Taniec z diabłem. Santino Torres. Tom 1 - Monika Nawara

Kup ebooka

46.90 zł
36.58 zł (34,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- Mamo! Wy­cho­dzę po­bie­gać! - krzyk­nę­łam, w po­śpie­chu prze­cho­dząc przez sa­lon, po czym usia­dłam na ni­skiej drew­nia­nej ła­weczce przy wej­ściu i się­gnę­łam po adi­dasy.

- O tej po­rze? - usły­sza­łam pod­nie­siony głos do­bie­ga­jący z kuchni i oczami wy­obraźni wi­dzia­łam już mo­ment, w któ­rym mama bę­dzie pró­bo­wała wy­bić mi to z głowy.

Kiedy sta­nęła przede mną, spoj­rza­łam w jej za­tro­skane oczy, du­sząc w so­bie le­d­wie sły­szalne wy­rzuty su­mie­nia, które po­ja­wiły się na myśl o tym, że wró­ci­łam do domu ro­dzin­nego kil­ka­na­ście go­dzin temu, a już da­łam jej po­wody do zmar­twień. We­dług mnie były one wy­ssane z palca, ale w tej chwili nie za­mie­rza­łam z nią o tym dys­ku­to­wać.

- Mamo, nic mi nie bę­dzie - za­pew­ni­łam zde­cy­do­wa­nie. - We­zmę ze sobą Lunę.

- Wcale mnie to nie uspo­ko­iło. Ta psina zu­peł­nie nie na­daje się na psa obron­nego - burk­nęła, wy­cie­ra­jąc mo­kre dło­nie w ście­reczkę ku­chenną.

- Wrócę, nim się obej­rzysz. Obie­cuję. - Cmok­nę­łam ją gło­śno w po­li­czek, a gdy się od­su­nę­łam, do­tarł do mnie słodki, ape­tyczny aro­mat. - Co tak ład­nie pach­nie?

- Cór­ciu, od­wie­dzasz nas tak rzadko, że kiedy wresz­cie przy­jeż­dżasz, to mu­szę cię tro­chę po­roz­piesz­czać.

- Pie­czesz moje ulu­bione cia­sto po­ma­rań­czowe?

- Do­kład­nie tak.

- Ma­muś, prze­pra­szam, ale eg­za­miny na stu­diach, praca w ka­wiarni...

- Wszystko ja­sne. Nie mu­sisz się tłu­ma­czyć. - Ob­jęła mnie ­cia­sno ra­mio­nami, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że nie ma o nic pre­ten­sji. - My­ślę, że to się już nie­długo zmieni.

- Ra­czej nie. Chyba że na gor­sze. Wiesz, że po wa­ka­cjach ­pla­nuję zna­leźć pracę w za­wo­dzie, więc...

- Có­reczko, ni­gdy nie wiemy, co przy­nie­sie przy­szłość. - Mama była wy­jąt­kowo ta­jem­ni­cza i nie­spe­cjal­nie mi się to po­do­bało. - ­Do­bra, leć już. I uwa­żaj na sie­bie.

- Ja­sne. Pa!

W porę za­uwa­ży­łam Lunę, ina­czej po­de­pta­ła­bym biedną psinę, le­żącą na dy­wa­niku przy drzwiach wyj­ścio­wych.

- Chodź, Luna. Roz­ru­szamy te na­sze stare ko­ści. - Po­dra­pa­łam ją pod py­skiem, po czym prze­pu­ści­łam, by wy­szła.

La­bra­dorka nie była już pierw­szej mło­do­ści, ale za każ­dym ra­zem, gdy przy­jeż­dża­łam do ro­dzin­nego domu, chęt­nie to­wa­rzy­szyła mi w dłuż­szych czy krót­szych prze­bież­kach.

Truch­ta­łam spo­koj­nym tem­pem, co chwila zer­ka­jąc na ze­ga­rek, dzięki któ­remu mo­głam kon­tro­lo­wać tętno. W pew­nym mo­men­cie od­ru­chowo do­tknę­łam le­wej ręki; pod­czas wi­zyty w domu ro­dzin­nym, gdy wy­cho­dzi­łam po­bie­gać, w na­ra­mien­nej kie­szonce cho­wa­łam te­le­fon, i ja­kież było moje zdzi­wie­nie, gdy zda­łam so­bie sprawę, że aku­rat dzi­siaj za­po­mnia­łam go za­brać.

Kiedy wra­ca­łam w ro­dzinne strony z gło­śnej i prze­lud­nio­nej Bar­ce­lony, gdzie stu­dio­wa­łam i miesz­ka­łam przez ostat­nie lata, ­do­ce­nia­łam ma­ło­mia­stecz­kowy kli­mat Mont­blanc. Miesz­ka­li­śmy poza cen­trum mia­sta przy nie­wiel­kiej, szu­tro­wej, mo­men­tami ka­mie­ni­stej dro­dze, więc za­zwy­czaj było tu bar­dzo spo­koj­nie.

Co prawda nikt obcy ra­czej nie za­pusz­czał się w te te­reny, ale na­gle po­czu­łam nie­przy­jemny dreszcz stra­chu prze­bie­ga­jący wzdłuż krę­go­słupa. Spo­wo­do­wał go głów­nie fakt, że był już późny wie­czór - lampy uliczne roz­miesz­czone w spo­rej od­le­gło­ści od sie­bie le­dwo oświe­tlały drogę, po­zo­sta­wia­jąc gę­sto za­le­sione po­bo­cze po­grą­żone w egip­skich ciem­no­ściach. Co za tym szło, ir­ra­cjo­nal­nie wy­pa­ro­wało też sporo mo­jej od­wagi, która to­wa­rzy­szyła mi za­raz po wyj­ściu z domu.

Dzi­siaj wy­bra­łam inną trasę niż zwy­kle. Zro­bi­łam to zu­peł­nie nie­świa­do­mie, ale jakby się nad tym za­sta­no­wić, pew­nie wy­ni­kało to z cie­ka­wo­ści roz­bu­dzo­nej przez mamę. Pod­czas śnia­da­nia opo­wia­dała o na­szym dal­szym są­sie­dzie, który przez lata suk­ce­syw­nie do­ku­po­wał są­sia­du­jące działki i od­gra­dzał po­sia­dłość od wścib­skich spoj­rzeń, dzięki czemu zo­stał wła­ści­cie­lem spo­rego te­renu ogro­dzo­nego wy­so­kim be­to­no­wym mu­rem. Po­noć za nim mie­ścił się te­raz nie tylko dom jego ro­dzi­ców, który pa­mię­ta­łam z daw­nych lat, lecz także - a może przede wszyst­kim - jego no­wo­cze­sna re­zy­den­cja.

Nie ko­ja­rzy­łam go z cza­sów dzie­ciń­stwa ani tym bar­dziej z cza­sów szkoły śred­niej, po­nie­waż za­miast uczyć się w Mont­blanc, wy­je­chał i pod­jął na­ukę w pre­sti­żo­wym li­ceum, a poza tym był ode mnie star­szy o pięć czy sześć lat. Kil­ku­krot­nie wi­dzia­łam jego sio­strę, ale i o niej nie by­ła­bym w sta­nie po­wie­dzieć za wiele. Ob­ra­ca­ły­śmy się w in­nym to­wa­rzy­stwie, więc nie spo­ty­ka­ły­śmy się zbyt czę­sto, nie wpa­da­ły­śmy też na sie­bie na mie­ście.

Luna przez więk­szość czasu wy­prze­dzała mnie o kilka me­trów, mimo że co chwila ob­wą­chi­wała przy­drożne krzaki.

Po­ko­na­łam ko­lejny za­kręt, a moim oczom uka­zały się li­czące kilka me­trów ka­mienne mury oświe­tlone lam­pami. Na wy­so­kich słu­pach za­mon­to­wano ka­mery, więc mama nie prze­sa­dzała, gdy wspo­mniała, że to miej­sce zmie­niło się nie do po­zna­nia. Te­raz przy­po­mi­nało ta­jem­ni­czą i mroczną twier­dzę, usy­tu­owaną na obrze­żach Mont­blanc, z dala od zgiełku mia­sta.

Po­ru­sza­jąc się nie­równą drogą wzdłuż wy­so­kiego muru, mia­łam nie­po­ko­jące wra­że­nie, że na­ru­szam pry­watną prze­strzeń wła­ści­ciela kry­ją­cej się za nim po­se­sji, ale przy­naj­mniej czu­łam się o niebo le­piej, po­nie­waż lampy oświe­tlały nie tylko sze­roką drogę, ale też sporą część gę­stego lasu, który przy­pra­wiał mnie o ciarki.

Od­dy­cha­łam spo­koj­nie, utrzy­mu­jąc równe tempo, i roz­my­śla­łam o przy­szło­ści.

Po spo­rej prze­rwie wró­ci­łam do domu na dłu­żej niż kilka dni. Przez cały okres stu­diów pra­co­wa­łam w ka­wiarni, żeby się utrzy­mać i od­cią­żyć ro­dzi­ców, więc wolne po­mię­dzy eg­za­mi­nami, po­dob­nie zresztą jak więk­szą część wa­ka­cji, wy­ko­rzy­sty­wa­łam na do­dat­kowe zmiany. Za kilka mie­sięcy pla­no­wa­łam jed­nak wy­je­chać do Bar­ce­lony. Tam mia­łam więk­sze szanse na pracę jako ar­chi­tektka kra­jo­brazu niż w ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści.

Skry­cie ma­rzy­łam o tym, że kie­dyś wrócę na stałe do Mont­blanc, za­miesz­kam w domu mo­ich dziad­ków i za­łożę firmę w miej­scu, które ca­łym ser­cem ko­cham. Nie­stety, w tej chwili były to tylko ma­rze­nia, i to bar­dzo od­le­głe.

Głu­chy dźwięk kro­ków od­bi­jał się od ka­mie­ni­stej drogi i by­łam tak po­grą­żona w roz­my­śla­niach, że kom­plet­nie nie zwró­ci­łam uwagi na nie­wielki uskok w na­wierzchni. Krzywo sta­nę­łam na nim stopą i w tej sa­mej chwili pro­mie­niu­jący ból w ko­stce do­słow­nie ode­brał mi od­dech. Od­ru­chowo zgię­łam ko­lana i prze­je­cha­łam nimi oraz dłońmi po ostrych kra­wę­dziach ka­mieni, ase­ku­ru­jąc się przed upad­kiem na twarz. Jęk­nę­łam, gdy po­czu­łam prze­ni­kliwy ból, po czym klap­nę­łam na ty­łek.

- A niech to dia­bli - szep­nę­łam nie­wy­raź­nie.

Dzięki ulicz­nemu oświe­tle­niu przyj­rza­łam się za­czer­wie­nio­nej skó­rze, która na ko­la­nach i na we­wnętrz­nej stro­nie dłoni była po­ha­ra­tana i brudna. Nie wy­glą­dało to naj­le­piej, ale i tak naj­go­rzej sprawy się miały z kostką. Ba­łam się od­sło­nić skar­petkę, żeby spraw­dzić, w ja­kim jest sta­nie.

Luna pod­bie­gła i z mer­da­ją­cym ogo­nem trą­cała mnie no­sem.

- Spo­koj­nie, Luna. - Za­częła się ner­wowo krę­cić wo­kół mnie. - Wszystko bę­dzie do­brze.

Pró­bo­wa­łam się pod­nieść, ale po kilku nie­uda­nych pró­bach prze­krę­ca­nia się i wy­gi­na­nia ciała w róż­nych kon­fi­gu­ra­cjach wark­nę­łam zi­ry­to­wana. Czu­łam się bez­radna.

