Taniec rzeki Corrib - Anna Kupczak

Kup ebooka

16.15 zł
13.40 zł (13,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

- Kaminsky, na dole ktoś chce zgłosić zaginięcie, przyjmiesz?

Eilis właśnie zmierzała do toalety, bo mały Adam i całe jego wewnątrzmaciczne środowisko dewastowali jej pęcherz, ale nie chciała odmawiać szefowi. Uśmiechnęła się przez lekko skrzywioną grymasem twarz.

- Tak, szefie, już idę.

Terry Nolan zauważył rozterki odbijające się na twarzy swej podkomendnej. Znał je wszystkie. Jego żona trzy razy to przerabiała.

- Możesz się najpierw wysikać, dwie minuty nikogo nie zbawią.

Nolan poszedł, a Eilis spojrzała za nim z wdzięcznością. Zwykle surowy dla podkomendnych, rzadko przejawiał ludzkie uczucia. Na służbie, ma się rozumieć. Podobno zakładając cywilne ciuchy zmieniał się diametralnie i wszyscy - poza Gardą - wprost go uwielbiali. Eilis nie miała teraz czasu na zgłębianie tajemnic podwójnej osobowości szefa; szybko zaliczyła toaletę i poszła odebrać zgłoszenie zaginięcia. Młody mężczyzna, choć wyraźnie poruszony, rzeczowo odpowiadał na pytania, więc uwinęła się szybko. Poczuła jakąś dziwną sympatię do tego człowieka. Wspinając się po schodach do swego wydziału myślała o tym, że po tylu latach pracy w wydziale społecznym wciąż jeszcze nie uodporniła się na ludzką krzywdę, choć podobno jest to nieuniknione.

Usiadła z ulgą przy swoim biurku i włączyła komputer, aby uporządkować przyjęte właśnie zgłoszenie i nadać mu tryb aktywności. Westchnęła. Jakże niewiele zaginionych osób udaje się odnaleźć całych i zdrowych... Trzeba jednak próbować. Ze wszystkich sił.

- Eilis, co masz nowego?

Siedzący przy sąsiednim biurku posterunkowy Frank Murray przeciągnął się lekko, patrząc wnikliwie, czy nie czai się gdzieś sierżant Nolan. Dałby mu przeciąganie się na służbie, oj, dał.

- Kolejne zaginięcie.

- To już trzecie w ciągu roku.

- Czwarte.

- Czwarte? Niamh Heally i Marie Duffy. Trzecie.

- Zapomniałeś o tej Polce, Janinie Marczyk.

- A tak, racja. Kto tym razem?

- Alison Collins.

- Alison Collins? - Spod okna rozległ się kobiecy, ale bardzo niski, głos Emmy Kelly.

- Znasz ją? - Eilis odwróciła się razem z krzesłem, to samo zrobił Frank.

- Tak, mieszka niedaleko mnie. Ona ma dwoje malutkich dzieci!

- Zgadza się.

- Kiedy zaginęła?

- Wczoraj. Poszła do sklepu i nie wróciła do domu. Mąż szukał jej wszędzie, aż wyczerpały mu się pomysły i przyszedł do nas.

- Może potrzebowała trochę oddechu. Dwoje małych dzieci daje czasem popalić. Znajdzie się po kilku dniach, sama przyjdzie, jak skończy jej się kasa. - Frank wrócił do swoich spraw, uznając temat za średnio interesujący.

- Bzdura. Ona te dzieci uwielbia, nie widzi też świata poza swoim mężem. Nie wierzę, że zostawiłaby ich tak bez słowa. Coś się musiało stać. - Emma najwyraźniej przejawiała oznaki zdenerwowania. - Chcę wziąć tę sprawę.

- Tylko tę? Stary się nie zgodzi.

- Dlaczego? Przecież zaginięcia zawsze rozpracowuje się pojedynczo. Ty za chwilę wypadniesz z gry na kilka długich miesięcy, chłopaki robią dwa wcześniejsze zaginięcia.

- Jesteś pewna? Masz do niej zbyt emocjonalne podejście. A kto zajmie się tą Polką? Czy nikt tu nie uważa jej za osobę równie ważną, jak nasze dziewczyny? Ja na pewno nie zdążę tego rozwiązać przed porodem.

Emma uśmiechnęła się pod nosem. Nikt w wydziale nie zapomniał o Janinie Marczyk. Lubili tylko droczyć się z Eilis, która wyszła za mąż za Polaka, ponoć z wielkiej miłości i od tej pory strasznie bierze sobie do serca losy całego polskiego narodu. Westchnęła trochę sztucznie.

- Dobra, wezmę też i tę sprawę, żebyś się nie musiała podczas porodu nią zamartwiać. A znasz mnie na tyle długo, że wiesz, jak działam. Doskonale potrafię schować emocje do kieszeni, kiedy chodzi o pracę.

Cichutko zapiszczał smartfon Eilis i - po odczytaniu wiadomości - promienny uśmiech rozjaśnił jej oblicze.

- Nareszcie! - Aż podniosła ręce nad głowę.

Spojrzeli na nią zdziwieni.

- Teo w końcu odebrał klucze, możemy się wprowadzać choćby dziś.

- Gratulacje! - wykrzyknęli oboje.

- Weźmiesz urlop? - Emma podeszła do biurka Eilis, aby ją uściskać.

- Nie. Mam nadgodziny do wybrania, dwa dni plus weekend powinno wystarczyć. Muszę iść powiedzieć szefowi.

- Nie wpadnie w ekstazę.

- On już wie, że miałam takie plany, czekałam tylko na sfinalizowanie tej transakcji. Strasznie długo przebiegała, baliśmy się już, że Adam zawita na świat, zanim przygotujemy mu pokój.

Eilis ciężko podnosiła się zza biurka. Zapięła guzik niebieskiej koszuli pod poluzowanym krawatem i podciągnęła go pod szyję. Dałby jej Nolan takie lekceważenie munduru, oj, dał. Nawet zaawansowana ciąża w tym przypadku by nie pomogła. Do biura wszedł Paddy Flynn z pudełkiem ciastek i czterema kubkami kawy w rękach. Rzucili się na niego jak wygłodniałe szczeniaki, patrząc jednak na drzwi, czy nie staje w nich nagle Terry Nolan.

- Jakieś postępy? - Frank popił ciastko kawą i spojrzał na kolegę.

Paddy zajmował się sprawą Marie Duffy, osiemnastoletniej maturzystki, rudowłosej piękności, która zaginęła miesiąc wcześniej.

- Rozmawiałem znów z jej chłopakiem. Kręci biedota strasznie, chyba na sumieniu ciążą mu jakieś grzeszki, ale nie sądzę, że ma coś wspólnego z zaginięciem tegorocznej Miss Galway. Jeszcze go przycisnę. Muszę napisać raport, później pójdę znów do jej najlepszej przyjaciółki. Ona również coś owija w bawełnę...

- Frank, jak myślisz, czy Marie też miała ochotę na chwilę wolnego? - Emma z przekąsem zwróciła się do Murray'a, który popadł w zadumę, patrząc na tablicę ze zdjęciami zaginionych.

- Nie, zbyt piękna, aby wpadać w depresję. Szkoda takiej laski.

- Każdego szkoda. - Eilis wzruszyła ramionami i wzięła głęboki oddech. - Idę. Trzymajcie kciuki.

- Co się stało? - Paddy patrzył na zamknięte już za Eilis drzwi z lekką troską we wzroku.

- Teo odebrał wreszcie klucze. Poszła do starego, aby wziąć nadgodziny.

- Biedaczka... Chociaż Nolan nie gnębi ciężarnych. Ponoć jego żona bardzo ciężko przechodziła wszystkie swoje ciąże i tak wbiło mu się to w pamięć, że nawet w pracy ma na niego wpływ.

Pokiwali głowami i wrócili do swoich biurek. Po rozmowie z Eilis stary może chcieć odreagować, lepiej wówczas pilnie pogrążyć się w pracy...

2

Teofil zaparkował przed samym budynkiem Gardy. Mieli zezwolenie. Eilis pracowała tu już od dziesięciu lat, a on sam również spędzał w środku sporo godzin, przyjeżdżając w charakterze tłumacza, gdy podpadł jakiś Polak mający kłopoty z porozumiewaniem się w języku angielskim. Patrzył na dostojny budynek z bloków kamiennych i niebieskie drzwi, w których lada chwila powinna ukazać się jego żona.

