- Mamo! Wychodzę pobiegać! - krzyknęłam, w pośpiechu przechodząc przez salon, po czym usiadłam na niskiej drewnianej ławeczce przy wejściu i sięgnęłam po adidasy.
- O tej porze? - usłyszałam podniesiony głos dobiegający z kuchni i oczami wyobraźni widziałam już moment, w którym mama będzie próbowała wybić mi to z głowy.
Kiedy stanęła przede mną, spojrzałam w jej zatroskane oczy, dusząc w sobie ledwie słyszalne wyrzuty sumienia, które pojawiły się na myśl o tym, że wróciłam do domu rodzinnego kilkanaście godzin temu, a już dałam jej powody do zmartwień. Według mnie były one wyssane z palca, ale w tej chwili nie zamierzałam z nią o tym dyskutować.
- Mamo, nic mi nie będzie - zapewniłam zdecydowanie. - Wezmę ze sobą Lunę.
- Wcale mnie to nie uspokoiło. Ta psina zupełnie nie nadaje się na psa obronnego - burknęła, wycierając mokre dłonie w ściereczkę kuchenną.
- Wrócę, nim się obejrzysz. Obiecuję. - Cmoknęłam ją głośno w policzek, a gdy się odsunęłam, dotarł do mnie słodki, apetyczny aromat. - Co tak ładnie pachnie?
- Córciu, odwiedzasz nas tak rzadko, że kiedy wreszcie przyjeżdżasz, to muszę cię trochę porozpieszczać.
- Pieczesz moje ulubione ciasto pomarańczowe?
- Dokładnie tak.
- Mamuś, przepraszam, ale egzaminy na studiach, praca w kawiarni...
- Wszystko jasne. Nie musisz się tłumaczyć. - Objęła mnie ciasno ramionami, dając do zrozumienia, że nie ma o nic pretensji. - Myślę, że to się już niedługo zmieni.
- Raczej nie. Chyba że na gorsze. Wiesz, że po wakacjach planuję znaleźć pracę w zawodzie, więc...
- Córeczko, nigdy nie wiemy, co przyniesie przyszłość. - Mama była wyjątkowo tajemnicza i niespecjalnie mi się to podobało. - Dobra, leć już. I uważaj na siebie.
- Jasne. Pa!
W porę zauważyłam Lunę, inaczej podeptałabym biedną psinę, leżącą na dywaniku przy drzwiach wyjściowych.
- Chodź, Luna. Rozruszamy te nasze stare kości. - Podrapałam ją pod pyskiem, po czym przepuściłam, by wyszła.
Labradorka nie była już pierwszej młodości, ale za każdym razem, gdy przyjeżdżałam do rodzinnego domu, chętnie towarzyszyła mi w dłuższych czy krótszych przebieżkach.
Truchtałam spokojnym tempem, co chwila zerkając na zegarek, dzięki któremu mogłam kontrolować tętno. W pewnym momencie odruchowo dotknęłam lewej ręki; podczas wizyty w domu rodzinnym, gdy wychodziłam pobiegać, w naramiennej kieszonce chowałam telefon, i jakież było moje zdziwienie, gdy zdałam sobie sprawę, że akurat dzisiaj zapomniałam go zabrać.
Kiedy wracałam w rodzinne strony z głośnej i przeludnionej Barcelony, gdzie studiowałam i mieszkałam przez ostatnie lata, doceniałam małomiasteczkowy klimat Montblanc. Mieszkaliśmy poza centrum miasta przy niewielkiej, szutrowej, momentami kamienistej drodze, więc zazwyczaj było tu bardzo spokojnie.
Co prawda nikt obcy raczej nie zapuszczał się w te tereny, ale nagle poczułam nieprzyjemny dreszcz strachu przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Spowodował go głównie fakt, że był już późny wieczór - lampy uliczne rozmieszczone w sporej odległości od siebie ledwo oświetlały drogę, pozostawiając gęsto zalesione pobocze pogrążone w egipskich ciemnościach. Co za tym szło, irracjonalnie wyparowało też sporo mojej odwagi, która towarzyszyła mi zaraz po wyjściu z domu.