Od­dy­cha­łam ciężko, jak­bym prze­bie­gła co naj­mniej pół­ma­ra­ton. Przy­mknę­łam na chwilę po­wieki, by ze­brać my­śli i wziąć się w garść, aż na­gle usły­sza­łam przy­tłu­miony dźwięk sil­nika sa­mo­chodu. Ro­zej­rza­łam się z kieł­ku­jącą na­dzieją, bo­jąc się, że to tylko wy­obraź­nia płata mi fi­gle.

Na szczę­ście Luna po­twier­dziła moje przy­pusz­cze­nia. Ze­rwała się z miej­sca, po czym spoj­rzała w kie­runku zbli­ża­ją­cego się, jak po­dej­rze­wa­łam, po­jazdu, choć ja nie wi­dzia­łam nic poza ciem­no­ścią z obu stron.

Opar­łam się na łok­ciach, żeby nie le­żeć jak ła­maga na środku drogi, ale po kilku pró­bach prze­su­nię­cia się na po­bo­cze opa­dłam wy­koń­czona na plecy. Te­raz od­dy­cha­łam już jak pa­ro­wóz, a moje mię­śnie pa­liły ży­wym ogniem. Prze­sa­dzi­łam z wy­sił­kiem, po­ko­na­nymi ki­lo­me­trami i na­rzu­co­nym tem­pem.

W Bar­ce­lo­nie sta­ra­łam się dbać o swoją kon­dy­cję. W każ­dej wol­nej chwili upra­wia­łam jog­ging lub od­wie­dza­łam si­łow­nię. Nie­stety, ostat­nio cią­gle bra­ko­wało mi na wszystko czasu, więc w su­mie nie po­winno mnie dzi­wić, że czu­łam się wy­cień­czona. Wy­da­wało mi się wręcz, że za­raz ze­mdleję.

Świet­nie, panno Mon­te­mayor - ru­ga­łam się w my­ślach. Nie dość, że wpa­dłaś na głupi po­mysł, to jesz­cze po­sta­no­wi­łaś zre­ali­zo­wać go wie­czo­rem.

Pod­nio­słam się do siadu. Ką­tem oka za­uwa­ży­łam snopy świa­tła wy­ła­nia­jące się zza za­krętu. Li­czy­łam po ci­chu, że kie­rowca nie bę­dzie je­chał jak sza­lony i za­uważy ko­bietę sie­dzącą na środku drogi.

Sa­mo­chód zmie­rzał wprost na mnie, a ja je­dy­nie wes­tchnę­łam z po­wodu bez­rad­no­ści, swo­jej głu­poty i braku po­my­słu na wy­brnię­cie z tej po­rą­ba­nej sy­tu­acji.

By­łam spo­cona, zmę­czona, a do tego obo­lała i po­ra­niona. Wi­sienką na tor­cie były pro­blemy z kostką.

Ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy, i to do­słow­nie.

- Ja­sna dupa - rzu­ci­łam roz­trzę­siona.

Luna bie­gała wo­kół mnie, pod­ska­ku­jąc i pisz­cząc. In­stynk­tow­nie wy­czu­wała zbli­ża­jącą się ka­ta­strofę. Kurz uno­sił się i ob­le­piał każdy skra­wek mo­jej na­giej skóry. Co­raz gło­śniej­sze pi­ski psa za­czął za­głu­szać dźwięk zbli­ża­ją­cych się po­jaz­dów. Na pewno były dwa, a może na­wet i wię­cej.

Do­my­śli­łam się, że w jed­nym z nich je­dzie wła­ści­ciel tej wy­pa­sio­nej, luk­su­so­wej re­zy­den­cji, po­nie­waż nasi po­zo­stali są­sie­dzi byli w więk­szo­ści star­szymi ludźmi, więc o tej po­rze albo oglą­dali coś w te­le­wi­zji, albo spali.

Sa­mo­chód za­czął zwal­niać. Za­trzy­mał się kilka me­trów przede mną, a po se­kun­dzie usły­sza­łam trzask drzwi. Ktoś się do mnie zbli­żał, ale ośle­pia­jące świa­tła mocno ogra­ni­czały mi wi­docz­ność.

Sie­dzia­łam jak sie­rotka na środku drogi w to­wa­rzy­stwie la­bra­dora, który te­raz przede mną klap­nął. Męż­czy­zna za­trzy­mał się przed Luną i po­gła­skał ją po py­sku, na co ta wa­riatka po­ma­chała ra­do­śnie ogo­nem.

Stał przede mną wy­soki, na­pa­ko­wany jak praw­dziwy kul­tu­ry­sta, łysy męż­czy­zna i przy­glą­dał mi się roz­ba­wiony. Gdy­bym spo­tkała go w Bar­ce­lo­nie w któ­rejś z bocz­nych uli­czek, do tego późno w nocy, by­ła­bym prze­ra­żona. W Mont­blanc jed­nak za­wsze czu­łam się bez­piecz­nie. Łu­dzi­łam się, że może pra­cuje dla wła­ści­ciela twier­dzy lub jest jego zna­jo­mym, więc nie po­wi­nien mi za­gra­żać, a wręcz prze­ciw­nie, mógł się oka­zać moim wy­ba­wie­niem.

Nie ode­zwał się ani sło­wem. Tylko się na mnie ga­pił, nie­zmien­nie głasz­cząc za­do­wo­loną Lunę, a ja, za­sko­czona jego wi­do­kiem i za­cho­wa­niem, pró­bo­wa­łam po­zbie­rać my­śli.

- Po­mo­żesz mi? Czy bę­dziesz tak stał i mil­czał? - Roz­ło­ży­łam sze­roko ręce, wy­ra­ża­jąc tym ge­stem znie­cier­pli­wie­nie.

Po­tężny fa­cet uda­wał nie­mowę, co mnie co­raz bar­dziej iry­to­wało. W końcu jed­nak się ode­zwał:

- Co się stało, księż­niczko? - Jego tu­balny głos ide­al­nie pa­so­wał do tej góry mię­śni, czar­nego gar­ni­turu i dziw­nego po­czu­cia, że mam do czy­nie­nia z nie­bez­piecz­nym fa­ce­tem.

Z mo­jej per­spek­tywy miał chyba z dwa me­try wzro­stu, a do tego był sze­roki jak szafa. To wszystko ra­zem da­wało na­prawdę nie­zły efekt.

- Je­śli po­ży­czysz mi te­le­fon i po­mo­żesz usiąść na po­bo­czu, to zro­bisz do­bry uczy­nek. Nie tylko prze­stanę ta­ra­so­wać drogę, ale też będę ci do­zgon­nie wdzięczna. - Pod­nio­słam od­waż­nie pod­bró­dek, czym chcia­łam po­ka­zać nie­zna­jo­memu, że się go nie boję i po­wi­nien trak­to­wać mnie po­waż­nie.

- Po­no­wię py­ta­nie, bo naj­wy­raź­niej nie zro­zu­mia­łaś. Co ci się stało? - mruk­nął ła­god­niej, ale da­lej utrzy­my­wał tę swoją do­mi­nu­jącą po­stawę.

Uparty osioł!

- O Boże! - jęk­nę­łam zroz­pa­czona. Nie chcia­łam ani ro­bić z sie­bie ofiary losu, ani tym bar­dziej spra­wiać mu kło­potu, jed­nak wy­glą­dało na to, że wiel­ko­lud nie od­pu­ści i bę­dzie tak stał, aż w końcu wy­znam mu wszystko jak na spo­wie­dzi. - Do­bra - pod­da­łam się po krót­kiej chwili. - Bie­głam, po­tknę­łam się, chyba skrę­ci­łam kostkę, a jakby tego było mało, to zdar­łam so­bie ko­lana i dło­nie. - Po tych sło­wach po­ka­za­łam mu za­krwa­wioną i opuch­niętą skórę.

Wy­raź­nie zmarsz­czył brwi, jakby się nad czymś za­sta­na­wiał, po czym przy­tak­nął i już otwie­rał usta, żeby coś od­po­wie­dzieć, ale ­oboje usły­sze­li­śmy wo­ła­nie.

- Pe­dro! - Zbli­żał się do nas ko­lejny męż­czy­zna, sta­wia­jąc sta­now­cze kroki.

Skądś zna­łam ten głos...

- Szef się nie­cier­pliwi.

Męż­czy­zna za­trzy­mał się obok ły­sego wiel­ko­luda, wsu­wa­jąc dło­nie do kie­szeni ciem­nych spodni, a gdy prze­niósł na mnie spoj­rze­nie, jego brwi po­de­szły do góry, a oczy roz­sze­rzyły się w nie­do­wie­rza­niu.

I pew­nie ja wy­glą­da­łam zu­peł­nie tak samo.

- Mar­tin?! - wy­du­si­łam, le­dwo do­strze­ga­jąc w sto­ją­cym przede mną do­ro­słym męż­czyź­nie przy­ja­ciela z dzie­ciń­stwa.

- Bella?! - Pod­szedł bli­żej, a gdy kuc­nął, przez mo­ment przy­glą­da­li­śmy się so­bie rów­nie za­sko­czeni. - Tak dawno cię nie wi­dzia­łem - szep­nął mięk­kim gło­sem, kiedy opadł na ko­lana, i za­mknął mnie w niedź­wie­dzim uści­sku.

Wtu­li­łam się w niego i choć pach­niał ina­czej, niż za­pa­mię­ta­łam, to roz­po­zna­łam w nim ko­goś bli­skiego.

- To nie­sa­mo­wite. - Czule po­gła­skał mnie po gło­wie. - Skąd się tu wzię­łaś?

- Chcia­łam tro­chę po­bie­gać, po­od­dy­chać świe­żym po­wie­trzem... A skoń­czy­łam, sie­dząc na środku drogi ze skrę­coną kostką. Chyba. Mar­tin, nie dam rady wstać, bo ko­lana... - Po­ka­za­łam mu za­dra­pa­nia, by się uspra­wie­dli­wić.

- Bella, już wszystko okej. Zajmę się tobą. - Chwy­cił mnie pod ko­la­nami, drugą ręką ob­jął w pa­sie, a na­stęp­nie zu­peł­nie bez wy­siłku wy­pro­sto­wał się, trzy­ma­jąc mnie jak pannę młodą.

Do­piero te­raz przyj­rza­łam się bar­dziej mę­skim, wy­ostrzo­nym ry­som jego twa­rzy. Nie wi­dzia­łam go z do­brych dzie­sięć lat.

- Je­steś ja­kiś więk­szy, star­szy, po­waż­niej­szy.

- Mi­nęło sporo czasu. - Uśmiech­nął się sze­roko.

Łysy chrząk­nął ze znie­cier­pli­wie­niem, co zwró­ciło na­szą uwagę. Stał wciąż w tym sa­mym miej­scu, tyle że te­raz skrzy­żo­wał ręce na klatce i z kpią­cym uśmiesz­kiem ga­pił się na nas roz­ba­wiony.

- To co ro­bimy z księż­niczką? - za­py­tał oschle, prze­nió­sł­szy wzrok na Mar­tina.

- Mu­szę ją od­wieźć do szpi­tala. Trzeba spraw­dzić, czy kostka jest skrę­cona, oczy­ścić za­dra­pa­nia. Nie wiem...

- Pe­dro! Mar­tin! Co tu się, do kurwy nę­dzy, wy­pra­wia?! Cze­kam w sa­mo­cho­dzie od pię­ciu mi­nut, a na­wet pie­chotą już dawno był­bym w domu! - Szorstki, za­chryp­nięty głos prze­ciął po­wie­trze ni­czym strzała.

