Tango. Powrót do dzieciństwa, w szpilkach - Justin Viviane Bond


Reflow text when sidebars are open.
Niewstrząśnięty, zmieszany
Można by też powiedzieć: "niewstrząśnięta, zmieszana" albo, z zachowaniem kodów diversity, "niewstrząśnięty, zmieszana". Być może skojarzenie nazwiska Justin Vivian Bond ze sławnym agentem brytyjskiej królowej i jego ulubionym sposobem przygotowywania drinków nie jest wysokich lotów. Oddaje jednak znakomicie istotę nie tylko tożsamości J.V.B., lecz także jej sposobu pisania. Pamiętnik z okresu dorastania i dojrzewania, pisany przez osobę czterdziestoparoletnią, pokazuje kogoś, kto już we wczesnym dzieciństwie zaczyna docierać do sedna swojej tożsamości płciowej i seksualności i czyni to w dramatycznych okolicznościach. A jednak sposób prowadzenia narracji i widzenia świata pozostaje niewinny, wręcz naiwny, oddalony od tego, co perwersyjne. J.V.B. pozostaje "niewstrząśnięta". Mimo okoliczności. Mimo drastyczności historii, którą opisuje. I może dlatego tak niesamowicie czyta się tę książkę, która mimo ostrych treści przeznaczonych dla dorosłych - choć, powtórzmy, jest to opowieść o dzieciństwie - nie gorszy. Przeciwnie, można powiedzieć: "polepsza", chociaż "zgorszenie" nie ma właściwie antonimu. Dlatego powinni przeczytać ją przede wszystkim ci, którzy zgorszeni są z natury, oraz ci, którzy w rozmaitych odmiennościach upatrują skandalu i upadku moralnego zagrażającego społeczeństwu. Lista osób, którym Tango mogłoby zostać zadedykowane, znacznie przekroczyłaby objętość tej, niewielkiej w sumie, publikacji.
J.V.B. w ogóle nie jest wstrząśnięta odkryciami na temat własnej intymności, ale po precyzyjnym wytyczeniu własnego terytorium na mapie konfiguracji płciowych staje się "zmieszana". Pisząc o tej autorce (tym autorze) po polsku, napotykamy od razu zasadniczą trudność. Wynika ona ze specyfiki polszczyzny, która każe używać rodzajów. Wybór jest bardzo ograniczony: męski, żeński i nijaki. Co zrobić w wypadku osób "zmieszanych", czyli transgenderowych? Jakich rzeczowników i jakich form czasowników, przymiotników, zaimków i liczebników powinniśmy używać, by nie dojść natychmiast do nienowego wniosku, że język może być narzędziem przemocy? J.V.B. sama siebie określa słowem "mix". W angielszczyźnie wygląda to bardzo wdzięcznie - obok Mistera i Miss pojawia się nowy prefiks: Mix. Ale zdania: "Mix for prefix and T for sex", brzmiącego świetnie po angielsku, właściwie nie da się przetłumaczyć na polski. Jest jeszcze angielska propozycja s/he, która w sumie nieźle przekłada się na polski: on/a, choć tradycyjnie wyróżnia męskość, bo stawia ją na pierwszym planie, i może też prowadzić do błędnych skojarzeń z shemale. Dodajmy jeszcze od razu, dla wyjaśnienia - i dla komplikacji - że bycie osobą transgenderową nie pociąga za sobą orientacji seksualnej. Nadal obowiązują opcje heteroi homoseksualna oraz biseksualna. W połączeniu z migotliwą tożsamością osób transgenderowych kombinacje mnożą się w postępie geometrycznym. W jakimś sensie wszystko jest dozwolone i trzeba niebywałej siły - co najmniej takiej, jaką dysponuje J.V.B. - by z tego piekła możliwości rodem z Dostojewskiego wydostać się na drogę pełnej samoakceptacji, która jest niezbędna, by zaakceptowali nas inni. J.V.B. dokonała jeszcze jednej rzeczy: swoje intymne procesy psychologiczne związane z tożsamością i seksualnością przemieniła w sztukę.
