Rozdział 4
Zabrana z ogniska żagiew starczyła za pochodnię ledwo przez kilka kroków. Dalej doktor Malawski musiał zdać się na światło wyjątkowo pięknej pełni. Ruszył za dziewczyną prawie natychmiast, ale i tak w lesie zniknęła mu bez trudu. Chwilę błądził, szukając jakiejś przesieki, wreszcie ruszył na przełaj.
Trzask łamanych gałęzi, ciężkie sapanie i tłumione przekleństwa nie dały się już ignorować. Niemira, dotąd udająca, że nie dostrzega podążającego za nią mężczyzny, zatrzymała się.
- Tutaj - rzuciła szorstko. - Zbudzicie, panie, cały las.
W srebrnej poświacie wyglądała jak zjawa. Lniana sukienka zlewała się bielą z kolorem jej skóry. Luźno puszczone włosy tańczyły muskane wiatrem. Obróciła się, gdy stanął tuż za nią. W błyszczących oczach wciąż lśnił gniew, a delikatnie rozwarte usta drżały. Malawski pogładził ramię dziewczyny.
- Chciałem przeprosić za przykrości, które za moją przyczyną pannę spotkały. Może też zaoferować pomoc. - Przy tym roziskrzyły mu się oczy.
- Przepraszać nie musicie. Nie wasza wina, że ludzie są, jacy są. Pomocy też nie potrzebuję.
- Nie spyta chociaż panna, jaka to byłaby pomoc?
Niemira wzruszyła ramionami. Gestem zachęciła doktora, by szedł za nią.
- Spytać mogę, jeśli to was ucieszy.
- Ludzi się nie zmieni, mądrze panna mówi. Tego, jakim się urodziło, często też nie. Ale zrozumienie pozwala lepiej żyć z ludźmi. Ci tutaj zdają się pannę traktować jak odmieńca.
- Bo to prawda.
Westchnął ciężko.
- Widzi, panna, ja jestem człowiekiem nauki. Już w Zakopanem mi o pannie mówiono, że czary i tak dalej. Ja w takie rzeczy nie wierzę.
- Tym gorzej dla was.
Malawski zaśmiał się nerwowo. Zrównał się z dziewczyną, próbował spojrzeć jej w twarz. Fascynowały go rysy góralki - niby podobne do rysów jej krajanek, a jednak w pewien sposób obce, drapieżne.
- Dużo w pannie goryczy.
- Przepraszam - mruknęła machinalnie.
- Nie, mnie to nie gniewa. Powiedzmy tak. Ja wierzę w naukę. Dla ludzi czasem to czary jak każde inne. Ja wierzę w te, panna w inne. Możemy tak mówić?
- Możemy.
- Mógłbym wziąć pannę na badania. Do Krakowa. O! A może do Wiednia! Poznalibyśmy przyczynę tej wyjątkowej siły, wyjaśnienie. Dla mnie to ciekawy temat, przyznam, jest w tym prywata. Ale i w szerokim świecie nie byłaby panna już takim odmieńcem.
- Tak czy tak nim będę.
- Wielkie miasta są bardzo różnorodne. Nikt się nie będzie w panny sprawy wtrącał. A gdy rzecz się wyjaśni, może i tu będzie pannie lżej żyć. Naprawdę ta awantura, co tu widziałem... - Zmarszczył czoło w bolesnym wyrazie. - Nielekko tu pannie, widzę.
Westchnęła, ale zmilczała. Skręciła tylko gwałtownie w węższą przesiekę. Malawski dostrzegł, że ramiona dziewczyny lekko drżą. Pogładził ją delikatnie po plecach.
