urocze, przytulne i z niezwykłym smakiem udekorowane przez Rebekę tysiącem cacek wywiezionych z Paryża. Kiedy pani domu siadała do fortepianu i zaczynała trelować wesoło i swobodnie, obcy przybysz odnosił wrażenie, iż trafił do prawdziwego raju rodzinnego, i przyznawał, że mąż jest głupkowaty, atoli żonę ma czarującą i wydaje obiady najprzyjemniejsze pod słońcem.
Dzięki sprytowi, bystremu dowcipowi i układności Rebeka szybko zyskała mir w Londynie, a przynajmniej w pewnych kołach stolicy. Przed jej dom zajeżdżały wspaniałe karoce, a wysiadały z nich osobistości bardzo wysoko postawione. Najbardziej znani dandysi eskortowali w parku powóz pani Crawley. Jej skromną lożę w trzecim rzędzie opery zdobiły głowy zmieniające się ustawicznie. Atoli trzeba przyznać, że damy stroniły od młodej awanturnicy, a drzwi ich domów były przed nią zamknięte.
O świecie wytwornych pań oraz ich obyczajów kronikarz może pisać posługując się wiadomościami jedynie z drugiej ręki. Mężczyzna nie potrafi zgłębić tych sekretów, jak nie zdoła odgadnąć, o czym gawędzą damy, gdy po obiedzie przejdą do salonu. Dzięki dociekliwości i żmudnym staraniom uda mu się zapewne uchylić rąbka tajemnicy, bo każdy, kto wałęsa się po Pall Mall i uczęszcza do klubów naszej stolicy, dowiaduje się tego lub owego o wielkim świecie Londynu z własnego doświadczenia albo od znajomych, z którymi grywa w bilard czy też jada kolacje. Taki obserwator rozumie, że jak bywają mężczyźni (na przykład Rawdon Crawley, dżentelmen w znanej nam już sytuacji), co robią dobre wrażenie na osobach nieświadomych rzeczy lub terminujących dopiero w Hyde Parku, gdyż pokazują się tam w kompanii najgłośniejszych elegantów, tak bywają również damy, które można by nazwać kobietami w męskim guście, ponieważ cieszą się łaskawymi względami wszystkich wielkich panów i są systematycznie ignorowane lub lekceważone przez wszystkie żony wielkich panów. Do tego typu należy pani Firebrace - piękność o bujnych, jasnych lokach widywana każdego dnia w parku pośród grona najsłynniejszych i najszykowniejszych światowców Imperium Brytyjskiego. Do tego typu należy pani Rockwood, o której przyjęciach z udziałem ambasadorów i czołowych przedstawicieli arystokracji tak często wspominają wielkoświatowe gazety. Podobne przykłady można by mnożyć w nieskończoność, gdyby miały coś wspólnego z naszą bieżącą opowieścią. Prostaczkowie żyjący skromnie i na uboczu lub mieszkańcy prowincji zainteresowani światem salonów podziwiają złudną chwałę owych pań, gapią się na nie w miejscach wszystkim dostępnych i, być może, zazdroszczą im z daleka. Ale osoby lepiej poinformowane mogłyby uświadomić takich wielbicieli, iż godne zazdrości damy mają widoki na dostanie się do "towarzystwa" nie większe niż małżonka podupadłego ziemianina z hrabstwa Somerset, która o ich sukcesach i publicznych wystąpieniach czytuje w "Morning Post".
Ludzie obracający się w Londynie są niestety świadomi tej okrutnej prawdy. Wiedzą, jak bezlitośnie damy szanowane na pozór i bogate, bywają odsuwane od "towarzystwa". Zapamiętałe wysiłki, jakich nie szczędzą, by przeniknąć do owych kręgów, poniżenia i zniewagi, jakim poddają się bez szemrania, budzą podziw w osobach, które obrały za przedmiot badań ród ludzki albo raczej niewieści. Dzieje wytwornego żywota w trudnych warunkach stanowiłyby wspaniały temat dla wielkiego męża posiadającego dużo czasu, cięty dowcip i znajomość języka angielskiego w stopniu dozwalającym na opracowanie tego pokroju rozprawy.