Ten nie­spo­dzie­wany dźwięk lekko mnie prze­ra­ził. Za­drża­łam, pod­świa­do­mie prze­czu­wa­jąc, że za mo­ment do­stanę ostrą re­pry­mendę lub coś znacz­nie gor­szego.

- Bella, je­steś bez­pieczna. Nic ci nie grozi. - Mar­tin ob­jął mnie cia­śniej, jakby chciał za­pew­nić mi ochronę przed zbli­ża­ją­cym się za­gro­że­niem.

Wpa­try­wa­łam się w męż­czy­znę, który kro­czył pew­nym kro­kiem w na­szą stronę. Świa­tła sa­mo­chodu za jego ple­cami spra­wiały, że pod­cho­dził otu­lony łuną. Wy­glą­dało to mrocz­nie, ale też nie­sa­mo­wi­cie.

Fa­cet ma wej­ście.

Do­my­śla­łam się, kim jest. Są­dząc po gło­sie i wy­czu­wal­nym wkur­wie­niu ema­nu­ją­cym z jego ciała, ra­czej nie na­le­żał do mi­łych fa­ce­tów.

Prze­czu­wa­łam, że nie bę­dzie miło.

Mama pod­czas śnia­da­nia tylko o nim na­po­mknęła, za bar­dzo nie wni­ka­jąc w szcze­góły, choć mia­łam wra­że­nie, że ukrywa przede mną coś sza­le­nie istot­nego.

- Sze­fie... - Pe­dro prze­rwał ci­szę lekko za­nie­po­ko­jo­nym gło­sem.

No, skoro na­wet on się boi, to zna­czy, że po­win­nam zwie­wać gdzie pieprz ro­śnie. Trud­ność po­lega na tym, że nie da­ła­bym rady uciec za da­leko, ku­le­jąc na jedną nogę.

- Na dro­dze zna­la­złem dziew­czynę - wy­ja­śnił po chwili mil­cze­nia.

- Nie ob­cho­dzi mnie, co, kurwa, ro­bisz w swoim wol­nym cza­sie i ile dam ra­tu­jesz z opre­sji, ale te­raz je­steś w pracy, a ja nie mam czasu na ja­kieś łzawe sceny! - zri­po­sto­wał, za­trzy­mu­jąc się kilka kro­ków od nas.

To, że był nie­czu­łym cha­mem i pro­sta­kiem, wie­dzia­łam już od pierw­szego wy­po­wie­dzia­nego zda­nia, ale to, co te­raz zo­ba­czy­łam, na pewno nie wy­ni­kało z szoku czy wstrzą­śnie­nia mó­zgu, bo prze­cież nie ude­rzy­łam się w głowę pod­czas upadku: on wy­glą­dał wręcz osza­ła­mia­jąco. A to było cho­ler­nie nie­spra­wie­dliwe.

Zde­cy­do­wa­nie przy­kła­dał wagę do wy­glądu. Był wy­soki i roz­bu­do­wany w bar­kach, co pod­kre­ślał gar­ni­tur, który przy­le­gał do jego ciała jak druga skóra, uwy­dat­nia­jąc wy­spor­to­waną syl­wetkę. Męż­czy­zna ewi­dent­nie spę­dzał sporo czasu na si­łowni.

Był przy­stojny, ale w taki su­rowy, bru­talny spo­sób. Z jego po­stawy ema­no­wały wła­dza, a przede wszyst­kim wkur­wie­nie. Na­piął całe ciało, jego noz­drza fa­lo­wały przy każ­dym wy­de­chu, a ostry głos ja­sno ostrze­gał przed dys­ku­sją czy sprze­ci­wem. Wy­glą­dał na męż­czy­znę zim­nego ni­czym kra­ina skuta lo­dem.

Zlo­do­wa­ciały, za­ro­zu­miały i zdy­stan­so­wany. Trzy razy "Z" ­ide­al­nie pod­su­mo­wało moje pierw­sze wra­że­nie.

Na mo­ment za­pa­dła ci­sza. Wpa­try­wał się w moje oczy, co spra­wiło, że po­czu­łam ob­le­wa­jące mnie pod na­po­rem jego spoj­rze­nia cie­pło, jakby wy­pa­lał la­se­rem dziurę w mo­jej skó­rze.

Do­tarł do mnie jego za­pach, to­tal­nie przy­tła­cza­jąc ten, który czu­łam, tkwiąc w ra­mio­nach Mar­tina. Nie­zna­jomy pach­niał ja­kąś sło­dy­czą, może po­ma­rań­czami. Chwilę póź­niej po­czu­łam jed­nak ostrzej­szy aro­mat ko­rzen­nych przy­praw, wy­mie­szany z drzewną mocną nutą, po­cią­ga­jąco agre­sywną.

Taki pa­lant, a pach­nie za­chwy­ca­jąco i na szczę­ście nie­osią­gal­nie. Ten świat jest sza­le­nie nie­spra­wie­dliwy - prych­nę­łam w my­ślach.

- Czy mo­głaby pani sama wró­cić do domu, czy ko­nieczna jest eskorta dwóch mo­ich pra­cow­ni­ków? - za­py­tał z wy­raź­nym sar­ka­zmem w gło­sie.

Jego ab­sur­dalna su­ge­stia w se­kundę wy­rwała mnie z bez­czel­nego tak­so­wa­nia jego syl­wetki. Wcale nie po­trze­bo­wa­łam eskorty, tylko nie­wiel­kiej po­mocy, dzięki któ­rej znik­nę­ła­bym jak kam­fora.

Od kilku lat by­łam wła­ści­wie nie­za­leżna. Nie zno­si­łam sy­tu­acji, kiedy fa­ceci trak­to­wali mnie jak bez­mó­zgą pa­nienkę. Ta­kich pa­lan­tów spo­ty­ka­łam na co dzień. By­łam uczu­lona na aro­gan­cję i cham­stwo, czym nie­zna­jomy grze­szył aż nadto.

- Dla pana wia­do­mo­ści - za­czę­łam chłodno - gdyby nie skrę­cona kostka, z pew­no­ścią wo­la­ła­bym pana nie spo­tkać. Nie­stety nie za­wsze mamy to, czego pra­gniemy, więc przy­kro mi, że za­bra­łam panu pięć mi­nut cen­nego czasu, które prze­sie­dział pan bez­czyn­nie w sa­mo­cho­dzie, za­miast iść do domu! No chyba że pan też ma skrę­coną kostkę? - za­py­ta­łam roz­złosz­czona jego cał­ko­wi­tym bra­kiem em­pa­tii.

Mój przy­ja­ciel na­brał po­wie­trza do płuc, co tylko mi uświa­do­miło, że może de­li­kat­nie prze­gię­łam, zwra­ca­jąc się w ten spo­sób do jego na­bur­mu­szo­nego szefa.

- Masz nie­wy­pa­rzoną buźkę...

- Nie przy­po­mi­nam so­bie, że­by­śmy prze­szli na "ty" - syk­nę­łam, wy­ry­wa­jąc się z ra­mion Mar­tina.

Nie czu­łam gruntu pod no­gami, co nie było kom­for­towe, szcze­gól­nie pod­czas star­cia z nie­uprzej­mym gbu­rem. Dawny przy­ja­ciel po­sta­wił mnie ostroż­nie na jed­nej no­dze, da­lej trzy­ma­jąc w ta­lii i ase­ku­ru­jąc przed upad­kiem, co wy­ko­rzy­sta­łam i lekko się o niego opar­łam.

- Do­bra. - Nie­zna­jomy wy­raź­nie roz­ju­szony prze­cze­sał pal­cami gę­ste, he­ba­nowe włosy. Wy­glą­dało na to, że po­sta­no­wił za­koń­czyć to nie­zbyt miłe spo­tka­nie, na które ani ja, ani on nie mie­li­śmy ochoty, a przede wszyst­kim czasu. To nie był naj­lep­szy mo­ment na za­wie­ra­nie no­wych zna­jo­mo­ści, a są­dząc po na­szej roz­mo­wie, nie zo­sta­niemy do­brymi zna­jo­mymi. Ni­gdy. - Mar­tin? Ro­zu­miem, że znasz pa­nią...?

- Mon­te­mayor - do­koń­czył przy­ja­ciel, po czym od­chrząk­nął ner­wowo. - Oczy­wi­ście. Przy­jaź­ni­li­śmy się w dzie­ciń­stwie.

- Ro­zu­miem. Za­tem za­dzwoń do Berty i po­wiedz jej, co się stało. Niech przy­je­dzie i zaj­mie się pa­nią Mon­te­mayor.

- Nie ma ta­kiej po­trzeby - wtrą­ci­łam. Roz­ma­wiali o mnie, jakby mnie tu nie było. Bez­czel­nie mnie igno­ro­wali. - Po­ra­dzę so­bie. Po­trze­buję tylko te­le­fonu. Za­dzwo­nię po tatę...

- Ab­so­lut­nie się nie zga­dzam. Je­steś na moim te­re­nie, więc mam obo­wią­zek się tobą za­jąć. Na­wet nie dys­ku­tuj! Na Boga! - Lekko pod­niósł głos, ale i dłoń, sto­pu­jąc wią­zankę sprze­ciwu, którą mia­łam już na końcu ję­zyka. - Berta spraw­dzi, co z kostką, i opa­trzy za­dra­pa­nia, a póź­niej Mar­tin od­wie­zie cię do domu. Ko­niec roz­mowy.

Po tych sło­wach ru­szył przed sie­bie; wy­jął te­le­fon, a chwilę póź­niej po­grą­żył się w roz­mo­wie.

- Wsia­daj­cie - roz­ka­zał Pe­dro.

- Ale ja nie... - za­czę­łam zdu­miona prze­bie­giem roz­mowy.

Nie za­mie­rza­łam ko­rzy­stać z po­mocy aro­ganc­kiego nie­zna­jo­mego w więk­szym stop­niu, niż to było ko­nieczne, a już w ogóle nie pla­no­wa­łam wcho­dzić do jego domu.

- Na­wet nie mam siły tego słu­chać - oznaj­mił Pe­dro zmę­czo­nym gło­sem. - Mar­tin, zaj­mij się nią, jej kostką i w ogóle.

- Ale co z Luną? - jęk­nę­łam z bez­rad­no­ści.

Szybko po­go­dzi­łam się z my­ślą, że nie mam nic do po­wie­dze­nia, a te­le­fonu i tak by mi nikt nie po­ży­czył.

- Ja pier­dolę. - Pe­dro ze­rwał się z miej­sca, a na­stęp­nie zgar­nął mnie na ręce tak na­gle, że mi­mo­wol­nie pi­snę­łam. - W ta­kim ra­zie ja zajmę się księż­niczką, a ty psem - rzu­cił w kie­runku Mar­tina.

- Ja­sne, Pe­dro. - Dawny przy­ja­ciel mru­gnął do mnie, co miało mnie pew­nie uspo­koić, ale nie­stety nie przy­nio­sło spo­dzie­wa­nego efektu.

Nie­zna­jomy o imie­niu Pe­dro niósł mnie wła­śnie do po­dej­rza­nego sa­mo­chodu, a ja czu­łam się jak bez­bronna owieczka pro­wa­dzona na rzeź.

Je­dy­nym ja­snym punk­tem w tej ca­łej po­rą­ba­nej sy­tu­acji był fakt, że zna­łam Mar­tina, i choć długo się nie wi­dzie­li­śmy, to by­łam prze­ko­nana, że nie po­zwoli mnie skrzyw­dzić.

Wkur­wiony nie­ocze­ki­wa­nym spo­tka­niem py­ska­tej blon­dynki, ru­szy­łem do re­zy­den­cji. Czu­łem po­tworne zmę­cze­nie, głód i wście­kłość. Cze­kało mnie jesz­cze sporo pracy i choć wie­dzia­łem, że wie­czorny spa­cer jesz­cze ni­komu nie za­szko­dził, to i tak wy­trą­ciło mnie to z rów­no­wagi.