Rzucił okiem na zegarek. Jak zwykle, przyjechał sporo przed czasem, postanowił więc zaczerpnąć powietrza w oczekiwaniu na żonę. Wysiadł z auta i przeszedł na drugą stronę ulicy, aby popatrzeć na łabędzie, które uwiły gniazdo blisko drugiego brzegu tego fragmentu rzeki, tuż pod różowym domem, przeglądającym się w wodzie. Jedno z łabędziej pary drzemało w gnieździe, wygrzewając jaja; drugie, kilkadziesiąt metrów dalej, uskuteczniało toaletę na wodzie. Teo nie miał pojęcia, które z nich za chwilę będzie mamą, a które tatą. O tych ptakach wiedział tylko tyle, że łączą się w pary na całe życie i choć podobno nie do końca była to prawda, miał wielki szacunek dla takich zachowań. Jeszcze do niedawna był pewien, że jego samego nigdy nie byłoby stać na takie poświęcenie. Zostawić wszystkie inne kobiety dla jednej? Niemożliwe. Zanudziłby się na śmierć. Nawet w przypadku Eilis, choć czuł do niej coś zupełnie nieznanego dotąd, w głowie mu się nie mieściło, że mógłby z nią spędzić całe życie. Aż nadszedł dzień, po kilku latach wspólnej tułaczki po wynajętych pokojach i mieszkaniach, że zapragnął czegoś nowego. Stabilizacji. Wyśmiewane wcześniej przez niego słowo nabrało innego znaczenia kiedy skończył trzydzieści pięć lat i zrozumiał, że za chwilę życie poleci z górki. Nie spał wtedy całą noc. Kręcił się, wiercił, wstawał, siadał, znów się kładł i tak w kółko. Nad ranem wgapił się w uśpioną twarz Eilis, drobną, okoloną ciemnymi włosami, usianą mnóstwem brązowych piegów, z lekko rozchylonymi ustami. Zauważył maleńkie zmarszczki przy kącikach oczu i zrozumiał, że dla trzydziestodwuletniej kobiety to ostatni dzwonek na urodzenie pierwszego dziecka, jeśli ma się cała ta heca odbyć bez komplikacji. Pomyślał, że musi podjąć jakąś decyzję. Eilis bardzo chciała mieć dzieci. Nie naciskała jednak, czekając cierpliwie, aż Teo sam dojrzeje do tej decyzji. On wcale o tym nie myślał, było mu dobrze z nią i tyle, dzieci nie wykluczał generalnie, ale majaczyły w jego myślach jak odległa przyszłość. Patrząc na te drobne zmarszczki, poczuł się jak ostatni kutas. Decyzja. Teraz, natychmiast. Albo oświadczyny, dziecko i cała otoczka historii powstawania nowej rodziny, albo trzeba puścić tę kobietę wolno, aby mogła nacieszyć się wreszcie wymarzonym macierzyństwem. Wiedział, jak bardzo Eilis go kocha i coś ścisnęło go pod sercem, kiedy pomyślał, że ją odtrąci. Cierpiałaby ogromnie. Ale nie tylko dlatego poczuł ten uścisk w swoim wnętrzu. Nagle zdał sobie sprawę, że gdyby z jakiegoś powodu obudził się rano i nie zobaczył na poduszce obok tej piegowatej, drobnej twarzyczki, świat straciłby cały swój smak. Czy to miłość? Pozostawiwszy pytanie bez odpowiedzi, obudził Eilis i natychmiast się jej oświadczył. Była tak szczęśliwa, że nie zdążyła się zdziwić i nawet nie pomyślała, że powinna dostać w tym momencie pierścionek. Widać taki to już polski zwyczaj, aby nie przejmować się materialnymi drobiazgami. Ślub wzięli dwa tygodnie później; wtedy dostała i pierścionek, i obrączkę. Po uzgodnieniu szczegółów natychmiast poszła do ginekologa usunąć spiralkę; odczekali przepisowy czas gojenia się śluzówki macicy i pośród dzikich uniesień zaciążyli bez żadnych problemów. Zaczęli starania o pożyczkę, aby kupić dom, bo z samych ich oszczędności starczyłoby tylko na jakąś chałupinę daleko od cywilizacji. Chcieli zostać w Galway. Eilis urodziła się tutaj i nawet nie myślała o zmianie miejsca pobytu, a Teofil pokochał to miasto i też nie chciał się z nim rozstawać. Apogeum szczęścia nastąpiło wraz z usłyszanym słowem: "syn". Nie mieli pojęcia dlaczego; było im wcześniej wszystko jedno, jaką płeć przyniesie na ten świat ich dziecko. Wybrali imiona: Anna i Adam, aby pasowały do nazwiska, a Irlandczycy nie mieli problemu z ich wymawianiem. Teraz jeszcze tylko dom i można starzeć się ludzkim trybem, dość już lekkodusznych zachowań. Stabilizacja.

- Teo!

Odwrócił się na głos żony i ujrzał ją stojącą przy aucie. Od kiedy brzuch odsunął ją znacznie od kierownicy, przestała prowadzić i musiał wszędzie ją wozić. Nie odczuwał jednak dyskomfortu w tej kwestii. Spojrzał z czułością na bardzo wydatne już "opakowanie" swojego potomka i szybko przebiegł ulicę.

- Cześć, skarbie. Mam dla ciebie niespodziankę - pocałował ją na powitanie i wpuścił do auta.

- Jaką niespodziankę? - Sadowiła się jak kokosz, zawsze go to strasznie rozbawiało, więc uśmiechał się pod nosem.

- Łóżko dotarło, stoi w naszej sypialni, możemy już dziś tam nocować. Zabierzemy, co się da, a resztę przewieziemy przez weekend. Dostałaś wolne?

Rozradowana twarz wciąż kokoszącej się Eilis mogła stanowić odpowiedź sama w sobie.

- Tak, stary ciężarne traktuje ulgowo. Cudownie. Nareszcie u siebie. Teo - złapała go za rękę, nim zdążył uruchomić silnik. - Życie jest piękne.

Pokiwał potakująco głową. Wyjeżdżając z terenu Gardy dostrzegł Emmę, machającą mu z uśmiechem. Kiwnął do niej głową i skierował auto w stronę Doughiski. Jeszcze parę dni i zostawią wschodnią dzielnicę na dobre. Wszyscy ich krewni i znajomi mieszkali w centrum lub zachodniej, gdzie i oni teraz osiądą. Tylko Teo czasem będzie musiał podjechać do szpitala na Merlin Park, aby wykonać swą pracę tłumacza. W Galway i okolicy wciąż nie brakowało Polaków, którzy mieli problem z językiem angielskim.

- Fergal pewnie skacze ze szczęścia, że wreszcie pozbył się z garażu naszego królewskiego łoża. Sam je składałeś?

- Z Fergalem. Na wieść, że mam klucze, kazał mi jechać do domu, zorganizował transport i przywiózł je w niecałą godzinę. Wiedział, jak długo czekaliśmy na ten moment. Musimy tylko zabrać pościel, bo brakło mi czasu, aby się tym zająć.

- Od dawna mamy wszystko przygotowane, możemy wrzucić to do auta i cieszyć się gniazdkiem. Resztę rzeczy spakujemy w kilka godzin. Jak dobrze pójdzie, jutro zabierzemy wszystko.

- Ale jesteś niecierpliwa. Jutro Jonatan ma urodziny, zapomniałaś? Musimy pojechać, bo chłopak by nam nie wybaczył. Fergal też nie.

- Prawda. Pokręciły mi się dni tygodnia, myślałam, że jutro jest piątek. Dobrze, że kupiliśmy wcześniej prezent. Będziemy mieli do nich blisko teraz, nawet spacerkiem da się podejść.

- Tam jest spory odcinek kiepskiej dla pieszych drogi, lepiej po niej nie spacerować.

Największa zmora Galway - korki w godzinach szczytu - wydawała im się dzisiaj nie mieć końca, choć sytuacja wyglądała dokładnie tak samo, jak w każdy inny dzień tygodnia. Przejechać z zachodu na wschód było nie lada wyzwaniem. Teo zauważył, że Eilis spina się w sposób nie budzący wątpliwości - jej pęcherz znów głosi bunt przeciw obecności ciała obcego w pobliżu.

- Wytrzymasz? - Spojrzał na nią ze współczuciem. - Mogę zjechać do stacji benzynowej.

- Jedź, wytrzymam. Już niedaleko.

Zmieniła pozycję, dając chwilowe wytchnienie uciskanemu pęcherzowi. Zabrzęczał smartfon w kieszeni Eilis, zwiastując nadchodzącą rozmowę na messengerze i Teofil odczuł wdzięczność dla osoby, kimkolwiek by nie była, która na chwilę przynajmniej oderwie uwagę jego żony od nieszczęsnej fizjologii. Na ekranie ukazała się roześmiana buźka Jeremiego, bratanka Eilis.

- Cześć cioteczko Eilis. Przeprowadziliście się już?

- Cześć, słoneczko. Właśnie jesteśmy w trakcie, jedziemy na Doughiskę po rzeczy. Część tylko dziś zabierzemy, ale nocować już będziemy u siebie.

- Mogę do was przyjść?

- Koniecznie.

- Ale może nie dzisiaj. - Obok buźki chłopczyka ukazała bardzo podobna twarz, tylko nosząca znamiona większej ilości przeżytych lat. - Cześć, siostrzyczko. I szwagrze.

- To kiedy? Bo strasznie jestem ciekaw waszego nowego domu.

- Mówiłem ci już, skarbie, że muszą najpierw się przeprowadzić i jako tako urządzić, wtedy ich odwiedzimy.

- No, dobrze. Zaczekam. Idę na rower. Pa, pa.

- Pa, Jeremi. Daray, mam do ciebie prośbę.

- Zamieniam się w słuch.

- Mógłbyś podjechać jutro na Doughiskę i pomóc Teo pakować rzeczy do auta? Ja nie dam rady, mąż mi się zamęczy. Możesz czy masz jakiś kurs?

- Mam wolne do poniedziałku i chętnie wam pomogę. O której?

- O której, Teo? - Zwróciła się do męża.

- O dziewiątej będzie dobrze?

- Jasne. O dziewiątej. Do jutra - przesłał siostrze buziaczka i dostał w zamian od niej trzy.

Dojeżdżali już i Teo cieszył się, że Eilis przeszła bezboleśnie kolejne ciążowe rozterki ustroju. Pomógł jej wygramolić się z auta i patrzył, jak biegnie po schodach, walczy z kluczem i błyskawicznie znika w łazience. Westchnął. Namęczy się kobiecina porządnie. Ale jeszcze niecałe dwa miesiące i wszelkie niedogodności przejdą do historii. Adam opuści swój azyl i wówczas będzie miał opiekę ich obojga, nie tylko matki, więc biedaczka wreszcie trochę odpocznie.

Nigdy jeszcze niczego nie robili tak szybko, jak obecne pakowanie niezbędnych rzeczy. Skupili się wyłącznie na tej czynności, odkładając inne, jak jedzenie czy picie, na później, kiedy już będą u siebie. Teo biegał po schodach z dziesięć razy, zanim stwierdzili, że wystarczy, resztę zostawiając na jutro. Kto wie, może z pomocą Daray'a przewiozą wszystko w jeden dzień?

W drodze powrotnej ruch uliczny nie był już aż tak dokuczliwy, więc bez przeszkód dotarli na Gleann Dara. Teo sprawnie zaparkował na podjeździe przed domem. Siedzieli przez chwilę, patrząc to na siebie, to na bordowe drzwi i nagle jednocześnie wykrzyknęli:

- Nareszcie!

Teo wysiadł pierwszy, otworzył drzwi domu, pomógł Eilis wysiąść, a kiedy podeszła bliżej, wziął ją na ręce i przeniósł przez próg. Ważyła trochę więcej, niż zwykle, ale Teofil, postawny mężczyzna, nie miał z tą czynnością najmniejszych problemów.

- Co ty wyprawiasz? - Śmiała się Eilis. - Czy to jakiś polski zwyczaj?

- Dokładnie. Przez próg nowego siedliska mąż musi przenieść swą ukochaną za pierwszym razem. Później będziesz już sama przechodzić.

Trzymał ją jeszcze chwilę na rękach, już po wejściu do salonu i pocałował gorąco, zanim postawił na podłodze. Uśmiechnęła się serdecznie, ale zaraz pobiegła do toalety. Teo pomyślał, że tydzień przed porodem w ogóle z muszli nie zejdzie i odczuł ulgę, że mają w domu dwie łazienki i ubikację na dole. I zaraz poczuł się podle. Ona się męczy, a on myśli o własnej wygodzie...

