II. WSYPA
Piliśmy z Krzysiem poranną kawę na werandzie. Powietrze było jeszcze rześkie, choć zapowiadano falę tropikalnych upałów. Wpatrywaliśmy się w zieleń, żeby podreperować umęczone komputerami oczy, i napawaliśmy się chwilowym spokojem. Patryk wciąż spał, a Ewelina z Frankiem także jeszcze się u nas nie zjawiła.
- Wiesz, najszczęśliwszy to ja jestem tu, na tej naszej werandzie, kiedy jest taka cisza - odezwał się Krzyś. - Chyba nawet nie chce mi się w tym roku nigdzie wyjeżdżać i nic zwiedzać, zwłaszcza że ma być tak gorąco. W domu śpi mi się najlepiej i jedzenie najlepsze. Ja przecież tak rzadko bywam w domu.
- Gdyby tak jeszcze ten spokój chciał potrwać choć przez tydzień, a jedzenie samo się robiło, zapewne przyznałabym ci rację - powiedziałam zrzędliwie i wywołałam wilka z lasu.
Dźwięk telefonu przerwał ciszę. W słuchawce histerycznie wydzierała się córunia, obwieszczając, że rezygnuje z kolejnych etapów egzaminu na ASP, gdyż jest beznadziejna, nie ma szans, a do tego została bezpowrotnie skompromitowana na uczelni.
- A co konkretnie się stało? - zapytałam spokojnie. Mój spokój nie wynikał z braku empatii, a raczej z wiary w talent córki. Chciałam także, by nie myślała, że na ASP świat się kończy.
- Po pierwszym etapie mam najmniejszą ilość punktów - załkała Dominika. Krzyś zorientowawszy się, że to napad przedegzaminacyjnej paniki, machnął ręką i poszedł z psami do lasu.
- Córuś, nie poznaję cię. Ty panikujesz?! Ktoś musiał być ostatni. Teraz będzie jeszcze sprawdzian z wiedzy i prezentacja, więc dasz radę - pocieszałam.
- Ale tu nie wiedza jest najważniejsza. Prawdziwemu artyście wiedza nie jest wcale potrzebna, żeby tworzyć dzieła. Nie jestem artystką, więc to wszystko nie ma sensu. Geny dziadka rozmyły się w tym ciągłym krzyżowaniu, a jeszcze babcia...
- Nic na to nie poradzę, że dziadek skrzyżował się z babcią, żebym powstała ja i ciocia Zyta. Na Zytę przypadło wyraźnie więcej talentów plastycznych dziadka. Ja nie dostałam także baletowych zdolności mamy i jakoś z tym żyję. Przepraszam także, że skrzyżowałam się z tatą, żebyś powstała ty. Klonowanie wymyślono później.
- Ty sobie kpisz, a ja jestem w rozpaczy i jeszcze ta babcia...
- Kpię sobie, bo nie ma powodów do rozpaczy - powiedziałam już poważnie. - Nie panikuj przed czasem i walcz do końca. O tym, czy ktoś jest artystą, czy nie, raczej nie decyduje żadna komisja egzaminacyjna. To zweryfikuje czas i odbiorcy. Idź z Łukaszem na spacer i nie przejmuj się niczym.
- Łukasz kuje jak dzięcioł i nawet nie ma czasu pogadać przez telefon.
- No to zabierz babcię do kina - poradziłam.
- Babcię?! Z babcią to ja już nigdzie w życiu nie pójdę. Właśnie przez nią nie wejdę już więcej w mury ASP, bo jestem skompromitowana.
- Co takiego zmalowała ta nieszczęsna, stara kobieta, która dałaby się za was pokroić?
- Nikt jej nie chciał kroić, za to ona chciała odwołać komisję i nagadała...
- Boże! Poszła na uczelnię?
