IV. ZIELONA JEDWABNA SAKIEWKA.
Biedny Joe nie otrząsnął się z panicznego lęku przez parę dni. W tym czasie nie odwiedzał ojcowskiego domu, a panna Rebeka ani razu nie wymieniła jego imienia. Oczarowana nad miarę widokiem sklepów, zdumiona i olśniona teatrem, do którego prowadzała ją pani Sedley, nie szczędziła zacnej matronie dowodów wdzięczności i głębokiego szacunku. Pewnego dnia Amelia cierpiała na ból głowy, nie mogła więc wybrać się na miłą wycieczkę, w której miały wziąć udział obydwie panienki. Wobec tego nic nie zdołało skłonić Rebeki do opuszczenia przyjaciółki.
- Co? Ciebie zostawić samą w domu? Ciebie, Amelio, która pierwsza na świecie pokazałaś biednej sierocie, co znaczy szczęście i miłość? Nigdy? Przenigdy!
Pełne łez zielone oczy pobożnie zwróciły się ku niebu a pani Sedley pomyślała, że przyjaciółka jej córki ma dobre, poczciwe serduszko.
Z żartów pana Sedley Becky śmiała się cierpliwie i serdecznie, dzięki czemu zyskiwała coraz większe względy dobrodusznego jegomościa. Ale sprytna panienka zabiegała o łaski nie tylko państwa domu. Panią Blenkinsop pozyskała interesując się żywo przyrządzaniem galaretki malinowej, która to czynność odbywała się właśnie w pokoju gospodyni. Ku niezmiernej uciesze czarnego Sambo nazywała go wytrwale "panem" lub "panem Sambo", a ilekroć musiała zadzwonić na pokojówkę, przepraszała ją za kłopot z takim wdziękiem i słodyczą, że w jadalni dla służby zyskała popularność nie mniejszą niż w salonie.
Razu jednego przeglądając rysunki, nadsyłane niegdyś ze szkoły przez pannę Sedley, Becky wybuchnęła nagle płaczem i zalana łzami wybiegła z salonu. Stało się to w dniu, gdy Józef zjawił się ponownie w domu.
Amelia pospieszyła śladem przyjaciółki, aby wyjaśnić powód jej wzruszenia, niebawem jednak wróciła smutna i bez Rebeki.
- Widzi mama - powiedziała - jej ojciec był nauczycielem rysunków w Chiswick i robił za nas wszystko, aby nasze prace wypadały jak najlepiej.
- Kochanie! - zawołała pani Sedley. - Panna Pinkerton nieraz mnie zapewniała, że pan Sharp nie dotyka waszych rysunków, tylko je trochę retuszuje.
- To właśnie, proszę mamy, nazywało się retuszowaniem. Rebeka przypomniała sobie jeden rysunek i ojca, który nad nim pracował... Widzi mama, wszystko to spadło na nią nieoczekiwanie i... i...
- Biedne dziecko! - westchnęła zacna dama. - Ona ma naprawdę złote serce.
- Marzę, aby została u nas przez następny tydzień - szepnęła Amelia.
- Jest diabelnie podobna do panny Cutler, mojej dawnej znajomej z Dumdum. Tylko cerę i włosy ma jaśniejsze - odezwał się Joe. - Z panną Cutler ożenił się niejaki Lance, chirurg wojskowy z artylerii. Wie mama, pewnego razu Quintin z Czternastego Pułku założył się ze mną...
- Ach, Józefie, wszyscy znamy twoją powiastkę - roześmiała się Amelia. - Nie trudź się jej opowiadaniem. Lepiej ubłagaj mamę, by napisała do tego pana jakże mu tam?... Crawleya i poprosiła o tydzień urlopu dla biednej, kochanej Rebeki. Otóż i ona! Oczy ma całkiem czerwone od płaczu.
- Już mi lepiej - szepnęła zapłakana panienka i pokornie ucałowała wyciągniętą do siebie dłoń pani domu. - Wszyscy państwo są dla mnie tacy bardzo, bardzo dobrzy. Wszyscy! - roześmiała się nagle. - Oprócz pana Józefa!
- Oprócz mnie? - zdziwił się Józef marząc o natychmiastowej ucieczce. - Jak Boga kocham! Słowo daję, panno Sharp!
- Tak! Oprócz pana. Czemu pozwolił mi pan przy pierwszym obiedzie skosztować tej okropnej pieprznej potrawy? Jak można było? Nie jest pan dla mnie taki życzliwy jak kochana, najdroższa Amelia.
