Tango dla oprawcy - Daniel Chavarria

-
Proszę czekać

1. Kółko i kciuk

Gdzie on się nauczył tak wywijać? Trzeba przyznać, że jak na gringo tańczył fantastycznie. Pięćdziesiąt pięć lat, mimo to krzepki i młodzieńczy. Przystojniak. Ale przede wszystkim bardzo czuły i miły.

Spędzali ze sobą już trzeci wspaniały dzień. Traktował Bini jak prawdziwą narzeczoną, a nie jak panienkę, której się płaci. Aldo pomimo wieku był całkiem niezły w łóżku. I zawsze wracał po więcej... Wiecie, lepszy niż większość trzydziestokilkulatków.

Kolejna stylowa cecha Alda to sposób, w jaki rozdawał dolary. Nie był skąpiradłem i nie robił z tego wielkiej sprawy. Opłacał mieszkanie Juanity, by zrobić jej przyjemność, lecz trzymał też pokój w hotelu Nacional, z którego prawie nie korzystał. Co za styl. I odkąd spotkali się na ulicy O, nie rozstali się ani na chwilę.

Lecz Bini najbardziej lubiła cierpliwość, z jaką uczył ją prowadzić. Nawet gdy wpadała w poślizg, nie robił się nerwowy jak ten drań François ani nie krzyczał na nią jak Rafael. Aldo był zabawny...

Cieszyły ją postępy, jakie robiła za kierownicą. Gdyby miała własny samochód, przez cały dzień jeździłaby po ulicach choćby tylko po to, by być w ruchu.

Otóż to, nic nie wychodziło jej tak dobrze jak bycie w ruchu. A skoro już o tym mowa, dyskoteki ją nudziły. Może poszlibyśmy do kabaretu w Teatrze Narodowym? César López gra dzisiaj z Habana Ensemble. Tak, znajomy saksofonista, naprawdę świetny. Tak, chodźmy, kochany papi. Gryzie go w szyję, doprowadza do śmiechu, chodźmy, mi amor, zabierz mnie tam.

Chciała tańczyć aż do świtu.

Ale on nie chciał, miał już dość.

Aldo zaczął pić bardzo wcześnie i wiedział, że jeżeli wychyli jeszcze parę szklaneczek, padnie trupem na parkiecie. A w takim stanie nie ma mowy, by prowadził...

Bini proponuje, że to ona będzie kierowcą.

On na to, że nie, nie.

Ona wpada w furię.

On nadal nie, po ciemku nie ma mowy.

Ona grozi, że jeżeli nie da jej poprowadzić, to jutro rano może zapomnieć o jej cyckach.

On chichocze i obiecuje, że nazajutrz zabierze ją na plażę, gdzie będzie sobie jeździła, ile dusza zapragnie, a ona nadal skubie go i liże, w kółko mi amor, chociaż kawałek, aż w końcu on ustępuje, daje jej poprowadzić, ale tylko trochę, bo przy Piątej Alei samochody pędzą bardzo szybko, a jazda nocą jest niebezpieczna.

Aldo ruszył spod dyskoteki w hotelu Comodoro. Kiedy dojechali do Sześćdziesiątej Ulicy w dzielnicy Miramar, skręcił w lewo. Na rogu Pierwszej i Sześćdziesiątej, naprzeciwko Akwarium, pozwolił jej usiąść za kierownicą.

Ściskała ją mocno. Za kółkiem zmieniała się w postać z powieści. Życie zaczynało wyglądać jak film.

Bini przejechała Pierwszą do Dziesiątej Ulicy.

Prowadziła dobrze, pewnie i spokojnie, z rozsądną prędkością.

Aldo ją chwalił. Powiedział, że wkrótce będzie mogła podejść do egzaminu.

Bini skręciła w Dziesiątą w kierunku Piątej Alei.

Aldo spróbował odzyskać kierownicę, ale zaczęła błagać, by pozwolił jej przejechać Piątą Aleją. O tej porze nikt tamtędy nie jeździ, nawet policja.

Aldo dał się przekonać.

Dał się też przekonać, gdy dotarli do rogu Dziesiątej i Siódmej.

- Oj, papi, nie bądź taki.

papi nie był.

Pozwolił jej przejechać przez Żelazny Most - miły gest. A później kolejna atrakcja: Siedemnastą aż do Vedado.

Koniec końców Bini dojechała aż do rogu Dwudziestej Pierwszej i N.

- Ojej, jeszcze tylko malutki kawałeczek, por favor.

I pozwolił jej wprowadzić samochód do garażu.

Zaparkowała bez problemu.

- Widzisz, papi, wszystko w porządku.

Papi widział. I rozkojarzony skinął głową.

Rozkojarzony, ponieważ był pewny, że OOO ukrywa się w Hawanie pod pseudonimem Alberto Ríos. Od chwili przyjazdu przed trzema dniami papi nic, tylko obmyślał i poprawiał plan zabicia tego człowieka. Tym razem nie pozwoli, by mu się wymknął.

Tej nocy zasnął, gdy tylko położył się do łóżka.

Bini poszła do łazienki wziąć szybki prysznic. Z półki nad umywalką wzięła szczoteczkę do zębów, nasmarowała ją mydłem i zaczęła pocierać lewy kciuk. Szczególnie starannie wyszorowała paznokieć. Następnie umyła resztę palca aż do miejsca, gdzie łączył się z dłonią. Tarła jak wariatka. Pięć minut później umyła szczoteczkę, odłożyła ją na miejsce i wróciła do sypialni.

Sięgnęła po włoskie czasopismo i przekartkowała je, siedząc na łóżku obok Alda. Czytając, ssała czysty kciuk.

On zaczął chrapać, a teraz mruczał cicho, wydymając lekko wargi jak do pocałunku. Taki był stylowy.

Usta Alda ją fascynowały. Równe zęby i ciemnoczerwone wargi przypominały jej usta Pepita... Możliwe, że to dlatego tak bardzo go lubiła. Tak, od samego początku. No i lubiła jego argentyński zaśpiew.

A także to, że nigdy nie śmierdziało mu z ust. Wręcz przeciwnie, jego oddech zawsze pachniał miętą.

Kiedy umawiała się z facetami, najbardziej nie znosiła ich całować.

Ale całując Alda, była w niebie. Zamykała oczy i czuła się tak, jakby całowała Pepita.

Tak, z Aldem było jej dobrze. Gdyby oni wszyscy byli jak Aldo.

Na jak długo może jej wystarczyć?

Tacy faceci zawsze ją w pewnym momencie nudzili. A wtedy rzucała ich, choć traktowali ją jak królową.

2. Ani Panteon, ani Koloseum

Aldo mógłby uchodzić za trzydziestoośmiolatka, lecz tak naprawdę miał lat pięćdziesiąt pięć. Aurelia poznała go przed dwoma laty w Rzymie.

- Gonzalo, jesteś pewny, że naprawdę ma aż tyle?

- Oczywiście, Aurelio. Aldo i ja wychowywaliśmy się razem.

Co za niesamowity gość. Co za cera, co za zdecydowane rysy... Czyżby eksperymentował z chirurgią plastyczną?