Justin Vivian Bond jest artystką. To najbardziej lapidarne określenie, choć myślę, że w jej wypadku bardzo zobowiązujące. Nie tylko dlatego, że występuje publicznie, śpiewa, tworzy programy kabaretowe. J.V.B. próbuje najtrudniejszej rzeczy: zamienia całe swoje życie w dzieło sztuki, a w każdym razie podejmuje taką próbę. Urodziła się w 1963 roku jako chłopiec. Wyjątkowo wcześnie zorientowała się jednak, że nie pasuje do chłopców i że nie chce być chłopcem. (Pamiętacie Achillesa wychowywanego wśród dziewcząt i jego straszną śmierć, którą poniósł, kiedy chciał pomścić ukochanego Patroklosa?) Jej pierwsze wcielenie sceniczne - Kiki - funkcjonowało w kabaretowym duecie. Kiki posiadała odrębną biografię i była swoistym scenicznym heteronimem. Film Johna Camerona Michella Shortbus, w którym J.V.B. zawiaduje seksklubem dla emocjonalnych ofiar 11 września 2001 roku, zapoczątkował jej indywidualną karierę i przyniósł rozgłos. J.V.B. ma na swoim koncie dwie solowe płyty i książkę. Do swojego pierwotnego imienia, Justin, dołożyła drugie - Vivian. Justin jest w gruncie rzeczy imieniem męskim. Vivian została w dziwny sposób odziedziczona po wujku. Jak mówi J.V.B., chodziło o zrównoważenie imienia męskiego. Wspomniany wujek, noszący właśnie imię Vivian, nie lubił go, ponieważ uważał je za zbyt kobiece, i zamienił je na jednoznacznie męskie - Victor. Justin wślizgnęła się więc w opuszczone imię jak w porzuconą skorupę. Zwykłe rodzinne sprawy.
Jest wiele powodów, dla których Tango powinno znaleźć się na liście lektur obowiązkowych dla dorosłych obok uwielbianych przez wszystkich Przygód Mikołajka. Skąd skojarzenie tych dwóch książek? Tekst J.V.B. wyrasta z podobnego sposobu myślenia o dzieciństwie: jako o przygodzie, w zasadzie traumatycznej, a jednak wspominanej z nostalgią z perspektywy czasu. Nawet dla najbardziej doświadczonych dzieciństwem, nawet dla tych, dla których dorastanie i kształtowanie - by nie powiedzieć: formatowanie - stają się wyjątkowo dotkliwe i pozostawiają wiele śladów w psychice, dzieciństwo w końcu okazuje się obcym krajem, bezpowrotnie utraconym, do którego tęsknimy. i w końcu zastyga w storyboard przygód i anegdot. W dorosłym życiu mogą one stanowić zabezpieczenie przed złym okiem bezwzględnej dorosłości.
Znajdziecie więc w Tangu rozmaite historie skautowskie, zabawy w wojnę, wspólne pływanie w basenie, zabawy w śniegu czy - mieszczące się ściśle w mitologii amerykańskiego dzieciństwa - budowanie domku na drzewie, w którym można się ukryć przed rodzicami i prowadzić tajne życie, niedostępne i niezrozumiałe dla dorosłych. Tyle że w wypadku J.V.B. wszystkie te historie są przesycone seksem, podszyte dziwną relacją, która nawiązała się między małym Justinem Bondem i jego rówieśnikiem Michaelem Hunterem. Trzeba przyznać, że rozbudzenie seksualne bohatera i jego zainteresowanie płciowością, głównie kolegów, wydaje się wyrastać ponad normę. Pozostaje jednak pytanie, czy w tej materii istnieją w ogóle jakieś normy. A może dzięki szczerości J.V.B. otrzymujemy obraz na pozór tylko przejaskrawiony. A może to większości z nas udało się stłumić i wyprzeć własne dziecięce fascynacje seksualne, zapomnieć o tym, że energia seksualna jest podstawowym motorem rozwoju?