Po­krę­ci­łem z nie­do­wie­rza­niem głową. Wy­glą­dało to tak, jakby Pe­dro i Mar­tin kom­plet­nie ogłu­pieli na jej wi­dok. Jej blond włosy sek­sow­nie oka­la­jące twarz w po­łą­cze­niu z ogrom­nymi czar­nymi oczami, które za­wzię­cie mru­żyła, chcąc mi oka­zać swoją nie­chęć, spra­wiały, że wy­glą­dała na­prawdę ape­tycz­nie.

Dawno nikt nie zwra­cał się do mnie w ten spo­sób. Ten jej nie­wy­pa­rzony ję­zyk był ni­czym po­bu­dza­jący po­wiew świe­żo­ści. Za­zwy­czaj lu­dzie wie­dzieli, z kim mają do czy­nie­nia, więc albo trzę­śli przede mną por­t­kami, zwra­ca­jąc się do mnie z sza­cun­kiem, albo za­bie­gali o uwagę, wła­żąc mi w dupę.

Od dawna nikt nie pod­niósł na mnie głosu, nie war­czał ani też nie pod­wa­żał mo­ich de­cy­zji.

Cie­kawe, kim była ta uro­cza nie­zna­joma. Nie znała mnie, więc ra­czej nie była stąd.

Jej na­zwi­sko ko­ja­rzyło mi się z są­sia­dami.

Może od­wie­dzała ro­dzinę albo przy­je­chała na wa­ka­cje?

- Ge­nial­nie. Po pro­stu ge­nial­nie - wy­mam­ro­ta­łem z fru­stra­cją, prze­cze­su­jąc pal­cami włosy, bo nie zno­si­łem nie­wie­dzy lub po­czu­cia, że coś mi umyka.

Ochro­nia­rze strze­gący po­sia­dło­ści kiw­nęli gło­wami, ale nie zdo­łali ukryć zdzi­wie­nia wy­ma­lo­wa­nego na twa­rzach. Za­zwy­czaj sie­dzia­łem na tyl­nej ka­na­pie sa­mo­chodu, ukryty za przy­ciem­nia­nymi szy­bami.

Po mi­nu­cie spa­ceru drogą oto­czoną drze­wami po­ma­rań­czy omi­ną­łem ogromną fon­tannę zlo­ka­li­zo­waną na środku pod­jazdu i jak tylko po­sta­wi­łem stopę na pierw­szym stop­niu, tuż przed re­zy­den­cją po­ja­wiły się cztery czarne SUV-y. Za­par­ko­wały je­den za dru­gim, a chwilę póź­niej, jak na sy­gnał, z każ­dego wozu poza pierw­szym wy­sia­dło po trzech męż­czyzn.

Ochro­nia­rze znik­nęli za bu­dyn­kiem głów­nym, gdzie ja­kiś czas temu po­sta­wi­łem nie­duży dom, czym uła­twi­łem ży­cie so­bie i pra­cow­ni­kom, po­nie­waż część z nich mo­gła miesz­kać w nim na stałe.

Pe­dro po­chy­lał się przy otwar­tych tyl­nych drzwiach pierw­szego wozu. Kiedy się wy­pro­sto­wał, trzy­mał już py­skatą blon­dynę na rę­kach, a do mnie do­tarło, że prze­cież miał się nią za­jąć Mar­tin. Ro­zej­rza­łem się roz­draż­niony i na­tych­miast do­strze­głem go na dro­dze wjaz­do­wej na te­ren po­se­sji - szedł z la­bra­do­rem spa­ce­ru­ją­cym grzecz­nie przy jego no­dze.

Pe­dro za­trzy­mał się przede mną z ko­bietą trzy­maną w ra­mio­nach, a ja wresz­cie mo­głem się jej przyj­rzeć i mu­sia­łem przy­znać, że była jedną z tych ko­biet, które są atrak­cyjne i po­cią­ga­jące na­wet w za­ku­rzo­nym ubra­niu, z na­bur­mu­szoną miną i groź­nie zmru­żo­nymi oczami, ci­ska­ją­cymi w moją stronę bły­ska­wice.

Była znie­wa­la­jąca i za­sta­na­wia­jące było to, że do­piero te­raz ją spo­tka­łem.

- Sze­fie. Berta za­raz bę­dzie - za­pew­nił po­de­ner­wo­wany Mar­tin, pa­trząc na mnie nie­pew­nie.

- Będę w ga­bi­ne­cie, gdyby działo się coś nie­po­ko­ją­cego. - Bez po­że­gna­nia ru­szy­łem po scho­dach do wnę­trza re­zy­den­cji.

Ta­kie ślicz­notki zwia­sto­wały po­ważne kło­poty. Mia­łem tro­chę oleju w gło­wie, żeby nie kom­pli­ko­wać so­bie ży­cia. Ani te­raz, ani w naj­bliż­szej przy­szło­ści.

- Mar­tin! - Na­gły wrzask nie­zna­jo­mej spo­wo­do­wał, że od­ru­chowo ze­rwa­łem się z miej­sca i wy­bie­głem z domu. - Weź ją! Te kwiaty są tru­jące dla Luny!

Pe­dro pró­bo­wał utrzy­mać szar­piącą się ko­bietę, ale choć był po­tęż­nym fa­ce­tem, a ona na­le­żała do fi­li­gra­no­wych, szło mu na­wet go­rzej niż mi­zer­nie.

Pies świet­nie się ba­wił z Mar­ti­nem. Ma­chał ra­do­śnie ogo­nem i ucie­kał mu za każ­dym ra­zem, gdy ten pró­bo­wał go zła­pać za ob­rożę. Nie za­no­siło się na szyb­kie opa­no­wa­nie sy­tu­acji, więc nie­wiele my­śląc, zbie­głem po scho­dach.

- Po­móż mu - roz­ka­za­łem, czym za­sko­czy­łem Pe­dra, choć nie tylko jego.

Gdy ślicz­notka mnie usły­szała, za­marła, a ja, ko­rzy­sta­jąc z jej chwi­lo­wego szoku, zła­pa­łem ją i in­stynk­tow­nie przy­tu­li­łem. Oto­czyła mnie no­gami w pa­sie i szybko przy­warła ca­łym cia­łem. Ręce po­ło­żyła na mo­ich bar­kach i uwie­siła się na mnie.

Przez krótki mo­ment trwała nie­ru­chomo, ale od­głosy za­bawy psa z Mar­ti­nem po­now­nie przy­cią­gnęły jej uwagę, więc prze­krę­ciła głowę, chcąc zo­ba­czyć, co się dzieje. Jej pełne wargi pra­wie otarły się o moje, ale w ogóle tego nie za­uwa­żyła.

Sta­ra­łem się opa­no­wać emo­cje i nie­wy­tłu­ma­czalną eks­cy­ta­cję.

Pach­nie czymś świe­żym. Ja­kąś de­li­katną sło­dy­czą...

Samo trzy­ma­nie jej w ob­ję­ciach było nie­winne, ale już dawno do­tyk ko­biety nie bu­dził we mnie tak gwał­tow­nych, nie­zro­zu­mia­łych i sil­nych emo­cji. Czasy mło­dzień­czych nie­po­ha­mo­wa­nych żą­dzy już dawno mi­nęły, a szcze­niac­kie po­pędy prze­mie­niły się w kla­rowne po­trzeby, re­gu­lar­nie za­spo­ka­jane.

Z roz­my­ślań wy­rwał mnie gło­śny pisk nie­zna­jo­mej. Do­dat­kowo za­częła się krę­cić w mo­ich ob­ję­ciach, co spra­wiło, że na­tych­miast się otrzą­sną­łem i po­now­nie ro­zej­rza­łem do­okoła. Mar­tin le­żał na tra­wie, a pies li­zał go po twa­rzy. Dzięki temu Pe­dro pod­szedł zwie­rzę z za­sko­cze­nia, skra­da­jąc się od tyłu, i już bez żad­nych pro­ble­mów zła­pał je za ob­rożę.

- Chry­ste! - Dziew­czyna jęk­nęła z ulgą.

Roz­luź­niła się i pew­nie zu­peł­nie nie­świa­do­mie po­ło­żyła głowę na moim ra­mie­niu. Drżała z ner­wów, a jej cie­pły od­dech omia­tał moją szyję.

Nie po­tra­fi­łem zro­zu­mieć, dla­czego czu­łem pa­lącą po­trzebę, by ją po­cie­szyć. A jed­nak wbrew zdro­wemu roz­sąd­kowi, da­lej trzy­ma­łem ją jedną dło­nią w pa­sie, a drugą uspo­ka­ja­jąco gła­dzi­łem po ple­cach.

- Co tu się dzieje? Sły­sza­łam ja­kieś krzyki i uja­da­nie psa.

Mama ska­kała wzro­kiem po­mię­dzy mną a pra­cow­ni­kami, któ­rzy trzy­mali za ob­rożę wy­ry­wa­ją­cego się psa.

Blon­dynka pod­nio­sła głowę i kom­plet­nie nie zwra­ca­jąc na mnie uwagi, spoj­rzała w kie­runku domu.

- Ma­ri­bel? To ty, dziecko?

Mama za­sko­czyła mnie zna­jo­mo­ścią py­ska­tej istoty.

- Tak. Do­bry wie­czór, pani Tor­res. Prze­pra­szam za za­mie­sza­nie, ale mia­łam mały wy­pa­dek i... - Prze­rwała i od­wró­ciła głowę.

Spoj­rze­li­śmy so­bie pro­sto w oczy.

Była tak bli­sko, że wy­star­czyło się mi­ni­mal­nie na­chy­lić, a po­znał­bym smak jej warg.

Po moim krę­go­słu­pie prze­szedł elek­try­zu­jący dreszcz. Re­ago­wa­łem na nią jak roz­go­rącz­ko­wany mło­kos.

- San­tino. - Błą­dzi­łem wzro­kiem po jej ślicz­nej buzi, ale naj­bar­dziej przy­cią­gały mnie jej czarne jak noc oczy, któ­rych prze­szy­wa­jąca głę­bia wni­kała wprost do mo­jej du­szy.

- Tak, wła­śnie. San­tino za­pro­po­no­wał mi po­moc, więc nie mo­głam od­mó­wić - przy­znała nie­śmiało, co spra­wiło, że uśmiech­ną­łem się pod no­sem, roz­ba­wiony jej ma­łym kłam­stwem. - Luna mi towa­rzy­szyła. Wpa­dła przed chwilą w ole­an­der i prze­stra­szy­łam się, że przy­pad­kiem coś zje. Ma już swoje lata i słabo wi­dzi.

Jej ciało po­now­nie za­drżało, więc zu­peł­nie nie kon­tro­lu­jąc od­ru­chów, ob­ją­łem ją moc­niej, chyba po to, by do­dać jej otu­chy, albo po­woli tra­ci­łem przy niej ro­zum.

Z za­sko­cze­nia lekko roz­chy­liła usta, co jesz­cze bar­dziej mną wstrzą­snęło. Wpa­try­wa­łem się w jej pełne, mięk­kie wargi, a po mo­jej gło­wie za­częły krą­żyć bar­dzo nie­przy­zwo­ite my­śli, co było bar­dzo, ale to bar­dzo nie na miej­scu.

Mama po­de­szła bli­żej, ob­da­rza­jąc nas prze­bie­głym uśmie­chem, więc oba­wia­łem się, że coś zdą­żyło się jej uroić w gło­wie.

