I. Chiswick Mall
I
Chiswick Mall
W słoneczny czerwcowy ranek, kiedy nasz wiek liczył nie więcej niż lat
dziesięć, przed okazałą żelazną bramę pensji dla dziewcząt z dobrych
domów, prowadzonej przez pannę Pinkerton, a położonej przy ulicy Mall w Chiswick, zajechała z szybkością czterech mil na godzinę ciężka kolasa
familijna. Kolasę ciągnęły dwa tłuste konie w lśniącej uprzęży, na koźle
zaś siedział tłusty stangret w peruce i trójgraniastym kapeluszu. Gdy
ekwipaż zatrzymał się przed błyszczącym mosiężnym szyldzikiem panny
Pinkerton, czarny lokaj, który drzemał obok stangreta, rozprostował
kabłąkowate nogi, a kiedy pociągnął za dzwonek, co najmniej dwadzieścia
głów ozdobiło wąskie okna starej, szacownej budowli z czerwonej cegły.
Ba! Uważny obserwator mógłby zobaczyć nawet perkaty, czerwony nosek
panny Jemimy Pinkerton sterczący nad doniczkami pelargonii w oknie
prywatnego salonu pani przełożonej.
- Kareta pani Sedley, proszę siostry - oznajmiła panna Jemima. - Sambo,
czarny lokaj, zadzwonił właśnie, a stangret ma nową, pąsową kamizelkę.
- Czy ukończyłaś, Jemimo, wszelkie przygotowania związane z wyjazdem
panny Sedley? - zapytała starsza panna Pinkerton, majestatyczna dama,
owa Semiramida Hammersmith, zaprzyjaźniona z doktorem Johnsonem i korespondentka samej pani Chapone.
- Pokojowe, proszę siostry, wstały dziś o czwartej. Kufry panny Sedley
już spakowane - odrzekła panna Jemima. - Zrobiłyśmy też wiązankę
kwiatów...
- Mówi się bukiet, Jemimo. To bardziej wykwintnie.
- A więc, proszę siostry, bukiet prawie taki jak stóg siana. Do sepetu
Amelii włożyłam dwie flaszeczki wody goździkowej dla pani Sedley, a także przepis na tę wodę.
- Mam nadzieję, Jemimo, że nie zapomniałaś o rachunku panny Sedley. Aha!
Oto kopia. Bardzo dobrze. Dziewięćdziesiąt trzy funty, cztery szylingi.
Bardzo dobrze. Bądź łaskawa zaadresować: Wielmożny Pan John Sedley.
Zapieczętuj też mój liścik do jego małżonki.
Dla panny Jemimy odręczny list jej siostry, panny Pinkerton, zasługiwał
na szacunek nie mniejszy niż autograf monarchy. Jak wiadomo, sama pani
przełożona pisywała osobiście do rodziców wychowanek tylko w przypadkach, kiedy wychowanki te opuszczały pensję albo wybierały się za
mąż, i raz jeden, gdy biedna panna Birch zmarła na szkarlatynę. Panna
Jemima była przekonana, że jeśli cokolwiek zdołałoby pocieszyć panią
Birch po stracie córki, to chyba wymowne i pobożne arcydzieło, w którym
panna Pinkerton donosiła o smutnym wydarzeniu.
W danym przypadku "bilecik" panny Pinkerton brzmiał, jak następuje:
Chiswick 15 czerwca 18.. r.
Wielce Szanowna Pani!
Po sześciu latach zwracam Jej Rodzicom Pannę Amelię Sedley jako młodą
damę godną zająć stosowne miejsce w wysokich i wykwintnych kołach
towarzyskich, do których słusznie przynależy. Oczywiście nie potrzebuję
zapewniać Wielce Szanownej Pani, iż uważam to sobie za niewątpliwą
przyjemność i prawdziwy zaszczyt. Cnót charakterystycznych dla młodych
Angielek z dobrych domów oraz wykształcenia odpowiadającego jej
urodzeniu i pozycji na pewno nie braknie przemiłej Pannie Sedley, której
pilność i posłuszeństwo zyskały serca wychowawców, a wrodzony wdzięk i niezwykła łagodność usposobienia oczarowały wszystkie koleżanki -
starsze i młodsze.
Co do muzyki, tańca, ortografii oraz wszelakich haftów i robótek
niewieścich Panna Amelia spełniła najgorętsze pragnienia życzliwych jej
osób. Geografia natomiast zostawia jeszcze wiele do życzenia, ponadto
zaś pozwalam sobie zalecić na najbliższe trzy lata regularne stosowanie
(przez cztery godziny dnia każdego) deski do prostowania pleców, bez
której użycia nikt nie zdoła opanować tej wdzięcznej godności ruchów i postawy, tak nieodzownej każdej wykwintnej damie.
Pobożność i zasady moralne Panny Sedley osiągnęły niewątpliwie poziom
godny zakładu naukowego, który bywał zaszczycany wizytami Wielkiego
Twórcy Słownika i znajdował się pod łaskawym patronatem Pani Chapone.
Opuszczając moją szkołę, Panna Amelia Sedley uwozi ze sobą serca
koleżanek oraz życzliwe względy przełożonej, która ma zaszczyt kreślić
się uniżoną sługą Wielce Szanownej Pani.
Barbara Pinkerton
PS. Pannie Sedley towarzyszy panna Sharp. Uprzejmie proszę, aby jej
wizyta na Russell Square nie przeciągnęła się ponad okres
dziesięciodniowy, gdyż arystokratyczna rodzina, która zaangażowała pannę
Sharp, życzy sobie rozpocząć korzystanie z jej usług w terminie możliwie
najwcześniejszym.
Zakończywszy ową epistołę, panna Pinkerton napisała imię i nazwisko
panny Sedley oraz swoje własne na karcie tytułowej Słownika Johnsona,
którym to wybitnym dziełem obdarzała z reguły rozstające się z jej
pensją wychowanki. Na okładce książki przylepiony był karton z kopią
"Kilku słów do Młodej Damy opuszczającej pensję panny Pinkerton przy
ulicy Mail w Chiswick - pióra nieodżałowanej pamięci Wielebnego Doktora
Samuela Johnsona". Prawdę rzekłszy, panna Pinkerton miała ustawicznie na
ustach nazwisko autora Słownika, jako że jedynej jego wizycie
zawdzięczała reputację i majątek.
Otrzymawszy od starszej siostry rozkaz wydobycia Słownika ze schowka,
panna Jemima przyniosła dwa egzemplarze, kiedy zaś majestatyczna dama
opatrzyła autografem pierwszy, Jemima z niewyraźną i zalęknioną miną
podsunęła jej drugi.
- Dla kogóż to, Jemimo? - zapytała panna Pinkerton tonem mrożącego
chłodu.
Potulna niewiasta odwróciła się plecami do panny Pinkerton i zadrżała, a gorący rumieniec oblał jej zwiędłą twarz i szyję.
- Dla Becky Sharp, proszę siostry - bąknęła. - Dla Becky Sharp. Przecież
i ona wyjeżdża.
- Jemimo! - zawołała majestatycznie dama takim tonem, jak gdyby to imię
wypisywała dużymi drukowanymi literami. - Jemimo! Czy postradałaś
zmysły? Odłóż egzemplarz do schowka i na przyszłość nie pozwalaj sobie,
proszę, na tego rodzaju wybryki.
- Proszę siostry, to kosztuje tylko dwa szylingi i dziewięć pensów, a biedna Becky będzie okropnie zawiedziona, jak nic nie dostanie.
- Proszę mi zaraz przysłać pannę Sedley - zakomenderowała przełożona, a jej siostra, nie odważywszy się powiedzieć już ni słowa, wyszła drobnym
kroczkiem z salonu, bardzo zmartwiona i zdenerwowana.
Cóż, panna Sedley była córką zamożnego londyńskiego kupca, a Becky Sharp
bezpłatną praktykantką, a zatem (zdaniem panny Pinkerton) dość już
dostała i stanowczo mogła się obejść bez zaszczytnego obdarowania
Słownikiem na pożegnanie.
Na ogół biorąc, podobne listy właścicieli żeńskich i męskich zakładów
naukowych zasługują na wiarę nie bardziej niż cmentarne epitafia. Zdarza
się jednak niekiedy, iż osoba, co pożegnała nasz padół, miała zalety
charakteru i chrześcijańskie cnoty uwiecznione nad jej kośćmi
kamieniarskim dłutem. Mógł to naprawdę być dobry ojciec, mąż czy syn lub
dobra matka, żona albo córka - i rodzina pogrążona w rzeczywiście
nieutulonym żalu mogła szczerze opłakiwać nieboszczyka lub nieboszczkę.
Podobnie w szkołach wychowanek lub wychowanka może czasami zarobić
rzetelnie na pochwały szafowane tak hojnie przez bezinteresownych
preceptorów. Otóż Amelia Sedley należała do panienek szczególnego
pokroju, nie tylko bowiem zasługiwała w pełni na wyrazy uznania
zamieszczone w liście przełożonej, lecz zdobiły ją ponadto liczne, pełne
uroku cechy, których majestatyczna Minerwa nie potrafiła dostrzec ze
względu na znaczne różnice wieku i pozycji.
Otóż panna Sedley nie tylko śpiewała niczym skowronek albo pani
Billington, nie tylko tańczyła niczym Hillisberg albo Parisot, nie tylko
haftowała przepięknie, a z ortografią radziła sobie nie gorzej niż sam
Słownik. Miała także tkliwe, zacne, radosne, szlachetne serduszko i dzięki niemu zyskiwała miłość każdego, kto się do niej zbliżył - od
samej surowej Minerwy do zahukanej dziewki kredensowej czy jednookiej
sprzedawczyni ciastek, której raz w tygodniu zezwalano je dostarczać
młodym damom z renomowanej pensji. Pośród dwudziestu czterech tych
młodych dam panna Sedley liczyła co najmniej dwanaście najbliższych
przyjaciółek od serca. Nawet zazdrosna panna Briggs nigdy się o niej
uszczypliwie nie wyrażała. Wyniosła i kostyczna panna Saltire (wnuczka
lorda Dextera) przyznawała łaskawie, że Amelia ma piękną figurę. Panna
Swartz pochodząca z St Kitt, bardzo bogata Mulatka o wełnistych włosach,
tak rozszlochała się w dniu odjazdu przyjaciółki, że trzeba było wezwać
doktora Flossa i solami trzeźwiącymi z lekka odurzyć biedaczkę. Spokojna
godność cechowała oczywiście zachowanie panny Pinkerton, damy na
eksponowanym stanowisku i obdarzonej wypróbowanymi cnotami, ale panna
Jemima pochlipywała od czasu do czasu na myśl o rozstaniu z faworytką i gdyby nie strach przed siostrą, dostałaby zapewne ataku histerycznego,
jak bogaczka z St Kitt, która płaciła podwójnie za naukę i pensjonat.
Ale na tak zbytkowne objawy żalu mogą sobie pozwolić jedynie pensjonarki
zasiadające przy stole pani przełożonej. Tymczasem biedna Jemima miała
na głowie rachunki, pranie, wszelkie reperacje, desery, srebra stołowe,
porcelanę i ustawiczne dozorowanie służby. Czy warto wszakże mówić o pannie Jemimie? Czytelnik nie usłyszy o niej zapewne do dnia Sądu
Ostatecznego i kiedy zostawi ją za ażurową żelazną bramą pensji przy
ulicy Mail, ona i jej złowroga siostra nigdy już nie przekroczą granic
szczupłego światka naszej opowieści.
Ponieważ jednak z Amelią będziemy mieć do czynienia długo i często,
wypada wspomnieć w zaraniu znajomości, że jest to przemiła i urocza
osóbka. Wiadomość, iż czeka nas ustawiczne towarzystwo istoty niewinnej
i poczciwej, może niewątpliwie dodać otuchy zarówno w życiu, jak i przy
czytaniu powieści, gdyż życie i literatura (zwłaszcza ta ostatnia)
obfitują na ogół w czarne charaktery najpodlejszego gatunku. Amelia
Sedley nie będzie heroiną romansu, nie ma więc potrzeby opisywać jej
wdzięków. Obawiam się nawet, że jej nosek jest zbyt krótki, a policzki o wiele za czerstwe i pucołowate - zwłaszcza dla heroiny romansu. Atoli
jej przyjemna twarz promieniuje zdrową cerą, świeże usta ujmującym
uśmiechem, a piękne oczy radością i niezłośliwym humorem, jeżeli
oczywiście nie przepełniają ich łzy, co, niestety, zdarza się nader
często. Bo niemądra panienka ma zwyczaj płakać nad zdechłym kanarkiem
albo nad myszką pochwyconą przez zwinnego kota, albo nad smutnym
zakończeniem najgłupszej nawet powieści. A jeśliby się znalazł ktoś dość
bezwzględny, by odezwać się do niej szorstko... no to miałby się z pyszna!
Nawet panna Pinkerton - dama wymagająca i podobna antycznym boginiom -
przestała łajać Amelię. Spróbowała to zrobić raz jeden i chociaż na
wrażliwości uczuć znała się nie lepiej niż na algebrze, nakazała
nauczycielkom i metrom, by pannę Sedley traktowali szczególnie
wyrozumiale, ponieważ wszelka surowość rani boleśnie tę delikatną młodą
damę.
Jako się rzekło, Amelia miała zwyczaj albo śmiać się, albo płakać, kiedy
więc wreszcie nadszedł dzień odjazdu, stanęła wobec trudnego wyboru.
Cieszyła się serdecznie, iż wraca do domu, zarazem jednak cierpiała
dotkliwie z racji rozstania z pensją. Od trzech dni mała Laura Martin,
sierota, dreptała za nią nieustannie niby wierny piesek. Amelia musiała
ofiarować i przyjąć przynajmniej czternaście prezentów, złożyć
przynajmniej czternaście uroczystych przyrzeczeń, że będzie pisywać co
tydzień.
- Listy do mnie możesz przesyłać pod adresem mojego dziadunia, hrabiego
Dextera - powiedziała panna Saltire (nawiasem mówiąc, młoda dama aż
nazbyt skromnie ubrana).
- Nie martw się, ile wydam na porto! Wszystko jedno! Droga, najdroższa!
Pisuj codziennie! - wołała raz po raz wełnistogłowa panna Swartz, osóbka
popędliwa, lecz uczuciowa i hojna.
Mała Laura Martin, sierota, która zaczynała właśnie uczyć się pisania
rondem, ujęła rękę starszej koleżanki i nieśmiało spoglądając jej w oczy, szepnęła:
- Amelio, czy pozwolisz, że w listach będę cię nazywać mateczką?
Jestem przekonany, że Jones, który otworzy tę książkę w swoim klubie,
uzna wyżej przytoczone szczegóły za idiotyczne, trywialne, dziecięco
naiwne i okrutnie sentymentalne. Widzę nawet, jak ów Jones (nieco
zaczerwieniony po zjedzeniu łopatki baraniej i wypiciu pół butelki wina)
wydobywa ołówek, podkreśla wyrazy "idiotyczne, trywialne", następnie zaś
dodaje jako własne zdanie: "całkiem słusznie". Cóż, Jones - osobnik
wyższy, o nieprzeciętnym umyśle - uznaje w życiu i powieści tylko to, co
wielkie i bohaterskie. Niechaj więc lepiej z góry otrzyma przestrogę i zainteresowanie zwróci w inną stronę.
Ale do rzeczy! Kwiaty, upominki, kufry i pudła na kapelusze panny Sedley
znalazły się we wnętrzu i na dachu kolasy, a ich śladem powędrowała
bardzo mała i bardzo stara walizka z wołowej skóry opatrzona starannie
przymocowanym biletem wizytowym panny Sharp. Sambo z ironicznym
uśmiechem podał ów bagaż stangretowi, stangret zaś z odpowiednio drwiącą
miną ulokował go w stosownym miejscu. Nadeszła chwila rozstania, którego
gorycz znacznie złagodziła podniosła oracja wygłoszona do wychowanki
przez pannę Pinkerton. Przemówienie to nie natchnęło wprawdzie Amelii
duchem filozoficznego spokoju, było jednak nieporównanie nudne,
napuszone i rozwlekłe, a że uczennica nie otrząsnęła się jeszcze ze
strachu przed majestatyczną damą, nie ważyła się w jej obecności dać
upustu czysto osobistym wzruszeniom. Podobnie jak przy uroczystych
okazjach odwiedzin rodzicielskich, podano w salonie butelkę wina i kruche ciasteczka, a po tym skromnym poczęstunku panna Sedley mogła
swobodnie odjechać.
- Idź na górę, Becky. Pożegnaj pannę Pinkerton - doradziła poczciwa
Jemima młodej osóbce, która nie zwracając niczyjej uwagi, schodziła po
schodach z małą torbą podróżną w ręku.
- Trzeba będzie - odparła zagadnięta ze spokojem, który wydawał się
dziwny nawet dla siostry samej pani przełożonej.
Kiedy panna Jemima zastukała do drzwi i otrzymała pozwolenie wejścia,
Becky wkroczyła do salonu pewnym krokiem i wyrzekła po francusku głośno
i z nienagannym akcentem:
- Mademoiselle, je viens vous faire mes adieux1.
Panna Pinkerton nie rozumiała po francusku, rządziła jedynie tymi,
którzy znali ów język. Przygryzła więc wargi, zadarła dumnie w górę
rzymski nos i dostojną głowę przystrojoną nader okazałym turbanem i odpowiedziała:
- Panno Sharp, życzę powodzenia.
Z tymi słowy machnęła ręką, aby przy okazji zwykłego gestu pożegnania
dać Becky sposobność uściśnięcia jednego ze swoich palców, specjalnie w tym celu wysuniętego. Ale panna Sharp nie skorzystała ze sposobności,
lecz skrzyżowała ramiona na piersi i z lodowatym uśmiechem złożyła
ukłon, który Semiramida z Hammersmith pokwitowała dostojnym a gniewnym
ruchem turbana. Oczywiście było to podjazdowe starcie między damą młodą
i starą, w którym ta ostatnia doznała porażki.
- Niechaj cię Bóg ma w swojej pieczy, drogie dziecię - rzekła, ściskając
Amelię i nad jej ramieniem mierząc zabójczym spojrzeniem pannę Sharp.
- Chodź ze mną, Becky - szepnęła panna Jemima i spiesznie wyprowadziła z salonu młodą osobę, za którą drzwi salonu zamknęły się raz na zawsze.
Potem nastąpiło burzliwe pożegnanie w sieni i przed domem. Brała w nim
udział cała służba i wszystkie najlepsze przyjaciółki, i wszystkie inne
młode damy, i nawet przybyły w danym momencie metr tańca. Uścisków,
pocałunków, okrzyków, wybuchów płaczu i histerycznego wycia dobywającego
się z pokoju panny Swartz (pensjonarki zasiadającej u stołu pani
przełożonej) nie zdoła opisać żadne pióro i żadne tkliwe serce nie
potrafi znieść spokojnie. Ale zawierucha minęła wreszcie i nastąpiło
ostateczne rozstanie - to znaczy Amelia Sedley rozstała się z przyjaciółkami. Panna Sharp od kilku minut siedziała już skromnie w kolasie i z racji jej odjazdu nikt nie zalewał się łzami.
Sambo - właściciel pary kabłąkowatych nóg - zatrzasnął już drzwiczki
pojazdu za płaczącą jaśnie panienką i zwinnie wspiął się na kozioł, gdy
panna Jemima z paczką w ręku podbiegła żywo do otwartej bramy.
- Stój, stój! - zawołała i zatrzymawszy się koło kolasy, dodała ciszej:
- Droga Amelio, oto parę kanapek. Możesz być głodna w podróży. A dla
ciebie, Becky... panno Sharp... książka, którą moja siostra... albo raczej ja...
Wiesz już, to Słownik Johnsona. Nie możesz przecież odjechać bez
upominku. No, do widzenia... Żegnaj. Jazda, stangrecie! Niech was obie Bóg
błogosławi!
Zacna niewiasta, drżąc ze wzruszenia, uciekła do ogrodu. Lecz co się
stało? W chwili gdy konie ruszały, panna Sharp wychyliła bladą twarz z okna kolasy i rzuciła, naprawdę rzuciła książkę w kierunku bramy!
Panna Jemima omal nie zemdlała z przerażenia.
- Jak żyję, nie widziałam... - wyjąkała. - Co za niebywała... - Wzburzenie
nie pozwoliło jej dokończyć ani jednego, ani drugiego z rozpoczętych
zdań.
Kolasa odjeżdża szparko. Z trzaskiem zamyka się żelazna brama. Dzwonek
wzywa na lekcję tańca.
Świat staje otworem przed dwoma panienkami, my zaś żegnamy na dobre
Chiswick.
II. W którym panna Sharp i panna Sedley sposobią się do batalii
II
W którym panna Sharp i panna Sedley sposobią się do batalii
Kiedy panna Sharp spełniała opisany w poprzednim rozdziale czyn
bohaterski i rzuciwszy Słownik na brukowaną ścieżkę, patrzyła, jak
padał u stóp zdumionej panny Jemimy, z jej twarzy zniknął wyraz zaciętej
nienawiści, pojawił się natomiast prawie równie nieprzyjemny uśmiech.
Młoda dama cofnęła się w głąb kolasy, zasiadła wygodnie i wielce widać
kontenta z siebie rzekła:
- Słownik załatwiony. No i, chwała Bogu, wydostałam się z Chiswick.
Amelia była niemal równie zgorszona jak siostra pani przełożonej, należy
jednak pamiętać, że szkołę opuściła zaledwie przed minutą, a zbyt to
krótki okres, by zatrzeć sześcioletnie wrażenia. Ba! U niektórych osób
strach poczęty w młodości trwa do końca życia. Na przykład mój znajomy -
pan liczący sobie lat sześćdziesiąt osiem - powiedział mi pewnego ranka
przy śniadaniu: "Śniło mi się, że brałem w skórę od doktora Raine'a".
Twarz miał przy tym wzburzoną, gdyż w ciągu tej nocy wyobraźnia cofnęła
go o pięćdziesiąt pięć lat. W głębi serca bał się doktora Raine'a i jego
rózgi tak samo, gdy miał lat sześćdziesiąt osiem, jak niegdyś jako
trzynastoletni urwis. Gdyby nawet w wieku lat sześćdziesięciu ośmiu
ujrzał swojego wychowawcę w całej okazałości i uzbrojonego w wielką
rózgę, gdyby usłyszał sakramentalne: "Spuść spodnie, chłopcze!",
wówczas... Zresztą, mniejsza o to! Tak czy inaczej, panna Sedley była
wstrząśnięta rażącym objawem niesubordynacji.
- Jak mogłaś, Rebecco? - odezwała się po długiej pauzie.
- Myślisz, że panna Pinkerton wyłoni się ze swej jaskini, zawróci mnie i każe pójść do kozy? - roześmiała się panna Sharp.
- Nie... Ale...
- Nie cierpię tego domu - ciągnęła zbuntowana panna, ulegając coraz
gwałtowniejszej złości. - Mam nadzieję, że nie zobaczę go póki życia.
Niechby się zapadł na dno Tamizy! A gdyby panna Pinkerton też się tam
dostała, nie zrobiłabym nic, absolutnie nic, aby ją wyciągnąć. Możesz
być pewna! Ach, cóż by to była za frajda patrzeć, jak się ta jędza pławi
ze swoim turbanem, trenem i wszystkim! Cha, cha, cha! Jej nos sterczałby
nad wodą niczym dziób łódki!
- Daj spokój! - obruszyła się panna Sedley.
- Dlaczego? Czy twój czarny fagas narobi plotek? - wybuchnęła śmiechem
zirytowana młoda dama. - Wolna droga! Niech wróci. Niech powie pannie
Pinkerton, że nienawidzę jej z całej duszy. Chciałabym, żeby wrócił.
Chciałabym znaleźć okazję, żeby dowieść swojej nienawiści. Rozumiesz?
Przez dwa lata spotykały mnie same zniewagi i obelgi. Byłam traktowana
gorzej niż ostatnia pomywaczka kuchenna. Nigdy nie miałam przyjaciółek i od nikogo, prócz ciebie, Amelio, nie słyszałam dobrego słowa. Musiałam
opiekować się smarkatymi z niższych klas i ze starszymi panienkami gadać
po francusku, aż zbrzydł mi wreszcie język macierzysty. Jedną miałam
satysfakcję: rozmówki francuskie z panną Pinkerton! To była kapitalna
zabawa. Jędza nie rozumie ni słowa, a jest zbyt dumna, by się do tego
przyznać. Myślę, że to jeden z powodów, dla których chętnie się mnie
pozbyła. Hura! Dziękuję Bogu za swoją ojczyznę. Vive la France! Vive
l'Empereur! Vive Bonaparte!
- Ach, Rebecco! Wstyd! Doprawdy wstyd! - zawołała panna Sedley, gdyż jej
przyjaciółka wyrzekła potworne bluźnierstwo. W owe lata w Anglii okrzyk:
"Niech żyje Bonaparte!" był chyba gorszy niż: "Niech żyje Lucyper!" -
Jak możesz, jak śmiesz wyrażać tak grzeszne, mściwe myśli?
- Cóż, zemsta może być grzeszna, ale w gruncie rzeczy jest zupełnie
naturalna. Daleko mi do anioła!
Ostatnie zdanie panny Sharp zawierało bezsprzecznie znaczną dozę prawdy.
Młodej damie daleko było do anioła. W ciągu przytoczonej rozmowy
dwukrotnie dziękowała Bogu, lecz po raz pierwszy z racji uwolnienia się
od niemiłej sobie osoby, a po raz wtóry dlatego, że miała możność
poniżenia czy zawstydzenia nieprzyjaciółki. Oba te motywy nie stanowią
wyrazu chrześcijańskich uczuć i są raczej sprzeczne z obyczajami
niewiast o miłym i łagodnym charakterze. Tak! Becky Sharp nie była
łagodna ani miła. Młoda mizantropka zwykła twierdzić, że świat źle się z nią obszedł, a nie ulega wątpliwości, że ludzie surowo przez cały świat
traktowani na los taki w pełni zasługują. Świat to zwierciadło ukazujące
każdemu odbicie jego własnej twarzy. Zrób nadąsaną minę, a świat odpowie
ci posępnym, nieżyczliwym wzrokiem. Śmiej się do niego i z nim razem, a okaże się przyjemnym, wesołym kompanem. Młodzież ma wolną wolę i swobodny wybór! Jeżeli nawet świat traktował po macoszemu pannę Sharp,
to i panna Sharp nie przysłużyła się nigdy i nikomu żadnym dobrym
uczynkiem, nie mogła więc wymagać, by wszystkie młode damy pobierające
nauki w Chiswick były równie delikatne i subtelne jak nasza bohaterka,
by miały anielski charakter Amelii i na jej wzór starały się uśmiechem i dobrym słowem łagodzić niechęć Rebeki Sharp wobec rodzaju ludzkiego. Dla
tych właśnie powodów i dla takich przymiotów charakteru wybraliśmy pannę
Sedley na bohaterkę powieści, gdyż w odmiennym przypadku nic nie mogłoby
nam przeszkodzić w postawieniu na jej miejscu panny Swartz albo Crump,
albo Hopkins.
Ojciec Rebeki był malarzem i w swoim czasie nauczycielem rysunków w szkole panny Pinkerton. Człowiek inteligentny i przyjemny kompan, żywił
niechęć do gruntownych studiów i obok skłonności do popadania w długi
miał wybitne zamiłowanie do knajpy. Po pijanemu bijał żonę i córkę, a następnego dnia rano cierpiał na migrenę, urągał więc ludzkości,
zapoznającej jego geniusz, oraz z wrodzoną inteligencją i często z zupełną słusznością lżył tych durni, kolegów po pędzlu. Na utrzymanie
zarabiał z niesłychanym trudem, że zaś w kawalerskich czasach winien był
pieniądze wszystkim w promieniu mili od Soho (gdzie zamieszkiwał),
przyszło mu na myśl, iż polepszy swoją sytuację, żeniąc się z młodą
Francuzką, która pracowała jako operowa statystka. Panna Rebecca Sharp
nie mówiła nigdy o skromnym zawodzie swojej rodzicielki, lecz
twierdziła, że ród Entrechat zajmował poczesne miejsce wśród gaskońskiej
szlachty, i była bardzo dumna z takiego pochodzenia. I - rzecz
szczególna - im bardziej młoda dama posuwała się w latach, tym więcej
jej przodkowie po kądzieli zyskiwali majątku i splendorów.