- On naprawdę o siebie dba - zauważyła gderliwie Aurelia.

- Tak, ja też powinienem. Ale nie teraz. Kiedy wrócimy na Kubę, przejdę na dietę. Ale teraz jestem na wakacjach i chcę się nimi cieszyć, więc nie psuj mi zabawy, kochanie.

Aurelia zarumieniła się na wspomnienie wrażenia, jakie zrobił na niej Aldo, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. Było negatywne. Nie chodziło tylko o jego niezniszczalną młodość. Wkurzał ją, bo odniósł sukces. Wyczuwała w nim jakiś fałsz: w tym, jak patrzył, w przepełnionej troską uprzejmości wobec Pii i jej. Przez pierwszych kilka tygodni Aurelia była w stosunku do niego bardzo podejrzliwa.

To Aldo ich zaprosił. Opłacił obojgu podróż, a jego znajomi załatwili Gonzalowi wykłady na paru włoskich uczelniach i w ośrodkach kultury, by mógł coś zarobić. I nawet to szczodre powitanie wzbudziło jej nieufność.

Aldo, przystojny i charyzmatyczny spec od public relations, w 1982 roku poślubił Giudittę, rzymską piękność i córkę właściciela firmy z branży nieruchomości.

W ciągu trzech lat uratował teścia przed bankructwem i przejął interes. Do 1990 roku w taki czy inny sposób zdołał wykupić firmę, a następnie połączył ją z potężniejszym przedsiębiorstwem. W 1996 roku został jej prezesem i największym udziałowcem. W krótkim czasie zgromadził małą fortunę. Pewnego razu Aldo wyznał Gonzalowi, że tata Pii - jego drugi już włoski teść - pomógł mu na długo przed ich ślubem.

Aldo bez trudu dołączył do śmietanki towarzyskiej. Choć w Buenos Aires był nikim, w Rzymie udało mu się zostać członkiem Klubu Jeździeckiego.

- Zrobił fantastyczne pierwsze wrażenie - wspominał Gonzalo. - Wzbudzał zaufanie.

Na lotnisku Fiumicino Aldo na powitanie wyściskał ich i ucałował.

- Pia nie może się doczekać, kiedy cię pozna - powiedział do Aurelii. - Przeprasza, że nie mogła przyjechać na lotnisko, ale już się umówiła. Wiesz, jak to jest...

Aurelia uznała to za ukłon w stronę Gonzala. Taka ostentacyjna serdeczność ją przytłaczała.

Jeszcze w hali przylotów Aldo wziął jej bagaż i poprowadził ją pod rękę, a gdy wyszli na dwór, otworzył drzwi auta i zaproponował, by usiadła z przodu. Gonzalowi wskazał miejsce na tylnym siedzeniu.

Żadnemu Kubańczykowi przez myśl by nie przeszło, by z przodu posadzić żonę dawnego przyjaciela, a zarazem osobę zupełnie nieznaną.

Aurelia jednak wciąż była nieufna.

Kiedy usłyszała o sukcesach Alda, wyznała Gonzalowi, że nie ufa miłym, przystojnym mężczyznom, mającym bardzo bogatych teściów.

- Twoim zdaniem jest aż tak przystojny?

- Zdecydowanie.

I tak istotnie było: metr osiemdziesiąt, ciemne falujące włosy, niebieskie oczy, mocno zarysowana szczęka, szeroki tors, płaski brzuch, idealne zęby, a do tego głos, którego pozazdrościłby mu każdy spiker.

- Ma to we krwi.

Gonzalo powiedział jej, że matka Alda, urodzona w północnych Włoszech, lecz wychowana w Buenos Aires, była piękną kobietą.

- Poeta pijak, który praktycznie utrzymywał miejscowy bar, nazywał ją La Botticelli i pisał dla niej wiersze. Wszyscy z nią flirtowali.

- Jaka była?

- Była to bardzo przyzwoita dama, która nigdy nie pozwalała sobie na przygody, a zarazem niesamowicie żywiołowa. Pamiętam, jak kiedyś wróciła do domu, zataczając się ze śmiechu, bo jakiś żul na ulicy nazwał ją porcelanową laleczką z domu towarowego. Miała cerę gładką jak jedwab i maskowała swój prawdziwy wiek. Nie potrafisz sobie wyobrazić, jak wyglądała, gdy już po pięćdziesiątce robiła się na bóstwo i wychodziła pod rękę z którymś z synów. Jakby była ich dziewczyną... Danny Bianchi był od niej starszy, ale mimo sędziwego wieku dobrze się trzymał. Dlatego mówię, że Aldo ma fantastyczne geny.

- I dba o siebie - dodała Aurelia.

Niezmordowana w batalii przeciwko mężowskiej otyłości i jego pociągu do alkoholu nie wierzyła w genetyczny determinizm.

Jeżeli zaś chodzi o sukcesy Alda, który z imigranta bez grosza przy duszy stał się przemysłowcem milionerem, Gonzalo natychmiast oczyścił go z wszelkich podejrzeń.

- To bardzo przyzwoity młodzieniec, a przy tym żarliwy katolik.

- Czy w jego rodzinie nie było komunistów?

- Owszem, jego ojciec i bracia, lecz on pod każdym względem jest podobny do matki.

- No i naprawdę o siebie dba. - Aurelia potrafiła zamęczyć każdego.

Aldo ugościł ich na ostatnim piętrze swojej rezydencji. Z przylegającego do sypialni tarasu rozciągał się widok na ogród i duży basen. Między poskręcanymi drzewami Aldo wyciął trzystumetrową ścieżkę, która służyła mu za bieżnię. Każdego dnia przebiegał pięć kilometrów, wskakiwał do wody i przepływał trzydzieści długości basenu.

Gonzalo i Aurelia mieli okazję obserwować samodyscyplinę Alda. W ciągu miesiąca spędzonego z nim i z Pią nie opuścił ani jednego dnia ćwiczeń. O ósmej rano robił przebieżkę, a goście przypatrywali mu się z tarasu, na którym jedli śniadanie.

- Ty to widzisz? - męczyła męża Aurelia.

- Owszem, widzę - prychał Gonzalo, z wściekłością smarując grzankę masłem.

Aldo, w ramach śniadania, po szybkim prysznicu wypijał na stojąco kawę i sok owocowy, po czym o wpół do dziesiątej ruszał do pracy.

Na deszczowe dni i wyjątkowo mroźne zimy miał do dyspozycji doskonale wyposażoną siłownię. Rzecz jasna ciśnienie krwi i cholesterol utrzymywał na odpowiednim poziomie.

- Tak jak bilirubinę, trójglicerydy, a nawet sumienie - dodawał Gonzalo. - To dlatego, że pije tyle czerwonego wina. Wiedziałaś, że to przedłuża życie?

* * *

Na początku 1999 roku Aldo i Pia, jego druga rzymska żona, wzięli rozwód.

Atrakcyjny pod każdym względem - inteligentny, opiekuńczy, bogaty i wolny - był smakowitym kąskiem nawet dla kobiet młodych i majętnych. W ekskluzywnych klubach i na salonach, gdzie bywał, snuto na jego temat rozmaite domysły.