- Dziecko, za­raz się tobą za­opie­ku­jemy. Dzwo­ni­łaś do mamy? Pew­nie się o cie­bie mar­twi.

- Nie. Za­po­mnia­łam te­le­fonu. - Po­now­nie prze­nio­sła na mnie wzrok, ale te­raz był pe­łen pre­ten­sji, co w pierw­szym mo­men­cie nie zro­biło na mnie żad­nego wra­że­nia.

Po se­kun­dzie jed­nak zro­zu­mia­łem, że mo­głem jej prze­cież po­ży­czyć pie­przony te­le­fon, o któ­rym mó­wiła, bo w su­mie to na­wet nie za­py­ta­łem, ile sie­działa na tej prze­klę­tej dro­dze.

- Za­raz to na­pra­wimy - za­wy­ro­ko­wała Blanca, przej­mu­jąc stery. - Mar­tin! Pe­dro! Za­pro­wadź­cie psiaka do tyl­nego wej­ścia. Tam do­sta­nie wodę i może w lo­dówce znaj­dzie się coś do je­dze­nia. I weź­cie też coś, żeby go przy­wią­zać. Ole­an­der fak­tycz­nie jest tru­jący.

Mama przy­glą­dała się nam z za­in­te­re­so­wa­niem, czym wpro­wa­dziła Ma­ri­bel w za­kło­po­ta­nie. Ko­bieta za­częła się wier­cić w mo­ich ob­ję­ciach.

- Mogę iść sama. Tylko mu­siał­byś... - wy­du­siła, ba­daw­czo mi się przy­glą­da­jąc.

Prze­rwa­łem jej w pół zda­nia:

- Nie ma mowy. Je­śli skrę­ci­łaś kostkę, to nie mo­żesz jej nad­wy­rę­żać. Za­niosę cię.

Może i wcze­śniej da­łem się po­znać jako nie­uprzejmy cham, ale to nie ozna­czało, że nie zdą­ży­łem pójść po ro­zum do głowy.

Po­trze­bo­wała mo­jej po­mocy, ale był też drugi po­wód: czer­pa­łem przy­jem­ność z trzy­ma­nia jej w ra­mio­nach. Mój umysł za­le­wały ab­sur­dalne my­śli. Chcia­łem mieć ją bli­sko tak długo, jak to tylko moż­liwe. Póź­niej pew­nie do sie­bie wróci albo wy­je­dzie.

Nie zna­łem jej. Nie wie­dzia­łem, czym się zaj­muje ani jaka jest. Może na­wet była mę­żatką. Sporo tych nie­wia­do­mych, a na­krę­ca­nie się nie było w moim stylu.

Do­piero skoń­czy­łem trzy­dziestkę. Ak­tu­al­nie ko­rzy­sta­łem z ży­cia bez za­ci­śnię­tych na nad­garst­kach kaj­da­nek wier­no­ści i ob­roży mał­żeń­stwa na szyi. Tak było mi do­brze, wręcz re­we­la­cyj­nie.

- No to chodź, synu. Za­opie­ku­jemy się Ma­ri­bel - za­chę­ciła śpiew­nie Blanca, uśmie­cha­jąc się ra­do­śnie.

Tak jak my­śla­łem, mama bę­dzie się te­raz za­chwy­cać urodą Ma­ri­bel.

- Nie chcia­ła­bym panu spra­wić kło­potu - szep­nęła, gdy wcho­dzi­łem z nią po scho­dach. - Prze­pra­szam za za­mie­sza­nie z Luną. No i za gar­ni­tur. Je­stem tro­chę za­ku­rzona i... - W jej oczach zo­ba­czy­łem szczerą skru­chę.

- Ni­czym się nie przej­muj, Ma­ri­bel - wy­mru­cza­łem ni­sko, czym zwró­ci­łem jej uwagę.

- Nie po­wie... - Od­pu­ściła w pół słowa i od­wró­ciła głowę, wy­raź­nie strze­la­jąc fo­cha, jak­bym po­peł­nił ja­kąś zbrod­nię, że zwró­ci­łem się do niej po imie­niu.

Ma­ri­bel oka­zała się nie tylko urze­ka­jąca i za­dziorna, lecz także uro­czo hu­mo­rza­sta.

Chry­ste! Uro­czo hu­mo­rza­sta? Co się ze mną dzieje?

Zo­sta­wi­łem go­ścia wraz z mamą w sa­lo­nie, a sam ru­szy­łem do ga­bi­netu.

Ja­kiś czas póź­niej zaj­rzała do mnie go­spo­sia Pi­lar, nio­sąc w rę­kach nie­wielką por­cję gę­stej zupy. Pora była późna, ale go­spo­sia do­sko­nale wie­działa, że nie za­snę głodny. Jak tylko po­sta­wiła ta­lerz na biurku, za­mkną­łem klapę lap­topa i się­gną­łem po łyżkę.

- Prze­pyszne - przy­zna­łem, spró­bo­waw­szy po­siłku. - Dzię­kuję. By­łem głodny jak wilk.

- Na zdro­wie, chłop­cze.

Pi­lar nie ru­szyła się z miej­sca, więc pod­nio­słem na nią wzrok. Za­uwa­ży­łem w niej to samo pod­eks­cy­to­wa­nie, co wcze­śniej w oczach mamy.

- Berta opa­trzyła kostkę Ma­ri­bel i usztyw­niła staw ban­da­żem ela­stycz­nym. Po­noć to tylko lek­kie skrę­ce­nie, więc to jej wie­czorne bie­ga­nie na szczę­ście nie skoń­czyło się naj­go­rzej. A co do zdar­tych ko­lan i dłoni, to oczy­ściła rany, czymś je po­sma­ro­wała i też owi­nęła ban­da­żem.

- I mó­wisz mi to, bo...? - za­py­ta­łem z unie­sio­nymi brwiami.

- Bo na pewno się mar­twisz. Znam cię, od­kąd za­czą­łeś uży­wać noc­nika, więc wiem, że lu­bisz zgry­wać twar­dziela. Ale ja i tak wszystko wi­dzę - zri­po­sto­wała twardo, po czym wy­szła, za­nim zdą­ży­łem od­po­wie­dzieć.

- Co za upier­dliwa baba. - Ro­ze­śmia­łem się pod no­sem.

Po po­siłku od­go­ni­łem na­trętne my­śli, które co chwila po­wra­cały do py­ska­tej blon­dynki, i za­ją­łem się pracą.

Po­ra­nek przy­wi­tał mnie lek­kim bó­lem głowy, choć bo­lały mnie też inne czę­ści ciała. Zwłasz­cza kostka. Mimo że nie była po­waż­nie skrę­cona, to i tak czu­łam w niej lekki dys­kom­fort, co przy­po­mi­nało mi o wczo­raj­szym upadku i ca­łym tym gro­te­sko­wym zbiegu oko­licz­no­ści.

Ze­ga­rek na szafce noc­nej wska­zy­wał kilka mi­nut po dzie­wią­tej. Po­roz­cią­ga­łam za­stane mię­śnie, które po mor­der­czym biegu wy­raź­nie da­wały o so­bie znać, i ro­zej­rza­łam się po po­koju. Nic się ­tu nie zmie­niło przez ostat­nie lata, kiedy to prze­by­wa­łam w domu ­ro­dzin­nym kil­ka­na­ście dni w roku.

Dzięki temu za każ­dym ra­zem, gdy przy­jeż­dża­łam, wspo­mnie­nia bez­tro­skich mło­dzień­czych lat wra­cały, roz­grze­wa­jąc moje stę­sk­nione serce.

Więk­szą część nocy prze­wra­ca­łam się z boku na bok, nie mo­gąc za­snąć, ale też nie­ustan­nie czu­jąc nie­wy­tłu­ma­czalne pod­eks­cy­to­wa­nie po spo­tka­niu Tor­resa. Było w nim coś su­ro­wego, a jed­no­cze­śnie po­twor­nie ape­tycz­nego. Ema­no­wała z niego nie­wi­dzialna pier­wotna siła, a twarde mię­śnie, które wy­czu­łam pod ide­al­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rem, wska­zy­wały, że - jak słusz­nie wcze­śniej ­po­dej­rze­wa­łam - po­waż­nie pod­cho­dzi do utrzy­my­wa­nia ciała w do­sko­na­łej kon­dy­cji.

I po­my­śleć, że taki przy­stoj­niak ukry­wał się w ogrom­nej po­sia­dło­ści za wy­so­kimi mu­rami nie­da­leko mo­jego domu ro­dzin­nego. Oczy­wi­ście oprócz ład­nego opa­ko­wa­nia i tych znie­wa­la­jąco nie­bie­skich oczu był okrop­nym bu­cem, a do­dat­kowo jego cho­ler­nie iry­tu­jąca pew­ność sie­bie wy­raź­nie do­mi­no­wała nad osza­ła­mia­ją­cym wy­glą­dem.

Na bank był ko­bie­cia­rzem. Z ta­kim wy­glą­dem grze­chem by­łoby nie ko­rzy­stać z uro­ków ka­wa­ler­skiego ży­cia.

Ale za­raz... Może w tej no­wo­cze­snej re­zy­den­cji kryła się jego żona lub na­rze­czona? Pani Tor­res nic o tym nie wspo­mi­nała, ale w su­mie też nie py­ta­łam, więc wszystko moż­liwe. Nie­ważne. I tak mnie to nie ob­cho­dzi.

Mia­łam spre­cy­zo­wane plany na przy­szłość. Cza­sami zda­rzały mi się chwile sza­leń­stwa, ale za­zwy­czaj wszyst­kiemu winna była moja przy­ja­ciółka Diana. To ona wpę­dzała mnie w ta­ra­paty albo wy­cią­gała na im­prezy, pod­czas gdy ja by­łam gło­sem roz­sądku. Do­peł­nia­ły­śmy się ide­al­nie i chyba tylko dzięki temu skoń­czy­ły­śmy stu­dia z bar­dzo do­brymi wy­ni­kami, nie ro­biąc więk­szych głu­pot w ciągu ostat­nich kilku lat miesz­ka­nia w Bar­ce­lo­nie.

Ro­dzi­ców za­sta­łam w kuchni. Mama stała przy oknie, za­wzię­cie mie­sza­jąc coś w mi­sce. Tata sie­dział przy stole z ga­zetą w ręku i po­pi­jał czarną jak smoła kawę.

Do ide­al­nego ob­razka ro­dziny bra­ko­wało tylko mo­jego brata bliź­niaka Ro­berta, który po tym, jak wy­je­chał do Ma­drytu na stu­dia, rzadko od­wie­dzał ro­dzi­ców. Po­dob­nie jak ja pra­co­wał w cza­sie stu­diów, a od­kąd zna­lazł swoją drugą po­łówkę i się za­rę­czył, czasu miał jesz­cze mniej. Pla­no­wał przy­je­chać do Mont­blanc z Eleną za ty­dzień, więc już się cie­szy­łam na to spo­tka­nie. Mie­li­śmy sporo do nad­ro­bie­nia.

Pod­czas śnia­da­nia spo­dzie­wa­łam się wy­peł­nio­nej pre­ten­sjami kon­struk­tyw­nej po­ga­danki. Kiedy wró­ci­łam wczo­raj do domu, a w za­sa­dzie kiedy Mar­tin przy­niósł mnie na rę­kach, uspo­ko­iłam ich tylko, że ze mną wszystko okej, i za­mknę­łam za sobą drzwi sy­pialni, zbyt pad­nięta na prze­słu­cha­nie. Za­trzy­ma­łam się przy Lu­nie, która roz­ło­żona w swoim le­go­wi­sku ci­cho po­chra­py­wała, i po­gła­ska­łam ją za uchem.

- Cześć - rzu­ci­łam luźno.

