Tango. Powrót do dzieciństwa, w szpilkach - Justin Viviane Bond

-
Proszę czekać

PRZEDMOWA DO WYDANIA POLSKIEGO

Nie­wstrzą­śnię­ty, zmie­sza­ny

Moż­na by też po­wie­dzieć: "nie­wstrzą­śnię­ta, zmie­sza­na" albo, z za­cho­wa­niem ko­dów di­ver­si­ty, "nie­wstrzą­śnię­ty, zmie­sza­na". Być może sko­ja­rze­nie na­zwi­ska Ju­stin Vi­vian Bond ze sław­nym agen­tem bry­tyj­skiej kró­lo­wej i jego ulu­bio­nym spo­so­bem przy­go­to­wy­wa­nia drin­ków nie jest wy­so­kich lo­tów. Od­da­je jed­nak zna­ko­mi­cie isto­tę nie tyl­ko toż­sa­mo­ści J.V.B., lecz tak­że jej spo­so­bu pi­sa­nia. Pa­mięt­nik z okre­su do­ra­sta­nia i doj­rze­wa­nia, pi­sa­ny przez oso­bę czter­dzie­sto­pa­ro­let­nią, po­ka­zu­je ko­goś, kto już we wcze­snym dzie­ciń­stwie za­czy­na do­cie­rać do sed­na swo­jej toż­sa­mo­ści płcio­wej i sek­su­al­no­ści i czy­ni to w dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach. A jed­nak spo­sób pro­wa­dze­nia nar­ra­cji i wi­dze­nia świa­ta po­zo­sta­je nie­win­ny, wręcz na­iw­ny, od­da­lo­ny od tego, co per­wer­syj­ne. J.V.B. po­zo­sta­je "nie­wstrzą­śnię­ta". Mimo oko­licz­no­ści. Mimo dra­stycz­no­ści hi­sto­rii, któ­rą opi­su­je. I może dla­te­go tak nie­sa­mo­wi­cie czy­ta się tę książ­kę, któ­ra mimo ostrych tre­ści prze­zna­czo­nych dla do­ro­słych - choć, po­wtórz­my, jest to opo­wieść o dzie­ciń­stwie - nie gor­szy. Prze­ciw­nie, moż­na po­wie­dzieć: "po­lep­sza", cho­ciaż "zgor­sze­nie" nie ma wła­ści­wie an­to­ni­mu. Dla­te­go po­win­ni prze­czy­tać ją przede wszyst­kim ci, któ­rzy zgor­sze­ni są z na­tu­ry, oraz ci, któ­rzy w roz­ma­itych od­mien­no­ściach upa­tru­ją skan­da­lu i upad­ku mo­ral­ne­go za­gra­ża­ją­ce­go spo­łe­czeń­stwu. Li­sta osób, któ­rym Tan­go mo­gło­by zo­stać za­de­dy­ko­wa­ne, znacz­nie prze­kro­czy­ła­by ob­ję­tość tej, nie­wiel­kiej w su­mie, pu­bli­ka­cji.

J.V.B. w ogó­le nie jest wstrzą­śnię­ta od­kry­cia­mi na te­mat wła­snej in­tym­no­ści, ale po pre­cy­zyj­nym wy­ty­cze­niu wła­sne­go te­ry­to­rium na ma­pie kon­fi­gu­ra­cji płcio­wych sta­je się "zmie­sza­na". Pi­sząc o tej au­tor­ce (tym au­to­rze) po pol­sku, na­po­ty­ka­my od razu za­sad­ni­czą trud­ność. Wy­ni­ka ona ze spe­cy­fi­ki pol­sz­czy­zny, któ­ra każe uży­wać ro­dza­jów. Wy­bór jest bar­dzo ogra­ni­czo­ny: mę­ski, żeń­ski i ni­ja­ki. Co zro­bić w wy­pad­ku osób "zmie­sza­nych", czy­li trans­gen­de­ro­wych? Ja­kich rze­czow­ni­ków i ja­kich form cza­sow­ni­ków, przy­miot­ni­ków, za­im­ków i li­czeb­ni­ków po­win­ni­śmy uży­wać, by nie dojść na­tych­miast do nie­no­we­go wnio­sku, że ję­zyk może być na­rzę­dziem prze­mo­cy? J.V.B. sama sie­bie okre­śla sło­wem "mix". W an­gielsz­czyź­nie wy­glą­da to bar­dzo wdzięcz­nie - obok Mi­ste­ra i Miss po­ja­wia się nowy pre­fiks: Mix. Ale zda­nia: "Mix for pre­fix and T for sex", brzmią­ce­go świet­nie po an­giel­sku, wła­ści­wie nie da się prze­tłu­ma­czyć na pol­ski. Jest jesz­cze an­giel­ska pro­po­zy­cja s/he, któ­ra w su­mie nie­źle prze­kła­da się na pol­ski: on/a, choć tra­dy­cyj­nie wy­róż­nia mę­skość, bo sta­wia ją na pierw­szym pla­nie, i może też pro­wa­dzić do błęd­nych sko­ja­rzeń z she­male. Do­daj­my jesz­cze od razu, dla wy­ja­śnie­nia - i dla kom­pli­ka­cji - że by­cie oso­bą trans­gen­de­ro­wą nie po­cią­ga za sobą orien­ta­cji sek­su­al­nej. Nadal obo­wią­zu­ją opcje he­te­roi ho­mo­sek­su­al­na oraz bi­sek­su­al­na. W po­łą­cze­niu z mi­go­tli­wą toż­sa­mo­ścią osób trans­gen­de­ro­wych kom­bi­na­cje mno­żą się w po­stę­pie geo­me­trycz­nym. W ja­kimś sen­sie wszyst­ko jest do­zwo­lo­ne i trze­ba nie­by­wa­łej siły - co naj­mniej ta­kiej, jaką dys­po­nu­je J.V.B. - by z tego pie­kła moż­li­wo­ści ro­dem z Do­sto­jew­skie­go wy­do­stać się na dro­gę peł­nej sa­mo­ak­cep­ta­cji, któ­ra jest nie­zbęd­na, by za­ak­cep­to­wa­li nas inni. J.V.B. do­ko­na­ła jesz­cze jed­nej rze­czy: swo­je in­tym­ne pro­ce­sy psy­cho­lo­gicz­ne zwią­za­ne z toż­sa­mo­ścią i sek­su­al­no­ścią prze­mie­ni­ła w sztu­kę.