A więc są Justin Bond i Michael Hunter parą kolegów szkolnych tkwiącą w nieustającym napięciu, niechęci i nienawiści, w zależności sadomasochistycznej, w uścisku nieomal śmiertelnym. Opis ich dziecięcych wyczynów seksualnych wypełnia prawie całą książkę. I chyba "wyczyny" to właściwe słowo, bo kontakty między chłopcami zaczynają się wprawdzie od dotykania wynikającego z ciekawości, ale bynajmniej się na nim nie kończą. Ostry seks podszyty przemocą, zapachy, które nie nastrajają romantycznie: guma, smary, skisłe mleko w kartonach wyrzuconych do śmietnika - tak wygląda tło intensywnej i bardzo zmysłowej relacji, w której Justin jest upokarzany, a Michael rekompensuje sobie własne deficyty emocjonalne i kompleksy. Para idealnych kochanków, którzy się nienawidzą i publicznie poniżają. Nie mogą się znieść i mimo młodego wieku - romans rozpoczął się, kiedy Justin miał jedenaście lat - ranią się jak dorośli, ale lgną do siebie na przekór sygnałom świadomości. Michael znika z opowieści naturalnym trybem dorastania, chociaż powraca w niej w postaci nieoczekiwanej kody i pozostaje na zawsze w tytule - Tango to jego kryminalny nickname w dorosłym życiu, które zdominowała seksualna perwersja prowadząca Huntera na ścieżkę przestępczą. I właśnie w tym, jak byśmy powiedzieli dziś, "hardkorze" dziecięcego seksu przejawia się ta święta naiwność posunięta do granic wytrzymałości, ale nieprzekraczająca granic wiarygodności, z jaką J.V.B. opisuje swoje życie. Dlaczego mamy nie wierzyć w to, że kilkunastoletni Justin, odbywając pierwszy w życiu stosunek analny, nie wiedział, że go odbywa, nie wiedział, że "traci cnotę"? Skoro wszystko jest w języku, jak mamy przeżywać i nazywać zdarzenia, których nazwać nie umiemy? To owa dziwna naiwność relacji i pisania czyni z każdej linijki tej książki lekturę zawstydzającą i otwierającą jednocześnie. Zawstydzające jest w niej to, że stawia najprostsze pytania o normę zachowań seksualnych, a więc mimowolnie wchodzi w dyskusję na temat tego, co w nas cywilizacyjne, a co naturalne. Podważa też natychmiast schemat zachowań, zgodnie z którym poddajemy się poczuciu winy. Wina spada na nas niemalże jak grzech pierworodny, czujemy się brudni, dotknięci i pokalani, chociaż nie bardzo wiemy dlaczego. Winą nasyca nas niewidzialny strażnik normy społecznej i cywilizacyjnej. J.V.B. pisze, że miała szczęście, gdyż jej lęki związane z seksualnością okazały się słabsze od potrzeby wyrażenia siebie. Na ogół jest właśnie odwrotnie.
Myślę, że trudno o lepszą szkołę tolerancji od tej w wydaniu J.V.B. Napisałem "tolerancji", ale trzeba mówić o "akceptacji" - choć brzmi to znacznie ostrożniej i kojarzy się z pewnym wyrachowaniem, znaczy jednak coś innego. To znowu norma społeczna nauczyła nas zachwytu pojęciem "tolerancja", które dopuszcza istnienie czegoś, ale niekoniecznie to wspiera. Tolerancja jest wynalazkiem społecznym, akceptacja - ludzkim, opartym na empatii. W ten sposób Tango może dać niepowtarzalną szansę uczestniczenia w procesie, który prowadzi do rozpoznania własnej tożsamości. Do odkrycia, że szminka nie jest dla chłopców, a zwłaszcza dla małych chłopców, nawet jeśli ci chłopcy nie czują się chłopcami, o czym nie mogą właściwie jeszcze wiedzieć. Tym bardziej nie mogą więc pojąć, że szminka nie jest dla nich, ani się z tym zgodzić. Jeśli można w ogóle wejść w cudze buty, to w szpilki J.V.B. należy wejść na pewno. I zanim powiesz, że niewygodne i chodzić się w nich nie da (a na pewno będziesz tak mówił, jeśli jesteś mężczyzną, zwłaszcza tym stuprocentowym), spróbuj się przejść pod rękę z opiekuńczą królową dzisiejszych transów. Co może wyniknąć z tego spaceru? Dyskusja ze stereotypowymi wyobrażeniami, od której świat zawsze staje się lepszy. A także empatyczny stosunek do osób cierpiących na ADD (czyli attention deficit disorder, po polsku zwany zespołem deficytu uwagi). A poza empatią możesz wynieść z lektury tej książki także parę cennych rad życiowych, nawet jeśli ADD nie jest twoim udziałem! Jedną z nich formułuje J.V.B. po tym jak lekarz psychiatra proponuje jej wypisanie recepty: "Odmówiłam przyjęcia antydepresantów, ponieważ przechodziłam akurat umiarkowany zawód miłosny, świeżo zerwawszy z ukochanym towarzyszem podróży. Wierzyłam, że najlepszymi lekarstwami na depresję będą czas i trochę dobrego seksu. I nie pomyliłam się". Życzę każdemu takiej lekkości w mówieniu o największych traumach, z których latami spowiadamy się na terapiach.
Piotr Gruszczyński
1 V, v's, vself - stworzone przez Justina V. Bonda zaimki zastępujące tradycyjne he, him, himself (on, jego, niego) oraz she, her, herself (ona, jej, niej). Z pewnością nie da się ich zastąpić zaimkiem "ono" (przypisy nieoznaczone inaczej pochodzą od tłumacza).