- Sama ją zabrałam na sprawdzenie wyników, żeby mi było raźniej, bo Łukasz nie miał czasu. Babcia, jak usłyszała, że ledwo się załapałam, bo tak słabo ocenili moje prace, wpadła do sekretariatu i zaczęła krzyczeć na cały głos: "Kogo to w tych czasach wybierają do komisji! To musi być zbiorowisko pętaków, skoro nie potrafią rozpoznać prawdziwego talentu. Ja im powiem, czyją ty jesteś wnuczką!". Myślałam, że się zapadnę ze wstydu pod ziemię. Ludzie patrzyli na nas jak na nienormalne. Ledwie zdołałam ją zaciągnąć na przystanek. W tramwaju jeszcze perorowała i postanowiła w najbliższym czasie wybrać się do rektora z misją specjalną. Skompletowała już garderobę, żeby zrobić piorunujące wrażenie, a teraz siedzi u fryzjera. Zamierza chyba jutro złożyć wizytę rektorowi. Nie wiem, czy mam ją związać i zamknąć. Ale jak długo mogę ją trzymać pod kluczem? A może lepiej spróbować umieścić ją w szpitalu psychiatrycznym, mówiąc, że biegała z nożem po ulicy i groziła całej komisji?
- To, co mówisz, jest pocieszające. Babcia odzyskała dawną formę - ucieszyłam się, puszczając mimo uszu egzaltowane sformułowania zawarte w wypowiedzi córki. - Bałam się, że po śmierci Euzebiusza babcia już się psychicznie nie podniesie. Była taka zobojętniała i skołowana, że nawet podejrzewałam u niej alzheimera. Ale, jak widać, żywiołem babci jest walka.
- Mamo, ty się mną w ogóle nie przejmujesz?
- Rozumiem, że babcia nie kontaktowała się jeszcze z nikim z komisji, więc wszystko jest do uratowania. Parę osób w sekretariacie, które usłyszały jej oburzenie, to żaden problem. Każdy wie, że babcie są kopnięte na punkcie wnuków. Musisz ją wsadzić w autobus lub w pociąg i przysłać do nas.
- Ale ona tego rektora nie odpuści.
- Zadzwonię do niej i pogadam, a ty udawaj, że wszystko jest okej i jesteś pewna swego, bo inaczej babcia przeprowadzi swoją akcję.
- Dobra, mamuś. Jesteś cudowna! Może uda mi się przekonać Łukasza do wspólnej nauki, bo jak wcześniej próbowaliśmy, to babcia wciąż wchodziła, podawała tony jedzenia i nieustannie gadała.
- Dominika, ja nie zabieram babci, żebyś ty miała wolną chatę...
- Oj, nie martw się. Jesteśmy rozsądni i odpowiedzialni.
- Mam nadzieję - powiedziałam mentorskim tonem.
Oj, jeśli niedaleko pada jabłko od jabłoni, to z tym twoim rozsądkiem może być różnie, moja droga córko - pomyślałam. Ale zaraz się pocieszyłam, że przynajmniej połowa jabłoni była Krzysiowa, więc może nie będzie tak źle. Szybciutko zajęłam się wyszukiwaniem w Internecie dogodnego połączenia z Warszawy. Na autobus do Swarowic babcia pewnie nie zdąży. Zresztą on długo jedzie i to jest męczące. Ale Dominika mogłaby wsadzić babcię w pociąg do Kielc o szesnastej dziesięć, a my odebralibyśmy ją na dworcu. Zadzwoniłam następnie na komórkę babci i zaczęłam błagać:
- Mamo, musisz mi pomóc. Tak bardzo chciałabym wyjechać z Krzysiem choć na parę dni z domu. Należy nam się trochę urlopu. Krzyś marzy, żeby zwiedzić fortyfikacje wokół Przemyśla.
- No to jedźcie. Przecież dzieci już wam nie płaczą - odrzekła sucho mama. - Ja mam trzy światy z Dominisią.
- Właśnie o dzieci chodzi - podchwyciłam. - Zauważyłaś, że między Patrykiem a Eweliną coś zaczyna się dziać? Nie chciałabym zostawiać ich samych. Wiesz, licho nie śpi. Ona niby powinna mieć nauczkę, ale młodość ma swoje prawa. Gdybyś tu była, miałabyś oko na nich. Ewelina by się krępowała i Patryk też musiałby się trochę liczyć. Twój autorytet więcej znaczy niż moja czujność i gadanie.
- Masz rację. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Dziewczyna jest jeszcze skołowana, a facet to tylko facet. Nawet mój wnuk, jak każdy mężczyzna, nie ma hamulców. - Babcia błyskawicznie chwyciła przynętę i poczuła się dowartościowana. - Załatwię tylko jutro jedną ważną sprawę w Warszawie i do was przyjadę. Szkoda, że Euzebiusza już nie ma, on by także z radością posiedział u was w ogrodzie na słoneczku.