Statystka operowa zdobyła gdzieś jakie takie wykształcenie, toteż jej
córka mówiła po francusku biegle, z czysto paryskim akcentem i dzięki
tej rzadkiej w owe lata umiejętności znalazła miejsce u wymagającej
panny Pinkerton. Matkę pochowała wcześnie, a ojciec, utraciwszy wszelką
nadzieję na odzyskanie zdrowia, po trzecim ataku delirium tremens
napisał do panny Pinkerton męski i patetyczny list i opiece jej polecił
osierocone dziecię. Dokonawszy tego dzieła, wyzionął ducha i po kłótni
dwóch komorników nad zwłokami został złożony do grobu.
Panna Sharp liczyła siedemnaście lat, kiedy przybyła do Chiswick jako
uboga pensjonarka. Jak nam już wiadomo, obowiązkiem jej była konwersacja
francuska, w zamian za co korzystała z mieszkania i wyżywienia,
otrzymywała kilka gwinei rocznie oraz miała prawo zbierać okruchy wiedzy
szafowane przez profesorów wykładających w szkole panny Pinkerton.
Rebecca była drobna, szczupła, blada, jasnowłosa i oczy miała zazwyczaj
skromnie spuszczone. Kiedy jednak uniosła je i otworzyła szeroko, były
bardzo duże, dziwne i niepokojące - tak niepokojące, że spojrzenia ich,
wystrzeliwane przez całą długość kościoła w Chiswick (od ławki szkolnej
do pulpitu kaznodziei), przeszyły na wskroś serce przybyłego prosto z Oksfordu wielebnego Crispa, wikarego przy proboszczu Chiswick, wielebnym
Flowerdew. Ów młody człowiek, przedstawiony w swoim czasie przez mamusię
pannie Pinkerton, bywał niekiedy na herbatce w szkole przy ulicy Mail,
kiedy więc zakochał się w pannie Sharp, prawie się jej oświadczył w nieśmiałym liściku, który miał być doręczony przez jednooką handlarkę
słodyczy, na nieszczęście jednak został przejęty. Pani Crisp wezwana
nagląco z Buxton wywiozła z Chiswick najdroższego chłopca, lecz serce
panny Pinkerton trzepotało niespokojnie na samą myśl, iż choćby takiej
miary uwodziciel trafił do jej gołębnika. Cnotliwa panna przepędziłaby
niebezpieczną pupilkę, gdyby nie czuła się wobec niej zobowiązana, ale
nie mogła uwierzyć solennym zapewnieniom, że panna Sharp nie zamieniła
słowa z wikarym, nie licząc dwóch okazji, gdy ten ostatni składał wizyty
pannie Pinkerton.
W porównaniu z niejedną wysoką i tęgą pensjonarką z zakładu naukowego
panny Pinkerton, Rebecca Sharp wyglądała jak małe dziecko. Posiadała
jednak żałosną mądrość nędzy. Wielu komorników potrafiła przegnać
chytrze i odpędzić od drzwi swojego ojca. Wielu kupców potrafiła
wprowadzić w dobry humor, ugłaskać i skłonić do udzielenia kredytu
wystarczającego na jeden więcej posiłek. Często siadywała u boku ojca
(który pysznił się inteligencją i dowcipem córki) i słuchała rozmów jego
rozpasanych przyjaciół - rozmów bardzo nieodpowiednich dla panieńskiego
ucha. Ale Becky nigdy nie była panienką. Sama zwykła mawiać, że w dziewiątym roku życia czuła się dojrzałą kobietą. Ach, czemuż panna
Pinkerton wpuściła do swojej klatki tak niebezpiecznego ptaszka?
Zagadkę tę nietrudno wyjaśnić. Panna Pinkerton była przekonana, że ma do
czynienia z najskromniejszą pod słońcem dziewczyną, gdyż Rebecca
potrafiła wybornie grać rolę naiwnej, kiedy ojciec przyprowadzał ją do
szkoły w Chiswick. Wystarczy powiedzieć, że na rok przed jej przyjęciem
do zakładu, kiedy panna Sharp liczyła szesnaście lat, pani przełożona
uroczyście i z krótką mówką okolicznościową podarowała jej lalkę -
nawiasem mówiąc, skonfiskowaną pannie Swindle, która niańczyła faworytkę
podczas lekcji! Ojciec i córka pękali ze śmiechu, wracając pieszo z przyjęcia wydanego w szkole z okazji rozdawania nagród, a uświetnionego
obecnością wszystkich profesorów. Jakże wściekałaby się panna Pinkerton,
gdyby mogła zobaczyć własną karykaturę uczynioną później z lalki przez
tę małą komediantkę Becky! Młoda osóbka chętnie prowadziła dialogi ze
swoim dziełem, czym wielce bawiła mieszkańców Newman Street, Gerard
Street i innych uliczek w dzielnicy malarzy. Młodzi artyści, przychodząc
na dżin z wodą do siedziby swojego starszego kolegi - jowialnego i dowcipnego lenia, pana Sharpa - zwykli pytać Rebeccę, czy panna
Pinkerton jest w domu. Biedacy znali tę damę nie gorzej niż pana
Lawrence'a2 lub Benjamina Westa3, prezesa Akademii
Królewskiej.
Pewnego razu Becky miała zaszczyt spędzić kilka dni w Chiswick i z tej
wizyty przywiozła drugą lalkę, którą nazwała Jemimą i na swój sposób
upodobniła do siostry pani przełożonej. Wprawdzie zacna niewiasta
przyrządzała galaretki owocowe i piekła ciastka, które dawała pannie
Sharp w ilościach wystarczających dla trójki łakomych dzieci, a na
pożegnanie wręczyła jej aż siedem szylingów, lecz swawolna dziewczyna
miała więcej poczucia komizmu niż wdzięczności i pannę Jemimę
parodiowała równie bezlitośnie jak jej siostrę.
Potem przyszła katastrofa. Becky została sprowadzona do Chiswick i szkoła stała się jej domem. Dławiła ją bezduszna rutyna tego zakładu,
nieznośnie dręczyły modlitwy, posiłki, lekcje, spacery odbywane zgodnie
z ustalonym raz na zawsze rytuałem. Biedna dziewczyna tęskniła tak
bardzo do swobody i nędzy obskurnej pracowni w Soho, że wszyscy, nie
wyłączając jej samej, uwierzyli, iż pożera ją rozpacz po stracie ojca.
Zajmowała małą izdebkę na poddaszu i służące słyszały nieraz w nocy, że
chodzi tam z kąta w kąt i szlocha. Ale Becky płakała ze złości, nie z żalu. Prawdę mówiąc, nie była obłudna, póki samotność nie nauczyła jej
sztuki udawania. Nigdy dotychczas nie przebywała w towarzystwie kobiet,
a jej ojciec, choć nicpoń, był człowiekiem utalentowanym i rozmowy z nim
były tysiąc razy ciekawsze niż paplanina tego rodzaju osób płci
żeńskiej, z jakimi panna Sharp zetknęła się ostatnio. Nudziła ją zarówno
pompatyczna próżność pani przełożonej czy idiotyczna pogoda ducha jej
siostry, jak lodowata poprawność guwernantek albo głupie plotki i świństewka starszych pensjonarek. Biedaczka nie posiadała tkliwego,
macierzyńskiego serca, nie mógł więc ułagodzić jej i pojednać z życiem
szczebiot najmłodszych pensjonarek, tak często powierzanych jej opiece.
W szkole spędziła dwa lata, lecz ani jedna z małych dziewczynek nie
zmartwiła się w dniu jej odjazdu. Dopiero pod koniec pobytu w Chiswick
Becky przywiązała się do dobrej, obdarzonej gołębim sercem Amelii
Sedley. Któż jednak potrafiłby nie przywiązać się do Amelii?
Szczęście czy też przywileje będące udziałem panienek z jej otoczenia
sprawiały Rebece nieznośne męki zazdrości.
- Ale ta się nadyma i zadziera nosa! Dlaczego? Bo ma dziadka hrabiego! -
mawiała o jednej z pensjonarek. "Wszystkie głupie gęsi płaszczą się i umizgają do tej Kreolki albo raczej do jej stu tysięcy funtów! Ja jestem
tysiąc razy mądrzejsza i bardziej ujmująca mimo wszystkich jej bogactw.
Jestem równie dobrze wychowana jak wnuczka hrabiego mimo całego jej
arystokratycznego pochodzenia. A przecież ludzie mijają mnie tutaj, jak
gdybym była powietrzem. Dawniej, u ojca, inaczej to wyglądało. Niejeden
mężczyzna rezygnował chętnie z balu lub wesołej zabawy po to, by ze mną
spędzić wieczór".
Tak czy inaczej, Rebecca postanowiła wyzwolić się z więzienia i snując
po raz pierwszy świadome plany na przyszłość, zaczęła samodzielnie
zmierzać do celu.
Pilnie korzystała z nadarzającej się okazji nabywania wiedzy, a że była
muzykalna i biegle mówiła po francusku, szybko przebrnęła skromny zakres
nauk potrzebny, ówczesnym zdaniem, damom z towarzystwa. Grę na
fortepianie ćwiczyła wytrwale i pewnego dnia, gdy pensjonarki udały się
na przechadzkę, ona zaś została w domu, Minerwa podsłuchała jej nader
poprawne wykonanie jakiegoś utworu i pomyślała rozsądnie, że mogłaby
oszczędzić wydatku na nauczycielkę muzyki dla młodszych wychowanek.
Wobec tego oznajmiła pannie Sharp, iż w przyszłości ona będzie udzielać
lekcji małym dziewczynkom. Ku nieopisanemu zdumieniu dostojnej pani
przełożonej śmiała dziewczyna odmówiła.
- Jestem tu po to, żeby rozmawiać z dziećmi po francusku, nie by uczyć
muzyki - wybuchnęła gwałtownie. - Na mnie nie zaoszczędzi pani
pieniędzy. Proszę mi płacić, a będę dawać lekcje.
Minerwa musiała ustąpić i oczywiście znienawidziła Becky od tej pory.
- Od trzydziestu pięciu lat - odrzekła nie bez znacznej dozy słuszności
- nie spotkałam nikogo, kto ważyłby się kwestionować mój autorytet w moim domu. Na własnym łonie wyhodowałam żmiję.
- Żmiję! Dobre sobie! - zawołała Becky, a starsza dama zdziwiła się tak
bardzo, że omal nie zemdlała. - Przyjęła mnie pani tylko dlatego, że
mogłam się przydać. Między nami nie ma mowy o wdzięczności. Nie cierpię
tego domu. Pragnę się stąd wydostać. Nie będę robić nic, co nie należy
do moich obowiązków.
Daremnie majestatyczna dama pytała Becky, czy zdaje sobie sprawę, iż
rozmawia z panną Pinkerton. Krnąbrna dziewczyna roześmiała się jej w nos
tak bezczelnie i drwiąco, że pani przełożonej groził atak histeryczny.
- Może mi pani dać jakąś okrągłą sumkę i raz na zawsze odczepić się ode
mnie - powiedziała Becky. - Albo jeżeli pani woli, proszę mi znaleźć
dobre miejsce guwernantki w arystokratycznym domu. To nic trudnego,
jeśli tylko pani zechce.
Do takiego rozwiązania panna Sharp powracała wytrwale we wszystkich
późniejszych sporach.
- Niech mi pani znajdzie posadę - mówiła. - Nienawidzimy się wzajemnie,
a ja gotowa jestem odejść w każdej chwili.
Szacowna panna Pinkerton miała rzymski nos, turban, wzrost grenadiera i od dawna przywykła do nieograniczonej władzy udzielnej księżnej. Ale
charakterem i siłą woli nie dorównywała swojej wychowance i prowadząc
walkę, daremnie próbowała przejąć ją grozą i poskromić. Pewnego razu
zaczęła strofować ją publicznie, lecz Rebecca zastosowała wówczas
wspomnianą już metodę odpowiadania po francusku, czym z kretesem
pognębiła starszą damę. Dla utrzymania powagi we własnej szkole należało
pozbyć się rebelianta, potwora, węża, zarzewia buntu, ponieważ zaś
Minerwa usłyszała właśnie, że niejaki sir Pitt Crawley szuka
guwernantki, bez skrupułów zarekomendowała pannę Sharp, choć ta ostatnia
była zarzewiem buntu i wężem.
Bez wątpienia - rozumowała - nie mogę jej zarzucić nic, z wyjątkiem
postępowania wobec mojej osoby. Muszę też przyznać, że jej wykształcenie
i uzdolnienia kwalifikują ją wysoko, bardzo wysoko. Tak! Panna Sharp ma
głowę nie od parady i przynajmniej pod tym względem zrobi dobrą renomę
systemowi naukowemu stosowanemu w moim zakładzie.
W taki sposób pani przełożona pogodziła rekomendację z własnym
sumieniem, umowa z Becky została rozwiązana i młoda osóbka odzyskała
wymarzoną wolność dzięki batalii, która trwała kilka miesięcy, chociaż
została tutaj opisana w niewielu zdaniach. W tym czasie panna Sedley
kończyła siedemnasty rok życia i miała opuścić szkołę, że zaś
przyjaźniła się z Becky (Pod tym jednym względem - myślała Minerwa -
wychowawczyni może być niezadowolona z postępowania poczciwej Amelii),
uprosiła przyjaciółkę, by przed objęciem stanowiska guwernantki w arystokratycznej rodzinie spędziła tydzień w jej domu.
Dzięki takiemu zbiegowi okoliczności panienki jednocześnie wchodziły w świat. Dla Amelii był to świat nowy, olśniewający, spowity we wszystkie
wdzięki świeżości. Dla Rebeki krył, być może, mniej zagadek, jeżeli
bowiem wyznać całą prawdę o sprawie z wielebnym Crispem, wypada
wspomnieć, że handlarka słodyczy szepnęła komuś, a ten ktoś powtórzył
komuś innemu, iż nie wszystko, co się tyczy panny Sharp i wielebnego
Crispa, przeniknęło do publicznej wiadomości, gdyż jego list nie
stanowił początku, lecz ciąg dalszy i był odpowiedzią. Ale któż rozezna
całą prawdę w takich sprawach? Tak czy inaczej, Rebecca nie wchodziła
może w świat po raz pierwszy, lecz w każdym razie wchodziła weń od nowa.
Zanim panienki przejechały rogatkę kensingtońską, panna Sedley nie
zapomniała wprawdzie o przyjaciółkach, lecz zdążyła już osuszyć oczy, a jakiś młody oficer gwardii, który mijając konno karetę, wypatrzył w niej
panienkę i powiedział głośno: "Piekielnie ładna dziewuszka!", wywołał
gorący rumieniec na lica Amelii i sprawił jej wiele przyjemności. Po
drodze na Russell Square przyjaciółki wiele mówiły o dworze królewskim.
Zastanawiały się, czy debiutantki noszą podczas prezentacji krynoliny i pudrowane peruki i czy ten zaszczyt spotka Amelię, która wiedziała już,
oczywiście, że wystąpi na balu wydanym przez lorda majora.
Kiedy wreszcie kareta stanęła przed jej domem rodzinnym, panna Sedley
wsparła się na ramieniu Sambo i z ekwipażu wyskoczyła tak radosna i roześmiana, że w całym Londynie trudno by było znaleźć ładniejszą i weselszą dziewczynę. Takiego przynajmniej zdania był czarny lokaj i stangret, a także ojciec i matka oraz cała służba, która zgromadziła się
w hallu, aby ukłonem, miłym słowem i uśmiechem witać młodą panią.
Oczywiście, Amelia oprowadziła zaraz przyjaciółkę po całym domu i pokazała jej zawartość wszystkich swoich szaf i szuflad, a także
wszystkie swoje książki, stroje i broszki, i naszyjniki, i koronki, i drobiazgi, i naturalnie fortepian. Przy sposobności zmusiła Rebeccę do
przyjęcia naszyjnika z białych krwawników, pierścionka z turkusem oraz
prześlicznej sukienki z tiulu w delikatny rzucik, zbyt ciasnej wprawdzie
dla właścicielki, lecz doskonale leżącej na jej przyjaciółce. Ponadto
zadecydowała, iż poprosi matkę o pozwolenie ofiarowania Becky białego
kaszmirowego szala. Przecież bez tego szala mogła się doskonale obejść,
bo brat Joseph przywiózł jej ostatnio z Indii aż dwa nowe!
Kiedy Rebecca zobaczyła owe dwa wspaniałe kaszmirskie szale,
przywiezione dla siostry przez Josepha Sedleya, powiedziała zupełnie
szczerze, iż "to musi być cudownie mieć brata". Dzięki temu łatwo
zyskała współczucie obdarzonej tkliwym sercem Amelii, przypominając
dyskretnie, że jest sama na świecie - sierota bez krewnych ni
przyjaciół.
- Ty nie jesteś przecież sama, Rebecco - powiedziała Amelia. - Widzisz,
ja zawsze będę twoją przyjaciółką i będę cię kochała jak siostrę. Nie
wątpisz chyba?
- Tak... Naturalnie. Ale to zupełnie coś innego mieć takich jak ty
rodziców, dobrych, tkliwych, serdecznych, którzy dają ci wszystko, o co
poprosisz, a przede wszystkim swoją miłość, skarb najcenniejszy. Mój
biedny papa nie mógł mi dać niczego i nigdy nie miałam więcej niż dwie
sukienki. A na dodatek mieć brata, drogiego brata! Ach, jak go musisz
kochać, Amelio!
Panna Sedley wybuchnęła śmiechem.
- Co? - zdziwiła się Rebecca. - Nie kochasz brata?! Ty, tak skora do
miłości do wszystkich i wszystkiego?
- Tak... Oczywiście... Kocham go, ale...
- Ale co?
- Ale Joseph mało, zdaje się, dba o to, czy go kocham, czy nie kocham.
Jak wrócił do kraju po dziesięciu latach, ledwo mi podał dwa palce. Jest
bardzo miły i dobry, ale prawie się do mnie nie odzywa i o swoją fajkę
dba chyba znacznie bardziej niż... - urwała, gdyż nie chciała mówić źle o własnym bracie. - Był dla mnie bardzo dobry, jak byłam mała - dorzuciła
żywo. - Widzisz, miałam pięć lat, kiedy wyjechał.
- Musi być bogaczem - podjęła panna Sharp. - Słyszałam, że wszyscy
indyjscy nababowie są niesłychanie bogaci.
- Jak mi się zdaje, Joseph ma znaczne dochody.
- A twoja bratowa? Czy to przyjemna, ładna pani?
- Cha, cha, cha! - roześmiała się znowu Amelia. - Przecież Joseph jest
kawalerem!
Być może Amelia mówiła już o tym, lecz Becky zupełnie zapomniała i była
raczej przekonana, że brat Amelii ma żonę, a Amelia sporą gromadkę
bratanków i bratanic. Jaka szkoda, że pan Sedley jest kawalerem! Rebecca
sądziła, iż od przyjaciółki słyszała coś przeciwnego. Ona tak przecież
uwielbia małe dzieci!
- Czyżby? Zdawało mi się, że w Chiswick miałaś ich zupełnie dosyć -
powiedziała panna Sedley, zdziwiona nieoczekiwaną tkliwością
przyjaciółki.
Prawdę rzekłszy, w niedalekiej przyszłości panna Sharp nigdy nie
wypowiedziałaby zdania, którego nieszczerość tak wyraźnie rzuca się w oczy. Należy jednak pamiętać, że biedna, naiwna dziewczyna miała dopiero
dziewiętnaście lat i kunsztu udawania musiała się uczyć własnym kosztem.
Sens przytoczonej ostatnio wymiany zdań kształtował się w sercu owej
młodej damy w następujący prosty sposób: "Jeżeli pan Joseph Sedley jest
bogaty i wolny, dlaczego ja nie miałabym się za niego wydać? Mam przed
sobą tylko dwa tygodnie, ale popróbować nie zawadzi". Wobec tego Rebecca
postanowiła wszcząć właściwe kroki i na początek zdwoiła czułość wobec
przyjaciółki. Nakładając naszyjnik z białych krwawników, ucałowała go
tkliwie i oznajmiła, że nigdy, przenigdy się z nim nie rozstanie. Kiedy
zaś odezwał się dzwon na obiad, zeszła po schodach, otaczając ramieniem
kibić koleżanki, jak to panienki mają w zwyczaju. Przed drzwiami salonu
opanowało ją takie wzruszenie, że obawiała się tknąć klamki.
- Dotknij mojego serca - szepnęła przyjaciółce. - Prawda, jak bije?
- Całkiem zwyczajnie - odpowiedziała Amelia. - Chodź, nie bój się. Papa
na pewno nie zrobi ci krzywdy.
III. Rebecca w obliczu przeciwnika
III
Rebecca w obliczu przeciwnika
Gdy przyjaciółki wkroczyły do salonu, przed kominkiem czytał gazetę
bardzo tęgi, pękaty mężczyzna w obcisłych irchowych spodniach i długich
butach ozdobionych z przodu chwostami. Miał na sobie kamizelkę w czerwone prążki i żółtozielony surdut ze stalowymi guzami rozmiarów
monet pięcioszylingowych. Szyję jego zdobiło kilka jedwabnych halsztuków
tak sutych, że niemal zasłaniały nos i dół twarzy. Dżentelmen w modnym
naówczas porannym stroju wykwintnego dandysa gwałtownie odepchnął fotel,
mocno się zarumienił i stanął przed kominkiem, kryjąc w fałdach swych
halsztuków resztę oblicza.
- To tylko twoja siostra, Josephie - Amelia roześmiała się i uścisnęła
dwa palce, które do niej wyciągnął. - Wiesz, na stałe przyjechałam do
domu. A to moja przyjaciółka, panna Sharp. Na pewno już o niej
słyszałeś.
- Nie! Nigdy! Jak Boga kocham! - głowa spowita w halsztuki wykonała
kilka nerwowych przeczących ruchów. - Eee... Raczej tak... Naturalnie.
Słyszałem. Strasznie dziś zimno, panno Sharp.
Z tymi słowy Joseph Sedley odwrócił się i pogrzebaczem zaatakował
kominek, chociaż działo się to w połowie czerwca.
- Jaki przystojny! - szepnęła Rebecca przyjaciółce, nie usiłując zniżyć
głosu.
- Tak sądzisz? - roześmiała się Amelia. - Zaraz mu to powtórzę.
- Za nic, kochanie! Za nic na świecie!
Rebecca cofnęła się trwożliwie niczym łania. Uprzednio już złożyła
skromny, dziewczęcy ukłon i przez cały czas spoglądała w dywan tak
uparcie, że niepodobna pojąć, jakim cudem zdołała ocenić urodę nowego
znajomego.
- Dziękuję, bracie, za piękne szale - podjęła panna Sedley, zwracając
się do dżentelmena z pogrzebaczem. - Prawda, Rebecco, że są prześliczne?
- Boskie! - szepnęła panna Sharp, a jej wzrok powędrował od dywanu
prosto ku żyrandolowi.
Joseph nadal hałasował pogrzebaczem i szczypcami do węgla, wzdychał,
sapał i czerwienił się tak, jak to było możliwe przy jego żółtawej
cerze.
- Nie stać mnie, Josephie, na tak cenne podarki dla ciebie - ciągnęła
siostra. - Ale jeszcze w szkole wyhaftowałam ci bardzo ładne szelki i...
- Słowo daję, Amelio! Jak można? - wybuchnął zaniepokojony na serio
dżentelmen i z całej siły pociągnął za sznur dzwonka, który pozostał mu
w ręku, powiększając i tak już znaczne jego zmieszanie. - Jak Boga
kocham! Spójrz, czy moja kariolka stoi przed domem. Nie mogę dłużej
czekać. Słowo daję, nie mogę. Muszę już jechać. Niech dia...! Eee... Gdzie
ten mój stangret? Muszę zaraz jechać!
W tej chwili wszedł do salonu ojciec rodziny, pobrzękując brelokami, jak
przystało prawdziwemu angielskiemu kupcowi.
- Co się stało, Amy? - zapytał.
- Joseph życzy sobie, abym spojrzała, czyjego kariolka stoi przed domem.
Co to jest kariolka, papo?
- Jednokonny palankin - odrzekł starszy pan, który na swój sposób był
dowcipnisiem.
Młodszy Sedley wybuchnął wówczas donośnym śmiechem, lecz napotkawszy
wzrok Rebeki, umilkł nagle, jak gdyby śmiertelnie ugodzony kulą.
- To twoja młoda przyjaciółka, prawda, Amelio? Bardzo mi miło poznać
pannę Sharp. Czy posprzeczały się już panie z Josephem i dlatego tak mu
pilno wyjechać? - spytał uśmiechnięty gospodarz.
- Nie, proszę ojca - odezwał się Joseph. - Ale... eee... Umówiłem się na
obiad z jednym kolegą z kompanii... Eee... Nazywa się Bonamy.
- A, fe! Przecież mówiłeś matce, że zjesz dziś obiad z nami.
- W takim stroju! Niemożliwe!
- Proszę spojrzeć na niego, panno Sharp. Chyba jest dosyć elegancki i przystojny, by zasiąść do każdego stołu?
Oczywiście panna Sharp zerknęła na Amelię i przyjaciółki zachichotały ku
niemałej uciesze starszego pana.
- Sądzę - ciągnął ten ostatni, wykorzystując dotychczasowy sukces - że w szkole panny Pinkerton nie widziałyście nigdy takich irchowych spodni?
- Jak Boga kocham, ojcze! - wybuchnął Joseph Sedley.
- Cóż, uraziłem jego delikatne uczucia - westchnął gospodarz i zwrócił
się do żony, która weszła właśnie do bawialni. - Moja droga, uraziłem
właśnie delikatne uczucia twojego syna. Niebacznie wspomniałem o jego
irchowych spodniach. Zapytaj panny Sharp, czy to nieprawda? No,
Josephie, pogódź się z panną Sharp i chodźmy wszyscy na obiad.
- Mamy dziś pilaw, Josephie, taki jak lubisz - powiedziała matka. - A ojciec przywiózł z Billingsgate pięknego tuńczyka.
- No, chodźmy, chodźmy, synku - podjął pan Sedley. - Ty w pierwszą parę
z panną Sharp, a za wami ja i te dwie dzierlatki. - Z tymi słowy
jowialny dżentelmen podał ramię żonie i córce i raźnie wyszedł z salonu.
Jak wiemy, panna Rebecca postanowiła w głębi duszy, że zawojuje otyłego
galanta. Ale, łaskawe panie, czy wolno nam czynić jej z tej racji
jakiekolwiek zarzuty? Wprawdzie na ogół, zgodnie z zasadami skromności,
młode osoby powierzają mamusiom łowy na mężów, pamiętać jednak należy,
że biedna Becky nie miała troskliwej opiekunki, która załatwiłaby za nią
tę delikatną sprawę, i że nikt na świecie nie zechciałby jej wyręczyć,
gdyby samodzielnie nie postarała się o męża. Przecież tylko szczytne
ambicje matrymonialne skłaniają panienki do "bywania". Co każe im
wędrować gromadnie do wód i uzdrowisk? Dlaczego tańczą do piątej rano
przez cały śmiertelnie długi sezon? Dlaczego pracują w pocie czoła nad
fortepianowymi sonatami i uczą się czterech pieśni u modnego metra,
płacąc po gwinei za godzinę? Dlaczego grywają na harfie, jeżeli mają
kształtne ramiona i krągłe łokcie? Dlaczego noszą wysokie kapelusze
przybrane w zielone woalki i pióra? Dlatego jedynie, by przy pomocy
owych niewieścich grotów i łuków ustrzelić jakiegoś młodego człowieka
będącego tak zwaną dobrą partią. W imię czego szanowni, poważni rodzice
zwijają dywany, przewracają własne domy do góry nogami i trwonią piątą
część rocznego dochodu na bal z wystawną kolacją i mrożonym szampanem?
Czy w grę wchodzi czysta miłość bliźniego i bezinteresowne pragnienie
oglądania roztańczonej, wesołej młodzieży? Nie! Ci ludzie chcą wydać za
mąż córki.
