Tappi. O czerwonym jaju, babcinym zeszycie i małych awanturnikach - Marcin Mortka

Kup ebooka

39.99 zł
29.99 zł (27,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jak to zwykle bywało na początku każdej książki, Tappi postanowił uciąć sobie drzemkę.

Moment nie był najlepszy, bo w ogrodzie latały właśnie pszczoły, szczęśliwe, że wreszcie mogą rozprostować skrzydełka po długich miesiącach w ciemnym ulu, a okoliczne ptaki układały akurat hymn na cześć wiosny i strasznie się przy tym kłóciły. Co gorsza, Chichotek i Błyskotka uważali, że wiosna to absolutnie nie jest pora na spanie i trzeba cieszyć się każdą jej chwilą. Tappi w zasadzie się z nimi zgadzał, ale...

- Ale właśnie zjadłem calutki talerz rosołku i drzemka to najlepszy sposób, by to uczcić - powiedział wiking sam do siebie, a Chata skrzypnęła na dowód, że się z nim zgadza.

Mimo to Tappi ostrożnie wyjrzał na zewnątrz i nasłuchiwał przez moment. Usłyszał jedynie śpiew ptaków i bzyczenie pszczół, co oznaczało, że reniferek i wróżka byli prawdopodobnie gdzieś daleko.

- Może więc chociaż tym razem dadzą mi spokój - mruknął Tappi.

Na paluszkach przekradł się do swojej ulubionej ławeczki i wyciągnął się na niej z tęsknym westchnieniem.

- Mam przed sobą całą książkę, a to oznacza mnóstwo przygód - wymamrotał, zamykając oczy. - Dobrze będzie się przed nimi zdrzemnąć. Chichotek i Błyskotka zupełnie tego nie rozumieją.

Zmarszczył brwi, bo przypomniało mu się, jak reniferek ostatnio próbował wynieść ławkę z ogrodu, by Tappi nie miał gdzie spać i zamiast tego brykał z nim po lesie, a potem, gdy w końcu wiking zdołał zasnąć, Błyskotka zaczęła mu wyrywać włosy z nosa. Na szczęście błogie wiosenne słońce sprawiło, że wszelkie nieprzyjemne wspomnienia się rozpłynęły i Tappi...

Wreszcie zasnął.

- Hej, śpisz? - zapytał jakiś głos nad jego głową.

- Tak - wymamrotał wiking, nie otwierając oczu.

- Na pewno?

- Tak.

- A mógłbyś jeszcze raz przemyśleć tę drzemkę?

- Nie - stęknął Tappi. - Bo jak zacznę myśleć, to się obudzę, a bardzo, bardzo tego nie chcę i... O, obudziłem się. Masz ci los.

Usiadł i otworzył oczy, gotów zmarszczyć brwi i ofuknąć tego, kto przeszkodził mu w tak pięknej chwili, ale... Ale nie zdołał wykrztusić ani słowa. Bo czy można nieuprzejmie odezwać się do własnej Babci?

A to istotnie ona stała przed nim i uśmiechała się promiennie. Jej srebrzyste włosy upięte były w kok, nad którym tańczyły z zachwytem motyle, a w oczach jaśniała radość.

- No wiesz? - zawołała z humorem. - Będziesz spać w tak piękny dzień, wnusiu?

- Ale ja tylko nabieram sił przed przygodami... - próbował się usprawiedliwić Tappi.

- No, chyba że tak! - zachichotała Babcia i ucałowała go w czoło.

Wiking, wciąż nie wierząc własnym oczom, poderwał się z ławki.

- Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że tu jesteś! - wykrzyknął. - Chciałem cię odwiedzić w Mruczących Górach, ale stwierdziłem, że poczekam na lato!

- A ja cię ubiegłam! - oświadczyła uradowana Babcia. - Postanowiłam, że sprawdzę, co u was słychać, i przy okazji trochę się rozerwę.