Po rozwodzie pokazywał się z różnymi paniami u boku, zawsze pięknymi, z pozycją, lecz pozostawał singlem.

Aż pewnego dnia zakochał się i oznajmił, że znowu się ożeni.

Zakochał się w Hawanie.

Zakochał się w Bini, dwudziestosiedmioletniej kurewce.

- Głupia, tępa Mulatka - ocenił Gonzalo, gdy ją poznał.

Bini nie przyciągała uwagi urodą, lecz prymitywnym kreolskim wyglądem. Widząc, jak seksownie się porusza, nikt nie mógł oprzeć się pokusie i nie odwrócić, by zerknąć na jej tyłek. Była wysoka, kocia, o zaokrąglonych kształtach. Aurelia i Gonzalo nie uznali jej jednak za odpowiednią partię dla wyrafinowanego i światowego Alda Bianchiego.

- Powierzchowna uroda... no, a w porównaniu z Pią to katastrofa - brzmiał werdykt Aurelii.

Jako psychiatra Aurelia wysnuła rozmaite hipotezy, lecz brakowało jej danych, które mogłyby je potwierdzić. Jako pięćdziesięciokilkulatka czuła, że Aldo ją zawiódł.

- Co za dupek.

A jako Kubanka była zawstydzona, jakby to jej kraj był wszystkiemu winny.

- I pomyśleć, że poleciał na taką dziwkę...

Gonzalo i Aurelia czuli ogromną wdzięczność, bo podczas ich pobytu w Rzymie Pia była dla nich jak siostra. Poświęciła cały tydzień letniego urlopu, aby obwieźć ich po Florencji, Bolonii i Wenecji.

Pia pracowała kiedyś w muzeum i była doskonałą przewodniczką. Miała ogromną wiedzę na temat historii i sztuki. Była też wspaniałym człowiekiem - uczciwym, pomocnym i wyjątkowo skromnym. Z jej ciepłych gestów przebijały dobroć i bezpretensjonalność. Do tego jako żona traktowała Alda bardzo dobrze.

Aurelia była psychiatrą i wiedziała, że nie należy oceniać po pozorach, a każde małżeństwo to puszka Pandory... Ale, kurwa mać, kiedy Aldo porzucił swoją trzydziestoczteroletnią żonę, kobietę miłą, kulturalną, bystrą, elegancką, o klasycznej urodzie, dla takiej lafiryndy, było to równie bolesne, co niespodziewane.

Rzecz jasna, ani Aurelia, ani Gonzalo nigdy nie sądzili, że Aldo jest monogamicznym aniołkiem. Nie był też jednak dziwkarzem. Czy to żonaty, czy stanu wolnego, kobiety ustawiały się do niego w kolejce i oboje domyślali się, że musi być rozwiązły. Rozwiązły, lecz obdarzony dobrym smakiem i dyskretny. I nigdy nie były to kobiety głupie czy wulgarne.

W maju 1999 roku Aldo zapowiedział, że przyjedzie na Kubę. Miał przylecieć w czwartek szóstego. Gonzalo uprzedził go, że nie będzie mógł odebrać go z lotniska, bo akurat wtedy będzie przewodniczył komisji egzaminacyjnej (wykładał literaturę na Uniwersytecie Hawańskim). Wyjdzie po niego Aurelia.

Aldo powiedział, żeby się nie kłopotali. Z lotniska pojedzie taksówką do hotelu, odpocznie chwilę, a potem zadzwoni do nich, by umówić się na kolację.

Tego wieczoru jednak nie zadzwonił. Zrobił to następnego dnia po południu i przeprosił, tłumacząc, że właśnie kogoś poznał - fantastyczną młodą kobietę.

Nie zdradził żadnych szczegółów. Sprawiał wrażenie, że dokądś się spieszy. Poprosił, by się o niego nie martwili. Czuje się doskonale i nie może się doczekać spotkania a nimi. Jeżeli nie odezwie się wieczorem, z pewnością uczyni to następnego ranka.

Tak się jednak nie stało.

Zobaczył się z Gonzalem dopiero ostatniego dnia, zaledwie dziesięć godzin przed odlotem z Kuby. Odbyli gorączkową rozmowę w barze w Vedado.

Aurelia z ulgą stwierdziła, że będzie wtedy zajęta. Tym lepiej.

- Jak myślisz, chico, w co on pogrywa? Twoim zdaniem to w porządku, że porzuca przyjaciół i idzie na dziwki? - spytała później Gonzala.

Gonzalo nie zamierzał o tym rozmawiać, więc wspomniał, że Aldo chciał między innymi pomówić z nimi o interesach swojego przedsiębiorstwa handlu nieruchomościami, które specjalizowało się w budowaniu kondominiów. Kompleksów architektonicznych, jak tłumaczył. A niedawno wzięli się do budowania hoteli. W rezultacie zamierzał wybadać grunt na Kubie. Zdaniem Alda przemysł hotelowy na wyspie czeka dynamiczny rozwój. Amerykańskie embargo nie może trwać wiecznie. W biznesie ufał swojemu instynktowi, który nigdy dotąd go nie zawiódł. Być może jego firma zdoła otworzyć się na nowe inwestycje.

To był główny powód jego podróży. Pomysł naszedł go niespodziewanie, skłaniając do zrobienia sobie pięciodniowego urlopu. Przy okazji zamierzał zabawić się trochę w Hawanie, a także spotkać z przyjaciółmi.

Lecz odkąd omotała go ta dziewczyna, cały plan się posypał.

- Choć może tak naprawdę zrobił najlepszy interes w życiu.

- Na litość boską, Gonzalo, jak możesz? - oburzyła się Aurelia.

Gonzalo przeszedł do obrony:

- To on tak to ujął, nie ja. Szkoda, że nie słyszałaś, jak o niej opowiadał, bez przerwy, niczym podekscytowany mały chłopczyk. Rozpływał się w pochwałach. Jest zadurzony po uszy i twierdzi, że to coś poważnego. Mówi nawet o małżeństwie.

- Jaka ona jest?

Bazując na opisie Alda, Gonzalo wyobraził sobie Mulatkę z prowincji Oriente.

- Gdzie się poznali?

- Wypatrzył ją w pobliżu hotelu Nacional, zaprosił na piwo, a potem poszli prosto do mieszkania jej znajomej.

- I dopiero co ją poznał? W ogóle nie wiedział, kim ona jest? Oszalał...

- Mówi, że nigdy nie był taki podniecony. Wyznał mi nawet, że od iluś lat miał kłopoty z potencją i rzadko mógł to robić więcej niż raz jednej nocy. A i to nie zawsze. W najlepsze noce, gdy łyknął viagrę i spał z kobietą, na której punkcie szalał, udawało mu się dojść do dwóch orgazmów. Tymczasem z Bini doszedł pięć razy w ciągu czterech godzin.

Aurelia zarechotała pogardliwie.

- I kiedy o tym opowiadał, policzył na palcach i spojrzał mi głęboko w oczy, żeby się upewnić, czy mu uwierzę.

- Nie roześmiałeś mu się w twarz?

- Nie mogłem. Był śmiertelnie poważny, a ja po prostu stałem porażony liporis.