Otóż nieliczne Angielki, znajome pani Crawley zza granicy, nie tylko nie złożyły jej wizyt, kiedy przybyła na naszą stronę kanału, lecz okrutnie ją postponowały przy spotkaniach w miejscach publicznych. Ciekawy dla wszystkich, a niezbyt miły dla Becky temat do rozmyślań stanowiło pytanie: czemu wielkie damy tak łatwo puściły ją w niepamięć? Kiedy lady Bareacres natknęła się na nią w przedsionku opery, osłoniła własną osobą córki (jak gdyby mogło je skalać dotknięcie pani Crawley), cofnęła się o kilka kroków i pogardliwym wzrokiem zmierzyła nieprzyjaciółkę. Ale nawet stara, sztywna, lodowata lady Bareacres nie potrafiła zdobyć się na spojrzenie, zdolne wytrącić z równowagi nieugiętą Becky. Kiedy lady de la Mole, która w Brukseli dziesiątki razy jeździła konno w towarzystwie pani Crawley, spotkała w Hyde Parku jej odkryty powóz, oślepła nagle i wcale nie poznała serdecznej przyjaciółki z tak niedawnych czasów. Nawet pani Blenkinsop, żona bankiera, nie odpowiedziała w kościele na ukłon pani pułkownikowej. Bo Becky regularnie uczęszczała teraz do kościoła! Budujący był widok, gdy wkraczała tam mając Rawdona u boku i dwa suto złocone, grube modlitewniki w rękach, następnie zaś z przykładną rezygnacją wytrzymywała całe nabożeństwo.
Zrazu Rawdon boleśnie odczuwał upokorzenia Becky. Był posępny, rozdrażniony. Mówił nawet o wyzywaniu mężów lub braci wszystkich nieuprzejmych pań, co żonę jego traktowały bez należytego szacunku. Rebeka musiała uciekać się do błagania i groźby, aby utrzymać pułkownika w ryzach i skłonić go do przystojnego zachowania.
- Kulami z pistoletu nie zdołasz utorować mi drogi do towarzystwa - mówiła z pogodą. - Nie zapominaj, mój drogi, że ja byłam tylko guwernantką, a ty, biedny, stary głuptasie, masz jak najgorszą reputację z racji długów i kart, i wszelkich możliwych grzeszków. Powoli, cierpliwie zyskam tylu przyjaciół, ilu nam będzie trzeba, ale tymczasem musisz być grzecznym chłopcem, słuchać pani nauczycielki i robić tylko to, co ona ci każe. Pamiętasz, w jaką furię wpadłeś, kiedy dowiedzieliśmy się, że twoja ciotka zostawiła prawie wszystko Pittowi i jego żonie? Roztrąbiłbyś o tym na cały Paryż, gdybym cię w porę nie uspokoiła. I gdzie byłbyś teraz? W więzieniu Świętej Pelagii
zamiast w Londynie, w wygodnym i eleganckim domu! Ach, ty podły Kainie! Taki byłeś wściekły, że chętnie zamordowałbyś brata. A cóż dobrego może wyniknąć z dąsów i gniewu? Żadna złość nie wróci nam pieniędzy po ciotce. Lepiej chyba być w przyjaźni z rodziną twojego brata niż w wojnie, jak ci durnie z probostwa. Jak twój ojciec umrze, miło nam będzie spędzać zimy w Queen's Crawley. Przyda się to i mnie, i tobie. A jeżeli zbankrutujemy, ty możesz tam krajać pieczyste przy stole i zająć się stajniami, a ja zostanę guwernantką dziatek lady Jane... Zbankrutujemy! Co ja plotę? Zanim się to stanie, znajdę dla ciebie dobre stanowisko. A może Pitt i jego synek umrą? Wtedy ty będziesz sir Rawdonem, a ja lady Crawley. Póki życia, póty nadziei, mój drogi! Poczekaj! Już ja wykierują cię na człowieka. Kto sprzedał twoje konie? Kto spłacił twoje długi?
Pułkownik musiał przyznać, iż bardzo wiele zawdzięcza żonie, i na przyszłość zaufać jej przewodnictwu.