Ju­stin Vi­vian Bond jest ar­tyst­ką. To naj­bar­dziej la­pi­dar­ne okre­śle­nie, choć my­ślę, że w jej wy­pad­ku bar­dzo zo­bo­wią­zu­ją­ce. Nie tyl­ko dla­te­go, że wy­stę­pu­je pu­blicz­nie, śpie­wa, two­rzy pro­gra­my ka­ba­re­to­we. J.V.B. pró­bu­je naj­trud­niej­szej rze­czy: za­mie­nia całe swo­je ży­cie w dzie­ło sztu­ki, a w każ­dym ra­zie po­dej­mu­je taką pró­bę. Uro­dzi­ła się w 1963 roku jako chło­piec. Wy­jąt­ko­wo wcze­śnie zo­rien­to­wa­ła się jed­nak, że nie pa­su­je do chłop­ców i że nie chce być chłop­cem. (Pa­mię­ta­cie Achil­le­sa wy­cho­wy­wa­ne­go wśród dziew­cząt i jego strasz­ną śmierć, któ­rą po­niósł, kie­dy chciał po­mścić uko­cha­ne­go Pa­tro­klo­sa?) Jej pierw­sze wcie­le­nie sce­nicz­ne - Kiki - funk­cjo­no­wa­ło w ka­ba­re­to­wym du­ecie. Kiki po­sia­da­ła od­ręb­ną bio­gra­fię i była swo­istym sce­nicz­nym he­te­ro­ni­mem. Film Joh­na Ca­me­ro­na Mi­chel­la Short­bus, w któ­rym J.V.B. za­wia­du­je sek­sklu­bem dla emo­cjo­nal­nych ofiar 11 wrze­śnia 2001 roku, za­po­cząt­ko­wał jej in­dy­wi­du­al­ną ka­rie­rę i przy­niósł roz­głos. J.V.B. ma na swo­im kon­cie dwie so­lo­we pły­ty i książ­kę. Do swo­je­go pier­wot­ne­go imie­nia, Ju­stin, do­ło­ży­ła dru­gie - Vi­vian. Ju­stin jest w grun­cie rze­czy imie­niem mę­skim. Vi­vian zo­sta­ła w dziw­ny spo­sób odzie­dzi­czo­na po wuj­ku. Jak mówi J.V.B., cho­dzi­ło o zrów­no­wa­że­nie imie­nia mę­skie­go. Wspo­mnia­ny wu­jek, no­szą­cy wła­śnie imię Vi­vian, nie lu­bił go, po­nie­waż uwa­żał je za zbyt ko­bie­ce, i za­mie­nił je na jed­no­znacz­nie mę­skie - Vic­tor. Ju­stin wśli­zgnę­ła się więc w opusz­czo­ne imię jak w po­rzu­co­ną sko­ru­pę. Zwy­kłe ro­dzin­ne spra­wy.

Jest wie­le po­wo­dów, dla któ­rych Tan­go po­win­no zna­leźć się na li­ście lek­tur obo­wiąz­ko­wych dla do­ro­słych obok uwiel­bia­nych przez wszyst­kich Przy­gód Mi­ko­łaj­ka. Skąd sko­ja­rze­nie tych dwóch ksią­żek? Tekst J.V.B. wy­ra­sta z po­dob­ne­go spo­so­bu my­śle­nia o dzie­ciń­stwie: jako o przy­go­dzie, w za­sa­dzie trau­ma­tycz­nej, a jed­nak wspo­mi­na­nej z no­stal­gią z per­spek­ty­wy cza­su. Na­wet dla naj­bar­dziej do­świad­czo­nych dzie­ciń­stwem, na­wet dla tych, dla któ­rych do­ra­sta­nie i kształ­to­wa­nie - by nie po­wie­dzieć: for­ma­to­wa­nie - sta­ją się wy­jąt­ko­wo do­tkli­we i po­zo­sta­wia­ją wie­le śla­dów w psy­chi­ce, dzie­ciń­stwo w koń­cu oka­zu­je się ob­cym kra­jem, bez­pow­rot­nie utra­co­nym, do któ­re­go tę­sk­ni­my. i w koń­cu za­sty­ga w sto­ry­bo­ard przy­gód i aneg­dot. W do­ro­słym ży­ciu mogą one sta­no­wić za­bez­pie­cze­nie przed złym okiem bez­względ­nej do­ro­sło­ści.

Znaj­dzie­cie więc w Tan­gu roz­ma­ite hi­sto­rie skau­tow­skie, za­ba­wy w woj­nę, wspól­ne pły­wa­nie w ba­se­nie, za­ba­wy w śnie­gu czy - miesz­czą­ce się ści­śle w mi­to­lo­gii ame­ry­kań­skie­go dzie­ciń­stwa - bu­do­wa­nie dom­ku na drze­wie, w któ­rym moż­na się ukryć przed ro­dzi­ca­mi i pro­wa­dzić taj­ne ży­cie, nie­do­stęp­ne i nie­zro­zu­mia­łe dla do­ro­słych. Tyle że w wy­pad­ku J.V.B. wszyst­kie te hi­sto­rie są prze­sy­co­ne sek­sem, pod­szy­te dziw­ną re­la­cją, któ­ra na­wią­za­ła się mię­dzy ma­łym Ju­sti­nem Bon­dem i jego ró­wie­śni­kiem Mi­cha­elem Hun­te­rem. Trze­ba przy­znać, że roz­bu­dze­nie sek­su­al­ne bo­ha­te­ra i jego za­in­te­re­so­wa­nie płcio­wo­ścią, głów­nie ko­le­gów, wy­da­je się wy­ra­stać po­nad nor­mę. Po­zo­sta­je jed­nak py­ta­nie, czy w tej ma­te­rii ist­nie­ją w ogó­le ja­kieś nor­my. A może dzię­ki szcze­ro­ści J.V.B. otrzy­mu­je­my ob­raz na po­zór tyl­ko prze­ja­skra­wio­ny. A może to więk­szo­ści z nas uda­ło się stłu­mić i wy­przeć wła­sne dzie­cię­ce fa­scy­na­cje sek­su­al­ne, za­po­mnieć o tym, że ener­gia sek­su­al­na jest pod­sta­wo­wym mo­to­rem roz­wo­ju?