Zanim wniósł ostatni pakunek, stanął na chwilę, obejmując wzrokiem ich nowe siedlisko. Wszystkie domy na tym osiedlu to bliźniaki, lustrzane, jak określał ich wygląd Teo. Budowane przed prawie półwieczem, ale solidne, utrzymane bardzo dobrze. Ten, który kupili, był świeżo wyremontowany, więc niczego, poza sobą i ewentualnie jakimiś meblami, nie musieli do niego dodawać. Miał cztery sypialnie - jedną z łazienką, salon, kuchnię z jadalnią, pomieszczenie gospodarcze i uroczy back yard, czyli ogródek za domem. Podjazd na tyle szeroki, że zmieszczą się na nim dwa auta, jeśli kiedyś kupią drugie tylko dla Eilis. Po przeciwnej stronie lustra mieszkało małżeństwo w średnim wieku; ich dzieci już wyfrunęły z gniazda, więc mieli ciszę sąsiedzką zapewnioną na długie lata. Najbardziej obawiali się bliskości studentów, przerabiali takie sąsiedztwo w jednym z mieszkań, które wynajmowali i już nie chcieliby nigdy do tego wracać. Rozumieli młodych ludzi, sami też lubili imprezować, ale bez przesady. Teo to jeszcze pół biedy, bo i tak niewiele sypiał w nocy, ale Eilis zbyt często szła do pracy niewyspana, zmęczona i zła, a przy jej zawodzie nie było to zbyt pomocne.

Eilis zajęła wannę i moczyła się ponad pół godziny. Teo w tym czasie zdążył pościelić królewskie łoże, wziąć prysznic, zamówić chińszczyznę w restauracyjce przy wjeździe na osiedle, zagotować wodę na herbatę i postać chwilę w ogródku, który teraz był patiem i trawnikiem, otoczonym krzewami róż, właśnie zaczynającymi rozwijać swe pąki. Eilis miała jednak co do niego wiele planów, oczywiście później, kiedy już będzie w stanie zgiąć się wprzód i kucnąć przy grządkach. Teo przelotnie pomyślał, że trzeba kupić podkaszarkę, ale zrzucił tę ideę na mglistą przyszłość. Jest parę ważniejszych sprzętów, które muszą nabyć jak najszybciej, zwłaszcza lodówkę, pralkę, no i - przede wszystkim - wyposażyć pokój Adasia, postawić w salonie jakieś kanapy i wykosztować się na wózek dziecięcy.

Odebrał chińszczyznę i poszedł z nią do łazienki, gdzie Eilis wciąż dawała ulgę zmęczonym członkom. Miał szczery zamiar zjeść z nią kolację w pomieszczeniu, z którego najwyraźniej nie chciała jeszcze wychodzić, ale wyśmiała go lekko. Poszli więc do sypialni, bo tylko tam było na czym usiąść i delektowali się pierwszą kolacją we własnym domu.

Później zrobili jeszcze kilka innych rzeczy po raz pierwszy we własnym domu... Aż wreszcie Eilis zasnęła kamiennym snem, a Teo, ze słuchawkami na uszach, oglądał w smartfonie na żywo mecz NBA, gdzie Los Angeles Lakers podejmowali Toronto Raptors i pojedynek Lebrona Jamesa z Kawhi Leonardem zapowiadał się fascynująco. Od czasu do czasu kładł dłoń na ruszającym się brzuchu swojej żony i cichutko, czule opowiadał synowi o swojej sportowej pasji...

6

Maurizio Bianco-Maguire i Zachary Maguire-Bianco mieszkali w dokach. Krótko przed ślubem kupili parterowe mieszkanie w bloku wielopiętrowym, ale mieli do niego wejście wprost z ulicy, niezależne. Niewielki ganek wejściowy dzielili z lokatorami podobnego mieszkania naprzeciwko, zupełnie sobie jednak nie przeszkadzając. Drzwi wejściowe od wnętrza odgradzał maleńki przedpokoik, który wytłumiał dźwięki i wiatr, bardzo częsty przy porcie. Wchodziło się z niego do salono-jadalnio-kuchni; pomieszczenie było duże, bez żadnych przepierzeń. Mieli tu kanapy, fotele, stolik i telewizor; tuż obok stół i krzesła, a dalej, w obszernej wnęce, kuchnię. Z tego pomieszczenia wchodziło się do przedpokoju właściwego i stamtąd do trzech sypialni, głównej łazienki i na taras, z którego zejście bezpośrednio prowadziło do garażu. Jedna z sypialni, pierwsza z prawej, też miała łazieneczkę. W drugiej, za łazienką, zrobili gabinet komputerowy, a w trzeciej, największej, tej z lewej, swoją sypialnię.

Poznali się pracując w hotelu Park House. Zachary był recepcjonistą, Maurizio gotował. Z początku bawili się sobą nawzajem, ale też nie stosowali żadnych ograniczeń, aż przyszedł moment, po przekroczeniu przez obu trzydziestki, że zaczęli za sobą tęsknić i pojawiła się zazdrość. Maurizio nagle, z włoskim temperamentem i stanowczością w typowo włoskim obliczu, powiedział, że chce się ustatkować i już ma dość dzielenia się Zacharym z każdym pierwszym lepszym przybłędą. Łysa wtedy głowa Zacha, nad brązowymi oczami i usianą piegami twarzą, pokiwała się znacząco. Nie miał nic przeciwko temu, aby zamieszkali razem. Uczucie, głębokie i cudowne, rodziło się powoli, nabierało kształtów, jakby wyłaniało się z mgły i otuliło ich tak szczelnie, że po niedługim czasie już nie mogli bez siebie żyć.

Rodzice Zacharego, potomkowie niemieckich Żydów, całkiem już niemal oddaleni od swego dziedzictwa, kochali jedynaka i nigdy nie robili mu wstrętów z powodu orientacji seksualnej. Kiedy odziedziczyli po ojca rodzicach dom w Salthill, spytali go, czy chciałby tam zamieszkać. Nie chciał. Nie lubił dziadków z wzajemnością; zniesmaczeni jego homoseksualizmem, nigdy niczego dobrego dlań nie zrobili. Ten dom kojarzył mu się wyłącznie z upokorzeniem i łzami. Zaproponowali zatem, że sami tam zamieszkają, a jemu oddadzą dom na Knocknacarra, ale i do tego nie doszło. Zach chciał zostać w centrum. Powiedział też, że pewnie rzadko odwiedzałby rodziców, bo ten dom zawsze będzie mu wstrętny. Sprzedali go zatem i całą za niego kasę dali jedynakowi, aby spożytkował ją według własnych upodobań.

Maurizio wyjechał z Włoch, aby nauczyć się dobrze mówić po angielsku, z zamiarem powrotu i objęcia po ojcu restauracji we Florencji. Nie spieszył się jednak, choć staruszek, zmęczony pracą, chciał wreszcie odpocząć. Gdy okazało się, że Maurizio zamierza zostać w Irlandii na stałe, papa Bianco sprzedał restaurację, zostawił sobie trochę kasy, aby spokojnie dożyć w domu z winnicą na toskańskiej wsi, resztę dał synowi, by kupił restaurację na obczyźnie. Brat Maurizio z tego powodu do dziś z nim nie rozmawia, zapominając, że przez lata, gdy Maurizio sam radził sobie w życiu, on doił ojca na wszystkie możliwe sposoby i pewnie dlatego staruszek w końcu się zdenerwował i sprawę rozstrzygnął. Zastrzegł przy tym, że jeśli Maurizio da z tej kwoty choćby centa swemu leniwemu bratu, odbierze mu wszystko i przeznaczy na ubogie sieroty w Afryce.

Wobec tak sprzyjającej Fortuny chłopaki postanowili założyć rodzinę. Planując ślub, kupili najpierw restaurację, później mieszkanie, zagnieżdżając się na stałe w samym centrum Galway. Poznali Teo dużo wcześniej, kiedy ten jeszcze pracował jako kelner w restauracji hotelowej, studiował w Polsce i skakał z kwiatka na kwiatek, kochając wszystkie dziewczyny świata. Nigdy nie zerwali kontaktu. Całymi nocami dyskutowali przy szklaneczce, a te rozmowy irlandzkiego Żyda o niemieckich korzeniach, włoskiego katolika-geja i Polaka o bardzo szerokim światopoglądzie można byłoby na tomiska przerobić. Zderzenie trzech różnych światów zaowocowało niezniszczalną przyjaźnią, nieraz pomagali sobie nawzajem w różnych sytuacjach. Maurizio żartował często, że gdyby Teo też był gejem, musieliby wziąć ślub we trzech, bo nikomu innemu nie oddaliby go za żadne skarby świata. Później, przez Teo, a bardziej przez Eilis, poznali resztę znajomych, z którym spotykali się towarzysko i niejednokrotnie pomagali sobie nawzajem w różnych sytuacjach życiowych. Można było nazwać to przyjaźnią, gdyby - według Teo - takowa istniała. Szczęście Kamińskich cieszyło ich bardzo, choć nie wyparliby się tęsknoty za nocami z Teo, przegadanymi przy alkoholu.

Poniedziałki mieli wolne, choć restauracja działała normalnie, jak każdego dnia. Potrzebowali chwili tylko dla siebie. Kornel miał zapowiedziane, że jeśli będzie ich niepokoił z jakichś błahych powodów, skopią mu dupę. Pierwszy roboczy dzień tygodnia, jeśli nie było specjalnych rezerwacji, zionął nudą i w kuchni bez problemów radził sobie jeden kucharz z porterem, a na sali góra dwóch kelnerów. Maurizio i Zachary na dwadzieścia cztery godziny zapominali, że prowadzą biznes, żyjąc wyłącznie własnymi przyjemnościami. Gotowali w domu coś prostego, najczęściej spaghetti lub ryby z frytkami (w zależności od tego, który z nich w danym tygodniu miał kuchenny dyżur) i oddawali się sobie wzajemnie, książkom, filmom bądź muzyce. Znajomi znali ten ich rytuał i też dawali im spokój.

Tego dnia jednak, kręcący się po kuchni Maurizio, zauważył przy nabrzeżu Daray'a z Jeremim, którzy patrzyli na wpływający do portu duży trawler. Dyskutowali przy tym dość zawzięcie, bo najwyraźniej Daray nie miał ochoty stać dwie godziny na wietrze, a Jeremi koniecznie chciał zobaczyć całą procedurę dokowania. Pokazywał nawet mieszkanie chłopaków, jakby chciał znaleźć schronienie przed wiatrem, a jednocześnie mieć wszystko jak na dłoni. Daray znów próbował tłumaczyć, aż przykucnął obok synka, ten jednak zawzięcie się upierał, prawie już płacząc.