At­mos­fera była tak gę­sta, że można ją było ciąć no­żem. Wszystko wska­zy­wało na to, że ro­dzice za­raz roz­kręcą kon­kretną aferę. Kiedy usia­dłam, tato gniew­nie na mnie spoj­rzał, po czym po­wol­nym ru­chem ścią­gnął oku­lary, zło­żył ga­zetę na pół i splótł palce dłoni, cały czas prze­ni­kli­wie mi się przy­glą­da­jąc.

Cze­kała nas roz­mowa. Ja będę zmu­szona zdać re­la­cję z wczo­raj, a oni za­pewne przy­go­to­wali się już do wy­gło­sze­nia gadki wy­cho­waw­czej o braku od­po­wie­dzial­no­ści i ry­zyku, ja­kie wy­ni­kało z bie­ga­nia w sa­mot­no­ści po od­lu­dziu.

- No więc słu­cham, młoda damo... Co się wczo­raj do­kład­nie wy­da­rzyło?

Ode­tchnę­łam głę­boko, a na­stęp­nie opo­wie­dzia­łam o nie­for­tun­nym biegu, z pre­me­dy­ta­cją po­mi­ja­jąc kilka szcze­gó­łów.

W mię­dzy­cza­sie mama wsta­wiła frit­tatę na pal­nik i usia­dła obok, by po­słu­chać opo­wie­ści.

- Jak więc wi­dzi­cie, nic ta­kiego się nie stało. - Roz­ło­ży­łam sze­roko ręce, co spra­wiło, że oboje zwró­cili uwagę na dło­nie owi­nięte ban­da­żem.

- Do­brze, że Mar­tin przy­wiózł z sa­mego rana ma­ści na te rany. Nie mam nic od­po­wied­niego w do­mo­wej ap­teczce, zwłasz­cza ta­kiego na re­ceptę.

- Był tu­taj?

- Tak. Ja­kąś go­dzinę temu.

- Nie ro­zu­miem - szep­nę­łam zdez­o­rien­to­wana.

- Przy­niósł tylko torbę z le­kar­stwami i po­wie­dział, że to dla cie­bie. Po­noć pan Tor­res wy­dał po­le­ce­nie, żeby do­star­czył ci nie­zbędne leki prze­pi­sane przez le­ka­rza. Są tam ma­ści, ta­bletki prze­ciw­bó­lowe i okłady na kostkę. - Mama zmru­żyła lekko oczy, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku.

- Okej - przy­tak­nę­łam nie­pew­nie.

Tata z za­ło­żo­nymi na klatce rę­kami przy­glą­dał mi się tak in­ten­syw­nie, jakby pró­bo­wał czy­tać w mo­ich my­ślach. Pra­co­wał w li­ceum jako na­uczy­ciel ma­te­ma­tyki, więc po­tra­fił z po­wo­dze­niem roz­pra­co­wy­wać za­cho­wa­nia mło­dych lu­dzi w kilka se­kund i zmu­szać ich do mó­wie­nia.

- Ma­ri­bel, je­steś do­ro­sła i nie mamy prawa ci ni­czego za­bra­niać, ale cho­ler­nie się o cie­bie mar­twi­li­śmy. Nie dość, że wy­szłaś z domu po zmroku, to jesz­cze nie za­bra­łaś ko­mórki. Czy ty zda­jesz so­bie sprawę z tego, co prze­ży­wa­li­śmy, gdy nie wra­ca­łaś? Szu­ka­łem cię, Ma­ri­bel. A jak się oka­zało, wy­jąt­kowo po­bie­głaś w prze­ciwną stronę niż zwy­kle. Co ci strze­liło do głowy?! - Po groź­nej mi­nie można było po­znać, że po­rząd­nie się wku­rzył.

Już dawno nie wi­dzia­łam go w po­dob­nym sta­nie. Nie­stety ro­dzice mieli tro­chę ra­cji. Za­cho­wa­łam się nie­od­po­wie­dzial­nie i mo­gło mnie spo­tkać coś dużo gor­szego. Sama nie wiem, jak by się to skoń­czyło, gdyby na dro­dze nie po­ja­wił się Tor­res.

Czy do­sta­ła­bym się do domu o wła­snych si­łach? Ra­czej nie...

- Prze­pra­szam. Ma­cie ra­cję. Słabo to wczo­raj wy­szło. Ale wszystko do­brze się skoń­czyło, prawda? - Prze­ska­ki­wa­łam skru­szo­nym wzro­kiem mię­dzy ro­dzi­cami.

- Tak, ale na­wet nie myśl, że ta sy­tu­acja się po­wtó­rzy. Bie­ga­nie po zmroku od­pada, a w po­je­dynkę to już w ogóle.

- Ale o czym ty mó­wisz? Prze­cież opu­chli­zna zej­dzie za kilka dni, może ty­dzień, i będę mo­gła...

- Nie ma mowy. Ta oko­lica nie jest już tak bez­pieczna, jak kilka lat temu. Kręcą się tu różni lu­dzie. Nie zda­jesz so­bie sprawy z nie­bez­pie­czeń­stwa, więc do­póki nie masz z kim bie­gać, to sie­dzisz na tyłku. Ko­niec roz­mowy. - Tata zgar­nął ze stołu ku­bek z kawą i zo­sta­wił nas same w kuchni.

Mama na­wet nie pró­bo­wała ukryć ra­do­ści z faktu, że to oj­ciec od­gry­wał pod­czas roz­mowy rolę złego po­li­cjanta. Za­zwy­czaj to ona wy­zna­czała twarde gra­nice.

- Ma­muś, o co tu cho­dzi? Mam coś na kształt szla­banu? Na­prawdę? - za­py­ta­łam za­sko­czona.

Mama po­ki­wała de­li­kat­nie głową, po czym po­de­szła do ku­chenki, żeby spraw­dzić, co z moim śnia­da­niem.

- Na to wy­gląda, cór­ciu. Ba­łam się o cie­bie. Pró­bo­wa­łam się do cie­bie do­dzwo­nić, ale oka­zało się, że te­le­fon zo­sta­wi­łaś w domu. Dwie go­dziny po twoim wyj­ściu tata po­szedł cię szu­kać. Gdy wró­cił i stwier­dził, że ni­g­dzie cię nie ma, na­prawdę my­śla­łam, że coś ci się stało.

- Ro­zu­miem.

Choć wie­dzia­łam, że odro­binę prze­sa­dzili z re­ak­cją, w końcu nie mia­łam już szes­na­stu lat, to i tak by­łam w sta­nie zro­zu­mieć, że z ich per­spek­tywy ta sy­tu­acja nie wy­glą­dała naj­le­piej.

Wi­siel­czy na­strój w nie­wiel­kim stop­niu ra­to­wało cia­sto po­ma­rań­czowe, które zgrab­nie uło­żone na ta­le­rzyku, pach­niało wręcz nie­ziem­sko. Nie za­mie­rza­łam so­bie od­ma­wiać tej chwili przy­jem­no­ści.

- Mamo, wu­jek był bar­dzo ta­jem­ni­czy pod­czas roz­mowy. Stało się coś? Może coś w re­stau­ra­cji?

- Do­my­ślam się, ale zo­sta­wię to dla sie­bie...

- Je­ste­ście go­towe? - Tato wkro­czył do sa­lonu, pod­rzu­ca­jąc w dłoni klu­czyki do sa­mo­chodu.

- Tak - od­par­ły­śmy w tym sa­mym cza­sie.

Z po­mocą taty do­tar­łam do auta. Ob­cią­ża­nie kostki od­pa­dało, je­śli chcia­łam szybko wró­cić do peł­nej spraw­no­ści. We­wnętrzną stronę dłoni i ko­lana sma­ro­wa­łam ma­ścią, którą przy­wiózł mi Mar­tin, i dzięki niej za­dra­pa­nia po­woli się go­iły. A w każ­dym ra­zie na tyle szybko, że bez pro­blemu trzy­ma­łam już łyżkę lub wi­de­lec i nie by­łam zmu­szona pro­sić ro­dzi­ców, aby mnie kar­mili, tak jak dwa­dzie­ścia lat temu.

W dro­dze do wujka roz­my­śla­łam o na­szej po­po­łu­dnio­wej roz­mo­wie. Za­dzwo­nił do mnie kilka go­dzin temu, by upew­nić się, że przy­jadę. Jesz­cze ni­gdy nie sły­sza­łam w jego gło­sie ta­kiej po­wagi i de­ter­mi­na­cji.

Czu­łam, że ta ko­la­cja to tylko pre­tekst.

Tylko do czego?

Nic nie przy­cho­dziło mi do głowy.

Wu­jo­stwo wspól­nie pro­wa­dziło do­brze pro­spe­ru­jącą re­stau­ra­cję w cen­trum Mont­blanc, gdzie na sto­lik cze­kało się kilka dni, więc ­in­te­resy szły im bar­dzo do­brze. Gdy by­łam młod­sza, czę­sto prze­sia­dy­wa­łam w re­stau­ra­cji po szkole. Jej drzwi za­wsze były dla mnie otwarte, ale jak tylko wy­je­cha­łam na stu­dia, nasz kon­takt lekko przy­gasł.

Cie­szy­łam się na spo­tka­nie, mimo że nie opusz­czało mnie silne prze­czu­cie, że ta ko­la­cja to ja­kaś ustawka i już nie­długo prze­ko­nam się, jaki jest jej praw­dziwy po­wód.

***

Wu­jo­stwo miesz­kało w ład­nie urzą­dzo­nym, kli­ma­tycz­nym domu z mi­strzow­sko za­go­spo­da­ro­wa­nym ogro­dem oraz nie­du­żym ba­se­nem, umiej­sco­wio­nym tuż obok zej­ścia z ta­rasu na ty­łach bu­dynku.

Po­pchnę­łam drzwi sa­mo­chodu, ale na­wet nie zdą­ży­łam po­sta­wić stóp na ka­mie­ni­stym pod­jeź­dzie, po­nie­waż po­ja­wił się przede mną wu­jek.

- Cześć, kru­szynko - rzu­cił uśmiech­nięty od ucha do ucha. - Wiem, że mia­łaś drobny wy­pa­dek, więc z przy­jem­no­ścią prze­trans­por­tuję cię na ta­ras.

- Cześć. Dzięki, wujku. - Za­rzu­ci­łam mu ręce na kark, a on zgrab­nie pod­niósł mnie i wziął na ręce.

Tę­sk­ni­łam za wu­jo­stwem. Po wy­jeź­dzie na stu­dia nie dzwo­ni­łam do nich zbyt czę­sto. Jak grom z ja­snego nieba do­pa­dły mnie przy­tła­cza­jące wy­rzuty su­mie­nia. Nie mieli dzieci. Trak­to­wali mnie jak córkę, a ja po pro­stu ich ola­łam, zaj­mu­jąc się swoim ży­ciem.

- Ma­ri­bel. - Cio­cia Se­lena po­de­szła, jak tylko za­ję­łam miej­sce na ka­na­pie.

- Cześć, cio­ciu. - Przy­tu­li­łam ją mocno.

- Ale się stę­sk­ni­łam, żab­ciu. - Cmok­nęła mnie w po­li­czek. - Wy­glą­dasz ślicz­nie, choć chyba tro­chę schu­dłaś, co? - Omio­tła mnie uważ­nym spoj­rze­niem.

Od za­wsze uzna­wała mnie za nie­jadka, choć wcale tak nie było. Ja­dłam, i to sporo, ale dzięki bie­ga­niu i wy­pa­dom na si­łow­nię nie mia­łam pro­blemu z wagą.

- Chyba ra­czej przy­ty­łam - mruk­nę­łam pod no­sem.