- Tobie też się przyda trochę świeżego powietrza, więc nie zwlekaj. Nam bardzo zależy na czasie, bo Krzysiowi już niewiele zostało do końca urlopu. A jaką to ważną sprawę masz do załatwienia? Dominika ci tego nie załatwi?
- To właśnie w sprawie Dominisi wybieram się do rektora. Oni ją tam chcą skrzywdzić. Nie docenili jej prac. Ja myślę, że nazwisko twojego ojca i Zyty w tym ich wariackim, artystycznym światku jeszcze coś znaczy. Ktoś im musi uświadomić, z kim mają do czynienia.
- Mamo, nie możesz się do tego wtrącać. Dominika da sobie radę, a ty pokazujesz, że w nią nie wierzysz. Będzie potem lamentować, że dostała się tylko przez protekcję. A ona chce czuć, że naprawdę jest zdolna. Kompletowała teczkę w pośpiechu i może prace nie są zbyt dobre technicznie. W końcu cały czas wybierała się na medycynę. Ale na pewno się wybroni na kolejnych etapach - powiedziałam z przekonaniem.
- Może masz rację - mama, jak nigdy, zgodziła się ze mną. - Niech dziewczyna walczy. Przecież to moja krew, taka ambitna. A jakby co, to zawsze można jeszcze potem się odwoływać - dodała.
- Więc mogę liczyć, że jeszcze dziś wsiądziesz w pociąg do Kielc? - naciskałam.
- Już dziś?! - wykrzyknęła z przerażeniem.
- No tak, bo jakbyś miała jechać jutro, to nie spałabyś całą noc z powodu rajzefiber. A tak zrobisz to z zaskoczenia i nawet ciśnienie nie zdąży ci się podwyższyć - bajerowałam. - Jesteś podobno świeżo od fryzjera, a wszystkie twoje kreacje leżą porozrzucane po całym mieszkaniu, więc już ich nie chowaj do szafy, tylko włóż do walizki.
- Ach, ta pedantka Dominika, naskarżyła na babcię. No dobrze, jak jestem wam tak bardzo potrzebna, to przyjadę - zgodziła się. - Tylko żeby znów pozostawiona bez nadzoru Dominika czegoś nie zmalowała.
- Mamo! Nasza Dominisia? To wykluczone - uspokoiłam ją, choć sama nie byłam tak bardzo spokojna. - Jesteś kochana. To mogę się pakować i cieszyć na wypad do przepięknego Przemyśla? Do zobaczenia w Kielcach! - krzyknęłam i nie czekając, aż mama się rozmyśli, szybko zakończyłam rozmowę.
O nagłej potrzebie wyjazdu z domu musiałam natychmiast poinformować Krzysia, żeby się przy mamie nie zdziwił, iż jutro ma wsiąść w samochód i jechać ze mną w południowo-wschodni kraniec Polski, choć niedawno deklarował chęć pozostania w domu. Przyzwyczajony już do moich zaskakujących pomysłów nawet nie protestował. W sumie chyba się ucieszył, że rozminie się z teściową. Między nim a moją mamą nie było wprawdzie nigdy żadnych animozji, ale jej sposób bycia trochę go drażnił, a z upływem lat stawał się dla nas wszystkich coraz bardziej uciążliwy. Zaplanowaliśmy więc z mężem trasę eskapady i zapakowaliśmy z grubsza nasze rzeczy. Krzyś był ożywiony perspektywą zwiedzania austriackich warowni, ale nie mógł się nadziwić, skąd we mnie tak nagle zrodziła się ta potrzeba. Nie było jednak zbyt wiele czasu na wyjaśnienia, gdyż należało mknąć po babcię do Kielc.
Pociąg przyjechał punktualnie. Babcia ukazała się w oknie i pomachała do nas dłonią. Patryk wskoczył do wagonu, aby wynieść jej dużą walizkę. Przywitaliśmy się na peronie bardzo serdecznie. Patryk kilkakrotnie całował babcię w policzki i spracowane ręce.