A więc są Ju­stin Bond i Mi­cha­el Hun­ter parą ko­le­gów szkol­nych tkwią­cą w nie­usta­ją­cym na­pię­ciu, nie­chę­ci i nie­na­wi­ści, w za­leż­no­ści sa­do­ma­so­chi­stycz­nej, w uści­sku nie­omal śmier­tel­nym. Opis ich dzie­cię­cych wy­czy­nów sek­su­al­nych wy­peł­nia pra­wie całą książ­kę. I chy­ba "wy­czy­ny" to wła­ści­we sło­wo, bo kon­tak­ty mię­dzy chłop­ca­mi za­czy­na­ją się wpraw­dzie od do­ty­ka­nia wy­ni­ka­ją­ce­go z cie­ka­wo­ści, ale by­najm­niej się na nim nie koń­czą. Ostry seks pod­szy­ty prze­mo­cą, za­pa­chy, któ­re nie na­stra­ja­ją ro­man­tycz­nie: guma, sma­ry, ski­słe mle­ko w kar­to­nach wy­rzu­co­nych do śmiet­ni­ka - tak wy­glą­da tło in­ten­syw­nej i bar­dzo zmy­sło­wej re­la­cji, w któ­rej Ju­stin jest upo­ka­rza­ny, a Mi­cha­el re­kom­pen­su­je so­bie wła­sne de­fi­cy­ty emo­cjo­nal­ne i kom­plek­sy. Para ide­al­nych ko­chan­ków, któ­rzy się nie­na­wi­dzą i pu­blicz­nie po­ni­ża­ją. Nie mogą się znieść i mimo mło­de­go wie­ku - ro­mans roz­po­czął się, kie­dy Ju­stin miał je­de­na­ście lat - ra­nią się jak do­ro­śli, ale lgną do sie­bie na prze­kór sy­gna­łom świa­do­mo­ści. Mi­cha­el zni­ka z opo­wie­ści na­tu­ral­nym try­bem do­ra­sta­nia, cho­ciaż po­wra­ca w niej w po­sta­ci nie­ocze­ki­wa­nej kody i po­zo­sta­je na za­wsze w ty­tu­le - Tan­go to jego kry­mi­nal­ny nick­na­me w do­ro­słym ży­ciu, któ­re zdo­mi­no­wa­ła sek­su­al­na per­wer­sja pro­wa­dzą­ca Hun­te­ra na ścież­kę prze­stęp­czą. I wła­śnie w tym, jak by­śmy po­wie­dzie­li dziś, "hard­ko­rze" dzie­cię­ce­go sek­su prze­ja­wia się ta świę­ta na­iw­ność po­su­nię­ta do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści, ale nie­prze­kra­cza­ją­ca gra­nic wia­ry­god­no­ści, z jaką J.V.B. opi­su­je swo­je ży­cie. Dla­cze­go mamy nie wie­rzyć w to, że kil­ku­na­sto­let­ni Ju­stin, od­by­wa­jąc pierw­szy w ży­ciu sto­su­nek anal­ny, nie wie­dział, że go od­by­wa, nie wie­dział, że "tra­ci cno­tę"? Sko­ro wszyst­ko jest w ję­zy­ku, jak mamy prze­ży­wać i na­zy­wać zda­rze­nia, któ­rych na­zwać nie umie­my? To owa dziw­na na­iw­ność re­la­cji i pi­sa­nia czy­ni z każ­dej li­nij­ki tej książ­ki lek­tu­rę za­wsty­dza­ją­cą i otwie­ra­ją­cą jed­no­cze­śnie. Za­wsty­dza­ją­ce jest w niej to, że sta­wia naj­prost­sze py­ta­nia o nor­mę za­cho­wań sek­su­al­nych, a więc mi­mo­wol­nie wcho­dzi w dys­ku­sję na te­mat tego, co w nas cy­wi­li­za­cyj­ne, a co na­tu­ral­ne. Pod­wa­ża też na­tych­miast sche­mat za­cho­wań, zgod­nie z któ­rym pod­da­je­my się po­czu­ciu winy. Wina spa­da na nas nie­mal­że jak grzech pier­wo­rod­ny, czu­je­my się brud­ni, do­tknię­ci i po­ka­la­ni, cho­ciaż nie bar­dzo wie­my dla­cze­go. Winą na­sy­ca nas nie­wi­dzial­ny straż­nik nor­my spo­łecz­nej i cy­wi­li­za­cyj­nej. J.V.B. pi­sze, że mia­ła szczę­ście, gdyż jej lęki zwią­za­ne z sek­su­al­no­ścią oka­za­ły się słab­sze od po­trze­by wy­ra­że­nia sie­bie. Na ogół jest wła­śnie od­wrot­nie.

My­ślę, że trud­no o lep­szą szko­łę to­le­ran­cji od tej w wy­da­niu J.V.B. Na­pi­sa­łem "to­le­ran­cji", ale trze­ba mó­wić o "ak­cep­ta­cji" - choć brzmi to znacz­nie ostroż­niej i ko­ja­rzy się z pew­nym wy­ra­cho­wa­niem, zna­czy jed­nak coś in­ne­go. To zno­wu nor­ma spo­łecz­na na­uczy­ła nas za­chwy­tu po­ję­ciem "to­le­ran­cja", któ­re do­pusz­cza ist­nie­nie cze­goś, ale nie­ko­niecz­nie to wspie­ra. To­le­ran­cja jest wy­na­laz­kiem spo­łecz­nym, ak­cep­ta­cja - ludz­kim, opar­tym na em­pa­tii. W ten spo­sób Tan­go może dać nie­po­wta­rzal­ną szan­sę uczest­ni­cze­nia w pro­ce­sie, któ­ry pro­wa­dzi do roz­po­zna­nia wła­snej toż­sa­mo­ści. Do od­kry­cia, że szmin­ka nie jest dla chłop­ców, a zwłasz­cza dla ma­łych chłop­ców, na­wet je­śli ci chłop­cy nie czu­ją się chłop­ca­mi, o czym nie mogą wła­ści­wie jesz­cze wie­dzieć. Tym bar­dziej nie mogą więc po­jąć, że szmin­ka nie jest dla nich, ani się z tym zgo­dzić. Je­śli moż­na w ogó­le wejść w cu­dze buty, to w szpil­ki J.V.B. na­le­ży wejść na pew­no. I za­nim po­wiesz, że nie­wy­god­ne i cho­dzić się w nich nie da (a na pew­no bę­dziesz tak mó­wił, je­śli je­steś męż­czy­zną, zwłasz­cza tym stu­pro­cen­to­wym), spró­buj się przejść pod rękę z opie­kuń­czą kró­lo­wą dzi­siej­szych trans­ów. Co może wy­nik­nąć z tego spa­ce­ru? Dys­ku­sja ze ste­reo­ty­po­wy­mi wy­obra­że­nia­mi, od któ­rej świat za­wsze sta­je się lep­szy. A tak­że em­pa­tycz­ny sto­su­nek do osób cier­pią­cych na ADD (czy­li at­ten­tion de­fi­cit di­sor­der, po pol­sku zwa­ny ze­spo­łem de­fi­cy­tu uwa­gi). A poza em­pa­tią mo­żesz wy­nieść z lek­tu­ry tej książ­ki tak­że parę cen­nych rad ży­cio­wych, na­wet je­śli ADD nie jest two­im udzia­łem! Jed­ną z nich for­mu­łu­je J.V.B. po tym jak le­karz psy­chia­tra pro­po­nu­je jej wy­pi­sa­nie re­cep­ty: "Od­mó­wi­łam przy­ję­cia an­ty­de­pre­san­tów, po­nie­waż prze­cho­dzi­łam aku­rat umiar­ko­wa­ny za­wód mi­ło­sny, świe­żo ze­rwaw­szy z uko­cha­nym to­wa­rzy­szem po­dró­ży. Wie­rzy­łam, że naj­lep­szy­mi le­kar­stwa­mi na de­pre­sję będą czas i tro­chę do­bre­go sek­su. I nie po­my­li­łam się". Ży­czę każ­de­mu ta­kiej lek­ko­ści w mó­wie­niu o naj­więk­szych trau­mach, z któ­rych la­ta­mi spo­wia­da­my się na te­ra­piach.

