Targowisko próżności (ekskluzywna edycja) - William Makepeace Thackeray

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (34,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. Chi­swick Mall

I

Chi­swick Mall

W sło­neczny czerw­cowy ranek, kiedy nasz wiek liczył nie wię­cej niż lat dzie­sięć, przed oka­załą żela­zną bramę pen­sji dla dziew­cząt z dobrych domów, pro­wa­dzo­nej przez pannę Pin­ker­ton, a poło­żo­nej przy ulicy Mall w Chi­swick, zaje­chała z szyb­ko­ścią czte­rech mil na godzinę ciężka kolasa fami­lijna. Kolasę cią­gnęły dwa tłu­ste konie w lśnią­cej uprzęży, na koźle zaś sie­dział tłu­sty stan­gret w peruce i trój­gra­nia­stym kape­lu­szu. Gdy ekwi­paż zatrzy­mał się przed błysz­czą­cym mosięż­nym szyl­dzi­kiem panny Pin­ker­ton, czarny lokaj, który drze­mał obok stan­greta, roz­pro­sto­wał kabłą­ko­wate nogi, a kiedy pocią­gnął za dzwo­nek, co naj­mniej dwa­dzie­ścia głów ozdo­biło wąskie okna sta­rej, sza­cow­nej budowli z czer­wo­nej cegły. Ba! Uważny obser­wa­tor mógłby zoba­czyć nawet per­katy, czer­wony nosek panny Jemimy Pin­ker­ton ster­czący nad donicz­kami pelar­go­nii w oknie pry­wat­nego salonu pani prze­ło­żo­nej.

- Kareta pani Sedley, pro­szę sio­stry - oznaj­miła panna Jemima. - Sambo, czarny lokaj, zadzwo­nił wła­śnie, a stan­gret ma nową, pąsową kami­zelkę.

- Czy ukoń­czy­łaś, Jemimo, wszel­kie przy­go­to­wa­nia zwią­zane z wyjaz­dem panny Sedley? - zapy­tała star­sza panna Pin­ker­ton, maje­sta­tyczna dama, owa Semi­ra­mida Ham­mer­smith, zaprzy­jaź­niona z dok­to­rem John­so­nem i kore­spon­dentka samej pani Cha­pone.

- Poko­jowe, pro­szę sio­stry, wstały dziś o czwar­tej. Kufry panny Sedley już spa­ko­wane - odrze­kła panna Jemima. - Zro­bi­ły­śmy też wią­zankę kwia­tów...

- Mówi się bukiet, Jemimo. To bar­dziej wykwint­nie.

- A więc, pro­szę sio­stry, bukiet pra­wie taki jak stóg siana. Do sepetu Ame­lii wło­ży­łam dwie fla­szeczki wody goź­dzi­ko­wej dla pani Sedley, a także prze­pis na tę wodę.

- Mam nadzieję, Jemimo, że nie zapo­mnia­łaś o rachunku panny Sedley. Aha! Oto kopia. Bar­dzo dobrze. Dzie­więć­dzie­siąt trzy funty, cztery szy­lingi. Bar­dzo dobrze. Bądź łaskawa zaadre­so­wać: Wiel­możny Pan John Sedley. Zapie­czę­tuj też mój liścik do jego mał­żonki.

Dla panny Jemimy odręczny list jej sio­stry, panny Pin­ker­ton, zasłu­gi­wał na sza­cu­nek nie mniej­szy niż auto­graf monar­chy. Jak wia­domo, sama pani prze­ło­żona pisy­wała oso­bi­ście do rodzi­ców wycho­wa­nek tylko w przy­pad­kach, kiedy wycho­wanki te opusz­czały pen­sję albo wybie­rały się za mąż, i raz jeden, gdy biedna panna Birch zmarła na szkar­la­tynę. Panna Jemima była prze­ko­nana, że jeśli cokol­wiek zdo­ła­łoby pocie­szyć panią Birch po stra­cie córki, to chyba wymowne i pobożne arcy­dzieło, w któ­rym panna Pin­ker­ton dono­siła o smut­nym wyda­rze­niu.

W danym przy­padku "bile­cik" panny Pin­ker­ton brzmiał, jak nastę­puje:

Chi­swick 15 czerwca 18.. r.

Wielce Sza­nowna Pani!

Po sze­ściu latach zwra­cam Jej Rodzi­com Pannę Ame­lię Sedley jako młodą damę godną zająć sto­sowne miej­sce w wyso­kich i wykwint­nych kołach towa­rzy­skich, do któ­rych słusz­nie przy­na­leży. Oczy­wi­ście nie potrze­buję zapew­niać Wielce Sza­now­nej Pani, iż uwa­żam to sobie za nie­wąt­pliwą przy­jem­ność i praw­dziwy zaszczyt. Cnót cha­rak­te­ry­stycz­nych dla mło­dych Angie­lek z dobrych domów oraz wykształ­ce­nia odpo­wia­da­ją­cego jej uro­dze­niu i pozy­cji na pewno nie brak­nie prze­mi­łej Pan­nie Sedley, któ­rej pil­ność i posłu­szeń­stwo zyskały serca wycho­waw­ców, a wro­dzony wdzięk i nie­zwy­kła łagod­ność uspo­so­bie­nia ocza­ro­wały wszyst­kie kole­żanki - star­sze i młod­sze.

Co do muzyki, tańca, orto­gra­fii oraz wsze­la­kich haftów i robó­tek nie­wie­ścich Panna Ame­lia speł­niła naj­go­ręt­sze pra­gnie­nia życz­li­wych jej osób. Geo­gra­fia nato­miast zosta­wia jesz­cze wiele do życze­nia, ponadto zaś pozwa­lam sobie zale­cić na naj­bliż­sze trzy lata regu­larne sto­so­wa­nie (przez cztery godziny dnia każ­dego) deski do pro­sto­wa­nia ple­ców, bez któ­rej uży­cia nikt nie zdoła opa­no­wać tej wdzięcz­nej god­no­ści ruchów i postawy, tak nie­odzow­nej każ­dej wykwint­nej damie.

Poboż­ność i zasady moralne Panny Sedley osią­gnęły nie­wąt­pli­wie poziom godny zakładu nauko­wego, który bywał zaszczy­cany wizy­tami Wiel­kiego Twórcy Słow­nika i znaj­do­wał się pod łaska­wym patro­na­tem Pani Cha­pone.

Opusz­cza­jąc moją szkołę, Panna Ame­lia Sedley uwozi ze sobą serca kole­ża­nek oraz życz­liwe względy prze­ło­żo­nej, która ma zaszczyt kre­ślić się uni­żoną sługą Wielce Sza­now­nej Pani.

Bar­bara Pin­ker­ton

PS. Pan­nie Sedley towa­rzy­szy panna Sharp. Uprzej­mie pro­szę, aby jej wizyta na Rus­sell Squ­are nie prze­cią­gnęła się ponad okres dzie­się­cio­dniowy, gdyż ary­sto­kra­tyczna rodzina, która zaan­ga­żo­wała pannę Sharp, życzy sobie roz­po­cząć korzy­sta­nie z jej usług w ter­mi­nie moż­li­wie naj­wcze­śniej­szym.

Zakoń­czyw­szy ową epi­stołę, panna Pin­ker­ton napi­sała imię i nazwi­sko panny Sedley oraz swoje wła­sne na kar­cie tytu­ło­wej Słow­nika John­sona, któ­rym to wybit­nym dzie­łem obda­rzała z reguły roz­sta­jące się z jej pen­sją wycho­wanki. Na okładce książki przy­le­piony był kar­ton z kopią "Kilku słów do Mło­dej Damy opusz­cza­ją­cej pen­sję panny Pin­ker­ton przy ulicy Mail w Chi­swick - pióra nie­od­ża­ło­wa­nej pamięci Wie­leb­nego Dok­tora Samu­ela John­sona". Prawdę rze­kł­szy, panna Pin­ker­ton miała usta­wicz­nie na ustach nazwi­sko autora Słow­nika, jako że jedy­nej jego wizy­cie zawdzię­czała repu­ta­cję i mają­tek.

Otrzy­maw­szy od star­szej sio­stry roz­kaz wydo­by­cia Słow­nika ze schowka, panna Jemima przy­nio­sła dwa egzem­pla­rze, kiedy zaś maje­sta­tyczna dama opa­trzyła auto­gra­fem pierw­szy, Jemima z nie­wy­raźną i zalęk­nioną miną pod­su­nęła jej drugi.

- Dla kogóż to, Jemimo? - zapy­tała panna Pin­ker­ton tonem mro­żą­cego chłodu.

Potulna nie­wia­sta odwró­ciła się ple­cami do panny Pin­ker­ton i zadrżała, a gorący rumie­niec oblał jej zwię­dłą twarz i szyję.

- Dla Becky Sharp, pro­szę sio­stry - bąk­nęła. - Dla Becky Sharp. Prze­cież i ona wyjeż­dża.

- Jemimo! - zawo­łała maje­sta­tycz­nie dama takim tonem, jak gdyby to imię wypi­sy­wała dużymi dru­ko­wa­nymi lite­rami. - Jemimo! Czy postra­da­łaś zmy­sły? Odłóż egzem­plarz do schowka i na przy­szłość nie pozwa­laj sobie, pro­szę, na tego rodzaju wybryki.

- Pro­szę sio­stry, to kosz­tuje tylko dwa szy­lingi i dzie­więć pen­sów, a biedna Becky będzie okrop­nie zawie­dziona, jak nic nie dosta­nie.

- Pro­szę mi zaraz przy­słać pannę Sedley - zako­men­de­ro­wała prze­ło­żona, a jej sio­stra, nie odwa­żyw­szy się powie­dzieć już ni słowa, wyszła drob­nym krocz­kiem z salonu, bar­dzo zmar­twiona i zde­ner­wo­wana.

Cóż, panna Sedley była córką zamoż­nego lon­dyń­skiego kupca, a Becky Sharp bez­płatną prak­ty­kantką, a zatem (zda­niem panny Pin­ker­ton) dość już dostała i sta­now­czo mogła się obejść bez zaszczyt­nego obda­ro­wa­nia Słow­ni­kiem na poże­gna­nie.

Na ogół bio­rąc, podobne listy wła­ści­cieli żeń­skich i męskich zakła­dów nauko­wych zasłu­gują na wiarę nie bar­dziej niż cmen­tarne epi­ta­fia. Zda­rza się jed­nak nie­kiedy, iż osoba, co poże­gnała nasz padół, miała zalety cha­rak­teru i chrze­ści­jań­skie cnoty uwiecz­nione nad jej kośćmi kamie­niar­skim dłu­tem. Mógł to naprawdę być dobry ojciec, mąż czy syn lub dobra matka, żona albo córka - i rodzina pogrą­żona w rze­czy­wi­ście nie­utu­lo­nym żalu mogła szcze­rze opła­ki­wać nie­bosz­czyka lub nie­boszczkę. Podob­nie w szko­łach wycho­wa­nek lub wycho­wanka może cza­sami zaro­bić rze­tel­nie na pochwały sza­fo­wane tak hoj­nie przez bez­in­te­re­sow­nych pre­cep­to­rów. Otóż Ame­lia Sedley nale­żała do panie­nek szcze­gól­nego pokroju, nie tylko bowiem zasłu­gi­wała w pełni na wyrazy uzna­nia zamiesz­czone w liście prze­ło­żo­nej, lecz zdo­biły ją ponadto liczne, pełne uroku cechy, któ­rych maje­sta­tyczna Minerwa nie potra­fiła dostrzec ze względu na znaczne róż­nice wieku i pozy­cji.

Otóż panna Sedley nie tylko śpie­wała niczym skow­ro­nek albo pani Bil­ling­ton, nie tylko tań­czyła niczym Hil­lis­berg albo Pari­sot, nie tylko hafto­wała prze­pięk­nie, a z orto­gra­fią radziła sobie nie gorzej niż sam Słow­nik. Miała także tkliwe, zacne, rado­sne, szla­chetne ser­duszko i dzięki niemu zyski­wała miłość każ­dego, kto się do niej zbli­żył - od samej suro­wej Minerwy do zahu­ka­nej dziewki kre­den­so­wej czy jed­no­okiej sprze­daw­czyni cia­stek, któ­rej raz w tygo­dniu zezwa­lano je dostar­czać mło­dym damom z reno­mo­wa­nej pen­sji. Pośród dwu­dzie­stu czte­rech tych mło­dych dam panna Sedley liczyła co naj­mniej dwa­na­ście naj­bliż­szych przy­ja­ció­łek od serca. Nawet zazdro­sna panna Briggs ni­gdy się o niej uszczy­pli­wie nie wyra­żała. Wynio­sła i kostyczna panna Sal­tire (wnuczka lorda Dextera) przy­zna­wała łaska­wie, że Ame­lia ma piękną figurę. Panna Swartz pocho­dząca z St Kitt, bar­dzo bogata Mulatka o weł­ni­stych wło­sach, tak roz­sz­lo­chała się w dniu odjazdu przy­ja­ciółki, że trzeba było wezwać dok­tora Flossa i solami trzeź­wią­cymi z lekka odu­rzyć bie­daczkę. Spo­kojna god­ność cecho­wała oczy­wi­ście zacho­wa­nie panny Pin­ker­ton, damy na eks­po­no­wa­nym sta­no­wi­sku i obda­rzo­nej wypró­bo­wa­nymi cno­tami, ale panna Jemima pochli­py­wała od czasu do czasu na myśl o roz­sta­niu z fawo­rytką i gdyby nie strach przed sio­strą, dosta­łaby zapewne ataku histe­rycz­nego, jak bogaczka z St Kitt, która pła­ciła podwój­nie za naukę i pen­sjo­nat. Ale na tak zbyt­kowne objawy żalu mogą sobie pozwo­lić jedy­nie pen­sjo­narki zasia­da­jące przy stole pani prze­ło­żo­nej. Tym­cza­sem biedna Jemima miała na gło­wie rachunki, pra­nie, wszel­kie repe­ra­cje, desery, sre­bra sto­łowe, por­ce­lanę i usta­wiczne dozo­ro­wa­nie służby. Czy warto wszakże mówić o pan­nie Jemi­mie? Czy­tel­nik nie usły­szy o niej zapewne do dnia Sądu Osta­tecz­nego i kiedy zostawi ją za ażu­rową żela­zną bramą pen­sji przy ulicy Mail, ona i jej zło­wroga sio­stra ni­gdy już nie prze­kro­czą gra­nic szczu­płego światka naszej opo­wie­ści.

Ponie­waż jed­nak z Ame­lią będziemy mieć do czy­nie­nia długo i czę­sto, wypada wspo­mnieć w zara­niu zna­jo­mo­ści, że jest to prze­miła i uro­cza osóbka. Wia­do­mość, iż czeka nas usta­wiczne towa­rzy­stwo istoty nie­win­nej i poczci­wej, może nie­wąt­pli­wie dodać otu­chy zarówno w życiu, jak i przy czy­ta­niu powie­ści, gdyż życie i lite­ra­tura (zwłasz­cza ta ostat­nia) obfi­tują na ogół w czarne cha­rak­tery naj­po­dlej­szego gatunku. Ame­lia Sedley nie będzie hero­iną romansu, nie ma więc potrzeby opi­sy­wać jej wdzię­ków. Oba­wiam się nawet, że jej nosek jest zbyt krótki, a policzki o wiele za czer­stwe i puco­ło­wate - zwłasz­cza dla hero­iny romansu. Atoli jej przy­jemna twarz pro­mie­niuje zdrową cerą, świeże usta ujmu­ją­cym uśmie­chem, a piękne oczy rado­ścią i nie­zło­śli­wym humo­rem, jeżeli oczy­wi­ście nie prze­peł­niają ich łzy, co, nie­stety, zda­rza się nader czę­sto. Bo nie­mą­dra panienka ma zwy­czaj pła­kać nad zde­chłym kanar­kiem albo nad myszką pochwy­coną przez zwin­nego kota, albo nad smut­nym zakoń­cze­niem naj­głup­szej nawet powie­ści. A jeśliby się zna­lazł ktoś dość bez­względny, by ode­zwać się do niej szorstko... no to miałby się z pyszna! Nawet panna Pin­ker­ton - dama wyma­ga­jąca i podobna antycz­nym bogi­niom - prze­stała łajać Ame­lię. Spró­bo­wała to zro­bić raz jeden i cho­ciaż na wraż­li­wo­ści uczuć znała się nie lepiej niż na alge­brze, naka­zała nauczy­ciel­kom i metrom, by pannę Sedley trak­to­wali szcze­gól­nie wyro­zu­miale, ponie­waż wszelka suro­wość rani bole­śnie tę deli­katną młodą damę.

Jako się rze­kło, Ame­lia miała zwy­czaj albo śmiać się, albo pła­kać, kiedy więc wresz­cie nad­szedł dzień odjazdu, sta­nęła wobec trud­nego wyboru. Cie­szyła się ser­decz­nie, iż wraca do domu, zara­zem jed­nak cier­piała dotkli­wie z racji roz­sta­nia z pen­sją. Od trzech dni mała Laura Mar­tin, sie­rota, drep­tała za nią nie­ustan­nie niby wierny pie­sek. Ame­lia musiała ofia­ro­wać i przy­jąć przy­naj­mniej czter­na­ście pre­zen­tów, zło­żyć przy­naj­mniej czter­na­ście uro­czy­stych przy­rze­czeń, że będzie pisy­wać co tydzień.

- Listy do mnie możesz prze­sy­łać pod adre­sem mojego dzia­du­nia, hra­biego Dextera - powie­działa panna Sal­tire (nawia­sem mówiąc, młoda dama aż nazbyt skrom­nie ubrana).

- Nie martw się, ile wydam na porto! Wszystko jedno! Droga, naj­droż­sza! Pisuj codzien­nie! - wołała raz po raz weł­ni­sto­głowa panna Swartz, osóbka popę­dliwa, lecz uczu­ciowa i hojna.

Mała Laura Mar­tin, sie­rota, która zaczy­nała wła­śnie uczyć się pisa­nia ron­dem, ujęła rękę star­szej kole­żanki i nie­śmiało spo­glą­da­jąc jej w oczy, szep­nęła:

- Ame­lio, czy pozwo­lisz, że w listach będę cię nazy­wać mateczką?

Jestem prze­ko­nany, że Jones, który otwo­rzy tę książkę w swoim klu­bie, uzna wyżej przy­to­czone szcze­góły za idio­tyczne, try­wialne, dzie­cięco naiwne i okrut­nie sen­ty­men­talne. Widzę nawet, jak ów Jones (nieco zaczer­wie­niony po zje­dze­niu łopatki bara­niej i wypi­ciu pół butelki wina) wydo­bywa ołó­wek, pod­kre­śla wyrazy "idio­tyczne, try­wialne", następ­nie zaś dodaje jako wła­sne zda­nie: "cał­kiem słusz­nie". Cóż, Jones - osob­nik wyż­szy, o nie­prze­cięt­nym umy­śle - uznaje w życiu i powie­ści tylko to, co wiel­kie i boha­ter­skie. Nie­chaj więc lepiej z góry otrzyma prze­strogę i zain­te­re­so­wa­nie zwróci w inną stronę.

Ale do rze­czy! Kwiaty, upo­minki, kufry i pudła na kape­lu­sze panny Sedley zna­la­zły się we wnę­trzu i na dachu kolasy, a ich śla­dem powę­dro­wała bar­dzo mała i bar­dzo stara walizka z woło­wej skóry opa­trzona sta­ran­nie przy­mo­co­wa­nym bile­tem wizy­to­wym panny Sharp. Sambo z iro­nicz­nym uśmie­chem podał ów bagaż stan­gre­towi, stan­gret zaś z odpo­wied­nio drwiącą miną ulo­ko­wał go w sto­sow­nym miej­scu. Nade­szła chwila roz­sta­nia, któ­rego gorycz znacz­nie zła­go­dziła pod­nio­sła ora­cja wygło­szona do wycho­wanki przez pannę Pin­ker­ton. Prze­mó­wie­nie to nie natchnęło wpraw­dzie Ame­lii duchem filo­zo­ficz­nego spo­koju, było jed­nak nie­po­rów­na­nie nudne, napu­szone i roz­wle­kłe, a że uczen­nica nie otrzą­snęła się jesz­cze ze stra­chu przed maje­sta­tyczną damą, nie ważyła się w jej obec­no­ści dać upu­stu czy­sto oso­bi­stym wzru­sze­niom. Podob­nie jak przy uro­czy­stych oka­zjach odwie­dzin rodzi­ciel­skich, podano w salo­nie butelkę wina i kru­che cia­steczka, a po tym skrom­nym poczę­stunku panna Sedley mogła swo­bod­nie odje­chać.

- Idź na górę, Becky. Poże­gnaj pannę Pin­ker­ton - dora­dziła poczciwa Jemima mło­dej osóbce, która nie zwra­ca­jąc niczy­jej uwagi, scho­dziła po scho­dach z małą torbą podróżną w ręku.

- Trzeba będzie - odparła zagad­nięta ze spo­ko­jem, który wyda­wał się dziwny nawet dla sio­stry samej pani prze­ło­żo­nej.

Kiedy panna Jemima zastu­kała do drzwi i otrzy­mała pozwo­le­nie wej­ścia, Becky wkro­czyła do salonu pew­nym kro­kiem i wyrze­kła po fran­cu­sku gło­śno i z nie­na­gan­nym akcen­tem:

- Made­mo­iselle, je viens vous faire mes adieux1.

Panna Pin­ker­ton nie rozu­miała po fran­cu­sku, rzą­dziła jedy­nie tymi, któ­rzy znali ów język. Przy­gry­zła więc wargi, zadarła dum­nie w górę rzym­ski nos i dostojną głowę przy­stro­joną nader oka­za­łym tur­ba­nem i odpo­wie­działa:

- Panno Sharp, życzę powo­dze­nia.

Z tymi słowy mach­nęła ręką, aby przy oka­zji zwy­kłego gestu poże­gna­nia dać Becky spo­sob­ność uści­śnię­cia jed­nego ze swo­ich pal­ców, spe­cjal­nie w tym celu wysu­nię­tego. Ale panna Sharp nie sko­rzy­stała ze spo­sob­no­ści, lecz skrzy­żo­wała ramiona na piersi i z lodo­wa­tym uśmie­chem zło­żyła ukłon, który Semi­ra­mida z Ham­mer­smith pokwi­to­wała dostoj­nym a gniew­nym ruchem tur­bana. Oczy­wi­ście było to pod­jaz­dowe star­cie mię­dzy damą młodą i starą, w któ­rym ta ostat­nia doznała porażki.

- Nie­chaj cię Bóg ma w swo­jej pie­czy, dro­gie dzie­cię - rze­kła, ści­ska­jąc Ame­lię i nad jej ramie­niem mie­rząc zabój­czym spoj­rze­niem pannę Sharp.

- Chodź ze mną, Becky - szep­nęła panna Jemima i spiesz­nie wypro­wa­dziła z salonu młodą osobę, za którą drzwi salonu zamknęły się raz na zawsze.

Potem nastą­piło burz­liwe poże­gna­nie w sieni i przed domem. Brała w nim udział cała służba i wszyst­kie naj­lep­sze przy­ja­ciółki, i wszyst­kie inne młode damy, i nawet przy­były w danym momen­cie metr tańca. Uści­sków, poca­łun­ków, okrzy­ków, wybu­chów pła­czu i histe­rycz­nego wycia doby­wa­ją­cego się z pokoju panny Swartz (pen­sjo­narki zasia­da­ją­cej u stołu pani prze­ło­żo­nej) nie zdoła opi­sać żadne pióro i żadne tkliwe serce nie potrafi znieść spo­koj­nie. Ale zawie­ru­cha minęła wresz­cie i nastą­piło osta­teczne roz­sta­nie - to zna­czy Ame­lia Sedley roz­stała się z przy­ja­ciół­kami. Panna Sharp od kilku minut sie­działa już skrom­nie w kola­sie i z racji jej odjazdu nikt nie zale­wał się łzami.

Sambo - wła­ści­ciel pary kabłą­ko­wa­tych nóg - zatrza­snął już drzwiczki pojazdu za pła­czącą jaśnie panienką i zwin­nie wspiął się na kozioł, gdy panna Jemima z paczką w ręku pod­bie­gła żywo do otwar­tej bramy.

- Stój, stój! - zawo­łała i zatrzy­maw­szy się koło kolasy, dodała ciszej: - Droga Ame­lio, oto parę kana­pek. Możesz być głodna w podróży. A dla cie­bie, Becky... panno Sharp... książka, którą moja sio­stra... albo raczej ja... Wiesz już, to Słow­nik John­sona. Nie możesz prze­cież odje­chać bez upo­minku. No, do widze­nia... Żegnaj. Jazda, stan­gre­cie! Niech was obie Bóg bło­go­sławi!

Zacna nie­wia­sta, drżąc ze wzru­sze­nia, ucie­kła do ogrodu. Lecz co się stało? W chwili gdy konie ruszały, panna Sharp wychy­liła bladą twarz z okna kolasy i rzu­ciła, naprawdę rzu­ciła książkę w kie­runku bramy!

Panna Jemima omal nie zemdlała z prze­ra­że­nia.

- Jak żyję, nie widzia­łam... - wyją­kała. - Co za nie­by­wała... - Wzbu­rze­nie nie pozwo­liło jej dokoń­czyć ani jed­nego, ani dru­giego z roz­po­czę­tych zdań.

Kolasa odjeż­dża szparko. Z trza­skiem zamyka się żela­zna brama. Dzwo­nek wzywa na lek­cję tańca.

Świat staje otwo­rem przed dwoma panien­kami, my zaś żegnamy na dobre Chi­swick.

II. W któ­rym panna Sharp i panna Sedley spo­so­bią się do bata­lii

II

W któ­rym panna Sharp i panna Sedley spo­so­bią się do bata­lii

Kiedy panna Sharp speł­niała opi­sany w poprzed­nim roz­dziale czyn boha­ter­ski i rzu­ciw­szy Słow­nik na bru­ko­waną ścieżkę, patrzyła, jak padał u stóp zdu­mio­nej panny Jemimy, z jej twa­rzy znik­nął wyraz zacię­tej nie­na­wi­ści, poja­wił się nato­miast pra­wie rów­nie nie­przy­jemny uśmiech. Młoda dama cof­nęła się w głąb kolasy, zasia­dła wygod­nie i wielce widać kon­tenta z sie­bie rze­kła:

- Słow­nik zała­twiony. No i, chwała Bogu, wydo­sta­łam się z Chi­swick.

Ame­lia była nie­mal rów­nie zgor­szona jak sio­stra pani prze­ło­żo­nej, należy jed­nak pamię­tać, że szkołę opu­ściła zale­d­wie przed minutą, a zbyt to krótki okres, by zatrzeć sze­ścio­let­nie wra­że­nia. Ba! U nie­któ­rych osób strach poczęty w mło­do­ści trwa do końca życia. Na przy­kład mój zna­jomy - pan liczący sobie lat sześć­dzie­siąt osiem - powie­dział mi pew­nego ranka przy śnia­da­niu: "Śniło mi się, że bra­łem w skórę od dok­tora Raine'a". Twarz miał przy tym wzbu­rzoną, gdyż w ciągu tej nocy wyobraź­nia cof­nęła go o pięć­dzie­siąt pięć lat. W głębi serca bał się dok­tora Raine'a i jego rózgi tak samo, gdy miał lat sześć­dzie­siąt osiem, jak nie­gdyś jako trzy­na­sto­letni urwis. Gdyby nawet w wieku lat sześć­dzie­się­ciu ośmiu ujrzał swo­jego wycho­wawcę w całej oka­za­ło­ści i uzbro­jo­nego w wielką rózgę, gdyby usły­szał sakra­men­talne: "Spuść spodnie, chłop­cze!", wów­czas... Zresztą, mniej­sza o to! Tak czy ina­czej, panna Sedley była wstrzą­śnięta rażą­cym obja­wem nie­sub­or­dy­na­cji.

- Jak mogłaś, Rebecco? - ode­zwała się po dłu­giej pau­zie.

- Myślisz, że panna Pin­ker­ton wyłoni się ze swej jaskini, zawróci mnie i każe pójść do kozy? - roze­śmiała się panna Sharp.

- Nie... Ale...

- Nie cier­pię tego domu - cią­gnęła zbun­to­wana panna, ule­ga­jąc coraz gwał­tow­niej­szej zło­ści. - Mam nadzieję, że nie zoba­czę go póki życia. Niech­by się zapadł na dno Tamizy! A gdyby panna Pin­ker­ton też się tam dostała, nie zro­bi­ła­bym nic, abso­lut­nie nic, aby ją wycią­gnąć. Możesz być pewna! Ach, cóż by to była za frajda patrzeć, jak się ta jędza pławi ze swoim tur­ba­nem, tre­nem i wszyst­kim! Cha, cha, cha! Jej nos ster­czałby nad wodą niczym dziób łódki!

- Daj spo­kój! - obru­szyła się panna Sedley.

- Dla­czego? Czy twój czarny fagas narobi plo­tek? - wybuch­nęła śmie­chem ziry­to­wana młoda dama. - Wolna droga! Niech wróci. Niech powie pan­nie Pin­ker­ton, że nie­na­wi­dzę jej z całej duszy. Chcia­ła­bym, żeby wró­cił. Chcia­ła­bym zna­leźć oka­zję, żeby dowieść swo­jej nie­na­wi­ści. Rozu­miesz? Przez dwa lata spo­ty­kały mnie same znie­wagi i obe­lgi. Byłam trak­to­wana gorzej niż ostat­nia pomy­waczka kuchenna. Ni­gdy nie mia­łam przy­ja­ció­łek i od nikogo, prócz cie­bie, Ame­lio, nie sły­sza­łam dobrego słowa. Musia­łam opie­ko­wać się smar­ka­tymi z niż­szych klas i ze star­szymi panien­kami gadać po fran­cu­sku, aż zbrzydł mi wresz­cie język macie­rzy­sty. Jedną mia­łam satys­fak­cję: roz­mówki fran­cu­skie z panną Pin­ker­ton! To była kapi­talna zabawa. Jędza nie rozu­mie ni słowa, a jest zbyt dumna, by się do tego przy­znać. Myślę, że to jeden z powo­dów, dla któ­rych chęt­nie się mnie pozbyła. Hura! Dzię­kuję Bogu za swoją ojczy­znę. Vive la France! Vive l'Empe­reur! Vive Bona­parte!

- Ach, Rebecco! Wstyd! Doprawdy wstyd! - zawo­łała panna Sedley, gdyż jej przy­ja­ciółka wyrze­kła potworne bluź­nier­stwo. W owe lata w Anglii okrzyk: "Niech żyje Bona­parte!" był chyba gor­szy niż: "Niech żyje Lucy­per!" - Jak możesz, jak śmiesz wyra­żać tak grzeszne, mściwe myśli?

- Cóż, zemsta może być grzeszna, ale w grun­cie rze­czy jest zupeł­nie natu­ralna. Daleko mi do anioła!

Ostat­nie zda­nie panny Sharp zawie­rało bez­sprzecz­nie znaczną dozę prawdy. Mło­dej damie daleko było do anioła. W ciągu przy­to­czo­nej roz­mowy dwu­krot­nie dzię­ko­wała Bogu, lecz po raz pierw­szy z racji uwol­nie­nia się od nie­mi­łej sobie osoby, a po raz wtóry dla­tego, że miała moż­ność poni­że­nia czy zawsty­dze­nia nie­przy­ja­ciółki. Oba te motywy nie sta­no­wią wyrazu chrze­ści­jań­skich uczuć i są raczej sprzeczne z oby­cza­jami nie­wiast o miłym i łagod­nym cha­rak­te­rze. Tak! Becky Sharp nie była łagodna ani miła. Młoda mizan­tropka zwy­kła twier­dzić, że świat źle się z nią obszedł, a nie ulega wąt­pli­wo­ści, że ludzie surowo przez cały świat trak­to­wani na los taki w pełni zasłu­gują. Świat to zwier­cia­dło uka­zu­jące każ­demu odbi­cie jego wła­snej twa­rzy. Zrób nadą­saną minę, a świat odpo­wie ci posęp­nym, nie­życz­li­wym wzro­kiem. Śmiej się do niego i z nim razem, a okaże się przy­jem­nym, weso­łym kom­pa­nem. Mło­dzież ma wolną wolę i swo­bodny wybór! Jeżeli nawet świat trak­to­wał po maco­szemu pannę Sharp, to i panna Sharp nie przy­słu­żyła się ni­gdy i nikomu żad­nym dobrym uczyn­kiem, nie mogła więc wyma­gać, by wszyst­kie młode damy pobie­ra­jące nauki w Chi­swick były rów­nie deli­katne i sub­telne jak nasza boha­terka, by miały aniel­ski cha­rak­ter Ame­lii i na jej wzór sta­rały się uśmie­chem i dobrym sło­wem łago­dzić nie­chęć Rebeki Sharp wobec rodzaju ludz­kiego. Dla tych wła­śnie powo­dów i dla takich przy­mio­tów cha­rak­teru wybra­li­śmy pannę Sedley na boha­terkę powie­ści, gdyż w odmien­nym przy­padku nic nie mogłoby nam prze­szko­dzić w posta­wie­niu na jej miej­scu panny Swartz albo Crump, albo Hop­kins.

Ojciec Rebeki był mala­rzem i w swoim cza­sie nauczy­cie­lem rysun­ków w szkole panny Pin­ker­ton. Czło­wiek inte­li­gentny i przy­jemny kom­pan, żywił nie­chęć do grun­tow­nych stu­diów i obok skłon­no­ści do popa­da­nia w długi miał wybitne zami­ło­wa­nie do knajpy. Po pija­nemu bijał żonę i córkę, a następ­nego dnia rano cier­piał na migrenę, urą­gał więc ludz­ko­ści, zapo­zna­ją­cej jego geniusz, oraz z wro­dzoną inte­li­gen­cją i czę­sto z zupełną słusz­no­ścią lżył tych durni, kole­gów po pędzlu. Na utrzy­ma­nie zara­biał z nie­sły­cha­nym tru­dem, że zaś w kawa­ler­skich cza­sach winien był pie­nią­dze wszyst­kim w pro­mie­niu mili od Soho (gdzie zamiesz­ki­wał), przy­szło mu na myśl, iż polep­szy swoją sytu­ację, żeniąc się z młodą Fran­cuzką, która pra­co­wała jako ope­rowa sta­tystka. Panna Rebecca Sharp nie mówiła ni­gdy o skrom­nym zawo­dzie swo­jej rodzi­cielki, lecz twier­dziła, że ród Entre­chat zaj­mo­wał pocze­sne miej­sce wśród gaskoń­skiej szlachty, i była bar­dzo dumna z takiego pocho­dze­nia. I - rzecz szcze­gólna - im bar­dziej młoda dama posu­wała się w latach, tym wię­cej jej przod­ko­wie po kądzieli zyski­wali majątku i splen­do­rów.