- Kiedy ten drągal tak wyrósł, że musi się wpół składać, żeby babcię pocałować w rękę? - zawołała rozrzewniona i zmęczona podróżą w upale staruszka. - Jak ten czas leci. Niedawno z pieluchą między nogami ganiał, a teraz już mu się spodobało przewijanie dzieci i tatusiem chciałby zostać. A zastanówże się, dzieciaku, co robisz! Dopiero co ta biedna dziewczyna jedno urodziła, ledwie z połogu wyszła, a ty już ją molestujesz! Mój mąż też był taki. Nigdy nie myślał o konsekwencjach. Gdybym się zdała na niego, mielibyśmy z dziesięcioro dzieci i umarlibyśmy z głodu. Ale on był artystą, a o takich przyziemnych rzeczach zawsze ja musiałam myśleć. A to mężczyzna powinien być odpowiedzialny, żeby kobieta mogła mieć...
- Mamo! - syknęłam, ocknąwszy się z osłupienia, w które wprowadziła nas wszystkich ta błyskawiczna szarża i słowotok. - Wsiadaj do samochodu, bo krzyczysz na całą ulicę i ludzie się nam przyglądają. O tym wszystkim porozmawiamy w domu.
- Ja chyba z wami nie pojadę. - Patryk ze złością zatrzasnął bagażnik. - Nie mam ochoty na tego typu rozmowy. Babcia przynajmniej śmiało ujawniła, co wy wszyscy o mnie i o Ewelinie myślicie. Jestem już dorosły, czas pomyśleć o usamodzielnieniu. Nikt mi nie będzie mówił, co mam robić i z kim wiązać swoją przyszłość. Jesteście wszyscy nieszczerzy i zakłamani. Rozumiem, że moglibyście mnie strofować, gdybym postępował nieetycznie, ale to z waszą moralnością jest coś nie tak. - Uderzył w kaznodziejski ton i mnie przynajmniej zbił z pantałyku, aż zaniemówiłam. - Poszukam jakiegoś lokum i przerzucę się na studia zaoczne - podjął błyskawiczną decyzję i ogłosił ją trzęsącym się z emocji głosem.
- Nie histeryzuj i wsiadaj do samochodu. - Krzyś na szczęście zachował zimną krew. Usiłował teraz wcisnąć wyższego od siebie syna do kabiny, naciskając na jego czubek głowy, ale nasz "maluszek" się opierał.
Otrząsnęłam się z pierwszego wrażenia i załapałam, że muszę wspomóc Krzysia. Wysunęłam więc nogę i podcięłam Patolowi kolana, a następnie wciągnęłam go do środka kabiny. Babcia już się usadowiła z przodu, więc Krzyś wskoczył szybciutko za kierownicę i ruszyliśmy z piskiem opon, jak ekipa kidnaperów. Trzymałam syna mocno za ramię, żeby nie wyskoczył z auta na jakimś skrzyżowaniu. Po Patolu można się spodziewać wszystkiego. Jednocześnie spróbowałam pojednawczo pogłaskać go, jak małego chłopczyka, po głowie. Uchylił się, ale opadł spokojnie na siedzenie i rzekł do mnie z wyrzutem:
- Nie spodziewałem się, że będziesz przeciwko nam. I jak mogłaś pleść takie bzdury babci.
- Ależ, dziecko, ja nie mam do ciebie pretensji - odezwała się babcia. - Jesteś mężczyzną, więc to nie do końca twoja wina. - Moja mama, jak widać, stworzyła sobie teorię, która z jednej strony oskarżała mężczyzn o wszelkie nieszczęścia kobiet, a z drugiej ich wyraźnie uniewinniała. - A jeszcze ta ogólna atmosfera - kontynuowała babcia. - Seks i romanse na każdym kroku, w mediach, w szkole, w domu. Po prostu wszędzie. Jak młody człowiek ma sobie z tym radzić?
- Mamo, nie przesadzasz? Masz jakieś zastrzeżenia do atmosfery naszego domu? - odezwał się Krzyś, który też chciał uspokoić teściową.
- To chyba dobrze, że ojciec i matka okazują sobie uczucia, także wobec dzieci? Nie przekraczamy nigdy ogólnie przyjętych norm. - Chciałam wesprzeć męża, lecz zrobiłam to w złą godzinę.
- Tak dotąd było, ale teraz nie jestem już pewna, czy mania romansowania z seriali telewizyjnych nie trafiła pod wasz dach. - Mama uśmiechnęła się tajemniczo, bardzo zadowolona z siebie.
- Mamo! - westchnęłam, używając po raz trzeci w ciągu ostatnich kilku minut formy wołacza. - Co ty znów insynuujesz?!