- Głu­poty ga­dasz. - Mach­nęła ręką, zby­wa­jąc śmie­chem moje słowa. - Po­ja­wił się już ja­kiś nowy Ro­meo?

- Ostatni nie­udany pro­to­typ Ro­mea na­dal od­bija mi się czkawką, więc ak­tu­al­nie cie­szę się sta­nem wol­nym i nie pla­nuję tego szybko zmie­niać.

- Ach tak? - rzu­ciła z sza­tań­skim uśmiesz­kiem.

- Cio­ciu, czyż­byś wie­działa coś, o czym ja nie wiem? - Przy­glą­da­łam się z za­in­te­re­so­wa­niem roz­pro­mie­nio­nej ko­bie­cie, po­nie­waż za­cie­ka­wił mnie błysk w jej oczach.

- No co ty! - Osten­ta­cyj­nym ru­chem wy­ko­nała gest sznu­ro­wa­nia ust. - Mil­czę jak grób.

- Na­wet nie chcę wie­dzieć, o co ci cho­dzi. - Po­krę­ci­łam głową, za­sta­na­wia­jąc się nad tym, jak mo­głam żyć bez wu­jo­stwa przez tyle mie­sięcy.

Cio­cia miała nie­zwy­kle po­zy­tywne uspo­so­bie­nie. Trosz­czyła się o wszyst­kich do­okoła i na pewno by­łaby świetną matką. A jed­nak nie mieli dzieci. Ni­gdy nie do­py­ty­wa­łam, co było tego przy­czyną, ale wie­dzia­łam, że pró­bo­wali, a każdy ko­lejny raz koń­czący się nie­po­wo­dze­niem ła­mał im obojgu serca. W końcu się pod­dali i sku­pili na roz­krę­ca­niu ro­dzin­nej re­stau­ra­cji.

Pod­czas ko­la­cji nie obyło się bez pod­tek­stów, szcze­gól­nie ze strony cioci, więc naj­wy­raź­niej sły­szała o moim ma­łym wy­padku pod­czas bie­ga­nia. Co ja­kiś czas, niby przy­pad­kowo, rzu­cała na­zwi­skiem Tor­res. I by­naj­mniej nie cho­dziło o pa­nią Tor­res i jej męża, któ­rych ko­ja­rzy­łam z dzie­ciń­stwa.

Po de­se­rze do­sta­łam się z po­mocą cioci do ła­zienki, a gdy z niej wy­szłam, ko­bieta już na mnie cze­kała, za­cie­ra­jąc dło­nie z sza­tań­skim uśmie­chem. Po­cią­gnęła mnie w stronę kuchni, a w za­sa­dzie to za­pro­wa­dziła. Wspie­ra­łam się na niej, pod­ska­ku­jąc na zdro­wej no­dze.

- Do­bra, to te­raz bez świad­ków: ga­daj, co o nim my­ślisz. - Skrzy­żo­wała ra­miona na piersi i ga­piła się na mnie z wy­raź­nym pod­eks­cy­to­wa­niem.

- Ale że o kim?

- Żab­ciu, nie baw się ze mną w kotka i myszkę, tylko opo­wia­daj wszystko jak na spo­wie­dzi. Co my­ślisz o San­ti­nie? Ja­kie zro­bił na to­bie wra­że­nie? Coś za­iskrzyło?

- Zwa­rio­wa­łaś? Cio­ciu, zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dzi­łaś z wi­nem. Co ci się uro­iło w tej pięk­nej główce? Wi­dzia­łam go tylko przez mo­ment. Za­mie­ni­li­śmy do­słow­nie kilka zdań, ale...

- Nie są­dzę, bym coś so­bie uro­iła. - Ostat­nie słowo wypo­wie­działa tak, jakby chciała mnie spa­pu­go­wać, ale śred­nio jej to ­wy­szło. - Wręcz je­stem pewna, że coś krę­cisz. No mówże, ko­bieto!

- O matko! - jęk­nę­łam bez­rad­nie. Wie­dzia­łam, że ta cza­row­nica nie da mi spo­koju, póki nie na­kar­mię jej cie­kaw­skiej na­tury ja­ki­miś pi­kant­nymi szcze­gó­łami. - Co ci mam po­wie­dzieć? Że jest za­bój­czo przy­stojny? Że ema­nuje czymś su­ro­wym, nie­osią­gal­nym i po­cią­ga­ją­cym? A może chcesz wie­dzieć, że jego oczy mają naj­bar­dziej znie­wa­la­jący od­cień błę­kitu? Albo że jego zmy­słowo wy­kro­jone wargi na pewno po­tra­fią bo­sko ca­ło­wać?

Za­sło­ni­łam usta dło­nią, za­sko­czona jak dia­bli, że ciotka nie­spe­cjal­nie się na­wet wy­si­liła, a już wy­cią­gnęła ze mnie skry­wane głę­boko w pod­świa­do­mo­ści my­śli o Tor­re­sie, któ­rymi nie za­mie­rza­łam się z ni­kim dzie­lić, a już na pewno nie z cio­cią, do ja­snej cho­lery!

- No nie­źle - od­parła ro­ze­śmiana. - Tego się nie spo­dzie­wa­łam, ale w su­mie wcale ci się, dziecko, nie dzi­wię. Jest nie­zwy­kle przy­stojny. Cie­kawa je­stem, czy za­snął spo­koj­nie po spo­tka­niu z tobą - szep­nęła jakby do sie­bie.

- Osza­la­łaś kom­plet­nie - zri­po­sto­wa­łam ostro. - Nic mię­dzy nami nie bę­dzie! Po­cho­dzimy z dwóch róż­nych świa­tów! Różni nas w za­sa­dzie wszystko! Na­wet nie chcę my­śleć o nim w tych ka­te­go­riach, więc mnie w nic nie wkrę­caj. Już wię­cej się z nim nie spo­tkam.

- Nie by­ła­bym tego taka pewna. Ko­niecz­nie mu­szę się skon­tak­to­wać z Blancą. Cie­kawa je­stem, co...

- Cio­ciu, daj już spo­kój. Je­stem ak­tu­al­nie zmę­czona związ­kami, nie­wier­nymi fa­ce­tami i kom­pli­ka­cjami, które są zwią­zane z uczu­ciami. Jesz­cze nie od­cho­ro­wa­łam do końca tego ostat­niego przy­głupa i wo­la­ła­bym nie my­śleć o na­stęp­nym. Po­móż mi do­stać się na ta­ras. Czuję się nie­pew­nie w twoim to­wa­rzy­stwie - po­pro­si­łam sta­now­czo, mru­żąc groź­nie oczy. - Po­tra­fisz wy­cią­gnąć z czło­wieka naj­bar­dziej skry­wane se­krety. To nie skoń­czy się do­brze.

- Chodź, żab­ciu. - Ase­ku­ro­wała mnie w po­wrot­nej dro­dze. - Pa­mię­taj, że ni­gdy nie wia­domo, co przy­nie­sie ży­cie. I nie wierz we wszystko, co o nim usły­szysz. Lu­dzie ga­dają głu­poty, a to na­prawdę do­bry czło­wiek. Uwierz mi, bar­dzo ła­two prze­ga­pić coś waż­nego, gdy za­ślepi nas prze­szłość.

Spoj­rza­łam na nią, kom­plet­nie nie ro­zu­mie­jąc, dla­czego mówi do mnie w ten spo­sób.

Czyżby o czymś wie­działa?

Za­gadka po czę­ści roz­wią­zała się pół go­dziny póź­niej.

Ga­pi­łam się na wujka Car­losa wstrzą­śnięta, a jed­no­cze­śnie zmie­szana. Po­woli do­cie­rał do mnie sens jego słów.

- To jest... Czy... - za­czę­łam nie­pew­nie, nie bar­dzo wie­dząc, co po­wie­dzieć.

Przy stole za­pa­dła ci­sza.

Po jego dłu­gim prze­mó­wie­niu wszyst­kim spek­ta­ku­lar­nie opa­dły szczęki, oczy­wi­ście nie li­cząc cioci Se­leny. To ona wraz z mę­żem pod­jęli ab­sur­dalną de­cy­zję, by wpleść mnie w swój nie­wia­ry­god­nie sza­lony plan.

- To zna­czy je­stem w szoku i nie bar­dzo wiem, jak za­re­ago­wać, ale...

- Kru­szynko, wiem, że to dla cie­bie spore za­sko­cze­nie - wtrą­cił wu­jek - ale je­steś je­dyną osobą, która mo­głaby sta­nąć na czele La Tierry. Ufamy ci. Ko­chamy cię jak wła­sną córkę. By­li­by­śmy spo­kojni o re­stau­ra­cję, od­da­jąc ją w twoje ręce. Wiem do­sko­nale, że kształ­ci­łaś się w in­nym kie­runku i ko­chasz ogrody, pro­jek­to­wa­nie... ale mam szczerą na­dzieję, że cho­ciaż spró­bu­jesz.

- Tylko że to jest to­tal­nie bez sensu. Nie znam się na pro­wa­dze­niu re­stau­ra­cji. W za­sa­dzie to nie mam o tym zie­lo­nego po­ję­cia - wy­du­si­łam roz­trzę­sio­nym gło­sem.

Oni uwa­żali ten po­mysł za lo­giczny i naj­lep­szy z moż­li­wych, pod­czas gdy ja w tej chwili po­czu­łam się tak, jakby mnie ktoś przy­szpi­lił do muru i ka­zał zde­cy­do­wać, czym się będę zaj­mo­wać przez ko­lejne trzy­dzie­ści lat. Za­sko­czyli mnie. Im wy­da­wało się, że to ge­nialne wyj­ście, a ja uwa­ża­łam, że jest skraj­nie głu­pie. Na­wet nie po­tra­fi­łam zna­leźć od­po­wied­nich słów, żeby im od­mó­wić, a jed­no­cze­śnie nie zra­nić ich uczuć.

- Nie ro­zu­miem... Dla­czego ja? - za­py­ta­łam po chwili ci­szy.

- Ma­ri­bel, prze­cież to oczy­wi­ste. - Cio­cia po­gła­skała uspo­ka­ja­jąco moją dłoń. - Je­steś dla nas jak córka. Kto inny miałby odzie­dzi­czyć po nas re­stau­ra­cję, je­śli nie na­sze dziecko? Do­brze wiesz, że twój brat jest zbyt na­rwany i ab­so­lut­nie się do tego nie na­daje, a ty je­steś wręcz ide­alna. Mamy już swoje lata. Je­ste­śmy zmę­czeni i chcemy wresz­cie od­po­cząć. Ni­gdy nie wia­domo, ile zo­stało do końca, a ma­rzymy, żeby wresz­cie zo­ba­czyć coś wię­cej niż Eu­ropę. Mamy tro­chę oszczęd­no­ści. Pla­nu­jemy wy­je­chać, ode­tchnąć, po­znać no­wych lu­dzi, prze­żyć coś wię­cej, a nie tylko pra­co­wać...

- No to może po­my­śli­cie o sprze­daży re­stau­ra­cji? - za­su­ge­ro­wa­łam nie­śmiało.

Gdy Car­los to usły­szał, ude­rzył pię­ścią w stół, po czym wstał i znik­nął we­wnątrz domu, na­wet nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Se­lena tylko wzru­szyła ra­mio­nami i pa­trzyła na mnie za­smu­cona.

- Cio­ciu, nie mia­łam na my­śli nic złego. Wiem, że re­stau­ra­cja to całe wa­sze ży­cie. Ale może warto się jed­nak nad tym za­sta­no­wić? Mie­li­by­ście wię­cej pie­nię­dzy na po­dróże i spo­kojne ży­cie. Nie mu­sie­li­by­ście się przej­mo­wać przy­szło­ścią.