Poczciwa pani Sedley uknuła już w skrytości serca dwadzieścia chytrych
planów, zmierzających do zabezpieczenia przyszłości kochanej Amelii.
Podobnie więc pozbawiona tkliwej opieki Rebecca zdecydowała, iż uczyni
wszystko, co w ludzkiej mocy, by zdobyć męża potrzebnego jej
nieporównanie bardziej niż przyjaciółce. Miała bujną fantazję, ponadto
zaś czytała Baśnie z tysiąca i jednej nocy i Geografię pana
Guthriego4, kiedy więc po rozmowie z Amelią na temat bogactw
jej brata przebierała się do obiadu, zdążyła zbudować okazały i piękny
zamek na lodzie. Oczywiście była panią tego zamku, małżonek zaś
znajdował się na dalszym planie, bo Rebecca nie widziała go jeszcze, nie
mogła więc wyobrazić sobie dokładnie tej postaci. Stroiła się w niezliczone szale, turbany, diamentowe kolie i przy dźwiękach marsza z Sinobrodego dosiadała słonia, aby udać się z oficjalną wizytą do
Wielkiego Mogoła. O, czarujące wizje Alnaschara5! Jesteście
przywilejem beztroskiej wiosny życia, i takie sny na jawie radowały i będą radować zawsze istoty młode i wrażliwe.
Joseph Sedley był o dwanaście lat starszy od swojej jedynej siostry,
Amelii. Pracował w służbie cywilnej Kompanii Indii Wschodnich, i w okresie, o którym mowa, w bengalskim dziale "Informatora o Indiach
Wschodnich" obok jego nazwiska figurował tytuł: poborca w Boggley
Wollah, co - jak wiadomo - jest stanowiskiem zaszczytnym i lukratywnym.
Wymieniony już, ukazujący się periodycznie "Informator" może wyjaśnić
czytelnikowi, czy i jakie wyższe godności osiągnął w późniejszym okresie
Joseph Sedley.
Boggley Wollah - miejscowość położona wśród malowniczej, bezludnej,
bagnistej dżungli - słynie z polowań na grubego zwierza i nierzadko
można się tam natknąć na tygrysa. Ramgunge, gdzie rezyduje najbliższy
sędzia, leży w odległości czterdziestu mil, a o trzydzieści mil dalej
stacjonuje niewielki oddział kawalerii; tak przynajmniej pisał Joseph do
domu po objęciu urzędu. W tej uroczej miejscowości młody człowiek
spędził samotnie osiem lat życia, prawie nie widując białych ludzi, z wyjątkiem dwóch okazji w roku, kiedy do Boggley Wollah przybywał konwój
wojskowy, aby odwieźć do Kalkuty zebrane podatki i czynsze.
Po owych ośmiu latach Joseph mógł wrócić do Europy, gdyż na szczęście
zaczął cierpieć na wątrobę, której leczenie stanowiło dlań niewyczerpane
źródło zadowolenia i rozrywki w czasie pobytu w rodzinnym kraju.
Przybywszy do Londynu, nie zamieszkał u rodziców, lecz jak przystało
złotemu młodzieńcowi, wynajął własny apartament. Przed wyjazdem do Indii
był zbyt młody, aby korzystać z rozrywek eleganckiego szlifibruka, a więc rozrywkom tym począł hołdować wytrwale w czasie przewlekłej
kuracji. Powoził własnymi końmi po Hyde Parku, jadał obiady w modnych
restauracjach (Klub Orientalny nie został jeszcze założony), uczęszczał
do teatrów lub pojawiał się w operze, starannie wystrojony w obcisłe
spodnie i trójgraniasty kapelusz.
Po powrocie do Indii i później aż do końca życia zwykł z wielkim
entuzjazmem opowiadać o owym wspaniałym okresie swojego życia i dyskretnie dawał do zrozumienia, że on i Brummel6 byli wtedy
pierwszymi lwami salonów. Wszelako Joseph Sedley żył w Londynie równie
odludnie jak w dżungli Boggley Wollah. W całej stolicy nie znał żywego
ducha i umarłby chyba z nudów w samotności, gdyby nie lekarz, pigułki i obolała wątroba. Był rozmiłowany w wygodach i zbytku, ale leniwy i nieśmiały. Pojawienie się damy przejmowało go niewypowiedzianym lękiem,
toteż rzadko odwiedzał dom rodzinny przy Russell Square, gdzie nie
brakowało szczerej wesołości, a żarty krotochwilnego starego ojca raniły
miłość własną poborcy z Boggley Wollah. Nadmierna tusza martwiła i niepokoiła Josepha, który od czasu do czasu podejmował rozpaczliwe
starania, by stracić nieco zbędnego tłuszczu. Ale wrodzone niedbalstwo i zamiłowanie do dobrej kuchni rychło brały górę nad pobożnymi życzeniami
i trzy obfite posiłki na dzień stawały się znów nieodzowne. Sedley nie
był nigdy dobrze ubrany, lecz nie szczędził trudów, by przyozdobić swoją
okazałą postać, i zajęciu temu poświęcał długie godziny. Lokaj zbijał
majątek na jego garderobie. Jego gotowalnię przepełniały rozmaite olejki
i pomady w ilości, jakiej nie powstydziłaby się podstarzała piękność.
Chcąc zyskać smukłą talię, biedak próbował wszelkich znanych w owe lata
sznurówek i pasów. Jak wielu otyłych mężczyzn lubił ubrania przyciasne,
nader jaskrawe i skrojone na bardzo młodzieńczą modłę. Kiedy odział się
wreszcie, wyruszał po południu ze swoich pokojów, aby odbyć samotną
przejażdżkę po parku. Następnie wracał do domu, zmieniał strój i wychodził, aby samotnie zjeść obiad w modnej kawiarni "Piazza". Był
próżny jak dziewczyna i być może jego zdumiewająca nieśmiałość wynikała
przede wszystkim ze zdumiewającej próżności. Gdyby Rebecca, zaledwie
wkraczając w życie, potrafiła wziąć górę nad takim człowiekiem,
dowiodłaby niezbicie, iż jest młodą osóbką wyjątkowej inteligencji.
Pierwszy jej krok świadczył o nie lada sprycie. Szepcąc: "Jaki
przystojny!", Becky zdawała sobie sprawę, że Amelia wspomni o tym matce,
ta zaś prawdopodobnie powtórzy pochlebne zdanie synowi, w każdym zaś
razie będzie mile połechtana komplementem pod jego adresem. Gdyby ktoś
rzekł Sykoraksie7, iż jej syn Kaliban8 jest
piękniejszy niż Apollo, nawet taka wiedźma byłaby zadowolona! Ponadto
sam Joseph Sedley mógł posłyszeć miłe słówka, bo Becky nie starała się
mówić cicho. Posłyszał je istotnie, ponieważ zaś wierzył w głębi duszy,
że jest wspaniałym okazem rodu męskiego, radosny dreszcz wstrząsnął
całym jego opasłym cielskiem. Rychło jednak przyszły refleksje: "Na
pewno ta mała drwi sobie ze mnie" - pomyślał i natychmiast chwycił sznur
dzwonka. Stropił się i chciał ustąpić z pola, lecz żarty ojca i matczyne
obietnice kulinarne skłoniły go do pozostania w rodzinnym domu. Kiedy
prowadził młodą damę do położonej na parterze jadalni, był zmieszany i usposobiony podejrzliwie.
Czy ona naprawdę sądzi, że jestem przystojny? - myślał - czy też bawi
się moim kosztem?
Powiedzieliśmy wyżej, że ów otyły jegomość był próżny jak dziewczyna.
Dobry Boże! Niejedna kobieta mogłaby odwrócić sens tego zdania i ze
znaczną słusznością powiedzieć o tej lub innej przedstawicielce płci
własnej: "Jest próżna jak mężczyzna!". Płeć brzydka jest równie żądna
pochlebstw, równie grymaśna co do swoich toalet, równie dumna z własnych
wdzięków, równie świadoma swoich osobistych uroków jak największe pod
słońcem kokietki.
Schodzili więc po schodach - Joseph zmieszany i cały w pąsach, Rebecca
skromna i uparcie kryjąca pod rzęsami zielone oczy. W białej sukni,
odsłaniającej bielsze niż śnieg ramiona, była wizerunkiem młodości,
bezbronnej niewinności, ujmującej dziewiczej prostoty.
Muszę być bardzo spokojna - myślała - i bardzo interesować się Indiami.
Jako się rzekło, troskliwa matka przygotowała dla syna wyborną hinduską
potrawę doprawioną curry, a w trakcie obiadu daniem tym poczęstowała
Rebeccę.
- Co to? - zapytała młoda dama, zwracając ku sąsiadowi niespokojne
wejrzenie.
- Kapitalne! - odparł.
Usta miał pełne, twarz zaczerwienioną od miłego wysiłku przełykania
wielkich kęsów.
- Matko! To równie dobre jak potrawa z curry, którą sam przyrządziłem w Indiach.
- Ach, muszę skosztować, jeśli to hinduska potrawa - zapaliła się panna
Sharp. - Chyba wszystko, co stamtąd pochodzi, jest dobre.
Pan Sedley roześmiał się i rzucił pod adresem żony:
- Moja droga, nałóż pannie Sharp trochę curry.
Rebecca nigdy dotychczas nie próbowała tego przysmaku.
- Czy znajduje pani, że to równie dobre jak wszystko inne, co pochodzi z Indii? - spytał gospodarz.
- Wyśmienite! - westchnęła Becky, którą ostry biały pieprz piekł
nieznośnie.
- Panno Sharp - rzekł Joseph, zainteresowany żywo gustami młodej damy -
proszę popróbować drugiego naszego specjału. To solona papryka.
- Tak, tak, proszę - odrzekła Becky, z trudem chwytając oddech. - Jaka
ładna! Zieloniutka! - dodała, kładąc do ust spory kąsek.
Zdawało się jej, że papryka będzie łagodna i chłodna, przyniesie więc
ulgę. Naprawdę jednak piekła okrutniej niż curry. Rebecca nie wytrzymała
dłużej i odłożyła gwałtownie nóż i widelec.
- Wody! - jęknęła. - Na miłość boską, wody!
Pan Sedley wybuchnął gromkim śmiechem. Był przecież rubasznym kupcem,
stałym bywalcem giełdy, gdzie wielkim wzięciem cieszyły się wszelkie
złośliwe kawały.
- Zapewniam panią - zawołał - że ta papryka pochodzi z Indii. Sambo!
Podaj pannie Sharp szklankę wody.
Rodzicielskiemu śmiechowi zawtórował jak echo Joseph, któremu żart z curry i papryką wydał się naprawdę kapitalny. Panie uśmiechnęły się
tylko, sądziły bowiem, że biedna Becky wycierpiała zbyt wiele. Biedna
Becky chętnie udusiłaby starego dowcipnisia, lecz przełknęła oburzenie
tak samo, jak musiała przełknąć ohydne curry, i gdy odzyskała mowę,
powiedziała z zabawną, pogodną miną:
- Powinnam była pamiętać o pieprzu, którym księżniczka perska z Baśni z tysiąca i jednej nocy przyprawiała swoje ciastka z kremem. Czy w Indiach, proszę pana, również przyprawia się białym pieprzem ciastka z kremem?
Gospodarz roześmiał się i pomyślał, że Rebecca jest sympatyczną, wesołą
panienką, a Joseph odpowiedział z prostotą:
- Ciastka z kremem? W Bengalu mamy bardzo podły krem. Na ogół używamy
koziego mleka i jak Boga kocham, panno Sharp, wie pani, że
przyzwyczaiłem się do tego!
- Teraz, panno Sharp, przestanie się pani podobać wszystko, co pochodzi
z Indii - rzekł oględnie gospodarz, lecz kiedy po obiedzie damy odeszły
od stołu, stary kpiarz szepnął, zwracając się do syna: - Uważaj, Jos, ta
smarkata zarzuca na ciebie sieci.
- Co? Nonsens! - obruszył się Jos, niezmiernie zadowolony z siebie i z ojcowskich pochlebnych domysłów. - Eee... Pamiętam, proszę ojca, jedną
dziewczynę z Dumdum. Była to córka niejakiego Cutlera z artylerii.
Później ożenił się z nią Lance, chirurg wojskowy, ale w czwartym roku
uwzięła się na mnie... Taak... Na mnie i na Mulligatawneya, o którym mówiłem
ojcu przed obiadem. Ten Mulligatawney to diabelnie sympatyczny chłopak,
sędzia z Budgebudge. Na pewno za pięć lat będzie w Radzie Nadzorczej
Kompanii! Otóż, proszę ojca, artyleria wydała bal i na tym balu Quintin
z Czternastego Pułku Królewskich Strzelców Pieszych tak mi powiada:
"Sedley - powiada - trzymam zakład trzynaście do dziesięciu, że przed
porą deszczową Sophie Cutler złowi ciebie albo Mulligatawneya".
"Przyjmuję" - mówię i... jak Boga kocham! Wspaniałe wino, proszę ojca.
Skąd? Od Adamsona czy od Carbonella?
Odpowiedzią było jedynie ciche chrapanie. Poczciwy bywalec giełdy usnął,
a więc dalszy ciąg opowieści Josepha Sedleya przepadł, przynajmniej na
ten dzień. Należy wspomnieć, że poborca z Boggley Wollah był bardzo
wymowny wyłącznie w męskim towarzystwie i niedokończoną obecnie
interesującą dykteryjką bawił już dziesiątki razy swojego lekarza,
doktora Gollopa, który odwiedzał go, aby zbadać nadwerężoną wątrobę i działanie sławetnych pigułek.
Jak wiadomo, Joseph był poważnie chory, toteż wypitą podczas obiadu
maderę uzupełnił tylko jedną butelką francuskiego wina, spożył zaś dwa
talerze truskawek z bitą śmietaną i dwadzieścia cztery drobne
ciasteczka, których pełna patera stała pod ręką. Przy tym deserze na
pewno (bo powieściopisarz ma prawo wiedzieć wszystko o wszystkich)
medytował wiele o młodej osóbce przebywającej o piętro wyżej.
Miła, pogodna, wesoła dziewczyna - myślał w skrytości ducha. - Jak
spoglądała na mnie, kiedy podnosiłem jej chusteczkę przy stole! Dwa razy
ją upuściła... Ciekawe, kto to tak śpiewa w salonie. Jak Boga kocham!
Chyba pójdę zobaczyć!
W tej chwili jednak wstydliwość podjęła atak z niespotykaną siłą. Ojciec
spał, kapelusz leżał w hallu, bardzo blisko - przy Southampton Row -
znajdował się postój dorożek.
- Pójdę lepiej zobaczyć Czterdziestu złodziei i popisy taneczne panny
Decamp - mruknął do siebie poborca z Boggley Wollah i nie budząc zacnego
ojca, ulotnił się cichaczem z jadalni.
- Joseph umyka! - oznajmiła Amelia, która stała w otwartym oknie salonu,
słuchając śpiewającej przy fortepianie Rebeki.
- Wystraszyła go panna Sharp - westchnęła pani domu. - Biedny Jos! Czemu
jest zawsze taki nieśmiały?
IV. Zielona jedwabna sakiewka
IV
Zielona jedwabna sakiewka
Biedny Jos nie otrząsnął się z panicznego lęku przez parę dni. W tym
czasie nie odwiedzał ojcowskiego domu, a panna Rebecca ani razu nie
wymieniła jego imienia. Oczarowana nad miarę widokiem sklepów, zdumiona
i olśniona teatrem, do którego prowadzała ją pani Sedley, nie szczędziła
zacnej matronie dowodów wdzięczności i głębokiego szacunku. Pewnego dnia
Amelia cierpiała na ból głowy, nie mogła więc wybrać się na miłą
wycieczkę, w której miały wziąć udział obydwie panienki. Wobec tego nic
nie zdołało skłonić Rebeki do opuszczenia przyjaciółki.
- Co? Ciebie zostawić samą w domu? Ciebie, Amelio, która pierwsza na
świecie pokazałaś biednej sierocie, co znaczy szczęście i miłość? Nigdy!
Przenigdy!
Pełne łez zielone oczy pobożnie zwróciły się ku niebu, a pani Sedley
pomyślała, że przyjaciółka jej córki ma dobre, poczciwe serduszko.
Z żartów pana Sedleya Becky śmiała się cierpliwie i serdecznie, dzięki
czemu zyskiwała coraz większe względy dobrodusznego jegomościa. Ale
sprytna panienka zabiegała o łaski nie tylko państwa domu. Panią
Blenkinsop pozyskała, interesując się żywo przyrządzaniem galaretki
malinowej, która to czynność odbywała się właśnie w pokoju gospodyni. Ku
niezmiernej uciesze czarnego Sambo nazywała go wytrwale "panem" lub
"panem Sambo", a ilekroć musiała zadzwonić na pokojówkę, przepraszała ją
za kłopot z takim wdziękiem i słodyczą, że w jadalni dla służby zyskała
popularność nie mniejszą niż w salonie.
Razu jednego, przeglądając rysunki, nadsyłane niegdyś ze szkoły przez
pannę Sedley, Becky wybuchnęła nagle płaczem i zalana łzami wybiegła z salonu. Stało się to w dniu, gdy Joseph zjawił się ponownie w domu.
Amelia pospieszyła śladem przyjaciółki, aby wyjaśnić powód jej
wzruszenia, niebawem jednak wróciła smutna i bez Rebeki.
- Widzi mama - powiedziała - jej ojciec był nauczycielem rysunków w Chiswick i robił za nas wszystko, aby nasze prace wypadały jak
najlepiej.
- Kochanie! - zawołała pani Sedley. - Panna Pinkerton nieraz mnie
zapewniała, że pan Sharp nie dotyka waszych rysunków, tylko je trochę
retuszuje.
- To właśnie, proszę mamy, nazywało się retuszowaniem. Rebecca
przypomniała sobie jeden rysunek i ojca, który nad nim pracował... Widzi
mama, wszystko to spadło na nią nieoczekiwanie i... i...
- Biedne dziecko! - westchnęła zacna dama. - Ona ma naprawdę złote
serce.
- Marzę, aby została u nas przez następny tydzień - szepnęła Amelia.
- Jest diabelnie podobna do panny Cutler, mojej dawnej znajomej z Dumdum. Tylko cerę i włosy ma jaśniejsze - odezwał się Jos. - Z panną
Cutler ożenił się niejaki Lance, chirurg wojskowy z artylerii. Wie mama,
pewnego razu Quintin z Czternastego Pułku założył się ze mną...
- Ach, Joseph, wszyscy znamy twoją powiastkę - roześmiała się Amelia. -
Nie trudź się jej opowiadaniem. Lepiej ubłagaj mamę, by napisała do tego
pana... jakże mu tam?... Crawleya i poprosiła o tydzień urlopu dla biednej,
kochanej Rebeki. Otóż i ona! Oczy ma całkiem czerwone od płaczu.
- Już mi lepiej - szepnęła zapłakana panienka i pokornie ucałowała
wyciągniętą do siebie dłoń pani domu. - Wszyscy państwo są dla mnie tacy
bardzo, bardzo dobrzy. Wszyscy! - Roześmiała się nagle. - Oprócz pana
Josepha!
- Oprócz mnie? - zdziwił się Joseph, marząc o natychmiastowej ucieczce.
- Jak Boga kocham! Słowo daję, panno Sharp!
- Tak! Oprócz pana. Czemu pozwolił mi pan przy pierwszym obiedzie
skosztować tej okropnej pieprznej potrawy? Jak można było? Nie jest pan
dla mnie taki życzliwy jak kochana, najdroższa Amelia.
- Bo nie zna cię tak dobrze jak ja! - zawołała Amelia.
- Stanowczo żądam - dodała pani Sedley - aby wszyscy w moim domu byli
dobrzy i życzliwi dla ciebie, drogie dziecko.
- Curry było kapitalne, naprawdę kapitalne - podjął Joseph tonem całkiem
serio. - Zdaje mi się tylko, że w tej potrawie brakowało trochę cytryny.
Tak! Na pewno! Cytryny było za mało.
- A co pan sądzi o papryce?
- Jak Boga kocham! Ale się pani skrzywiła! - zawołał poborca z Boggley
Wollah i przypomniawszy sobie komiczną sytuację, wybuchnął śmiechem,
który, jak zwykle, urwał się gwałtownie.
- Następnym razem będę ostrożna, jeżeli pan mi coś zaproponuje - rzekła
Becky, idąc z Josephem Sedleyem na drugi wspólny obiad. - Nie
wiedziałam, że mężczyźni lubią dręczyć biedne, bezbronne dziewczęta i chętnie ból im sprawiają.
- Jak Boga kocham, panno Rebecco! Za nic na świecie nie chciałbym
skrzywdzić pani.
- Tak, wiem, że nie chciałby pan mnie skrzywdzić.
Panna Sharp lekko, bardzo lekko przycisnęła ramię partnera małą,
szczupłą rączką i co tchu cofnęła ją lękliwie. Przy sposobności
spojrzała mu wymownie w oczy, następnie zaś spuściła wzrok ku metalowym
prętom przytrzymującym chodnik na schodach. Nie odważymy się twierdzić,
że serce w Josephie nie załomotało w wyniku tego bezwiednego dowodu
sympatii okazanego przez wrażliwą, szczerą panienkę.
Ów postępek był niewątpliwie awansem i wiele wytwornych dam,
zwolenniczek nienagannej poprawności, miałoby prawo uznać go za
nieskromny. Ale, łaskawe panie, biedna Becky musiała wykonać sama całą
robotę. Osoba nawet najszykowniejsza, lecz zbyt uboga, by trzymać
służbę, musi własnoręcznie zamiatać swoje mieszkanie. Podobnie dziewczę
nieposiadające kochającej mamusi, która aranżuje delikatne sprawy z młodymi ludźmi, musi te sprawy załatwiać własnym staraniem. Wielki Boże!
Jakie to szczęście, że takie właśnie przedstawicielki płci pięknej nie
wykorzystują częściej swojej władzy nad nami! W przeciwnym razie nigdy
nie zdołalibyśmy się obronić. Niechaj okażą choć odrobinę sympatii, a mężczyźni, nawet brzydcy i starzy, w jednej chwili padają na klęczki!
Pozwolę sobie sformułować bezsporną prawdę: każda kobieta bez widocznego
garbu potrafi w średnio sprzyjających okolicznościach poślubić każdego,
kogo zechce. My, mężczyźni, powinniśmy tylko dziękować Opatrzności, że
urocze istotki, podobnie jak zwierz leśny, nie są świadome swojej
własnej mocy, bo gdyby sobie zdawały z niej sprawę, ujarzmiłyby nas
ostatecznie.
Jak Boga kocham - myślał Joseph, przestępując próg jadalni - zaczynam
czuć się zupełnie podobnie jak na początku historii z panną Cutler w Dumdum.
Podczas obiadu panna Sharp nie szczędziła sąsiadowi pełnych wdzięku i humoru uwag na temat rozmaitych potraw. Mogła sobie na to pozwolić, gdyż
ze wszystkimi domownikami była już na poufałej stopie, a z Amelią
łączyły ją iście siostrzane uczucia. Tak się zawsze dzieje, gdy młode
panienki mają okazję spędzić dziesięć dni pod jednym dachem.
Zdawać się mogło, że panna Sedley postanowiła współdziałać z przyjaciółką pod każdym względem, bo - jak gdyby nie mogła wymyślić nic
lepszego - przypomniała bratu obietnicę z czasu ostatnich ferii
wielkanocnych.
- Jak byłam jeszcze pensjonarką - powiedziała ze śmiechem - przyrzekłeś,
że zabierzesz mnie do ogrodów Vauxhall, prawda? Teraz, kiedy mamy w domu
Rebeccę, jest chyba po temu najlepsza pora!
- Cudownie! - zawołała panna Sharp i omal nie klasnęła w dłonie, lecz
pohamowała się, jak przystało skromnej młodej osobie.
- Dzisiaj Vauxhall zamknięte - oznajmił Joseph.
- A zatem jutro!
- Jutro papa i ja będziemy na proszonym obiedzie - powiedziała pani
Sedley.
- Nie wyobrażaj sobie, moja droga, że ja tam pójdę - obruszył się pan
domu. - Lub że pozwolę niewieście twoich lat i tuszy przeziębić się w tak ohydnie wilgotnym miejscu.
- Ale panienki muszą mieć stanowczo opiekę! - zawołała zacna matrona.
- Jos pójdzie z nimi. Chyba jest wystarczająco okazały? - roześmiał się
pan Sedley.
Na te słowa zachichotał nawet pan Sambo stojący koło kredensu, a biedny
tłusty Jos poczuł nagłą skłonność do ojcobójstwa.
- Rozsznurujcie mu gorset! - ciągnął stary żartowniś bezlitośnie. -
Panno Sharp! Proszę mu spryskać twarz wodą albo zanieść go na górę.
Biedaczek mdleje. Nieszczęśliwa ofiara! Najlepiej odnieść go na górę.
Jest przecież lekki jak piórko.
- Jak Boga kocham, proszę ojca! - wybuchnął poborca z Boggley Wollah. -
Niech mnie diabli, jeżeli zniosę dłużej...
- Sambo! Niech podadzą słonia pana Josepha! Sambo! Biegnij zaraz na
giełdę! - wołał troskliwy ojciec, widząc jednak, że grubas jest bliski
płaczu ze złości, przestał się śmiać i wyciągnął do niego rękę. -
Widzisz, Jos, na giełdzie uchodzą wszelkie żarty... Sambo, nie martw się o słonia. Lepiej nalej po szklance szampana dla pana Josepha i dla mnie.
Bądź pewien, synku, że lepszego nie ma w swoich piwnicach nawet sam
Korsykanin.
Puchar szampana przywrócił równowagę ducha Josephowi, który jeszcze
przed końcem butelki (jako ciężko chory wypił jej dwie trzecie) zgodził
się zabrać panienki do Vauxhall.
- Dwie damy powinny mieć dwóch kawalerów - orzekł starszy dżentelmen. -
A zresztą Jos na pewno zgubi Amy w tłoku, bo będzie całkowicie zajęty
obecną tu panną Sharp. Trzeba posłać pod numer dziewięćdziesiąt sześć i zapytać George'a Osborne'a, czy wybierze się z naszą młodzieżą.
Na te słowa pani Sedley spojrzała na małżonka i roześmiała się z niewyjaśnionych powodów. Pan Sedley przymrużył po łobuzersku oko i zerknął na córkę, ta zaś skromnie spuściła głowę i zarumieniła się tak,
jak zarumienić się potrafi tylko siedemnastoletnia młoda dama i jak
Becky Sharp nie rumieniła się nigdy od dnia, gdy jako ośmioletnia
dziewczynka została przyłapana przez chrzestną matkę na kradzieży
konfitur ze spiżarni.
- Najlepiej - ciągnął jowialny gospodarz - niech Amelia skreśli bilecik
i pokaże George'owi, jak piękny charakter pisma wyniosła od panny
Pinkerton. Pamiętasz, Amy, jak zapraszałaś go do nas na wieczór Trzech
Króli i "Króli" napisałaś przez u otwarte?
- Ach, to było tyle lat temu! - zawołała Amelia.
- A mnie się zdaje, John, że ledwie wczoraj - szepnęła pani Sedley
małżonkowi.
Tegoż wieczoru w sypialni na pierwszym piętrze, pod rodzajem bogatego
namiotu z kretonu w efektowny hinduski deseń, podszytego bladoróżową
satyną, leżał idealnie miękki piernat, na którym leżały dwie poduszki,
na których leżały dwie pucołowate, czerwone twarze, ocienione - jedna
czepeczkiem nocnym z koronkami, druga bawełnianą szlafmycą z sutym
chwostem. W zaciszu małżeńskiego łoża, pod baldachimem, toczyła się
poufała konwersacja i pani Sedley łajała pana Sedleya za jego bezlitosne
obejście się z biednym Josem.
- Mój drogi - mówiła - postąpiłeś doprawdy bardzo brzydko, dręcząc tak
okrutnie nieszczęśliwego chłopca.
- Pani Sedley! - Bawełniana szlafmyca poruszyła się gwałtownie, jak
gdyby zamierzała wystąpić w obronie właściciela. - Jos jest bardziej
próżny, niż ty kiedykolwiek byłaś w życiu, a to ma chyba swoją wymowę.