- Patrz - Maurizio zwrócił uwagę zaczytanego Zacharego na scenkę przy nabrzeżu.

- Zawołajmy ich, bo Daray nie przyjdzie w poniedziałek, a Jeremi zapłacze się na amen.

Wstał, otworzył okno i głośno zawołał Daray'a. Kiedy obaj się odwrócili na ten znajomy głos, wykonał ręką zapraszający gest i Jeremi już nie czekał ani sekundy. Przebiegł jezdnię, korzystając z chwilowego zatrzymania pojazdów na pobliskich światłach i natychmiast wylądował w objęciach Zacharego.

- Dziękuję, dziękuję, dziękuję! - Ściskał go za szyję, aby zaraz zniknąć w gościnnej sypialni, bo stamtąd miał najlepszy widok i mógł otworzyć okno.

- Przepraszam - Daray teraz dopiero dotarł, musiał czekać na następne zatrzymanie ruchu. - Tłumaczyłem mu, ale nie chciał zrozumieć. Nie widział jeszcze całej procedury wejścia trawlera do portu, zwłaszcza takiego dużego.

- Ależ nie ma sprawy. Niech się dziecko cieszy. Wejdź, właśnie zrobiłem kawę - Maurizio dostawił trzecią filiżankę.

- To potrwa ze dwie godziny, nie chcę wam przeszkadzać w waszym świętym dniu.

- Właź, nie rób ceregieli. Nie wołalibyśmy was, gdybyśmy chcieli zostać sami. Zjecie z nami obiad, Jeremi uwielbia moje spaghetti.

- Ależ...

- Keira dyżuruje? - przerwał mu Zachary i Daray zrezygnował ze stawiania dalszego oporu, przytakując głową.

Usiedli wokół stolika, ale Maurizio jeszcze wstał, aby sprawdzić, co u Jeremiego. Mały klęczał na łóżku, opierając łokcie o parapet otwartego okna i nawet nie zauważył, że ktoś jest w pokoju. Maurizio wydobył z szafy poduszkę i podsunął chłopakowi.

- Podłóż sobie pod łokcie, bo jutro rękami nie ruszysz.

- Dziękuję - Jeremi uśmiechnął się ślicznie, wziął poduszkę, ale zaraz znów wystawił głowę przez okno.

Szum, stuk i warkot, charakterystyczne dla procedury wchodzenia statku do portu, wypełniały pokój. Wiatr również, ale Jeremi nie zdjął kurteczki, więc na pewno nie zmarznie. Ciekawe, czy będzie się dalej tak odważnie wychylał, gdy trawler podpłynie do samego nabrzeża, bo wtedy odnosi się wrażenie, iż zadokuje w środku sypialni. Będzie prawie na wyciągnięcie ręki, tylko ulica i nabrzeże oddzielą go od chłopca. Maurizio wrócił do salonu i rozparł się wygodnie na skórzanej kanapie.

- Daray, mogę o coś zapytać? - wypalił nagle Zachary, kiedy już zwykłe ploteczki się wyczerpały. - Chcę to zrobić od dnia, w którym się poznaliśmy.

- Pytaj. Ja nie wytrzymałbym tylu lat.

- Kiedy ty właściwie masz zamiar wreszcie wyjść z szafy? - Przyglądali mu się obaj bardzo intensywnie, aby nie przegapić ani jednego, najdrobniejszego nawet, drgnięcia mięśni twarzy.

- Ależ ja nie muszę z żadnej szafy wychodzić - strasznie ich rozczarował, bo nie było żadnej reakcji właściwej takim momentom. Żadnej. Zero. - Nie jestem gejem. Skąd wam w ogóle taka myśl przyszła do głowy? - Uśmiechał się ze spokojem, patrząc prosto w oczy raz jednemu, raz drugiemu.

- Stary, takie rzeczy się po prostu wie. Jesteś gejem, na bank.

- To właśnie dowiedziałem się czegoś nowego o sobie - wciąż był rozluźniony, spokojny, żadnego zażenowania czy skrępowania - i w sumie chciałbym się dowiedzieć, z jakich moich objawów to wywnioskowaliście.

Maurizio i Zachary wymienili spojrzenia w wielkim zdziwieniu.

- Niemożliwe. Niemożliwe! - Maurizio aż wstał i przeszedł się po pokoju, przeczesując palcami bujne, czarne wciąż włosy. - Nigdy dotąd nie pomyliliśmy się w osądach. Stary, my nie chcemy ci robić żadnych propozycji, jeśli o to chodzi, zastanawialiśmy się tylko, czemu tkwisz w tej szafie i męczysz się okropnie, mając wokół siebie tak tolerancyjne otoczenie.

- Zawsze musi być jakiś pierwszy raz, nikt nie jest nieomylny. - Daray rozłożył ręce, wciąż nie wykazując żadnych oznak zaniepokojenia. - I dalej chciałbym wiedzieć, co skłoniło was do takich przypuszczeń.

- My po prostu czujemy takie rzeczy. No i zawsze jest jakieś spojrzenie, gest, sposób poruszania się, dbania o siebie, bycia ogólnie. Tu słówko, tam uśmieszek...

Daray uniósł brwi w autentycznym zdumieniu. Znów nie wyczuli nawet odrobiny fałszu czy nerwowości.

- Możecie podać jakiś konkretny przykład? Może troska o najbliższych? Albo szacunek dla przyrody?

- Masz na myśli drzewa? - Zachary zaśmiał się lekko. - Nie. Zresztą po waszym wyjściu wszyscy dorośli płci obojga, nawet my, próbowali wysłuchać, co drzewa mają im do powiedzenia. Niby bawili się świetnie, ale widać było, że traktują to całkiem poważnie.

- A zatem?

- Daray, trudno podawać jakieś konkretne przykłady, choć przez te wszystkie lata utwierdzaliśmy się sukcesywnie w naszym przekonaniu. Cóż. Może faktycznie nastał pierwszy raz... Starzejemy się chyba.

- Często wyjeżdżasz z domu, nawet na kilka dni. Nieraz wyobrażaliśmy sobie, jakim ognistym orgiom z chłopakami oddajesz się wtedy, żeby później wrócić do domu i dalej udawać przykładnego męża. Bo z ojcostwem to nie ma nic wspólnego, tego nie udajesz, jesteś tatą autentycznym.

- Taka praca. W firmie przewozowej nikt nie ma stałych godzin, nawet właściciel. Kierowcy też ludzie, chorują, biorą urlopy, a zlecenia same się nie zrealizują. Nie będę zatrudniać nikogo na dwa tygodnie, sam mogę być takim zapchajdziurą. Dotąd to działało. A orgie? Mam gorącokrwistą żonę, nigdy nie narzekałem na niedomiar seksu.

- Wciąż w to nie mogę uwierzyć. - Maurizio dalej chodził tam i z powrotem. - Ale z drugiej strony nikt nie potrafiłby przecież wypierać się czegoś z taką zimną krwią. Naprawdę wierzysz w to, co mówisz, więc albo to my się pomyliliśmy po raz pierwszy w życiu, albo ty tak bardzo wyparłeś prawdę, że nawet twoja podświadomość do niej nie sięga. Tylko dlaczego? I po co?

- Właśnie. Ja też nie widzę w tym logiki, więc najbardziej odpowiednią prawdą do przyjęcia będzie ta, że sami wprowadziliście się w błąd. Może to dlatego, że już od lat nie szukacie innych okazji, dając sobie nawzajem wszystko, czego potrzebujecie do szczęścia. Instynkty wam się uśpiły.

- Nie, bzdura. Poza tym Teo przyprowadził cię pierwszy raz, gdy jeszcze sypialiśmy z innymi. Pamiętam, jak zagotowało mi się w spodniach na twój widok i przysiągłbym na własne życie, że w twoich był taki sam ukrop.

- To straciłbyś życie, Maurizio. A ja nawet tego nie zauważyłem...

- Zach, czy z nami coś jest nie tak?

- Sam już nie wiem, Moritz. Daray, powiedz to jeszcze raz.

- Ale co?

- Powiedz, że nie jesteś gejem.

Ponownie wlepili w niego gały.

- Nie jestem gejem. - I znów nic.

Westchnęli obaj głęboko, jak na komendę.

- To jakieś czary, ale niech ci będzie. Idę kończyć spaghetti, bo trawler już prawie zacumował.

Faktycznie, po chwili dołączył do nich Jeremi i każdego z osobna wyściskał, dziękując za możliwość obejrzenia tego z bliska. Takiego bliska! Prawie ręką mógł sięgnąć statku, widział każdy jego detal. Będzie miał o czym opowiadać kolegom w szkole i Jonatanowi. Maurizio przelotnie pomyślał, że stopnie odwagi czy też tchórzostwa najmłodszego Callaghana zwężają się i rozszerzają w zależności od sytuacji. Okrzyk Fergala omal nie przyprawił go o atak serca, a głośna kupa żelastwa, zmierzająca wprost na niego, spowodowała wyłącznie zachwyt. Dziwną psychikę ma to dziecko. Dobrze, że poza tym jest takie kochane...

Usiedli do stołu i Maurizio kolejny raz patrzył z przyjemnością na małego chłopca, który tak sprawnie posługiwał się łyżką i widelcem przy zakręcaniu długaśnych nitek makaronu, jakby nigdy w życiu nic innego nie jadł. Nawet Daray nie potrafił tak zjeść spaghetti. Maurizio patrzył też z dumą, bo sam go przecież tego wyuczył. Szkoda, że ta sztuka dotąd nie udała mu się tak perfekcyjnie z Zacharym...

Było jeszcze całkiem jasno, gdy goście wychodzili, ale odczuwali już w powietrzu nadchodzący wieczór. Chyba nigdzie indziej na całym świecie zmiany pór dobowych nie były tak wyczuwalne, jak tutaj. Odetchnęli pełną piersią kilka razy, machając Jeremiemu i wrócili do świętowania, choć wciąż bili się z myślami, jak to możliwe, że Daray nie jest gejem...

8

Garda wrzała. Wydział Zabójstw wypełniony był ludźmi, bo ściągnęli każdego, kto mógł się przydać przy tej sprawie, także chłopaków z wydziału Eilis, oprócz szefa, który został z Emmą na straży społecznej. Carrick przedostał się przez tłum i uciszył zebranych.