- Ja insynuuję?! Ja?! - zaperzyła się moja rodzicielka. - Całą drogę jechałam teraz z tym twoim byłym absztyfikantem, tym, co to kiedyś... ale mniejsza z tym. Jak on się nazywał? Rafał? Tak, Rafał Kryszel, syn tego ginekologa, co to blisko mnie mieszka. On jechał po coś do Krakowa. Aha, firmę tam otwiera. A ja myślałam, że on wciąż w Ameryce siedzi. Nie mogłam do końca zrozumieć, o co mu chodzi. Błagał mnie, żebym się za nim u ciebie wstawiła, bo on coś tam powiedział, czy to ktoś inny mówił, a ty źle zrozumiałaś i nie dajesz mu szans się wytłumaczyć. Ty, Aśka, pewnie wiesz, o co chodzi, ale ja nie mogłam najpierw zorientować się, czy to jeszcze idzie o tę starą historię, czy to już coś nowego. Ale w końcu pojęłam, że wy się niedawno musieliście widzieć. Nie chciał powiedzieć, kiedy to było i w jakich okolicznościach. Tak nawijał, żeby całej prawdy nie powiedzieć. Kręcił, jak zawsze. Ale wygląda tak, że wszystkie baby się na niego gapiły, i młode, i stare. A jaki był pachnący, elegancki i szarmancki... istny amant filmowy. Chyba bardzo mu zależy, żebyś go wysłuchała, lecz nie radzę ci się z nim spotykać. Można stracić dla niego głowę.
Zrobiło mi się gorąco i zimno. Chciałam się zapaść pod ziemię, ale trudno byłoby mi się wkopać, gdyż ziemia umykała nam spod kół coraz prędzej, bo właśnie wypadliśmy za miasto. Spojrzałam w lusterko. Mina mojego męża nie zwiastowała niczego dobrego. Krzyś pobladł i złowrogo zagryzał wargi. Patryk spoglądał raz na mnie, raz na babcię okrągłymi ze zdumienia oczyma, a ona ciągnęła dalej jak nakręcona.
- On jest naprawdę cholernie przystojny. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym była młodsza. Ale ty jesteś w innej niż ja sytuacji. Ty masz męża i dzieci.
- Mamo! - krzyknęłam znowu. - Nie myślisz chyba o Rafale?!
- Myślę. Spać przez niego teraz nie będę mogła.
- Babciu! - jęknął Patryk. - I ty mówisz o epidemii erotyzmu wśród młodych?! Ten świat chyba naprawdę zwariował. Ludzie, opamiętajcie się! Wszyscy jesteście popaprani, a czepiacie się mnie i Eweliny. Tylko wam jedno w głowie, a ja poważnie traktuję Ewelinę, i ona też się zmieniła.
- Widzisz, synu, a co ja mam powiedzieć? - odezwał się smutno Krzyś. - Wracam do domu z obczyzny, żona chce mi oczy z zazdrości wydrapać, choć nie ma żadnego powodu, a tu tymczasem dowiaduję się, że koło niej kręci się jakiś "cholernie przystojny" Rafał, z którym nawet moja teściowa byłaby skłonna zgrzeszyć i spać przez niego nie może. Powinienem ci zatkać uszy, żebyś tego wszystkiego nie słyszał. Ale w końcu jesteś dorosły.
- Co ty za idiotyzmy wygadujesz?! - oburzyła się mama. - Jeszcze dziecku takie rzeczy opowiadasz o babci! Ja miałabym grzeszyć z Rafałem?! - Mama z całej siły walnęła mojego męża w ramię, aż niebezpiecznie puścił kierownicę. Nagle jakby coś zajarzyła, jak to mówią dzieciaki, i zaczęła się głośno śmiać. - No tak, powiedziałam, że spać przez niego nie będę mogła, bo wciąż się zastanawiam, kiedy on się z Aśką widział. Z tego, co mówił, wynikało, że chyba był u was. Tak, tak, musiał ją odwiedzić - mama snuła na mój temat rozważania, ignorując moją obecność. - O jakie nieporozumienie mu chodziło? Chyba nie o tę starą historię jeszcze z czasów szkolnych? Joasiu, czy on naprawdę wrócił do Polski na stałe i będzie ci teraz zawracał głowę? - zwróciła się wreszcie bezpośrednio do mnie. - A co z jego rodziną? Stary Kryszel mówił kiedyś, że Rafał ma w Stanach rodzinę. Chwalił się, jaka śliczna synowa. Zdaje się, że jakaś mieszanka rasowa. Aż się ślinił, jak o niej opowiadał. Powtarzałam ci, pamiętasz? Ten jego ojciec to stary lowelas. Zawsze do mnie zagaduje, jak się czasem mijamy na ulicy, a komplementów mi nagada. No to wyjaśnij nam, Asiu, co cię z nim znów łączy?