Ostatnie słowa były dla Tappiego lekkim zaskoczeniem. Przyjrzał się Babci uważnie i odkrył, że ta ma na sobie sportowe buty, krótkie spodnie i luźną bluzę.

- Chcesz się u nas rozerwać? - spytał ze zdziwieniem. - Przecież w Szepczącym Lesie zawsze panuje spokój...

- Wiosną? - Babcia uniosła lekko brwi. - Och, wnusiu, chyba za często ucinasz sobie te drzemki!

Okoliczne ptaszki, które, zdaje się, już zakończyły układanie hymnu, głośnym świergotem oznajmiły, że się zgadzają i najwyższy czas zacząć wariować.

- Poza tym nawet jeśli w istocie zapanował spokój, to ja to zmienię - dodała Babcia z energią. - Bo życie jest za krótkie na nudę.

Tappi chciał zaprotestować i wytłumaczyć, że spokój i nuda to dwie różne rzeczy, ale nieoczekiwana gościni wcale go już nie słuchała. Ściągnęła z ramion plecak i otworzyła go z rozmachem.

- Zresztą sam tylko spójrz - powiedziała, wyciągając ze środka jakiś przedmiot. - Znalazłam to po drodze. Coś mi mówi - dodała z łobuzerskim uśmiechem - że spokój nam nie grozi.

Z tymi słowami wręczyła Tappiemu największe jajo, jakie ten widział w życiu.

Wiecie, na czym polega największy problem z wiosną?

Otóż wiosną wszystkim odbija.

Niektórym z nas tylko troszeczkę, innym trochę bardziej, a jeszcze innym całkowicie. I... Cóż, mam dziwne przeczucie, że ja chyba należę do tej ostatniej kategorii.

Nie bierzcie moich słów na opak - ja naprawdę kocham zimę, nawet jeśli się zasiedzi za bardzo lub pojawi za późno - ale gdy tylko dzień zacznie się wydłużać, a w powietrzu słychać szczebiot ptaków, budzi się we mnie coś, czego nawet nie próbuję opanować. Mam ochotę wskoczyć na rower albo biec do lasu, albo łapać za grabie i czochrać trawnik, albo zaglądać do ula, albo szukać pierwszych kwiatów, albo... No właśnie.

Przecudne wariactwo.

Też tak macie?

Wiosna niesie ze sobą mnóstwo świeżej, zdrowej energii i w sumie nic nie szkodzi, że czasem ta energia przeistacza się w lekkie wariactwo.

A jeśli u nas to tak wygląda, to ciekawe, co dzieje się wiosną w Szepczącym Lesie!

Chcąc się tego dowiedzieć, wlazłem wczoraj na szczyt najmocniejszej jabłonki w moim ogrodzie (czego ogólnie nie polecam), rozsiadłem się wśród gałęzi i wycelowałem w kierunku Szepczącego Lasu lornetkę.

Zdziwieni? Ależ oczywiście, że można dostrzec Szepczący Las przez lornetkę. Wystarczy tylko wiedzieć, w którą stronę patrzeć. I nie, wcale nie trzeba w tym celu wspinać się na żadne drzewo.

Pytacie, cóż takiego ujrzałem?

Też wariactwo!

Ale chyba jeszcze większe niż u nas!

Nad drzewami latało coś wielkiego, na pewno niebędącego ptakiem, a obok niego coś mniejszego - co mogło być dzieckiem owego latającego cosia. Słychać było wesołe skandowanie, radosne śpiewy, a potem wrzaski, jakby właśnie miało miejsce niesamowite wydarzenie. Och, ależ ja miałem ochotę, by się tam udać! Gdyby nie obowiązki, z pewnością już bym tam był.

Na szczęście zaraz przyleciał Paplak, który nie mógł się doczekać, by podzielić się plotkami. I znowu wydarzenia w Szepczącym Lesie przyćmiły moje wariactwo.

I postanowiłem, że chyba muszę to wszystko dla Was spisać.

Wiosna poczeka!