- Właśnie dostałem informację, że w Cloosh Valley znaleziono kolejne ciało. Proszę podzielić się według przydziałów i natychmiast udać do zajęć. Ekipa wyjazdowa do samochodów.

- Ściągnęli cię z macierzyńskiego? Czy sama chciałaś? - Frank Murray dopadł jej przy drzwiach. - Emma pęknie z zazdrości.

- Znam Carricka jeszcze ze studiów, to on chciał, abym dołączyła. A mnie spodobała się ta idea.

- Zostawisz Teo samego z dzieckiem? - Tuż za Frankiem przesuwał się Paddy Flynn. - Da sobie radę?

- Nawet lepiej, niż ja. Lecę, Carrick się już niecierpliwi przy aucie.

Wsiadła szybko i wzięła w ręce kopertę z danymi dotychczasowego śledztwa, bo nie zdążyła się z nimi zapoznać na komputerze. Do Cloosh Valey pojadą jakieś pół godziny, może trochę dłużej, będzie czas, aby wszystko przejrzeć. Czytała raport koronera i posterunkowego, który pierwszy był na miejscu i oglądała zdjęcia, choć te nie były najlepszej jakości. Notatka z przesłuchania Patricka O'Rourke, spacerowicza, który znalazł Norę Fitzgerald, czy raczej jej zwłoki, była chaotyczna i niczego nie wnosiła do sprawy.

- Musimy zacząć od niego - pokazała notatkę Carrickowi. - Tu jest jakiś bełkot.

- Zgoda, zacznijmy od niego, bo i tak wszystko musimy jeszcze raz zweryfikować, nawet koronera. Brakuje w raporcie przynajmniej połowy szczegółów. Chyba będę musiał ściągnąć swojego z Dublina, ten wasz nie ma pojęcia, o co chodzi w śledztwie o morderstwo.

- Nigdy wcześniej tego nie robił, sama teoria, nawet wykuta na blachę, nie pomoże. Daj mu szansę, musi kiedyś nabrać doświadczenia. Pomóżmy mu, zamiast dyskwalifikować na starcie.

Carrick nie szczędził nogi na gazie i dojechali szybko. Kawałek drogi musieli przejść między drzewami, a wieczór się zbliżał, więc chcieli zdążyć przed zmrokiem. Eilis rzuciła okiem w stronę wypalonej części lasu i coś ją ścisnęło pod sercem. Jakaż to szkoda. W Irlandii nie ma zbyt wielu powierzchni leśnych, ten obszar jest, czy raczej był, największym zbiorowiskiem drzew na wyspie.

W pobliżu miejsca zbrodni kręciło się trochę ludzi, ale Eilis natychmiast zauważyła fotografa z wydziału zabójstw, który stał pod drzewem i rzygał jak kot, aż mu się grzbiet sprężał. Zdziwiła się lekko, przecież to nie nowicjusz, ale podszedłszy bliżej zrozumiała, dlaczego tak zareagował. Zwłoki znajdowały się w stanie zaawansowanego rozkładu, ich odór czuć było kilkanaście metrów dalej, a fotograf musiał podejść bliżej, aby wszystko dokładnie udokumentować. Eilis najpierw zobaczyła gąszcz rudych włosów.

- Marie Duffy - usłyszała za plecami głos Franka Murray'a. - Jaka szkoda.

- Znacie ją?

- To jedna z zaginionych, chyba. Mamy tylko włosy, póki co.

Podeszli bliżej. Odór stawał się coraz bardziej odstręczający, ale niezbyt zwracali na to uwagę. Zaczęli dostrzegać szczegóły. Dziewczyna klęczała przy drzewie, obejmując je i przyklejając policzek do jego kory. Ręce miała mocno skrępowane. Pod każdym z kolan widniał sznurek, który, związany z drugiej strony drzewa, uniemożliwiał jakikolwiek ruch. Rozcięte na całej długości tułowia ubranie i bielizna obnażały plecy i pośladki.

- Gdzie jest fotograf? - Carrick rozglądał się wokół.

- Tutaj, tu jestem - ocierał usta Teagan Reilly i śpieszył w stronę śledczego.

- Ogarnij się, człowieku. Chcę mieć na zdjęciach każdy detal, w tej pozycji i później, kiedy ją odetną. Dzisiaj. Pełen zestaw. Masz jej zajrzeć w każdą dziurę. Jeśli braknie choć centymetra, wylecisz na bruk.

- Tak jest.

Teagan natychmiast zabrał się do pracy. Eilis stawała tak, aby mu nie przeszkadzać i dokładnie przyglądała się ciału, patrząc też na zdjęcia Nory Fitzgerald. Pozycje kobiet były identyczne, tylko Nora, odnaleziona w miarę szybko, wyglądała, jakby chciała posłuchać drzewa. Eilis poczuła się dziwnie, gdy przypomniała sobie przyjaciół, naśladujących Daray'a i dzieciaki. Nie widziała tego, ale Maurizio uwielbiał o tym opowiadać. Widać na świecie żyły całe tabuny miłośników opowieści drzewnych, nie tylko jej brat i przyjaciele. Ale, swoją drogą, aż taki zbieg okoliczności? Jednak Daray nie klękał, więc to tylko głupie skojarzenie. Wzdrygnęła się wewnętrznie i wzruszyła sama sobie ramionami. Co za idiotyczne myśli! Ich znajomi mieli swoje słabostki, jak każdy, ale skąd w ogóle to nawiązanie do nich w kwestii morderstw? Straszna jakaś bzdura plącze jej się po głowie. Nikt z nich nie byłby do tego zdolny. Zbyt dobrze ich zna. Trzeba zająć się zwłokami, a nie myśleć o utopiach. Zaraz je odetną.

Eilis nie była pewna, czy ma ochotę patrzyć na uwalnianie ciała z krępujących je więzów, bo jeśli miałoby się w trakcie rozpaść na kawałki, nawet jej żołądek może nie wytrzymać. Cały czas zapisywała coś w notesiku, jakby nie chciała, aby umknął jej choćby najmniejszy ze szczegółów.

- Używasz jeszcze papieru? Zapomniałaś smartfona? - Carrick, podobnie jak Eilis, zaglądał ofierze w każdą dziurę, ale niczego nie notował.

- Smartfon jest podpięty pod internet, a hakerów nie brakuje. Wolę tradycyjne metody, są bardziej ukryte przed niepowołanym wzrokiem.

- Przecież i tak będziesz to musiała później wpisać w komputer.

- Nie, to moje osobiste notatki. A poza tym policyjny sprzęt jest lepiej zabezpieczony, niż zwykły smartfon.

- Macie jakieś psy tropiące? - Zwrócił się do nadchodzącego właśnie Franka.

- My nie, ale kryminalni mają. Trzy zdaje się, wilczury.

Carrick wyjął smartfon i szybko wyszukał numer.

- Potrzebuję psy tropiące. No, choćby jednego. Jeszcze dziś. Możecie to zorganizować? ... Dzięki.

- I co?

- Do godziny przyślą dwa, jeden jest gdzieś na akcji.

Ekipa od koronera owinęła zwłoki workiem przed odcięciem, aby zabezpieczyć ślady, więc się nie rozpadły, na szczęście. Położyli je na ziemi, nie zapinając jednak worka, aby Teagan mógł zrobić kolejne zdjęcia. Patrzyli beznamiętnie na kolegę, który odprawiał taniec zombie nad zwłokami i wokół drzewa, całkiem już nie zwracając uwagi na dokuczliwy odór.

- Cholera, wszystkie ślady zadeptali. - Carrick oddalił się nieco od drzewa i krążył wokół, wgapiając się w leśne poszycie.

- Będziesz miał psy.

- One są potrzebne do szukania kolejnych zwłok, jeśli takowe tu się znajdują. Na tropienie mordercy już za późno.

- Nie przeszukasz dzisiaj całego lasu, trudno kazać ludziom błądzić po ciemku między drzewami.

- Mają latarki. Czekanie tylko pogorszy sprawę, im więcej deszczu, wiatru i innych czynników, tym trudniej będzie coś znaleźć. Możecie ją już zabrać - zwrócił się do śledczych. - Chcę dziś jeszcze wyniki sekcji. Drobiazgowe.

- Koroner będzie dopiero rano.

- Ma być jeszcze dziś.

- Pewnie pije gdzieś w knajpie, jak każdego dnia.

- Macie go spod ziemi wykopać, postawić na nogi i zmusić do pracy. Daję wam dwie godziny. Jeśli do tej pory nie zamelduje się znad stołu, może więcej do roboty nie przychodzić. Ściągnę z Dublina kogoś kompetentnego. I w ogóle ma być do dyspozycji dwadzieścia cztery na siedem przez cały czas trwania śledztwa.

- Tak jest.

Położyli zwłoki na wózek i odjechali, a Eilis, Carrick i Teagan jeszcze przez długi czas przeczesywali teren. Śledczy zbierał próbki z drzewa, zgodnie z wytycznymi Carricka, choć burczał trochę pod nosem, gdy nikt nie słyszał, bo przecież on sam dobrze wiedział, co do niego należy.

Jeszcze tej nocy psy znalazły płytko zakopane zwłoki trzeciej kobiety. Po ubraniu wywnioskowali, że jest to Janina Marczyk. Przy kolejnych czynnościach śledczych zostali tam do rana; pracowały też psy, ale niczego więcej nie znaleźli. Wrócili do Galway przed południem, zmęczeni, ubabrani i wygłodniali, więc Carrick zaordynował kilka godzin odpoczynku.

10

Eilis zatrzymała się na moście, patrząc w stronę ujścia rzeki Corrib do oceanu. Nigdzie indziej na całym świecie takiej rzeki nie ma. Wypływa z jeziora o tej samej nazwie, jest jedną z najszerszych rzek w Europie, ale ma tylko sześć kilometrów długości. Praktycznie to rzeka jednego miasta, którego centrum rozłożyło się na niej wyspami. Ktoś mógłby pomyśleć, że Galway jest poprzecinane kilkoma kanałami, ale wciąż jest to Corrib, rzeka - unikat, unosząca na swych falach miejskie zabudowania, także Gardę, w której od lat pracowała Eilis.

Carrick dopiero po kilku krokach zauważył, że nie ma jej przy nim i nagle stanął. Odwrócił się i zobaczył ją przy barierce, nie zwracającą uwagi ani na niego, ani na cokolwiek innego wokół. Podszedł do niej szybko i pociągnął za łokieć.

- Chodźże, nie ma czasu.

- Pięć minut. - Nie patrzyła na niego. - Muszę to zrobić, jeśli mam funkcjonować bez usterek.