Ale ty, moja droga, tak ze trzydzieści lat temu... powiedzmy, w roku
tysiąc siedemset osiemdziesiątym, miałaś pewne powody do próżności. Nie
będę się o to spierał. Tymczasem Jos... Słowo daję, brak mi już
cierpliwości dla niego i jego dandysowskiej cnoty. Widzisz, to Joseph,
co skromnością przerasta nawet swego biblijnego imiennika, a zarazem
myśli tylko o sobie i o tym, jaki z niego wspaniały mężczyzna. Lękam
się, moja droga, że czekają nas z nim nie lada kłopoty. Oto mała
przyjaciółka Amy umizga się do niego i robi słodkie oczy. To oczywiste i widoczne. Jeśli ona go nie złapie, złapie go jakaś inna. Ten chłopak
musi paść łupem kobiety, jak ja muszę codziennie chodzić na giełdę.
Chwała Bogu, moja droga, że nie przywiózł nam z Indii czarnej synowej.
Zapamiętaj jednak moje słowa: pierwsza kobieta, która zarzuci nań wędkę,
złowi tę rybę.
- Ta mała żmija jutro się od nas wyniesie - powiedziała zacna matrona z niespotykaną u niej energią.
- Pani Sedley! Dlaczego ona ma być gorsza niż jakaś inna? W każdym razie
to biała kobieta. Mnie wszystko jedno, z kim Jos się ożeni. Niech robi,
co mu się podoba.
Niebawem głosy pod namiotem umilkły, a zastąpiła je miarowa,
nieromantyczna muzyka nosów. Gdy zegary kościelne wybiły godzinę i obwołali ją strażnicy nocni, zupełna cisza spowijała dom jaśnie
wielmożnego Johna Sedleya, stałego bywalca giełdy, zamieszkałego przy
Russell Square.
Gdy zawitał ranek, poczciwa pani Sedley nie myślała nawet o wypełnieniu
nocnych pogróżek pod adresem panny Sharp. Wprawdzie trudno sobie
wyobrazić uczucie gwałtowniejsze niż matczyna zazdrość, bardziej
rozpowszechnione i łatwiejsze do usprawiedliwienia, lecz zacna dama nie
mogła naprawdę uwierzyć, by skromna, pokorna, pełna szacunku i wdzięczności mała guwernantka ośmieliła się podnieść wzrok na osobistość
tak wysoko postawioną jak poborca z Boggley Wollah. Ponadto prośba o przedłużenie urlopu młodej damy została już wysłana, a więc niełatwo
byłoby wymyślić pretekst nagłego odprawienia jej z domu.
Można by pomyśleć - chociaż urocza Rebecca nie myślała tak zrazu - iż
wszystko sprzysięgło się, by jej pomagać, nawet ślepe żywioły. W dniu
wycieczki do Vauxhall George Osborne przyszedł na obiad, a państwo
Sedley udali się zgodnie z planem do rezydencji ławnika Ballsa w Highbury Bam. Wieczorem jednak rozszalała się burza z piorunami, taka,
jakie zdarzają się tylko w noce zabaw w Vauxhall, wobec czego młodzież
została przymusowo uwięziona w domu. Pan Osborne bynajmniej nie martwił
się z tej racji. Podczas miłego t?te-a-t?te z Josephem wypił w jadalni
przystojną ilość porto i słuchał wszystkich najlepszych dykteryjek z Indii, gdyż poborca z Boggley Wollah był nader gadatliwy, jak zwykle w ścisłym męskim towarzystwie. Następnie panna Amelia Sedley czyniła
honory pani domu i wieczór upłynął tak miło, że cała czwórka chwaliła
jednym głosem nawałnicę, dzięki której eskapada do Vauxhall została
odłożona na termin późniejszy.
Osborne był chrześniakiem zacnego kupca z Russell Square i od dwudziestu
trzech lat jak gdyby członkiem rodziny. Kiedy miał sześć tygodni,
otrzymał w prezencie od Johna Sedleya srebrny kubek, a po ukończeniu
sześciu miesięcy - koralowe kółko ze złotym gwizdkiem i takimiż
dzwoneczkami. Jako uczniak i później regularnie dostawał od chrzestnego
ojca "na cukierki" w okresie świąt Bożego Narodzenia, a wracając do
szkoły, dobrze pamiętał cięgi, jakie brał od Josepha Sedleya, gdy ów był
tłustym, niezgrabnym, nad miarę wyrośniętym młokosem, zaś George -
nieznośnym dziesięcioletnim urwisem. Jednym słowem, Osborne był z całą
rodziną na takiej stopie, jaką usprawiedliwić mogą tylko zażyłe
codzienne stosunki.
- Pamiętasz, Sedley, w jaką wpadłeś furię, kiedy obciąłem ci chwosty
przy długich butach? Od lania uratowała mnie panna... hm... Amelia, bo padła
na kolana przed dorosłym bratem i ze łzami w oczach błagała go, by
ulitował się nad małym George'em.
Jos pamiętał doskonale to ważne wydarzenie, lecz zapewnił uroczyście, iż
kompletnie wywietrzało mu z głowy.
- Hm... Może pamiętasz chociaż, jak przyjechałeś brekiem do szkoły doktora
Swishtaila, aby pożegnać się ze mną przed podróżą do Indii? Dałeś mi
wtedy pół gwinei i pogłaskałeś po głowie. Zawsze zdawało mi się, że
musisz mieć przynajmniej siedem stóp wzrostu, i po twoim powrocie do
kraju okropnie się zdziwiłem, że wcale nie jesteś wyższy ode mnie.
- Co? Pan Sedley odwiedzał pana w szkole i dawał małemu przyjacielowi
pieniądze? Jaki on dobry! - zawołała Rebecca ze szczerym entuzjazmem.
- I to potem, jak obciąłem mu chwosty u długich butów. Chłopcy pamiętają
do końca życia pieniądze otrzymywane w szkole i ich ofiarodawców.
- Uwielbiam długie buty z chwostami - powiedziała panna Sharp, a Jos,
który był wielce zadowolony z własnych łydek i zawsze nosił ten
efektowny rodzaj obuwia, wsunął nogi pod fotel, chociaż poczuł się mile
połechtany.
- Panno Sharp - podjął George Osborne. - Ma pani wielki talent, powinna
więc pani namalować wspaniały obraz historyczny ilustrujący słynną scenę
z butami. Widzę to płótno! Sedley, ubrany w obcisłe irchowe spodnie,
dzierży uszkodzony but w jednej ręce, drugą zaś trzyma mnie za koronkowy
kołnierzyk koszuli. Na pierwszym planie mała Amelia klęczy przed bratem
i błagalnie wznosi rączyny. Obraz musi mieć szumny, alegoryczny podpis,
jak tytułowe ilustracje w szkolnych czytankach i elementarzach.
- Tutaj braknie mi czasu, aby się tym zająć - powiedziała Rebecca. -
Namaluję obraz po... po odjeździe... - głos jej się załamał i zrobiła tak
żałosną minę, że wszyscy uświadomili sobie, jak srogi los przypadł w udziale biednej sierocie i jak przykra im będzie chwila rozstania.
- Ach, Rebecco! Kochana Becky! Czemu nie możesz zostać z nami dłużej? -
westchnęła panna Sedley.
- Po co? - odparła przyjaciółka nie mniej smutnym tonem. - By tym
dotkliwiej cier... odczuć utratę tego domu?
Odwróciła głowę, Amelia zaś jęła dawać folgę skłonności do łez, co - jak
wspomnieliśmy - było jedną z wrodzonych przywar tej dobrej, niemądrej
istotki. George Osborne spojrzał z pewnym rozczuleniem na dwie młode
damy, a poborca z Boggley Wollah dobył z potężnej piersi coś zbliżonego
do westchnienia i skromnie spuścił wzrok ku swoim ulubionym długim butom
z chwostami.
- Poprosimy o trochę muzyki, panno Sed... Amelio - odezwał się wreszcie
Osborne, który poczuł nagłe i niekłamane pragnienie, aby porwać
wspomnianą młodą damę w ramiona i w obecności całego towarzystwa obsypać
ją pocałunkami.
Amelia spojrzała nań wymownie i... I gdybym powiedział, że młodzi
zakochali się w sobie w tym momencie, skłamałbym, bo byli chowani przez
rodziców dla wzajemnej miłości i przed dziesięcioma laty zapowiedzi ich
odczytano w obydwu rodzinach. Po chwili poszli w stronę fortepianu
stojącego w drugim salonie, co zazwyczaj bywa udziałem fortepianów.
Pokój ów był słabo oświetlony, a zatem panna Amelia gestem bardzo
naturalnym wsunęła dłoń w rękę towarzysza, który oczywiście mógł widzieć
drogę między fotelami i otomanami nieporównanie lepiej niż ona. Dzięki
takiemu obrotowi rzeczy pan Joseph Sedley został sam na sam z Rebeccą
siedzącą przy stole i bardzo zajętą robieniem na drutach sakiewki z zielonego jedwabiu.
- Nie ma potrzeby pytać o familijne sekrety - odezwała się panna Sharp.
- Ci dwoje wyznali już wszystko.
- Niech on tylko otrzyma dowództwo kompanii, a sprawa będzie ubita -
powiedział Jos. - George Osborne to kapitalny facet!
- A pańska siostra jest najcudowniejszą dziewczyną pod słońcem!
Szczęśliwy mężczyzna, który ją zdobędzie. -1 Rebecca westchnęła bardzo,
bardzo rzewnie.
Gdy dwie młode osoby płci odmiennej i stanu wolnego wiodą rozmowę na tak
drażliwy temat, kiełkuje pomiędzy nimi poufna zażyłość. Nie ma powodów,
by tę wymianę zdań przytaczać dokładnie, bo - jak wynika z dotychczasowych próbek - nie mogła być szczególnie dowcipna ani
błyskotliwa, podobnie jak każda konwersacja w kołach towarzyskich i wszędzie z wyjątkiem napuszonych i bardzo pretensjonalnych powieści. Ze
względu na popisy muzyczne rozmowę prowadzono oczywiście stłumionym
głosem, chociaż prawdę rzekłszy, nawet najdonośniejsze krzyki nie
zdołałyby przeszkodzić młodej parze nader żywo zajętej własnymi sprawami
w sąsiednim saloniku.
Joseph Sedley odkrył chyba po raz pierwszy w życiu, że z osobą płci
odmiennej gawędzi bez przymusu ni wahania. Panna Rebecca sypała jak z rękawa pytaniami o Indie, co dawało mu sposobność do opowiadania wielu
ciekawych anegdot o tym kraju i o sobie. Opisywał bale w pałacu rządowym
i sposoby zwalczania skutków upału za pomocą wilgotnych zasłon oraz
wielkich wachlarzy poruszanych przez tubylców oraz innych pomysłowych
wynalazków. Dowcipkował na temat niezliczonych Szkotów popieranych
usilnie przez lorda Minto, gubernatora generalnego. Mówił o polowaniach
na tygrysy i strasznym przypadku, gdy rozsierdzona bestia porwała
przewodnika z grzbietu słonia. Panna Rebecca zachwycała się oficjalnymi
balami, a kwitując śmiechem powiastki o szkockich adiutantach, nazywała
Josepha okropnym, złośliwym człowiekiem. Przygoda ze słoniem i tygrysem
przejęła ją niewypowiedzianą grozą.
- Ach, panie Sedley! Drogi panie Josephie! - zawołała. - Przez wzgląd na
matkę i przez wzgląd na przyjaciół proszę obiecać, że nigdy, nigdy! nie
weźmie pan udziału w tak groźnej wyprawie!
- Wolne żarty, panno Sharp - odrzekł poborca z Boggley Wollah,
poprawiając kołnierz koszuli. - Niebezpieczeństwo czyni łowy tym
przyjemniejszymi.
Prawdę rzekłszy, Joseph Sedley uczestniczył tylko raz w polowaniu na
tygrysy. Wówczas to zdarzył się wspomniany przypadek i biedak został
niemal zabity przez strach, nie przez groźną bestię. Ale miła rozmowa
syciła odwagę i po niejakim czasie grubas ośmielił się zapytać, dla kogo
panna Rebecca robi sakiewkę z zielonego jedwabiu. Był zaskoczony i oczarowany własnym, pełnym poufałego wdzięku zachowaniem.
- Dla każdego, komu sakiewka mogłaby się przydać - odrzekła młoda dama z zabójczym uśmiechem i spojrzeniem.
- Ach, panno Sharp! Jak Boga... - rozpoczął Joseph Sedley jedną ze swych
najbardziej kwiecistych oracji, lecz w sąsiednim pokoju ustał nagle
śpiew, urwał więc, posłyszawszy wyraźnie swoje słowa, zaczerwienił się i z wielkim zakłopotaniem przystąpił do wycierania nosa.
- Czy słyszałaś kiedy, by twój brat tyle gadał? - szepnął George Osborne
Amelii. - Ta mała czyni cuda!
- Tym lepiej.
Amelia, jak większość wartych coś niecoś kobiet, była w głębi duszy
swatką, upajała się więc myślą, że Jos mógłby wywieźć do Indii żonę.
Ponadto w ciągu kilku minionych dni zapałała do Becky gorącą przyjaźnią
i odkryła w niej wiele ujmujących zalet, niedostrzeżonych podczas
wspólnego pobytu w Chiswick. Panieńskie uczucia mają to do siebie, że
jak fasolowe pędy z bajki wyrastają do nieba między zmierzchem a świtem.
Trudno winić kobiety, że po ślubie zamiera w nich owa Sehnsucht nach
der Liebe9. Osoby sentymentalne, przywykłe do szermowania
bardzo górnolotnymi słowami, nazywają to zjawisko "głodem ideału", lecz
wyrażając się na pospolitszą modłę, można powiedzieć, że kobieta jest
zadowolona dopiero wtedy, gdy znajdzie męża i dzieci i może
skapitalizować uczucia wydawane uprzednio gdzie indziej i drobną monetą.
Panna Amelia wyczerpała zapewne szczupły zasób pieśni lub też sądziła,
że w drugim salonie przebywała wystarczająco długo, gdyż uważała za
stosowne poprosić przyjaciółkę, aby ona z kolei coś zaśpiewała.
- Na pewno nie chciałbyś mnie słuchać wcale, gdybyś wprzódy usłyszał
Rebeccę - rzekła panu Osborne'owi, zdając sobie dokładnie sprawę, iż
mówi nieprawdę.
- Wobec tego z góry ostrzegam pannę Sharp - odparł młody człowiek - że,
słusznie czy niesłusznie, uważam pannę Sedley za pierwszą śpiewaczkę
świata.
- Zaraz przekonasz się na własne uszy - powiedziała Amelia, a poborca z Boggley Wollah był na tyle uprzejmy, że własnoręcznie ustawił świecznik
na fortepianie.
Osborne napomknął mimochodem, iż chętnie pozostałby w ciemnym salonie,
lecz panna Sedley roześmiała się, mówiąc, że nie dotrzyma mu kompanii.
Wobec tego młoda para rada nierada podążyła śladem Josepha. Becky
śpiewała nieporównanie lepiej niż jej przyjaciółka (co oczywiście nie
przeszkadzało panu Osborne'owi zachować własnej opinii) i bardzo się
starała ku niemałemu zdziwieniu Amelii, która nigdy nie podejrzewała w niej aż tak znakomitej artystki. Zaczęła od francuskiego romansu, a więc
Joseph nic nie rozumiał i milczał, George zaś przyznał otwarcie, że nie
rozumie ani słowa. Następnie przeszła do owych modnych przed
czterdziestoma laty bezpretensjonalnych ballad na temat brytyjskich
wilków morskich, naszego dobrego króla, biednej Zuzanny, błękitnookiej
Mary i tym podobnych ogólnie znanych postaci. Nie są to utwory
błyskotliwe z muzycznego punktu widzenia, lecz często i skutecznie
odwołują się do prostych, ludzkich uczuć, zrozumiałych nieporównanie
lepiej niż słodkockliwe lagrime, sospiri i félicita10
wieczystej dionizettiańskiej muzyki, którą faworyzujemy obecnie.
Sentymentalne, stosowne w takich przypadkach rozmówki toczyły się w przerwach między piosenkami, których pan Sambo (po przyniesieniu
herbaty), oczarowana kucharka, a nawet sama pani Blenkinsop słuchali
łaskawie z podestu schodów.
Koncert zakończyła rzewna ballada o przytoczonych niżej prostych
słowach:
Jałowy, pusty ugór - ach
I głośne wycie zawieruchy -
A tu spokojnej chatki dach
I żar w kominku ciepły, suchy...
Sierotka zbliżył się do krat,
A gdy zobaczył ognia błyski,
Podwójnie odczuł nocny wiatr
I śnieg na twarzy zimny, śliski.
Zauważyli go, jak szedł,
Ledwie trzymając się na nogach,
I proszą go do chaty wnet,
Witając czule już od proga.
I odszedł gość w poranny zmierzch -
A ogień wciąż w kominku gorze...
O Boże, Ty wędrowców strzeż,
Gdy wicher świszcze o wieczorze.
W pewnym sensie wyrażała ona to samo, co zdanie Becky, że namaluje obraz
"po odjeździe". Przy ostatnich słowach załamał się głęboki głos panny
Sharp i wszyscy zrozumieli aluzję do rozstania i do jej pożałowania
godnego sierocego stanu. Joseph Sedley - meloman o wrażliwym sercu - był
upojony podczas śpiewu i bardzo smutny po jego zakończeniu. Gdyby
potrafił zdobyć się na odwagę, gdyby Amelia posłuchała rady Osborne'a i została w pierwszym salonie, kawalerskie dni poborcy z Boggley Wollah
dobiegłyby końca i ta powieść nie zostałaby wcale napisana. Ale Rebecca
wstała od fortepianu i ująwszy przyjaciółkę pod ramię, wyszła w półmrok
sąsiedniego pokoju. W tej chwili na progu zjawił się pan Sambo z tacą
pełną kanapek, ciastek, galaretek i połyskujących pięknie karafek i kielichów, co oczywiście pochłonęło bez reszty uwagę pana Josepha. Kiedy
starsi gospodarze powrócili z przyjęcia, zastali młodzież tak zajętą
rozmową, że nikt nie usłyszał turkotu karocy, a wchodząc do salonu,
usłyszeli wymowne słowa poborcy z Boggley Wollah:
- Droga, kochana panno Sharp! Proszę zjeść chociaż łyżeczkę galaretki po
tak męczącym... ehem... eee... tak czarującym popisie.
- Brawo, Jos! - zawołał pan Sedley, a Jos, słysząc dobrze znajomy głos,
umilkł niezwłocznie i rychło się pożegnał.
Nie spędził bezsennej nocy. Nie medytował do świtu, czy kocha pannę
Sharp, czy też jej nie kocha. Najbardziej nawet płomienne uczucie nie
mogłoby wpłynąć ujemnie na apetyt lub sen pana Josepha Sedleya. Po
prostu myślał, jak by to było miło słuchać takich piosenek po powrocie z kantoru i że ta mała to bardzo dystyngowana osoba, i stanowiłaby nie
lada sensację balów w Kalkucie, bo po francusku paple lepiej niż sama
małżonka gubernatora generalnego.
- Widać jak na dłoni - monologował - że smarkula kocha się we mnie na
zabój. Jest nie mniej posażna niż większość panien zjeżdżających do
Indii. Cóż, mógłbym wpaść bez porównania gorzej. Jak Boga kocham! - i z tymi słowy zapadł w drzemkę.
Nie muszę chyba zapewniać czytelników, że panna Becky leżała bezsennie i zadawała sobie to samo wciąż pytanie: zjawi się jutro czy nie zjawi?
Nadeszło jutro i pan Joseph Sedley zawitał przed południem niby
nieuchronny los. Nigdy dotychczas nie zaszczycił rodzinnego domu o tak
wczesnej porze. George Osborne już tam był przypadkowo i na próżno
kokietował wzrokiem pannę Amelię zajętą pisaniem listów do dwunastu
przyjaciółek w Chiswick. Rebecca mozoliła się nadal nad robótką z dnia
wczorajszego. Kiedy przed ganek zajechała wiadoma kariolka, rozległo się
donośne kołatanie do drzwi i po długim jak zwykle zamieszaniu w przedpokoju były poborca z Boggley Wollah wkroczył ciężko na schody.
Osborne i panna Sedley wymienili znaczące spojrzenia, następnie zaś
zerknęli na biedną Rebeccę, która spuściła jasne loki ku swym drutom i naprawdę się zapłoniła. Jakże biło jej serce, gdy na progu stanął
Joseph, zdyszany po marszu na schody, wystrojony w nową kamizelkę,
skrzypiący lśniącymi niczym lustro butami, spocony ze wzruszenia i upału, zarumieniony pod osłoną halsztuków na szyi. Była to chwila
wzruszająca dla wszystkich, Amelia zaś uległa mimo woli panice sroższej
niż lęk osób zainteresowanych bezpośrednio.
Sambo z trzaskiem otworzył drzwi, zaanonsował pana Josepha Sedleya i uśmiechnięty ruszył jego śladem, dźwigając dwie okazałe wiązanki, które
pożeracz serc niewieścich zakupił przed kwadransem na targu Covent
Garden. Nie dorównywały one rozmiarami ogromnym bukietom wetkniętym w kielichy z ażurowego papieru noszonym przez damy ze współczesnej nam
epoki. Mimo to jednak panienki wdzięcznym sercem przyjęły dowody pamięci
złożone im z głębokim ukłonem przez szarmanckiego poborcę z Boggley
Wollah.
- Brawo, Jos - zawołał Osborne.
- Serdecznie ci dziękuję, kochany Josephie - powiedziała Amelia, skłonna
ucałować brata, gdyby ów objawił ku temu chęci.
- Ach, boskie, niebiańskie kwiaty! - wykrzyknęła panna Sharp.
Ostrożnie powąchała bukiet, przygarnęła go do piersi i w radosnym
upojeniu wzniosła wzrok ku sufitowi. Być może przede wszystkim spojrzała
dyskretnie, czy billet-doux nie kryje się między kwiatami. Lecz
liściku nie było.
- Jak widzę, Sedley, nawet w Boggley Wollah ludzie posługują się mową
kwiatów - powiedział George.
- Także pomysł! - obruszył się sentymentalny młodzieniec. - Po prostu
kupiłem bukiety u Natana. Bardzo mi miło, że przypadły paniom do gustu.
Aha, Amelio! Jednocześnie nabyłem ananas. Ma go już Sambo. W taką upalną
pogodę smakuje doskonale, jeżeli podać go z lodu. Przyda się na deser po
drugim śniadaniu.
Panna Sharp szepnęła, że nigdy jeszcze nie próbowała ananasa i nade
wszystko pragnie go pokosztować.
W podobnym tonie toczyła się dalej konwersacja. Wreszcie Osborne opuścił
salon pod jakimś błahym pretekstem, Amelia zaś pospieszyła za nim, być
może po to, by dopilnować krajania ananasa. Joseph pozostał sam z Rebeccą zajętą swoją robótką tak pilnie, że zielone jedwabne nitki i srebrzyste druty migały tylko w jej zwinnych, szczupłych palcach.
- Jakże piękną, przepiękną piosenkę śpiewała pani wczoraj wieczorem,
droga, kochana panno Sharp - przemówił poborca z Boggley Wollah. -
Niewiele brakowało, żebym się rozpłakał. Jak Boga kocham! Bardzo
niewiele!
- Bo ma pan dobre, wrażliwe serce, panie Josephie, jak... jak cała pańska
rodzina.
- Przez tę piosenkę nie mogłem usnąć w nocy, a z rana próbowałem ją
nucić w łóżku. Słowo honom! Gollop, mój lekarz, przyszedł o jedenastej...
Bo, widzi pani, jestem poważnie chory i Gollop musi mnie badać
codziennie... Otóż, panno Sharp, Gollop przyszedł o jedenastej, a ja
śpiewałem jak szczygieł. Jak Boga kocham, panno Sharp! Zupełnie jak
szczygieł!
- Jaki pan zabawny! Proszę teraz dla mnie zaśpiewać.
- Ja? Nie! Droga, kochana panno Sharp! Niech lepiej pani zaśpiewa dla
mnie tę samą piosenkę.
- Nie, nie, panie Sedley - westchnęła Rebecca. - Nie jestem dziś
usposobiona do popisów. A zresztą muszę skończyć sakiewkę. Zechce mi pan
pomóc?
Zanim zdążył zapytać, w jaki sposób, stało się coś zdumiewającego.
Joseph Sedley, funkcjonariusz administracji cywilnej Kompanii Indii
Wschodnich, stwierdził, iż jest w salonie sam na sam z młodą damą, iż
siedzi naprzeciw niej i wznosi błagalnym gestem ręce skrępowane pasmem
zielonego jedwabiu, który rzeczona dama nader biegle zwija na kłębek.
W tej osobliwej pozie zastali młodą parę Amelia i Osborne, kiedy weszli
do salonu, by oznajmić, że drugie śniadanie na stole. Całe pasmo
zielonego jedwabiu zdążyło spowić tekturową gwiazdkę, lecz Joseph Sedley
nie przemówił słowem.
- Ach, moja droga - szepnęła Amelia, ściskając dyskretnie dłoń
przyjaciółki - na pewno dziś wieczorem powie, co ma do powiedzenia.
Tymczasem Sedley wiódł dyskurs z własną duszą i postanowił:
Jak Boga kocham! Dziś wyrąbię wszystko w Vauxhall!
V. Dobbin z naszego pułku
V
Dobbin z naszego pułku
Spotkanie Cuff-Dobbin i nieoczekiwany wynik tej walki na pięści długo
zostanie w pamięci wszystkich byłych wychowanków słynnej uczelni doktora
Swishtaila. Młodzieniec wymieniony na drugim miejscu (zwany najczęściej
Dobbin-Fujara, Dobbin-Niedojda i obdarzany wielu podobnymi epitetami
świadczącymi o dziecięcej wzgardzie) był to chyba najspokojniejszy,
najbardziej niezdarny i najmniej atrakcyjny spośród młodych dżentelmenów
kształconych przez doktora Swishtaila. Jego ojciec miał sklep
spożywczo-mydlarski w Londynie i syna umieścił w szkole na zasadzie, że
się tak wyrazimy, wzajemnej wymiany usług. Znaczy to, iż opłatę za naukę
i pobyt w internacie pokrywał nie gotówką, lecz w naturze. W wyniku tego
młody Dobbin, odziany w welwetowe spodenki i wypłowiałą bluzę, której
szwy pękały pod naciskiem nadmiernie rozrośniętych kości, zajmował
najniższy szczebel uczniowskiej drabiny, jako symbol tylu to a tylu
funtów herbaty, świec, mydła, suszonych śliwek (bardzo niewiele zużywano
ich na puddingi w kuchni internatu) oraz innych artykułów pokrewnej
natury. Biedak miał naprawdę czarny dzień, gdy pewien kolega, który
wymknął się do miasta po nielegalny zakup migdałów, cukierków i serdelków, wypatrzył furgon z napisem "Dobbin i Rudge. Artykuły
spożywcze i mydlarskie. Londyn. Thames Street". Wehikuł ów stał przed
sienią doktora Swishtaila i wyładowywał asortyment towarów dostarczanych
przez rzeczoną firmę.
Od tej pamiętnej chwili młody Dobbin nie zaznał spokoju. Stał się
przedmiotem bezlitosnych docinków i żartów.
- Hej, Dobbin! - wołał jakiś młodociany dowcipniś. - W gazecie znalazłem
dobrą nowinę. Cukier znowu drożeje.
- Jeżeli funt świec z baraniego łoju kosztuje siedem i pół pensa -
improwizował ktoś inny zadanie matematyczne - ile musi kosztować cały
Dobbin?
Drwinom takim towarzyszyły z reguły salwy śmiechu, bo mali urwipołcie
mniemali słusznie, że detaliczna sprzedaż artykułów
spożywczo-mydlarskich jest zajęciem haniebnym, godnym lekceważenia i pogardy prawdziwych dżentelmenów.
- Słuchaj, Osborne - rzekł Dobbin do malca, który wywołał całą burzę. -
Przecież i twój ojciec jest kupcem.
- Mój ojciec jest dżentelmenem - brzmiała wyniosła odpowiedź. - Ma
karetę i własne konie.