Sta­tystka ope­rowa zdo­była gdzieś jakie takie wykształ­ce­nie, toteż jej córka mówiła po fran­cu­sku bie­gle, z czy­sto pary­skim akcen­tem i dzięki tej rzad­kiej w owe lata umie­jęt­no­ści zna­la­zła miej­sce u wyma­ga­ją­cej panny Pin­ker­ton. Matkę pocho­wała wcze­śnie, a ojciec, utra­ciw­szy wszelką nadzieję na odzy­ska­nie zdro­wia, po trze­cim ataku deli­rium tre­mens napi­sał do panny Pin­ker­ton męski i pate­tyczny list i opiece jej pole­cił osie­ro­cone dzie­cię. Doko­naw­szy tego dzieła, wyzio­nął ducha i po kłótni dwóch komor­ni­ków nad zwło­kami został zło­żony do grobu.

Panna Sharp liczyła sie­dem­na­ście lat, kiedy przy­była do Chi­swick jako uboga pen­sjo­narka. Jak nam już wia­domo, obo­wiąz­kiem jej była kon­wer­sa­cja fran­cu­ska, w zamian za co korzy­stała z miesz­ka­nia i wyży­wie­nia, otrzy­my­wała kilka gwi­nei rocz­nie oraz miała prawo zbie­rać okru­chy wie­dzy sza­fo­wane przez pro­fe­so­rów wykła­da­ją­cych w szkole panny Pin­ker­ton.

Rebecca była drobna, szczu­pła, blada, jasno­włosa i oczy miała zazwy­czaj skrom­nie spusz­czone. Kiedy jed­nak unio­sła je i otwo­rzyła sze­roko, były bar­dzo duże, dziwne i nie­po­ko­jące - tak nie­po­ko­jące, że spoj­rze­nia ich, wystrze­li­wane przez całą dłu­gość kościoła w Chi­swick (od ławki szkol­nej do pul­pitu kazno­dziei), prze­szyły na wskroś serce przy­by­łego pro­sto z Oks­fordu wie­leb­nego Cri­spa, wika­rego przy pro­bosz­czu Chi­swick, wie­leb­nym Flo­wer­dew. Ów młody czło­wiek, przed­sta­wiony w swoim cza­sie przez mamu­się pan­nie Pin­ker­ton, bywał nie­kiedy na her­batce w szkole przy ulicy Mail, kiedy więc zako­chał się w pan­nie Sharp, pra­wie się jej oświad­czył w nie­śmia­łym liściku, który miał być dorę­czony przez jed­no­oką han­dlarkę sło­dy­czy, na nie­szczę­ście jed­nak został prze­jęty. Pani Crisp wezwana nagląco z Buxton wywio­zła z Chi­swick naj­droż­szego chłopca, lecz serce panny Pin­ker­ton trze­po­tało nie­spo­koj­nie na samą myśl, iż choćby takiej miary uwo­dzi­ciel tra­fił do jej gołęb­nika. Cno­tliwa panna prze­pę­dzi­łaby nie­bez­pieczną pupilkę, gdyby nie czuła się wobec niej zobo­wią­zana, ale nie mogła uwie­rzyć solen­nym zapew­nie­niom, że panna Sharp nie zamie­niła słowa z wika­rym, nie licząc dwóch oka­zji, gdy ten ostatni skła­dał wizyty pan­nie Pin­ker­ton.

W porów­na­niu z nie­jedną wysoką i tęgą pen­sjo­narką z zakładu nauko­wego panny Pin­ker­ton, Rebecca Sharp wyglą­dała jak małe dziecko. Posia­dała jed­nak żało­sną mądrość nędzy. Wielu komor­ni­ków potra­fiła prze­gnać chy­trze i odpę­dzić od drzwi swo­jego ojca. Wielu kup­ców potra­fiła wpro­wa­dzić w dobry humor, ugła­skać i skło­nić do udzie­le­nia kre­dytu wystar­cza­ją­cego na jeden wię­cej posi­łek. Czę­sto sia­dy­wała u boku ojca (który pysz­nił się inte­li­gen­cją i dow­ci­pem córki) i słu­chała roz­mów jego roz­pa­sa­nych przy­ja­ciół - roz­mów bar­dzo nie­od­po­wied­nich dla panień­skiego ucha. Ale Becky ni­gdy nie była panienką. Sama zwy­kła mawiać, że w dzie­wią­tym roku życia czuła się doj­rzałą kobietą. Ach, cze­muż panna Pin­ker­ton wpu­ściła do swo­jej klatki tak nie­bez­piecz­nego ptaszka?

Zagadkę tę nie­trudno wyja­śnić. Panna Pin­ker­ton była prze­ko­nana, że ma do czy­nie­nia z naj­skrom­niej­szą pod słoń­cem dziew­czyną, gdyż Rebecca potra­fiła wybor­nie grać rolę naiw­nej, kiedy ojciec przy­pro­wa­dzał ją do szkoły w Chi­swick. Wystar­czy powie­dzieć, że na rok przed jej przy­ję­ciem do zakładu, kiedy panna Sharp liczyła szes­na­ście lat, pani prze­ło­żona uro­czy­ście i z krótką mówką oko­licz­no­ściową poda­ro­wała jej lalkę - nawia­sem mówiąc, skon­fi­sko­waną pan­nie Swin­dle, która niań­czyła fawo­rytkę pod­czas lek­cji! Ojciec i córka pękali ze śmie­chu, wra­ca­jąc pie­szo z przy­ję­cia wyda­nego w szkole z oka­zji roz­da­wa­nia nagród, a uświet­nio­nego obec­no­ścią wszyst­kich pro­fe­so­rów. Jakże wście­ka­łaby się panna Pin­ker­ton, gdyby mogła zoba­czyć wła­sną kary­ka­turę uczy­nioną póź­niej z lalki przez tę małą kome­diantkę Becky! Młoda osóbka chęt­nie pro­wa­dziła dia­logi ze swoim dzie­łem, czym wielce bawiła miesz­kań­ców New­man Street, Gerard Street i innych uli­czek w dziel­nicy mala­rzy. Mło­dzi arty­ści, przy­cho­dząc na dżin z wodą do sie­dziby swo­jego star­szego kolegi - jowial­nego i dow­cip­nego lenia, pana Sharpa - zwy­kli pytać Rebeccę, czy panna Pin­ker­ton jest w domu. Bie­dacy znali tę damę nie gorzej niż pana Law­rence'a2 lub Ben­ja­mina Westa3, pre­zesa Aka­de­mii Kró­lew­skiej.

Pew­nego razu Becky miała zaszczyt spę­dzić kilka dni w Chi­swick i z tej wizyty przy­wio­zła drugą lalkę, którą nazwała Jemimą i na swój spo­sób upodob­niła do sio­stry pani prze­ło­żo­nej. Wpraw­dzie zacna nie­wia­sta przy­rzą­dzała gala­retki owo­cowe i pie­kła ciastka, które dawała pan­nie Sharp w ilo­ściach wystar­cza­ją­cych dla trójki łako­mych dzieci, a na poże­gna­nie wrę­czyła jej aż sie­dem szy­lin­gów, lecz swa­wolna dziew­czyna miała wię­cej poczu­cia komi­zmu niż wdzięcz­no­ści i pannę Jemimę paro­dio­wała rów­nie bez­li­to­śnie jak jej sio­strę.

Potem przy­szła kata­strofa. Becky została spro­wa­dzona do Chi­swick i szkoła stała się jej domem. Dła­wiła ją bez­duszna rutyna tego zakładu, nie­zno­śnie drę­czyły modli­twy, posiłki, lek­cje, spa­cery odby­wane zgod­nie z usta­lo­nym raz na zawsze rytu­ałem. Biedna dziew­czyna tęsk­niła tak bar­dzo do swo­body i nędzy obskur­nej pra­cowni w Soho, że wszy­scy, nie wyłą­cza­jąc jej samej, uwie­rzyli, iż pożera ją roz­pacz po stra­cie ojca. Zaj­mo­wała małą izdebkę na pod­da­szu i słu­żące sły­szały nie­raz w nocy, że cho­dzi tam z kąta w kąt i szlo­cha. Ale Becky pła­kała ze zło­ści, nie z żalu. Prawdę mówiąc, nie była obłudna, póki samot­ność nie nauczyła jej sztuki uda­wa­nia. Ni­gdy dotych­czas nie prze­by­wała w towa­rzy­stwie kobiet, a jej ojciec, choć nic­poń, był czło­wie­kiem uta­len­to­wa­nym i roz­mowy z nim były tysiąc razy cie­kaw­sze niż papla­nina tego rodzaju osób płci żeń­skiej, z jakimi panna Sharp zetknęła się ostat­nio. Nudziła ją zarówno pom­pa­tyczna próż­ność pani prze­ło­żo­nej czy idio­tyczna pogoda ducha jej sio­stry, jak lodo­wata popraw­ność guwer­nan­tek albo głu­pie plotki i świń­stewka star­szych pen­sjo­na­rek. Bie­daczka nie posia­dała tkli­wego, macie­rzyń­skiego serca, nie mógł więc uła­go­dzić jej i pojed­nać z życiem szcze­biot naj­młod­szych pen­sjo­na­rek, tak czę­sto powie­rza­nych jej opiece. W szkole spę­dziła dwa lata, lecz ani jedna z małych dziew­czy­nek nie zmar­twiła się w dniu jej odjazdu. Dopiero pod koniec pobytu w Chi­swick Becky przy­wią­zała się do dobrej, obda­rzo­nej gołę­bim ser­cem Ame­lii Sedley. Któż jed­nak potra­fiłby nie przy­wią­zać się do Ame­lii?

Szczę­ście czy też przy­wi­leje będące udzia­łem panie­nek z jej oto­cze­nia spra­wiały Rebece nie­zno­śne męki zazdro­ści.

- Ale ta się nadyma i zadziera nosa! Dla­czego? Bo ma dziadka hra­biego! - mawiała o jed­nej z pen­sjo­na­rek. "Wszyst­kie głu­pie gęsi płasz­czą się i umi­zgają do tej Kre­olki albo raczej do jej stu tysięcy fun­tów! Ja jestem tysiąc razy mądrzej­sza i bar­dziej ujmu­jąca mimo wszyst­kich jej bogactw. Jestem rów­nie dobrze wycho­wana jak wnuczka hra­biego mimo całego jej ary­sto­kra­tycz­nego pocho­dze­nia. A prze­cież ludzie mijają mnie tutaj, jak gdy­bym była powie­trzem. Daw­niej, u ojca, ina­czej to wyglą­dało. Nie­je­den męż­czy­zna rezy­gno­wał chęt­nie z balu lub weso­łej zabawy po to, by ze mną spę­dzić wie­czór".

Tak czy ina­czej, Rebecca posta­no­wiła wyzwo­lić się z wię­zie­nia i snu­jąc po raz pierw­szy świa­dome plany na przy­szłość, zaczęła samo­dziel­nie zmie­rzać do celu.

Pil­nie korzy­stała z nada­rza­ją­cej się oka­zji naby­wa­nia wie­dzy, a że była muzy­kalna i bie­gle mówiła po fran­cu­sku, szybko prze­brnęła skromny zakres nauk potrzebny, ówcze­snym zda­niem, damom z towa­rzy­stwa. Grę na for­te­pia­nie ćwi­czyła wytrwale i pew­nego dnia, gdy pen­sjo­narki udały się na prze­chadzkę, ona zaś została w domu, Minerwa pod­słu­chała jej nader poprawne wyko­na­nie jakie­goś utworu i pomy­ślała roz­sąd­nie, że mogłaby oszczę­dzić wydatku na nauczy­cielkę muzyki dla młod­szych wycho­wa­nek. Wobec tego oznaj­miła pan­nie Sharp, iż w przy­szło­ści ona będzie udzie­lać lek­cji małym dziew­czyn­kom. Ku nie­opi­sa­nemu zdu­mie­niu dostoj­nej pani prze­ło­żo­nej śmiała dziew­czyna odmó­wiła.

- Jestem tu po to, żeby roz­ma­wiać z dziećmi po fran­cu­sku, nie by uczyć muzyki - wybuch­nęła gwał­tow­nie. - Na mnie nie zaosz­czę­dzi pani pie­nię­dzy. Pro­szę mi pła­cić, a będę dawać lek­cje.

Minerwa musiała ustą­pić i oczy­wi­ście znie­na­wi­dziła Becky od tej pory.

- Od trzy­dzie­stu pię­ciu lat - odrze­kła nie bez znacz­nej dozy słusz­no­ści - nie spo­tka­łam nikogo, kto ważyłby się kwe­stio­no­wać mój auto­ry­tet w moim domu. Na wła­snym łonie wyho­do­wa­łam żmiję.

- Żmiję! Dobre sobie! - zawo­łała Becky, a star­sza dama zdzi­wiła się tak bar­dzo, że omal nie zemdlała. - Przy­jęła mnie pani tylko dla­tego, że mogłam się przy­dać. Mię­dzy nami nie ma mowy o wdzięcz­no­ści. Nie cier­pię tego domu. Pra­gnę się stąd wydo­stać. Nie będę robić nic, co nie należy do moich obo­wiąz­ków.

Darem­nie maje­sta­tyczna dama pytała Becky, czy zdaje sobie sprawę, iż roz­ma­wia z panną Pin­ker­ton. Krnąbrna dziew­czyna roze­śmiała się jej w nos tak bez­czel­nie i drwiąco, że pani prze­ło­żo­nej gro­ził atak histe­ryczny.

- Może mi pani dać jakąś okrą­głą sumkę i raz na zawsze odcze­pić się ode mnie - powie­działa Becky. - Albo jeżeli pani woli, pro­szę mi zna­leźć dobre miej­sce guwer­nantki w ary­sto­kra­tycz­nym domu. To nic trud­nego, jeśli tylko pani zechce.

Do takiego roz­wią­za­nia panna Sharp powra­cała wytrwale we wszyst­kich póź­niej­szych spo­rach.

- Niech mi pani znaj­dzie posadę - mówiła. - Nie­na­wi­dzimy się wza­jem­nie, a ja gotowa jestem odejść w każ­dej chwili.

Sza­cowna panna Pin­ker­ton miała rzym­ski nos, tur­ban, wzrost gre­na­diera i od dawna przy­wy­kła do nie­ogra­ni­czo­nej wła­dzy udziel­nej księż­nej. Ale cha­rak­te­rem i siłą woli nie dorów­ny­wała swo­jej wycho­wance i pro­wa­dząc walkę, darem­nie pró­bo­wała prze­jąć ją grozą i poskro­mić. Pew­nego razu zaczęła stro­fo­wać ją publicz­nie, lecz Rebecca zasto­so­wała wów­czas wspo­mnianą już metodę odpo­wia­da­nia po fran­cu­sku, czym z kre­te­sem pognę­biła star­szą damę. Dla utrzy­ma­nia powagi we wła­snej szkole nale­żało pozbyć się rebe­lianta, potwora, węża, zarze­wia buntu, ponie­waż zaś Minerwa usły­szała wła­śnie, że nie­jaki sir Pitt Craw­ley szuka guwer­nantki, bez skru­pu­łów zare­ko­men­do­wała pannę Sharp, choć ta ostat­nia była zarze­wiem buntu i wężem.

Bez wąt­pie­nia - rozu­mo­wała - nie mogę jej zarzu­cić nic, z wyjąt­kiem postę­po­wa­nia wobec mojej osoby. Muszę też przy­znać, że jej wykształ­ce­nie i uzdol­nie­nia kwa­li­fi­kują ją wysoko, bar­dzo wysoko. Tak! Panna Sharp ma głowę nie od parady i przy­naj­mniej pod tym wzglę­dem zrobi dobrą renomę sys­te­mowi nauko­wemu sto­so­wa­nemu w moim zakła­dzie.

W taki spo­sób pani prze­ło­żona pogo­dziła reko­men­da­cję z wła­snym sumie­niem, umowa z Becky została roz­wią­zana i młoda osóbka odzy­skała wyma­rzoną wol­ność dzięki bata­lii, która trwała kilka mie­sięcy, cho­ciaż została tutaj opi­sana w nie­wielu zda­niach. W tym cza­sie panna Sedley koń­czyła sie­dem­na­sty rok życia i miała opu­ścić szkołę, że zaś przy­jaź­niła się z Becky (Pod tym jed­nym wzglę­dem - myślała Minerwa - wycho­waw­czyni może być nie­za­do­wo­lona z postę­po­wa­nia poczci­wej Ame­lii), upro­siła przy­ja­ciółkę, by przed obję­ciem sta­no­wi­ska guwer­nantki w ary­sto­kra­tycz­nej rodzi­nie spę­dziła tydzień w jej domu.

Dzięki takiemu zbie­gowi oko­licz­no­ści panienki jed­no­cze­śnie wcho­dziły w świat. Dla Ame­lii był to świat nowy, olśnie­wa­jący, spo­wity we wszyst­kie wdzięki świe­żo­ści. Dla Rebeki krył, być może, mniej zaga­dek, jeżeli bowiem wyznać całą prawdę o spra­wie z wie­leb­nym Cri­spem, wypada wspo­mnieć, że han­dlarka sło­dy­czy szep­nęła komuś, a ten ktoś powtó­rzył komuś innemu, iż nie wszystko, co się tyczy panny Sharp i wie­leb­nego Cri­spa, prze­nik­nęło do publicz­nej wia­do­mo­ści, gdyż jego list nie sta­no­wił początku, lecz ciąg dal­szy i był odpo­wie­dzią. Ale któż roze­zna całą prawdę w takich spra­wach? Tak czy ina­czej, Rebecca nie wcho­dziła może w świat po raz pierw­szy, lecz w każ­dym razie wcho­dziła weń od nowa.

Zanim panienki prze­je­chały rogatkę ken­sing­toń­ską, panna Sedley nie zapo­mniała wpraw­dzie o przy­ja­ciół­kach, lecz zdą­żyła już osu­szyć oczy, a jakiś młody ofi­cer gwar­dii, który mija­jąc konno karetę, wypa­trzył w niej panienkę i powie­dział gło­śno: "Pie­kiel­nie ładna dzie­wuszka!", wywo­łał gorący rumie­niec na lica Ame­lii i spra­wił jej wiele przy­jem­no­ści. Po dro­dze na Rus­sell Squ­are przy­ja­ciółki wiele mówiły o dwo­rze kró­lew­skim. Zasta­na­wiały się, czy debiu­tantki noszą pod­czas pre­zen­ta­cji kry­no­liny i pudro­wane peruki i czy ten zaszczyt spo­tka Ame­lię, która wie­działa już, oczy­wi­ście, że wystąpi na balu wyda­nym przez lorda majora.

Kiedy wresz­cie kareta sta­nęła przed jej domem rodzin­nym, panna Sedley wsparła się na ramie­niu Sambo i z ekwi­pażu wysko­czyła tak rado­sna i roze­śmiana, że w całym Lon­dy­nie trudno by było zna­leźć ład­niej­szą i wesel­szą dziew­czynę. Takiego przy­naj­mniej zda­nia był czarny lokaj i stan­gret, a także ojciec i matka oraz cała służba, która zgro­ma­dziła się w hallu, aby ukło­nem, miłym sło­wem i uśmie­chem witać młodą panią.

Oczy­wi­ście, Ame­lia opro­wa­dziła zaraz przy­ja­ciółkę po całym domu i poka­zała jej zawar­tość wszyst­kich swo­ich szaf i szu­flad, a także wszyst­kie swoje książki, stroje i broszki, i naszyj­niki, i koronki, i dro­bia­zgi, i natu­ral­nie for­te­pian. Przy spo­sob­no­ści zmu­siła Rebeccę do przy­ję­cia naszyj­nika z bia­łych krwaw­ni­ków, pier­ścionka z tur­ku­sem oraz prze­ślicz­nej sukienki z tiulu w deli­katny rzu­cik, zbyt cia­snej wpraw­dzie dla wła­ści­cielki, lecz dosko­nale leżą­cej na jej przy­ja­ciółce. Ponadto zade­cy­do­wała, iż poprosi matkę o pozwo­le­nie ofia­ro­wa­nia Becky bia­łego kasz­mi­ro­wego szala. Prze­cież bez tego szala mogła się dosko­nale obejść, bo brat Joseph przy­wiózł jej ostat­nio z Indii aż dwa nowe!

Kiedy Rebecca zoba­czyła owe dwa wspa­niałe kasz­mir­skie szale, przy­wie­zione dla sio­stry przez Jose­pha Sedleya, powie­działa zupeł­nie szcze­rze, iż "to musi być cudow­nie mieć brata". Dzięki temu łatwo zyskała współ­czu­cie obda­rzo­nej tkli­wym ser­cem Ame­lii, przy­po­mi­na­jąc dys­kret­nie, że jest sama na świe­cie - sie­rota bez krew­nych ni przy­ja­ciół.

- Ty nie jesteś prze­cież sama, Rebecco - powie­działa Ame­lia. - Widzisz, ja zawsze będę twoją przy­ja­ciółką i będę cię kochała jak sio­strę. Nie wąt­pisz chyba?

- Tak... Natu­ral­nie. Ale to zupeł­nie coś innego mieć takich jak ty rodzi­ców, dobrych, tkli­wych, ser­decz­nych, któ­rzy dają ci wszystko, o co popro­sisz, a przede wszyst­kim swoją miłość, skarb naj­cen­niej­szy. Mój biedny papa nie mógł mi dać niczego i ni­gdy nie mia­łam wię­cej niż dwie sukienki. A na doda­tek mieć brata, dro­giego brata! Ach, jak go musisz kochać, Ame­lio!

Panna Sedley wybuch­nęła śmie­chem.

- Co? - zdzi­wiła się Rebecca. - Nie kochasz brata?! Ty, tak skora do miło­ści do wszyst­kich i wszyst­kiego?

- Tak... Oczy­wi­ście... Kocham go, ale...

- Ale co?

- Ale Joseph mało, zdaje się, dba o to, czy go kocham, czy nie kocham. Jak wró­cił do kraju po dzie­się­ciu latach, ledwo mi podał dwa palce. Jest bar­dzo miły i dobry, ale pra­wie się do mnie nie odzywa i o swoją fajkę dba chyba znacz­nie bar­dziej niż... - urwała, gdyż nie chciała mówić źle o wła­snym bra­cie. - Był dla mnie bar­dzo dobry, jak byłam mała - dorzu­ciła żywo. - Widzisz, mia­łam pięć lat, kiedy wyje­chał.

- Musi być boga­czem - pod­jęła panna Sharp. - Sły­sza­łam, że wszy­scy indyj­scy naba­bo­wie są nie­sły­cha­nie bogaci.

- Jak mi się zdaje, Joseph ma znaczne dochody.

- A twoja bra­towa? Czy to przy­jemna, ładna pani?

- Cha, cha, cha! - roze­śmiała się znowu Ame­lia. - Prze­cież Joseph jest kawa­le­rem!

Być może Ame­lia mówiła już o tym, lecz Becky zupeł­nie zapo­mniała i była raczej prze­ko­nana, że brat Ame­lii ma żonę, a Ame­lia sporą gro­madkę bra­tan­ków i bra­ta­nic. Jaka szkoda, że pan Sedley jest kawa­le­rem! Rebecca sądziła, iż od przy­ja­ciółki sły­szała coś prze­ciw­nego. Ona tak prze­cież uwiel­bia małe dzieci!

- Czyżby? Zda­wało mi się, że w Chi­swick mia­łaś ich zupeł­nie dosyć - powie­działa panna Sedley, zdzi­wiona nie­ocze­ki­waną tkli­wo­ścią przy­ja­ciółki.

Prawdę rze­kł­szy, w nie­da­le­kiej przy­szło­ści panna Sharp ni­gdy nie wypo­wie­dzia­łaby zda­nia, któ­rego nie­szcze­rość tak wyraź­nie rzuca się w oczy. Należy jed­nak pamię­tać, że biedna, naiwna dziew­czyna miała dopiero dzie­więt­na­ście lat i kunsztu uda­wa­nia musiała się uczyć wła­snym kosz­tem.

Sens przy­to­czo­nej ostat­nio wymiany zdań kształ­to­wał się w sercu owej mło­dej damy w nastę­pu­jący pro­sty spo­sób: "Jeżeli pan Joseph Sedley jest bogaty i wolny, dla­czego ja nie mia­ła­bym się za niego wydać? Mam przed sobą tylko dwa tygo­dnie, ale popró­bo­wać nie zawa­dzi". Wobec tego Rebecca posta­no­wiła wsz­cząć wła­ściwe kroki i na począ­tek zdwo­iła czu­łość wobec przy­ja­ciółki. Nakła­da­jąc naszyj­nik z bia­łych krwaw­ni­ków, uca­ło­wała go tkli­wie i oznaj­miła, że ni­gdy, przeni­gdy się z nim nie roz­sta­nie. Kiedy zaś ode­zwał się dzwon na obiad, zeszła po scho­dach, ota­cza­jąc ramie­niem kibić kole­żanki, jak to panienki mają w zwy­czaju. Przed drzwiami salonu opa­no­wało ją takie wzru­sze­nie, że oba­wiała się tknąć klamki.

- Dotknij mojego serca - szep­nęła przy­ja­ciółce. - Prawda, jak bije?

- Cał­kiem zwy­czaj­nie - odpo­wie­działa Ame­lia. - Chodź, nie bój się. Papa na pewno nie zrobi ci krzywdy.

III. Rebecca w obli­czu prze­ciw­nika

III

Rebecca w obli­czu prze­ciw­nika

Gdy przy­ja­ciółki wkro­czyły do salonu, przed komin­kiem czy­tał gazetę bar­dzo tęgi, pękaty męż­czy­zna w obci­słych ircho­wych spodniach i dłu­gich butach ozdo­bio­nych z przodu chwo­stami. Miał na sobie kami­zelkę w czer­wone prążki i żół­to­zie­lony sur­dut ze sta­lo­wymi guzami roz­mia­rów monet pię­cio­szy­lin­go­wych. Szyję jego zdo­biło kilka jedwab­nych halsz­tu­ków tak sutych, że nie­mal zasła­niały nos i dół twa­rzy. Dżen­tel­men w mod­nym naów­czas poran­nym stroju wykwint­nego dan­dysa gwał­tow­nie ode­pchnął fotel, mocno się zaru­mie­nił i sta­nął przed komin­kiem, kry­jąc w fał­dach swych halsz­tu­ków resztę obli­cza.

- To tylko twoja sio­stra, Jose­phie - Ame­lia roze­śmiała się i uści­snęła dwa palce, które do niej wycią­gnął. - Wiesz, na stałe przy­je­cha­łam do domu. A to moja przy­ja­ciółka, panna Sharp. Na pewno już o niej sły­sza­łeś.

- Nie! Ni­gdy! Jak Boga kocham! - głowa spo­wita w halsz­tuki wyko­nała kilka ner­wo­wych prze­czą­cych ruchów. - Eee... Raczej tak... Natu­ral­nie. Sły­sza­łem. Strasz­nie dziś zimno, panno Sharp.

Z tymi słowy Joseph Sedley odwró­cił się i pogrze­ba­czem zaata­ko­wał komi­nek, cho­ciaż działo się to w poło­wie czerwca.

- Jaki przy­stojny! - szep­nęła Rebecca przy­ja­ciółce, nie usi­łu­jąc zni­żyć głosu.

- Tak sądzisz? - roze­śmiała się Ame­lia. - Zaraz mu to powtó­rzę.

- Za nic, kocha­nie! Za nic na świe­cie!

Rebecca cof­nęła się trwoż­li­wie niczym łania. Uprzed­nio już zło­żyła skromny, dziew­częcy ukłon i przez cały czas spo­glą­dała w dywan tak upar­cie, że nie­po­dobna pojąć, jakim cudem zdo­łała oce­nić urodę nowego zna­jo­mego.

- Dzię­kuję, bra­cie, za piękne szale - pod­jęła panna Sedley, zwra­ca­jąc się do dżen­tel­mena z pogrze­ba­czem. - Prawda, Rebecco, że są prze­śliczne?

- Boskie! - szep­nęła panna Sharp, a jej wzrok powę­dro­wał od dywanu pro­sto ku żyran­do­lowi.

Joseph na­dal hała­so­wał pogrze­ba­czem i szczyp­cami do węgla, wzdy­chał, sapał i czer­wie­nił się tak, jak to było moż­liwe przy jego żół­ta­wej cerze.

- Nie stać mnie, Jose­phie, na tak cenne podarki dla cie­bie - cią­gnęła sio­stra. - Ale jesz­cze w szkole wyha­fto­wa­łam ci bar­dzo ładne szelki i...

- Słowo daję, Ame­lio! Jak można? - wybuch­nął zanie­po­ko­jony na serio dżen­tel­men i z całej siły pocią­gnął za sznur dzwonka, który pozo­stał mu w ręku, powięk­sza­jąc i tak już znaczne jego zmie­sza­nie. - Jak Boga kocham! Spójrz, czy moja kariolka stoi przed domem. Nie mogę dłu­żej cze­kać. Słowo daję, nie mogę. Muszę już jechać. Niech dia...! Eee... Gdzie ten mój stan­gret? Muszę zaraz jechać!

W tej chwili wszedł do salonu ojciec rodziny, pobrzę­ku­jąc bre­lo­kami, jak przy­stało praw­dzi­wemu angiel­skiemu kup­cowi.

- Co się stało, Amy? - zapy­tał.

- Joseph życzy sobie, abym spoj­rzała, czy­jego kariolka stoi przed domem. Co to jest kariolka, papo?

- Jed­no­konny palan­kin - odrzekł star­szy pan, który na swój spo­sób był dow­cip­ni­siem.

Młod­szy Sedley wybuch­nął wów­czas dono­śnym śmie­chem, lecz napo­tkaw­szy wzrok Rebeki, umilkł nagle, jak gdyby śmier­tel­nie ugo­dzony kulą.

- To twoja młoda przy­ja­ciółka, prawda, Ame­lio? Bar­dzo mi miło poznać pannę Sharp. Czy posprze­czały się już panie z Jose­phem i dla­tego tak mu pilno wyje­chać? - spy­tał uśmiech­nięty gospo­darz.

- Nie, pro­szę ojca - ode­zwał się Joseph. - Ale... eee... Umó­wi­łem się na obiad z jed­nym kolegą z kom­pa­nii... Eee... Nazywa się Bonamy.

- A, fe! Prze­cież mówi­łeś matce, że zjesz dziś obiad z nami.

- W takim stroju! Nie­moż­liwe!

- Pro­szę spoj­rzeć na niego, panno Sharp. Chyba jest dosyć ele­gancki i przy­stojny, by zasiąść do każ­dego stołu?

Oczy­wi­ście panna Sharp zer­k­nęła na Ame­lię i przy­ja­ciółki zachi­cho­tały ku nie­ma­łej ucie­sze star­szego pana.

- Sądzę - cią­gnął ten ostatni, wyko­rzy­stu­jąc dotych­cza­sowy suk­ces - że w szkole panny Pin­ker­ton nie widzia­ły­ście ni­gdy takich ircho­wych spodni?

- Jak Boga kocham, ojcze! - wybuch­nął Joseph Sedley.

- Cóż, ura­zi­łem jego deli­katne uczu­cia - wes­tchnął gospo­darz i zwró­cił się do żony, która weszła wła­śnie do bawialni. - Moja droga, ura­zi­łem wła­śnie deli­katne uczu­cia two­jego syna. Nie­bacz­nie wspo­mnia­łem o jego ircho­wych spodniach. Zapy­taj panny Sharp, czy to nie­prawda? No, Jose­phie, pogódź się z panną Sharp i chodźmy wszy­scy na obiad.

- Mamy dziś pilaw, Jose­phie, taki jak lubisz - powie­działa matka. - A ojciec przy­wiózł z Bil­lings­gate pięk­nego tuń­czyka.

- No, chodźmy, chodźmy, synku - pod­jął pan Sedley. - Ty w pierw­szą parę z panną Sharp, a za wami ja i te dwie dzier­latki. - Z tymi słowy jowialny dżen­tel­men podał ramię żonie i córce i raź­nie wyszedł z salonu.

Jak wiemy, panna Rebecca posta­no­wiła w głębi duszy, że zawo­juje oty­łego galanta. Ale, łaskawe panie, czy wolno nam czy­nić jej z tej racji jakie­kol­wiek zarzuty? Wpraw­dzie na ogół, zgod­nie z zasa­dami skrom­no­ści, młode osoby powie­rzają mamu­siom łowy na mężów, pamię­tać jed­nak należy, że biedna Becky nie miała tro­skli­wej opie­kunki, która zała­twi­łaby za nią tę deli­katną sprawę, i że nikt na świe­cie nie zechciałby jej wyrę­czyć, gdyby samo­dziel­nie nie posta­rała się o męża. Prze­cież tylko szczytne ambi­cje matry­mo­nialne skła­niają panienki do "bywa­nia". Co każe im wędro­wać gro­mad­nie do wód i uzdro­wisk? Dla­czego tań­czą do pią­tej rano przez cały śmier­tel­nie długi sezon? Dla­czego pra­cują w pocie czoła nad for­te­pia­no­wymi sona­tami i uczą się czte­rech pie­śni u mod­nego metra, pła­cąc po gwi­nei za godzinę? Dla­czego gry­wają na har­fie, jeżeli mają kształtne ramiona i krą­głe łok­cie? Dla­czego noszą wyso­kie kape­lu­sze przy­brane w zie­lone woalki i pióra? Dla­tego jedy­nie, by przy pomocy owych nie­wie­ścich gro­tów i łuków ustrze­lić jakie­goś mło­dego czło­wieka będą­cego tak zwaną dobrą par­tią. W imię czego sza­nowni, poważni rodzice zwi­jają dywany, prze­wra­cają wła­sne domy do góry nogami i trwo­nią piątą część rocz­nego dochodu na bal z wystawną kola­cją i mro­żo­nym szam­pa­nem? Czy w grę wcho­dzi czy­sta miłość bliź­niego i bez­in­te­re­sowne pra­gnie­nie oglą­da­nia roz­tań­czo­nej, weso­łej mło­dzieży? Nie! Ci ludzie chcą wydać za mąż córki.