Piotr Grusz­czyń­ski

1 V, v's, vself - stwo­rzo­ne przez Ju­sti­na V. Bon­da za­im­ki za­stę­pu­ją­ce tra­dy­cyj­ne he, him, him­self (on, jego, nie­go) oraz she, her, her­self (ona, jej, niej). Z pew­no­ścią nie da się ich za­stą­pić za­im­kiem "ono" (przy­pi­sy nie­ozna­czo­ne in­a­czej po­cho­dzą od tłu­ma­cza).

2 Au­tor wstę­pu od­wo­łu­je się tu­taj do zna­ne­go po­stu­la­tu Ju­sti­na Vi­vian Bond, aby nie ty­tu­ło­wać jej/go Mr (Pan) ani Ms (Pani), tyl­ko Mx (Mix).

3 Ang. The Pledge of Al­le­gian­ce - ślu­bo­wa­nie wier­no­ści sztan­da­ro­wi USA skła­da­ne przez uczniów szkół pu­blicz­nych. Nie­gdyś obo­wią­zy­wa­ło w ca­łym kra­ju, obec­nie tyl­ko w czę­ści sta­nów.

4 Am­bien - bar­dzo szyb­ko dzia­ła­ją­cy lek na­sen­ny.

5 Ad­de­rall - lek opar­ty na am­fe­ta­mi­nie. W pew­nych daw­kach ma dzia­ła­nie uspo­ka­ja­ją­ce, uży­wa się go po­moc­ni­czo w le­cze­niu osób z ADHD, w in­nych przy­pad­kach dzia­ła zaś po­bu­dza­ją­co, jest sto­so­wa­ny jako śro­dek do­pin­gu­ją­cy w spo­rcie.

6 Krysz­tał - slan­go­wa na­zwa me­tam­fe­ta­mi­ny.

7 Ang. ter­ro­rist task for­ce - po­łą­czo­ne siły an­ty­ter­ro­ry­stycz­ne.

8 Spra­wa Roe prze­ciw­ko Wade - spra­wa z lat 1970-1973, w któ­rej sąd w Tek­sa­sie od­mó­wił pra­wa do abor­cji zgwał­co­nej ko­bie­cie. Ko­bie­ta uro­dzi­ła, a na­stęp­nie od­wo­ła­ła się do Sądu Naj­wyż­sze­go USA, któ­ry w swo­im wy­ro­ku uznał abor­cję za le­gal­ną w ca­łym okre­sie cią­ży.

9 Ang. flat­top - fry­zu­ra "na żoł­nie­rza", czy­li bar­dzo krót­ka po bo­kach i ze spłasz­czo­ną górą.

10 Ang. blow - dmu­chać, wiać; blow me - zrób mi la­skę.

11 Ang. Tom, Dick, or Harry, who sho­uld I marry? I'll mar­ry Tom be­cause Tom's dick is Har­ry. Ry­mo­wan­ka opar­ta na po­pu­lar­nym po­wie­dze­niu: Tom, Dick and Har­ry - nikt, byle kto.

12 Ang. mid­dle scho­ol - szko­ła, w któ­rej dzie­ci uczą się mię­dzy dwu­na­stym a czter­na­stym ro­kiem ży­cia.

13 Ka­pi­tan Kirk - je­den z bo­ha­te­rów se­ria­lu Star Trek.

14 W Sta­nach Zjed­no­czo­nych funk­cjo­nu­je sys­tem dwu­na­sto­kla­so­wy, stąd nu­me­ra­cja cią­gła ("ósma kla­sa" za­miast "dru­ga kla­sa gim­na­zjum"). W sys­te­mie tym wy­róż­nia się trzy eta­py edu­ka­cji: ele­men­ta­ry scho­ol (szko­łę pod­sta­wo­wą), mid­dle school (od­po­wied­nik pol­skie­go gim­na­zjum) i high scho­ol (od­po­wied­nik pol­skie­go li­ceum).

15 Jo­an­ne Gre­en­berg, Ży­cie to nie baj­ka [tyt. oryg. I Ne­ver Pro­mi­sed You a Rose Gar­den], przeł. To­masz Bie­roń, Po­znań 1994.

16 Ang. Ma­ni­fest De­sti­ny - ide­olo­gicz­na pod­bu­do­wa im­pe­ria­li­stycz­nej eks­pan­sji USA na te­re­nie ca­łej Ame­ry­ki Pół­noc­nej w XIX wie­ku, wska­zu­ją­ca na jej wyż­szą dzie­jo­wą ko­niecz­ność oraz bo­skie po­cho­dze­nie.

17 Swish the Dish - sło­wa uży­wa­ne daw­niej w slan­gu, zwłasz­cza śro­do­wisk LGBT. Swish - prze­gię­ta cio­ta; dish - cia­cho (atrak­cyj­na oso­ba) lub ład­ny ty­łek. Moż­na ten zwrot prze­tłu­ma­czyć na wie­le spo­so­bów, na przy­kład "Po­kręć tył­kiem".

18 Kan­sas, Dust in the Wind [SP], sł. i muz. Ker­ry Li­vgren, Kan­sas: Jeff Gli­xman, 1978. Tłu­ma­cze­nie: Daj spo­kój, nic nie trwa wiecz­nie, tyl­ko nie­bo i zie­mia, nie za­trzy­masz tego, za żad­ne pie­nią­dze nie ku­pisz na­wet mi­nu­ty, pył na wie­trze - tym tyl­ko je­ste­śmy: py­łem na wie­trze.