- Odpoczniesz w knajpie. Nie po to wyciągałem cię z komisariatu na obiad, żebyś mitrężyła czas na bzdety.

- Spójrz - wskazała wzrokiem bujne, rwące wody rzeki - na ten taniec. Rzeka i ocean obejmują się, zatapiają w sobie i wykonują figury szalonego walca, jakby świat wokół stanął i tylko oni, wodni kochankowie, mieli monopol na ruch. No, spójrz. Przecież ten widok jest bajeczny.

Carrick dotknął z troską jej czoła.

- Chyba dam ci ze dwa dni wolnego, mózg ci się przegrzał.

- Zastanawiałeś się kiedyś, w którym miejscu kończy się słodka woda, a zaczyna słona? A może gdzieś tam między nimi jest obszar wody pół słodkiej, pół słonej? I jak to jest: ocean zasala rzekę czy rzeka słodzi wodę oceaniczną?

Wciąż intensywnie patrzyła w ujście rzeki, wdychając głęboko powietrze, jakby chciała wysycić płuca morską bryzą, nim znów utoną w aktach sprawy.

- Naprawdę ci odbiło. Nie masz większych zmartwień? Chodź już, bo nie zdążymy zjeść.

Westchnęła głęboko, ale oderwała się wreszcie od barierki i poszła za nim w stronę Quay Street, obficie tętniącej życiem o tej porze.

- Znajdziemy wolny stolik? Tu wszędzie są tłumy.

- Chłopaki mają służbówkę, jeśli nic innego nie będzie wolne, przy niej nas posadzą.

Weszli do restauracji i zaraz przywitał ich Zachary. Ucałował Eilis i poznał Carricka, a za chwilę procedura powtórzyła się z Maurizio, który wyszedł z kuchni w fartuchu. Sporo ludzi siedziało w środku, ale były jeszcze wolne stoliki. Carrick otaksował wzrokiem chłopaków i uśmiechnął się prawie lubieżnie.

- Na co macie ochotę? - Zachary spytał z kelnerską usłużnością.

- Ja chcę krewetki Fra Diavolo i Kornelowe cannelloni. Na deser włoskie lody. - Eilis nie zajrzała nawet do menu.

- Krewetki Fra Diavolo? To chyba znaczy: "Brat Diabła", nie? Czy to knajpiana specjalność? Nazwaliście tę budę na ich cześć czy krewetki na cześć restauracji?

- Tak, to nasza specjalność. Ale tylko dla tych, którzy lubią, jak płomień pożera ich układ pokarmowy.

- O, to ja też poproszę. Rozumiem już, skąd ta nazwa. I żeberka jagnięce z warzywami. A na deser Kornelowe ciasteczka.

Zachary się zaśmiał.

- Niestety, polskich ciasteczek nie mamy w menu, to włoska knajpa.

- Ale irlandzkie barany macie.

- Bo knajpa jest w Irlandii. Mielibyśmy przynajmniej połowę konsumentów mniej bez dań irlandzkich.

- To niech będzie tiramisu.

- Już podaję.

- Eilis, bo chyba sto razy chciałem zapytać, kim był ten cudny chłopak, którego mijałem u ciebie?

- To mój brat, Daray. Ze swoim synkiem, Jeremim.

- Zafundował sobie dzieciaka? A wy też macie taki zamiar? - Zwrócił się do Maurizia, który usiadł z nimi przy stoliku.

- Jeszcze myślimy. Ale nie wykluczamy takiej możliwości.

- Musisz mi umożliwić bliższe poznanie tego bóstwa. W życiu nie widziałem takiego cudu. Miał go któryś z was? A może obaj? Jaki jest w te klocki?

Eilis zaśmiała się lekko.

- Niepotrzebnie się ślinisz, Daray nie jest gejem. Ma żonę od dziesięciu lat i jest szczęśliwy w tym związku.

- Och, wariat. Po co mu taki kamuflaż? Jeszcze z szafy nie wyszedł? Wyciągniemy go, prawda, chłopaki? Mmm, ale to jest dobre.

Maurizio pomyślał, że coś tu jest dziwnego, skoro taki wyga też się dał nabrać na Daray'a.

- On naprawdę nie jest gejem, już go przetestowaliśmy.

- Niemożliwie! Jasna cholera, ale to jest dobre... Muszę go poznać mimo wszystko, ja tam swoje wiem.

- Daj nam jakiś dzień wolnego, to spotkamy się wszyscy. - Eilis wyskrobywała lody z pucharka. - I tak jeszcze nie zrobiliśmy parapetówki.

- Dobra. W sobotę skończymy wcześniej, w niedzielę zaczniemy po południu. I tak czekamy na analizy DNA, trochę luzu nam się przyda.

- Chłopaki, dacie radę?

- W sobotę jest zatrzęsienie, letni sezon. Mowy nie ma.

- A w piątek? - Carrick ocierał usta po tiramisu.

- To już bardziej.

- No to w piątek skończymy wcześniej. Reszcie będzie pasować?

- Och, im jest wszystko jedno. Muszę jeszcze tylko upewnić się, że Daray nie ruszy w trasę i Keira nie pójdzie na dyżur.

- Koniecznie. Bez niego szkoda czasu na imprezy. Chłopaki, a z wami kiedy? Jakiś trójkącik może?

- Wybacz, bracie - Zachary objął Maurizia. - My się już od dawna w to nie bawimy. Wzięliśmy ślub z miłości i chcemy być sobie wierni.

Carrick wydął usta lekceważąco.

- Stetryczeliście trochę za wcześnie. Cóż, trudno, mogłoby być fajnie, ale jeśli nie chcecie, to nie. Mam nadzieję, że moja propozycja nie pogorszy naszych układów, byłoby mi przykro.

- Będzie dobrze. Mam nadzieję. - Maurizio ucałował Eilis na pożegnanie, nie patrząc na Carricka. - Pozdrów Teo i daj buziaka Adamowi.

- Dobrze. Jak tylko ich zobaczę, co może nie nastąpić zbyt wcześnie.

- A jak się Lidka sprawuje? - Już w drzwiach zapytał Zachary.

- Była u nas tylko dwa dni, potem się przeniosła do jakichś znajomych. Twierdzi, że za bardzo ją ograniczamy.

- Dalej szuka Romy?

- Nie, już znalazła. Teraz ją nęka. I w ogóle wymyśliła sobie, że urodzi dziecko komuś na zlecenie, bo potrzebuje kasy, a to łatwy zarobek. Wariatka.

- Czemu? Dużo osób korzysta z surogatek.

- Kiedyś to dla mnie też nie było problemem, ale teraz mam dziecko, wiem, co to znaczy nosić je dziewięć miesięcy we własnych trzewiach i w ogóle sobie nie wyobrażam, abym mogła komukolwiek je oddać. Za nic. Z nią też tak może być, a potem zostanie sama z dzieckiem i to małe biedactwo dostanie niezłą szkołę życia.

- Ty tego chciałaś, w dodatku ojcem jest ktoś, kogo kochasz i z kim chcesz spędzić całe życie. Dziecko obcych ludzi może już tak za serce nie łapać.

- Pojęcia nie masz, o czym mówisz. Cóż to za różnica, kto nasienia dostarczył? Tu, w tym miejscu, rozciągał mnie i kopał. Krew z krwi, kość z kości. Czułam każdy jego ruch. Był tylko mój przez dziewięć miesięcy. Że o porodzie nie wspomnę. Widziałam jego cudną buźkę miesiące przed tym, zanim zawitał na świat. I miałabym go oddać? Za nic.

- Masz rację, jednak Lidka to nie ty. Ona ma przetrącony kręgosłup, więc może i do tego być zdolna.

- Albo tylko narobić kłopotów ludziom, którzy na to pójdą.

Carrick stał cierpliwie, słuchając tej rozmowy, ale już zaczynał spoglądać na zegarek. Eilis natychmiast to zauważyła.

- Dzięki jeszcze raz - ucałowała Zacha. - Do zobaczenia.

- Pa.

11

Ava O'Brien wynajmowała na Newcastle Road tak zwane studio, czyli osobny domek w głębi ogrodu, w którym wszystko - z wyjątkiem łazienki - znajdowało się w jednym pomieszczeniu. Kuchenka ze stolikiem i dwoma krzesłami, salonik z rozkładaną kanapą i telewizorem oraz szerokie łóżko na antresoli nad szafą. Do łazienki wchodziło się tuż za szafą. Warunki jak dla robaczka świętojańskiego, ale Avie to zupełnie wystarczało. Stać ją było na czynsz, który siłą rzeczy nie mógł sięgać kosmosu i była sama, mogła żyć według własnych upodobań. Trochę czasu spędzała z siostrą, jej rodziną i przyjaciółmi, ale w zasadzie lubiła własne towarzystwo. Namiętnie oglądała wszelkiego rodzaju opery mydlane, marząc o wielkiej miłości i bajkowym życiu z ukochanym. Spotykała się z różnymi facetami, jednak żaden z nich nawet na jotę nie przypominał wymarzonego ideału. Czekała jednak cierpliwie, wierząc święcie, że jej marzenia się spełnią. Była atrakcyjną kobietą, jeszcze przed trzydziestką, nigdy nie miała problemu z przygruchaniem kogoś do pobaraszkowania, więc i miłość na pewno kiedyś stanie się jej udziałem.

I wtedy to na nią spadło. Nie wiadomo jak i skąd, wszak znała Daray'a od lat, czemu właśnie teraz nagle uzmysłowiła sobie, że to on, ten jedyny, wyśniony, umiłowany. Jakiś gest, który wcześniej nie wpadł w oko? Zapach, kiedyś rozpływający się w oparach prozaicznej rzeczywistości? Uśmiech z gatunku wpadających prosto w serce? Pojęcia nie miała. Kiedy po kolejnej, niemal nieprzespanej nocy zdała sobie sprawę, że nic już innego nie ma znaczenia, doznała załamania nerwowego i nawet nie poszła do pracy. Tyle lat czekała. A kiedy miłość spurpurowiała w jej sercu jak dojrzała róża, jedynym odczuciem, które wybijało się na światło dzienne, były kolce świadomości, że ta sprawa jest beznadziejna. Pomijając fakt posiadania przez niego żony, najboleśniejszą była myśl, że Daray nigdy jej nie pokocha. W ogóle na nią uwagi nie zwraca. Co najwyżej tyle samo, co na wszystkich innych znajomych. Jest tak pochłonięty swoją rodziną, że nawet, gdyby istniała jakaś szansa, Ava nie miałaby odwagi próbować jej wykorzystać, bo rozwalenie takiej rodziny byłoby co najmniej zbrodnią.

