Przedmowa
PRZEDMOWA
Wielu towarzyszy broni mówiło mi, że powinienem napisać wspomnienia, ale
to trudna sprawa. Bądź co bądź nie jestem zawodowym pisarzem, a prawdę
mówiąc, daleko mi do tego. Ale potrafię opowiedzieć o historii mojej
rodziny, mojego dzieciństwa i młodości, a także o moich przeżyciach w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.
Czas zaciera wiele przeżyć i wydarzeń. Przy wszystkich codziennych
problemach i troskach nie miałem czasu na zajmowanie się wspomnieniami.
Nie byłem urzędnikiem państwowym, ale zwykłym człowiekiem, podobnym do
milionów moich rodaków. Wspomnienia te dotyczą wydarzeń, których byłem
świadkiem, albo które w czasie wojny wywarły wpływ na mnie i na moje
otoczenie. Nie twierdzę, że mam ich pełny i obiektywny ogląd - ludzka
pamięć jest zawodna - ale postaram się najlepiej, jak potrafię. Spróbuję
też nie oceniać zbyt krytycznie innych. Sprawy, które tu opisałem, są
odbiciem mojego osobistego punktu widzenia, osobistej oceny i stosunku
do życia. To moje spojrzenie na życie typowego żołnierza Armii
Czerwonej, zawodowego oficera, który trzydzieści pięć lat służył w mundurze - od 1941 do 1974 roku. Wstąpiłem do wojska, kiedy miałem
osiemnaście lat, a przeszedłem w stan spoczynku w wieku pięćdziesięciu
trzech lat w stopniu pułkownika.
Oczywiście skupię się niemal wyłącznie na latach wojny. Wśród żywych
jest coraz mniej weteranów, a ci, którzy dotrwali do naszych dni, to już
staruszkowie. Ja sam w 2003 roku skończyłem osiemdziesiąt lat. W Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej Związek Radziecki poniósł ogromne straty,
ale zwyczajni ludzie przeszli tę próbę, chociaż życie zarówno na
froncie, jak i na tyłach było bardzo trudne. Moim zamiarem jest
pokazanie wojny widzianej oczami jej bezpośredniego uczestnika - nie
marszałka czy pisarza, ale dowódcy plutonu i kompanii desantu
czołgowego, dowódcy batalionu piechoty zmotoryzowanej, brygady
zmechanizowanej 4. Armii Pancernej Gwardii. Walczyłem w 4. Armii
Pancernej Gwardii dwa lata, od 1943 do 1945 roku, przebyłem razem z nią
około 3800 kilometrów. Takie były moje wojenne wędrówki i każdy krok na
tej drodze był trudny. Uczestniczyłem w natarciach piechoty i jechałem
na bitwę na czołgach atakujących pozycje wroga. Intuicja, doświadczenie
bojowe i znajomość taktyki przeciwnika wiele razy ocaliły mi życie, ale
sądzę, że przeżyłem przede wszystkim dzięki zwykłemu szczęściu.
Szczęście jest na froncie czymś niezbędnym dla każdego żołnierza i nie
sposób przecenić jego znaczenia.
Jewgienij Biessonow, 2003
Chronologia
Chronologia
1941
22 czerwca
Napaść Niemiec na Związek Radziecki.
16 lipca
Dotarcie Niemców do Smoleńska.
9 sierpnia
Powołanie mnie do Armii Czerwonej(czebarkulski obóz wojskowy).
16 listopada
Przeniesienie mnie do kamyszłowskiej szkoły oficerskiej.
1942
lipiec
Przydzielenie mnie do 365. Zapasowej Brygady Strzeleckiej w Suroku.
19 listopada
Rozpoczęcie się radzieckiej kontrofensywy pod Stalingradem.
1943
31 stycznia
Kapitulacja Niemców pod Stalingradem.
koniec maja
Przeniesienie mnie do wydziału spraw osobowych w Moskwie.
5 lipca
Rozpoczęcie się bitwy pod Kurskiem.
lipiec
Przydzielenie mnie na front briański.
sierpień
Mianowanie mnie dowódcą 2. plutonu, 1. batalionu zmotoryzowanego, 49. Brygady Zmechanizowanej,
6. Korpusu Zmechanizowanego wardii,
4. Armii Pancernej.
wrzesień
Walki w czasie ofensywy pod Orłem.
październik - grudzień
W odwodzie w Karaczewie.
6 listopada
Zdobycie Kijowa.
1944
styczeń
Przerzucenie 4. Armii Pancernej do Kijowa.
luty
Przewiezienie nas koleją do Połonnego.
Przemarsz do Szepietowki, przejazd ciężarówkami do Sławuty.
4 marca
Początek wiosennej ofensywy na Ukrainie.
marzec - kwiecień
Walki w operacji kamieniecko-podolskiej (otrzymanie przez brygadę nazwy 49. Kamieniecko-Podolskiej Brygady Zmechanizowanej).
maj - czerwiec
W odwodzie w Kopyczyńcach.
lipiec - wrzesień
Walki w operacji lwowsko-sandomierskiej
październik - listopad
W odwodzie w Sandomierzu.
grudzień - styczeń
Walki w operacji wiślańsko-odrzańskiej, marsz przez Polskę do granicy Niemiec.
1945
luty
Walki na przyczółku nad Nysą.
marzec - kwiecień
W odwodzie w Oberku. 17 marca na podstawie rozkazu Ludowego Komisarza Obrony ZSRR 4. Armia Pancerna zostaje przemianowana na 4. Armię Pancerną Gwardii, a 49. Kamieniecko-Podolska Brygada Zmechanizowana na 35. Kamieniecko-Podolską Brygadę Zmechanizowaną Gwardii.
kwiecień
Marsz na Berlin. Zostaję ranny w walce.
30 kwietnia
Samobójstwo Hitlera.
2 maja
Kapitulacja Berlina przed Armią Czerwoną.
8 maja
Podpisanie przez Keitela kapitulacji Niemiec (na stanowisku dowodzenia Żukowa).
11 maja
Wyzwolenie Pragi przez Armię Czerwoną.
maj
Powrót ze szpitala do batalionu w Pradze.
Koniec Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.
Rozdział 1. Dzieciństwo i młodość
Rozdział 1
Dzieciństwo i młodość
Urodziłem się w Moskwie 20 lipca 1923 roku, na ulicy Friedricha Engelsa
77, dawniej nazywanej Irininską. Mój ojciec, Iwan Wasiliewicz Biessonow,
przeniósł się do Moskwy ze wsi w 1908 roku jako piętnastoletni chłopak.
Chociaż nie miał prawie żadnego wykształcenia, zdołał zdobyć pracę w niewielkim sklepie i po jakimś czasie został sprzedawcą, a później
starszym sprzedawcą. W 1915 roku ożenił się z moją matką, Olgą Pawłowną,
mieszkanką Moskwy. W 1916 roku urodziła im się córka Jelena (nazywaliśmy
ją Lelią), a ojciec został powołany do wojska. Służył aż do rewolucji
lutowej i zdemobilizował się w 1917 roku. Po Wielkiej Rewolucji
Październikowej ojciec pracował w handlu aż do emerytury w 1960 roku.
Matka uczyła się w szkole krawieckiej w Moskwie, ale nie lubiła
wspominać tego okresu w swoim życiu. Mówiła, że była to straszna
harówka. Musieli wstawać o 5 albo 6 rano, rozpalać w piecu, robić
herbatę czeladnikom, myć naczynia po ich posiłku, a potem sprzątać
pokoje i warsztat. Tacy terminatorzy zaczynali naukę zawodu dopiero
kilka lat później, ponieważ dzięki temu mistrz krawiecki miał paru
małoletnich służących prawie za darmo. Po ukończeniu szkoły matka
dostała pracę w bardziej eleganckim zakładzie krawieckim na Kuźnieckim
Moście i miała jak na owe czasy przyzwoitą pensję: 37-40 rubli w 1913
roku. Po tym jak wyszła za mąż za mojego ojca, urodziła czwórkę dzieci i zajmowała się gospodarstwem domowym.