Wobec tego William Dobbin wycofał się do ustronnej altany w głębi
szkolnego ogrodu i wolne popołudnie spędził na żałosnych medytacjach.
Któż z nas nie przypomina sobie owych bolesnych chwil dziecięcej
rozpaczy? Kto silniej niż chłopiec o szlachetnym sercu odczuwa
niesprawiedliwość i krzywdę, kogo bardziej boli lekceważenie? W kim
wszelka dobroć budzi żywszą, serdeczniejszą wdzięczność? Iluż takich
poczciwców dręczy się i poniewiera w imię błahych wiadomości z matematyki i kilku zdań w ohydnej szkolnej łacinie?
Otóż William Dobbin nie potrafił za żadną cenę opanować mowy
starożytnych Rzymian wyłożonej przedziwnie w etońskiej Gramatyce języka
łacińskiego. W rezultacie należał do najgorszych uczniów szanownego
doktora Swishtaila i ustawicznie dystansowali go ubrani jeszcze w dziecinne fartuszki malcy o świeżych, różowiutkich buziach. Niby olbrzym
w przyciasnym welwetowym ubraniu maszerował rok po roku pośród
najniższej klasy. Otępiałym wzrokiem spoglądał wstydliwie w ziemię, a pod pachą dźwigał elementarz zdobny oślimi uszami. Drwili zeń wszyscy -
starsi i młodsi. Zaszywali i tak już za krótkie rękawy jego welwetowej
bluzy. Podcinali rzemienne pasy jego łóżka. Ustawiali wiadra i ławki
tak, by przewracał się o nie, czego, nawiasem mówiąc, nigdy nie
omieszkał uczynić. Pocztą przesyłali mu paczki zawierające rodzicielskie
świece lub mydła. Nie było malca, który nie dręczyłby Dobbina-Fujary, on
zaś - niemy i nieszczęśliwy - znosił wszystko biernie i cierpliwie.
Cuff znajdował się na przeciwległym biegunie. Był hersztem szkoły i pierwszym jej dandysem. Przemycał wino, staczał bójki z miejskimi
ulicznikami. W każdą sobotę przyjeżdżał po niego wolant zaprzęgnięty w kuce. Pod łóżkiem przechowywał długie buty używane podczas wakacji do
polowania. Miał złoty repetier, a tabakę zażywał niczym sam Johnson.
Bywał w operze i znał czołowych aktorów, przedkładając pana Keana nad
pana Kemble'a. Potrafił przez godzinę recytować z pamięci łacińskich
poetów. Potrafił pisywać wiersze po francusku. Ba! Czego on nie potrafił
i czego nie mógł zrobić! Krążyły słuchy, że nawet pan Swishtail boi się
tego ucznia!
Cuff - powszechnie uznany król uczelni - rządził swoimi poddanymi i terroryzował ich z dostojną wyższością. Jeden czyścił mu buty, drugi
przysmażał grzanki, trzeci przez całe letnie popołudnie musiał podawać
piłki przy krykiecie. Oczywiście Dobbin-Fujara wzbudzał w nim najwyższą
pogardę, toteż Cuff nader rzadko zaszczycał go rozmową, chociaż
pośrednio dręczył i znieważał ustawicznie. Ale pewnego dnia doszło do
osobistej scysji pomiędzy dwoma młodymi dżentelmenami.
Fujara siedział w klasie i biedził się nad listem do domu, kiedy Cuff
wszedł niedbałym krokiem, aby wysłać kolegę po jakiś sprawunek, zapewne
słodycze lub ciastka.
- Nie mogę - odburknął Dobbin. - Chcę skończyć list.
- Nie możesz? - zdumiał się herszt. - Ty nie możesz? Jutro napiszesz do
starej pani Fujarowej. To chyba wystarczy?
Z tymi słowy porwał ćwiartkę papieru. Wiele słów było tam
przekreślonych, wiele napisanych z błędami. Ów list kosztował Dobbina
dużo myśli i pracy, i łez, gdyż był przeznaczony dla dobrej matki, która
kochała syna, chociaż była tylko żoną kupca spożywczo-mydlarskiego i mieszkała przy Thames Street w oficynie za sklepem.
- Nie przezywaj! - burknął Dobbin i bardzo zdenerwowany wstał z ławki.
- No, idziesz czy nie idziesz? - zapytał prowodyr szkoły.
- Oddaj list - rzucił Dobbin. - Dżentelmen nie czyta cudzych listów.
- No, idziesz czy nie idziesz? - powtórzył Cuff.
- Nie idę! A ty nie bij, bo łeb ci rozwalę! - ryknął Fujara i chwyciwszy
ciężki ołowiany kałamarz, zrobił tak srogą minę, że pan Cuff cofnął się,
opuścił podwinięte już rękawy, wsunął ręce w kieszenie i wyszedł z lekceważącym uśmiechem.
Od tej pory przestał zadawać się ze sklepikarczykiem, lecz za plecami
wyrażał się o nim bardzo złośliwie, czego - chcąc oddać temu
młodzieńcowi pełną sprawiedliwość - nie wolno nam przemilczeć.
Po pewnym czasie w słoneczne letnie popołudnie pan Cuff znalazł się w niedalekim sąsiedztwie biednego Williama Dobbina, który leżąc pod
drzewem w szkolnym ogrodzie, brnął z wielkim trudem przez swój ulubiony
egzemplarz Baśni z tysiąca i jednej nocy. Z dala od innych chłopców
zajętych rozmaitymi grami sportowymi Fujara był samotny i niemal
szczęśliwy. Ach! Gdyby pozostawiać dzieci bardziej samym sobie! Gdyby
nauczyciele zechcieli mniej je dręczyć, a rodzice przestali uparcie
nadawać kierunek ich myślom i wywierać wpływ na uczucia. Wszak myśli i uczucia stanowią dla nas wszystkich niezgłębioną tajemnicę. Jak wiele
wiemy o sobie nawzajem? Jak wiele wiemy o naszych dzieciach, ojcach,
sąsiadach? Wyobraźnię biednego, rządzonego bezlitośnie dziecka muszą
zapełniać obrazy nieporównanie czystsze i piękniejsze od tych, na jakie
stać zepsute, dojrzałe osoby, co owym chłopcem czy dziewczęciem władają
krzepką ręką. Gdyby, powtarzam, rodzice i nauczyciele pozostawiali
dzieci bardziej samym sobie, zapewne nie wynikłoby stąd nic złego,
chociaż mniej powszechna stałaby się wiedza o nieregularnych
czasownikach łacińskich.
Otóż William Dobbin zapomniał chwilowo o całym świecie. Towarzyszył
Sindbadowi Żeglarzowi w wyprawie do Doliny Diamentów albo też wkraczał z księciem Ahmedem do owej uroczej groty, w której książę poznał wieszczkę
Peribanu i gdzie każdy z nas wybrałby się chętnie. Nagle z marzeń
obudziły go piskliwe krzyki, jakie wydają zwykle płaczące dzieci. Dobbin
podniósł wzrok i zobaczył, że Cuff okłada małego chłopca.
Był to ten sam urwis, który puścił w kurs wiadomość o firmowym wehikule,
ale Dobbin nie umiał długo chować urazy, zwłaszcza do mniejszych i słabszych.
- Jak śmiałeś, pętaku, rozbić butelkę? - wołał Cuff, wywijając nad
ofiarą żółtym kijem do krykieta.
Chłopiec otrzymał do wykonania trudne zadanie. Musiał przeleźć mur
szkolny (w miejscu, gdzie usunięto ze szczytu tłuczone szkło i w cegłach
wydrążono wygodne wgłębienia), przebiec ćwierć mili, kupić na kredyt pół
kwarty rumowej lemoniady, zmylić czujność mnogich szpiegów doktora
Swishtaila i wrócić do szkoły tą samą drogą. W ostatnim stadium
ryzykownej wyprawy biedakowi obsunęła się noga, cenna flaszka została
stłuczona, rumowa lemoniada rozlana, spodenki gońca poważnie uszkodzone,
a sam goniec, choć Bogu ducha winien, stanął przed groźnym Cuffem z potulną i przerażoną miną.
- Jak śmiałeś, pętaku, rozbić butelkę? - grzmiał szkolny tyran. - Ty
zasmarkany złodzieju! Wypiłeś rum, a teraz twierdzisz, że butelka się
stłukła. Wyciągnij łapę, pętaku!
Kij do krykieta ze świstem spadł na otwartą dłoń dziecka. Rozległ się
rozdzierający krzyk. W tej właśnie chwili Dobbin oderwał wzrok od
książki. Wieszczka Peribanu umknęła z księciem Ahmedem w mroczną głąb
jaskini. Ptak Rok porwał Sindbada Żeglarza z Doliny Diamentów i uniósł
go wysoko w gęste chmury. Przed poczciwym Williamem roztoczył się obraz
codziennego życia; duży chłopak łoił bez powodu małego.
- Druga łapa, pętaku! - krzyknął Cuff do malca, którego twarz wykrzywiał
grymas bólu.
Dobbin zadrżał. Dźwignął się z murawy w swoim starym, przyciasnym
ubraniu.
- Masz, ty złodzieju! Masz! - Kij zetknął się ponownie z ręką dziecka.
Łaskawe panie! Proszę się nie przerażać, nie odwracać zgorszonego
wzroku! Każdy chłopiec przeżywał takie rzeczy w szkole. Wasi synowie na
pewno biją albo są bici w bardzo zbliżony sposób.
Jeszcze raz kij przeciął powietrze, a William Dobbin ruszył z miejsca.
Trudno odgadnąć, co nim powodowało. Przecież znęcanie się nad kolegami
jest w szkołach nie mniej rozpowszechnione jak używanie knuta w Rosji.
Bunt przeciwko takiej torturze uchodzi w pewnym sensie za czyn
niedżentelmeński. Być może posępny duch Fujary doznał wstrząsu na widok
brutalnej tyranii. Być może w skrytości serca chłopiec hołubił myśl o zemście i pragnął zmierzyć się z władcą i ciemiężycielem, co miał w szkole wszystko: zaszczyty, władzę, chwałę, rozwiane chorągwie, bicie w kotły, fanfary i warty prezentujące broń. Tak czy inaczej, Dobbin
skoczył naprzód i krzyknął wielkim głosem:
- Odczep się, Cuff! Przestań tłuc tego malca albo ja ci...
- Albo ty mi co? - zapytał herszt, zdumiony nieoczekiwaną interwencją. -
Wyciągaj łapę, szczeniaku!
- Spuszczę ci takie lanie, jakiego nie dostałeś w życiu! - odpowiedział
William na pierwszą część krótkiej przemowy.
Mały Osborne, zdyszany i zapłakany, spojrzał z podziwem i uwielbieniem
na rycerza, występującego nagle w jego obronie. Cuff był prawie tak samo
zdumiony i zaskoczony. Wyobraźmy sobie naszego nieodżałowanego monarchę,
króla Jerzego III, w momencie gdy usłyszał o buncie
północnoamerykańskich kolonii; wyobraźmy sobie potężnego Goliata, gdy
niepokaźny Dawid wystąpił przeciwko niemu, a będziemy mieli wierny
wizerunek uczuć pana Reginalda Cuffa, który otrzymał tak niecodzienne
wyzwanie.
- Dobrze. Po godzinach zajęć - odrzekł tyran, odzyskawszy mowę, a spojrzał przy tym tak, jak gdyby chciał dodać: "A tymczasem sporządź
ostatnią wolę, a przyjaciołom przekaż swoje ostatnie życzenia".
- Zgoda - powiedział Dobbin. - A ty, Osborne, musisz być moim
sekundantem.
- Chętnie, jeżeli sobie życzysz - odparł malec dość chłodno, bo trochę
wstyd mu było takiego rycerza; cóż, jego papa miał karetę i własne
konie.
Kiedy nadeszła wreszcie wyznaczona pora, malec bardzo nieśmiało zawołał
cienkim głosem:
- Śmiało, Fujara! Naprzód!
Przez pierwsze trzy rundy owego słynnego spotkania ani jeden z kolegów
nie podchwycił dyskretnego okrzyku. Okazały, doskonale przygotowany do
walki Cuff miał od początku lekceważący uśmiech na ustach, poruszał się
lekko i niedbale, jak gdyby był na balu, obsypywał niefortunnego
przeciwnika ciosami i kilkakroć rozciągnął go na murawie. Po każdym
takim upadku brzmiał triumfalny okrzyk i widzowie poczynali się sposobić
do złożenia hołdu pogromcy.
Ale dostanę wały, jak się to wreszcie skończy! - myślał smętnie mały
Osborne, półgłosem zaś radził mocodawcy, którego podnosił lojalnie:
- Dałbyś lepiej spokój, Dobbin. Poddaj się. O co tu walczyć? O lanie?
Przecież do tego przywykłem.
Ale Fujara drżał z podniecenia, parskał gniewnie i odsunąwszy na bok
niepozornego sekundanta, ruszył do czwartej rundy. Nie miał pojęcia, jak
parować ciosy, ulegał więc dotychczas, gdyż Cuff zaczynał atak i nie
pozwalał przeciwnikowi na przejęcie inicjatywy. Tym razem Dobbin
postanowił zaatakować, a że był mańkutem, puścił od razu w ruch potężne
lewe ramię i dwukrotnie ugodził mistrza: raz w lewe oko, raz w kształtny
rzymski nos. Ku nie lada zdumieniu widowni Cuff poszedł na murawę.
- Jak Boga kocham! Czysta robota! - rzekł mały Osborne i z miną znawcy
poklepał Fujarę po plecach. - Zawsze mówię: lewy sierp najlepszy. Rób
dalej swoje, chłopcze.
Do końca walki lewy sierp Dobbina czynił straszliwe spustoszenie. Cuff
walił się z nóg raz po raz, a pod koniec szóstej rundy Fujarze dodawało
ducha niemal tyle głosów, co jego popularnemu przeciwnikowi. Po
dwunastej rundzie Cuff był, jak to się mówi, kompletnie gotowy. Utracił
całą równowagę umysłu i wszelką zdolność do ataku lub obrony. Za to
Dobbin był teraz chłodny i rozważny niczym kwakier. Policzki miał bardzo
blade, oczy błyszczące i szeroko otwarte, a krew cieknąca obficie ze
skaleczonej dolnej wargi nadawała jego młodocianej twarzy wyraz groźny,
przejmujący zapewne obawą niejednego spośród widzów. Ale mimo wszystko
dzielny przeciwnik Fujary gotował się do trzynastego starcia.
Gdybym miał pióro Napiera11 lub był korespondentem pisma "Bell's
Life"12, spróbowałbym opisać ten sławny bój właściwie. Był to
ostatni szturm gwardii (to znaczy byłby, gdyby bitwa pod Waterloo
rozegrała się wcześniej). Zwarte kolumny Neya obsadzają wzgórze La Haye
Sainte zjeżone dziesięcioma tysiącami bagnetów i uwieńczone dwudziestką
cesarskich orłów. Rozbrzmiewa bojowy okrzyk objedzonych wołowiną
Anglików, co jak lawina toczą się po stoku, aby nawiązać z wrogiem
straszliwą walkę wręcz! Krótko mówiąc, Cuff, chociaż słaby i chwiejący
się na nogach, śmiało ruszył do walki, lecz sklepikarczyk puścił w ruch
potężne lewe ramię, trafił w nos przeciwnika i rozciągnął go po raz
ostatni.
- Myślę, że mu to starczy - rzekł chłodno Fujara, gdy Cuff padł na
murawę tak gładko, jak kula wytrawnego bilardzisty wpada do luki.
Istotnie, po wyliczeniu przepisowego czasu pan Reginald Cuff nie miał
siły ani ochoty, by dźwignąć się raz jeszcze.
Wszyscy chłopcy podnieśli taki wrzask na cześć Fujary, jak gdyby on był
od początku ogólnym faworytem, i wywabili z kryjówki samego doktora
Swishtaila, który zapragnął poznać przyczynę zamieszania. Stwierdziwszy,
co się stało, pedagog zagroził Dobbinowi niecodzienną chłostą. Ale Cuff
przyszedł już do siebie i przemywał właśnie rany, wyprostował się więc i rzekł po rycersku:
- To moja wina, panie doktorze. Tłukłem młodszego chłopca. Fuja... Dobbin
wystąpił w jego obronie. Dostałem akurat tyle, ile mi się należało.
Dzięki tej wspaniałomyślnej postawie młodzieniec uratował nie tylko
skórę swojego zwycięzcy, lecz również własny prestiż wśród kolegów,
niemal już utracony skutkiem nieoczekiwanej klęski.
Wydarzenie to opisał mały Osborne w liście do rodzicielskiego domu:
Sugarcane House, Richmond
Marzec 18.. r.
Kochana Mamusiu!
Mam nadzieję, że Mamusia dobrze się czuje, i bardzo proszę o placek i pięć szylingów. Była tutaj walka. Bili się Cuff i Dobbin. Cuff, wie
Mamusia, był dotąd największym zuchem w szkole. W trzynastej rundzie
Dobbin go położył, a więc Cuff jest teraz tylko drugim zuchem.
Posprzeczali się o mnie. Cuff tłukł mnie za to, że stłukłem butelkę
mleka, a Dobbin wystąpił w mojej obronie. Przezywamy go Fujara. Jego
ojciec ma sklep spożywczo-mydlarski: Dobbin i Rudge, przy Thames Street
w City. Myślę, że ponieważ on bił się w mojej obronie, powinniśmy tam
kupować cukier i herbatę. Cuff jeździ do domu w każdą sobotę, ale w tym
tygodniu pewno nie pojedzie, bo oboje oczu ma podbite. Przyjeżdża po
niego stajenny na gniadej klaczy i przyprowadza białego kucyka, na
którym Cuff jedzie do domu. Mam wielką ochotę, żeby Papa też kupił mi
kucyka. Całuję Mamusię, kochający syn
George Sedley Osborne
PS. Pozdrowienia dla małej Amy. Robię dla niej dyliżans z tektury.
Proszę, żeby to nie były kruche ciastka, tylko placek ze śliwkami.
Z racji głośnego zwycięstwa Dobbin urósł w opinii kolegów, a epitet
Fujara, pogardliwy dotychczas, stał się równie dobry jak każdy inny.
- Przecież on nie winien, że ma ojca kupca spożywczo-mydlarskiego -
orzekł George Osborne, chłopiec mały, lecz bardzo popularny wśród
młodzieży ze szkoły doktora Swishtaila.
Opinię tę przyjęto z uznaniem i jednomyślnie uchwalono, iż nie wypada
dokuczać koledze z racji przypadkowego urodzenia w tej, a nie innej
sferze. Dobbina nazywano nadal Fujarą, lecz wyraz ten nabierał ciepłych,
przyjacielskich tonów i nie towarzyszyły mu już złośliwe drwiny.
W zmienionych warunkach William z dnia na dzień nabierał ducha. Czynił
zdumiewające postępy w naukach i rumienił się ze zdziwienia i radości,
gdy sam wyniosły Cuff łaskawie pomagał mu zgłębiać tajniki łacińskich
poetów i "obkuwał go" w godzinach rekreacji. Dzięki byłemu przeciwnikowi
Dobbin opuścił triumfalnie najniższą klasę i w średniej zdobył zupełnie
niezłe miejsce.
Okazało się, że uczeń tępy w naukach klasycznych może być zdolny do
matematyki. Ku ogólnemu zadowoleniu Fujara zdobył w algebrze trzecie
miejsce i na otwartym egzaminie czerwcowym otrzymał nagrodę w postaci
francuskiej książki. Trzeba było widzieć twarz jego matki, gdy dostał
Telemaka13 (ów prześliczny romans) w obliczu całej szkoły i rodziców, i zgromadzonego licznie doborowego towarzystwa. W dedykacji
doktor Swishtail nazwał wychowanka "Gulielmo Dobbin", sądząc zapewne, iż
imię napisał po francusku. Koledzy bili brawo ze szczerej sympatii, a Fujara, wracając na miejsce, rumienił się, potykał, nie wiedział, co
zrobić z własnymi rękami, i deptał po drodze cudze stopy. Stary Dobbin
po raz pierwszy w życiu poczuł szacunek dla syna, obdarzył go więc
publicznie dwoma gwineami, które William wydał niemal w całości na
pożegnalną ucztę dla kolegów. Następnie wyjechał na wakacje i z początkiem nowego roku szkolnego wrócił w czarnym surducie z długimi
połami.
Dobbin był zbyt skromnym młodzieńcem, aby korzystną zmianę sytuacji
przypisywać własnej męskiej postawie i odwadze. Wmówił sobie, że
wszystko zawdzięcza dobrym wpływom i poczciwości małego George'a Osborne'a, począł więc darzyć młodszego kolegę taką miłością, na jaką
stać jedynie dzieci. O podobnych uczuciach czytamy w pięknych baśniach,
a także w starej francuskiej balladzie o Orsonie14 i jego
szlachetnym pogromcy Walentynie. Tak czy inaczej, William niemal na
klęczkach wielbił młodszego przyjaciela i kochał go płomiennie. Nawet
przed zawarciem formalnej znajomości podziwiał skrycie Osborne'a,
ostatnio zaś stał się jego sługą, psem, Piętaszkiem. Uważał George'a za
szczyt doskonałości. Widział w nim najprzystojniejszego,
najdzielniejszego, najzdolniejszego, najszlachetniejszego chłopca pod
słońcem. Dzielił się z nim pieniędzmi, obsypywał go podarkami w postaci
scyzoryków, piórników, pieczątek, cukierków, śpiewniczków i romantycznych książek z wielkimi, barwnymi ilustracjami, które
przedstawiały rycerzy i zbójców. Wiele tych dzieł opatrzonych dedykacją:
"Panu George'owi Sedley Osborne oddany przyjaciel William Dobbin"
przetrwało do naszych czasów. Mały Osborne, jak wypadało osobistości
stojącej na wyższym szczeblu towarzyskim, przyjmował dobrotliwie te
wszystkie dary i wyrazy hołdu.
W dzień przewidziany na wyprawę do ogrodów Vauxhall porucznik Osborne
przybył pod wieczór na Russell Square i panią domu powitał takimi słowy:
- Łaskawa pani, mam nadzieję, że przy stole znajdzie się jedno miejsce.
Pozwoliłem sobie zaprosić do państwa na obiad Dobbina z naszego pułku.
Zaproponowałem mu także, aby towarzyszył nam do Vauxhall. To chłopak
prawie równie skromny jak nasz Jos.
- Do diaska ze skromnością! - obruszył się tęgi dżentelmen, mierząc
pannę Sharp zabójczym wzrokiem.
- On jest naprawdę skromny, a ty, Sedley, masz nieporównanie więcej
wdzięku - roześmiał się George. - Spotkałem go w hotelu Bedford, dokąd
wstąpiłem, by rozejrzeć się za tobą. Powiedziałem, że panna Amelia jest
już w domu i dziś wybieramy się na lumpkę. Zapewniłem go również, że
pani Sedley wybaczyła mu rozbicie wazy z ponczem na kinderbalu. Pamięta
pani tę katastrofę sprzed siedmiu lat?
- Naturalnie! - roześmiała się dobroduszna matrona. - Cały poncz poszedł
na szkarłatną jedwabną suknię pani Flamingo! Cóż to był za niezgrabiasz!
A jego siostry są niewiele lepsze. Wczoraj trzy z nich były z lady
Dobbin w Highbury Bam. Co one mają za figury! Dobry Boże!
- Pan ławnik to straszny krezus, prawda? - podjął Osborne z nader chytrą
miną. - Nie sądzi pani, że jedna z córek byłaby dla mnie doskonałą
partią?
- Także pomysł! - obruszyła się dama. - A kto chciałby ciebie z tą twoją
żółtą twarzą?
- Moja twarz ma być żółta? Niech łaskawa pani poczeka trochę i obejrzy
Dobbina. To dopiero cera! Trzy razy przechodził żółtą febrę: dwa w Nassau, a raz w Saint Kitt.
- Bardzo możliwe. Ale dla nas twoja cera jest wystarczająco żółta.
Prawda, Amy?
Panna Amelia uśmiechnęła się tylko, zapłoniła i spojrzała na
interesująco bladą twarz porucznika i na piękne, lśniące, faliste,
troskliwie pielęgnowane ciemne faworyty, o których sam młody człowiek
miał bardzo wysokie mniemanie. W skrytości małego serduszka pomyślała,
że w armii jego królewskiej mości ani w całym szerokim świecie nie ma
tak urodziwej twarzy i tak wspaniałego bohatera.
- Nic mi nie szkodzi żółta cera kapitana Dobbina i jego nieśmiałość -
powiedziała. - Wiem, że zawsze będę go lubiła.
Dobra panienka miała po temu swoje racje. Przecież niezdarny Dobbin był
przyjacielem i obrońcą George'a!
- Trudno o sympatyczniejszego kolegę i lepszego oficera - podjął gorąco
Osborne - choć naturalnie Dobbin nie jest Adonisem.
Mówiąc to, piękny porucznik naiwnie zerknął w stronę lustra, lecz
odwrócił wzrok i zarumienił się lekko, gdy dostrzegł zwrócone ku sobie
bystre spojrzenie panny Sharp.
Ah, mon beau monsieur15 - pomyślała mała, przebiegła żmijka.
- Już wiem, co z ciebie za ziółko.
Tegoż wieczora panna Amelia, ubrana w białą muślinową toaletę i gotowa
na podbój Vauxhall, wbiegła lekko do salonu rozśpiewana jak skowronek i kwitnąca niczym róża. Na powitanie jej wstał z fotela bardzo wysoki i całkiem nieurodziwy dżentelmen o wielkich dłoniach, wielkich stopach i wielkich uszach sterczących pod czarną, krótko przystrzyżoną czupryną. W ohydnym wojskowym fraku noszonym w owe lata i ze stosowanym kapeluszem
pod pachą ruszył w stronę dziewczyny i złożył jej najniezdarniejszy z niezdarnych ukłonów.
Był to kapitan William Dobbin z takiego to a takiego Pułku Królewskich
Strzelców Pieszych. Ostatnio wrócił z Indii Zachodnich, gdzie chorował
na żółtą febrę, w czasie gdy liczni jego waleczni koledzy zdobywali
laury bojowe na Półwyspie Iberyjskim.
Przybycie swoje oznajmił kołataniem do drzwi tak cichym i nieśmiałym, że
panie nie mogły go usłyszeć w swoich pokojach na górnym piętrze. W przeciwnym razie Amelia za nic nie wbiegłaby do salonu z piosenką na
ustach. Ale stało się! Słodki, świeży głosik trafił prosto do serca
kapitana i znalazł tam wygodne gniazdko. Panienka wyciągnęła rączkę do
gościa, ów zaś pomyślał, nim zdążył ująć ją w swoją łapę:
Czy to możliwe? Pamiętam cię jako małą dziewuszkę w różowej sukience. To
było tak niedawno, w ów wieczór, kiedy przewróciłem wazę ponczu, wkrótce
po mojej nominacji. Więc ty jesteś tą młodą osóbką, co - jak mówi George
Osborne - chce się wydać za niego? Piękna, urocza istoto! Ten nicpoń
wygra wielki los na loterii!
Wszystko to przemknęło przez głowę kapitana w chwili, gdy podawał rękę
Amelii i opuszczał na posadzkę swój stosowany kapelusz z pióropuszem.
Historia Williama Dobbina od ukończenia szkoły do momentu ponownego z nim spotkania wyda się zapewne jasna domyślnemu czytelnikowi, bo chociaż
nie została dokładnie streszczona, wynika z rozmów przytoczonych na
ostatnich stronach. Dobbin ojciec - godny pogardy kupiec
spożywczo-mydlarski - był obecnie ławnikiem miasta Londynu, a zarazem
dowódcą Londyńskiego Pułku Lekkiej Kawalerii, pałającej gorącym
pragnieniem, by stawić czoło inwazji francuskiej. Oddział pułkownika
Dobbina, w którym sam stary Osborne był nic nieznaczącym kapralem,
dobrze się spisał w czasie parady w obliczu króla i księcia Yorku, a pułkownik-ławnik otrzymał tytuł szlachecki w nagrodę. Niebawem jego syn
zaciągnął się do wojska, a George Osborne podążył śladem przyjaciela do
tego samego pułku. Razem służyli w Indiach Zachodnich i w Kanadzie. Pułk
wrócił niedawno do kraju, a miłość Williama Dobbina do George'a Osborne'a wytrzymała próbę czasu i była nadal równie gorąca i szlachetna
jak w uczniowskich latach.