- Bo nie zna cię tak dobrze jak ja! - zawołała Amelia.
- Stanowczo żądam - dodała pani Sedley - aby wszyscy w moim domu byli dobrzy i życzliwi dla ciebie, drogie dziecko.
- Curry było kapitalne, naprawdę kapitalne - podjął Józef tonem całkiem serio. - Zdaje mi się tylko, że w tej potrawie brakowało trochę cytryny. Tak! Na pewno! Cytryny było za mało.
- A co pan sądzi o papryce?
- Jak Boga kocham! Ale się pani skrzywiła! - zawołał poborca z Boggley Wollah i przypomniawszy sobie komiczną sytuację wybuchnął śmiechem, który, jak zwykle, urwał się gwałtownie.
- Następnym razem będę ostrożna, jeżeli pan mi coś zaproponuje - rzekła Becky idąc z Józefem Sedleyem na drugi wspólny obiad. - Nie wiedziałam, że mężczyźni lubią dręczyć biedne bezbronne dziewczęta i chętnie ból im sprawiają.
- Jak Boga kocham, panno Rebeko! Za nic na świecie nie chciałbym skrzywdzić pani.
- Tak, wiem, że nie chciałby pan mnie skrzywdzić.
Panna Sharp lekko, bardzo lekko przycisnęła ramię partnera małą szczupłą rączką i co tchu cofnęła ją lękliwie. Przy sposobności spojrzała mu wymownie w oczy, następnie zaś spuściła wzrok ku metalowym prętom przytrzymującym chodnik na schodach. Nie odważymy się twierdzić, że w Józefie nie załomotało serce w wyniku tego bezwiednego dowodu sympatii okazanego przez wrażliwą, szczerą panienkę.
Ów postępek był niewątpliwie awansem i wiele wytwornych dam, zwolenniczek nienagannej poprawności, miałoby prawo uznać go za nieskromny. Ale, łaskawe panie, biedna kochana Becky musiała wykonać sama całą robotę. Osoba nawet najszykowniejsza, lecz zbyt uboga, by trzymać służbę, musi własnoręcznie zamiatać swoje mieszkanie. Podobnie dziewczę nie posiadające kochającej mamusi, która aranżuje delikatne sprawy z młodymi ludźmi, musi te sprawy załatwiać własnym staraniem. Wielki Boże! Jakie to szczęście, że takie właśnie przedstawicielki płci pięknej nie wykorzystują częściej swojej władzy nad nami! W przeciwnym razie nigdy nie zdołalibyśmy się obronić. Niechaj okażą choć odrobinę sympatii, a mężczyźni, nawet brzydcy i starzy, w jednej chwili padają na klęczki! Pozwolę sobie sformułować bezsporną prawdę: każda kobieta bez widocznego garbu potrafi w średnio sprzyjających okolicznościach poślubić każdego, kogo zechce. My, mężczyźni, powinniśmy tylko dziękować Opatrzności, że urocze istotki, podobnie jak zwierz leśny, nie są świadome swojej własnej mocy, bo gdyby sobie zdawały z niej sprawę, ujarzmiłyby nas ostatecznie.
"Jak Boga kocham - myślał Józef przestępując próg jadalni - zaczynam czuć się zupełnie podobnie, jak na początku historii z panną Cutler w Dumdum."
Podczas obiadu panna Sharp nie szczędziła sąsiadowi pełnych wdzięku i humoru uwag na temat rozmaitych potraw. Mogła sobie na to pozwolić, gdyż ze wszystkimi domownikami była już na poufałej stopie, a z Amelią łączyły ją iście siostrzane uczucia. Tak się zawsze dzieje, gdy młode panienki mają okazję spędzić dziesięć dni pod jednym dachem.
Zdawać się mogło, że panna Sedley postanowiła współdziałać z przyjaciółką pod każdym względem, bo - jak gdyby nie mogła wymyślić nic lepszego - przypomniała bratu obietnicę z czasu ostatnich ferii wielkanocnych.
- Jak byłam jeszcze pensjonarką - powiedziała ze śmiechem - przyrzekłeś, że zabierzesz mnie do ogrodów Vauxhall, prawda? Teraz, kiedy mamy w domu Rebekę, jest chyba po temu najlepsza pora!