Na początku 1917 roku moi rodzice wynajęli mieszkanie w budynku, w którym później się urodziłem. Było tam typowe moskiewskie podwórko
ogrodzone wysokim płotem. Na tej ulicy było wiele podobnych podwórek,
które nosiły nazwy od nazwisk właścicieli domów: Kruszyński, Reszetkin,
Masłow, Pietrusiński i tak dalej.
Na naszym podwórzu stały trzy drewniane budynki. W dwóch wynajmowano
mieszkania za dość wysoki czynsz, a właścicielka wraz z rodziną
zajmowała trzeci. Do domu właścicielki przylegała wozownia i stajnia.
Wszystkie budynki były jednopiętrowe, ogrzewane piecami, bez bieżącej
wody i kanalizacji, musieliśmy więc nosić wodę z ulicznej pompy.
Właścicielka miała na podwórzu sad z jabłoniami i wiśniami, a także
krzewami malin i agrestu.
Po rewolucji październikowej właścicielce odebrano wszystkie trzy domy i ojciec zaczął płacić o wiele mniej za zajmowane przez nas dwa pokoje o powierzchni dwunastu metrów kwadratowych każdy. Kuchni używaliśmy
wspólnie z sąsiadami, którzy również mieli dwa pokoje. Obie nasze izby i jedną sąsiadów ogrzewał rosyjski piec. W zimie rano temperatura spadała
do trzynastu-piętnastu stopni Celsjusza.
Obiady, a właściwie wszystkie posiłki, podgrzewano na kuchenkach
naftowych, czyli na prymusach. Używaliśmy ich również do gotowania wody
na herbatę, ponieważ w głównym piecu i pod kuchnią palono tylko raz
dziennie. Gaz w budynku założono dopiero po Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej
i wtedy kuchnię opalaną drewnem zastąpiono gazową. Inne wygody - albo
raczej niewygody - pozostały te same.
Powinienem dodać, że lampy elektryczne zainstalowano na naszej ulicy
dopiero w 1935 czy 1936 roku. Do tej pory oświetlały ją latarnie gazowe.
Specjalny pracownik co wieczór obchodził ulicę i zapalał latarnie, a rano je gasił. W tym celu nosił ze sobą specjalną drabinkę, a na słupach
latarni znajdowała się poprzeczka, o którą ją opierał.
Do połowy lat trzydziestych cała ta okolica była matecznikiem złodziei i chuliganów, i nawet na naszym podwórku mieszkali słynni złodzieje. W latach 1936-1938 podjęto odpowiednie kroki, by wszystkich ich wysłać do
więzienia, i w sąsiedztwie zapanował spokój.
Kiedy wspominam nasze życie przed 1941 rokiem, odnoszę wrażenie, że było
ono skromne. Mieliśmy maszynę do szycia Singera i mama szyła na niej
całą naszą odzież. Młodsze siostry donaszały wszystko po starszych i nawet ja dostawałem jakieś rzeczy przerobione z ich ubrań. Umeblowanie
było bardzo proste. Poza maszyną do szycia składało się z wiszącego
zegara, komody z szufladami, starej szafy, dwóch metalowych łóżek, dwóch
kufrów (które służyły również za łóżka dla nas, dzieci), krzeseł i regału z paroma książkami.
Było ciasno. Czasami miałem duży kłopot ze znalezieniem jakiegoś
miejsca, żeby odrobić lekcje. Przez jakiś czas Lelia musiała nawet spać
na stole, na szczęście dość dużym.
W każdym pokoju na honorowym miejscu wisiały trzy ikony z lampkami,
które babcia dość często zapalała. Kiedy Lelia i Gala w 1933 roku
wstąpiły do Komsomołu, ojciec zdjął ikony i je schował. Pozostawił tylko
jedną w kuchni dla babci.
W święta, a czasami w niedziele, piekliśmy ciasta, ciasteczka,
paszteciki z konfiturami, a niekiedy pieróg z konfiturami albo mięsem.
Na Nowy Rok ojciec kupował choinkę, ozdabiał ją zabawkami, świeczkami,
które zapalaliśmy wieczorem, i słodyczami, jeżeli je mieliśmy. Na
Wielkanoc mama i babcia piekły dwa ciasta i niekiedy szły do cerkwi,
żeby je poświęcić. Wychodziły wówczas wcześnie rano i zostawały tam
bardzo długo. Mój ojciec rzadko zapraszał gości - przyjaciół z żonami,
czasami również z dziećmi. Czasem przychodziła nas odwiedzić
przyjaciółka mamy, ciocia Szura, jej dawna koleżanka ze szkoły.
Zanim wyszliśmy do szkoły na pierwszą zmianę (ponieważ brakowało szkół,
w niektórych z nich organizowano naukę na dwie zmiany - pierwszą z rana
i drugą po południu), piliśmy herbatę i jedliśmy chleb z masłem, jeżeli
akurat było, ale żadnego ciepłego posiłku. Po powrocie ze szkoły był
kapuśniak albo jakaś inna zupa na pierwsze danie, na drugie - kartofle,
makaron, kasza jęczmienna albo gryczana, od czasu do czasu smażone
kotlety albo ryba. Wieczorami piliśmy herbatę i jedliśmy chleb, bardzo
rzadko była kiełbasa. W szkole dostawaliśmy darmowe drugie śniadania.
W niedziele chodziliśmy z przyjaciółmi na filmy dla dzieci do kina, do
klubu Markowa albo do kina "3. Internacjonał" koło stacji metra
Baumanskaja. Klub Markowa był obok mojej szkoły na ulicy Bolszaja
Pocztowaja.
Zawsze chodziłem ze szkołą albo z robotnikami z fabryki, w której
pracował nasz sąsiad, Siergiej Głazków, wysoko wykwalifikowany tokarz,
na parady na placu Czerwonym urządzane z 1 maja albo 7 listopada, w rocznicę rewolucji. Lubiłem chodzić na parady - było ciekawie:
odświętnie ubrani ludzie śpiewali pieśni, tańczyli, wszędzie grały
orkiestry, a dzieci otrzymywały prezenty od zakładów pracy (cukierki,
ciasteczka i oranżadę).
Aż do trzynastego czy czternastego roku życia byłem słabowitym i chudym
dzieckiem. Bardzo często chorowałem - na szkarlatynę, wietrzną ospę,
zapalenie płuc i zapalenie ucha środkowego. Byłem wstydliwy i często nie
potrafiłem wykrztusić słowa, kiedy musiałem odpowiadać na lekcjach, bo
nie zawsze umiałem wyrazić odpowiednio swoje myśli. Początkowo miałem
kłopoty z matematyką, ale potem sobie z nią poradziłem, nigdy jednak nie
nauczyłem się dobrze pisać - moje prace pisemne zawsze były pełne
błędów. Dla zdrowia zacząłem zajmować się sportem - lekkoatletyką,
bieganiem na nartach, piłką nożną i siatkówką. Mieliśmy zawody w skoku w dal i wzwyż. Przez dwa lata należałem do sekcji zapaśniczej na stadionie
Lokomotiw, gdzie także podnosiłem ciężary, aby wzmocnić mięśnie. W szkole chłopcy ćwiczyli skok przez konia i na poręczach. Uprawianie
sportu wyszło mi na dobre. Stałem się silniejszy fizycznie i choroby
zostawiły mnie w spokoju. W dziesiątej klasie razem z moimi kolegami,
Fokinem i Zołotuchinem, byliśmy najlepszymi skoczkami wzwyż. Brałem
udział w rejonowych zawodach w narciarstwie biegowym, ale nie odniosłem
żadnych większych sukcesów, podobnie jak w zapasach. Kiedy we wrześniu
1941 roku zostałem powołany do wojska, miałem 180 centymetrów wzrostu i ważyłem 70 kilogramów, co dla osiemnastolatka było normą. Sport pomógł
mi poradzić sobie w wojsku i na froncie ze sprawami wymagającymi wysiłku
fizycznego. Później odkryłem w sobie talent strzelecki - zwłaszcza do
strzelania z pistoletu.