(Określenie "liporis" wymyśliła jedna ze znajomych Aurelii, bo jej zdaniem "zażenowanie" niedostatecznie opisywało to, co czujemy, gdy inni w naszej obecności robią z siebie idiotów).

- Powiedział, że to jego życiowy rekord. Nawet kiedy miał dwadzieścia lat, nie osiągał takich wyżyn.

Z każdym punktem tej wyliczanki liporis Gonzala było coraz większe.

- A tamtej nocy po piątym bzykanku poszedł z nią na popijawę. Wyobrażasz to sobie?

- To pewnie policzył również jej orgazmy.

- Ależ skąd, wyraźnie dał do zrozumienia, że chodziło o pięć jego orgazmów.

- To śmieszne! Cóż, rozczarował mnie...

- Powtarzał, że nigdy dotąd nie spuścił się aż tyle razy, nawet gdy miał dwadzieścia parę lat. Co za noc, co za fantastyczne doświadczenie. To właśnie dlatego zapomniał się do nas odezwać. A, i powiedział, że następnego dnia rozpierała go energia, co nie zdarzyło się od wielu lat...

- Pewnie, i walił się w klatę jak Tarzan.

- ...i że kiedy się obudził, nosiło go jak ogiera na wiosnę: trzy razy rano, dwa po południu i jeszcze raz w nocy.

- Nie pierdol, Gonzalo, teraz to już wciskasz mi kit.

- Jak Boga kocham, Aurelio. I zgadniesz, jaki wynik wyśrubował przez te cztery dni?

Aurelia pokręciła głową.

- Dwadzieścia jeden! A do wyjazdu z pewnością dociągnął do dwudziestu trzech czy czterech.

Aurelia tylko się na niego gapiła.

- Zrobiłem taką samą minę - powiedział Gonzalo. - "Nie wierzysz mi?", spytał Aldo.

- A wierzyłeś?

- A dlaczego miałem wierzyć? Ten rzucający liczbami facet w ogóle nie przypominał Alda. Nawet jeżeli nie zmyślał, to zrobiło mi się smutno. Sądzę, że coś z nim jest nie tak. To przecież niewiarygodna liczba.

- Dwadzieścia cztery razy w cztery dni? Może u dzikich zwierząt... Załóżmy, że Aldo mówił prawdę... Ale co za namiętność! Nawet rozpalona cipka miałaby problem z...

Pozwalając dojść do głosu swemu doświadczeniu psychiatry, Aurelia zdiagnozowała kompleks Pigmaliona. Nie była w stu procentach pewna, lecz uważała to za prawdopodobne.

- Żeby zyskać pewność, musiałabym ich zobaczyć razem, poznać tę dziewczynę, poobserwować, jak on się zachowuje w miejscach publicznych. Ale to możliwe wytłumaczenie.

Gonzalo znał mit o Pigmalionie i wiedział, że w ujęciu klinicznym określa on zachowanie patologiczne, lecz nie był pewny szczegółów.

Aurelia wytłumaczyła mu, że chodzi o reakcję emocjonalną związaną z naturalnymi konfliktami, jakie niesie proces starzenia się. Zazwyczaj pojawia się u mężczyzn po pięćdziesiątce. Niekiedy mężczyzna czuje pociąg do młodej kobiety, która równie dobrze mogłaby być jego córką lub wręcz wnuczką. Pierwszym krokiem w genezie kompleksu jest psychologiczna sztuczka, dzięki której starszy facet uwalania się od wszelkiej samokrytyki. Dlatego zaprzecza, że dziewczyna go interesuje. Twierdzi, że pociąga go jej poczucie humoru. Czy też wrodzona inteligencja. Albo wrażliwość. Lub talent artystyczny, który należy pielęgnować.

- Wspomniałeś chyba, że jego zdaniem ona doskonale opowiada historie?

- Owszem, mówił, że dobrze śpiewa i tańczy, we wszystkim, co robi, jest taka oryginalna. Oszalał na jej punkcie.

- Tak właśnie działa ten kompleks: żeby uzasadnić tak nierówne partnerstwo, gość oznajmia, że poświęci się jej edukacji. Nadaje temu pozory profesjonalizmu i udaje altruistę: utalentowana dziewczyna potrzebuje jego wsparcia. Zasługuje na sławę i jest, rzecz jasna, godna starszego partnera i jego otoczenia. W taki oto sposób facet spełnia swoje pragnienie zostania jej kochankiem.

- I znika poczucie śmieszności?

- Oczywiście naśmiewałby się z podobnych związków i byłby w swej krytyce bezlitosny. Ale patologia zjawiska wynika właśnie z metody, po którą sięga facet, by odrzucić wszelką samokrytykę. Nie cofnie się przed niczym, żeby przekonać samego siebie, iż to pełnoprawny związek. W ramach samookłamywania zmuszony jest wyolbrzymiać lub wręcz wymyślać zalety dziewczyny. Jest przekonany, że ten nieoszlifowany diament, kiedy już stanie się klejnotem, pokocha go, będzie mu wierny i wdzięczny, mimo że jest stary. Łapiesz?

Gonzalo sceptycznie podchodził do diagnoz psychiatrów, lecz uznał, że w przypadku Alda Aurelia może mieć rację. Tylko tak można było wytłumaczyć jego absurdalne zachowanie.

Aldo wyjaśnił mu również, że cztery dni pobytu w Hawanie spędził zdumiewająco aktywnie, i to nie tylko pod względem seksualnym. Dużo spacerowali, chodzili do restauracji, dyskotek, nocnych klubów, byli na przedstawieniu w Tropicanie, wzięli nawet udział w rytuale bembé.

Bini-tornado. Aldo poznał jej ojca chrzestnego kultu wudu, babalao z miejscowości Regla. Przedstawiła go pewnego wieczoru, kiedy ojciec chrzestny prowadził seans spirytystyczny. Tamtej nocy Bini, córka Jemaji, bogini morza, została opętana przez zmarłego. Tańczyła dziko w rytm bębnów, tarzała się po ubitej ziemi, wyrzucając w konwulsjach kończyny. Przeszła też boso po rozżarzonych węglach, na których gotował się rosół, a na jej stopach nie pojawił się choćby jeden bąbel. Aldo wypił morze rumu, a kiedy wreszcie zabrzmiały rytmy rumby, tańczył do białego rana. Zgubił portfel zawierający prawie osiemset dolarów oraz karty kredytowe, ktoś go jednak znalazł i przekazał babalao. Nazajutrz, kiedy Aldo obudził się u boku Bini w pokoju, który im przydzielono, starzec wszystko mu oddał.

Babalao rzucił zwierzęce kości i zaczął z nich wróżyć, a wszystko, co mówił o przeszłości Alda, było prawdą. Aldo twierdził, że to niemożliwe, by była to jakaś sztuczka. O rzeczach, które wyjawił babalao, z nikim na Kubie nie rozmawiał.

- Nawet z nami czy z Bini - sprecyzował Gonzalo.