- Cudownie! - zawołała panna Sharp i omal nie klasnęła w dłonie, lecz pohamowała się, jak przystało skromnej młodej osobie.
- Dzisiaj Vauxhall zamknięte - oznajmił Józef.
- A zatem jutro!
- Jutro papa i ja będziemy na proszonym obiedzie - powiedziała pani Sedley.
- Nie wyobrażaj sobie, moja droga, że ja tam pójdę - obruszył się pan domu. - Lub że pozwolę niewieście twoich lat i tuszy przeziębić się w tak ohydnie wilgotnym miejscu.
- Ale panienki muszą mieć stanowczo opiekę! - zawołała zacna matrona.
- Joe pójdzie z nimi. Chyba jest wystarczająco okazały? - roześmiał się pan Sedley.
Na te słowa zachichotał nawet pan Sambo stojący koło kredensu, a biedny tłusty Joe poczuł nagłą skłonność do ojcobójstwa.
- Rozsznurujcie mu gorset! - ciągnął stary żartowniś bezlitośnie. - Panno Sharp! Proszę mu spryskać twarz wodą albo zanieść go na górę. Biedaczek mdleje. Nieszczęśliwa ofiara! Najlepiej odnieść go na górę. Jest przecież lekki jak piórko.
- Jak Boga kocham, proszę ojca! - wybuchnął poborca z Boggley Wollah. - Niech mnie diabli, jeżeli zniosę dłużej...
- Sambo! Niech podadzą słonia pana Józefa! Sambo! Biegnij zaraz na giełdę! - wołał troskliwy ojciec, widząc jednak, że grubas jest bliski płaczu ze złości, przestał się śmiać i wyciągnął do niego rękę. - Widzisz, Joe, na giełdzie uchodzą wszelkie żarty... Sambo, nie martw się o słonia. Lepiej nalej po szklance szampana dla pana Józefa i dla mnie. Bądź pewien, synku, że lepszego nie ma w swoich piwnicach nawet sam Korsykanin.
Puchar szampana przywrócił równowagę ducha Józefowi, który jeszcze przed końcem butelki (jako ciężko chory wypił jej dwie trzecie) zgodził się zabrać panienki do Vauxhall.
- Dwie damy powinny mieć dwóch kawalerów - orzekł starszy dżentelmen. - A zresztą, Joe na pewno zgubi Amy w tłoku, bo będzie całkowicie zajęty obecną tu panną Sharp. Trzeba posłać pod nr 96 i zapytać Jerzego Osborne, czy wybierze się z naszą młodzieżą.
Na te słowa pani Sedley spojrzała na małżonka i roześmiała się z niewyjaśnionych powodów. Pan Sedley przymrużył po łobuzersku oko i zerknął na córkę, ta zaś skromnie spuściła głowę i zarumieniła się tak, jak zarumienić się potrafi tylko siedemnastoletnia młoda dama i jak Becky Sharp nie rumieniła się nigdy od dnia, gdy jako ośmioletnia dziewczynka została przyłapana przez chrzestną matkę na kradzieży konfitur ze spiżarni.
- Najlepiej - ciągnął jowialny gospodarz - niech Amelia skreśli bilecik i pokaże Jerzemu, jak piękny charakter pisma wyniosła od panny Pinkerton. Pamiętasz, Amy, jak zapraszałaś go do nas na wieczór Trzech Króli i "Króli" napisałaś przez u otwarte?
- Ach, to było tyle lat temu! - zawołała Amelia.
- A mnie się zdaje, John, że ledwie wczoraj - szepnęła pani Sedley małżonkowi.
Tegoż wieczoru w sypialni na pierwszym piętrze, pod rodzajem bogatego namiotu z kretonu w efektowny hinduski deseń, podszytego bladoróżową satyną, leżał idealnie miękki piernat, na którym leżały dwie poduszki, na których leżały dwie pucołowate, czerwone twarze ocienione - jedna czepeczkiem nocnym z koronkami, druga bawełnianą szlafmycą z sutym chwastem. W zaciszu małżeńskiego łoża, pod baldachimem, toczyła się poufała konwersacja i pani Sedley łajała pana Sedleya za jego bezlitosne obejście się z biednym Joe.
- Mój dorogi - mówiła - postąpiłeś doprawdy bardzo brzydko, dręcząc tak okrutnie nieszczęśliwego chłopca.