Nie byłem zbyt odważny i bardzo rzadko walczyłem. Nie tylko dlatego, że
nie umiałem się bić, ale również ze względu na mój charakter. Bardzo nie
podobało mi się bicie kogoś w twarz, zwłaszcza przyjaciela. W przeciwieństwie do innych chłopaków, nigdy się na nikogo nie złościłem.
Parę razy uderzono mnie, a ja nie mogłem się zmusić, żeby oddać.
Mam wrażenie, że wstąpiłem do Komsomołu jako ostatni w klasie. Było to
dopiero w 1939 roku. W młodszych klasach należałem do
pionierów1 i zanim zostałem komsomolcem, nosiłem czerwoną
chustę.
Gdy naszą szkołę nr 341 przekształcono w grudniu 1940 roku w zawodową,
przeniesiono nas do szkoły nr 350 na ulicy Bolszaja Pocztowaja, a organizacja komsomolska wybrała mnie na przewodniczącego towarzystwa
Osoawiachim (przemianowanego po wojnie na DOSAAF2). Nie mogę
powiedzieć, aby organizacja ta działała w szkole bardzo aktywnie, ale
niekiedy mieliśmy zawody strzeleckie, które były szczególnie ważne.
Organizowaliśmy wycieczki w maskach przeciwgazowych, czasem nawet lekcje
i inne zajęcia szkolne odbywaliśmy w maskach. Moimi najlepszymi wtedy
przyjaciółmi z naszej ulicy byli Władimir Dołmatow, Piotr Gromyszow, Lew
Kołychałow (poległ w 1942 roku) i Jewgienij Bogolubski (zaginął bez
wieści). Później przyjaźniłem się z Aleksandrem Fokinem (poległ w 1943
roku) i Andriejem Otryganiowem (został podpułkownikiem i zmarł w 1957
roku w wieku trzydziestu pięciu łat). Wszyscy mieszkaliśmy blisko szkoły
mieliśmy podobne zainteresowania i zapatrywania, wszyscy byliśmy wysocy,
wysportowani i osiągaliśmy podobne wyniki w nauce.
Niestety, w ostatnim kwartale roku szkolnego 1940/1941 musieliśmy
przerwać zajęcia sportowe i przygotowywać się do matury. Po długiej
dyskusji paru chłopaków z mojej klasy, w tym również i ja,
postanowiliśmy wstąpić do Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej w Sewastopolu. Mnie jednak nie udało się przejść komisji lekarskiej -
znaleźli u mnie daltonizm, choć w dość niewielkim stopniu. Mimo wszystko
jednak komisja uznała mnie za niezdolnego do służby w marynarce wojennej
i lotnictwie (próbowałem również zapisać się do aeroklubu). Ja i moi
koledzy nie myśleliśmy o wojnie, wierzyliśmy, że będzie toczona na
terytorium wroga, i byliśmy w świetnych nastrojach. Zdałem wszystkie
moje egzaminy maturalne z wyróżnieniem, z wyjątkiem wypracowania z literatury rosyjskiej. Bal maturalny odbył się 17 czerwca i otrzymaliśmy
świadectwa. Wojna zaczęła się pięć dni później.
Rozdział 2. Zaczyna się wojna
Rozdział 2
Zaczyna się wojna
O tym, że wybuchła wojna, po raz pierwszy usłyszałem na mieście. Z kolegą z klasy, Władimirem Griwninem, mieliśmy zamiar iść do kina
starych filmów przy Nikitskich Worotach. Przyjęliśmy wiadomość dość
spokojnie. Uważaliśmy, że hitlerowscy najeźdźcy zaraz zostaną odrzuceni
za granice naszego kraju. Ale stało się dokładnie na odwrót. Konflikt
ten, najstraszliwsza z wszystkich wojen, dla nas trwała 1418 dni, czyli
3 lata, 10 miesięcy i 17 dni.
25 albo 26 czerwca zaproszono mnie razem z innymi komsomolcami do
baumańskiego komitetu dzielnicowego Komsomołu. Tam zaproponowano nam,
żebyśmy pojechali do briańskiego rejonu budować umocnienia. Wzięliśmy ze
sobą trochę rzeczy osobistych oraz żywności i wieczorem tego samego dnia
załadowano nas do pociągu. Zaczęliśmy pracować pod Kirowem w rejonie
briańskim. Harowaliśmy po dwanaście godzin na dobę, a ponieważ nie
byliśmy przyzwyczajeni do pracy fizycznej, czuliśmy się bardzo
wyczerpani. Zasypialiśmy, gdy tylko nasze głowy dotykały "łóżek" ze
słomy lub siana, które przygotowywaliśmy sobie w stodołach. Kopaliśmy
rowy przeciwczołgowe, okopy, stanowiska na brzegach rzek i ustawialiśmy
zapory z drutu kolczastego. Musieliśmy też naprawiać uszkodzone w czasie
nalotów tory kolejowe i oczyszczać je ze szczątków zniszczonych pociągów
towarowych. Naszym głównym zajęciem było jednak kopanie rowów
przeciwczołgowych. Wyżywienie okazało się kiepskie i nie wystarczało go
dla nas i mieszkańców wsi, niezbyt dla nas miłych. Nasz brygadzista,
który przyjechał razem z nami z Moskwy, musiał rozmawiać z miejscowymi,
najczęściej z szefami kołchozów lub wiosek, o ile nie zostali powołani
do wojska, i namawiać ich, aby dali nam trochę jedzenia albo chociaż
kartofli. Takie rozmowy czasem pomagały, ale rzadko.
Niemieckie lotnictwo zbombardowało nas kilkakrotnie. Przerażeni,
pierzchaliśmy na wszystkie strony jak króliki. Byliśmy młodzi, zdrowi i potrafiliśmy szybko biegać. Nie ponieśliśmy żadnych strat, ponieważ
bomby wybuchały daleko od nas, ale jako że nigdy dotąd nie byliśmy pod
ogniem, trzęśliśmy się jak galareta. Pracowaliśmy tam czterdzieści pięć
dni, aż do 8 sierpnia 1941 roku, kiedy to pospiesznie załadowano nas do
pociągu i rankiem 9 sierpnia znaleźliśmy się z powrotem w Moskwie na
Dworcu Kijowskim. Studentów wyższych uczelni powołano natychmiast do
wojska i rozesłano do różnych jednostek.
Kiedy pięciu czy siedmiu z nas wsiadło do wagonu metra, pasażerowie
zwracali na nas uwagę. Byliśmy brudni i obszarpani, w połatanych
koszulach i spodniach, włosy mieliśmy długie, tłuste i zmierzwione.
Kobiety jednak po jakimś czasie podeszły do nas i zainteresowały się,
kim jesteśmy i skąd. Gdy dowiedziały się, że pracowaliśmy przy
umocnieniach, zaczęły - jak to matki - wypytywać nas o swoje dzieci, ale
nie widzieliśmy i nie znaliśmy żadnej osoby, którą wymieniły.