Ciemnoskóry starzec zafascynował Alda, podobnie jak żywiołowość całego rytuału i niesamowita muzyka bębnów. Urzekli go ci prostoduszni i dziecinni ludzie. Dał babalao pięćset dolarów i przyrzekł, że wróci, by przyrządzić im kilka argentyńskich słodkości, co też uczynił z pomocą paru miejscowych kobiet. Babalao przyszedł z rodziną i grupką około dwadzieściorga chrześniaków. Potem był rum i rumba, a Aldo całym sobą oddał się zabawie. Mówił o godności starego babalao. Aby mężczyzna był mężczyzną, opowiadał Aldo, musi być dobrym synem, dobrym ojcem i dobrym przyjacielem.

- Całkiem niezły kodeks etyczny - zauważył Gonzalo.

- Owszem, a przy tym pozwala ci zostać złodziejem, mordercą czy paserem, tak jak mój wujek Eduardo.

Gonzalo i Aurelia rozumieli, dlaczego babalao i cała ta atmosfera porwały Alda. Doskonale zdawali sobie sprawę, jak magia afrokubańskich bębnów i pieśni, rum i euforia, a do tego piękna kobieta u boku, mogą wyzwalać tłumione emocje.

Gonzalo pamiętał, że Aldo, gdy był jeszcze bardzo młody, uwielbiał magiczne sztuczki.

W Buenos Aires Gonzalo początkowo przyjaźnił się z Pepe Bianchim, starszym bratem Alda. Razem chodzili do szkoły podstawowej, a potem spotkali się w szeregach argentyńskiej Partii Komunistycznej.

Aldo porzucił katolicyzm, zaangażował się w teozofię, jogę i wschodni mistycyzm. Marksiści-leniniści, tacy jak Gonzalo i Pepe, nazywali to ezoterycznymi bredniami i ucieczką od rzeczywistości. Zwłaszcza Pepe okrutnie naśmiewał się z młodszego Alda.

W czasach dyktatury Gonzalo wyemigrował i nie widzieli się przez długie lata. W 1988 roku spotkali się przypadkiem w domu wspólnego znajomego we Włoszech. Gonzalo przekonał się, że Aldo nadal bardzo interesuje się filozofią Wschodu.

Aldo poznał Bini w maju 1999 roku. Przy okazji trzech kolejnych wizyt na wyspie opowiadał o niej Gonzalowi i Aurelii, lecz nigdy ich sobie nie przedstawił. Czekali, aż to Aldo wyjdzie z inicjatywą, lecz okazja po temu nadarzyła się dopiero w lipcu.

Dwudziestego Gonzalo obchodził sześćdziesiąte urodziny. Poprzedzające tę datę sześć miesięcy jego żona poświęciła potajemnym przygotowaniom, postanowiła bowiem zaskoczyć go ogromnym przyjęciem. Sporządziła listę jego najlepszych i najdawniejszych przyjaciół, zarówno mieszkających na Kubie, jak i żyjących za granicą. Czworo namierzyła w Argentynie, tuzin kolejnych odszukała w Meksyku, Kolumbii i Europie. Nawiązała z nimi kontakt i namówiła siedmioro z nich, by koło szesnastego lipca przylecieli do Hawany. Łącznie z Kubańczykami oraz mieszkającymi w stolicy cudzoziemcami zaprosiła kolejne trzydzieści osób, których towarzystwo lubił jej mąż.

Aurelia planowała ostrożnie i w tajemnicy. Gonzalo niczego się nie domyślił. Nie podejrzewał też, że pomaga jej Aldo.

Gonzalo od dzieciństwa nie miał prawdziwego przyjęcia urodzinowego. Czasem Aurelia wraz z jego teściową, miłośniczką kuchni kreolskiej, przejmowały inicjatywę i w ramach domowych obchodów organizowały przepyszny obiad obficie zakrapiany rumem.

Z okazji sześćdziesiątki Gonzala zaproponowała, że ugotują coś i zaproszą paru gości. Sądziła, że Gonzalo nie będzie chciał imprezy, na którą przyjdzie ktoś spoza najbliższej rodziny. To, że dobił sześćdziesiątki, ani trochę mu się nie uśmiechało.

- To tak, jakbym dostał certyfikat starożytności.

- Wciąż ta sama śpiewka!

Dlaczego tak narzekał? Jeździł na wycieczki rowerowe, chodził z przyjaciółmi na dalekie piesze wędrówki, wlewał w siebie rum jak marynarz, a kobiety wciąż się nim interesowały.

Owszem, Aurelia starała się przypochlebić Gonzalowi. A kiedy przypomniała mu o jego przymiotach fizycznych i dobrym zdrowiu, trochę się rozpogodził. Lecz nieuchronna szóstka z przodu, która miała zostać z nim na dziesięć lat, wołała raczej o atak amnezji, nie o imprezowanie. Jako dziecko uważał, że sześćdziesiątka oznacza niedołężność. A porzucenie przekonań z dzieciństwa nie przychodziło mu łatwo. Odkąd skończył pięćdziesiąt osiem lat, perspektywa przekroczenia tej strasznej granicy budziła w nim przerażenie i zażenowanie. ("Panie i panowie, proszę mi wybaczyć, ja bynajmniej nie zamierzałem się zestarzeć... Wzięło mnie z zaskoczenia").

Zgodzili się, by urodziny obchodzić tak, jak tego chciał, by było to zwykłe spotkanie w rodzinnym gronie: teściowie, La Molina i nikt więcej.

Na początku lipca Aurelia zadzwoniła do Rzymu, żeby się upewnić, czy Aldo przybędzie. Potwierdził, że przylatuje siedemnastego i zostanie do końca miesiąca. Z pewnością przyjdzie na przyjęcie i przyprowadzi Bini.

Wkrótce po przylocie Aldo zadzwonił do Gonzala i zaprosił go dwudziestego na lunch ze swoją narzeczoną. Stosując się do zaleceń Aurelii, ani słowem nie wspomniał o urodzinach.

Aurelia była zajęta przygotowaniami do przyjęcia, więc wykpiła się zobowiązaniami zawodowymi i powiedziała, że nie przyjdzie, nalegając jednocześnie, by Gonzalo się z nimi spotkał. Przy jego depresji mogło się to okazać zbawienne: jeśli pozna tę dziewczynę, może będzie się z czego pośmiać.

Lunch z Bini miał wywabić Gonzala z domu, żeby Aurelia mogła przywitać ostatniego z gości.

O czternastej Aldo przyjechał po Gonzala toyotą kubańskiej produkcji. Obok niego siedziała Bini. Podała Gonzalowi miękką, ciepłą dłoń i uśmiechnęła się nieśmiało, nie mówiąc ani słowa. Była Mulatką o prostych włosach, lśniących ramionach i długiej smukłej szyi. Miała piękny, nieco orli profil.

Przez całą drogę nic nie mówiła, tylko obserwowała każdy ruch Alda, który prowadził.

Wysiedli przed restauracją Dos Gardenias w dzielnicy Miramar. Kiedy Gonzalo mógł obejrzeć Bini od stóp do głów, zrozumiał entuzjazm Alda. Przyjaciel nie przesadzał. Jej szeroka twarz i wydatne kości policzkowe pasowały do profilu.