- Pani Sedley! - bawełniana szlafmyca poruszyła się gwałtownie, jak gdyby zamierzała wystąpić w obronie właściciela. - Joe jest bardziej próżny, niż ty kiedykolwiek byłaś w życiu, a to ma chyba swoją wymowę. Ale ty, moja droga, tak ze trzydzieści lat temu... powiedzmy, w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym, miałaś pewne powody do próżności. Nie będę się o to spierał. Tymczasem Joe... Słowo daję, brak mi już cierpliwości dla niego i jego dandysowskiej cnoty. Widzisz, to Józef, co skromnością przerasta nawet swego biblijnego imiennika, a zarazem myśli tylko o sobie i o tym, jaki z niego wspaniały mężczyzna. Lękam się, moja droga, że czekają nas z nim nie lada kłopoty. Oto mała przyjaciółka Amy umizga się do niego i robi słodkie oczy. To oczywiste i widoczne. Jeżeli ona go nie złapie, złapie go jakaś inna. Ten chłopak musi paść łupem kobiety, jak ja muszę codziennie chodzić na giełdę. Chwała Bogu, moja droga, że nie przywiózł nam z Indii czarnej synowej. Zapamiętaj jednak moje słowa: pierwsza kobieta, która zarzuci nań wędkę, złowi tę rybę.
- Ta mała żmija jutro się od nas wyniesie - powiedziała zacna matrona z niespotykaną u niej energią.
- Pani Sedley! Dlaczego ona ma być gorsza niż jakaś inna? W każdym razie to biała kobieta. Mnie wszystko jedno, z kim Joe się ożeni. Niech robi, co mu się podoba.
Niebawem głosy pod namiotem umilkły, a zastąpiła je miarowa, nieromantyczna muzyka nosów. Gdy zegary kościelne wybiły godzinę i obwołali ją strażnicy nocni, zupełna cisza spowijała dom, jaśnie wielmożnego Johna Sedleya, stałego bywalca giełdy, zamieszkałego przy Russell Square.
Gdy zawitał ranek, poczciwa pani Sedley nie myślała nawet o wypełnieniu nocnych pogróżek pod adresem panny Sharp. Wprawdzie trudno sobie wyobrazić uczucie gwałtowniejsze niż matczyna zazdrość, bardziej rozpowszechnione i łatwiejsze do usprawiedliwienia, lecz zacna dama nie mogła naprawdę uwierzyć, by skromna, pokorna, pełna szacunku i wdzięczności mała guwernantka ośmieliła się podnieść wzrok na osobistość tak wysoko postawioną jak poborca z Boggley Wollah. Ponadto prośba o przedłużenie urlopu młodej damy została już wysłana, a więc niełatwo byłoby wymyślić pretekst nagłego odprawienia jej z domu.
Można by pomyśleć - chociaż urocza Rebeka nie myślała tak zrazu - iż wszystko sprzysięgło się, by jej pomagać, nawet ślepe żywioły. W dniu wycieczki do Vauxhall Jerzy Osborne przyszedł na obiad, a państwo Sedley udali się zgodnie z planem na przyjęcie do rezydencji ławnika Ballsa w Highbury Barn. Wieczorem jednak rozszalała się burza z piorunami, taka, jakie zdarzają się tylko w noce zabaw w Vauxhall, wobec czego młodzież została przymusowo uwięziona w domu. Pan Osborne bynajmniej nie martwił się z tej racji. Podczas miłego t?te-a-t?te z Józefem wypił w jadalni przystojną ilość porto i słuchał wszystkich najlepszych dykteryjek z Indii, gdyż poborca z Boggley Wollah był nader gadatliwy, jak zwykle w ścisłym męskim towarzystwie. Następnie panna Amelia Sedley czyniła honory pani domu i wieczór upłynął tak miło, że cała czwórka chwaliła jednym głosem nawałnicę, dzięki której eskapada do Vauxhall została odłożona na termin późniejszy.
Osborne był chrześniakiem zacnego kupca z Russell Square i od dwudziestu trzech lat jak gdyby członkiem rodziny. Kiedy miał sześć tygodni otrzymał w prezencie od Johna Sedleya srebrny kubek, a po ukończeniu sześciu miesięcy - koralowe kółko ze złotym gwizdkiem i takimiż dzwoneczkami. Jako uczniak i później regularnie dostawał od chrzestnego ojca "na cukierki" w okresie świąt Bożego Narodzenia, a wracając do szkoły dobrze pamiętał cięgi, jakie brał od Józefa Sedleya, gdy ów był tłustym, niezgrabnym nad miarę wyrośniętym młokosem, zaś Jerzy - nieznośnym dziesięcioletnim urwisem. Jednym słowem Osborne był z całą rodziną na takiej stopie, jaką usprawiedliwić mogą tylko zażyłe codzienne stosunki.