W domu czekał na mnie urzędowy dokument informujący, że zostałem
powołany do Armii Czerwonej i 11 sierpnia mam się stawić w szkole na
Takmakowskim Pierieułku. Mieścił się w niej punkt zbiorczy wojskowej
komendy uzupełnień dzielnicy baumańskiej miasta Moskwy. Niektórzy
sąsiedzi z ulicy i koledzy z klasy już otrzymali podobne wezwania.
W nocy 12 sierpnia załadowano nas do pociągu. Zajęliśmy miejsca w wagonach towarowych (dla czterdziestu ludzi lub ośmiu koni) i pojechaliśmy na wschód. Po drodze odłączano poszczególne wagony z ludźmi, których wysyłano do różnych szkół wojskowych. W taki właśnie
sposób rozstaliśmy się z Aleksandrem Fokinem. W okolicach Czelabińska
zakwaterowano nas w namiotach w obozie czeburkalskim, w którym
stacjonowały w lecie jednostki Uralskiego Okręgu Wojskowego. Zanim
zaczęły się chłody, żyliśmy w obozie, przede wszystkim ucząc się
musztry. Wciąż byliśmy w cywilnych ubraniach. Kiedy zrobiło się zimno,
przeniesiono nas do kina letniego w Czelabińskim Parku Kultury. Przed
wojną w Moskwie również istniały takie letnie kina. Jesień na Uralu była
zimna, bardzo marzliśmy w tym kinie, niektórzy z nas chorowali, a buty
części z nas się rozpadły. Poza tym wyżywienie było bardzo złe i zdarzało się, że ludzie dopuszczali się kradzieży.
Po jakimś czasie ktoś na górze postanowił pozbyć się tej wielkiej, nie-
zorganizowanej i różnorodnej grupy (było nas co najmniej pięciuset),
której większość każdego ranka wyprawiała się do miasta w poszukiwaniu
jedzenia. Zaczęto nas rozsyłać w różne miejsca, gdzie mieliśmy pełnić
służbę. Moi przyjaciele: Turanow, Tworogow i Sielwanowicz wyjechali.
Spotkałem się z nimi dopiero po wojnie, w Moskwie. Wszyscy byli na
froncie i przeżyli, tylko Sielwanowicz został ranny i był kaleką.
W październiku jakiś obcy starszy sierżant wybrał nas, około dwudziestu
ludzi, i pojechaliśmy razem z nim do kołchozu kopać kartofle, których
miejscowi nie zdążyli zebrać przed pierwszymi mrozami. Umieszczono nas w nieogrzewanej sali, w której nocami prawie zamarzaliśmy. Bądź co bądź to
był Ural i mieliśmy połowę albo koniec października. Po całym dniu pracy
byliśmy jednak tacy zmęczeni, że nie zwracaliśmy uwagi na chłód.
Wieśniacy wcale nam nie pomagali. Nie dawali ani jedzenia, ani drewna na
opał, nie mieliśmy nawet garnka, w którym moglibyśmy ugotować kartofle.
Byliśmy ciągle głodni, a poza tym niektórzy z nas, w tym również ja,
przeziębili się. Nasz przełożony również nie dbał o nas należycie i byliśmy zadowoleni, kiedy podjęto decyzję, żeby zabrać nas z powrotem do
Czelabińska. W jakimś stopniu mogę zrozumieć kobietę z jednej z wiosek,
gdzie kopaliśmy rowy przeciwczołgowe, która nie chciała dać nam
jedzenia, mówiąc: "A czym będę karmiła Niemców, kiedy przyjdą?". Ale
tamto było w rejonie Briańska, a nie na Uralu, gdzie Niemcy byli daleko.
Nigdy więcej w moim życiu nie spotkałem takich ludzi - naprawdę, w pełni
zasługiwali na to, żeby ich nazywać czołdonami3. Z takimi
postawami zetknęliśmy się jedynie na Ukrainie Zachodniej, ale to były
tereny Bandery4.
Nie wróciliśmy już do letniego kina. Przerzucano nas z jednych koszar do
drugich, ale miało to dobrą stronę, że było w nich przynajmniej ciepło.
Karmiono nas naprawdę źle: gotowane buraki w gorącej wodzie i to
wszystko. Zamiast talerzy mieliśmy małą miednicę. Trudno wyjaśnić taką
nędzę, przecież to był dopiero czwarty miesiąc wojny. Widzieliśmy bardzo
wielu żołnierzy powołanych z rezerwy. Byli to ponurzy, niechlujni,
zrezygnowani czterdziestolatkowie, którzy robili wrażenie o wiele
starszych. Na froncie nigdy nie spotkałem takich zacofanych ludzi. Aż
dziw bierze, że to byli Sybiracy! Na początku listopada 1941 roku około
czterystu z nas załadowano w Czelabińsku do pociągu i wysłano wszystkich
do kamyszłowskiej szkoły oficerów piechoty. W drodze do Kamyszłowa
bardzo dokuczał nam głód. Na starszego naszej grupy wyznaczono - jak
zwykle - złodzieja. Pobrał prowiant dla całej grupy, wydał nam rację na
jeden dzień i zniknął z resztą żywności. Już go więcej nie zobaczyliśmy.
Na początku wojny, kiedy złodziei trudno było złapać, kradzieże zdarzały
się bardzo często. Głodne chłopaki dosłownie przewracały do góry nogami
dworcowe kioski, zabierając wszystko, co udało im się znaleźć. Po kilku
takich napadach zaczęto robić postoje w otwartym polu, a nie na stacjach
czy we wsiach. Dostałem od znajomych trochę jedzenia, głównie chleba.
Wysadzono nas w Kamyszłowie w obwodzie swierdłowskim, jakieś sto
osiemdziesiąt kilometrów na wschód od Swierdłowska (obecnie
Jekaterynburg). Wszystkich przybyłych tym transportem rozdzielono
pomiędzy cztery kompanie - 13., 14., 15. i 16., które tworzyły razem 4.
batalion. Znalazłem się w 15. kompanii. Tych, którzy konsekwentnie i uparcie odmawiali uczenia się, a także byłych przestępców kryminalnych
wysłano do formowanych na Uralu jednostek wojskowych, które miano wysłać
na front.
Złożyliśmy przysięgę 16 listopada 1941 roku i oficjalnie zostaliśmy
uznani za kursantów. Początkowo dostaliśmy kamasze z owijaczami zamiast
butów z cholewami. Mieliśmy z nimi mnóstwo kłopotów - człowiek próbuje
okręcić łydkę, kiedy nagle owijacz wyślizguje się z ręki i trzeba
wszystko zaczynać od nowa. W tym okresie niemal wszyscy żołnierze Armii
Czerwonej mieli buty z owijaczami, zwłaszcza w piechocie. W szkole
wydano nam mundury zimowe (wtedy też zamiast kamaszy otrzymaliśmy buty z cholewami): bawełniane onuce, wełniane bluzy i pikowane spodnie,
pikowane kurtki, które nosiło się pod płaszczem, i wełniane rękawice.