Becky mówiła prawdę. Kiedy panna Crawley zeszła z tego świata, a jej pieniądze - przedmiot zaciekłych walk całej rodziny - nieodwołalnie dostały się Pittowi, wielebny Bute (odziedziczywszy tylko pięć tysięcy zamiast spodziewanych dwudziestu) tak wściekł się z żalu, że naubliżał bratankowi i ustawiczne nieporozumienia ukoronował ostatecznym zerwaniem stosunków. Tymczasem Rawdon Crawley, który otrzymał marne sto funtów, zachował się zupełnie inaczej i stanowiskiem swoim zdumiał brata oraz ucieszył szwagierkę usposobioną przychylnie do całej mężowskiej rodziny. Z Paryża wystosował do Pitta szczery, pogodny, prawdziwie męski list. Zdaje sobie sprawę - tak pisał pułkownik - że małżeństwo ściągnęło na niego niełaskę panny Crawley. Nie zamierza ukrywać żalu z racji tak nielitosnego potraktowania przez nieboszczkę ciotkę, lecz jest zadowolony, że pieniądze zostały w starszej gałęzi rodu i serdecznie gratuluje sukcesu Pittowi. Bratowej przesyła życzliwe braterskie pozdrowienia i wyraża nadzieję, iż lady Jane odniesie się przychylnie do jego małżonki. List kończyło postscriptum przeznaczone dla Pitta, a skreślone ręką Becky. Młoda dama prosiła uprzejmie, by pan Crawley zechciał przyjąć również jej gratulacje. Zapewniała, że do końca życia zachowa w pamięci jego dobroć okazywaną niegdyś biednej samotnej sierocie, guwernantce małych siostrzyczek, których sprawy nadal stanowią przedmiot jej tkliwego zainteresowania. Życzyła panu Pittowi wiele szczęścia w małżeńskim stanie i skromnie prosiła, by wolno jej było załączyć wyrazy głębokiego szacunku dla lady Jane, o której niezwykłej dobroci mówią wszyscy wokoło. Wreszcie wyrażała nadzieję, iż w niedługim czasie będzie mogła przedstawić swojego syna stryjowi i stryjence oraz polecić go ich łaskawym względom.
Pitt przyjął ów list życzliwie, znacznie życzliwiej niż panna Crawley dawniejsze utwory Becky pisywane ręką Rawdona. Lady Jane była oczarowana. Spodziewała się, że jej mąż podzieli schedę po ciotce na dwie równe części i niezwłocznie jedną z owych połówek wyśle bratu do Paryża. Ale ku jej rozczarowaniu pan Crawley nie zamierzał obdarować Rawdona czekiem na trzydzieści tysięcy funtów. Zaproponował mu natomiast braterski uścisk ręki, gdy pułkownik wróci do Anglii i zechce się z nim spotkać. Pani Crawley podziękował uprzejmie za dobre mniemanie o nim i lady Jane oraz zapewnił, że jej synek może liczyć na przychylność i wszelkie względy stryjostwa.
W ten sposób nastąpiło niemal pojednanie między braćmi. Ale Pitta ani jego małżonki nie było w Londynie, gdy osiedliła się tam Becky. Nie raz i nie dwa razy przejeżdżała obok dobrze znanego domu przy Park Lane, aby zobaczyć, czy nowi właściciele objęli go już w posiadanie. Wszelako nowi właściciele nie pojawiali się jakoś, a informacji o nich dostarczał jedynie Raggles. Dawnych domowników panny Crawley odprawiono wypłacając im sute gratyfikacje. Pan Pitt tylko raz jeden pokazał się w stolicy. Na kilka dni zamieszkał przy Park Lane, załatwił jakieś interesy z prawnikami i wszystkie francuskie powieści ciotki sprzedał księgarzowi z Bond Street.
Becky miała powody, by tęsknie oczekiwać powinowatych w stolicy.
"Jak lady Jane tu zjedzie - przemyśliwała - zrobię z niej swoją protektorkę w londyńskim towarzystwie. Najgorsze są baby. Ale to nic! Będą musiały mnie zapraszać, jak przekonają się, że jestem mile widziana przez mężczyzn."