PRZEDMOWA

Wie­le lat temu spę­dzi­łem spo­ro cza­su z człon­ka­mi pew­nej tru­py ta­necz­nej; wy­stę­po­wa­li pod na­zwą Tan­go Ar­gen­ti­na i raz, dwa razy w ty­go­dniu cho­dzi­łem na ich po­ka­zy; ich na­mięt­ny ta­niec - tan­go - po­wstał na po­cząt­ku lat dwu­dzie­stych z prze­two­rzo­nych ele­men­tów mu­zy­ki i tań­ca przy­wie­zio­nych przez miesz­kań­ców Afry­ki do ta­kich miast jak Bu­enos Aires czy Mon­te­vi­deo; moi zna­jo­mi tan­ce­rze z Broad­wayu wy­stę­po­wa­li co­dzien­nie przed za­fa­scy­no­wa­ną pu­blicz­no­ścią i ści­śle sto­so­wa­li się do re­guł kon­wen­cji te­atral­nej, po­le­ga­ją­cej na pod­kre­śla­niu mę­sko­ści przez męż­czyzn odzia­nych w ciem­ne gar­ni­tu­ry i na ak­cen­to­wa­niu ko­bie­co­ści przez ko­bie­ty, nie­co chwiej­nym kro­kiem po­ru­sza­ją­ce się na nie­bo­tycz­nych szpil­kach; sło­wem, szyb­ko zo­rien­to­wa­łem się, że tan­go to ta­niec płci; męż­czyź­ni pro­wa­dzi­li, ale to ko­bie­ty kon­tro­lo­wa­ły rytm ru­chem bio­der i zwro­tem gło­wy; to przede wszyst­kim one two­rzy­ły roz­dzie­ra­ją­cą fi­gu­rę fa­tal­nej mi­ło­ści, ma­ni­fe­stu­jąc swą od­ręb­ność i wście­kłość i wcią­ga­jąc męż­czyzn w swój in­tym­ny świat; nie­za­leż­nie od tego za­fa­scy­no­wa­ny ob­ser­wo­wa­łem tych tra­gicz­nych ko­chan­ków po­ru­sza­ją­cych się w abs­trak­cji zwa­nej tań­cem; to tro­chę tak, jak­by śle­dzić roz­wi­kły­wa­nie za­gad­ki; cza­sem zaś ich wę­żo­we ru­chy ko­ja­rzy­ły mi się z od­dy­cha­niem, po­wie­trzem wdy­cha­nym i wy­dy­cha­nym przez cia­ło, do­star­cza­ją­cym tan­ce­rzom ży­cio­wej ener­gii; a może na­wet nie im, tyl­ko nam, któ­rzy w ciem­no­ści swo­ich sy­pial­ni za­sta­na­wia­my się, czym na­sze cia­ła są dla in­nych, jak ci tan­ce­rze dla wi­dzów sie­dzą­cych w ciem­no­ści, któ­rzy pa­trząc na nich, przez nich za­in­spi­ro­wa­ni, mogą prze­my­śleć hi­sto­rię wła­snych ciał i to, że jako męż­czyź­ni i ko­bie­ty trzy­ma­ją się ści­śle mę­sko­ści i ko­bie­co­ści, przez co da­le­ce ogra­ni­cza­ją wol­ność swo­ich ru­chów, a ro­bią to, żeby zmie­ścić się w zna­nym sche­ma­cie, do­pa­so­wać do wzor­ców, wy­peł­nia­ją­cych wiel­ką sce­nę świa­ta; pew­nie nie przy­po­mniał­bym so­bie mo­ich przy­ja­ciół z Tan­go Ar­gen­ti­na - czas za­ma­zu­je wszyst­ko - gdy­bym nie prze­czy­tał Tan­ga Mxa Ju­sti­na Vi­vian Bond, książ­ki, któ­ra wła­ści­wie nie po­trze­bu­je wstę­pu, ale cie­szę się, że mogę na­pi­sać to zda­nie, czy ra­czej za­pi­sać ten wy­dech, by przy­najm­niej wy­ra­zić ulgę, że au­tor/-ka w spo­sób tak zro­zu­mia­ły dla wszyst­kich mówi o cie­le, cie­le po­ru­sza­ją­cym się w prze­strze­ni, zwłasz­cza o wła­snym cie­le, i mówi ję­zy­kiem, dzię­ki któ­re­mu prze­sta­ję się nie­po­ko­ić, jak moje cia­ło od­bie­ra­ją inni, a za­czy­nam się za­sta­na­wiać, czym ten do­cze­sny za­męt jest dla mnie, w ciem­no­ści i ja­sno­ści, któ­re stwa­rzam sam lub któ­re stwa­rza­ją inni; w tej książ­ce, i nie tyl­ko w niej, ak­tor/-ka i śpie­wak/-acz­ka na­uczył/-a się tań­czyć z sa­mym/-ą sobą, w szpil­kach i gar­ni­tu­rze, któ­re pa­su­ją do Vsel­fa1, do­bra­nych i skro­jo­nych tak, by od­po­wia­da­ły na­tu­rze Vsel­fa, któ­ry/-a, jak wie­lu, do­świad­czył/-a prze­mo­cy, pre­sji tłu­mie­nia, a cza­sem tak­że mi­ło­ści; mógł­bym da­lej cią­gnąć to dłu­gie zda­nie i roz­pi­sy­wać się o oso­bi­stym gło­sie Ju­sti­na Vi­vian Bond, opo­wia­da­ją­cym nam o roz­po­zna­nej już w dzie­ciń­stwie toż­sa­mo­ści Mxa2, jak za­ka­zy­wa­no mu/jej być jej wier­nym/-ą i jak mógł/-ła ją wy­ra­żać tyl­ko w domu męż­czy­zny co noc ca­łu­ją­ce­go na do­bra­noc fo­to­gra­fię zmar­łej żony; ale kie­dy czy­ta­łem Tan­go, za­sta­na­wia­łem się, czym dla ma­łe­go Mxa był wi­dok mar­twej fo­to­gra­fii mar­twej ko­bie­ty przy­no­szą­cej ra­dość sta­re­mu męż­czyź­nie, któ­ry lu­bił za­rów­no Mx Gin­ger, jak i Mxa Fre­da; za­sta­na­wia­łem się nad gła­zem, usu­nię­tym sprzed jed­ne­go z do­mów w dziel­ni­cy Ju­sti­na po to, aby dzie­ci nie zro­bi­ły so­bie krzyw­dy, nad tym an­ty­sep­tycz­nym im­pul­sem spo­łe­czeń­stwa, za wszel­ką cenę uni­ka­ją­ce­go bólu i przy­kro­ści, na­wet je­śli samo za nie od­po­wia­da­ło; i, tak, rów­nież nad tym, jak dzie­ci w jej/jego mie­ście na­uczy­ły się za­da­wać in­nym ból, cze­go oprócz stra­chu przed wła­snym cia­łem na­uczy­ły się w do­mach, i nad wraż­li­wo­ścią, któ­rą przy­no­si mi­łość; za­sta­na­wia­łem się, jaka ciem­ność mu­sia­ła pa­no­wać w po­ko­ju Ju­sti­na, kie­dy sta­wał/-a się co­raz bar­dziej Ju­sti­nem Vi­vian, ciem­ność, po­mi­mo tło­ku wie­lu dusz; za­sta­na­wia­łem się, czy Ju­stin Vi­vian tań­czył/-a tan­go ze swo­ją du­szą w tym ciem­nym po­ko­ju, wy­peł­nio­nym sa­mot­no­ścią, któ­ra wy­peł­nia­ła też całe mia­sto i od­zy­wa­ła się w jej/jego mat­ce, kie­dy ta ro­bi­ła so­bie ze swo­je­go dziec­ka ele­ganc­ką ozdo­bę, któ­rą w każ­dej chwi­li mo­gła po­rzu­cić, przy­gnie­cio­na przez mi­łość, unie­moż­li­wia­ją­cą jej wy­zwo­le­nie naj­czyst­szych od­ru­chów ser­ca, czy­li do­strze­że­nia w Ju­sti­nie sie­bie i ra­do­ści z tego po­do­bień­stwa, na­wet gdy mó­wi­ła: "Nie, nie wol­no ci, nie mo­żesz pa­ra­do­wać w mo­jej szmin­ce, na­szym ustom nie wol­no wy­zna­wać tych sa­mych prawd i tej sa­mej mi­ło­ści do ko­sme­ty­ków"; za­sta­na­wia­łem się nad za­pa­chem pierw­szej szmin­ki na ustach Ju­sti­na Vi­vian w tym kłę­bo­wi­sku bli­sko­ści i ob­co­ści, ja­kim był jej/ jego ro­dzin­ny dom; i kie­dy ja wy­obra­żam so­bie opi­sa­ne w tej książ­ce jego/jej tan­go z sa­mym/-ą sobą, kie­dy do­ra­stał/-a do po­sta­ci od­gry­wa­ją­cej jej/jego wła­sny spek­takl na­mięt­no­ści na sce­nie cał­ko­wi­cie opa­no­wa­nej przez Mxa, Mx, nie­bez­piecz­nie chwie­jąc się na szpil­kach, wy­zy­wa­ją­co i na­tu­ral­nie pa­ra­du­je z czer­wo­ną szmin­ką na ustach, któ­re pul­su­ją jak otwar­ta rana.