Nie mieliśmy jednak zimowych czapek i chodziliśmy w zwykłych
garnizonowych. Kiedy temperatura spadała do minus dwudziestu-dwudziestu
pięciu stopni Celsjusza, niektórzy wkładali pod czapkę garnizonową
ręcznik. Mrozy na Uralu były bardzo silne. Widzieliśmy wróble
zamarzające w locie - i wcale tego nie zmyślam. Czapki zimowe dostaliśmy
dopiero w styczniu 1942 roku. Mieszkaliśmy na parterze wielkiego,
dwukondygnacyjnego bloku koszarowego. Spaliśmy na piętrowych metalowych
łóżkach. Sami napychaliśmy sobie sianem materace i poduszki. Pobraliśmy
też po dwa prześcieradła i po jednym bawełnianym kocu. Na przeciwległych
końcach bloku znajdowały się dwa wielkie, opalane drewnem piece. Na
każdym piętrze zakwaterowane były dwie kompanie, po stu dwudziestu ludzi
w każdej. Pomiędzy salami kompanii biegł szeroki korytarz, gdzie
ustawialiśmy się do porannego przeglądu (formularz nr 20 - sprawdzanie,
czy nie mamy wszy) i na wieczorną zbiórkę. Na końcu bloku koszarowego
był magazyn, sala oficerska, zbrojownia (właściwsze określenie: stojaki
na karabiny), łazienka i ubikacje. Zajęcia, razem z nauką własną, trwały
dziesięć do dwunastu godzin dziennie. Pobudka była o 6.00 lub 6.30, nie
pamiętam tego dokładnie, capstrzyk o 23.00. Zajęcia były bardzo męczące,
ponieważ odbywały się na dworze, byliśmy więc zawsze głodni i śpiący.
Karmiono nas dość dobrze. Otrzymywaliśmy około 750 gramów chleba
dziennie i cukier do herbaty na śniadanie i obiad. Na śniadanie
zazwyczaj dawali kaszę, masło (20 gramów), herbatę i chleb. Na obiad
mieliśmy zupę albo szczi zrobioną na bulionie mięsnym, na drugie danie
tłuczone ziemniaki albo owsiankę z mięsem, kompot i chleb. Kolacje były
dość kiepskie - sałatka z buraków albo kawałek gotowanej ryby (czasami
śledź) z kartoflami, herbata, chleb i cukier. Kursanci otrzymywali
wyżywienie lepsze nawet niż dowódcy w swojej kantynie5. Ale my
zużywaliśmy mnóstwo energii i spędzaliśmy całe dnie na mrozie, nasze
młode organizmy potrzebowały zatem więcej jedzenia i snu. Tego
ostatniego wciąż nam brakowało, chociaż po obiedzie mieliśmy czas na
wypoczynek. Niektórzy kursanci nie mogli podołać takiemu wysiłkowi
fizycznemu i stawali się coraz chudsi i słabsi, a inni,
nieprzyzwyczajeni do tak silnych mrozów, cierpieli na odmrożenia stóp.
Dowódcą naszej kompanii był Kazach, porucznik Sulejmanow, silny
fizycznie, świetny instruktor. Kompania składała się z czterech
plutonów, po trzydziestu kursantów w każdym. W całej szkole oficerskiej
było ogółem dwadzieścia kompanii (pięć batalionów). Dowódcą mojego
pierwszego plutonu był podporucznik Chrapowicki, a podporucznik Iljin -
drugiego. Nie pamiętam już nazwisk dwóch pozostałych dowódców plutonów.
Większość kursantów w pierwszym i drugim plutonie stanowili moskwianie,
natomiast w trzecim i czwartym byli najczęściej miejscowi, z Uralu i przyległych regionów.
Komendantem szkoły był kombrig6; miał na patkach kołnierza po
jednym rombie - chociaż już wprowadzono stopnie generalskie. Widywaliśmy
go rzadko, jedynie w czasie defilad, a mieliśmy ich w czasie naszego
pobytu w szkole zaledwie dwie lub trzy. Mówiono, że niedawno zwolniono
go z więzienia. Został aresztowany jako były oficer carskiej armii,
podobnie jak marszałek Związku Radzieckiego Rokossowski i generał
Gorbatow.
W połowie grudnia 1941 roku naszą kompanię wysłano do obozu zimowego
poza miastem, gdzie mieszkaliśmy w ziemiankach i spaliśmy na piętrowych
pryczach. Nie było bieżącej wody i po ćwiczeniach fizycznych musieliśmy
się myć śniegiem. Trzeba to było robić na dworze, na mrozie, a rano
temperatura spadała aż do minus trzydziestu-trzydziestu pięciu stopni
Celsjusza! Trzy razy w miesiącu jeździliśmy na nartach osiemnaście
kilometrów do łaźni. Uczyliśmy się również musztry - krok defiladowy,
zwroty w lewo, w prawo i w tył oraz salutowanie (w tym okresie nazywano
to pozdrowieniem dowódcy). Zapoznawaliśmy się z bronią, zasadami służby
i regulaminem walki piechoty. Uczyliśmy się też taktyki - ćwiczyliśmy
przeprowadzanie ataków na wroga, a także działania plutonu i kompanii w obronie. Niekiedy mieliśmy zajęcia na strzelnicy. Po miesiącu albo
półtora wróciliśmy do koszar w mieście.
Mieliśmy zakaz opuszczania terenu szkoły i chodzenia do miasta, ale i tak nie byłoby co tam robić. Na miejscu znajdowała się poczta, sklepik z przydatnymi dla żołnierza drobiazgami, takimi jak nici i igły. Był także
klub z kinem i biblioteką. W niedziele (dla nas, kursantów, były to
także dni wolne) chodziłem do biblioteki i czytałem gazety, zazwyczaj
"Prawdę". Pożyczałem też beletrystykę, zabierałem książki do koszar i nawet udawało mi się znaleźć czas na lekturę. Maszerowaliśmy w szyku do
kina - zazwyczaj miało to miejsce rano, przed obiadem. Zapamiętałem
tylko jeden film: Rozgromienie niemieckich wojsk pod Moskwą. W czasie
innych filmów zasypiałem, podobnie jak wielu kursantów, pomimo że w sali
ogrzewanie było bardzo kiepskie. Pełniąc służbę w kompanii - kursant i trzech gońców - kiedy przyjeżdżał pociąg z Moskwy, biegaliśmy do baru na
stacji po kaszę - pszeniczną, a nie z prosa. W barze nie było nic
więcej. Najczęściej wlewaliśmy ją do wiadra przeciwpożarowego. Do kaszy
dostawaliśmy też parę kawałków chleba. W nocy zjadaliśmy wiadro kaszy, a jeżeli trochę zostało, budziliśmy paru kolegów. Do rana wiadro musiało
być wyczyszczone i ponownie powieszone na tablicy ze sprzętem
przeciwpożarowym. W szkole byli bardzo różni kursanci - niektórzy
uczciwi, przyjaźni, chętni do pomocy, którzy dzielili się paczkami
żywnościowymi z przyjaciółmi, inni byli ich przeciwieństwem i nie
spełniali nawet podstawowych wymogów dyscypliny. Ze złodziejami kursanci
rozprawiali się we własnym gronie. W każdym razie starsi nie znęcali się
nad młodszymi, a jeżeli działo się coś takiego, nic o tym nie
wiedzieliśmy.
Nie miałem trudności z pełnieniem służby wojskowej, mróz też mi nie
dokuczał. Byłem trzecim pod względem wzrostu kursantem w kompanii.
Najwyższy był Anatolij Pawłowicz Złobin. Po wojnie został wybitnym
pisarzem; zmarł w 2000 roku. Obu nas powołano w Moskwie. Na froncie
Anatolij był dowódcą baterii moździerzy. Z wszystkimi ludźmi w kompanii
miałem dobre stosunki, a w plutonie wszyscy się przyjaźniliśmy - byliśmy
moskwianami z tej samej dzielnicy, kończyliśmy szkoły, które znajdowały
się blisko siebie, i nawet doszukaliśmy się wspólnych znajomych. Nie
mieliśmy żadnych powodów do kłótni. Pod względem fizycznym byłem nie
gorszy od innych kursantów w plutonie czy kompanii. Może nie wybitnym,
ale dawałem sobie radę. Nie podlizywałem się nikomu i nie zmyślałem.