Dla damy w sytuacji pani Rawdonowej wierna towarzyszka jest sprzętem równie nieodzownym jak kareta. Z całym uznaniem spoglądam zawsze na tkliwą istotę, która nie potrafi żyć bez ciepłych uczuć, wynajmuje więc szczególnie brzydką przyjaciółkę i nie rozłącza się z nią prawie nigdy. Budujący jest widok tej zawsze obecnej niewiasty, kiedy w spłowiałej sukni siedzi za przyjaciółką w jej loży operowej albo na przedniej ławeczce powozu. To symbol zdrowy i zupełnie moralny, równie wesoły, jak trupia główka uświetniająca uczty staroegipskich hulaków - dziwaczne, sardoniczne memento z Targowiska Próżności. Ba! Nawet piękna, nieugięta, pozbawiona skrupułów, sumienia i serca pani Firebrace, której ojciec zamartwił się na śmierć z jej powodu, nawet urocza, nieustraszona pani Mantrap, co w biegu z przeszkodami nie da prześcignąć się żadnemu mężczyźnie w Anglii, a w Hyde Parku sama powozi czwórką siwków, chociaż jej matka do dziś dnia ma w Bath stragan z drobną galanterią; nawet osoby śmiałe, pewne siebie, gotowe na pozór stawić czoło wszystkim i wszystkiemu, nie ważą się stawić czoła wielkiemu światu bez wiernej towarzyszki i przyjaciółki! Wrażliwe, subtelne kobietki muszą mieć kogoś, na kim można się wesprzeć! Trudno je więc zobaczyć w miejscach publicznych bez obskurnej "nierozłączki" w farbowanych jedwabiach, która siedzi gdzieś w cieniu, lecz tuż obok nich lub za nimi.
- Rawdonie, muszę mieć owczarka - powiedziała jednej nocy Becky.
Było bardzo póżno. W salonie przed trzaskającym wesoło na kominku ogniem zasiadało półkolem kilku mężczyzn. Panowie mieli zwyczaj kończyć wieczór u Crawleyów, gdzie gościnna pani domu podawała o każdej porze kawę i lody najlepsze chyba w Londynie.
- Co musisz mieć, moja droga? - zapytał Rawdon od stolika écarté.
- Owczarka! - zawołał młody hrabia Southdown. - Co za pomysł, droga, urocza pani Crawley! Czy nie lepszy będzie duński dog? Wiem nawet o jednym wielkim, słowo honoru, jak żyrafa. Myślę, że mógłby ciągnąć pani powóz. Jak Boga kocham! Albo chart perski, co? Jeżeli pani sobie życzy, służę pięknym okazem. Albo karłowaty mopsik, taki, co by się zmieścił w tabakierce lorda Steyne'a? Jeden facet z Bayswater ma karłowatego mopsika z takim nosem... Król i gra!... z takim nosem, pani Crawley, że mogłaby pani wieszać na nim kapelusz.
- Zapisane - odrzekł poważnie Rawdon.
Zazwyczaj był pochłonięty kartami i nie mieszał się do rozmowy, jeżeli nie tyczyła koni lub gry na wyścigach.
- Na co, u licha, potrzebny pani owczarek? - ciągnął wesoły, młody Southdown.
- Miałam na myśli owczarka w sensie moralnym - uśmiechnęła się Becky zerkając spod oka w stronę markiza Steyne'a.
- A cóż to za stworzenie? - zdziwił się ten ostatni.
- Pies, który odpędzałby wilki ode mnie - wyjaśniła Becky. - Dame de compagnie.
- Kochana, niewinna owieczko, istotnie pani tego potrzebuje - powiedział markiz; wysunął naprzód szczękę, uśmiechnął się dwuznacznie i utkwił małe chytre oczka w Rebece.