Hil­ton Als

1

"Cześć, Fred! Gdzie two­ja Gin­ger?" - py­tał mnie dzia­dek. Jako mały chło­piec cią­gle tań­czy­łem w domu. Nie mia­łem po­ję­cia, kim był Fred ani kim była Gin­ger. Wie­dzia­łem jed­nak, że lu­bię tań­czyć. Gdy wresz­cie obej­rza­łem Pa­nów w cy­lin­drach, to po­rów­na­nie za­czę­ło mi po­chle­biać, ale po­czu­łem się też nie­co za­gu­bio­ny. Czy nie mógł­bym być na­raz i Fre­dem, i Gin­ger?

Pe­wien sław­ny ak­tor po­wie­dział kie­dyś, że naj­więk­szą za­le­tą bi­sek­su­ali­zmu jest to, że po­dwa­ja on szan­sę wy­rwa­nia ko­goś na so­bot­niej im­pre­zie. Być może miał ra­cję, ale w moim przy­pad­ku bi­sek­su­alizm mno­ży rów­nież trud­no­ści.

Kom­pli­ku­je mi bar­dzo pro­ces po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji. Trud­no mi się na przy­kład zde­cy­do­wać, co wło­żyć na wie­czor­ne wyj­ście w mia­sto, bo ja nie dzie­lę ciu­chów na mę­skie i dam­skie, nie do­bie­ram ich od­po­wied­nio do wie­ku i nie wi­dzę róż­ni­cy mię­dzy tym, co ele­ganc­kie, ca­su­alo­we i spor­to­we. Spę­dzam całe go­dzi­ny, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć, co w da­nej sy­tu­acji po­win­na wy­ra­żać moja gar­de­ro­ba. Cza­sem wy­cho­dzę z domu do­pie­ro koło trze­ciej, czwar­tej po po­łu­dniu, bo nie mogę się zde­cy­do­wać, czy chcę mieć kre­skę na po­wie­kach, czy nie.

To nie­zde­cy­do­wa­nie może mieć źró­dło w dzie­ciń­stwie, gdy moje wy­bo­ry pod­da­wa­no do­kład­nej kon­tro­li. Nie­któ­rzy lu­dzie mają że­la­zne za­sa­dy. Na przy­kład mat­ka Nan­cy, mo­jej przy­ja­ciół­ki, po­wta­rza­ła jej: "Nie ru­szaj się z domu bez po­ma­lo­wa­nych brwi". Nie przy­po­mi­nam so­bie, żeby moja mat­ka kie­dy­kol­wiek wy­szła gdzieś bez szmin­ki na ustach. We­dług mnie szmin­ka jest jed­nym z naj­bar­dziej ma­gicz­nych wy­na­laz­ków ludz­ko­ści. Roz­ma­wia­jąc z kimś, nie pa­trzę tej oso­bie w oczy, pa­trzę na usta. Oczy mogą być zwier­cia­dłem du­szy, ale usta z re­gu­ły uka­zu­ją głęb­szą praw­dę.

Iced Wa­ter­me­lon Re­vlo­na, ma­to­wo­ró­żo­wa po­mad­ka do­stęp­na w więk­szo­ści dro­ge­rii pod ko­niec lat sześć­dzie­sią­tych, była ulu­bio­ną szmin­ką mo­jej mat­ki. Jako pierw­szo­kla­sist­ka na­uczy­łam się ma­lo­wać nią usta przed każ­dym wyj­ściem do szko­ły. Nie wiem, ile dni ucho­dzi­ło mi to pła­zem, ale wiem, że kie­dy wy­cho­dzi­łam z domu, czu­łam się bar­dziej pew­na sie­bie. Ze szmin­ką na ustach, po­pra­wiw­szy so­bie uro­dę ulu­bio­nym ko­lo­rem mamy, któ­ra bez wąt­pie­nia była też pięk­ną ko­bie­tą, mo­głam śmia­ło sta­wić czo­ło świa­tu. Czy gdy­bym mo­gła, wy­bra­ła­bym inny ko­lor, bar­dziej wy­jąt­ko­wy czy wy­szu­ka­ny od­cień? Nig­dy się tego nie do­wiem. Nie mia­łam wte­dy wła­snych do­cho­dów ani moż­li­wo­ści do­tar­cia do skle­pu. Ra­dzi­łam so­bie, uży­wa­jąc tego, co było pod ręką.

Nie przy­po­mi­nam so­bie, żeby ktoś w szko­le miał pro­blem z moją szmin­ką. Moja wy­cho­waw­czy­ni, pani Bi­vens, nie po­wie­dzia­ła ani sło­wa - zresz­tą sama od­da­wa­ła się ry­tu­ałom pięk­na. Co­dzien­nie z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­łam na po­ran­ne ślu­bo­wa­nie wier­no­ści3, któ­re pani Bi­vens od­bie­ra­ła w swo­ich szpil­kach. Pa­mię­tam, że były z nie­bie­skiej skó­ry, czy­li na re­pu­bli­kań­ską mo­dłę, co jak na ów­cze­sne stan­dar­dy za­kra­wa­ło na lek­ką prze­sa­dę, je­śli wziąć pod uwa­gę, że oglą­da­ły je tyl­ko sze­ścio­lat­ki. Kie­dy wra­ca­li­śmy po dłu­giej prze­rwie, pani Bi­vens wkła­da­ła pła­skie pan­to­fel­ki. To był jej co­dzien­ny ry­tu­ał pie­lę­gno­wa­ny z wiel­ką pa­sją i od­da­niem.