2 Autor wstępu odwołuje się tutaj do znanego postulatu Justina Vivian Bond, aby nie tytułować jej/go Mr (Pan) ani Ms (Pani), tylko Mx (Mix).
3 Ang. The Pledge of Allegiance - ślubowanie wierności sztandarowi USA składane przez uczniów szkół publicznych. Niegdyś obowiązywało w całym kraju, obecnie tylko w części stanów.
4 Ambien - bardzo szybko działający lek nasenny.
5 Adderall - lek oparty na amfetaminie. W pewnych dawkach ma działanie uspokajające, używa się go pomocniczo w leczeniu osób z ADHD, w innych przypadkach działa zaś pobudzająco, jest stosowany jako środek dopingujący w sporcie.
6 Kryształ - slangowa nazwa metamfetaminy.
7 Ang. terrorist task force - połączone siły antyterrorystyczne.
8 Sprawa Roe przeciwko Wade - sprawa z lat 1970-1973, w której sąd w Teksasie odmówił prawa do aborcji zgwałconej kobiecie. Kobieta urodziła, a następnie odwołała się do Sądu Najwyższego USA, który w swoim wyroku uznał aborcję za legalną w całym okresie ciąży.
9 Ang. flattop - fryzura "na żołnierza", czyli bardzo krótka po bokach i ze spłaszczoną górą.
10 Ang. blow - dmuchać, wiać; blow me - zrób mi laskę.
11 Ang. Tom, Dick, or Harry, who should I marry? I'll marry Tom because Tom's dick is Harry. Rymowanka oparta na popularnym powiedzeniu: Tom, Dick and Harry - nikt, byle kto.
12 Ang. middle school - szkoła, w której dzieci uczą się między dwunastym a czternastym rokiem życia.
13 Kapitan Kirk - jeden z bohaterów serialu Star Trek.
14 W Stanach Zjednoczonych funkcjonuje system dwunastoklasowy, stąd numeracja ciągła ("ósma klasa" zamiast "druga klasa gimnazjum"). W systemie tym wyróżnia się trzy etapy edukacji: elementary school (szkołę podstawową), middle school (odpowiednik polskiego gimnazjum) i high school (odpowiednik polskiego liceum).
15 Joanne Greenberg, Życie to nie bajka [tyt. oryg. I Never Promised You a Rose Garden], przeł. Tomasz Bieroń, Poznań 1994.
16 Ang. Manifest Destiny - ideologiczna podbudowa imperialistycznej ekspansji USA na terenie całej Ameryki Północnej w XIX wieku, wskazująca na jej wyższą dziejową konieczność oraz boskie pochodzenie.
17 Swish the Dish - słowa używane dawniej w slangu, zwłaszcza środowisk LGBT. Swish - przegięta ciota; dish - ciacho (atrakcyjna osoba) lub ładny tyłek. Można ten zwrot przetłumaczyć na wiele sposobów, na przykład "Pokręć tyłkiem".
18 Kansas, Dust in the Wind [SP], sł. i muz. Kerry Livgren, Kansas: Jeff Glixman, 1978. Tłumaczenie: Daj spokój, nic nie trwa wiecznie, tylko niebo i ziemia, nie zatrzymasz tego, za żadne pieniądze nie kupisz nawet minuty, pył na wietrze - tym tylko jesteśmy: pyłem na wietrze.