Witysza, spowita w nieodłączną ciszę, szamotała się wśród gęstych krzewów. Tęsknota przygnała ją na skraj hal i tam zatrzymała barierą pieśni, zaklęć i ziół. Demonica kuliła się za każdym razem, gdy łoskot kopyt Matohy przenikał Tatry, a kiedy na polanie rozniecono ogniska, przynosząc ogień watr, uciekła do lasu. I tam dogonił ją zapach kadzideł. Szła za nim, niezdolna ani się zbliżyć, ani zrezygnować z podążania za dziewczyną. Przez chwilę była szczęśliwa. Potem nadszedł ten człowiek i zalał jej myśli śmiertelnym spokojem, który zwykle miły, nie wróżył niczego dobrego. Ilekroć Niemira mu odpowiadała, jej twarz jawiła się Wityszy twarzą małego, naiwnego dziecka. "Uciekaj" - chciała wołać, ale w tę noc las nie był gotów użyczyć jej głosu. Wszędzie wisiały zaklęcia wykrzykiwane w trakcie redyku, modlitwy górali i prośby o ochronę słane do świętego Wojciecha. Nad nimi wszystkimi górował zaś zakaz Matohy. Gdy miastowy objął ramieniem Niemirę, Witysza zadrżała z lubości, a potem w jednej chwili skuliła się w sobie, targnięta rozpaczą. Ostatni raz spróbowała postąpić w stronę ludzi, ale bezskutecznie. Rozdarta i prawie oszalała ze strachu pognała ku skrajowi lasu. Jej nie wolno było się zbliżyć do dziewczyny, ale byli tacy, którym tego nie zakazano.
Niemira również zadrżała pod dotykiem, ale doktor odwrócił jej uwagę, wyciągając z wewnętrznej kieszeni płaską butelkę.
- Zimno pannie? Nie dziwię się. Noc chłodna. Panna tylko w takiej koszuli. To najlepsza wiśniówka, jaką znam. Pomoże.
Niemira sięgnęła po butelkę.
- Odważny pan doktor - mruknęła.
- Odważny?
- Nie słyszeliście, co mówią o takich, co to na letnisko przyjadą, panny do lasu prowadzają i jeszcze gorzałką częstują?
- Co też panna... Nigdzie nie prowadzałem, sama panna...
- No właśnie. - Wysunęła się spod jego ramienia. - A nie myśleliście, że w tych opowieściach o rusałkach i brzeginach szczypta prawdy siedzi? Że mamią, kuszą i prowadzą do zguby? - Pociągnęła duży łyk alkoholu.
Zaśmiał się nerwowo, zabrał jej z dłoni butelkę.
- Że panny można się bać, to już tam na hali było widać. - Rozejrzał się wokoło. - Co też pannie przychodzi do głowy?!
- Nieważne, co mi, ważne, co wam. Jak nic, to bać się czego nie macie, doktorze. - Obróciła się plecami do mężczyzny i ruszyła przed siebie.
Czuła przez chwilę jego wahanie, potem usłyszała, że sam pociągnął łyk z butelki.
- Dokąd idziemy? - Jego głos zabrzmiał zimno.
- Ja do lasu. A doktor? Na was już chyba pora?
W niewielkiej odległości zawył wilk. Niemira zwróciła twarz w tamtą stronę. "Szelest" - pomyślała i ciemna kreska jej ust wygięła się w uśmiechu.
- Zdecydowanie na was pora.
- Nie odprowadzi mnie panna?
- Nie. Starczy, że się obrócicie i pójdziecie prosto przed siebie. Potem śpiewy was naprowadzą. Nie jesteśmy daleko, ale jeśli teraz nie zaczniecie iść, to już nie wrócicie.
Powyżej hal i lasów, w zacisznej grocie zasłoniętej kosówkami, Leleja zachłysnęła się nagle trupim odorem. Uniosła się na przedramionach, momentalnie rozbudzona i czujna jak ptak. Jan spał spokojnie, szczelnie otulony baranicą, ze skotłowanymi ubraniami wciśniętymi pod głowę. Niewrażliwa na chłód brzegina wstała naga. Pospiesznie, ale pilnując, by nie zbudzić człowieka, wymknęła się z groty. U jej wejścia potok siłował się z kilkoma głazami, ostatecznie pokonując uskok spienioną kaskadą. Leleja wciągnęła głęboko powietrze, znów łapiąc woń śmierci. Aura cichej przesiąkała między skałami, brnąc pod prąd strumienia, i znaczyła swój szlak obumierającymi roślinami. Brzegina skoczyła w wodę, rozpadła się w jej cudownym prądzie, tworząc na powierzchni ledwie połyskliwy cień i po chwili stanęła na kamieniach poniżej uskoku. Kilka kroków dalej ujrzała dziecięcą postać w białej sukience, wspierającą się w marszu żelazną rózgą.
- Witysza, dokąd?!
Cicha zamachała rękami, jakby chciała odegnać Leleję z drogi. Parła przed siebie, nie bacząc na nic, wstrząsana strachem.