Wielki lord Steyne stał przed kominkiem popijając kawę. Ogień strzelał wesoło, przyjemnie. Dziesiątki świec w oryginalnych kandelabrach - złoconych, brązowych, porcelanowych - błyszczały jasno. W ich świetle cudownie rysowała się figura Becky, która w niedbałej pozie siedziała na sofie obitej materią w duże jaskrawe kwiaty. Becky miała na sobie różową suknię i wyglądała świeżo, jak prawdziwa róża. Mglisty szal przesłaniał na poły jej olśniewająco białe ręce i ramiona. Złociste loki stanowiły piękną oprawę delikatnej twarzy. Z szeleszczących fałdów jedwabiu wychylała się drobna stópka w najwykwintniejszym maleńkim sandałku na najcieńszej jedwabnej pończoszce.
Blask tych samych świec lśnił na łysej, okolonej wianuszkiem rudych włosów czaszce lorda Steyne'a. Pod krzaczastymi brwiami markiza kryły się małe oczki: przekrwione, mrugające ustawicznie, okolone tysiącem zmarszczek. Lord Steyne miał ciężki podwójny podbródek, a gdy się śmiał, w czeluści jego ust połyskiwały dwa długie, białe kły. Tego dnia jadł kolację w towarzystwie osób krwi królewskiej, a więc nosił insygnia Orderu Podwiązki. Był to niski, krępy mężczyzna o szerokiej klatce piersiowej i kabłąkowatych nogach, pysznił się jednak delikatną budową swych nóg i kostek i lubił dotykać pieszczotliwie kolana ozdobionego podwiązką.
- Aha, widzę, że pasterz nie wystarcza do obrony jagniątka - powiedział lord Steyne.
- Pasterz zanadto lubi karty i zbyt gorliwie uczęszcza do klubów - roześmiała się Becky.
- Doprawdy, cóż to za rozpustny Corydon! - zawołał jaśnie wielmożny markiz. - Gęba w sam raz do fajki!
- Trzy do dwóch dla mnie - odezwał się Rawdon przy karcianym stoliku.
- Słuchajcie tego Melibeusa
- roześmiał się lord Steyne. - Nawet teraz trudni się pasterstwem: strzyże młodego Southdowna! Niewinny baranek, co? Do diabła! Jakie nieskalane, białe runo!
Zielone oczy Rebeki błysnęły jadowicie.
- Pan markiz - powiedziała - zna się na pasterstwie jako kawaler Złotego Runa.
Istotnie, szyję lorda Steyne'a zdobił Order Złotego Runa nadany mu przez hiszpańskiego monarchę po odzyskaniu tronu.
Lord Steyne słynął w młodości jako gracz nieustraszony i szczęśliwy. Przy hazardzie spędził dwa dni i dwie noce z panem Foxem. Wygrywał pieniądze od osobistości najwyżej postawionych w królestwie. Podobno nawet markizat zdobył przy karcianym stole, ale nie lubił aluzji do minionych, burzliwych dni.
Rebeka zauważyła niepokojące zmarszczenie krzaczastych brwi arystokraty, wstała więc z sofy i z wdzięcznym ukłonem wzięła z jego ręki filiżankę po kawie.
- Tak - powiedziała - muszę mieć wiernego strażnika. Ale ten pies nie będzie szczekał na pana.
Z tymi słowy przeszła do sąsiedniego salonu i zasiadłszy przy fortepianie jęła śpiewać rzewne francuskie piosenki głosem aksamitnym i słodkim. Ugłaskany markiz pospieszył jej śladem i niebawem widać było, iż zasłuchany kiwa głową do taktu.
Tymczasem Rawdon z partnerem grali w écarté, pokąd nie mieli dosyć. Utartym zwyczajem gospodarz wygrał, ale chociaż wygrywał dużo i często, podobne noce - które zdarzały się po kilka razy na tydzień - musiały być nużące dla byłego dragona. Cały urok rozmowy i wszystkie hołdy przypadały w udziale Rebece, on zaś siedział milczący poza kręgiem gości nie rozumiejąc ani słowa, obcy żartom, aluzjom, mistycznemu językowi, jakim posługiwano się we wnętrzu tego kręgu.
- Jak się miewa mąż pani Crawley? - zwykł mawiać miast "dzień dobry" markiz Steyne, gdy panowie spotykali się przypadkowo.
Rawdon przestał być pułkownikiem Crawley. Z biegiem czasu został po prostu mężem pani Crawley.