Dzisiaj wybrałam inną trasę niż zwykle. Zrobiłam to zupełnie nieświadomie, ale jakby się nad tym zastanowić, pewnie wynikało to z ciekawości rozbudzonej przez mamę. Podczas śniadania opowiadała o naszym dalszym sąsiedzie, który przez lata sukcesywnie dokupował sąsiadujące działki i odgradzał posiadłość od wścibskich spojrzeń, dzięki czemu został właścicielem sporego terenu ogrodzonego wysokim betonowym murem. Ponoć za nim mieścił się teraz nie tylko dom jego rodziców, który pamiętałam z dawnych lat, lecz także - a może przede wszystkim - jego nowoczesna rezydencja.
Nie kojarzyłam go z czasów dzieciństwa ani tym bardziej z czasów szkoły średniej, ponieważ zamiast uczyć się w Montblanc, wyjechał i podjął naukę w prestiżowym liceum, a poza tym był ode mnie starszy o pięć czy sześć lat. Kilkukrotnie widziałam jego siostrę, ale i o niej nie byłabym w stanie powiedzieć za wiele. Obracałyśmy się w innym towarzystwie, więc nie spotykałyśmy się zbyt często, nie wpadałyśmy też na siebie na mieście.
Luna przez większość czasu wyprzedzała mnie o kilka metrów, mimo że co chwila obwąchiwała przydrożne krzaki.
Pokonałam kolejny zakręt, a moim oczom ukazały się liczące kilka metrów kamienne mury oświetlone lampami. Na wysokich słupach zamontowano kamery, więc mama nie przesadzała, gdy wspomniała, że to miejsce zmieniło się nie do poznania. Teraz przypominało tajemniczą i mroczną twierdzę, usytuowaną na obrzeżach Montblanc, z dala od zgiełku miasta.
Poruszając się nierówną drogą wzdłuż wysokiego muru, miałam niepokojące wrażenie, że naruszam prywatną przestrzeń właściciela kryjącej się za nim posesji, ale przynajmniej czułam się o niebo lepiej, ponieważ lampy oświetlały nie tylko szeroką drogę, ale też sporą część gęstego lasu, który przyprawiał mnie o ciarki.
Oddychałam spokojnie, utrzymując równe tempo, i rozmyślałam o przyszłości.
Po sporej przerwie wróciłam do domu na dłużej niż kilka dni. Przez cały okres studiów pracowałam w kawiarni, żeby się utrzymać i odciążyć rodziców, więc wolne pomiędzy egzaminami, podobnie zresztą jak większą część wakacji, wykorzystywałam na dodatkowe zmiany. Za kilka miesięcy planowałam jednak wyjechać do Barcelony. Tam miałam większe szanse na pracę jako architektka krajobrazu niż w rodzinnej miejscowości.
Skrycie marzyłam o tym, że kiedyś wrócę na stałe do Montblanc, zamieszkam w domu moich dziadków i założę firmę w miejscu, które całym sercem kocham. Niestety, w tej chwili były to tylko marzenia, i to bardzo odległe.
Głuchy dźwięk kroków odbijał się od kamienistej drogi i byłam tak pogrążona w rozmyślaniach, że kompletnie nie zwróciłam uwagi na niewielki uskok w nawierzchni. Krzywo stanęłam na nim stopą i w tej samej chwili promieniujący ból w kostce dosłownie odebrał mi oddech. Odruchowo zgięłam kolana i przejechałam nimi oraz dłońmi po ostrych krawędziach kamieni, asekurując się przed upadkiem na twarz. Jęknęłam, gdy poczułam przenikliwy ból, po czym klapnęłam na tyłek.
- A niech to diabli - szepnęłam niewyraźnie.
Dzięki ulicznemu oświetleniu przyjrzałam się zaczerwienionej skórze, która na kolanach i na wewnętrznej stronie dłoni była poharatana i brudna. Nie wyglądało to najlepiej, ale i tak najgorzej sprawy się miały z kostką. Bałam się odsłonić skarpetkę, żeby sprawdzić, w jakim jest stanie.
Luna podbiegła i z merdającym ogonem trącała mnie nosem.
- Spokojnie, Luna. - Zaczęła się nerwowo kręcić wokół mnie. - Wszystko będzie dobrze.
Próbowałam się podnieść, ale po kilku nieudanych próbach przekręcania się i wyginania ciała w różnych konfiguracjach warknęłam zirytowana. Czułam się bezradna.