Dowódca kompanii trzymał się od nas nieco na dystans i nie widywaliśmy
go codziennie. Wieczorami mieliśmy zajęcia z pomocnikami dowódcy
plutonu. Zazwyczaj byli to starsi kursanci, ci, którzy wstąpili do
szkoły oficerskiej wcześniej niż my. Niektórzy mieli trudności z nauką,
a dwaj kursanci nie poradzili sobie. Jeden z miejscowych, Lisycyn,
zastrzelił się w ziemiance w czasie, gdy kompania pełniła służbę
wartowniczą. Drugi - moskwianin, Wiszniewski, uciekł. Szukano go długo,
ale nie znaleziono. Oba incydenty były dla kompanii nadzwyczajnymi
wydarzeniami. Później krążyła plotka, że od Wiszniewskiego przyszedł
list z informacją, iż jest na froncie i prosi, aby nie uznawać go za
dezertera. Jednakże oficjalnie nie odczytano nam tego listu - zapewne
dlatego, żeby inni kursanci nie poszli za jego przykładem.
Musieliśmy w sześć miesięcy nauczyć się tego, co w przedwojennej szkole
oficerskiej studiowalibyśmy przez dwa lata. Front potrzebował oficerów
na stanowiska dowódców plutonów, ponieważ na pierwszej linii oni właśnie
ginęli najszybciej. Studiowaliśmy regulaminy walki i musieliśmy opanować
w praktyce przewidziane w "Regulaminie Walki Piechoty" z 1936 roku
działania w obronie i ataku, począwszy od pojedynczego żołnierza, a skończywszy na obowiązkach dowódcy kompanii. Regulamin ten został
wycofany w 1942 roku i zastąpiony przez jego nową wersję, opartą na
doświadczeniach zebranych w czasie pierwszych dwunastu miesięcy wojny.
Mieliśmy również doskonale znać regulaminy: ogólnowojskowy, służby
wewnętrznej, służby wartowniczej i musztry. Studiowaliśmy podręczniki
techniczne. Zaznajomiono nas z różnymi rodzajami uzbrojenia,
rozkładaniem i składaniem broni, jej zastosowaniem, zasadami działania,
usterkami oraz sposobami ich usuwania. Poznawaliśmy karabin Mosina wzór
1892/1930, samopowtarzalny karabin Simonowa, erkaem Diegtiariowa (RPD
lub DP) i ciężki karabin maszynowy Maxim. W przypadku tego ostatniego
trudne było rozkładanie i składanie skomplikowanego zamka. Maximy,
podobnie jak karabin Mosina, pochodziły jeszcze z okresu pierwszej wojny
światowej i wojny domowej, i używano ich do końca Wielkiej Wojny
Ojczyźnianej. Zapoznawaliśmy się także z moździerzami: moździerzem
kompanijnym kalibru 37 mm (wycofanym później z użycia), a także kalibru
50 mm i 82 mm. Uczyliśmy się ich danych techniczno-taktycznych,
zastosowania, przygotowania do strzelania i warunków prowadzenia ognia.
Prawdę powiedziawszy, poziom szkolenia ogniowego był kiepski, ponieważ
instruktorzy sami nie rozumieli tematu. Ogólnie rzecz biorąc, w czasie
wojny nasze obsługi moździerzy strzelały naprawdę bardzo słabo.
Oczywiście jednostki artyleryjskie - bataliony, a nawet pułki moździerzy
- były bardzo dobrze wyszkolone, ale moździerze piechoty spisywały się
marnie. Pewnego razu omal nie zabiły mnie samego! Natomiast niemieckie
obsługi moździerzy były bardzo dobre i świetnie wyszkolone, podczas gdy
artyleria Niemców była raczej średnia.
Uczono nas także wydawania komend (w porównaniu z innymi zajęciami
odniosłem w tej dziedzinie duże sukcesy), mieliśmy też zajęcia
polityczne. Ograniczały się one do wykładów lektora, z których niewiele
docierało do wyczerpanych kursantów i niektórzy z nich zasypiali.
Pamiętam doskonale, sam zawsze drzemałem na tych wykładach i nic z nich
nie pozostało mi w pamięci. Jednakże przez większość czasu zajmowaliśmy
się sprawami wojskowymi; szkolenie było intensywne i wyczerpujące. Nigdy
nie ukończyliśmy kursu przygotowania danych strzeleckich do moździerza
82 mm i mieliśmy się tego nauczyć w jednostkach frontowych. Ja jednak
pozostałem w piechocie, a oprócz mnie co najmniej trzydziestu ludzi nie
wysłano do pododdziałów moździerzy. Nigdy nie strzelaliśmy z moździerzy
ostrą amunicją i było to rozsądne, jeśli weźmie się pod uwagę, że nasi
dowódcy plutonów i dowódca kompanii w gruncie rzeczy sami nie wiedzieli,
jak się z nimi obchodzić. Poza dowódcą kompanii wszyscy byli
absolwentami tej samej oficerskiej szkoły piechoty w Kamyszłowie i w czasie studiów nie mieli zajęć z obsługi moździerzy ani takich dział,
jakie znajdowały się w programie szkół oficerów artylerii. Poznawali
teorię strzelania z moździerzy razem z nami i nie byli w stanie
przekazać nam żadnej sensownej wiedzy. W rezultacie kursanci nie
traktowali poważnie szkolenia moździerzowego.
Nasza nauka dobiegła końca i na początku maja 1942 roku kursanci
otrzymali stopnie wojskowe. Niektórzy zostali podporucznikami, inni
chorążymi. Ku mojemu rozczarowaniu znalazłem się w tej drugiej grupie.
Byłem zmartwiony, ale ostatecznie uspokoiłem się - w końcu co to za
różnica - i tak wszyscy mieliśmy pójść na front jako dowódcy plutonów.
Szkołę ukończyło czterystu osiemdziesięciu oficerów (cztery kompanie).
Promocja przeszła niepostrzeżenie, jak każdy inny dzień - była wojna.
Koszary opustoszały, nowi kursanci mieli dopiero przybyć. Pożegnaliśmy
się z wszystkimi - z niektórymi na dobre. Nie miałem jeszcze nawet
dziewiętnastu lat. Złożono na nasze młode barki szczególnie ciężkie
brzemię odpowiedzialności. Młodzi ludzie, niemal chłopcy, musieliśmy
dowodzić co najmniej setką dorosłych, doświadczonych mężczyzn. Byliśmy
odpowiedzialni za ich życie, za porządek, musieliśmy rozstrzygać
problemy moralne, ale mimo młodego wieku nie ugięliśmy się i nie
załamaliśmy. Tak to było.
Niektórzy oficerowie - już nie kursanci - jakieś dwadzieścia pięć do
trzydziestu osób, wśród nich i ja, pozostaliśmy w szkole. Oznajmiono
nam, że przejdziemy szkolenie dowódców plutonów niszczycieli czołgów. W gruncie rzeczy nikt nie wiedział, co to takiego. Potem otrzymaliśmy
wyjaśnienie w postaci podręcznika. Przeczytaliśmy w nim, że w każdym
batalionie strzeleckim ma zostać sformowany najpierw pluton, a później
kompania karabinów przeciwpancernych do zwalczania czołgów wroga. Szkoła
otrzymała dwa karabiny przeciwpancerne - jeden projektu Diegtiariowa i drugi, powtarzalny, Simonowa - oraz granaty przeciwpancerne. Rzadko
kiedy strzelaliśmy z tych karabinów, ponieważ trzeba było oszczędzać
amunicję, a zamiast ostrych granatów rzucaliśmy atrapy. W końcu na
początku lipca 1942 roku wysłano nas do jednostek.