Wiele lat temu spędziłem sporo czasu z członkami pewnej trupy tanecznej; występowali pod nazwą Tango Argentina i raz, dwa razy w tygodniu chodziłem na ich pokazy; ich namiętny taniec - tango - powstał na początku lat dwudziestych z przetworzonych elementów muzyki i tańca przywiezionych przez mieszkańców Afryki do takich miast jak Buenos Aires czy Montevideo; moi znajomi tancerze z Broadwayu występowali codziennie przed zafascynowaną publicznością i ściśle stosowali się do reguł konwencji teatralnej, polegającej na podkreślaniu męskości przez mężczyzn odzianych w ciemne garnitury i na akcentowaniu kobiecości przez kobiety, nieco chwiejnym krokiem poruszające się na niebotycznych szpilkach; słowem, szybko zorientowałem się, że tango to taniec płci; mężczyźni prowadzili, ale to kobiety kontrolowały rytm ruchem bioder i zwrotem głowy; to przede wszystkim one tworzyły rozdzierającą figurę fatalnej miłości, manifestując swą odrębność i wściekłość i wciągając mężczyzn w swój intymny świat; niezależnie od tego zafascynowany obserwowałem tych tragicznych kochanków poruszających się w abstrakcji zwanej tańcem; to trochę tak, jakby śledzić rozwikływanie zagadki; czasem zaś ich wężowe ruchy kojarzyły mi się z oddychaniem, powietrzem wdychanym i wydychanym przez ciało, dostarczającym tancerzom życiowej energii; a może nawet nie im, tylko nam, którzy w ciemności swoich sypialni zastanawiamy się, czym nasze ciała są dla innych, jak ci tancerze dla widzów siedzących w ciemności, którzy patrząc na nich, przez nich zainspirowani, mogą przemyśleć historię własnych ciał i to, że jako mężczyźni i kobiety trzymają się ściśle męskości i kobiecości, przez co dalece ograniczają wolność swoich ruchów, a robią to, żeby zmieścić się w znanym schemacie, dopasować do wzorców, wypełniających wielką scenę świata; pewnie nie przypomniałbym sobie moich przyjaciół z Tango Argentina - czas zamazuje wszystko - gdybym nie przeczytał Tanga Mxa Justina Vivian Bond, książki, która właściwie nie potrzebuje wstępu, ale cieszę się, że mogę napisać to zdanie, czy raczej zapisać ten wydech, by przynajmniej wyrazić ulgę, że autor/-ka w sposób tak zrozumiały dla wszystkich mówi o ciele, ciele poruszającym się w przestrzeni, zwłaszcza o własnym ciele, i mówi językiem, dzięki któremu przestaję się niepokoić, jak moje ciało odbierają inni, a zaczynam się zastanawiać, czym ten doczesny zamęt jest dla mnie, w ciemności i jasności, które stwarzam sam lub które stwarzają inni; w tej książce, i nie tylko w niej, aktor/-ka i śpiewak/-aczka nauczył/-a się tańczyć z samym/-ą sobą, w szpilkach i garniturze, które pasują do Vselfa1, dobranych i skrojonych tak, by odpowiadały naturze Vselfa, który/-a, jak wielu, doświadczył/-a przemocy, presji tłumienia, a czasem także miłości; mógłbym dalej ciągnąć to długie zdanie i rozpisywać się o osobistym głosie Justina Vivian Bond, opowiadającym nam o rozpoznanej już w dzieciństwie tożsamości Mxa2, jak zakazywano mu/jej być jej wiernym/-ą i jak mógł/-ła ją wyrażać tylko w domu mężczyzny co noc całującego na dobranoc fotografię zmarłej żony; ale kiedy czytałem Tango, zastanawiałem się, czym dla małego Mxa był widok martwej fotografii martwej kobiety przynoszącej radość staremu mężczyźnie, który lubił zarówno Mx Ginger, jak i Mxa Freda; zastanawiałem się nad głazem, usuniętym sprzed jednego z domów w dzielnicy Justina po to, aby dzieci nie zrobiły sobie krzywdy, nad tym antyseptycznym impulsem społeczeństwa, za wszelką cenę unikającego bólu i przykrości, nawet jeśli samo za nie odpowiadało; i, tak, również nad tym, jak dzieci w jej/jego mieście nauczyły się zadawać innym ból, czego oprócz strachu przed własnym ciałem nauczyły się w domach, i nad wrażliwością, którą przynosi miłość; zastanawiałem się, jaka ciemność musiała panować w pokoju Justina, kiedy stawał/-a się coraz bardziej Justinem Vivian, ciemność, pomimo tłoku wielu dusz; zastanawiałem się, czy Justin Vivian tańczył/-a tango ze swoją duszą w tym ciemnym pokoju, wypełnionym samotnością, która wypełniała też całe miasto i odzywała się w jej/jego matce, kiedy ta robiła sobie ze swojego dziecka elegancką ozdobę, którą w każdej chwili mogła porzucić, przygnieciona przez miłość, uniemożliwiającą jej wyzwolenie najczystszych odruchów serca, czyli dostrzeżenia w Justinie siebie i radości z tego podobieństwa, nawet gdy mówiła: "Nie, nie wolno ci, nie możesz paradować w mojej szmince, naszym ustom nie wolno wyznawać tych samych prawd i tej samej miłości do kosmetyków"; zastanawiałem się nad zapachem pierwszej szminki na ustach Justina Vivian w tym kłębowisku bliskości i obcości, jakim był jej/ jego rodzinny dom; i kiedy ja wyobrażam sobie opisane w tej książce jego/jej tango z samym/-ą sobą, kiedy dorastał/-a do postaci odgrywającej jej/jego własny spektakl namiętności na scenie całkowicie opanowanej przez Mxa, Mx, niebezpiecznie chwiejąc się na szpilkach, wyzywająco i naturalnie paraduje z czerwoną szminką na ustach, które pulsują jak otwarta rana.