Postanowiła bohatersko zerwać wszelkie kontakty z tym towarzystwem, znajdzie sobie własne, a zresztą wcale nie potrzebuje żadnych kontaktów z ludźmi. Miała naprawdę szczere zamiary, ale nic z nich nie wyszło. Myśl, że mogłaby już nigdy więcej nie zobaczyć Daray'a, zbyt boleśnie ciążyła w każdym atomie ciała. Miotając się sama ze sobą kierowała się na niego jak ćma na światło, wiedziona wyłącznie instynktem, bo gdy włączało się myślenie, natychmiast unikała go ze wszystkich sił. Jej manewry zauważyła tylko Keira, dając Avie bardzo wyraźnie do zrozumienia, że ma się nie ważyć nawet o tym myśleć, ale i bez tego Ava nie zrobiłaby niczego, aby w jakikolwiek sposób zranić tę rodzinę. Kochała Daray'a, lubiła Keirę, mały Jeremi był taki słodki, mądry i śliczny, jak więc w takiej sytuacji mogłaby zniszczyć im sielankę? Bolało jak oparzelina, ale nie było na to lekarstwa.

Wróciła z pracy zła, bo kazali jej zrobić bilans miesięczny, a to mogło spowodować jej nieobecność na parapetówce u Eilis i Teo. Cały weekend w plecy. Jeśli analiza wykaże nieprawidłowości, musi odpuścić piątkową imprezę, aby zdążyć i trafi ją jasny szlag. W prezencie na nowe mieszkanie kupiła im piękny, porcelanowy serwis do kawy, ale nie to przecież było głównym problemem, serwis można zwrócić w razie czego albo dać im go później, przy jakiejś innej okazji. U Kamińskch będzie Daray, mogłaby chłonąć go wszelkimi zmysłami przez cały wieczór, nawet do niego nie podchodząc. Wystarczy, że będzie w zasięgu wzroku. Rzuciła ze złością torebkę o podłogę i usłyszała pukanie. Stała przy drzwiach, więc otworzyła je natychmiast, ze zdziwieniem patrząc na stojącego za nimi Martina. Zanim zdążyła coś powiedzieć, Martin wepchnął ją do środka, zamknął drzwi i porwał w objęcia. Całował z gotującą się w nim namiętnością, aż traciła oddech i świadomość. Żadna myśl nie postała w jej głowie nawet wówczas, gdy podarł wszystko, co miała na sobie i rzucił golusieńką na kanapę. Całował ją teraz wszędzie i robił to z wielką pasją, znajomością wrażliwych kobiecych punktów i nieziemskim uniesieniem. Nie zauważyła, kiedy się rozebrał i posiadł ją diabelsko, wiedziała tylko jedno: nigdy w życiu nie było jej tak dobrze z facetem. Teraz już rozumie, co baby widzą w tym bezbarwnym typie.

Kiedy zmysły uspokoiły się wreszcie, zauważyła, że Martina już nie ma. Usiadła goła na kanapie i próbowała zrozumieć, co się właśnie stało. Czy on ją zgwałcił? Można byłoby tak to określić, gdyby nie fakt, że ona nawet najmniejszym gestem nie zaprotestowała przeciw temu, co robił, mógł spokojnie uznać to za przyzwolenie z jej strony. Jak więc ów czyn nazwać? Przecież nie akt miłości, każde z nich kochało kogoś innego. Przez chwilę nie potrafiła myśleć o czymś innym, jak tylko o niezwykłej rozkoszy, której zaznała za jego przyczyną. Dlaczego nigdy dotąd nie było jej tak dobrze? Może właśnie potrzebowała elementu zaskoczenia i pozorów gwałtu? Intensywności działań? Braku słów, gier wstępnych i całych durnych otoczek poprzedzających seks? Może delikatność, czułość i miłość to nie jej bajka? Pomyślała o Daray'u i aż zgięła się w pół z bólu. Jak mogła w ogóle do tego dopuścić? Zrobiło jej się niedobrze, bo teraz dopiero poczuła smak łapczywych warg i języka Martina, tak obcy i wstrętny, tak zupełnie niepodobny do tego, co mogłaby dostać od Daray'a... Pobiegła do łazienki i wymiotowała przez chwilę, a później włączyła prysznic. Stała pod nim chyba z godzinę, mydląc się raz po raz i trąc skórę gąbką, aż cała zrobiła się czerwona. Strasznie wkurzały ją kontrasty, jakie błądziły po krańcach świadomości: diabelskie obrzydzenie wymieszane ze skurczami rozkoszy, której na pewno nigdy nie zapomni. Tak, Martin wiedział, co jest potrzebne kobiecie do osiągnięcia szczytów i doskonale potrafił to wykonać.

Dlaczego, do jasnej cholery, w ogóle się nie broniłam? Tchnął we mnie jakiś gaz paraliżujący? Co ja sobie myślałam? Sęk w tym, że nic nie myślała. Wyłączył jej szare komórki tak skutecznie, że choć każdy atom ciała w momentach świadomości broniłby się przed nim z całych sił, to nie zrobiła nic. Zupełnie nic. Jakby o niczym innym w życiu nie marzyła, tylko o tym, aby Martin ją zgwałcił. I znów: zgwałcił czy nie? Przeleciał, to pewne. Dosłownie i w przenośni. Zrobił coś, czym Ava gardziła od najmłodszych lat, a mimo to wciągnął ją w krainę rozkoszy. I to jakiej. Wciąż miała dreszcze na jej wspomnienie.

Do diabła z rozkoszą, dreszczami, całą tą idiotyczną rozterką! Jak ona teraz pokaże się przyjaciołom na oczy? Martin pewnie będzie udawał, że nic się nie stało, ale ona takich sztuk dokonywać nie potrafi. Zbyt ceni sobie szczerość i dobre układy między przyjaciółmi. Co więc ma zrobić? Pal sześć parapetówkę, i tak pewnie nie zdąży, jeśli jeszcze kilka godzin będzie siedzieć bezwładnie i bić się z myślami. Co zrobić? Co, do kurwy nędzy, zrobić? Najprościej byłoby pójść do Shony i wszystko jej powiedzieć. Ciężar spadnie z serca, kiedy wszystko wyzna. Już prawie miała się ubierać, gdy dopadła ją znana wszystkim groźba Shony, że zostawi Martina, jeśli ten ją zdradzi. Przecież oni mają dziecko, będzie cierpiało przy takim obrocie sprawy. No i Shona może wobec przyjaciół całą odpowiedzialność zrzucić na nią, Avę, choć jest bogu ducha winna. A czy na pewno? Nieraz broniła się przecież przed zakusami facetów, skutecznie, czemu nie zrobiła tego teraz? A może faktycznie to ona jest wszystkiemu winna? Jak to kiedyś Teo przytoczył polskie powiedzonko: jak suka nie da, pies nie weźmie... Mądry jakiś ten polski naród. Ile w tym jest racji! Ze dwadzieścia razy ktoś próbował ją brać wbrew jej woli, nawet gwałtem, a nigdy na to nie pozwoliła. Co zrobiła teraz? Stała bezwolnie i pozwalała mu, bez słowa czy gestu, robić wszystko, na co miał ochotę. I jeszcze drżała przy tym z rozkoszy...

Jasna cholera, opętał ją chyba jakiś obłęd. Kręcąc się tak za własnym ogonem nigdy nie dojdzie do żadnych wniosków. Niczego rozsądnego nie zrobi. Zostanie w swoich czterech ścianach, aż tu zgnije, bo nie będzie umiała stanąć twarzą w twarz z kimkolwiek. Czy coś takiego przydarzyło się komuś wcześniej, czy tylko ją jakieś złośliwe moce pokarały w ten sposób, nie wiedzieć, za co? Trzeba by sprawdzić w internecie. Nim jednak myśl ta do niej dotarła, znów poczuła, niemal jednocześnie, odium do tego faceta i skurcz na wspomnienie rozkoszy. Co za idiotyzm. Jak to jest możliwe? Jeśli czuje się do kogoś wstręt, żadna rozkosz z nim nie jest możliwa. Ale przecież w trakcie nie czuła do niego wstrętu, w ogóle - poza rozkoszą - niczego nie czuła, czemu teraz mdli ją na samo jego wspomnienie?

Pół nocy spędziła na męczącej analizie tego, co zaszło, a potem zasnęła na kanapie, nie dochodząc do żadnych racjonalnych wniosków. Rano, tuż po przebudzeniu, wiedziała jednak na pewno: bez względu na następstwa i kolejność ich wydarzeń, natychmiast musi zobaczyć się z Shoną. Ubrała się byle jak, bez makijażu, zadzwoniła do pracy, że nie przyjdzie, wsiadła do swojego krwistoczerwonego Suzuki i pojechała na Scailg Ard.

12

- Kaminsky, do Johnstona! Biegiem! - Flynn przeszedł bardzo szybko obok niej i wyrzucił te słowa jak z karabinu.

Zdążyła się tylko lekko zdziwić, że Paddy nie woła jej po imieniu, tylko stosuje służbową sztywność, ale przywykła do natychmiastowych działań, poszła za nim.

W gabinecie szefa kryminalnych, który Carrick chwilowo uważał za swój, było już kilka osób, tych "wtajemniczonych", czyli z najwyższym dostępem do tajemnic sprawy. Carrick uruchamiał komputer podłączony do dużego ekranu i po chwili oczom wszystkich ukazały się trzy zdjęcia koło siebie, każde przedstawiające zwłoki w innym stadium rozkładu.

- Mamy potwierdzenie. To Nora Fitzgerald, Marie Duffy i Janina Marczyk - wskazywał kolejno. - Wszystkie na kurarynie, z rozerwanymi waginami i odbytami, zadźgane dziesięcioma pchnięciami w plecy. Brak śladów spermy. Mamy seryjnego mordercę. I jego DNA, znalezione we wszystkich miejscach zbrodni, jakby wcale się nie zamierzał ukrywać. Niestety, w kartotekach go nie ma. Wiecie, co to oznacza. Żmudna układanka i profilowanie. Ta znaleziona w tak zwanym grobie też wcześniej była przywiązana do drzewa. Śladów nie mamy zbyt wiele, pogoda irlandzka nie sprzyja ich zachowaniu, ale jak się dobrze postaramy, upieczemy chleb z tej mąki. Zaczynamy od środowisk, z których wywodzą się ofiary, ale bez rozgłosu, dyskretnie. Musimy teraz ustalić, czy były jakiekolwiek między nimi powiązania, czy też występuje tu pełna przypadkowość. To bardzo ważne dla ustalenia profilu sprawcy.