Oddychałam ciężko, jakbym przebiegła co najmniej półmaraton. Przymknęłam na chwilę powieki, by zebrać myśli i wziąć się w garść, aż nagle usłyszałam przytłumiony dźwięk silnika samochodu. Rozejrzałam się z kiełkującą nadzieją, bojąc się, że to tylko wyobraźnia płata mi figle.
Na szczęście Luna potwierdziła moje przypuszczenia. Zerwała się z miejsca, po czym spojrzała w kierunku zbliżającego się, jak podejrzewałam, pojazdu, choć ja nie widziałam nic poza ciemnością z obu stron.
Oparłam się na łokciach, żeby nie leżeć jak łamaga na środku drogi, ale po kilku próbach przesunięcia się na pobocze opadłam wykończona na plecy. Teraz oddychałam już jak parowóz, a moje mięśnie paliły żywym ogniem. Przesadziłam z wysiłkiem, pokonanymi kilometrami i narzuconym tempem.
W Barcelonie starałam się dbać o swoją kondycję. W każdej wolnej chwili uprawiałam jogging lub odwiedzałam siłownię. Niestety, ostatnio ciągle brakowało mi na wszystko czasu, więc w sumie nie powinno mnie dziwić, że czułam się wycieńczona. Wydawało mi się wręcz, że zaraz zemdleję.
Świetnie, panno Montemayor - rugałam się w myślach. Nie dość, że wpadłaś na głupi pomysł, to jeszcze postanowiłaś zrealizować go wieczorem.
Podniosłam się do siadu. Kątem oka zauważyłam snopy światła wyłaniające się zza zakrętu. Liczyłam po cichu, że kierowca nie będzie jechał jak szalony i zauważy kobietę siedzącą na środku drogi.
Samochód zmierzał wprost na mnie, a ja jedynie westchnęłam z powodu bezradności, swojej głupoty i braku pomysłu na wybrnięcie z tej porąbanej sytuacji.
Byłam spocona, zmęczona, a do tego obolała i poraniona. Wisienką na torcie były problemy z kostką.
Obraz nędzy i rozpaczy, i to dosłownie.
- Jasna dupa - rzuciłam roztrzęsiona.
Luna biegała wokół mnie, podskakując i piszcząc. Instynktownie wyczuwała zbliżającą się katastrofę. Kurz unosił się i oblepiał każdy skrawek mojej nagiej skóry. Coraz głośniejsze piski psa zaczął zagłuszać dźwięk zbliżających się pojazdów. Na pewno były dwa, a może nawet i więcej.
Domyśliłam się, że w jednym z nich jedzie właściciel tej wypasionej, luksusowej rezydencji, ponieważ nasi pozostali sąsiedzi byli w większości starszymi ludźmi, więc o tej porze albo oglądali coś w telewizji, albo spali.
Samochód zaczął zwalniać. Zatrzymał się kilka metrów przede mną, a po sekundzie usłyszałam trzask drzwi. Ktoś się do mnie zbliżał, ale oślepiające światła mocno ograniczały mi widoczność.
Siedziałam jak sierotka na środku drogi w towarzystwie labradora, który teraz przede mną klapnął. Mężczyzna zatrzymał się przed Luną i pogłaskał ją po pysku, na co ta wariatka pomachała radośnie ogonem.
Stał przede mną wysoki, napakowany jak prawdziwy kulturysta, łysy mężczyzna i przyglądał mi się rozbawiony. Gdybym spotkała go w Barcelonie w którejś z bocznych uliczek, do tego późno w nocy, byłabym przerażona. W Montblanc jednak zawsze czułam się bezpiecznie. Łudziłam się, że może pracuje dla właściciela twierdzy lub jest jego znajomym, więc nie powinien mi zagrażać, a wręcz przeciwnie, mógł się okazać moim wybawieniem.
Nie odezwał się ani słowem. Tylko się na mnie gapił, niezmiennie głaszcząc zadowoloną Lunę, a ja, zaskoczona jego widokiem i zachowaniem, próbowałam pozbierać myśli.
- Pomożesz mi? Czy będziesz tak stał i milczał? - Rozłożyłam szeroko ręce, wyrażając tym gestem zniecierpliwienie.