Niebawem całe godne towarzystwo siadło do stołu. Przy obiedzie toczyła
się rozmowa o wojnie i triumfach brytyjskiego oręża, o Korsykaninie i lordzie Wellingtonie, i najświeższym wydaniu "London Gazette". W owym
czasie każdy numer tego czasopisma przynosił wiadomości o zwycięstwach,
a więc dwaj młodzi, dzielni oficerowie pragnęli, by ich nazwiska trafiły
również na zaszczytną listę, i przeklinali zły los, co kazał im służyć w pułku omijanym stale przez skrzydła sławy. Podczas tych wzruszających
rozmów oczy Becky rzucały błyskawice, lecz trwożliwa Amelia
przysłuchiwała się w milczeniu, chwilami zaś bladła i była bliska
omdlenia. Pan Jos nie skąpił anegdot o swych polowaniach na tygrysy,
doprowadził do końca opowieść o pannie Cutler i lekarzu wojskowym Lance,
wszystkimi potrawami częstował pannę Sharp, a sam żarł i pił obficie.
Kiedy damy wstawały od stołu, poborca z Boggley Wollah zerwał się
również i z zabójczym wdziękiem skoczył, by drzwi otworzyć. Następnie
wrócił na miejsce i nerwowo począł nalewać sobie jeden kieliszek wina po
drugim.
- Przygotowuje się do natarcia - szepnął Osborne Dobbinowi, gdy nadeszła
wreszcie stosowna pora i kareta zajechała przed ganek, aby zabrać do
Vauxhall młode towarzystwo.
VI. Vauxhall
VI
Vauxhall
Dokładnie zdaję sobie sprawę, że przygrywam bardzo ckliwie, chociaż
rychło nastąpi kilka wstrząsających rozdziałów. Proszę jednak pamiętać,
łaskawy czytelniku, że na razie mamy do czynienia jedynie z rodziną
maklera giełdowego, rezydującą przy Russell Square. Bohaterowie nasi
odbywają przejażdżki, jedzą śniadania i obiady, rozmawiają i kochają się
na podobieństwo zwyczajnych ludzi w życiu codziennym, a postępów ich
uczuć nie znaczą niezwykłe lub tragiczne wydarzenia. Jak przedstawia się
sytuacja? Osborne - zakochany w Amelii - poprosił starego przyjaciela na
obiad w rodzinnym kółku i do Vauxhall. Jos Sedley ulega wdziękom Rebeki.
Poślubi ją czy nie poślubi? Oto kwestia najistotniejsza w danej chwili.
Temat moglibyśmy oczywiście potraktować na modłę wytworną albo
romantyczną, albo humorystycznie-żartobliwą. Gdybyśmy na przykład
przenieśli teren akcji w okolice Grosvenor Square, wiele osób
interesowałoby się nieporównanie żywiej tym opowiadaniem. Opisywalibyśmy
wówczas kwieciście, jak to lord Joseph Sedley kocha się na umór, a markiz Osborne zabiega o rękę lady Amelii i w pełni korzysta z poparcia
szlachetnego rodzica wybranki - jaśnie oświeconego księcia. Nic też nie
stoi na przeszkodzie, by - miast wzlecieć ku najwyższym szczytom
towarzyskim - zstąpić zupełnie nisko, opisując to, co dzieje się w kuchni pana Sedleya. Czarny Sambo, kochanek kucharki (co zgodne jest z prawdą), stacza o nią zaciekłą walkę ze stangretem. Chłopiec kredensowy
zostaje przyłapany na kradzieży łopatki baraniej, a nowa pokojówka panny
Sedley domaga się woskowej świecy do swojego pokoju. Tego rodzaju
przypadki sprowokowałyby na pewno gromkie wybuchy śmiechu i w oczach
czytelnika uchodziłyby za scenki wzięte z życia. Równie dobrze
moglibyśmy odwołać się do grozy i okropności. Kochankiem pokojówki jest
zawodowy bandyta, który na czele swojej bandy włamuje się do domu,
morduje czarnego Sambo u stóp jego pana i porywa piękną Amelię w nocnej
koszuli, aby zwrócić jej wolność dopiero w trzecim tomie. Łatwo byłoby
wtedy snuć straszliwą opowieść, podzieloną na przejmujące dreszczem
rozdziały, które czytelnik przebiegałby wzrokiem, tłumiąc pospieszny
oddech. Ale moi czytelnicy nie powinni się spodziewać tak romantycznych
przygód, tylko całkiem zwykłego opowiadania i muszą się zadowolić
rozdziałem o Vauxhall tak niezwykle krótkim, że nie zasługuje chyba na
to miano. Wszak każdy z nas ma w swym życiu takie błahe na pozór
rozdziały, co wpływają znamiennie na cały dalszy przebieg jego lub jej
losów.
Wsiądźmy zatem do karety wraz z towarzystwem z Russell Square i dotrzymajmy mu kompanii w drodze do Vauxhall. Przednią ławeczkę
wypełniali całkowicie Rebecca i pan Joseph Sedley, a naprzeciwko nich
młody Osborne wbił się jak klin między Amelię a kapitana Dobbina.
Wszyscy byli głęboko przekonani, że jeszcze tego wieczoru poborca z Boggley Wollah zaproponuje pannie Rebece Sharp, by została panią Sedley.
Pozostali w domu rodzice również zdawali sobie z tego sprawę i mówiąc
między nami, starszy dżentelmen odczuwał dla syna coś bardzo zbliżonego
do pogardy. Mówił, że Jos jest próżny, samolubny, leniwy i zniewieściały. Nie cierpiał jego tonów i min światowca, a z jego
niemądrych, chełpliwych opowiastek śmiał się do rozpuku.
- Zostawię temu durniowi połowę majątku, chociaż ma pod dostatkiem
własnych pieniędzy - mówił do żony. - Ale jestem pewien, że gdybym umarł
jutro wraz z tobą i Amy, on powiedziałby tylko: "Jak Boga kocham!" i najspokojniej zjadł obiad. Wobec tego nie myślę zawracać sobie głowy
jego sprawami. Niech się żeni, z kim chce. Nie mój interes.
Natomiast panna Amelia - jak przystało młodej osobie o takim sercu i umyśle - entuzjazmowała się przyszłym małżeństwem brata. Kilkakrotnie
grubas miał zamiar powiedzieć jej coś bardzo ważnego, czego wysłuchałaby
nader chętnie, lecz nie mógł zdobyć się na wyjaśnienie wielkiej
tajemnicy i ku wielkiemu rozczarowaniu siostry dobywał tylko z piersi
głębokie westchnienie i odchodził bez słowa.
Ta "wielka tajemnica" utrzymywała pannę Sedley w stanie ciągłego
podniecenia. Z przyjaciółką nie rozmawiała wprawdzie na drażliwy temat,
lecz wynagradzała to sobie długimi, poufnymi gawędami z panią
Blenkinsop. Gospodyni napomknęła o interesującej sprawie pokojowej, ta
zaś nie mogła zachować sekretu przed kucharką, za której pośrednictwem
nowina dotarła do wszystkich okolicznych kupców i sklepikarzy, i konkury
pana Josepha Sedleya stały się kwestią omawianą żywo w małym światku
Russell Square.
Pani Sedley była naturalnie zdania, że jej syn popełni mezalians, żeniąc
się z córką malarza. Wszelako pani Blenkinsop reprezentowała odmienny
pogląd.
- Mój Boże, proszę pani - dowodziła z przejęciem. - Przecież i my
mieliśmy tylko sklepik, jak pan Sedley żenił się z nami. A pan Sedley
był pisarkiem w kantorze maklera giełdowego. Razem mieliśmy niecałe
pięćset funtów. A teraz co? Jesteśmy bardzo bogaci.
Amelia bez zastrzeżeń godziła się z gospodynią, a zacna pani Sedley
kapitulowała stopniowo.
Ojciec rodziny zachowywał rozważną neutralność.
- Niech Jos żeni się, z kim chce. Nie mój interes - powtarzał. - Ta mała
nie ma posagu, ale nie miała go też pani Sedley. Wydaje się wesoła i roztropna, może więc utrzyma bęcwała w ryzach. Moja droga, wolę ją niż
czarną synową i pół tuzina wnuków o czekoladowej cerze.
A zatem los uśmiechał się do panny Sharp. Idąc do stołu, wspierała dłoń
na ręce poborcy z Boggley Wollah, siadała obok niego na koźle szykownej
kariolki (straszny był to dandys, gdy godny, sztywny, nadęty powoził
parą swoich siwków!), a całe otoczenie uważało te poczynania za coś
oczywistego i chociaż nikt nie mówił słowa na temat rychłego mariażu,
wszyscy się z nim liczyli. Jednego jeszcze oczekiwała Rebecca:
formalnych oświadczyn. Ach, jak boleśnie odczuwała teraz brak matki -
dobrej, kochającej i kochanej matki - co w dziesięć minut ubiłaby
interes i podczas krótkiej, serdecznej rozmówki łatwo dobyła wyznanie z ust wstydliwego młodzieńca.
Tak przedstawiała się sytuacja ogólna, gdy kareta jechała przez most
Westminsterski.
W odpowiedniej porze młode towarzystwo przybyło do Royal Gardens.
Majestatyczny Jos pierwszy wysiadł z familijnego wehikułu, a skoro ów
zaskrzypiał pod jego ciężarem, tłum gapiów wzniósł gromki okrzyk na
cześć spasionego dżentelmena. Poborca z Boggley Wollah zarumienił się
mocno i z Rebeccą u boku ruszył przed siebie bardzo godnie i statecznie.
Oczywiście, George Osborne zaopiekował się Amelią, która wyglądała tak
pięknie i radośnie jak krzew różany w słońcu.
- Dobbinie, mój stary - powiedział George do przyjaciela - bądź no tak
dobry i zaopiekuj się szalami.
Kiedy więc piękny porucznik dotrzymywał kompanii Amelii, a okazały Jos,
wiodąc pod rękę pannę Sharp, torował sobie drogę w tłoku, zacnemu
Dobbinowi musiało wystarczyć towarzystwo szali, na pociechę zaś mógł
tylko uregulować całą należność za wejście.
Nader skromnie trzymał się na uboczu, gdyż nie chciał psuć zabawy. O sprawy Josepha i Rebeki nie dbał ni trochę, uważał jednak, że Amelia
godna jest nawet człowieka tak nieporównanego jak sam George Osborne.
Pięknie dobrana para przechadzała się z wdziękiem parkowymi alejkami, a poczciwy kapitan patrzył na naiwną, rozbawioną panienkę jak urzeczony i z niemal rodzicielską tkliwością. Zapewne chciałby czuć na ramieniu coś
więcej prócz szala, zwłaszcza w momentach, kiedy publiczność chichotała
na widok niezdarnego oficera dźwigającego czysto niewieści bagaż. Ale
kapitan William Dobbin nie folgował na ogół samolubnym myślom, obecnie
zaś musiał się cieszyć, ponieważ jego przyjacielowi dopisywał humor.
Prawdę mówiąc, nie widział wszystkich uroków Vauxhall i absolutnie nie
zwracał na nie uwagi. A było na co patrzeć! Setki tysięcy lamp i latarń
siały wspaniałe blaski. W samym środku Royal Gardens, pod wielką złoconą
muszlą, muzykanci w kapeluszach z piórami wygrywali skoczne melodie, a śpiewaczki i śpiewacy czarowali słuch balladami i piosenkami zarówno
sentymentalnymi, jak komicznymi. Londyński ludek popisywał się tańcami
wśród dzikich skoków, potrącania się i śmiechu. Kapitan William Dobbin
nie słyszał hucznych zapowiedzi głoszących, że madame Saqui zamierza
wspiąć się wkrótce na linę zawieszoną w powietrzu i strzelającą ku
gwiazdom. Nie widział pustelnika przesiadującego cierpliwie w iluminowanym eremie ani cienistych ścieżek sprzyjających gawędom czułych
kochanków, ani kufli porteru, roznoszonych przez kelnerów w wyświechtanej liberii, ani jaskrawo malowanych lóż, gdzie biesiadnicy
spożywają cienkie płatki szynki, ani łagodnego Simpsona, tego poczciwie
uśmiechającego się idioty, który chyba i wówczas patronował zabawie.
Młody oficer nie widział, nie słyszał tego wszystkiego. Spokojnie
obnosił biały kaszmirowy szal Amelii, a mijając wielką, złoconą muszlę,
gdzie pani Salmon śpiewała właśnie Bitwę pod Borodino (bohaterską
kantatę przeciwko korsykańskiemu uzurpatorowi, którego niedawno spotkały
niepowodzenia w Rosji), chciał zanucić tę pieśń bojową, lecz zorientował
się szybko, że pomrukuje melodyjkę, z którą panna Sedley wbiegła tego
dnia do salonu.
Kapitan William Dobbin umilkł i roześmiał się sam z siebie, bo, mówiąc
szczerze, głos miał nie lepszy niż sowa.
Dwie młode pary z Russell Square postanowiły oczywiście, że wspólnie
spędzą cały wieczór, po to jedynie, by zgubić się w ciągu pierwszego
kwadransa. W Vauxhall podobny los czeka wszystkie pary, które spotykają
się dopiero w porze kolacji i wówczas opowiadają sobie nawzajem o przygodach minionych godzin.
Jakież były przygody pana Osborne'a i uroczej Amelii? To tajemnica. Na
pewno jednak ci dwoje spędzili czas przyjemnie i zachowywali się nader
poprawnie. Należy pamiętać, że od piętnastu lat przywykli do siebie, a więc sam na sam nie stanowiło dla nich atrakcyjnej nowości.
Kiedy jednak panna Sharp i jej zażywny kawaler utonęli w mrokach alejki
(gdzie błądziło nie więcej niż sto podobnych im par), obydwoje odczuli,
że sytuacja brzemienna jest czułością, moment krytyczny bliski, a Becky
pomyślała, że teraz lub nigdy sprowokuje wyznanie drżące na lękliwych
wargach poborcy z Boggley Wollah. Poprzednio oglądali panoramę Moskwy i w ścisku jakiś grubianin nastąpił na nóżkę panny Sharp. Dziewczyna
pisnęła z cicha i cofnęła się prosto w ramiona pana Josepha Sedleya.
Drobne to wydarzenie rozczuliło go i ośmieliło do tego stopnia, że
grubas z niezwykłą swadą i co najmniej po raz szósty opowiedział
towarzyszce kilka swoich najlepszych anegdot z Indii.
- Ach, jak bardzo, bardzo pragnęłabym zobaczyć Indie! - westchnęła panna
Sharp.
- Pragnęłaby pani? - powiedział Jos tonem zabójczej czułości i niewątpliwie pytanie to uzupełniłby następnym, jeszcze bardziej czułym,
gdyż sapał i dyszał ciężko, a dłoń Becky znajdująca się w pobliżu jego
serca wyczuwała gwałtowne i nieregularne bicie tego szlachetnego organu.
Niestety! W owym krytycznym momencie zabrzmiał dzwon oznajmujący ognie
sztuczne, tłum się ruszył i zakołysał, i chcąc nie chcąc, młoda para
musiała popłynąć z wartkim nurtem do wspólnego wszystkim celu.
Kapitan Dobbin - znudzony po trosze dostępnymi mu w Vauxhall rozrywkami
- zamierzał przyłączyć się do towarzystwa w czasie kolacji, lecz nikt
nie zwrócił nań uwagi, chociaż dwukrotnie przedefilował obok loży, w której połączyły się zabłąkane pary. Nad stołem nakrytym na cztery osoby
wartko płynęła wesoła rozmowa, wobec czego biedak odgadł bez trudu, że
zapomniano o nim tak dokładnie, jak gdyby nigdy na świat się nie
narodził.
- Byłbym piątym kołem u wozu - mruknął, spoglądając zazdrośnie na
rozbawioną lożę. - Lepiej pójdę obejrzeć pustelnika.
Z tymi słowy odwrócił się od gwaru ludzkich głosów i rozgardiaszu
biesiady, aby cienistą ścieżką zawędrować przed chatę, w której mieszkał
ów doskonale wszystkim znany samotnik. Niewiele to pomogło i biedny
Dobbin nie odzyskał dobrego humoru, czemu nie należy się dziwić, gdyż
wiem z własnego doświadczenia, że samotna wędrówka po Vauxhall jest
najgorszą zabawą, jaką może sobie wymyślić kawaler.
Tymczasem w restauracyjnej loży dwie młode pary bawiły się wybornie i rozmawiały nader żywo i dowcipnie. Joseph Sedley był naprawdę w swoim
żywiole. Władczym tonem rzucał rozkazy kelnerom, własnoręcznie
przyprawiał sałatę, własnoręcznie odkorkowywał butelki szampana,
własnoręcznie ćwiartował kurczęta i sam wypijał albo zjadał niemal
wszystko, co znalazło się na stole. Wreszcie począł domagać się wazy
arakowego ponczu. Wszak w Vauxhall wszyscy piją arakowy poncz!
- Kelner! Hej, kelner! Dawaj arakowy poncz!
Ten właśnie napój stał się przyczyną dalszego ciągu naszej kroniki. Nic
w tym dziwnego. Czara arakowego ponczu może być równie dobrą przyczyną
jak cokolwiek innego. Przecież czara kwasu pruskiego była przyczyną
rozstania się z tym światem Pięknej Rozamundy16. Czara wina
spowodowała przedwczesny zgon Aleksandra Wielkiego - a przynajmniej
takiego zdania jest uczony doktor Lempriere17. Podobnie czara
arakowego ponczu wywarła znamienny wpływ na losy bohaterów "powieści bez
bohatera" i odmieniła bieg ich życia, jakkolwiek większość z nich nawet
nie tknęła ustami zgubnego trunku.
Damy nie piły go oczywiście, a George Osborne bardzo go nie lubił. W rezultacie otyły smakosz i obżartuch wysączył całą zawartość wazy, co
wywołało w nim zdumiewające ożywienie, które stało się wkrótce
kłopotliwe i niemiłe. Jos począł gadać i chichotać tak głośno, że ku
wielkiemu zmieszaniu swojego Bogu ducha winnego towarzystwa zgromadził
wokół loży dziesiątki słuchaczy. Jak gdyby nie dość tego było, jął
śpiewać rzewną piosenkę. Fałszywym dyszkantem, charakterystycznym dla
podchmielonych dżentelmenów, odciągał publiczność zgromadzoną koło
orkiestry przed pozłacaną muszlą i od coraz liczniejszych słuchaczy
dostawał raz po raz huczne oklaski.
- Brawo, tłuścioch! Brawo!
- Bis! Bis!
- Śpiewa jak Daniel Lambert.
- Co za talia! Tylko go ubrać w cyrkowe trykoty! - zawołał jakiś
dowcipniś ku niezmiernemu zakłopotaniu młodych dam i irytacji George'a Osborne'a.
- Na miłość boską, Jos! Kończmy już i chodźmy! - zawołał młody oficer, a panienki wstały z miejsca.
- Stój! Stój! Poczekaj! Moja naj-naj-naj-ukochańsza
pie-pie-pieszczoteczko! Du-du-du-duszyczko! - darł się poborca z Boggley
Wollah, waleczny teraz jak lew.
Mocno obejmował wpół Rebeccę, ta zaś szamotała się i próbowała się
oswobodzić, nie mogła jednak wyrwać ręki z krzepkiego uścisku. Gapie
rechotali coraz głośniej, a Jos pił, zalecał się, śpiewał, mrugał
znacząco w stronę widzów i wywijając kielichem, proponował wszystkim
razem i każdemu z osobna, by skosztowali jego ponczu. Pan Osborne
zamierzał właśnie dać kuksańca jednemu dżentelmenowi w butach z cholewami, który serio potraktował zaproszenie, i awantura zdawała się
nieunikniona, gdy na scenie zjawił się w samą porę kapitan Dobbin,
odbywający dotąd spacery po parku.
- Na bok, hołota! - rzucił, roztrącając łokciem pokaźne zbiegowisko.
Gapie pierzchnęli na widok srogiej miny i trójgraniastego kapelusza z pióropuszem, a oficer, wielce wzburzony, wkroczył do loży.
- Na Boga, Dobbinie! Gdzie się podziewałeś? - krzyknął Osborne i chwyciwszy biały kaszmirski szal, otulił nim Amelię. - Może choć teraz
będzie z ciebie korzyść! Zajmij się tym osłem, a ja odprowadzę damy do
karety!
Jos jął protestować, ale Osborne pchnął go jednym palcem i posadził na
fotelu, dzięki czemu mógł odstawić panie w bezpieczne miejsce. Poborca z Boggley Wollah sapał, dyszał, posyłał odchodzącej trójce całusy i wołał
głosem przerywanym czkawką:
- Bóg z wami! Bóg z wami!
Potem uczepił się ramienia nieszczęsnego Dobbina i - płacząc gorzko -
wyznał mu swoje sekrety miłosne. Kocha, uwielbia to dziecię, które przed
chwilą odeszło! Kocha małą Becky, wie jednak, że złamał jej serce, bo
postępował niegodnie. Ale to furda! Jutro rano weźmie z nią ślub w kościele Świętego Jerzego przy Hannover Square!
- Jak Boga kocham! - wrzeszczał. - Jutro rano! U Świętego Jerzego przy
Hannover Square! Zaraz jadę do Lambeth! Żebym miał drzwi wywalić, obudzę
arcybiskupa Canterbury! Jak Boga kocham! Niech czeka w pogotowiu!
Kapitan Dobbin skorzystał z tego pomysłu i chytrze wywiódł grubasa z Vauxhall, aby udać się prosto do pałacu arcybiskupiego w Lambeth. Skoro
znalazł się z nim za bramą, bez trudu usadowił pijaka w dorożce i dowiózł cało do jego kawalerskich apartamentów.
Tymczasem Osborne odtransportował panie, a kiedy zamknęły się za nimi
drzwi domu, wracał pieszo przez Russell Square i śmiał się tak ochoczo,
że dziwiło to strażników nocnych.
Wchodząc na schody, Amelia posępnie spoglądała na przyjaciółkę, a na
piętrze pocałowała ją i bez słowa udała się na spoczynek.
Jutro musi się oświadczyć - medytowała Rebecca. - Cztery razy nazwał
mnie ukochaniem swojej duszy. Ściskał mi rękę w obecności Amelii. Jutro
musi mi się oświadczyć.
Podobnego zdania była panna Sedley. Myślała o dniu następnym, ponadto
zaś o toalecie, w której wystąpi jako druhna, o prezentach dla uroczej
młodej bratowej, o obrzędzie drugich zaślubin, kiedy to jej przypadnie
główna rola... o wielu, bardzo wielu rozmaitych sprawach.
Niemądre, naiwne istoty! Jak mało wiecie o skutkach arakowego ponczu!
Wieczorny zamęt w głowie jest niczym wobec tortur następnego ranka. Jako
mężczyzna i człowiek doświadczony mogę zaręczyć, że nie ma migreny
dorównującej migrenie po ponczu w Vauxhall. Po dwudziestu latach nie
zapomniałem bolesnych następstw dwóch kieliszków. Honorem ręczę: dwóch!
i to od wina! A Joseph Sedley, tłuścioch ciężko chory na wątrobę,
wytrąbił co najmniej kwartę tej ohydnej cieczy!
Następny ranek (który, jak sądziła Rebecca, miał jej przynieść uśmiech
fortuny) zastał Josepha w nieopisanej męce i usłyszał jego żałosne jęki.
Wody sodowej nie wynaleziono jeszcze i lekkie piwo uchodziło za jedyny
napój neutralizujący skutki hulaszczych nocy. Kiedy więc George Osborne
wszedł do jego pokoju, poborca z Boggley Wollah wił się na sofie i z niesmakiem popijał ów nieszkodliwy trunek. Dobbin był już obecny i poczciwie pielęgnował biedaka, którym zaopiekował się poprzedniego
wieczora. Dwaj oficerowie patrzyli na powalonego Bachusa, następnie zaś
wymieniali znaczące uśmiechy pełne nieograniczonego współczucia. Nawet
lokaj pana Sedleya - mężczyzna o minie i postawie karawaniarza i z reguły nienagannie poprawny - z trudem panował nad swą ponurą gębą,
obserwując niefortunnego chlebodawcę.
- Pan Sedley strasznie się wczoraj awanturował - szeptał poufnie
George'owi Osborne'owi, gdy ów wchodził na schody. - Koniecznie chciał
się bić z dorożkarzem, proszę pana porucznika. Pan kapitan musiał go
przynieść na górę w ramionach, całkiem jak niemowlę.
Mówiąc to, pan Brush uśmiechał się dyskretnie, ale oblicze jego
przybrało znowu wyraz niezgłębionej powagi, gdy - otworzywszy drzwi
saloniku - meldował:
- Pan Osbin!
- Jak się masz, Sedley? - zaczął młody żartowniś po krótkiej lustracji
stanu swej ofiary. - Żadna kość nie złamana? W hallu siedzi dorożkarz z podbitym okiem i obandażowaną głową. Zaklina się na wszystkie świętości,
że poda cię do sądu.
- Jak to do sądu? - zapytał grubas słabym głosem.
- No, wytoczy ci proces z racji lania, jakie wczoraj oberwał. To była
walka! Prawda, Dobbin? Atakowałeś niczym Molyneux. A strażnik nocny
mówił, że jak żyje nie widział, by ktoś leciał z nóg tak gładko jak ten
dorożkarz. Spytaj Dobbina.
- Rzeczywiście, odbył pan jedną rundę z dorożkarzem i muszę przyznać,
wykazał pan bojowego ducha - potwierdził kapitan.
- Albo ten facet w białym surducie! Jak Jos rzucił się na niego! Jaki
wrzask podniosły baby! Na Jowisza! Serce się radowało na twój widok,
Sedley. Myślałem, że cywile nie umieją trzymać fasonu. Ale teraz za nic
nie chciałbym wejść ci w drogę, kiedy masz w czubie. Za nic, Jos!
- Tak, w gniewie muszę być straszny - rzekł cierpiący na sofie grubas, a zrobił przy tym tak komiczną minę, że dobre wychowanie Dobbina i Osborne'a nie wytrzymało próby i obydwaj wybuchnęli gromkim śmiechem.
Porucznik bezlitośnie wykorzystywał swoją przewagę. Poborcę z Boggley
Wollah uważał za półgłówka. Wiele zastanawiał się nad groźbą jego
małżeństwa z Rebeccą. Nie był zachwycony, że syn rodziny, w którą on -
George Osborne z takiego to a takiego pułku - ma się wżenić, popełni
mezalians, biorąc sobie nie wiadomo kogo, jakąś małą guwernantkę
gminnego pochodzenia!
- Aleś trafił, biedaku! W samo sedno - ciągnął George. - Ty i straszny!
Na Boga, człowieku, ledwie stałeś na nogach, ubawiłeś całe Vauxhall!
Wszyscy pękali ze śmiechu, chociaż ty zalewałeś się łzami. Byłeś
rozczulający, Jos! Nie pamiętasz swoich popisów wokalnych?
- Czego, proszę? - zaniepokoił się Sedley.
- Wyłeś jakąś sentymentalną śpiewkę, a tę Rose czy Rebeccę... jak tam tej
przyjaciółeczce Amelii?... nazywałeś swoją pie-pie-pieszczoteczką!
Niemiłosierny żartowniś chwycił wpół Dobbina i ku zgrozie pana Josepha
Sedleya odtworzył końcową scenę z Vauxhall, choć dobroduszny kapitan
zaklinał go, żeby przestał dręczyć swoją ofiarę.
- Dlaczego miałbym go oszczędzać - tłumaczył przyjacielowi, gdy
pożegnali chorego, zostawiwszy go w rękach doktora Gollopa. - Jakim
prawem zaczął od robienia protekcjonalnych min i klepania wszystkich po
ramieniu, by w rezultacie zrobić z nas durniów w Vauxhall? Co to za
jedna, ta mała pensjonarka, która wdzięczy się i robi oko do tego
durnia? Do diabła! I bez niej ta rodzina jest wystarczająco kiepska!