Wszy­scy po­trze­bu­je­my ry­tu­ałów. Po­sta­no­wi­łam, że moim bę­dzie szmin­ka na ustach. Nie wiem, ile dni, ile bez­tro­skich dni po­ko­ny­wa­łam dwie prze­czni­ce z domu do pod­sta­wów­ki jak gwiaz­da fil­mu lub se­ria­li te­le­wi­zyj­nych. Nie mie­li­śmy ko­lo­ro­we­go te­le­wi­zo­ra, ale na­wet w na­szym czar­no-bia­łym, sto­ją­cym na ku­chen­nym kre­den­sie, wi­dać było, że Bar­ba­ra Wal­ters, współ­pro­wa­dzą­ca To­day Show, uży­wa­ła ma­to­wej szmin­ki. Nie­ustra­szo­na dzien­ni­kar­ka, wy­cho­dzi­łam z domu i jak Bar­ba­ra Wal­ters, któ­ra prze­pro­wa­dzi­ła wy­wiad z Fi­de­lem Ca­stro, by­łam go­to­wa sta­wić czo­ło każ­de­mu ty­ra­no­wi. Każ­de­mu, z wy­jąt­kiem mo­jej mat­ki, któ­ra zdy­ba­ła mnie pew­ne­go dnia w chwi­li, gdy wy­bie­ra­łam się do szko­ły.

- Co ty masz na ustach? - spy­ta­ła to­nem, jak go wte­dy ode­bra­łem, peł­nym gro­zy.

Spa­ra­li­żo­wa­ny ze stra­chu nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. Po­sta­wi­łem na to, co wy­da­wa­ło mi się je­dy­ną praw­dą.

- Moją szmin­kę.

- Jak to two­ją?! To jest moja szmin­ka. Co ty ro­bisz z moją szmin­ką na ustach?

- Noo, idę do szko­ły. Ty za­wsze ma­lu­jesz usta, my­śla­łem, że ja też mu­szę.

- Chłop­cy nie uży­wa­ją szmin­ki! - krzyk­nę­ła, jak­by to było dla mnie oczy­wi­ste. Uży­ła sło­wa "chło­piec", choć do­sta­wa­łam aler­gii, kie­dy ktoś tak się do mnie zwra­cał.

- Ale mamo! Co­dzien­nie jej uży­wam. Nikt nie zwra­ca uwa­gi.

- Co­dzien­nie cho­dzisz do szko­ły ze szmin­ką na ustach? Od kie­dy?

- Nie wiem - krzy­cza­łem prze­ję­ty. - Ale to jest okej!

- Nie, to nie jest okej!

Za­cią­gnę­ła mnie do ła­zien­ki i star­ła po­mad­kę z mo­ich ust. Tego dnia po­sze­dłem do szko­ły po­ko­na­ny, przy­bi­ty i sza­ry. Po­trze­bo­wa­łem dwu­dzie­stu lat, żeby dojść do wnio­sku, że wyj­ście z domu ze szmin­ką na ustach jest jed­nak okej.

Dziś je­stem już po czter­dzie­st­ce i ma­to­wy róż wy­da­je mi się tro­chę zbyt ko­kie­te­ryj­ny dla oso­by z moją fi­gu­rą. Ale my­ślę, że pa­so­wał do trans­sek­su­al­ne­go dziec­ka z pierw­szej kla­sy pod­sta­wów­ki. Wów­czas oczy­wi­ście nie było mowy, że­bym my­śla­ła o so­bie jak o trans­sek­su­al­nym dziec­ku ani tym bar­dziej za­sta­na­wia­ła się, jaki ko­lor szmin­ki bę­dzie dla mnie naj­lep­szy. Tyle mo­ich my­śli, pra­gnień i pla­nów le­gło wów­czas w gru­zach. Tyle czar­no­widz­twa za­cią­ży­ło nad każ­dą moją de­cy­zją, że sta­łem się cho­dzą­cym pa­ra­dok­sem, kom­bi­na­cją bra­wu­ry i nie­pew­no­ści. Czuj­ne oko płcio­we­go po­li­cjan­ta, pod któ­re­go kon­tro­lą ży­łem, na­ka­zy­wa­ło mi za­sta­no­wić się dru­gi, trze­ci raz, za­nim pod­ją­łem naj­błah­szą de­cy­zję. Ten spo­sób my­śle­nia prze­ni­kał moje ży­cie i sku­tecz­nie utrud­niał spon­ta­nicz­ne po­dą­ża­nie za gło­sem ser­ca.

Nie­daw­no, kie­dy mia­łam czter­dzie­ści sześć lat, wy­bie­ra­łam się na za­pla­no­wa­ną se­rię wy­stę­pów w Ope­ra Ho­use w Syd­ney. Po­nie­waż oba­wia­łam się kosz­mar­ne­go jet lagu po dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­nej po­dró­ży, po­pro­si­łam przy­ja­cie­la o tro­chę am­bie­nu4. Do­rzu­cił do tego kil­ka da­wek ad­de­ral­lu5, któ­ry we­dług nie­go miał mi uła­twić po­bud­kę i do­dać ener­gii w cią­gu dnia. Nig­dy nie by­łam zwo­len­nicz­ką spi­dów, w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych zbyt wie­lu mo­ich przy­ja­ciół zry­ło so­bie mó­zgi na krysz­ta­le6, dla­te­go za­wsze uni­ka­łam sty­mu­lan­tów. Ale któ­re­goś wie­czo­ra zo­sta­łam za­pro­szo­na na przy­ję­cie. By­łam zmę­czo­na i tro­chę nie­spo­koj­na, więc po­sta­no­wi­łam spró­bo­wać ad­de­ral­lu i zo­ba­czyć, jak za­dzia­ła. Po­czu­łam się spo­koj­niej­sza i bar­dziej skon­cen­tro­wa­na.

Wy­cho­wa­no mnie tak, że kie­dy boli gło­wa, cze­ka się, aż samo przej­dzie, a do­pie­ro po­tem bie­rze aspi­ry­nę, do le­ka­rza idzie się w po­waż­nych przy­pad­kach, a nowe buty ku­pu­je się, gdy ze­drze się sta­re; więc cho­ciaż czu­łam się le­piej po tym ad­de­ral­lu, nie wie­dzia­łam, co mam o tym my­śleć.

Ty­dzień póź­niej, na ko­lej­nym przy­ję­ciu roz­ma­wia­łam z oj­cem mo­je­go ko­le­gi, któ­ry oka­zał się psy­cho­lo­giem. Po­wie­dział mi, że po­win­nam uwa­żać z ad­de­ral­lem, bo uza­leż­nia i moż­na go brać tyl­ko z prze­pi­su le­ka­rza. Spy­tał, jak się po nim czu­ję. Po­wie­dzia­łam, że zmniej­sza się po nim moje chro­nicz­ne nie­zde­cy­do­wa­nie. Gdy je­stem śpią­ca, wiem, że mu­szę się zdrzem­nąć. Gdy mam gdzieś iść, ubie­ram się i wy­cho­dzę z ho­te­lu. Te pro­ste rze­czy, tak oczy­wi­ste dla więk­szo­ści lu­dzi, spra­wia­ją mi co­raz mniej kło­po­tu. Kie­dy opi­sa­łam mu moje roz­ter­ki, stwier­dził: "Praw­do­po­dob­nie masz ADD".