- Pamiętasz, Sedley, w jaką wpadłeś furię, kiedy obciąłem ci chwasty przy długich butach? Od lania uratowała mnie panna... hm... Amelia, bo padła na kolana przed dorosłym bratem i ze łzami w oczach błagała go, by ulitował się nad małym Jerzykiem.
Joe pamiętał doskonale to ważne wydarzenie, lecz zapewnił uroczyście, iż kompletnie wywietrzało mu z głowy.
- Hm... Może pamiętasz chociaż, jak przyjechałeś brekiem do szkoły doktora Swishtaila, aby pożegnać się ze mną przed podróżą do Indii? Dałeś mi wtedy pół gwinei i pogłaskałeś po głowie. Zawsze zdawało mi się, że musisz mieć przynajmniej siedem stóp wzrostu i po twoim powrocie do kraju okropnie się zdziwiłem, że wcale nie jesteś wyższy ode mnie.
- Co? Pan Sedley odwiedzał pana w szkole i dawał małemu przyjacielowi pieniądze? Jaki on dobry! - zawołała Rebeka ze szczerym entuzjazmem.
- I to potem, jak obciąłem mu chwasty u długich butów. Chłopcy pamiętają do końca życia pieniądze otrzymywane w szkole i ich ofiarodawców.
- Uwielbiam długie buty z chwastami - powiedziała panna Sharp, a Joe, który był wielce zadowolony z własnych łydek i zawsze nosił ten efektowny rodzaj obuwia, wsunął nogi pod fotel, chociaż poczuł się mile połechtany.
- Panno Sharp - podjął Jerzy Osborne. - Ma pani wielki talent, powinna więc pani namalować wspaniały obraz historyczny ilustrujący słynną scenę z butami. Widzę to płótno! Sedley, ubrany w obcisłe irchowe spodnie, dzierży uszkodzony but w jednej ręce, drugą zaś trzyma mnie za koronkowy kołnierzyk koszuli. Na pierwszym planie mała Amelia klęczy przed bratem i błagalnie wznosi rączyny. Obraz musi mieć szumny, alegoryczny podpis, jak tytułowe ilustracje w szkolnych czytankach i elementarzach.
- Tutaj braknie mi czasu, aby się tym zająć - powiedziała Rebeka. - Namaluję obraz po... po odjeździe... - głos jej się załamał i zrobiła tak żałosną minę, że wszyscy uświadomili sobie, jak srogi los przypadł w udziale biednej sierocie i jak przykra im będzie chwila rozstania.
- Ach, Rebeko! kochana Becky! Czemu nie możesz zostać z nami dłużej? - westchnęła panna Sedley.
- Po co? - odparła przyjaciółka niemniej smutnym tonem. - By tym dotkliwiej cier... odczuć utratę tego domu?
Odwróciła głowę, Amelia zaś jęła dawać folgę skłonności do łez, co - jak wspomnieliśmy - było jedną z wrodzonych przywar tej dobrej, niemądrej istotki. Jerzy Osborne spojrzał z pewnym rozczuleniem na dwie młode damy, a poborca z Boggley Wollah dobył z potężnej piersi coś zbliżonego do westchnienia i skromnie spuścił wzrok ku swoim ulubionym długim butom z chwastami.
- Poprosimy o trochę muzyki, panno Sed... Amelio - odezwał się wreszcie Osborne, który poczuł nagłe i niekłamane pragnienie, aby porwać wspomnianą młodą dame w ramiona i w obecności całego towarzystwa obsypać ją pocałunkami.
Amelia spojrzała nań wymownie i... I gdybym powiedział, że młodzi zakochali się w sobie w tym momencie, skłamałbym, bo byli chowani przez rodziców dla wzajemnej miłości i przed dziesięcioma laty zapowiedzi ich odczytano w obydwu rodzinach. Po chwili poszli w stronę fortepianu stojącego w drugim salonie, co zazwyczaj bywa udziałem fortepianów. Pokój ów był słabo oświetlony, a zatem panna Amelia gestem bardzo naturalnym wsunęła dłoń w rękę towarzysza, który oczywiście mógł widzieć drogę między fotelami i otomanami nieporównanie lepiej niż ona. Dzięki takiemu obrotowi rzeczy pan Józef Sedley został sam na sam z Rebeką siedzącą przy stole i bardzo zajętą robieniem na drutach sakiewki z zielonego jedwabiu.
