ROZDZIAŁ 4
Skóra na moich kostkach pęka, ale słysząc satysfakcjonujące chrupnięcie w szczęce tego gnojka, nawet nie zwracam na to uwagi. Mężczyzna nie jest w najlepszym stanie, ponieważ głowa lata mu jak u szmacianej lalki. Sięgam do stołu, skąd biorę strzykawkę z adrenaliną i wbijam mu ją w ramię.
- To jeszcze nie pora na spanie, słodki koleżko. - Poklepuję go po klejącym się od krwi policzku. - Naprawdę mam plany na wieczór i nie chcesz mnie wkurzać jeszcze bardziej.
Z jego ust wydobywa się zaledwie szept, ale bez większego trudu jestem w stanie wychwycić dwa słowa.
- Odpier... dol. Się.
- Na to również nie mam ochoty.
Siadam okrakiem na krześle naprzeciwko ocalałego faceta z jednej z pralni brudnych pieniędzy Zachodu, którą puściliśmy z dymem. O ile tamten żołnierz był bardzo groźny i wygadany, ten milczy jak zakonnica po złożonych ślubach. Ja naprawdę nie mam zamiaru spędzać całego wieczoru w tej zatęchłej zgnilizną piwnicy, którą chyba jeszcze mój dziadek przerobił na salę przesłuchań.
- Posłuchaj mnie - zmieniam ton, co przykuwa jego uwagę i spogląda na mnie jednym okiem. Drugie, które mu wyleciało w trakcie zadawania przeze mnie pytań, chyba już zgniotłam przez przypadek butem. - Oboje dobrze wiemy, że już stąd nie wyjdziesz. Naprawdę, chcesz sobie jeszcze dokładać? Mogę ci podać środek, po którym w ciągu paru sekund odejdziesz w słodki niebyt, albo męczyć się kolejne godziny w bólu. Po co ci to, chłopie?
Znowu odpowiada mi milczenie.
Wzdycham, odchylając głowę do tyłu i próbuję nie wpaść w szał, ale ten drań mi nie pomaga. Próbowałam już wszystkiego, a naprawdę nie chcę narobić tu zbędnego bałaganu. Trzeba przyznać, że ci faceci są ze stali. Już niejednego złamałam w tej sali, ale ten tutaj ma niesamowity hart ducha.
- Kiedy macie zamiar znowu uderzyć? Gdzie jest twój szef?
Teraz z jego ust wydobywa się śmiech wymieszany z bulgotaniem.
- To nie jest odpowiedź, której oczekuję, a kolejny raz nie zapytam.
- Bo zadajesz niewłaściwe pytania.
- Może mnie w takim razie oświecisz, co masz na myśli?
Wierci się na krześle, ale przez związane kostki oraz ręce poprawia pozycję ledwie o centymetry. I zaczyna mi się przyglądać po raz pierwszy od momentu, kiedy moi chłopcy wrzucili go tutaj na rzeź.
- Nie jesteś zwykłym żołnierzem, nie? - Spluwa, przy okazji wyrzucając z ust jednego z zębów. - Widziałem kobiety, które też zajmują się brudną robotą, więc nie jesteś żadnym wyjątkiem od reguły... ale jednak. - Cmoka. - Jesteś wyjątkowa, nie? Dowódca? Chapeau bas. Ciekawe komu musiałaś dać tam wyżej, żeby zajść w hierarchii tak wysoko, chyba że jesteś...
W jego oczach zapala się błysk zrozumienia, a szeroki uśmiech rozświetla twarz, przez co wygląda jak przeklęty joker. Gwiżdże.
- Nieźle stary Wilson wykonał robotę. Aż troszeczkę żałuję, że nie będę widział, jak Cień rozwala twoje ciało na kawałki.
- Macie w niego wszyscy niezachwianą wiarę, co? Jeszcze nie poznałeś moich wszystkich możliwości oraz zdolności, więc nie wydawałabym przedwcześnie takich opinii.
- Za dużo widziałem w swoim życiu, w tę jedną rzecz możesz mi uwierzyć. On jest potworem, więc jeśli masz jakikolwiek wybór, to lepiej się zaszyj w jakiejś dziurze i z niej nie wychodź przez kolejne... kilkadziesiąt lat.
- Dzięki, nie skorzystam. Skoro już ci się tak gęba otworzyła, to może w końcu przypomnisz sobie moje pytania i skończymy w miłej atmosferze tę znajomość, co?
Zanim z jego ust padnie odpowiedź, ja widzę już wszystko w jego spojrzeniu. Akceptację. Pokonanie. Dumę. Odrobinę żalu. Zero strachu.
- To będzie zaszczyt, księżniczko.
Niech więc tak będzie. Przymykam oczy dosłownie na sekundę, ponieważ wiem doskonale, co teraz muszę zrobić. Myślałam jednak, że tego uniknę dzisiejszego wieczoru. Podchodzę do stołu, gdzie stoi pełno narzędzi oraz broni. Następnie wyciągam z szuflady słuchawki, nakładam je na uszy i się wyłączam. Chowam głęboko w sobie ostatnie cząstki człowieczeństwa i staję się kimś zupełnie innym. To będzie po prostu jak kolejny sen. Przerzucam playlistę, wybierając ostatecznie piosenkę Bye Bye Bye NSYNC. Potem biorę długi sztylet ze stołu i zaczynam tańczyć, rozpoczynając robotę.
Tak jest łatwiej. Nie słyszę ich krzyków. Błagań. Ani agonii, gdy rozcinam każde ścięgno po kolei. Gdy łamię kości i spuszczam krew. To tak, jakbym włączała swoją inną osobowość jak w filmie "Split". Majstersztyk. Zawsze wiem, kiedy odchodzą. Zawsze muszę usłyszeć ich ostatni oddech na rzecz swojej pokuty. Jestem ostatnią osobą, którą widzą przed śmiercią. Jestem im to winna, aby usłyszeć ostatni dech, jaki z siebie wydają.
Wyciągam nóż z brzucha mężczyzny po zadaniu ostatniego ciosu. Jego oczy są szeroko otwarte, ale widzę w nich już powoli pojawiającą się ulgę. Zadziwia mnie jego siła, gdy zamiast jedynie oddechu jest w stanie coś jeszcze powiedzieć.
- To... ty... jesteś Rzeźnikiem.
Z jego ust wypływa struga krwi, a ciało robi się wiotkie, gdy umiera. Zamykam mu dłonią oczy, a potem wychodzę z pomieszczenia, dając znak chłopakom czekającym przy drzwiach, że mogą zacząć sprzątać.
To fakt. Nie tylko tamtemu dziedzicowi udało się zdobyć przydomek. Ja też go dostałam trzy lata temu. Ojciec chyba myślał, że w ten sposób mnie zahartuje oraz przygotuje do ostatecznej walki w dniu Comitii. Nigdy jednak nie sądziłam, że tego dnia będę musiała własnymi rękoma wybić cały konwent Meksykanów na ich granicy.
Wieść o rzezi dosyć szybko się rozeszła w naszych kręgach, a potomek wielkiego Christophera Wilsona dostał przydomek Rzeźnik. Większość osób uświadamia sobie, że to ja, dopiero w ostatnich chwilach przed śmiercią. Spoglądam w kamerę, salutując w geście dobrze wykonanej roboty, ponieważ wiem, że ojciec z pewnością to sobie później obejrzy.
Wybór. Wybór to bzdura. Mrzonka, w którą większość osób wierzy, aby poprawić sobie humor i się nie załamać, aby udawać, że mamy kontrolę nad swoim życiem. W momencie urodzenia z góry mamy rozdane karty, które sterują naszym losem. My możemy jedynie próbować je potem rozegrać na naszą korzyść. Ja nigdy nie miałam wyboru. Teraz staram się ustawić pionki na planszy w taki sposób, abym to ja robiła szach-mat. Dlatego już wiem, co muszę zrobić.
Zwalniam kroku przy wyjściu z piwnicy, czując po swojej lewej stronie czyjąś obecność. Atakuję jak kobra i wyciągam dłoń, łapiąc za gardło osobę kryjącą się w cieniu przy schodach i przyciskam ją do ściany.
- To ja, kurwa! - Jason łapie mnie za nadgarstek, próbując złapać powietrze. - Weź mnie puść, bo się zleje ze strachu w gacie.
- Posrało cię! Co ty tu robisz?
Puszczam go natychmiast, a on zaczyna łapać powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg.
- Dzięki Kill Bill, trochę byłoby słabo, zginąć z rąk własnej siostry.
- Jakbyś cały czas wszędzie nie węszył i nie podsłuchiwał, nie byłoby problemu. - Krzyżuję ręce na piersiach i staję na szeroko rozstawionych nogach, dając mu znać, że nigdzie nie pójdzie. - Gadaj.
- Ale co?
- Jajco. Czego się dziś dowiedziałeś?
- Skąd pomysł, że coś wiem? - W jego oczach migają wesołe chochliki. - Może jestem tu tylko dlatego, że chciałem nasycić się krzykami tego nieudacznika?
Uderzam go otwartą dłonią w tył głowy.
- To było pierwsze ostrzeżenie. My nie kłamiemy. Co wiesz i co chcesz w zamian, kochany, mały braciszku?
Uwielbia, kiedy się w ten sposób do niego zwracam. I zgodnie z oczekiwaniami na jego twarzy pojawia się wyraz żądzy mordu. Jednak mój widok całej we krwi sprawia, że chłopak się zatrzymuje i odchodzi od pomysłu zaatakowania mnie. Szkoda.
- Ty zawsze byłaś taka mądra? - pyskuje, a moja ręka po raz drugi wystrzela do przodu. - Dobra, stop. Już jestem poważny. - Rozgląda się po pogrążonym w mroku korytarzu, czy na pewno jesteśmy sami. - Okej, więc byłem w gabinecie ojca...
- Gdzieś był!?
Przysięgam, że moje serce zatrzymuje się przez jedną sekundę.
- No bądź cicho, bo zaraz ktoś tu przyjdzie. Tak wiem, że nie wolno tam bez jego zgody wchodzić. Daruj sobie wykład, chyba że nie chcesz wiedzieć, czyjej rozmowy byłem tam świadkiem.
Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale i tak tam trafię, więc co mi tam.
- Dawaj.
- No więc byłem w środku i nie pytaj, proszę, dlaczego, bo nie chcę ci tego mówić i nie chcę również kłamać. To nic, co by komukolwiek zaszkodziło. Nagle usłyszałem, że ktoś się zbliża, więc się schowałem, a do środka wszedł ojciec z Tylerem.
- Ty? A co on od niego chciał?
- Wysyła go na front na Zachód.
- W jakim celu? - W mojej głowie rozpoczyna się gonitwa myśli.
- Jako szpiega. W dużym skrócie. - Opiera się luzacko o ścianę, a ja widzę tylko cień, padający na jego mocno zarysowaną szczękę. - Ma się trochę rozejrzeć, ponieważ ojciec jest zniecierpliwiony, że nic na nich nie mamy.
Czyli z góry założył, że nasz jeniec nic nam nie powie i że dzisiejsze przesłuchanie mi się nie powiedzie. W mojej piersi rozgrzewa się fala goryczy i złości. To do mnie powinien przyjść z taką propozycją, a nie wciągać w to moją prawą rękę. Zaciskam dłonie w pięści, gotowa ruszyć do jego gabinetu, aby to wszystko wyjaśnić, ale wtedy zdradziłabym obecność Jasona w tym miejscu. Niech to szlag.
- Mam dla ciebie propozycję.
Słysząc to zdanie z naprzeciwka, wyginam z ciekawości brew.
- A brzmi ona?
- Być może nie uczestniczę z wami we wszystkich akcjach, ale dużo obserwuję. Ty jesteś moją siostrą i mimo że czasy, kiedy bawiliśmy się w wojnę na drewniane miecze już dawno minęły, to jednak znam cię - robi dramatyczną pauzę, abym przetworzyła w pełni jego słowa. - Nie odpuścisz tego tematu i jestem na dziewięćdziesiąt procent pewny, że pojedziesz za Tylerem, aby go śledzić i sama zbadać temat. I tu wchodzę ja cały na biało.
- Jesteś ostatnią osobą, którą widziałabym w tym kolorze.
- Przemilczę to, że jesteś w gównianym humorze. Potrzebujesz mnie, a ja ciebie.
Prycham mu totalnie nieelegancko prosto w twarz.
- Doprawdy? Skąd wyciągasz takie wnioski?
- Ponieważ tylko ja wiem, gdzie dokładnie i o której Tyler będzie w Las Vegas. Zanim ty zdążysz się tego dowiedzieć, już będzie po wszystkim. Od ojca nigdy tego nie wyciągniesz.
Trybiki w mojej głowie prawie wypadają z kolejki, kiedy uświadamiam sobie, że dzieciak może mieć rację. Staję z nim twarzą w twarz, prawie stykając się nosami.
- A co ty chcesz w zamian?
- Musisz zabrać mnie ze sobą.
- Nie ma mowy.
- A ja myślę, że nie masz wyboru. Czas ci się kończy, bo twój żołnierz już wyruszył.
Nienawidzę być stawiana pod ścianą, ale jeśli on ma rację, to faktycznie mogę stracić okazję, aby dowiedzieć się szczegółów tej akcji.
- Za dziesięć minut widzę cię na dole w Camaro. Resztę opowiesz mi po drodze.
***
Zimna skóra opinająca siedzenie w aucie chłodzi moją rozgrzaną od adrenaliny skórę na plecach. Założyłam na siebie w pośpiechu czarne, czyste spodnie i krótki top, a na tył auta rzuciłam jeszcze skórzaną kurtkę, ponieważ noc jest wyjątkowo chłodna.
Spoglądam na brata siedzącego obok, który zawzięcie gra w jakąś gierkę na telefonie, a jedynym znakiem, że jeszcze oddycha, są pojedyncze przekleństwa wylatujące z jego ust, co jakiś czas.
- Będę tego żałować - mamroczę pod nosem, skupiając się ponownie na drodze przed sobą.
- Nie przesadzaj. Będzie fajnie... Kurwa! Znowu mnie trafił.
Łapię jego telefon i wyrzucam na tylne siedzenie.
- To nie było miłe - wzdycha.
- Miłe by było, jakbyś w końcu mi powiedział, po co, do cholery, chcesz się znaleźć na ich terytorium.
- Wyłączyłaś nadajnik przy silniku?
- Nie bierz mnie za amatorkę i nie próbuj odwrócić mojej uwagi od tematu, bo zaraz cię stąd wyrzucę.
- Jesteśmy póki co na środku... niczego.
- I myślisz, że tego nie zrobię? - Nie odrywam nawet wzroku od drogi, gdy na mojej twarzy pojawia się szatański uśmiech.
Widzę, jak kątem oka nagle zaczyna się wiercić niespokojnie na siedzeniu.
- Niestety wiem, że jesteś do tego zdolna - wzdycha, waląc potylicą w zagłówek. - No dobra, ale to zostaje między nami.
- Amen.
Następuje długa chwila ciszy i gdy już myślę, że faktycznie będę go musiała wysadzić na środku pustyni i zadzwonić po oddział, aby zabrali stąd jego chudą dupę, on w końcu się odzywa.
- Moja przyjaciółka potrzebuje pomocy.
- Jakim cudem masz przyjaciół po tamtej stronie?
- Z Internetu.
Pisk opon jest ogłuszający, gdy moja noga gwałtownie wciska pedał w podłogę. Łapię go za kark, próbując nim potrząsnąć.
- Chcesz mi powiedzieć, że ryzykujesz życiem, włażąc na terytorium wroga dla jakiejś laski poznanej w necie?!
- Nie rozumiesz! - Strząsa moje ręce. - To nie jest moja dziewczyna ani nic. Nie jadę tam, żeby ją wyruchać, tylko żeby jej pomóc na tyle, ile mogę.
- Albo mi w tej chwili powiesz wszystko od A do pieprzonego Z, albo cię poćwiartuję.
Do moich uszu dociera odgłos głośno przełykanej śliny ze strony Jasona. Próbuję opanować mój wybuch gniewu, głęboko oddychając. Mój brat bardzo rzadko się denerwuje, a to oznacza, że ta sprawa musi być dla niego naprawdę ważna. Zamieniam się w takim razie w słuch.
- W wolnym czasie, aby się zwyczajnie odmóżdżyć po tych wszystkich zajęciach i treningach, siedzę sobie na TeamSpeaku i gram. Dla ciebie to może być dziecinne, mając na względzie, jak nasza rodzina funkcjonuje, ale nadal jestem tylko szesnastoletnim chłopakiem. Potrzebuję po prostu przez chwilę poczuć się, no wiesz... zwyczajnie.
Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo cię rozumiem, braciszku.
- Nieważne. - Macha dłonią niedbale. - Poznałem tam Sofię. Dobrze nam się gadało, mam wrażenie, że ona też w pewien sposób znalazła ucieczkę od swoich problemów. Tylko że gdy na jakiś czas zniknęła, myślałem, że to coś na zasadzie "złamał mi się paznokieć i mam traumę", albo "dostałam okresu". Gdy jej nieobecność się przedłużała, to musiałem po prostu sprawdzić, czy na pewno wszystko w porządku.
- W jaki sposób?
- Wiesz, że dla mnie to nie problem, aby dostać się gdziekolwiek zechcę. Parę kliknięć myszą i jestem w stanie dostać się do połowy kont ludzi w Stanach. Kamery w urzędach. To pestka. A włamanie się na czyjeś konto w celu pozyskania informacji bez większych zabezpieczeń i podłączenie się do kamerki laptopa, z którego korzysta? Nawet się nie spociłem. Szczęście w nieszczęściu akurat gdy się włamałem, to korzystała z urządzenia. Tylko że... nie spodziewałem się... tego.
Zaciska zęby tak mocno, aż słyszę tarcie zębów, a ja wiem, że to nie będzie kolejna bajka na dobranoc.
- Ojciec ją wykorzystuje, gdy jej matka wychodzi do pracy.
- Skurczysyn.
- To mało powiedziane. Ona na to nie zasługuje, nie ma sensu opowiadać szczegółów całego zajścia, ale Sofia nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc. A ja nie robiąc nic, czuję się jak... nawet nie wiem, co powiedzieć. Muszę chociaż spróbować.
- I co masz zamiar zrobić? Po prostu tam wejść i kazać mu przestać, czy od razu chcesz mu wsadzić kulkę w łeb?
- Nie mam pojęcia - wzdycha. - Jak dostanie chociaż pięścią w mordę, to już będzie coś.
Patrząc na jego zbolałą minę, nie śmiem go uświadamiać, ile jego postępowanie ma luk oraz ile może ta akcja przynieść niespodziewanych komplikacji. Cieszę się jednak, że dzieciak ma nadal dobre serce, a ojciec nie wydarł z niego całego człowieczeństwa.
- Pomogę ci.
- Naprawdę?!
- Tak - potwierdzam, po czym odpalam ponownie silnik. - Wykończę tym sposobem limit jednego dobrego uczynku na ten miesiąc.
Ruszamy z piskiem opon w dalszą drogę. Po dwudziestu minutach zjeżdżamy na stację benzynową w celu uzupełnienia paliwa, a ja przy okazji sprawdzam adres dziewczyny. To na szczęście niedaleko miejsca, do którego według Jasona kieruje się Tyler.
Do tej pory nie wiem, co mam o tym myśleć. Czuję się wewnętrznie zdradzona, ale dam mu szansę, mając w głębi serca nadzieję, że Ty nie miał czasu mi o tym powiedzieć. Wykonuje tylko rozkaz. Jeśli jednak postanowi to przede mną zataić, to inaczej wyjaśnię sobie z nim tę sprawę.
Gdy dojeżdżamy na obrzeża Las Vegas, jest już prawie środek nocy. Przyglądam się mijanym budynkom z zainteresowaniem, ponieważ byłam w tym miejscu tylko raz jako nastolatka. GPS wskazuje mi, abym skręciła w lewo między bloki, sygnalizując po paru metrach, że jesteśmy na miejscu. Okolica wydaje się mało przyjemna. Pełno puszek walających się przy klatce schodowej i dealer z dredami niedaleko przystanku autobusowego nie wskazują na to, aby to była dobra dzielnica dla młodej dziewczyny.
Jason wyskakuje z auta w stronę wejścia, a ja nawet nie pytam, skąd wie, pod jaki numer mieszkania powinniśmy się kierować. W biegu zarzucam kurtkę na plecy i gdy docieramy do drewnianych drzwi z numerem dwanaście, brat mnie zatrzymuje.
- Mogę cię jednak poprosić, abyś została tutaj na zewnątrz i popilnowała drzwi?
- Chyba żartujesz.
- Nie. - Jego ton jest zupełnie poważny. - Przemyślałem to sobie po drodze i chciałbym zrobić to sam. Zaufaj mi. Przecież wiesz, że dam sobie radę. Tylko go nastraszę, a nie chcę, aby Sofia pomyślała, że to jakiś napad. Mnie zna, a ciebie nie.
- To nie są przekonujące argumenty. - Kręcę głową na jego pomysł.
- Po prostu zrób to dla mnie. Jeśli usłyszysz coś niepokojącego, to możesz go nawet zabić. Mało mnie to obchodzi.
W mojej głowie pojawia się co najmniej sto scenariuszy, co mogłoby pójść nie tak. I w pierwszym odruchu mam ochotę wsadzić go do auta i sama to załatwić, ale potem do głowy nachodzi mi myśl, że jeśli mnie zabraknie, to on musi się zahartować na tyle, aby potem przejąć obowiązki głowy rodziny. Będzie musiał radzić sobie sam.
- Masz dokładnie pięć minut. Ani sekundy dłużej. Potem wchodzę.
Kiwa mi jedynie głową, a potem puka do drzwi. Słyszę kroki, a potem widzę tego skurczysyna jedynie przez ułamek sekundy, dopóki Jason nie wpycha go z impetem do środka, zatrzaskując drzwi. Całkiem nieźle, młody.
Opieram się o barierkę schodów niedaleko drzwi, rozglądając się po klatce schodowej, cały czas jednocześnie nasłuchując dźwięków dochodzących z mieszkania. Sprawdzam telefon, a drugą dłoń wkładam do kieszeni kurtki, natykając się na kawałek kartki. Z początku myślę, że to może jakiś stary paragon albo zgnieciony banknot, ale kartka wydaje się całkiem świeża. Rozkładam ją, odczytując słowa napisane zamaszystym charakterem pisma:
W razie gdybyś chciała ponownie uciec i potrzebowała towarzystwa.
Pod spodem jest zapisany numer telefonu. Colton? Tylko jego twarz pojawia mi się w myślach. Przypominam sobie, że spotykając się wtedy z nim, również miałam na sobie tę kurtkę. Kiedy udało mu się niepostrzeżenie wsunąć tę kartkę do mojej kieszeni?
Cały tydzień wypierałam nasze spotkanie z głowy. Myślenie "co by było, gdyby" sprawiało, że stawałam się rozkojarzona, na co nie mogłam sobie pozwolić. Nie oznacza to jednak, że marzenia nie pukały do mych drzwi, a tęsknota za normalnością nie rozsadzała mi serca. Jego przystojna twarz pojawiała mi się przed oczami w najmniej oczekiwanych momentach oraz przeważnie gdy chciałam pójść spać, a moje myśli miały wtedy nieprzyjemny zwyczaj zrywania się ze smyczy.
Uśmiecham się do siebie pod nosem i robię coś, czego nie powinnam. Chowam karteczkę z powrotem do kieszeni, zamiast ją wyrzucić. Akurat w idealnym momencie, ponieważ z mieszkania wychodzi właśnie Jason. Jedynymi śladami, że coś w ogóle wydarzyło się w ciągu ostatnich pięciu minut, jest jego przekrzywiona czarna koszula i smuga krwi na lewym policzku.
Zatrzymuję go za łokieć, gdy szarżuje wprzód z mordem w oczach, nawet na mnie nie patrząc.
- Ej... wszystko w porządku? - Zmazuję mu kciukiem krew z policzka tak jak mama za każdym razem, gdy ubrudziliśmy się przy śniadaniu. - Mogę ci jakoś pomóc?
- Nie trzeba. Już zrobiłaś i tak dużo, że mnie tu przywiozłaś. Dziękuję. - Widać, że nie ma w tej chwili ochoty na rozmowę. Nawet na mnie nie patrzy. - Chodźmy już, bo przegapimy przyjazd Tylera.
Nie mam zamiaru na siłę drążyć tematu. Byłabym pod tym względem hipokrytką, ponieważ sama nienawidzę takiego rodzaju przesłuchań. Ostatni raz spoglądam na drzwi z numerem dwanaście, zza których przez szparę spoglądają na mnie przerażone łanie oczy. Kiwam dziewczynie głową, mając szczerą nadzieję, że jej się ułoży. Odchodzę, kierując się w stronę wyjścia, aby załatwić kolejną sprawę, od której mogą zależeć kolejne moje kroki.
Tylera znajdujemy niedaleko klubu Sodoma. Nie mając na sobie munduru, wygląda zupełnie inaczej. W koszuli w kratę sprawia wrażenie zwykłego obywatela szukającego okazji na zabawę w mieście grzechu. Całkiem nieźle wychodzi mu udawanie pijanego, przez co ma przez chwilę problemy z wejściem do środka, ale wystarcza, że macha plikiem banknotów, a ochroniarze, wiedząc, ile mężczyzna może wydać w klubie, wpuszczają go bez zbędnych pytań.
- I co teraz?
To pierwszy raz, od kiedy brat odezwał się do mnie, po wyjściu z tamtego mieszkania.
- Wejdę tam i zobaczę, co knuje. Przy okazji może samej uda mi się powęszyć i coś ustalić.
- To całkiem... czekaj, jak to samej?
Spoglądam na niego jak na idiotę.
- No chyba nie myślałeś, że ze mną pójdziesz. Po pierwsze to niebezpieczne, ponieważ to terytorium klanu. Po drugie jesteś za młody i cię nie wpuszczą. Więc siedź grzecznie na dupie i się stąd nie ruszaj, chyba że chcesz marnować mój cenny czas, wysnuwając beznadziejne argumenty, których i tak nie zaakceptuję.
Wychodzę z auta, nie czekając na odpowiedź. Na wszelki wypadek zamykam drzwi kluczem od auta, aby nie przyszło mu do głowy, aby się stąd ruszać. Jason uderza w szybę, mamrocząc pod nosem, a ja pokazuję mu, że nic nie słyszę. Wyciągam torbę z bagażnika, która zawiera idealne rzeczy na takie właśnie sytuacje. W zaułku zakładam kabaretki pod sukienkę, ściągam kurtkę, podciągając jednocześnie top do góry i odsłaniając bardziej brzuch. Związuję włosy w koka, aby naciągnąć na głowę krótką, blond perukę. Bardziej zdzirowato wyglądać nie będę, ale patrząc na kobiety kręcące się pod klubem, to idealnie wtopię się w tłum.
Do środka dostaję się bez problemu zgodnie z planem. Klub wewnątrz ma surowy, ciemny wygląd. Kelnerki w skąpych strojach lawirują zręcznie między stolikami, rozdając spragnionym klientom drinki. Nad wielkim parkietem zawieszony jest duży żyrandol, który rozprowadza piękne światło wokół zawieszonych w klatce tancerek. Prawdziwa sodoma. Gdzie w takim razie gomora?
Mój wzrok ląduje na barze, gdzie barmani uwijają się sprawnie z tłumem. Podchodzę bliżej, zwieszając niżej głowę i zasiadam na jednym ze stołków. Przyzywam ręką jednego z barmanów, zamawiając whiskey z colą. Rozglądam się po pomieszczeniu, mając nadzieję, że znajdę sprawnie Tylera. Potrzebuję około pięciu minut, aby w końcu zlokalizować go wyżej w jednej z lóż. Rozmawia z jakimiś mężczyznami odzianymi w drogie garnitury.
Zastanawiam się, czy wśród nich jest ON. Wielki, zły Cień, o którym jedynie się szepcze, a nie głośno mówi. Ciekawi mnie jego postać. Nie ze względu na to, że się go obawiam, ale chcę przypisać jego twarz do wszystkich historii o nim krążących.
Nagle na górze rozpętuje się zamieszanie, a mój wzrok automatycznie podąża w stronę Tylera. Stoi pomiędzy dwoma rosłymi ochroniarzami i unosi ręce w górę, lekko się zataczając dla pozorów. Cholera. Pomysł ojca może okazać się mega fatalny w skutkach. Co, jeśli coś poszło nie tak i domyślili się, że jest wtyką? Wykonają na nim egzekucję na miejscu. Nie mogę na to pozwolić. Ruszam z miejsca jak z procy, aby mu pomóc, wpadając niestety na jakiegoś gościa, który rozlewa na mnie drinka.
- Kurwa, laska, uważaj jak łazisz.
- Odejdź koleś. Nie mam czasu.
Próbuję się obok niego przepchnąć, nie zwracając w ogóle uwagi, w jakim stanie jest teraz moja bluzka, ale on ciągnie mnie za łokieć z taką niespodziewaną siłą, aż uderzam z impetem w jego tors.
- Musisz mnie za to ładnie teraz przeprosić. - Oblizuje usta, taksując jednocześnie obślizgłym wzrokiem z góry na dół.
- Zapomnij i znajdź najpierw swój mózg. Albo lepiej określ powód swojego życia, może będzie łatwiej zrozumieć, skąd wpadł ci do głowy taki absurdalny pomysł, że za cokolwiek cię przeproszę.
Moje słowa wkurwiają go na tyle, że obleśny, mdły wzrok w ułamku sekundy zamienia się w stal. Próbuję się wyrwać na tyle, ile mogę, aby go z marszu nie znokautować i nie wywołać sceny. Nie chcę na siebie ściągać zbędnej w tym momencie uwagi.
- Głupia szmata. - Zacieśnia uchwyt. - Masz przesrane, słońce, i to ostro.
- I co masz zamiar zrobić, mięśniaku, co?
- Pokażę ci zaraz, na co mnie stać, a za te słowa zapłacisz teraz podwójnie. Będziesz błagała, abym przestał.
Moje kolano jest dosłownie centymetr od jego krocza, gdy do moich uszu dociera głos, przez który wszystko staje w miejscu.
- Wypuść ją w tej chwili albo złamię ci każdą kość w całym ciele.
Razem z towarzyszem odwracamy się z napięciem w stronę właściciela głosu, a moje przypuszczenia się sprawdzają. Po mojej lewej cały w czerni stoi Colton. Trzeba mu przyznać, że całą swoją osobą robi niesamowite wrażenie. Począwszy od wysokiej postury, do charyzmy, którą emanuje, wchodząc do pomieszczenia. Każdy w pobliżu zatrzymuje na nim wzrok, czekając na jego kolejny krok.
Mężczyzna, który do tej pory trzymał mnie za łokieć, w nanosekundzie puszcza mnie jak oparzony. Otwiera usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili rezygnuje, puszczając się biegiem w stronę wyjścia. Interesujące.
- Dziękuję, rycerzu w lśniącej zbroi, ale panowałam nad sytuacją.
Podchodzi do mnie bliżej, nie spuszczając ze mnie swojego przenikliwego wzroku. Pochyla głowę w stronę mojej szyi, zaciągając się zapachem, a mnie otula woń cydru oraz mięty. Mam ochotę przymknąć na chwilę oczy, ale czuję, że nie powinnam spuszczać z niego wzroku.
- Jesteś tutaj.
Mam wrażenie, że jego tembr głosu przechodzi przez całe moje ciało. Począwszy od stóp, kończąc na koniuszkach palców, które zaczynają mnie mrowić.
- Jak widać. - Przełknięcie śliny po raz pierwszy od dawna sprawia mi trudność.
- Skąd się tu wzięłaś, aniele?
Staram się nie zwracać uwagi na pieszczotliwe słowo, które wyszło z jego ust.
- Może ja też cię szukałam?
Prawy kącik jego ust unosi się w wyrazie kpiącego uśmieszku.
- Jakoś w to wątpię. - Przybliża się do mnie tak blisko, aż na płatku ucha czuję jego gorący oddech. - Ale wiesz co? Nie obchodzi mnie to, czy właśnie skłamałaś, czy nie. Ważne, że tu jesteś.
- Nie znasz mnie - odpowiadam śmiało, próbując wyrwać się z tej bańki, którą nas otoczył.
- Masz rację. I pierwszy raz w życiu, ktoś zaintrygował mnie na tyle, że chcę mu poświęcić więcej niż pięć minut.
- Wow. Zawsze jesteś taki bezczelny i bezpośredni?
- Wolę określenie szczery. Co to w ogóle za zmiana włosów?
Dotyka opuszkami palców końcówek mojej blond peruki i marszczy brwi. W międzyczasie trybiki w mojej głowie pracują jak szalone. Jak mam być z nim szczera? Ile mogę mu zdradzić? Kim on jest? Ponieważ po reakcji mojego napastnika nie sądzę, że jest zwykłym Amerykaninem, który przyszedł się tutaj zabawić. Poza tym nie powinnam tracić mojego celu z oczu, a właśnie to zrobiłam. Spoglądam za ramię Coltona, ale oczywiście tak jak się spodziewałam, Tyler zniknął. Jedna. Wielka. Cholera.
Druga to zaś taka, że nie potrafię wyrzucić z głowy jego słów. Mają w sobie odrobinę prawdy, ponieważ on również mnie intryguje w zły dla mnie sposób. Odciąga skutecznie moją uwagę od priorytetów, sprawiając, że tracę głowę w nieodpowiednich momentach. Takich właśnie jak ten.
- To peruka. My kobiety ciągle coś lubimy w sobie zmieniać.
Jego usta otwierają się zapewne w zamiarze rzucenia kolejnym szczerym komentarzem, ale nie dane mu jest skończyć. Mężczyzna postawnej postury, ale głowę niższy od niego, pojawia się w zasięgu mojego wzroku, podchodząc do Coltona. Przybysz mówi mu coś do ucha, na co mój towarzysz jedynie potakuje ze zrozumieniem, nie odrywając ode mnie swoich przeszywających, zielonych oczu.
- Dołączysz do mnie? - pada pytanie z jego ust, gdy wyciąga do mnie dłoń skierowaną wnętrzem do góry.
- O co chodzi?
- Muszę coś załatwić, a nie chcę spuszczać cię z oczu. Chcę, żebyś poszła ze mną.
Jego dłoń nadal jest wyciągnięta w moją stronę, a ja mam wrażenie, że decyzja, którą teraz podejmę, nie dotyczy wyłącznie tej nocy. Odnoszę nieodparte wrażenie, że to moment, kiedy kupuję bilet tylko w jedną stronę. Mimo wszystko podaję mu rękę.
Mam jednocześnie nadzieję, że idąc z nim, czegoś się dowiem. O nim. I przy okazji może odnajdę Tylera. Lepsze to niż stanie w miejscu.
Ruszamy przez tłum na drugą stronę klubu, gdzie przy dużych czerwonych drzwiach stoi dwóch ochroniarzy. Na nasz widok bez słowa się rozstępują, otwierając je. Tuż za nimi znajdują się schody prowadzące na jeszcze niższą kondygnację. Ciekawe. Powinnam się bać, ale czuję jedynie ekscytację na myśl, że zapewne przypadkiem znalazłam się bliżej odpowiedzi, które chciałam dziś uzyskać, niż gdybym próbowała wywęszyć coś sama.
W momencie gdy schodzimy do podziemia, moim oczom na środku pomieszczenia ukazuje się duży oktagon, w którym dwóch umięśnionych mężczyzn okłada się pięściami. W pomieszczeniu panuje gwar, głośnością dorównujący koncertom na stadionie lub meczom. Pieniądze przekazywane są z rąk do rąk w zatrważającym tempie. Kelnerki uwijają się w pocie czoła, lawirując w skąpych strojach między ludźmi.
Colton prowadzi nas do przyległego w rogu baru, gdzie usadawiam się na wysokim hokerze, po tym, jak mężczyzna przegonił jednym ruchem dłoni stamtąd jakiegoś łysego gościa. Moje podejrzenia stają się coraz silniejsze, podstawiając rozwiązanie prosto pod nos.
- Kim jesteś?
Z gracją godną królewskiej kobry przesuwa ku mnie szklankę z bursztynowym płynem.
- Musisz zadać odpowiednie pytanie, aby uzyskać konkretną odpowiedź. Jestem Colton, to już wiesz.
- Cała ta otoczka wokół ciebie... - Zataczam dłonią koło wokół jego osoby górującej nade mną. - Nie jesteś tylko pierwszym zwykłym mężczyzną, który pojawia się tu na drinka.
- To prawda. - Upija łyk alkoholu. - Jestem właścicielem tego miejsca.
To by wyjaśniało to dziwne zachowanie ludzi wokół. Chociaż jestem pewna, że kryje się za tym coś zdecydowanie więcej.
- Victorio. - Porusza się płynnie, a moje imię w jego ustach rozpływa się w powietrzu niczym poranny wietrzyk. - Spędź dziś ze mną więcej czasu. Ciągle mi gdzieś uciekasz.
- Nie sądzę, że to dobry pomysł - odpowiadam, ale ciało instynktownie przysuwa się w jego stronę.
- Dlaczego?
- Ponieważ jesteśmy z dwóch różnych światów.
Przechyla głowę, po czym dotyka mojego policzka. Jego ciepła, silna dłoń wywołuje we mnie dreszcz, którego nie powinnam w tej chwili czuć. Miętowy oddech owiewa moje usta, kiedy sprawdza moją reakcję, ale ja się nie boję. I się nie cofam, co wywołuje na jego twarzy ponownie ten krzywy uśmieszek.
- Ja za to uważam, że takie coś nie istnieje. To ty jesteś kowalem swojego losu i to ty każdego dnia, w każdej minucie, w każdej sekundzie kreujesz swoją przyszłość. Nie pozostawiaj takich rzeczy przypadkowi, bo wtedy stajesz się jedynie marionetką. Wiesz, czemu chciałem, żebyś tu ze mną zeszła? Ponieważ chciałem ci pokazać skrawek mojego świata. - Wokół wybucha wrzawa, kiedy wzywają kolejnych zawodników na ring. - Teraz ruch po twojej stronie, aniele.
Moja maska opanowania nie spada nawet na chwilę. W końcu się odsuwa, dając mi zaczerpnąć upragnionego powietrza. Czy ten facet mógł mi zrobić z mózgu jeszcze większą papkę? Wystarczy jego przytłaczająca obecność, a jego słowa sprawiają, że zaczynam podważać wszystko, co było kiedykolwiek wartością w moim życiu.
Dopiero w momencie, gdy Colton ściąga przede mną koszulę, a potem zaczyna kierować się w stronę oktagonu, zdaję sobie sprawę, że to jego imię wywołują w podziemiu. To on będzie walczył jako następny. Przy mnie pojawia się mężczyzna, którego widziałam na górze.
- Kazał ci mnie pilnować, czy jak?
- Rozkaz szefa to rozkaz - odburkuje. - To długo nie potrwa.
- To znaczy?
- Jeszcze nigdy nie przegrał. To tylko formalność.
Spoglądam z zainteresowaniem na rozgrywającą się przede mną scenę. Colton wchodzi na ring, jakby robił to już milion razy. Jakby był królem tego miejsca. Patrzy na swojego przeciwnika niczym na robaka przyczepionego do jego buta. Gladiator naprzeciwko niego, bo tak adekwatnie należy nazwać tę kupę mięśni, ugina kolana, z rykiem rzucając się na mężczyznę.
Colton w oktagonie porusza się jak tancerz. Bawi się z przeciwnikiem, tańcząc wokół niego na palcach. Unika z wdziękiem każdego ciosu, bez problemów rozbijając również gardę przeciwnika. Oglądam tę scenę walki z fascynacją, gdy uderza mnie siła oraz zręczność mojego dzisiejszego towarzysza. Porusza się jak żołnierz. Jak dobrze naoliwiona maszyna gotowa wgnieść każdego przeciwnika w ziemię.
Mój telefon uporczywie wibruje w przyczepionym pokrowcu na moim udzie. Dyskretnie wyciągam go spod kiecki, zauważając pięć nieodebranych połączeń od mojego brata oraz jedną wiadomość wysłaną minutę temu.
Ojciec wie. Znaleźli nasz samochód. Wracam do domu z ochroniarzami. Wracaj, Vic. Szukają cię.
Kurwa! Kurwa! Kurwa! Moje serce traci uderzenie, gdy na wyświetlaczu pojawia się numer ojca. Wiem, że jeśli nie odbiorę, wyśle tu całą kawalerię i rozpęta wojnę, żeby mnie odnaleźć. Podnoszę tyłek ze stołka w okamgnieniu, czując szarpnięcie za ramię.
- Dokąd się wybierasz, panienko?
- Muszę do łazienki. - Chcę się oddalić od ochroniarza, ale on podąża za mną jak cień. - Serio?
Wzrusza ramionami. Ech. Niech mu będzie. Pytam go o drogę, aby było szybciej. Przed wejściem do damskiej łazienki rzucam mu mordercze spojrzenie, na co wykazuje odrobinę rozumu, zostawiając mnie samą. Kiedy zamykam się w jednej z kabin, od razu wybieram numer ojca.
- Halo?
- Cześć, tato.
W słuchawce zalega cisza, a ja doskonale wiem, że to najgorszy ze scenariuszy.
- Nie tego się po tobie spodziewałem, Victorio. Bardzo mnie zawiodłaś.
Te słowa bolą tak samo, jak gdyby wsadził mi nóż w serce. Zalewa mnie zarówno żal jak i wściekłość.
- Ta sytuacja nie miałaby miejsca, gdybyś był ze mną szczery.
- Słucham?
- Tyler to mój człowiek. To ja mu wydaję rozkazy, nie ty.
- Skąd o tym wiesz? - W jego głosie rozbrzmiewa spokój. Słyszę w tle skrzypnięcie, a następnie odgłos odpalanego papierosa, co oznacza, że jest w gabinecie.
- Zawsze wiem, gdzie są moi ludzie. To oznacza dobrego przywódcę.
- Prawdziwy przywódca - podkreśla z mocą pierwsze słowo - nie naraża dobra sprawy przez zranione ego. Nie muszę ci się tłumaczyć, nie jesteś jeszcze głową rodziny.
- I może w ogóle nią nie będę - wyrywa mi się.
Spoglądam w lustro i nie poznaję kobiety, która się w nim odbija. Kiedyś te oczy były pełne ognia - wiedziały, o co walczą i znały swoje przeznaczenie. Teraz odbija się w nich ból oraz ogrom wątpliwości.
- Nie poznaję cię, córko.
- Ja siebie również. Mam dosyć bycia całe życie marionetką.
- Nie zachowuj się jak gówniara. Opanuj się i wracaj do domu. Poniesiesz konsekwencje za to, że naraziłaś również swojego brata na niebezpieczeństwo. - Jego ciężki oddech odbija się w słuchawce, co oznacza, że jest na skraju wybuchu. - A potem zrobisz to, co do ciebie należy.
- Co masz na myśli?
- Wyjdziesz za Marloya. - Te słowa sprawiają, że sztywnieję. - A potem odbierzesz to, co nam się należy.
- Rozumiem, że to nie jest prośba.
- To rozkaz.
Coś we mnie w tym momencie pęka.
- Tak jest... szefie.
Rozłączam się, a następnie z wrzaskiem na ustach rozbijam telefon o ścianę. Czuję zaczynający się atak paniki, dlatego ochlapuję twarz zimną wodą. Spotykam spojrzenie swoich brązowych oczu w lustrze, widząc w nich porażkę. Wiem, że gdy wrócę do domu, to będzie koniec. Będę pilnowana do dnia wyborów jeszcze bardziej niż dotychczas. Spoglądam na swoje drżące dłonie, a świadomość, że ostatnie tygodnie mojego życia mogę spędzić, jakbym była w więzieniu z człowiekiem, którego nawet nie chcę poznać, sprawia, że zaczynam odczuwać po raz pierwszy wewnętrzny bunt.
Jeśli to ma być ostatnia noc, kiedy mogę o czymkolwiek decydować, niech tak będzie.
Wychodzę zdeterminowana z łazienki, prężnym krokiem mijając mężczyznę, który na czas walki miał mnie pilnować. Colton akurat schodzi z ringu ze zwycięskim okrzykiem, gdy przystaję w okolicy baru. Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie właśnie bratam się z wrogiem. Nie mam pojęcia, kim on jest, ale na sto procent jestem przekonana, że jest w jakiś sposób połączony z rodziną Zachodu.
Przepycham się przez tłum, ruszając w jego stronę.
Mam totalnie gdzieś, jakie konsekwencje za to poniosę.
Dziś nie nazywam się Victoria. Pragnę stać się nikim.
I popełniam pierwszy błąd, który doprowadzi do mojego upadku.
W momencie gdy jego roziskrzone oczy mnie odnajdują, łapię go za szyję i przyciskam swoje usta do jego ust.
Oboje za to trafimy już niedługo do piekła.