Gonzalo wolałby, żeby nie miała na sobie minispódniczki. Jej szczupła talia, uwodzicielski tyłek i nogi o aksamitnej skórze i cudownie wyprofilowanych dołkach w kostkach i pod kolanami były zbyt ostentacyjne. Wystarczyłoby, żeby się uśmiechnęła i pokazała skośne ciemne oczy, a wyglądałaby seksownie. W luźnym ubraniu i bluzce z rozcięciem byłaby jeszcze bardziej pociągająca, a przy tym bardziej szykowna.

Zanim weszli do restauracji, Bini oznajmiła, że chce jej się pić, więc Aldo zaproponował, by zaczęli od aperitifu.

Usiedli przy stoliku w barze i zamówili mojito, po czym Aldo i Gonzalo zaczęli rozmawiać.

Nagle Aldo wyprostował się i wbił przewiercające spojrzenie w coś za plecami Gonzala.

- Co się stało?

- To gruby Villareal! - wykrzyknął Aldo. - Wypisz wymaluj...

Gonzalo się odwrócił.

- Już sobie poszedł - powiedział Aldo. - Ale naprawdę wyglądał jak Villareal, kiedy miał trzydzieści lat. Pamiętasz Bagrusa[1], prawda?

Jakże miałby go nie pamiętać? Grubas Villareal był bliskim przyjacielem Gonzala, a przy tym człowiekiem bardzo szanowanym w ich dzielnicy.

Lecz tak naprawdę Aldo nikogo takiego nie widział. "Dostrzeżenie" grubego Villareala stanowiło kolejny element intrygi uknutej przez Aurelię. Miała ona na celu przygotowanie Gonzala - przywołanie wspomnień o przyjaciołach z dzieciństwa, zachęcenie go do refleksji nad nimi i ich losami, a w rezultacie spotęgowanie zdumienia, jakie czekało go przy mającym wkrótce nastąpić spotkaniu z nimi.

Aldo umiejętnie poprowadził rozmowę, przypominając Gonzalowi o czterech Argentyńczykach, którzy byli już w Hawanie i których miał spotkać tego popołudnia. Ani razu nie zająknął się o urodzinach.

Wtedy wtrąciła się Bini, by oznajmić, że zamierza zadzwonić do Carlitosa. Aldo pożyczył jej swój telefon, a ona przeszła w głąb baru. Po dwóch minutach wróciła podekscytowana.

- Carlitos wrócił! Może poszlibyśmy tam na obiad?

- Znów otworzył knajpę? Cudownie - odrzekł Aldo. - To najlepszy kucharz w całej Hawanie. Znasz go?

Nie, Gonzalo nie znał.

Bo nie mógł. Kucharz Carlitos nie istniał, więc siłą rzeczy nie otworzył żadnej knajpy. Ot, kolejny wybieg i intryga, w którą włączono nawet Bini.

Aldo zapłacił i czekając, aż kelner przyniesie resztę, zaczął pogwizdywać jedno z ulubionych tang Gonzala: El Bulín de la calle Ayacucho.

- Wciąż tańczysz tango? - spytał.

- Uwielbiam tańczyć, ale znalezienie tu partnerki jest prawie niemożliwe. Kubanki mają rytm we krwi, lecz w tangu chodzi o wyczucie czasu, a one podskakują i wierzgają... Szkoda słów...

Aldo wyjaśnił Bini, że Gonzalo był najlepszym tancerzem w ich dzielnicy i że w klubach zawsze oblegały go dziewczęta.

- Wspaniale! Naucz mnie, Gonza!

Zamienili zaledwie kilka słów, a ona już zdrabniała jego imię. Ta dziewczyna nie traci czasu!

Kiedy szli na parking, Bini uwiesiła się na ramieniu Alda i zaczęła szturchać go w tors, szepcząc coś do ucha.

Aldo się zaśmiał.

- Nie, Bini, nie teraz, jesteś namolna.

- Oj, papi, nie bądź taki... Tylko kawałeczek...

- Wystarczy - uciął Aldo, wkładając rękę do kieszeni. - Chcesz, żeby mnie zamknęli?

- Jak najbardziej, papi. Wtedy już nigdy nie wyjedziesz z Kuby.

Kiedy Aldo dał jej kluczyki, podskoczyła i podbiegła do samochodu jak mała dziewczynka, która właśnie dostała łakocie.

- Nic jej nie powstrzyma! Uczy się prowadzić, a mnie doprowadza do szaleństwa.

- Nie żartujesz? - upewnił się podenerwowany Gonzalo.

- Całkiem nieźle jej idzie.

Nie licząc szarpnięcia w chwili uruchamiania silnika, prowadziła płynnie. Skręciła w Siódmą Aleję, przejechała kilka przecznic i po kolejnym skręcie zaparkowała przed elegancką piętrową rezydencją z czasów kolonialnych z ładnym ogrodem z przodu i trawnikiem na tyłach.

- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Aldo.

Bini zachichotała. Gonzalo uznał, że to z radości z udanego parkowania.

Przeszli przez bramę z kutego żelaza, pilnując, by w chwili dotarcia do wysokich drewnianych drzwi to Gonzalo stał pośrodku.

Aldo nacisnął dzwonek i ku zdziwieniu Gonzala usłyszeli dźwięki akordeonu i gitary grających melodię El Bulín de la calle Ayacucho. To nie było nagranie. Czyżby ktoś grał na żywo? Co tu się w ogóle dzieje?

Drzwi otworzył Grubas Villareal.

Tak, tym razem to był on.

- Wszystkiego najlepszego, młody - rzucił, po czym uściskał zdumionego Gonzala.

- Ale... Ale jak ty się tu znalazłeś, Bagrus? - Gonzalo też uściskał go całych sił, płacząc ze wzruszenia. - Zaledwie kilka minut temu widzieliśmy cię w restauracji.

Niczego nie rozumiał. Czy to sen?

Grubas, nie wypuszczając Gonzala z uścisku, zaprowadził go do ogromnego pokoju, w którym poczesne miejsce zajmowała wielka fotografia o wymiarach trzy na dwa metry, przedstawiająca pięcioletniego Gonzala w aksamitnym garniturku.

Akordeon i gitara przestały grać i Gonzalo zobaczył uśmiechnięte twarze - goście przygryzali wargi i ocierali łzy wzruszenia.

To byli oni. Jego przyjaciele rozproszeni przez lata na różnych kontynentach. A do tego dziesiątki Kubańczyków i innych Latynosów, ludzi, których kochał, a którzy teraz wynurzali się z każdego zakątka willi. Szlochał i drżał, aż w końcu się wyprostował. Zakręciło mu się w głowie.

- Wy... dranie! - wykrzyknął, po czym poszukał wsparcia u Aurelii. - Spójrz tylko, jaki numer mi...

Nadal niczego nie pojmował.

- O mało nie dostałem zawału - jęknął, gdy wreszcie doszedł do siebie.

W tym samym momencie zabrzmiała La Cumparsita w wykonaniu orkiestry D'Arienza, a zza kolumny, zgodnie z ustalonym przez Aurelię librettem, wyłoniła się największa niespodzianka tego dnia - Nena Pacheco.

Ruszyła w stronę Gonzala w rytmie tanga.

Musiał się uszczypnąć, by uwierzyć, że wszystko to dzieje się naprawdę.