- Nie ma potrzeby pytać o familijne sekrety - odezwała się panna Sharp. - Ci dwoje wyznali już wszystko.
- Niech on tylko otrzyma dowództwo kompanii, a sprawa będzie ubita - powiedział Joe. - Jerzy Osborne to kapitalny facet!
- A pańska siostra jest najcudowniejszą dziewczyną pod słońcem! Szczęśliwy mężczyzna, który ją zdobędzie. - I Rebeka westchnęła bardzo, bardzo rzewnie.
Gdy dwie młode osoby płci odmiennej i stanu wolnego wiodą rozmowę na tak drażliwy temat, kiełkuje pomiędzy nimi poufna zażyłość. Nie ma powodów, by tę wymianę zdań przytaczać dokładnie, bo - jak wynika z dotychczasowych próbek - nie mogła być szczególnie dowcipna ani błyskotliwa, podobnie jak każda konwersacja w kołach towarzyskich i wszędzie z wyjątkiem napuszonych i bardzo pretensjonalnych powieści. Ze względu na popisy muzyczne rozmowę prowadzono oczywiście stłumionym głosem, chociaż prawdę rzekłszy, nawet najdonośniejsze krzyki nie zdołałyby przeszkodzić młodej parze nader żywo zajętej własnymi sprawami w sąsiednim saloniku.
Józef Sedley odkrył chyba po raz pierwszy w życiu, że z osobą płci odmiennej gawędzi bez przymusu ni wahania. Panna Rebeka sypała jak z rękawa pytaniami o Indie, co dawało mu sposobność do opowiadania wielu ciekawych anegdot o tym kraju i o sobie. Opisywał bale w pałacu rządowym i sposoby zwalczania skutków upału przy pomocy wilgotnych zasłon oraz wielkich wachlarzy poruszanych przez tubylców oraz innych pomysłowych wynalazków. Dowcipkował na temat niezliczonych Szkotów popieranych usilnie przez lorda Minto, gubernatora generalnego. Mówił o polowaniach na tygrysy i strasznym przypadku, gdy rozsierdzona bestia porwała przewodnika z grzbietu słonia. Panna Rebeka zachwycała się oficjalnymi balami, a kwitując śmiechem powiastki o szkockich adiutantach nazywała Józefa okropnym, złośliwym człowiekiem. Przygoda ze słoniem i tygrysem przejęła ją niewypowiedzianą grozą.
- Ach! Panie Sedley! Drogi panie Józefie! - zawołała. - Przez wzgląd na matkę i przez wzgląd na przyjaciół, proszę obiecać, że nigdy, nigdy! nie weźmie pan udziału w tak groźnej wyprawie!
- Wolne żarty, panno Sharp - odrzekł poborca z Boggley Wollah poprawiając kołnierz koszuli. - Niebezpieczeństwo czyni łowy tym przyjemniejszymi.
Prawdę rzekłszy, Józef Sedley uczestniczył tylko raz jeden w polowaniu na tygrysy. Wówczas to zdarzył się wspomniany przypadek i biedak został niemal zabity przez strach, nie przez groźną bestię. Ale miła rozmowa syciła odwagę i po niejakim czasie grubas ośmielił się zapytać, dla kogo panna Rebeka robi sakiewkę z zielonego jedwabiu. Był zaskoczony i oczarowany własnym, pełnym poufałego wdzięku zachowaniem.
- Dla każdego, komu sakiewka mogłaby się przydać - odrzekła młoda dama z zabójczym uśmiechem i spojrzeniem.
- Ach, panno Sharp! Jak Boga... - rozpoczął Józef Sedley jedną ze swych najbardziej kwiecistych oracji, lecz w sąsiednim pokoju ustał nagle śpiew, urwał więc posłyszawszy wyraźnie swoje słowa, zaczerwienił się i z wielkim zakłopotaniem przystąpił do wycierania nosa.
- Czy słyszałaś kiedy, by twój brat tyle gadał? - szepnął Jerzy Osborne Amelii. - Ta mała czyni cuda!
- Tym lepiej.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.