Potężny facet udawał niemowę, co mnie coraz bardziej irytowało. W końcu jednak się odezwał:
- Co się stało, księżniczko? - Jego tubalny głos idealnie pasował do tej góry mięśni, czarnego garnituru i dziwnego poczucia, że mam do czynienia z niebezpiecznym facetem.
Z mojej perspektywy miał chyba z dwa metry wzrostu, a do tego był szeroki jak szafa. To wszystko razem dawało naprawdę niezły efekt.
- Jeśli pożyczysz mi telefon i pomożesz usiąść na poboczu, to zrobisz dobry uczynek. Nie tylko przestanę tarasować drogę, ale też będę ci dozgonnie wdzięczna. - Podniosłam odważnie podbródek, czym chciałam pokazać nieznajomemu, że się go nie boję i powinien traktować mnie poważnie.
- Ponowię pytanie, bo najwyraźniej nie zrozumiałaś. Co ci się stało? - mruknął łagodniej, ale dalej utrzymywał tę swoją dominującą postawę.
Uparty osioł!
- O Boże! - jęknęłam zrozpaczona. Nie chciałam ani robić z siebie ofiary losu, ani tym bardziej sprawiać mu kłopotu, jednak wyglądało na to, że wielkolud nie odpuści i będzie tak stał, aż w końcu wyznam mu wszystko jak na spowiedzi. - Dobra - poddałam się po krótkiej chwili. - Biegłam, potknęłam się, chyba skręciłam kostkę, a jakby tego było mało, to zdarłam sobie kolana i dłonie. - Po tych słowach pokazałam mu zakrwawioną i opuchniętą skórę.
Wyraźnie zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym przytaknął i już otwierał usta, żeby coś odpowiedzieć, ale oboje usłyszeliśmy wołanie.
- Pedro! - Zbliżał się do nas kolejny mężczyzna, stawiając stanowcze kroki.
Skądś znałam ten głos...
- Szef się niecierpliwi.
Mężczyzna zatrzymał się obok łysego wielkoluda, wsuwając dłonie do kieszeni ciemnych spodni, a gdy przeniósł na mnie spojrzenie, jego brwi podeszły do góry, a oczy rozszerzyły się w niedowierzaniu.
I pewnie ja wyglądałam zupełnie tak samo.
- Martin?! - wydusiłam, ledwo dostrzegając w stojącym przede mną dorosłym mężczyźnie przyjaciela z dzieciństwa.
- Bella?! - Podszedł bliżej, a gdy kucnął, przez moment przyglądaliśmy się sobie równie zaskoczeni. - Tak dawno cię nie widziałem - szepnął miękkim głosem, kiedy opadł na kolana, i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku.
Wtuliłam się w niego i choć pachniał inaczej, niż zapamiętałam, to rozpoznałam w nim kogoś bliskiego.
- To niesamowite. - Czule pogłaskał mnie po głowie. - Skąd się tu wzięłaś?
- Chciałam trochę pobiegać, pooddychać świeżym powietrzem... A skończyłam, siedząc na środku drogi ze skręconą kostką. Chyba. Martin, nie dam rady wstać, bo kolana... - Pokazałam mu zadrapania, by się usprawiedliwić.
- Bella, już wszystko okej. Zajmę się tobą. - Chwycił mnie pod kolanami, drugą ręką objął w pasie, a następnie zupełnie bez wysiłku wyprostował się, trzymając mnie jak pannę młodą.
Dopiero teraz przyjrzałam się bardziej męskim, wyostrzonym rysom jego twarzy. Nie widziałam go z dobrych dziesięć lat.
- Jesteś jakiś większy, starszy, poważniejszy.
- Minęło sporo czasu. - Uśmiechnął się szeroko.
Łysy chrząknął ze zniecierpliwieniem, co zwróciło naszą uwagę. Stał wciąż w tym samym miejscu, tyle że teraz skrzyżował ręce na klatce i z kpiącym uśmieszkiem gapił się na nas rozbawiony.
- To co robimy z księżniczką? - zapytał oschle, przeniósłszy wzrok na Martina.
- Muszę ją odwieźć do szpitala. Trzeba sprawdzić, czy kostka jest skręcona, oczyścić zadrapania. Nie wiem...
- Pedro! Martin! Co tu się, do kurwy nędzy, wyprawia?! Czekam w samochodzie od pięciu minut, a nawet piechotą już dawno byłbym w domu! - Szorstki, zachrypnięty głos przeciął powietrze niczym strzała.