Guwernantka może być całkiem przyzwoitą osobą, wolałbym jednak mieć za
szwagierkę damę z towarzystwa. Jestem liberalny, nawet bardzo liberalny,
ale mam ambicję i znam swoje miejsce, niechże i ona zna swoje. Słowo
daję! Wezmę w garść tego spasionego nababa i nie pozwolę mu robić z siebie osła jeszcze większego, niż jest w istocie. Dlatego właśnie
powiedziałem, żeby się miał na baczności, bo ta mała może dochodzić
swoich pretensji na drodze prawnej.
- Sądzę, że wiesz, co robisz - powiedział Dobbin. - Zawsze byłeś
torysem. Twój ród należy do najstarszych w Anglii, ale...
- Słuchaj, Dobbin - przerwał porucznik. - Chodźmy teraz na Russell
Square. Może spróbujesz poumizgać się trochę do tej panny Sharp?
Ale Dobbin pokręcił tylko głową. Nie miał ochoty towarzyszyć
przyjacielowi podczas jego codziennych odwiedzin u młodych dam.
Idąc z Holborn, George minął Southampton Row i roześmiał się na głos,
gdy ujrzał rezydencję Sedleyów i dwie głowy wychylone z okien na dwóch
różnych piętrach.
Panna Amelia spoglądała z salonu ku przeciwległej stronie placu, gdzie
mieszkał porucznik Osborne. Rebecca z okna gościnnego pokoju na drugim
piętrze obserwowała bacznie, czy imponująca postać pana Josepha ukazuje
się już w polu widzenia.
- Stęskniona dama wypatruje ze szczytu baszty swojego rycerza. Na
próżno. Nikt nie przyjedzie - powiedział Osborne Amelii i wielce rad z siebie, opisał barwnie i ze śmiechem pożałowania godny stan jej brata i własne poranne żarty.
- To bardzo brzydko, George. Nie trzeba drwić z biednego Josa -
zaprotestowała nieśmiało dobra panienka, ale młody kpiarz śmiał się tym
głośniej i nie zwracał wcale uwagi na smutną i zatroskaną minkę
ukochanej.
W dalszym ciągu uważał swoje dowcipy za wyborne, a kiedy panna Sharp
zeszła do salonu, jął dokuczać jej z racji piorunującego wrażenia, jakie
wywarła na opasłym cywilu.
- Ach, panno Sharp! - wołał. - Gdyby go pani mogła widzieć dzisiaj rano!
Miał na sobie jedwabny szlafrok w kwiaty. Wił się na sofie, jęczał,
stękał. Szkoda, że nie widziała pani, z jaką miną pokazywał język
swojemu nadwornemu medykowi, panu Gollopowi!
- Bardzo przepraszam, o kim pan mówi? - zapytała sucho Rebecca.
- O kim mówię? Naturalnie o kapitanie Dobbinie, któremu, nawiasem
mówiąc, okazaliśmy wczoraj wszyscy wiele uprzejmych względów.
- Mój Boże! Byliśmy dla niego wyjątkowo niegrzeczni. - Amelia
zarumieniła się mocno. - Przyznaję, że... że zupełnie o nim zapomniałam w Vauxhall.
- Nic dziwnego, Amelio - roześmiał się raz jeszcze młody galant. -
Trudno wymagać, by wszyscy myśleli ciągle o jakimś Dobbinie. Prawda,
panno Sharp?
- Prawda. Myśli się o nim, tylko kiedy przy stole przewraca kieliszek z winem - odrzekła Rebecca i robiąc godną minę, dumnie podniosła czoło. -
Ja ani przez chwilę nie zdawałam sobie wczoraj sprawy z istnienia pana
kapitana Dobbina.
- Słusznie, panno Sharp. Nie omieszkam mu tego powtórzyć.
W czasie tej rozmowy Rebecca zaczynała odczuwać dziwną podejrzliwość i niechęć do młodego oficera, który nie miał oczywiście pojęcia, że budzi
podobne uczucia.
On chce drwić ze mnie. On! - myślała młoda dama. - Może ośmieszył mnie
już wobec Josepha? Może go spłoszył? Może Joseph w ogóle nie przyjedzie?
Mgła przesłoniła jej oczy i serce poczęło kołatać gwałtownie.
- Wciąż pan żartuje, panie George - powiedziała z uśmiechem najsłodszym,
na jaki stać ją było. - Kpij pan zdrów! Przecież za mną nikt się nie
ujmie.
Kiedy wyszła z salonu, Amelia zaś spojrzała z wyrzutem na młodego
oficera, przykro mu się zrobiło, że on, mężczyzna, był tak nielitościwy
dla bezbronnej, słabej istoty.
- Najdroższa Amelio - powiedział. - Jesteś za dobra, za litościwa. Nie
znasz świata. Ja znam go dobrze. Twoja przyjaciółka, panna Sharp,
powinna wiedzieć, jakie miejsce jej przynależy.
- Czy twoim zdaniem Jos zechce...
- Na Boga! Nie mam pojęcia. Może zechce, może nie zechce. Nie jestem
jego panem. Wiem tylko, że to bardzo niemądry, próżny jegomość i że
wczoraj wieczorem postawił moją najmilszą panienkę w niezręcznej i kłopotliwej sytuacji. Moja pie-pie-pie-pie-szczoteczko!
Roześmiał się znowu i zrobił tak pocieszną minę, że biedna Amy
zawtórowała mu serdecznie.
Jos nie zjawił się tego wieczora, lecz Amelia nie żywiła obaw z tej
racji. Aby przebiegle zbadać sytuację, wysłała młodego chłopca,
pomocnika pana Sambo, z listem do brata. Prosiła go o obiecaną książkę i wiadomości tyczące stanu zdrowia. Odpowiedzi udzielił pan Brush, lokaj
poborcy z Boggley Wollah: pan Sedley zaniemógł i właśnie jest u niego
doktor. Amelia spodziewała się, że grubas przyjdzie nazajutrz, lecz nie
śmiała rzec przyjaciółce bodaj słówka na ten temat. Becky nabrała wody w usta i przez cały dzień po owym fatalnym wieczorze w Vauxhall nie
wspomniała o panu Sedleyu.
Atoli dnia następnego, kiedy panienki, siedząc na otomanie, udawały, że
haftują, piszą listy lub czytają powieści, do salonu wszedł Sambo z ujmującym uśmiechem na ustach, pakietem pod pachą i listem na tacy.
- Od pana Josepha, proszę panienki - oznajmił wiemy sługa.
Amelia drżącymi rękami otwierała list, który brzmiał, jak następuje:
Droga Amelio!
Posyłam Sierotę z lasu. Wczoraj czułem się bardzo słabo i przyjść nie
mogłem. Dzisiaj wyjeżdżam do Cheltenham. Bardzo cię proszę o usprawiedliwienie przed czarującą panną Sharp mojego przedwczorajszego
zachowania w Vauxhall. Wytłumacz mnie jakoś, jeżeli to w ogóle możliwe,
i przeproś za niebaczne słowa, które mogłem wypowiedzieć, gdy po
fatalnej kolacji nie bardzo wiedziałem, co czynię. Po kuracji
nieodzownej ze względu na opłakany stan zdrowia zamierzam wyjechać na
kilka miesięcy do Szkocji. Łączę serdeczne uściśnienia.
Joseph Sedley
Był to wyrok śmierci. Wszystko obróciło się wniwecz. Amelia nie
spojrzała w zarumienioną twarz i gorejące oczy przyjaciółki. Rzuciła
list na kolana Rebeki, umknęła do swojego pokoju na piętrze i rozpłakała
się gorzko, jak gdyby pęknąć miało jej małe, poczciwe serduszko.
Pani Blenkinsop, zaufana gospodyni, znalazła tam swoją panienkę i nie
szczędziła jej słów pociechy. Amelia długo szlochała w jej ramionach, na
koniec wszakże doznała znacznej ulgi.
- Niech się panienka nie martwi - mówiła pani Blenkinsop. - Nie chciałam
tego mówić, ale nikt z nas nie lubił tej panny Sharp. Podobała się nam
tylko z samego początku. Na własne oczy widziałam, jak czytała listy
mamusi naszej panienki. A Pinner mówi, że ona ciągle grzebała w szkatułkach i szufladach panienki i we wszystkich szafach i schowkach.
Na pewno to prawda. Pinner mówi także, że ona włożyła do swojego kuferka
białą szarfę panienki.
- Sama jej dałam.
Ale pani Blenkinsop nie zmieniła opinii o Becky.
- Posłuchaj, Pinner - rzekła tego wieczoru do pokojowej. - Ja tam w ogóle nie mam przekonania do guwernantek. Udają prawdziwe panie i zadzierają nosa, a zasługi biorą nie większe niż ty albo ja.
Cały dom oprócz biednej Amelii był teraz zdania, że panna Sharp winna
odjechać, i państwo (z tym samym jednym wyjątkiem) oraz służba uważali
pośpiech za wielce wskazany. Stroskana panna Sedley szperała po
wszystkich swoich szufladach, szafach, schowkach i szkatułkach,
wybierając suknie, chusteczki, wstążki, jedwabne pończochy, koronki,
hafty i inne drobiazgi, aby stworzyć z tego wszystkiego wcale pokaźny
stos darów dla Rebeki. Następnie wybrała się do papy, zacnego
londyńskiego kupca starej daty, który obiecał dać córce tyle gwinei, ile
lat ukończyła ostatnio. Ze łzami poprosiła go, aby pieniądze te dał
biednej Becky, bo sierocie przydadzą się bardzo, a jej samej przecież
niczego nie brakuje.
Ba! Panna Sedley potrafiła skarotować nawet George'a Osborne'a, który
wybrał się na Bond Street i kupił najpiękniejszy, jaki można było
dostać, kapelusz i żakiecik. Zrobił to bez niechęci, miał bowiem równie
szczodrą rękę, jak i inni oficerowie brytyjskiej armii.
- To prezent od George'a dla ciebie, moja najmilsza Rebecco -
powiedziała Amelia, wręczając z dumą pudło przyjaciółce. - Podziwiam
jego dobry smak. Chyba nie ma pod słońcem równego mu człowieka!
- Na pewno nie ma! Jestem mu szczerze wdzięczna - odrzekła Rebecca,
dodając w myśli ze stosownym uczuciem: To George Osborne udaremnił moje
małżeństwo.
Skromnie czyniła przygotowania do odjazdu, przyjmując wszystkie drobne
upominki Amelii z wahaniem nie krótszym i nie dłuższym, niż wypadało.
Oczywiście ślubowała dozgonną wdzięczność pani Sedley, lecz nie
narzucała się jej, gdyż zacna matrona czuła się trochę nieswojo i wyraźnie unikała kłopotliwego gościa. Kiedy pan Sedley wręczał Becky
sakiewkę z gwineami, pokornie ucałowała dłoń starego dżentelmena i ze
łzami w oczach prosiła, by w przyszłości pozwolił jej uważać siebie za
dobrotliwego, łaskawego przyjaciela i opiekuna. Było to tak wzruszające,
że pan Sedley miał ochotę wypisać czek na dodatkowe dwadzieścia funtów,
rychło jednak pohamował niepożądany przypływ uczuć. Przed gankiem
czekała kareta, która miała go zawieźć na bankiet do Mansion
House18, odwrócił się więc i mamrotał, wychodząc z salonu i z domu:
- Niech dobry Bóg ma cię w swojej pieczy, kochane dziecię. Pamiętaj o nas, ilekroć będziesz w Londynie. Te drzwi są zawsze otwarte dla ciebie.
Do ratusza, James!
Wreszcie nadeszła chwila rozstania przyjaciółek - scena, na którą wolę
zarzucić zasłonę. Wystarczy powiedzieć, że obie młode damy stanęły na
wysokości zadania, gdyż jedna dawała wyraz prawdziwym uczuciom, druga
zaś była urodzoną aktorką. Po stosownie odmierzonej dozie czułych
uścisków, rzęsistych łez, soli trzeźwiących i zapewnień o dozgonnej
miłości Amelia i Rebecca pożegnały się przy akompaniamencie tkliwych
zapewnień panny Sedley, że nigdy, nigdy, nigdy nie przestanie kochać
biednej Becky.
VII. Crawley z Queen's Crawley
VII
Crawley z Queen's Crawley
Pośród dostojnych nazwisk zamieszczonych pod literą "C" w Almanachu
Dworskim na rok 18.. figurował: "Crawley - sir Pitt, baronet, Great
Gaunt Street (Londyn) oraz Queen's Crawley (Hampshire)". Przez szereg
lat ta nazwa widniała stale w rejestrze posłów do Parlamentu w związku z tym, że wielu innych zacnych mężów reprezentowało kolejno w Izbie Gmin
to miasto.
O początkach statutu miejskiego Queen's Crawley krąży interesująca
legenda. Królowa Elżbieta podczas jednej ze swych podróży wstąpiła na
śniadanie do dworu Crawley i tak zasmakowała w słynnym piwie z Hampshire, którym potraktował monarchinię ówczesny dziedzic (postawny
dżentelmen z brodą w klin i nader kształtnymi łydkami), że należącej doń
osadzie nadała godność miasta uprawnionego do wybierania dwóch posłów do
Parlamentu. Owej głośnej monarszej wizycie miasto zawdzięcza nazwę
Queen's Crawley, którą szczyci się i obecnie. Po upływie lat,
odmieniających do niepoznania państwa, stolice i prowincjonalne dziury,
Queen's Crawley przestało być miejscowością tak ludną jak w czasach
królowej Bess i, prawdę rzekłszy, spadło do poziomu miasteczek zwanych
potocznie "zgniłymi". Mimo to sir Pitt Crawley zwykł mówić z właściwą mu
elegancją i znaczną dozą słuszności:
- Zgniłe, bo zgniłe, ale zawsze miasteczko i, do stu diabłów, przynosi
mi co rok całkiem świeże półtora tysiąca.
Sir Pitt Crawley (nazwany tak ku czci głośnego parlamentarzysty) był
synem Walpole'a Crawleya, pierwszego baroneta, który za panowania
Jerzego II piastował urząd Wielkiego Pieczętarza i był sądzony za
nadużycia finansowe, jak wielu godnych panów w owych czasach. Nie trzeba
dodawać, iż sir Walpole Crawley miał za ojca Johna Churchilla Crawleya,
nazwanego tak na cześć słynnego wodza z czasów królowej Anny. Na drzewie
genealogicznym (wiszącym we dworze Queen's Crawley) znajduje się niżej
Karol Stuart Crawley, syn tego Crawleya z czasów Jakuba I, a wreszcie ów
elżbietański Crawley - odziany w zbroję szlachcic ze spiczastą brodą. Z jego brzucha (jak zwykle w takich przypadkach) wyrasta drzewo, na
którego szeroko rozgałęzionych konarach widnieją wymienione już
historyczne imiona. Obok sir Pitta Crawleya baroneta, osoby wkraczającej
obecnie w wątek naszej kroniki, znajduje się jego brat, wielebny Bute
Crawley (słynny parlamentarzysta popadł w niełaskę tuż przed narodzinami
owego dżentelmena), proboszcz parafii Crawley i Snailby, a nieco dalej
inni liczni Crawleyowie płci obojga.
Pierwszą żoną sir Pitta była Gryzelda, szósta córka Mungo Binkie, lorda
Binkie, a co za tym idzie, kuzynka pana Dundasa. Dama ta wydała na świat
dwóch synów. Pitt otrzymał imię przez wzgląd nie tyle na ojca, ile na
opatrznościowego premiera, a Rawdon Crawley na cześć najbliższego
przyjaciela księcia Walii, o którym król Jerzy IV zapomniał później tak
kompletnie. W wiele lat po zgonie małżonki sir Pitt powiódł do ołtarza
Rose, córkę pana G. Dawsona z Mudbury. Dała mu ona dwie córki, do opieki
nad którymi zaangażowana została panna Rebecca Sharp. Jak stąd wynika,
młoda osóbka miała trafić do prawdziwie wykwintnego towarzystwa i obracać się odtąd w środowisku nieporównanie wyższym niż skromna rodzina
z Russell Square, pozbawiona wszelkich godnych uwagi koligacji.
Skierowany do Becky rozkaz objęcia funkcji guwernantki był wypisany na
starej kopercie, a brzmiał, jak następuje:
Sir Pitt Crawley prosi, żeby panna Sharp i bagasz był tu we ftorek, bo
do Queen's Crawley odjeżdża jutro całkiem rano.
Great Gaunt Street
Rebecca nie widziała nigdy baroneta, a przynajmniej nie widziała
świadomie, kiedy więc uporała się z innymi sprawami, zaczęła wyobrażać
sobie, jak wygląda i jakie ma maniery osobistość aż tak wysoko
postawiona. Atoli najprzód musiała pożegnać najdroższą Amelię,
przeliczyć gwinee w sakiewce ofiarowanej przez hojnego pana Sedleya i odjąć chusteczkę od oczu, co, nawiasem mówiąc, zrobiła w chwili, gdy
kareta skręciła w najbliższą przecznicę.
Ciekawe - zastanawiała się - czy baronet nosi stale gwiazdę Orderu
Podwiązki. Bo ja wiem? Może gwiazdę noszą tylko lordowie? W każdym razie
musi być pięknie ubrany w strój dworski z koronkową krezą. I perukę ma
lekko upudrowaną jak pan Wroughton na scenie teatru Covent Garden. Chyba
taki baronet jest uosobieniem pychy, więc będę traktowana lekceważąco,
pogardliwie. Trudno. Każdy los zniosę godnie i z uśmiechem. Przynajmniej
trafię do prawdziwie wykwintnego towarzystwa. Nie będę się obracać
pośród ordynarnych mieszczuchów.
Panna Sharp uśmiechnęła się złośliwie i o zacnej rodzinie z Russell
Square poczęła myśleć na filozoficzną modłę, przypisywaną lisowi w bajkach i przypowieściach o zielonych winogronach.
Z Gaunt Square kareta skręciła w Great Gaunt Street i zatrzymała się
przed wysoką, ponurą kamienicą, stojącą między dwoma wysokimi, ponurymi
kamienicami ozdobionymi herbowymi tarczami spowitymi kirem na znak
żałoby. Taki widok spotyka się często przy tej ulicy, jak gdyby śmierć
sprawowała tam swoje funkcje nader regularnie. W rezydencji sir Pitta
niemal wszystkie żaluzje na pierwszym piętrze były opuszczone i tylko
okna jadalni były na wpół otwarte, a rolety starannie zawinięte w stare
pisma.
Stangret John, który odwoził pannę Sharp bez asysty czarnego Sambo, nie
raczył sam zeskoczyć z kozła, żeby zadzwonić, lecz poprosił
przechodzącego chłopca z mleczarni, by zań to zrobił. Dzwonek brzęknął,
w szparach żaluzji jednego z okien mignęła jakaś twarz i niebawem
otworzyły się drzwi od ulicy. Stanął w nich stary mężczyzna w sztylpach
i welwetowych spodniach do konnej jazdy, w znoszonym surducie i przepoconym halsztuku zawiązanym niedbale niby sznurek pod brodą
niegoloną od dawna. Człowiek ów miał błyszczącą łysinę, rumianą, chytrą
twarz, małe, mrugające, szare oczka i wąskie wargi, wykrzywione
ironicznym uśmiechem.
- Tu mieszka sir Pitt Crawley? - krzyknął John z kozła.
- Aha. Bo co? - odpowiedział mężczyzna.
- Bo nic. Ściągaj bagaż.
- Sam go sobie ściągaj.
- Nie mogę. Nie zostawię przecież koni. No, bierz się, bracie, do
roboty. Nie pożałujesz. Panna da ci na piwo.
John roześmiał się na całe gardło. Nie szanował już panny Sharp.
Wiedział o jej kłopotliwym rozstaniu z państwem i o tym, że na odjezdnym
nie zostawiła nic dla służby.
Łysy mężczyzna wyjął ręce z kieszeni spodni, zbliżył się do karety i zarzuciwszy sobie na ramię kuferek guwernantki, ruszył w stronę domu.
- Proszę też zabrać szal i ten koszyczek. I otworzyć drzwi - rozkazywała
panna Sharp i opuszczając karetę, powiedziała gniewnie pod adresem
stangreta: - O waszym zachowaniu, John, nie omieszkam poinformować pana
Sedleya.
- Eee tam - odrzekł wierny sługa. - Chyba panna nic nie zapomniała, co?
Zabrała stare kiecki panny Amy? Te, które miała dostać pokojówka? Cha,
cha, cha! Myślę, że będą pasować. Zamknij no drzwi, stary. Od takiej -
wskazał kciukiem pannę Sharp - niewiele zarobisz. Nic dobrego, powiadam
ci, nic dobrego.
Z tymi słowy stangret z Russell Square odjechał. Nic dziwnego, że był
rozdrażniony. Przecież jego przyjaciółka, pokojowa, została ograbiona ze
słusznie należnych jej podarków.
Na zaproszenie osobnika w sztylpach Rebecca weszła do jadalni, gdzie
panowała atmosfera równie miła jak zazwyczaj w takich komnatach podczas
pobytu wytwornych rodzin na wsi. Wierne pokoje zdają się wtedy oblekać
żałobą i biadać nad nieobecnością państwa. Turecki dywan zwinął się i skromnie schował pod kredensem, portrety ukryły smętne oblicza za
arkuszami papieru do pakowania, wiszący u sufitu żyrandol wdział na się
zgrzebny brunatny worek, story w oknach zniknęły za okryciami ze szmat i starych gazet. Marmurowe popiersie sir Walpole'a Crawleya oglądało z ciemnego kącika nagie deski podłogi, grubo naoliwione metalowe
pogrzebacze i szczypce do węgla, puste patery i wazony na półkach.
Szafka na wina stanęła skromnie koło zwiniętego dywanu, nogi ustawionych
parami krzeseł sterczały szeregiem pod ścianą, a w ciemnym kąciku
naprzeciw rzeźby staroświecka skrzynka na srebra usadowiła się na nie
mniej staroświeckim stoliku o potrójnym blacie.
Dwa stołki kuchenne, okrągły stolik, czarny żelazny pogrzebacz i wyszczerbione szczypce do węgla znajdowały się w pobliżu kominka, na
którym tlił się wątły ogieniek i skwierczało coś w rynce. Na stole było
trochę chleba i sera, bardzo cienka świeca oraz półkwartowy kufel z odrobiną porteru.
- Chyba pani po obiedzie? - zagadnął jegomość. - Nie bardzo tutaj
ciepło, co? Może łyk piwka?
- Gdzie jest sir Pitt Crawley? - zapytała z godnością panna Rebecca
Sharp.
- Hi! hi! hi! Ja jestem sir Pitt Crawley. Należy mi się na kufelek za
dźwiganie rzeczy, co? Hi! hi! hi! Proszę zapytać Tinker, czy to nie ja.
Pani Tinker, panna Sharp, czyli panna guwernantka i pani posługaczka.
Hi! hi! hi!
Osoba nazwana panią Tinker weszła właśnie do jadalni, niosąc fajkę i szczyptę tytoniu w papierku, po co została wysłana tuż przed przyjazdem
panny Sharp. Bez słowa wręczyła sprawunek baronetowi, który zdążył
tymczasem usadowić się przed kominkiem.
- Gdzie ćwierć pensa, Tinker? - zapytał. - Dostałaś półtora pensa. Gdzie
reszta?
- Ma pan - odparła kobieta, rzucając na stół pieniążek. - Tylko baronet
może zawracać sobie głowę ćwierćpensówkami.
- Ćwierć pensa na dzień czyni siedem szylingów rocznie - odparł poseł do
Parlamentu - a siedem szylingów to uczciwy procent od siedmiu gwinei.
Dbaj, Tinker, o ćwierćpensówki, a gwinee same zatroszczą się o siebie.
- A widzi panna - odezwała się cierpko pani Tinker. - To na pewno sir
Pitt Crawley, bo dba o ćwierćpensówki. Niedługo lepiej go panna pozna.
- I polubi, polubi, panno Sharp - dokończył baronet niemal uprzejmym
tonem. - Najprzód trzeba być sprawiedliwym, później dopiero hojnym.
- Sir Pitt nie zmarnował ani jednego pensa, jak długo żyje - uzupełniła
posługaczka.
- Aha. Nie zmarnowałem i nigdy nie zmarnuję. To przeczy moim zasadom.
Skocz no, Tinker, do kuchni, przynieś trzeci stołek, jeżeli masz ochotę
usiąść. Pora na wieczerzę.
Baronet sięgnął widelcem do rynki i wygrzebał trochę duszonych flaków i cebuli. Zrobił z tego dwie bardzo szczupłe porcje i sprawiedliwie
podzielił się z Tinker.
- Widzi pani, panno Sharp - powiedział - jak nie ma mnie w Londynie,
Tinker dostaje strawne; jak jestem, siada do stołu z państwem. Hi! hi!
hi! Dobrze się składa, że panna Sharp niegłodna, prawda, Tink?
Po skromnej kolacji sir Pitt Crawley wziął się do fajki, kiedy zaś
ściemniało zupełnie, zapalił cienką świeczkę, dobył z bezdennej kieszeni
wielki plik papierów i jął przeglądać je i układać w porządku.
- Przyjechałem tu, moja droga, na sprawę w sądzie - rzekł po niejakim
czasie. - Dzięki temu w powrotnej drodze będę miał miłą i ładną
towarzyszkę. Hi! hi! hi!
- On zawsze ma jakieś sprawy w sądzie - wyjaśniła Tinker, sięgając przez
stół po porter.
- Pij, pij, na zdrowie - podjął baronet. - Tak, moja droga. Tinker ma
rację. Przegrałem i wygrałem więcej procesów niż ktokolwiek inny w Anglii. O, proszę spojrzeć: Crawley (baronet) contra Snaffle. Nie
nazywam się Pitt Crawley, jeśli nie puszczę łajdaka z torbami!... Albo
tutaj: Podder i inni contra Crawley (baronet), a dalej: Rada parafii
Snaily contra Crawley (baronet). Na pewno nie dowiodą, że to pastwisko
gminne. Uparłem się, bo ziemia moja! Tak samo należy do gminy jak do
pani, panno Sharp, czy do obecnej tu Tinker. Wygram, choćbym miał wydać
tysiąc gwinei. Proszę przejrzeć te papiery. Tak, moja droga, nie mam nic
przeciwko temu, jeżeli kwestie prawne interesują panią. Ma pani ładny
charakter pisma, panno Sharp? Tak? Bardzo pięknie! Przyda mi się pani,
jak już będziemy w Queen's Crawley. Odkąd nie żyje stara dama, strasznie
mi kogoś potrzeba.
- Była nie lepsza od niego - zwróciła się Tinker do Rebeki. -
Procesowała się ze wszystkimi dostawcami i w ciągu czterech lat
odprawiła czterdziestu ośmiu lokai.
- Tak, miała wymagania, surowe wymagania - powiedział z prostotą
baronet. - Ale dla mnie była nieoceniona. Niemało oszczędzałem, bo przy
niej mogłem nie trzymać rządcy.
Rozmowa potoczyła się dalej w równie poufnym tonie i przez czas dłuższy
bawiła nową guwernantkę. Sir Pitt Crawley mógł mieć takie lub inne
zalety czy wady, lecz w każdym razie nie chował ich pod korcem.
Nieustannie rozprawiał o sobie raz chłopską gwarą z Hampshire, raz
przybierając tony światowca. Wreszcie życzył pannie Sharp dobrej nocy,
polecając, by nazajutrz była gotowa do drogi o piątej rano.
- Prześpi się pani z Tinker - dodał. - Łóżko jest dość obszerne dla
dwóch osób. Umarła na nim lady Crawley. Przyjemnych marzeń.
Pan domu wyszedł szybko, a posępna Tinker ze stoczkiem w ręku
zaprowadziła Rebeccę na wielkie kamienne schody, aby na piętrze minąć
okazałe drzwi salonu (klamki były owinięte papierem) i wejść do
przestronnej sypialni, gdzie lady Crawley zasnęła na wieki. Komnata,
podobnie jak łoże, sprawiała żałosne, pogrzebowe wrażenie. Można było
uwierzyć nie tylko, że umarła tam lady Crawley, lecz również, że duch
jej zamieszkuje ten pokój nadal. Mimo to Becky jęła żywo krzątać się po
pokoju, w czasie gdy stara posługaczka odmawiała pacierze. Zaglądała do
wszelkich szaf i schowków, próbowała otwierać zamknięte na klucz
szuflady, bacznym wzrokiem oceniała wiszące na ścianach ponure malowidła
i rozstawione na toalecie przybory.