Ze­spół de­fi­cy­tu uwa­gi. Tak dziw­nie to brzmi. Nie dość, że de­fi­cyt, to jesz­cze ze­spół. Czy to coś ta­kie­go jak anore­xia ne­rvo­sa? Lu­dzie nie wie­dzą, że to mają. Albo - jak to się na­zy­wa, kie­dy ktoś nie może po­praw­nie czy­tać i pi­sać? Dys­lek­sja! Cher ma dys­lek­sję. I Tom Cru­ise. Ten de­fekt zbli­żył ich do sie­bie w la­tach osiem­dzie­sią­tych, kie­dy mie­li ro­mans. Po­tem Cher ze­rwa­ła z To­mem i zwią­za­ła się z Ro­bem Ca­mil­let­tim, tym chło­pa­kiem od baj­gli. Czy mój ze­spół de­fi­cy­tu uwa­gi każe mi dziś roz­trzą­sać nie­gdy­siej­sze hi­sto­rie z ta­blo­idów, za­miast opo­wie­dzieć wam, w ja­kie po­mie­sza­nie wpra­wi­ło mnie przy­pusz­cze­nie, że mam ADD?

Mia­łam wie­le do prze­my­śle­nia. Po pierw­sze, je­śli cier­pię na ADD, to będę te­raz bra­ła leki na re­cep­tę. Od dziec­ka, z wy­jąt­kiem an­ty­bio­ty­ków na za­pa­le­nie gar­dła i nie­swo­iste za­pa­le­nie cew­ki mo­czo­wej, nie przyj­mo­wa­łam żad­nych le­ków na re­cep­tę. Ale na­wet wte­dy nie mu­sia­łam ni­cze­go za­ży­wać przez bli­żej nie­okre­ślo­ny czas. Czy bę­dzie mnie stać na taką ku­ra­cję? Być może ADD jest scho­rze­niem, na któ­re mogą so­bie po­zwo­lić tyl­ko lu­dzie o wyż­szym sta­tu­sie ma­te­rial­nym niż mój. Może opo­wia­da­łam o tym ojcu mo­je­go ko­le­gi, bo chcia­łam nadal brać ten ad­de­rall? Może nie­po­strze­że­nie sta­wa­łam się ćpun­ką? Może fan­ta­zje, że je­stem jed­ną z wie­lu mo­ich upa­dłych ido­lek - Judy Gar­land, Edie Sed­gwick, Ne­ely O'Hara - za­czę­ły brać nade mną górę? Bóg je­den wie, jak bar­dzo zmę­czy­ła mnie już ha­rów­ka w show bu­si­nessie: wy­krze­sy­wa­nie z sie­bie wciąż no­wych po­my­słów, no­wej ener­gii, żeby za­ła­pać się do no­wych miejsc, uśmie­chy do ko­lej­nych ob­cych osób... Może ad­de­rall lub ja­kiś spid zdję­ły­by ze mnie cię­żar kło­po­tli­wych i po­wierz­chow­nych kon­tak­tów z tymi ludź­mi? Albo prze­ciw­nie - co, je­śli po­mo­gły­by mi się sku­pić na tych lu­dziach, pro­jek­tach i miej­scach? Czy ugrzę­zła­bym w te­raź­niej­szo­ści? A może ze­spół de­fi­cy­tu uwa­gi do­brze mi słu­żył przez te lata? Było nie było, zro­bi­łam ka­rie­rę świa­to­wej ar­tyst­ki wy­stę­pu­ją­cej przed wy­ra­fi­no­wa­ną wi­dow­nią, któ­ra ob­ser­wo­wa­ła moją dro­gę od mi­nia­tu­ro­wych sce­nek na za­du­piach San Fran­ci­sco do le­gen­dar­nej Car­ne­gie Hall - dwa razy! - i cały czas wcie­la­ją­cą się w naj­kosz­mar­niej­szą po­stać, jaką mo­głam so­bie wy­obra­zić, bę­dąc dziec­kiem. Gdzie bym te­raz była, gdy­bym mia­ła pod ręką ad­de­rall i po­dej­mo­wa­ła za­wsze świa­do­me de­cy­zje? Więk­szość mo­ich do­ko­nań i stra­te­gii wy­ni­ka­ła z tego, że słu­cha­łam in­tu­icji. Jun­gow­ska psy­cho­ana­li­za dała mi wia­rę w słusz­ność dro­gi wy­zna­cza­nej przez pod­świa­do­me po­pę­dy i pra­gnie­nia. Lo­gi­ka i prag­ma­tyzm do­pa­da­ły mnie cza­sem na mo­jej dro­dze, ale w za­sa­dzie nie je­stem oso­bą, któ­ra po­dej­mo­wa­ła­by głę­bo­ko prze­my­śla­ne de­cy­zje.

Kie­dy więc oj­ciec mo­je­go ko­le­gi po­wie­dział: "Praw­do­po­dob­nie masz ADD", po­czu­łam jed­no­cze­śnie ulgę i strach. Wie­dzia­łam, że ma ra­cję i że te­raz będę mu­sia­ła się tym za­jąć.

Naj­pierw roz­ma­wia­łam z psy­cho­te­ra­peu­tą, z któ­rym spo­ty­ka­łam się od czte­rech lat. W moim krę­gu jest on jed­ną z nie­wie­lu mą­drzej­szych ode mnie osób. Mimo że po­dejrz­li­wie od­no­si się do far­ma­ko­lo­gicz­ne­go le­cze­nia za­bu­rzeń oso­bo­wo­ści i ner­wic, na­mó­wił mnie na wi­zy­tę u psy­chia­try. Umó­wi­łam się na kon­sul­ta­cję. Oka­za­ło się, że psy­chia­trzy to lu­dzie do­brze wy­kształ­ce­ni, sym­pa­tycz­ni i tro­skli­wi, ale skon­cen­tro­wa­ni na szyb­kim zdia­gno­zo­wa­niu za­bu­rzeń, któ­re mogą mieć źró­dło che­micz­ne lub emo­cjo­nal­ne. Przyj­mu­ją­cy mnie psy­chia­tra w cią­gu go­dzi­ny orzekł, że mam ze­spół de­fi­cy­tu uwa­gi i umiar­ko­wa­ną de­pre­sję, po czym za­pro­po­no­wał wy­pi­sa­nie re­cep­ty.

Od­mó­wi­łam przy­ję­cia an­ty­de­pre­san­tów, po­nie­waż prze­cho­dzi­łam aku­rat umiar­ko­wa­ny za­wód mi­ło­sny, świe­żo ze­rwaw­szy z uko­cha­nym to­wa­rzy­szem po­dró­ży. Wie­rzy­łam, że naj­lep­szy­mi le­kar­stwa­mi na de­pre­sję będą czas i tro­chę do­bre­go sek­su. I nie po­my­li­łam się.