- Stój! Mnie powiedz. - Brzegina próbowała zagrodzić jej drogę, ale ta przemknęła obok jak psotne dziecko, nurkując pod wyciągniętą ręką. - Czekaj! Zważ na zakaz Matohy! Witysza, co się dzieje? Pomogę ci przecież. Tylko go nie budź, proszę. Nie wolno ci się zbliżać do nikogo z Dymnego Wąwozu, nie pamiętasz?! A Jan na pewno cię spostrzeże. Witysza, złego narobisz. Sobie i im.
Cicha zatrzymała się, obróciła, gestykulując gwałtownie. Leleja popatrzyła w dół na płonące w dolinie ogniska juhasów. Ten dzień i ją wygnał dalej od ludzi, a złym duchom zupełnie związał ręce i wyrwał języki.
- Rozumiem. Chodzi o Niemirę. Potrzebuje pomocy?
Witysza pokiwała gwałtownie głową.
- Spokojnie. Zbudzę Jana, jak odejdziesz. Pójdziemy po nią. Tylko gdzie?
Drobna, dziecięca rączka wskazała na ciemne regle zarastające dolną część Cierpkowej Doliny. Od wieków opierały się ludziom i cofały się niechętnie pod naporem intensywnie wypasanych hal. Tak gęstych i nieprzystępnych lasów nie było wiele po tej stronie Tatr. Z jednej strony wspinały się na łagodny Jaworzynowy Wał oddzielający Cierpkową Dolinę od Pyszniańskiej. Z drugiej podejmowały odważny szturm na masyw Ornaku. Tam jednak słabły, przed wieloma laty wypchnięte przez kopalnie, później zaś pastwiska. Kilka pytań starczyło zżytej z tatrzańską dziczą brzeginie, by dokładniej ustalić miejsce, w którym coś się działo. Co? Strach Wityszy udzielił się i jej.
- Idź już. Pomożemy jej. Tylko, błagam, trzymaj się z dala. Nie chcę znów patrzeć, jak Matoha cię karze.
Wspomnienie odbiło się na twarzy Wityszy ponurym cieniem. W oczach malowało się bezsilne błaganie i tęsknota. Leleja ostrożnie starła łzę z jej zimnego policzka. Tylko ktoś naiwny mógł brać twarz cichej za dziecięcą. Wewnątrz małego ciała tkwiła rozgoryczona, dojrzała w bólu dusza.
- Idź już.
Demonica posłusznie odeszła, brzegina zaś popędziła pod prąd kaskady do groty.
Kilka chwil później Jan biegł na złamanie karku ku lasom. Jej przykazał zostać - ta noc nie sprzyjała dzikim duchom. Siedziała więc na kamieniu, starając się obserwować człowieka tak długo, jak mogła, bo jego widok odganiał sprzed oczu wspomnienie Wityszy. Leleję dręczyło przeczucie, że surowy wyrok Matohy nie był dobry, nawet jeśli sprawiedliwy. Cokolwiek przed laty obudziło się w cichej, stało się trwałą częścią jej duszy. Żywiła wobec Niemiry macierzyńskie uczucia. Koślawe może trochę, jak koślawa była każda miłość rodząca się między istotami tak dla siebie obcymi. Leleja jednak z takich nieidealnych więzów uplotła swoje szczęście i rozpacz Wityszy nieraz ją bolała. Strażnik górskich demonów, chcąc zapobiec dalszemu zbliżeniu ludzkiego dziecka ze światem podziemnych duchów i wynagrodzić ludziom krzywdę, zakazał cichej naruszać spokój górali z Dymnego Wąwozu. Ta jednak, gnając ze swym śmiertelnym posłaniem od wsi do wsi, szukała choćby chwili, by spojrzeć ukradkiem na Niemirę. Gdy zaś o samą Niemirę szło, Leleja czuła, że Matoha jedynie utrudnił coś, co i tak nieuchronnie się działo.
Wśród regli, jakby na podkreślenie gróźb góralki, kolejne wilki podjęły wołanie. Doktor Malawski poczuł, że pot spływa mu po karku. Gotów był w tej chwili uwierzyć, że ta pomylona dziewczyna w istocie jest wiłą albo wiedźmą. W duchu wyrzucał sobie pomysł pójścia za nią do lasu. Jak mógł wziąć tę demoniczną istotę za naiwną i zagubioną?!
- Ty nie żartujesz... - rzucił słabo, zapominając o konwenansach. - Pójdę i...