Poczciwa pani Sedley uknuła już w skry­to­ści serca dwa­dzie­ścia chy­trych pla­nów, zmie­rza­ją­cych do zabez­pie­cze­nia przy­szło­ści kocha­nej Ame­lii. Podob­nie więc pozba­wiona tkli­wej opieki Rebecca zde­cy­do­wała, iż uczyni wszystko, co w ludz­kiej mocy, by zdo­być męża potrzeb­nego jej nie­po­rów­na­nie bar­dziej niż przy­ja­ciółce. Miała bujną fan­ta­zję, ponadto zaś czy­tała Baśnie z tysiąca i jed­nej nocy i Geo­gra­fię pana Guth­riego4, kiedy więc po roz­mo­wie z Ame­lią na temat bogactw jej brata prze­bie­rała się do obiadu, zdą­żyła zbu­do­wać oka­zały i piękny zamek na lodzie. Oczy­wi­ście była panią tego zamku, mał­żo­nek zaś znaj­do­wał się na dal­szym pla­nie, bo Rebecca nie widziała go jesz­cze, nie mogła więc wyobra­zić sobie dokład­nie tej postaci. Stro­iła się w nie­zli­czone szale, tur­bany, dia­men­towe kolie i przy dźwię­kach mar­sza z Sino­bro­dego dosia­dała sło­nia, aby udać się z ofi­cjalną wizytą do Wiel­kiego Mogoła. O, cza­ru­jące wizje Alna­schara5! Jeste­ście przy­wi­le­jem bez­tro­skiej wio­sny życia, i takie sny na jawie rado­wały i będą rado­wać zawsze istoty młode i wraż­liwe.

Joseph Sedley był o dwa­na­ście lat star­szy od swo­jej jedy­nej sio­stry, Ame­lii. Pra­co­wał w służ­bie cywil­nej Kom­pa­nii Indii Wschod­nich, i w okre­sie, o któ­rym mowa, w ben­gal­skim dziale "Infor­ma­tora o Indiach Wschod­nich" obok jego nazwi­ska figu­ro­wał tytuł: poborca w Bog­gley Wol­lah, co - jak wia­domo - jest sta­no­wi­skiem zaszczyt­nym i lukra­tyw­nym. Wymie­niony już, uka­zu­jący się perio­dycz­nie "Infor­ma­tor" może wyja­śnić czy­tel­ni­kowi, czy i jakie wyż­sze god­no­ści osią­gnął w póź­niej­szym okre­sie Joseph Sedley.

Bog­gley Wol­lah - miej­sco­wość poło­żona wśród malow­ni­czej, bez­lud­nej, bagni­stej dżun­gli - sły­nie z polo­wań na gru­bego zwie­rza i nie­rzadko można się tam natknąć na tygrysa. Ram­gunge, gdzie rezy­duje naj­bliż­szy sędzia, leży w odle­gło­ści czter­dzie­stu mil, a o trzy­dzie­ści mil dalej sta­cjo­nuje nie­wielki oddział kawa­le­rii; tak przy­naj­mniej pisał Joseph do domu po obję­ciu urzędu. W tej uro­czej miej­sco­wo­ści młody czło­wiek spę­dził samot­nie osiem lat życia, pra­wie nie widu­jąc bia­łych ludzi, z wyjąt­kiem dwóch oka­zji w roku, kiedy do Bog­gley Wol­lah przy­by­wał kon­wój woj­skowy, aby odwieźć do Kal­kuty zebrane podatki i czyn­sze.

Po owych ośmiu latach Joseph mógł wró­cić do Europy, gdyż na szczę­ście zaczął cier­pieć na wątrobę, któ­rej lecze­nie sta­no­wiło dlań nie­wy­czer­pane źró­dło zado­wo­le­nia i roz­rywki w cza­sie pobytu w rodzin­nym kraju. Przy­byw­szy do Lon­dynu, nie zamiesz­kał u rodzi­ców, lecz jak przy­stało zło­temu mło­dzień­cowi, wyna­jął wła­sny apar­ta­ment. Przed wyjaz­dem do Indii był zbyt młody, aby korzy­stać z roz­ry­wek ele­ganc­kiego szli­fi­bruka, a więc roz­ryw­kom tym począł hoł­do­wać wytrwale w cza­sie prze­wle­kłej kura­cji. Powo­ził wła­snymi końmi po Hyde Parku, jadał obiady w mod­nych restau­ra­cjach (Klub Orien­talny nie został jesz­cze zało­żony), uczęsz­czał do teatrów lub poja­wiał się w ope­rze, sta­ran­nie wystro­jony w obci­słe spodnie i trój­gra­nia­sty kape­lusz.

Po powro­cie do Indii i póź­niej aż do końca życia zwykł z wiel­kim entu­zja­zmem opo­wia­dać o owym wspa­nia­łym okre­sie swo­jego życia i dys­kret­nie dawał do zro­zu­mie­nia, że on i Brum­mel6 byli wtedy pierw­szymi lwami salo­nów. Wsze­lako Joseph Sedley żył w Lon­dy­nie rów­nie odlud­nie jak w dżun­gli Bog­gley Wol­lah. W całej sto­licy nie znał żywego ducha i umarłby chyba z nudów w samot­no­ści, gdyby nie lekarz, pigułki i obo­lała wątroba. Był roz­mi­ło­wany w wygo­dach i zbytku, ale leniwy i nie­śmiały. Poja­wie­nie się damy przej­mo­wało go nie­wy­po­wie­dzia­nym lękiem, toteż rzadko odwie­dzał dom rodzinny przy Rus­sell Squ­are, gdzie nie bra­ko­wało szcze­rej weso­ło­ści, a żarty kro­to­chwil­nego sta­rego ojca raniły miłość wła­sną poborcy z Bog­gley Wol­lah. Nad­mierna tusza mar­twiła i nie­po­ko­iła Jose­pha, który od czasu do czasu podej­mo­wał roz­pacz­liwe sta­ra­nia, by stra­cić nieco zbęd­nego tłusz­czu. Ale wro­dzone nie­dbal­stwo i zami­ło­wa­nie do dobrej kuchni rychło brały górę nad poboż­nymi życze­niami i trzy obfite posiłki na dzień sta­wały się znów nie­odzowne. Sedley nie był ni­gdy dobrze ubrany, lecz nie szczę­dził tru­dów, by przy­ozdo­bić swoją oka­załą postać, i zaję­ciu temu poświę­cał dłu­gie godziny. Lokaj zbi­jał mają­tek na jego gar­de­ro­bie. Jego goto­wal­nię prze­peł­niały roz­ma­ite olejki i pomady w ilo­ści, jakiej nie powsty­dzi­łaby się pod­sta­rzała pięk­ność. Chcąc zyskać smu­kłą talię, bie­dak pró­bo­wał wszel­kich zna­nych w owe lata sznu­ró­wek i pasów. Jak wielu oty­łych męż­czyzn lubił ubra­nia przy­cia­sne, nader jaskrawe i skro­jone na bar­dzo mło­dzień­czą modłę. Kiedy odział się wresz­cie, wyru­szał po połu­dniu ze swo­ich poko­jów, aby odbyć samotną prze­jażdżkę po parku. Następ­nie wra­cał do domu, zmie­niał strój i wycho­dził, aby samot­nie zjeść obiad w mod­nej kawiarni "Piazza". Był próżny jak dziew­czyna i być może jego zdu­mie­wa­jąca nie­śmia­łość wyni­kała przede wszyst­kim ze zdu­mie­wa­ją­cej próż­no­ści. Gdyby Rebecca, zale­d­wie wkra­cza­jąc w życie, potra­fiła wziąć górę nad takim czło­wie­kiem, dowio­dłaby nie­zbi­cie, iż jest młodą osóbką wyjąt­ko­wej inte­li­gen­cji.

Pierw­szy jej krok świad­czył o nie lada spry­cie. Szep­cąc: "Jaki przy­stojny!", Becky zda­wała sobie sprawę, że Ame­lia wspo­mni o tym matce, ta zaś praw­do­po­dob­nie powtó­rzy pochlebne zda­nie synowi, w każ­dym zaś razie będzie mile połech­tana kom­ple­men­tem pod jego adre­sem. Gdyby ktoś rzekł Syko­rak­sie7, iż jej syn Kali­ban8 jest pięk­niej­szy niż Apollo, nawet taka wiedźma byłaby zado­wo­lona! Ponadto sam Joseph Sedley mógł posły­szeć miłe słówka, bo Becky nie sta­rała się mówić cicho. Posły­szał je istot­nie, ponie­waż zaś wie­rzył w głębi duszy, że jest wspa­nia­łym oka­zem rodu męskiego, rado­sny dreszcz wstrzą­snął całym jego opa­słym ciel­skiem. Rychło jed­nak przy­szły reflek­sje: "Na pewno ta mała drwi sobie ze mnie" - pomy­ślał i natych­miast chwy­cił sznur dzwonka. Stro­pił się i chciał ustą­pić z pola, lecz żarty ojca i mat­czyne obiet­nice kuli­narne skło­niły go do pozo­sta­nia w rodzin­nym domu. Kiedy pro­wa­dził młodą damę do poło­żo­nej na par­te­rze jadalni, był zmie­szany i uspo­so­biony podejrz­li­wie.

Czy ona naprawdę sądzi, że jestem przy­stojny? - myślał - czy też bawi się moim kosz­tem?

Powie­dzie­li­śmy wyżej, że ów otyły jego­mość był próżny jak dziew­czyna. Dobry Boże! Nie­jedna kobieta mogłaby odwró­cić sens tego zda­nia i ze znaczną słusz­no­ścią powie­dzieć o tej lub innej przed­sta­wi­cielce płci wła­snej: "Jest próżna jak męż­czy­zna!". Płeć brzydka jest rów­nie żądna pochlebstw, rów­nie gry­ma­śna co do swo­ich toa­let, rów­nie dumna z wła­snych wdzię­ków, rów­nie świa­doma swo­ich oso­bi­stych uro­ków jak naj­więk­sze pod słoń­cem kokietki.

Scho­dzili więc po scho­dach - Joseph zmie­szany i cały w pąsach, Rebecca skromna i upar­cie kry­jąca pod rzę­sami zie­lone oczy. W bia­łej sukni, odsła­nia­ją­cej biel­sze niż śnieg ramiona, była wize­run­kiem mło­do­ści, bez­bron­nej nie­win­no­ści, ujmu­ją­cej dzie­wi­czej pro­stoty.

Muszę być bar­dzo spo­kojna - myślała - i bar­dzo inte­re­so­wać się Indiami.

Jako się rze­kło, tro­skliwa matka przy­go­to­wała dla syna wyborną hin­du­ską potrawę dopra­wioną curry, a w trak­cie obiadu daniem tym poczę­sto­wała Rebeccę.

- Co to? - zapy­tała młoda dama, zwra­ca­jąc ku sąsia­dowi nie­spo­kojne wej­rze­nie.

- Kapi­talne! - odparł.

Usta miał pełne, twarz zaczer­wie­nioną od miłego wysiłku prze­ły­ka­nia wiel­kich kęsów.

- Matko! To rów­nie dobre jak potrawa z curry, którą sam przy­rzą­dzi­łem w Indiach.

- Ach, muszę skosz­to­wać, jeśli to hin­du­ska potrawa - zapa­liła się panna Sharp. - Chyba wszystko, co stam­tąd pocho­dzi, jest dobre.

Pan Sedley roze­śmiał się i rzu­cił pod adre­sem żony:

- Moja droga, nałóż pan­nie Sharp tro­chę curry.

Rebecca ni­gdy dotych­czas nie pró­bo­wała tego przy­smaku.

- Czy znaj­duje pani, że to rów­nie dobre jak wszystko inne, co pocho­dzi z Indii? - spy­tał gospo­darz.

- Wyśmie­nite! - wes­tchnęła Becky, którą ostry biały pieprz piekł nie­zno­śnie.

- Panno Sharp - rzekł Joseph, zain­te­re­so­wany żywo gustami mło­dej damy - pro­szę popró­bo­wać dru­giego naszego spe­cjału. To solona papryka.

- Tak, tak, pro­szę - odrze­kła Becky, z tru­dem chwy­ta­jąc oddech. - Jaka ładna! Zie­lo­niutka! - dodała, kła­dąc do ust spory kąsek.

Zda­wało się jej, że papryka będzie łagodna i chłodna, przy­nie­sie więc ulgę. Naprawdę jed­nak pie­kła okrut­niej niż curry. Rebecca nie wytrzy­mała dłu­żej i odło­żyła gwał­tow­nie nóż i wide­lec.

- Wody! - jęk­nęła. - Na miłość boską, wody!

Pan Sedley wybuch­nął grom­kim śmie­chem. Był prze­cież rubasz­nym kup­cem, sta­łym bywal­cem giełdy, gdzie wiel­kim wzię­ciem cie­szyły się wszel­kie zło­śliwe kawały.

- Zapew­niam panią - zawo­łał - że ta papryka pocho­dzi z Indii. Sambo! Podaj pan­nie Sharp szklankę wody.

Rodzi­ciel­skiemu śmie­chowi zawtó­ro­wał jak echo Joseph, któ­remu żart z curry i papryką wydał się naprawdę kapi­talny. Panie uśmiech­nęły się tylko, sądziły bowiem, że biedna Becky wycier­piała zbyt wiele. Biedna Becky chęt­nie udu­si­łaby sta­rego dow­cip­ni­sia, lecz prze­łknęła obu­rze­nie tak samo, jak musiała prze­łknąć ohydne curry, i gdy odzy­skała mowę, powie­działa z zabawną, pogodną miną:

- Powin­nam była pamię­tać o pie­przu, któ­rym księż­niczka per­ska z Baśni z tysiąca i jed­nej nocy przy­pra­wiała swoje ciastka z kre­mem. Czy w Indiach, pro­szę pana, rów­nież przy­pra­wia się bia­łym pie­przem ciastka z kre­mem?

Gospo­darz roze­śmiał się i pomy­ślał, że Rebecca jest sym­pa­tyczną, wesołą panienką, a Joseph odpo­wie­dział z pro­stotą:

- Ciastka z kre­mem? W Ben­galu mamy bar­dzo podły krem. Na ogół uży­wamy koziego mleka i jak Boga kocham, panno Sharp, wie pani, że przy­zwy­cza­iłem się do tego!

- Teraz, panno Sharp, prze­sta­nie się pani podo­bać wszystko, co pocho­dzi z Indii - rzekł oględ­nie gospo­darz, lecz kiedy po obie­dzie damy ode­szły od stołu, stary kpiarz szep­nął, zwra­ca­jąc się do syna: - Uwa­żaj, Jos, ta smar­kata zarzuca na cie­bie sieci.

- Co? Non­sens! - obru­szył się Jos, nie­zmier­nie zado­wo­lony z sie­bie i z ojcow­skich pochleb­nych domy­słów. - Eee... Pamię­tam, pro­szę ojca, jedną dziew­czynę z Dum­dum. Była to córka nie­ja­kiego Cutlera z arty­le­rii. Póź­niej oże­nił się z nią Lance, chi­rurg woj­skowy, ale w czwar­tym roku uwzięła się na mnie... Taak... Na mnie i na Mul­li­ga­taw­neya, o któ­rym mówi­łem ojcu przed obia­dem. Ten Mul­li­ga­taw­ney to dia­bel­nie sym­pa­tyczny chło­pak, sędzia z Bud­ge­budge. Na pewno za pięć lat będzie w Radzie Nad­zor­czej Kom­pa­nii! Otóż, pro­szę ojca, arty­le­ria wydała bal i na tym balu Quin­tin z Czter­na­stego Pułku Kró­lew­skich Strzel­ców Pie­szych tak mi powiada: "Sedley - powiada - trzy­mam zakład trzy­na­ście do dzie­się­ciu, że przed porą desz­czową Sophie Cutler złowi cie­bie albo Mul­li­ga­taw­neya". "Przyj­muję" - mówię i... jak Boga kocham! Wspa­niałe wino, pro­szę ojca. Skąd? Od Adam­sona czy od Car­bo­nella?

Odpo­wie­dzią było jedy­nie ciche chra­pa­nie. Poczciwy bywa­lec giełdy usnął, a więc dal­szy ciąg opo­wie­ści Jose­pha Sedleya prze­padł, przy­naj­mniej na ten dzień. Należy wspo­mnieć, że poborca z Bog­gley Wol­lah był bar­dzo wymowny wyłącz­nie w męskim towa­rzy­stwie i nie­do­koń­czoną obec­nie inte­re­su­jącą dyk­te­ryjką bawił już dzie­siątki razy swo­jego leka­rza, dok­tora Gol­lopa, który odwie­dzał go, aby zba­dać nad­we­rę­żoną wątrobę i dzia­ła­nie sła­wet­nych pigu­łek.

Jak wia­domo, Joseph był poważ­nie chory, toteż wypitą pod­czas obiadu maderę uzu­peł­nił tylko jedną butelką fran­cu­skiego wina, spo­żył zaś dwa tale­rze tru­ska­wek z bitą śmie­taną i dwa­dzie­ścia cztery drobne cia­steczka, któ­rych pełna patera stała pod ręką. Przy tym dese­rze na pewno (bo powie­ścio­pi­sarz ma prawo wie­dzieć wszystko o wszyst­kich) medy­to­wał wiele o mło­dej osóbce prze­by­wa­ją­cej o pię­tro wyżej.

Miła, pogodna, wesoła dziew­czyna - myślał w skry­to­ści ducha. - Jak spo­glą­dała na mnie, kiedy pod­no­si­łem jej chu­s­teczkę przy stole! Dwa razy ją upu­ściła... Cie­kawe, kto to tak śpiewa w salo­nie. Jak Boga kocham! Chyba pójdę zoba­czyć!

W tej chwili jed­nak wsty­dli­wość pod­jęła atak z nie­spo­ty­kaną siłą. Ojciec spał, kape­lusz leżał w hallu, bar­dzo bli­sko - przy Southamp­ton Row - znaj­do­wał się postój doro­żek.

- Pójdę lepiej zoba­czyć Czter­dzie­stu zło­dziei i popisy taneczne panny Decamp - mruk­nął do sie­bie poborca z Bog­gley Wol­lah i nie budząc zacnego ojca, ulot­nił się cicha­czem z jadalni.

- Joseph umyka! - oznaj­miła Ame­lia, która stała w otwar­tym oknie salonu, słu­cha­jąc śpie­wa­ją­cej przy for­te­pia­nie Rebeki.

- Wystra­szyła go panna Sharp - wes­tchnęła pani domu. - Biedny Jos! Czemu jest zawsze taki nie­śmiały?

IV. Zie­lona jedwabna sakiewka

IV

Zie­lona jedwabna sakiewka

Biedny Jos nie otrzą­snął się z panicz­nego lęku przez parę dni. W tym cza­sie nie odwie­dzał ojcow­skiego domu, a panna Rebecca ani razu nie wymie­niła jego imie­nia. Ocza­ro­wana nad miarę wido­kiem skle­pów, zdu­miona i olśniona teatrem, do któ­rego pro­wa­dzała ją pani Sedley, nie szczę­dziła zacnej matro­nie dowo­dów wdzięcz­no­ści i głę­bo­kiego sza­cunku. Pew­nego dnia Ame­lia cier­piała na ból głowy, nie mogła więc wybrać się na miłą wycieczkę, w któ­rej miały wziąć udział oby­dwie panienki. Wobec tego nic nie zdo­łało skło­nić Rebeki do opusz­cze­nia przy­ja­ciółki.

- Co? Cie­bie zosta­wić samą w domu? Cie­bie, Ame­lio, która pierw­sza na świe­cie poka­za­łaś bied­nej sie­ro­cie, co zna­czy szczę­ście i miłość? Ni­gdy! Prze­nigdy!

Pełne łez zie­lone oczy poboż­nie zwró­ciły się ku niebu, a pani Sedley pomy­ślała, że przy­ja­ciółka jej córki ma dobre, poczciwe ser­duszko.

Z żar­tów pana Sedleya Becky śmiała się cier­pli­wie i ser­decz­nie, dzięki czemu zyski­wała coraz więk­sze względy dobro­dusz­nego jego­mo­ścia. Ale sprytna panienka zabie­gała o łaski nie tylko pań­stwa domu. Panią Blen­kin­sop pozy­skała, inte­re­su­jąc się żywo przy­rzą­dza­niem gala­retki mali­no­wej, która to czyn­ność odby­wała się wła­śnie w pokoju gospo­dyni. Ku nie­zmier­nej ucie­sze czar­nego Sambo nazy­wała go wytrwale "panem" lub "panem Sambo", a ile­kroć musiała zadzwo­nić na poko­jówkę, prze­pra­szała ją za kło­pot z takim wdzię­kiem i sło­dy­czą, że w jadalni dla służby zyskała popu­lar­ność nie mniej­szą niż w salo­nie.

Razu jed­nego, prze­glą­da­jąc rysunki, nad­sy­łane nie­gdyś ze szkoły przez pannę Sedley, Becky wybuch­nęła nagle pła­czem i zalana łzami wybie­gła z salonu. Stało się to w dniu, gdy Joseph zja­wił się ponow­nie w domu.

Ame­lia pospie­szyła śla­dem przy­ja­ciółki, aby wyja­śnić powód jej wzru­sze­nia, nie­ba­wem jed­nak wró­ciła smutna i bez Rebeki.

- Widzi mama - powie­działa - jej ojciec był nauczy­cie­lem rysun­ków w Chi­swick i robił za nas wszystko, aby nasze prace wypa­dały jak naj­le­piej.

- Kocha­nie! - zawo­łała pani Sedley. - Panna Pin­ker­ton nie­raz mnie zapew­niała, że pan Sharp nie dotyka waszych rysun­ków, tylko je tro­chę retu­szuje.

- To wła­śnie, pro­szę mamy, nazy­wało się retu­szo­wa­niem. Rebecca przy­po­mniała sobie jeden rysu­nek i ojca, który nad nim pra­co­wał... Widzi mama, wszystko to spa­dło na nią nie­ocze­ki­wa­nie i... i...

- Biedne dziecko! - wes­tchnęła zacna dama. - Ona ma naprawdę złote serce.

- Marzę, aby została u nas przez następny tydzień - szep­nęła Ame­lia.

- Jest dia­bel­nie podobna do panny Cutler, mojej daw­nej zna­jo­mej z Dum­dum. Tylko cerę i włosy ma jaśniej­sze - ode­zwał się Jos. - Z panną Cutler oże­nił się nie­jaki Lance, chi­rurg woj­skowy z arty­le­rii. Wie mama, pew­nego razu Quin­tin z Czter­na­stego Pułku zało­żył się ze mną...

- Ach, Joseph, wszy­scy znamy twoją powiastkę - roze­śmiała się Ame­lia. - Nie trudź się jej opo­wia­da­niem. Lepiej ubła­gaj mamę, by napi­sała do tego pana... jakże mu tam?... Craw­leya i popro­siła o tydzień urlopu dla bied­nej, kocha­nej Rebeki. Otóż i ona! Oczy ma cał­kiem czer­wone od pła­czu.

- Już mi lepiej - szep­nęła zapła­kana panienka i pokor­nie uca­ło­wała wycią­gniętą do sie­bie dłoń pani domu. - Wszy­scy pań­stwo są dla mnie tacy bar­dzo, bar­dzo dobrzy. Wszy­scy! - Roze­śmiała się nagle. - Oprócz pana Jose­pha!

- Oprócz mnie? - zdzi­wił się Joseph, marząc o natych­mia­sto­wej ucieczce. - Jak Boga kocham! Słowo daję, panno Sharp!

- Tak! Oprócz pana. Czemu pozwo­lił mi pan przy pierw­szym obie­dzie skosz­to­wać tej okrop­nej pie­prz­nej potrawy? Jak można było? Nie jest pan dla mnie taki życz­liwy jak kochana, naj­droż­sza Ame­lia.

- Bo nie zna cię tak dobrze jak ja! - zawo­łała Ame­lia.

- Sta­now­czo żądam - dodała pani Sedley - aby wszy­scy w moim domu byli dobrzy i życz­liwi dla cie­bie, dro­gie dziecko.

- Curry było kapi­talne, naprawdę kapi­talne - pod­jął Joseph tonem cał­kiem serio. - Zdaje mi się tylko, że w tej potra­wie bra­ko­wało tro­chę cytryny. Tak! Na pewno! Cytryny było za mało.

- A co pan sądzi o papryce?

- Jak Boga kocham! Ale się pani skrzy­wiła! - zawo­łał poborca z Bog­gley Wol­lah i przy­po­mniaw­szy sobie komiczną sytu­ację, wybuch­nął śmie­chem, który, jak zwy­kle, urwał się gwał­tow­nie.

- Następ­nym razem będę ostrożna, jeżeli pan mi coś zapro­po­nuje - rze­kła Becky, idąc z Jose­phem Sedleyem na drugi wspólny obiad. - Nie wie­dzia­łam, że męż­czyźni lubią drę­czyć biedne, bez­bronne dziew­częta i chęt­nie ból im spra­wiają.

- Jak Boga kocham, panno Rebecco! Za nic na świe­cie nie chciał­bym skrzyw­dzić pani.

- Tak, wiem, że nie chciałby pan mnie skrzyw­dzić.

Panna Sharp lekko, bar­dzo lekko przy­ci­snęła ramię part­nera małą, szczu­płą rączką i co tchu cof­nęła ją lękli­wie. Przy spo­sob­no­ści spoj­rzała mu wymow­nie w oczy, następ­nie zaś spu­ściła wzrok ku meta­lo­wym prę­tom przy­trzy­mu­ją­cym chod­nik na scho­dach. Nie odwa­żymy się twier­dzić, że serce w Jose­phie nie zało­mo­tało w wyniku tego bez­wied­nego dowodu sym­pa­tii oka­za­nego przez wraż­liwą, szczerą panienkę.

Ów postę­pek był nie­wąt­pli­wie awan­sem i wiele wytwor­nych dam, zwo­len­ni­czek nie­na­gan­nej popraw­no­ści, mia­łoby prawo uznać go za nie­skromny. Ale, łaskawe panie, biedna Becky musiała wyko­nać sama całą robotę. Osoba nawet naj­szy­kow­niej­sza, lecz zbyt uboga, by trzy­mać służbę, musi wła­sno­ręcz­nie zamia­tać swoje miesz­ka­nie. Podob­nie dziew­czę nie­po­sia­da­jące kocha­ją­cej mamusi, która aran­żuje deli­katne sprawy z mło­dymi ludźmi, musi te sprawy zała­twiać wła­snym sta­ra­niem. Wielki Boże! Jakie to szczę­ście, że takie wła­śnie przed­sta­wi­cielki płci pięk­nej nie wyko­rzy­stują czę­ściej swo­jej wła­dzy nad nami! W prze­ciw­nym razie ni­gdy nie zdo­ła­li­by­śmy się obro­nić. Nie­chaj okażą choć odro­binę sym­pa­tii, a męż­czyźni, nawet brzydcy i sta­rzy, w jed­nej chwili padają na klęczki! Pozwolę sobie sfor­mu­ło­wać bez­sporną prawdę: każda kobieta bez widocz­nego garbu potrafi w śred­nio sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach poślu­bić każ­dego, kogo zechce. My, męż­czyźni, powin­ni­śmy tylko dzię­ko­wać Opatrz­no­ści, że uro­cze istotki, podob­nie jak zwierz leśny, nie są świa­dome swo­jej wła­snej mocy, bo gdyby sobie zda­wały z niej sprawę, ujarz­mi­łyby nas osta­tecz­nie.

Jak Boga kocham - myślał Joseph, prze­stę­pu­jąc próg jadalni - zaczy­nam czuć się zupeł­nie podob­nie jak na początku histo­rii z panną Cutler w Dum­dum.

Pod­czas obiadu panna Sharp nie szczę­dziła sąsia­dowi peł­nych wdzięku i humoru uwag na temat roz­ma­itych potraw. Mogła sobie na to pozwo­lić, gdyż ze wszyst­kimi domow­ni­kami była już na poufa­łej sto­pie, a z Ame­lią łączyły ją iście sio­strzane uczu­cia. Tak się zawsze dzieje, gdy młode panienki mają oka­zję spę­dzić dzie­sięć dni pod jed­nym dachem.

Zda­wać się mogło, że panna Sedley posta­no­wiła współ­dzia­łać z przy­ja­ciółką pod każ­dym wzglę­dem, bo - jak gdyby nie mogła wymy­ślić nic lep­szego - przy­po­mniała bratu obiet­nicę z czasu ostat­nich ferii wiel­ka­noc­nych.

- Jak byłam jesz­cze pen­sjo­narką - powie­działa ze śmie­chem - przy­rze­kłeś, że zabie­rzesz mnie do ogro­dów Vau­xhall, prawda? Teraz, kiedy mamy w domu Rebeccę, jest chyba po temu naj­lep­sza pora!

- Cudow­nie! - zawo­łała panna Sharp i omal nie kla­snęła w dło­nie, lecz poha­mo­wała się, jak przy­stało skrom­nej mło­dej oso­bie.

- Dzi­siaj Vau­xhall zamknięte - oznaj­mił Joseph.

- A zatem jutro!

- Jutro papa i ja będziemy na pro­szo­nym obie­dzie - powie­działa pani Sedley.

- Nie wyobra­żaj sobie, moja droga, że ja tam pójdę - obru­szył się pan domu. - Lub że pozwolę nie­wie­ście two­ich lat i tuszy prze­zię­bić się w tak ohyd­nie wil­got­nym miej­scu.

- Ale panienki muszą mieć sta­now­czo opiekę! - zawo­łała zacna matrona.

- Jos pój­dzie z nimi. Chyba jest wystar­cza­jąco oka­zały? - roze­śmiał się pan Sedley.

Na te słowa zachi­cho­tał nawet pan Sambo sto­jący koło kre­densu, a biedny tłu­sty Jos poczuł nagłą skłon­ność do ojco­bój­stwa.

- Roz­sz­nu­ruj­cie mu gor­set! - cią­gnął stary żar­tow­niś bez­li­to­śnie. - Panno Sharp! Pro­szę mu spry­skać twarz wodą albo zanieść go na górę. Bie­da­czek mdleje. Nie­szczę­śliwa ofiara! Naj­le­piej odnieść go na górę. Jest prze­cież lekki jak piórko.

- Jak Boga kocham, pro­szę ojca! - wybuch­nął poborca z Bog­gley Wol­lah. - Niech mnie dia­bli, jeżeli zniosę dłu­żej...

- Sambo! Niech poda­dzą sło­nia pana Jose­pha! Sambo! Bie­gnij zaraz na giełdę! - wołał tro­skliwy ojciec, widząc jed­nak, że gru­bas jest bli­ski pła­czu ze zło­ści, prze­stał się śmiać i wycią­gnął do niego rękę. - Widzisz, Jos, na gieł­dzie ucho­dzą wszel­kie żarty... Sambo, nie martw się o sło­nia. Lepiej nalej po szklance szam­pana dla pana Jose­pha i dla mnie. Bądź pewien, synku, że lep­szego nie ma w swo­ich piw­ni­cach nawet sam Kor­sy­ka­nin.

Puchar szam­pana przy­wró­cił rów­no­wagę ducha Jose­phowi, który jesz­cze przed koń­cem butelki (jako ciężko chory wypił jej dwie trze­cie) zgo­dził się zabrać panienki do Vau­xhall.

- Dwie damy powinny mieć dwóch kawa­le­rów - orzekł star­szy dżen­tel­men. - A zresztą Jos na pewno zgubi Amy w tłoku, bo będzie cał­ko­wi­cie zajęty obecną tu panną Sharp. Trzeba posłać pod numer dzie­więć­dzie­siąt sześć i zapy­tać Geo­rge'a Osborne'a, czy wybie­rze się z naszą mło­dzieżą.

Na te słowa pani Sedley spoj­rzała na mał­żonka i roze­śmiała się z nie­wy­ja­śnio­nych powo­dów. Pan Sedley przy­mru­żył po łobu­zer­sku oko i zer­k­nął na córkę, ta zaś skrom­nie spu­ściła głowę i zaru­mie­niła się tak, jak zaru­mie­nić się potrafi tylko sie­dem­na­sto­let­nia młoda dama i jak Becky Sharp nie rumie­niła się ni­gdy od dnia, gdy jako ośmio­let­nia dziew­czynka została przy­ła­pana przez chrzestną matkę na kra­dzieży kon­fi­tur ze spi­żarni.

- Naj­le­piej - cią­gnął jowialny gospo­darz - niech Ame­lia skre­śli bile­cik i pokaże Geo­rge'owi, jak piękny cha­rak­ter pisma wynio­sła od panny Pin­ker­ton. Pamię­tasz, Amy, jak zapra­sza­łaś go do nas na wie­czór Trzech Króli i "Króli" napi­sa­łaś przez u otwarte?

- Ach, to było tyle lat temu! - zawo­łała Ame­lia.

- A mnie się zdaje, John, że led­wie wczo­raj - szep­nęła pani Sedley mał­żon­kowi.

Tegoż wie­czoru w sypialni na pierw­szym pię­trze, pod rodza­jem boga­tego namiotu z kre­tonu w efek­towny hin­du­ski deseń, pod­szy­tego bla­do­ró­żową satyną, leżał ide­al­nie miękki pier­nat, na któ­rym leżały dwie poduszki, na któ­rych leżały dwie puco­ło­wate, czer­wone twa­rze, ocie­nione - jedna cze­pecz­kiem noc­nym z koron­kami, druga baweł­nianą szlaf­mycą z sutym chwo­stem. W zaci­szu mał­żeń­skiego łoża, pod bal­da­chi­mem, toczyła się poufała kon­wer­sa­cja i pani Sedley łajała pana Sedleya za jego bez­li­to­sne obej­ście się z bied­nym Josem.

- Mój drogi - mówiła - postą­pi­łeś doprawdy bar­dzo brzydko, drę­cząc tak okrut­nie nie­szczę­śli­wego chłopca.