- Ma­ri­bel, nie po to ha­ro­wa­li­śmy przez ostat­nie czter­dzie­ści lat dzień w dzień, żeby te­raz od­dać na­szą re­stau­ra­cję ko­muś ob­cemu. To całe na­sze ży­cie. Spę­dza­li­śmy tam każdy week­end, święta... pra­co­wa­li­śmy dniami i no­cami. My­ślisz, że wa­lizka go­tówki wy­star­czy? Je­ste­śmy zwią­zani z tym miej­scem i ni­gdy na­wet przez myśl mi nie prze­szło, żeby je sprze­dać, choć po­ja­wiali się kupcy i ku­sili nas świet­nymi ofer­tami. Zresztą te­raz też są... - do­dała ci­szej, jakby nie chciała, że­bym to usły­szała.

- Ro­zu­miem. - Prze­nio­słam wzrok na ro­dzi­ców. Od po­czątku roz­mowy mil­czeli jak za­klęci. - Co o tym my­śli­cie?

- To twoje ży­cie, có­reczko. Sama mu­sisz pod­jąć de­cy­zję - od­parł tata, po­cie­ra­jąc za­rost. - Nikt nie zrobi tego za cie­bie.

- Car­los nie wspo­mniał jesz­cze o te­sta­men­cie - wtrą­ciła cio­cia. Coś mi pod­po­wia­dało, że za­raz usły­szę ko­lejną świetną wia­do­mość. - Re­stau­ra­cja i tak bę­dzie twoja, je­śli jed­nego z nas za­brak­nie.

- No to nie­źle... - wes­tchnę­łam oszo­ło­miona, się­ga­jąc po kie­li­szek wina.

Mu­sia­łam ukoić nerwy i my­śli, które cha­otycz­nie, bez naj­mniej­szego sensu krą­żyły mi po gło­wie, ale za cho­lerę nie po­tra­fi­łam się sku­pić. Tego było za dużo, na­wet jak dla mnie. I to na je­den wie­czór.

Gdy opróż­ni­łam kie­li­szek, tata o nic na­wet nie spy­tał, tylko na­peł­nił go po­now­nie. W przy­tła­cza­ją­cej ci­szy każdy za­to­pił się we wła­snych my­ślach.

Wpa­try­wa­łam się w ład­nie oświe­tlony ogród oraz ta­flę mie­nią­cej się wody w ba­se­nie.

Ogrody...

To wła­śnie ko­cha­łam. Od za­wsze ma­rzy­łam o tym, żeby je two­rzyć od pod­staw albo zmie­niać w per­fek­cyj­nie za­pro­jek­to­wane miej­sca, w któ­rych można od­na­leźć spo­kój. Pra­gnę­łam da­wać lu­dziom na­miastkę szczę­ścia, two­rząc wy­jąt­kowe prze­strze­nie.

Wszystko mia­łam za­pla­no­wane. Co prawda kilka razy prze­ko­na­łam się już na wła­snej skó­rze, że plany mają się ni­jak do praw­dzi­wego ży­cia i nie­spo­dzia­nek, ja­kie szy­ko­wał dla nas los, ale i tak na­iw­nie wie­rzy­łam, że by­łam co­raz bli­żej speł­nie­nia swo­jego ma­rze­nia z dzie­ciń­stwa.

Kie­dyś lu­bi­łam prze­by­wać w re­stau­ra­cji wu­jo­stwa. Pod­glą­dać ku­cha­rzy, kel­nerki, bar­ma­nów. Czu­łam się czę­ścią cze­goś waż­nego. Uwiel­bia­łam pa­trzeć na klien­tów re­stau­ra­cji, któ­rzy przy dźwię­kach po­mru­ków i wes­tchnień kon­tem­plo­wali po­siłki, a póź­niej chwa­lili ku­cha­rza i ob­sługę.

Było w tym coś ma­gicz­nego, a jed­nak to wciąż były tylko mło­dzień­cze ma­rze­nia o pro­wa­dze­niu re­stau­ra­cji, ser­wo­wa­niu wy­kwint­nych dań i dba­niu o za­łogę czy klien­tów.

Mia­łam wiele cu­dow­nych wspo­mnień zwią­za­nych z tam­tym okre­sem, ale za­sta­na­wia­łam się, czy to wy­star­czy, by rzu­cić się na głę­boką wodę.

Pro­po­zy­cja wujka na­mie­szała w moim po­ukła­da­nym świe­cie. Jego słowa przy­po­mniały mi o chwi­lach spę­dzo­nych w re­stau­ra­cji, do któ­rej bie­głam co­dzien­nie po szkole, żeby coś zjeść i po­sie­dzieć z nim w biu­rze, gdzie pra­co­wał. Tamte czasy już dawno mi­nęły, ale no­stal­gia w sercu zo­stała, a te­raz te uczu­cia roz­bu­dziły się na nowo.

- Prze­pra­szam, kru­szynko. - Nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wił się przy mnie, uklęk­nął na jedno ko­lano i uści­snął moją dłoń. Był wy­so­kim fa­ce­tem, więc te­raz mie­li­śmy wzrok na tej sa­mej wy­so­ko­ści. - Ro­zu­miem, że to nie­ocze­ki­wane, ale czuję, że od­naj­dziesz się w re­stau­ra­cji. Wie­rzę z ca­łego serca, że bę­dziesz tam szczę­śliwa. Gdy by­łaś młod­sza, cią­gle w niej prze­sia­dy­wa­łaś. Już wtedy wie­dzia­łem, że bę­dziesz moją na­stęp­czy­nią. Masz w so­bie pa­sję i ener­gię, które po­mogą ci pro­wa­dzić to miej­sce, a cał­kiem praw­do­po­dobne, że pod two­imi rzą­dami bę­dzie ona pro­spe­ro­wać jesz­cze le­piej. By­ła­byś ide­alną sze­fową. Pra­cow­nicy cię po­ko­chają.

- Wujku, mam kon­kretne plany na przy­szłość. I to znacz­nie od­bie­ga­jące od pro­wa­dze­nia re­stau­ra­cji. Nie je­stem prze­ko­nana, czy dam so­bie radę. Ra­czej nie na­leżę do osób prze­bo­jo­wych, krzy­kli­wych i wy­ma­ga­ją­cych, a re­stau­ra­cja wła­śnie ta­kiego szefa po­trze­buje. Chyba nie po­tra­fię rzą­dzić ani utrzy­my­wać dys­cy­pliny...

- Po­tra­fisz, tylko ni­gdy nie czu­łaś pre­sji, by od­kryć w so­bie te ce­chy, a te­raz masz ku temu ide­alną oka­zję. Znam cię od uro­dze­nia i wiem, że bę­dziesz ide­alną, wy­ma­ga­jącą i sta­now­czą sze­fową. Zresztą na po­czątku bę­dziemy z tobą. Wpro­wa­dzimy cię do re­stau­ra­cji. Wszystko po­ka­żemy. Nie bę­dziesz sama. Mamy świet­nych pra­cow­ni­ków. Są prze­szko­leni i na pewno będą cię wspie­rać. Od nie­dawna pro­wa­dzimy też knajpę w Reus.

- Chyba żar­tu­jesz - szep­nę­łam jesz­cze bar­dziej oszo­ło­miona. - A kiedy to się stało? Dla­czego ja o ni­czym nie wiem?

- Rzadko ostat­nio dzwo­ni­łaś, przy­jeż­dża­łaś...

- Wiem, prze­pra­szam. By­łam przy­tło­czona stu­diami i pracą w cu­kierni. Ale obie­cuję, że to się zmieni. Je­ste­ście dla mnie bar­dzo ważni i wy­na­gro­dzę wam to...

- Mo­żesz to zro­bić na­wet te­raz. Zgódź się, pro­szę. - Zro­bił minę szcze­niaka, czym mnie kom­plet­nie roz­czu­lił.

- No, wi­dzisz. Nie na­daję się na sze­fową. Spoj­rza­łeś na mnie w ten spo­sób i już je­stem go­towa się zgo­dzić. Nie dam so­bie rady - jęk­nę­łam, za­kry­wa­jąc twarz rę­koma.

- Po­mo­żemy ci, kru­szynko. Wię­cej wiary w sie­bie.

Mia­łam mę­tlik w gło­wie.

- Czuję, że to się źle skoń­czy. Na­prawdę. Nie je­ste­ście przy­pad­kiem pod wpły­wem ja­kichś środ­ków odu­rza­ją­cych? Nie mogę uwie­rzyć, że chce­cie od­dać re­stau­ra­cję sio­strze­nicy, która ma tyle wspól­nego z za­rzą­dza­niem ludźmi, co słoń z ba­let­nicą! Prze­cież to sza­leń­stwo! Mamo, po­wiedz swo­jemu bratu, że osza­lał. Ja nie wiem, ja­kich użyć ar­gu­men­tów. - Spoj­rza­łam na mamę, która cały czas przy­słu­chi­wała się na­szej roz­mo­wie.

- Có­reczko, to musi być wy­łącz­nie twoja de­cy­zja. Je­śli Car­los uważa, że so­bie po­ra­dzisz, to je­stem pewna, że tak bę­dzie. Je­steś nie­zwy­kle in­te­li­gentna, wy­trwała, a do tego wraż­liwa. Nie wi­dzisz u sie­bie tych cech, po­nie­waż je­steś zbyt do­brym czło­wie­kiem, żeby wpa­dać w sa­mo­za­chwyt. Ale uwierz mi, masz je w so­bie, tak jak cała na­sza ro­dzina.

- Do­bra. Czyli je­steś po stro­nie brata, ro­zu­miem. Tatku? Co ty po­wiesz na to, że twoja córka, ma­gi­ster in­ży­nier pro­jek­to­wa­nia te­re­nów zie­lo­nych, zaj­mie się pro­wa­dze­niem re­stau­ra­cji? Czy to w ogóle jest zgodne z pra­wem? Nie trzeba mieć do tego ja­kichś pa­pie­rów?

Gdy wy­po­wie­dzia­łam na głos te słowa, do­tarło do mnie, że nie mo­głam wy­my­ślić więk­szej głu­poty, ale po pro­stu ła­pa­łam się każ­dej de­ski ra­tunku. A że od za­wsze ba­łam się wody i nie po­tra­fi­łam pły­wać, to wła­śnie mia­łam wra­że­nie, że ktoś wy­rzu­cił mnie za burtę na środku oce­anu i dał tylko jedno koło ra­tun­kowe, z któ­rego nie bar­dzo chcia­łam sko­rzy­stać, po­nie­waż za­pew­niało prze­trwa­nie, a nie ra­tu­nek w pod­bram­ko­wej sy­tu­acji.

- Ma­ri­bel, je­śli nie spró­bu­jesz, to po­dej­rze­wam, że już za­wsze bę­dziesz się za­sta­na­wiać, czy do­brze zro­bi­łaś, że nie za­ry­zy­ko­wa­łaś. W ży­ciu trzeba pró­bo­wać róż­nych rze­czy, trzeba się spraw­dzać, sma­ko­wać... Ina­czej to tylko sta­gna­cja, bez ra­do­ści i odro­biny dresz­czyku emo­cji. Za­wsze bę­dziesz miała czas na zna­le­zie­nie pracy w za­wo­dzie. Prze­cież nikt nie od­biera ci two­jej wy­ma­rzo­nej przy­szło­ści. A może aku­rat to w re­stau­ra­cji się od­naj­dziesz i po­ko­chasz ją rów­nie mocno jak Car­los i Se­lena? Kto wie, może to wła­śnie jest twoja wy­ma­rzona przy­szłość?