Hilton Als
"Cześć, Fred! Gdzie twoja Ginger?" - pytał mnie dziadek. Jako mały chłopiec ciągle tańczyłem w domu. Nie miałem pojęcia, kim był Fred ani kim była Ginger. Wiedziałem jednak, że lubię tańczyć. Gdy wreszcie obejrzałem Panów w cylindrach, to porównanie zaczęło mi pochlebiać, ale poczułem się też nieco zagubiony. Czy nie mógłbym być naraz i Fredem, i Ginger?
Pewien sławny aktor powiedział kiedyś, że największą zaletą biseksualizmu jest to, że podwaja on szansę wyrwania kogoś na sobotniej imprezie. Być może miał rację, ale w moim przypadku biseksualizm mnoży również trudności.
Komplikuje mi bardzo proces podejmowania decyzji. Trudno mi się na przykład zdecydować, co włożyć na wieczorne wyjście w miasto, bo ja nie dzielę ciuchów na męskie i damskie, nie dobieram ich odpowiednio do wieku i nie widzę różnicy między tym, co eleganckie, casualowe i sportowe. Spędzam całe godziny, starając się zrozumieć, co w danej sytuacji powinna wyrażać moja garderoba. Czasem wychodzę z domu dopiero koło trzeciej, czwartej po południu, bo nie mogę się zdecydować, czy chcę mieć kreskę na powiekach, czy nie.
To niezdecydowanie może mieć źródło w dzieciństwie, gdy moje wybory poddawano dokładnej kontroli. Niektórzy ludzie mają żelazne zasady. Na przykład matka Nancy, mojej przyjaciółki, powtarzała jej: "Nie ruszaj się z domu bez pomalowanych brwi". Nie przypominam sobie, żeby moja matka kiedykolwiek wyszła gdzieś bez szminki na ustach. Według mnie szminka jest jednym z najbardziej magicznych wynalazków ludzkości. Rozmawiając z kimś, nie patrzę tej osobie w oczy, patrzę na usta. Oczy mogą być zwierciadłem duszy, ale usta z reguły ukazują głębszą prawdę.
Iced Watermelon Revlona, matoworóżowa pomadka dostępna w większości drogerii pod koniec lat sześćdziesiątych, była ulubioną szminką mojej matki. Jako pierwszoklasistka nauczyłam się malować nią usta przed każdym wyjściem do szkoły. Nie wiem, ile dni uchodziło mi to płazem, ale wiem, że kiedy wychodziłam z domu, czułam się bardziej pewna siebie. Ze szminką na ustach, poprawiwszy sobie urodę ulubionym kolorem mamy, która bez wątpienia była też piękną kobietą, mogłam śmiało stawić czoło światu. Czy gdybym mogła, wybrałabym inny kolor, bardziej wyjątkowy czy wyszukany odcień? Nigdy się tego nie dowiem. Nie miałam wtedy własnych dochodów ani możliwości dotarcia do sklepu. Radziłam sobie, używając tego, co było pod ręką.
Nie przypominam sobie, żeby ktoś w szkole miał problem z moją szminką. Moja wychowawczyni, pani Bivens, nie powiedziała ani słowa - zresztą sama oddawała się rytuałom piękna. Codziennie z niecierpliwością czekałam na poranne ślubowanie wierności3, które pani Bivens odbierała w swoich szpilkach. Pamiętam, że były z niebieskiej skóry, czyli na republikańską modłę, co jak na ówczesne standardy zakrawało na lekką przesadę, jeśli wziąć pod uwagę, że oglądały je tylko sześciolatki. Kiedy wracaliśmy po długiej przerwie, pani Bivens wkładała płaskie pantofelki. To był jej codzienny rytuał pielęgnowany z wielką pasją i oddaniem.
Wszyscy potrzebujemy rytuałów. Postanowiłam, że moim będzie szminka na ustach. Nie wiem, ile dni, ile beztroskich dni pokonywałam dwie przecznice z domu do podstawówki jak gwiazda filmu lub seriali telewizyjnych. Nie mieliśmy kolorowego telewizora, ale nawet w naszym czarno-białym, stojącym na kuchennym kredensie, widać było, że Barbara Walters, współprowadząca Today Show, używała matowej szminki. Nieustraszona dziennikarka, wychodziłam z domu i jak Barbara Walters, która przeprowadziła wywiad z Fidelem Castro, byłam gotowa stawić czoło każdemu tyranowi. Każdemu, z wyjątkiem mojej matki, która zdybała mnie pewnego dnia w chwili, gdy wybierałam się do szkoły.