Tańcząc z tą kobietą, Gonzalo po raz pierwszy zwyciężył w konkursie tanga w Puente Alsina. Za czasów dyktatury wyemigrowała, poślubiła Meksykanina i zamieszkała w Monterrey.

Teraz pocałowała go w policzek i poprowadziła na parkiet - tak jak wtedy gdy byli młodzi, policzek przy policzku mokrym od łez.

Kiedy Gonzalo wreszcie podniósł wzrok, spostrzegł, że wiele osób również płacze. Bini także zalewała się łzami.

Zamówił potrójnego shota.

Jak zawsze ostrożna Aurelia podała mu pojedynczego. Wiedziała, że tej nocy czeka go wiele toastów.

Każdy chciał go uściskać.

- Wygadywałem straszne głupoty - wspominał następnego dnia.

Nie panował nad emocjami. Nie mógł zaczerpnąć powietrza, jakby stał pod wodospadem.

Akordeonistą, który przybył aż z Buenos Aires, był Tito Peluffo, emerytowany zawodowy muzyk, którego Gonzalo rozpoznał dopiero, gdy do niego podszedł. (Aurelia wyznała później, że uregulowanie rachunku za cztery bilety lotnicze z Buenos Aires wziął na siebie Aldo). Tito widział w życiu różne imprezy. To rzucało się w oczy.

By stonować emocje - następna kolejka drinków.

- To już trzecia - przypomniała Gonzalowi Aurelia z butelką w ręku.

Kolejnym starym przyjacielem, który pojawił się w rezydencji, był Sergio Vitier, kubański wirtuoz gitary, cudownie grający tanga.

Jedyną osobą, która nie płakała, była Aurelia. Powiedziała, że napłakała się w trakcie przygotowań, wyobrażając sobie przebieg całej imprezy.

Dla Gonzala było to najwspanialsze przyjęcie w życiu. Pił i pił, a po dwóch godzinach wyznał, że wstyd mu, iż jest taki szczęśliwy.

Podkład muzyczny chwytających za serce spotkań po latach stanowiły tanga Troila i Greli, a także kompozycje Discépola, Contursiego, Manziego, Castilla, Celedonia - samych gigantów. Aurelia przygotowała taśmy ze wszystkimi ulubionymi utworami Gonzala.

Kiedy Peluffo i Vitier zagrali w duecie, Gonzalo znów ruszył na parkiet z Neną. Wyglądali olśniewająco. Bini przypatrywała im się z zazdrością i podziwem. Po raz pierwszy widziała, jak naprawdę, ze wszystkimi obrotami i paradami, tańczy się tango. Nie mogła ustać w miejscu. Biła im brawo i wiwatowała.

Uwagę przykuwała galeria portretów. Pogrupowane pod wielkimi cyframi od zera do pięciu wizerunki odzwierciedlały sześć dekad życia solenizanta. Były więc zdjęcia - niektóre powiększone do kolosalnych rozmiarów - a także rysunki, obrazy olejne oraz karykatury.

Podczas gdy Gonzalo gapił się na ścianę, na której Aurelia powiesiła tę wystawę, Bini stała obok niego. Z wrażenia chwyciła go za rękę.

Gonzalo bąknął coś pod nosem. Nie wiedział, co robić. Nie znał Bini zbyt dobrze, więc czuł się trochę niezręcznie. Być może był to jeden z jej dziecięcych nawyków, które tak urzekły Alda.

Aurelia zarejestrowała, co się dzieje, i uniosła brwi w udawanym zdumieniu.

Rozzuchwalony Gonzalo ścisnął dłoń Bini i otwarcie zaczął gładzić jej palce. Zdawał sobie sprawę, że dochodzi do głosu wypity rum. Lecz przecież jest już po sześćdziesiątce, więc może sobie trochę pofolgować. Świąteczna atmosfera chyba na to pozwala?

W połowie wieczoru niebezpiecznie swobodna Bini zaczęła wtrącać się do prowadzonych rozmów i zmuszać wszystkich, by tańczyli z nią salsę. Następnie zarządziła ciszę i opowiedziała kilka sprośnych dowcipów, które usłyszała od trzeciorzędnego komika z Miami. Na koniec odstawiła żałosny numer taneczno-wokalny.

W innych okolicznościach jej frenetyczna młodzieńczość wśród tylu old boyów byłaby irytująca, lecz Argentyńczycy, co do jednego podekscytowani i wzruszeni, uśmiechali się życzliwie i jej słuchali.

Aurelia utwierdziła się w przekonaniu, że Bini to durna, stuknięta lafirynda. A zważywszy na jej repertuar i skłonność do przesady, żaden Pigmalion nic nie poradziłby na jej fatalny gust, szczególnie gdy naśladowała tych koszmarnych piosenkarzy, którzy przesadnymi ruchami ciała podkreślali głupotę tekstów piosenek. Jak Aldo mógł się zakochać w takiej idiotce?

Tymczasem Kubańczyków ogarnął potężny liporis. Doktor Livia Molina, która wymyśliła to określenie, stała jak rażona gromem.

Bini zaśpiewała Moje jest twe serce / O, słońce me kochane, udając, że trąca struny harfy, po czym podała wyimaginowany instrument Aldowi.

- Więcej uciągną dwa cycki niż konie u bryczki - szepnął do Gonzala któryś z Kubańczyków, ten zaś powtórzył to Aldowi, który uśmiechnął się, jakby mu to schlebiało.

Na tym etapie popisy Bini wzbudzały patriotyczne zażenowanie, więc Molina odebrała jej mikrofon pod pretekstem, że musi coś ogłosić.

- Drodzy goście, mimo fascynującej urody naszej wspaniałej Bini nie możemy zapominać, że to przyjęcie na cześć Argentyńczyka, tak więc członkowie komitetu organizacyjnego proszą o nową serię tang.

W rezydencji były dwie łazienki, jedna na piętrze i jedna na parterze. Wynajmując ten dom, Aurelia pomyślała, że będzie musiała ugościć około pięćdziesięciu osób. Kiedy Gonzalo opuszczał jedną z łazienek na górze, dostrzegła go wychodząca z drugiej Bini. Przebiegła na palcach przez korytarz i ugryzła go w kark, czym lekko go wystraszyła.

- Dobry z ciebie tancerz. Kiedy zobaczyłam, jak się ruszasz, naszła mnie ochota, by cię ugryźć - oznajmiła.

Gonzalo w jednej chwili zapomniał o jej głupocie, złym guście oraz o tym, że jest związana z Aldem. Poczuł nagłe, palące pożądanie do tej stukniętej Mulatki. Tym żywiołowym, prymitywnym ugryzieniem sprawiła, że jego kompleks zaawansowanego wieku zniknął.

- Ja też chcę cię gryźć, lizać i siorbać, ale nie tutaj - wyszeptał, szczypiąc ją w tyłek.

Cała scena rozegrała się przed balkonem otwartym na upalną noc. Bini wskazała ciemne miejsce w głębi oświetlonego ogrodu.

- Będę tam na ciebie czekała - rzuciła, po czym zbiegła ze schodów.