- Pani Sedley! - Baweł­niana szlaf­myca poru­szyła się gwał­tow­nie, jak gdyby zamie­rzała wystą­pić w obro­nie wła­ści­ciela. - Jos jest bar­dziej próżny, niż ty kie­dy­kol­wiek byłaś w życiu, a to ma chyba swoją wymowę. Ale ty, moja droga, tak ze trzy­dzie­ści lat temu... powiedzmy, w roku tysiąc sie­dem­set osiem­dzie­sią­tym, mia­łaś pewne powody do próż­no­ści. Nie będę się o to spie­rał. Tym­cza­sem Jos... Słowo daję, brak mi już cier­pli­wo­ści dla niego i jego dan­dy­sow­skiej cnoty. Widzisz, to Joseph, co skrom­no­ścią prze­ra­sta nawet swego biblij­nego imien­nika, a zara­zem myśli tylko o sobie i o tym, jaki z niego wspa­niały męż­czy­zna. Lękam się, moja droga, że cze­kają nas z nim nie lada kło­poty. Oto mała przy­ja­ciółka Amy umi­zga się do niego i robi słod­kie oczy. To oczy­wi­ste i widoczne. Jeśli ona go nie zła­pie, zła­pie go jakaś inna. Ten chło­pak musi paść łupem kobiety, jak ja muszę codzien­nie cho­dzić na giełdę. Chwała Bogu, moja droga, że nie przy­wiózł nam z Indii czar­nej syno­wej. Zapa­mię­taj jed­nak moje słowa: pierw­sza kobieta, która zarzuci nań wędkę, złowi tę rybę.

- Ta mała żmija jutro się od nas wynie­sie - powie­działa zacna matrona z nie­spo­ty­kaną u niej ener­gią.

- Pani Sedley! Dla­czego ona ma być gor­sza niż jakaś inna? W każ­dym razie to biała kobieta. Mnie wszystko jedno, z kim Jos się ożeni. Niech robi, co mu się podoba.

Nie­ba­wem głosy pod namio­tem umil­kły, a zastą­piła je mia­rowa, nie­ro­man­tyczna muzyka nosów. Gdy zegary kościelne wybiły godzinę i obwo­łali ją straż­nicy nocni, zupełna cisza spo­wi­jała dom jaśnie wiel­moż­nego Johna Sedleya, sta­łego bywalca giełdy, zamiesz­ka­łego przy Rus­sell Squ­are.

Gdy zawi­tał ranek, poczciwa pani Sedley nie myślała nawet o wypeł­nie­niu noc­nych pogró­żek pod adre­sem panny Sharp. Wpraw­dzie trudno sobie wyobra­zić uczu­cie gwał­tow­niej­sze niż mat­czyna zazdrość, bar­dziej roz­po­wszech­nione i łatwiej­sze do uspra­wie­dli­wie­nia, lecz zacna dama nie mogła naprawdę uwie­rzyć, by skromna, pokorna, pełna sza­cunku i wdzięcz­no­ści mała guwer­nantka ośmie­liła się pod­nieść wzrok na oso­bi­stość tak wysoko posta­wioną jak poborca z Bog­gley Wol­lah. Ponadto prośba o prze­dłu­że­nie urlopu mło­dej damy została już wysłana, a więc nie­ła­two byłoby wymy­ślić pre­tekst nagłego odpra­wie­nia jej z domu.

Można by pomy­śleć - cho­ciaż uro­cza Rebecca nie myślała tak zrazu - iż wszystko sprzy­się­gło się, by jej poma­gać, nawet ślepe żywioły. W dniu wycieczki do Vau­xhall Geo­rge Osborne przy­szedł na obiad, a pań­stwo Sedley udali się zgod­nie z pla­nem do rezy­den­cji ław­nika Bal­lsa w High­bury Bam. Wie­czo­rem jed­nak roz­sza­lała się burza z pio­ru­nami, taka, jakie zda­rzają się tylko w noce zabaw w Vau­xhall, wobec czego mło­dzież została przy­mu­sowo uwię­ziona w domu. Pan Osborne by­naj­mniej nie mar­twił się z tej racji. Pod­czas miłego t?te-a-t?te z Jose­phem wypił w jadalni przy­stojną ilość porto i słu­chał wszyst­kich naj­lep­szych dyk­te­ry­jek z Indii, gdyż poborca z Bog­gley Wol­lah był nader gada­tliwy, jak zwy­kle w ści­słym męskim towa­rzy­stwie. Następ­nie panna Ame­lia Sedley czy­niła honory pani domu i wie­czór upły­nął tak miło, że cała czwórka chwa­liła jed­nym gło­sem nawał­nicę, dzięki któ­rej eska­pada do Vau­xhall została odło­żona na ter­min póź­niej­szy.

Osborne był chrze­śnia­kiem zacnego kupca z Rus­sell Squ­are i od dwu­dzie­stu trzech lat jak gdyby człon­kiem rodziny. Kiedy miał sześć tygo­dni, otrzy­mał w pre­zen­cie od Johna Sedleya srebrny kubek, a po ukoń­cze­niu sze­ściu mie­sięcy - kora­lowe kółko ze zło­tym gwizd­kiem i taki­miż dzwo­necz­kami. Jako uczniak i póź­niej regu­lar­nie dosta­wał od chrzest­nego ojca "na cukierki" w okre­sie świąt Bożego Naro­dze­nia, a wra­ca­jąc do szkoły, dobrze pamię­tał cięgi, jakie brał od Jose­pha Sedleya, gdy ów był tłu­stym, nie­zgrab­nym, nad miarę wyro­śnię­tym mło­ko­sem, zaś Geo­rge - nie­zno­śnym dzie­się­cio­let­nim urwi­sem. Jed­nym sło­wem, Osborne był z całą rodziną na takiej sto­pie, jaką uspra­wie­dli­wić mogą tylko zażyłe codzienne sto­sunki.

- Pamię­tasz, Sedley, w jaką wpa­dłeś furię, kiedy obcią­łem ci chwo­sty przy dłu­gich butach? Od lania ura­to­wała mnie panna... hm... Ame­lia, bo padła na kolana przed doro­słym bra­tem i ze łzami w oczach bła­gała go, by uli­to­wał się nad małym Geo­rge'em.

Jos pamię­tał dosko­nale to ważne wyda­rze­nie, lecz zapew­nił uro­czy­ście, iż kom­plet­nie wywie­trzało mu z głowy.

- Hm... Może pamię­tasz cho­ciaż, jak przy­je­cha­łeś bre­kiem do szkoły dok­tora Swi­sh­ta­ila, aby poże­gnać się ze mną przed podróżą do Indii? Dałeś mi wtedy pół gwi­nei i pogła­ska­łeś po gło­wie. Zawsze zda­wało mi się, że musisz mieć przy­naj­mniej sie­dem stóp wzro­stu, i po twoim powro­cie do kraju okrop­nie się zdzi­wi­łem, że wcale nie jesteś wyż­szy ode mnie.

- Co? Pan Sedley odwie­dzał pana w szkole i dawał małemu przy­ja­cie­lowi pie­nią­dze? Jaki on dobry! - zawo­łała Rebecca ze szcze­rym entu­zja­zmem.

- I to potem, jak obcią­łem mu chwo­sty u dłu­gich butów. Chłopcy pamię­tają do końca życia pie­nią­dze otrzy­my­wane w szkole i ich ofia­ro­daw­ców.

- Uwiel­biam dłu­gie buty z chwo­stami - powie­działa panna Sharp, a Jos, który był wielce zado­wo­lony z wła­snych łydek i zawsze nosił ten efek­towny rodzaj obu­wia, wsu­nął nogi pod fotel, cho­ciaż poczuł się mile połech­tany.

- Panno Sharp - pod­jął Geo­rge Osborne. - Ma pani wielki talent, powinna więc pani nama­lo­wać wspa­niały obraz histo­ryczny ilu­stru­jący słynną scenę z butami. Widzę to płótno! Sedley, ubrany w obci­słe irchowe spodnie, dzierży uszko­dzony but w jed­nej ręce, drugą zaś trzyma mnie za koron­kowy koł­nie­rzyk koszuli. Na pierw­szym pla­nie mała Ame­lia klę­czy przed bra­tem i bła­gal­nie wznosi rączyny. Obraz musi mieć szumny, ale­go­ryczny pod­pis, jak tytu­łowe ilu­stra­cje w szkol­nych czy­tan­kach i ele­men­ta­rzach.

- Tutaj brak­nie mi czasu, aby się tym zająć - powie­działa Rebecca. - Nama­luję obraz po... po odjeź­dzie... - głos jej się zała­mał i zro­biła tak żało­sną minę, że wszy­scy uświa­do­mili sobie, jak srogi los przy­padł w udziale bied­nej sie­ro­cie i jak przy­kra im będzie chwila roz­sta­nia.

- Ach, Rebecco! Kochana Becky! Czemu nie możesz zostać z nami dłu­żej? - wes­tchnęła panna Sedley.

- Po co? - odparła przy­ja­ciółka nie mniej smut­nym tonem. - By tym dotkli­wiej cier... odczuć utratę tego domu?

Odwró­ciła głowę, Ame­lia zaś jęła dawać folgę skłon­no­ści do łez, co - jak wspo­mnie­li­śmy - było jedną z wro­dzo­nych przy­war tej dobrej, nie­mą­drej istotki. Geo­rge Osborne spoj­rzał z pew­nym roz­czu­le­niem na dwie młode damy, a poborca z Bog­gley Wol­lah dobył z potęż­nej piersi coś zbli­żo­nego do wes­tchnie­nia i skrom­nie spu­ścił wzrok ku swoim ulu­bio­nym dłu­gim butom z chwo­stami.

- Popro­simy o tro­chę muzyki, panno Sed... Ame­lio - ode­zwał się wresz­cie Osborne, który poczuł nagłe i nie­kła­mane pra­gnie­nie, aby porwać wspo­mnianą młodą damę w ramiona i w obec­no­ści całego towa­rzy­stwa obsy­pać ją poca­łun­kami.

Ame­lia spoj­rzała nań wymow­nie i... I gdy­bym powie­dział, że mło­dzi zako­chali się w sobie w tym momen­cie, skła­mał­bym, bo byli cho­wani przez rodzi­ców dla wza­jem­nej miło­ści i przed dzie­się­cioma laty zapo­wie­dzi ich odczy­tano w oby­dwu rodzi­nach. Po chwili poszli w stronę for­te­pianu sto­ją­cego w dru­gim salo­nie, co zazwy­czaj bywa udzia­łem for­te­pia­nów. Pokój ów był słabo oświe­tlony, a zatem panna Ame­lia gestem bar­dzo natu­ral­nym wsu­nęła dłoń w rękę towa­rzy­sza, który oczy­wi­ście mógł widzieć drogę mię­dzy fote­lami i oto­ma­nami nie­po­rów­na­nie lepiej niż ona. Dzięki takiemu obro­towi rze­czy pan Joseph Sedley został sam na sam z Rebeccą sie­dzącą przy stole i bar­dzo zajętą robie­niem na dru­tach sakiewki z zie­lo­nego jedwa­biu.

- Nie ma potrzeby pytać o fami­lijne sekrety - ode­zwała się panna Sharp. - Ci dwoje wyznali już wszystko.

- Niech on tylko otrzyma dowódz­two kom­pa­nii, a sprawa będzie ubita - powie­dział Jos. - Geo­rge Osborne to kapi­talny facet!

- A pań­ska sio­stra jest naj­cu­dow­niej­szą dziew­czyną pod słoń­cem! Szczę­śliwy męż­czy­zna, który ją zdo­bę­dzie. -1 Rebecca wes­tchnęła bar­dzo, bar­dzo rzew­nie.

Gdy dwie młode osoby płci odmien­nej i stanu wol­nego wiodą roz­mowę na tak draż­liwy temat, kieł­kuje pomię­dzy nimi poufna zaży­łość. Nie ma powo­dów, by tę wymianę zdań przy­ta­czać dokład­nie, bo - jak wynika z dotych­cza­so­wych pró­bek - nie mogła być szcze­gól­nie dow­cipna ani bły­sko­tliwa, podob­nie jak każda kon­wer­sa­cja w kołach towa­rzy­skich i wszę­dzie z wyjąt­kiem napu­szo­nych i bar­dzo pre­ten­sjo­nal­nych powie­ści. Ze względu na popisy muzyczne roz­mowę pro­wa­dzono oczy­wi­ście stłu­mio­nym gło­sem, cho­ciaż prawdę rze­kł­szy, nawet naj­do­no­śniej­sze krzyki nie zdo­ła­łyby prze­szko­dzić mło­dej parze nader żywo zaję­tej wła­snymi spra­wami w sąsied­nim salo­niku.

Joseph Sedley odkrył chyba po raz pierw­szy w życiu, że z osobą płci odmien­nej gawę­dzi bez przy­musu ni waha­nia. Panna Rebecca sypała jak z rękawa pyta­niami o Indie, co dawało mu spo­sob­ność do opo­wia­da­nia wielu cie­ka­wych aneg­dot o tym kraju i o sobie. Opi­sy­wał bale w pałacu rzą­do­wym i spo­soby zwal­cza­nia skut­ków upału za pomocą wil­got­nych zasłon oraz wiel­kich wachla­rzy poru­sza­nych przez tubyl­ców oraz innych pomy­sło­wych wyna­laz­ków. Dow­cip­ko­wał na temat nie­zli­czo­nych Szko­tów popie­ra­nych usil­nie przez lorda Minto, guber­na­tora gene­ral­nego. Mówił o polo­wa­niach na tygrysy i strasz­nym przy­padku, gdy roz­sier­dzona bestia porwała prze­wod­nika z grzbietu sło­nia. Panna Rebecca zachwy­cała się ofi­cjal­nymi balami, a kwi­tu­jąc śmie­chem powiastki o szkoc­kich adiu­tan­tach, nazy­wała Jose­pha okrop­nym, zło­śli­wym czło­wie­kiem. Przy­goda ze sło­niem i tygry­sem prze­jęła ją nie­wy­po­wie­dzianą grozą.

- Ach, panie Sedley! Drogi panie Jose­phie! - zawo­łała. - Przez wzgląd na matkę i przez wzgląd na przy­ja­ciół pro­szę obie­cać, że ni­gdy, ni­gdy! nie weź­mie pan udziału w tak groź­nej wypra­wie!

- Wolne żarty, panno Sharp - odrzekł poborca z Bog­gley Wol­lah, popra­wia­jąc koł­nierz koszuli. - Nie­bez­pie­czeń­stwo czyni łowy tym przy­jem­niej­szymi.

Prawdę rze­kł­szy, Joseph Sedley uczest­ni­czył tylko raz w polo­wa­niu na tygrysy. Wów­czas to zda­rzył się wspo­mniany przy­pa­dek i bie­dak został nie­mal zabity przez strach, nie przez groźną bestię. Ale miła roz­mowa syciła odwagę i po nie­ja­kim cza­sie gru­bas ośmie­lił się zapy­tać, dla kogo panna Rebecca robi sakiewkę z zie­lo­nego jedwa­biu. Był zasko­czony i ocza­ro­wany wła­snym, peł­nym poufa­łego wdzięku zacho­wa­niem.

- Dla każ­dego, komu sakiewka mogłaby się przy­dać - odrze­kła młoda dama z zabój­czym uśmie­chem i spoj­rze­niem.

- Ach, panno Sharp! Jak Boga... - roz­po­czął Joseph Sedley jedną ze swych naj­bar­dziej kwie­ci­stych ora­cji, lecz w sąsied­nim pokoju ustał nagle śpiew, urwał więc, posły­szaw­szy wyraź­nie swoje słowa, zaczer­wie­nił się i z wiel­kim zakło­po­ta­niem przy­stą­pił do wycie­ra­nia nosa.

- Czy sły­sza­łaś kiedy, by twój brat tyle gadał? - szep­nął Geo­rge Osborne Ame­lii. - Ta mała czyni cuda!

- Tym lepiej.

Ame­lia, jak więk­szość war­tych coś nie­coś kobiet, była w głębi duszy swatką, upa­jała się więc myślą, że Jos mógłby wywieźć do Indii żonę. Ponadto w ciągu kilku minio­nych dni zapa­łała do Becky gorącą przy­jaź­nią i odkryła w niej wiele ujmu­ją­cych zalet, nie­do­strze­żo­nych pod­czas wspól­nego pobytu w Chi­swick. Panień­skie uczu­cia mają to do sie­bie, że jak faso­lowe pędy z bajki wyra­stają do nieba mię­dzy zmierz­chem a świ­tem. Trudno winić kobiety, że po ślu­bie zamiera w nich owa Sehn­sucht nach der Liebe9. Osoby sen­ty­men­talne, przy­wy­kłe do szer­mo­wa­nia bar­dzo gór­no­lot­nymi sło­wami, nazy­wają to zja­wi­sko "gło­dem ide­ału", lecz wyra­ża­jąc się na pospo­lit­szą modłę, można powie­dzieć, że kobieta jest zado­wo­lona dopiero wtedy, gdy znaj­dzie męża i dzieci i może ska­pi­ta­li­zo­wać uczu­cia wyda­wane uprzed­nio gdzie indziej i drobną monetą.

Panna Ame­lia wyczer­pała zapewne szczu­pły zasób pie­śni lub też sądziła, że w dru­gim salo­nie prze­by­wała wystar­cza­jąco długo, gdyż uwa­żała za sto­sowne popro­sić przy­ja­ciółkę, aby ona z kolei coś zaśpie­wała.

- Na pewno nie chciał­byś mnie słu­chać wcale, gdy­byś wprzódy usły­szał Rebeccę - rze­kła panu Osborne'owi, zda­jąc sobie dokład­nie sprawę, iż mówi nie­prawdę.

- Wobec tego z góry ostrze­gam pannę Sharp - odparł młody czło­wiek - że, słusz­nie czy niesłusz­nie, uwa­żam pannę Sedley za pierw­szą śpie­waczkę świata.

- Zaraz prze­ko­nasz się na wła­sne uszy - powie­działa Ame­lia, a poborca z Bog­gley Wol­lah był na tyle uprzejmy, że wła­sno­ręcz­nie usta­wił świecz­nik na for­te­pia­nie.

Osborne napo­mknął mimo­cho­dem, iż chęt­nie pozo­stałby w ciem­nym salo­nie, lecz panna Sedley roze­śmiała się, mówiąc, że nie dotrzyma mu kom­pa­nii. Wobec tego młoda para rada nie­rada podą­żyła śla­dem Jose­pha. Becky śpie­wała nie­po­rów­na­nie lepiej niż jej przy­ja­ciółka (co oczy­wi­ście nie prze­szka­dzało panu Osborne'owi zacho­wać wła­snej opi­nii) i bar­dzo się sta­rała ku nie­ma­łemu zdzi­wie­niu Ame­lii, która ni­gdy nie podej­rze­wała w niej aż tak zna­ko­mi­tej artystki. Zaczęła od fran­cu­skiego romansu, a więc Joseph nic nie rozu­miał i mil­czał, Geo­rge zaś przy­znał otwar­cie, że nie rozu­mie ani słowa. Następ­nie prze­szła do owych mod­nych przed czter­dzie­stoma laty bez­pre­ten­sjo­nal­nych bal­lad na temat bry­tyj­skich wil­ków mor­skich, naszego dobrego króla, bied­nej Zuzanny, błę­kit­no­okiej Mary i tym podob­nych ogól­nie zna­nych postaci. Nie są to utwory bły­sko­tliwe z muzycz­nego punktu widze­nia, lecz czę­sto i sku­tecz­nie odwo­łują się do pro­stych, ludz­kich uczuć, zrozu­miałych nie­po­rów­na­nie lepiej niż słod­koc­kliwe lagrime, sospiri i félicita10 wie­czy­stej dio­ni­zet­tiań­skiej muzyki, którą fawo­ry­zu­jemy obec­nie.

Sen­ty­men­talne, sto­sowne w takich przy­pad­kach roz­mówki toczyły się w prze­rwach mię­dzy pio­sen­kami, któ­rych pan Sambo (po przy­nie­sie­niu her­baty), ocza­ro­wana kucharka, a nawet sama pani Blen­kin­sop słu­chali łaska­wie z pode­stu scho­dów.

Kon­cert zakoń­czyła rzewna bal­lada o przy­to­czo­nych niżej pro­stych sło­wach:

Jałowy, pusty ugór - ach I gło­śne wycie zawie­ru­chy - A tu spo­koj­nej chatki dach I żar w kominku cie­pły, suchy...

Sie­rotka zbli­żył się do krat, A gdy zoba­czył ognia bły­ski, Podwój­nie odczuł nocny wiatr I śnieg na twa­rzy zimny, śli­ski.

Zauwa­żyli go, jak szedł, Led­wie trzy­ma­jąc się na nogach, I pro­szą go do chaty wnet, Wita­jąc czule już od proga.

I odszedł gość w poranny zmierzch - A ogień wciąż w kominku gorze... O Boże, Ty wędrow­ców strzeż, Gdy wicher świsz­cze o wie­czo­rze.

W pew­nym sen­sie wyra­żała ona to samo, co zda­nie Becky, że nama­luje obraz "po odjeź­dzie". Przy ostat­nich sło­wach zała­mał się głę­boki głos panny Sharp i wszy­scy zro­zu­mieli alu­zję do roz­sta­nia i do jej poża­ło­wa­nia god­nego sie­ro­cego stanu. Joseph Sedley - melo­man o wraż­li­wym sercu - był upo­jony pod­czas śpiewu i bar­dzo smutny po jego zakoń­cze­niu. Gdyby potra­fił zdo­być się na odwagę, gdyby Ame­lia posłu­chała rady Osborne'a i została w pierw­szym salo­nie, kawa­ler­skie dni poborcy z Bog­gley Wol­lah dobie­głyby końca i ta powieść nie zosta­łaby wcale napi­sana. Ale Rebecca wstała od for­te­pianu i ująw­szy przy­ja­ciółkę pod ramię, wyszła w pół­mrok sąsied­niego pokoju. W tej chwili na progu zja­wił się pan Sambo z tacą pełną kana­pek, cia­stek, gala­re­tek i poły­sku­ją­cych pięk­nie kara­fek i kie­li­chów, co oczy­wi­ście pochło­nęło bez reszty uwagę pana Jose­pha. Kiedy starsi gospo­da­rze powró­cili z przy­ję­cia, zastali mło­dzież tak zajętą roz­mową, że nikt nie usły­szał tur­kotu karocy, a wcho­dząc do salonu, usły­szeli wymowne słowa poborcy z Bog­gley Wol­lah:

- Droga, kochana panno Sharp! Pro­szę zjeść cho­ciaż łyżeczkę gala­retki po tak męczą­cym... ehem... eee... tak cza­ru­ją­cym popi­sie.

- Brawo, Jos! - zawo­łał pan Sedley, a Jos, sły­sząc dobrze zna­jomy głos, umilkł nie­zwłocz­nie i rychło się poże­gnał.

Nie spę­dził bez­sen­nej nocy. Nie medy­to­wał do świtu, czy kocha pannę Sharp, czy też jej nie kocha. Naj­bar­dziej nawet pło­mienne uczu­cie nie mogłoby wpły­nąć ujem­nie na ape­tyt lub sen pana Jose­pha Sedleya. Po pro­stu myślał, jak by to było miło słu­chać takich pio­se­nek po powro­cie z kan­toru i że ta mała to bar­dzo dys­tyn­go­wana osoba, i sta­no­wi­łaby nie lada sen­sa­cję balów w Kal­ku­cie, bo po fran­cu­sku paple lepiej niż sama mał­żonka guber­na­tora gene­ral­nego.

- Widać jak na dłoni - mono­lo­go­wał - że smar­kula kocha się we mnie na zabój. Jest nie mniej posażna niż więk­szość panien zjeż­dża­ją­cych do Indii. Cóż, mógł­bym wpaść bez porów­na­nia gorzej. Jak Boga kocham! - i z tymi słowy zapadł w drzemkę.

Nie muszę chyba zapew­niać czy­tel­ni­ków, że panna Becky leżała bez­sen­nie i zada­wała sobie to samo wciąż pyta­nie: zjawi się jutro czy nie zjawi?

Nade­szło jutro i pan Joseph Sedley zawi­tał przed połu­dniem niby nie­uchronny los. Ni­gdy dotych­czas nie zaszczy­cił rodzin­nego domu o tak wcze­snej porze. Geo­rge Osborne już tam był przy­pad­kowo i na próżno kokie­to­wał wzro­kiem pannę Ame­lię zajętą pisa­niem listów do dwu­na­stu przy­ja­ció­łek w Chi­swick. Rebecca mozo­liła się na­dal nad robótką z dnia wczo­raj­szego. Kiedy przed ganek zaje­chała wia­doma kariolka, roz­le­gło się dono­śne koła­ta­nie do drzwi i po dłu­gim jak zwy­kle zamie­sza­niu w przed­po­koju były poborca z Bog­gley Wol­lah wkro­czył ciężko na schody. Osborne i panna Sedley wymie­nili zna­czące spoj­rze­nia, następ­nie zaś zer­k­nęli na biedną Rebeccę, która spu­ściła jasne loki ku swym dru­tom i naprawdę się zapło­niła. Jakże biło jej serce, gdy na progu sta­nął Joseph, zdy­szany po mar­szu na schody, wystro­jony w nową kami­zelkę, skrzy­piący lśnią­cymi niczym lustro butami, spo­cony ze wzru­sze­nia i upału, zaru­mie­niony pod osłoną halsz­tu­ków na szyi. Była to chwila wzru­sza­jąca dla wszyst­kich, Ame­lia zaś ule­gła mimo woli panice sroż­szej niż lęk osób zain­te­re­so­wa­nych bez­po­śred­nio.

Sambo z trza­skiem otwo­rzył drzwi, zaanon­so­wał pana Jose­pha Sedleya i uśmiech­nięty ruszył jego śla­dem, dźwi­ga­jąc dwie oka­załe wią­zanki, które poże­racz serc nie­wie­ścich zaku­pił przed kwa­dran­sem na targu Covent Gar­den. Nie dorów­ny­wały one roz­mia­rami ogrom­nym bukie­tom wetknię­tym w kie­li­chy z ażu­ro­wego papieru noszo­nym przez damy ze współ­cze­snej nam epoki. Mimo to jed­nak panienki wdzięcz­nym ser­cem przy­jęły dowody pamięci zło­żone im z głę­bo­kim ukło­nem przez szar­manc­kiego poborcę z Bog­gley Wol­lah.

- Brawo, Jos - zawo­łał Osborne.

- Ser­decz­nie ci dzię­kuję, kochany Jose­phie - powie­działa Ame­lia, skłonna uca­ło­wać brata, gdyby ów obja­wił ku temu chęci.

- Ach, boskie, nie­biań­skie kwiaty! - wykrzyk­nęła panna Sharp.

Ostroż­nie pową­chała bukiet, przy­gar­nęła go do piersi i w rado­snym upo­je­niu wznio­sła wzrok ku sufi­towi. Być może przede wszyst­kim spoj­rzała dys­kret­nie, czy bil­let-doux nie kryje się mię­dzy kwia­tami. Lecz liściku nie było.

- Jak widzę, Sedley, nawet w Bog­gley Wol­lah ludzie posłu­gują się mową kwia­tów - powie­dział Geo­rge.

- Także pomysł! - obru­szył się sen­ty­men­talny mło­dzie­niec. - Po pro­stu kupi­łem bukiety u Natana. Bar­dzo mi miło, że przy­pa­dły paniom do gustu. Aha, Ame­lio! Jed­no­cze­śnie naby­łem ana­nas. Ma go już Sambo. W taką upalną pogodę sma­kuje dosko­nale, jeżeli podać go z lodu. Przyda się na deser po dru­gim śnia­da­niu.

Panna Sharp szep­nęła, że ni­gdy jesz­cze nie pró­bo­wała ana­nasa i nade wszystko pra­gnie go pokosz­to­wać.

W podob­nym tonie toczyła się dalej kon­wer­sa­cja. Wresz­cie Osborne opu­ścił salon pod jakimś bła­hym pre­tek­stem, Ame­lia zaś pospie­szyła za nim, być może po to, by dopil­no­wać kra­ja­nia ana­nasa. Joseph pozo­stał sam z Rebeccą zajętą swoją robótką tak pil­nie, że zie­lone jedwabne nitki i sre­brzy­ste druty migały tylko w jej zwin­nych, szczu­płych pal­cach.

- Jakże piękną, prze­piękną pio­senkę śpie­wała pani wczo­raj wie­czo­rem, droga, kochana panno Sharp - prze­mó­wił poborca z Bog­gley Wol­lah. - Nie­wiele bra­ko­wało, żebym się roz­pła­kał. Jak Boga kocham! Bar­dzo nie­wiele!

- Bo ma pan dobre, wraż­liwe serce, panie Jose­phie, jak... jak cała pań­ska rodzina.

- Przez tę pio­senkę nie mogłem usnąć w nocy, a z rana pró­bo­wa­łem ją nucić w łóżku. Słowo honom! Gol­lop, mój lekarz, przy­szedł o jede­na­stej... Bo, widzi pani, jestem poważ­nie chory i Gol­lop musi mnie badać codzien­nie... Otóż, panno Sharp, Gol­lop przy­szedł o jede­na­stej, a ja śpie­wa­łem jak szczy­gieł. Jak Boga kocham, panno Sharp! Zupeł­nie jak szczy­gieł!

- Jaki pan zabawny! Pro­szę teraz dla mnie zaśpie­wać.

- Ja? Nie! Droga, kochana panno Sharp! Niech lepiej pani zaśpiewa dla mnie tę samą pio­senkę.

- Nie, nie, panie Sedley - wes­tchnęła Rebecca. - Nie jestem dziś uspo­so­biona do popi­sów. A zresztą muszę skoń­czyć sakiewkę. Zechce mi pan pomóc?

Zanim zdą­żył zapy­tać, w jaki spo­sób, stało się coś zdu­mie­wa­ją­cego. Joseph Sedley, funk­cjo­na­riusz admi­ni­stra­cji cywil­nej Kom­pa­nii Indii Wschod­nich, stwier­dził, iż jest w salo­nie sam na sam z młodą damą, iż sie­dzi naprze­ciw niej i wznosi bła­gal­nym gestem ręce skrę­po­wane pasmem zie­lo­nego jedwa­biu, który rze­czona dama nader bie­gle zwija na kłę­bek.

W tej oso­bli­wej pozie zastali młodą parę Ame­lia i Osborne, kiedy weszli do salonu, by oznaj­mić, że dru­gie śnia­da­nie na stole. Całe pasmo zie­lo­nego jedwa­biu zdą­żyło spo­wić tek­tu­rową gwiazdkę, lecz Joseph Sedley nie prze­mó­wił sło­wem.

- Ach, moja droga - szep­nęła Ame­lia, ści­ska­jąc dys­kret­nie dłoń przy­ja­ciółki - na pewno dziś wie­czo­rem powie, co ma do powie­dze­nia.

Tym­cza­sem Sedley wiódł dys­kurs z wła­sną duszą i posta­no­wił:

Jak Boga kocham! Dziś wyrą­bię wszystko w Vau­xhall!

V. Dob­bin z naszego pułku

V

Dob­bin z naszego pułku

Spo­tka­nie Cuff-Dob­bin i nie­ocze­ki­wany wynik tej walki na pię­ści długo zosta­nie w pamięci wszyst­kich byłych wycho­wan­ków słyn­nej uczelni dok­tora Swi­sh­ta­ila. Mło­dzie­niec wymie­niony na dru­gim miej­scu (zwany naj­czę­ściej Dob­bin-Fujara, Dob­bin-Nie­dojda i obda­rzany wielu podob­nymi epi­te­tami świad­czą­cymi o dzie­cię­cej wzgar­dzie) był to chyba naj­spo­koj­niej­szy, naj­bar­dziej nie­zdarny i naj­mniej atrak­cyjny spo­śród mło­dych dżen­tel­me­nów kształ­co­nych przez dok­tora Swi­sh­ta­ila. Jego ojciec miał sklep spo­żyw­czo-mydlar­ski w Lon­dy­nie i syna umie­ścił w szkole na zasa­dzie, że się tak wyra­zimy, wza­jem­nej wymiany usług. Zna­czy to, iż opłatę za naukę i pobyt w inter­na­cie pokry­wał nie gotówką, lecz w natu­rze. W wyniku tego młody Dob­bin, odziany w wel­we­towe spodenki i wypło­wiałą bluzę, któ­rej szwy pękały pod naci­skiem nad­mier­nie roz­ro­śnię­tych kości, zaj­mo­wał naj­niż­szy szcze­bel uczniow­skiej dra­biny, jako sym­bol tylu to a tylu fun­tów her­baty, świec, mydła, suszo­nych śli­wek (bar­dzo nie­wiele zuży­wano ich na pud­dingi w kuchni inter­natu) oraz innych arty­ku­łów pokrew­nej natury. Bie­dak miał naprawdę czarny dzień, gdy pewien kolega, który wymknął się do mia­sta po nie­le­galny zakup mig­da­łów, cukier­ków i ser­del­ków, wypa­trzył fur­gon z napi­sem "Dob­bin i Rudge. Arty­kuły spo­żyw­cze i mydlar­skie. Lon­dyn. Tha­mes Street". Wehi­kuł ów stał przed sie­nią dok­tora Swi­sh­ta­ila i wyła­do­wy­wał asor­ty­ment towa­rów dostar­cza­nych przez rze­czoną firmę.

Od tej pamięt­nej chwili młody Dob­bin nie zaznał spo­koju. Stał się przed­mio­tem bez­li­to­snych docin­ków i żar­tów.

- Hej, Dob­bin! - wołał jakiś mło­do­ciany dow­cip­niś. - W gaze­cie zna­la­złem dobrą nowinę. Cukier znowu dro­żeje.

- Jeżeli funt świec z bara­niego łoju kosz­tuje sie­dem i pół pensa - impro­wi­zo­wał ktoś inny zada­nie mate­ma­tyczne - ile musi kosz­to­wać cały Dob­bin?

Drwi­nom takim towa­rzy­szyły z reguły salwy śmie­chu, bo mali urwi­poł­cie mnie­mali słusz­nie, że deta­liczna sprze­daż arty­ku­łów spo­żyw­czo-mydlar­skich jest zaję­ciem hanieb­nym, god­nym lek­ce­wa­że­nia i pogardy praw­dzi­wych dżen­tel­me­nów.

- Słu­chaj, Osborne - rzekł Dob­bin do malca, który wywo­łał całą burzę. - Prze­cież i twój ojciec jest kup­cem.