- Pójdziecie, wrócicie do swoich i więcej nie pomyślicie, by za górską rusałką iść w lasy. To wasza ostatnia szansa - odrzekła zimno Niemira, nie obracając się do doktora.
Usłyszała, jak ten rusza przesieką, potem przedziera się przez krzaki. Sięgająca połowy uda czamara nie ułatwiała. Wpierw szedł spokojnie, potem przyspieszył, gnany kolejnym zaśpiewem wilków. Że te były coraz dalej, przerażony człowiek nie poznał.
Niemira wypuściła powietrze i pozwoliła sobie na cichy chichot. W ostatnich zdaniach z trudem zachowała kamienną twarz. Nawet nie dlatego, by śmieszył ją przerażony doktor - ani przez moment nie czuła się w tej grze zupełnie bezpieczna, choć silniejsza niewątpliwie - ale dlatego, że serce rwało się już gdzie indziej, nagle lżejsze. Ruszała już w stronę, skąd nawoływała wataha, gdy zaszeleściły pobliskie zarośla, trzasnęły suche gałęzie i przed dziewczyną stanął Kowalik. Ledwo go poznała - ubrany w obszerną cuchę i z ciupagą w ręku wydawał się postawny i starszy. Gdy podszedł blisko, ujrzała, że też się śmiał.
- Ładnieś go postraszyła, Niemira.
- Prosił się - prychnęła. - A ty, Klimek, co tu robisz?
- Zobaczyłem, że poszedł twoim śladem. Wolałem sprawdzić, czy jesteś bezpieczna.
Chłopak musiał powtórzyć odpowiedź, bo zasłuchała się w odległe wycia - ledwo już słyszalne. Podziękowała dość chłodno za troskę, patrzyła przy tym gdzieś w przestrzeń, jakby próbowała wyprzeć jego obecność albo dać do zrozumienia, że jest nieproszonym gościem.
- Wracamy na halę? - spytał.
Pokręciła głową.
- To, dokąd?
- Nie każ mi mówić sobie tego samego, co doktorowi - westchnęła z irytacją. - Ja tu jestem po coś.
- Po co? Poza tym, żeby nastraszyć natręta z miasta? Niemira, nie przyszedłem tu wysłuchiwać obrażonej panny. Mnie nie zmylisz, żeś wiła czy insza brzegina...
- A co? Wesołek dźwigający ciężary, żeby się dutki sypały?!
- Ach, to cię ubodło... - zaczął Klimek, ale z każdym słowem pewność uchodziła z jego głosu.
- To czy nie... Co ty w ogóle wiesz? O mnie? O czymkolwiek tutaj?
Zagotował się na moment. Doskoczył do dziewczyny i chwycił ją za ramię, niepewny, czy chce uderzyć, czy siłą zaciągnąć na halę. Czuł, co zaraz usłyszy, i rozpaczliwie chciał ubiec ten cios. "Na hali nie pracujesz, na wyręby nie jeździsz, dobrze, że chociaż do kuźni zaglądasz... A nie! Wszak dziewkę tam na twoje miejsce wzięli". Ale nagle zabrakło mu gniewu. Jakby to był płomień, który chwycił suche igliwie i strawił je momentalnie. Tkwiła w Kowaliku pokora. Raniły go kpiny, lecz kiedy spoglądał w głąb siebie, widział chłopaka, którego opisałby w taki właśnie sposób. Puścił Niemirę.
- No to się pytam, by wiedzieć - rzucił.
Pobłądził wzrokiem po ziemi, po czym podniósł głowę i dodał:
- A ty? Wolisz pozostać tym wesołkiem dźwigającym ciężary, niż komukolwiek pozwolić się zrozumieć. Chcesz być tajemniczą wiedźmą, bądź.
Niemira tkwiła nieruchomo jakby wrośnięta w ziemię. Ręce luźno zwiesiła wzdłuż boków, żaden mięsień na jej twarzy nawet nie drgnął.
- Skoroś tu bezpieczna, pójdę. - Kowalik obrócił się na pięcie. - Ostań z Bogiem.
Nie usłyszał odpowiedzi.
Niemira stała jeszcze chwilę napięta. Byle tylko nie pozwolić drżeć podbródkowi, byle nie rozluźnić zaciśniętych pięści. Czekała, aż skurcz żalu i wściekłości odejdzie. Ale on nie mijał. Wyrwała więc biegiem jak spłoszony zając. W pędzie, smaganej gałęziami, łatwiej było udawać, że nie czuje łez płynących po policzkach.