- Wolałabym, panienko, nie spać w tym łóżku, gdybym nie miała czystego
sumienia - powiedziała wreszcie pani Tinker.
- Dosyć w nim miejsca na nas dwie i pół tuzina duchów - roześmiała się
młoda osoba. - Droga, kochana pani Tinker! Proszę opowiedzieć mi dużo o lady Crawley i baronecie, i o wszystkich, wszystkich, wszystkich!
Ale stara Tinker nie dała się wciągnąć w uboczne rozmowy. Zauważyła
tylko, że łóżko jest przeznaczone do spania, i zwinąwszy się w swoim
kąciku, zaczęła chrapać tak, jak potrafi to robić tylko ktoś o czystym
sumieniu. Rebecca długo nie mogła zmrużyć oka. Medytowała o dniu
jutrzejszym, o nowym świecie, w który wkracza, i o czekających ją tam
sukcesach. Stoczek migotał słabo w misce z wodą. Kominek rzucał ponury
cień na połowę wyblakłej makaty (niewątpliwie dzieło nieboszczki jaśnie
pani) oraz na dwa portrety rodzinne wyobrażające młodych chłopców. Jeden
z nich miał na sobie uniwersytecką togę, drugi - czerwony wojskowy
mundur. Gdy panna Sharp usnęła wreszcie, jęła śnić o tym drugim.
Kiedy o czwartej rano Tinker zbudziła towarzyszkę łoża, letni ranek był
tak promienny i różowy, że nawet Great Gaunt Street sprawiała miłe
wrażenie. Ponura niewiasta poleciła pannie Sharp sposobić się do drogi,
odryglowała i otwarła frontowe drzwi domu (hałas, jaki przy tym robiła,
obudził chyba całe bliższe i dalsze sąsiedztwo) i podążyła ku Oxford
Street, by z narożnego postoju sprowadzić dorożkę. Obojętny jest numer
tego pojazdu oraz powód, dla którego dorożkarz znajdował się o tak
wczesnej porze w pobliżu Swallow Street. Miał zapewne nadzieję, iż jakiś
złoty młodzieniec wracający z knajpy skorzysta z jego usług i wynagrodzi
z pijacką hojnością. Obojętny jest również fakt, że nadzieje te spełzły
na niczym, gdyż sir Pitt Crawley nie zwykł płacić chociażby pensa ponad
taksę.
Na próżno dorożkarz prosił i groził. Na próżno zrzucił do rynsztoka w City pudło z kapeluszami panny Sharp i przysięgał, że pasażera zaskarży
do sądu.
- Lepiej nie rób tego, bracie - poradził jeden ze stajennych. - Przecie
to sir Pitt Crawley.
- Masz rację, Joe! - zawołał z uznaniem baronet. - Chciałbym widzieć
człowieka, który coś ze mnie wydusi!
- I ja bym chciał - mruknął Joe z posępnym uśmiechem i załadował kufer
baroneta na dach dyliżansu.
- Dla mnie miejsce na koźle. Pamiętaj, Leader - zawołał sir Pitt pod
adresem woźnicy.
- Będzie, proszę jaśnie pana - odrzekł ten ostatni i dotknął kapelusza,
chociaż serce miał zbolałe, bo miejsce na koźle obiecał szykownemu
studentowi z Cambridge i spodziewał się co najmniej pięciu szylingów.
Pannę Sharp ulokowano na tylnej ławce we wnętrzu wehikułu, który - że
się tak wyrażę - miał ją zawieźć w wielki świat.
Nie będziemy opisywać szeroko, z jaką posępną miną student z Cambridge
gramolił się na dach, dźwigając swoich pięć modnych okryć, ani jak
rozpogodził się nieco, gdy po drodze panna Sharp, wyproszona z poprzedniego miejsca, usadowiła się koło niego, ani jak troskliwie
otulał jedną z peleryn uroczą towarzyszkę podróży i stopniowo odzyskiwał
dobry humor. Nie będziemy opisywać szeroko, jak we wnętrzu dyliżansu
sadowili się astmatyczny dżentelmen i wdowa z podróżną flaszką brandy, i dama w dojrzałym wieku, która zaklinała się na wszystko, że jak żyje nie
korzystała z publicznych środków lokomocji. W każdym dyliżansie jest
taka dama... Jest? Raczej była, bo cóż się z wami teraz dzieje,
dyliżansy?... Nie będziemy opisywać obszernie, jak tragarz prosił
pasażerów o napiwki i od astmatycznego pasażera dostał srebrne pół
szylinga, a od otyłej wdowy pięć zaśniedziałych półpensówek. Nie
będziemy opisywać obszernie, jak potężna landara ruszyła wreszcie,
przecisnęła się przez mroczne uliczki Aldersgate, zaturkotała w cieniu
błękitnej kopuły Świętego Pawła, rączo minęła targowisko Fleet Street,
które podobnie jak budynek Giełdy Exeterskiej nie istnieje dzisiaj i od
dawna powędrowało do krainy cieni. Potem była oberża "Pod Białym
Niedźwiedziem" przy Piccadilly i rozciągnięte wzdłuż Knightsbridge
ogrody warzywne parujące rosą, i Tumham Green, Brendford, Bagshot... Nie
będziemy opisywać obszernie tego wszystkiego. Wystarczy powiedzieć, że
autor niniejszych stronic niejednokrotnie odbywał tę samą drogę przy
równie pięknej pogodzie i wspomina owe dawne dobre czasy z uczuciem
rozkosznego żalu.
Gdzie podziewa się dzisiaj ożywiony gościniec i wesołe przypadki w podróży? Czy nie ma już w Chelsea lub Greenwich szynków dla poczciwego
starego woźnicy z pryszczatym nosem? Czy żyje stary Weller? A dokąd
odeszli owi kelnerzy i gospody, w których posługiwali, roznosząc porcje
zimnej wołowiny? Gdzie podział się krzepki stajenny z czerwonym pijackim
nosem i pobrzękującym wiadrem w ręku? Gdzie on i jego pokolenie? Dla
przyszłych geniuszów, odzianych teraz w dziecinne sukienki, autorów
znakomitych powieści przeznaczonych dla potomstwa moich czytelników, ci
ludzie i te sprawy będą legendą, podobnie jak Niniwa, Ryszard Lwie
Serce, Jack Sheppard19. Dyliżans pocztowy stanie się dla nich
romantycznym rydwanem, a czwórka kasztanów będzie nie mniej bajeczna niż
Bucefał czy Black Bess20. Ach, jak boki owych kasztanów lśniły w słońcu, gdy stajenni ściągali z nich dery i dyliżans ruszał na kształt
strzały! Jak wywijały ogonami, gdy po skończonym etapie wędrowały
zmęczone na podwórze zajazdu! Niestety! Nie usłyszymy już nigdy dźwięku
pocztowej trąbki o północy i nigdy nie odemknie się przed nami szlaban
rogatki.
Dokąd wszelako zawiezie nas wyruszający dziś z Trafalgar Square lekki
dyliżans z czterema miejscami we wnętrzu? Do Queen's Crawley. Jedźmy
zatem do Queen's Crawley wraz z panną Rebeccą Sharp i zobaczmy, jak jej
tam szczęście dopisze.
VIII. Korespondencja osobista i poufna
VIII
Korespondencja osobista i poufna
Panna Rebecca Sharp do Panny Amelii Sedley
Londyn, Russell Square.
(Wolne od opłaty pocztowej: Pitt Crawley)
Najdroższa, Jedyna Amelio!
Z jakąż radością i smutkiem zarazem chwytam za pióro, by rozpocząć list
do najukochańszej przyjaciółki! Wiele zmieniło się od wczoraj do dnia
dzisiejszego. Jestem obecnie sama, pozbawiona przyjaciół, a wczoraj
czułam się jak w domu i korzystałam z uroczego towarzystwa siostry,
którą będę kochała zawsze, zawsze, zawsze!
Nie przyznam się, jak wiele łez wylałam fatalnego wieczora, co
przyniósł mi rozłąkę z Tobą. We wtorek Ty wyjechać miałaś z domu, by
bawić się ochoczo, mając u boku ukochaną matkę i tak Ci oddanego młodego
oficera. Przez całą noc marzyłam o Tobie. Oczyma wyobraźni oglądałam,
jak moja Amelia (niewątpliwie najpiękniejsza pośród młodych dam na balu)
tańczy u państwa Perkinsów.
Stangret Twego ojca odwiózł mnie starą karetą do londyńskiej rezydencji
sir Pitta Crawleya, gdzie ów John (stangret) potraktował mnie na
odjezdnym grubiańsko. Mój Boże! Nietrudno obrażać i poniżać
nieszczęśliwych i ubogich! Następnie zaopiekował się mną sir Pitt
Crawley i noc kazał mi spędzić w ohydnym łóżku u boku ohydnej, starej
posługaczki, która zajmuje się domem przy Great Gaunt Street. Oczywiście
do rana nie zmrużyłam oka.
Sir Pitt nie przypomina wcale baroneta, o jakim marzyłyśmy (niemądre
dziewczęta!), zaczytując się w Chiswick Cecylią21. Trudno
doprawdy o kogoś mniej podobnego do lorda Orville'a22!
Wyobraź sobie, moja droga, starego, niskiego, pękatego, ordynarnego i bardzo brudnego jegomościa w bardzo znoszonym ubraniu i wytartych
odwiecznych sztylpach, który pali ohydną fajkę, a na kolację sam pichci
sobie coś w krzywej rynience. Sir Pitt mówi z wiejskim akcentem i klnie
nieustannie, a przynajmniej wczoraj i dzisiaj wymyślał posługaczce i dorożkarzowi, który odwiózł nas do zajazdu w City. Stamtąd wyruszył
dyliżans, którym odbyłam podróż, wyobraź sobie, prawie przez cały czas
na dachu!
O świcie zbudziła mnie posługaczka, a kiedy przyjechaliśmy dorożką do
zajazdu, zrazu dostałam miejsce we wnętrzu dyliżansu. Ale w miejscowości
zwanej Leakington zjawił się pasażer do Mudbury i stanowczo zażądał
miejsca w środku. Nic dziwnego, gdyż zaczęło właśnie lać jak z cebra.
Wyobraź sobie, że musiałam ustąpić, bo sir Pitt Crawley jest
właścicielem dyliżansu i zależy mu na pasażerach. Resztę drogi odbyłam
na dachu, gdzie jakiś student z Cambridge okrył mnie bardzo uprzejmie
jednym ze swoich płaszczy.
Odniosłam wrażenie, że ten młody dżentelmen zna baroneta nie gorzej niż
pocztylion. Obydwaj natrząsali się z niego i zgodnie nazywali starym
kutwą, czyli, jak zrozumiałam, obrzydliwym skąpcem. Podobno sir Pitt
nigdy nie daje nikomu pieniędzy. (Nie znoszę takiego sknerstwa!).
Sympatyczny student zwrócił mi uwagę, iż dwa końcowe etapy jechaliśmy
szczególnie wolno, ponieważ sir Pitt (właściciel koni na tym odcinku
traktu) siedział na koźle.
- Nie pożałuję bata w drodze do Squashmore, jak wezmę w garść lejce -
powiedział student.
- Nie szkodzi, panie Jack. Dobrze to zrobi szkapom! - odrzekł
pocztylion. Roześmiali się obydwaj, ja zawtórowałam im z serca, kiedy
pojęłam znaczenie tej wymiany zdań i zrozumiałam, że pan Jack chce
powozić i pomścić się na koniach, gdy sir Pitt opuści dyliżans.
W Mudbury (cztery mile od Queen's Crawley) oczekiwała nas karoca z herbami zaprzęgnięta we wspaniałą czwórkę, toteż do parku baroneta
wjechaliśmy niemal z dworskim przepychem. Do pałacu wiedzie długa na
milę aleja, bramę wjazdową zdobi herb Crawleyów podtrzymywany przez węża
i gołębia, a kobieta, która wyszła z domku odźwiernego, otworzyła tę
starą żelazną, rzeźbioną bramę (podobną trochę do bramy w przeklętym
Chiswick) i złożyła dziedzicowi wiele niskich ukłonów.
- To mi aleja! - powiedział sir Pitt. - Długa na milę. W samych tych
drzewach tkwi desek za sześć tysięcy funtów. Jest na co spojrzeć.
Chłopski akcent baroneta śmieszył mnie niewymownie, tym więcej, że sir
Pitt wiózł z Mudbury swojego rządcę, pana Hodsona, z którym przez cały
czas gawędził o sekwestrach, licytacjach, melioracjach i podglebiach, a także bardzo wiele o fermach i dzierżawcach, z czego naturalnie mało
mogłam zrozumieć. Jakiegoś Sama Milesa przyłapano na kłusownictwie, a Peter Bailey poszedł wreszcie do domu pracy.
- Dobrze mu tak! - zawołał sir Pitt. - Ten drań z jego rodziną okpiwa
mnie na tenucie od stu pięćdziesięciu lat! - Widocznie to stary
dzierżawca, który nie miał na płacenie czynszu. Pomyślałam, że baronet
mógłby powiedzieć: " Ten drań ze swoją rodziną...". Ale cóż, bogatego
właściciela ziemskiego reguły gramatyczne obowiązują mniej ściśle niż
biedną guwernantkę.
Po drodze zauważyłam piękną wieżę kościelną strzelającą w niebo nad
grupą starych wiązów, następnie zaś rozległy trawnik, zabudowania
gospodarskie i stary dom z czerwonej cegły obrośnięty bluszczem i uwieńczony wysokimi kominami. Okna wesoło połyskiwały w słońcu.
- Czy ten kościół należy do pana baroneta? - zapytałam.
- Tak, tak, bodaj go licho! - odrzekł sir Pitt, tylko, moja droga, użył
znacznie bardziej niecenzuralnego wyrażenia. - Gadaj no, Hodson, jak się
miewa Bute? Bute, panno Sharp, to mój braciszek, Bute, tutejszy pleban.
Najczęściej mówię o nim: ten bydlak Bute. Cha, cha, cha!
Hodson zawtórował dziedzicowi, rychło jednak spoważniał i powiedział,
smutnie kiwając głową:
- Obawiam się, jaśnie panie, że brat jaśnie pana czuje się lepiej.
Wczoraj wyjechał wierzchem i sam widziałem, jak gapił się na nasze
zboże.
- Niech lepiej pilnuje swojej dziesięciny, bodaj go! - Baronet posłużył
się tym samym niecenzuralnym wyrażeniem. - Czy nigdy nie zabije go
brandy? Na honor, zdrowie ma niczym ten... jakże mu tam?... stary Metozal,
co?
Rządca roześmiał się znowu i zaraz podjął:
- Panicze przyjechali z uniwersytetu. Wczoraj John Scroggins dostał od
nich lanie. Mało co nie wyzionął ducha.
- Co?! - wybuchnął sir Pitt. - Mój gajowy dostał od nich lanie?
- Był na gruntach probostwa, proszę jaśnie pana - odparł Hodson, a sir
Pitt zaczął kląć okropnie i przysięgać, że "niech tylko przychwyci tych
szczeniaków na kłusownictwie, a jak nic wyprawi ich na zesłanie. Rychło
jednak uspokoił się i podjął:
- Nie martw się, Hodson. Sprzedałem wszelkie prawa do probostwa. Żaden
z tej sfory nie dostanie schedy.
Rządca przyznał dziedzicowi słuszność, a ja zrozumiałam, że braci nie
łączą serdeczne stosunki, jak często bywa między braćmi, a także między
siostrami. Pamiętasz w Chiswick dwie panny Scratchley? Te biły się wciąż
i kłóciły. Albo Mary Box! Ileż to razy rzucała się z pięściami na małą
Luizę!
Nagle sir Pitt zobaczył dwóch małych chłopców, którzy zbierali chrust w gaju, wrzasnął więc coś do rządcy, a ten z batem w ręku rzucił się w pościg za złodziejami.
- Wal ich, Hodson, wal! - ryczał baronet. - Niech poczują, że mają
skórę! Wal! I sprowadź łajdaków do kancelarii. Nie nazywam się sir Pitt
Crawley, jeśli nie siądą w areszcie!
Wnet usłyszeliśmy świst bata i skowyt biednych, zabeczanych malców. Sir
Pitt upewnił się, że złoczyńcy zostali pojmani, kazał więc stangretowi
zajeżdżać przed pałac.
Tam służba zgromadziła się na nasze przyjęcie i...
Wczorajszej nocy przerwałam w połowie zdania, gdyż przeszkodziło mi
gwałtowne stukanie do drzwi. Jak myślisz, najdroższa Amelio, kogo
zobaczyłam na progu? Stał tam sir Pitt Crawley w szlafmycy i w szlafroku
- pocieszna figura! Cofnęłam się, zdziwiona i przestraszona wizytą o tak
późnej porze, on zaś wtargnął do mojego pokoju i chwycił lichtarz.
- Nie ma świec po jedenastej, panno Becky - powiedział. - Teraz kładź
się spać po ciemku, ty śliczna mała figlarko - (naprawdę tak mnie
zabawnie nazwał). - A jak nie chcesz, żebym co wieczór przychodził po
świecę, miej się na baczności i przed jedenastą bądź w łóżku.
Po takiej reprymendzie sir Pitt i kamerdyner jego, pan Horrocks,
odeszli korytarzem, pękając ze śmiechu. Możesz być pewna, że nie dam
więcej powodu do podobnych odwiedzin. Na noc spuszczają tutaj dwa
okropne brytany, które wczoraj ujadały nieustannie i wyły przy
księżycu.
- Pies nazywa się Jucha, bo zagryzł niegdyś człowieka - powiedział mi z rana sir Pitt. - Tyle ma siły, że poradzi sobie z buhajem. A na sukę,
jego matkę, wołałem dawniej Flora, ale teraz przechrzciłem ją na
Jazgotkę, bo jest za stara, żeby gryźć. Cha, cha, cha!
Pałac w Queen's Crawley to bardzo brzydka staroświecka budowla z czerwonej cegły, z wysokimi kominami i mnóstwem facjatek w elżbietańskim
stylu. Przed domem ciągnie się taras przyozdobiony rodowym wężem i gołębiem, a z tarasu wiodą podwoje do wielkiego hallu. Ach, moja droga,
ten wielki hall jest niewątpliwie równie przestronny i równie posępny
jak główna sień niezapomnianego zamku Udolfo23. Jest tam
kominek, w którym łatwo zmieściłaby się połowa szkoły panny Pinkerton, a nad samym paleniskiem można by upiec co najmniej całego wołu. Na
ścianach wiszą portrety przedstawicieli i przedstawicielek Bóg wie ilu
pokoleń Crawleyów! Są tam spiczaste brody i krezy, olbrzymie peruki i trzewiki z zadartymi nosami, długie, proste staniki i suknie sztywne
niczym baszty, bujne loki przy (doprawdy, moja droga!) zupełnym niemal
braku gorsetu. W głębi hallu widać monumentalne schody z czarnego dębu,
tak ponure, że trudno to sobie wyobrazić, a w bocznych ścianach znajduje
się czworo drzwi ozdobionych wiszącymi nad nimi jelenimi rogami. Drzwi
te wiodą do pokoju bilardowego, biblioteki, wielkiego żółtego salonu i innych komnat. Na pierwszym piętrze musi być przynajmniej dwadzieścia
pokoi sypialnych, a w jednym z nich przechowuje się łoże, na którym
spała królowa Elżbieta. Dziś z rana moje nowe uczennice oprowadziły mnie
po wszystkich tych wspaniałościach, którym nie dodaje uroku fakt, że
niemal wszystkie okiennice są stale zamknięte. Otwarcie mówię, moja
droga, że w półmroku każdej komnaty spodziewałam się zobaczyć upiora.
Nasz pokój szkolny znajduje się na drugim piętrze między sypialniami -
moją a panienek. Dalej ciągną się apartamenty pana Pitta (mówią tu o nim
pan Crawley), starszego syna baroneta, i pokoje pana Rawdona Crawleya.
Pan Rawdon jest oficerem (jak ktoś dobrze Ci znajomy, Amelio
najdroższa!). Obecnie jego pułk przebywa za granicą. W pałacu nie brak
miejsca. Możesz być tego pewna. Sądzę, że luźno dałoby się tu pomieścić
mieszkańców wszystkich domów okalających Russell Square!
W pół godziny po naszym przyjeździe zadzwoniono na obiad, zeszłam więc
na dół z moimi uczennicami. Są to chude, mizerne dziewczyniny; starsza
ma dziesięć lat, młodsza osiem. Nie odznaczają się niczym szczególnym.
Ubrałam się w tę kochaną sukienkę z białego muślinu, podarunek od
Ciebie, najdroższa Amelio, który naraził mnie na tyle przykrości ze
strony zazdrosnej pani Pinner. Mam tu być traktowana jak członek rodziny
i tylko we dnie oficjalnych przyjęć będę jadać u siebie wraz z uczennicami.
A więc zadzwoniono na obiad i wszyscy zebraliśmy się w małym salonie,
gdzie zwykle zasiada lady Crawley. To druga lady Crawley, matka moich
panienek. Jest córką kupca żelaznego z Mudbury, a więc jej małżeństwo z sir Pittem uchodziło za olśniewającą partię. Niegdyś musiała być dosyć
ładna, a teraz ma minę, jakby nieustannie opłakiwała minioną urodę. Jest
blada, chuda, kanciasta i nigdy nie ma nic oryginalnego do powiedzenia.
W salonie był również jej pasierb, pan Crawley, uroczysty niczym
karawaniarz i ubrany w nienaganny strój wieczorowy. Jest wysoki,
szczupły, brzydki i małomówny. Ma cienkie nogi, zapadniętą klatkę
piersiową, faworyty barwy siana i włosy koloru słomy. Jest wierną
podobizną swojej świątobliwej matki (której portret wisi nad kominkiem)
- Gryzeldy z dostojnego rodu Binkie.
Lady Crawley wyszła na moje spotkanie i wzięła mnie za rękę.
- Panie Crawley - odezwała się - to nasza nowa guwernantka, panna
Sharp.
- Aha - odrzekł pan Crawley, odrywając na chwilę wzrok od bardzo grubej
broszury, w której czytaniu pogrążony był bez reszty.
- Mam nadzieję, że będzie pani dobra dla małych - powiedziała lady
Crawley i łzy napłynęły do jej wiecznie zaczerwienionych oczu.
- Ma się rozumieć, mamciu! - zawołała moja starsza pupilka, ja zaś
pojęłam w mgnieniu oka, że tej kobiety mogę się nie obawiać.
- Do stołu podano, proszę jaśnie pani - oznajmił kamerdyner wystrojony
w czerń i ozdobiony żabotem tak wielkim, że przypomniały mi się
elżbietańskie krezy z wiszących w hallu portretów.
Na to hasło pani Pitt ujęła pod ramię pasierba, ja zaś ruszyłam za
nimi, prowadząc za ręce obie dziewczynki.
W jadalni czekał sir Pitt ze srebrnym dzbanem w ręku. Przed chwilą
przyszedł z piwnic. Miał na sobie również strój wieczorowy, to znaczy
zdjął sztylpy i małe, krzywe nóżki ukrył w czarnych pończochach z grubej
wełny. Kredens uginał się pod ciężarem lśniącej zastawy. Były tam stare
srebrne i złote kubki, czary, patery, flakony do octu i oliwy - zupełnie
jak w witrynie sklepowej u Rundella i Bride'a. Na stole też wszystko
było srebrne, a po obydwu stronach kredensu stali dwaj rudzi lokaje w liberii kanarkowożółtej barwy. Pan Crawley odmówił bardzo długą
modlitwę, sir Pitt dorzucił "Amen" i podniesiono ciężkie srebrne
pokrywy.
- Co dziś na obiad, Rose? - zapytał baronet.
- O ile mi wiadomo, rosół barani - odrzekła lady Crawley.
- Mouton aux navets24 - dodał kamerdyner (wymawiał to jakoś:
mutonawet). - Na zupę mamy potage de mouton a pecossaise25.
A te salaterki zawierają pomme de terre au naturel i choufleur a
l'eau26.
- Nie ma nic nad baraninę - orzekł baronet. - Jest smaczna i zdrowa.
Jaka to była owca, Horrocks? Kiedyście ją zarżnęli?
- Z tych szkockich, z czarnym pyskiem, jaśnie panie - odpowiedział
kamerdyner. - Zarżnięta we czwartek.
- Sprzedano coś?
- Tak, jaśnie panie. Steel z Mudbury wziął comber i dwa udźce. Ale
powiedział, że ta poprzednia sztuka była za młoda i diabelnie chuda.
Sama wełna, powiadał, jaśnie panie.
- Pozwoli pani trochę potage, panno... ehem... panno Blunt? - zwrócił się
do mnie pan Crawley.
- Kapitalny rosół po szkocku, moja mała - dorzucił sir Pitt - choć
nazywają go jakoś z francuska.
- Wiadomo wszystkim, iż w dobrych towarzystwach istnieje zwyczaj
nazywania tej zupy tak właśnie, jak została nazwana przeze mnie - rzekł
z namaszczeniem pierworodny syn baroneta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Przyszłam się z panią pożegnać (fr.). [wróć]
2. Thomas Lawrence (1769-1830) - słynny portrecista angielski. [wróć]
3. Benjamin West (1738-1820) - angielski malarz historyczny pochodzenia amerykańskiego. Jeden z założycieli Akademii Królewskiej i od 1792 r. jej prezes. [wróć]
4. William Guthrie (1708-1770) - bardzo niegdyś poczytny historyk i geograf angielski. [wróć]
5. Alnaschar - postać z Baśni z tysiąca i jednej nocy - szewc, który odziedziczył pięćdziesiąt sztuk srebra i marzył, ile dobrego przyniesie mu ten majątek. [wróć]
6. George Bryan Brummel (1778-1840) - słynny elegant i hulaka zwany "pięknym Brummelem". [wróć]
7. Sykoraksa - czarownica, postać z Burzy Szekspira. [wróć]
8. Ka1iban - syn Sykoraksy, odrażająco brzydki dziki człowiek. [wróć]
9. Tęsknota do miłości (niem.). [wróć]
10. Łzy, westchnienia, szczęście (wł.). [wróć]
11. Sir William Francis Patrick Napier (1785-1860) - generał angielski, autor Historii wojny w Hiszpanii. [wróć]
12. Pismo redagowane przez Pierce'a Egana (1772-1849) i poświęcone zagadnieniom sportu. [wróć]
13. Telemak (Les Aventures de Télémaque) - opowieść epiczna prozą, o charakterze dydaktycznym, pióra Fénélona (1669). [wróć]
14. Valentine et Orson - powieść francuska z XV w., przerobiona z pieśni rycerskiej z XIII w. [wróć]
15. Ach, mój piękny panie (fr.). [wróć]
16. Piękna Rozamunda (?-1176) - kochanka Henryka II, bohaterka ballady Deloneya (1549-1600) i innych utworów literackich. [wróć]
17. John Lempriere (17657-1824) - angielski uczony. [wróć]
18. Mansion House - siedziba lorda mera Londynu. [wróć]
19. John Sheppard, popularnie zwany Jack Sheppard (1702-1724) - znany rozbójnik, angielski Rinaldo Rinaldini, bohater wielu ballad, opowiadań, a nawet powieści Ainswortha. [wróć]
20. Black Bess (Czarna Elżbietka) - klacz innego słynnego rozbójnika, Ryszarda Turpina (1706-1739), uwiecznionego również przez legendę i pieśń Ainswortha. [wróć]
21. Cecylia, czyli Pamiętnik posażnej panny - powieść Frances Bumey (1752-1840). [wróć]
22. Lord Orville- bohater innej powieści tejże autorki, pt. Ewelina. [wróć]
23. Tajemnice zamku Udolfo - głośna w swoim czasie powieść Ann Radcliffe (1764-1823). [wróć]
24. Baranina z brukwią (fr.). [wróć]
25. Rosół z baraniny po szkocku (fr.). [wróć]
26. Kartofle i kalafiory z wody (fr.). [wróć]