- Mój ojciec jest dżen­tel­me­nem - brzmiała wynio­sła odpo­wiedź. - Ma karetę i wła­sne konie.

Wobec tego Wil­liam Dob­bin wyco­fał się do ustron­nej altany w głębi szkol­nego ogrodu i wolne popo­łu­dnie spę­dził na żało­snych medy­ta­cjach. Któż z nas nie przy­po­mina sobie owych bole­snych chwil dzie­cię­cej roz­pa­czy? Kto sil­niej niż chło­piec o szla­chet­nym sercu odczuwa nie­spra­wie­dli­wość i krzywdę, kogo bar­dziej boli lek­ce­wa­że­nie? W kim wszelka dobroć budzi żyw­szą, ser­decz­niej­szą wdzięcz­ność? Iluż takich poczciw­ców drę­czy się i ponie­wiera w imię bła­hych wia­do­mo­ści z mate­ma­tyki i kilku zdań w ohyd­nej szkol­nej łaci­nie?

Otóż Wil­liam Dob­bin nie potra­fił za żadną cenę opa­no­wać mowy sta­ro­żyt­nych Rzy­mian wyło­żo­nej prze­dziw­nie w etoń­skiej Gra­ma­tyce języka łaciń­skiego. W rezul­ta­cie nale­żał do naj­gor­szych uczniów sza­now­nego dok­tora Swi­sh­ta­ila i usta­wicz­nie dystan­so­wali go ubrani jesz­cze w dzie­cinne far­tuszki malcy o świe­żych, różo­wiut­kich buziach. Niby olbrzym w przy­cia­snym wel­we­to­wym ubra­niu masze­ro­wał rok po roku pośród naj­niż­szej klasy. Otę­pia­łym wzro­kiem spo­glą­dał wsty­dli­wie w zie­mię, a pod pachą dźwi­gał ele­men­tarz zdobny oślimi uszami. Drwili zeń wszy­scy - starsi i młodsi. Zaszy­wali i tak już za krót­kie rękawy jego wel­we­to­wej bluzy. Pod­ci­nali rze­mienne pasy jego łóżka. Usta­wiali wia­dra i ławki tak, by prze­wra­cał się o nie, czego, nawia­sem mówiąc, ni­gdy nie omiesz­kał uczy­nić. Pocztą prze­sy­łali mu paczki zawie­ra­jące rodzi­ciel­skie świece lub mydła. Nie było malca, który nie drę­czyłby Dob­bina-Fujary, on zaś - niemy i nie­szczę­śliwy - zno­sił wszystko bier­nie i cier­pli­wie.

Cuff znaj­do­wał się na prze­ciw­le­głym bie­gu­nie. Był hersz­tem szkoły i pierw­szym jej dan­dy­sem. Prze­my­cał wino, sta­czał bójki z miej­skimi ulicz­ni­kami. W każdą sobotę przy­jeż­dżał po niego wolant zaprzę­gnięty w kuce. Pod łóż­kiem prze­cho­wy­wał dłu­gie buty uży­wane pod­czas waka­cji do polo­wa­nia. Miał złoty repe­tier, a tabakę zaży­wał niczym sam John­son. Bywał w ope­rze i znał czo­ło­wych akto­rów, przed­kła­da­jąc pana Keana nad pana Kem­ble'a. Potra­fił przez godzinę recy­to­wać z pamięci łaciń­skich poetów. Potra­fił pisy­wać wier­sze po fran­cu­sku. Ba! Czego on nie potra­fił i czego nie mógł zro­bić! Krą­żyły słu­chy, że nawet pan Swi­sh­tail boi się tego ucznia!

Cuff - powszech­nie uznany król uczelni - rzą­dził swo­imi pod­da­nymi i ter­ro­ry­zo­wał ich z dostojną wyż­szo­ścią. Jeden czy­ścił mu buty, drugi przy­sma­żał grzanki, trzeci przez całe let­nie popo­łu­dnie musiał poda­wać piłki przy kry­kie­cie. Oczy­wi­ście Dob­bin-Fujara wzbu­dzał w nim naj­wyż­szą pogardę, toteż Cuff nader rzadko zaszczy­cał go roz­mową, cho­ciaż pośred­nio drę­czył i znie­wa­żał usta­wicz­nie. Ale pew­nego dnia doszło do oso­bi­stej scy­sji pomię­dzy dwoma mło­dymi dżen­tel­me­nami.

Fujara sie­dział w kla­sie i bie­dził się nad listem do domu, kiedy Cuff wszedł nie­dba­łym kro­kiem, aby wysłać kolegę po jakiś spra­wu­nek, zapewne sło­dy­cze lub ciastka.

- Nie mogę - odburk­nął Dob­bin. - Chcę skoń­czyć list.

- Nie możesz? - zdu­miał się herszt. - Ty nie możesz? Jutro napi­szesz do sta­rej pani Fuja­ro­wej. To chyba wystar­czy?

Z tymi słowy porwał ćwiartkę papieru. Wiele słów było tam prze­kre­ślo­nych, wiele napi­sa­nych z błę­dami. Ów list kosz­to­wał Dob­bina dużo myśli i pracy, i łez, gdyż był prze­zna­czony dla dobrej matki, która kochała syna, cho­ciaż była tylko żoną kupca spo­żyw­czo-mydlar­skiego i miesz­kała przy Tha­mes Street w ofi­cy­nie za skle­pem.

- Nie prze­zy­waj! - burk­nął Dob­bin i bar­dzo zde­ner­wo­wany wstał z ławki.

- No, idziesz czy nie idziesz? - zapy­tał pro­wo­dyr szkoły.

- Oddaj list - rzu­cił Dob­bin. - Dżen­tel­men nie czyta cudzych listów.

- No, idziesz czy nie idziesz? - powtó­rzył Cuff.

- Nie idę! A ty nie bij, bo łeb ci roz­walę! - ryk­nął Fujara i chwy­ciw­szy ciężki oło­wiany kała­marz, zro­bił tak srogą minę, że pan Cuff cof­nął się, opu­ścił pod­wi­nięte już rękawy, wsu­nął ręce w kie­sze­nie i wyszedł z lek­ce­wa­żą­cym uśmie­chem.

Od tej pory prze­stał zada­wać się ze skle­pi­kar­czy­kiem, lecz za ple­cami wyra­żał się o nim bar­dzo zło­śli­wie, czego - chcąc oddać temu mło­dzień­cowi pełną spra­wie­dli­wość - nie wolno nam prze­mil­czeć.

Po pew­nym cza­sie w sło­neczne let­nie popo­łu­dnie pan Cuff zna­lazł się w nie­da­le­kim sąsiedz­twie bied­nego Wil­liama Dob­bina, który leżąc pod drze­wem w szkol­nym ogro­dzie, brnął z wiel­kim tru­dem przez swój ulu­biony egzem­plarz Baśni z tysiąca i jed­nej nocy. Z dala od innych chłop­ców zaję­tych roz­ma­itymi grami spor­to­wymi Fujara był samotny i nie­mal szczę­śliwy. Ach! Gdyby pozo­sta­wiać dzieci bar­dziej samym sobie! Gdyby nauczy­ciele zechcieli mniej je drę­czyć, a rodzice prze­stali upar­cie nada­wać kie­ru­nek ich myślom i wywie­rać wpływ na uczu­cia. Wszak myśli i uczu­cia sta­no­wią dla nas wszyst­kich nie­zgłę­bioną tajem­nicę. Jak wiele wiemy o sobie nawza­jem? Jak wiele wiemy o naszych dzie­ciach, ojcach, sąsia­dach? Wyobraź­nię bied­nego, rzą­dzo­nego bez­li­to­śnie dziecka muszą zapeł­niać obrazy nie­po­rów­na­nie czyst­sze i pięk­niej­sze od tych, na jakie stać zepsute, doj­rzałe osoby, co owym chłop­cem czy dziew­czę­ciem wła­dają krzepką ręką. Gdyby, powta­rzam, rodzice i nauczy­ciele pozo­sta­wiali dzieci bar­dziej samym sobie, zapewne nie wyni­kłoby stąd nic złego, cho­ciaż mniej powszechna sta­łaby się wie­dza o nie­re­gu­lar­nych cza­sow­ni­kach łaciń­skich.

Otóż Wil­liam Dob­bin zapo­mniał chwi­lowo o całym świe­cie. Towa­rzy­szył Sind­ba­dowi Żegla­rzowi w wypra­wie do Doliny Dia­men­tów albo też wkra­czał z księ­ciem Ahme­dem do owej uro­czej groty, w któ­rej książę poznał wieszczkę Peri­banu i gdzie każdy z nas wybrałby się chęt­nie. Nagle z marzeń obu­dziły go piskliwe krzyki, jakie wydają zwy­kle pła­czące dzieci. Dob­bin pod­niósł wzrok i zoba­czył, że Cuff okłada małego chłopca.

Był to ten sam urwis, który puścił w kurs wia­do­mość o fir­mo­wym wehi­kule, ale Dob­bin nie umiał długo cho­wać urazy, zwłasz­cza do mniej­szych i słab­szych.

- Jak śmia­łeś, pętaku, roz­bić butelkę? - wołał Cuff, wywi­ja­jąc nad ofiarą żół­tym kijem do kry­kieta.

Chło­piec otrzy­mał do wyko­na­nia trudne zada­nie. Musiał prze­leźć mur szkolny (w miej­scu, gdzie usu­nięto ze szczytu tłu­czone szkło i w cegłach wydrą­żono wygodne wgłę­bie­nia), prze­biec ćwierć mili, kupić na kre­dyt pół kwarty rumo­wej lemo­niady, zmy­lić czuj­ność mno­gich szpie­gów dok­tora Swi­sh­ta­ila i wró­cić do szkoły tą samą drogą. W ostat­nim sta­dium ryzy­kow­nej wyprawy bie­da­kowi obsu­nęła się noga, cenna flaszka została stłu­czona, rumowa lemo­niada roz­lana, spodenki gońca poważ­nie uszko­dzone, a sam goniec, choć Bogu ducha winien, sta­nął przed groź­nym Cuf­fem z potulną i prze­ra­żoną miną.

- Jak śmia­łeś, pętaku, roz­bić butelkę? - grzmiał szkolny tyran. - Ty zasmar­kany zło­dzieju! Wypi­łeś rum, a teraz twier­dzisz, że butelka się stłu­kła. Wycią­gnij łapę, pętaku!

Kij do kry­kieta ze świ­stem spadł na otwartą dłoń dziecka. Roz­legł się roz­dzie­ra­jący krzyk. W tej wła­śnie chwili Dob­bin ode­rwał wzrok od książki. Wieszczka Peri­banu umknęła z księ­ciem Ahme­dem w mroczną głąb jaskini. Ptak Rok porwał Sind­bada Żegla­rza z Doliny Dia­men­tów i uniósł go wysoko w gęste chmury. Przed poczci­wym Wil­lia­mem roz­to­czył się obraz codzien­nego życia; duży chło­pak łoił bez powodu małego.

- Druga łapa, pętaku! - krzyk­nął Cuff do malca, któ­rego twarz wykrzy­wiał gry­mas bólu.

Dob­bin zadrżał. Dźwi­gnął się z murawy w swoim sta­rym, przy­cia­snym ubra­niu.

- Masz, ty zło­dzieju! Masz! - Kij zetknął się ponow­nie z ręką dziecka.

Łaskawe panie! Pro­szę się nie prze­ra­żać, nie odwra­cać zgor­szo­nego wzroku! Każdy chło­piec prze­ży­wał takie rze­czy w szkole. Wasi syno­wie na pewno biją albo są bici w bar­dzo zbli­żony spo­sób.

Jesz­cze raz kij prze­ciął powie­trze, a Wil­liam Dob­bin ruszył z miej­sca. Trudno odgad­nąć, co nim powo­do­wało. Prze­cież znę­ca­nie się nad kole­gami jest w szko­łach nie mniej roz­po­wszech­nione jak uży­wa­nie knuta w Rosji. Bunt prze­ciwko takiej tor­tu­rze ucho­dzi w pew­nym sen­sie za czyn nie­dżen­tel­meń­ski. Być może posępny duch Fujary doznał wstrząsu na widok bru­tal­nej tyra­nii. Być może w skry­to­ści serca chło­piec hołu­bił myśl o zemście i pra­gnął zmie­rzyć się z władcą i cie­mię­ży­cie­lem, co miał w szkole wszystko: zaszczyty, wła­dzę, chwałę, roz­wiane cho­rą­gwie, bicie w kotły, fan­fary i warty pre­zen­tu­jące broń. Tak czy ina­czej, Dob­bin sko­czył naprzód i krzyk­nął wiel­kim gło­sem:

- Odczep się, Cuff! Prze­stań tłuc tego malca albo ja ci...

- Albo ty mi co? - zapy­tał herszt, zdu­miony nie­ocze­ki­waną inter­wen­cją. - Wycią­gaj łapę, szcze­niaku!

- Spusz­czę ci takie lanie, jakiego nie dosta­łeś w życiu! - odpo­wie­dział Wil­liam na pierw­szą część krót­kiej prze­mowy.

Mały Osborne, zdy­szany i zapła­kany, spoj­rzał z podzi­wem i uwiel­bie­niem na ryce­rza, wystę­pu­ją­cego nagle w jego obro­nie. Cuff był pra­wie tak samo zdu­miony i zasko­czony. Wyobraźmy sobie naszego nie­od­ża­ło­wa­nego monar­chę, króla Jerzego III, w momen­cie gdy usły­szał o bun­cie pół­noc­no­ame­ry­kań­skich kolo­nii; wyobraźmy sobie potęż­nego Goliata, gdy nie­po­kaźny Dawid wystą­pił prze­ciwko niemu, a będziemy mieli wierny wize­ru­nek uczuć pana Regi­nalda Cuffa, który otrzy­mał tak nie­co­dzienne wyzwa­nie.

- Dobrze. Po godzi­nach zajęć - odrzekł tyran, odzy­skaw­szy mowę, a spoj­rzał przy tym tak, jak gdyby chciał dodać: "A tym­cza­sem spo­rządź ostat­nią wolę, a przy­ja­cio­łom prze­każ swoje ostat­nie życze­nia".

- Zgoda - powie­dział Dob­bin. - A ty, Osborne, musisz być moim sekun­dan­tem.

- Chęt­nie, jeżeli sobie życzysz - odparł malec dość chłodno, bo tro­chę wstyd mu było takiego ryce­rza; cóż, jego papa miał karetę i wła­sne konie.

Kiedy nade­szła wresz­cie wyzna­czona pora, malec bar­dzo nie­śmiało zawo­łał cien­kim gło­sem:

- Śmiało, Fujara! Naprzód!

Przez pierw­sze trzy rundy owego słyn­nego spo­tka­nia ani jeden z kole­gów nie pod­chwy­cił dys­kret­nego okrzyku. Oka­zały, dosko­nale przy­go­to­wany do walki Cuff miał od początku lek­ce­wa­żący uśmiech na ustach, poru­szał się lekko i nie­dbale, jak gdyby był na balu, obsy­py­wał nie­for­tun­nego prze­ciw­nika cio­sami i kil­ka­kroć roz­cią­gnął go na mura­wie. Po każ­dym takim upadku brzmiał trium­falny okrzyk i widzo­wie poczy­nali się spo­so­bić do zło­że­nia hołdu pogromcy.

Ale dostanę wały, jak się to wresz­cie skoń­czy! - myślał smęt­nie mały Osborne, pół­gło­sem zaś radził moco­dawcy, któ­rego pod­no­sił lojal­nie:

- Dał­byś lepiej spo­kój, Dob­bin. Pod­daj się. O co tu wal­czyć? O lanie? Prze­cież do tego przy­wy­kłem.

Ale Fujara drżał z pod­nie­ce­nia, par­skał gniew­nie i odsu­nąw­szy na bok nie­po­zor­nego sekun­danta, ruszył do czwar­tej rundy. Nie miał poję­cia, jak paro­wać ciosy, ule­gał więc dotych­czas, gdyż Cuff zaczy­nał atak i nie pozwa­lał prze­ciw­ni­kowi na prze­ję­cie ini­cja­tywy. Tym razem Dob­bin posta­no­wił zaata­ko­wać, a że był mań­ku­tem, puścił od razu w ruch potężne lewe ramię i dwu­krot­nie ugo­dził mistrza: raz w lewe oko, raz w kształtny rzym­ski nos. Ku nie lada zdu­mie­niu widowni Cuff poszedł na murawę.

- Jak Boga kocham! Czy­sta robota! - rzekł mały Osborne i z miną znawcy pokle­pał Fujarę po ple­cach. - Zawsze mówię: lewy sierp naj­lep­szy. Rób dalej swoje, chłop­cze.

Do końca walki lewy sierp Dob­bina czy­nił strasz­liwe spu­sto­sze­nie. Cuff walił się z nóg raz po raz, a pod koniec szó­stej rundy Fuja­rze doda­wało ducha nie­mal tyle gło­sów, co jego popu­lar­nemu prze­ciw­ni­kowi. Po dwu­na­stej run­dzie Cuff był, jak to się mówi, kom­plet­nie gotowy. Utra­cił całą rów­no­wagę umy­słu i wszelką zdol­ność do ataku lub obrony. Za to Dob­bin był teraz chłodny i roz­ważny niczym kwa­kier. Policzki miał bar­dzo blade, oczy błysz­czące i sze­roko otwarte, a krew ciek­nąca obfi­cie ze ska­le­czo­nej dol­nej wargi nada­wała jego mło­do­cia­nej twa­rzy wyraz groźny, przej­mu­jący zapewne obawą nie­jed­nego spo­śród widzów. Ale mimo wszystko dzielny prze­ciw­nik Fujary goto­wał się do trzy­na­stego star­cia.

Gdy­bym miał pióro Napiera11 lub był kore­spon­den­tem pisma "Bell's Life"12, spró­bo­wał­bym opi­sać ten sławny bój wła­ści­wie. Był to ostatni szturm gwar­dii (to zna­czy byłby, gdyby bitwa pod Water­loo roze­grała się wcze­śniej). Zwarte kolumny Neya obsa­dzają wzgó­rze La Haye Sainte zje­żone dzie­się­cioma tysią­cami bagne­tów i uwień­czone dwu­dziestką cesar­skich orłów. Roz­brzmiewa bojowy okrzyk obje­dzo­nych woło­winą Angli­ków, co jak lawina toczą się po stoku, aby nawią­zać z wro­giem strasz­liwą walkę wręcz! Krótko mówiąc, Cuff, cho­ciaż słaby i chwie­jący się na nogach, śmiało ruszył do walki, lecz skle­pi­kar­czyk puścił w ruch potężne lewe ramię, tra­fił w nos prze­ciw­nika i roz­cią­gnął go po raz ostatni.

- Myślę, że mu to star­czy - rzekł chłodno Fujara, gdy Cuff padł na murawę tak gładko, jak kula wytraw­nego bilar­dzi­sty wpada do luki.

Istot­nie, po wyli­cze­niu prze­pi­so­wego czasu pan Regi­nald Cuff nie miał siły ani ochoty, by dźwi­gnąć się raz jesz­cze.

Wszy­scy chłopcy pod­nie­śli taki wrzask na cześć Fujary, jak gdyby on był od początku ogól­nym fawo­ry­tem, i wywa­bili z kry­jówki samego dok­tora Swi­sh­ta­ila, który zapra­gnął poznać przy­czynę zamie­sza­nia. Stwier­dziw­szy, co się stało, peda­gog zagro­ził Dob­bi­nowi nie­co­dzienną chło­stą. Ale Cuff przy­szedł już do sie­bie i prze­my­wał wła­śnie rany, wypro­sto­wał się więc i rzekł po rycer­sku:

- To moja wina, panie dok­to­rze. Tłu­kłem młod­szego chłopca. Fuja... Dob­bin wystą­pił w jego obro­nie. Dosta­łem aku­rat tyle, ile mi się nale­żało.

Dzięki tej wspa­nia­ło­myśl­nej posta­wie mło­dzie­niec ura­to­wał nie tylko skórę swo­jego zwy­cięzcy, lecz rów­nież wła­sny pre­stiż wśród kole­gów, nie­mal już utra­cony skut­kiem nie­ocze­ki­wa­nej klę­ski.

Wyda­rze­nie to opi­sał mały Osborne w liście do rodzi­ciel­skiego domu:

Sugar­cane House, Rich­mond

Marzec 18.. r.

Kochana Mamu­siu!

Mam nadzieję, że Mamu­sia dobrze się czuje, i bar­dzo pro­szę o pla­cek i pięć szy­lin­gów. Była tutaj walka. Bili się Cuff i Dob­bin. Cuff, wie Mamu­sia, był dotąd naj­więk­szym zuchem w szkole. W trzy­na­stej run­dzie Dob­bin go poło­żył, a więc Cuff jest teraz tylko dru­gim zuchem. Posprze­czali się o mnie. Cuff tłukł mnie za to, że stłu­kłem butelkę mleka, a Dob­bin wystą­pił w mojej obro­nie. Prze­zy­wamy go Fujara. Jego ojciec ma sklep spo­żyw­czo-mydlar­ski: Dob­bin i Rudge, przy Tha­mes Street w City. Myślę, że ponie­waż on bił się w mojej obro­nie, powin­ni­śmy tam kupo­wać cukier i her­batę. Cuff jeź­dzi do domu w każdą sobotę, ale w tym tygo­dniu pewno nie poje­dzie, bo oboje oczu ma pod­bite. Przy­jeż­dża po niego sta­jenny na gnia­dej kla­czy i przy­pro­wa­dza bia­łego kucyka, na któ­rym Cuff jedzie do domu. Mam wielką ochotę, żeby Papa też kupił mi kucyka. Całuję Mamu­się, kocha­jący syn

Geo­rge Sedley Osborne

PS. Pozdro­wie­nia dla małej Amy. Robię dla niej dyli­żans z tek­tury. Pro­szę, żeby to nie były kru­che ciastka, tylko pla­cek ze śliw­kami.

Z racji gło­śnego zwy­cię­stwa Dob­bin urósł w opi­nii kole­gów, a epi­tet Fujara, pogar­dliwy dotych­czas, stał się rów­nie dobry jak każdy inny.

- Prze­cież on nie winien, że ma ojca kupca spo­żyw­czo-mydlar­skiego - orzekł Geo­rge Osborne, chło­piec mały, lecz bar­dzo popu­larny wśród mło­dzieży ze szkoły dok­tora Swi­sh­ta­ila.

Opi­nię tę przy­jęto z uzna­niem i jed­no­myśl­nie uchwa­lono, iż nie wypada doku­czać kole­dze z racji przy­pad­ko­wego uro­dze­nia w tej, a nie innej sfe­rze. Dob­bina nazy­wano na­dal Fujarą, lecz wyraz ten nabie­rał cie­płych, przy­ja­ciel­skich tonów i nie towa­rzy­szyły mu już zło­śliwe drwiny.

W zmie­nio­nych warun­kach Wil­liam z dnia na dzień nabie­rał ducha. Czy­nił zdu­mie­wa­jące postępy w naukach i rumie­nił się ze zdzi­wie­nia i rado­ści, gdy sam wynio­sły Cuff łaska­wie poma­gał mu zgłę­biać taj­niki łaciń­skich poetów i "obku­wał go" w godzi­nach rekre­acji. Dzięki byłemu prze­ciw­ni­kowi Dob­bin opu­ścił trium­fal­nie naj­niż­szą klasę i w śred­niej zdo­był zupeł­nie nie­złe miej­sce.

Oka­zało się, że uczeń tępy w naukach kla­sycz­nych może być zdolny do mate­ma­tyki. Ku ogól­nemu zado­wo­le­niu Fujara zdo­był w alge­brze trze­cie miej­sce i na otwar­tym egza­mi­nie czerw­co­wym otrzy­mał nagrodę w postaci fran­cu­skiej książki. Trzeba było widzieć twarz jego matki, gdy dostał Tele­maka13 (ów prze­śliczny romans) w obli­czu całej szkoły i rodzi­ców, i zgro­ma­dzo­nego licz­nie dobo­ro­wego towa­rzy­stwa. W dedy­ka­cji dok­tor Swi­sh­tail nazwał wycho­wanka "Gulielmo Dob­bin", sądząc zapewne, iż imię napi­sał po fran­cu­sku. Kole­dzy bili brawo ze szcze­rej sym­pa­tii, a Fujara, wra­ca­jąc na miej­sce, rumie­nił się, poty­kał, nie wie­dział, co zro­bić z wła­snymi rękami, i dep­tał po dro­dze cudze stopy. Stary Dob­bin po raz pierw­szy w życiu poczuł sza­cu­nek dla syna, obda­rzył go więc publicz­nie dwoma gwi­ne­ami, które Wil­liam wydał nie­mal w cało­ści na poże­gnalną ucztę dla kole­gów. Następ­nie wyje­chał na waka­cje i z począt­kiem nowego roku szkol­nego wró­cił w czar­nym sur­du­cie z dłu­gimi połami.

Dob­bin był zbyt skrom­nym mło­dzień­cem, aby korzystną zmianę sytu­acji przy­pi­sy­wać wła­snej męskiej posta­wie i odwa­dze. Wmó­wił sobie, że wszystko zawdzię­cza dobrym wpły­wom i poczci­wo­ści małego Geo­rge'a Osborne'a, począł więc darzyć młod­szego kolegę taką miło­ścią, na jaką stać jedy­nie dzieci. O podob­nych uczu­ciach czy­tamy w pięk­nych baśniach, a także w sta­rej fran­cu­skiej bal­la­dzie o Orso­nie14 i jego szla­chet­nym pogromcy Walen­ty­nie. Tak czy ina­czej, Wil­liam nie­mal na klęcz­kach wiel­bił młod­szego przy­ja­ciela i kochał go pło­mien­nie. Nawet przed zawar­ciem for­mal­nej zna­jo­mo­ści podzi­wiał skry­cie Osborne'a, ostat­nio zaś stał się jego sługą, psem, Pię­tasz­kiem. Uwa­żał Geo­rge'a za szczyt dosko­na­ło­ści. Widział w nim naj­przy­stoj­niej­szego, naj­dziel­niej­szego, naj­zdol­niej­szego, naj­szla­chet­niej­szego chłopca pod słoń­cem. Dzie­lił się z nim pie­niędzmi, obsy­py­wał go podar­kami w postaci scy­zo­ry­ków, piór­ni­ków, pie­czą­tek, cukier­ków, śpiew­nicz­ków i roman­tycz­nych ksią­żek z wiel­kimi, barw­nymi ilu­stra­cjami, które przed­sta­wiały ryce­rzy i zbój­ców. Wiele tych dzieł opa­trzo­nych dedy­ka­cją: "Panu Geo­rge'owi Sedley Osborne oddany przy­ja­ciel Wil­liam Dob­bin" prze­trwało do naszych cza­sów. Mały Osborne, jak wypa­dało oso­bi­sto­ści sto­ją­cej na wyż­szym szcze­blu towa­rzy­skim, przyj­mo­wał dobro­tli­wie te wszyst­kie dary i wyrazy hołdu.

W dzień prze­wi­dziany na wyprawę do ogro­dów Vau­xhall porucz­nik Osborne przy­był pod wie­czór na Rus­sell Squ­are i panią domu powi­tał takimi słowy:

- Łaskawa pani, mam nadzieję, że przy stole znaj­dzie się jedno miej­sce. Pozwo­li­łem sobie zapro­sić do pań­stwa na obiad Dob­bina z naszego pułku. Zapro­po­no­wa­łem mu także, aby towa­rzy­szył nam do Vau­xhall. To chło­pak pra­wie rów­nie skromny jak nasz Jos.

- Do dia­ska ze skrom­no­ścią! - obru­szył się tęgi dżen­tel­men, mie­rząc pannę Sharp zabój­czym wzro­kiem.

- On jest naprawdę skromny, a ty, Sedley, masz nie­po­rów­na­nie wię­cej wdzięku - roze­śmiał się Geo­rge. - Spo­tka­łem go w hotelu Bed­ford, dokąd wstą­pi­łem, by rozej­rzeć się za tobą. Powie­dzia­łem, że panna Ame­lia jest już w domu i dziś wybie­ramy się na lumpkę. Zapew­ni­łem go rów­nież, że pani Sedley wyba­czyła mu roz­bi­cie wazy z pon­czem na kin­der­balu. Pamięta pani tę kata­strofę sprzed sied­miu lat?

- Natu­ral­nie! - roze­śmiała się dobro­duszna matrona. - Cały poncz poszedł na szkar­łatną jedwabną suk­nię pani Fla­mingo! Cóż to był za nie­zgra­biasz! A jego sio­stry są nie­wiele lep­sze. Wczo­raj trzy z nich były z lady Dob­bin w High­bury Bam. Co one mają za figury! Dobry Boże!

- Pan ław­nik to straszny kre­zus, prawda? - pod­jął Osborne z nader chy­trą miną. - Nie sądzi pani, że jedna z córek byłaby dla mnie dosko­nałą par­tią?

- Także pomysł! - obru­szyła się dama. - A kto chciałby cie­bie z tą twoją żółtą twa­rzą?

- Moja twarz ma być żółta? Niech łaskawa pani poczeka tro­chę i obej­rzy Dob­bina. To dopiero cera! Trzy razy prze­cho­dził żółtą febrę: dwa w Nassau, a raz w Saint Kitt.

- Bar­dzo moż­liwe. Ale dla nas twoja cera jest wystar­cza­jąco żółta. Prawda, Amy?

Panna Ame­lia uśmiech­nęła się tylko, zapło­niła i spoj­rzała na inte­re­su­jąco bladą twarz porucz­nika i na piękne, lśniące, fali­ste, tro­skli­wie pie­lę­gno­wane ciemne fawo­ryty, o któ­rych sam młody czło­wiek miał bar­dzo wyso­kie mnie­ma­nie. W skry­to­ści małego ser­duszka pomy­ślała, że w armii jego kró­lew­skiej mości ani w całym sze­ro­kim świe­cie nie ma tak uro­dzi­wej twa­rzy i tak wspa­nia­łego boha­tera.

- Nic mi nie szko­dzi żółta cera kapi­tana Dob­bina i jego nie­śmia­łość - powie­działa. - Wiem, że zawsze będę go lubiła.

Dobra panienka miała po temu swoje racje. Prze­cież nie­zdarny Dob­bin był przy­ja­cie­lem i obrońcą Geo­rge'a!

- Trudno o sym­pa­tycz­niej­szego kolegę i lep­szego ofi­cera - pod­jął gorąco Osborne - choć natu­ral­nie Dob­bin nie jest Ado­ni­sem.

Mówiąc to, piękny porucz­nik naiw­nie zer­k­nął w stronę lustra, lecz odwró­cił wzrok i zaru­mie­nił się lekko, gdy dostrzegł zwró­cone ku sobie bystre spoj­rze­nie panny Sharp.

Ah, mon beau mon­sieur15 - pomy­ślała mała, prze­bie­gła żmijka. - Już wiem, co z cie­bie za ziółko.

Tegoż wie­czora panna Ame­lia, ubrana w białą muśli­nową toa­letę i gotowa na pod­bój Vau­xhall, wbie­gła lekko do salonu roz­śpie­wana jak skow­ro­nek i kwit­nąca niczym róża. Na powi­ta­nie jej wstał z fotela bar­dzo wysoki i cał­kiem nie­uro­dziwy dżen­tel­men o wiel­kich dło­niach, wiel­kich sto­pach i wiel­kich uszach ster­czą­cych pod czarną, krótko przy­strzy­żoną czu­pryną. W ohyd­nym woj­sko­wym fraku noszo­nym w owe lata i ze sto­so­wa­nym kape­lu­szem pod pachą ruszył w stronę dziew­czyny i zło­żył jej naj­niez­dar­niej­szy z nie­zdar­nych ukło­nów.

Był to kapi­tan Wil­liam Dob­bin z takiego to a takiego Pułku Kró­lew­skich Strzel­ców Pie­szych. Ostat­nio wró­cił z Indii Zachod­nich, gdzie cho­ro­wał na żółtą febrę, w cza­sie gdy liczni jego waleczni kole­dzy zdo­by­wali laury bojowe na Pół­wy­spie Ibe­ryj­skim.

Przy­by­cie swoje oznaj­mił koła­ta­niem do drzwi tak cichym i nie­śmia­łym, że panie nie mogły go usły­szeć w swo­ich poko­jach na gór­nym pię­trze. W prze­ciw­nym razie Ame­lia za nic nie wbie­głaby do salonu z pio­senką na ustach. Ale stało się! Słodki, świeży gło­sik tra­fił pro­sto do serca kapi­tana i zna­lazł tam wygodne gniazdko. Panienka wycią­gnęła rączkę do gościa, ów zaś pomy­ślał, nim zdą­żył ująć ją w swoją łapę:

Czy to moż­liwe? Pamię­tam cię jako małą dzie­wuszkę w różo­wej sukience. To było tak nie­dawno, w ów wie­czór, kiedy prze­wró­ci­łem wazę pon­czu, wkrótce po mojej nomi­na­cji. Więc ty jesteś tą młodą osóbką, co - jak mówi Geo­rge Osborne - chce się wydać za niego? Piękna, uro­cza istoto! Ten nic­poń wygra wielki los na lote­rii!

Wszystko to prze­mknęło przez głowę kapi­tana w chwili, gdy poda­wał rękę Ame­lii i opusz­czał na posadzkę swój sto­so­wany kape­lusz z pió­ro­pu­szem.

Histo­ria Wil­liama Dob­bina od ukoń­cze­nia szkoły do momentu ponow­nego z nim spo­tka­nia wyda się zapewne jasna domyśl­nemu czy­tel­ni­kowi, bo cho­ciaż nie została dokład­nie stresz­czona, wynika z roz­mów przy­to­czo­nych na ostat­nich stro­nach. Dob­bin ojciec - godny pogardy kupiec spo­żyw­czo-mydlar­ski - był obec­nie ław­ni­kiem mia­sta Lon­dynu, a zara­zem dowódcą Lon­dyń­skiego Pułku Lek­kiej Kawa­le­rii, pała­ją­cej gorą­cym pra­gnie­niem, by sta­wić czoło inwa­zji fran­cu­skiej. Oddział puł­kow­nika Dob­bina, w któ­rym sam stary Osborne był nic nie­zna­czą­cym kapra­lem, dobrze się spi­sał w cza­sie parady w obli­czu króla i księ­cia Yorku, a puł­kow­nik-ław­nik otrzy­mał tytuł szla­checki w nagrodę. Nie­ba­wem jego syn zacią­gnął się do woj­ska, a Geo­rge Osborne podą­żył śla­dem przy­ja­ciela do tego samego pułku. Razem słu­żyli w Indiach Zachod­nich i w Kana­dzie. Pułk wró­cił nie­dawno do kraju, a miłość Wil­liama Dob­bina do Geo­rge'a Osborne'a wytrzy­mała próbę czasu i była na­dal rów­nie gorąca i szla­chetna jak w uczniow­skich latach.