Najpierw kierowała się wspomnieniem wilczych wyć, potem znajomymi przesiekami i w końcu blaskiem ognia migającym między zaroślami. Wreszcie przed Niemirą wyłoniła się niewielka polana częściowo zarośnięta młodniakiem. Wśród rzadkich, delikatnych drzewek, na balach, kiedyś chyba będących częścią szałasu czy ambony, rozsiadł się wygodnie Jan. Nogi wyciągnął do ognia, cuchę zarzucił na jedno ramię, a pod ręką ułożył nabity pistolet. Przy nim, na ziemi, siedział leszy. Niski, gładki głos niósł się daleko w las, gubiąc jednak szybko słowa i zmieniając się w tajemniczy pomruk dziczy. Niemira zwolniła. Chciała, by łzy wyschły, nim stanie przed mężczyznami.
Szelest, nawet na siedząco, odziany w luźne skóry i ze zgarbionymi lekko plecami, sprawiał wrażenie wysokiego i postawnego. Przy tym jego ruchy - czy taniec palców gładzących młode pędy sosenki, czy najzwyklejsze zwrócenie twarzy do rozmówcy - miały w sobie zwiewność babiego lata. Od czoła, przez środek głowy, biegł pas lśniących, kruczych piór, sięgających aż między łopatki. Leszy boki głowy miał łyse, jedynie na czubkach nieco szpiczastych uszu wyrastały pędzelki jak u rysia. Gdy gestykulował, światło wyławiało rzadki meszek młodych, wiosennych liści porastający mu wierzch dłoni i wspinający się po przedramionach aż do łokci. Z nastaniem jesieni liście te czerwieniały, by zimą ustąpić miejsca zwartemu igliwiu.
- Patrz, kto do nas spieszy - przerwał Jan swojemu rozmówcy.
Po swobodzie bycia i uśmiechu łatwo było poznać, że z Szelestem są zaprzyjaźnieni.
- Słyszę - odparł leszy, obracając się powoli w stronę Niemiry.
Usiedli we troje przy ognisku - ona przy Janie, wpatrzona w Szelesta ponad strzelającym iskrami ogniskiem. Światło płomieni zmieniało jego twarz, wydobywało subtelną fakturę skóry, przypominającą korę leszczyny. Za dnia zdawała się być zupełnie ludzka, poznaczona tylko kilkoma bliznami.
Jan słuchał, jak poważny opiekun regli upomina dziewczynę, niebaczny na jej pojaśniałe spojrzenie. To on przekazał zbójnikowi, że Niemira poradziła sobie z natrętem i choć cieszyło go rozwiązanie sprawy, dziwił i gniewał go jej przebieg.
- Koniec dyskusji - uciął nagle. - Niezależnie od powodów nigdy, absolutnie nigdy nie przeciągaj sytuacji, w której jesteś zagrożona. Nigdy. To się mogło skończyć tragicznie. Gdyby on cię zaskoczył albo gdyby Witysza lub Jan zainterweniowali. Takie sprawy kończy się, gdy tylko jest okazja. A ty ją miałaś. Hajduk chyba przyzna mi rację.
Zbójnik przechylił głowę w niezobowiązującym potwierdzeniu. Niemira wymamrotała coś pod nosem, szukając wytłumaczenia. Nic jednak, co chciała powiedzieć, nie byłoby prawdą ani nie przekonałoby nikogo. Bezradna, zerwała się na nogi i wyszła poza krąg światła. Jan uśmiechnął się znacząco do przyjaciela. "Od początku mówiłem, że chciała ci zaimponować" - cisnęło mu się na usta. Leszy w swoim niezrozumieniu ludzi zdawał mu się młodzieńczo naiwny, mimo że pamiętał czasy, kiedy całe wsie pod Tatrami czciły starych bogów. Przy tym jednak jak nikt inny potrafił dotrzeć do Niemiry, rozgonić jej smutki i zwyczajnie poukładać w głowie. I lepiej było go zostawić z tym zadaniem samego. Hajduk wstał.
- Pójdę już. Powinienem uspokoić Leleję.