- Co robimy z dziennikarzami? Przejść nie można przed Gardą.

- Jeszcze nic, niech sobie koczują, jeśli lubią.

- Będą wypisywać bzdury, może lepiej podać im jakieś informacje.

- Wtedy dopiero zaczną wypisywać bzdury! Nie, jeszcze za wcześnie. Kto zajmie się rodzinami?

- Ja - Frank zgłosił się na ochotnika.

- Dobrze, ale jeszcze nie teraz. Rozmawiaj tylko z Fitzgeraldami i tylko o Norze.

- Tak jest.

- Powiem ci, kiedy zwrócisz się do kolejnych. Eilis, poczekaj - zawołał za wychodzącą koleżanką.

Zatrzymała się i czekała przy drzwiach.

- Wejdź, musimy pogadać.

Pozostali wyszli wreszcie i Carrick wskazał Eilis krzesło po drugiej stronie swego biurka.

- Jak dobrze znasz polskie środowisko tu, w Galway?

Popatrzyła na niego przeciągle.

- Znam tylko Teo, Barbarę i Kornela. Teraz jest jeszcze Lidka, siostra Teo, ale ona pewnie za chwilę wyfrunie gdzieś w nieznane, znikając nagle tak, jak się pojawiła. Janiny Marczyk nie znałam, jeśli o to ci chodzi.

- Też. Ale głównie o dostęp do nich i możliwość rozejrzenia się, dyskretnie, oczywiście.

- Nie wiem, jak chcesz zrobić to dyskretnie. Nikt z nas tutaj nie zna polskiego.

- A Teo?

- Nie. Albo Teo, albo ja. Mamy maleńkie dziecko, pamiętasz? Któreś z nas musi z nim zostać.

- Och, to przecież tylko kilka dni, oddasz go do matki na ten czas.

- Nie, mowy nie ma. Abstrahując od tego, że Teo wyśmiałby cię z kretesem, ja też się na to nie zgadzam. Poza tym Teo nie ma pojęcia o policyjnej robocie, w życiu się nie zgodzę na żadne narażenie go na jakiekolwiek niebezpieczeństwo.

- Ale jesteś uparta. Kiedyś zrobiłabyś wszystko dla dobra sprawy.

- Ja mogę zrobić. Ale nie kosztem moich najbliższych, zwłaszcza Adama i Teo.

- To chociaż pogadaj z Teo, może zna ludzi, którzy coś wiedzą.

- Mogę go zapytać, ale to na nic. Teo nigdy specjalnie nie szukał szerokiego towarzystwa, zwłaszcza Polaków, a od kiedy jesteśmy razem i on pracuje na własny rachunek, w ogóle się z nikim nie spotyka, poza naszymi wspólnymi przyjaciółmi, wśród których nie ma żadnych Polaków. Jeden Włoch, reszta to miejscowi. On nam nie pomoże, szkoda czasu na takie dyskusje.

- Sam go zapytam w piątek.

- Zakraczą cię wszyscy. Mamy taką zasadę, że na imprezach nie rozmawiamy o pracy. A poza tym, szkoda czasu, mówię ci. Teo nie zostawi Adama z nikim, oprócz mnie. No i nieuzasadnione podejrzewanie o takie zbrodnie akurat Polaków wkurzy go mocno, możesz stracić nowych przyjaciół, zanim ich jeszcze zyskasz.

- Nie wysuwam podejrzeń, ale niczego nie mogę wykluczyć, sama przecież wiesz.

- Będziesz inwigilował środowiska wszystkich obcokrajowców w Galway?

- Jeśli zajdzie taka konieczność... Póki co jednak, oprócz naszych dziewczyn, zginęła tylko Polka.

- To mógł być zwykły przypadek. Jeśli była na kurarynie, to znaczy, że morderca nie oczekiwał konwersacji. A tym samym pojęcia nie miał, że trafiła mu się Polka.

- Musi strasznie nienawidzić kobiet. Nie gwałcił ich, ale za to demolował seksowność tak obrzydliwie i brutalnie, jakby chciał zniszczyć cały rodzaj żeński.

- Tak musieli wyglądać ludzie nabijani na pal w dawnych wiekach.

- A może faktycznie nabijał je na pal?

- Jak? Na klęczkach?

- Pamiętaj, że były bezwładne. Mogły na kolana opaść "zaliczając" po drodze naostrzony pal. Pewnie im trochę pomagał, naciskając na ramiona z góry. Musimy zapytać koronera, czy to możliwe. Chodź - zerwał się nagle. - Wracamy do lasu.

- Szukać pala?

Złapał w biegu kurtkę i zawołał przechodzącego właśnie szefa kryminalnych.

- Wyślij psy do Terryland Forest Park i Barna Woods. I ludzi, żeby szukali pala.

- Czego?

- Pala, zaostrzonej grubej belki, na którą można nabić człowieka. A przynajmniej kobietę.

Popatrzył zdziwiony, ale nic już nie powiedział. Oddalił się szybko, a Eilis, niezbyt zachwycona kolejną wyprawą do Cloosh Valley, spytała, czy nie może wysłać tam ludzi.

- Mogę i wyślę, ale też chcę tam być. Wolisz zostać? Wezmę Paddy'ego.

- Nie, tak tylko spytałam. Zwykle nie zajmujesz się sam takimi detalami.

- Eilis, to nie jest detal, jeśli faktycznie znajdziemy... Halo? - W międzyczasie wybrał jakiś numer. Doszli już do auta. - Słuchaj, medycyno. Czy obrażenia okolic krocza u naszych ofiar mogły powstać w wyniku wbicia na pal? ... Bosko. Dzięki. Nasza Eilis jest genialna.

- Ja? - Zdziwiona wsiadała do samochodu.

- Przecież ty na to wpadłaś, mnie nigdy nie przyszłoby to do głowy.

- Zasługa Teo. Albo raczej jego wina.

- A cóż on ma z palami wspólnego?

- Ech, długo by tłumaczyć... Może kiedyś ci opowiem.

- Mów, mamy jakieś pół godziny.

- No, dobra. Teo posiada sporo polskich książek. Nie mam szans ich przeczytać, ale na podstawie trzech z nich jednego autora - nie pamiętam nazwiska - tak zwanej trylogii, Polacy nakręcili filmy. Teo kupił je w internecie, wersję DVD z angielskimi napisami. Wszyscy je oglądaliśmy, po kolei. Dla nas to takie kostiumowe, trochę egzotyczne, kolorowe bajki, lekko przydługawe, ze zbyt dużą ilością archaicznej batalistyki; dla nich to duma narodowa. Zwłaszcza tacy rycerze, którzy jeżdżąc na koniach przypinali sobie wielkie skrzydła, aby siać zamęt i postrach hałasem, wywoływanym przez ich metalowe piórka. Byli ponoć nie do pokonania. Nie pamiętam, jak się nazywali, ale to w sumie tutaj nie ma nic do rzeczy. Właśnie w tych filmach pokazywali, jak w tamtych czasach traktowano się nawzajem. Włącznie z wbijaniem na pal. Śniło mi się to po nocach z początku, ale później przywykłam.

- Macie je w domu?

- Te filmy? Tak.

Carrick zatrzymał nagle i zawrócił auto.

- To jedziemy najpierw do ciebie. Muszę to zobaczyć.

- Człowieku, to jakieś jedenaście godzin oglądania.

Zaśmiał się lekko.

- Ależ ja nie chcę oglądać całych filmów, mam gdzieś polską historię. Muszę zobaczyć wbijanie na pal. Dużo było tych scen?

- Z tego, co pamiętam, to dwie.

- I świetnie. Obejrzę obie, a potem pojedziemy do lasu. Albo faktycznie kogoś tam wyślę. Niech Paddy bierze ekipę... Nie. Muszę zobaczyć gdzie i jak to porzucił, jeśli coś takiego faktycznie znajdziemy. Zrobimy to sami.

14

Na pogrzeb Nory Fitzgerald Carrick poszedł osobiście, bo chciał dobrze przyjrzeć się obecnym na nim ludziom. Bywało czasem, że seryjni mordercy chodzili na pogrzeby swoich ofiar z sobie tylko znanych przyczyn i miał nadzieję, iż wypatrzy kogoś z podejrzanym zachowaniem czy choćby tym czymś w twarzy, co odróżni go od prawdziwych żałobników. Opuszczał jednak cmentarz zawiedziony, bo nic takiego nie miało miejsca. Ukłonił się z daleka Shonie Mccarthy i wsiadł do auta, postanawiając skorzystać z bliskości Gleann Dara i wejść w końcu do Teo, bo trochę im sprawa utkwiła w miejscu. Nie znaleźli ofiar w Terryland Forest Park ani w Barna Woods; nigdzie też nie natknęli się na zaostrzony pal, co do którego mieli podejrzenia, że stanowił narzędzie deformacji zamordowanych kobiet. Długie i żmudne rozmowy z krewnymi i znajomymi ofiar ciągnęły się w nieskończoność, niczego do sprawy nie wnosząc. Nic też nie wiedzieli na temat Janiny Marczyk ani jej środowiska, poza tym, że polska ambasada naciskała Gardę w Dublinie na poszukiwania swojej zaginionej obywatelki. Musi dostać się w to środowisko. Za wszelką cenę, bo tam może być klucz.

Już z daleka widział przed domem Kamińskich auto dostawcze Daray'a i rozkoszny dreszcz obiegł mu trzewia. Cudnie. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Teo wyjrzał z okna sypialni.

- Cześć. Poczekaj chwilkę, zaraz zejdę.

- Cześć. Dobra. Chwilkę poczekam.

Po dobrych kilku minutach drzwi się otworzyły i Teo wpuścił Carricka do domu.

- Obsłuż się, proszę. I przyjdź na górę, mamy tam robotę.

Wobec faktu ujrzenia Daray'a Carrick niczego więcej nie chciał. Podążył tuż za Teo do sypialni, w której szwagrowie składali nowiutką szafę i komodę, spiesząc się z lekka, aby zdążyć przed powrotem Eilis, która zabrała Adama na spacer, korzystając z wolnego dnia. Dźwięk wkrętarki i stukanie nie mają dobrego wpływu na maleńkie dziecko, więc pracowali dalej, prawie nie zwracając uwagi na gościa.

- Nie było szafy, gdy kupowaliście dom?

- Żadnych mebli, poza kuchennymi, nie było. Powoli do wszystkiego dojdziemy.