Nie­ba­wem całe godne towa­rzy­stwo sia­dło do stołu. Przy obie­dzie toczyła się roz­mowa o woj­nie i trium­fach bry­tyj­skiego oręża, o Kor­sy­ka­ni­nie i lor­dzie Wel­ling­to­nie, i naj­śwież­szym wyda­niu "Lon­don Gazette". W owym cza­sie każdy numer tego cza­so­pi­sma przy­no­sił wia­do­mo­ści o zwy­cię­stwach, a więc dwaj mło­dzi, dzielni ofi­ce­ro­wie pra­gnęli, by ich nazwi­ska tra­fiły rów­nież na zaszczytną listę, i prze­kli­nali zły los, co kazał im słu­żyć w pułku omi­ja­nym stale przez skrzy­dła sławy. Pod­czas tych wzru­sza­ją­cych roz­mów oczy Becky rzu­cały bły­ska­wice, lecz trwoż­liwa Ame­lia przy­słu­chi­wała się w mil­cze­niu, chwi­lami zaś bla­dła i była bli­ska omdle­nia. Pan Jos nie ską­pił aneg­dot o swych polo­wa­niach na tygrysy, dopro­wa­dził do końca opo­wieść o pan­nie Cutler i leka­rzu woj­sko­wym Lance, wszyst­kimi potra­wami czę­sto­wał pannę Sharp, a sam żarł i pił obfi­cie.

Kiedy damy wsta­wały od stołu, poborca z Bog­gley Wol­lah zerwał się rów­nież i z zabój­czym wdzię­kiem sko­czył, by drzwi otwo­rzyć. Następ­nie wró­cił na miej­sce i ner­wowo począł nale­wać sobie jeden kie­li­szek wina po dru­gim.

- Przy­go­to­wuje się do natar­cia - szep­nął Osborne Dob­bi­nowi, gdy nade­szła wresz­cie sto­sowna pora i kareta zaje­chała przed ganek, aby zabrać do Vau­xhall młode towa­rzy­stwo.

VI. Vau­xhall

VI

Vau­xhall

Dokład­nie zdaję sobie sprawę, że przy­gry­wam bar­dzo ckli­wie, cho­ciaż rychło nastąpi kilka wstrzą­sa­ją­cych roz­dzia­łów. Pro­szę jed­nak pamię­tać, łaskawy czy­tel­niku, że na razie mamy do czy­nie­nia jedy­nie z rodziną maklera gieł­do­wego, rezy­du­jącą przy Rus­sell Squ­are. Boha­te­ro­wie nasi odby­wają prze­jażdżki, jedzą śnia­da­nia i obiady, roz­ma­wiają i kochają się na podo­bień­stwo zwy­czaj­nych ludzi w życiu codzien­nym, a postę­pów ich uczuć nie zna­czą nie­zwy­kłe lub tra­giczne wyda­rze­nia. Jak przed­sta­wia się sytu­acja? Osborne - zako­chany w Ame­lii - popro­sił sta­rego przy­ja­ciela na obiad w rodzin­nym kółku i do Vau­xhall. Jos Sedley ulega wdzię­kom Rebeki. Poślubi ją czy nie poślubi? Oto kwe­stia naj­istot­niej­sza w danej chwili.

Temat mogli­by­śmy oczy­wi­ście potrak­to­wać na modłę wytworną albo roman­tyczną, albo humo­ry­stycz­nie-żar­to­bliwą. Gdy­by­śmy na przy­kład prze­nie­śli teren akcji w oko­lice Gro­sve­nor Squ­are, wiele osób inte­re­so­wa­łoby się nie­po­rów­na­nie żywiej tym opo­wia­da­niem. Opi­sy­wa­li­by­śmy wów­czas kwie­ci­ście, jak to lord Joseph Sedley kocha się na umór, a mar­kiz Osborne zabiega o rękę lady Ame­lii i w pełni korzy­sta z popar­cia szla­chet­nego rodzica wybranki - jaśnie oświe­co­nego księ­cia. Nic też nie stoi na prze­szko­dzie, by - miast wzle­cieć ku naj­wyż­szym szczy­tom towa­rzy­skim - zstą­pić zupeł­nie nisko, opi­su­jąc to, co dzieje się w kuchni pana Sedleya. Czarny Sambo, kocha­nek kucharki (co zgodne jest z prawdą), sta­cza o nią zacie­kłą walkę ze stan­gre­tem. Chło­piec kre­den­sowy zostaje przy­ła­pany na kra­dzieży łopatki bara­niej, a nowa poko­jówka panny Sedley domaga się wosko­wej świecy do swo­jego pokoju. Tego rodzaju przy­padki spro­wo­ko­wa­łyby na pewno grom­kie wybu­chy śmie­chu i w oczach czy­tel­nika ucho­dzi­łyby za scenki wzięte z życia. Rów­nie dobrze mogli­by­śmy odwo­łać się do grozy i okrop­no­ści. Kochan­kiem poko­jówki jest zawo­dowy ban­dyta, który na czele swo­jej bandy wła­muje się do domu, mor­duje czar­nego Sambo u stóp jego pana i porywa piękną Ame­lię w noc­nej koszuli, aby zwró­cić jej wol­ność dopiero w trze­cim tomie. Łatwo byłoby wtedy snuć strasz­liwą opo­wieść, podzie­loną na przej­mu­jące dresz­czem roz­działy, które czy­tel­nik prze­bie­gałby wzro­kiem, tłu­miąc pospieszny oddech. Ale moi czy­tel­nicy nie powinni się spo­dzie­wać tak roman­tycz­nych przy­gód, tylko cał­kiem zwy­kłego opo­wia­da­nia i muszą się zado­wo­lić roz­dzia­łem o Vau­xhall tak nie­zwy­kle krót­kim, że nie zasłu­guje chyba na to miano. Wszak każdy z nas ma w swym życiu takie błahe na pozór roz­działy, co wpły­wają zna­mien­nie na cały dal­szy prze­bieg jego lub jej losów.

Wsiądźmy zatem do karety wraz z towa­rzy­stwem z Rus­sell Squ­are i dotrzy­majmy mu kom­pa­nii w dro­dze do Vau­xhall. Przed­nią ławeczkę wypeł­niali cał­ko­wi­cie Rebecca i pan Joseph Sedley, a naprze­ciwko nich młody Osborne wbił się jak klin mię­dzy Ame­lię a kapi­tana Dob­bina.

Wszy­scy byli głę­boko prze­ko­nani, że jesz­cze tego wie­czoru poborca z Bog­gley Wol­lah zapro­po­nuje pan­nie Rebece Sharp, by została panią Sedley. Pozo­stali w domu rodzice rów­nież zda­wali sobie z tego sprawę i mówiąc mię­dzy nami, star­szy dżen­tel­men odczu­wał dla syna coś bar­dzo zbli­żo­nego do pogardy. Mówił, że Jos jest próżny, samo­lubny, leniwy i znie­wie­ściały. Nie cier­piał jego tonów i min świa­towca, a z jego nie­mą­drych, cheł­pli­wych opo­wia­stek śmiał się do roz­puku.

- Zosta­wię temu dur­niowi połowę majątku, cho­ciaż ma pod dostat­kiem wła­snych pie­nię­dzy - mówił do żony. - Ale jestem pewien, że gdy­bym umarł jutro wraz z tobą i Amy, on powie­działby tylko: "Jak Boga kocham!" i naj­spo­koj­niej zjadł obiad. Wobec tego nie myślę zawra­cać sobie głowy jego spra­wami. Niech się żeni, z kim chce. Nie mój inte­res.

Nato­miast panna Ame­lia - jak przy­stało mło­dej oso­bie o takim sercu i umy­śle - entu­zja­zmo­wała się przy­szłym mał­żeń­stwem brata. Kil­ka­krot­nie gru­bas miał zamiar powie­dzieć jej coś bar­dzo waż­nego, czego wysłu­cha­łaby nader chęt­nie, lecz nie mógł zdo­być się na wyja­śnie­nie wiel­kiej tajem­nicy i ku wiel­kiemu roz­cza­ro­wa­niu sio­stry doby­wał tylko z piersi głę­bo­kie wes­tchnie­nie i odcho­dził bez słowa.

Ta "wielka tajem­nica" utrzy­my­wała pannę Sedley w sta­nie cią­głego pod­nie­ce­nia. Z przy­ja­ciółką nie roz­ma­wiała wpraw­dzie na draż­liwy temat, lecz wyna­gra­dzała to sobie dłu­gimi, pouf­nymi gawę­dami z panią Blen­kin­sop. Gospo­dyni napo­mknęła o inte­re­su­ją­cej spra­wie poko­jo­wej, ta zaś nie mogła zacho­wać sekretu przed kucharką, za któ­rej pośred­nic­twem nowina dotarła do wszyst­kich oko­licz­nych kup­ców i skle­pi­ka­rzy, i kon­kury pana Jose­pha Sedleya stały się kwe­stią oma­wianą żywo w małym światku Rus­sell Squ­are.

Pani Sedley była natu­ral­nie zda­nia, że jej syn popełni meza­lians, żeniąc się z córką mala­rza. Wsze­lako pani Blen­kin­sop repre­zen­to­wała odmienny pogląd.

- Mój Boże, pro­szę pani - dowo­dziła z prze­ję­ciem. - Prze­cież i my mie­li­śmy tylko skle­pik, jak pan Sedley żenił się z nami. A pan Sedley był pisar­kiem w kan­to­rze maklera gieł­do­wego. Razem mie­li­śmy nie­całe pięć­set fun­tów. A teraz co? Jeste­śmy bar­dzo bogaci.

Ame­lia bez zastrze­żeń godziła się z gospo­dy­nią, a zacna pani Sedley kapi­tu­lo­wała stop­niowo.

Ojciec rodziny zacho­wy­wał roz­ważną neu­tral­ność.

- Niech Jos żeni się, z kim chce. Nie mój inte­res - powta­rzał. - Ta mała nie ma posagu, ale nie miała go też pani Sedley. Wydaje się wesoła i roz­tropna, może więc utrzyma bęcwała w ryzach. Moja droga, wolę ją niż czarną synową i pół tuzina wnu­ków o cze­ko­la­do­wej cerze.

A zatem los uśmie­chał się do panny Sharp. Idąc do stołu, wspie­rała dłoń na ręce poborcy z Bog­gley Wol­lah, sia­dała obok niego na koźle szy­kow­nej kariolki (straszny był to dan­dys, gdy godny, sztywny, nadęty powo­ził parą swo­ich siw­ków!), a całe oto­cze­nie uwa­żało te poczy­na­nia za coś oczy­wi­stego i cho­ciaż nikt nie mówił słowa na temat rychłego mariażu, wszy­scy się z nim liczyli. Jed­nego jesz­cze ocze­ki­wała Rebecca: for­mal­nych oświad­czyn. Ach, jak bole­śnie odczu­wała teraz brak matki - dobrej, kocha­ją­cej i kocha­nej matki - co w dzie­sięć minut ubi­łaby inte­res i pod­czas krót­kiej, ser­decz­nej roz­mówki łatwo dobyła wyzna­nie z ust wsty­dli­wego mło­dzieńca.

Tak przed­sta­wiała się sytu­acja ogólna, gdy kareta jechała przez most West­min­ster­ski.

W odpo­wied­niej porze młode towa­rzy­stwo przy­było do Royal Gar­dens. Maje­sta­tyczny Jos pierw­szy wysiadł z fami­lij­nego wehi­kułu, a skoro ów zaskrzy­piał pod jego cię­ża­rem, tłum gapiów wzniósł gromki okrzyk na cześć spa­sio­nego dżen­tel­mena. Poborca z Bog­gley Wol­lah zaru­mie­nił się mocno i z Rebeccą u boku ruszył przed sie­bie bar­dzo god­nie i sta­tecz­nie. Oczy­wi­ście, Geo­rge Osborne zaopie­ko­wał się Ame­lią, która wyglą­dała tak pięk­nie i rado­śnie jak krzew różany w słońcu.

- Dob­bi­nie, mój stary - powie­dział Geo­rge do przy­ja­ciela - bądź no tak dobry i zaopie­kuj się sza­lami.

Kiedy więc piękny porucz­nik dotrzy­my­wał kom­pa­nii Ame­lii, a oka­zały Jos, wio­dąc pod rękę pannę Sharp, toro­wał sobie drogę w tłoku, zacnemu Dob­bi­nowi musiało wystar­czyć towa­rzy­stwo szali, na pocie­chę zaś mógł tylko ure­gu­lo­wać całą należ­ność za wej­ście.

Nader skrom­nie trzy­mał się na ubo­czu, gdyż nie chciał psuć zabawy. O sprawy Jose­pha i Rebeki nie dbał ni tro­chę, uwa­żał jed­nak, że Ame­lia godna jest nawet czło­wieka tak nie­po­rów­na­nego jak sam Geo­rge Osborne. Pięk­nie dobrana para prze­cha­dzała się z wdzię­kiem par­ko­wymi alej­kami, a poczciwy kapi­tan patrzył na naiwną, roz­ba­wioną panienkę jak urze­czony i z nie­mal rodzi­ciel­ską tkli­wo­ścią. Zapewne chciałby czuć na ramie­niu coś wię­cej prócz szala, zwłasz­cza w momen­tach, kiedy publicz­ność chi­cho­tała na widok nie­zdar­nego ofi­cera dźwi­ga­ją­cego czy­sto nie­wie­ści bagaż. Ale kapi­tan Wil­liam Dob­bin nie fol­go­wał na ogół samo­lub­nym myślom, obec­nie zaś musiał się cie­szyć, ponie­waż jego przy­ja­cie­lowi dopi­sy­wał humor. Prawdę mówiąc, nie widział wszyst­kich uro­ków Vau­xhall i abso­lut­nie nie zwra­cał na nie uwagi. A było na co patrzeć! Setki tysięcy lamp i latarń siały wspa­niałe bla­ski. W samym środku Royal Gar­dens, pod wielką zło­coną muszlą, muzy­kanci w kape­lu­szach z pió­rami wygry­wali skoczne melo­die, a śpie­waczki i śpie­wacy cza­ro­wali słuch bal­la­dami i pio­sen­kami zarówno sen­ty­men­tal­nymi, jak komicz­nymi. Lon­dyń­ski ludek popi­sy­wał się tań­cami wśród dzi­kich sko­ków, potrą­ca­nia się i śmie­chu. Kapi­tan Wil­liam Dob­bin nie sły­szał hucz­nych zapo­wie­dzi gło­szą­cych, że madame Saqui zamie­rza wspiąć się wkrótce na linę zawie­szoną w powie­trzu i strze­la­jącą ku gwiaz­dom. Nie widział pustel­nika prze­sia­du­ją­cego cier­pli­wie w ilu­mi­no­wa­nym ere­mie ani cie­ni­stych ście­żek sprzy­ja­ją­cych gawę­dom czu­łych kochan­ków, ani kufli por­teru, roz­no­szo­nych przez kel­ne­rów w wyświech­ta­nej libe­rii, ani jaskrawo malo­wa­nych lóż, gdzie bie­siad­nicy spo­ży­wają cien­kie płatki szynki, ani łagod­nego Simp­sona, tego poczci­wie uśmie­cha­ją­cego się idioty, który chyba i wów­czas patro­no­wał zaba­wie. Młody ofi­cer nie widział, nie sły­szał tego wszyst­kiego. Spo­koj­nie obno­sił biały kasz­mi­rowy szal Ame­lii, a mija­jąc wielką, zło­coną muszlę, gdzie pani Sal­mon śpie­wała wła­śnie Bitwę pod Boro­dino (boha­ter­ską kan­tatę prze­ciwko kor­sy­kań­skiemu uzur­pa­to­rowi, któ­rego nie­dawno spo­tkały nie­po­wo­dze­nia w Rosji), chciał zanu­cić tę pieśń bojową, lecz zorien­to­wał się szybko, że pomru­kuje melo­dyjkę, z którą panna Sedley wbie­gła tego dnia do salonu.

Kapi­tan Wil­liam Dob­bin umilkł i roze­śmiał się sam z sie­bie, bo, mówiąc szcze­rze, głos miał nie lep­szy niż sowa.

Dwie młode pary z Rus­sell Squ­are posta­no­wiły oczy­wi­ście, że wspól­nie spę­dzą cały wie­czór, po to jedy­nie, by zgu­bić się w ciągu pierw­szego kwa­dransa. W Vau­xhall podobny los czeka wszyst­kie pary, które spo­ty­kają się dopiero w porze kola­cji i wów­czas opo­wia­dają sobie nawza­jem o przy­go­dach minio­nych godzin.

Jakież były przy­gody pana Osborne'a i uro­czej Ame­lii? To tajem­nica. Na pewno jed­nak ci dwoje spę­dzili czas przy­jem­nie i zacho­wy­wali się nader popraw­nie. Należy pamię­tać, że od pięt­na­stu lat przy­wy­kli do sie­bie, a więc sam na sam nie sta­no­wiło dla nich atrak­cyj­nej nowo­ści.

Kiedy jed­nak panna Sharp i jej zażywny kawa­ler uto­nęli w mro­kach alejki (gdzie błą­dziło nie wię­cej niż sto podob­nych im par), oby­dwoje odczuli, że sytu­acja brze­mienna jest czu­ło­ścią, moment kry­tyczny bli­ski, a Becky pomy­ślała, że teraz lub ni­gdy spro­wo­kuje wyzna­nie drżące na lękli­wych war­gach poborcy z Bog­gley Wol­lah. Poprzed­nio oglą­dali pano­ramę Moskwy i w ści­sku jakiś gru­bia­nin nastą­pił na nóżkę panny Sharp. Dziew­czyna pisnęła z cicha i cof­nęła się pro­sto w ramiona pana Jose­pha Sedleya. Drobne to wyda­rze­nie roz­czu­liło go i ośmie­liło do tego stop­nia, że gru­bas z nie­zwy­kłą swadą i co naj­mniej po raz szó­sty opo­wie­dział towa­rzyszce kilka swo­ich naj­lep­szych aneg­dot z Indii.

- Ach, jak bar­dzo, bar­dzo pra­gnę­ła­bym zoba­czyć Indie! - wes­tchnęła panna Sharp.

- Pra­gnę­łaby pani? - powie­dział Jos tonem zabój­czej czu­ło­ści i nie­wąt­pli­wie pyta­nie to uzu­peł­niłby następ­nym, jesz­cze bar­dziej czu­łym, gdyż sapał i dyszał ciężko, a dłoń Becky znaj­du­jąca się w pobliżu jego serca wyczu­wała gwał­towne i nie­re­gu­larne bicie tego szla­chet­nego organu.

Nie­stety! W owym kry­tycz­nym momen­cie zabrzmiał dzwon oznaj­mu­jący ognie sztuczne, tłum się ruszył i zako­ły­sał, i chcąc nie chcąc, młoda para musiała popły­nąć z wart­kim nur­tem do wspól­nego wszyst­kim celu.

Kapi­tan Dob­bin - znu­dzony po tro­sze dostęp­nymi mu w Vau­xhall roz­ryw­kami - zamie­rzał przy­łą­czyć się do towa­rzy­stwa w cza­sie kola­cji, lecz nikt nie zwró­cił nań uwagi, cho­ciaż dwu­krot­nie przede­fi­lo­wał obok loży, w któ­rej połą­czyły się zabłą­kane pary. Nad sto­łem nakry­tym na cztery osoby wartko pły­nęła wesoła roz­mowa, wobec czego bie­dak odgadł bez trudu, że zapo­mniano o nim tak dokład­nie, jak gdyby ni­gdy na świat się nie naro­dził.

- Był­bym pią­tym kołem u wozu - mruk­nął, spo­glą­da­jąc zazdro­śnie na roz­ba­wioną lożę. - Lepiej pójdę obej­rzeć pustel­nika.

Z tymi słowy odwró­cił się od gwaru ludz­kich gło­sów i roz­gar­dia­szu bie­siady, aby cie­ni­stą ścieżką zawę­dro­wać przed chatę, w któ­rej miesz­kał ów dosko­nale wszyst­kim znany samot­nik. Nie­wiele to pomo­gło i biedny Dob­bin nie odzy­skał dobrego humoru, czemu nie należy się dzi­wić, gdyż wiem z wła­snego doświad­cze­nia, że samotna wędrówka po Vau­xhall jest naj­gor­szą zabawą, jaką może sobie wymy­ślić kawa­ler.

Tym­cza­sem w restau­ra­cyj­nej loży dwie młode pary bawiły się wybor­nie i roz­ma­wiały nader żywo i dow­cip­nie. Joseph Sedley był naprawdę w swoim żywiole. Wład­czym tonem rzu­cał roz­kazy kel­ne­rom, wła­sno­ręcz­nie przy­pra­wiał sałatę, wła­sno­ręcz­nie odkor­ko­wy­wał butelki szam­pana, wła­sno­ręcz­nie ćwiar­to­wał kur­częta i sam wypi­jał albo zja­dał nie­mal wszystko, co zna­la­zło się na stole. Wresz­cie począł doma­gać się wazy ara­ko­wego pon­czu. Wszak w Vau­xhall wszy­scy piją ara­kowy poncz!

- Kel­ner! Hej, kel­ner! Dawaj ara­kowy poncz!

Ten wła­śnie napój stał się przy­czyną dal­szego ciągu naszej kro­niki. Nic w tym dziw­nego. Czara ara­ko­wego pon­czu może być rów­nie dobrą przy­czyną jak cokol­wiek innego. Prze­cież czara kwasu pru­skiego była przy­czyną roz­sta­nia się z tym świa­tem Pięk­nej Roza­mundy16. Czara wina spo­wo­do­wała przed­wcze­sny zgon Alek­san­dra Wiel­kiego - a przy­naj­mniej takiego zda­nia jest uczony dok­tor Lem­priere17. Podob­nie czara ara­ko­wego pon­czu wywarła zna­mienny wpływ na losy boha­te­rów "powie­ści bez boha­tera" i odmie­niła bieg ich życia, jak­kol­wiek więk­szość z nich nawet nie tknęła ustami zgub­nego trunku.

Damy nie piły go oczy­wi­ście, a Geo­rge Osborne bar­dzo go nie lubił. W rezul­ta­cie otyły sma­kosz i obżar­tuch wysą­czył całą zawar­tość wazy, co wywo­łało w nim zdu­mie­wa­jące oży­wie­nie, które stało się wkrótce kło­po­tliwe i nie­miłe. Jos począł gadać i chi­cho­tać tak gło­śno, że ku wiel­kiemu zmie­sza­niu swo­jego Bogu ducha win­nego towa­rzy­stwa zgro­ma­dził wokół loży dzie­siątki słu­cha­czy. Jak gdyby nie dość tego było, jął śpie­wać rzewną pio­senkę. Fał­szy­wym dysz­kan­tem, cha­rak­te­ry­stycz­nym dla pod­chmie­lo­nych dżen­tel­me­nów, odcią­gał publicz­ność zgro­ma­dzoną koło orkie­stry przed pozła­caną muszlą i od coraz licz­niej­szych słu­cha­czy dosta­wał raz po raz huczne okla­ski.

- Brawo, tłu­ścioch! Brawo!

- Bis! Bis!

- Śpiewa jak Daniel Lam­bert.

- Co za talia! Tylko go ubrać w cyr­kowe try­koty! - zawo­łał jakiś dow­cip­niś ku nie­zmier­nemu zakło­po­ta­niu mło­dych dam i iry­ta­cji Geo­rge'a Osborne'a.

- Na miłość boską, Jos! Kończmy już i chodźmy! - zawo­łał młody ofi­cer, a panienki wstały z miej­sca.

- Stój! Stój! Pocze­kaj! Moja naj-naj-naj-uko­chań­sza pie-pie-piesz­czo­teczko! Du-du-du-duszyczko! - darł się poborca z Bog­gley Wol­lah, waleczny teraz jak lew.

Mocno obej­mo­wał wpół Rebeccę, ta zaś sza­mo­tała się i pró­bo­wała się oswo­bo­dzić, nie mogła jed­nak wyrwać ręki z krzep­kiego uści­sku. Gapie recho­tali coraz gło­śniej, a Jos pił, zale­cał się, śpie­wał, mru­gał zna­cząco w stronę widzów i wywi­ja­jąc kie­li­chem, pro­po­no­wał wszyst­kim razem i każ­demu z osobna, by skosz­to­wali jego pon­czu. Pan Osborne zamie­rzał wła­śnie dać kuk­sańca jed­nemu dżen­tel­me­nowi w butach z cho­le­wami, który serio potrak­to­wał zapro­sze­nie, i awan­tura zda­wała się nie­unik­niona, gdy na sce­nie zja­wił się w samą porę kapi­tan Dob­bin, odby­wa­jący dotąd spa­cery po parku.

- Na bok, hołota! - rzu­cił, roz­trą­ca­jąc łok­ciem pokaźne zbie­go­wi­sko.

Gapie pierzch­nęli na widok sro­giej miny i trój­gra­nia­stego kape­lu­sza z pió­ro­pu­szem, a ofi­cer, wielce wzbu­rzony, wkro­czył do loży.

- Na Boga, Dob­bi­nie! Gdzie się podzie­wa­łeś? - krzyk­nął Osborne i chwy­ciw­szy biały kasz­mir­ski szal, otu­lił nim Ame­lię. - Może choć teraz będzie z cie­bie korzyść! Zaj­mij się tym osłem, a ja odpro­wa­dzę damy do karety!

Jos jął pro­te­sto­wać, ale Osborne pchnął go jed­nym pal­cem i posa­dził na fotelu, dzięki czemu mógł odsta­wić panie w bez­pieczne miej­sce. Poborca z Bog­gley Wol­lah sapał, dyszał, posy­łał odcho­dzą­cej trójce całusy i wołał gło­sem prze­ry­wa­nym czkawką:

- Bóg z wami! Bóg z wami!

Potem ucze­pił się ramie­nia nie­szczę­snego Dob­bina i - pła­cząc gorzko - wyznał mu swoje sekrety miło­sne. Kocha, uwiel­bia to dzie­cię, które przed chwilą ode­szło! Kocha małą Becky, wie jed­nak, że zła­mał jej serce, bo postę­po­wał nie­god­nie. Ale to furda! Jutro rano weź­mie z nią ślub w kościele Świę­tego Jerzego przy Han­no­ver Squ­are!

- Jak Boga kocham! - wrzesz­czał. - Jutro rano! U Świę­tego Jerzego przy Han­no­ver Squ­are! Zaraz jadę do Lam­beth! Żebym miał drzwi wywa­lić, obu­dzę arcy­bi­skupa Can­ter­bury! Jak Boga kocham! Niech czeka w pogo­to­wiu!

Kapi­tan Dob­bin sko­rzy­stał z tego pomy­słu i chy­trze wywiódł gru­basa z Vau­xhall, aby udać się pro­sto do pałacu arcy­bi­sku­piego w Lam­beth. Skoro zna­lazł się z nim za bramą, bez trudu usa­do­wił pijaka w dorożce i dowiózł cało do jego kawa­ler­skich apar­ta­men­tów.

Tym­cza­sem Osborne odtran­spor­to­wał panie, a kiedy zamknęły się za nimi drzwi domu, wra­cał pie­szo przez Rus­sell Squ­are i śmiał się tak ocho­czo, że dzi­wiło to straż­ni­ków noc­nych.

Wcho­dząc na schody, Ame­lia posęp­nie spo­glą­dała na przy­ja­ciółkę, a na pię­trze poca­ło­wała ją i bez słowa udała się na spo­czy­nek.

Jutro musi się oświad­czyć - medy­to­wała Rebecca. - Cztery razy nazwał mnie uko­cha­niem swo­jej duszy. Ści­skał mi rękę w obec­no­ści Ame­lii. Jutro musi mi się oświad­czyć.

Podob­nego zda­nia była panna Sedley. Myślała o dniu następ­nym, ponadto zaś o toa­le­cie, w któ­rej wystąpi jako druhna, o pre­zen­tach dla uro­czej mło­dej bra­to­wej, o obrzę­dzie dru­gich zaślu­bin, kiedy to jej przy­pad­nie główna rola... o wielu, bar­dzo wielu roz­ma­itych spra­wach.

Nie­mą­dre, naiwne istoty! Jak mało wie­cie o skut­kach ara­ko­wego pon­czu! Wie­czorny zamęt w gło­wie jest niczym wobec tor­tur następ­nego ranka. Jako męż­czy­zna i czło­wiek doświad­czony mogę zarę­czyć, że nie ma migreny dorów­nu­ją­cej migre­nie po pon­czu w Vau­xhall. Po dwu­dzie­stu latach nie zapo­mnia­łem bole­snych następstw dwóch kie­lisz­ków. Hono­rem ręczę: dwóch! i to od wina! A Joseph Sedley, tłu­ścioch ciężko chory na wątrobę, wytrą­bił co naj­mniej kwartę tej ohyd­nej cie­czy!

Następny ranek (który, jak sądziła Rebecca, miał jej przy­nieść uśmiech for­tuny) zastał Jose­pha w nie­opi­sa­nej męce i usły­szał jego żało­sne jęki. Wody sodo­wej nie wyna­le­ziono jesz­cze i lek­kie piwo ucho­dziło za jedyny napój neu­tra­li­zu­jący skutki hulasz­czych nocy. Kiedy więc Geo­rge Osborne wszedł do jego pokoju, poborca z Bog­gley Wol­lah wił się na sofie i z nie­sma­kiem popi­jał ów nie­szko­dliwy tru­nek. Dob­bin był już obecny i poczci­wie pie­lę­gno­wał bie­daka, któ­rym zaopie­ko­wał się poprzed­niego wie­czora. Dwaj ofi­ce­ro­wie patrzyli na powa­lo­nego Bachusa, następ­nie zaś wymie­niali zna­czące uśmie­chy pełne nie­ogra­ni­czo­nego współ­czu­cia. Nawet lokaj pana Sedleya - męż­czy­zna o minie i posta­wie kara­wa­nia­rza i z reguły nie­na­gan­nie poprawny - z tru­dem pano­wał nad swą ponurą gębą, obser­wu­jąc nie­for­tun­nego chle­bo­dawcę.

- Pan Sedley strasz­nie się wczo­raj awan­tu­ro­wał - szep­tał pouf­nie Geo­rge'owi Osborne'owi, gdy ów wcho­dził na schody. - Koniecz­nie chciał się bić z doroż­ka­rzem, pro­szę pana porucz­nika. Pan kapi­tan musiał go przy­nieść na górę w ramio­nach, cał­kiem jak nie­mowlę.

Mówiąc to, pan Brush uśmie­chał się dys­kret­nie, ale obli­cze jego przy­brało znowu wyraz nie­zgłę­bio­nej powagi, gdy - otwo­rzyw­szy drzwi salo­niku - mel­do­wał:

- Pan Osbin!

- Jak się masz, Sedley? - zaczął młody żar­tow­niś po krót­kiej lustra­cji stanu swej ofiary. - Żadna kość nie zła­mana? W hallu sie­dzi doroż­karz z pod­bi­tym okiem i oban­da­żo­waną głową. Zaklina się na wszyst­kie świę­to­ści, że poda cię do sądu.

- Jak to do sądu? - zapy­tał gru­bas sła­bym gło­sem.

- No, wyto­czy ci pro­ces z racji lania, jakie wczo­raj obe­rwał. To była walka! Prawda, Dob­bin? Ata­ko­wa­łeś niczym Moly­neux. A straż­nik nocny mówił, że jak żyje nie widział, by ktoś leciał z nóg tak gładko jak ten doroż­karz. Spy­taj Dob­bina.

- Rze­czy­wi­ście, odbył pan jedną rundę z doroż­ka­rzem i muszę przy­znać, wyka­zał pan bojo­wego ducha - potwier­dził kapi­tan.

- Albo ten facet w bia­łym sur­du­cie! Jak Jos rzu­cił się na niego! Jaki wrzask pod­nio­sły baby! Na Jowi­sza! Serce się rado­wało na twój widok, Sedley. Myśla­łem, że cywile nie umieją trzy­mać fasonu. Ale teraz za nic nie chciał­bym wejść ci w drogę, kiedy masz w czu­bie. Za nic, Jos!

- Tak, w gnie­wie muszę być straszny - rzekł cier­piący na sofie gru­bas, a zro­bił przy tym tak komiczną minę, że dobre wycho­wa­nie Dob­bina i Osborne'a nie wytrzy­mało próby i oby­dwaj wybuch­nęli grom­kim śmie­chem.

Porucz­nik bez­li­to­śnie wyko­rzy­sty­wał swoją prze­wagę. Poborcę z Bog­gley Wol­lah uwa­żał za pół­główka. Wiele zasta­na­wiał się nad groźbą jego mał­żeń­stwa z Rebeccą. Nie był zachwy­cony, że syn rodziny, w którą on - Geo­rge Osborne z takiego to a takiego pułku - ma się wże­nić, popełni meza­lians, bio­rąc sobie nie wia­domo kogo, jakąś małą guwer­nantkę gmin­nego pocho­dze­nia!

- Aleś tra­fił, bie­daku! W samo sedno - cią­gnął Geo­rge. - Ty i straszny! Na Boga, czło­wieku, led­wie sta­łeś na nogach, uba­wi­łeś całe Vau­xhall! Wszy­scy pękali ze śmie­chu, cho­ciaż ty zale­wa­łeś się łzami. Byłeś roz­czu­la­jący, Jos! Nie pamię­tasz swo­ich popi­sów wokal­nych?

- Czego, pro­szę? - zanie­po­koił się Sedley.

- Wyłeś jakąś sen­ty­men­talną śpiewkę, a tę Rose czy Rebeccę... jak tam tej przy­ja­ció­łeczce Ame­lii?... nazy­wa­łeś swoją pie-pie-piesz­czo­teczką!