- Co ty masz na ustach? - spytała tonem, jak go wtedy odebrałem, pełnym grozy.
Sparaliżowany ze strachu nie wiedziałem, co powiedzieć. Postawiłem na to, co wydawało mi się jedyną prawdą.
- Moją szminkę.
- Jak to twoją?! To jest moja szminka. Co ty robisz z moją szminką na ustach?
- Noo, idę do szkoły. Ty zawsze malujesz usta, myślałem, że ja też muszę.
- Chłopcy nie używają szminki! - krzyknęła, jakby to było dla mnie oczywiste. Użyła słowa "chłopiec", choć dostawałam alergii, kiedy ktoś tak się do mnie zwracał.
- Ale mamo! Codziennie jej używam. Nikt nie zwraca uwagi.
- Codziennie chodzisz do szkoły ze szminką na ustach? Od kiedy?
- Nie wiem - krzyczałem przejęty. - Ale to jest okej!
- Nie, to nie jest okej!
Zaciągnęła mnie do łazienki i starła pomadkę z moich ust. Tego dnia poszedłem do szkoły pokonany, przybity i szary. Potrzebowałem dwudziestu lat, żeby dojść do wniosku, że wyjście z domu ze szminką na ustach jest jednak okej.
Dziś jestem już po czterdziestce i matowy róż wydaje mi się trochę zbyt kokieteryjny dla osoby z moją figurą. Ale myślę, że pasował do transseksualnego dziecka z pierwszej klasy podstawówki. Wówczas oczywiście nie było mowy, żebym myślała o sobie jak o transseksualnym dziecku ani tym bardziej zastanawiała się, jaki kolor szminki będzie dla mnie najlepszy. Tyle moich myśli, pragnień i planów legło wówczas w gruzach. Tyle czarnowidztwa zaciążyło nad każdą moją decyzją, że stałem się chodzącym paradoksem, kombinacją brawury i niepewności. Czujne oko płciowego policjanta, pod którego kontrolą żyłem, nakazywało mi zastanowić się drugi, trzeci raz, zanim podjąłem najbłahszą decyzję. Ten sposób myślenia przenikał moje życie i skutecznie utrudniał spontaniczne podążanie za głosem serca.
Niedawno, kiedy miałam czterdzieści sześć lat, wybierałam się na zaplanowaną serię występów w Opera House w Sydney. Ponieważ obawiałam się koszmarnego jet lagu po dwudziestoczterogodzinnej podróży, poprosiłam przyjaciela o trochę ambienu4. Dorzucił do tego kilka dawek adderallu5, który według niego miał mi ułatwić pobudkę i dodać energii w ciągu dnia. Nigdy nie byłam zwolenniczką spidów, w latach dziewięćdziesiątych zbyt wielu moich przyjaciół zryło sobie mózgi na krysztale6, dlatego zawsze unikałam stymulantów. Ale któregoś wieczora zostałam zaproszona na przyjęcie. Byłam zmęczona i trochę niespokojna, więc postanowiłam spróbować adderallu i zobaczyć, jak zadziała. Poczułam się spokojniejsza i bardziej skoncentrowana.
Wychowano mnie tak, że kiedy boli głowa, czeka się, aż samo przejdzie, a dopiero potem bierze aspirynę, do lekarza idzie się w poważnych przypadkach, a nowe buty kupuje się, gdy zedrze się stare; więc chociaż czułam się lepiej po tym adderallu, nie wiedziałam, co mam o tym myśleć.
Tydzień później, na kolejnym przyjęciu rozmawiałam z ojcem mojego kolegi, który okazał się psychologiem. Powiedział mi, że powinnam uważać z adderallem, bo uzależnia i można go brać tylko z przepisu lekarza. Spytał, jak się po nim czuję. Powiedziałam, że zmniejsza się po nim moje chroniczne niezdecydowanie. Gdy jestem śpiąca, wiem, że muszę się zdrzemnąć. Gdy mam gdzieś iść, ubieram się i wychodzę z hotelu. Te proste rzeczy, tak oczywiste dla większości ludzi, sprawiają mi coraz mniej kłopotu. Kiedy opisałam mu moje rozterki, stwierdził: "Prawdopodobnie masz ADD".