Nie poszliśmy prosto na front, ale znaleźliśmy się w 365. zapasowym
pułku piechoty 46. Zapasowej Brygady Piechoty, stacjonującym przy stacji
Surok w okręgu marijskim. Szkolono w nim uzupełnienia dla jednostek
frontowych. Żołnierze Armii Czerwonej przechodzili tu podstawowe
przeszkolenie wojskowe, przede wszystkim strzeleckie i taktyczne -
zwykłe działania pojedynczego żołnierza w drużynie i plutonie.
Podporucznik Żuków, moskwianin z naszej szkoły, był dowódcą kompanii, a ja zostałem dowódcą plutonu. Miałem w pododdziale trzydziestu ludzi
rozmaitych narodowości, w bardzo różnym wieku, w tym wielu dość starych.
Początkowo czułem się trochę niezręcznie, wydając rozkazy starszym ode
mnie, ale później wszystko to zaczęło wydawać się normalne. Dowódca
plutonu otrzymywał żołd w wysokości sześciuset rubli miesięcznie. Z tego
zabierano pięćdziesiąt rubli na podatek wojskowy i otrzymywaliśmy
pięćset pięćdziesiąt rubli gotówką, ale nie mieliśmy na co wydawać
pieniędzy, ponieważ w pułku nie było sklepów. Poza jednostką obowiązywał
system kartkowy, a na rynku ceny były bardzo wysokie. Bochenek chleba
kosztował dwieście-dwieście pięćdziesiąt rubli, pół litra wódki albo
bimbru dwieście pięćdziesiąt-trzysta rubli. Tylko tyle mogliśmy kupić za
nasze pobory.
W kompanii strzelców wyborowych oprócz strzelania oraz budowy i zasad
użycia broni uczyliśmy ludzi okopywania się za pomocą łopatki
saperskiej, maskowania w terenie, posuwania się skokami, rzutów granatem
(najczęściej RGD-33) oraz ataku na bagnety. Do kompanii strzelców
wyborowych przydzielano młodszych ludzi, którzy z entuzjazmem
podchodzili do szkolenia ogniowego i próbowali dorównać mi
umiejętnościami, ale bardzo niewielu w pułku potrafiło strzelać lepiej
ode mnie. Chociaż nie mieliśmy prawdziwego doświadczenia bojowego,
przekazywaliśmy podwładnym całą wiedzę, którą zdobywaliśmy w szkole
oficerskiej. Okres szkolenia strzelców wyborowych był dłuższy w porównaniu z przygotowaniem szeregowego z kompanii piechoty. Po dwóch
lub trzech miesiącach, a czasami jeszcze krótszym okresie nauki,
żołnierzy wysyłano jako uzupełnienie do jednostek bojowych, ale
oficerów, a właściwie dowódców z pułku, rzadko wysyłano na front. Na
przykład ja spędziłem w pułku prawie rok (od czerwca 1942 do kwietnia
lub maja 1943 roku). W lecie i na jesieni 1942 roku dwukrotnie wysyłano
mnie jako oficera odprowadzającego kompanie marszowe do jednostek
bojowych, najpierw w okolice Możajska, a potem Woroneża. Moim
obowiązkiem było dostarczyć kompanię bez strat personelu (zdarzały się
przypadki dezercji). Niekiedy dowódcy kompanii towarzyszył oficer
polityczny. Kompanie marszowe zazwyczaj doprowadzano do stanowiska
dowodzenia dywizji lub pułku, gdzie przydzielano ludzi do poszczególnych
pododdziałów. Z 365. zapasowego pułku również oficerowie zaczęli
odchodzić na front, a na ich miejsce przychodzili inni ze szpitali, w których leczyli rany, niekiedy ciężkie. Również i dla mnie nadeszła pora
odejścia z pułku. Tkwiłem w nim długo, ale zdobyłem doświadczenie w dowodzeniu ludźmi i wzbogaciłem swoją wojskową wiedzę; zostałem też
świetnym strzelcem. Nie miałem tu żadnych przyjaciół - wielu z nich już
odeszło i byłem zadowolony, że opuszczam pułk zapasowy.
Pod koniec maja 1943 roku wysłano mnie do wydziału osobowego
Moskiewskiego Okręgu Wojskowego. Razem z innymi oficerami przydzielono
mnie do zapasowego batalionu oficerskiego w Kuczynie w pobliżu Moskwy.
Nie zabawiłem w nim długo, mniej więcej miesiąc. Nie robiliśmy tam
prawie nic, tylko staraliśmy się, żeby jak najszybciej wysłano nas na
front. Pod koniec lipca 1943 roku odkomenderowano nas, około stu
oficerów, na front briański. Zaczęliśmy naszą podróż z Moskwy pociągiem,
a potem łapaliśmy okazje, albo nawet musieliśmy iść pieszo. Był to okres
bitwy pod Kurskiem - jednej z największych operacji w tej wojnie. Nasza
kontrofensywa zaczęła się pomyślnie, ale z powodu krwawych walk w obronie, a później w czasie natarcia, oddziały poniosły duże straty
wśród szeregowych i oficerów. Dlatego właśnie jednostki na froncie
briańskim rozpaczliwie potrzebowały uzupełnień.
Mapa frontu briańskiego i ofensywy pod Orłem, od 26 lipca do 20 sierpnia
1943 roku
Rozdział 3. Chrzest ogniowy - ofensywa pod Orłem
Rozdział 3
Chrzest ogniowy -
ofensywa pod Orłem
2 lub 3 sierpnia 1943 roku przybyliśmy do dowództwa frontu briańskiego,
gdzie przydzielono nas do różnych armii. Razem z kilkoma innymi
oficerami zostałem wysłany do 4. Armii Pancernej, która 26 lipca
rozpoczęła natarcie i prowadziła walki, przełamując opór nieprzyjaciela
i posuwając się w kierunku Orła. 8 lub 9 sierpnia przybyliśmy do
dowództwa armii. Znajdowało się w wąwozie, odpowiednio zamaskowane przed
nieprzyjacielskim lotnictwem. W tym okresie dowódcą armii był generał
dywizji W.M. Budakow. Po krótkiej rozmowie z szefem wydziału osobowego
skierowano mnie i kilku innych oficerów do 6. Zmechanizowanego Korpusu
Gwardii, dowodzonego przez generała brygady A.I. Akimowa. Z sekcji
osobowej sztabu korpusu trafiliśmy do różnych brygad. W tym momencie
towarzyszyło mi od pięciu do siedmiu oficerów ze stu, którzy wyjechali z Moskwy. Niektórych przydzielono do 16. Zmechanizowanej Brygady Gwardii,
innych do 17. Gwardii, natomiast ja byłem jedynym oficerem wysłanym do
49. Brygady Zmechanizowanej (wtedy jeszcze nie nadano jej gwardyjskiego
tytułu). Brygadą dowodził podpułkownik Piotr Nikiticz Turkin. Po
namyśle, 13 lub 14 sierpnia, szef sekcji osobowej brygady postanowił
skierować mnie w ramach uzupełnienia do 1. batalionu piechoty
zmotoryzowanej. Dowódcą batalionu był wówczas porucznik Tierientij
Grigoriewicz Kozienko (kapitanem został dopiero w październiku 1943
roku). Z batalionu wysłali gońca, żebym nie musiał błąkać się po
wąwozach, szukając stanowiska dowodzenia batalionu. Razem z gońcem
zameldowałem swoje przybycie w celu pełnienia dalszej służby szefowi
sztabu batalionu, kapitanowi S.P. Mazurowowi. Pierwszy batalion właśnie
przerwał kontakt bojowy z wrogiem i ludzie doprowadzali się do porządku.
Ta krótka przerwa w walkach bardzo mi pomogła - w czasie półdniowej
pauzy w walkach byłem w stanie szybko zapoznać się z personelem.