Nie­mi­ło­sierny żar­tow­niś chwy­cił wpół Dob­bina i ku zgro­zie pana Jose­pha Sedleya odtwo­rzył koń­cową scenę z Vau­xhall, choć dobro­duszny kapi­tan zakli­nał go, żeby prze­stał drę­czyć swoją ofiarę.

- Dla­czego miał­bym go oszczę­dzać - tłu­ma­czył przy­ja­cie­lowi, gdy poże­gnali cho­rego, zosta­wiw­szy go w rękach dok­tora Gol­lopa. - Jakim pra­wem zaczął od robie­nia pro­tek­cjo­nal­nych min i kle­pa­nia wszyst­kich po ramie­niu, by w rezul­ta­cie zro­bić z nas dur­niów w Vau­xhall? Co to za jedna, ta mała pen­sjo­narka, która wdzię­czy się i robi oko do tego dur­nia? Do dia­bła! I bez niej ta rodzina jest wystar­cza­jąco kiep­ska! Guwer­nantka może być cał­kiem przy­zwo­itą osobą, wolał­bym jed­nak mieć za szwa­gierkę damę z towa­rzy­stwa. Jestem libe­ralny, nawet bar­dzo libe­ralny, ale mam ambi­cję i znam swoje miej­sce, niech­że i ona zna swoje. Słowo daję! Wezmę w garść tego spa­sio­nego nababa i nie pozwolę mu robić z sie­bie osła jesz­cze więk­szego, niż jest w isto­cie. Dla­tego wła­śnie powie­dzia­łem, żeby się miał na bacz­no­ści, bo ta mała może docho­dzić swo­ich pre­ten­sji na dro­dze praw­nej.

- Sądzę, że wiesz, co robisz - powie­dział Dob­bin. - Zawsze byłeś tory­sem. Twój ród należy do naj­star­szych w Anglii, ale...

- Słu­chaj, Dob­bin - prze­rwał porucz­nik. - Chodźmy teraz na Rus­sell Squ­are. Może spró­bu­jesz poumi­zgać się tro­chę do tej panny Sharp?

Ale Dob­bin pokrę­cił tylko głową. Nie miał ochoty towa­rzy­szyć przy­ja­cie­lowi pod­czas jego codzien­nych odwie­dzin u mło­dych dam.

Idąc z Hol­born, Geo­rge minął Southamp­ton Row i roze­śmiał się na głos, gdy ujrzał rezy­den­cję Sedleyów i dwie głowy wychy­lone z okien na dwóch róż­nych pię­trach.

Panna Ame­lia spo­glą­dała z salonu ku prze­ciw­le­głej stro­nie placu, gdzie miesz­kał porucz­nik Osborne. Rebecca z okna gościn­nego pokoju na dru­gim pię­trze obser­wo­wała bacz­nie, czy impo­nu­jąca postać pana Jose­pha uka­zuje się już w polu widze­nia.

- Stę­sk­niona dama wypa­truje ze szczytu baszty swo­jego ryce­rza. Na próżno. Nikt nie przy­je­dzie - powie­dział Osborne Ame­lii i wielce rad z sie­bie, opi­sał barw­nie i ze śmie­chem poża­ło­wa­nia godny stan jej brata i wła­sne poranne żarty.

- To bar­dzo brzydko, Geo­rge. Nie trzeba drwić z bied­nego Josa - zapro­te­sto­wała nie­śmiało dobra panienka, ale młody kpiarz śmiał się tym gło­śniej i nie zwra­cał wcale uwagi na smutną i zatro­skaną minkę uko­cha­nej.

W dal­szym ciągu uwa­żał swoje dow­cipy za wyborne, a kiedy panna Sharp zeszła do salonu, jął doku­czać jej z racji pio­ru­nu­ją­cego wra­że­nia, jakie wywarła na opa­słym cywilu.

- Ach, panno Sharp! - wołał. - Gdyby go pani mogła widzieć dzi­siaj rano! Miał na sobie jedwabny szla­frok w kwiaty. Wił się na sofie, jęczał, stę­kał. Szkoda, że nie widziała pani, z jaką miną poka­zy­wał język swo­jemu nadwor­nemu medy­kowi, panu Gol­lo­powi!

- Bar­dzo prze­pra­szam, o kim pan mówi? - zapy­tała sucho Rebecca.

- O kim mówię? Natu­ral­nie o kapi­ta­nie Dob­bi­nie, któ­remu, nawia­sem mówiąc, oka­za­li­śmy wczo­raj wszy­scy wiele uprzej­mych wzglę­dów.

- Mój Boże! Byli­śmy dla niego wyjąt­kowo nie­grzeczni. - Ame­lia zaru­mie­niła się mocno. - Przy­znaję, że... że zupeł­nie o nim zapo­mnia­łam w Vau­xhall.

- Nic dziw­nego, Ame­lio - roze­śmiał się raz jesz­cze młody galant. - Trudno wyma­gać, by wszy­scy myśleli cią­gle o jakimś Dob­bi­nie. Prawda, panno Sharp?

- Prawda. Myśli się o nim, tylko kiedy przy stole prze­wraca kie­li­szek z winem - odrze­kła Rebecca i robiąc godną minę, dum­nie pod­nio­sła czoło. - Ja ani przez chwilę nie zda­wa­łam sobie wczo­raj sprawy z ist­nie­nia pana kapi­tana Dob­bina.

- Słusz­nie, panno Sharp. Nie omiesz­kam mu tego powtó­rzyć.

W cza­sie tej roz­mowy Rebecca zaczy­nała odczu­wać dziwną podejrz­li­wość i nie­chęć do mło­dego ofi­cera, który nie miał oczy­wi­ście poję­cia, że budzi podobne uczu­cia.

On chce drwić ze mnie. On! - myślała młoda dama. - Może ośmie­szył mnie już wobec Jose­pha? Może go spło­szył? Może Joseph w ogóle nie przy­je­dzie?

Mgła prze­sło­niła jej oczy i serce poczęło koła­tać gwał­tow­nie.

- Wciąż pan żar­tuje, panie Geo­rge - powie­działa z uśmie­chem naj­słod­szym, na jaki stać ją było. - Kpij pan zdrów! Prze­cież za mną nikt się nie ujmie.

Kiedy wyszła z salonu, Ame­lia zaś spoj­rzała z wyrzu­tem na mło­dego ofi­cera, przy­kro mu się zro­biło, że on, męż­czy­zna, był tak nie­li­to­ściwy dla bez­bron­nej, sła­bej istoty.

- Naj­droż­sza Ame­lio - powie­dział. - Jesteś za dobra, za lito­ściwa. Nie znasz świata. Ja znam go dobrze. Twoja przy­ja­ciółka, panna Sharp, powinna wie­dzieć, jakie miej­sce jej przy­na­leży.

- Czy twoim zda­niem Jos zechce...

- Na Boga! Nie mam poję­cia. Może zechce, może nie zechce. Nie jestem jego panem. Wiem tylko, że to bar­dzo nie­mą­dry, próżny jego­mość i że wczo­raj wie­czo­rem posta­wił moją naj­mil­szą panienkę w nie­zręcz­nej i kło­po­tli­wej sytu­acji. Moja pie-pie-pie-pie-szczo­teczko!

Roze­śmiał się znowu i zro­bił tak pocieszną minę, że biedna Amy zawtó­ro­wała mu ser­decz­nie.

Jos nie zja­wił się tego wie­czora, lecz Ame­lia nie żywiła obaw z tej racji. Aby prze­bie­gle zba­dać sytu­ację, wysłała mło­dego chłopca, pomoc­nika pana Sambo, z listem do brata. Pro­siła go o obie­caną książkę i wia­do­mo­ści tyczące stanu zdro­wia. Odpo­wie­dzi udzie­lił pan Brush, lokaj poborcy z Bog­gley Wol­lah: pan Sedley zanie­mógł i wła­śnie jest u niego dok­tor. Ame­lia spo­dzie­wała się, że gru­bas przyj­dzie naza­jutrz, lecz nie śmiała rzec przy­ja­ciółce bodaj słówka na ten temat. Becky nabrała wody w usta i przez cały dzień po owym fatal­nym wie­czo­rze w Vau­xhall nie wspo­mniała o panu Sedleyu.

Atoli dnia następ­nego, kiedy panienki, sie­dząc na oto­ma­nie, uda­wały, że haftują, piszą listy lub czy­tają powie­ści, do salonu wszedł Sambo z ujmu­ją­cym uśmie­chem na ustach, pakie­tem pod pachą i listem na tacy.

- Od pana Jose­pha, pro­szę panienki - oznaj­mił wiemy sługa.

Ame­lia drżą­cymi rękami otwie­rała list, który brzmiał, jak nastę­puje:

Droga Ame­lio!

Posy­łam Sie­rotę z lasu. Wczo­raj czu­łem się bar­dzo słabo i przyjść nie mogłem. Dzi­siaj wyjeż­dżam do Chel­ten­ham. Bar­dzo cię pro­szę o uspra­wie­dli­wie­nie przed cza­ru­jącą panną Sharp mojego przed­wczo­raj­szego zacho­wa­nia w Vau­xhall. Wytłu­macz mnie jakoś, jeżeli to w ogóle moż­liwe, i prze­proś za nie­baczne słowa, które mogłem wypo­wie­dzieć, gdy po fatal­nej kola­cji nie bar­dzo wie­dzia­łem, co czy­nię. Po kura­cji nie­odzow­nej ze względu na opła­kany stan zdro­wia zamie­rzam wyje­chać na kilka mie­sięcy do Szko­cji. Łączę ser­deczne uści­śnie­nia.

Joseph Sedley

Był to wyrok śmierci. Wszystko obró­ciło się wni­wecz. Ame­lia nie spoj­rzała w zaru­mie­nioną twarz i gore­jące oczy przy­ja­ciółki. Rzu­ciła list na kolana Rebeki, umknęła do swo­jego pokoju na pię­trze i roz­pła­kała się gorzko, jak gdyby pęk­nąć miało jej małe, poczciwe ser­duszko.

Pani Blen­kin­sop, zaufana gospo­dyni, zna­la­zła tam swoją panienkę i nie szczę­dziła jej słów pocie­chy. Ame­lia długo szlo­chała w jej ramio­nach, na koniec wszakże doznała znacz­nej ulgi.

- Niech się panienka nie mar­twi - mówiła pani Blen­kin­sop. - Nie chcia­łam tego mówić, ale nikt z nas nie lubił tej panny Sharp. Podo­bała się nam tylko z samego początku. Na wła­sne oczy widzia­łam, jak czy­tała listy mamusi naszej panienki. A Pin­ner mówi, że ona cią­gle grze­bała w szka­tuł­kach i szu­fla­dach panienki i we wszyst­kich sza­fach i schow­kach. Na pewno to prawda. Pin­ner mówi także, że ona wło­żyła do swo­jego kuferka białą szarfę panienki.

- Sama jej dałam.

Ale pani Blen­kin­sop nie zmie­niła opi­nii o Becky.

- Posłu­chaj, Pin­ner - rze­kła tego wie­czoru do poko­jo­wej. - Ja tam w ogóle nie mam prze­ko­na­nia do guwer­nan­tek. Udają praw­dziwe panie i zadzie­rają nosa, a zasługi biorą nie więk­sze niż ty albo ja.

Cały dom oprócz bied­nej Ame­lii był teraz zda­nia, że panna Sharp winna odje­chać, i pań­stwo (z tym samym jed­nym wyjąt­kiem) oraz służba uwa­żali pośpiech za wielce wska­zany. Stro­skana panna Sedley szpe­rała po wszyst­kich swo­ich szu­fla­dach, sza­fach, schow­kach i szka­tuł­kach, wybie­ra­jąc suk­nie, chu­s­teczki, wstążki, jedwabne poń­czo­chy, koronki, hafty i inne dro­bia­zgi, aby stwo­rzyć z tego wszyst­kiego wcale pokaźny stos darów dla Rebeki. Następ­nie wybrała się do papy, zacnego lon­dyń­skiego kupca sta­rej daty, który obie­cał dać córce tyle gwi­nei, ile lat ukoń­czyła ostat­nio. Ze łzami popro­siła go, aby pie­nią­dze te dał bied­nej Becky, bo sie­ro­cie przy­da­dzą się bar­dzo, a jej samej prze­cież niczego nie bra­kuje.

Ba! Panna Sedley potra­fiła ska­ro­to­wać nawet Geo­rge'a Osborne'a, który wybrał się na Bond Street i kupił naj­pięk­niej­szy, jaki można było dostać, kape­lusz i żakie­cik. Zro­bił to bez nie­chęci, miał bowiem rów­nie szczo­drą rękę, jak i inni ofi­ce­ro­wie bry­tyj­skiej armii.

- To pre­zent od Geo­rge'a dla cie­bie, moja naj­mil­sza Rebecco - powie­działa Ame­lia, wrę­cza­jąc z dumą pudło przy­ja­ciółce. - Podzi­wiam jego dobry smak. Chyba nie ma pod słoń­cem rów­nego mu czło­wieka!

- Na pewno nie ma! Jestem mu szcze­rze wdzięczna - odrze­kła Rebecca, doda­jąc w myśli ze sto­sow­nym uczu­ciem: To Geo­rge Osborne uda­rem­nił moje mał­żeń­stwo.

Skrom­nie czy­niła przy­go­to­wa­nia do odjazdu, przyj­mu­jąc wszyst­kie drobne upo­minki Ame­lii z waha­niem nie krót­szym i nie dłuż­szym, niż wypa­dało. Oczy­wi­ście ślu­bo­wała dozgonną wdzięcz­ność pani Sedley, lecz nie narzu­cała się jej, gdyż zacna matrona czuła się tro­chę nie­swojo i wyraź­nie uni­kała kło­po­tli­wego gościa. Kiedy pan Sedley wrę­czał Becky sakiewkę z gwi­ne­ami, pokor­nie uca­ło­wała dłoń sta­rego dżen­tel­mena i ze łzami w oczach pro­siła, by w przy­szło­ści pozwo­lił jej uwa­żać sie­bie za dobro­tli­wego, łaska­wego przy­ja­ciela i opie­kuna. Było to tak wzru­sza­jące, że pan Sedley miał ochotę wypi­sać czek na dodat­kowe dwa­dzie­ścia fun­tów, rychło jed­nak poha­mo­wał nie­po­żą­dany przy­pływ uczuć. Przed gan­kiem cze­kała kareta, która miała go zawieźć na ban­kiet do Man­sion House18, odwró­cił się więc i mam­ro­tał, wycho­dząc z salonu i z domu:

- Niech dobry Bóg ma cię w swo­jej pie­czy, kochane dzie­cię. Pamię­taj o nas, ile­kroć będziesz w Lon­dy­nie. Te drzwi są zawsze otwarte dla cie­bie. Do ratu­sza, James!

Wresz­cie nade­szła chwila roz­sta­nia przy­ja­ció­łek - scena, na którą wolę zarzu­cić zasłonę. Wystar­czy powie­dzieć, że obie młode damy sta­nęły na wyso­ko­ści zada­nia, gdyż jedna dawała wyraz praw­dzi­wym uczu­ciom, druga zaś była uro­dzoną aktorką. Po sto­sow­nie odmie­rzo­nej dozie czu­łych uści­sków, rzę­si­stych łez, soli trzeź­wią­cych i zapew­nień o dozgon­nej miło­ści Ame­lia i Rebecca poże­gnały się przy akom­pa­nia­men­cie tkli­wych zapew­nień panny Sedley, że ni­gdy, ni­gdy, ni­gdy nie prze­sta­nie kochać bied­nej Becky.

VII. Craw­ley z Queen's Craw­ley

VII

Craw­ley z Queen's Craw­ley

Pośród dostoj­nych nazwisk zamiesz­czo­nych pod literą "C" w Alma­na­chu Dwor­skim na rok 18.. figu­ro­wał: "Craw­ley - sir Pitt, baro­net, Great Gaunt Street (Lon­dyn) oraz Queen's Craw­ley (Hamp­shire)". Przez sze­reg lat ta nazwa wid­niała stale w reje­strze posłów do Par­la­mentu w związku z tym, że wielu innych zacnych mężów repre­zen­to­wało kolejno w Izbie Gmin to mia­sto.

O począt­kach sta­tutu miej­skiego Queen's Craw­ley krąży inte­re­su­jąca legenda. Kró­lowa Elż­bieta pod­czas jed­nej ze swych podróży wstą­piła na śnia­da­nie do dworu Craw­ley i tak zasma­ko­wała w słyn­nym piwie z Hamp­shire, któ­rym potrak­to­wał monar­chi­nię ówcze­sny dzie­dzic (postawny dżen­tel­men z brodą w klin i nader kształt­nymi łyd­kami), że nale­żą­cej doń osa­dzie nadała god­ność mia­sta upraw­nio­nego do wybie­ra­nia dwóch posłów do Par­la­mentu. Owej gło­śnej monar­szej wizy­cie mia­sto zawdzię­cza nazwę Queen's Craw­ley, którą szczyci się i obec­nie. Po upły­wie lat, odmie­nia­ją­cych do nie­po­zna­nia pań­stwa, sto­lice i pro­win­cjo­nalne dziury, Queen's Craw­ley prze­stało być miej­sco­wo­ścią tak ludną jak w cza­sach kró­lo­wej Bess i, prawdę rze­kł­szy, spa­dło do poziomu mia­ste­czek zwa­nych potocz­nie "zgni­łymi". Mimo to sir Pitt Craw­ley zwykł mówić z wła­ściwą mu ele­gan­cją i znaczną dozą słusz­no­ści:

- Zgniłe, bo zgniłe, ale zawsze mia­steczko i, do stu dia­błów, przy­nosi mi co rok cał­kiem świeże pół­tora tysiąca.

Sir Pitt Craw­ley (nazwany tak ku czci gło­śnego par­la­men­ta­rzy­sty) był synem Wal­pole'a Craw­leya, pierw­szego baro­neta, który za pano­wa­nia Jerzego II pia­sto­wał urząd Wiel­kiego Pie­czę­ta­rza i był sądzony za nad­uży­cia finan­sowe, jak wielu god­nych panów w owych cza­sach. Nie trzeba doda­wać, iż sir Wal­pole Craw­ley miał za ojca Johna Chur­chilla Craw­leya, nazwa­nego tak na cześć słyn­nego wodza z cza­sów kró­lo­wej Anny. Na drze­wie gene­alo­gicz­nym (wiszą­cym we dwo­rze Queen's Craw­ley) znaj­duje się niżej Karol Stu­art Craw­ley, syn tego Craw­leya z cza­sów Jakuba I, a wresz­cie ów elż­bie­tań­ski Craw­ley - odziany w zbroję szlach­cic ze spi­cza­stą brodą. Z jego brzu­cha (jak zwy­kle w takich przy­pad­kach) wyra­sta drzewo, na któ­rego sze­roko roz­ga­łę­zio­nych kona­rach wid­nieją wymie­nione już histo­ryczne imiona. Obok sir Pitta Craw­leya baro­neta, osoby wkra­cza­ją­cej obec­nie w wątek naszej kro­niki, znaj­duje się jego brat, wie­lebny Bute Craw­ley (słynny par­la­men­ta­rzy­sta popadł w nie­ła­skę tuż przed naro­dzi­nami owego dżen­tel­mena), pro­boszcz para­fii Craw­ley i Sna­ilby, a nieco dalej inni liczni Craw­leyowie płci obojga.

Pierw­szą żoną sir Pitta była Gry­zelda, szó­sta córka Mungo Bin­kie, lorda Bin­kie, a co za tym idzie, kuzynka pana Dun­dasa. Dama ta wydała na świat dwóch synów. Pitt otrzy­mał imię przez wzgląd nie tyle na ojca, ile na opatrz­no­ścio­wego pre­miera, a Raw­don Craw­ley na cześć naj­bliż­szego przy­ja­ciela księ­cia Walii, o któ­rym król Jerzy IV zapo­mniał póź­niej tak kom­plet­nie. W wiele lat po zgo­nie mał­żonki sir Pitt powiódł do ołta­rza Rose, córkę pana G. Daw­sona z Mud­bury. Dała mu ona dwie córki, do opieki nad któ­rymi zaan­ga­żo­wana została panna Rebecca Sharp. Jak stąd wynika, młoda osóbka miała tra­fić do praw­dzi­wie wykwint­nego towa­rzy­stwa i obra­cać się odtąd w śro­do­wi­sku nie­po­rów­na­nie wyż­szym niż skromna rodzina z Rus­sell Squ­are, pozba­wiona wszel­kich god­nych uwagi koli­ga­cji.

Skie­ro­wany do Becky roz­kaz obję­cia funk­cji guwer­nantki był wypi­sany na sta­rej koper­cie, a brzmiał, jak nastę­puje:

Sir Pitt Craw­ley prosi, żeby panna Sharp i bagasz był tu we fto­rek, bo do Queen's Craw­ley odjeż­dża jutro cał­kiem rano.

Great Gaunt Street

Rebecca nie widziała ni­gdy baro­neta, a przy­naj­mniej nie widziała świa­do­mie, kiedy więc upo­rała się z innymi spra­wami, zaczęła wyobra­żać sobie, jak wygląda i jakie ma maniery oso­bi­stość aż tak wysoko posta­wiona. Atoli naj­przód musiała poże­gnać naj­droż­szą Ame­lię, prze­li­czyć gwi­nee w sakiewce ofia­ro­wa­nej przez hoj­nego pana Sedleya i odjąć chu­s­teczkę od oczu, co, nawia­sem mówiąc, zro­biła w chwili, gdy kareta skrę­ciła w naj­bliż­szą prze­cznicę.

Cie­kawe - zasta­na­wiała się - czy baro­net nosi stale gwiazdę Orderu Pod­wiązki. Bo ja wiem? Może gwiazdę noszą tylko lor­do­wie? W każ­dym razie musi być pięk­nie ubrany w strój dwor­ski z koron­kową krezą. I perukę ma lekko upu­dro­waną jak pan Wro­ugh­ton na sce­nie teatru Covent Gar­den. Chyba taki baro­net jest uoso­bie­niem pychy, więc będę trak­to­wana lek­ce­wa­żąco, pogar­dli­wie. Trudno. Każdy los zniosę god­nie i z uśmie­chem. Przy­naj­mniej tra­fię do praw­dzi­wie wykwint­nego towa­rzy­stwa. Nie będę się obra­cać pośród ordy­nar­nych miesz­czu­chów.

Panna Sharp uśmiech­nęła się zło­śli­wie i o zacnej rodzi­nie z Rus­sell Squ­are poczęła myśleć na filo­zo­ficzną modłę, przy­pi­sy­waną lisowi w baj­kach i przy­po­wie­ściach o zie­lo­nych wino­gro­nach.

Z Gaunt Squ­are kareta skrę­ciła w Great Gaunt Street i zatrzy­mała się przed wysoką, ponurą kamie­nicą, sto­jącą mię­dzy dwoma wyso­kimi, ponu­rymi kamie­ni­cami ozdo­bio­nymi her­bo­wymi tar­czami spo­wi­tymi kirem na znak żałoby. Taki widok spo­tyka się czę­sto przy tej ulicy, jak gdyby śmierć spra­wo­wała tam swoje funk­cje nader regu­lar­nie. W rezy­den­cji sir Pitta nie­mal wszyst­kie żalu­zje na pierw­szym pię­trze były opusz­czone i tylko okna jadalni były na wpół otwarte, a rolety sta­ran­nie zawi­nięte w stare pisma.

Stan­gret John, który odwo­ził pannę Sharp bez asy­sty czar­nego Sambo, nie raczył sam zesko­czyć z kozła, żeby zadzwo­nić, lecz popro­sił prze­cho­dzą­cego chłopca z mle­czarni, by zań to zro­bił. Dzwo­nek brzęk­nął, w szpa­rach żalu­zji jed­nego z okien mignęła jakaś twarz i nie­ba­wem otwo­rzyły się drzwi od ulicy. Sta­nął w nich stary męż­czy­zna w sztyl­pach i wel­we­to­wych spodniach do kon­nej jazdy, w zno­szo­nym sur­du­cie i prze­po­co­nym halsz­tuku zawią­za­nym nie­dbale niby sznu­rek pod brodą nie­go­loną od dawna. Czło­wiek ów miał błysz­czącą łysinę, rumianą, chy­trą twarz, małe, mru­ga­jące, szare oczka i wąskie wargi, wykrzy­wione iro­nicz­nym uśmie­chem.

- Tu mieszka sir Pitt Craw­ley? - krzyk­nął John z kozła.

- Aha. Bo co? - odpo­wie­dział męż­czy­zna.

- Bo nic. Ścią­gaj bagaż.

- Sam go sobie ścią­gaj.

- Nie mogę. Nie zosta­wię prze­cież koni. No, bierz się, bra­cie, do roboty. Nie poża­łu­jesz. Panna da ci na piwo.

John roze­śmiał się na całe gar­dło. Nie sza­no­wał już panny Sharp. Wie­dział o jej kło­po­tli­wym roz­sta­niu z pań­stwem i o tym, że na odjezd­nym nie zosta­wiła nic dla służby.

Łysy męż­czy­zna wyjął ręce z kie­szeni spodni, zbli­żył się do karety i zarzu­ciw­szy sobie na ramię kufe­rek guwer­nantki, ruszył w stronę domu.

- Pro­szę też zabrać szal i ten koszy­czek. I otwo­rzyć drzwi - roz­ka­zy­wała panna Sharp i opusz­cza­jąc karetę, powie­działa gniew­nie pod adre­sem stan­greta: - O waszym zacho­wa­niu, John, nie omiesz­kam poin­for­mo­wać pana Sedleya.

- Eee tam - odrzekł wierny sługa. - Chyba panna nic nie zapo­mniała, co? Zabrała stare kiecki panny Amy? Te, które miała dostać poko­jówka? Cha, cha, cha! Myślę, że będą paso­wać. Zamknij no drzwi, stary. Od takiej - wska­zał kciu­kiem pannę Sharp - nie­wiele zaro­bisz. Nic dobrego, powia­dam ci, nic dobrego.

Z tymi słowy stan­gret z Rus­sell Squ­are odje­chał. Nic dziw­nego, że był roz­draż­niony. Prze­cież jego przy­ja­ciółka, poko­jowa, została ogra­biona ze słusz­nie należ­nych jej podar­ków.

Na zapro­sze­nie osob­nika w sztyl­pach Rebecca weszła do jadalni, gdzie pano­wała atmos­fera rów­nie miła jak zazwy­czaj w takich kom­na­tach pod­czas pobytu wytwor­nych rodzin na wsi. Wierne pokoje zdają się wtedy oble­kać żałobą i bia­dać nad nie­obec­no­ścią pań­stwa. Turecki dywan zwi­nął się i skrom­nie scho­wał pod kre­den­sem, por­trety ukryły smętne obli­cza za arku­szami papieru do pako­wa­nia, wiszący u sufitu żyran­dol wdział na się zgrzebny bru­natny worek, story w oknach znik­nęły za okry­ciami ze szmat i sta­rych gazet. Mar­mu­rowe popier­sie sir Wal­pole'a Craw­leya oglą­dało z ciem­nego kącika nagie deski pod­łogi, grubo naoli­wione meta­lowe pogrze­ba­cze i szczypce do węgla, puste patery i wazony na pół­kach. Szafka na wina sta­nęła skrom­nie koło zwi­nię­tego dywanu, nogi usta­wio­nych parami krze­seł ster­czały sze­re­giem pod ścianą, a w ciem­nym kąciku naprze­ciw rzeźby sta­ro­świecka skrzynka na sre­bra usa­do­wiła się na nie mniej sta­ro­świec­kim sto­liku o potrój­nym bla­cie.

Dwa stołki kuchenne, okrą­gły sto­lik, czarny żela­zny pogrze­bacz i wyszczer­bione szczypce do węgla znaj­do­wały się w pobliżu kominka, na któ­rym tlił się wątły ogie­niek i skwier­czało coś w rynce. Na stole było tro­chę chleba i sera, bar­dzo cienka świeca oraz pół­kwar­towy kufel z odro­biną por­teru.

- Chyba pani po obie­dzie? - zagad­nął jego­mość. - Nie bar­dzo tutaj cie­pło, co? Może łyk piwka?

- Gdzie jest sir Pitt Craw­ley? - zapy­tała z god­no­ścią panna Rebecca Sharp.

- Hi! hi! hi! Ja jestem sir Pitt Craw­ley. Należy mi się na kufe­lek za dźwi­ga­nie rze­czy, co? Hi! hi! hi! Pro­szę zapy­tać Tin­ker, czy to nie ja. Pani Tin­ker, panna Sharp, czyli panna guwer­nantka i pani posłu­gaczka. Hi! hi! hi!

Osoba nazwana panią Tin­ker weszła wła­śnie do jadalni, nio­sąc fajkę i szczyptę tyto­niu w papierku, po co została wysłana tuż przed przy­jaz­dem panny Sharp. Bez słowa wrę­czyła spra­wu­nek baro­ne­towi, który zdą­żył tym­cza­sem usa­do­wić się przed komin­kiem.

- Gdzie ćwierć pensa, Tin­ker? - zapy­tał. - Dosta­łaś pół­tora pensa. Gdzie reszta?

- Ma pan - odparła kobieta, rzu­ca­jąc na stół pie­nią­żek. - Tylko baro­net może zawra­cać sobie głowę ćwierć­pen­sów­kami.

- Ćwierć pensa na dzień czyni sie­dem szy­lin­gów rocz­nie - odparł poseł do Par­la­mentu - a sie­dem szy­lin­gów to uczciwy pro­cent od sied­miu gwi­nei. Dbaj, Tin­ker, o ćwierć­pen­sówki, a gwi­nee same zatrosz­czą się o sie­bie.

- A widzi panna - ode­zwała się cierpko pani Tin­ker. - To na pewno sir Pitt Craw­ley, bo dba o ćwierć­pen­sówki. Nie­długo lepiej go panna pozna.

- I polubi, polubi, panno Sharp - dokoń­czył baro­net nie­mal uprzej­mym tonem. - Naj­przód trzeba być spra­wie­dli­wym, póź­niej dopiero hoj­nym.

- Sir Pitt nie zmar­no­wał ani jed­nego pensa, jak długo żyje - uzu­peł­niła posłu­gaczka.

- Aha. Nie zmar­no­wa­łem i ni­gdy nie zmar­nuję. To prze­czy moim zasa­dom. Skocz no, Tin­ker, do kuchni, przy­nieś trzeci sto­łek, jeżeli masz ochotę usiąść. Pora na wie­cze­rzę.

Baro­net się­gnął widel­cem do rynki i wygrze­bał tro­chę duszo­nych fla­ków i cebuli. Zro­bił z tego dwie bar­dzo szczu­płe por­cje i spra­wie­dli­wie podzie­lił się z Tin­ker.

- Widzi pani, panno Sharp - powie­dział - jak nie ma mnie w Lon­dy­nie, Tin­ker dostaje strawne; jak jestem, siada do stołu z pań­stwem. Hi! hi! hi! Dobrze się składa, że panna Sharp nie­głodna, prawda, Tink?

Po skrom­nej kola­cji sir Pitt Craw­ley wziął się do fajki, kiedy zaś ściem­niało zupeł­nie, zapa­lił cienką świeczkę, dobył z bez­den­nej kie­szeni wielki plik papie­rów i jął prze­glą­dać je i ukła­dać w porządku.

- Przy­je­cha­łem tu, moja droga, na sprawę w sądzie - rzekł po nie­ja­kim cza­sie. - Dzięki temu w powrot­nej dro­dze będę miał miłą i ładną towa­rzyszkę. Hi! hi! hi!

- On zawsze ma jakieś sprawy w sądzie - wyja­śniła Tin­ker, się­ga­jąc przez stół po por­ter.

- Pij, pij, na zdro­wie - pod­jął baro­net. - Tak, moja droga. Tin­ker ma rację. Prze­gra­łem i wygra­łem wię­cej pro­ce­sów niż kto­kol­wiek inny w Anglii. O, pro­szę spoj­rzeć: Craw­ley (baro­net) con­tra Snaf­fle. Nie nazy­wam się Pitt Craw­ley, jeśli nie pusz­czę łaj­daka z tor­bami!... Albo tutaj: Pod­der i inni con­tra Craw­ley (baro­net), a dalej: Rada para­fii Sna­ily con­tra Craw­ley (baro­net). Na pewno nie dowiodą, że to pastwi­sko gminne. Upar­łem się, bo zie­mia moja! Tak samo należy do gminy jak do pani, panno Sharp, czy do obec­nej tu Tin­ker. Wygram, choć­bym miał wydać tysiąc gwi­nei. Pro­szę przej­rzeć te papiery. Tak, moja droga, nie mam nic prze­ciwko temu, jeżeli kwe­stie prawne inte­re­sują panią. Ma pani ładny cha­rak­ter pisma, panno Sharp? Tak? Bar­dzo pięk­nie! Przyda mi się pani, jak już będziemy w Queen's Craw­ley. Odkąd nie żyje stara dama, strasz­nie mi kogoś potrzeba.

- Była nie lep­sza od niego - zwró­ciła się Tin­ker do Rebeki. - Pro­ce­so­wała się ze wszyst­kimi dostaw­cami i w ciągu czte­rech lat odpra­wiła czter­dzie­stu ośmiu lokai.

- Tak, miała wyma­ga­nia, surowe wyma­ga­nia - powie­dział z pro­stotą baro­net. - Ale dla mnie była nie­oce­niona. Nie­mało oszczę­dza­łem, bo przy niej mogłem nie trzy­mać rządcy.

Roz­mowa poto­czyła się dalej w rów­nie pouf­nym tonie i przez czas dłuż­szy bawiła nową guwer­nantkę. Sir Pitt Craw­ley mógł mieć takie lub inne zalety czy wady, lecz w każ­dym razie nie cho­wał ich pod kor­cem. Nie­ustan­nie roz­pra­wiał o sobie raz chłop­ską gwarą z Hamp­shire, raz przy­bie­ra­jąc tony świa­towca. Wresz­cie życzył pan­nie Sharp dobrej nocy, pole­ca­jąc, by naza­jutrz była gotowa do drogi o pią­tej rano.

- Prze­śpi się pani z Tin­ker - dodał. - Łóżko jest dość obszerne dla dwóch osób. Umarła na nim lady Craw­ley. Przy­jem­nych marzeń.

