Rozdział pierwszy
w którym autora jeszcze nie ma na świecie
I pewnie jeszcze długo nie będzie, bo żeby autor mógł się urodzić w Barbakanie, musi być najpierw wybudowany ten warszawski rondel. Chodzi oczywiście nie o ten dekoracyjny Barbakan zrekonstruowany w 1954 roku ku uciesze turystów, chłopców bawiących się w wojnę i dla podniesienia dumy narodowej, lecz o ten prawdziwy, wybudowany w 1548 roku przez Jana Baptystę z Wenecji.
I tu przyłapujemy autora na łgarstwie. Nie mógł się przecież urodzić w czymś, czego nie było. W roku 1923 (przyjście Papcia Chmiela na świat) nie istniał już stary Barbakan, a nowy jeszcze nie powstał.
Przepraszam, może trochę przesadzam z tym urodzeniem się w Barbakanie, ale to po to, żeby wszystko zabrzmiało bardziej sensacyjnie. Sami się zresztą przekonacie, czytając te autobiochichichiczne rewelacje, że jest w nim źdźbło prawdy, a może nawet cała słomka czy patyk. Aby rozwiać wszelkie wątpliwości, musimy jednak sięgnąć do czasów powstania tej obronnej budowli. W poszukiwaniu prawdy zajrzyjmy do Archiwum Akt Dawnych przy Krzywym Kole 7. W bibliotece archiwum można spędzić resztę życia, zanim człek dokopie się do interesującego go tematu przez stare księgi i dokumenty.
Nawet przedszkolak wie, że przed wiekami w miejscu dzisiejszej Warszawy nie było nic.
Co to znaczy "nic"?
Nic to znaczy, że nie było cywilizacji, tylko przyroda. Na wysokiej skarpie rósł las i krzaki, w których buszowały dziki, kicały zające i kotłowała się inna gadzina. Dołem płynęła rzeka, nie wiedząc jeszcze, że nazywa się Wisła. Przy okazji pozwolę sobie wyjaśnić, że słowo "buszować" pochodzi prawdopodobnie od nazwiska prezydenta George'a Busha, które po angielsku znaczy "krzak".
W szerokich, popowodziowych rozlewiskach tarły się w erotycznych pieszczotach złote rybki, a pszczółka Maja wesoło bzykała, przygotowując się do występu w telewizji za 10 000 lat.
Korzystając z bezpiecznego miejsca na skarpie, czystej źródlanej wody z Wąskiego Dunaju i obfitości darów natury (dziś powiedzielibyśmy: darów bożych), zaczęły się osiedlać plemiona ssaków dwunożnych - wyprostowanych i nazywających siebie ludźmi. Przybyli oni okrężną drogą z raju, zmieniając po drodze czarne kudły na blond i rozjaśniając karnację.
Rozumiem ludzi, którzy osiedlali się w ciepełku nad Morzem Śródziemnym, ale co strzeliło naszym praojcom do prymitywnego łba, aby zamieszkać nad Wisłą? Żyć w szarugach, deszczach i padającym śniegu przez pół roku. Może cieszyło ich dzwonienie zębami z zimna, kiedy nie znali jeszcze innej muzyki? Mnożyli się jak grzyby po deszczu. Z jednej samicy ludzkiej przychodziło na świat nawet dwadzieścioro ludziąt. Mimo to nigdy ich nie było za dużo na kilometr kwadratowy, tak żeby przyroda nie mogła ich wyżywić. Nie były potrzebne konferencje kairskie w sprawie ograniczenia przyrostu ludzkiej populacji ani środki antykoncepcyjne. Jeżeli nawet w rodzinie urodziło się piętnaścioro ludziąt, i tak przeżyło najwyżej dwoje, troje. Dlaczego? Bo a to któreś zabłądziło w kniei bez mapy, a to utonęło na niezmeliorowanych bagnach, a to zatruło się muchomorem sromotnikowym, nie mając "Poradnika grzybiarza" przygotowanego przez prof. W. Wojewodę, a to zmarło na tyfus, cholerę, ospę bądź czerwonkę. Nie znano jeszcze przecież szczepionek. Zresztą kiedy dzieciaki podrosły, same siebie wykańczały maczugami w walce o barć miodu, kacze jaja lub przywództwo w radzie plemienia.
Ten rysunek, jak i następne z narodzin Barbakanu, sprytny Papcio wydrukował najpierw w siódmej księdze przygód Tytusa, Romka i A'Tomka (wyd. z roku 1990, str. 32).
Dopiero kiedy na skarpie zamieszkał światły rybak Wars ze swoją połowicą Sawą, popsuli tę naturalną równowagę bytowania. Proszę zwrócić uwagę, że użyłem określenia "połowica", a nie "żona". Otóż w tym czasie nie istniał jeszcze kościół ani urząd stanu cywilnego, Warsowie nie mogli więc zawrzeć związku małżeńskiego. Ludzie łączyli się wtedy w pary na zasadzie przyciągania rozrodczego; dziś nazywamy to miłością.