O małym Rawdonie nie było dotychczas mowy, gdyż mały dżentelmen pozostawał w ukryciu gdzieś na poddaszu albo szukając towarzystwa schodził ukradkiem do kuchni. Dnie spędzał z francuską bonne, kiedy zaś ta osoba rozstała się z państwem Crawley, spazmował po nocach, bo obawiał się samotności. Wreszcie malec zyskał współczucie jednej z pokojówek, która z pustego pokoju dziecinnego zabierała go na sąsiednią facjatkę do swojego łóżka i pocieszała, jak potrafiła.
Po przedstawieniu w operze Rebeka, lord Steyne i jeszcze dwaj panowie pili herbatę w salonie, gdy na górnym piętrze rozbrzmiał płacz dziecka.
- Mój cherubinek wrzaskiem przyzywa nianię - powiedziała Rebeka nie zdradzając ochoty, aby zobaczyć, co się dzieje.
- Niechże pani nie rani swoich wrażliwych uczuć. Nie trzeba tam chodzić - rzucił ironicznie markiz.
- Furda! Własnym krzykiem ukołysze się do snu - rzekł ktoś trzeci i rozmowa na temat opery popłynęła wartko.
Ale Rawdon wymknął się, chcąc spojrzeć na syna i dziedzica, i wrócił dopiero, gdy przekonał się, że zacna Dolly pociesza dziecko.
Pułkownik miał ubieralnię na najwyższym piętrze domu i w pokoju tym widywał chłopca codziennie z rana podczas golenia. Malec siedział na kufrze w pobliżu ojca i z zachwytem obserwował skomplikowane zabiegi. Żył w serdecznej przyjaźni z ojcem, który często przynosił do swojej ubieralni słodycze (z deseru po kolacji) i chował w pewnym starym pudełku od szlif. Chłopiec znajdował tam skarby i zawsze śmiał się z uciechy. Śmiał się, lecz niezbyt głośno, bo mamusia spała na dole i nie wolno jej było przeszkadzać. Rebeka miała zwyczaj kłaść się bardzo późno i nader rzadko wstawała przed południem.
Pułkownik przynosił synowi wiele ilustrowanych książeczek i pokój dziecinny przepełniał zabawkami. Ściany pokrywały tam liczne obrazki naklejane przez ojca własnoręcznie, a co ważniejsze, kupowane za gotówkę. Gdy był wolny od służby przy żonie w Hyde Parku, pułkownik trawił długie godziny na figlach z młodym Rawdonem, który szczególnie lubił jeździć konno na jego plecach i ciągnąć bujne wąsy, jakby to były wodze. Pewnego dnia, gdy malec nie miał jeszcze pięciu lat, Rawdon podrzucał go do góry, w szalonym tempie, i w zapale nie obliczył należycie, jak niski był pokój. Wobec tego dziecko uderzyło głową o sufit tak mocno i gwałtownie, że przerażony ojciec omal go nie upuścił.
Rawdon młodszy skrzywił się i niewątpliwie miał zamiar okropnie ryknąć, co ze względu na siłę ciosu byłoby usprawiedliwione. Nim jednak zaczął, ojciec zdołał go poskromić.
- Na miłość boską, Rawdy - zawołał - obudzisz mamę!
Chłopiec spojrzał żałośnie na krzywdziciela, przygryzł wargi, zacisnął piąstki i wcale się nie rozpłakał.
Pułkownik opowiadał tę historię w klubach, kasynach oficerskich i w całym mieście.
- Jak Boga kocham, mój drogi! - mawiał każdemu, kto chciał słuchać. - Co to za zuch ten mój chłopak! Co za pistolet! Prawie przebiłem nim sufit, a on nie pisnął nawet, bo bał się obudzić matkę!