- Ze starym Kryszelem? Absolutnie nic - odpowiedziałam, żeby skołować mamę do reszty i jakoś się później wyłgać, że wszystko jej się pokręciło.
- Babciu, to ja założyłem mamie konto na Naszej Klasie i namawiałem, żeby z tym Rafałem tak niezobowiązująco odnowiła znajomość - zaczął Patryk. - Mama najpierw nie chciała. A Dominika mówiła nawet, że mógłby nas ten gość zaprosić na Florydę. Przysłał fotki na tle wypasionego domu i z obłędną łódką, a w takich plenerach, że dech zapierało. Siostra Michała to się prawie w nim zakochała i wysłała mu zaproszenie na Facebooka, ale nie odpowiedział.
- To tego pana zna już cała wieś?! Okazuje się, że tylko ja nie miałem jeszcze przyjemności - gorzko pokpiwał Krzyś.
- No widzisz, jak oni się zabawiają moim kosztem - podchwyciłam wątek, bo spostrzegłam w nim szansę dla siebie. - Oni mnie już traktują jak swoją własność. Doprowadzili do tego, że trochę pogadaliśmy na Skypie, a potem on, jadąc z Krakowa do Warszawy, po prostu spotkał się ze mną.
- Nie rozumiem. Umówili cię z nim? Gdzie? I dowieźli związaną? - Krzyś nadal ironizował.
- No nie. Umówiłam się z nim sama przez telefon.
- Podałaś mu numer telefonu czy sama dzwoniłaś?
- Nie, no coś ty, sama bym nie dzwoniła, w dodatku do Ameryki - starałam się w pierwszej kolejności uspokoić węża w kieszeni Krzysia. Pomyślałam nawet, że może chodzi mu tylko o wydatki, a nie moje uczucia, i poczułam w sobie złość. - A tak właściwie, to co w tym złego, że podałam swój numer telefonu dawnemu koledze? Pochwaliłam się, że mieszkam w okolicach, gdzie przed laty rozkwitła nasza szkolna miłość. Ojej, to była taka dziecinada.
- No super, wspólne romantyczne wspomnienia. Widzę, że dawne uczucie rozkwitło na nowo. Czy przywlekłaś nas w te strony, żeby wspominać tamte wzruszenia? Przyznaj się! Powinienem się usunąć? - Krzysztof mówił chyba te brednie całkiem poważnie.
- No coś ty, to przypadek, że trafiliśmy w te strony. Już nie pamiętasz, że szukaliśmy spokojnego miejsca i mieszkania, a tu gmina ogłosiła konkurs? A z Rafałem spotkałam się w Kielcach. Wolałam umówić się na mieście niż ryzykować, że zwali mi się do domu.
- Skoro podałaś mu nie tylko numer telefonu, ale i adres, to pewnie na to liczyłaś. Tylko nie mów, że takie rzeczy robi się przypadkiem. Dość długo już cię znam, żeby wiedzieć, jak potrafisz wszystko zaplanować. - Krzysztofowi chodziła szczęka.
- Rafał nie miał mojego adresu, ale pamiętał, gdzie byliśmy na rajdzie. Gdyby zapytał o nas w Swarowicach, ktoś na pewno wskazałby mu drogę. Miał właśnie taki zamiar, kiedy wracał z Krakowa do Warszawy. Gdy wjeżdżał na miejską obwodnicę, zadzwonił do mnie na komórkę, a ja byłam akurat w Kielcach na zakupach. Powiedziałam tylko, w jakiej siedzę restauracji. A właściwie i tego sam się domyślił - starałam się w skrócie przekazać to, co nadawało się dla uszu męża.
- Cóż za zdumiewająca łączność duchowa. Telepatia. To pewnie wskazuje na pokrewieństwo dusz? Nic mu nie powiedziała, a on wszystko wiedział - pastwił się nade mną Krzyś.