Żadne wszakże z dzieci Warsa nie utonęło, bo ojciec porobił im pływaki z sitowia. Żadne nie zabłąkało się w kniei, bo mądra matka cięgiem paliła w chacie sosnowe igliwie i dym wskazywał dzieciom powrotną drogę do domu z grzybobrania. Żadne pacholę nie zatruło się grzybami, bo mać, nim nakarmiła pociechy, próbowała zupę grzybową na szczurach. Żadne nie zmarło przedwcześnie na gruźlicę, bo matka karmiła je tłustym kozim mlekiem, a naparami z ziół leczyła wszystkie choroby. Dziecięce łebki zaś nacierała końskim moczem, to i żadne wszy, pchły i kleszcze bakterionośne ich się nie imały.
Do tego Wars nie palił tytoniu, nie pił samogonu i piwa, więc plemniki miał zdrowe a jurne. Toteż nie minęło pół wieku, a skarpa zaroiła się od Warsawczaków. Nie stało miejsca na nowe chaty i trzeba było ciągle wypalać lasy i karczować, budować nowe łodzie, a stajnie, a obory, a chlewiki... I tak się zaczęło. Rodzinka Warsów tak się do naszych czasów rozpleniła, że mieszkań nawet w blokach, zwanych mrówkowcami, brakuje. Już nie wspominając o autostradach, lotniskach, fabrykach i supersamach, nazwanych na cześć naszych ukochanych protoplastów Wars i Sawa.
Rzeki podtruliśmy, lasy wycięliśmy; rybki pozdychały, dziki same się wyniosły na Mazury, mając w ryju metro, Pałac Kultury i Nauki, sejm i obchody 400-lecia stołeczności Warszawy.
Ale ten czas leci! Nie wiadomo kiedy i już jest wiek XIII. Nie tylko najstarsi górale, ale i najstarsi Papcie Chmiele nie pamiętają tych czasów. Na szczęście mimo licznych wojen zostało trochę dokumentów. Dodając do nich własną wyobraźnię możemy odtworzyć owe czasy.
Książęta mazowieccy budują nowy zamek, 40 km na północ od starej siedziby w Czersku. Niesforna Wisła odsunęła się od skarpy, na której stał czerski gród. Zmniejszyło to rzecz jasna jego obronność i znaczenie handlowe. Kupcy przewozili wszak swoje towary wodą, a flisacy w czasie spławiania tratw do Gdańska zatrzymywali się w Czersku na piwko i dziewki. A może książętom zrobiło się za daleko na wiślaną plażę? W każdym razie książę Janusz I w roku 1406 przeniósł swą siedzibę do nowo wzniesionego grodu, położonego na terenie dzisiejszego Zamku Królewskiego. W 1526 roku zmarł 24-letni książę Janusz III, ostatni z rodu. Po wygaśnięciu dynastii książąt mazowieckich Mazowsze przeszło pod władzę Korony.
W onych czasach ludzie osiedlali się przy grodziszczach, aby w razie napaści móc schronić się za mury zamku. Tak prawdopodobnie było i z Warszawą. W 1339 roku istnieje już czworoboczny zamek, a Warszawa jest przylegającą doń wioską.
W 1376 roku uzyskała ta wiocha przywilej miasta. Powierzchnia jego miała około 12 hektarów. Pomyślcie, całe miasto wielkości gospodarstwa rolnego. By zabezpieczyć się przed nieproszonymi gośćmi, miasto otoczono wałem ziemnym, naszpikowanym ostro ciosanymi palami. Przed tą palisadą wykopano jeszcze fosę. Prymitywny wał miał ceglane wieże z bramami wjazdowymi, zamykanymi na noc. Nad fosą przejeżdżało się po zwodzonym moście.
Okazuje się, że od średniowiecza tak naprawdę nic się nie zmieniło. Rzezimieszkowie, bandziory i rozbójnicy przetrwali do naszych czasów. Budujemy otoczone murem osiedla, wjazdy chronione przez ochroniarzy. Zakładamy domofony, alarmy i zaopatrujemy się już nie w kuszę, a w pistolet gazowy. O przestępców za to bardzo dbamy. Nie wrzucamy do loszków, nie przywiązujemy na rynku do pręgierza, nie obcinamy złodziejskiej łapy. Umieszczamy w celi z centralnym ogrzewaniem, telewizorem i elektrycznym oświetleniem. Spacery, odwiedziny, literatura i... amnestia. Do siedemnastego roku życia nie jest się bandziorem, tylko zbłąkanym dziecięciem.
W roku 1379 książę Janusz Mazowiecki wydaje nakaz budowania murów. W przywileju, a raczej układzie z obywatelami, mówi się o istniejących już wieżach i dawniejszych murach. Miały być one uzupełnione i wzniesione na wzór poprzednich.