Ten niespodziewany dźwięk lekko mnie przeraził. Zadrżałam, podświadomie przeczuwając, że za moment dostanę ostrą reprymendę lub coś znacznie gorszego.
- Bella, jesteś bezpieczna. Nic ci nie grozi. - Martin objął mnie ciaśniej, jakby chciał zapewnić mi ochronę przed zbliżającym się zagrożeniem.
Wpatrywałam się w mężczyznę, który kroczył pewnym krokiem w naszą stronę. Światła samochodu za jego plecami sprawiały, że podchodził otulony łuną. Wyglądało to mrocznie, ale też niesamowicie.
Facet ma wejście.
Domyślałam się, kim jest. Sądząc po głosie i wyczuwalnym wkurwieniu emanującym z jego ciała, raczej nie należał do miłych facetów.
Przeczuwałam, że nie będzie miło.
Mama podczas śniadania tylko o nim napomknęła, za bardzo nie wnikając w szczegóły, choć miałam wrażenie, że ukrywa przede mną coś szalenie istotnego.
- Szefie... - Pedro przerwał ciszę lekko zaniepokojonym głosem.
No, skoro nawet on się boi, to znaczy, że powinnam zwiewać gdzie pieprz rośnie. Trudność polega na tym, że nie dałabym rady uciec za daleko, kulejąc na jedną nogę.
- Na drodze znalazłem dziewczynę - wyjaśnił po chwili milczenia.
- Nie obchodzi mnie, co, kurwa, robisz w swoim wolnym czasie i ile dam ratujesz z opresji, ale teraz jesteś w pracy, a ja nie mam czasu na jakieś łzawe sceny! - zripostował, zatrzymując się kilka kroków od nas.
To, że był nieczułym chamem i prostakiem, wiedziałam już od pierwszego wypowiedzianego zdania, ale to, co teraz zobaczyłam, na pewno nie wynikało z szoku czy wstrząśnienia mózgu, bo przecież nie uderzyłam się w głowę podczas upadku: on wyglądał wręcz oszałamiająco. A to było cholernie niesprawiedliwe.
Zdecydowanie przykładał wagę do wyglądu. Był wysoki i rozbudowany w barkach, co podkreślał garnitur, który przylegał do jego ciała jak druga skóra, uwydatniając wysportowaną sylwetkę. Mężczyzna ewidentnie spędzał sporo czasu na siłowni.
Był przystojny, ale w taki surowy, brutalny sposób. Z jego postawy emanowały władza, a przede wszystkim wkurwienie. Napiął całe ciało, jego nozdrza falowały przy każdym wydechu, a ostry głos jasno ostrzegał przed dyskusją czy sprzeciwem. Wyglądał na mężczyznę zimnego niczym kraina skuta lodem.
Zlodowaciały, zarozumiały i zdystansowany. Trzy razy "Z" idealnie podsumowało moje pierwsze wrażenie.
Na moment zapadła cisza. Wpatrywał się w moje oczy, co sprawiło, że poczułam oblewające mnie pod naporem jego spojrzenia ciepło, jakby wypalał laserem dziurę w mojej skórze.
Dotarł do mnie jego zapach, totalnie przytłaczając ten, który czułam, tkwiąc w ramionach Martina. Nieznajomy pachniał jakąś słodyczą, może pomarańczami. Chwilę później poczułam jednak ostrzejszy aromat korzennych przypraw, wymieszany z drzewną mocną nutą, pociągająco agresywną.
Taki palant, a pachnie zachwycająco i na szczęście nieosiągalnie. Ten świat jest szalenie niesprawiedliwy - prychnęłam w myślach.
- Czy mogłaby pani sama wrócić do domu, czy konieczna jest eskorta dwóch moich pracowników? - zapytał z wyraźnym sarkazmem w głosie.
Jego absurdalna sugestia w sekundę wyrwała mnie z bezczelnego taksowania jego sylwetki. Wcale nie potrzebowałam eskorty, tylko niewielkiej pomocy, dzięki której zniknęłabym jak kamfora.
Od kilku lat byłam właściwie niezależna. Nie znosiłam sytuacji, kiedy faceci traktowali mnie jak bezmózgą panienkę. Takich palantów spotykałam na co dzień. Byłam uczulona na arogancję i chamstwo, czym nieznajomy grzeszył aż nadto.