- Mnie to też zdziwiło - powiedziałam naiwnie i popatrzyłam na syna i mamę, jakby oczekując, że potwierdzą moje słowa. Lecz oni nie mogli przecież dać świadectwa mojej prawdomówności, a miny ich świadczyły, że także mają duże wątpliwości.
- I co było dalej, jak cię już ten amant cudownym sposobem odnalazł w miejskiej dżungli? - indagował coraz bardziej wściekły mąż.
- Nic. Zjedliśmy coś. Ja wypiłam drinka czy dwa, a potem on odwiózł mnie do domu.
- Wypiłaś drinka, a raczej dwa, a potem on odwiózł cię do domu - Krzysztof bawił się w echo.
- Trochę nadłożył drogi. Ty byś też odwiózł kobietę, a nie kazał jej jechać autobusem po dwóch mocnych drinkach - wkopywałam się coraz bardziej.
- Może o reszcie porozmawiamy już sami w domu - powiedział Krzyś zimno.
- O nie! - wkurzyłam się. - W ten sposób sugerujesz, że była, Bóg wie jaka, reszta. Próbujesz mi coś tu imputować wobec dziecka i mamy. A on tylko obejrzał nasz dom, o którego budowie mnóstwo mu opowiadałam, i pojechał dalej.
- Wnioskuję, że te telefoniczne czy internetowe pogaduszki trwały między wami od dłuższego czasu i nic mi o tym nie wspominałaś. Robiłaś mi stale wyrzuty o kontakty z Anią, a sama flirtowałaś w najlepsze. Czy naprawdę chcesz dalej ciągnąć ten temat?
- Nie, nie chcę, nie mam nic więcej do opowiadania. A ty nie pędź tak w obszarze zabudowanym, bo zaraz kogoś przejedziesz - powiedziałam obrażona.
- Rafała pewnie nie pouczałaś, jak cię odwoził? On z pewnością wszystko robi perfekcyjnie - dodał z przekąsem Krzyś.
- Nie kłóćcie się - poprosił Patryk. - Czuję się winny, że przeze mnie to wszystko.
- Synu, nie przejmuj się - pocieszyłam dziecko. - Co strasznego się stało, że po latach spotkałam się ze szkolnym kolegą? Stwierdziłam, że owszem jest przystojny, ale nie zamieniłabym naszego taty na niego - pojednawcze zdanie poszybowało do Krzysia. Mąż mile połechtany na chwilę się udobruchał, lecz mama znów dorzuciła do ognia.
- Ale wciąż nam nie wyjaśniłaś, za co on chciał cię za moim pośrednictwem przepraszać.
- Oj tam, nic wielkiego - grałam na zwłokę, bo nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Dobierał się do ciebie? - spytał nagle Patryk. - Powiedz prawdę, to z tatą natrzepiemy drania. Ja już nie chcę żadnej Florydy. To był naprawdę głupi pomysł.
- Coś ty, kotku, nie było w ogóle takich sytuacji - łgałam i wstydziłam się tego, ale uważałam, że tak będzie lepiej. - Mój kochany obrońca - pogłaskałam go po głowie. - Poszło o różnicę poglądów na pewne sprawy. Ja już jestem w takim wieku, że faceci wolą ze mną dyskutować niż...
- Aha, akurat - odezwał się Krzyś, w sposób, który mile mnie połechtał. - Patryk ma rację. Jeśli facet będzie jeszcze coś kombinował, dzwonił lub nachodził babcię, to mu natrzaskam.
- Ha, ha! - zaśmiałam się spontanicznie i niezwykle głupio dodałam: - Musiałbyś skorzystać z pomocy Patolka i jeszcze jego kolegów.
- Ach tak - kwaśno odrzekł Krzyś i zamilkł.
W milczeniu dojechaliśmy do domu, bo babcia trochę się zdrzemnęła. Patryk też wolał się już nie odzywać, gdyż ciążyło mu poczucie winy. Ja po minie męża wiedziałam, że ciche dni między nami są nieuniknione i mogą tym razem potrwać nieco dłużej. Ale z drugiej strony poczułam ulgę, że Krzyś już wie o wizycie Rafała i nie muszę obawiać się gadatliwości Mariana. Inne szczegóły tego cholernego spotkania mogliby ujawnić tylko jego uczestnicy. Ja na pewno nie będę się chwalić i zadbam o to, by obaj panowie, Rafał i Krzyś, nigdy się nie spotkali.