Z daleka obserwował jeszcze, jak Szelest podchodzi do Niemiry i z troską opiera rękę na jej ramieniu. Uderzyło go, że choć dziewczyna wciąż przy postawnym leszym wydawała się maleńka, zniknął naturalny dystans między nimi. Ustaliła się jakaś nowa równowaga, której Jan nie umiał do końca rozszyfrować. Żałował, że nie ma wrażliwości Lelei czy przenikliwości Agnieszki, choć czasem wątpił, by nawet one były w stanie rozgryźć Szelesta. Sam zaprzyjaźnił się z nim przed blisko dwiema dekadami i wciąż nie zawsze go pojmował. Szczęściem i bez tego mogli na sobie polegać.
Szelest czuł, że Niemira drży od wewnętrznego szlochu, któremu nigdy nie pozwalała przemienić się w łzy, gdy ktoś patrzył.
- Chodź bliżej ognia. Powiesz mi, co się stało.
Sięgnęła do jego dłoni, ścisnęła lekko szorstkie palce. Cofnął je spokojnie, ale zdecydowanie.
- Nie chcę o tym mówić. Chcę być tu i teraz. Po to tu przyszłam, żeby nie być już tam.
- To "tu" i "tam" jest całością.
- Tak, wiem! - Spojrzała na niego i opuściła bezsilnie ręce. - Szelest, proszę. Nie dziś. Jeśli chcesz mnie uczyć, pójdę teraz. Wrócę jutro. Jutro wysłucham. Ale nie dziś. Dziś chciałam tylko odetchnąć lasem, posiedzieć przy tobie.
- Rozumiem. Zostań. Nie, inaczej... Chodźmy w takim razie. Nie chcę tu dłużej palić ognia.
Była w jego schronieniu już wiele razy, ale nigdy nie zdołała doń dotrzeć samodzielnie. Tym razem nawet nie próbowała zapamiętywać drogi. Weszli w samo serce lasu, gdzie splątane gałęzie, stare smreki, rozłożyste dęby i jodły, wraz z poduchami mchów i bujnymi paprociami tworzyły istny pałac. Sowa, tkwiąca nad wejściem niczym wartownik, powitała leśnego stróża pohukiwaniem. W środku spały przytulone do siebie trzy wilki. Przewodnik watahy zastrzygł tylko uszami, gdy przechodzili obok, ale nawet nie uniósł łba, czując swego pana. Szelest odchylił zasłonę kipiących liśćmi gałęzi i wprowadził Niemirę do niewielkiego szałasu, z rozścieloną na ziemi niedźwiedzią skórą i miejscem na palenisko. Rozniecił wątły ogień. Usiedli. Niemira podkuliła nogi i oparła się o przyjaciela. Przymknęła oczy i zanurzyła się w bijącym od niego zapachu. Silna woń igliwia, wilgotnej ziemi i deszczu, złamana słodką nutą miododajnych kwiatów oszałamiała. Dziewczyna odchyliła się i sięgnęła do rysiowego pędzelka na uchu Szelesta. Zaśmiała się, gdy cofnął głowę, fukając gniewnie. Jeszcze jako dziecko lubiła go tak drażnić. Podobnie reagował zresztą, kiedy próbowała dotknąć lśniącej okrywy piór. Wtuliła się w niego mocniej, palcami błądząc po przedramieniu mężczyzny. Fascynowała ją ta gra szorstkości kory i miękkości młodych liści. Hala, tłusty turysta, chętny do pomocy doktor i urażony Kowalik pozostali w innym świecie. I nagle leszy uciekł dłonią i odsunął się lekko od dziewczyny.
- Prześpij się, jesteś wyczerpana. Miesza ci się od tego wszystkiego już w głowie.
Podał jej leżący z boku pled. Spojrzała sennie i naciągnęła go niedbale.
- Wiesz, że nie - wyszeptała bardzo cicho, tuląc policzek do niedźwiedziej skóry.
Szelest usiadł i oparł się o bukowy pień. Nawykiem strażnika czuwał nad zdaną na niego istotą aż do świtu. Wstał tylko na moment, by okryć ją dokładniej pledem. Pochylony spostrzegł długą, świeżą bliznę, która wyłoniła się spod czarnych włosów. Biegła po prawej stronie głowy, równolegle do ucha. Wciąż jeszcze zaogniona, przypominała o beznadziejnej ucieczce od ludzi, podczas której dziewczyna spadła z oblodzonej półki. To było zaraz po śmierci Agnieszki. Szelest przysłonił z powrotem ślad. Powstrzymał odruch pogłaskania Niemiry po włosach. Nie zauważył, kiedy to się stało, ale naturalne niegdyś gesty straciły swą dawną niewinność.