Zniknęli na dziesięć minut. Po pospiesznych pieszczotach dłońmi i ustami zadarła spódniczkę i przyjęła go w takiej pozycji, jakby startowała w biegu na sto metrów. Oboje w dziesięć sekund byli już na mecie.

Doprowadzając ubranie do porządku, Gonzalo pławił się w euforii jak ktoś, kto właśnie wciągnął działkę koki. Przecież niecodziennie obchodzi się urodziny w gronie przyjaciół, którzy zjechali z różnych stron świata.

I nie codziennie ponętna dwudziestoparolatka oddaje się z czystej namiętności - nie licząc na pieniądze czy inne korzyści - grubemu sześćdziesięcioletniemu tancerzowi.

Kiedy wrócili do salonu - każde osobno - Aldo ze szklanką w ręku wpatrywał się w podłogę. Sprawiał wrażenie nieobecnego.

- Najwyraźniej urżnął się w trupa - uznała Aurelia.

Jednak Aldo nie był pijany, lecz pogrążony w rozmyślaniach.

Zastanawiał się nad tym, co przyszło mu do głowy podczas przyjęcia. Zdążył już ponad wszelką wątpliwość potwierdzić swoje podejrzenia: OOO i Alberto Ríos to jedna i ta sama osoba. I właśnie w tej chwili Aldo dopracowywał plan zemsty. Od wielu lat czekał na taką okazję.

Przyjęcie dopaliło się we wczesnych godzinach porannych.

Aurelia powsadzała gości z zagranicy do taksówek i wysłała do hoteli.

Aldo, z trudem trzymający pion, w żadnym razie nie mógłby usiąść za kierownicą. Bini zaczęła kłócić się z Aurelią i Moliną, nalegając, by dały jej prowadzić.

- Spójrzcie, w jakiej jestem formie - powiedziała, przygryzając język i obracając się niczym modelka.

Ostatecznie obydwoje odwiózł do Venado trzeźwy kubański znajomy.

Nazajutrz Aurelia i Gonzalo omówili plany matrymonialne Alda i Bini.

- Mówi, że za parę miesięcy zabierze ją do Włoch - powiedział Gonzalo.

- Przecież to chodząca klęska żywiołowa.

- Sam nie wiem, Aurelio. Może powinniśmy ją lepiej poznać... Nigdy nic nie wiadomo.

Ale jemu akurat było wiadomo.

Wiedział, że jeżeli Aldo zabierze Bini do Włoch, po paru miesiącach nie będzie mógł przejść pod żadnym rzymskim łukiem ani wejść do Panteonu czy Koloseum, bo nie zmieszczą mu się rogi.

3. Ani zmarszczki

Alberto Ríos schodzi przez ciche przedsionki. Przyzywające palce rafy koralowej zapraszają go, by zagłębił się w ich wspaniałe, naturalne komnaty, powstające przez stulecia dzięki morskim pływom. Alberto oświetla korale z kalafiorowatymi czułkami o żółtych gałązkach i ogromnych zielonych liściach, po czym rusza w dół ku nocnemu lasowi polipów.

O tej porze koralowiec się posila. Jego kolonie chowają się, by trawić w spokoju wewnątrz swych gmachów z kamienia i wody, czekając, aż znów zapadną ciemności.

Alberto posuwa się pomiędzy przypominającymi rogi jelenia odnogami labiryntu koralowej dżungli, delikatnie napędzany ruchem płetw, a następnie spływa w dół zbocza obrośniętego fioletowymi koralami, które falują niczym poruszane wiatrem peleryny. Przypomina sobie magiczne kobierce, tworzące się na ulicach Buenos Aires, gdy osypują się kwiaty jakarand. Wtem pojawiają się wykute w złocie kamienne róże, a także kamee i zielonoszare brosze przypominające jadeit. Mu?oz stara się schwytać hajduka czerwonego, który jeży kolce u wejścia do swej jaskini, skąd łypie okrągłym okiem, by po chwili zniknąć. Wówczas następuje nagłe zbliżenie czerwonego i błyszczącego kapralka, za nim zaś dziwacznych falujących stworzeń. Alberto filmuje huzarka nakrapianego z żółtą głową, czarnymi płetwami i niebieskim grzebieniem - gwiazdę dumną ze swego pełnego gracji stylu - następnie chiviricę, która przesuwa w bok płaskie czarne ciało, aby się dyskretnie poprzyglądać, a wreszcie przerażającą barrakudę wielką, którą Kubańczycy zwą picúa, chętnie wdającą się w bójki, ruchliwą i odsłaniającą ostre zębiska. Lecz Mu?oz nauczył go, że pływak nigdy nie powinien się wycofywać, bo wtedy stworzenie zyskuje pewność siebie i rzuca się do ataku. Kręcą również ujęcia z miłym rekinem wąsatym, który spędza czas, wylegując się na białym piasku dna - to towarzyska i przyjazna ryba, która spostrzegłszy ludzi, zaczyna pływać i wić się, robiąc uniki, kręcąc piruety i wzbudzając wiry, płyną więc za nią, bawiąc się w chowanego w głębokich jaskiniach.

Zupełnie czym innym jest majestatyczna, przejrzyście niebieska ławica: setki rybek Johnrandallia nigrirostris z przezroczystymi ogonami uzbrojonymi w ostre żyletki; poza tym papugoryba z czerwonym brzuszkiem i zielonymi płetwami; aulostom cętkowany prężący się niczym żołnierz na warcie, niezmordowanie nieruchomy, stojący niemal w pionie; najeżka, która poirytowana oślepiającą ją potężną lampą Mu?oza nadyma się groźnie. Filmują też gorgonie z misterną siecią odnóży, tańczące w szarofiołkowych wachlarzach, które od milionów lat kołyszą się tam i z powrotem, poruszane prądami w głębinach. Filmują unoszące się meduzy, bardziej przezroczyste niż morze o zmroku, wielkie galaretowate grzyby, a także te w kształcie pęcherza w barwach opalu i turkusu, które na Kubie nazywa się diabelskimi wodami. A także fioletową flądrę o zdolnościach mimetycznych - jej rozpłaszczone ciało odzwierciedla nierówności dna rafy. Przesuwa się na jednym boku, a oboje oczu umieszczone ma na drugim. Wreszcie ławicę sardynek, która wypływa niemal na powierzchnię i tworzy ogromną, gotującą się kulę. No i mewy wirujące, wytężające wzrok, wypatrujące sardynek i nurkujące, by je pochwycić.

Alberto Ríos uśmiecha się zadowolony.

Nie jest durniem - w odróżnieniu od sardynek, które wystawiają się wrogom. Mieszka w Hawanie i nie wywołuje nawet zmarszczki na powierzchni wody. Zmienił wygląd i nie można go rozpoznać. Ma nowe nazwisko i mistrzowsko podrobione dokumenty. Jest cudzoziemcem z prawem stałego pobytu i wszystkimi sprawami w należytym porządku - łącznie z napęczniałym kontem w banku, z którego korzysta, prowadząc uczciwe i dochodowe interesy. Nikomu spośród tych, którzy życzą mu śmierci, nawet nie przyjdzie do głowy, by szukać go na Kubie.

* * *

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji