Rozdział I
Wiosenny, ciepły wiatr intensywnie muskał jej ciało. Było w tym coś przyjemnego, a jednocześnie przerażającego. Podmuchy wiatru delikatnie chłodziły jej skórę, a jednocześnie były zapowiedzią bólu i śmierci. Spadała coraz szybciej. Promienie słońca oślepiały ją. O dziwo nie czuła strachu, a w zasadzie nie zdążyła go poczuć. To stało się tak szybko. Jeszcze przed chwilą stała na klifie i obserwowała spokojnie falujące morze. Planowała nowe życie. Miała zamknąć za sobą bolesny rozdział. Wszystko miało być już dobrze. Ale nie będzie. Teraz spadała w dół. Próbowała się czegoś złapać, jednak zbyt szybko spadała. Nie była w stanie się zatrzymać. Uderzyła całą sobą w coś twardego. Zabolało. Uderzenie spowolniło spadanie. Teraz turlała się po zboczu uderzając co chwila w twardą ścianę klifu. Nie mogła się zatrzymać. Kiedy już myślała, że będzie tak spadać i spadać coś chwyciło jej bluzę i zatrzymało ją mocne szarpnięcie. Zawisła w powietrzu. Pod sobą widziała złotą, piaszczystą plażę i spokojnie falujące morskie fale. "Dlaczego muszę umierać?" - Pytanie przeleciało jej przez głowę. Zanim jednak miała szansę pomyśleć coś więcej usłyszała trzask i ponownie zaczęła spadać. Znowu poczuła mocne uderzenie. Jedno, a potem drugie. To drugie było wyjątkowo bolesne. Uderzyła się w tył głowy. Miała wrażenie, że ktoś rozłupał jej czaszkę. Chyba straciła przytomność. Ocknęła się na chwilę. Już nie spadała. Nic nie widziała. Oślepiała ją niesamowita jasność. Usłyszała delikatny uspokajający szum wody. Nie czuła bólu, ale nie mogła się ruszyć. Jakby ktoś ją mocno związał. Z całych sił próbowała poruszyć ręką lub nogą, ale nie mogła. Nagle niesamowitą jasność zasłoniło coś ciemnego. Chwilę zajęło jej zanim zrozumiała, że to czyjaś twarz. Jakiś mężczyzna patrzył na nią uważnie, z troską, ale też z przerażeniem w oczach. Jego głowę otaczała aureola jasności. Mężczyzna coś do niej mówił, ale ona nie rozumiała, nie słyszała jego słów. Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła. Potem cały obraz się zamazał i znikł. Nastała ciemność.
Otworzyła oczy. Wszystko zalane było bielą. Czuła duszący zapach środka dezynfekcyjnego i leków. W tle usłyszała równomierny, pikający dźwięk.
- Proszę wezwać lekarza! Obudziła się! - Usłyszała głęboki, męski głos.
Zamknęła z powrotem oczy. Czuła ogromne zmęczenie i ból.
- Nika?! Nika, słyszysz mnie? - Gdzieś z oddali dotarło do jej uszu dramatyczne wołanie.
Otworzyła ponownie oczy. Nad sobą zobaczyła jakiegoś mężczyznę. Miał nieco dłuższe ciemnoblond włosy, mocne, ostre męskie rysy twarzy i kilkudniowy zarost. Jego wyraziste niebieskie oczy o głębokim i przenikliwym spojrzeniu z uwagą ją obserwowały. W jego oczach widać było troskę, ale również cień strachu.
- Nika obudziłaś się! Dzięki Bogu! - Mężczyzna najwyraźniej mówił do niej.
Patrzyła na niego nic nie rozumiejąc. Kim on jest i czego chce? I kim do cholery jest ta Nika? Co to za imię? - Przeleciało jej przez głowę.
- Kim pan jest? - Wyszeptała ledwo słyszalnym głosem.
- Nika, nie wygłupiaj się. To nie jest właściwa pora na żarty - strofował ją mężczyzna.
- Jak się pani czuje? - Usłyszała inny męski głos o wiele bardziej przyjemny i ciepły.
Lekko odwróciła głowę w stronę skąd dobiegło do jej uszu pytanie. Nad nią stał inny mężczyzna ubrany w jasnoniebiesko uniform z dużym wycięciem pod szyją. Miał ciemne, krótkie włosy, lekki zarost, spokojne brązowe oczy i ciepły uśmiech.
- Coś panią boli? - Zapytał mężczyzna w uniformie.
- Chyba nie... Nie wiem... Chyba głowa... Trochę... - Wypowiedziała z trudem kilka słów.
- Wie pani gdzie pani jest?
- Nie za bardzo, ale pewnie zaraz mi pan powie... - Szepnęła.
Mężczyzna się uśmiechnął.
- Powiem. Jest pani w szpitalu. Ja nazywam się Bruno Orzelski, jestem lekarzem, a pani?
- Ja chyba nie jestem lekarzem... - Szepnęła.
Mężczyzna się roześmiał.
- Widzę, że humor pani dopisuje. To dobrze wróży, ale ja pytałem o pani imię i nazwisko.
- Imię i nazwisko?
Już otworzyła usta, aby udzielić odpowiedzi, ale nagle uświadomiła sobie, że w głowie ma pustkę. Nie mogła sobie przypomnieć jak się nazywa. Patrzyła tylko na tego sympatycznego lekarza, ale nie potrafiła odpowiedzieć na jego pytanie. Panicznie szukała w głowie odpowiedzi, ale ta nie pojawiała się.
- Nie wiem... - Jęknęła.
- To nic. Proszę się nie martwić. To może być skutek urazu głowy, jakiego pani doznała podczas wypadku. Amnezja nie musi być trwała - pocieszał ją lekarz.
- Naprawdę nic nie pamiętasz? - Dopytywał drugi mężczyzna.
- A pan kim jest? - Zapytała nieufnie.
- Nika, to ja, Robert, twój mąż - mężczyzna chwycił ją za rękę.
- Mąż? Nika? Co to za imię Nika?
- Berenika, Berenika Mauer - Dolińska. Tak się nazywasz. Naprawdę nie pamiętasz?
- Berenika? Dziwne. W ogóle nie czuję, aby to było moje imię - jęknęła - zaraz? Mąż?
- Tak, jesteśmy małżeństwem, kochanie, już pięć lat.
Mężczyzna przyciągnął jej dłoń do swoich ust i ucałował ją. Nie sprawiło jej to przyjemności. Wyciągnęła swoją dłoń z ręki mężczyzny, który twierdzi, że jest jej mężem. Coś podpowiadało jej, że on kłamie. Nie czuła do niego sympatii. Jak mogłaby wyjść za kogoś takiego. Był wyjątkowo przystojny, ale w jego spojrzeniu było coś, co ją niepokoiło. Była w nim jakaś nieszczerość.
- No nie wiem... Nie jestem pewna czy nadaje się na żonę...
Mężczyzna zaśmiał się nerwowo i chyba nieszczerze.
- Co ja tu robię? - Zwróciła się z pytaniem do drugiego mężczyzny, który wzbudzał w niej większe zaufanie.
- Miała pani wypadek. Spadła pani z nadmorskiego klifu. Całe szczęście spadając zaczepiła pani bluzą o gałąź i to zamortyzowało upadek... Miała pani liczne obrażenia. Kilka miesięcy była pani nieprzytomna. Teraz jednak, kiedy udało się panią wybudzić ze śpiączki, wszystko jest na dobrej drodze. Najgorsze niebezpieczeństwo już minęło. Myślę, że pamięć też z czasem wróci.
- Skąd pan to wie?
- Jestem lekarzem, amnezja zdarza się przy obrażeniach...
- Skąd pan wie, że zaczepiłam o gałąź?
- A to - uśmiechnął się - widziałem.
- widział pan gałąź?
- Nie, widziałem jak pani spadała. Byłem na spacerze na plaży...
- Pan doktor uratował ci życie - wtrącił się do rozmowy ten drugi - gdyby nie jego szybka interwencja nie przeżyłabyś tego koszmarnego wypadku.
- Dziękuję - Nika spojrzała z wdzięcznością na lekarza.
- Do usług - uśmiechnął się do niej - teraz niech pani odpocznie. Zajrzę do pani później. Pan również powinien już iść - zwrócił się do męża - siedział pan tu dość długo. Żona powinna odpocząć, pan z resztą też potrzebuje odpoczynku. Poza tym zaraz zabieramy panią Berenikę na badania.
Lekarz wyszedł z sali.
- Panie doktorze! - Robert wybiegł za nim nie pożegnawszy się z żoną.
Lekarz zatrzymał się na korytarzu rzucając pytające spojrzenie Robertowi.
- Panie doktorze, czy ona odzyska pamięć?
- To możliwe. Jednak teraz powinniśmy się martwić bardziej jej stanem fizycznym.
- Kiedy odzyska wspomnienia? - Dopytywał mężczyzna.
- Trudno powiedzieć... Wydaje się, że u pana żony wystąpiła amnezja post-traumatyczna. Utrata pamięci wynika z silnego uderzenia w głowę podczas upadku. Proszę się nie martwić, w takich przypadkach amnezja jest zwykle tymczasowa.
- Czy wszystko będzie pamiętać?
- Trudno powiedzieć. Możliwe, że żona odzyska wszystkie lub większość wspomnień. Jednak następstwem tej sytuacji mogą być też problemy z zapamiętywaniem nowych informacji, dezorientacja czy fałszywe wspomnienia.
- Fałszywe wspomnienia?
- Wspomnienia całkowicie wymyślone, albo prawdziwe wspomnienia pomieszane z konfabulacją.
- Konfabulacją?
- Mózg starając poradzić sobie z problemem uzupełnia brakujące wspomnienia nieprawdziwymi wydarzeniami, które wpasowuje w logiczny ciąg zdarzeń - lekarz cierpliwie wyjaśniał.
- Czy to oznacza, że żona może pamiętać coś co nie miało miejsca?
- Tak, to możliwe.
- Chce pan powiedzieć, że może kłamać, nie wiedząc o tym?
- Tak bym tego nie ujął, ale można zaryzykować taką tezę. Przepraszam, ale muszę iść do pacjenta.
Robert stał jeszcze chwilę zamyślony na szpitalnym korytarzu patrząc na odchodzącego lekarza. Spojrzał w stronę sali, w której leżała jego żona. Zamierzał do niej wrócić, ale po chwili zmienił zdanie i szybkim krokiem wyszedł ze szpitala.
Rozdział II
Nika znowu stała nad urwiskiem. Spojrzała w dół. Pod nią była przepaść. Nie mogła złapać równowagi. Przeraziła się. Strach ją sparaliżował. Wstrzymała oddech. Czuła, że zaraz spadnie. Próbowała krzyczeć, wołać pomocy, ale nie mogła wydobyć z siebie ani jednego słowa. Panicznie próbowała chwycić się czegokolwiek, ale wokół nie było niczego, czego można byłoby się złapać. Zachwiała się i zawisła nad przepaścią trzymając się jedynie małej, cienkiej gałązki. Jej ręka była cała mokra od potu, ześlizgiwała się z gałęzi. "Znowu umieram" - pomyślała przerażona. Ponownie spojrzała w dół. Otchłań pod nią była bezkresna, wirowała i przyciągała ją do siebie. Z całych sił próbowała krzyczeć, wołać pomocy. Na początku nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku, ale potem wydobyła z siebie krzyk, pełen bólu i przerażenia. Wtem zobaczyła nad sobą Roberta. Leżał nad przepaścią i trzymał ją za rękę. Jego oczy były puste, a wyraz twarzy zacięty i pełen złości. Spojrzała na swoją rękę, która z każdą sekundą wyślizgiwała się z dłoni Roberta. Skupiła się na tej jednej jedynej rzeczy: swojej dłoni. Patrzyła, jak jej ręka coraz bardziej wysuwa się z dłoni męża, a potem uwalnia się, a ona spada w dół. Leci i leci w dół. Ziemia pod nią robi się coraz większa, coraz bliższa. Nagle usłyszała gdzieś z oddali głos Bruna, który ją wołał. Słyszała jedynie głos. Jego samego nigdzie nie widziała. Mimo to jego głos był coraz wyraźniejszych, aż poczuła mocne szarpnięcie. Otworzyła oczy. Dotarło do niej, że to był senny koszmar. Bruno siedział na jej łóżku i trzymał ją mocno za ramiona.
- Już wszystko dobrze - szepnął - już dobrze.
Nika rozejrzała się wokół. Nadal była w szpitalnej sali. Było ciemno. Mdłe światło pochodziło jedynie z małej lampki nad drzwiami do sali. Spojrzała na Bruna. Nadal trzymał ją za ramionach.
- Ach tak... - Mruknął zawstydzony wypuszczając ją z objęć - krzyczałaś. Chciałem cię obudzić. Śniło ci się coś złego?
- Chyba tak... - Mruknęła zawstydzona unikając jego wzroku - jakieś głupoty.
- Głupoty? Jakie głupoty?
- Aaa takie tam...
- Powiedz...
- Śniło mi się, że spadam w przepaść. Robert próbował mnie ratować. Podał mi rękę, ale się nie udało i spadłam.
- Jutro przyjdzie do ciebie psycholog - Bruno zawyrokował po chwili zastanowienia.
- Po co?
- Przeżyłaś traumę. Masz amnezję. To trzeba przepracować. Psycholog pomoże ci odzyskać pamięć.
- A jeśli jej nie odzyskam?
- Odzyskasz. Musisz tylko nad tym trochę popracować. Niedługo cię wypiszę ze szpitala. Wrócisz do znajomego środowiska. Znajome otoczenie, zapachy, zdjęcia, muzyka to są bodźce, które pomogą ci z czasem odzyskać pamięć.
- Na razie tego nie czuję...
- Wiem, ale ten koszmarny sen to może być pierwszy objaw, że twój mózg chce sobie przypomnieć...
- Nie wiem tylko czy ja tego chcę... Wszystko wydaje mi się takie obce, zimne, nieprzyjazne...
- To tylko wrażenie. Obudziłaś się w świecie, o którym nic na razie nie wiesz. Dlatego wydaje ci się obcy i nieprzyjazny. Masz wokół siebie bliskie osoby. Twój mąż bardzo się o ciebie martwi...
- Nie czuję tego...
- Nie czujesz, że się o ciebie martwi?
- Nie czuję, że jesteśmy małżeństwem... Męża się kocha, a ja nie czuję nic...
- Bo go na razie nie pamiętasz. Kiedy sobie przypomnisz, wrócą uczucia do niego.
- Ale...
- Posłuchaj, bliska osoba to wielki skarb. Utrata kogoś bliskiego to przeogromny ból...
Bruno zamilkł na chwilę. Jego głos jakby się załamał na chwilę. Pochylił nieco głowę. Obie ręce oparł na krawędzi łóżka i milczał.
- Straciłeś kogoś bliskiego? - Zapytała nagle.
Spojrzał na nią, jakby dopiero co się pojawiła.
- Przepraszam, nie chciałam...
- Nie, nic nie szkodzi. Tak straciłem dwie najbliższe osoby. Jedna z nich to moja żona. Zginęła w wypadku.
- Dawno?
- Cztery lata będzie za dwa miesiące.
- Współczuję.
- Dzięki - Bruno podniósł się nagle - Pójdę już. Postaraj się zasnąć. Zaraz przyślę pielęgniarkę z czymś na sen.
- A ta druga osoba?
- To była miłość mojego życia. Ta jedyna i niepowtarzalna...
- Też umarła?
- Nie. Ona żyje, ale już nie dla mnie...
- Może ona wróci...
- Zapomniała o mnie...
Wychodząc odwrócił się na chwilę. Ciepło się do niej uśmiechnął.
- Wszystko będzie dobrze - pocieszył ją.
- Dzięki. Jesteś świetnym lekarzem. Takim empatycznym. Pacjenci muszą cię uwielbiać.
- Ogólnie jestem opryskliwy i nieprzyjemny. Tylko dla ciebie jestem miły, bo jesteś moją ulubioną pacjentką.
- Taaa, już ci wierzę. Kłamczuchu - uśmiechnęła się smutno.
- Dobranoc - mrugnął do niej jednym okiem i wyszedł.
Nika wstała powoli z łóżka. Postanowiła zmienić przepoconą pidżamę.
Poszła do łazienki wziąć prysznic. Spojrzała w lustro. Patrzyła na nią jakaś obca osoba, na oko po trzydziestce. Długie poplątane ciemnoblond włosy, blada cera i podkrążone oczy o nietypowym ciemnozielonym kolorze. Szczupła sylwetka, choć nie aż tak bardzo, gdzieniegdzie widoczne było kilka krągłości.
- Potrzeba ci chirurga stara - mruknęła do siebie - plastycznego - dodała w duchu.
Wzięła długi, odprężający prysznic. Wychodząc z kabiny prysznicowej nagle uderzyło ją jakieś wspomnienie. Zobaczyła jak odbiera pocztę ze skrzynki. Jest tam jakiś list. Z zieloną pieczątką. Chyba z jakiegoś urzędu. Koperta wygląda na bardzo elegancką w grantowo-złotych kolorach. To chyba jednak nie było list z urzędu. Urzędy przecież nie wysyłają korespondencji w ozdobnych kopertach. Otworzyła list. Twardy papier w takich samych kolorach jak koperta. Rzędy literek, które zlewały się ze sobą. Nie pamiętała dokładnie co było w liście, ale pamiętała uczucie zdziwienia, smutku i straty. List dotoczył bliskiej jej osoby. Tylko tyle. Krótkie, kilkusekundowe wspomnienie. Wróciła do Sali szpitalnej. Położyła się, ale nie mogła zasnąć. Może dlatego, że bała się, że znowu przyśni jej się coś złego.
Rozdział IV
Pielęgniarka fachowo zmieniała opatrunek. Leżała spokojnie zajęta swoimi myślami poddając się zabiegom pielęgniarki patrząc pustym wzrokiem w sufit. Operowana ręka goiła się prawidłowo. Leczenie obrażeń wewnętrznych, których doznała przy upadku również pomyślnie rokowało. Mimo tego Nika nie czuła się dobrze. Od kiedy dowiedziała się, że mogła zniszczyć życie ojcu samotnie wychowującemu czwórkę dzieci, nie mogła psychicznie dojść do siebie. Sama - jak się dowiedziała od męża - nie miała dzieci, choć bardzo tego pragnęła. Każde niepowodzenie w tej sprawie coraz bardziej ją dołowało. Ponoć oboje mieli problemy zdrowotne, które uniemożliwiały im zajście w ciążę. Mimo leczenia nie było rezultatów. Może to dlatego, nie potrafiła zrozumieć co oznacza utrata dziecka, może to dlatego chciała odebrać ojcu dzieci. Jak mogła być taka nieczuła i bezwzględna. Może to dlatego próbowała popełnić samobójstwo skacząc z klifu.- Jak się dzisiaj czujesz? - Bruno rzucił wesoło od drzwi - co masz taką minę? Coś cię boli? - Nie. Wszystko w porządku - skłamała nie patrząc na niego. - Przecież widzę, że coś jest nie tak - Bruno wzrokiem wskazał pielęgniarce drzwi. Kobieta wyszła bez słowa.- Co się dzieje? - Spytał z troską.- Nic.- Nie kłam. Nie potrafisz kłamać. Widzę, że coś jest nie tak. Poza tym psycholog, który do ciebie przychodzi powiedział mi, że od kilku dni nie robisz postępów. Coś musiało się stać. Przypomniałaś sobie coś? - Nie, jakieś bezużyteczne strzępki, z których nic nie wynika.- To znaczy? Co konkretnie? - Jakieś bzdury.- Ale jakie? - Na przykład, że odbieram pocztę, albo siedzę w jakiejś poczekalni, albo jakiś męski zegarek, albo że oglądam jakiś film, kryminał ktoś do kogoś strzela. Same bzdury.- To dobry znak. To oznacza, że pamięć wraca. A sny? Śni ci się coś? - Ciągle to samo, że spadam, Robert podaje mi rękę, ale ręka się wyślizguje i dalej spadam... Ten sen, nie jest prawdziwy... To jakaś metafora.- Dlaczego tak myślisz? - Bo Roberta tam nie było.- Skąd to wiesz? - Od niego.- Wiesz, był u mnie jakiś policjant w twojej prawie.- Tak? Komisarz Wolski? Taki starszy, niepozorny, roztargniony? Zupełnie nieprzypominający policjanta? - Tak - roześmiał się Bruno.- Co chciał? - Pytał mnie co widziałem, wtedy gdy to się wydarzyło. - A co widziałeś? - W zasadzie to nic. Poszedłem na spacer po plaży. Usłyszałem krzyk. Kiedy spojrzałem w górę ty już spadałaś. Zobaczyłem, że wisisz zahaczona bluzą o jakąś wystającą z klifu gałąź. To dzięki temu ten wypadek nie skończył się tragicznie. To zamortyzowało upadek. Potem gałąź się złamała się, a ty sturlałaś się na dół. Pobiegłem ile sił do ciebie. Przez jeden krótki moment byłaś przytomna. Spojrzałaś na mnie, a potem już odleciałaś. Udzieliłem ci pierwszej pomocy i wezwałem pogotowie. W sumie to wszystko. Niebawem przybiegł twój mąż. Podobno dotarł na klif i z góry zobaczył, że spadłaś... - Uratowałeś mi życie. Dziękuję - uśmiechnęła się do niego.- Zawsze do usług - odpowiedział uśmiechem.- Chyba to pamiętam - powiedziała po chwili.- Co? - To, że na ciebie spojrzałam, tam wtedy... To znaczy pamiętam jakiegoś mężczyznę w świetlistej aureoli. Najpierw myślałam, że przez chwile byłam w niebie, a jakiś anioł pochylał się nade mną, ale teraz kiedy to powiedziałeś, to myślę, że to byłeś ty, a ta świetlista aureola to było słońce... - Jeszcze nigdy, nikt nie nazwał mnie aniołem - zaśmiał się Bruno.- Miałeś wszelkie predyspozycje, świetlistą aureolę i uratowałeś mi życie.Bruno zamilkł.- Powiedziałam coś co cię uraziło? - Spytała Nika widząc, że Bruno nagle posmutniał. - Nie. Nic takiego.- Przecież widzę... - Pomyślałem, że gdybym miał takie moce jak mówisz, może uratowałby moją żonę... Gdybym tam był, kiedy potrącił ją ten szaleniec może uratowałbym ją, ale ja... Nie było mnie tam. - Nie mogłeś wiedzieć... - Powinienem wiedzieć. Ona nalegała, żebym z nią pojechał. To była taka bzdurna sprawa. Chciała kupić sobie sukienkę. Nie chciało mi się jechać i spędzać czasu na bieganiu po kolejnych sklepach i czekaniu na nią w przymierzalniach. I tak nie wzięłaby mojego zdania pod uwagę. Uważała, że kompletnie nie mam gustu - uśmiechnął się smutno - gdybym wiedział, siedziałbym w tej cholernej przymierzalni ze dwa dni, gdyby było trzeba... Kupiła tą cholerną sukienkę sama. Już wracała. Przechodziła przez ulicę. Na przejściu dla pieszych. Pijany kierowca nadjechał nie wiadomo skąd. Świadkowie mówili, że nie miała szans... Ona zginęła na miejscu, a nowej sukience nic się stało. Pochowałem ją w niej... Nika nie wiedziała co powiedzieć. Delikatnie pogłaskała go po ręce.- Tak mi przykro - wyszeptała cicho.Chciała cofnąć rękę, ale Bruno zamknął jej dłoń w swoich dłoniach. Poczuła ciepły, przyjemny dotyk jego skóry. - Czas leczy rany - szepnął - tak mówią... - Podobno - odpowiedziała cicho.- I przywraca pamięć - uśmiechnął się do niej pocieszająco - musisz tylko ćwiczyć i stymulować pamięć. Znajome otoczenie, zapachy, zdjęcia, muzyka mogą pobudzić pamięć. Możesz na przykład przejrzeć zdjęcia w swoim telefonie. - Nie dam rady.- Dlaczego? - Mój telefon zaginął. Już prosiłam Roberta, aby go poszukał. Nigdzie go nie ma.- Jest.- Nie ma.- Jest. Znalazłem go na plaży. Musiał ci wypaść przy upadku. Oddałem go do depozytu szpitalnego. Zapomniałem o tym. Przepraszam. Zaraz to naprawię. Bruno wrócił po kilkunastu minutach trzymając w ręce pudełko z rzeczami osobistymi Niki. Telefon, klucze, portfel, szminka. Podał go Nice. - Rozładowany - powiedział z bezradną miną wskazując na telefon. - Nie masz ładowarki? - Mam - uśmiechnął się uradowany - zaraz przyniosę. Kiedy wreszcie udało się podłączyć telefon do ładowania. Nika posmutniała.- Co jest? - Zdziwił się Bruno.- Nie znam PIN-u - mruknęła.- To kłopot. Można skorzystać z opcji "zapomniałem hasła" przez konto Google. - Nie pamiętam hasła do konta Google.- A masz własny laptop? Nika rzuciła pytające spojrzenie.- W lapku możesz mieć zapamiętane hasło.- Nie mam lapka. Pewnie jest w domu.- Zadzwońmy do Roberta. Niech ci przywiezie.- Nie pamiętam numeru do niego i... Nie mam telefonu.- Zaraz kończę dyżur. Pojadę do ciebie do domu i poproszę twojego męża o ten laptop. Przywiozę ci go. - Nie chciałabym cię Fatygować... - Żaden problem. Mam po drodze do domu.- Roberta dzisiaj nie ma w domu. Pojechał na jakąś rozprawę do innego miasta. Broni klienta.- A ta twoja przyjaciółka? - Też dzisiaj pojechała na jakąś interwencję poza miasto. W pudełku są jednak klucze. Przypuszczam, że do domu - Nika uśmiechnęła się zawadiacko patrząc wyzywająco na Bruna.- Serio? A jeśli ktoś mnie weźmie za włamywacza? - Uratuję cię. Potwierdzę, że sama ci kazałam jechać do mojego domu. - OK, ale jak mnie posadzą za włamanie to obiecaj, że mi będziesz przynosiła paczki do więzienia. - Ma się rozumieć - Nika puściła oko do Bruna. Bruno schował klucze do kieszeni. Będę najdalej za godzinę - obiecał.- Bruno? - Nika zawołała za lekarzem, kiedy ten był już na korytarzu.- Taaa? - Zajrzał do sali.- Wiesz gdzie masz jechać? - Tak. To znaczy... Sprawdzę w dokumentach, tam powinien być twój adres. Bruno podjechał pod okazały dom jednorodzinny. Zatrzymał się po drugiej stronie ulicy nie chcąc wzbudzać ciekawości sąsiadów. Trochę się obawiał, że ktoś rzeczywiście go weźmie za włamywacza i zawiadomi policję. Furtka była zamknięta na klucz. Ręce mu drżały gdy szukał w pęku właściwego klucza. Udało się. Wszedł na podwórko. - Mam nadzieję, że nie mają alarmu - pomyślał. Drzwi wejściowe nie stawiały oporu. Dość szybko znalazł klucz i wszedł do środka. Rozejrzał się po salonie. Nigdzie nie było żadnego laptopa. Wszedł do kolejnego pomieszczenia. Kuchnia. - Tu raczej nie będzie komputera - pomyślał. Kolejne pomieszczenie. Gabinet. Półki z książkami. Głównie jakieś kodeksy i inne prawnicze książki. Ewidentnie był to gabinet prawnika. Bogato zdobione meble. Skórzany fotel. Obrazy na ścianach. To nie mógł być gabinet Niki. To do niej nie pasowało. Ewidentnie był to gabinet Roberta. Na biurku leżały jakieś dokumenty. Umowy, jakieś prawnicze kwity i dokumentacja medyczna. Bruno nie chciał przeglądać nie swoich spraw. Jego uwagę zwróciła jedynie pieczątka gabinetu medycznego znanego urologa. Poznał nazwisko. Znał tego lekarza. Laptop stał po prawej stronie biurka. - To pewnie komputer jej męża - pomyślał.Szukał dalej. Niestety nigdzie nie było żadnego innego laptopa, poza tym w gabinecie Roberta. Postanowił wracać nie mając dla swojej pacjentki dobrych wieści. Nagle go oświeciło. Przecież skoro Robert wyjechał bronić klienta, swój laptop musiał mieć ze sobą. Ten, który stał w gabinecie musiał należeć do Niki. - Najwyżej odwiozę go z powrotem - pomyślał wypinając ładowarkę laptopa z gniazdka.
Rozdział V
Nika niecierpliwie czekała na powrót Bruna. Wierzyła, że jeśli przejrzy swoje rzeczy, zdjęcia coś jej się przypomni. Nieświadomość własnej tożsamości bardzo jej ciążyła. Najbardziej chciała sobie przypomnieć, czy rzeczywiście jest winna tragedii ojca czwórki dzieci, który być może przez nią chciał popełnić samobójstwo. Dręczyła ją świadomość, że mogła się do tego przyczynić. Dręczyła ją też niepewność, co do sugestii Gosi i Roberta, że chciała popełnić samobójstwo. Mimo swojego stanu nie czuła, że byłaby zdolna do takiego czynu.
- Dzień dobry - w drzwiach stanął komisarz Wolski.
- Dzień dobry panie komisarzu - odpowiedziała.
Jego niezdarność rozczulała ją i nie wiedzieć czemu polubiła tego nietypowego policjanta.
- Przyszedłem panią odwiedzić i zapytać czy coś sobie pani przypomniała.
- Niestety. Nic nie pamiętam - odpowiedziała ze smutną miną.
- Myślałem, że jednak tak, skoro pani mąż złożył zawiadomienie.
- Zawiadomienie?
- Tak. Nie powiedział pani?
- Nie, nic mi nie powiedział. A czego dotyczy to zawiadomienie?
- Napaści na panią. Myślałem, że przypomniała sobie pani coś i stąd to zawiadomienie.
- Nie, nadal nic nie pamiętam - zirytowała się Nika - proszę mi powiedzieć o co konkretnie chodzi?
- Pani mąż zawiadomił nas, że napadu na panią dokonał Tomasz Keller.
- Dlaczego Tomasz Keller chciałby mnie zabić?
- To ojciec czwórki dzieci, które chciała pani wysłać do domu dziecka. Według pani męża Keller zrobił to z zemsty.
- I co się teraz stanie?
- Aresztowaliśmy go. Ślady zabezpieczone na miejscu zdarzenia pasują do jego butów, a on nie ma alibi.
- A jego dzieci? Przecież on je samotnie wychowywał... - Jęknęła ze łzami w oczach Nika.
- Są w pogotowiu opiekuńczym.
- Te ślady mógł zrobić ktoś przypadkowy...
- Nie sądzę. Według zeznań pani męża Keller włamał się do waszego domku letniskowego za miastem. Był też w kancelarii pani męża i mu groził. Pracownicy kancelarii pani męża potwierdzają, że tak było. Ponadto ślady zabezpieczone w waszym domku letniskowym z całą pewnością należą do Kellera. Również pani przyjaciółka Małgorzata Sarnecka potwierdza, że Keller pani groził. Keller nie ma też alibi na czas kiedy została pani napadnięta. Twierdzi, że spotkał się z jakąś tajemnicza kobietą, ale nie zna jej tożsamości. Mówiąc szczerze to alibi jest mocno naciągane.
- Nie wydaje to się panu dziwne?
- Dziwne?
- Dziwne jest to, że wszystko tak pięknie do siebie pasuje. Ślady, zeznania, brak alibi... Idealny winny. Zawsze panu tak się pięknie układają sprawy?
- Przyznam, że nie. Najczęściej do prawdy dochodzi się o wiele bardziej kręta drogą.
- Nie dziwi pana, dlaczego Keller podaje tak słabe alibi? Powołuje się na coś, co może potwierdzić ktoś, kto nie jest mu znany? Przecież najgłupsza osoba wiedziałby, że w takie alibi nikt nie uwierzy. On jednak powołuje się na coś takiego. To chyba najgłupsze alibi o jakim słyszałam. Ono jest tak głupie, że aż musi być prawdziwe.
Wolski spojrzał z Nikę z uśmiechem.
- Byłaby pani niezłym detektywem. Choć może trochę dziwić, że broni pani faceta, który najprawdopodobniej panią chciał zabić?
- Po prostu wydaje mi się to dziwne.
- Dlaczego?
- Niech pan pomyśli. Gdy chciał mnie zabić przygotowałby jakieś bardziej sensowne alibi. Poza tym, facet jak się dowiedział, że chcą mu zabrać dzieci próbował popełnić samobójstwo. Czyli?
- Czyli?
- Czyli dzieci były dla niego ważne. Czyli?
- Czyli?
- Czyli nie powinien robić nic, co by go naraziło na odpowiedzialność karną i raczej pewne odebranie dzieci.
- A jednak chciał popełnić samobójstwo, czyli?
- Czyli?
- Opuścić dzieci.
- Jest pan pewien, że chciał popełnić samobójstwo? Może to był tylko krzyk rozpaczy i próba zatrzymania całej tej sprawy z zabraniem mu dzieci? Wiele prób samobójczy to tylko, albo może aż, wołanie o pomoc, a nie chęć zabicia się...
- Zadziwia mnie pani - komisarz uśmiechnął się zagadkowo.
- Dlaczego?
- Bo broni pani Kellera. Zwykle ofiary nie bronią swoich oprawców.
- Mam przeczucie, że to nie on. To musi być jakieś nieporozumienie - Nika utkwiła wzrok w oknie i zamyśliła się. Sama też dziwiła się trochę swoim słowom, ale czuła gdzieś w głębi siebie, że Keller nie jest winny.
- Jeszcze jedno - powiedział komisarz wyciągając z kieszeni foliową torbę na dowody - widziała pani może kiedyś taki zegarek?
Nika patrzyła na męski, drogi zegarek zabezpieczony foliową torebką. Zrobiło jej się ciemno przed oczami. Miała poczucie, że znowu spada z tego klifu. Starała się łapać oddech pełną piersią, ale miała wrażenie, że coś ją dusi.
- Widziałam go już - szepnęła ocierając pot z czoła.
- Gdzie?
- We śnie.
- We śnie?
- Tak, śniło mi się, że spadam z tego klifu. Robert podawał mi rękę. Chciał mnie złapać, ale moja dłoń mu się wyślizgnęła i... Ten zegarek on miał na ręce. Na ręce, którą mnie trzymał...
Rozdział IX
Małgosia przeciągnęła się mocno rozciągając mięśnie zmęczone niedawnym wysiłkiem. Jej kochanek leżał obok i delikatnie gładził jej ciało.
- Jesteś nieziemska - mruknął całując ją w szyję.
- Wiem - odpowiedziała z uśmiechem - trzymaj się mnie, a będziesz w raju.
- Następny razem załóż tą czerwoną koszulkę - mruknął - podniecasz mnie w niej.
- Nie mam jej.
- A co z nią zrobiłaś?
- Zostawiłam u ....
Przestrzeń hotelowego pokoju wypełni dźwięk telefonu przerywając rozmowę kochanków. Gosia spojrzała na wyświetlacz.
- O wilku mowa - mruknęła i przyłożyła palec do ust nakazując swojemu kochankowi zachowanie ciszy. Włączyła tryb głośnomówiący.
- No cześć kochana, co tam? - Zaszczebiotała do słuchawki.
- Gosiu, masz chwilę czasu? Chciałbym zapytać o parę spraw.
- Wal, o co chodzi?
- Przeglądam te dokumenty, które mi przyniosłaś i mam kilka pytań.
- Tak?
- Po pierwsze skąd takie wysokie wpłaty na fundację? Co to za firmy?
- Nie mów mi, że martwią cię wysokie darowizny dla fundacji?
- Nie, ale chciałbym wiedzieć dlaczego są takie wysokie? Wydawało mi się, że wpłat powinno być dużo w niewielkich kwotach. Tak chyba działają fundacje? Zbierają pieniądze od zwykłych ludzi?
- Przecież takie wpłaty też mamy.
- Jasne, ale mnie interesują te duże.
- To wszystko zasługa twojego wielkiego szczęścia.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że masz wspaniałego męża, który cię wspiera na każdym kroku. Promuje twoją fundację gdzie tylko może. Duża część tych firm to jego kontrahenci, którzy z wdzięczności za niejednokrotne ratowanie im tyłka wpłacają na twoją fundację powiedzmy... dowody wdzięczności.
- Rozumiem. Powiedz mi jeszcze dlaczego mamy tak wysokie rachunki za jakieś remonty? Mamy aż tak wielką siedzibę?
- Nie głuptasie - Gosia roześmiała sie perliście - to są rachunki za remonty wykonywane w domach naszych podopiecznych. Mamy ich naprawdę dużo, więc i rachunki są wysokie.
- Ale dlaczego robimy remonty w domach podopiecznych?
- Bo tego potrzebują Nika. Mieszkają w walących się chałupach, są niepełnosprawni potrzebują dostosowania mieszkania do swoich potrzeb, dostają lokale zastępcze w takim stanie, że nie nadają się do zamieszkania - Gosia nieznacznie podniosła głos.
- Dobrze, już dobrze. Rozumiem. A samochód? I horrendalne rachunki za paliwo?
- No przecież musimy dojeżdżać do naszych podopiecznych, załatwiać różne sprawy. Mamy chodzić na piechotę?
- No nie, oczywiście, że nie, ale dlaczego mamy jeździć do podopiecznych luksusowym samochodem? Nie wystarczy jakiś zwykły?
- Pewnie by wystarczył, ale decyzję o zakupie tego właśnie samochodu podjęłaś ty, przed wypadkiem. Ja tylko zrealizowałam twoje polecenie. Swoją drogą z samochodu najczęściej korzystałaś ty, a teraz Robert.
Nika poczuła się nieswojo.
- A po co nam aż tylu pracowników?
- Mamy ogromną rzeszę podopiecznych. Ktoś musi się nimi zajmować.
- A te wszystkie przeloty, hotele, usługi doradcze i zakupy rzeczy, których raczej nie potrzebują nasi podopieczni, takie jak szampan czy drogie luksusowe jedzenie?
- Nikula - rzuciła z irytacją Gośka- to wszystko są wydatki związane z pozyskiwaniem sponsorów. Nie będą nam wpłacać kasy jak nie będziemy ich do tego zachęcać. Od czasu do czasu trzeba zorganizować jakieś przyjęcie dla sponsorów, polecieć osobiście do sponsora, porozmawiać, przekonać. Przecież wiele firm wspierających twoją fundację ma siedziby za granicą. Po prostu podpisz te dokumenty bo gonią nas terminy. Musimy spłacić zobowiązania.
- OK, w porządku. Gosia? - Nika zapytała niepewnie.
- No co tam jeszcze? - W tonie głosu Gośki słychać było nutę zniecierpliwienia. Trudno było jej powstrzymać się od rekcji na pieszczoty swojego kochanka, który nie zważał, że właśnie rozmawia z przyjaciółką.
- Chciałabym cię jeszcze o coś spytać. Coś osobistego...
- Dawaj.
- Czy ja i Robert mieliśmy jakieś kłopoty? - Gośka rzuciła szybkie spojrzenie swojemu kochankowi odsuwając zdecydowanie jego rękę błądząco po jej intymnych miejscach.
- Kłopoty?
- Podobno mieliśmy się rozwodzić...
- A to - mruknęła Gosia - no cóż, to już przeszłość. Daj sobie z tym spokój. Po co do tego wracać.
- Jeśli coś wiesz to proszę powiedz mi. Muszę to wiedzieć.
- No tak, skoro musisz... To tak, faktycznie tak było. Niedługo przez wypadkiem kazałaś Robertowi się wyprowadzić i zamierzałaś złożyć pozew rozwodowy.
- Ja?
- Tak, ty.
- Wiesz dlaczego?
- Czy to ważne?
- Gadaj!
- Jakiś czas przed wypadkiem bardzo się zmieniłaś. Zaczęłaś gdzieś znikać, mieć jakieś tajemnice. Chciałaś nawet zlikwidować fundację. I jakby jeszcze tego było mało, ni z gruszki ni z pietruszki, zażądałaś rozwodu od Roberta. On nie chciał się zgodzić. Walczył o ciebie, ale ty uparcie żądałaś rozwodu. Kazałaś mu się wyprowadzić z domu. Pytałam cię dlaczego, ale ty nic nie chciałaś powiedzieć. Spytałam więc Roberta o co chodzi.
- I co?
- Robert podejrzewał, że masz kochanka.
- Co?!
- Mało tego, według niego wszystko wskazywało na to, że tym kochankiem jest Keller.
Nika zaniemówiła.
- Gosia? - Zapytała po chwili - czy ty uważasz, że jestem złym człowiekiem?
W słuchawce zaległa cisza.
- Halo? Gosia?
- Tak, jestem. Nika, słuchaj, jesteśmy przyjaciółkami więc powiem ci prawdę. Szczerą prawdę. Zawsze byłaś spoko. Naprawdę. Wszystko się zmieniło jakieś kilka miesięcy przed wypadkiem. Nie dało się z tobą wytrzymać. Robiłaś wszystko, żeby uprzykrzyć życie każdemu, kogo spotkałaś na swoje drodze.
- Myślisz, że to dlatego ktoś chciał mnie zabić?
- Nie gniewaj się, ale myślę, że tak. Zalazłaś za skórę niejednej osobie.
Nika ledwo powstrzymywała łzy. Nie była w stanie nic powiedzieć. Czuła wstyd i odrazę do siebie samej.
- Dzięki Gosiu. Muszę kończyć. Pa - wydusiła z siebie kilka słów przez zaciśnięte gardło i odłożyła słuchawkę.
- Nie za ostro? - Zapytał mężczyzna leżący w łóżku obok Gosi.
- Czasami tak trzeba - mruknęła pieszcząc ręką jego nagie ciało - może ten szok pomoże...
- Ale...
- Ale, co? - Chwyciła zębami jego dolną wargę.
- Już nic - mruknął obejmując ją i sadzając na sobie. Jego mocne wytatuowane ramiona z ogromnym wijącym się wężem objęły ją w pasie i rytmicznie unosiły w górę i w dół. Po kilku minutach ciałem Gosi wstrząsnął spazmatyczny orgazm.
Rozdział XI
Obudził ją koszmarny sen. Zerwała się nagle. Była cała spocona. Oddychała ciężko. Nie mogła zebrać myśli. To znowu był ten sen, ale tym razem dłuższy, bardziej realistyczny i jeszcze bardziej przerażający.
Ciszę w sypialni przerwał dźwięk telefonu. Nika podskoczyła przestraszona. Spojrzała na zegarek. Było po dziewiątej. Przetarła oczy. Spojrzała na wyświetlacz. Dzwonił Bruno. Przesunęła drżącym palcem po wyświetlaczu.
- Halo?
- Nika?
- Tak. To ja.
- Nika, jestem na policji. Pamiętasz mówiłem ci, że miałem wezwanie.
- Tak, pamiętam - mruknęła zaspanym głosem.
- Sprawa nie dotyczy twojego wypadku.
- A czego?
- Twojego laptopa.
- Że co?
- Konkretnie to twój mąż zgłosił włamanie i kradzież laptopa. Wysłał też film z monitoringu, na którym widać jak wychodzę od was z domu z twoim lapkiem.
- Dobra, dawaj tego policjanta do słuchawki - powiedziała stanowczo.
Po chwili Nika usłyszała znajomy głos.
- Komisarz Marek Wolski, słucham.
- Dzień dobry panie komisarzu. Berenika Mauer - Dolińska z tej strony. Panie komisarzu doktor Bruno Orzelski nie jest ani złodziejem, ani włamywaczem. Mój mąż się pomylił, jest nadgorliwy. To ja dałam klucze panu doktorowi i ja go poprosiła, żeby przywiózł mi do szpitala ten laptop. Niestety nic nie powiedziałam o tym mężowi. Zapomniałam. Przepraszam za zamieszanie. Nie powinien się pan zajmować takimi pierdołami. Lepiej niech się pan zajmie sprawą Tomasza Kellera, bo uważam, że jest niewinny.
- Ach tak. A to dlaczego?
- Ktoś go wrabia. Już panu o tym mówiłam. On jest niewinny.
- Doprawdy?
- Tak, jestem tego pewna.
- A kto go wrabia pani zdaniem?
- Jakaś kobieta.
- Kobieta? To ciekawe. A kim ona jest?
- Nie wiem, ale mam jej zdjęcie i świadka, który ją widział.
- A ja mam ślady butów Kellera w miejscu skąd pani spadła, jego ślady biologiczne w waszym domku letniskowy oraz zegarek pani męża z jego odciskami znaleziony na miejscu przestępstwa. Myśli pani, że jakaś nieznana kobieta przebije te dowody?
- Wiem jak to wygląda, ale to wszystko da się wyjaśnić.
- Doprawdy?
- Tak. Niech pan spyta najstarszą córkę Kellera, Olę. Ona wszystko widziała i ma zdjęcie tej kobiety. Ja też mam to zdjęcie. Zaraz go panu prześlę.
- Jasne - mruknął policjant.
- Spyta pan jo to co widziała?
- Spytam - westchnął.
- Super. Trzymam pana za słowo. Do zobaczenia panie komisarzu. Może pan dać do telefonu pana doktora?
- Halo? Nika? - Usłyszała w słuchawce głos Bruna.
- Bruno, musimy pogadać. Pojadę teraz do tego twojego kolegi psychologa, a potem spotkamy się u ciebie. Dobrze?
- Pojadę z tobą.
- Nie, zmieniłam zdanie. Chcę jechać sama. Zadzwonię do ciebie jak skończę.
- Dobra, do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
Odłożyła słuchawkę. Ubrała się i poszła do kuchni. Robert siedział przy kuchennej wyspie i jadł śniadanie.
- Zrobić ci? - Spytał wskazując na jajecznicę, którą konsumował ze smakiem.
- Nie, dzięki, zjem musli.
Odwróciła się tyłem do Roberta szukając jakiejś miski.
- Robert, czy na Orzelskiego doniosłeś na policję bo jesteś prawnikiem i przestrzegasz prawa? - Spytała spokojnie nalewając mleko do miski.
- Tak - odpowiedział spokojnie - wróciłem do domu. Twojego laptopa nie było. Sąsiad powiedział mi, że widział tu jakiegoś mężczyznę. Co więc miałem pomyśleć?
- Mogłeś pomyśleć, żeby sprawdzić na monitoringu kto tu był i zapytać mnie czy czasem nie wysłałam kogoś po laptopa.
- Mogłem, ale nie pomyślałem. Nie sądziłem, że nawiążesz aż tak bliskie relacje z doktorem, żeby go wysyłać do naszego domu z kluczami.
- Coś sugerujesz?
- A ty?
- Ja nie. Mam tylko prośbę, żebyś nie latał na policję co chwilę i nie donosił na każdego kto się tylko przewinie.
- Mówiłem ci już, jesteś prawnikiem...
- ... i przestrzegasz prawa, wiem - odrzekła z przekąsem.
Robert wstał energicznie i włożył swój talerz do zmywarki po czym bez słowa udał się do wyjścia.