- Dla pana wiadomości - zaczęłam chłodno - gdyby nie skręcona kostka, z pewnością wolałabym pana nie spotkać. Niestety nie zawsze mamy to, czego pragniemy, więc przykro mi, że zabrałam panu pięć minut cennego czasu, które przesiedział pan bezczynnie w samochodzie, zamiast iść do domu! No chyba że pan też ma skręconą kostkę? - zapytałam rozzłoszczona jego całkowitym brakiem empatii.
Mój przyjaciel nabrał powietrza do płuc, co tylko mi uświadomiło, że może delikatnie przegięłam, zwracając się w ten sposób do jego naburmuszonego szefa.
- Masz niewyparzoną buźkę...
- Nie przypominam sobie, żebyśmy przeszli na "ty" - syknęłam, wyrywając się z ramion Martina.
Nie czułam gruntu pod nogami, co nie było komfortowe, szczególnie podczas starcia z nieuprzejmym gburem. Dawny przyjaciel postawił mnie ostrożnie na jednej nodze, dalej trzymając w talii i asekurując przed upadkiem, co wykorzystałam i lekko się o niego oparłam.
- Dobra. - Nieznajomy wyraźnie rozjuszony przeczesał palcami gęste, hebanowe włosy. Wyglądało na to, że postanowił zakończyć to niezbyt miłe spotkanie, na które ani ja, ani on nie mieliśmy ochoty, a przede wszystkim czasu. To nie był najlepszy moment na zawieranie nowych znajomości, a sądząc po naszej rozmowie, nie zostaniemy dobrymi znajomymi. Nigdy. - Martin? Rozumiem, że znasz panią...?
- Montemayor - dokończył przyjaciel, po czym odchrząknął nerwowo. - Oczywiście. Przyjaźniliśmy się w dzieciństwie.
- Rozumiem. Zatem zadzwoń do Berty i powiedz jej, co się stało. Niech przyjedzie i zajmie się panią Montemayor.
- Nie ma takiej potrzeby - wtrąciłam. Rozmawiali o mnie, jakby mnie tu nie było. Bezczelnie mnie ignorowali. - Poradzę sobie. Potrzebuję tylko telefonu. Zadzwonię po tatę...
- Absolutnie się nie zgadzam. Jesteś na moim terenie, więc mam obowiązek się tobą zająć. Nawet nie dyskutuj! Na Boga! - Lekko podniósł głos, ale i dłoń, stopując wiązankę sprzeciwu, którą miałam już na końcu języka. - Berta sprawdzi, co z kostką, i opatrzy zadrapania, a później Martin odwiezie cię do domu. Koniec rozmowy.
Po tych słowach ruszył przed siebie; wyjął telefon, a chwilę później pogrążył się w rozmowie.
- Wsiadajcie - rozkazał Pedro.
- Ale ja nie... - zaczęłam zdumiona przebiegiem rozmowy.
Nie zamierzałam korzystać z pomocy aroganckiego nieznajomego w większym stopniu, niż to było konieczne, a już w ogóle nie planowałam wchodzić do jego domu.
- Nawet nie mam siły tego słuchać - oznajmił Pedro zmęczonym głosem. - Martin, zajmij się nią, jej kostką i w ogóle.
- Ale co z Luną? - jęknęłam z bezradności.
Szybko pogodziłam się z myślą, że nie mam nic do powiedzenia, a telefonu i tak by mi nikt nie pożyczył.
- Ja pierdolę. - Pedro zerwał się z miejsca, a następnie zgarnął mnie na ręce tak nagle, że mimowolnie pisnęłam. - W takim razie ja zajmę się księżniczką, a ty psem - rzucił w kierunku Martina.
- Jasne, Pedro. - Dawny przyjaciel mrugnął do mnie, co miało mnie pewnie uspokoić, ale niestety nie przyniosło spodziewanego efektu.
Nieznajomy o imieniu Pedro niósł mnie właśnie do podejrzanego samochodu, a ja czułam się jak bezbronna owieczka prowadzona na rzeź.
Jedynym jasnym punktem w tej całej porąbanej sytuacji był fakt, że znałam Martina, i choć długo się nie widzieliśmy, to byłam przekonana, że nie pozwoli mnie skrzywdzić.