Zespół deficytu uwagi. Tak dziwnie to brzmi. Nie dość, że deficyt, to jeszcze zespół. Czy to coś takiego jak anorexia nervosa? Ludzie nie wiedzą, że to mają. Albo - jak to się nazywa, kiedy ktoś nie może poprawnie czytać i pisać? Dysleksja! Cher ma dysleksję. I Tom Cruise. Ten defekt zbliżył ich do siebie w latach osiemdziesiątych, kiedy mieli romans. Potem Cher zerwała z Tomem i związała się z Robem Camillettim, tym chłopakiem od bajgli. Czy mój zespół deficytu uwagi każe mi dziś roztrząsać niegdysiejsze historie z tabloidów, zamiast opowiedzieć wam, w jakie pomieszanie wprawiło mnie przypuszczenie, że mam ADD?
Miałam wiele do przemyślenia. Po pierwsze, jeśli cierpię na ADD, to będę teraz brała leki na receptę. Od dziecka, z wyjątkiem antybiotyków na zapalenie gardła i nieswoiste zapalenie cewki moczowej, nie przyjmowałam żadnych leków na receptę. Ale nawet wtedy nie musiałam niczego zażywać przez bliżej nieokreślony czas. Czy będzie mnie stać na taką kurację? Być może ADD jest schorzeniem, na które mogą sobie pozwolić tylko ludzie o wyższym statusie materialnym niż mój. Może opowiadałam o tym ojcu mojego kolegi, bo chciałam nadal brać ten adderall? Może niepostrzeżenie stawałam się ćpunką? Może fantazje, że jestem jedną z wielu moich upadłych idolek - Judy Garland, Edie Sedgwick, Neely O'Hara - zaczęły brać nade mną górę? Bóg jeden wie, jak bardzo zmęczyła mnie już harówka w show businessie: wykrzesywanie z siebie wciąż nowych pomysłów, nowej energii, żeby załapać się do nowych miejsc, uśmiechy do kolejnych obcych osób... Może adderall lub jakiś spid zdjęłyby ze mnie ciężar kłopotliwych i powierzchownych kontaktów z tymi ludźmi? Albo przeciwnie - co, jeśli pomogłyby mi się skupić na tych ludziach, projektach i miejscach? Czy ugrzęzłabym w teraźniejszości? A może zespół deficytu uwagi dobrze mi służył przez te lata? Było nie było, zrobiłam karierę światowej artystki występującej przed wyrafinowaną widownią, która obserwowała moją drogę od miniaturowych scenek na zadupiach San Francisco do legendarnej Carnegie Hall - dwa razy! - i cały czas wcielającą się w najkoszmarniejszą postać, jaką mogłam sobie wyobrazić, będąc dzieckiem. Gdzie bym teraz była, gdybym miała pod ręką adderall i podejmowała zawsze świadome decyzje? Większość moich dokonań i strategii wynikała z tego, że słuchałam intuicji. Jungowska psychoanaliza dała mi wiarę w słuszność drogi wyznaczanej przez podświadome popędy i pragnienia. Logika i pragmatyzm dopadały mnie czasem na mojej drodze, ale w zasadzie nie jestem osobą, która podejmowałaby głęboko przemyślane decyzje.
Kiedy więc ojciec mojego kolegi powiedział: "Prawdopodobnie masz ADD", poczułam jednocześnie ulgę i strach. Wiedziałam, że ma rację i że teraz będę musiała się tym zająć.
Najpierw rozmawiałam z psychoterapeutą, z którym spotykałam się od czterech lat. W moim kręgu jest on jedną z niewielu mądrzejszych ode mnie osób. Mimo że podejrzliwie odnosi się do farmakologicznego leczenia zaburzeń osobowości i nerwic, namówił mnie na wizytę u psychiatry. Umówiłam się na konsultację. Okazało się, że psychiatrzy to ludzie dobrze wykształceni, sympatyczni i troskliwi, ale skoncentrowani na szybkim zdiagnozowaniu zaburzeń, które mogą mieć źródło chemiczne lub emocjonalne. Przyjmujący mnie psychiatra w ciągu godziny orzekł, że mam zespół deficytu uwagi i umiarkowaną depresję, po czym zaproponował wypisanie recepty.
Odmówiłam przyjęcia antydepresantów, ponieważ przechodziłam akurat umiarkowany zawód miłosny, świeżo zerwawszy z ukochanym towarzyszem podróży. Wierzyłam, że najlepszymi lekarstwami na depresję będą czas i trochę dobrego seksu. I nie pomyliłam się.