Mianowano mnie dowódcą 2. plutonu pierwszej kompanii, dowodzonej przez
chorążego Piotra Iwanowicza Titowa. Przez całą wojnę przeszedłem jako
dowódca tegoż plutonu i dopiero we wrześniu lub październiku 1945 roku
oficjalnie mianowano mnie dowódcą 1. kompanii.
Dowódcą 1. plutonu był Piotr Siergiejewicz Szakuło, natomiast 3.
plutonem dowodził podporucznik Gawriłow (zapomniałem, jak miał na imię).
Dowódcy plutonu karabinów maszynowych nie było - został ciężko ranny i znajdował się w szpitalu. Szefem kompanii był starszy sierżant Wasyl
Błochin, dawny marynarz z Floty Oceanu Spokojnego. W kompanii był
sanitariusz Safronow, pisarz kompanijny Barakowski, a także strzelec
wyborowy, wielki Kazach, który nazywał się Jambul. Zastępcą dowódcy
batalionu do spraw politycznych, czyli zampolitem, był Abram
Jefimowicz Gerstein, a zastępcą dowódcy batalionu (sekcja osobowa) -
porucznik Maksym Tarasowicz Burków, który poległ 16 stycznia 1945 roku.
Drugą kompanią zmotoryzowaną dowodził podporucznik Afanasij Nikiticz
Gulik, a trzecią podporucznik Jurij Aleksiejewicz Grigoriew, który w maju 1944 roku został szefem sztabu batalionu.
Starszy sierżant Błochin przedstawił mi pomocnika dowódcy plutonu
sierżanta Sabajewa i ordynansa kompanii. Wieczorem tego samego dnia
przeszliśmy na pozycję wyjściową, aby rano zaatakować Niemców. W nocy
wszyscy trzej oficerowie kompanii zostali wezwani do dowódcy kompanii,
Titowa, który wyznaczył nam cele ataku. W ciemności ani ja nie poznałem
pozostałych dowódców plutonów, ani oni mnie. O świcie kompania utworzyła
tyralierę i razem z dwiema innymi kompaniami batalionu szybkim krokiem
ruszyła w stronę wzgórza, nie mając pojęcia, czy jest bronione przez
przeciwnika. To był mój chrzest ogniowy: już nie szkolenie, ale wojna, a przed nami znajdował się wróg. Niemcy jako pierwsi otworzyli do nas ze
wzgórza ogień z karabinów maszynowych, a potem nakryli nas
skoncentrowaną nawałą moździerzową. Jak robiłem to na ćwiczeniach,
rozkazałem żołnierzom: "Biegiem naprzód" i sam zacząłem biec - dokładnie
jak na ćwiczeniach. I nagle nikogo przede mną nie było. Słyszałem głosy
dobiegające z boku, z wąwozu, w którym ukryli się już żołnierze z mojego
plutonu i całej kompanii. Zaczęli się okopywać. Nie miałem nawet
łopatki, nie mówiąc już o broni - ani pistoletu, ani peemu. Otrzymałem
uzbrojenie dopiero parę dni później. Z mojej prawej strony był żołnierz,
który już zrobił sobie okop do strzelania w pozycji leżącej, poprosiłem
go więc o łopatkę. Okopałem się i zrobiłem przedpiersie. Oddałem łopatkę
rudobrodemu żołnierzowi i zapytałem, kim jest. Odpowiedział, że dowódcą
plutonu z 1. kompanii, podporucznikiem Piotrem Szakułą. Widziałem go
tylko raz w nocy i przy świetle dziennym nie poznałem. W taki właśnie
sposób Piotr Szakuło stał się moim najlepszym przyjacielem na całą
wojnę. Nasza przyjaźń trwała aż do jego śmierci w 1988 roku.
Kiedy zapadła ciemność, wyszliśmy z wąwozu i okopaliśmy się na otwartej
przestrzeni bezpośrednio przed wzgórzem, starając się jak najlepiej
zamaskować nasze wąskie, pojedyncze okopy przed nieprzyjacielskim
lotnictwem i obserwacją przeciwnika. W nocy otrzymaliśmy rozkaz
powtórzyć natarcie na nieprzyjacielskie wojska broniące wzgórza. Nocny
atak to specjalna forma walki - jest skomplikowana i wymaga ścisłego
współdziałania wszystkich pododdziałów batalionu, a nawet pojedynczych
żołnierzy kompanii, a także odwagi i silnych nerwów.
Natarcie rozwijało się dobrze do momentu, gdy dotarliśmy do zasieków z drutu kolczastego i kompania musiała przed nimi zaleć. W jaki sposób
mogliśmy pokonać przeszkodę? Nie mieliśmy nożyc do cięcia drutu. Może
paru żołnierzy razem ze mną mogłoby się przeczołgać pod zasiekami. Ale
co z pozostałymi? Czy pójdą za nami? W ciemności nic nie było widać.
Wspieraliby mnie, a ja ich - to podstawowa sprawa w nocnej walce. Nie
wiedziałem, co robić, i przeczołgałem się, aby poszukać Szakuły i Gawriłowa, dwóch pozostałych dowódców plutonów naszej kompanii. Ponieważ
Niemcy intensywnie oświetlali teren rakietami, udało mi się odnaleźć
towarzyszy. Był z nimi również podporucznik Nikołaj Konstantinowicz
Czernyszow, dowódca plutonu z 2. kompanii. Wszyscy razem postanowiliśmy
wycofać się na pozycję wyjściową.
Zameldowaliśmy, że nie udało się nam wykonać zadania, i ponownie
otrzymaliśmy rozkaz zdobycia okopów wroga. Wydanie ustnego rozkazu
oznaczałoby, że ja i inni żołnierze stalibyśmy się celem dla Niemców,
którzy, choć zachowaliśmy absolutną ciszę, prowadzili straszliwy
skrzydłowy ogień z karabinów maszynowych. Strzelali pociskami
świetlnymi, które jaskrawo lśniły w ciemności. Przygotowaliśmy naszych
żołnierzy do nowego ataku i omówiliśmy z innymi dowódcami plutonów, w jaki sposób najlepiej wykonać rozkaz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Pionierzy - ówczesna organizacja dla młodzieży w wieku 10-15 lat. Bardzo zideologizowana, miała zadanie przekazywać dzieciom wiedzę o państwie radzieckim, uczyć historii partii komunistycznej itp. (Przyp. tłum. oryginału). [wróć]
2. Towarzystwo Wspierania Lotnictwa i Obrony Przeciwchemicznej. Była to działająca w latach trzydziestych w ZSRR organizacja zapewniająca podstawowe przeszkolenie wojskowe oraz w zakresie obrony przeciwchemicznej. (Przyp. tłum. oryginału). [wróć]
3. Przezwisko Rosjan mieszkających na Syberii. Zazwyczahj nie ma ono negatywnego charakteru. (Przyp. red. wyd. ang.). [wróć]
4. Stepan Bandera - ukraiński działacz narodowy, przed drugą wojną światową członek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), w 1940 r. stanął na jej czele (stąd: banderowcy). Do 1941 r. rzecznik współpracy z Niemcami, w czerwcu 1941 osadzony przez Niemców w Sachsenhausen, skąd wyszedł w lutym 1945. Po wojnie przywódca OUN - banderowców, członek Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej (UHWR). Zamordowany w Monachium w 1959 roku przez agenta KGB. (Przyp. tłum. wyd. pol.). [wróć]
5. W 1941 i 1942 roku oficerowie w Armii Czerwonej wciąż byli oficjalnie nazywani dowódcami. (Przyp. tłum. oryginału). [wróć]
6. Przed wojną i we wczesnym okresie wojny stopień w Armii Czerwonej odpowiadający stopniowi generała brygady. (Przyp. tłum. oryginału.). [wróć]