Pan domu wyszedł szybko, a posępna Tin­ker ze stocz­kiem w ręku zapro­wa­dziła Rebeccę na wiel­kie kamienne schody, aby na pię­trze minąć oka­załe drzwi salonu (klamki były owi­nięte papie­rem) i wejść do prze­stron­nej sypialni, gdzie lady Craw­ley zasnęła na wieki. Kom­nata, podob­nie jak łoże, spra­wiała żało­sne, pogrze­bowe wra­że­nie. Można było uwie­rzyć nie tylko, że umarła tam lady Craw­ley, lecz rów­nież, że duch jej zamiesz­kuje ten pokój na­dal. Mimo to Becky jęła żywo krzą­tać się po pokoju, w cza­sie gdy stara posłu­gaczka odma­wiała pacie­rze. Zaglą­dała do wszel­kich szaf i schow­ków, pró­bo­wała otwie­rać zamknięte na klucz szu­flady, bacz­nym wzro­kiem oce­niała wiszące na ścia­nach ponure malo­wi­dła i roz­sta­wione na toa­le­cie przy­bory.

- Wola­ła­bym, panienko, nie spać w tym łóżku, gdy­bym nie miała czy­stego sumie­nia - powie­działa wresz­cie pani Tin­ker.

- Dosyć w nim miej­sca na nas dwie i pół tuzina duchów - roze­śmiała się młoda osoba. - Droga, kochana pani Tin­ker! Pro­szę opo­wie­dzieć mi dużo o lady Craw­ley i baro­ne­cie, i o wszyst­kich, wszyst­kich, wszyst­kich!

Ale stara Tin­ker nie dała się wcią­gnąć w uboczne roz­mowy. Zauwa­żyła tylko, że łóżko jest prze­zna­czone do spa­nia, i zwi­nąw­szy się w swoim kąciku, zaczęła chra­pać tak, jak potrafi to robić tylko ktoś o czy­stym sumie­niu. Rebecca długo nie mogła zmru­żyć oka. Medy­to­wała o dniu jutrzej­szym, o nowym świe­cie, w który wkra­cza, i o cze­ka­ją­cych ją tam suk­ce­sach. Sto­czek migo­tał słabo w misce z wodą. Komi­nek rzu­cał ponury cień na połowę wybla­kłej makaty (nie­wąt­pli­wie dzieło nie­boszczki jaśnie pani) oraz na dwa por­trety rodzinne wyobra­ża­jące mło­dych chłop­ców. Jeden z nich miał na sobie uni­wer­sy­tecką togę, drugi - czer­wony woj­skowy mun­dur. Gdy panna Sharp usnęła wresz­cie, jęła śnić o tym dru­gim.

Kiedy o czwar­tej rano Tin­ker zbu­dziła towa­rzyszkę łoża, letni ranek był tak pro­mienny i różowy, że nawet Great Gaunt Street spra­wiała miłe wra­że­nie. Ponura nie­wia­sta pole­ciła pan­nie Sharp spo­so­bić się do drogi, odry­glo­wała i otwarła fron­towe drzwi domu (hałas, jaki przy tym robiła, obu­dził chyba całe bliż­sze i dal­sze sąsiedz­two) i podą­żyła ku Oxford Street, by z naroż­nego postoju spro­wa­dzić dorożkę. Obo­jętny jest numer tego pojazdu oraz powód, dla któ­rego doroż­karz znaj­do­wał się o tak wcze­snej porze w pobliżu Swal­low Street. Miał zapewne nadzieję, iż jakiś złoty mło­dzie­niec wra­ca­jący z knajpy sko­rzy­sta z jego usług i wyna­gro­dzi z pijacką hoj­no­ścią. Obo­jętny jest rów­nież fakt, że nadzieje te speł­zły na niczym, gdyż sir Pitt Craw­ley nie zwykł pła­cić cho­ciażby pensa ponad taksę.

Na próżno doroż­karz pro­sił i gro­ził. Na próżno zrzu­cił do rynsz­toka w City pudło z kape­lu­szami panny Sharp i przy­się­gał, że pasa­żera zaskarży do sądu.

- Lepiej nie rób tego, bra­cie - pora­dził jeden ze sta­jen­nych. - Prze­cie to sir Pitt Craw­ley.

- Masz rację, Joe! - zawo­łał z uzna­niem baro­net. - Chciał­bym widzieć czło­wieka, który coś ze mnie wydusi!

- I ja bym chciał - mruk­nął Joe z posęp­nym uśmie­chem i zała­do­wał kufer baro­neta na dach dyli­żansu.

- Dla mnie miej­sce na koźle. Pamię­taj, Leader - zawo­łał sir Pitt pod adre­sem woź­nicy.

- Będzie, pro­szę jaśnie pana - odrzekł ten ostatni i dotknął kape­lu­sza, cho­ciaż serce miał zbo­lałe, bo miej­sce na koźle obie­cał szy­kow­nemu stu­den­towi z Cam­bridge i spo­dzie­wał się co naj­mniej pię­ciu szy­lin­gów.

Pannę Sharp ulo­ko­wano na tyl­nej ławce we wnę­trzu wehi­kułu, który - że się tak wyrażę - miał ją zawieźć w wielki świat.

Nie będziemy opi­sy­wać sze­roko, z jaką posępną miną stu­dent z Cam­bridge gra­mo­lił się na dach, dźwi­ga­jąc swo­ich pięć mod­nych okryć, ani jak roz­po­go­dził się nieco, gdy po dro­dze panna Sharp, wypro­szona z poprzed­niego miej­sca, usa­do­wiła się koło niego, ani jak tro­skli­wie otu­lał jedną z pele­ryn uro­czą towa­rzyszkę podróży i stop­niowo odzy­ski­wał dobry humor. Nie będziemy opi­sy­wać sze­roko, jak we wnę­trzu dyli­żansu sado­wili się ast­ma­tyczny dżen­tel­men i wdowa z podróżną flaszką brandy, i dama w doj­rza­łym wieku, która zakli­nała się na wszystko, że jak żyje nie korzy­stała z publicz­nych środ­ków loko­mo­cji. W każ­dym dyli­żan­sie jest taka dama... Jest? Raczej była, bo cóż się z wami teraz dzieje, dyli­żansy?... Nie będziemy opi­sy­wać obszer­nie, jak tra­garz pro­sił pasa­że­rów o napiwki i od ast­ma­tycz­nego pasa­żera dostał srebrne pół szy­linga, a od oty­łej wdowy pięć zaśnie­dzia­łych pół­pen­só­wek. Nie będziemy opi­sy­wać obszer­nie, jak potężna lan­dara ruszyła wresz­cie, prze­ci­snęła się przez mroczne uliczki Alders­gate, zatur­ko­tała w cie­niu błę­kit­nej kopuły Świę­tego Pawła, rączo minęła tar­go­wi­sko Fleet Street, które podob­nie jak budy­nek Giełdy Exe­ter­skiej nie ist­nieje dzi­siaj i od dawna powę­dro­wało do kra­iny cieni. Potem była obe­rża "Pod Bia­łym Niedź­wie­dziem" przy Pic­ca­dilly i roz­cią­gnięte wzdłuż Kni­ghts­bridge ogrody warzywne paru­jące rosą, i Tum­ham Green, Brend­ford, Bag­shot... Nie będziemy opi­sy­wać obszer­nie tego wszyst­kiego. Wystar­czy powie­dzieć, że autor niniej­szych stro­nic nie­jed­no­krot­nie odby­wał tę samą drogę przy rów­nie pięk­nej pogo­dzie i wspo­mina owe dawne dobre czasy z uczu­ciem roz­kosz­nego żalu.

Gdzie podziewa się dzi­siaj oży­wiony gości­niec i wesołe przy­padki w podróży? Czy nie ma już w Chel­sea lub Gre­en­wich szyn­ków dla poczci­wego sta­rego woź­nicy z prysz­cza­tym nosem? Czy żyje stary Wel­ler? A dokąd ode­szli owi kel­ne­rzy i gospody, w któ­rych posłu­gi­wali, roz­no­sząc por­cje zim­nej woło­winy? Gdzie podział się krzepki sta­jenny z czer­wo­nym pijac­kim nosem i pobrzę­ku­ją­cym wia­drem w ręku? Gdzie on i jego poko­le­nie? Dla przy­szłych geniu­szów, odzia­nych teraz w dzie­cinne sukienki, auto­rów zna­ko­mi­tych powie­ści prze­zna­czo­nych dla potom­stwa moich czy­tel­ni­ków, ci ludzie i te sprawy będą legendą, podob­nie jak Niniwa, Ryszard Lwie Serce, Jack Shep­pard19. Dyli­żans pocz­towy sta­nie się dla nich roman­tycz­nym rydwa­nem, a czwórka kasz­ta­nów będzie nie mniej bajeczna niż Buce­fał czy Black Bess20. Ach, jak boki owych kasz­ta­nów lśniły w słońcu, gdy sta­jenni ścią­gali z nich dery i dyli­żans ruszał na kształt strzały! Jak wywi­jały ogo­nami, gdy po skoń­czo­nym eta­pie wędro­wały zmę­czone na podwó­rze zajazdu! Nie­stety! Nie usły­szymy już ni­gdy dźwięku pocz­to­wej trąbki o pół­nocy i ni­gdy nie ode­mknie się przed nami szla­ban rogatki.

Dokąd wsze­lako zawie­zie nas wyru­sza­jący dziś z Tra­fal­gar Squ­are lekki dyli­żans z czte­rema miej­scami we wnę­trzu? Do Queen's Craw­ley. Jedźmy zatem do Queen's Craw­ley wraz z panną Rebeccą Sharp i zobaczmy, jak jej tam szczę­ście dopi­sze.

VIII. Kore­spon­den­cja oso­bi­sta i poufna

VIII

Kore­spon­den­cja oso­bi­sta i poufna

Panna Rebecca Sharp do Panny Ame­lii Sedley Lon­dyn, Rus­sell Squ­are.

(Wolne od opłaty pocz­to­wej: Pitt Craw­ley)

Naj­droż­sza, Jedyna Ame­lio!

Z jakąż rado­ścią i smut­kiem zara­zem chwy­tam za pióro, by roz­po­cząć list do naj­uko­chań­szej przy­ja­ciółki! Wiele zmie­niło się od wczo­raj do dnia dzi­siej­szego. Jestem obec­nie sama, pozba­wiona przy­ja­ciół, a wczo­raj czu­łam się jak w domu i korzy­sta­łam z uro­czego towa­rzy­stwa sio­stry, którą będę kochała zawsze, zawsze, zawsze!

Nie przy­znam się, jak wiele łez wyla­łam fatal­nego wie­czora, co przy­niósł mi roz­łąkę z Tobą. We wto­rek Ty wyje­chać mia­łaś z domu, by bawić się ocho­czo, mając u boku uko­chaną matkę i tak Ci odda­nego mło­dego ofi­cera. Przez całą noc marzy­łam o Tobie. Oczyma wyobraźni oglą­da­łam, jak moja Ame­lia (nie­wąt­pli­wie naj­pięk­niej­sza pośród mło­dych dam na balu) tań­czy u pań­stwa Per­kin­sów.

Stan­gret Twego ojca odwiózł mnie starą karetą do lon­dyń­skiej rezy­den­cji sir Pitta Craw­leya, gdzie ów John (stan­gret) potrak­to­wał mnie na odjezd­nym gru­biań­sko. Mój Boże! Nie­trudno obra­żać i poni­żać nie­szczę­śli­wych i ubo­gich! Następ­nie zaopie­ko­wał się mną sir Pitt Craw­ley i noc kazał mi spę­dzić w ohyd­nym łóżku u boku ohyd­nej, sta­rej posłu­gaczki, która zaj­muje się domem przy Great Gaunt Street. Oczy­wi­ście do rana nie zmru­ży­łam oka.

Sir Pitt nie przy­po­mina wcale baro­neta, o jakim marzy­ły­śmy (nie­mą­dre dziew­częta!), zaczy­tu­jąc się w Chi­swick Cecy­lią21. Trudno doprawdy o kogoś mniej podob­nego do lorda Orville'a22! Wyobraź sobie, moja droga, sta­rego, niskiego, pęka­tego, ordy­nar­nego i bar­dzo brud­nego jego­mo­ścia w bar­dzo zno­szo­nym ubra­niu i wytar­tych odwiecz­nych sztyl­pach, który pali ohydną fajkę, a na kola­cję sam pichci sobie coś w krzy­wej rynience. Sir Pitt mówi z wiej­skim akcen­tem i klnie nie­ustan­nie, a przy­naj­mniej wczo­raj i dzi­siaj wymy­ślał posłu­gaczce i doroż­ka­rzowi, który odwiózł nas do zajazdu w City. Stam­tąd wyru­szył dyli­żans, któ­rym odby­łam podróż, wyobraź sobie, pra­wie przez cały czas na dachu!

O świ­cie zbu­dziła mnie posłu­gaczka, a kiedy przy­je­cha­li­śmy dorożką do zajazdu, zrazu dosta­łam miej­sce we wnę­trzu dyli­żansu. Ale w miej­sco­wo­ści zwa­nej Leaking­ton zja­wił się pasa­żer do Mud­bury i sta­now­czo zażą­dał miej­sca w środku. Nic dziw­nego, gdyż zaczęło wła­śnie lać jak z cebra. Wyobraź sobie, że musia­łam ustą­pić, bo sir Pitt Craw­ley jest wła­ści­cie­lem dyli­żansu i zależy mu na pasa­żerach. Resztę drogi odby­łam na dachu, gdzie jakiś stu­dent z Cam­bridge okrył mnie bar­dzo uprzej­mie jed­nym ze swo­ich płasz­czy.

Odnio­słam wra­że­nie, że ten młody dżen­tel­men zna baro­neta nie gorzej niż pocz­ty­lion. Oby­dwaj natrzą­sali się z niego i zgod­nie nazy­wali sta­rym kutwą, czyli, jak zro­zu­mia­łam, obrzy­dli­wym skąp­cem. Podobno sir Pitt ni­gdy nie daje nikomu pie­nię­dzy. (Nie zno­szę takiego skner­stwa!). Sym­pa­tyczny stu­dent zwró­cił mi uwagę, iż dwa koń­cowe etapy jecha­li­śmy szcze­gól­nie wolno, ponie­waż sir Pitt (wła­ści­ciel koni na tym odcinku traktu) sie­dział na koźle.

- Nie poża­łuję bata w dro­dze do Squ­ash­more, jak wezmę w garść lejce - powie­dział stu­dent.

- Nie szko­dzi, panie Jack. Dobrze to zrobi szka­pom! - odrzekł pocz­ty­lion. Roze­śmiali się oby­dwaj, ja zawtó­ro­wa­łam im z serca, kiedy poję­łam zna­cze­nie tej wymiany zdań i zro­zu­mia­łam, że pan Jack chce powo­zić i pomścić się na koniach, gdy sir Pitt opu­ści dyli­żans.

W Mud­bury (cztery mile od Queen's Craw­ley) ocze­ki­wała nas karoca z her­bami zaprzę­gnięta we wspa­niałą czwórkę, toteż do parku baro­neta wje­cha­li­śmy nie­mal z dwor­skim prze­py­chem. Do pałacu wie­dzie długa na milę aleja, bramę wjaz­dową zdobi herb Craw­leyów pod­trzy­my­wany przez węża i gołę­bia, a kobieta, która wyszła z domku odźwier­nego, otwo­rzyła tę starą żela­zną, rzeź­bioną bramę (podobną tro­chę do bramy w prze­klę­tym Chi­swick) i zło­żyła dzie­dzi­cowi wiele niskich ukło­nów.

- To mi aleja! - powie­dział sir Pitt. - Długa na milę. W samych tych drze­wach tkwi desek za sześć tysięcy fun­tów. Jest na co spoj­rzeć.

Chłop­ski akcent baro­neta śmie­szył mnie nie­wy­mow­nie, tym wię­cej, że sir Pitt wiózł z Mud­bury swo­jego rządcę, pana Hod­sona, z któ­rym przez cały czas gawę­dził o sekwe­strach, licy­ta­cjach, melio­ra­cjach i pod­gle­biach, a także bar­dzo wiele o fer­mach i dzier­żaw­cach, z czego natu­ral­nie mało mogłam zro­zu­mieć. Jakie­goś Sama Milesa przy­ła­pano na kłu­sow­nic­twie, a Peter Bailey poszedł wresz­cie do domu pracy.

- Dobrze mu tak! - zawo­łał sir Pitt. - Ten drań z jego rodziną okpiwa mnie na tenu­cie od stu pięć­dzie­się­ciu lat! - Widocz­nie to stary dzier­żawca, który nie miał na pła­ce­nie czyn­szu. Pomy­śla­łam, że baro­net mógłby powie­dzieć: " Ten drań ze swoją rodziną...". Ale cóż, boga­tego wła­ści­ciela ziem­skiego reguły gra­ma­tyczne obo­wią­zują mniej ści­śle niż biedną guwer­nantkę.

Po dro­dze zauwa­ży­łam piękną wieżę kościelną strze­la­jącą w niebo nad grupą sta­rych wią­zów, następ­nie zaś roz­le­gły traw­nik, zabu­do­wa­nia gospo­dar­skie i stary dom z czer­wo­nej cegły obro­śnięty blusz­czem i uwień­czony wyso­kimi komi­nami. Okna wesoło poły­ski­wały w słońcu.

- Czy ten kościół należy do pana baro­neta? - zapy­ta­łam.

- Tak, tak, bodaj go licho! - odrzekł sir Pitt, tylko, moja droga, użył znacz­nie bar­dziej nie­cen­zu­ral­nego wyra­że­nia. - Gadaj no, Hod­son, jak się miewa Bute? Bute, panno Sharp, to mój bra­ci­szek, Bute, tutej­szy ple­ban. Naj­czę­ściej mówię o nim: ten bydlak Bute. Cha, cha, cha!

Hod­son zawtó­ro­wał dzie­dzi­cowi, rychło jed­nak spo­waż­niał i powie­dział, smut­nie kiwa­jąc głową:

- Oba­wiam się, jaśnie panie, że brat jaśnie pana czuje się lepiej. Wczo­raj wyje­chał wierz­chem i sam widzia­łem, jak gapił się na nasze zboże.

- Niech lepiej pil­nuje swo­jej dzie­się­ciny, bodaj go! - Baro­net posłu­żył się tym samym nie­cen­zu­ral­nym wyra­że­niem. - Czy ni­gdy nie zabije go brandy? Na honor, zdro­wie ma niczym ten... jakże mu tam?... stary Meto­zal, co?

Rządca roze­śmiał się znowu i zaraz pod­jął:

- Pani­cze przy­je­chali z uni­wer­sy­tetu. Wczo­raj John Scrog­gins dostał od nich lanie. Mało co nie wyzio­nął ducha.

- Co?! - wybuch­nął sir Pitt. - Mój gajowy dostał od nich lanie?

- Był na grun­tach pro­bo­stwa, pro­szę jaśnie pana - odparł Hod­son, a sir Pitt zaczął kląć okrop­nie i przy­się­gać, że "niech tylko przy­chwyci tych szcze­nia­ków na kłu­sow­nic­twie, a jak nic wyprawi ich na zesła­nie. Rychło jed­nak uspo­koił się i pod­jął:

- Nie martw się, Hod­son. Sprze­da­łem wszel­kie prawa do pro­bo­stwa. Żaden z tej sfory nie dosta­nie schedy.

Rządca przy­znał dzie­dzi­cowi słusz­ność, a ja zro­zu­mia­łam, że braci nie łączą ser­deczne sto­sunki, jak czę­sto bywa mię­dzy braćmi, a także mię­dzy sio­strami. Pamię­tasz w Chi­swick dwie panny Scrat­chley? Te biły się wciąż i kłó­ciły. Albo Mary Box! Ileż to razy rzu­cała się z pię­ściami na małą Luizę!

Nagle sir Pitt zoba­czył dwóch małych chłop­ców, któ­rzy zbie­rali chrust w gaju, wrza­snął więc coś do rządcy, a ten z batem w ręku rzu­cił się w pościg za zło­dzie­jami.

- Wal ich, Hod­son, wal! - ryczał baro­net. - Niech poczują, że mają skórę! Wal! I spro­wadź łaj­da­ków do kan­ce­la­rii. Nie nazy­wam się sir Pitt Craw­ley, jeśli nie siądą w aresz­cie!

Wnet usły­sze­li­śmy świst bata i sko­wyt bied­nych, zabe­cza­nych mal­ców. Sir Pitt upew­nił się, że zło­czyńcy zostali poj­mani, kazał więc stan­gre­towi zajeż­dżać przed pałac.

Tam służba zgro­ma­dziła się na nasze przy­ję­cie i...

Wczo­raj­szej nocy prze­rwa­łam w poło­wie zda­nia, gdyż prze­szko­dziło mi gwał­towne stu­ka­nie do drzwi. Jak myślisz, naj­droż­sza Ame­lio, kogo zoba­czy­łam na progu? Stał tam sir Pitt Craw­ley w szlaf­mycy i w szla­froku - pocieszna figura! Cof­nę­łam się, zdzi­wiona i prze­stra­szona wizytą o tak póź­nej porze, on zaś wtar­gnął do mojego pokoju i chwy­cił lich­tarz.

- Nie ma świec po jede­na­stej, panno Becky - powie­dział. - Teraz kładź się spać po ciemku, ty śliczna mała figlarko - (naprawdę tak mnie zabaw­nie nazwał). - A jak nie chcesz, żebym co wie­czór przy­cho­dził po świecę, miej się na bacz­no­ści i przed jede­na­stą bądź w łóżku.

Po takiej repry­men­dzie sir Pitt i kamer­dy­ner jego, pan Hor­rocks, ode­szli kory­ta­rzem, pęka­jąc ze śmie­chu. Możesz być pewna, że nie dam wię­cej powodu do podob­nych odwie­dzin. Na noc spusz­czają tutaj dwa okropne bry­tany, które wczo­raj uja­dały nie­ustan­nie i wyły przy księ­życu.

- Pies nazywa się Jucha, bo zagryzł nie­gdyś czło­wieka - powie­dział mi z rana sir Pitt. - Tyle ma siły, że pora­dzi sobie z buha­jem. A na sukę, jego matkę, woła­łem daw­niej Flora, ale teraz prze­chrzci­łem ją na Jazgotkę, bo jest za stara, żeby gryźć. Cha, cha, cha!

Pałac w Queen's Craw­ley to bar­dzo brzydka sta­ro­świecka budowla z czer­wo­nej cegły, z wyso­kimi komi­nami i mnó­stwem facja­tek w elż­bie­tań­skim stylu. Przed domem cią­gnie się taras przy­ozdo­biony rodo­wym wężem i gołę­biem, a z tarasu wiodą podwoje do wiel­kiego hallu. Ach, moja droga, ten wielki hall jest nie­wąt­pli­wie rów­nie prze­stronny i rów­nie posępny jak główna sień nie­za­po­mnia­nego zamku Udolfo23. Jest tam komi­nek, w któ­rym łatwo zmie­ści­łaby się połowa szkoły panny Pin­ker­ton, a nad samym pale­ni­skiem można by upiec co naj­mniej całego wołu. Na ścia­nach wiszą por­trety przed­sta­wi­cieli i przed­sta­wi­cie­lek Bóg wie ilu poko­leń Craw­leyów! Są tam spi­cza­ste brody i krezy, olbrzy­mie peruki i trze­wiki z zadar­tymi nosami, dłu­gie, pro­ste sta­niki i suk­nie sztywne niczym baszty, bujne loki przy (doprawdy, moja droga!) zupeł­nym nie­mal braku gor­setu. W głębi hallu widać monu­men­talne schody z czar­nego dębu, tak ponure, że trudno to sobie wyobra­zić, a w bocz­nych ścia­nach znaj­duje się czworo drzwi ozdo­bio­nych wiszą­cymi nad nimi jele­nimi rogami. Drzwi te wiodą do pokoju bilar­do­wego, biblio­teki, wiel­kiego żół­tego salonu i innych kom­nat. Na pierw­szym pię­trze musi być przynaj­mniej dwa­dzie­ścia pokoi sypial­nych, a w jed­nym z nich prze­cho­wuje się łoże, na któ­rym spała kró­lowa Elż­bieta. Dziś z rana moje nowe uczen­nice opro­wa­dziły mnie po wszyst­kich tych wspa­nia­ło­ściach, któ­rym nie dodaje uroku fakt, że nie­mal wszyst­kie okien­nice są stale zamknięte. Otwar­cie mówię, moja droga, że w pół­mroku każ­dej kom­naty spo­dzie­wa­łam się zoba­czyć upiora. Nasz pokój szkolny znaj­duje się na dru­gim pię­trze mię­dzy sypial­niami - moją a panie­nek. Dalej cią­gną się apar­ta­menty pana Pitta (mówią tu o nim pan Craw­ley), star­szego syna baro­neta, i pokoje pana Raw­dona Craw­leya. Pan Raw­don jest ofi­ce­rem (jak ktoś dobrze Ci zna­jomy, Ame­lio naj­droż­sza!). Obec­nie jego pułk prze­bywa za gra­nicą. W pałacu nie brak miej­sca. Możesz być tego pewna. Sądzę, że luźno dałoby się tu pomie­ścić miesz­kań­ców wszyst­kich domów oka­la­ją­cych Rus­sell Squ­are!

W pół godziny po naszym przy­jeź­dzie zadzwo­niono na obiad, zeszłam więc na dół z moimi uczen­ni­cami. Są to chude, mizerne dziew­czy­niny; star­sza ma dzie­sięć lat, młod­sza osiem. Nie odzna­czają się niczym szcze­gól­nym. Ubra­łam się w tę kochaną sukienkę z bia­łego muślinu, poda­ru­nek od Cie­bie, naj­droż­sza Ame­lio, który nara­ził mnie na tyle przy­kro­ści ze strony zazdro­snej pani Pin­ner. Mam tu być trak­to­wana jak czło­nek rodziny i tylko we dnie ofi­cjal­nych przy­jęć będę jadać u sie­bie wraz z uczen­ni­cami.

A więc zadzwo­niono na obiad i wszy­scy zebra­li­śmy się w małym salo­nie, gdzie zwy­kle zasiada lady Craw­ley. To druga lady Craw­ley, matka moich panie­nek. Jest córką kupca żela­znego z Mud­bury, a więc jej mał­żeń­stwo z sir Pit­tem ucho­dziło za olśnie­wa­jącą par­tię. Nie­gdyś musiała być dosyć ładna, a teraz ma minę, jakby nie­ustan­nie opła­ki­wała minioną urodę. Jest blada, chuda, kan­cia­sta i ni­gdy nie ma nic ory­gi­nal­nego do powie­dze­nia. W salo­nie był rów­nież jej pasierb, pan Craw­ley, uro­czy­sty niczym kara­wa­niarz i ubrany w nie­na­ganny strój wie­czo­rowy. Jest wysoki, szczu­pły, brzydki i mało­mówny. Ma cien­kie nogi, zapad­niętą klatkę pier­siową, fawo­ryty barwy siana i włosy koloru słomy. Jest wierną podo­bi­zną swo­jej świą­to­bli­wej matki (któ­rej por­tret wisi nad komin­kiem) - Gry­zeldy z dostoj­nego rodu Bin­kie.

Lady Craw­ley wyszła na moje spo­tka­nie i wzięła mnie za rękę.

- Panie Craw­ley - ode­zwała się - to nasza nowa guwer­nantka, panna Sharp.

- Aha - odrzekł pan Craw­ley, odry­wa­jąc na chwilę wzrok od bar­dzo gru­bej bro­szury, w któ­rej czy­ta­niu pogrą­żony był bez reszty.

- Mam nadzieję, że będzie pani dobra dla małych - powie­działa lady Craw­ley i łzy napły­nęły do jej wiecz­nie zaczer­wie­nio­nych oczu.

- Ma się rozu­mieć, mam­ciu! - zawo­łała moja star­sza pupilka, ja zaś poję­łam w mgnie­niu oka, że tej kobiety mogę się nie oba­wiać.

- Do stołu podano, pro­szę jaśnie pani - oznaj­mił kamer­dy­ner wystro­jony w czerń i ozdo­biony żabo­tem tak wiel­kim, że przy­po­mniały mi się elż­bie­tań­skie krezy z wiszą­cych w hallu por­tre­tów.

Na to hasło pani Pitt ujęła pod ramię pasierba, ja zaś ruszy­łam za nimi, pro­wa­dząc za ręce obie dziew­czynki.

W jadalni cze­kał sir Pitt ze srebr­nym dzba­nem w ręku. Przed chwilą przy­szedł z piw­nic. Miał na sobie rów­nież strój wie­czo­rowy, to zna­czy zdjął sztylpy i małe, krzywe nóżki ukrył w czar­nych poń­czo­chach z gru­bej wełny. Kre­dens ugi­nał się pod cię­ża­rem lśnią­cej zastawy. Były tam stare srebrne i złote kubki, czary, patery, fla­kony do octu i oliwy - zupeł­nie jak w witry­nie skle­po­wej u Run­della i Bride'a. Na stole też wszystko było srebrne, a po oby­dwu stro­nach kre­densu stali dwaj rudzi lokaje w libe­rii kanar­ko­wo­żół­tej barwy. Pan Craw­ley odmó­wił bar­dzo długą modli­twę, sir Pitt dorzu­cił "Amen" i pod­nie­siono cięż­kie srebrne pokrywy.

- Co dziś na obiad, Rose? - zapy­tał baro­net.

- O ile mi wia­domo, rosół barani - odrze­kła lady Craw­ley.

- Mouton aux navets24 - dodał kamer­dy­ner (wyma­wiał to jakoś: muto­na­wet). - Na zupę mamy potage de mouton a pecos­sa­ise25. A te sala­terki zawie­rają pomme de terre au natu­rel i cho­ufleur a l'eau26.

- Nie ma nic nad bara­ninę - orzekł baro­net. - Jest smaczna i zdrowa. Jaka to była owca, Hor­rocks? Kie­dy­ście ją zarżnęli?

- Z tych szkoc­kich, z czar­nym pyskiem, jaśnie panie - odpo­wie­dział kamer­dy­ner. - Zarżnięta we czwar­tek.

- Sprze­dano coś?

- Tak, jaśnie panie. Steel z Mud­bury wziął com­ber i dwa udźce. Ale powie­dział, że ta poprzed­nia sztuka była za młoda i dia­bel­nie chuda. Sama wełna, powia­dał, jaśnie panie.

- Pozwoli pani tro­chę potage, panno... ehem... panno Blunt? - zwró­cił się do mnie pan Craw­ley.

- Kapi­talny rosół po szkocku, moja mała - dorzu­cił sir Pitt - choć nazy­wają go jakoś z fran­cu­ska.

- Wia­domo wszyst­kim, iż w dobrych towa­rzy­stwach ist­nieje zwy­czaj nazy­wa­nia tej zupy tak wła­śnie, jak została nazwana przeze mnie - rzekł z namasz­cze­niem pier­wo­rodny syn baro­neta.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Przy­szłam się z panią poże­gnać (fr.). [wróć]

2. Tho­mas Law­rence (1769-1830) - słynny por­tre­ci­sta angiel­ski. [wróć]

3. Ben­ja­min West (1738-1820) - angiel­ski malarz histo­ryczny pocho­dze­nia ame­ry­kań­skiego. Jeden z zało­ży­cieli Aka­de­mii Kró­lew­skiej i od 1792 r. jej pre­zes. [wróć]

4. Wil­liam Guth­rie (1708-1770) - bar­dzo nie­gdyś poczytny histo­ryk i geo­graf angiel­ski. [wróć]

5. Alna­schar - postać z Baśni z tysiąca i jed­nej nocy - szewc, który odzie­dzi­czył pięć­dzie­siąt sztuk sre­bra i marzył, ile dobrego przy­nie­sie mu ten mają­tek. [wróć]

6. Geo­rge Bryan Brum­mel (1778-1840) - słynny ele­gant i hulaka zwany "pięk­nym Brum­melem". [wróć]

7. Syko­raksa - cza­row­nica, postać z Burzy Szek­spira. [wróć]

8. Ka1iban - syn Syko­raksy, odra­ża­jąco brzydki dziki czło­wiek. [wróć]

9. Tęsk­nota do miło­ści (niem.). [wróć]

10. Łzy, wes­tchnie­nia, szczę­ście (wł.). [wróć]

11. Sir Wil­liam Fran­cis Patrick Napier (1785-1860) - gene­rał angiel­ski, autor Histo­rii wojny w Hisz­pa­nii. [wróć]

12. Pismo reda­go­wane przez Pierce'a Egana (1772-1849) i poświę­cone zagad­nie­niom sportu. [wróć]

13. Tele­mak (Les Aven­tu­res de Télémaque) - opo­wieść epiczna prozą, o cha­rak­te­rze dydak­tycz­nym, pióra Fénélona (1669). [wróć]

14. Valen­tine et Orson - powieść fran­cu­ska z XV w., prze­ro­biona z pie­śni rycer­skiej z XIII w. [wróć]

15. Ach, mój piękny panie (fr.). [wróć]

16. Piękna Roza­munda (?-1176) - kochanka Hen­ryka II, boha­terka bal­lady Delo­neya (1549-1600) i innych utwo­rów lite­rac­kich. [wróć]

17. John Lem­priere (17657-1824) - angiel­ski uczony. [wróć]

18. Man­sion House - sie­dziba lorda mera Lon­dynu. [wróć]

19. John Shep­pard, popu­lar­nie zwany Jack Shep­pard (1702-1724) - znany roz­bój­nik, angiel­ski Rinaldo Rinal­dini, boha­ter wielu bal­lad, opo­wia­dań, a nawet powie­ści Ain­swor­tha. [wróć]

20. Black Bess (Czarna Elż­bietka) - klacz innego słyn­nego roz­bój­nika, Ryszarda Tur­pina (1706-1739), uwiecz­nio­nego rów­nież przez legendę i pieśń Ain­swor­tha. [wróć]

21. Cecy­lia, czyli Pamięt­nik posaż­nej panny - powieść Fran­ces Bumey (1752-1840). [wróć]

22. Lord Orville- boha­ter innej powie­ści tejże autorki, pt. Ewe­lina. [wróć]

23. Tajem­nice zamku Udolfo - gło­śna w swoim cza­sie powieść Ann Radc­liffe (1764-1823). [wróć]

24. Bara­nina z bru­kwią (fr.). [wróć]

25. Rosół z bara­niny po szkocku (fr.). [wróć]

26. Kar­to­fle i kala­fiory z wody (fr.). [wróć]