Niekiedy - raz lub dwa razy w tygodniu - pani Crawley odwiedzała najwyższe piętro, gdzie zamieszkiwało jej dziecko. Przychodziła niby żywy obrazek z "Magasin des Modes": sztucznie uśmiechnięta, ubrana w prześliczną nową toaletę, rękawiczki i małe pantofelki. Połyskiwała bajkowym szalem, koronkami, biżuterią. Miała zawsze na głowie nowy kapelusz, na którym kwitły wiecznie świeże kwiaty lub delikatnie falowały strusie pióra, karbowane i śnieżnobiałe jak kamelie. Protekcjonalnie kiwała głową chłopcu, ten zaś podnosił wzrok, by spojrzeć na nią, przerywając na moment obiad lub rysowanie żołnierzy. Potem matka wychodziła, a w dziecinnym pokoju zostawał na długo zapach róż albo inne czarowne wonie. W oczach dziecka była nadziemską istotą, nieporównanie ważniejszą niż ojciec, niż cała reszta świata. Należało ją wielbić i adorować z przyzwoitej odległości. Przejażdżka w powozie tej damy była budzącym grozę obrzędem. Mały Rawdon siedział bez ruchu na przedniej ławeczce i nie śmiał mówić, lecz szeroko otwartymi oczyma pochłaniał cudownie wystrojoną, siedzącą naprzeciw niego królewnę. Panowie na wspaniałych roztańczonych rumakach podjeżdżali raz po raz. Zaczynali rozmowy. Mamusia spoglądała na wszystkich promiennym wzrokiem i pozdrawiała ich wdzięcznym ruchem ręki, gdy odjeżdżali. Wybierając się z nią na miasto mały Rawdon wkładał nowe czerwone ubranko, bo stary brunatny drelich był dobry tylko na co dzień. Czasami, kiedy pani nie było w domu, a Dolly (jego opiekunka) słała łóżko, chłopiec schodził na dół, do sypialni matki. Była to dlań komnata z bajki, przybytek wszelkich wspaniałości i czarów. W szafie wisiały liczne przepiękne suknie: różowe, lazurowe i wielobarwne. Na toalecie stała ozdobiona srebrem szkatuła na klejnoty i tajemnicza mosiężna dłoń o palcach połyskujących setką pierścieni. Było tam tremo, ów cud sztuki, w którym malec oglądał własną przechyloną z podziwu główkę i dziwnie zniekształconą, jak gdyby bliską sufitu Dolly, co klepała i przygładzała puchowe poduszki.
O, biedny, samotny, zaniedbany chłopcze! Matka to w ustach i sercach małych dzieci synonim Boga. A jaki jest los dziecka, które wielbi i czcią otacza kamień?
Pułkownik Crawley - nicpoń i człowiek bez skrupułów - miał jednak męskie, zdolne do uczuć serce i mimo wszystko potrafił kochać dziecko i kobietę. Syna darzył delikatną tkliwością, która nie uchodziła naturalnie uwagi żony. Ale Rebeka nie rozmawiała o tym z mężem; nie miała mu za złe czułostkowości. Po prostu gardziła nim coraz bardziej. On zaś wstydził się po trosze owych rodzicielskich uczuć, krył je przed Becky i pozwalał sobie na ich objawy jedynie wówczas, kiedy był sam z małym.
Z rana miał zwyczaj zabierać chłopca do stajen i na przechadzki po parku. Młody lord Southdown (najpoczciwszy z ludzi, który chętnie oddałby w upominku kapelusz z własnej głowy, a największą przyjemność znajdował w kupowaniu przeróżnych drobiazgów i obdarowywaniu nimi ludzi) kupił małemu Rawdonowi kucyka, jak się przy tym wyraził, niewiele większego niż wyrośnięty szczur. Na tym czarnym szetlandzkim karzełku pułkownik chętnie sadzał jedynaka i z godną miną przechadzał się u jego boku po parku. Lubił spoglądać na swoje dawne koszary przy Knightsbridge i na byłych podwładnych z gwardii. Minione kawalerskie czasy zaczynał wspominać z żalem i jak gdyby z tęsknotą.
Starzy dragoni z uśmiechem pozdrawiali oficera, a jego synka chętnie brali na ręce. Pułkownik Crawley przekonał się rychło, że obiady w kasynie wśród wesołych kolegów są nad wyraz przyjemne.
- Do licha! - mówił. - Jestem za głupi dla niej i wyraźnie to widzę. Zostanę! Ona nie będzie do mnie tęsknić.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.